Wszystkie wpisy, których autorem jest henryk_piecuch

WAŁĘSA, JURCZYK, WALENTYNOWICZ, KOŚCIÓŁ, POROZUMIENIA SIERPNIOWE

Nie będę ukrywał, w latach osiemdziesiątych, a może i wcześniej, bardzo nieładnie zachowywałem się w stosunku do socraju. Robiłem to i owo, ale raczej owo. Część tego opisałem w 65 książkach. Teraz jedynie przytaczam jedną z licznych rozmów z Anią Walentyczowicz, kobietą, którą bardzo ceniłem, ale z którą w wielu sprawach, dotyczących głównie Lecha Wałęsy i działań służb specjalnych, ostro polemizowałem. Dziś taki obrazek ze spotkania na Ursynowie.

W latach 90 spotykaliśmy się często. Przeważnie u mnie na Ursynowie, gdzie wówczas mieszkałem. A. Walentynowicz. Była bardzo bezpośrednia. Toteż i tym razem, bez wstępnych uprzejmości, z rozbrajającą prostotą i dziecinną ufnością, wyłożyła swoją teorię na temat roli Wałęsy w czasie rewolty 1970 r. i o dekadę późniejszych wydarzeń. Było to diametralnie różne od tego, co sądziłem o eks-prezydencie. Zresztą nie widziałem początku strajku. Do Trójmiasta przybyłem nieco później, ze Szczecina, w którym stanąłem na dłuższy popas i który znałem znacznie lepiej. W obu miastach miałem kolegów, przeważnie zwiadowców WOP ale i także działaczy opozycji. Znałem także późniejszych komendantów WUSW. W Szczecinie gen. Jarosława Wernikowskiego i gen. Jerzego Andrzejewskiego w Gdańsku. O ile jednak ceniłem Wernikowskiego to z Andrzejewskim żyłem na wojennej stopie. Pamiętam pierwsze spotkanie. Przekazałem generałowi pozdrowienia od płk. Majewskiego, który wiedząc, że wybieram się do Trójmiasta o to prosił. Obaj oficerowie, jeszcze w czasach, gdy byli funkcjonariuszami BP realizowali różne “akcje dochodowe”. Komendant popatrzył na mnie jak wąż na mysz. Wymieniliśmy jakieś zdawkowe nieuprzejmości. Miało to ten skutek, że przy następnych wizytach w WUSW napotykałem na trudności w otrzymywaniu materiałów dotyczących spraw, o których chciałem pisać. Odniosłem wrażenie, że kindersztuba Andrzejewskiego w porównaniu z Wernikowskim ma się tak jak esprit podwórkowego grajka do Krzysztofa Pendereckiego.

            Z pobieżnych obserwacji wynikało, że od początku rewolty dochodziło do niesnasek między Gdańskiem i Szczecinem. Szczecinianie czuli się młodszymi braćmi Trójmiasta. Gdańszczanie nie mogli wybaczyć szczecinianom, że ci ubiegli ich o dzień w podpisaniu porozumienia z rządem. Wałęsa się pieklił. Mówił: To świństwo. Jak się mówiło, że solidarnie, to powinno być solidarnie do końca. Były i ostrzejsze głosy. Ktoś komentował, że postępek szczecinian to: Nóż w plecy “Solidarności”.  Wyraźnie rysowała się, podsycana przez specsłużby, wojna Trójmiasta ze Szczecinem. Stawiano, że Gdańsk to był Wałęsa i tylko Wałęsa, a Szczecin to Jurczyk i nikt inny. Obaj aktywiści starali się sprawiać wrażenie, że są jak papieże w Kościele, taka świętość od nich biła (w latach 1378 – 1408 w Watykanie i w Avignon Kościołem władała dwójka papieży). W końcu masy, media i specsłużby opowiedziały się za Wałęsą. Jurczyk został zmarginalizowany. A wówczas w Gdańsku zamustrowałem się w Kaszubskiej Brygadzie WOP. Chciałem zobaczyć czy strajki wpływają na sposób pełnienia służby przez WOP. Wopiści mieli dobre kontakty w portach i stoczniach. Nie miałem problemu z poruszaniem się. Był to swoisty teatr strajkowy, dell’arte codzienności. Widziałem pisarzy i kwiat reporterów polskich próbujących “dać świadectwo prawdzie”. Oprócz Kozickiego nie znałem ich osobiście. Czytywałem ich reportaże, aby się czegoś nauczyć od mistrzów. Była tam Małgorzata Szejnert, byli Ryszard Kapuściński, Wojciech Giełżyński, Ernest Skalski, Mariusz Ziomecki i inni. Później przyjechał Andrzej Wajda, aby kręcić. Dziełem reporterów była pasjonująca (na ówczesne czasy) książka Osiemnaście długich dni (wydana w serii Ekspres Reporterów, KAW 1980). W Gdańsku bawiłem krótko. Szybko odwołano mnie do Warszawy i zabroniono pisać cokolwiek na temat strajku. Dopiero później gen. Jura zmienił zdanie (szerzej na ten temat piszę w Tajnej historii mojego życia). A teraz, na Ursynowie siedziałem z bohaterką tamtych wydarzeń: – Pani Aniu, nienawidzi pani Wałesy! Dlaczego? Nienawiść rozgrzewa serce, ale mrozi umysł. Nie otrzymałem odpowiedzi, ale i tak zapowiadała się pasjonująca konfrontacja tego, co wiedziałem z relacją jednej z najaktywniejszych uczestniczek wydarzeń lat 80. Zapytałem o niesnaski między Wałęsą i Jurczykiem. Wiedziałem, z czyjej inspiracji szczecinianin mógł, w rozmowie z autorami książki Szczecin. Grudzień, sierpień, grudzień Małgorzatą Szejnert i Tomaszem Zalewskim, oskarżyć Wałęsę o zdradę. Oto zapis reporterów: Wałęsa zdradza interesy klasy robotniczej! – Jurczyk podnosi głos, prawie krzyczy. – Jak tak dalej pójdzie, ta polityka ustępstw, zaprosimy w końcu ich dwóch, Wałęsę i Wądołowskiego (uczestnik wydarzeń z 1970 r. w Szczecinie i rewolty lat 80., wiceprzewodniczący regionu i komisji krajowej “S”), do nas do stoczni – niech się tłumaczą przed załogami!  Pani Ania nie chciała na ten temat rozmawiać. Zwekslowała rozmowę na Wałęsę. Oskarżała go o zdradę, która niczym zadra tkwiła w jej duszy. Jak każdy zarozumialec, coś tam bełkotałem. Tłumaczyłem, że oskarżenia niesłuszne bolą najbardziej. Powoływałem się na psychikę ludzi będących w strajkowym stresie przekonywałem, że każdy może różnie widzieć te same wydarzenia, różnie je oceniać, rozmaicie interpretować. Psychologia opisuje takie zjawiska. Na podparcie tych słów wyciągnąłem kserokopię dedykacji Wałęsy dla Gierka (na książce Droga nadziei) i przeczytałem: Co do Pańskiej sugestii i zaprzeczenia, że byłem człowiekiem Kowalczyka (SB) oświadczam panu i zrobię to publicznie jak będzie trzeba, iż nigdy nie byłem i nigdy na nikogo nie donosiłem do SB. Prawdą natomiast jest iż po pamiętnym “pomożecie”, którego ja byłem współautorem, kilkakrotnie przeprowadzano ze mną przesłuchania w komisariacie i wiele ze mnie wyciągnięto, ale tylko w kontekście politycznym a nie donosicielskim (…).  W sierpniu 1980 r. ludzie Kowalczyka próbowali wydostać mnie ze stoczni pod pretekstem ważnych rozmów z Panem. Ja się zgodziłem. Oni Panu zameldowali myśląc iż uda im się mnie zastraszyć lub szantażować (tak przypuszczam). Natomiast ja po paru dniach zwłoki wzmacniając strajk, wyprosiłem tych panów ze stoczni. Tak to nie po raz pierwszy i myślę że nie ostatni rozegrałem partię pokiera. (tak w oryginale – H.P.).  

            Walentynowicz szybko sprowadziła mnie na ziemię. – Panie Henryku! Albo prawda, albo psychologizowanie – powiedziała. – Widzi pan, strajk sierpniowy to była dla nas najpoważniejsza w życiu sprawa. Myśmy już wówczas powiedzieli sobie: jeśli nie teraz, to kiedy? Jeśli nie my, to kto? Nikt inny tego zrobić nie może. A nie można tego nie zrobić. Tyle razy już zaczynano. My również. W 1970 r. też zaczynaliśmy. Biliśmy się jak powstańcy Spartakusa. Przegrywaliśmy jak zawsze. Okłamywano nas stale. Obiecywano złote góry. My opłakiwaliśmy zabitych. Władze urządzały fety. Tym razem powiedzieliśmy – dość tego! Jeśli tego nie zrobimy, to będzie wielkie świństwo. A “Bolek” chciał zakończyć strajk po uzyskaniu od dyrekcji zapewnienia, że sytuacja się poprawi, że uzyskamy podwyżkę płac, że przyjmą mnie i jego do pracy, że w zakładzie powstaną związki zawodowe na starych, ale poprawionych zasadach. Wałęsa w gruncie rzeczy jest leniwy. A lenie zawsze wolą zwalić robotę na kogoś innego. Tak było i tym razem. Władze stoczni chciały poprzestać na obiecankach. No to my z Aliną powiedziałyśmy “Bolkowi”: Stop, kolego! Chcemy czegoś więcej. OK? I w te pędy pobiegłyśmy na bramę. Udało nam się zatrzymać wychodzących robotników. Ale część już wyszła. I Wałęsa, o dziwo! zrozumiał o co chodzi.

            Nie mogłem zaprzeczyć słowom pani Ani. Znałem te opowieści. Sprawdziłem je. Jako żywo przypominały mi panią Sułowską z pamiętnika Paska, która nawymyślała niegdyś królowi Janowi Kazimierzowi zmuszając go do zmiany decyzji. Teraz bełkotałem o dalekowzroczności Wodza. Mówiłem, że w 1980 r., w którym nareszcie uśmiechnęło się do Polaków szczęście i świat odwrócił się do nas dobrą stroną, liczyło się doświadczenie. I Wałęsa doświadczenie miał.  Bo tak w życiu jest, że dziewczyna będzie zawsze pamiętała pierwszego chłopca, rzeźnik pierwszą zaszlachtowaną świnię, agent pierwszego zdradzonego przyjaciela, a rewolucjonista  pierwszą przegraną rewoltę. Nie można wykluczyć, że Wałęsa w sierpniu miał przed oczami grudzień ’70 i stąd powściągliwe kunktatorstwo. Dopiero niedawno Wałęsa, w rozmowie z Magdaleną Rigamonti (Newsweek, 21-27. 11. 2011 r.) wyjaśnił: Niebiosa mi pomagały. Podejmowałem jakąś decyzję i okazywała się fenomenalna. Na przykład o przerwie w strajku. Bo przecież w tym pierwszym komitecie byli ludzie podstawieni, nasłani. Nie panowałem nad nimi. Kiedy po dwóch dniach poddaliśmy strajk, to ci podstawieni pouciekali. I wtedy dobrałem swoich ludzi, m.in. Walentynowicz, Gwiazdów, i dzięki temu mogłem dalej prowadzić walkę. Kto chce, niech wierzy, ja nie potrafię się do tego passusu ustosunkować. Nie wiem, ile prawdy musi pozostać, a ile należy ściąć, aby opowieść była do przyjęcia. Trudno rozeznać, kiedy Wałęsę ogarnął wieczny niepokój samouwielbienia (teraz ma do Wajdy pretensję, że to zasygnalizował w filmie o nim). Wszystko wskazuje, że stało się to wówczas, gdy Wódz, który jeszcze nie wiedział, że jest wodzem przełamał się pod wpływem Pińkowskiej oraz Walentynowicz i odwołał odwołanie strajku postanawiając walczyć o wszystko.    

            Walentynowicz kontynuowała: – Ciągle nas prowokowano. Pamiętam takiego kadrowca. Agenta bezpieki, jak nic. On przemawiał na strajku. Kajał się. Był w tym obrzydliwy. Nie wytrzymałam. Wskoczyłam na platformę i powiedziałam, że ten skurwysyn wyrzucił mnie z pracy, gnębił nas całe lata. Musiałam go potem bronić, aby go ludzie nie rozszarpali. I jeszcze jedno. Wałęsa bardzo często znikał nam z oczu. Nie wiedzieliśmy, gdzie jest. Pomyśleliśmy tak: jeżeli nie ma go z nami, a robiliśmy przecież coś dobrego, to może jest gdzie indziej i robi coś złego. Nas, wiedzących, co chcemy, było na początku mało. Byłam ja i Alina. Był Gwiazda. Najlepiej przygotowany do tego, co zamierzamy zrobić. Był B. Lis, K. Wyszkowski, B. Borusewicz, L. Kaczyński i ten okropny dyletant Wałęsa. Straszliwie sprytny. Wyczuwający nastroje tłumu. Potrafiący na poczekaniu, w zależności od sytuacji, zmienić zdanie. Nie tracił kontaktu z ludźmi. Miał jakiś szatański instynkt rasowego populisty. Tłum mu wierzył. Szedł za nim. A nie za znacznie mądrzejszym, lepiej przygotowanym, mającym dużą wiedzę Gwiazdą.

– Tak, jeżeli chodzi o radykalizm, zaciekłość, ekstremizm Wałęsa przy Gwieździe był niczym księgowy przy Alu Capone – przyznałem. Moja rozmówczyni była w transie, ciągnęła: – Wałęsa  podczas głosowania  potrafił mierzyć czas trwania oklasków dla niego i jego konkurentów. Z takim typem Gwiazda nie miał szans. Tak zaczął się Sierpień ’ 80. Na początku o mało nie storpedowany przez “Bolka”. Wałęsa uważał, że możemy się obejść bez pomocy innych. Bez pomocy świata. Jemu wystarczą doradcy. Mylił się bardzo. Chciał nam narzucić swoją wolę. Było coś dziwnego w jego postępowaniu. Wierząc w swoją szczęśliwą gwiazdę i kontakty, o których nic konkretnego nie wiedzieliśmy, ale się ich domyślaliśmy, dążył do arbitralnych rozstrzygnięć wedle swego widzimisię. Myśmy dążyli do rozszerzenia skali konfliktu. On do jego zwężania. Myśmy chcieli wciągnąć świat do naszej walki. On przekonywał, że to jest niepotrzebne. I tu mylił się jeszcze bardziej. Naszą szansą było rozchwianie świata w taki sposób, aby świat wsparł naszą walkę, aby nam pomógł. Wierzyliśmy, że nam się to uda. Przecież gdybyśmy byli osamotnieni, wcześniej czy później komuna by nas zdusiła.

            Walentynowicz mnie nie przekonała. Zbulwersowałem się też stosunkiem “Sumienia Solidarności“ do KOR-u. Wedle mnie był to stosunek bardzo wrogi. Podejrzewałem nawet wpływ ks. Jankowskiego, który uważał, że KOR to Żydzi, a Żydzi to wszystko zło, o czym świadczą Protokoły Mędrców Syjonu. Zdziwiłem się, że Danuta Wałęsowa inaczej ocenia działalność Walentynowicz, pisząc: Uważam, że pani Ania  była narzędziem w rękach części, jeśli można tak określić, grupy warszawskiej. Po strajku u niej w domu mieszkał Kuroń. Odbywały się tam poufne narady tej grupy. Ona potrzebowała autorytetu, więc go znalazła. Strajk wybuchł oczywiście z powodu zwolnienia pani Ani z pracy w stoczni. Ale strajk jej nie wyniósł. Wyniósł Wałęsę. Oni, wystawiając panią Anię przeciwko mojemu mężowi, potraktowali ją instrumentalnie. A ona poczuła, że jednak coś może, ma jakiś wpływ. Wydaje się, że w ten sposób zrobili jej krzywdę. Można zadać pytanie, gdzie byłby dzisiaj Wałęsa, gdyby nie “grupa warszawska”? Czy bez intelektualistów, mających w większości rodowód z KOR-u, możliwe byłoby powstanie “Solidarności”? No tak, był jeszcze Kościół! Ale czy Kościół był w stanie zbudować Wolne Związki Zawodowe?  W przymierzu z Kościołem można było, co najwyżej zbudować sodalicję mariańską. Kościół nie mógł organizować strajków, manifestacji, wznosić barykad. Mógł te działania jedynie popierać. I Kościół to robił.

            A wówczas, mówiłem pani Ani: przestudiowałem może tysiąc, może dwa tysiące różnych dokumentów służb specjalnych i partyjnych. W żadnym z nich nie znalazłem śladów, że Wałęsa uległ namowom władz i sprzeniewierzył się ideom “S”. Jeżeli pani nie wierzy mnie, to może uwierzy pani przedstawicielom Kościoła. Mam tu 40 tajnych dokumentów zawierających relacje z posiedzeń Komisji Wspólnej przedstawicieli rządu i Episkopatu. I co z nich wynika? Oto sprawa Wałęsy była omawiana aż 44 razy. Każdorazowo wysocy przedstawiciele Kościoła wstawiali się właśnie za Wałęsą, a nie za innymi przedstawicielami opozycji. Po razie, ale na marginesie istotnych spraw, wymieniono nazwiska Bujaka i Frasyniuka i raz Jurczyka w kontekście jego przemówienia (sierpień 1980 r.), w którym oświadczył on: …że ma zapewnienie Kościoła, że nie będzie interwencji radzieckiej  Zniesmaczyło to władze straszące naród Układem Warszawskim. Moje słowa ściekały po pani Ani jak woda po kaczce.

 

PS

Więcej na ten temat w: Wałęsa i…Kryptonim „Bolek”. Operacja tajnych służb MON i MSW. cbwydawnictwo@home.pl

WAŁĘSA I STRAJKI

Tylko mam jedną prośbę: uszanuj naszą inteligencję i nie mów, że chciałeś o nim napisać prawdę.

                                                           Janusz Głowacki

 

Na początku był wielki gniew. Wprawdzie z telewizora błyskało, że sytuacja jest dobra ale nie beznadziejna, bo krowy były tłuste, a wieprze zadowolone, tylko ludzie, nie wiedzieć dlaczego, świń nie utożsamiali z trzodą chlewną, a z komitetami partyjnymi i z SB. 14 sierpnia 1980  r. Wałęsa stanął przed murem, który  ludzie bez powodzenia usiłowali przebić głową. Wałęsa go przeskoczył!!! Zaraz po tym ucichł klangor żurawi stoczniowych a rozległy się okrzyki wzywające do rewolty. W ślad za tym zabulgotało Trójmiasto. Potem zafurkotał cały Peerel. Pomyślałem, że natężonego ambicją znanego prowodyra Wałęsę, wraz z gronem doradców, którzy wprowadzali robotników w sposób zwykły w świat niezwykły, czeka trudne zadanie. Trzeba przekonać masy, że warto się bić. Bo może nie skończy się to tak, jak w czerwcu i październiku 1956 r., w marcu 1968 r., w grudniu 1970 r., w czerwcu 1976 r.? Wychowany na Polakach-doprzodowych myślałem, że zobaczę sukces Polaków-zwyklaków, tak jak własne uszy bez zwierciadła. Ciekaw byłem, czy robotnicy, wsparci inteligencją, którą można utożsamiać z dawną szlachtą, poradzą sobie lepiej. Nie wiem czy doradcy cytowali Wałęsie słowa Zygmunta Krasińskiego: Jeden tylko, jeden cud: / Z szlachtą polską polski lud, / Jak dwa chóry – jednio pienie!  Wiem, że Krzysztof Pomian pisał: “Solidarność” nie mogłaby się pojawić, osiągnąć swych celów, ani zaspokoić oczekiwań, jakie się w niej pokłada, bez udziału inteligencji.

            W powojniu połączenie “roboli” z jajogłowymi było nowością w awanturach z władzą. Do tej pory obie klasy walczyły oddzielnie. Robotnicy pięściami, intelektualiści – rozumem. Nie chcę powielać odpowiedzi. Ktoś powiedział, że autor powinien być głupszy od swoich książek. Dlatego redaguję komunikaty. Chciałem, aby dokumenty i cytaty były prawdziwe a opinie i komentarze wolne. Przypuszczałem, że doradcy będą musieli przekonać masy, jak przejść od kościoła komunizmu do kościoła kapitalistycznego. Gdyby w sierpniu 1980 r. doradcy powiedzieli ludziom prawdę, w jaki sposób zamierzają ich urządzić, nikt by za nimi nie poszedł. Musieli łgać. Można to było osiągnąć tylko w jeden sposób. Trzeba było, aby ludzie uwierzyli, że mają do czynienia z wybitnym przywódcą, z kimś na kształt Boga, który ich poprowadzi do ziemi obiecanej. Należało takiego kandydata znaleźć. I choć aspirowało wielu wybrano Wałęsę, bo jak twierdziło pospólstwo – Wałęsa miał w sobie to coś, co umysł ludzki rozjaśnia i do klękania skłania. Działał jak hipnotyzer. Przerabiał człowieka w medium. Boskość Wałęsy miała się dokonywać poprzez opanowanie tłumów. Tak jak boskość Castro, Kim Ir Sena, a nawet Lenina. Udało się. To doradcy, media i służby specjalne są temu winne. Wciągając do zabawy krajowe i zagraniczne ośrodki propagandowe, sprawili, iż masy myślały, że:

            Lech Wałęsa to osoba niebywale sympatyczna

            Lech Wałęsa to osoba nieprzeciętnie inteligentna

            Lech Wałęsa to osoba niezwykle utalentowana

            Lech Wałęsa to osoba niespotykanie miła

            Lech Wałęsa to osoba prawdziwie szczera

            Lech Wałęsa to osoba wyjątkowo błyskotliwa

            Lech Wałęsa to osoba bardzo przyjacielska

            Lech Wałęsa to osoba zniewalająco urodziwa

            Lech Wałęsa to osoba całkowicie bezinteresowna

            Lech Wałęsa to osoba niesłychanie dowcipna

            Lech Wałęsa to osoba nad wyraz skromna

            Lech Wałęsa to osoba dająca się lubić

            Lech Wałęsa to osoba zdolna poprowadzić do zwycięstwa.

            Żaden z tych sloganów nie był prawdziwy – z wyjątkiem ostatniego. Ale ludzie uwierzyli. Okazało, że masy wierzą nie w to, co widzą, a w to, w co chcą wierzyć. Nie wiem, jak to się stało. Czasem nie można powiedzieć prosto, o co chodzi, w ogóle nie można tego wyrazić w zdaniach mających sens logiczny. Wydawało mi się, że Wałęsa, który przez całe życie, aż do sierpnia 1980 r., rzucał kamienie z upoważnienia, choć raz chciałby coś zrobić bez pozwolenia. I zrobił, i mówił: Nie wiem, czy jestem przywódcą, ale gdy tłum milczy, rozumiem, co chciałby powiedzieć, i sam to mówię. A z okazji trzydziestej rocznicy Sierpnia ’80 skromnie zauważył: …ja tylko walczyłem o możliwości. Wywalczyłem ją i przekazałem narodowi to zwycięstwo. Ja mogłem być jeszcze lepszy niż Castro, Kim Ir Sen czy nawet Lenin. Ja to potrafię, mogłem wodzem być. Przyznaję, III RP bez Wałęsy byłaby tylko olbrzymią dziurą w przestrzeni, jak staw Moneta pozbawiony lilii.

***     

            Był środek lata. Gniew narastał u Wałęsy i u innych. W połowie sierpnia 1980 r. w Stoczni im. Lenina w Gdańsku wybuchła “Solidarność” obiecująca ludziom promienną przyszłość. Było jak u Lenina: Rządzący zdawali sobie sprawę, że nie dadzą rady rządzić starymi metodami, a rządzeni nie chcieli już dopuścić, by rządzono nimi feudalnymi sposobami. To zachwiało zdrowiem psychicznym mieszkańców Peerelu. Szybko okazało się, że 10 milionów Polaków choruje na wolność. Umyśliłem, aby sprawdzić, czy marzenia o wolności mają szansę powodzenia. Był to zamiar bardziej zgubny niż promieniowanie radioaktywne po wybuchu w elektrowni atomowej w Czernobylu. Miejsce wybrano właściwie. Trójmiasto było dobre do rozpoczęcia zbiorowego samobójstwa. Robole, jak ich nazywała elita partii robotniczej, ruszyli na skostniałe łby nomenklatury. Przewodził Wałęsa. Był przysłowiową złotą rączką. Mówiono, że potrafi zrobić wszystko, od piramidy do piramidonu. Teraz próbował strajku. Sprawiał wrażenie rozgwieżdżonego, rozświetlonego, niesionego entuzjazmem mas, ale równocześnie wsobnego, rozgubionego. Jednak w jego oczach była pasja. Rodzaj obłędu. Od zarania strajku budził gwałtowne namiętności.

Lgnęły do niego kobiety. Panny i mężatki chciały go zagospodarować. Noszony na ramionach robotników sprawiał wrażenie, że lewituje. Ale jednocześnie rozniecał zawiść aktywistów, że to nie oni są noszeni. Jego głos był tak silny, że docierał do najodleglejszych zakątków. Przekonywał, że w Peerelu jest za dużo niedopasowania do ludzkich potrzeb. Zgarniał niedopasowanych do socraju i zespalał “Solidarność”. Walka i życie szło z nim razem. Chwilami było tym samym. Partia zawyła i zaczynała truchleć. Na obradach Biura Politycznego KC PZPR (26 sierpnia 1980 r.) I sekretarz Gierek powiedział: Stoczniowcy kiedyś będą się wstydzić, że dali się nabrać szubrawcom politycznym (chodziło o doradców Wałęsy – H.P.). Wtórował mu gen. bryg. prof. Jabłoński (przewodniczący Rady Państwa): …trzeba ich obnażać, nawet zrobić wywiad z tym łajdakiem Wałęsą.

              “Łajdaka” znałem z wydarzeń grudnia 1970 r., opowieści zwiadowców z Trójmiasta i Pożogi oraz z dokumentów. Obserwując jego publiczne wystąpienia, bałem się, że frenetyczny tłum wtargnie na platformę, z której często przemawiał i schrupie go razem z kościami. Wałęsa potrzebował mas tak jak wieloryb potrzebuje oceanu. Nie cierpiał samotności. Kochał tłumy. Uważał, że samemu to się można ogolić. Własne oracje nakręcały go bardziej niż skrzynka piwa, flaszka wódki lub hoża cycatka. W jego oczach czaił się spryt i chłodne wyrachowanie. Tak mógłby wyglądać bies przebrany w skórę stoczniowca. Spoglądał na tłum z góry, z dystansem i spokojem niczym tybetański lama, kapłan woodu lub sekretarz z trybuny pierwszomajowej.

                                                           ***

Leszek Kołakowski powiedział kiedyś, że wielki człowiek to taki, który nikogo innego nie przypomina. Wszedłem akurat do księgarni. Na półce zobaczyłem Finnegans Wake Jamesa Joyce’a. To w sam raz dla prostego grafomana piszącego o Lechu Wałęsie – pomyślałem i zacytowałem: …toż e on jest a nikt on inny tym który w ostrachtecznosci będzie odpunchwiedzialny za hubhubpowiedziany czas ten w Edenborough.

            Telle lege! Weź i czytaj. Zrozumieliście wszystko? No to zrozumiecie i Wałęsę. On naprawdę nikogo nie przypomina. Jest niepowtarzalny… A że wszystko skończyło się tak jak skończyło, czyli strzałami no społeczeństwa to inna sprawa.

Post fatum:

W porywie patriotycznym, niektórzy ludzie oskarżają Wałęsę o wszystko to, co najgorsze. W patriotycznym porywie chcą rozstrzelać jego imię, jego cienie, pamięć o nim…

Uf! Patriotyzm rodzi czasem potwory.

            Więcej na ten temat w: Wałęsa i… Kryptonim „Bolek”. Operacje tajnych służb MON i MSW oraz Strzały do Jana Pawła II i narodu.  Wydawnictwo CB, Warszawa 2012 i 2013.

 

P.S.

Piszecie mi: ”Piecuch! Wiesz więcej niż napisałeś!”

Może macie rację. Może wolicie czytać autorów, którzy wiedzą mniej niż napisali. Może was to zadawala?… Bo, mnie śmieszą elukubracje np. profesorów Jerzego Wiatra i Andrzeja Romanowskiego próbujących oszałamiać społeczeństwo operacją „Karkonosze”, w której jakoby zaplanowano podział Polski na trzy strefy okupacyjne („GW” 6-7 lipca 2013). Jako zwolennik tezy Oskara Wilde’a twierdzącego, ze można uwierzyć w to, co niemożliwe, ale nie da się uwierzyć w to, co nieprawdopodobne, powiem tak, i napiszę to wielkimi literami, bo obaj profesorowie są głusi na znane fakty:

OPERACJA „KARKONOSZE” BYŁA TYPOWYM MYŚLENIEM ŻYCZENIOWYM CZECHOSŁOWACKICH GENERAŁÓW, CHYBA NAJGŁUPSZYCH W CAŁYCH DEMOLUDACH. NIGDY NIE WESZŁA W FAZĘ PRZYGOTOWAŃ Z WOJSKAMI. NIE BYŁA NAWET ZLECONA DO SZCZEGÓŁOWEGO OPRACOWANIA OPERACYJNEGO.

 

 

POWSTANIE WARSZAWSKIE

Kilka uwag na marginesie

 

Udajemy, że Polacy-zwyklacy byli zawsze w porządku. Nie jest to nieprawda, bo często nie zdajemy sobie sprawy, że mieszkamy w kraju, którego 1/3 powierzchni to tereny przez stulecia należące do innego państwa; że druga wojna pozbawiła nas nie tylko wielokulturowości, ale także złudzeń jak wspaniałym narodem jesteśmy; że komunizm usiłował nam zabrać duszę, co na szczęście się nie udało, m.in. dzięki Kościołowi, ale… Zadziwia brak krytycyzmu, zadziwia hołdowanie klęskom narodowym.

Jedną z najbardziej czczonych rocznic jest rocznica związana z Powstaniem Warszawskim. Uważam, że między składaniem hołdu poległym a gloryfikowaniem ludzi, którzy doprowadzili do tragedii mieszkańców Warszawy i zagłady miasta powinna być istotna różnica.

Walczącym Gloria victis. Przywódcom – gest Kozakiewicza!!!

Czas zdemaskować część narodowych mitów. Władysław Bartoszewski mówi w “Die Wellt”, że w czasie okupacji niemieckiej: Jeśli ktoś się bał, to nie Niemców. Gdy niemiecki oficer zobaczył mnie na ulicy i nie miał rozkazu aresztowania, nie musiałem się go obawiać. Ale gdy sąsiad Polak zauważył, że kupiłem więcej chleba niż normalnie, wtedy musiałem się bać.  Zaś Cezary Michalski przypomina, że w czasie Powstania Warszawskiego niektórzy cywile bardziej się bali akowców niż Niemców.

Nasza nowożytna, zorganizowana państwowość powstała na początku XVI wieku. Mieliśmy wówczas sukcesy. Jednak szlachecki system republiko-monarchiczny zaczął się rozpadać zanim państwo okrzepło. To doprowadziło do zaborów. Pomysł roznegliżowania Rzeczypospolitej nie wylągł się w głowach wrogich władców. Pomysł rozbiorów powstał w głowach les philosophes, od których ideę kupili monarchowie.

Od tego czasu zajmowaliśmy się cierpiętnictwem, kłótniami i wzniecaniem przegranych powstań. Nasza wspólnota narodowa jest odświętna, żałobna, cmentarna. Datowana od porażki do porażki. A ród ludzki nie ceni porażki. Przegrane wyzwalają popędy sadystyczne. Powstanie kościuszkowskie (1794) przyczyniło się do likwidacji państwa w III rozbiorze, ale generała Kościuszkę awansowaliśmy do rangi bohatera narodowego, a konfederata (1792) generała Henryka Dąbrowskiego wpakowaliśmy do Mazurka Dąbrowskiego. Powstanie listopadowe (1830-1831) doprowadziło do zniknięcia półautonomicznej namiastki Polski. Powstanie styczniowe (1863-1864) skończyło się rusyfikacją i likwidacją ostatnich polskich instytucji, a wybuchło z powodu zagrożenia dla konspiratorów. Powstanie Warszawskie (1944), zwane największą bitwą II wojny światowej, spowodowało całkowite zniszczenie miasta i przyniosło prawie 200 tysięcy ofiar.

Pasjonując się zabobonami zapominamy, że mit polityczny jest afabulacją, deformacją lub interpretacją, obiektywnie podważalnej, rzeczywistości. Ale jako opowieść legendarna pełni funkcję wyjaśniającą, dostarczając kluczy do zrozumienia teraźniejszości, tworząc siatkę podporządkowując niepokojący chaos faktów i wydarzeń. A mitów ci u nas dostatek. Bo: wojny tureckie, kozackie i szwedzkie (Trylogia). Konfederacja Barska, Kościuszko i Legiony, Listopad i Styczeń, sybiracy i wygnańcy. Pierwsze odzyskanie niepodległości, ale zaraz Wrzesień, “nóż w plecy” i Katyń, Monte Cassino, obozy, Gułag i rozstrzeliwania (literatura martyrologiczna). Potem polskie miesiące: Czerwiec i Październik, Sierpień i Grudzień, drugie odzyskanie niepodległości…

Jeżeli chodzi o mity, nasz charakter jest niczym sztorm wokół przylądka Horn. Wszystko błyskawicznie ulega zbrązowieniu, zmarmurzeniu. Emocjonalny ładunek matecznika archetypów czasami budzi niepokój. Może eksplodować w rękach demagogów sprowadzając nieszczęścia.

Żaden inny naród nie miał tylu nieudanych powstań i klęsk. Ciągle odwołujemy się do martyrologii. Hołdujemy Conradowskim fanaberiom, że trzeba być wiernym przegranej sprawie. Mając do wyboru Lalkę albo Trylogię wybieramy Sienkiewicza. Nie uznając pozytywnego bilansu ostatniego dwudziestolecia przekonujemy, że historia odnotowuje przypadki, kiedy rzeczywistymi zwycięzcami są pokonani. Zawołanie Gloria victis – chwała zwyciężonym, dobre na dzień zaduszny lub wszystkich świętych, nie pcha kraju w kierunku progresywności. Wrogowie nowoczesnego państwa tęsknią za lamentowaniem, krwawiącym sercem, desperacją, kwileniem, uskarżaniem się, odchodzeniem od zmysłów, spazmowaniem, kwękaniem, marudzeniem, biadaniem, jęczeniem. To orgia prostactwa. Indywidua, nadużywając niebezpiecznych narkotyków – alkoholu i chrześcijaństwa nie zdają sobie sprawy z własnej wulgarności, której szczytem jest to, że nie wstydzą się nazywać Prawdziwymi Polakami. Na takie dictum de omni et de nulle (twierdzenie o wszystkim i o niczym) może skutkować powiedzenia Przecława Smolika – Przywdziej kontusz, rycz “Polska”… i  urżnij się zdrowo.

Chęć przybliżenia raju na ziemi prowadzi do ustanowienia piekła. Pompowanie narodowego mistycyzmu – mówi Eustachy Rylski – jakąś tanią transcendencją bardzo bolesnej kraksy komunikacyjnej, wynikającej z kompleksów, frustracji, nonszalancji, braku wyobraźni, podwórkowej brawury i podręcznikowej wręcz niekompetencji, jest nonsensem. Jesteśmy narodem parafialnych megalomanów. Nasz naród do szczęścia nie potrzebuje sukcesów. Nasz naród do życia potrzebuje nieszczęścia. Tu pod klawisze ciśnie się wers Krasińskiego: Gdy narodu duch otruty – to dopiero ból bólów. Wiele mówiąc o Biblii nie uznajemy słów Księgi: I przekują swoje miecze na lemiesze (Iz. 2,4 i Mi 4,3).Wysyłamy za pożyczone pieniądze naszych zuchów do Afganistanu, gdzie tubylcy wcale nas nie chcą i spiorą nam tyłki, że hej! Już to czynią. Już pół setki naszych zuchów powróciło na ziemię ojców w trumnach.

            W sprawach historycznych uderza amnezja elit. Zakłamuje się historię. Nawet rozsądni politycy, ale także ludzie mądrzy, często sprawiają wrażenie ignorantów, dyletantów i niedouków. Ludzie nie zawsze chcą zrozumieć, iż im większą wagę narody przykładają do swoich dziejów, do narodu, traktując historię niczym fetysz, tym okrutniej się zachowują. Jest to toksyczne stanowisko. Tym bardziej, że na początku drugiej dekady XXI wieku nad światem zawisł miecz Damoklesa w postaci kryzysu. Wprawdzie może on (w sprzyjających warunkach) sprawić, że ukształtuje się naród europejski. Ale nie można też wykluczyć nieszczęścia – umacniania się państw narodowych, opartych na dzikim nacjonalizmie znajdującym silne oparcie w Kościele antysoborowym, bądź w islamie. Przekonują o tym dzieje Niemiec, Rosji, niektórych państw arabskich.

            Polak Wieczny Dureń – by użyć określenia Aleksandra Małachowskiego – węszący wszędzie działanie tajemniczych sił, łaszący się do kleru, wymachujący sztandarem narodowym z wypisanymi na nim hasłami: Bóg! Honor! Ojczyzna! wierzący w zabobony i ideologie czarnosecinną jest na najlepszej drodze do zbudowania z Kraju Pieroga i Zalewajki modelowego ciemnogrodu europejskiego. Mit Powstania Warszawskiego sprawił, że ówczesny prezydent Warszawy Lech Kaczyński wyasygnował duże środki, aby wybudować pomnik chwały narodu, którego nie załamała klęska – wspaniałe muzeum. Nie starczyło mu już wyobraźni, aby upamiętnić wydarzenia 1989 r., dzięki którym Polska wybiła się na niepodległość i jest dziś bezpieczna jak nigdy.

Przeczytajcie opis powstania widziany oczami zwykłych ludzi. Miasto waliło się na oczach jego mieszkańców jak zużyte dekoracje teatralne. Nie było dokąd uciekać. Znikąd nie było ratunku. Nie tak to miało być. Tego nie obiecywali wodzowie powstania. Przeczytajcie książkę Mirona Białoszewskiego. Przed wojną Warszawa liczyła 1 300 000 mieszkańców, przed powstaniem –900 000, apo powstaniu jedynie 150 000. Przyjrzyjmy się faktom. Powstanie, trwające od godziny 17.00 1 sierpnia 1944 r. do 2 października 1944 r., wywołane przez Komendę Główną AK, zaakceptowane przez Delegata Rządu, upoważnionego do podjęcia takiej decyzji przez rząd RP na uchodźstwie, nie osiągnęło celu. W tych warunkach nie mogło! Klęska była kolosalna (straty powstańców: 10 tys. zabitych, 7 tys. zaginionych, 5 tys. ciężko rannych, do niewoli poszło 16 tys.; zginęło 150-200 tys. osób cywilnych; zniszczono ok. 70 procent majątku miasta). Straty osobowe blisko dziesięciokrotnie przekraczają uszczerbki doznane przez ludność Polski spowodowane przez 45 lat komuny!

            Przeczytajcie tekst Wojciecha Worotyńkiego (Krytyka Polityczna nr, 29). Bo mało kto wie, że w momencie wybuchu walk byli wśród powstańców trzeźwi dowódcy, którzy widząc, że nie ma najmniejszych szans na zwycięstwo postanowili zrezygnować z fabrykowania bohaterów a ratować siłę żywą. W sytuacji, gdy co dziesiąty powstaniec spośród tych, którzy w monecie godziny “W” przystąpili do akcji, miał broń długą, nie mówiąc o broni ciężkiej, której nie było wcale, nierealne było opanowanie 268 strategicznych celów (lotniska, mosty, budynki o znaczeniu militarnym itp.), a bez ich opanowania powstanie z góry przeznaczone było na zagładę. Nic więc dziwnego, że w kilka godzin po rozpoczęciu walk opuściło stolicę prawie czwarta część tych, którzy stawili się na zbiórkach przed godziną “W”. Opuszczano Żoliborz, Ochotę i Mokotów, ale także Wolę i Śródmieście. Powstanie na Pradze zakończyło się już 3 sierpnia. Jakże ironicznie brzmi rozkaz komendanta Okręgu Warszawskiego AK płk. Antoniego Chruściela “Montera” do komendanta głównego AK gen. Tadeusza Komorowskiego “Bora” z 3 sierpnia 1944 r., że: Zamierzam ożywić działania (…) zwłaszcza tam, gdzie są niemrawe. Każę wywiesić flagi narodowe, jako widomą oznakę, że dana dzielnica walczy.     

            Czapki z głów przed ludnością stolicy. Bo waleczność to piękna cecha. Ale ważniejszy jest rozum. I dlatego – bezpardonowy sąd dla organizatorów barbarzyńskiego dreszczowiska, niemającego odpowiednika w dziejach świata!!!

            Zbyt łatwo rozgrzeszamy się zrządzeniem losu. Mówimy: Los może wszystko! Robi, co chce! Spójrzmy, jak nasze skłonności do martyrologii, cierpiętnictwa, masochizmu i męczeństwa widzi Bohumil Hrabal: To właśnie jest interesujące u Polaków, że chociaż zawsze przegrywają, to jednak uważają się za zwycięzców, ponieważ przeklinają – i dlatego są wierzący – tego, kto ich pokonał; To Bóg musi zemścić się na nim za to, że przegrali wszystkie bitwy i wojny. Na tym polega piękno Chopina. Zresztą piękno to nie jest to słowo, to przecież padół łez. Chopin… Jak tylko zacznie grać, już chce się człowiekowi beczeć, i nawet te mazurki to coś takiego, że tańczy się przy nich mniej więcej tak, jak Nerudzie z tą śliczną panną, która skoczyła na chwilę do domu, bo umarła jej mamusia.

Czy takimi rezultatami można się szczycić?       Hanna Kral przekonuje, że świat polega na tym, że jedni ludzie chcą zabić drugich ludzi, a ci drudzy ludzie starają się nie być zabici. Ekipa kierująca Polskim Państwem Podziemnym musiała sobie zdawać sprawę z tego, że wywołując powstanie popiera de facto ludojadów – Stalina i Hitlera. Ci ludzie wiedzieli, jaki jest stosunek Stalina do Polski i Polaków. Było przecież po pakcie Mołotow – Ribbentrop. Nie było tajemnicą, że w czasie wielkiego terroru w Sowietach poddano eksterminacji 600-tysięczną grupę Polaków. Polacy ginęli czterdzieści razy częściej niż przedstawiciele innych narodów. Była to największa czystka etniczne międzywojnia. Decyzję o wybuchu powstania podjęto, gdy było już po Teheranie i różnych pociągnięciach generalissimusa, w tym po zerwaniu stosunków z rządem RP na uchodźstwie. W Sowietach działały już ZPP i Polskie Siły Zbrojne. A PKWN świadczył, że Sowieci, odrzucając plan ortodoksów z byłej KPP utworzenia z Polski 17-tej republiki radzieckiej mieli własny plan. Stalin wyrażał się tak jasno, że rozum przyzwoitych ludzi wzdragał się przed zrozumieniem jego słów.

Czy decyzja rządu RP na emigracji była rezultatem zaślepienia politycznego? A może spowodowana była działalnością agentów sowieckich, od których roiło się w Londynie? Można się zastanawiać, że skoro u nas martyrologia znaczy więcej niż filozofia, a zabobony więcej niż socjologia, to czy można mieć pretensje do polityków i wojskowych, że wysłali naród na rzeź a miasto skazali na zagładę? Dla polskich polityków w Londynie taka decyzja była prosta. Dla społeczeństwa tragiczna. Decydenci zawsze mogą powiedzieć: nigdzie nie jest powiedziane, że wszystko musi mieć szczęśliwe zakończenie. Nie zawsze jest tak, że dobrzy dostają to, na co zasłużyli, a źli zostają ukarani i wszystko toczy się w najlepszy możliwy sposób w najlepszym ze światów. Jeśli ktoś tak myśli, to ulega iluzji.

            Więcej na te tematy w Tajnej historii mojego życia…

OPERACJA „DUNAJ” (dokończenie)

Major Siergiej atakuje

Chyba pod koniec kwietnia, a może w początkach maja w rejonie strażnicy dowodzonej przez kapitana Skoczylasa przybył nowy obiekt Armii Radzieckiej. Był to specjalistyczny samochód wyposażony we wszystko to, co najlepsze w dziedzinie rozpoznania elektronicznego. Wóz postawiono w kosówce, (którą wyrąbano) przy drodze pomiędzy Halą Szrenicą a Szrenicą i starannie okryto siatkami maskującymi.

Podsłuchiwaczami dowodził oficer Siergiej. Raz przedstawiał się, jako major GRU, ale po dwu flaszkach mówił, że jest starszym lejtnantem KGB. Cholera go wie, jaka była prawda. Dość powiedzieć, że był to kontaktowy łapitrunek. Ten brat-łata i cechmistrz pijacki, był bardziej bardem, rybałtem i gędźbiarzem niż oficerem służb specjalnych. Gdy mu wspominałem o internacjonalizmie i socjalistycznej moralności, która nie zakłada podsłuchiwania sojuszników, popatrzył ma mnie z uśmiechem faceta, który wszystko wie i ze wszystkim się zgadza i wyjaśnił, że w KGD „ praktyka jebiot teoriu”. Oficer miał pokój w schronisku na Hali Szrenickiej. Dużo ludzi się z nim przyjaźniło, bo warto było.

Znał go dobrze ratownik GOPR Włodzimierz Kosterkiewicz oraz przewodnik i narciarz Kazimierz Kędzierski, którzy sporo trunków z nim wypili. Koło samochodu Siergiej postawił koksownik, a że był góralem kaukaskim, piekł na ogniu specjalność doliny Adył Su – szaszłyki o niepowtarzalnym smaku. Do szaszłyków przyjaciele przynosili butelkę. Szaszłykowiec miał zaraźliwy śmiech, chętnie opowiadał kawały, nawet polityczne. Powtarzał, że chichranie obraża idiotów, ale mądrych leczy. Trudno było się z nim nudzić. Wznosił imponująco skonstruowane, wielopiętrowe toasty.

Ale Siergieja szczególnie znała urokliwa bufetowa Halina. Niekłamana ozdoba schroniska. Kobieta o pięknej, jakby dziecinnej twarzy, przejaśnionej łagodnością i słodyczą, nieco młodsza od schroniska, pod które kamień węgielny położono w 1786 r., wierząca, że niewiasta jest tyle warta ile seks, jaki można z nią mieć. Poziom inteligencji Haliny był znacznie wyższy od górskiego muflona, które ongiś odwiedzały Karkonosze i może, dlatego, kilka pokoleń żołnierzy i ratowników GOPR się w niej podkochiwało. Niestety, bez wzajemności.

Wedle słów Haliny, Siergiej, najpierw ją zgwałcił w toalecie. Ale zrobił to tak profesjonalnie, że go pokochała. Nie było w tym nic dziwnego. Oficer zahaczył o koniec wojny. Był jednym z tych chłopaków sowieckich, którzy od lat znali się na zabijaniu, piciu i gwałceniu. Nabierali wszak praktyki na milionach Niemek, ale nie tylko. To wówczas krasnoarmiejcy, nad Wisłą, Odrą i Łabą zabijali, chędożyli i nigdy nie trzeźwieli. Bez takiego rozwydrzenia nie sposób było dobić gadzinę hitlerowską.

Tak, major Siergiej (nazwisko wyleciało mi z głowy) miał w sobie coś z demona, coś ze straszliwego ducha. Jego życie nie było nudne. Ciągle wspominał powojnie: picie, bójki, napady, grabieże, gwałty… Teraz jeno szykował się do napadu na Czechosłowację. Takimi osobnikami rodzice straszą dorastające córki, a niewyżyte seksbomby marzą, aby ich poznać. Jak każdy oficer Siergiej, kłamał przez całe życie, bo nie kłamią tylko pokraki polityczne, które też chciałyby łgać, ale nikt im nie uwierzy. Mundurowi się wierzy. Więc major z miejsca zauroczył Haliną. Nad tą parą szybko pojawiła się aureola erotycznego łakomstwa.

Oficer omotywał niewiastę w nieskomplikowanych sposób. Wieczorem, gdy starzy bywalcy i personel schroniska zbierali się przy pianinie, Siergiej, zapowiadając, że utwór dedykuje swojej dulcynei, pięknie grał poloneza fortepianowego a-moll Michała K. Ogińskiego Pożegnanie Ojczyzny. Po skończonym koncercie siadał na krześle i brał dziewczynę na kolana. Jej oczy płonęły. Siedziała zaróżowiona, z wypiekami na twarzy oczekując pieszczot. On ją bezczelnie obmacywał i całował filantropijnie z wyraźnymi podtekstami łóżkowymi.

Nieraz, gdy miałem nieco w czubie zmieniałem Siergieja przy instrumencie. Rzępoliłem arię Jontka z opery Halka Stanisława Moniuszki. Czasami zebrani zazdrośnicy podchwytywali melodię. Wówczas, hen w doliny leciało smętne zawodzenia starych zbereźników i niewyżytych erotycznie pryków kabotyńskich: Hej Halino, hej dziewczyno… Przypominało to rzężenie jeleni w czasie rykowiska byków.

Melodia leciała, a major z Haliną zajmowali się wyłącznie sobą. Ocierali się o siebie. Macali. Miętosili. Smoktali się. Przylegali do siebie. Siergiej po raz kolejny sprawdzał, czy mu się zmieści, a Halina, czy jest dostatecznie duży, aby wystarczył na całą noc. Przed północą oficer, już bestialsko wyuzdany, brał na ręce, patrzącą na niego z bezbrzeżnym smutkiem i miłością Halinę i niósł do swego pokoju. Ona wisiała na nim jak przejrzałe winogrono. Podglądacze mieli uciechę. A może troszeczkę zazdrościli Siergiejowi. A rano komentarzom nie było końca, bo były momenty. Bo są momenta, co się pamięta, choćby się żyło i tysiąc lat…

– Och! Ach! Ech! Jak on pięknie pruł jej ciało! kutasem wielkim jak hieratyczny pik Wolnej Hiszpanii – opowiadał znawca Kaukazu i koneser męsko-damskich opowieści.

– Sprawnie zmieniali pozycję. Włazili jedno na drugie. Mało tego, robili bara-bara i to było imponujące – relacjonował inny podpatrywacz.

W tym czasie, utrudzony, ledwie żywy oficer Armii Radzieckiej wlókł się do podwładnych. Wyglądał jak mamidło górskie zwane widmem Brocklenu lub duch gór Karkonoszy. Szedłby sprawdzić elektroniczny urobek z nocy i wydać żołnierzom nowe zadania.

Chyba nie szło mu to najlepiej. Zaniedbywał się w obowiązkach. Uważałem Siergieja za wojskowego nieudacznika. W każdej innej roli niż łowca dup i balangowicz, wydawał mi się być fałszywy. Gdzieś około 20 czerwca został odwołany do Świętoszowa. Miał tam pilnować pułk czołgów Armii Radzieckiej stacjonującej w Polsce. Dowódca tego pułku był zaprzyjaźniony z pułkownikiem Bartoszewiczem.

Wedle relacji Pliski, oficer przyjeżdżał kilkakrotnie w Karkonosze. W 1972 r. przyjechał po raz ostatni. Został zwolniony ze służby. Jakiś czas wałęsał się po Kaukazie. Coś mu odbiło. Podawał się za Jezusa Chrystusa, który zmartwychwstał. Uznano go za wariata i zamknięto w „psychuszce”. Jego zmiennik nie umiał grać na pianinie…

W ten sposób Halina, figlując i męcząc bohaterskiego przedstawiciela sojuszniczej armii, wniosła niepodważalny wkład w obronę Praskiej Wiosny. Gdy to opowiadam przychodzi mi na myśl, aby, zachowując wszystkie proporcje, porównać poświęcenie Haliny z kochanką Napoleona. Bo panie zawsze były bardziej patriotyczne od panów. Królowa Jadwiga, Emilia Plater, pani Walewska… Ba, ale kurduplowaty cesarz Francuzów nie umiał grać na pianinie. Był zbyt słabowitego zdrowia, aby brać swoją bogdankę na ręce i targać do komnaty. A Siergiej przypominał żubra białowieskiego, mogącego, nie bez szans, startować w konkursie siłaczy.

Trzeba przyznać, że panie takie jak Halina, miały konkurencję w miłośnikach spirytualiów. Oto już 19 sierpnia 1968 r. po trasie przemarszu jednostek Armii Soieckiej do Czechosłowacji przejechał gazik rozstawiając patrole. Ich zadaniem było regulowanie ruchem w czasie przemarszu wojsk. Siedziałem wówczas w restauracji „Karkonosze”. Drobniak kazał mi obserwować reakcję narodu na interwencję. A gdzież mogłem lepiej wykonać powierzone zadanie jak nie w knajpie? Strawestuję Stanisława Grochowiaka i wyznam, że gdy naród pił, pije i będzie pił, ja patriotyczne piłem, piję i będę pił razem z narodem.

Niejednokrotnie widziałem jak w społeczeństwie bije ogromne internacjonalistyczne serce. Teraz także widziałem. Raz po raz któryś z gorzałeczników, osobników przestrzennie zagubionych, wychodził na skrzyżowanie „Iwana truć”. Z setką alkoholu, podchodził do „regulowszczyka” mrucząc do ucha szczęśliwemu żołnierzowi zachętę do wypicia za przyjaźń polsko-radziecką. Takiego toastu żaden krasnoarmiejec nie mógł odmówić. Niektórzy wytrzymywali nawet po osiem kolejek. Słabsi walili się na mordę już po piątej setce. Znowu przyjeżdżał gazik. Żołnierze wrzucali nieprzytomnego kolegę na samochód. Stawiano nowy patrol itd.

Nigdy nie doszedłem, czy alkoholiczne towarzystwo z „Karkonoszy” robiło to dla sportu, z miłości do wojska, satysfakcji, że ktoś skopie tyłki Pepikom, czy też z nienawiści do Sowietów. Bo przecież byli i tacy, którzy na czołgi, idące w kierunku Harrahova, rzucali kwiaty. Bałem się, aby jakiś zaćpany rycerz zemsty, w odwecie za Katyń nie przypieprzył w tanki koktajlem Mołotowa i czołgi zamiast na Pragę nie skręciłyby na Warszawę.

Trzeba przyznać, że inwazja na Czechosłowację zemocjonowała naród. Rzucano, częstowano, a dziwki dawały krasnoarmiejcom za darmo. Syfilis również. Zabawnie było obserwować statecznych generałów sowieckich odwiedzających rejony urzędowania pań nieciężkich obyczajów i ściągających z dup swoich oficerów, wywlekających ich z krzaków i tłumaczących im, że przyszła pora na poważne sprawy, chodzi o uratowanie socjalizmu w bratniej Czechosłowacji i nie czas myśleć o pierdoleniu.

Żal mi było generałów. Gdyby byli młodsi na pewno nie odmówiliby naszym damom. Ale w ich wieku… Jedynie, co im jeszcze stawało, to śmierć przed oczyma. Nie znali naszych południowych sąsiadów. Nie wiedzieli, że Czesi nie będą umierać w imię obalenia komunizmu. Wolą pójść na piwo…

Takie sceny wyrzeźbiły wyraźną ścieżkę w mojej duszy. Dość powiedzieć, że do dziś mam w uszach gwar gawiedzi, turkot czołgowych gąsienic i pomstowanie czerwonoarmiejców na generałów odrywających ich od roboty..

Kontakty z Czechosłowakami nie powinny dziwić. Do moich obowiązków należało spotykanie się z sąsiadami. Pod warunkiem zameldowania o spotkaniu przełożonym. Tym razem zapomniałem zameldować. Któryś z braci Czechów mnie podkablował. Czy to dziwne? Nie. Chrystus miał 12 apostołów, choć zlustrowano jedynie Judasza. Ale Jezusa zdradzili wszyscy uczniowie. Piotr trzykrotnie się go zaparł. Reszta, z wyjątkiem kobiet, uciekła. Zlustrowany Judasz stanowił 8 procent z 12. Z prostych wyliczeń wynikało, że około 560 milionów ludzi na świecie jest kapusiami, wśród nich kilkoro nawet inteligentnych. Nie łudziłem się, że uda mi się z nimi nie spotykać.

PS

Część dalszych losów mjr. Siergieja w książce „Rendez-vous z generałem Petelickim”

OPERACJA „DUNAJ” – przygotowania

Byłem wówczas zastępcą do spraw politycznych dowódcy Górskiego Batalionu WOP w Szklarskiej Porębie płk. Zdzisława Drobniaka. Już od dłuższego czasu wiewiórki szeptały, ze coś się, nie tylko w kraju, święci.

W marcu 1967 r. Warszawa zarządziła zbiorowe czytanie „Trybuny Ludu” i „Żołnierza Wolności”, strasznie upierdliwych dzienników. Dla odtrutki posługiwałem się też „Polityką” i „Tygodnikiem Powszechnym”, niewątpliwie najlepszymi pismami między Łabą a Władywostokiem, a na domiar złego pomogłem koledze pochodzenia żydowskiego wyłgać się z rąk WSW. Dlaczego to zrobiłem? Bo czułem się osobiście znieważony cudzą krzywdą. Oficerowie zapamiętali afront. Zbliżał się termin wyprawy na Czechosłowację. Szykowaliśmy się, by pomóc braciom Czechom obronić socjalizm. Tłumaczyłem Drobniakowi, który kierował przygotowaniami batalionu do zabezpieczenia porządku na wypadek przemarszu wojsk Układu Warszawskiego przez Góry Izerskie i Karkonosze i bardzo się tym przejmował:

– O rany!  Pułkowniku! Co nas obchodzą bracia Czechosłowacy? Przecież oni mają długie tradycje siania zamieszania. Już w 1415 r., po spaleniu na stosie w Konstancji Jana heretyka Husa, wybuchły krwawe wojny husyckie. Poza tym są nam winni kilkaset hektarów za przekazanie im Tkaczy, a i wcześniej mają sporo makaronu za uszami. Przypomnę jedynie, ze 23 stycznia 1919 r. Czesi zdyskontowali osłabienie Polaków i na rozkaz premiera Karla Kramara oraz prezydenta Tomasa Masaryka zaatakowali skutecznie nasz Śląsk Cieszyński (mieszkało tam 55 % Polaków, 27 % Czechów i 18 % Niemców) i ot tak „na dzień dobry” wyrżnęli wszystkich rannych i personel polskiego szpitala… Po prawie dwudziestu latach (2 października 1939 r.), wykorzystując zaangażowanie „wujka Adolfa” w przywoływaniu Czechów do porządku, odebraliśmy to, „co było nasze” i jeszcze kawałek. Teraz nadarza nam się ponowna okazja…

– No to, co z tego?

Byłem młody. Mówiłem dużo. Myślałem, że to lepsze jest od milczenia. Poleciałem monologiem wewnętrznym:

– A chociażby i to, że to oni później wymyślili szmatławą postać niedojdy i cwaniaczka – Szwejka, a Bohumil Hrabal wygłówkował mrowie piwożłopów i multum innych nieudaczników, i tylko jeden u nich porządny człowiek – pułkownik Emil Zapotek, ale i on prawdę powiedziawszy świnia, bo jako oficer, pułkownik, pragnie dorabiać ludzką twarz czemuś tak doskonałemu jak socjalizm, i Czesi nie chcą nam oddać ziemi za Tkacze, a to my wykoncypowaliśmy Pana Wołodyjowskiego i to my, budując monumenty, czcimy powstania narodowe… A oni, co? Co mają czcić?… I ja się zastanawiam, dlaczego jeszcze nie stawiamy pomników grabarzom? Przecież oni mają równie wielkie zasługi jak powstańcy, naharowali się grzebiąc poległych… i to my mieliśmy Zawiszę Czarnego z Grabowa i bohaterskich obrońców Warszawy, i bohaterów spod Lenino oraz Monte Cassino, a oni poddali się Niemcom bez jednego wystrzału…

– Co to zmienia?

– To, że my walczyliśmy w Powstaniu, aż nas wybito i kamień na kamieniu został z Warszawy, a oni poczekali i ocalili Pragę… Ale, ale, trzeba Czechosłowakom przyznać, że są uprzejmi. Chcą się nam podlizywać. Każdego turystę polskiego, napotkanego na „Drodze Przyjaźni” witają okrzykiem: „Cześć pracy!”. I część Polaków odbiera to, jako zawołanie: „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się!” I rzuca się na braci Czechosłowaków z pięściami. A teraz ten wichrzyciel Aleksander Dubcek…

Z mojej strony było to bezrozumne bajdurzenie i Drobniak nie dał mi dokończyć. Zmierzył mnie z góry na dół i z dołu do góry, popatrzył tak na mnie jakoś osobliwie, jakby widział mnie po raz pierwszy i powiedział abym spierdalał ze swymi aberracyjnymi poglądami.

Pułkownik nie potrafił być zabawny nawet wtedy, gdy przychodziła na to pora. A ja uważałem, że dla prawdziwych marksistów nie może być nic zabawniejszego niż Praska Wiosna. Dziwne, ale ilekroć próbowałem potrząsnąć drzewem prawdy, zawsze na moją głowę leciały obelgi i nienawiść. Ja się z tego cieszyłem. Sądziłem, że ludzie nienawidzą tylko tych, których kochają, słusznie utrzymując, że reszta niewarta jest ich energii. Ale cóż, zdarzają się wyjątki – to altruistyczni politycy i empatyczni wojskowi. Kto wie, może w głowie Drobniaka kiełkowała już myśl, aby sprzedać mnie do brygady zanim narobię mu większego kłopotu? Czekał tylko na okazję.

W czerwcu, lipcu 1968 r. spotykałem się w pobliżu strażnicy Przesieka z oficerami czechosłowackimi. Przekazałem im to i owo. Między innymi informację o ruchach wojsk sowieckich czających się na północnych stokach Grzbietu Wysokiego Gór Izerskich i mających lufy czołgów skierowane na południe. Miałem dobre, wielokrotnie sprawdzone informacje.

Byłem w ciągłym ruchu. Jeździłem po Górach Izerskich i Karkonoszach. Rozmawiałem z zainteresowanymi wyprawą. Byłem przewodnikiem silnej ekipy polsko-sowieckiej. W jej skład wchodził pułkownik Kukliński ze Sztabu Generalnego WP, szef sztabu i oficer rozpoznawczy jednej z dywizji AR, przygotowanej do wejścia na teren Czechosłowacji, a stacjonującej na Pogórzu Izerskim oraz Nikołaj Plisko ze sztabu Północnej Grupy Wojska Armii Radzieckiej w Legnicy.

Już od połowy zimy 1968 r. za strażnicą Kamieńczyk, od strony granicy, kilku żołnierzy AR postawiło namiot. Trudno go było zauważyć. Wśród karłowatych świerków rosnących na zboczach Kamiennikach, teraz okrytych, szadzią, wyglądających jak gęsie piórka, namiot sowiecki przypominał igloo Eskimosów. Żołnierze sowieccy urzędowali w nim dzień i noc. Mieli tam zgromadzony sprzęt przy pomocy, którego można było podsłuchiwać, co dzieje się w całym kosmosie, a nie tylko w Czechosłowacji. Cdn.

Więcej w książce „Niespokojna granica” cbwydawnictwo@home.pl

PS

P.T. Internautów i Czytelników Expressu Bydgoskiego, na którego łamach ukazał się nekrolog o zgonie Henryka Piecucha uprzejmie informuję, że:

Wiadomość o mojej śmierci jest nieco przesadzona.

                                                                               Henryk Piecuch

 

 

WAŁĘSA, WAJDA, GŁOWACKI, LEBENBAUM I ROSENBUSCH

Cierpliwie, niczym niedźwiedź na łososia czekam na film A. Wajdy o L. Wałęsie. Przyznam, że doniesienia medialne o ciągłych korektach, w być może gotowym dziele Mistrza, skłaniają do refleksji. A jeszcze sprzeczki filmowca z autorem scenariusza – J. Głowackim. Ale niech tam… winien jest oczywiście Wałęsa… Jego ciągłe wypowiedzi skłaniają do zadumy, a reżysera do zmian. Niektórzy próbują analizować uczenie enuncjacje Historycznego Lecha. „Próżny to trud. Bezsilne złorzeczenia”. Każdy, kto choć liznął życiorysu eksprezydenta wie, że zrozumieć Wałęsę nie jest łatwo i, że za pozornie skomplikowanymi wypowiedziami kryje po prostu… głupota. Odkryła to już w latach 80. O. Fallaci. Jedna sprzeczka Wajdy z Głowacki ma i dobrą stronę – będzie ksiązka Głowackiego o pisaniu scenariusza. 

Ostrząc sztuczne kły na te dzieła staram się przypomnieć minione dzieje. Było przecież wiele mało znanych kombinacji operacyjnych związanych z postaciami wymienionymi w tytule tego blogu, których, chyba nie uświadczycie w dziełach Wajdy i Głowackiego. Wybaczcie, że ciągle wracam do ogranego tematu i przypominam Wałęsę, Wajdę, Głowackiego, Lemenbauma i Rosenbuscha…

            Zaczynam od Lebenbaum. Za granicą kręcił się koło niego inny mój przyjaciel z czasów sudeckich – Adam Rosenbusch. Był to pracownik archiwum Radia Wolna Europa. W czasach peerelowskich, jako ratownik Grupy Sudeckiej GOPR miał kontakty ze zwiadowcami WOP. M.in. “opiekował” się nim mjr Leon Knapiński, a jako pilot wycieczek zagranicznych miał kontakt z oficerami podległymi pod Departamenty III, II i I. Potem wywiad zainstalował go, jako uciekiniera (via Jugosławia) w RFN i “wyrobił” mu dojścia do RWE. W Monachium Rosenbusch użyźniał cipkę pewnej damy, którą Lebenbaum puknął kilka razy jeszcze w czasach łódzkich. Dama, będąca wrzaskliwą pracownicą RWE, pozyskała ściśle tajną instrukcję dotyczącą ochrony obiektu. Instrukcję Rosenbusch oddał zaprzyjaźnionemu wopiście. Ten przekazał dokument oficerowi kontrwywiadu pilotującemu współpracownika. Tak się składało, że w tym czasie zintegrowane wokół KGB służby planowały akcję przestraszenia dyrekcji RWE. Chciano dać sygnał “S” i innym dysydentom, że specsłużby dużo mogą. Instrukcja umożliwiła słynnemu “Carlosowi”, czyli Iliczowi Ramirezowi Sanchezowi bezpieczne wejście na terem RWE. 21 lutego 1981 r. “Carlos” podłożył ładunki wybuchowe pod jeden z budynków i zdetonował. Na szczęście nie było już w nim ludzi.  Gdyby byli, wyglądaliby jak żaby w mikserze. Szkody sfotografował Rosenbusch. Zdjęcia i instrukcja trafiły do mnie (przekazałem je IPN). Lubiłem się z nim spotykać. Wspominaliśmy dawne czasy i przyjaciół, przywoził mi z Niemiec ciekawe książki o górach. Za prezydentury Wałęsy Rosenbusch, jako “opozycjonista” otrzymał intratne koncesje na różne dziwne przedsięwzięcia. Miał mieszkanie przy ulicy Zgoda, co ułatwiało m.in. zajmowaniem się handlem bronią. Planował wykup budynków na ulicy Frascati, aby mieć bliżej do Sejmu. Oprócz Polski dysponował mieszkaniami w Niemczech, na Słowacji i w Kazachstanie. Miał kontakty w Rosji i w państwach WNP. Był wydawcą i miał być posłem. Nagle coś nie wyszło. Chyba Wałęsa nie miał pojęcia, jacy ludzie podszywają się pod kombatanctwo. 

            Lebenbaum nie ograniczał się do dostarczania mediom zachodnim materiałów o walce “S”, gloryfikujących Wałęsę i innych opozycjonistów. Współpracował z RWE i organizował transporty do kraju z pomocą charytatywną i nie tylko. Taka działalność drażniła ambicję generałów.  Kiszczak postanowił coś z tym zrobić. Zlecił to zadanie Pożodze. Generał nakazał opracować kombinację operacyjną. Jej elementem było porwanie z Zachodu dyrektora Rozgłośni Polskiej RWE Najdera lub Lebenbauma. Po przywiezieniu figurantów do kraju planowano dodać im do towarzystwa kilku opozycjonistów i oskarżyć o terroryzm, a Wałęsę o jego popieranie. Wiem, że Najder i Lebenbaum nie mieli pojęcia, jaką rolę odgrywają agenci kręcący się przy zagranicznych strukturach “S”, w tym “Minim”, „Raja” i “Regina”. Ci agenci był jak wiatraki, z którymi walczył Don Kichote z Manczy – dumni, głupi i cyniczni, tępi i niemoralni. Byli jednak cholernie sprytni i niebezpieczni. Aby uśpić tak zwane BHP “S”, bezpieka od czasu do czasu podrzucała na spalenie jakiegoś nieważnego agenta. Podobno Wałęsa i inni działacze byli zachwyceni takimi sukcesami.

            Zastanawiam się, z kim mógłbym porównać Lebeubauma. Jedyne, co przychodzi mi na myśl, to Janusz Głowacki. Jedyny celebryta wśród współczesnych literatów. W twórczości autor Antygony w Nowym Jorku jest, moim zdaniem, skrzyżowaniem Witolda Gombrowicza i Sławomira Mrożka z Michelem Houellebecqiem, a poza tym do złudzenia przypomina Lebenbauma. Ta sama życzliwość, ale niepozbawiona ironii, filozoficznej zadumy i uszczypliwości. Głowacki napisał powieść, w której pozornie zmasakrował Jerzego Kosińskiego. Piszę pozornie, bo zza dramatycznych przeżyć autora Malowanego ptaka, z dużą maestrią przedstawionych na kartach Good night, Dżerzi, wychynęła, przynajmniej dla mnie, twarz Wałęsy z okresu prezydentury. Do takiego stwierdzenia upoważnia mnie porównywalny mechanizm mozolnego wspinania się na szczyty i brutalnego ściągania z Olimpu na ziemię. I mimo zupełnie rożnych realiów metoda jest podobna. Różnica jest jedna: Kosiński w wyniku ataków popełnił samobójstwo. Wałęsa jest twardszy – walczy. Bije się skutecznie. Piórem, internetem, pyskówkami w telewizji i przed sądem. Często wygrywa. A  Glowacki? Napisał scenariusz dla Andrzeja Wajdy. Film ma być o Wałęsie. Modlę się, aby dożyć czasów, gdy będę mógł film obejrzeć. Uważam, że Wajda, potrafiący dostrzec piękno w brzydocie polityki, zdoła połączyć doświadczenie autorytaryzmu Jaruzelskiego z dźwiękiem spadającego z gałęzi jabłka i nałożyć na to wszystko postać Wałęsy. O filmie krążą legendy…

Pierwotnie miał to być produkt Hollywoodzki. Na początku lat 90., Wałęsa dostał milion dolarów za zgodę na powstanie filmu. I coś nie wyszło. W 2001 r. Jeden z producentów w hollywood Roman Harte, ten sam, który zaoferował Wałęsie milion USD, zgłosił się do mnie, abym napisał koncepcję noweli filmowej. Konsultantem był prof. Paczkowski. Napisałem. Profesor wniósł uwagi. Uwzględniłem je. Harte osobiście przyjechał i odebrał poprawiony tekst. I zniknął. Widocznie coś znowu nie wyszło. Może Amerykanie stracili zainteresowanie Wałęsą, Polską, a nawet Europą. Może agenci CIA, których przedstawiłem w szkicu, byli nie tak wspaniali, a SB i KGB nie tak krwawe, jak wyobrażenia Amerykanów. Ani Paczkowski, ani ja nie dostaliśmy za pracę ani centa.

W wypadku Kosińskiego Głowacki zastanawiał się Dlaczego? Dlaczego? I sam odpowiada: – Dlatego, że Ameryka niczego takiego przed nim nie widziała. W przypadku Wałęsy sprawa wydaje się być jeszcze prostsza. Homo sapiens to taki stwór, który po osiągnięciu sukcesu swoim działaniem sam prosi się o nieszczęście. I to jest przypadek Wałęsy. Na pytanie: dlaczego Wałęsa? Bon mot mógłby brzmieć tak: Dlatego, że nie tylko Ameryka, ale i cały świat niczego takiego przed nim nie widział. I już nie zobaczy.       

            Chciałem zdeszyfrować Wałęsę. Wedle mojej oceny, Wałęsa jest fenomenem i nawet banda diabłów nie dałaby mu rady. Dlatego powtarzam – tacy ludzie rodzą się raz na milion albo raz na sto milionów lat. Gdyby Wałęsy nie było, należałoby go wymyślić. I to powinno wystarczyć za komentarz. Nawet, jeżeli Wałęsa był draniem, bądź jego wybory życiowe i zawodowe obsadziły go w drańskiej roli, to bez niego nie byłoby III RP w takim kształcie, jak obecnie. Przez pół wieku o tym marzyłem. Dlatego nie dziwcie się, że wykorzystywałem każdą okazję, aby się czegoś o nim dowiedzieć. Węszyłem za wiadomościami o Wodzu nie tylko na diabelskim kołowrocie życia, ale nawet na szpitalnych korytarzach. A dlaczego nie całe społeczeństwo jest wdzięczne Wałęsie? U nas wdzięczność to uczucie nieznane. Przekonał się o tym nie tylko Wódz, ale ostatnio także Jerzy Owsiak, człowiek, który uratował pośrednio wielu ludzi. Zastanawialiście się kiedyś, ile czasu trwa wdzięczność, a ile mściwość i zazdrość? Praktyka dowodzi, że wdzięczność trwa krócej. No cóż, gust społeczeństwa nigdy nie wyprzedza geniuszy. Zawsze wlecze się za nim kulejąc. Dla miernot geniusz jest czymś niewybaczalnym.

 

Więcej na ten temat w książce: Tajna historia mojego życia. Wałęsa i… Kryptonim „Bolek”. Operacje tajnych służb MON i MSW

WYBORY 04 CZERWCA A OFICEROWIE SŁUŻB SPECJALNYCH

Po 4 czerwca 1989 r. pozornie wydawało się, że prawda o społeczeństwie spadła na esbeków z elegancją żelbetonowego bloku, a peerelowskie służby specjalne osiągnęły dno. Ale tak jedynie się wydawało. Niektórzy zaradni oficerowie udowodnili, że dno może być także twardym gruntem. Najinteligentniejsi funkcjonariusze już dawno zrozumieli, ze prawdę narzuca się innemu człowiekowi siłą samej prawdy, a nie przemocą prawa, przymusu ekonomicznego lub działalnością operacyjną. Czekali tylko okazji, aby pomaszerować pod nowymi sztandarami.

Wściekacie się, bo bulwersuje was oddanie nadzoru nad służbami specjalnymi III RP w ręce kramarzy z kiszczakowskiego zaciągu! Jednak, dlaczego mieć za złe kramarzom, że są tym, czym są? Przecież już dawno technika i dolary zmanierowały służby specjalne. Mówicie, że trudno to wytłumaczyć. Może należy pamiętać, że ci, którzy rozumieją tylko to, co da się wytłumaczyć, nic nie rozumieją. Specsłużby są jak magia, czarna i biała. W związku z tym w bezpiece oficerowie dzielili się na pod- i nadludzi. Kontrwywiad stanowił magię czarną – podludzi, którzy nie byli wolni od stosowania brutalnych metod, niekiedy tortur. Natomiast magię białą reprezentował wywiad z zaradnymi asami na czele. Jedni i drudzy nigdy nie szczędzili krwi. Oczywiście, nie własnej. 

Oni pierwsi zrozumieli, co jest warunkiem sukcesu. Jednym z zaradnych był ówczesny podpułkownik Sławomir Petelicki, który szybko zrozumiał, że warunkiem sukcesu jest upór, bo skrajna wrażliwość niesie w sobie tylko porażkę. Petelicki i spółka chcieli żyć w innym świecie, w którym cierpienie jest bezsensowne, a szczęście obowiązkowe. Rozważałem też, dlaczego Petelicki z komilitonami, stanowiącymi arystokrację polskiego szpiegostwa, z przyszłymi generałami Gromosławem Czempińskim, Henrykiem Jasikiem, Wiktorem Fonfarą, Marianem Zacharskim, płk Aleksandrem Makowskim i innymi, nazywanych czasami franciszkanami bezpieki (od nazwiska min. Franciszka Szlachcica – przyp. H.P.), a uznanymi przez ministra Kiszczaka za beztalencia, którzy mieli aspiracje orłami być, sokole loty mieć, są aż tak dyskretni w ujawnianiu dawnych tajemnic resortu?

Oni, którzy gnali do kariery jak wicher po łanie zboża, dla których socraj był czymś tak oczywistym jak Związek Radziecki, słońce albo powietrze, pierwsi zczłowieczeli i dostrzegli, że system dogorywał. Chybko porzucili komunizm, socjalizm i marksizm a schwyciwszy źdźbło czasu zmian wzięli je do siebie i postanowili przejść z filmu czarno-białego na obraz kolorowy. Zaczęli szermować takimi pojęciami jak honor, godność, Polska, niepodległość, Bóg, ojczyzna, moralność, wiara…

Ci mężowie, w swoich życiorysach mają interesujące fakty, które byłyby cudowne gdyby nie to, że nie są prawdziwe. W okamgnieniu zapomnieli, że wylęgli się ze Służby Wywiadu i Kontrwywiadu i przyrzekli sobie, że prędzej piekło zlodowacieje niż wrócą do bronienia socraju! Błyskawicznie przepoczwarczyli się w ugłaskane króliczki, które naczelne władze III RP bez wahania przytuliły do piersi awansując ich oraz nagradzając wysokimi stanowiskami.

Będąc najinteligentniejszymi z inteligentnych, wyraźniej niż inni funkcjonariusze widzieli wylęganie się demokracji. W przededniu powstania III RP znowu uwierzyli, że świat ma dla nich coś lepszego do zaoferowania niż praca za frajerską pensję do emerytury lub do śmierci. Nie mylili się. I wówczas powiedzieli sobie: skoro czas przeszły przestał dla nas istnieć; teraźniejszość cieknie jak woda z dziurawego wiadra, a o przyszłości szkoda gadać, to trzeba postawić na innego konia. Wyrzekli się własnych przekonań, bo zmieniła się strategia Polski i geopolityka świata. Ich idea przegrała.

Boleli nad tym okrutnie, – ale byli bardzo dzielni i nie dali tego poznać po sobie. Potrafili przekuć klęskę w sukces. Błyskawicznie przesiedli się ze swoich zdezelowanych polonezów, fiatów i wartburgów na luksusowe modele samochodów zachodnich. Pomógł im Lech Wałęsa, który, wygenerowawszy Tadeusza Mazowieckiego i Leszka Balcerowicza, polityków antydemagogicznych i antypopulistycznych niezwłocznie sięgnął do komunistycznych kadr szpiegowskich. Nadał niektórym oficerom MSW stopnie generalskie. Znowu byli w awangardzie. To była elita elit metapeerelowskiego wywiadu. Zdawało im się, że są aniołami transformacji w MSW. Baczyli by nikt nie sypał piasku w tryby przemian. Zachowali się z klasą. Reszta służb specjalnych III RP została za tymi funkcjonariuszami o kilka drinków z tyłu. Oni trzymali bank i rozdawali karty. Uważali, że nikt nie powinien mieć do nich o to pretensji

Co prawda ich długoletni guru, Wojciech Jaruzelski, jeszcze w 1987 r. wspominał, jakim wstrząsem była dla niego śmierć Stalina i przekonywał, że generalissimus uczynił wiele dla sprawy socjalizmu, w tym Polski i, że …dystans historyczny pozwoli spojrzeć na postać Stalina spokojnie, bez obciążeń świeżymi jeszcze emocjami, to wymienieni oficerowie już Jaruzelskiemu nie wierzyli. Byli zbyt zdolni, zbyt pragmatyczni, zbyt przezorni, aby dłużej akceptować stalinowskie zachcianki perfidnego, wrednego, obłudnego, zakochanego w sobie „dwupaku generalskiego” Jaruzelski – Koszczak. Bo żeby w przededniu rozpadu komunizmu wychwalać Stalina, żeby coś takiego powiedzieć, trzeba być czeterogwiazdkowym generałem. To był system „Ge-Ge”. Generalissimus (Stalin) & generał (Jaruzelski). Żaden zwyczajny człowiek nie mógł być aż takim idiotą! Przecież już następca Stalina Nikita Chruszczow wiedział, czym był Stalin i stalinizm. Nie darmo, za czasów Chruszczowa rehabilitowano ponad 20 milionów osób. Większości pośmiertnie. Bo co innego założenia komunizmu w ujęciu Marksa, a co innego stalinizm! Znam inteligentów uważających, że komunizm to byłaby dobra rzecz, gdyby ludzie nie byli tacy, jacy są. Kłania się tu myśl prof. Leszka Kołakowskiego, że dobro i zło, sprawiedliwość i krzywda obecne są w świecie tylko przez nas samych.

W tej sytuacji konwersja dobrym momencie nie mogła być zła. Po 1989 r. żołnierze pierwszego rzutu partii, bezkompromisowo walczący w obronie socraju na tajnym froncie, rzucili się w objęcia Kościoła.

Nie, nie upatrywali w Kościele zbawienia. Upatrywali stanowisk. I dostali je. Jednym z najgorętszych konwertytów był Petelicki. Śmiało odwoływał się do chrześcijańskich tradycji Polski i Europy, których nie znał nawet z widzenia. Zawsze zdołał znaleźć kilka składnych słów by zrobić wrażenie patrioty i człowieka zaangażowanego w to, co robi i przekonać, że najbliższe mu są wartości chrześcijańskie, które wyssał z mlekiem matki. Zanurkowawszy w ramionach gen. bp. S.L. Głodzia podpułkownik być może zapomniał, że tradycje chrześcijańskie już dawno odeszły od Ewangelii, że to, oprócz niezaprzeczalnych pozytywów, również krucjaty, inkwizycje, pogromy, palenie na stosie, m.in. Jana Husa, Joanny d’Arc czy Giordana Bruna. To tortury i procesy o czary. To wojny religijne i  prześladowania Żydów, oskarżanie ich, jako narodu bogobójców.  A może o tym pamiętał i dlatego nie miał problemów z udzieleniem sobie rozgrzeszenia za to, co robił? 

Dziś, patrząc na postaci generałów z bezpieczniackimi rodowodami można pomyśleć, że to najspokojniejsi, najprzyzwoitsi, etyczni, moralni ludzie. Tacy, którym można bez obawy dać się ogolić brzytwą. I jedynie niedowiarkowie mogą sugerować, że można przy tym stracić głowę. I jeszcze jedna rzecz przemawia na korzyść byłych esbeków – oni naprawdę umieją pisać! Potrafią smażyć nie tylko donosy. Również książki. No, nie wszyscy. Petelicki na szczęście nie potrafił. Ale przeczytajcie dzieła Zacharskiego, a sami zobaczycie. Ostatnio jeden z nich, płk Makowski, dał się poznać, jako autor zadziwiającej pracy Tropiąc Bin Ladena. Opisał w niej część swoich przygód. Chyba szczerze. Jedynie gdzieniegdzie wzbogacił relację dobrym słowem. Ten oficer, podobnie jak Zacharski, potrafili napisać sakramencko dobre książki. Chryste! Z takimi zdolnościami powinni pracować dla CIA i wymyślać kody nie do złamania przez talibów i ferajnę Władimira Putina.  

Myślę, że znając Zachód, wiedząc, jak ludzie mogą, a nie jak muszą żyć, w chwili, gdy Gorbaczow polecił Jaruzelskiemu zmajstrować z Peerelu coś jakby laboratorium dla pierestrojki esbecy pierwsi przejrzeli na oczy. Gdy nadarzyła się okazja, postawili na nową rzeczywistość. Kombinując wykombinowali dobrze. I nie zawiedli się. Dzięki nowej władzy, a przede wszystkim dzięki Wałęsie mogli orłami być, sokole loty mieć. Więc dlaczego nie ujawnili wszystkiego? Czyżby uznali, że nie warto przeciążać mózgów rodaków?  Przecież zostawszy celebrytami mieli tysiące okazji, aby wytrącić oręż wściekłym lustratorom, używającym lustracji jak górale ciupag, do rozkwaszania głów przeciwnikom politycznym. A celebryta to współczesny alchemik – twierdzi Krzysztof Varga, – który z gówna robi złoto. Więc dlaczego…?   

 

Więcej w książce Rendez-vous z generałem Petelickim

LECH WAŁĘSA contra BOGDAN BORUSEWICZ

Opowiadanie prawdy jest największym dowcipem na świecie.       

                                                                       George B. Shaw

 

Zbulwersowały mnie doniesienia medialne o wzięciu się za łby L. Wałęsy z B. Borusewiczem, czyli, jakby powiedzieli specjaliści z niegdysiejszych służb specjalnych: „robol” skoczył do gardła „jajogłoweniu”. Bijatykę na słowa sprowokowała swoim niemądrym wystąpieniem Henryka Krzywonos, której – tak mniemam – zaszkodziła medialna sława zdobyta dzięki… nie, nie występowi w latach 80., a dzięki dzięki wspaniałemu, ale incydentalnemu i koniunkturalnemu wystąpieniu w 30 lat po wybuchu „Solidarności”, w czasie którego zaatakowała… Jarosława Kaczyńskiego.

W tym momencie nie sposób nie postawić pytania, czy nie była to aby opóźniona o  lata realizacja  kombinacji operacyjnych, opracowanych w MSW w latach 80.?  Kombinacji zakładających tak zwane lipowanie (w żargonie MSW preparowanie fałszywych wiadomości) na temat działaczy „Solidarności”, zmierzających do skłócenia przywódców związku.

Ty przypominam tylko, nieznacznie zmienione to, co pisałem w „Tajnej historii mojego życia…”                     

            W 1980 r. na początku był wielki gniew. Wprawdzie z telewizora błyskało, że sytuacja jest dobra, ale nie beznadziejna, bo krowy były tłuste, a wieprze zadowolone, tylko ludzie, nie wiedzieć, dlaczego, świń nie utożsamiali z trzodą chlewną, a z komitetami partyjnymi i z SB 14 sierpnia 1980 r. Wałęsa stanął przed murem, który ludzie bez powodzenia usiłowali przebić głową. Wałęsa – jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli – „wirtualnie go przeskoczył”. I zaraz po tym ucichł klangor żurawi stoczniowych i rozległy się okrzyki wzywające do rewolty.

W ślad za tym zabulgotało Trójmiasto. Potem zafurkotał cały Peerel. Pomyślałem, że natężonego ambicją znanego prowodyra Lecha Wałęsę, wraz z gronem doradców, którzy wprowadzali robotników w sposób zwykły w świat niezwykły, czeka trudne zadanie. Trzeba przekonać masy, że warto się bić. Bo może nie skończy się to tak, jak w czerwcu i październiku 1956 r., w marcu 1968 r., w grudniu 1970 r., w czerwcu 1976 r.? Wychowany na Polakach-doprzodowych myślałem, że zobaczę sukces Polaków-zwyklaków, tak jak własne uszy bez zwierciadła. Ciekaw byłem, czy robotnicy, wsparci inteligencją, którą można utożsamiać z dawną szlachtą, poradzą sobie lepiej. Nie wiem czy doradcy cytowali Wałęsie słowa Zygmunta Krasińskiego: Jeden tylko, jeden cud: / Z szlachtą polską polski lud, / Jak dwa chóry – jednio pienie!  Wiem, że Krzysztof Pomian pisał: “Solidarność” nie mogłaby się pojawić, osiągnąć swych celów, ani zaspokoić oczekiwań, jakie się w niej pokłada, bez udziału inteligencji.

            W powojniu połączenie “roboli” z jajogłowymi było nowością w awanturach z władzą. Do tej pory obie klasy walczyły oddzielnie. Robotnicy pięściami, intelektualiści – rozumem. Przypuszczałem, że doradcy będą musieli przekonać masy, jak przejść od kościoła komunizmu do kościoła kapitalistycznego. Gdyby w sierpniu 1980 r. doradcy powiedzieli ludziom prawdę, w jaki sposób zamierzają ich urządzić, nikt by za nimi nie poszedł. Musieli łgać. Można to było osiągnąć tylko w jeden sposób. Trzeba było, aby ludzie uwierzyli, że mają do czynienia z wybitnym przywódcą, z kimś na kształt Boga, który ich poprowadzi do ziemi obiecanej. Należało takiego kandydata znaleźć. I choć aspirowało wielu wybrano Wałęsę, bo, jak twierdziły masy – Wałęsa miał w sobie to coś, co umysł ludzki rozjaśnia i do klękania skłania. Działał jak hipnotyzer. Przerabiał człowieka w medium. Boskość Wałęsy miała się dokonywać poprzez opanowanie tłumów. Tak jak boskość Castro, Kim Ir Sena, a nawet Lenina. Udało się. To doradcy, media i służby specjalne są temu winne. Wciągając do zabawy krajowe i zagraniczne ośrodki propagandowe, sprawili, iż masy myślały, że:

            Lech Wałęsa to osoba niebywale sympatyczna

            Lech Wałęsa to osoba nieprzeciętnie inteligentna

            Lech Wałęsa to osoba niezwykle utalentowana

            Lech Wałęsa to osoba niespotykanie miła

            Lech Wałęsa to osoba prawdziwie szczera

            Lech Wałęsa to osoba wyjątkowo błyskotliwa

            Lech Wałęsa to osoba bardzo przyjacielska

            Lech Wałęsa to osoba zniewalająco urodziwa

            Lech Wałęsa to osoba całkowicie bezinteresowna

            Lech Wałęsa to osoba niesłychanie dowcipna

            Lech Wałęsa to osoba nad wyraz skromna

            Lech Wałęsa to osoba dająca się lubić

            Lech Wałęsa to osoba zdolna poprowadzić do zwycięstwa.

            Żaden z tych sloganów nie był prawdziwy – z wyjątkiem ostatniego. Ale ludzie uwierzyli. Okazało, że masy wierzą nie w to, co widzą, a w to, w co chcą wierzyć. Nie wiem, jak to się stało. Czasem nie można powiedzieć prosto, o co chodzi, w ogóle nie można tego wyrazić w zdaniach mających sens logiczny. Wydawało mi się, że Wałęsa, który przez całe życie, aż do sierpnia 1980 r., rzucał kamienie z upoważnienia, choćby i B. Borusewicza, choć raz chciałby coś zrobić bez pozwolenia. I zrobił, i mówił: Nie wiem, czy jestem przywódcą, ale gdy tłum milczy, rozumiem, co chciałby powiedzieć, i sam to mówię. A z okazji trzydziestej rocznicy Sierpnia ‘80 skromnie zauważył:…Ja tylko walczyłem o możliwości. Wywalczyłem ją i przekazałem narodowi to zwycięstwo. Ja mogłem być jeszcze lepszy niż Castro, Kim Ir Sen czy nawet Lenin. Ja to potrafię, mogłem wodzem być. Przyznaję, III RP bez Wałęsy byłaby tylko olbrzymią dziurą w przestrzeni, jak staw Moneta pozbawiony lilii.

            Leszek Kołakowski powiedział kiedyś, że wielki człowiek to taki, który nikogo innego nie przypomina. I Wałęsa taki jest.

                                               ***

            Przez 45 lat Polska przypominała bilard. Kijem, trzymanym przez Kreml była partia. Kulami społeczeństwo. Szturchane przez kij kule zgodnie toczyły się w pożądanym kierunku. Aż przyszedł sierpień 1980 r. i jedna kula zaczęła podskakiwać przeciwko kijowi. Za nią poszły inne. Tak pojawiła się nowa gwiazda i nowa siła – Lech Wałęsa i “Solidarność”. Ich mit tworzył się na naszych oczach. Było to zagrożenie dla stworzonych przez Stalina układów. No i stało się. Nastał grudzień 1981 r. Zima była ostra. Mróz zmroził ziemię. Ściął rzeki. Gen. Jaruzelski zrobił coś gorszego. Ogłosił stan wojenny i zaczął wybijać kule. Ale nie wybił wszystkich. Panna “S” straciła dziewictwo dopiero za sprawą Wałęsy, który w czasie prezydentury wmontował związek we władzę. Jego wrogowie uważają, że tego nie powinien robić. Prawdziwi rewolucjoniści powinni patrzeć sobie prosto w oczy. Jeżeli nic tam nie widzą, powinni szczerze o tym porozmawiać i kolektywnie ustalić strategię.

Wódz tego nie zrobił. Uważał, że wie lepiej, co jest dla Polski dobre. Po latach idee „S” są nadal uwodzicielskie, lecz martwe niczym oko śniętego dorsza. Mają same zalety i jedną wadę – nie żyją. W 1989 r. Wałęsa, mający dziwną, pozaludzką siłę spojrzenia w przyszłość, miał do wyboru alternatywę: albo państwo, albo związek. Wybrał państwo. Zachowanie Wodza wskazuje, że im więcej ludzi było koło niego, tym większą samotność odczuwał. Gdy rozciągał parasol związkowy nad rządem, spadek realnych dochodów społeczeństwa przekroczył 25 proc. Żeby nie mówić o cenie transformacji, trajlowano o zwycięstwie nad komuną i agentach. Ale czy było lepsze wyjście? Jak przejść od praktycznego rozumu komunistycznego, który mimo całego absurdalizmu tak długo kręcił się po świecie i reprodukował, wiedział u nas tylko Balcerowicz. Ale i on, prawdę mówiąc, sprawę spieprzył.

            Aby scharakteryzować Peerel, uciekam się do sparafrazowania wypowiedzi Thomasa Bernharda. Wygląda to tak: Żyliśmy w tępych czasach. Nasz demonizm to był ustawiczny komunistyczny karcer, w którym głupota i bezwzględność stały się codzienną potrzebą. Państwo było tworem, któremu z góry sądzona była klęska, lud zaś skazany był na bezczynność i debilizm. Wałęsa postanowił z tym walczyć. Można go za to kochać albo nienawidzić. Nie da się przejść obok niego obojętnie. Już Hegel twierdził, że wielkie postaci historyczne w najważniejszych momentach nie pojawiają się przypadkowo. Niestety, z chwilą przyssania się Wałęsy do prezydentury było gorzej. Wódz dopuścił do tego, że III RP zamieniła się w krainę rozhisteryzowanych bab i wrzeszczących kombatantów. I tak jest do dziś.

            Na usprawiedliwienie można powiedzieć, że nie mając wykształcenia, praktyki ani wzorców postępowania Wałęsa musiał stosować metodę prób i błędów. Tak, może i był słabo wykształcony, ale dzięki nieomylnemu instynktowi zrozumiał, na czym polega niesprawiedliwość socraju i postanowił to zmienić. Porwał się na coś, czego nikt inny przedtem nie zrobił. Postawił przed sobą ambitny cel: doprowadzenie do normalności porąbanej przez Stalina Polski.

W czym tkwi tajemnica sukcesów Wałęsy? Może w tym, że do czasów prezydentury ludzie nie wyczuwali w nim żadnego fałszu, żadnej wyższości, odmienności, dźwięku szlachetnego kruszcu cechującego intelektualistów. Z takiego poziomu pospolitości, szarości i zwykłości prości ludzie lepiej słyszą, co się do nich mówi. Pamiętam taki obrazek w stoczni: Wałęsa otoczony tłumem. Trajkocze jak karabin maszynowy lub wróżbita objaśniający sny. Mówi i gestykuluje. Przekonuje do wytrwania. Jego mowa ciała przypominała gestykulację szamanów syberyjskich bądź kapłanów wudu, wprowadzających tłumy w trans. Słuchający go ludzie nie mieli pojęcia czy słyszą głosy onomatopeiczne czy wieszczenia nawiedzonego trybuna ludowego chcącego ich kłamstwem zachęcić do boju. Nie mieli pojęcia czy to jawa metafizyczna, czy oniryczne widzenie świata.

Wałęsa potrafił mówić językiem podwórka, bazaru, warsztatu elektryka, baru mlecznego, autobusu, hotelu robotniczego, tramwaju czy portowej knajpy. Miał w sobie to, co Amerykanie nazywają street smart – język ulicy. Był to jego język. Nie musiał udawać. Była w nim odrobina cynizmu i cwaniactwa, robotniczej godności i strachu przed Panem Bogiem. Nie było hipokryzji i lęku przed rządzącymi. Jeżeli prawdą jest, że język jest zwierciadłem duszy, to język Wałęsy układał za niego słowa i myślał za niego. Słowa Wałęsy odciskały się w wyobraźni tłumów. Niczym Pan Twardowski „śmieszył, tumanił, przestraszał”. Bez takiej zachęty nie byłoby buntu mas. A bunt to dostojeństwo niewolnika. Gdy jednak w czasie prezydentury wydawało mu się, że upodobnił się do Chrystusa, stał się cyniczny, arogancki i zarozumiały, stracił wszystko. Gdy spadł ze stołka, znowu zrozumiał, że powinien pokpiwać z własnych wzruszeń i dokonań. Jest żywym trupem politycznym, który jeszcze chodzi. I taki Wałęsa znowu jest urokliwy i rozbrajający, ucapiający ludzi za serca.

            Jego wrogowie zauważyli, że w kulturze biblijnej na początku było słowo, w komunizmie – CzeKa (później NKWD), a u podstaw niepokalanego poczęcia IV RP legł agent. I przypuścili atak. On widział las. Jego rywale, w tym H. Krzywonos tylko pojedyncze drzewa. Wódz jest oskarżany nie tylko o agenturalność, ale także o to, że dopuścił, by dawni agenci zajmowali stanowiska umożliwiające im spenetrowanie i kontrolowanie części życia III RP – sektora bankowego, PZU, ZUS itp. W Peerelu Wałęsę uważano za destruktora i pasożyta socjalizmu. Oficjalnie mówiono, że to megaloman, bluźniercą i wariat, ale po kątach szeptano, że to może polityczny geniusz, który przyczynił się do obalenia Gierka i Kani. Dowodem na to są chociażby protokoły Biura Politycznego KC PZPR. W 74 protokołach (od 14 sierpnia 1980 r. do 20 grudnia 1981 r.) Wałęsą zajmowano się 72 razy, odsądzając go od czci i wiary, podczas gdy innymi opozycjonistami “S” razem wziętymi jedynie 19 razy (Borusewiczem – 1 raz, Bujakiem – 8, Gwiazdą – 6 i Walentynowicz – 4 razy. Krzywonos nie wymieniono ani razu). Czy Wałęsę martwiło to “wyróżnienie? Chyba nie. Stygmatyzująca łatka “wroga nr 1. socraju” stała się dla niego czymś pożądanym. Stanowiła argument do walki z wrogami wewnętrznymi. I H. Krzywonos, swoim niemądrym wystąpieniem usiłuje mu to odebrać, w tym miejscu pozostaje tylko postawić pytanie: dlaczego, wiedząc jaka jest rzekoma prawda milczała o tym przez kilka dziesiątków lat? 

            Aby wyjaśnić niejasności najnowszej historii, w tym ocenić zachowania ważnych osób, pożądane jest pozbycie się wszelkich tajemnic. Alternatywa jest taka: albo ukrywanie, albo jawność. Nie ma innej opcji. Jawność, poszanowanie praw człowieka i wolność wypowiedzi. Po spełnieniu tych warunków zobaczymy, kto jest bohaterem, a kto świnią. Każde społeczeństwo dzieli się na policjantów, złodziei, okradanych i manipulowanych. Rzecz jest tylko w proporcji.

            Więcej na ten temat w książce Tajna historia mojego życia. Wałęsa i … Kryptonim „Bolek”. Operacje tajnych służb MON i MSW.

Tylko do nabycia w wydawnictwie

 e-mail: cbwydawnictwo@home.pl

księgarnia internetowa: WWW.cbwydawnictwo.home.pl

 

WAŁĘSA, WUDU, GROTOWSKI, FILM I… BEZPIEKA

W „Newsweeku” (19/2013) ukazał się interesujący artykuł Dawida Karpiuka o filmie rozpoczynającym festiwal Palanete+ Doc. Myślę, że film Bartka Konopki i Piotra Rosołowskiego „Sztuka znikania” wzbudzi spore zainteresowania, a to ze względy na temat: religią wudu w kontekście Wałęsy, Grotowskiego, egzotycznej scenerii polsko-haitańskiej i …bezpieki.

Główny wątek osnuty jest na dziwnym osobniku, kapłanie wudu Amonie Fremonie, który jest magiem tajemniczej religii. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo tajemniczych religii są setki, gdyby nie fakt, ze Freon ma polskie korzenie. Przed laty fakt ten skłonił MSW do zainteresowania się wudu. Zajmował się tym Departament III Służby Bezpieczeństwa oraz departamenty I i II, a także Biuro Paszportów ze Służby Wywiadu i Kontrwywiadu. Bezpieka wpadła na trop Amona dzięki kontroli korespondencji teatru Grotowskiego. Niestety w filmie pominięto wątek związany ze służbami specjalnym. A chyba szkoda, bo to ciekawy trop.

Dlaczego? Nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć.

Przed laty, zainteresowany Teatrem Źródeł usiłowałem coś na temat rozpracowania Grotowskiego i jego teatru napisać. Wziąłem na spytki płk. Marcelego Wieczorka, który pod płaszczykiem dyplomaty kupował w Nowym Jorku i Chicago najnowsze technologie kluczowego przemysłu USA, zbierał materiały wywiadowcze, a łącząc zainteresowania prywatne (zen, joga, parapsychologia, tajemnice zombi, wudu, Hare Kryszna) interesował się różnymi dziwnymi sprawami będącymi przedmiotem badań CIA, również ja poświęciłem parapsychologii nieco uwagi.

Wieczorka nęciły sprawy mesjanizmu, parapsychologii, szamanizmu, wudu, kaznodziejstwa, grup religijnych, sekt itp. Pułkownik “zaprzyjaźnił” się nawet z generałami N. Twingiem i W.B. Smithem (ich zdjęcia publikowałem w „Tajnej historii Polski”), mającym służbowo podobne zainteresowania. Pułkownik powiedział mi, że wokół Wałęsy były jakieś kombinacje operacyjne z wykorzystaniem Jerzego Grotowskiego. Ten swoisty mag teatru polskiego był romantykiem przepuszczonym przez Młodą Polskę i nic dziwnego, że od początku międzynarodowej działalności budził zainteresowanie I, II, i III Departamentów MSW. Wieczorek twierdził, że w ramach “Teatru Źródeł” zainspirowano Grotowskiego do zaproszenia do Polski grupy Sain Solei. Było to łatwe przedsięwzięcie. Teatr Laboratorium Grotowskiego był na polecenie Szlachcica solidnie zinfiltowany i wedle pułkownika roiło się w nim od kapusi.

Na początku Grotowskim zajmowała się bezpieka w Opolu, a następnie we Wrocławiu. Twórcę otoczono wianuszkiem agentów i urządzeń technicznych rejestrujących mowę i wizję. Gdy nastał etap Wałęsy, Biuro Paszportowe otrzymało od Pożogi polecenie nie stawiania teatrowi przeszkód w kontaktach zagranicznych. Teatr zaprosił Haitańczyków do Polski

Po przyjeździe gości z Amonem Fremontem z wioski Cazale, kapłanem wudu o polskich korzeniach, zamierzano Fremonta wprowadzić w krąg Wałęsy. Z kierownictwa resortu zajmował się tym zastępca dyrektora “dwójki” płk Henryk Lewandowski. Jednym z wykonawców kombinacji był Wieczorek, który nie chciał się na ten temat rozwodzić. Mówił, że wszystko opisał w swoich liczących ok. 700 str. wspomnieniach, a resztę ujawni w biograficznym filmie kręconym przez Ignacego Szczepańskiego (którego byłem konsultantem).

Bezpieka prowadziła w latach 70.  i 80. długofalową grę z grupą religijną Hare Kryszna. Kiszczak był jednak zdanie, że ze względu na kościelne powiązania „Solidarności”, a w szczególności Wałęsy, nie da się połączyć operacji przeciwko tej grupie religijnej z “Solidarnością”. Postawiono na wudu i Fremonta (decydowały polskie korzenie kapłana). Chciałem się tymi sprawami zająć po wydaniu wspomnień Wieczorka i skończeniu filmu.

Nie wykonałem postanowienia tak, jak nie urzeczywistniłem 99 proc. innych planów. Pułkownik, leczony na przepuklinę, zmarł nagle na udar mózgu. Jego syn, który odziedziczył archiwum ojca, wkrótce po jego śmierci wpadł pod samochód i zginął na miejscu. Zbiory pułkownika, obejmujące różne szpargały, taśmy i zdjęcia, zdematerializowały się, podobnie jak i przygotowane do druku wspomnienia. Przez pewien czas interesował się tym IPN. Nie wiem też, czy w materiale roboczym kręconym przez Szczepańskiego są jakieś wątki dotyczące Fremona. Ograniczyłem się wiec do lakonicznego zasygnalizowania sprawy Amona Fremona w książce Tajna historia mojego życia. Wałęsa i… Kryptonim „Bolek”. Operacje tajnych służb MON i MSW (wydawnictwo CB, Warszawa 2012).

RENDEZ-VOUS Z GENERAŁEM PETELICKIM

Skończyłem. Po napisaniu rekwiem za duszę generała Sławomira Petelickiego zacząłem się zastanawiać, że być może, jego życie wybornie nadawałoby się na szpiegowską powieść, w której konfabulacja nie była by niczym brzydkim. Napisałem początek. Wyglądał tak:

            Ja! Generał jednogwiezdkowy!, uważając, że dobre obyczaje parcieją w zastraszającym tempie, na gwiazdkę zażyczyłem sobie szczura. Miałem nadzieję na inspirujące słowa do książki traktującej o wychowaniu rodzaju ludzkiego. Ot lat prowadziłem dziennik, ale, znając obyczaje Firmy, nigdy nie pisałem, o czym pisze. Jestem bowiem kolekcjonerem relikwii i wszystkiego tego, co dotyczy wywiadu i kontrwywiadu.

Z relikwii mam słoik z zapeklowaną kaszą manną, spuszczaną przez Boga codziennie Izraelitom w czasie ich czterdziestoletniej rejterady z niewoli egipskiej przez pustynie Synaj; butelkę wina z Kanny Galilejskiej, drzazgę z kopii włóczni św. Maurycego ofiarowanej w Gnieźnie w 1000 r. przez cesarza Ottona III Bolesławowi Chrobremu i fiolkę z kroplą krwi Jana Pawła II. Ot, takie fanaberie zramolałego zgreda zbliżającego się do siedemdziesiątki.

Jeżeli chodzi o strawy związane z wywiadem, to najlepszą relikwią jest ja sam. Wiedząc, że przyszedłem z niebytu i niedługo do niebytu wrócę chcę opisać to, co przeżyłem. Co widziałem? Co przeczytałem? Co mu opowiedzieli mi inni?

            Mijalem swój styl, nieliche doświadczenie i byłem szczwany niczym Makiawelli. Wielokrotnie spadałem ze schodów i innych ponderabiliów. Jednak w przeciwieństwie do Oskara Matzeratha rosłem. W szerz, w głąb, wzdłuż, politycznie i towarzysko. Teraz jestem dojrzały, a raczej przejrzały. Cierpię. Uważam społeczeństwo za byt czasowy. Kiedyś mnie nie było. I znowu nie będzie.

W dobie poprawności politycznej, szalejącego feminizmu i poglądów profesorki Magdaleny Środy muszę nieco polipować i napisać tak: nigdy nie zaakceptowałem szerzącej się w Kraju Pieroga i Zalewajki ksenofobii, wszeteczeństwa, antysemityzmu i klerykalizmu. Odrazą napawa mnie państwo wyznaniowe. Aberracją nazywam walkę z aborcją, alkoholem, narkotykami, hazardem, gejami i lesbijkami. Jestem pewien, że epoka lustracyjna z przełomu tysiącleci będzie negatywnie oceniana jak wypędzenie Żydów w latach 1967-1968, aatak na Irak i Afganistan z pierwszej dekady 2010 r. będzie porównywany z wyprawą na Czechosłowację z roku 1968, albo jeszcze gorzej, zaś wojna polsko-polska, rozpętana przez Jarosława Kaczyńskiego po katastrofie smoleńskiej (10.04.2010) i hołubiona przez Donalda Tuska et consortes będzie trwała na wieki wieków. Amen. 

            W miarę przybywania lat coraz częściej waliłem głową w ścianę. Myślałem, że to pomoże zapomnieć. Coraz częściej wierszuję za Egonem Bondym: Najgorzej jest rano i wieczorem / i w dzień / Kiedy śpię można wytrzymać. Czasem w głowie zakołata mu wers Jeana Didiera: Cóż tedy czyni szczur, gdy się obudzi? Węszy.

Poszedłem tym tropem. Spędziłem na tropieniu całe życie. Tylko niekiedy śniło mu się, że dożyłem siedemdziesiątki. I stało się. Dożyłem. Udało mu się przeżyć 90 x 365 + 18 zachodów słońca. Powiedzieć o sobie, że jest wiekowy nie jest żadną przesadą.

            Poznałem jak strasznie jest być starym, stetryczałem i nudnym. Przekonałem się, że każdy kolejny krok w starość jest krokiem w jeszcze większą samotność. Wierząc w teorię Darwina zastanawiałem się, czy Bóg ewoluował w podobny sposób jak żywe organizmy? Roztrząsając problemy egzystencjalne szukałem odpowiedzi na pytania: czy wśród narodów przeważa orientacja, nekrofilna czy biofilna? Czy na losy świata większy wpływ wywierają religie czy służby specjalne? Czy diabły wywierają zły wpływ na polityków, a blondynki ze skrzydłami mają płeć i mogą manipulować rządzącymi? Czy Królowa Polski zna język polski, a Kościół pragnie w Kraju Pieroga i Zalewajki zbudować fundamentalizm religijny? Nie mam wątpliwości, że ortodoksyjni fanatycy ze wszystkich opcji politycznych łakną fundamentalizmu jak pijak alkoholu.

            Analizując własne życie w kontekście odpowiedzi na te i podobne pytania nasunęły mi myśl, że jedyne, co mi jeszcze pozostało do zrobienia to opisać swoje dzieje. W przedkroku starości rozanieliła mnie informacja, że Kraj Pieroga i Zalewajki dał światu Papieża Polaka. Z dokonań Jana Pawła II najbardziej spodobała mu się klerykalna poezja z domieszką ludowej grafomanii oraz uruchomienie przez papieża masowej produkcja świętych. Gdy było męczeństwo do beatyfikacji nie był już potrzebny żaden cud, ale i ten – jak donoszą watykaniści – się znalazł. Widzę w tym podświadomą tęsknotę za politeizmem. W swojej pysze upatruję szansy na otrzymanie rozgrzeszenia. A może nawet na coś więcej. Gdybym wierzył, chciałbym iść do piekła. Bo niebo jest dla nudziarzy. 

            Tak, miałem życie polegające na improwizacji. Podobne do ewolucji nierządzącej się logiką tylko przypadkiem. Czy często się myliłem? Tak. Ale nigdy nie poprawiałem błędu. Szedłem za pomyłką. Ciągle do przodu. Nemezis wpędziła mnie wielokrotnie w sytuacje ekstremalne. Mogli w nich przeżyć jedynie skrajnie skrajni skurwysyni.