Archiwum miesiąca: sierpień 2026

SPOWIEDŹ Z NIEPOPEŁNIONYCH GRZECHÓW. ERIKA. SZEŚĆ METRÓW UBECKIEGO BLAGIZMU

Zdarza się, że agencje wywiadowcze otrzymują rozkaz, by zlikwidować osoby uważane przez władze za stanowiące zagrożenie dla interesów narodowych. W większości przypadków takich zabójstw należy dokonywać dyskretnie, cicho i w sposób uniemożliwiający znalezienie zabójcy. Czasami dokonuje się ich tak, aby sprawić wrażenie, iż ofiara zmarła w sposób naturalny. Jednakże niektóre zabójstwa mają być ostrzeżeniem i dlatego wykonuje się je w sposób mniej utajniony.
                                                                                                                                              H. Keith Melton

 

Mój prywatny papież. Jak esbek został watykańskim spowiednikiem Jana Pawła II

 

Grudzień 1970 roku. Czterech gości bez nadzwyczajnego polotu (S. Kania, W. Jaruzelski, F. Szlachcic, E. Babiuch) robi mały przewrót. Efekt uboczny? 45 trupów i ponad tysiąc rannych. Efekt główny? Edward Gierek awansuje z prowincjonalnego kacyka na pierwszego sekretarza KC PZPR. Edward, choć wdzięczny, lojalność w partii traktował z fizjologiczną nieufnością. Postanowił więc osłabić Jaruzelskiego i jednym podpisem zabrał mu Wojska Ochrony Pogranicza (WOP), przesuwając 30 tysięcy bagnetów i tłum agentów z MON do MSW.

         I tak oto z dumnego obrońcy socjalistycznej ojczyzny stałem się psem łańcuchowym spraw wewnętrznych. Zamiast jednak nudzić się na granicy, zacząłem pisać tajny dziennik polityczny. Do wielkich tego świata miałem pecha – spotykałem ich albo za wcześnie, albo za późno. Na Gierka i Jaruzelskiego trafiłem, gdy już opadał z nich blichtr. Za to Karola Wojtyłę i Władimira Putina poznałem, zanim stało się to modne.

         Putina, wówczas jeszcze skromnego lejtnanta KGB, spotkałem pod koniec socjalizmu na bankiecie w Dreźnie. Udawał faceta od kultury, mówił po niemiecku lepiej niż Goethe, a w Galerii Drezdeńskiej, gapiąc się na Madonnę Sykstyńską, wykładał mi zasady polskiej polityki. Rzucił wtedy: „Dziwna ta wasza Polska. Papież całuje glebę, a Wałęsa klęka przed nim jak mużyk przed panem”. Wyglądał inteligentnie, ale głowy bym nie dał, że ten kurdupel z moich szkicowników weźmie kiedyś za twarz całe imperium.

         Z kolei K. Wojtyłę poznałem w połowie lat pięćdziesiątych na Mazurach. Siedzieliśmy przy ognisku nad Mamrami z grupą kajakarzy z Krakowa. Szefował im nieznajomy, na którego mówili „Wujek”. Pogadałem chwilę o książkach i komarach. Minęły dekady i nagle 16 października 1978 roku słyszę z rzymskiego balkonu: Habemus papam! I wtedy dotarło do mnie, z kim właściwie piłem tę mazurską herbatę.

ONIRIADA

Wszystko jest podszyte czymś innym,
nic nie jest tym, czym się wydaje,
gdy czysty blagizm wkracza w fazę operacyjną.
Płyną plastikowe kajaki przez rdzawą wodę Mamr,
wiosła zrobione z pożółkłych skryptów KUL-u.
Wujek na brzegu pisze na maszynie bez taśmy,
litery wybijają się bezpośrednio na ubeckiej skórze,
a każdy paradygmat boli jak uderzenie bata.
Służby milkną, bo nie ma kogo aresztować.

Szpieg z maszyną erika

 

Gdy dotarło do mnie, że mazurski „Wujek” to teraz Jan Paweł II, poczułem lekki żal do Ducha Świętego. Mógł mnie, kurczę, wtedy oświecić! Zamiast tego zrobiłem najgłupszą rzecz na świecie. Mając na karku rodzinę i świadomość, jak bezpieka potrafi „uziemić” zdrajców, postanowiłem zostać jednoosobową agencją wywiadowczą dla Watykanu. Z głębokiej konspiracji, jako motto moich tajnych meldunków, wybrałem cytat ze św. Pawła: „Nie piszemy wam nic innego, jak to, co czytacie i rozumiecie”. Początkowo stukałem te rewelacje w domu na enerdowskiej maszynie Erika, potem w redakcji „Granicy” w Warszawie.

          Konspiracja pełną gębą: niszczenie notatek, a nawet kompulsywna wymiana taśm barwiących w maszynie. Moje pierwsze raporty były tak chaotyczne, że Watykan potrzebowałby cudu, a nie Ducha Świętego, żeby coś z nich wyczytać.

         Wszystko zmieniło się w latach 80., gdy zaprzyjaźniłem się z gen. Władysławem Pożogą z MSW. Generał, z niewiadomych przyczyn, otworzył przede mną drzwi i kazał swoim oficerom mówić mi samą prawdę. Moje kwartalne raporty zyskały profesjonalny sznyt. System dystrybucji był genialny w swojej prostocie: pakowałem list, adresowałem „Ojciec Święty, Watykan” i wrzucałem do skrzynek pocztowych w losowych miastach podczas delegacji.

         Po 1990 roku wciągnąłem w ten proceder Annę Walentynowicz. Ikona „Solidarności” kręciła się już w kółku podobnych mi wariatów gospodarczych, którzy słali raporty przez zaprzyjaźnionych księży i zakonnice. Pani Anna miała świetne dojścia w Krakowie, więc zaczęła robić za mojego kuriera. Paczki szły prosto do Stanisława Dziwisza. Co więcej, Walentynowicz przyjaźniła się z Wandą Półtawską – psychiatrą, która znała psychikę papieża lepiej niż ktokolwiek (to ona osobiście doniosła mu potem o skandalu z abp. Paetzem). Wiem od Anny, że co najmniej dwa moje elaboraty trafiły na biurko Wojtyły bezpośrednio przez ręce pani profesor. Walentynowicz wpadała do mnie na Ursynów i do Michałowic.

ONIRIADA

Ludzkie dzieli się na dwie połowy:
jedną, która nie ma nic do powiedzenia,
i drugą, która nie przestaje mówić.
Watykan drży w posadach,
gdy biały dym pachnie nagle podhalańskim oscypkiem.
Kolegium kardynalskie patrzy z przerażeniem na mapę,
granice zaczynają się kurczyć przed nami,
a na środku placu świętego Piotra
wyrasta gigantyczna, drewniana ciupaga z taśmą od Eriki.

 

Różaniec od Dziwisza i asy z Wydziału XI

 

Raportów, rzecz jasna, nie podpisywałem. Wyłamałem się dopiero w czerwcu 2004 roku, kończąc opasłe Tezy do analizy działań służb specjalnych III RP. Oprócz tajnych analiz, słałem do Watykanu swoje książki – pocztą albo przez Annę Walentynowicz. W odpowiedzi kardynał Stanisław Dziwisz regularnie odsyłał mi podziękowania, papieskie błogosławieństwa, a nawet garść poświęconych krzyżyków i różaniec. Wszystkie te świętości rozdałem potem gdy leżałem w centrum onkologii na Ursynowie ludziom bardziej potrzebującym cudu niż ja. Dlatego, gdy dziś wylewa się pomyje na Dziwisza, ja złego słowa nie powiem – dla faceta, którego na oczy nie widział, był nadzwyczaj wspaniałomyślny.

         W ramach długu wdzięczności pisałem dla Anny Walentynowicz przemówienia. W 1989 roku, gdy nastała III RP, odetchnąłem. Urzekła mnie wtedy szczerość papieża, który bez owijania w bawełnę przyznał, że „byłoby śmieszne, gdyby uważał, że to on własnoręcznie obalił komunizm”. Karol Wojtyła miał zresztą unikalny, podwójny doktorat z cierpienia: najpierw z bliska oglądał Auschwitz, a potem przez ponad trzy dekady egzystował w bierutowsko-gierkowskim „socraju”.

         Mój własny mózg na starość działa jak tandetna koszula w praniu – wspomnienia o papieżu kurczą się i blakną. Ale jedno jest pewne: to był najwybitniejszy Polak w historii. Dla niego byłem gotów pić brudzia z samym Belzebubem i generałami bezpieki, byle tylko wyciągnąć z ich szaf kwity i słać je do Rzymu.

         Więc słałem. Donosiłem uprzejmie, że największe sukcesy w rozpracowywaniu „Solidarności” miał Wydział XI Departamentu I MSW. Ci sami ludzie w swoich dzisiejszych, grubych pamiętnikach płaczą do kamer, że „oni nie byli w SB, tylko w wywiadzie, a Polska była przecież jedna”.

         W jednym z raportów spróbowałem nawet tę teorię przemycić papieżowi. Chciałem w ten sposób rozgrzeszyć i rozsławić Tomasza Turowskiego – jednego z najbłyskotliwszych „nielegałów” generała Pożogi – oraz całą resztę asów, którzy nie szczędzili potu dla Kraju Pieroga i Zalewajki. Sam przecież byłem tylko dezerterem udającym fana komuny. Wierzyłem po prostu, że Jan Paweł II ma absolutny słuch do świata i tą esbecką ścieżką chciałem go zainteresować stanem kraju.

ONIRIADA

Przeżywamy epokę potwornego skretynienia,
w której nikt nic nie wie, a formy pękają.
Na białym prześcieradle rzymskiej kliniki Gemelli:
Kula toczy się w tył, wraca do lufy pistoletu.
Czas jest zepsutym zegarkiem w kieszeni munduru,
sekundy kapią jak krople ciężkiej, gęstej oliwy.
Turecki strzelec płacze, bo zapomniał własnego imienia,
a gołębie odlatują, niosąc w dziobach szyfrogramy do Moskwy.

 

Sześć metrów akt na Łubiance

 

Z naiwnością godną lepszej sprawy próbowałem wciągnąć papieża w mroczny świat stanu wojennego, „Solidarności” i zamachu Ali Agcy. Sygnalizowałem mu, jak bezpieka wykorzystuje teologię wyzwolenia i na czym polegał wielki blef Okrągłego Stołu. Nadawałem też o „niebułgarskich Bułgarach” i potężnej machinie dezinformacji.          Wiedziałem sporo – od A. Pietruszki z MSW, N. Pliski z KGB/GRU czy wreszcie od gen. Pożogi. Ułożyłem nawet morderczą drabinkę zamachu na JP II: Breżniew, Andropow, Kriuczkow, tajemniczy „niebułgarscy Bułgarzy” i dopiero na samym końcu cyngiel Agca.

         Początek 1980 roku przyniósł ponury zwiastun. Rezydent KGB Pawłow odwiedził W. Jaruzelskiego i rzucił krótko: „Wojciechu, Breżniew i Andropow chcą przejrzeć wszystko, co macie na Wojtyłę”. Generał Jaruzelski natychmiast pociągnął za sznurki w MSW i WSW. Na Łubiankę pojechało jakieś 6 metrów bieżących akt. Sowieci przetrzepali wszystko – od raportów agentów po łupy z tajnych rewizji: zdjęcia kilkumiesięcznego Karolka, fotki z komunii, świadectwa szkolne, a nawet ujęcia z Legii Akademickiej. Czułem, że to pachnie krwią.

         Wysłałem do Rzymu gęsto szyfrowany raport (dwie dekady później opisałem to w książce Strzały do papieża i narodu). Czy przez te rewelacje uziemiono mojego informatora „Marka”? Czy powinienem mieć wyrzuty sumienia? Cóż, to była czysta, wredna zdrada mojej socjalistycznej ojczyzny. Pocieszam się Różewiczem: „Módlmy się za dezerterów”.

          Przecież w Watykanie grasował już Tomasz Turowski – as wywiadu i podopieczny generałów M. Milewskiego oraz W. Pożogi. Turowski najpierw trenował na polskich klerykach, a potem wykorzystał dawną znajomość z kardynałem Wojtyłą, by wkraść się w watykańskie łaski. W 1980 roku Pożoga rzucił go do Paryża. Facet wchodził w emigracyjną opozycję jak nóż w masło: za dnia pisał artykuły dla podziemia i fotografował dom Zdzisława Najdera (szykowano porwanie szefa RWE do kraju), a nocami skrobał meldunki dla centrali w Warszawie.

ONIRIADA

Kiedy nie wie się, co należy robić,
robi się po prostu to, co robią wszyscy.
Urzędnicy państwowi śnią wspólny, lepki koszmar:
Zamiast defilady pierwszomajowej – procesja sześciu metrów akt.
Zamiast portretu Marksa – ogromna, tłusta kremówka,
która powoli zalewa gmach KC na Łubiance.
Generał próbuje zdjąć z twarzy ciemne okulary,
ale pod nimi ma tylko kolejne okulary, ciemniejsze,
aż do całkowitej, urzędowej nocy.

 

Pustelnik i empuza na Rakowieckiej

 

Dziś pan Turowski bez mrugnięcia okiem twierdzi, że władze PRL po prostu drżały o życie papieża, bo jego śmierć wywołałaby w kraju krwawą rewolucję. Według tej wersji kret z MSW biegał po Watykanie wyłącznie po to, by chronić Ojca Świętego i służyć Polsce.       Trzeba przyznać, że ten as wywiadu z Wydziału XI grał na nosie wszystkim: opozycji, watykańskim służbom, francuskiemu kontrwywiadowi i CIA. Aby uwiarygodnić swoją „nienawiść do komuny”, pisał do emigracyjnego pisma Libertas i osobiście targał dolary dla ukrywającego się Aleksandra Halla. Watykańskie rekomendacje robiły swoje, a w Rzymie na żołdzie MSW pasło się jeszcze kilku innych agentów. Choć trzeba przyznać – gdy Jan Paweł II odwiedził Bułgarię, w jego przemówieniach dziwnie pobrzmiewały echa moich raportów na temat zamachu.

         Możliwe, że papież – mimo tłumów – czuł się w Watykanie jak samotny eremita. Potwierdzają to jego intymne notatki Jestem bardzo w rękach Bożych, wydane bezwstydnie przez kardynała Dziwisza wbrew testamentowi, który nakazywał ich spalenie. Papież, erudyta, powinien był jednak wiedzieć (przynajmniej od czasów Bułhakowa), że rękopisy nie płoną.

         Ja sam przez lata bawiłem się świetnie i czułem bezpiecznie. Do czasu. W połowie pierwszej dekady III RP dostałem wezwanie na Rakowiecką. Poszedłem w poniedziałek. Biuro przepustek – ten betonowy bunkier, będący pierwszym architektonicznym dziełem generała Kiszczaka – pękało w szwach od przerażonych petentów. W okienku stała mundurowa empuza o urodzie lalki Barbie. Zabrała mój dowód i legitymację oficerską, po czym szczeknęła do słuchawki: „Piecuch już jest”.

         Po pół godzinie pojawiła się kolejna siksa – młoda gwiazda bezpieki Nowej Polski. Lepiej ubrana niż stare esbeczki, ale maniery te same. Lekko nawalona, zataczając się, wrzasnęła na cały regulator: „Piecuch! Który to?!”. Grzecznie poprosiłem o zwrot dokumentów, na co odpowiedział mi wściekły warkot, że dostanę je „w swoim czasie”.      Zaprowadzono mnie do obskurnego pokoju z jednym taboretem na środku. Klasyczna szkoła Adama Humera – kazali mi siedzieć i kruszeć. Po trzech kwadransach empuza skinęła palcem. Wszedłem do gabinetu. Ściany były gołe, a jedyną ozdobą był orzeł z dorysowaną naprędce koroną, wetknięty grubiańsko za szkło.

ONIRIADA

Księgowi w sutannach płaczą krwawymi łzami,
bo debet sięga nieba, a kredyt zaufania właśnie wygasł.
Dolary płyną szerokim, brudnym strumieniem przez Tyber.
Święty Piotr liczy banknoty na ołtarzu,
a każdy banknot ma twarz kacyka o aparycji sutenera,
który schodzi z wody jak bulgot z wanny.
Siedzę na taborecie, pod śpiew pogniecionych lebiot,
czekając na wyrok pijanego lalkarza.

 

Bulgot z wanny i wielki blef inwazji

 

Godło za szkłem było koncertowo pofajtane przez muchy. Pod ścianą straszyła szafa pancerna, a za rozklekotanym biurkiem zoczyłem faceta o aparycji sutenera z warszawskiego Pigalaka. Obok, w charakterze milczącego mebla, zasiadła znana mi już empusa – wysuszona jak lebioda, z twarzą pilnie domagającą się prasowania. Ten zabiurkowy kacyk w stopniu kapitana w nowej, wolnej Polsce robił dokładnie to samo, co w PRL-u: bawił się w śledczego.

         Kapitan zaczął przesłuchanie specyficznym bulgotem, przypominającym dźwięk wody schodzącej z wanny. Długo drapał się po łysinie, aż w końcu wysapał: „No, wasze książki są, no… wredne! Produkujecie sobie wrogów!”. Po czym założył okulary i z nabożną miną przeczytał z kartki cytat, w którym generał Pożoga bezlitośnie chłostał Jaruzelskiego i Kiszczaka. „Haniebne i wredne słowa!” – podsumował z głębokim oburzeniem ten strażnik moralności.

         „Żałuję, ale nie mam wpływu na wasze myśli, kapitanie” – odparłem chłodno. „Po każdej książce wybaczam starym wrogom, bo mam już stado nowych”.

         Facet aż fuknął: „Jestem kapitanem MSW! Proszę o szacunek!”. Wtedy przerwałem mu bezceremonialnie: „A ja pułkownikiem Straży Granicznej. A cytowane słowa to nie moja inwencja, tylko pana byłego najwyższego szefa, generała Pożogi. Słyszał pan o nim?”.

         Kapitan nagle zmiękł i przeszedł na „pan”. Bąknął coś o doniesieniach, że szkaluję „dostojników”. W jego oczach widziałem potężną walkę: z jednej strony esbecka chęć potraktowania mnie z buta, z drugiej – paraliżujący strach, czy za tym bezczelnym pułkownikiem nie stoi jakaś nowa, szychowa figura. Grupa generalskich i pułkownikowskich emerytów z PRL-u, która w III RP uwiła sobie nowe, intratne gniazdka, dostała potężnej amoku po moich książkach Pożoga. Jaruzelski tego nigdy nie powie oraz Byłem gorylem Jaruzelskiego. Ich dawne wyczyny po prostu nie nadawały się do salonów nowej rzeczywistości, a ja opisałem te urocze grupy z całą poetycką surowością.

         W profesji bezpieki zawsze wyznawałem pogląd Nietzschego: „o ile obłęd u jednostek to rzadkość, o tyle w stadzie i instytucjach to żelazna reguła”. Moje dalsze przesłuchanie przypominało klasyczny kabaret:
         – Skąd pan wziął pomysł na te książki, pułkowniku?
         – Z głowy, czyli z niczego.
         – Skąd materiały?
         – Od generała Pożogi i pana starszych kolegów, kapitanie. Wasze empusy mają tak fatalną pamięć, że zapomnieli, iż cokolwiek robili, więc nagle zaczęli mi wszystko wyśpiewywać.
         – Wiedział pan, że to tajne?
         – Wiedziałem. I nic. Skoro kwity daje mi pierwszy zastępca ministra, to nie zawracam sobie głowy takimi bzdurami.
         – Zobaczymy, jak to się skończy. My potrafimy czytać między wierszami…
         – Nie wątpię. Zawsze to potrafiliście.

         Rozmowę przerwał ryczący głośnik telefonu: „Jak idzie przesłuchanie tego skurwiela?”. Kapitan zasalutował słuchawce: „Mam trudności, szefie”. „Zajdźcie do mnie” – padło polecenie.

         No i ruszyliśmy na trzecie piętro, prosto do dawnego gabinetu Kiszczaka. Dawniej panowała tu asceza, teraz kapało tandetnym nowobogactwem. Za biurkiem siedział Palant Hipokryta, który z miejsca oskarżył mnie o szpiegostwo. Chwycił moje papiery i zaczął czytać moje tajne Tezy do analizy stopnia zagrożenia interwencją wojsk Układu Warszawskiego w 1981 roku.

         Z moich wywiedzionych z analizy punktów wynikała jedna, bolesna dla mitologii III RP prawda: Ruscy wcale na nas nie szli. Ani w Moskwie, ani w Berlinie, ani w Pradze nie było żadnego dokumentu o interwencji. Owszem, gromadzono wojska przy granicy, rozwijano szpitale polowe i rzucano sprzętem, ale to była czysta, wyreżyserowana pokazówka. Te ruchy miały charakter ostentacyjnie psychologiczny i propagandowy. W dokumentach sztabowych brakowało kluczowego elementu – planu neutralizacji Wojska Polskiego, bez czego żadna inwazja nie miała prawa się udać. Sowieci, robiąc tyle szumu, świadomie pozbawiali się elementu zaskoczenia. Całe to gromadzenie bandażów i pałek bojowych miało tylko jeden cel: zabezpieczyć i wesprzeć logistycznie naszych rodzimych jenerałów z MON i MSW, którzy sami szykowali stan wojenny.

Przeciwko teorii o bratniej inwazji przemawiały ponadto następujące fakty:

  • siły UW zgromadzone nad granicą PRL pod koniec II połowy 1981 r. były porównywalne (liczebność, uzbrojenie, zdolność wykonywania zadań przez poszczególne związki taktyczne itp) z siłami użytymi w czasie najazdu na CSRS w 1968 r. co, zważywszy wielkość terytorium, liczbę ludności, siłę armii Polski i CSRS, wydaje się być dalece niewystarczające do przeprowadzenia skutecznej interwencji;
  • zarówno w CSRS jak i w NRD nie wzmocniono ani nie rozwinięto (w stopniu pozwalającym na skuteczne przeprowadzenie operacji opanowania tak dużego państwa jak Polska) jednostek AR stacjonujących na terytoriach tych państw (co uczyniono np. w 1968 r., w czasie przygotowań do najazdu na CSRS);
  • zgromadzone nad granicą PRL wojska UW ani razu nie zajęły pełnych podstaw wyjściowych, z których można przeprowadzić skuteczną interwencję (świadczą o tym m.in. doniesienia zwiadu WOP);
  • między siłami UW (wytypowanymi do rzekomej interwencji) nie uzgodniono zasad współdziałania taktycznego, operacyjnego i strategicznego na wypadek wejścia do Polski (brak na ten podstawowy temat jakichkolwiek dokumentów);
  • w jednostkach MON oraz wojskach MSW (NJW MSW, WOP) nie przeprowadzono przygotowań wskazujących na zagrożenie interwencją, mimo, że dowódcy poszczególnych jednostek domagali się wyraźnych wskazówek, co należy robić w takiej sytuacji;
  • w meldunkach z poszczególnych brygad WOP (ze szczególnym uwzględnieniem doniesień zwiadu WOP) brak jakichkolwiek sygnałów o zagrożeniu, mimo że służby WOP miały codzienny roboczy styk ze stroną sąsiednią.

Dostępne materiały dotyczące przygotowań wybranych jednostek wojskowych ZSRR, CSRS i NRD nie uzasadniają tezy, że były to działania wystarczające do przeprowadzenia interwencji. Nie ma żadnego dokumentu służb specjalnych PRL wskazującego na istnienie zagrożenia interwencją sił UW. Zarówno oficerowie grupy „Wisła” (działającej na terytorium ZSRR) jak i ich odpowiednicy w CSRS i NRD nie sygnalizowali realnego zagrożenia interwencją. Agentura służb specjalnych ZSRR, CSRS, NRD (i innych państw UW) działająca na terenie PRL nie została przestawiona (ani nawet nie była przygotowywana) na działania w warunkach opanowania terytorium Polski przez wojska interwencyjne. Doniesienia wywiadu MSW i MON z placówek dyplomatycznych państw zachodnich akredytowanych w Polsce nie wskazywały, by w tym czasie służby tajne tych państw poważnie liczyły się z interwencją sił UW w PRL. Doniesienia wywiadu MSW i MON z terenu państw zachodnich również nie wskazywały na możliwość interwencji.

WNIOSEK: Położenie i działania sił UW nad granicą Polski pod koniec II połowy 1981 r. wykluczały groźbę bezpośredniej interwencji. Należy jednak stwierdzić, że siły te (wydzielone wojska ZSRR, CSRS i NRD) były gotowe do udzielenia pomocy materiałowej, medycznej, a nawet bezpośredniego wsparcia jednostkom MON i MSW realizującym rozkaz o wprowadzeniu stanu wojennego na terytorium PRL.

ONIRIADA

Stworzyć potwora to jeszcze nic,
sztuką jest utrzymać go przy życiu.
Śnią się nieba pełne tłocznych poczekalni,
gdzie nowi wojskowi stoją po pieczątkę interwencyjną.
Skrzydła mają zrobione z urzędowych pism Układu Warszawskiego,
a aureole mrugają jak neony w tanim barze u Morloków.
Papież podpisuje dekrety in blanco, coraz szybciej,
aż radzieckie czołgi zamieniają się w defiladę z tektury.

Sprawa zdechła, czyli kraj wiecznych palantów

 

Hipokryta skończył. Odsapnął chwilą jakby ciężar tego, co przeczytał przed chwilą zmroził mu serce, a może i niżej i zapytał:
         – Pan to napisał, pułkowniku? Zdradził pan nie tylko tajemnice wojskowe i państwowe, ale i Układu Warszawskiego. Jest pan, pułkowniku, szpiegiem.
         – Tak, ja to napisałem. Ale czy jestem szpiegiem? Ha! Mam co do tego wątpliwości – odpowiedziałem.

         Nie było sensu zaprzeczać. To był jeden z pierwszych istotnych raportów opracowanych i wysłanych do Watykanu przez pocztę. Nie mam pojęcia czy to dochodziło do Watykanu. Na pocztach działali przecież per lustratorzy w rangach chorążych. Byli rozliczani za ilość wychwyconych podejrzanych tekstów.

                   Przesłuchujący zbaraniał. Palanta Hipokrytę znałem skądinąd. Znałem go z dokumentów peerelowskich. Palant Hipokryta to ksywa. Najpierw agenta, a następnie funkcjonariusza MSW na etacie niejawnym, a teraz, patrzcie, pułkownik na etacie generalskim, władca Straży Granicznej i wielu innych komórek MSW. Jego nazwisko jest wystarczająco nędzne, by je natychmiast zapomnieć. To skrzyżowanie Morloka z Elojem z Wehikułu czasu Herberta George’a Wellsa. Palant niedawno opuścił szeregi resortu stając się ważnym celebrytą. Wkrótce nawet telecelebrytą. Od tego czasu brylował w mediach. Wydawało mu się, że był w MSW wagą superciężką, a był najwyżej kogucią.

         16 czerwca 2012 r. po raz ostatni mówił do mnie z ekranu telewizora. Rozwodził się na temat niespodziewanej śmierci swojego druha – jak przyznał – generała Petelickiego, który akurat popełnił, być może niechciane samobójstwo. Aczkolwiek niechciane samobójstwa nie są niczym nowym w służbach specjalnych. Byłem szczerze zaskoczony. Pisarz i reporter Krzysztof Kąkolewski mawiał, że jenerałowie umierają burzliwą śmiercią także w czasach pokoju. I miał, choleryk, świętą rację. Wystarczy przejechać się po nekrologach moich znajomych: Korczyński, Oliwa, Jaroszewicz, Fonkowicz, Papała, Stopiński i wreszcie świeża sprawa – Sławomir Petelicki. Akurat u tego ostatniego zaskoczenie było największe.

          Klasyczny esbek, który do czerwca 1989 roku bolszewiał z każdym dniem, po upadku komuny nagle doznał cudownego nawrócenia i był współtwórcą GROM-u. Taka siurpryza! No i skończył z dziurą w głowie. „Niechciane samobójstwo” – jak mawia się w branży.

         Tymczasem Palant Hipokryta w gabinecie Kiszczaka wisiał nade mną niczym energooszczędna żarówka Osram i sypał groźbami. Gorączkowo kombinowałem, skąd nowa bezpieka zwąchała moje watykańskie paski. Do połowy lat 90. pisałem anonimowo, nazwisko dokleiłem dopiero u progu XXI wieku. Kanał przez Annę Walentynowicz i Joannę Matusiewicz był przecież pancerny. Co prawda z Rzymu przychodziły oficjalne podziękowania, które na poczcie mógł prześwietlić jakiś niedorżnięty przez weryfikację perlustrator, ale wysyłanie książek do Watykanu w wolnym kraju to jeszcze nie szpiegostwo. Najpewniej w Rzymie wciąż dogorywał jakiś stary kret z MSW, który przechwycił moje elaboraty i podkablował centrali. Resztę doklepali analitycy na Rakowieckiej.

         Niczemu nie zaprzeczałem. Oskarżenie było celne, choć z logicznego punktu widzenia – durne. Brzydząc się tanią fabulacją, uderzyłem w wysokie „C”:
         – Czy nie sądzi pan, pułkowniku, że Jan Paweł II to ktoś więcej niż głowa państwa, które skądinąd obchodzi mnie tyle, co zeszłoroczny śnieg?
         – O! To nieładnie – oburzył się Palant. – Watykan powinien pana obchodzić. Jest pan chrześcijaninem?
         – Właśnie dlatego. Jako ochrzczony katolik traktuję papieża jako namiestnika Boga na ziemi. Przed nim nie mam tajemnic. A moje raporty? Proszę je potraktować jako spowiedź z niepopełnionych grzechów.

         Dziś mógłby to podstemplować Henry Kissingerem, twierdzącym, że Wojtyła przestawił zwrotnice XX wieku. Albo Jelena Bonner, żona Sacharowa, pisząca, że papież był czystym źródłem światła. Wtedy jednak Palantem targnął ordynarny głód wiedzy:
         – Co dokładnie było w tych raportach?
         – Tajemnica spowiedzi. Poza tym to już własność adresata. Nie moja.
         – No, to się jeszcze zobaczy! Ale ostrzegam, trzymaj się pan z daleka od polityki!

         Puszczono mnie wolno. Oficjalnie sprawa zdechła, ale do dziś byle kundel, sykofant czy zwyczajny polski kapuś obszczekuje mnie w mediach, robiąc ze mnie szpiega, generała NKWD czy krwawego funkcjonariusza Informacji Wojskowej. I choć plotki o moim rzekomym szpiegostwie czy generalskich szlifach w NKWD brzmią nadzwyczaj dumnie, na szczekające kundelki spuszczam zasłonę milczenia.

          Głupota to przecież też jakaś forma używania mózgu. Zresztą w dobie Internetu głupota stała się fascynująca – rozchodzi się błyskawicznie i u każdego wygląda identycznie. Życie z głupcami bywa jednak trudniejsze niż w klatce z dzikimi zwierzętami. In saecula saeculorum. Amen.

         Każde społeczeństwo dzieli się na złodziei, gliniarzy, okradanych i manipulowanych. Cała sztuka polega na proporcjach. Nie spisałem tego wszystkiego dla kasy, sławy czy zemsty. Pisząc o sobie, piszę o was. Choć umówmy się – jedynym opłacalnym gatunkiem literackim jest dziś list z żądaniem okupu, a jedynym testem na odwagę – cyberterroryzm w wojnie czwartej generacji. Wojnie, która co rusz zamienia się w tradycyjną rzeź za pomocą rakiet, samolotów, czołgów i armat, tłukących kobiety i dzieci na Ukrainie czy Bliskim Wschodzie. I, Bóg da, takich masakr będzie więcej. Oświetlam wam po prostu wasz własny świat.

         Na koniec zostawiam was z bajką o palantach. Gdy czasem błądzę myślami po korytarzach MSW, staje mi przed oczami czeska receptura z Vaclava Havla. Pierwszy palant przychodzi do drugiego, coś tam papla, głupkowato się szczerzy i mówi, że słyszał przez drzwi, jak drugi mówił do trzeciego, że ten słyszał przez drzwi, jak trzeci mówił pierwszemu, że drugi mówił trzeciemu… I tak w kółko, bez końca. Trzeba pilnować tyłów, żeby samemu nie wpaść w tę pętlę.

         Od czasów słynnych rajdów Antoniego Macierewicza urzędowi spece skończyli już chyba trzepać teczki moich starych kumpli i ruszyli do bratobójczej palantiady. Pierwszy ma kwity na drugiego i trzeciego. Drugi na trzeciego i pierwszego. Trzeci na pierwszego i drugiego. Gdy pierwszy donosi na trzeciego, w rzeczywistości podpieprza samego siebie.

         Gra jest przednia, zwłaszcza że nad tym wszystkim skacze Palant-Joker – wielki szef tej karuzeli. On teczek nie zbiera. On trzyma kasę i rozdziela łupy. Najgrubszy przelew dostaje ten, którego donos ocieka największą zawiścią, głupotą i fanatyzmem.

          Patrzę na Kraj Pieroga i Zalewajki jak na tę nadludzką palanciarnię i jestem absolutnie spokojny o przyszłość: rządzące nami empusy zrobią wszystko, by zło, nienawiść i czysta głupota nigdy w tym kraju nie zginęły.

         Przed 80. laty ubecy humanitarnie „zaopiekowali się” moim Ojcem i fortepianem. Zostałem sam na placu boju, bez klawiszy, ale z dumą. Pod koniec lat 70., w ramach pierwszej nauczycielskiej pensji, kupiłem akordeon, ten luksusowy syntezator Bloku Wschodniego. Teraz rozciągam miech, pompuję nostalgię i lecę na melodię „Peleryny”, prosto w nos IPN-owskich biurokratów:

Mojej teczki cennej nie chcą w IPN-ie,
Choć pachnie spychologią i dawnym systemem.
Pożółkła ze wstydu, jak kapuś w depresji,
Ofiara ubeckiej, radosnej ekspresji.
Moim dumnym łupem Instytut pomiata,
Choć goniłem z nią esbeków po trzech końcach świata!
Zwiedziłem Łubiankę, lochy i piwnice,
Gdzie urokliwe draki oświetlały świece.
Dziś z papierów drogich cała rzesza drwi,
A ja nad tą teczką wylewałem łzy…

Gram, podśpiewuję siedząc nad nieszczęsnymi szpargałami i patrzę, jak urzędnicy zamienili ludzkie dramaty w jednozdaniowe hity z archiwum. Ktoś całe życie uciekał, a system podsumował go jednym, dynamicznym słowem. Stylistyka godna mistrzów biurokracji:
         „Wyeliminowany” – brzmi jak wykluczenie z reality show, a nie strzał w potylicę.
         „Unieszkodliwiony” – jakby chodziło o cieknący kran, a nie żywego człowieka.
         „Zlikwidowany” – urzędowy klasyk, czysta księgowość śmierci.
         „Zaginął” – czyli ubecy zapomnieli wpisać adresu mogiły.

ONIRIADA

Koniec i bomba,
a kto czytał, ten trąba!
Wizja z pogranicza jawy i paraliżu na Rakowieckiej:
Szklana klatka jedzie przez plac pełen milczących teczek.
Starzec w bieli chce krzyknąć, ale usta ma zaszyte
nitką z najczystszego, watykańskiego podsłuchu.
Tłum bije brawo, myśląc, że to karuzela Macierewicza,
a nad bazyliką krąży esbecki helikopter bez pilota,
zrzucając ulotki z napisem: wyeliminowano z powodu braku akt.

Testament ukryty w zamrażalniku

 

To bilans tych, którym w tej szpiegowskiej ruletce wypadł pusty bęben. A co z herosami, którym się powiodło? O, ci to dopiero potrafili świętować sukces! Ich recepta na odreagowanie stresu operacyjnego była stała: litr czystej, papierosowy dym i rosyjska ruletka dla kurażu. Elita wywiadu czochrała sobie przerzedzone włosy lufą naładowanego naganta. Palec na cynglu, w głowie szum, a w oczach wizja świetlanej przyszłości.

         Z tych wszystkich zakurzonych teczek bije jedna, genialna prawda: przed esbeckim losem i ubeckim bałaganem nie było ucieczki. Nawet jeśli przeżyłeś kule, na koniec i tak dopadnie cię pan z IPN-u i powie, że twoja teczka jest mało atrakcyjna marketingowo.

ONIRIADA

Zaglądam w studnię. W cembrowinę. A tam z dna – ruchy, wrzaski, szmery-bajery. H. ze St. się boryka, B. z G. na udry. Hałas, że strach. Ale zaraz potem – lżejsze kalibry. Duchy idą. Niby normalne, a pokrzywione, jak od Muncha z ramy ściągnięte. Myślę sobie: niedoczekanie, na maski nie wezmę się. Wyczajam od razu. Jeden – Ś. (ten od F.), a drugi – noblista od broni, co się żegnał. Hemingway!

No to ja do Hemingwaya z rury:
– Fuj! Noblista, a w te klocki się bawił! Agent!
On na to, fuknął:
– Nie fuj, tylko obowiązek. Chcesz w papę?
Ja wiem, że on bokser. Myślę: w papę brać nie reflektuję. Zmieniam front:
– To czemuś pan w dzwonach Świerczewskiego usadził, a nie Komara? Komar bystrzejszy!
Hemingway machnął ręką:
– Komar tak się zataił, że ani widu. Dobra, lecę. Piszę. Tytuł mam: „Stary człowiek i jeszcze może”.

Ś. – klask w dłonie! I sprowadza nowego. Przedstawia: „Misza”. Wolf M. z tych od STASI, co sto razy mądrzejsi. Jak u nas P. przy K. Ten M. to as wywiadu, od Radkiewicza do Macierewicza wszystkich znał, w MSW nos wściubiał głębiej niż J.

To ja do Wolfa, krótko, dwa razy:
– Lobotomia działa zawsze? I czy STASI Janowi Pawłowi II w życiorys strzałem ingerowało?
Z lobotomią – potaknął. Z papieżem – zaczął kręcić, szyć. Że Andropow kazał, że agentura w Watykanie, osłona, propaganda…
– To Sowieci? Breżniew? Andropow? – pytam.
Wolf łbem kiwa:
– Myślę, że tak.

Nagle szum, fiolety, jakby z boku, z rzymskiego obłoku słychać westchnienie. Głos znajomy, wadowicki, ale taki zmęczony, z góry nadaje:
– O, i znowu o mnie… Służby, podsłuchy, na Watykanie rzymskie podglądactwo. Nawet po śmierci spokoju nie dadzą, wszystko w tych raportach rozpisali, każdy krok, każdy oddech…

Ja do Wolfa dalej:
– Misza! Myśl jak wyleci z czerepu, to czasem nie ma gdzie wrócić. Strach cię nie obleciał?
– Obleciał – mówi.
– I dlatego tak pyskujesz jako najemna gęba? No?
Wolf nic. Zwrot na pięcie i fruuu. Ś. za nim. A ja zostałem. I nagle znowu ten głos z góry, ale już nie na żarty, tylko z pretensją, po ludzku rozżalony:
– A ten mój Staszek… Don Stanislao… No przecież pisałem czarno na białym w testamencie: spalić! Wszystkie osobiste notatki, prywatne myśli, do ognia! A on co? Nie spalił, wydał! I teraz cała Polska czyta moje intymne zapiski do poduszki, zamiast zostawić staremu papieżowi święty spokój. O, lojalność sekretarzy…

I zostałem tak sam przy tej cembrowinie. Nawet nie zdążyłem Ś. zagadnąć, czy tam w Amerykach strach przed Wieczorkiem albo innym ogonem spać mu dawał.

Wszystko jest nicością na tym padole,
a my tylko marionetkami w rękach pijanego lalkarza.
Szafy pancerne otwierają się same z hukiem.
Wypada z nich suchy lód i zamrożone prawdy,
które po dotknięciu powietrza natychmiast parują.
Nie ma papieża, nie ma bezpieki, nie ma Piecucha.
Zostaje tylko pusty plac i wiatr, który kręci
kartkami nienapisanego nigdy aneksu do raportu.

Rozdział KSIĄŻĘTA, AMURY I KARKONOSKIE FATAMORGANY. SUDECKIE METAMORFOZY STANISŁAWA CIOSKA

Miałem pewne podstawy, aby sądzić, że planeta, z której przybył Mały Książę, jest planetą B-612. Ta planeta była widziana raz tylko, w 1909 roku, przez tureckiego astronoma, który swoje odkrycie ogłosił na Międzynarodowym Kongresie Astronomów. Nikt jednak nie chciał mu uwierzyć, ponieważ miał bardzo dziwne ubranie. Tacy bowiem są dorośli ludzie. Na szczęście dla planety B-612 turecki dyktator kazał pod karą śmierci zmienić swojemu ludowi ubiór na europejski. Astronom ogłosił po raz wtóry swoje odkrycie w roku 1920 – i tym razem był ubrany w elegancki frak. Cały świat mu uwierzył.

                                                                                                                 Antoine de Sain-Exupery                      

 

Esprit zza grobu i magdalenkowe pasjansy
 

Dzisiaj rano mój ulubiony kanarek postanowił przenieść się do krainy wiecznych łowów. Jakby tego było mało, wieczorem jakieś pospolite mendy zaciukały młotkiem innego mojego przyjaciela, Tadeusza Stecia. O tym wybitnym karkonoskim oryginale wspominałem już w swoich książkach, pochylając się z należytą uwagą nad jego przewodnicką maestrią oraz – niemniej barwnym – homoseksualizmem.

         Ta ostatnia przypadłość wybitnie nie przypadała do gustu Stanisławowi Cioskowi, który wówczas, jako udzielny książę jeleniogórski, uzurpował sobie niezbywalne prawo do moralnej oceny wszystkiego i wszystkich. Stanisław Ciosek umarł niedawno i – jak donoszą dobrze poinformowane źródła – nadal konsekwentnie nie żyje. Toteż obaj, Steć i Ciosek, nic już na tym padole nie nabroją i nie muszą się więcej martwić o swoje ziemskie esprit.

         Uważam jednak, że z kronikarskiego obowiązku muszę o nich wspomnieć nieco szerzej. Tym bardziej że S. Ciosek cieszył się w czasach PRL-u opinią polityka wybitnie kontrowersyjnego, a w III RP dorobił się reputacji jeszcze gorszej. Nadzwyczaj oryginalną laurkę wystawił Cioskowi sam Jerzy Urban. Znali się, można powiedzieć, prawie dobrze, ale szczerze się nie znosili. Ta urocza dwójka, wzmocniona autorytetem Władysława Pożogi, stanowiła słynną trójkę muszkieterów, piszącą dla generała Jaruzelskiego projekty najbardziej karkołomnych posunięć politycznych. Szef Służby Wywiadu i Kontrwywiadu zapraszał ich cyklicznie do Magdalenki, gdzie w ciągu dwóch lat radosnej twórczości spłodzili trzy opasłe raporty zatytułowane fundamentalnie: „Jak ratować socraj”.

         Metodologia tej pracy była iście marksistowska: Pożoga dostarczał najtajniejsze materiały z kraju i ze świata, Urban ubierał to w jadowite słowa, a Ciosek – jak to zwykle on – służył tam za przysłowiowy kwiatek do kożucha. Wycyganiłem te raporty od Pożogi, zanim jeszcze zdążyły splamić biurko szefa partii i rządu, po czym z drżeniem serca przekazałem je Andrzejowi Paczkowskiemu, mojemu komilitonowi jeszcze z czasów naszych młodzieńczych, tatrzańskich wspinaczek. Profesor jednak zwlekał z publikacją. Zwlekał i zwlekał, widocznie czekając, aż sprawa nabierze odpowiedniego, dziejowego rumieńca. W końcu, gdy już było całkowicie po herbacie i socraj dokonał żywota, opublikował jeden z tych raportów w paryskich „Zeszytach Historycznych”.

         Samego Stanisława Cioska poznałem w czasach, gdy bawił się w udzielnego władcę województwa jeleniogórskiego. Miał wówczas ze mną solidny pień do rąbania. Potem, w okresie „magdalenkowym”, gdy przynajmniej raz w tygodniu Ciosek pielgrzymował do gabinetu szefa Służby Wywiadu i Kontrwywiadu, a ja bardzo często antyszambrowałem tam, studiując tajne dokumenty potrzebne do moich kolejnych książek, dostojny dygnitarz wyraźnie złagodniał. Na tyle, że podawał mi rękę bez ostentacyjnego odwracania głowy ze wstrętem.

         Wybaczcie jednak, ale muszę w tym miejscu dokonać małej dygresji. Sprawa Cioska nieodłącznie wiąże się bowiem z postacią Edwarda Gierka – niewątpliwie najwspanialszej empusy w całym peerelowskim bestiariuszu. Niegdysiejszy „władca Katangi” – jak złośliwie określano jego absolutne królestwo w województwie katowickim – po krwawej masakrze ludności na Wybrzeżu (w której ta rewolucyjna empusa miała swój, do dziś nie do końca wyjaśniony udział. E.G. knuł wówczas z F. Szlachcicem, a ułatwiał mu to W. Pożoga) wdrapał się na najwyższy fotel partyjny Kraju Pieroga i Zalewajki. Został polskim gensekiem, czyli I sekretarzem Komitetu Centralnego PZPR. Sen z oczu spędzała mu jednak paranoiczna myśl, że w którymś z siedemnastu dotychczasowych województw wyrośnie mu pod bokiem silna, konkurencyjna frakcja. Od Longina Pastusiaka dowiedział się kiedyś, że Stany Zjednoczone składają się z 49 stanów oraz Alaski. Pokombinował więc chytry Edward, że idealnie byłoby podzielić Kraj Pieroga i Zalewajki dokładnie na 49 województw, dorzucając do tego miasto wydzielone Warszawę. Jak pokombinował, tak zrobił. 22 kwietnia 1975 roku Biuro Polityczne PZPR łaskawie zaakceptowało ten genialny, dwustopniowy podział administracyjny.

 

Fiatem 125p po rubiny i Eldorado

 

28 maja Sejm, ekspresowo zmieniając Konstytucję, ostatecznie zafiksował tę genialną propozycję genseka. Już dzień później z Warszawy z kopyta wyjechał Stanisław Ciosek, dzierżąc w dłoni gierkowską nominację na Jeleniogórskiego Księcia, czyli pierwszego sekretarza KW PZPR. W tej dziejowej podróży towarzyszył mu wierny Paweł Chocholak, który od tej pory miał pełnić zaszczytną funkcję osobistego giermka Księcia. Wypisz, wymaluj: Sancho Pansa przy Don Kichocie, zwanym skądinąd Rycerzem Smętnego Oblicza. Ale Gierek wcale nie był smętny. Był radosny i pełen optymizmu niczym niedojrzała poziomka na wiosennym słońcu.

         Młodzi aparatczycy, z fasonem ekspulsowani ze stolicy na głęboką prowincję, minęli Wrocław i wjechali na autostradę dochodzącą do Nysy Łużyckiej – do której zresztą wcale nie planowali dojechać. Podczas przemierzania asfaltowych spojeń, bratających ze sobą solidne, poniemieckie betonowe płyty autostrady, monotonny szum kół Fiata 125p był co trzy sekundy brutalnie zakłócany głośnym tąpnięciem. Pędzili jednak przed siebie. Tąpnięcia powodowały wprawdzie mimowolne szczękanie zębami, ale za to potężne wyboje urozmaicały im monotonną podróż. Pokrążyli trochę po okolicy, żeby z lotu ptaka poznać swoje nowe włości. Za Bolkowem skręcili w drogę, która jeszcze przez dwa dni miała status powiatowej, zanim formalnie awansowała na szosę wojewódzką.

         Jechali południową stroną Gór Kaczawskich. Za Maciejową minęli Bóbr, zupełnie nieświadomi faktu, że spienione fale rzeki niosły ze sobą drobinki czystego złota, od wieków wypłukiwane z trzewi Gór Olbrzymich. Ujechali jeszcze kawałek i wreszcie się zatrzymali. Za szybami samochodu, przy których siedział przyszły Książę Jeleniogórski, rześki wietrzyk igrał właśnie z tysiącem liści. Słońce z trudem przedzierało się przez gęsty las, wpadając do wnętrza wozu jasnymi, roztańczonymi cętkami. Drogowskaz sucho informował: „Jelenia Góra – 8 km”. Teren wokół był malowniczo pofałdowany, a na odległym horyzoncie majestatycznie majaczyły surowe szczyty górskie.

         Cioskowi z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu najbardziej zależało na tym, żeby zobaczyć Śnieżkę. Czytał o niej sporo. Góra wznosi się dumnie na wysokość 1602 metrów, a jej urwista, północna ściana góruje nad malowniczą Doliną Łomniczki na ponad tysiąc metrów. Śnieżka to niekwestionowana królowa Gór Olbrzymich, władająca niepodzielnie nad całą Kotliną Jeleniogórską. Za niespełna dwa dni właśnie ta podniebna górka miała stać się najjaśniejszą perłą w koronie świeżo utworzonego województwa, nad którym Ciosek miał objąć absolutne władztwo.

         Stanisław Ciosek, będąc w gruncie rzeczy skromnym aparatczykiem warszawskim, nie miał ambicji, by od razu mianować się królem – tytuł księcia w zupełności zaspokajał jego skromne ego. Za 48 godzin miał oficjalnie objąć obowiązki Księcia Jeleniogórskiego. Na widok potężnego, surowego masywu górskiego zaczął gorączkowo odgrzebywać w pamięci okruchy wiadomości nabyte w szkole podstawowej. Samodzielne myślenie w takich wypadkach bywa rzeczą całkowicie niegroźną dla kariery.

         Cioskowi, mówiąc zupełnie szczerze, zdarzyło się przez te przeżyte czterdzieści sześć lat czasem coś w życiu przeczytać. Przypomniał sobie zatem, że w dużej mierze góra ta zbudowana jest z granitu pokrytego łupkami serycytowymi, które gęsto nadźgane są rubinami i złotem. Co więcej, w całym masywie sudeckim, w którym leżało jego nowe województwo, można było znaleźć jakieś 99,9 procent pierwiastków z tablicy Mendelejewa, w tym całkiem spore ilości strategicznej rudy uranowej. Wiązał z tym potężne, imperialne nadzieje, planując uczynić ze swojego województwa socjalistyczne Eldorado. Nowo upieczony Książę nie wziął jednak pod uwagę faktu, że złota w łupkach serycytowych są ilości wybitnie śladowe, a tutejsze rubiny są tak mikroskopijne, że absolutnie nie nadają się do jakiejkolwiek przemysłowej eksploatacji.

         Ciosek nie miał jeszcze pojęcia, że prawdziwego złota jest znacznie więcej w samej dolinie Bobru. Archeolodzy z Uniwersytetu Wrocławskiego ustalili przecież, że w pobliskich Płakowicach w średniowieczu funkcjonowało aż dziesięć tysięcy złotonośnych szybów, z których z powodzeniem wydobywano cenny kruszec. Wrocławscy „grzebacze” w minionych dziejach tych ziem odkopali w lasach otaczających Płakowice kilka takich zapomnianych szybów. I rzeczywiście, znaleźli tam drobne kruszynki złota, a czasem trafiały się nawet całkiem pokaźne samorodki, o czym zresztą skwapliwie donosiły niektóre dawne źródła niemieckie. Na złoto z doliny Bobru jako pierwszy zwrócił uwagę nie kto inny, jak sam król przewodników sudeckich, Tadeusz Steć. On to osobiście opracował kilka mrożących krew w żyłach legend związanych z dawnymi łowcami cennego kruszcu. W tych barwnych bajdach Stecia zbrodnia nieustannie goni zbrodnię, a trup ściele się gęsto. Ofiary tych krwawych porachunków grzebano nie tylko na oficjalnych cmentarzach, ale i w borowinie zalegającej spore połacie terenu przy Izerze, na Hali Izerskiej i w wielu innych urokliwych miejscach. Na przykład w kupie kamieni w Orlu czy w mrocznych sztolniach pod kopalnią kwarcu – tej samej, która do dziś rozkopuje malownicze Izerskie Garby. Złoto natomiast zazwyczaj składano potajemnie u stóp tajemniczych białych dam, zaludniających ruiny zamków w Bolkowie, Bolczowie, Grodźcu, Grodnie, Chojniku czy Czosze. Główną przyczyną tych wszystkich nieszczęść był niezmiennie skrzydlaty Eros oraz pospolita, ludzka żądza szybkiego wzbogacenia się.

 

Witamy w Karkonoszach! Chór miejski i ironia Ducha Gór

Nowy Książę Jeleniogórski nie zdawał sobie jeszcze sprawy, że prawdziwym, strategicznym „złotem” Sudetów jest w rzeczywistości uran, ale… jakimś szóstym, iście partyjnym zmysłem profetycznie wyczuwał, że z tym pierwiastkiem chemicznym o największej na Ziemi liczbie atomowej jest coś na rzeczy. Intuicyjnie przewidywał, że Kraj Pieroga i Zalewajki wcześniej czy później będzie zmuszony budować własne elektrownie atomowe. A wówczas to, co na razie wydawało się całkowicie nieopłacalne ze względu na monstrualne koszty przetwarzania rudy uranowej na czysty pierwiastek, biorąc pod uwagę nieuchronny postęp technologiczny, stanie się żyłą złota. Niestety, do dnia dzisiejszego – z drobnymi, tajnymi wyjątkami – uran zalegający w Sudetach pozostaje całkowicie niewykorzystany.

         Tymczasem na niebie blady księżyc rozpoczynał już nieśmiałą walkę ze złocistą kulą słońca, która dotąd pracowicie ogrzewała świat i leniwie rozpuszczała resztki śniegu na najwyższych szczytach Karkonoszy. Spóźnione, purpurowe promienie zachodzącego słońca oświetlały wyraźnie baśniowo ośnieżoną Śnieżkę. Odbijały się od lodowej skorupy i ulatywały prosto do nieba, stanowiąc nie lada atrakcję dla ptaków powracających właśnie z ciepłych krajów oraz dla śmiałych szybowników, którzy w tym rejonie znajdowali doskonałe warunki do zdobywania diamentowych odznak.

         Były prominent warszawski, a obecnie samodzielny, prowincjonalny VIP i Książę Wojewódzki, uznał w duchu, że to, co kiedyś tam przeczytał o tym regionie, ani trochę nie umywa się do tego, co właśnie zobaczył na własne oczy. Albowiem nagle, w ułamku sekundy, dostrzegł unoszącą się nad samym czubkiem Śnieżki majestatyczną, mglistą postać Ducha Gór. Choć może była to zwykła, optyczna fatamorgana, a może słynne widmo Brockenu – czyli potężny cień jego własnego odbicia na chmurze nadlatującej od strony czechosłowackiego Pecu pod Śnieżką. Dość powiedzieć, że w ślepiach tego popularnego Ducha Gór, zwanego niekiedy – acz całkowicie niesłusznie – Liczyrzepą, warszawskie VIP-y dostrzegły wyraźne, figlarne ogniki, znamionujące głęboką kpinę z ich wielkomiejskich marzeń. A był to unikalny obraz, który można zaobserwować wyłącznie w ostrych, nienaturalnych promieniach zachodzącego słońca.

         To kpiące spojrzenie Karkonosza oznaczało jedno: świeżo upieczonemu Księciu Jeleniogórskiemu i jego wiernemu giermkowi urzędowanie na chwałę Polski Ludowej nie pójdzie jak z płatka. To figlarne spojrzenie Ducha Gór stoliczna ekspozytura przewodniej partii odczytała natychmiast jako czystą złośliwość tutejszych sił przyrody, z mistycznym uporem broniących miejscowych prominentów. Ci ostatni bowiem, w momencie przybycia Cioska z giermkiem do Jeleniej Góry, zostali bezceremonialnie odsunięci na boczny tor historii.

         Mimo to w jaźni warszawiaków, mających się wkrótce przepoczwarczyć w najważniejszych jeleniogórzan, nieśmiało prześwitywała nadzieja. Co ja mówię – zalewała ich wręcz fala potężnej nadziei, że jakoś to będzie i sobie poradzą. Ta nadzieja bezczelnie podchodziła pod same okna samochodu, buchała rozgrzanym powietrzem z silnika zmęczonego wozu. Pod koniec podróży obaj mieli już tej nadziei serdecznie dosyć. Ta absolutna ufność w pomyślną przyszłość, jaka ich rzekomo czekała, wzbudzała w nich powoli zdrowy odruch wymiotny.

         Na samych rogatkach miasta wysłanników Warszawy witał już zwarty i gotowy komitet powitalny w osobach: jeszcze urzędującego I sekretarza komitetu powiatowego PZPR, powiatowego komendanta MO oraz prokuratora powiatowego. Wszyscy trzej byli na razie zaledwie powiatowi, jednak w oczach mieli już wypisany gorączkowy awans na szczebel wojewódzki. Wśród witających prężyła się dumnie delegacja Oficerskiej Szkoły Wojsk Radiotechnicznych, przedstawiciele armii, harcerze pod czujnym dowództwem harcmistrza Adama Solarza oraz rozśpiewany chór kobiet miejskich. Na widok wysiadającego z samochodu Jeleniogórskiego Księcia, zdecydowanie młodsze od Ducha Gór chórzystki z fasonem zaintonowały wielki przebój uwielbianego przez Cioska Państwowego Zespołu Pieśni i Tańca „Mazowsze”: „I choć padało, choć było ślisko, to się przywlokło to świniorzysko!”.

 

 

Szarlatan w lubańskiej kałuży, czyli jak amury Wielkiego Brata wzburzyły władzę

 

W tym samym czasie w zacisznych, ważnych dotąd gabinetach powiatowych bonzów – czyli tych pechowych aparatczyków, którzy nie mieli najmniejszych szans załapać się na intratne stołki w nowym województwie – słychać było ciche pomstowanie, zgrzytanie zębów i soczyste złorzeczenia pod adresem przyjezdnych. Rozlegały się chóralne okrzyki oburzenia, że bezduszna „Warszawka” bezczelnie mebluje nowe województwo swoimi zaufanymi liżydupkami zamiast postawić na rodzimych, sprawdzonych w bojach towarzyszy.        Warszawka przywozi w teczkach ludzi na najważniejsze stanowiska! Ludzi, którzy o specyfice tego trudnego regionu nie mają zielonego pojęcia. To dupki niekłamane! Ten pełen wściekłości krzyk, odbijając się echem od Karkonoszy i Gór Izerskich, leciał lotem błyskawicy do wszystkich właśnie likwidowanych powiatów. W ten sposób Jeleniogórski Książę i jego giermek jeszcze dobrze nie przekroczyli progu gmachu przyszłego KW PZPR, a już dorobili się solidnych wrogów, doskonale zaprawionych w niszczycielskich walkach podjazdowych.

         Ciosek w swoim czasie był modelowym przykładem peerelowskiej empusy, choć trzeba mu uczciwie oddać, że wywodził się z nieco łagodniejszego, bardziej cywilizowanego miotu aparatczyków – z grubsza takich, jakich reprezentuje dzisiejszy wicemarszałek Czarzasty. Jeżeli zapytacie mnie teraz z głupia frant, czy zaprzyjaźniłem się wówczas z Cioskiem, odpowiem bez wahania: ależ skądże znowu! To był zaledwie drobny incydent z zamierzchłej, zamglonej przeszłości. W tamtym czasie nie miałem jeszcze tak wybujałych ambicji, by bratać się z czołowymi prominentami systemu. Cha! Prawdziwe przyjaźnie przyszły dopiero później. W okresie warszawskim. Te przyjaźnie – które należy chyba ujmować w głęboki, ironiczny cudzysłów – pomagały mi przede wszystkim zdobywać bezcenne informacje, absolutnie niemożliwe do pozyskania w jakikolwiek inny sposób.

         W latach siedemdziesiątych pełniłem dumnie służbę w Łużyckiej Brygadzie WOP w Lubaniu, gdzie twardą ręką dowodził pułkownik Ryszard Bartoszewicz. Jednocześnie pełniłem zaszczytną funkcję nieetatowego korespondenta wojskowego pisma „Granica”. W wolnych chwilach, przejawiając wyraźne zadatki na utalentowanego, gminnego grafomana, pisałem różne publicystyczne michałki do „Gazety Robotniczej”, „Nowin Jeleniogórskich”, „Rocznika Jeleniogórskiego”, „Taternika” oraz wielu innych poczytnych gazet i czasopism. Pracując wytrwale na zasłużone miano klasycznego dupowłaza władzy, wszelkie teksty bezgranicznie chwalące panujący nam miłościwie rząd podpisywałem z pełną pompą: stopniem wojskowym, imieniem i nazwiskiem. Natomiast publikacje publicystyczne, w których przemycałem nagą i bolesną prawdę, sygnowałem najróżniejszymi pseudonimami. Miałem tych pseudonimów w swoim arsenale chyba z pół setki.

         Mieszkałem wtedy w Lubaniu przy ulicy Wojska Polskiego. Droga łącząca centrum miasta z naszym osiedlem miała nadzwyczaj atrakcyjną nazwę i nawierzchnię zupełnie nieprzystającą do tego, co działo się wówczas w prawdziwym Wojsku Polskim. Naszą ludową armię uważano powszechnie – zarówno na mrocznym Wschodzie, jak i na zgniłym Zachodzie – za drugą potęgę Układu Warszawskiego. Tymczasem lubańska ulica Wojska Polskiego przypominała raczej dojrzały ser szwajcarski z gigantycznymi dziurami albo poszarpaną panoramę Kordylierów. Dziura goniła tam dziurę, a co jedna, to była i większa, i głębsza. W okresie długotrwałej suszy można było jeszcze tą arterią jakoś rozpaczliwie przejść. Jednak po każdym, nawet najmniejszym deszczu droga błyskawicznie zamieniała się w malownicze, rozległe jezioro. Liczne skargi, petycje i dramatyczne monity lokatorów osiedla do miejskich władz spotykały się z tradycyjną reakcją: władze z godnością wszystko olewały.

         W tym samym czasie w wojsku – ale i w całym kraju – zapanowała szalona moda na tak zwany ruch racjonalizatorski. Naczelne hasło tego propagandowego cyrku, którego jako oficer polityczny byłem niezwykle aktywnym głosicielem, nawoływało grzmiąco: „Każda Polka i każdy Polak aktywnym racjonalizatorem!”. Pomyślałem więc sobie, że nie wypada poprzestawać na samym tylko jałowym, gębowym popieraniu partii. Pora przejść do czynu. Namówiłem sprytnego chorążego Franciszka Petkę, aby z pełnym zaangażowaniem zapozorował zapalonego wędkarza. Wręczyłem mu profesjonalną wędkę, postawiłem na skraju gigantycznego rozlewiska i kazałem z kamienną twarzą łowić ryby w tej osiedlowej kałuży. Zrobiłem mu piękne, reporterskie zdjęcie i napisałem jadowity felieton, w którym donosiłem, że w ramach czynu społecznego i ruchu racjonalizatorskiego mieszkańcy osiedla z sukcesem zarybili kałuże na ulicy Wojska Polskiego dorodnymi rodzimymi karpiami oraz sprowadzonymi prosto z bratniego ZSRR amurami.

         Spodziewając się podskórnie, że moja radosna inicjatywa publicystyczna może nie do końca przypaść do gustu lokalnym władzom, na wszelki wypadek felieton podpisałem tajemniczym pseudonimem „Ch. Arlatan”. Większość inteligentnych czytelników „Gazety Robotniczej” słusznie i bezbłędnie odczytała to jako „Szarlatan”. Lokalna władza ludowa z Cioskiem na czele te nieszczęsne karpie jakoś mi ostatecznie wybaczyła. Ale tych radzieckich amurów już, cholera, nie podarowała. Wszak był to jeden z flagowych produktów eksportowych Naszego Wielkiego Brata zza Buga! Zarybiać prowincjonalne, lubańskie kałuże importowanymi z ZSRR amurami?! Przecież to było ideologiczne bluźnierstwo znacznie gorszego kalibru niż dzisiejsza obraza uczuć religijnych, społeczności LGBT czy majestatu prezydenta USA razem wziętych. Tekst był wprawdzie podpisany pseudonimem, a ten – z definicji i w świetle prawa prasowego – powinien chronić autora przed napaściami i pod żadnym pozorem nie mógł być ujawniany. Ale to była tylko piękna, burżuazyjna teoria.

 

Nie kładź oczu między drzwi, czyli Polonez u Rogatnika Uszatego

Wściekły I sekretarz KW PZPR Stanisław Ciosek natychmiast wezwał na dywanik Czesława Węgrzyna, szefa jeleniogórskiej mutacji „Gazety Robotniczej”, który ten wywrotowy tekst lekkomyślnie zatwierdził do druku, i kategorycznie zażądał natychmiastowego ujawnienia personaliów autora. Węgrzyn – jak mi się później gęsto i ze łzami w oczach tłumaczył – w panicznej obawie o utratę swojego ciepłego stanowiska, bez mrugnięcia okiem wydał moje pełne personalia.

         No i machina ruszyła. Ciosek „wypożyczył” sobie następnie mojego dowódcę Łużyckiej Brygady WOP, pułkownika Ryszarda Bartoszewicza, będącego przy okazji radnym Wojewódzkiej Rady Narodowej, i w żołnierskich słowach zwrócił mu uwagę na kompletną niestosowność mojego skrajnie niepartyjnego zachowania. Ciosek, człowiek z natury nieporywczy i raczej łagodny, zrobił to w sposób wysoce koncyliacyjny, natomiast pułkownik Bartoszewicz rozmawiał już ze mną w cztery oczy po prawdziwie wojskowemu. Wyglądało to jak u J. Haszka: „- Więc będziesz pan czyścił te wychodki, czy nie będziesz?/ – Posłusznie melduję, że żadnych wychodków czyścić nie będę./ – A ja mówię, że będziecie, sie Einjahriger!/ Posłusznie melduję, że nie będę./ – Do stu tysięcy diabłów, sto wychodków wyczyścicie jak ja wam każę!/ – Posłusznie melduję, że nie będę czyścił ani stu, ani jednego./ I tak sowie rozmawiamy w kółeczko: >Będziesz czyścił?<, >Nie będę czyścił<. I tak te wychodki latały między nami tu i tam, jakby to były dziecięce zagadki…”

         Jaką zbawienną naukę wyciągnąłem z tej bolesnej przygody z Cioskiem? Natychmiast przypomniałem sobie genialną przestrogę Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej: „Ślimak w swojej skorupie śni / Tę radość zaszczytną: / Nie kładź oczu między drzwi, / To ci ich / Nie przytną”.

         Tymczasem pułkownika Bartoszewicza wkrótce awansowano i w nagrodę przeniesiono do Kętrzyna na komendanta Centrum Wyszkolenia WOP. Na wolne stanowisko dowódcy do naszej lubańskiej brygady przysłano z Gdańska paskudnego, chronicznie alkoholicznego typasa. Wyglądał dokładnie tak, jak wyglądała w tamtych czasach większość tego typu wybitnych dowódców liniowych: niski, gruby, wiecznie noszący brudne koszule oraz widowiskowo poplamione krawaty i spodnie. Fryzurę miał dumnie zaczesaną à la Władysław Gomułka, a przednie zęby wystające niczym u Królika Bugsa. Jego poziom intelektualny oraz rozwój duchowy oscylowały stabilnie na poziomie świeżego brokułu. Jeżeli ten człowiek posiadał w ogóle jakiekolwiek ukryte zalety, to trzeba mu oddać, że maskował je przez całe życie z rzadko spotykaną, genialną starannością. Nie chcę tutaj wymieniać jego prawdziwego nazwiska z szacunku dla ludzkich uczuć, zresztą wszyscy w brygadzie i tak nazywali go po prostu „Żwirkiem”. Więc niech tak już w historii zostanie.

         Nowo upieczony dowódca ŁB WOP błyskawicznie i za wszelką cenę usiłował się zakolegować z potężnym Cioskiem, a ja – jak na złość – po raz kolejny złamałem świeżo dane sobie przyrzeczenie o niewkładaniu oczu między drzwi. Pisząc serię historycznych tekstów o dziejach Lubania, bezczelnie przypomniałem fakt bezmyślnego wysadzenia dynamitem przez lokalne władze zabytkowego, ewangelickiego kościoła. Ciosek natychmiast uznał mój artykuł za wredną, antypaństwową postawę, głęboko uwłaczającą honorowi oficera Wojska Polskiego. Powiedział o tym prosto w oczy „Żwirkowi”, który prywatnie był wielkim przyjacielem pełniącego obowiązki zastępcy dowódcy WOP do spraw politycznych, pułkownika Czesława Żmudy – ortodoksyjnego komunisty, człowieka inteligentnego wybitnie a rebours i o wyjątkowo mendowatym sposobie postępowania.

         Sprawa mojego wywrotowego pisania mogła w każdej chwili trafić do samej stolicy, a gdyby tam w Warszawie wyszło na jaw, że za tajemniczym „Ch. Arlatanem” kryje się czynny oficer polityczny, wybuchłaby gigantyczna chryja. Widząc wyraźnie, co się święci i jak pętla zaciska mi się na gardle, spakowałem któregoś dnia „Żwirka” do samochodu i przywiozłem go prosto do gabinetu druha dyrektora Adama Solarza. Ten ostatni zdążył się już wybić w nowym województwie na zaszczytne, chyba trzecie pod względem realnego znaczenia miejsce – zaraz po Ciosku i Chocholaku.

         Harcmistrz Solarz – były dzielny żołnierz elitarniej 6 Pomorskiej Dywizji Powietrznodesantowej w Krakowie (czyli popularnych czerwonych beretów), komendant hufca ZHP, a następnie kilkusezonowy dyrektor najważniejszego w województwie Wydziału Społeczno-Administracyjnego w Jeleniej Górze – był wielkoformatowym działaczem harcerskim. A przy tym moim sudeckim komilitonem, pierońską duszą, chwatem i morowym chłopem, z którym „tańcząc na uranie” niejedną opuszczoną sztolnię pouranową osobiście spenetrowaliśmy. To ja osobiście wyrobiłem mu w środowisku ksywę „Rogatnika Uszatego” – czyli ptaka z rodziny lejkowatych, cechującego się tym, że w czasie lotu wydaje charakterystyczne, monotonne dźwięki: „tut, tii-oł”. Adam czytał mnóstwo mądrych książek i pracował właśnie nad naukową monografią Harcerskiej Służby Granicznej.

         Jednym słowem: Solarz był już pełną gębą jeleniogórskim VIP-em. Harcmistrz nie zapomniał jednak starej prawdy, że niegdyś był moim wiernym towarzyszem broni. Bez zbędnych słów otworzył swój potężny regał, wyjął zza książek oszronioną flaszkę wódki „Polonez” oraz kryształowe kieliszki. Ja skromnie wypiłem przepisowe 25 gramów, Solarz zaledwie kurtuazyjnie umoczył wargi, a„Żwirek” jednym sprawnym ruchem gardła wychłeptał całą resztę.

 

Bankiet w kasynie, tajnopisy z aspiryny i cienie przeszłości

Gdy we wspomnianym gronie zasiedliśmy do stołu, dyskusja leniwie toczyła się wokół spraw absolutnie oznaczających wielkie nic. Trzeba jednak przyznać, że o owym niczym debatowaliśmy z rzadko spotykaną, wręcz tytaniczną inteligencją. Finał był taki, że z zauważalnym trudem, acz z pełnym sukcesem logistycznym, odprowadziliśmy „Żwirka” do luksusowego środka transportu, jakim był nasz służbowy samochód. Tak czy inaczej, Stanisław Ciosek – choć intencje wobec mojej skromnej osoby żywił zapewne nienaganne – wykazał się kompletną ignorancją w kwestii psychiki niejakiego Żmudy. Ów Żmuda, w międzyczasie i ku utrapieniu wielu, z pozycji zastępcy dowódcy WOP do spraw linii jedynie słusznej polityki, katapultował się prosto na fotel szefa gabinetu samego ministra spraw wewnętrznych, generała Czesława Kiszczaka.

Pech, który wiernie asystował mi od pieluch, a w strukturach mundurowych osiągnął wręcz status permanentnego cienia, sprawił, że do Łużyckiej Brygady z gospodarską wizytą zawitali ramię w ramię: Ciosek oraz Żmuda. Cel był szczytny – powitanie delegacji bratnich pograniczników z NRD. Obowiązki pełnego godności gospodarza pełnił, a jakże, niezrównany „Żwirek”.

Oczekując na enerdowców, nasza urocza partyjno-wojskowa „trójca” postanowiła zabić czas w garnizonowym kasynie. Do stołu podawała im „Murka” – niewiasta o urodzie wręcz zjawiskowej. Na co dzień pełniła funkcję sekretarki dowódcy brygady, stanowiąc bezcenny spadek po poprzednim przełożonym. Chociaż, głowy nie dam, czy to była akurat „Murka”. Pięknych dziewcząt w Lubaniu było wówczas zatrzęsienie, niczym grzybów po obfitym deszczu.

         Wszystkie te kadrowe perły z niezwykłym wyczuciem estetyki selekcjonował osobiście pułkownik Bartoszewicz, oferując im nad wyraz atrakcyjne zatrudnienie w strukturach brygady. I proszę mnie tu nie posądzać o jakiekolwiek podszepty Erosa! Pułkownik Bartoszewicz, jako potrójnie dyplomowany intelektualista marksistowski (absolwent OS WOP, ASG i WAP), doskonale znał instrukcje. Czuł na swoich barkach potężny obowiązek dbania o nienaganny stan moralno-polityczny podwładnych i nigdy nie pozwoliłby, aby w działalności służbowej rządzili nim nadwiślańscy amorki. Był pragmatyczny aż do bólu. Przy rekrutacji dam decydowały wyłącznie najwyższe przymioty etyczne i kompozycja estetyczna. No, chyba że…

         Gdy Bartoszewicza awansowano do Kętrzyna, to całe urokliwe dziedzictwo przejął stetryczały „Żwirek”, który wobec płci pięknej ogłosił całkowite desinteressement. Nic dziwnego, że dziewczęta na samo wspomnienie Bartoszewicza roniły łzy czyste jak płyn do spryskiwaczy i z dziką rozkoszą podłożyłyby nowemu szefowi jakąś soczystą świnię.

         Podczas bankietu obsługująca ich piękność usłyszała mimochodem, jak Ciosek z troską w głosie pyta „Żwirka”, czy ten wybitnie nisko partyjny oficer nadal błąka się po Lubaniu i płodzi te swoje obrzydliwe paszkwile. Temat lotem błyskawicy podchwycił Żmuda, który pałał do mnie żądzą odwetu jeszcze od czasów awantur szklarsko-porębiańskich, ufundowanych na fali nagonki antysemickiej oraz praskiej wiosny. Żmuda poczuł krew i znów zamarzył, by wdeptać mnie w błoto. Trzeba mu oddać, że oprócz talentu do czynów wybitnie szmatławych, był oficerem na tyle rozgarniętym, iż w mig rozszyfrował ukryte dno moich dwóch skandalizujących dzieł.

Pierwszym z nich było „7 rozmów z generałem dywizji…”, w którym – pod grubą warstwą kamuflażu – usiłowałem ostrzec raczkującą „Solidarność”, że MSW prowadzi z nią wyrafinowaną grę operacyjną. Przypominało to przedwojenny Trust czy powojenną, prowokatorską kombinację „Cezary”, wzorowaną na słynnej V Komendzie WiN. Drugim grzechem był „Portret szpiega”, gdzie czarno na białym wyłożyłem gotową receptę, jak przy użyciu tak rewolucyjnego specyfiku jak zwykła aspiryna sporządzić tajnopis, który u kryptologów z MSW wywoła długotrwały ból głowy.

         Wychodząc z założenia, że najciemniej jest pod samą latarnią, uznałem, iż genialnym kamuflażem dla mojej wywrotowej działalności będzie… absolutna jawność. Dlatego w „7 rozmów…” bezczelnie sparowałem w aneksach tajne materiały dotyczące V Komendy WiN z przechwyconymi raportami z podsłuchu łączności wywiadowczej między Brukselą a centralą NSZZ „Solidarność”. Z kolei w „Portrecie szpiega”, powieści opartej na .autentycznych wyczynach potrójnego agenta (pracującego symultanicznie dla KGB, MSW oraz CIA), Bogdana Zenona Walewskiego vel „Płotki”, poddałem drobiazgowej analizie technologię jego korespondencji z centralą w Langley. Powstał podręcznik szpiegostwa stosowanego, przy którym dezyfranci z Rakowieckiej dostawali gęsiej skórki. Całe to zamieszanie i ewentualne kłopoty z gracją zwaliłem na barki generała Władysława Pożogi.

 

Jak ugotować deszyfrantów z MSW i wiersz dla Cioskowych błotek

 

W starciu ze Żmudą wyciągnąłem najcięższe działa: oficjalne, wewnętrzne recenzje moich rzekomo inkryminowanych książek. Listy pochwalne podpisali osobiście tacy tytani intelektu jak Stanisław Ciosek, Czesław Kiszczak, Jerzy Urban oraz Jan Główczyk. Panowie ci z moich literackich zawijasów nie zrozumieli absolutnie nic, więc ich oceny były wręcz entuzjastyczne. Czesław Żmuda musiał spuścić z tonu i spasować. Czy z tego powodu uronił gorzką łzę w zaciszu gabinetu? Tego historia nie odnotowała.

         A co spotkało mnie za ten nieszczęsny felieton o zarybianiu dziur drogowych w pasie działania naszej dumnej brygady? Nic, czym mógłbym się dziś chwalić na salonach, narzekać na opresyjność minionego ustroju czy ubiegać o order wojenny w IPN. Niemniej jednak książki żyły własnym, prowokującym życiem.

         Niebawem z furią zaatakowała mnie dr Alina Cała z Żydowskiego Instytutu Historycznego, wspomagana przez pewnego pułkownika z profesorskim tytułem, którego z czystej empatii do zwierząt nie porównam do kundla, by nie obrażać czworonogów. Pani doktor wzięła na warsztat dwa moje tytuły: „7 rozmów z generałem…” oraz „Kto zabił”, wysuwając pod moim adresem ciężkie oskarżenia o antysemityzm. Alinka, niczym krwiożercza pijawka przyssana do mojej żylastej łydki, zaczęła kolportować w przestrzeni publicznej (w tym na łamach Wikipedii) niestworzone banialuki, kopiując metody godne bezpieki i Wojskowej Służby Wewnętrznej z czasów generałów Teodora Kufla i Franciszka Szlachcica. No sami powiedzcie: czy dla skromnego pisarza może być większa nobilitacja, niż sytuacja, w której trzy tak potężne instytucje jak ŻIH, MON i MSW rzucają się gremialnie na jego skromne wypociny?

         Podczas gdy w kuluarach trwał ten ponury sabat Cioska, Żmudy i Żwirka, ja siedziałem cicho jak mysz pod miotłą w gabinecie metodycznym, który – nieskromnie mówiąc – sam zbudowałem od absolutnego fundamentu. Na stanie miałem dwie propagandowe Nyski. Jeździliśmy nimi po okolicznych PGR-ach i miasteczkach, z zapałem godnym lepszej sprawy wychwalając uroki socraju i werbując ludność do czynnej ochrony granic naszej socjalistycznej ojczyzny. Woziliśmy tam harcerzy, ale nikomu z nas nie postała w głowie myśl, by wzorem niektórych współczesnych stróżów prawa wywozić do lasu urokliwe niewiasty.

         Mimo tej ascetycznej wstrzemięźliwości, podstępnie oskarżono mnie o demoralizację słuchaczy oraz… propagowanie homoseksualizmu. Efekt? Kolejny klasyczny kopniak w górę. Przeniesiono mnie karnie do redakcji tygodnika „Granica” na prestiżowe stanowisko kierownika działu wojskowego. To właśnie wtedy, powtarzając sobie jak mantrę radę, by „nie kłaść oczu między drzwi”, popełniłem następujące wiekopomne dzieło liryczne: W hołdzie Cioskowym kałużom z ulicy Wojska Polskiego w Lubaniu:

         Niebo, Kochani Parafianie,
         Nie byłoby tak duże,
         Gdyby nie my…
         Cioskowe w Lubaniu kałuże.
         Słońce zapewne rady by nie dało,
         Gdyby samo, bez nas, świecić miało.
         My, kałuże, powielamy je bez końca,
         Tabliczką mnożenia wszechmocnego słońca.

         Świat, Kochani Parafianie,
         Byłby okropnie ponury,
         Gdyby nie my, Cioskowe –
         Malownicze doły i dziury.
         Gdyby, Kochani Parafianie,
         Nie te błotka lśniące,
         Chlapiące,
         Gdzie odbite są słońca setki,
         A nawet tysiące.
         I dlatego, Kochani Parafianie,
         Jesień mieni się złotem,
         I dlatego, moi drodzy,
         Otoczeni jesteśmy błotem.
         Także tym politycznym,
         No i… Cioskowym.

 

„Likwidator” na moskiewskim wygnaniu i oniryczne spotkanie w Orlu

 

Co dzisiaj, z perspektywy czasu, myślę o Stanisławie Ciosku? Dokładnie to samo, co niegdyś. Ciosek był klasycznym produktem i beneficjentem epoki rozpadu świata dwubiegunowego. Ta dziejowa cezura stała się w jego biografii momentem iście przełomowym. Po pamiętnych wyborach czerwcowych w 1989 roku przeszedł głęboką transformację mentalną. Przeżył swoistą metanoję, okazując się postacią nad wyraz pożyteczną dla raczkującej, chaotycznej III Rzeczypospolitej. Trzeba mu oddać, że w miarę swoich skromnych możliwości personalnych, próbował dobrymi uczynkami zmazać grzechy, jakie popełnił w Kraju Pieroga i Zalewajki w czasach, gdy dumnie nosił status peerelowskiego dygnitarza.

         Znany w sudeckich kurortach (i na krajowych salonach) zapalony narciarz, wytrawny polityk, niemcoznawca, a przy okazji świetny pisarz i dziennikarz, dr Julian Bartosz – mój osobisty konfrater, którego bezpieka inwigilowała z równym zapałem jak mnie – podsumował go następującymi słowy:„Stanisław Ciosek, ksywa 'Likwidator’. Został przewodniczącym Federacji Socjalistycznych Związków Młodzieży – federacja natychmiast się rozwiązała. Został ministrem do spraw związków zawodowych – ich działalność w trybie pilnym zawieszono, a potem zakazano. Objął teczkę ministra pracy i płacy – praca cudownie zniknęła, a płace zwiędły. Gdy w końcu mianowano go sekretarzem generalnym PRON, ruch ten dokonał radosnego samorozwiązania”.

         Mając na uwadze te doprawdy imponujące sukcesy destrukcyjne, premier Tadeusz Mazowiecki uznał, że idealnym miejscem dla Cioska będzie dyplomatyczne zesłanie do Moskwy. Pierwszy niekomunistyczny szef rządu zamartwiał się jedynie, że z twardymi Sowietami naszemu „Likwidatorowi” nie pójdzie tak gładko.          Tymczasem wiecznie niedoceniany Stanisław, ledwo zdążył złożyć na Kremlu listy uwierzytelniające, a potężny Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich zaczął trzeszczeć w szwach i ostatecznie runął

ONIRIADA

Poranek na Orlu wstał tak gęsty,
że mgłę można było kroić wojskowym bagnem.
Pod koniec trzeciego roku absolutnego panowania,
zjechał tam sam Jeleniogórski Książę.
U boku wierny harcmistrz, Adam Solarz, niósł w plecaku ciężar państwowej odpowiedzialności.

U wjazdu na polanę, zamiast czerwonego dywanu,
czekał Duch Gór, profesjonalnie przepoczwarzony
w bacową o operacyjnym kryptonimie „Owca”.
Wokół stały byki, które na rozkaz partii
potulnie udawały barany, choć w świecie realnym
były tylko kastratami leśniczego Malca.

Harcmistrz Solarz, z instynktem starego przewodnika, szeptał Księciu do ucha:
„To  Karkonosz! Ma moc absolutną, ale kocha nową władzę”. Lecz Książę, z iście wielkopańskim dostojeństwem, olał sudeckiego strzygę i jego zmetamorfozowane stado.
Minął barany, minął pasterza – i tak nie mieli wspólnych interesów. Ruszyli prosto na schronisko rysiów „Granicznik”.

Stopy tonęły w trawie soczystej i zielonej, bardziej zielonej niż obietnice Władysława Kosiniaka-Kamysza.
Krok w bok, wąska ścieżka, barokowy mostek na Izerze. System potrzebuje chłodzenia.
Ostro w zachód! To nie był zwykły skręt,
to był profetyczny manewr geopolityczny.
Książę zrozumie go dopiero za dwanaście lat,
gdy sam oficjalnie ucieknie w tamtą stronę świata.
Na razie świerkowe gałęzie smagają go po twarzy,
niczym skrzydła aniołów z resortowym przydziałem.

W Kraju Pieroga i Zalewajki sprawy szły ku gorszemu. Książę dwoił się i troił w prowincjonalnym królestwie, podczas gdy Warszawa rzucała mu kłody pod nogi.
A przecież pod mchem leżał uran! Moskwa rzekła: „Niet!”.
Pod Kotliną bulgotało gigantyczne jezioro termalne, gorące jak retoryka Donalda Tuska.
Mogło ogrzać województwo, zlikwidować kopciuchy, ale centrala nakazała: zapomnieć o geotermii, fedrować węgiel!

Wreszcie skała „Granicznika”.
Utrudzeni dygnitarze siadają na wilgotnym mchu,
a z gęstwiny, bez zgody komitetu wojewódzkiego,
wyłania się ryś.
„Dzień dobry” – mruknął kot z wysokości skały.
Książę, poprawnie wychowany przez aparat państwowy, odparł: „Dzień dobry. Wyglądasz nadzwyczaj efektownie”.
Biurokracja stygnie w lodzie.
 „Jestem ryś” – rzekł ryś z wrodzoną kotom dumą.
„Pobaw się ze mną, dopadł mnie smutek” – prosił Książę.
„Nie mogę, nie jestem oswojony” – syknął drapieżnik.
„A cóż to znaczy?” – dociekał zdumiony aparatczyk.
Ryś westchnął: „Widać, żeś nietutejszy. Czego tu szukasz?”.
„Szukam ludzi” – błądził myślami dygnitarz.

„Ludzie mają strzelby i polują na mnie, co jest nietaktowne. Hodują też barany. Czy ty też szukasz baranów?”.
„Skądże! Szukam przyjaciół!” – żachnął się namiestnik PZPR.
„Oswoić to stworzyć więzy” – edukował kot.
„Teraz jesteś dla mnie tylko prowincjonalnym książęciem, jednym z czterdziestu ośmiu identycznych w tym kraju. A ja dla ciebie zwykłym rysiem. Ale gdy mnie oswoisz, będziemy dla siebie jedyni na świecie”.

Książę pomyślał o Róży. „Ona mnie oswoiła, ale to nie było na Ziemi”.
„A są tam myśliwi i barany?” – spytał zaciekawiony kot.
„Nie ma”.
„Ach, nie ma światów doskonałych…” – westchnął ryś.
I podał sekret: „Dobrze widzi się tylko sercem.
Oczy są ślepe. Jesteś odpowiedzialny za to, co oswoiłeś”.
Książę mruknął pod nosem: „Oswajałem socraj przez lata… Być może niedługo będę odpowiedzialny za jego pełne rozpieprzenie”.
Wizje zamarzają na kość.
„I bez wątpienia przyjdzie mi odpowiedzieć za to,
co z owego socraju ostatecznie pozostanie” –
powtórzył Książę, jakby pisał raport dla centrali.
Gryzł się myślami, antycypował własny nekrolog.
Umrzeć – rzecz pewna. Ale co przed kurtyny opuszczeniem?
Wewnętrzny, bezpieczniacki głos szepnął mu do ucha: „Zostaniesz ambasadorem w Moskwie”.

Czymże więc podsumować ten opasły rozdział wspomnień, tę literacką operację na żywym organizmie historii?
Oddajmy głos mistrzowi Witoldowi Gombrowiczowi: „Wybaczcie, czytelnicy, nadmierną skromność, która doprowadziła do tak skromnych rezultatów. Wybaczcie też nieskromność – wysmażyłem vie romancée, upiększając i dramatyzując szarą nikłość mojego życia. Wszystko po to, by nie nudzić szerszej publiczności. Chciałem, by te rozmowy były barwne i przystępne. A jeśli ktoś mi zarzuci, że bezczelnie udaję geniusza… Cóż, nie przypuszczam, by to mogło się zdarzyć.
Ale gdyby nawet – na zarzuty zbyt głupie
inteligentny autor po prostu nie odpowiada”.
Ostatni raport trafia na dno szuflady.

 

PS

Jest to rozdział książki: „Raptularz znaleziony pod wycieraczką”

RAPORT Z BRZUCHA WIELORYBA: CZYLI JAK PRZETRWAĆ GNOMÓW I PAŃSTWO MŁOTKIEM PISANE

…nie ma żadnej historii, są tylko życia ludzi. Historię tworzą małe wydarzenia, pojedyncze ludzkie czasy, ludzkie ciała, ich przemijanie, ich choroby, ich miłości. Historię tworzy życie codzienne, przedmioty, czynności, o których już niewiele wiemy, bo ta wielka Historia tego po prostu nie zapisuje. Ale to jest przecież istotą życia.

                                                                                                                          Olga Tokarczuk

 

Oniryczny ból gadziego mózgu

 

Śniłem koszmar ostateczny. Dwa strzały w tył głowy, skrzyżowanie ulic Mickiewicza i Czackiego. Bruno Schulz ginie, bo esesman Karl Günther musiał wyrównać żydowskie porachunki z Felixem Landauem. „On zabił mojego Żyda, ja zabiłem jego Żyda” – niosło się echem po udręczonej nocy.

         Moja dusza płakała, ogarnięta lękiem, który szybko przeszedł w paranoję współczesną. Sparafrazujmy tu klasyka: „Czym muchy w rękach rozbrykanych parlamentarzystów, tym my we władzy bezwzględnych Grup Trzymających Władzę”. Ot tak, dla zabawy, tłuką nas plagami. Podobno uchodźcy i ideologia LGBT są dziś gorsi niż dżuma i Covid-19 razem wzięte.

         W tym onirycznym widzie Kraj Pieroga i Zalewajki bohatersko walczył ze wszystkim: z aborcją, alkoholem, hazardem, gejami i cyklistami. Ekologię i sąsiadów mieliśmy – jako naród – w głębokim powitaniu. Pomyślałem, że Pan Bóg tworząc świat musiał mieć pierwszorzędne poczucie humoru. Gdyby go nie miał, nie zmajdrowałby polityków, „Bandy czworga”, „Dobrej zmiany” czy Donalda Tyska i Jarosława Kaczyńskiego.

         Na koniec dopadło mnie najgorsze choróbsko: dziecięca łatwowierność. Uwierzyłem telewizyjnym gadającym głowom, że ci dwaj panowie na zmianę poprowadzą nas ku świetlanej przyszłości! Na szczęście mój gadzi mózg przypomniał mi, że już to przerabialiśmy za Gomułki i Jaruzelskiego. Kończyło się zwykle strzelaniem do ludzi.

         Obudziłem się w przedostatnim roku drugiej dekady trzeciego tysiąclecia jako dziewięćdziesięciolatek z demencją. Moje lodowisko życia stało się śliskie, mózg rzeszotowaty, a pospolitość parszywa. Rząd, Parlament i Wy wszyscy możecie mnie szanownie pocałować tam, gdzie radził Bohumil Hrabal.

         Walnę w Was Gogolem: „Jeden tam tylko porządny człowiek – prokurator, ale i ten, prawdę mówiąc, świnia”. Na ten splin raczę się narodowym koktajlem z octu, musztardy, jabola i denaturatu z autowidolem. Jako mężczyznę interesują mnie już tylko trzy rzeczy: życie, miłość i śmierć.

 

Diabelski bilans dożywotniego szpiega

 

Głęboko nie zgadzam się z Cyceronem, że godne jest tylko rozmyślanie o śmierci. Mnie wciąż rozpraszały uciechy doczesne, deflorowanie branek i dobre uczty.

         Te piękne elementy splatają się zresztą idealnie w polityce i służbach specjalnych, gdzie miłość zastąpiono seksizmem, a życie ordynarnym hedonizmem. Skoro w chrześcijaństwie na początku było Słowo, a w komunizmie NKWD, to u podstaw naszej świętej III RP musiał leżeć jakiś zagubiony agent. Świat obfituje w głupców jak drzewo w liście, a moje życie okazało się wystarczająco długie, by zgłupieć, lecz za krótkie, by cokolwiek pojąć.

         W czasach transformacji bezpieka generała Kiszczaka rozpuszczała plotki, że jestem synem rabina z Bielska-Białej, wnukiem ajatollacha Chomeiniego i Julii Pastrani – najbrzydszej kobiety świata według Darwina. To jawne przecenianie moich walorów! Po ajatollachu odziedziczyłem wszak tylko miłość do ludzkości, a po Julii zniewalającą urodę.

         Przez te wszystkie reżimy musiałem żonglować życiorysami. Ku uciesze wrogów wyznam prawdę z 55 swojej biografii: byłem szpiegiem wybranym, z wywiadowczą krwią w żyłach. Najpierw szpiegowałem dla Związku Sowieckiego, potem dla Niemiec. W ramach reparacji Niemcy oddali mnie Izraelowi, Izrael Anglii, Anglia Ameryce. Na Manhattanie było cudnie, ale Amerykanie kopnęli mnie z powrotem do Anglii, ci do Izraela, Izrael do Niemiec, a Niemcy chcieli do Sowietów – ale pech, Związek Sowiecki szlag trafił, a Putin mnie nie chciał.

         I tak 06.06.06, w imieniny roku diabła, kultywując angielską zasadę, że tylko dżentelmen bierze się za beznadziejne sprawy, siadłem do komputera pписать ten raptularz. Życie dostałem inkrustowane seksem, pachnącym wszystkimi kontynentami. Gdy się w proch obrócę, 1/3 moich popiołów ma trafić do urny zatopionej w Bałtyku, 1/3 w Śnieżne Kotły, a ostatnia część na cmentarz gminny.     Resztę czasu zabrała mi wojna hybrydowa czwartej generacji – drony, cyberataki, dezinformacja i propaganda, w której Rosjanie są mistrzami. Podobno jedynym ratunkiem jest Wojskowa Obrona Terytorialna. Ale co ja tam wiem, czas na drzemkę.

 

Od konia trojańskiego do unijnego koryta

 

W Kraju Pieroga i Zalewajki obrona terytorialna to odległa pieśń kozła. Każda wojna to w gruncie rzeczy gra w zabijanie. Ale z wojen najbardziej podoba mi się trojańska. Miała chociaż sens – poszło o kobietę. Grecy walczyli o zbezczeszczony honor rogacza Menelaosa i piękną Helenę, którą zwędził Parys.

         Homer w Iliadzie i Odysei stworzył piękne mity, choć jako grecki cwaniak puszczał oko do czytelnika, sugerując między wierszami, że z cnotą Heleny i usychającej z tęsknoty Penelopy bywało bardzo różnie.

         Sam Odyseusz, architekt drewnianego konia, wracał do domu przez dziesięć lat. Po drodze łupił miasta, tarzał się z jednookim Cyklopem, jadał ludzinę u Lajstrygonów i – jako facet z jajami – regularnie zdradzał żonę, płodząc syna z czarodziejką Kirke i marnując lata u nimfy Kalypso.

         Wieki później jego dzieło twórczo kontynuowała Armia Czerwona. Nie dość, że złupiła pół Europy, starła się z Hitlerem i uszczknęła połowę naszego terytorium, to jeszcze spłodziła tylu synów, że gdyby ich zebrać, sformowaliby armię zdolną pobić USA.

         Wspominanie o przyprawianiu rogów i nielojalności ma tu głęboki sens. Pisanie o polityce w kontekście służb specjalnych wymaga wszak precyzyjnego rozpoznania mechanizmów zdrady. Trzeba tylko uważać, by nie przekroczyć niewidzialnej granicy dzielącej nawiedzonych od idiotów.

         Weźmy moment, gdy Zachód oddał nas w pacht Stalinowi. Generalissimus, majstrując w 1943 roku plan „niepokalanego poczęcia Peerelu”, stworzył Sowieckie Imperium Zewnętrzne, w którym funkcjonariusze tajnych służb okazali się jego najwierniejszymi synami.

         Porównując dawne Imperium Zła z dzisiejszym supermocarstwem widzę, że Amerykanie, tak jak niegdyś Sowieci, uwielbiają niszczyć inne narody. Różnica jest czysto estetyczna: bolszewicy nawracali rzeźnickim nożem, a Amerykanie wolą inteligentne bomby i walizki dolarów, co testowali w Wietnamie, Iraku czy Afganistanie. Co więcej, Rosjanie po skończonej robocie nie grzebią ofiar. Amerykanie natomiast przychodzą na pobojowisko jak anioły i rozdają wdowom zapomogi, ślepcom szklane oczy, kalekom protezy, po czym budują McDonald’sy.

         Komuna Paryska trwała siedemdziesiąt dni, Sowiecka – siedemdziesiąt lat. Ciekawe, ile potrwa Komuna Europejska.

Jako niespotykanie spokojny człowiek tylko kilka razy w życiu, w strasznej godzinie kaca, strzelałem do własnego odbicia w lustrze, wrzeszcząc: „Och! Henryk! Jak ja nienawidzę twojej wielokulturowej mordy!”. Jak bonie dydy, niech mi kobiece piersi wyrosną, jeśli kłamię!

         Moim ulubionym zajęciem na stare lata jest siedzenie na zydlu pod prysznicem z flaszką i naradzanie się z nią. Roztrząsając historię z perspektywy siedzenia, widzę ciągłość dziejów: Archimedes siedział w wannie, Diogenes w beczce, Stalin na Kremlu, Wałęsa na papirusach bezpieki, Kaczyński na Żoliborzu, Tusk w kancelarii, a ja – w Tworkach.

         O alkoholu wiem wszystko. Znajomi mówią, że przebywanie ze mną przypomina piknik u podnóża wulkanu na kwadrans przed erupcją. Wyznaję prostą zasadę: jak kraść to miliony, jak „szpachlować” to z tuzinem lasek. Będąc tak strasznie polskim i wielkim, ślęczę przed komputerem ponury jak Morze Północne podczas sztormu, składam literki i marzę o tym, jak zrobić dobrze prawdziwym patriotom i nowatorsko zginąć za ojczyznę.

 

Państwo młotkiem pisane i grenlandzkie reformy

 

Mimo mojej bezpretensjonalnej, bagiennej urody i spolegliwego charakteru, ludzie wciąż chętnie dają mi się golić brzytwą. Moje książki działają na zestresowane dusze równie skutecznie jak koci ogon na zapalenie gardła. Przekonałem się o tym, gdy grupa rozwścieczonych komunistek raczyła spalić moją autobiografię.     Pocieszyłem się wtedy, że te szczere wyznania musiały mieć w sobie wyjątkowo dużo ciepła, skoro tak dobrze napalono nimi w piecu.

         Od lat koryguję życiorysy fabrykowane przez służby specjalne. Oficerowie rozpuszczają plotki, jakobym był większym rozpustnikiem niż wszyscy rządzący Krajem Pieroga i Zalewajki razem wzięci.         Przecież to fizycznie niewykonalne! Odpowiadam im krótko: przeceniacie moje skromne możliwości. Jednak gwoli prawdzie, od „dobrej zmiany” wziąłem co nieco. Po prezydentach odziedziczyłem niezrównane skłonności do manipulacji, po premierach ciągoty do rozmijania się z prawdą, urodę po pośle Terleckim, a genialną inteligencję po przydupasie wicepremiera o wdzięcznej ksywie „Caryca”.

         Poza tym jestem tylko skromnym kronikarzem. Moją największą wadą jest brak rozróżnienia między tym, co na dany temat można powiedzieć, a tym, co wolno oficjalnie ogłosić. Żyjemy w państwie, w którym absolutnie ciemne, kryminalne sprawy – dające się bez trudu wyjaśnić – z zasady nigdy nie są wyjaśniane. To spędza mi sen z powiek.

         Z rozliczaniem władzy nigdy nie było u nas idealnie, ale gdy nastała „dobra zmiana”, zmontowano modelowe państwo aferalne. Przepisy pomyślano tak, aby ułatwić życie tchórzom, kłamcom i hochsztaplerom. Pamiętajmy jednak: ze stu kotów nigdy nie stworzy się konia, a ze stu niekonstytucyjnych ustaw nie stworzy się sprawiedliwego systemu.

         W normalnym kraju prezydent broni Konstytucji, parlament tworzy dobre prawo, rząd rządzi legalnie, a służby i policja łapią bandytów.

         U nas? Pleniącą się korupcję bezczelnie zastąpiono nowym hasłem: „nic na siłę, wszystko młotkiem”. Hipokryzja bezwstydnie zluzowała dobre obyczaje, a transparentność wymieniono na stopnie tajności. Jak to możliwe, że pozwolono wyborcom za pomocą zwykłej kartki do głosowania zbudować tę groteskową pseudo demokrację?

         Władza ustawodawcza jest dziś zdolna uchwalić każde, nawet najbardziej spektakularne głupstwo z mocą ustawy. Przez lata była to wyłączna zasługa Prezesa. On to, wyznając marksistowską zasadę, że tylko człowiek szlachetny może znaleźć szlachetnego, wyszukał prokuratora stanu wojennego Stanisława Piotrowicza, uczynił go nadzorcą Sejmu, a potem wsadził do Trybunału Konstytucyjnego. Od tego czasu władza wykonawcza dba wyłącznie o własnych aparatczyków.

         A jak jest w nowej tuskolandzie? Obiecana reforma wymiaru sprawiedliwości wlecze się wolniej niż lodowce na Grenlandii, a trójpodział władzy odłożono ad Kalendas Graecas.

         Mimo świętej zasady, by nigdy nie kłócić się z głupcami – albowiem ludzie mogą nie dostrzec różnicy – z każdym słowem powiększam liczbę wrogów. Aby ich ostatecznie rozwścieczyć, przedstawiam ten Raptularz: polityczno-pornograficzną baśń o walce dobra ze złem. Z góry uprzedzam, że wygrywa zło.

         Wobec despotów rządzących nami od tysiąca lat wszyscy jesteśmy doskonale równi – mianowicie równi zeru. W swojej pisaninie jestem jak wóz drabiniasty, który święcie wierzy, że jest mercedesem. Powiecie zapewne, że jestem cool: made in USA, zdiełano w CCCP.

 

Kuszenie Chrystusa na targu zmarłych marzeń

 

Nie napisałem tego Raptularza dlatego, że znam odpowiedzi na wielkie pytania. Nie znam ich! Przynoszę Wam jednak prawdziwe historie i wcale się tego nie wstydzę.

         Historia – ta zbiorowa pamięć ludzkości – to jedna wielka, krwawa anegdotka. To trwający od wieków, rozpaczliwy spektakl wykaraskiwania się człowieka z totalnego obłędu.

         Uwielbiam opowiadać historię poprzez jej spektakularne katastrofy. Jak pisał Umberto Eco: kilku sankiulotów napada na Bastylię i bęc – mamy rewolucję francuską; kilka tysięcy nieudaczników szturmuje Pałac Zimowy i dostajemy bolszewików; ktoś strzela do arcyksięcia i nagle alianci nie mogą bez siebie żyć… Aż wreszcie 18 czerwca 1949 roku pewna kobieta na warszawskim Żoliborzu rodzi bliźniaków…     Każda lekcja historii uczy nas wyłącznie tego, że niczego nas nie nauczyła. Jutrzejsze katastrofy niewinnie i w ciszy kiełkują już dzisiaj.

         Jako dzieciak wiedziałem, że Józef Stalin i Adolf Hitler zapowiadali się na artystów, ale po prostu nie wyszło im w życiu. Władcy Kraju Pieroga i Zalewajki nie mieli na szczęście aż takich ciągot estetycznych. W PRL-u chcieli być po prostu obrońcami ludu i po trochu bandytami – często jednym i drugim naraz.

         A w Wolnej Polsce? Toż to totalni niewydarzeńcy! Mameje, rozmemłańcy, ciemięgi i safanduły zgrywające się na wielkich patriotów. Pod wodzą Prezesa wymyślili „Historię Narodową”, która ma się do prawdziwej historii tak, jak astrologia do astronomii. Przypomina to zwalczanie kanibalizmu poprzez humanitarne zjedzenie kanibali.

         A Donald Tusk? Wymyślił „ciepłą wodę w kranie”. I tak, w zestawieniu z resztą, trzeba mu oddać, że to jakiś postęp.

         W demokracji winę za ten cyrk ponoszą sami wyborcy. Każdy rząd, zanim zacznie na dobre rządzić, najpierw musi się przecież wygodnie urządzić. Gdy kolesie mają ochotę na gruby grosz, zakładają partię lub koalicję i tak majdrują prawo, by pozwalało na absolutne bezprawie.      Satrapowaci możnowładcy rwą sukno Rzeczypospolitej jak świąteczny placek. Strach się bać, bo oni wkrótce „s żyru biesiatsa” – po prostu zwariują od tego tłustego jadła! Diabelski instynkt władzy trwa w człowieku znacznie dłużej niż instynkt seksualny.

         Zbliżają się wybory, a my wciąż jesteśmy narodem filistrów, którzy nie rozumieją, że rząd obietnicami stoi tylko do momentu, gdy lud go nie obali.

         Podobno jesteśmy chrześcijanami, ale nosimy w sobie więcej hipokryzji niż rozsądku. Diabeł kusił Chrystusa, obiecując mu wszystkie królestwa świata w zamian za pokłon. Jezus nie dał się nabrać.

         A my? My lecimy na każdą obietnicę. Od powojnia trwa dojenie społeczeństwa. Łotry paradują w biało-czerwonych pelerynkach, zapominając, że dobrze wychowany człowiek nie wkłada rąk do kieszeni własnej ojczyzny. Już święty Augustyn pouczał: „Robić wszystko wolno, ale nie wszystko wypada”. Elity w Kraju Pieroga i Zalewajki potrafią okraść nawet gołego… z jego ostatnich marzeń.

 

Sezon na gnomów i przepis na duszonego polityka

 

Zarówno za jednych, jak i za drugich rządów Kraj Pieroga i Zalewajki – gdzie każdy miał być każdym, a wszystko wszystkim – błyskawicznie przekształcił się w rządy nielicznych nad zbyt wieloma, w imieniu wyjątkowo małych ludzi. A że trutnie żywią się miodem, w urzędach i spółkach skarbu państwa zaroiło się od brudnych gnomów. Wyrastają jak trujące grzyby po deszczu, czyhając na łupy wedle nowych, niezrozumiałych praw, nad którymi sam diabeł czuwa. Gdyby szatan sądził, że zdoła pisowców lub tuskowców uczynić gorszymi, byłby niepoprawnym optymistą.

         Przy korycie PiS i PO – partii o jaskrawo leninowskiej strukturze – tłok jest dziś większy niż w kolejce na Kasprowy Wierch. Obowiązuje święta zasada: swój do swego, po wasze! Do słownika bezczelnie wprowadzono nowe słowo: „naszość”. Pojęcie równie paskudne jak hieny, które dzielą między sobą strefy żerowania. Korupcja pożera kolejne komórki obu tych obozów, a ich lizusi, którym w myśleniu najbardziej przeszkadzają własne głowy, popychają kraj ku budowie państwa policyjnego.

         Gołym okiem widać w tym szaleństwo Nietzschego, epilepsję Dostojewskiego i syfilis Schopenhauera, Napoleona czy Lenina razem wziętych. George Orwell i Franz Kafka moglifby u naszych liderów brać korepetycje z urządzania ludziom piekła.

         Dlaczego wielcy politycy Wolnej Polski, mając dwie półkule mózgowe, dwie ręce i dwa półdupki, są święcie przekonani, że do rządzenia wystarczy zaprząc tylko jedną część z każdej pary? Głupota stała się dominującą formą używania umysłu.

         Zamiast majstrować przy utrudnianiu rozwodów, powinni wprowadzić ustawę o przymusowych rozwodach – przynajmniej miłość by nikomu nie ostygła! Czy oni naprawdę nie czytali Moby Dicka i nie wiedzą, że siedząc w brzuchu wieloryba, można go precyzyjnie opisać od zewnątrz? Pchają się do władzy niczym Nike z Samotraki, tyle że ich Pegazem nie jest skrzydlaty rumak, a zwykły, uparty osioł.

         Nasi współcześni dygnitarze drżą o swoją skórę znacznie bardziej niż ich poprzednicy. Ogradzają się od suwerena barierkami, zasiekami, murami i hordami tajniaków. Te urzędy wyglądają jak obozy koncentracyjne! To czyste spełnienie marzeń generała Franciszka Szlachcica z 1970 roku, który kazał Pożodze tworzyć obozy dla niepokornych robotników. Różnica polega na tym, że dawniej obozy budowano, by magazynować ludzi, a dzisiaj władcy budują je, by chronić własne tyłki przed petentami. Gdyby rządzili dobrze, lud nie myślałby o ich zabijaniu.

Oniriada. Wiem od Rolanda Topora,
jak przyrządzić polityka.

Wypatroszyć.
Jeśli był z ikrą – usunąć móżdżek,
by nie nawarzył piwa.
Wytrzeć,
ostrożnie uczesać,
nie uszkadzając skóry.
Umyć,
by prezentował się apetycznie.

Dusić w oskomie.
Grubego polityka dusić cztery godziny,
chudego – trzy.

Podawać na półmisku,
wyłożonym polisą ubezpieczeniową,
przybranym bilonem,
dowodami osobistymi i kwieciem.

Gwizdać przy tym z podziwu.
Polityka to ani ziębi, ani grzeje,
ale nam zrobi doskonale.

Może przy konsumpcji
doczekamy wreszcie czasów,
gdy w Kraju Pieroga i Zalewajki
człowiek będzie znowu
człowieka znaczył.