Archiwum miesiąca: czerwiec 2026

NAPISAŁO SIĘ…

Czy Stanisław Mikołajczyk naprawdę wywiódł w pole wszechpotężną bezpiekę, uciekając z komunistycznego raju w amerykańskiej ciężarówce i brytyjskim statku? Oficjalna historia, piórami szacownych profesorów, karmi nas hollywoodzką opowieścią o sprytnych dyplomatach z CIA i gapiowatych milicjantach. Czas włożyć kij w to profesorskie mrowisko i zajrzeć za kulisy teatru, w którym sznurki pociągało UB pod dyktando samego Józefa Stalina. Zapraszam na przedpremierowy pokaz jednego z rozdziałów nadchodzącego „Raptularza”. Będzie ostro, bez znieczulenia i – przede wszystkim – bez bólu zębów. Odsłaniam karty w trzynastu odsłonach, zwieńczonych surrealistyczną oniriadą, z której dowiecie się, co łączy ucieczkę premiera z… legendarnym granatnikiem komendanta głównego policji. Czytajcie, zanim bezpieka (alby nowy Wielki Brat) każe to skasować!

 

UCIECZKA KONTROLOWANA, CZYLI AMERYKAŃSKI SENSACE COOL MADE IN USSR

 

Dylemat uciekiniera, czyli jak nie zostać kolejnym pomnikiem

 

Prawie osiemdziesiąt lat temu, 20 października 1947 roku o godzinie 18:30, Stanisław Mikołajczyk – prezes PSL, były premier rządu na emigracji i człowiek, który naiwnie wierzył, że z komunistami można grać w szachy – spakował manatki i rozpoczął swoją wielką rejteradę z Polski Ludowej. Od tamtego momentu historycy, politycy i dziennikarze toczą uroczy spór. Czy ten desperacki krok był genialnym suwerennym manewrem, który zmylił czujność wszechpotężnej bezpieki? Czy może wręcz przeciwnie – subtelną inspiracją płynącą prosto z gabinetu Józefa Stalina, wykonaną rękami nadwiślańskich rzemieślników z Urzędu Bezpieczeństwa?

         Mikołajczyk zapewne doskonale wiedział, że Stalin walcząc o rangę swojego imperium bezwzględnie grał polskimi komunistami. Raz ich wyrzynał, kiedy indziej dowartościowywał mirażem, że cokolwiek od nich zależy. Prezes PSL przejrzał też zapewne krajowych towarzyszy, którzy z marksistowskim mesjanizmem udawali przed samymi sobą, że rządzą krajem.

         Byli w tym udawaniu zresztą genialni. Za cenę osobistych upokorzeń, których nie szczędził mu ogarnięty leninowską bezwzględnością Władysław Gomułka, Mikołajczyk wszedł do tej gry bez ani jednego asa w rękawie. Wiedział przecież, że na mityczny Zachód liczyć nie może. Polska została sprzedana w Jałcie na pniu, z pełnym dobrodziejstwem inwentarza.

         Zaryzykował i przegrał. Walczył o wolność dla swojej partii i chłopów, choć zapewne nie znał uroczej maksymy Stalina: „wolne chłopstwo to koniec naszej władzy; dzień bez terroru jest niebezpieczny, dwa dni bez terroru oznaczają śmierć partii”.

         Z tym terrorem spotykał się na co dzień, co skrupulatnie odnotowywał jego słynny Diariusz. Jak twierdził płk M. Wieczorek, pamiętnik ten był życzliwie prowadzony w dwóch egzemplarzach – jeden dla szefa, drugi bezpośrednio dla bezpieki. Nad wszystkim czuwała Maria Hulewiczowa, zaufana sekretarka, a później żona płk. Janusza Przymanowskiego (tego od Czterech pancernych i psa, co idealnie pasuje do tej filmowej intrygi).

         Mikołajczyk stanowczo zbyt długo łudził się, że postanowienia Wielkiej Trójki będą zrealizowane. Liczył na wolne wybory. Zapomniał o starej mądrości: „Nieważne, kto jak głosuje, ważne, kto i jak liczy głosy”. Gdy pętla się zacisnęła, stanął przed dylematem: śmierć w kraju czy życie na Zachodzie?

         Wybrał życie. Nie chciał na siłę powiększać i tak już gęstego panteonu narodowych męczenników.

 

Literackie fikcje i historyczne analogie

 

         Dwa miesiące po udanym zwiewaniu z kraju, Mikołajczyk postanowił zarobić na swojej historii i zaczął publikować w ponad stu amerykańskich dziennikach swoje wspomnienia, wydane później jako The Rape of Poland („Gwałt na Polsce”). Rozdział o ucieczce to czysta poezja… fikcji.

         Cały opis został zmyślony od A do Z i przypominał tandetną powieść szpiegowską z kiosku Ruchu, pisaną w socrealistycznym, ciężkim stylu, a nie relację poważnego dyplomaty. Rozumiemy, że w roku 1948 polityk musiał kłamać, by chronić tych, którzy zostali w kraju. Ale po grzyba licytował się z autorami wagonowych kryminałów? Ryzykowny chwyt. Polityk złapany na tak bezczelnym kłamstwie stawia pod znakiem zapytania całą resztę swoich wywodów.

         Czy były premier do końca życia w ogóle wiedział, jak wyglądała prawda o jego ucieczce? Przecież jego rejterada posłużyła reżimowi do ostatecznej rozprawy z PSL i uwięzienia tysięcy wiernych działaczy. Pozwoliła też wewnętrznej grupie kolaborantów – Niećce, Wycechowi, Banachowi – przejąć stery partii i wodzić ją na sznurku komunistów.

         O czym myślał Mikołajczyk, dekując się między skrzyniami w amerykańskiej ciężarówce? Może przed oczami stawała mu inna ucieczka, z nocy z 17 na 18 września 1939 roku, gdy marszałek Edward Rydz-Śmigły zostawiał wojsko i kraj na pastwę Hitlera i Stalina?

          Prezes PSL robił dokładnie to samo, zostawiając chłopów na łasce Bieruta. W swojej książce patetycznie tłumaczył, że ucieka, by być „głosem tych, którzy muszą milczeć i tych, których przeznaczono na zagładę”.

         Ładne hasło. Szkoda, że ułożone w bezpiecznym, zachodnim fotelu.

 

Perfekcyjni nauczyciele i współczesne cyrki

 

Peerelowscy Kaligulowie nie byliby sobą, gdyby ucieczki prezesa nie rozegrali propagandowo. Pod tym względem dzisiejsze sejmowe komisje śledcze, rewelacje z billboardami czy szukanie dziadków w Wehrmachcie to przy tamtych metodach przedszkole. Dzisiejsza „Grupa Trzymająca Władzę” – niezależnie od opcji – mogłaby u ekipy Bieruta brać drogie korepetycje. Tamci mieli wybitnych nauczycieli z NKWD. Lekcji fałszowania wyborów i referendum „3xTAK” udzielał osobiście przysłany przez Stalina płk Aron Pałkin. Bolszewickiego porządku pilnował tysięczny kontyngent doradców sowieckich w MBP oraz ponad 21 tysięcy oficerów Armii Czerwonej. Wspierali ich tzw. „upolaczeni ruscy” – obywatele ZSRR udający rodowitych Polaków z dziada pradziada.

         Wybory sfałszowano już zgrabnie własnymi rękami. Wielka w tym zasługa krwawej Luny, czyli płk Julii Brystigerowej, która osobiście traciła zdrowie nad instrukcjami zakładania teczek obserwacyjnych na obwody wyborcze.

          Jak widać, gra teczkami to żaden wymysł III czy IV RP – to stara, sprawdzona ubecka szkoła. Zaraz po ucieczce wydano broszurę Przyczyny ucieczki Mikołajczyka. Zatajony dokument. Rewelacyjne zeznania. Czytamy tam marksistowską socjotechnikę w najczystszej postaci: „Naród polski nie przebaczy nigdy zdrajcom, którzy poszli na obcą służbę przeciw własnej Ojczyźnie… Do tego spisu przybyło dziś imię Mikołajczyka. Pokryje je wieczna niesława”.

         Gdy dziś słuchamy niektórych sejmowych oratorów  lecących skrótami myślowymi w telewizji, wystarczy w ich przemówieniach słowo „hitlerowski” lub „sowiecki” zamienić na dowolne aktualne hasło, by zrozumieć, skąd czerpią wzorce do oskarżania konkurentów o agenturalność.

         Jedno w sprawie Mikołajczyka jest pewne: w tej grze karty rozdawały służby co najmniej czterech państw: USA, Wielkiej Brytanii, ZSRR i PRL.

 

Amerykańskie SOS i rezydenci CIA

        

W popeerelowskich archiwach panuje radosna twórczość – niezwykle trudno oddzielić prawdę od dokumentów spreparowanych wyłącznie po to, by dezinformować. Prawdziwe operacje służb zawsze maskowano potężną wrzawą. Sejm powołał Specjalną Komisję pod przewodnictwem Zenona Kliszki, wieloletniego totumfackiego Gomułki. Komisja z właściwym sobie patosem ustaliła, że Mikołajczyk dopuścił się zdrady i skazał się na „wieczną banicję z łona społeczności polskiej”. Wysoki Sejm posłusznie odebrał mu mandat, rząd pozbawił go obywatelstwa, a krajowe PSL stało się zimnym trupem, idącym na dno szybciej niż Titanic.

         Oficjalny, propagandowy kit władz PRL można włożyć między bajki, choć patrząc na niektóre numery dzisiejszego cyrku politycznego, te sztuczki brzmią niepokojąco znajomo.

         Zupełnie inną opowieść zaserwował nam jednak ambasador USA Stanton Griffis, który dziesięć lat później ujawnił tajne sprawozdanie. Choć Ameryka i Wielka Brytania traktowały już wtedy Polskę jako daleką, zamordystyczną prowincję Stalina, Mikołajczykowi postanowiono pomóc. Odrzucono jednak brutalnie jego prośbę, by wraz z nim ewakuować jego przyjaciółkę i sekretarkę, Marię Hulewiczową. Widocznie w limuzynie zabrakło miejsc.

          Gdy w piątek 17 października o 17:45 prezes PSL wysłał rozpaczliwe SOS do II sekretarza ambasady USA Williama Blake’a, machina ruszyła. W dyplomatycznym żargonie „II sekretarz” oznacza zazwyczaj rezydenta służb specjalnych – w tym przypadku CIA. I sekretarz George Andrews natychmiast odwiedził przerażonego prezesa, który trząsł się jak galareta na wieść, że 27 października Sejm pozbawi go immunitetu i skaże na ubeckie piwnice.

         Ambasador Griffis zebrał naradę wojenno-dyplomatyczną i przygotował dla zaszczutego ludowca trzy urocze warianty ewakuacji.

 

 Trumna, czeski błąd i morska bryza

 

Amerykańscy stratedzy wykazali się iście hollywoodzką fantazją. Wariant pierwszy: wywiezienie Mikołajczyka w trumnie w konwoju transportującym zwłoki 102 amerykańskich pilotów poległych w Polsce. Wariant drugi: pieszy rajd przez Czechosłowację tajnymi kanałami CIA. Wariant trzeci: przerzut do Gdańska i blindowanie (ukrycie pod pokładem) na brytyjskim statku towarowym Baltavia, którego kapitan żył w wielkiej przyjaźni z wujkiem Samem.

         Mikołajczyk odrzucił trumnę – uznał, że w razie wpadki polityczny nieboszczyk w prawdziwym grobowcu wyglądałby wybitnie nieestetycznie i kompromitująco. Czeskich szlaków też się bał. I to był prawdopodobnie jedyny moment w jego karierze, kiedy zadziałała u niego genialna intuicja.

          Akcję wywozu ciał Amerykanów nadzorował bowiem głęboko zakamuflowany as bezpieki, ppor. Henryk Pachówka (późniejszy as wywiadu MSW). Z kolei oba kanały w Czechosłowacji były tak szczelne, że UB kontrolowało je od A do Z, urządzając tam regularne polowania na uciekinierów w ramach gry operacyjnej z zachodnimi wywiadami.

         Bezpieka pozwalała czasem komuś przejść na Zachód, ale byli to zazwyczaj agenci wykorzystywani „kapturowo” – nieświadomi, że grają rolę wystawionych figurantów w operacjach typu „Cezary” (V Komenda WiN). Wybór statku Baltavia wydawał się więc Mikołajczykowi szczęśliwym trafieniem. Problem w tym, że w jego najbliższym otoczeniu kręciło się co najmniej dwóch agentów UB, a sam statek był pod lupą służb. Historycy, tacy jak Kersten czy Roszkowski, pisali o tym przyczynkarsko. Profesor Andrzej Paczkowski w swojej kompetentnej biografii Stanisław Mikołajczyk, czyli klęska realisty próbuje bronić tezy o racjonalnym graniu prezesa, ale fakty są bezwzględne.

         Sprawa Mikołajczyka ważyła się na linii Warszawa-Moskwa. Już 8 czerwca 1947 roku Jakub Berman na Biurze Politycznym PPR zgłosił konieczność ostatecznego „rozwiązania problemu”, a wytycznych z Moskwy udzielał sam Wiaczesław Mołotow.

 

 Hollywoodzki mit i węgierski scenariusz

 

Wspomniani profesorowie bezkrytycznie kupili wersję ambasadora Griffisa o ucieczce. Do dziś powtarzają bajki o ciężarówce wyładowanej skrzyniami charge d’affaires zaadresowanymi do Londynu. Z zachwytem opisują dziewięć kontroli drogowych, w czasie których milicjanci dali się rzekomo omamić amerykańskim uśmiechem, oraz sprytne odwrócenie uwagi wartownika WOP blokującego statek. Paczkowski przytacza notatkę mjr. Karola Więckowskiego z Departamentu V MBP, by udowodnić, że ucieczka była „czysta” i bezpieka o niej nie wiedziała. Naprawdę wierzą, że UB dało sobie wykręcić taki numer przed samym nosem?

         Mikołajczyk po prostu przez lata wierzył, że z komunistami można podpisać kompromis, który nie skończy się poddaństwem. Otrzeźwiał dopiero wtedy, gdy zobaczył, co dzieje się w sąsiednich demoludach. Tam rozszalałe reżimy przestały patyczkować się z drobnicą i wzięły się za wyrzynanie elit opozycyjnych. Na Węgrzech zniknął przywódca rolników Béla Kovács. W Rumunii uwięziono Iuliu Maniu. W Albanii rozstrzelano szesnastu liderów opozycji, a w Bułgarii skazano na śmierć Nikołę Petkowa.

          Mikołajczyk musiał zrozumieć, że w tej części Europy Pan Bóg na jakiś czas wyłączył telefon.

         Co ciekawe, chcąc przypodobać się nowym panom, prezes PSL poparł wcześniej wniosek szefa MON i sowieckiego agenta Michała Roli-Żymierskiego o pozbawienie obywatelstwa polskich oficerów walczących na Zachodzie, złośliwie dopytując, dlaczego na liście brakuje generała Andersa!

         Karma wraca szybko. Gdy „dwa wiarygodne źródła” doniosły mu, że pętla zaciska się na jego własnej szyi, spakował walizki.

         Archiwa IPN milczą o tożsamości tych źródeł, zachodnie udają, że nie wiedzą, a moskiewskie są zamknięte na cztery spusty. Pozostaje zapytać samych ubeków.

 

Spowiedź ubeckich dygnitarzy

 

Aby poznać kulisy tej tragifarsy, autor tekstu postanowił indagować samych „inżynierów ubeckich dusz”. Na spytki zostali wzięci: gen. Stanisław Radkiewicz (minister bezpieczeństwa), gen. Władysław Pożoga (szef służby wywiadu i kontrwywiadu), płk Anatol Fejgin (Dyrektor Departamentu X MBP), ppłk Adam Humer (wicekról Departamentu Śledczego) oraz płk Witold Sienkiewicz. Panowie ci z cynicznym uśmiechem na starych twarzach wspominali, że wyszedł im wtedy „niezły numer”. Okpili i prezesa, i całe CIA.

         Radkiewicz bez ogródek przyznał: Bierut z Bermanem chcieli iść na skróty. Marzył im się pokazowy proces, tortury i publiczne powieszenie Mikołajczyka za rzekomą współpracę z podziemiem (WiN). Materiały były gotowe. Sytuację zmienił jednak niespodziewany telefon od samego Józefa Stalina. Generalissimus osobiście rozkazał Bierutowi przeprowadzić akcję tak, by Mikołajczyk cały i zdrowy znalazł się na Zachodzie.

         Bierut był wściekły, ubecy też. Szybko jednak zrozumieli, że z tej operacyjnej kombinacji można wycisnąć gigantyczne korzyści. Jak wspomina Fejgin: o powrocie Mikołajczyka do Polski decydował Stalin, więc o jego wyjeździe też musiał decydować Stalin. Skoro Churchill przysłał go do Warszawy na mocy międzynarodowych ustaleń, to zamordowanie go w ubeckich kazamatach wywołałoby zbyt wielki międzynarodowy smród. Postanowiono więc „zabawić się z Anglosasami”.

         Pozwolono im wywieźć polityka, którym bezpieka od dawna manipulowała. Wywiad USA odniósł pozorny sukces, odtrąbił triumf w pamiętnikach, a prawda była prozaiczna: Jakub Berman nakazał bezpiece przeprowadzić z Mikołajczykiem „rozmowę profilaktyczną”. Cel? Przestraszyć go tak mocno, by sam zaczął uciekać. Zadanie to dostał nie kto inny, jak krwawy spec od łamania ludzkich charakterów – ppłk Adam Humer.

 

Seans strachu u pułkownika Humera

 

Gomułka i jego akolici przez trzy lata systematycznie wykańczali Mikołajczyka, robiąc to z dziką satysfakcją. „Wiesław” po prostu chorobliwie zazdrościł prezesowi PSL wszystkiego: sławy, inteligencji i poparcia społecznego. Nie musiał znać planów operacyjnych Moskwy – on po prostu z pasją oczyszczał przedpole, nie wiedząc, że jego własne dni na szczycie też są policzone.

         Stalin słusznie zauważył: „Gdyby w Polsce nie było Mikołajczyka, trzeba by go było stworzyć”. Martwy lider byłby niebezpiecznym symbolem. Żywy uciekinier na zachodnim garnuszku stawał się w oczach zmanipulowanego społeczeństwa zwykłym tchórzem. To był majstersztyk socjotechniki.

         Adam Humer rozegrał tę partię genialnie. Jak sam wspominał, bezpieka deptała opozycji po piętach dzień i noc. Przed wyborami masowo aresztowano działaczy PSL i WiN. Atmosfera strachu gęstniała z każdą godziną. Gdy Radkiewicz dał zielone światło, Humer dostał precyzyjne instruktaże od Romkowskiego i cenne „koleżeńskie” uwagi od Julii Brystigerowej. Wezwał Mikołajczyka na przesłuchanie w charakterze świadka w sprawie WiN. Hasło „WiN” działało wtedy paraliżująco.

          Aby były wicepremier TRJN odpowiednio skruszał, Humer kazał mu gnić przez kilka godzin pod drzwiami swojego gabinetu. Gdy przerażony polityk wszedł do środka, ubecki śledczy zasypał go lawiną pytań, dając jasno do zrozumienia, że jego teczka jest już kompletna i czeka na podpis kata. Rozmowa była potajemnie nagrywana, a szefostwo MBP piało z zachwytu. Humer wykonał plan w dwustu procentach. Przerażona elita PSL dostała ostateczny i decydujący impuls do natychmiastowej ucieczki z kraju.

 

Dwa wywiady w jednym łóżku

 

Pułkownik Witold Sienkiewicz po latach przytomnie analizował sprawę: w świecie służb specjalnych interesy wrogich mocarstw bywają zadziwiająco zbieżne. CIA mogło wiedzieć o grze UB, ale Mikołajczyk na emigracji był dla nich wygodniejszy niż Mikołajczyk w warszawskim grobie.

         Sienkiewicz bez ogródek porównuje tę akcję do słynnej ewakuacji płk. Ryszarda Kuklińskiego z listopada 1981 roku. W obu przypadkach wschodnie i zachodnie służby kręciły własne lody propagandowe i operacyjne na jednym wydarzeniu.

         Generał Pożoga dodaje z dumą, że w ślad za Mikołajczykiem bezpieka wysłała na Zachód swojego superagenta o pseudonimie „Carmen”, który koncertowo skłócił i rozbił całą londyńską emigrację. Pożoga ubolewa jedynie, że większość twardych dowodów i teczek z tamtego okresu została bezmyślnie spalona na rozkaz Franciszka Szlachcica.

         Tymczasem profesor Paczkowski niezmiennie broni honoru uciekiniera, upierając się przy braku papierów potwierdzających operację UB. Twierdzi, że rozesłanie listów gończych i panika po zniknięciu prezesa świadczą o kompletnym zaskoczeniu komunistów. Według niego trasę ucieczki bezpieka odkryła dopiero po aresztowaniu w Czechosłowacji porzuconej sekretarki, Marii Hulewiczowej.

         Piękna, romantyczna wersja. Szkoda, że kompletnie naiwna. Komunistyczny cel propagandowy osiągnięto bezbłędnie: Mikołajczyka pokazano jako dezertera, który zostawił swoich towarzyszy na pożarcie UB, a sam popija amerykańskie miody.

 

Szofer – geniusz kierownicy na ubeckim etacie

 

Pułkownik Marceli Wieczorek rzuca na sprawę zupełnie nowe światło. Pod koniec 1979 roku, po śmierci Marii Hulewiczowej, do MSW zgłosił się jej były mąż – pułkownik Janusz Przymanowski. Zaproponował układ: jeśli resort pozwoli mu przejrzeć akta zmarłej żony, on w zamian napisze „dobrą książkę, w dobrym stylu, dobrze o resorcie”. Klasyczny układ handlowy w PRL.

         Przeglądając te materiały, Wieczorek odkrył szokującą prawdę zapisaną w dokumentach operacyjnych. To wcale nie seans strachu u Humera ostatecznie złamał prezesa. Zrobiła to najbliższa mu osoba – jego własna sekretarka, która poddała mu myśl o natychmiastowym wianiu z kraju.

         Mikołajczyk uciekł za pełną wiedzą bezpieki, a amerykańscy dyplomaci dali się podejść jak dzieci. Kluczową postacią w tej układance był osobisty kierowca premiera. W swoich pamiętnikach Mikołajczyk z zachwytem opisywał swojego szofera jako „geniusza kierownicy”, który potrafił w genialny sposób zgubić każdą ubecką ogon-obstawę. Biedny, naiwny prezes. Nie domyślał się, że te brawurowe rajdy i ucieczki przed samochodami bezpieki były od A do Z reżyserowane i planowane na Koszykowej. Każdy ruch, każde słowo i każda decyzja prezesa, spisane posłuszną ręką jego „ulubionego geniusza kierownicy”, systematycznie i bez opóźnień trafiały na biurka oficerów MBP.

 

 Aniołowie stróże w milicyjnych mundurach

 

Meldunki szofera lądowały w centrali regularnie. Pułkownik Wieczorek bezlitośnie drwi z wersji Griffisa i ustaleń Paczkowskiego. Prezes PSL miał pełne prawo kłamać we wspomnieniach, by ratować twarz, a Paczkowski pisał to, na co pozwalały mu mocno wypatroszone i wyczyszczone akta IPN.

         A ambasador USA? Czy ktoś poważny oczekuje, że dyplomata przyzna w raporcie, iż prowincjonalna, komunistyczna bezpieka ograła CIA jak amatorów? Amerykanie wolą mit o brawurowym ocaleniu polityka przed gilotyną. Polacy chętnie to kupują, bo od zawsze bardziej wierzyli Amerykanom niż Sowietom. Zwłaszcza teraz, gdy po utrupieniu ZSRR, USA stały się naszym kolejnym Wielkim Bratem.

         Analiza operacyjna pokazuje jasno: przygotowań do tej ucieczki mógł nie zauważyć jedynie wyjątkowy kretyn.

         Po pierwsze: Mikołajczyk nie miał szans dotrzeć do amerykańskiej ciężarówki niezauważony, skoro za kółkiem siedział agent bezpieki.        Po drugie: słynne dziewięć kontroli drogowych na trasie do Gdańska to nie był popis milicyjnej niekompetencji. Ciężarówkę zatrzymywali ubecy przebrani w mundury MO. Pilnowali po prostu, by ich cenny ładunek dotarł na Wybrzeże w całości i bez przygód ze strony przypadkowych bandytów.

         Po trzecie: blindowanie na statek Baltavia za pomocą małej łódeczki przy ówczesnym reżimie ochrony granic przez WOP było technicznie niemożliwe. Chyba że wopiści dostali wcześniejszy, ustny rozkaz patrzenia w gwiazdy.

         Po czwarte: Baltavia była znanym kanałem brytyjskich służb, w których kluczową rolę grał Kim Philby – jeden z najwybitniejszych kretów NKWD na Zachodzie.

         Bezpieka nie tylko kontrolowała ucieczkę, ale czule odpędzała od prezesa wszelkie złe duchy. Hulewiczowa, która namówiła go do drogi, mogła działać nieświadomie, zainspirowana „kapturowo” przez podstawionego oficera.

         Gdy Wieczorek pod koniec lat 80. ponownie zajrzał do teczek sprawy, były one już dramatycznie odchudzone. Celowe niszczenie akt w celach dezinformacyjnych to przecież resortowa tradycja po każdej zmianie ekipy rządzącej.

 

Płonące szafy i portowy teatr

 

W ostatniej dekadzie PRL pierwsza fala wielkiego palenia dokumentów ruszyła w 1985 roku, gdy ekipa gen. Wojciecha Jaruzelskiego zaczęła dyskretnie mrugać okiem w stronę opozycji. Funkcjonariusze, instynktownie wyczuwając pismo nosem, woleli niszczyć najbardziej kompromitujące materiały na własną rękę.

         Pełną parą, już na oficjalny rozkaz z góry, akcja niszczenia ruszyła w trakcie poufnych rozmów w Zawracie, Magdalence oraz w willi MSW w Konstancinie.

         Palono wszystko: od bieżących śladów z lat osiemdziesiątych po niewygodne archiwalia z lat czterdziestych, by wejść w nową III RP z czystym, białym kontem.

         Wszystko wskazuje na to, że Humer był jednym z „wiarygodnych źródeł”, które miały napędzić stracha Mikołajczykowi, a drugą rolę odegrała odpowiednio zmanipulowana Hulewiczowa.

          Rzekome przygotowania do pokazu procesowego, o których pisze prof. Paczkowski, były po prostu montowaniem idealnego straszaka. Notatka mjr. Więckowskiego o „zaskoczeniu” bezpieki to klasyczna podkładka operacyjna służąca do dyscyplinowania podwładnych.       Zbieranie haków na własnych ludzi i pozorowanie wpadek było świetnym argumentem, by zmuszać ubeckich urzędników do bezwzględności w brutalnych akcjach. Cała wrzawa propagandowa i Komisja Kliszki miały uwiarygodnić legendę o brawurowej ucieczce twardziela, by naród uwierzył, że prezes zwiał sam. Gomułka o niczym nie wiedział, bo w tamtym czasie „Wiesław” był już polityczną Atlantydą – trupem na politycznym urlopie, z którego zdaniem nikt w Moskwie się nie liczył.

         Teoria, że w gdańskim porcie „odwrócono uwagę” żołnierza WOP, brzmi jak żart. Statków z krajów kapitalistycznych nigdy nie pilnował pojedynczy, gapiowaty żołnierz. Teren portu był zaryglowany na cztery spusty, a prezes PSL – polityk sprawny inaczej – nie przeszedłby metra bez zgody góry.

         Co najważniejsze: za ten rzekomy sabotaż nikt z portowej obsady nie został ukarany ani nie trafił pod ścianę, co w tamtych czasach przy prawdziwej wpadce było rzeczą niemożliwą.

 

Finał gry, czyli cool made in USA, zdiełano w SSSR

 

W najbliższym otoczeniu Mikołajczyka od początku działała agentura UB, co bezspornie wynika z zachowanych okruchów materiałów archiwalnych. Dlatego prezes mógł tak widowiskowo „urywać się” oficjalnej obserwacji.

         Bezpieka, kontrolując każdy centymetr trasy, bez problemu sprawiła, że ucieczka przy pomocy amerykańskich dyplomatów zakończyła się pełnym sukcesem. Doskonale podsumował to komunistyczny minister spraw zagranicznych Zygmunt Modzelewski. Wręczając ambasadorowi Griffisowi oficjalną notę uznającą pracownika ambasady USA Williama Blake’a za personę non grata, bezczelnie obiecał przekazać twarde dowody na to, że Mikołajczyk wyjechał z Warszawy bezpośrednio samochodem ambasady amerykańskiej.

         Modzelewski wiedział, co mówi, a Griffis natychmiast zrozumiał aluzję, proponując dyplomatyczne zawieszenie broni w tej kłopotliwej sprawie.

         Można przytaczać setki pośrednich dowodów na to, że była to ucieczka kontrolowana. A oficjalne dokumenty i rozkazy na piśmie? Tych po prostu nie ma i nigdy nie było. W tamtych czasach nie sporządzano protokołów ani notatek z tak delikatnych i tajnych kombinacji operacyjnych. Najważniejsze ustalenia zapadały podczas poufnych rozmów w Moskwie, a rozkazy wydawano wyłącznie ustnie.

         Wykonawcy jednak zostawiają ślady, a na starość – rozpuszczają języki. Mikołajczyk miał gigantyczne szczęście, że w Moskwie zapadła taka, a nie inna decyzja. Były premier zapewne do końca swoich dni na emigracji święcie wierzył, że oszukał system, nie mając pojęcia, iż z rąk nadwiślańskich Kaligulów wyrwał go osobiście… towarzysz Józef Stalin.

         Cała ta słynna „afera Mikołajczyka” i jego wielka ucieczka sprawiają po latach jedno, niezatarte wrażenie: to produkt wybitnie cool, made in USA, ale z dumną pieczątką zdiełano w SSSR.

 

ONIRIADA

 

Położyłem się. Sen miałem twardy niczym granatnik generała. Nagle pojawił się zwid, że głupka spotkał głupek . I zrozumiałem jaka jest różnica między strzelbą Czechowa, a granatnikiem komendanta

głównego Policji generała Szymczaka, a jaka między prawdą o ucieczce Mikołajczyka, a tym co o tej rejteradzie opowiadają uczeni i dziennikarze.

RAPTULARZ ZNALEZIONY POD WYCIERACZKĄ: SEZON W PIEKLE (I NA KARDIOLOGII)

Zapraszam Państwa na salę numer 7 Centralnego Szpitala Klinicznego MSW. To nie jest zwykła sala chorych. To elitarny pensjonat dla emerytowanych asów komunistycznego wywiadu i bezpieki. Miejsce urokliwe, choć z dość specyficzną statystyką – większość moich znamienitych współlokatorów, z generałami Moczarem i Kiszczakiem na czele, opuściła ten pokój wyłącznie nogami do przodu.

Przeżyłem tę salę tylko dlatego, że lekarze byli zajęci ratowaniem mojego serca, a kostucha najwyraźniej zgubiła okulary. Zamiast jednak leżeć potulnie pod kroplówką, postanowiłem zabawić się w spowiednika. Przed Wami sześć odcinków szpitalnego tinder-testu, opowieści o walizkach pełnych dolarów, rakietach kupowanych jak na bazarku i paryskich podpaleniach.

Wejdźcie na siódemkę. Tylko ostrożnie – ciśnienie skacze od samego czytania.

ECH SALA! SALA NUMER 7 – CZYLI JAK PRZEŻYĆ WŁASNY POGRZEB

Hotel „Pod Seryjnym Samobójcą” Pytają mnie czytelnicy, jak skłoniłem asów wywiadu do zwierzeń. Proste: wystarczyło dać się położyć w Centralnym Szpitalu Klinicznym MSW na sali nr 7. To urokliwe miejsce, taki lokalny Trójkąt Bermudzki dla komunistycznych generałów.

Zasada działania siódemki była prosta: wchodzisz z nadciśnieniem, wychodzisz w jesionowej jesionce. Leżał tu generał Moczar – i został „uśmiercony”. Leżał generał Kowalczyk – uśmiercony. Kiszczak, Pożoga, pułkownik Wieczorek? Wszyscy zaliczyli ten sam turnus z twardym lądowaniem na cmentarzu. Piękne to były pogrzeby, idealne na kombatanckie spotkania klasowe, ale osobiście na żadnym nie byłem. Dlaczego? Bo w tym czasie wciąż leżałem na siódemce, czekając, aż kostucha pomyli numery łóżek.

Tym razem dostałem przydział do pokoju trzyosobowego. Moim sąsiadem okazał się facet o wyraźnych brakach w anatomii – prawa noga nieobecna usprawiedliwiona, lewa mocno sfatygowana, potraktowana kiedyś jako ostrzeżenie, że kiepsko się bawi w piaskownicy służb specjalnych. Towarzysz niedoli przedstawił się jako Stanisław Kłos, pułkownik wywiadu, rezydent w Rzymie i Paryżu. Człowiek z bogatą przeszłością i zerową przyszłością, który planował spędzić rok na rehabilitacji. W jego wieku i branży planowanie na rok do przodu to przejaw skrajnego optymizmu.

Egzamin z nienawiści i rakieta z dyskontu

Szpitalne noce są długie, więc żeby nie zasnąć (i przy okazji sprawdzić, czy nie leżę z kapusiem), zaczęliśmy obwąchiwanie personalne. Standardowa zabawa na bezpieczniackim tinderze: „Kogo znasz i dlaczego go nie lubisz?”.

Na pierwszy ogień poszedł pułkownik Sokolak i bracia Pieterwasowie. Kłos aż rozkwitł. Wspomniał, jak to Władysław Pieterwas kupił w RFN amerykańską rakietę. Kupić rakietę na zachodnim poligonie to żaden wyczyn – ot, transakcja jak w warzywniaku. Prawdziwą bezczelnością było przewiezienie jej przez granicę na rympał. Potem pogadaliśmy o pułkowniku Sienkiewiczu i jego legendarnej, tytanowej głowie do alkoholu podczas spotkań w knajpie „Ambasador” – idealnym miejscu z widokiem na ambasadę USA, żeby amerykańscy koledzy z naprzeciwka widzieli, jak polski wywiad przepija państwowe pieniądze.

Ale prawdziwy test towarzyski zaczął się przy antypatiach. Kłos patrzył na mnie wzrokiem bazyliszka.
– Kiszczak? – rzuciłem. Kłos skinął z aprobatą. Wiadomo, stare asy uważały Kiszczaka za ignoranta. Jeden zero dla mnie.
– Milewski? – dorzuciłem. Kłos aż mruknął z zachwytu. Dwa zero.
– Pożoga? – zaryzykowałem na koniec. Trafiony zatopiony. Trzy do zera, zdałem egzamin na przyjaciela domu.

Skoro nienawidziliśmy tych samych ludzi, stałem się godny zaufania. Fakt, że cała ta galeria generałów była mi całkowicie obojętna i potrzebowałem ich tylko do pisania książek, zachowałem dla siebie.

 Paryskie podpalenia i walizki bez dna

Gdy lody zostały przełamane, Kłos odpalił protokół „Tajna Kuchnia”. Słuchałem o uroczych, chłopackich planach podpalenia paryskiej siedziby Jerzego Giedroycia i „anihilacji” księcia, a także o genialnym systemie ekonomicznym PRL. Mechanizm był czystą poezją: braliśmy od zgniłego Zachodu potężne pożyczki w dolarach, po czym pakowaliśmy te same dolary w zachodnich komunistów (np. we Francuską Partię Komunistyczną), żeby rozwalali kapitalizm od środka. Kapitalista płacił za sznur, na którym wywiad go wieszał. Geniusz w czystej postaci.

Oczywiście, przy okazji tych transferów paru „patriotów” w Warszawie zauważyło, że dolary strasznie lepią się do rąk. Podobno premier Jaroszewicz wszystko to skrupulatnie zapisywał w swoim kajeciku – co pewnie zbiegiem okoliczności skończyło się dla niego tragicznie po latach.

Kłos z rozrzewnieniem wspominał czasy, gdy przez jego ręce przechodziły „góry złota i walizy dolarów”. Ile można upchnąć w jednej walizce? Opozycja w latach 80. cieszyła się z paczek po 10-50 tysięcy zielonych przesyłanych przez brukselskie biuro Solidarności, zresztą pod czujnym okiem bezpieki, która kontrolowała ten strumyczek. Kłos na wspomnienie takich sum tylko parskał śmiechem. Dla niego milion dolarów w podręcznym bagażu to był zwykły wtorek w Paryżu.

Prawda ekranu i mądrość etapu

W tym momencie szanowny Czytelnik zapewne puka się w czoło i krzyczy: „A gdzie są kwity?! Daj dowody, Piecuch!”.

No więc mam dla Was doskonałą wiadomość: kwitów nie ma i nigdy nie było. Miałem co prawda spisane numery rejestracyjne mercedesów, którymi pułkownik Doskoczyński woził dolary do Szwajcarii (za cichym przyzwoleniem generała Janiszewskiego), ale numery zmieniano częściej niż skarpetki, więc ślad zaginął. Nie znam banków, nie znam numerów kont, nie znam sum. Opieram się na bajkach starszych panów z siódemki.

Ale czy oni kłamali? Po co mieliby to robić na łożu śmierci? Prawdziwe, twarde „papirusy” ma Moskwa i do dzisiaj używa ich do przekonywania polityków w Rzymie czy Paryżu, że Rosja to wspaniały kraj. W peerelowskich archiwach znalazłem tylko jeden piękny ślad po „czarnych kasach” Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego z czasów stalinowskiego krwawca, gen. Romkowskiego. W protokole stało czarno na białym: „Przy przekazywaniu osobistym odpowiedzialnym towarzyszom z KC (Bierut, Berman, Gomułka) ob. Romkowski nie brał pokwitowań”. Miliony szły na piękne oczy i partyjną legitymację. Zero śladu. Z tym samym problemem borykają się zresztą dzisiejsi śledczy, próbujący rozliczyć geszefty współczesnych partii. Tradycja w narodzie nie ginie.

Na koniec zapytałem mojego jednonożnego przyjaciela Kłosa, czy pisze chociaż pamiętniki, żeby zostawić coś dla potomnych. Kłos spojrzał na mnie z głębokim, podręcznikowym wręcz politowaniem, pokręcił zdrowymi dłońmi i wyrecytował mi dekalog prawdziwego szpiega:

  • Inteligentny człowiek nie pisze – inteligentny człowiek pamięta.
  • Jeśli już coś napisał – to nie podpisuje.
  • Jeśli podpisał – to niszczy.
  • Jeśli nie zniszczył – to chowa tak, że sam diabeł nie znajdzie.

Dlaczego? Bo inteligentny człowiek to taki, który po prostu chce żyć i nie spędzić starości na cmentarnej paradzie. Ot, cała kreatywna ewolucja służb specjalnych w pigułce.

Zamiast kwiatów na pogrzebie, czyli epilog bez pokwitowania

I tak oto zamykamy ten sześcioodcinkowy seans szczerości przy szpitalnym stoliku nocnym. Pułkownik Kłos pewnie dalej masuje swoje zdrowe dłonie i tęskni za paryskim luksusem, a ja zostałem z tą całą wiedzą jak Himilsbach z angielskim.

Słyszę już ten chór oburzenia: „Gdzie są dowody, Piecuch?! Gdzie kwity?!”. No więc powtórzę to raz jeszcze, powoli, żeby dotarło nawet do dzisiejszych prokuratorów: kwitów nie ma. Prawdziwi fachowcy z tamtych lat nie zostawiali śladów, bo chcieli po prostu dożyć emerytury. Najgrubsze miliony z czarnych kas Bierut, Berman i Gomułka brali na piękne oczy, a sprawozdania z transferów na Zachód skrupulatnie gromadziła Moskwa, która do dziś trzyma za gardło niejednego zachodniego demokratę.

Ewolucja służb specjalnych polega na tym, że systemy się zmieniają, ale mechanizm pozostaje ten sam. Dzisiejsi geniusze polityczni próbujący rozliczać geszefty swoich poprzedników borykają się z dokładnie tym samym problemem: inteligentny człowiek nie pisze. Inteligentny człowiek pamięta.

A ja? Ja tylko spisałem to, co pamiętali inni. Śpijcie spokojnie. Jeśli dacie radę.

 

INWOKACJA

O! Kraju Pieroga i Zalewajki! O! Rzeczypospolito Pieroga i Zalewajki. O Ojczyzno moja! To była makabryczna historia, choć zaczęła się jak sielska bajka z czasów, gdy pobożne życzenia miały jeszcze jakikolwiek sens.

         Na najwyższą grzędę Rzeczypospolitej wskoczył Pierwszy Wódz. Zapragnął on rzeczy sprzecznej z człowieczą naturą. Wygłówkował, że otaczająca go rzeczywistość ma natychmiast zacząć nadążać za jego własną wyobraźnią.   Narajany Demiurg sprawił, że na jedną, mikrosekundę ten eksperyment się udał. Życie Rzeczypospolitej, Kraju Pieroga i Zalewajki stało się nagle tak spokojne, syte, miłe i mdło sympatyczne, że przeciętny obywatel dostał od tego peerelowskiej fiksacji.

         Sielanka osiągnęła poziom, przy którym normalny człowiek nie mógł wytrzymać minuty dłużej bez rzucenia kurewstwem. Niestety, Wódz – historyczny kapral o imieniu Lech i konspiracyjnym kryptonimie Bolek – posiadał niebotyczny feler. Potrafił niczym Kozakiewicz przeskoczyć płot, ale za nic w świecie nie potrafił przesadzić ograniczeń swojej wyobraźni.

         Gdy chrześcijańskie mdłości od nadmiaru słodyczy minęły, do oszołomionej Rzeczpospolitej Pieroga i Zalewajki ( RPiZ) zbiegli się kolejni Wodzowie z równie dziwacznymi pomysłami. Zazdroszcząc poprzednikowi zaczęli realizować na żywym organizmie państwa wszystko to, co szepnęły im zwidy, tęcze, nocne koszmary, a nawet widmo Brockenu. I, o dziwo, znowu się wszystko spełniało. Tyle, że a rebours.

          Codzienność w krainie nad Wisłą z dnia na dzień stała się tępa, podła, okrutna i tak widowiskowo paskudna, że obywatelom z tęsknoty za dawnym luksusem pękały serca.

         Żyć się nie dało, ale zastrzelić się też było szkoda.

         Znowu nie szło wytrzymać. Tym razem w drugą, głęboko depresyjną stronę. W efekcie narodowego paraliżu wszystko przestało działać. Nic już nie chciało się spełniać w prawdziwym życiu. Polakom prawo do marzeń przysługiwało wyłącznie pod kołdrą, w ramach ściśle tajnej i nieopodatkowanej wyobraźni, wykluczającej jednak LGBT.

         Aż tu nagle, po latach wielkiej smuty i powszechnego zniechęcenia, na horyzoncie objawił się Nowy Wybawca. Człowiek z dyplomem doktora i dwuczłonowymi personaliami: Karol Nawrocki & Bator, łowca mieszkań, miłośnik boksu i „kibolskich ustawek”. Gdy nikt nie patrzył zaczerniał papier pod pseudonimem Batyr. Ów Wódz wyprowadził prawy prosty w stół i zadekretował autorytarnie umęczonemu suwerenowi misję mrożącą krew w żyłach: od teraz będzie „normalnie”.

         Suweren, pozbawiony złudzeń i przerażony perspektywą normalności, skrzyknął się rach-ciach. Tłuszcza uznała że woli własne stare, znane błotko i ciepłą wodę w kranie. Zorganizowano lokalny Majdan z hasłem wykopania doktora z jego rewolucyjnym ładem tam, gdzie cytryna dojrzewa i pieprz rośnie. Nie po to przecież Polak tyle lat cierpiał, znosił potulnie niemieckie plucie w twarz i Katyń, i rzeź wołyńską, i socraj żeby mu teraz jacyś wodzowie przyrządzali normalność.

         Gdy bitewny kurz i dym z płonących opon wreszcie opadły tam „gdzie woda czysta i łąki zielone”, na gruzach naszej małej stabilizacji niespodziewanie wyrosła nowa, świeża empusa. Ta nowożytna, krwiożercza zmora – skrzyżowanie wampa z urzędnikiem państwowym znowu zaczęła dyktować własne warunki gry.

         A ja? Cóż, jak na kronikarza przystało, zamiast z nowiuśką empusą walczyć, pokornie przyjąłem posadę jej osobistego proroka. W końcu ktoś musi opisać ten cyrk, zanim zwisną sznury, zamkną namiot i zaaresztują dyrektora.

TAKO RZECZE AUTOR

Dzieciństwo, młodość i dojrzałość przetrawiłem w PRL-u. Byłem głupi. Słuchałem. Obserwowałem. Kombinowałem, na czym polegał systemowy bandytyzm socraju.

         Pod koniec XX wieku, płynnie przechodząc w stan nadstarości – stan znacznie klarowniejszy i wyraźniejszy niż dymne bieszczadzkie chałupy – próbuję pojąć, na czym polega szwindel rządzenia krajem demokratycznym.

         Wniosek? Identyczny: czysta głupota.

         Zarówno kiedyś, jak i dziś: absurd, ględy, ciemnota, chamstwo, ćwikowatość czy jawny debilizm nie stanowią najmniejszej przeszkody w zajmowaniu najwyższych stołków. Nasz wieloświat jest niekoherentny. Bóg, stwarzając człowieka, wyposażył go w dobro i zło, mądrość i głupotę. No i w ten nieszczęsny grzech pychy. Nie ma ucieczki przed gombrowiczowską gębą i pupą. Filozofowie tłumaczą to zawiłym bełkotem, a przecież nie wolno rzeczy prostych wyjaśniać za pomocą argumentów trudniejszych. Mądrych przekonywać nie trzeba. Głupców – nie warto.

         I tak oto zacząłem majdrować przy swoim Raptularzu. W rubryce „zawód” wpisuję: „życie”. W rubryce „obecne zajęcie” widnieje bezwzględne: „umieranie”. Dlaczego? Czasem trzymają się mnie takie fanaberie. W tym wypadku uległem Kurtowi Vonnegutowi i jego Kociej kołysce. Zresztą, dalej będzie już tylko gorzej. Literackie inspiracje będą się wlec za mną jak pusta blaszanka uwiązana do kociego ogona.

         Wprowadzam tu pojęcia raczej nieznane szerokiemu ogółowi: empusy i metanoje bezpieki. Się napisało, trudno.

         W życiu i pisaniu kieruję się brutalną zasadą Trumana Capote’a ze Śniadania u Tiffany’ego: „Rób co chcesz, bylebyś nie został tchórzem, kłamcą, emocjonalnym oszustem, dziwką; wolałabym mieć raka niż nieszczere serce. Rak może cię wykończyć, nieszczerość zrobi to na pewno”.

         Co to za stwory? Empusy bezpieki to nie tylko etatowi siepacze z MBP, MSW czy MON. To także cała kasta polityków, partyjnych aparatczyków PZPR, oraz usłużnych naukowców, pisarzy i poetów. Ich zadaniem było i jest systematyczne pranie mózgów narodowi, by Grupa Trzymająca Władzę (GTW) mogła spać spokojnie.

         Z kolei metanoje to te same empusy, które z sobie tylko wiadomych powodów przeszły na drugą stronę mocy. Do najwybitniejszych zaliczam Kołakowskiego, Baumana, Woroszylskiego, Andrzejewskiego, Miłosza czy Szymborską. Przeszli transmutację i to jest w nich najbardziej fascynujące. Myślę o nich, a pod czaszkę mojego – wypranego przez socraj, ale i przez medyków – mózgu wtarabaniają się pomysły ab hoc et ab hac, skacząc ruchem najaranego konika szachowego z tematu na temat. Taki Stanisław Ciosek na przykład…

         Te opowieści bywają chaotyczne, niezborne i astygmatyczne sprawiające wrażenie, że majdrował je facet w pijanym widzie.

Zastanawiam się czasem, czy moi przyjaciele tęsknią za PRL-em Zdaje się, że jest znacznie gorzej – oni po nim płaczą. W Raptularzu regularnie wywołuję do tablicy moich komilitonów: Wandę Rutkiewicz, Ryszarda Bartoszewicza, Jerzego Kolankowskiego, Tadeusza Stecia, Władysława Pożogę, Marcelego Wieczorka, Stanisława Cioska czy Adama Solarza. Tematy o nich podrzuca mi sam diabeł, zakamuflowany pod postacią telewizji narodowej. Szukam na to odtrutki.

         Spać mi nie dają zwłaszcza Ciosek i Pożoga. Mój Boże… Może za wcześnie mianowałem ich pełnoprawnymi metanojami? Może to tylko hybrydy – w połowie nawróceni, w połowie uwaleni bezpieką? Może Hegel ukąsił ich nieco lżej niż innych ortodoksyjnych komunistów, z którymi tarzali się przez pół wieku? Może po rozpadzie dwubiegunowego świata po prostu uciekli na lepszą stronę mocy? Ciosek był chyba inteligentniejszy a Pożoga skuteczniejszy.

         Bartoszewicz i Solarz (harcmistrz z Jeleniej Góry, miłośnik Wielkiej Niedźwiedzicy) zachowali umysł nieskalany popapraństwem. Z pewnością zrozumieją to interview w lot! Ale to Steć był najbardziej scalony i zamroczony terenami, które wciąż wracają do mnie w nocnych majakach, mirażach i zwidach.

         Mam dziką chęć o tym opowiedzieć, stąd w tekście „oniriady”.

          Jak bowiem opowiedzieć o mojej bezgranicznej fascynacji Górami Olbrzymimi czy Izerskimi? Jak oddać szmer Izery albo huk spienionej Kamiennej po burzy? Jak ubrać w Słowa łomot halnego i hurgot lawin? Jak pokazać grozę piorunów walących w bazaltową grzędę Śnieżnych Kotłów i majestat samego Ducha Gór?

         No i jak opowiedzieć o barbarzyństwie myśliwych, gdy – jak pisał William Blake – „Błąkająca się sarna po lesie / Ludzkiej Duszy niepokój niesie”?

         Wierzę, że myślący czytelnicy potraktują ten Raptularz jako antidotum na totalną indoktrynację. Hołduję tu brutalnej zasadzie, którą za Olgą Tokarczuk powtarzam jak mantrę:

Nie piszę książek dla idiotów.

Oczywiście nie mogę wykluczyć, że systemowi „pracze” zmieszają mnie za to z błotem. Ale ja przecież uwielbiam taplać się w błotku! Sam o mokradłach i bagnach pisałem niegdyś z entuzjazmem godnym lepszej sprawy. O moczarach nie tylko słyszałem – ja je doskonale znałem. Opisywałem przecież generała Mieczysława Moczara i słynne hasło głoszone przez jego wiernych klakierów: „Kto nie z Mieciem, tego zmieciem!”.

         Wbrew malkontentom, w Rzeczpospolitej Pieroga i Zalewajki (RPiZ) wydaje się rocznie 37 000 tytułów. To całkiem spory poligon. Zdradzę Wam, że w Czytelników będę regularnie ciskał fragmentami tajnych „kwitów”. Papiery zdobyte moim własnym „sposobem” opatruję autorskim komentarzem. Te dokumenty mają demaskować, a nie gmatwać. Mają pokazać, jakimi metodami władza urabia społeczeństwo. Ten proceder przecież nigdy się nie skończył.

         „Dobra zmiana” do tych peerelowskich obtłuczeń dorzuciła narodowi nowe, paskudne wybroczyny, dzięki którym GTW czuje się całkowicie bezkarna. Czy współczesne empusy ogryzą dzisiejszą Polskę do kości? Czy nasz kraj po wypaleniu się tej władzy będzie wyglądał jak nędzny szkielet marlina z utworu Hemingwaya Stary człowiek i morze?

         To oczywiste – gdy w państwie gniazdo wije prywatna chciwość i bezbrzeżna głupota, nadciąga narodowa tragedia. Przy czym głupota jest o wiele groźniejsza. Najbiedniejszy kraj przetrwa złodziejstwo. Najbogatszy nie przetrzyma debilizmu.

         Masakrując bezczelnie Jorge L. Borgesa, podsumuję to tak: czyn pojedynczego człowieka należy w jakiś sposób do całej ludzkości. Nie ma chyba niesprawiedliwości w tym, że grzech nieposłuszeństwa w rajskim ogrodzie rzuca plamę na nas wszystkich. Ani w tym, że ukrzyżowanie jednego Żyda wystarcza, by ludzkość zbawić. Ani w tym, że tragiczna śmierć prezydencka miała stać się zwiastunem narodzin nadludzkiej postaci „Ojca Ojczyzny” – dziewiczego Zaratustry RPiZ. Kto wie, czy Schopenhauer nie miał racji? Na samo wspomnienie tego, co zapisałem, świerki w moim ogrodzie zaczynają szaleć. Kiwają się ze strachu niczym potulni ministrowie przed toruńskim Tatką Dyrektorem.

         Czy boję się zarzutów, że brak mi patriotyzmu?

Owszem. Ale patriotą chyba jednak jestem – szczególnie dziś, gdy prawdziwy patriota to człowiek zmuszony bronić Ojczyzny przed własnym rządem i nierządem. Na czele państwa stoi Karol Nawrocki, który rzekomo wszystko może. Obok kręci się były premier Mateusz Morawiecki, który tradycyjnie kłamie, ale już nic nie może. A nad nimi unosi się wieczny duch „Ojca Ojczyzny” – szeregowego posła, który kłamie równie bezczelnie, za to wciąż wszystko może.

         Choć właściwie już nie chce móc, bo zwyczajnie pęka ze strachu, że hakownicy wreszcie odpalą na niego ukryte „kwity”. Zawołam więc prosto w twarz:

Hej, empusy! Zróbcie coś pożytecznego dla kraju – odsuńcie się od koryta!

A te całe służby specjalne trzeba po prostu rozpieprzyć w drobny mak i zbudować od nowa!

         A jeśli GTW nie posłucha? Tedy podeprę się Bułatem Okudżawą: A jeżeli wszystko na nic? Jeżeli znów będzie jak przedtem? To niech Bóg mi wybaczy, a syn niech mnie osądzi – że niepotrzebnie, a może całkiem na próżno, rozwinąłem w tym Raptularzu szczęśliwe skrzydła nadziei.

         Przez całe życie czułem się jak pekińczyk rżnięty przez słonia. Ta egzegeza głupoty rządzących nie wiedzieć czemu potwornie mnie rajcowała. Cieszyłem się, to fakt. Cieszyłem się, bo zrozumiałem, że Dobry Bóg, stwarzając świat, zakreślił wyraźne granice dla wszystkiego. Nawet dla ludzkiej mądrości. Nie ustanowił natomiast żadnej granicy dla głupoty.

         Duchu Święty! Czy to aby uczciwe? Wpadło mi pod czerep, że grzech pychy otworzył wrota powszechnego chaosu. Gdy to pojąłem, miałem prawo przypuszczać, że dopadł mnie wreszcie zbawienny promyk z latarni Diogenesa. Szkoda tylko, że do kompletu nie dostałem jego kija. Kija mi brakowało. Masom zresztą też. Nasze społeczeństwo opanował totalny bezczyn, drętwota i bezpieczny eskapizm. Mieszkańców Kraju Pieroga i Zalewajki niezwykle rzadko rozpalał żar zmian. Mieliśmy Poznański Czerwiec ’56, rewoltę na Wybrzeżu w 1970 roku i wielki zryw Solidarności AD 1980, ale… po każdym buncie natychmiast dopadał nas marazm. Co prawda dziewięć lat później podobno wybiliśmy się na niepodległość, podobno Lech Wałęsa osobiście obalił komunę – podobno… Gdyby jednak nie globalny rozpad dwubiegunowego świata, zobaczylibyśmy tę wolność jak świnia niebo.

         Mimo wszystko u progu lat 90. odnieśliśmy sukces – wybraliśmy swoich władców. Niestety, zadowalając się mityczną „ciepłą wodą w kranie”, szybko spoczęliśmy na laurach. To pozwoliło władzy na bezgraniczną pychę. Z każdą kolejną kadencją rządzący stawali się coraz bardziej aroganccy, megalomańscy i mitomańscy.

I tak zostało do dziś.

Bierność i otępienie tłumu idealnie służą utrzymaniu tego status quo. Władcy faryzejsko powtarzają: „Macie przecież kartę wyborczą, decydujcie”. Jednocześnie bezczelne kłamstwo nie schodzi im z warg. Oszustwo i kabotyństwo stały się oficjalnym synonimem współczesnego polityka.

         W RPiZ karta wyborcza w gruncie rzeczy nic nie znaczy. Nigdy nie była realnym batem na rządzących. Przecież wyborcy są dokładnie tacy sami jak inteligencja, z której rekrutuje się wierchuszka. A nasza inteligencja bywa ordynarnie sprzedajna. Dlatego władcy mogą traktować obywateli jak zidiociałe popychadła, potrzebne wyłącznie raz na kilka lat do wrzucenia głosu.

         Ha! Cóż… Myślę, że wszyscy powinniśmy prędzej czy później przeczytać Faraona, aby wreszcie pojąć prostą prawdę: ten, kto kontroluje informację, ten manipuluje tłumem.

         Gdy naród to wreszcie zrozumie, będzie można z czystym sumieniem skopać tyłki rządzącym. Ograniczyć im immunitety do niezbędnego minimum, a parlamentarzystów opiłować o połowę i być pewnym jednego: skoro udało nam się przeżyć gomułkowskich docentów, to z palcem w nosie przeżyjemy pisowskich profesorów i platformerskich, niepokalanych demokratów.

PS 1.  Pracując od pół wieku nad Raptularzem, muszę zmajstrować kawałek blachy na swoją żelazną dupę. Stąd oświadczam: osoby wymienione jako „grupa trzymająca władzę”, „politycy”, „służby specjalne” czy „dziennikarze” – a opisane negatywnie, nawet z użyciem obelżywości – mogą czuć się urażone tylko wtedy, gdy same potwierdzą, że moje sugestie dotyczą imiennie właśnie ich. Nie było bowiem moją intencją obrażanie kiedykolwiek, kogokolwiek i o cokolwiek.

PS 2. Jest to początkowy fragment przygotowywanej książki pod roboczym tytułem: MIAŁEM KIEDYŚ PRZYJACIÓŁ. RAPTULARZ ZNALEZIONY POD WYCIERACZKĄ.