Książka musi mieć coś, czego ja nie potrafię do końca zrozumieć, azali coś, co potrafię zrozumieć, ani trochę mnie nie interesuje. Tak jest i tym razem.
Przez wiele lat byłem zainspirowany słowami Ernesta Hemingwaya użytymi przez noblistę jako „słowo wstępne” w Zielonych wzgórzach Afryki:W przeciwieństwie do wielu powieści żadna z postaci ani epizodów w tej książce nie jest zmyślona. Każdemu kto nie znajduje w niej dostatecznego wątku miłosnego, wolno przy czytaniu podstawić taki wątek miłosny, jaki on czy ona może mieć w danej chwili. Autor spróbował napisać absolutnie prawdziwą książkę, aby przekonać się, czy obraz kraju i zarys wydarzeń życia, jeżeli są przedstawione prawdziwie, mogą współzawodniczyć z dziełem wyobraźni.
W taki sposób zacząłem książkę o generale Sławomirze Petelickim: Była sobie raz, na obrzeżach dzisiejszego Kraju Pieroga i Zalewajki smutna kraina, najsmutniejsza z krain, tak smutna, że zapomniała skąd wzięła się jej nazwa. Gdy na nią popatrzeć z pobliskiego Samolotu, albo z Krogulca przypominała orła. I kraina została Orlem. Jej historia wygląda niczym diaboliczna baśń. Przez kilka lat byłem jej cząstką.
Wiem, że pisanina moja nie odda nawet setnej części tego, co widziałem, słyszałem, czego byłem świadkiem, w czym brałem udział. Ten bezgramatyczny, bezstylistyczny, bezbarwny, bezzapachowy, żołniersko-poligonowy język jest za ubogi, za krótki, zbyt poskręcany, zakałapućkany, zaruszczony, zaangliczony, zbezczeszczony, zgermanizowany, zuliczony, zubeczony, zewsiony, splugawiony, zwojskowiony…
Czy takim językiem można opowiedzieć coś interesującego? Ale z drugiej strony, jeżeli przez półwieku nazywano mnie wariatem i oszołomem, uważam, że wreszcie na te określenia zapracowałem. Bo wariat to ktoś taki, kto opowiada coś, czego jeszcze nikt inny nie przeżył i nie opowiedział, a wielu nie potrafi tego zrozumieć. A, tak rzeczywiście uważan, lepiej jest chyba przeżyć przeciętne życie w nieprzeciętny sposób, niż na odwrót. Bo życie to pociąg ekspresowy w jedną stronę. Czy ta książka, której wyimki tu przedstawia jest autobiografią? Nie! Wierzę Heinrichowi Heinemu, że nie ma prawdziwej autobiografii, bo człowiek zawsze kłamie, kiedy mówi o sobie samym.
Zawsze chętnie chodziłem do cyrku w nadziei, że ujrzę lwy i niedźwiedzie walczące o szczątki rozszarpanego tresera lub chociażby konia ciągnącego amazonkę, która uderza rytmicznie głową o krawędź areny z nogą uwięzioną w strzemieniu.
Nie zobaczyłem takich scen. Może dlatego wysłuchiwałem ludzi opowiadających, co potrafią robić służby specjalne. Różnica polega na tym, że w cyrku dramaty rozgrywają się przypadkowo i zawsze przez pomyłkę i zawsze jawnie. Natomiast w specsłużbach wydarzenia są starannie maskowane, ale precyzyjnie zaplanowane. Obcując z oficerami tych służb widać wyraźnie jak wielu z nich ma cechy rasistów, seksistów, mizoginów bądź innych frustratów. Trzeba żelaznej odporności, aby w tej sytuacji uniknąć rozszczepienia umysłu, czyli paranoi lub zaburzeń umysłu, dawniej także – paranoi. Szczególnie ta ostatnia, charakteryzująca się między innymi manią prześladowczą jest niebezpieczna, może bowiem spowodować targnięcie się na własne życie.
Zbyt wielu moich znajomych, parających się tajnymi działaniami popełniło samobójstwa bym o tym zapomniał. Latami atakował mnie kicz propagandowo-polityczny mający udowodnić, że świat jest inny niż jest i że służby specjalne z dramatami nie mają nic wspólnego. A przecież zadaniem piszącego jest wątpienie i prowokacja, nie udowadnianie, że świat, w tym świat służb specjalnych, jest piękny, efektowny i pachnący jak fiołki wonne, hiacynty lub kocimiętka Faassena.
Dlatego poważyłem się skreślić kilka słów o miłości i wierności wyznawanym zasadom, o polityce i alkoholu, o walce z życiem i śmiercią, bo są to sprawy – tak uważam – niepodlegające przeterminowaniu.
Moją wyobraźnię i wrażliwość, a raczej jej brak, kształtowały góry, woda i miejsca, w które mnie rzucano w czasie 37-letniej służby w Wojskach Ochrony Pogranicza (WOP) i Straży Granicznej. No i ludzie, od których zależały moje losy lub, których los zależał ode mnie i ludzie, z którymi się stykałem przy różnych okazjach.
Góry – głównie Tatry i Sudety. Ale także Kaukaz i Hindukusz. Woda – jeziora i morza. Góry i morza to jedne takie miejsca gdzie kręte szlaki ludzkiego umysłu prostują poskręcane myśli. Ale tak naprawdę dlaczego się wspinałem, żeglowałem nie potrafię wyjaśnić? Po prostu nie wiem. Podobno dla niektórych ludzi wspinaczka i żeglarstwo jest konieczne. Tak jak konieczne jest oddychanie, jedzenie, miłość. Bo powietrze, jedzenie i miłość istnieją, aczkolwiek to ostatnie nie jest takie pewne.
A miejsca? Ha! Byłem żołnierzem. Obowiązywały mnie rozkazy. Szybko nudziłem się przełożonym. Wprost bito się o mnie. Jedni chcieli pozbyć się mnie. Drudzy marzyli, aby mnie nie przyjąć. Ja nie miałem nic do gadania. Będąc kawalerem rzadko zagrzewałem gdzieś dłużej miejsce.
Po skończeniu Oficerskiej Szkoły WOP wylądowałem w Szczecinie w Szkole Podoficerskiej Pomorskiej Brygady WOP. Jako zastępca dowódcy kompanii brałem udział w odbudowie Zamku Szczecińskiego. Następnie w Kołbaskowie nie robiłem nic specjalnego, ograniczają się do dawania podwładnym w dupę. Następnie w Warszawie, gdzie jako dowódca specjalnej grupy żołnierzy WOP budowałem obiekty w stolicy, a także porządkowałem ruiny Zamku Warszawskiego. No i znowu w Kołbaskowie.
Potem były oparte jedną stroną o Izerę Orle w Górach Izerskich i Szklarska Poręba, przepołowiona przez Kamienną na część karkonoską i izerską oraz Lubań okolony przez Kwisę.
W 1979 r. wróciłem do Warszawy stając się ni to psem, ni to wydrą, czyli dziennikarzem, w dodatku wojskowym. Wymyśliłem wówczas nie spiskową tajną teorię spiskową.
Zakłada ona, że kto wierzy w spiski, jest idiotą, a kto nie wierzy, jest jedynie kretynem. Żmijowatą rolę w mojej teorii odgrywają służby specjalne. To zaś, że służby mogą odgrywać wredną rolę, jest winą kobiet, które rodzą dzieci. Z ich potomstwa wyrastają funkcjonariusze służb specjalnych. Jest to rozumowanie tak logiczne, jak teoria, że przyczyną katastrofy smoleńskiej był zamach, za którym stali Bronisław Komorowski, Donald Tusk i mój niegdysiejszy przyjaciel lejtnant Władimir Putin. Gdy go poznałem był zaledwie lejtnantem i sprawia wrażenie inteligentnego, a nie wariata i zbrodniarza, którym stal się po zdobyciu władzy absolutnej.
W naszej formacji wopowskiej, a po transformacji ustrojowej także Straży Granicznej kwitło koleżeństwo. Stale go rozwijaliśmy dzięki staraniom partii, dowództw jednostek, WSW, nadzorców politycznych (w WOP oficerów politycznych, a w Starzy Granicznej kapelanów), no i, oczywiście, alkoholu. Od szeregowego do generała tkwiliśmy w niekwestionowanej wierze w wyższość ustroju socjalistycznego nad kapitalistycznym (obecnie – demokracji, nad zamordyzmem) ufając każdemu i jednocześnie stale spodziewając się, że ktoś, jakiś zwykły kapuś albo jedynie sygnalista, wystawi nas do wiatru. Napisze na nas donos lub zamelduje przełożonym, że gdy nadużyjemy spoglądamy na wschód (dziś – na zachód) i głupio się uśmiechamy. Poza tym bez krztyny alkoholu trudno byłoby przeciętnym śmiertelnikom zrozumieć niektóre decyzje, niegdysiejszych ale także obecnych rządzących.
Ja, zwykły pesel, także piłem. Uważam bowiem, że alkohol niszczy komórki mózgowe. Ale tylko te słabe. Zostają tylko elitarne. Więc alkohol pity nawet w dużych ilościach nie szkodzi. Istnieją wprawdzie ludzie niepodzielający moich poglądów, szermujący poglądami o wyższości abstynencji nad ludźmi używających alkoholu w celu wpuszczenia do swojej duszy baśniowego nastroju. No i Bóg z nimi. Nie wierzę im, przecież również famulusi Boga na ziemi piją wznosząc publicznie kielichy z nielichym trunkiem. Tak, nie wierzą abstynentom jeszcze z innego powodu. Otóż abstynenci nie piją bo się boją. Boją się, że po pijaku powiedzą o sobie coś, czego inni nie powinni wiedzieć.
Na początku tzw. kariery wojskowej moją pasją, oprócz gór i żeglarstwa, były skarby i zamki. Wspominałem już, że Szczecinie razem ze swoimi podwładnymi odbudowywałem Zamek Szczeciński, a w Warszawie – Zamek Królewski. Na Dolnym Śląsku myszkowałem po pałacach, które szczęśliwie przetrwały zawieruchę wojennej, ale nie przetrwały przekazania ich w gestię PGR. Pałace już w latach 50. były dokumentnie zdewastowane.
Miałem nadzieję znaleźć coś ekstra. Niestety, Niemcy, Sowieci, szabrownicy i PGR-y nie zostawili mojemu pokoleniu nic, absolutnie nic, co stanowiłoby jakąkolwiek wartość. Z zamku szczecińskiego zachomikowałem kawałek odłupanego tynku, z warszawskiego ułomek cegły, a ze zrujnowanych pałaców zdjęcia. Buszowanie nie poszło jednak na marne. Pozwoliło mi wzbogacić polską historiografię o nową teorię dotyczących potopów przewalających się przez Kraj Pieroga i Zalewajki. Wedle mnie, dla kultury polskiej istotne były cztery potopy: Szwedzki, Niemiecki, Sowiecki i Pegeerowski.
Od najmłodszych lat goniłem za cycatkami. Pod koniec 1963 r. jedną złapałem. Była łagodną gęsią domową o oczach niewiniątka, które mnie zachwyciły. Miała na imię Jola. Ożeniłem się. Jola może nie była tak piękna jak aktorka Gina Lollobrigida czy nartostrada ze Szrenicy, ale za to biegała najwolniej. Poza tym była opiekuńcza, miła i sympatyczna. Nigdy nie przyszło mi na myśl, aby, wzorem niektórych kolegów, celebrytów i prominentów, wymieniać ją na nowy model. Jesteśmy razem do dziś. Jola chyba kilka razy uratowała mi życie. Nie wiem, czy robiła to z miłości, czy z obawy bycia wdową.
Małżeństwo, nawet w socjalizmie robi z mężczyzn różne rzeczy. Ja się ustatkowałem. Tak jak większość żonatych ludzi, chciałem być przyzwoitym, dyskretnym, mądrym i kreatywnym człowiekiem, przyjacielskim, a nawet dobrym obywatelem i patriotą. Uważając, że życie jest fantastycznie ciekawe, ale krótkie jak przeciąg, opowiadałem to, co wiedziałem i widziałem.
To się nie mogło podobać. Szczególnie entuzjastycznie oceniali moje postępowanie kolejni dowódcy WOP, generałowie Eugeniusz Dostojewski, Mieczysław Dębicki, Czesław Stopiński i Feliks Stramik. Ci generałowie mieli w sobie wiele miłości. Do siebie. I pomimo, że na ich twarzach nieustannie gościło zatroskanie o losy socraju, żaden z nich nie zrobił mi nigdy krzywdy. Może czasami dąsali się niczym Achilles w swoim namiocie, a niekiedy byli nieco upierdliwi, ale brałem to z dobrodziejstwem inwentarza. Mam dla swoich niegdysiejszych dowódców wiele serdecznych uczuć. Bez przerwy dziękuję Bogu, że przydzielając mi szefów był dla mnie tak szczodry.
Również komendanci główni Straży Granicznej pałali do mnie nieukrywanym afektem. Szczególnie wzruszający był nominat „Kiblowego Opozycjonisty” w stopniu podpułkownika. Uwielbiał mantyczyć. Cechowały go ciągłe dąsy i fumy. Fukał, że oficerom przeszkadzają jego fochy. O granicy miał takie pojęcie, jak jeleń o rykowisku. Wiedział kiedy zaryczeć. Wiedział też kiedy siedzieć jak trusia. Była z tego kupa śmiechu. Z przewagą kupy. Ten agnorant, objąwszy stanowisko, rychło zapomniał, że i na fotelu komendanta Straży Granicznej siedzi się na własnej dupie.
Nigdy nie ukrywałem drażliwych spraw. Nie chciałem tego zrobić, ale w inny sposób nie byłem w stanie sobie poradzić. Nie chcę używać wielkich kwantyfikatorów, podobnie jak staram się nie generalizować. Dlatego bądźcie uprzejmi, czytając sądy ocenne poprzedzać je słowem „chyba”, a do opisów z użyciem liczby mnogiej, np. „generałowie”, „oficerowie”, „służby specjalne” podstawiać tylko te osoby, które się do tego opisu poczuwają, a nie wszystkich tych, których te pojęcia oznaczają. Moje grafomaństwo nie rości sobie pretensji do miana literatury czytanej powszechnie. Bo czytelników, których jeszcze niedawno nie można było oderwać od książek, już nie ma. Tacy czytelnicy już byli. I przy takiej polityce rządu Tuskomocarstwa, czy, nie daj Boże, powrotu „Dobrej zmiany” Kaczyńskiego, już nie będzie. Gdyby to zależało ode mnie robiłbym wszystko, aby te ekipy rządziły jak najkrócej. Ale jednocześnie dbałbym o to, żeby na podmianę nie przyszły łotry z dawnej ferajny Jarosława Kaczyńskiego. W Kraju Pieroga i Zalewajki bardzo często rządzą bowiem małe zasrańce. Nic mnie z nimi nie łączy, oprócz tego, że być może pochodzimy od jednej małpy. Tak, im bardziej poznaję ludzi, tym bardziej rozumiem dlaczego Noe na Arkę wziął tylko zwierzęta.
Więc gdy czytam kolejne zaczernione kartki, ogarnia mnie tęsknica, splin i jest mi smutno na sercu, a często i niżej. Poza tym gdy usłyszałem, że „diabeł nie utrudnia życia tym, którzy są już jego”, w końcu zrozumiałem, dlaczego łotry polityczne wszelkiej proweniencji zawsze bardzo dobrze prosperują, a szarzy ludzie cierpią. Więc przypominam i uzupełniam niektóre wydarzenia opisane w Tajnej historii Polski (THP), pewnym postaciom zmieniam płeć. Dotyczy to „Owcy”; gdy ją ogawędzałem „Owca” jeszcze żyła i nie chciała, aby ją ktoś zidentyfikował; niestety, niedawno „Owca” odeszła; zapewne trafiła do nieba, gdzie będzie nieosiągalna dla ziemskich lustratorów. Pomstuję więc na swoją nieudolność, gadulstwo, niemożność znalezienia potrzebnego słowa i zachowania dyskrecji. Czy tęsknie za czasami peerelowskimi? Nie. To były okropne lata. Jednak było tam sporo dobrych historyjek. Przed oczami jawią mi się tamte czasy, miejsca, wydarzenia i ludzie. Usiłuję to opowiedzieć, jakby to było wczoraj. O niektórych opowiadam w książce Miałem kiedyś przyjaciół.
pieknie PANIE PULKOWNIKU a czasy, ktore PAN wspomina o Izerze WOP-ie na straznicy ORLE to dla mnie cudowny czas kiedy byl PAN moim dowodca , bylem d-ca druzyny kpr. stanislaw wisniewski oczywiscie wspominam d-ce por ZARZYCKIEGO faktyczynie to byla straznica rodzinna szacunek