Wszystkie wpisy, których autorem jest henryk_piecuch

LOT NAD SZPIEGOWSKIM GNIAZDEM

Człowiek – to brzmi dumnie.

Maksim Gorki

 „Jurodiwyj” był człowiekiem i Kukliński był człowiekiem, i Zacharski… Ilekroć napotykam wzmianki o służbach specjalnych przychodzi mi na myśl takie zdanie: Jeden poleciał tam, drugo śmignął siam, a trzeci wzbił się nad szpiegowskie gniazdo. Poznajecie? To trawestacja początku powieści Ken’a Kesey’a Lot nad kukułczym gniazdem

W latach 80., z racji redagowania tygodnika „Granica” bywałem w niektórych komórkach Sztabu Generalnego WP zajmujących się służbami niekoniecznie jawnymi. Odwiedzałem także, chyba najczęściej, rozrzuconych po terenie całego kraju obiekty Służby Wywiadu i Kontrwywiadu MSW. A dla zdrowia psychicznego zaglądałem również do szpitala dla psychicznie chorych w Tworkach. Było tam sporo ciekawych osób oraz bardzo ładny, zdziczały i zdewastowany park, wyglądem podobny do mózgów pensjonariuszy szpitala i tego, co z Polską wyprawiała rządząca elita generalska. W MON i MSW przysłuchiwałem się erystycznym dysputom, przy których można było dostać kociokwiku. W Tworkach szukałem jedynie ludzi, którzy milczą, ale, przy których można było zmądrzeć.

Wizyty w tych instytucjach pozwoliły mi poznać wielu polityków, generałów i oficerów niższych szarż z ekskluzywnej półki, zajmujących się sprawami, o których w powszechnej opinii krążą mity, wymysły, klechdy a nawet facecje. Ciekawiło mnie, co te osoby myślą o wielkich, ponadczasowych pytaniach Wiliama Szekspira (Być albo nie być?) oraz Immanuela Kanta (1. Co mogę wiedzieć? 2. Co powinienem robić? 3. Czego mogę się spodziewać?). Dzięki przyjaźni z naczelnym psychiatrą MSW udało mi się także porozmawiać z kilkoma pacjentami szpitala w Tworkach. Były wśród nich osoby mające kiedyś ścisły styk z polityką i z tajnymi służbami. Ich poglądy i sposób zachowania się tylko w niewielkim stopniu różniły się od tego, co obserwowałem w otaczającej mnie pospolitości. 

Podniecające było obserwowanie jak to się wszystko kręci. Polityka, politycy i media. Służby specjalne, oficerowie tych służb i dziennikarze. Szpitale psychiatryczne i pacjenci… Wbrew obowiązującym mniemaniom historia dowodzi, że instytucje te mają ze sobą wiele wspólnego. Chciałem o tym napisać.

Jestem pewny, że większość ludzi interesuje funkcjonowanie i życie oficerów służb specjalnych ich związek z polityką i wpływem na nasze życie. Odstrasza ich od tej tematyki jazgot dziennikarzy i pisarzy, którzy w każdym działaniu tajnym doszukują się sensacji na miarę początków rozwalania komunizmu lub zapobiegania III wojnie, jak to było w wypadku szpiegów CIA, ppłk Józefa Światły i płk Ryszarda Kuklińskiego…

A przecież sprawa jest bardziej prozaiczna. Służby specjalne służą politykom, nie społeczeństwu – to pewnik. A że każdy z nas, na co dzień otoczony jest działaniami wygenerowanymi przez polityków, więc wszystko może się zdarzyć. Każdy może być przedmiotem zainteresowania tajnych służb i niekoniecznie musi o tym wiedzieć.

A szpitale psychiatryczne? Mój Boże! Nie znacie dnia, ani godziny… W każdym momencie, z takich lub innych powodów mogą się u was zjawić białe kitle z kaftanami mającymi bardzo długie rękawy, tak jak to się przytrafiło pewnemu majorowi UB z Wrocławia, który za dużo gadał o poszukiwaniu skarbu Trzeciej Rzeszy zarządzonych przez generałów W. Jaruzelskiego, F. Siwickiego i Cz. Kiszczaka i na wniosek tego ostatniego gen. Pożoga zaordynował wielomównemu oficerowi pobyt w izolatorium, w którym faszerowano go ohydztwami chemicznymi i elektrowstrząsami…

Gdy się weźmie pod uwagę, że w 2013 r. służby specjalne III RP zażądały od operatorów ponad 2 miliony bilingów z telefonów komórkowych, co oznacza, że interesowano się właścicielami tych komórek, gdy co krok jesteśmy monitorowani, śledzeni, podsłuchiwani, itp. sprawa przestaje być zabawna. Jest to tym bardziej istotne, że o ile peerelowskie służby specjalne były niezłą imitacją NKWD/KGB & GRU, to dzisiaj, służby specjalne III RP są imitacją CIA, która niewiele ustępuje służbą sowieckim, a w pewnych operacjach nawet je przewyższa. Biorąc pod uwagę fakt, że służby III RP są, przynajmniej w pewnym sensie kontynuacją Służby Wywiadu i Kontrwywiadu MSW & WSW i Oddziału II Sztabu Generalnego WP, więc może warto się zapoznać, jakie te służby były, kto w nich pracował, komu służyły, jakimi wartościami kierowali się oficerowie, jak żyli i jakie metody stosowali.

 [Fragment większej całości}

P.S.

Komentarze proszę kierować e-mailem

 henryk@piecuch.pl

RYSZARD pułkownik KUKLIŃSKI. DLACZEGO GO KOCHAM?

W Ludowym Wojsku Polskim kwestią, do dziś budzącą wielkie emocje jest sprawa pułkownika Ryszarda Kuklińskiego ksywy „Jack Strong” i „Mewa”. Pułkownik, szpieg kongenialny, który dla CIA, za poważne pieniądze, zajmował się poważną sprawą, czyli możliwością wybuchu III wojny światowej i innymi bajerami, a dla gen. Jaruzelskiego, za zwykłe złotówki, zwyczajnie chałturzył, przygotowując w Sztabie Generalnym WP plan naszej wyprawy na Czechosłowację, użycie wojska w sytuacjach kryzysowych oraz założenia stanu wojennego. 7 listopada 1981 r. „Mewa” z pomocą Amerykanów wyfrunęła za ocean.

Napisano na temat „J. Strong’a” wiele książek. Każda jest zła lub bardzo zła. Ukazało się mnóstwo artykułów, które są jeszcze gorsze. Autorzy powtarzają opisy dramatycznych wydarzeń, które szpieg sam skromnie konfabulował, lub, co jeszcze smutniejsze, naklepali oficerowie CIA. O klasie tych ostatnich świadczy fakt, że gdy przyszło do ewakuacji agenta, amerykańscy oficerowie prowadzący szpiega nie wiedzieli czy synowie Kuklińskiego są żonaci czy nie i w związku z tym zastanawiali się na ile osób przygotować ewakuację.

Ostatnie dzieło z tego cyklu – filmowy thriller Władysława Pasikowskiego, dodajmy od razu, dzieło dobre, dające się oglądać bez bólu zębów, również nie wyjaśnia sprawy, bo nie taka jest rola filmu fabularnego, ale wzmaga zainteresowanie tym nietuzinkowym oficerem. Film Pasikowskiego sprawił, że w ostatnich dniach Kukliński zapłodnił masową wyobraźnię. I tylko rzadko, mniej więcej raz na minutę, thriller razi naiwnością, z których największą jest wmawianie widzom, że szpieg zapobiegł wybuchowi III wojny światowe, przekonał Amerykanów do zmiany doktryny wojennej, działał z pobudek patriotycznych i był nieustraszony niczym Spartakus oraz moralny jak Jan Paweł II.

Rozsądni ludzie wiedzą, że od czasów wynalezienia pieniędzy przez Fenicjan, z werbowaniem agentów nie ma problemu. Jest tyko pytanie: za ile? Co do strachu, to podeprę się tu wypowiedzią trenera boksera Mike’a Tysona – Cusem D’Amato: Strach jest jak ogień. Może być przyjacielem, jeśli się go kontroluje, i może zniszczyć człowieka i jego otoczenie, jeśli wymknie się spod kontroli. Kukliński udowodnił, że potrafił kontrolować strach i dlatego był szpiegiem idealnym. A co z moralnością? Każdy człowiek wkraczający na drogę szpiegowską musi zamrozić w sobie uczucia wyższe, w tym przede wszystkim moralność, najlepiej w ciekłym azocie.

 W ślad za Pasikowskim do akcji ruszyli historycy oraz profesjonaliści szpiegowskiego fachu. Podniecające były spięcia naukowców z generałami. Obie grupy bardzo cenię. Ci mężowie potrafią skomentować wszystko – przeszłość, teraźniejszość i antycypować przyszłość. Chodzi o profesorów Andrzeja Paczkowskiego i Jerzego Dudka, którzy starli się z generałami Gromosławem Czempińskim i Markiem Dukaczewskim.

Palba była pasjonująca. Profesorowie byli za mianowaniem Kuklińskiego bohaterem narodowym a wiedzę czerpali ze szczątkowych materiałów IPN i z tego, co naplótł im sam Kukliński oraz prof. Zbigniew Brzeziński, najbardziej wiarogodny z wszystkich wiarogodnych sowietologów USA, Generałowie, wiedzący o szpiegu miliom razy więcej, ale nigdy nie zapominający tego, co należy zapomnieć, byli bardziej sceptyczni. Skłaniali się ku tezie, że pułkownik był zdrajcą. Prawicowa tłuszcza zawyła z oburzenia a byłe szarże oficerskie i Jerzy Urban pili na umór trzymając kciuki, aby generałom udało się przekonać, choćby jednego entuzjastę Kuklińskiego, że pułkownik był ohydnym zaprzańcem, renegatem, herezjarchą, kacerzem i judaszem 

 

W hałasie medialno-naukowym nie ma całej prawdy. Całą prawdę znał jedynie Kukliński. Zabrał ją do grobu i milczy do dziś. Politycy, głównie prawicowi, wznoszą pułkownikowi pomniki. Przypisują Kuklińskiemu nadprzyrodzone zdolności. Epatują mitami, z których w pamięci ciżby utrwaliła się informacja, że szpieg chodził po mapach w skarpetkach, bo mapy były wielkie jak boiska piłkarskie, że przekazał CIA materiały, które uchroniły świat od III wojny światowej, że…, bo gawiedź najwięcej fascynuje to, co się dziwnym wydaje i chociaż każdy na skarpetki, to nie każdy wie, że można w nich chodzić także po mapach, a te widać są najpoważniejsze w szpiegowskim fachu, skoro ich powierzchnie mierzy się w arach… I tak sobie panowie profesorowie, gawędząc z generałami robią wodę z mózgu słuchaczom. I tak sobie spekulując i konfabulując antycypują…

 

Pasikowski thriller polityczny nakręcił w typowo hollywoodzkim stylu a Maria Nurowska książkę napisała, w której oprócz personaliów bohatera nie ma źdźbła prawdy, chałturszczycy telewizyjni, żywiąc się padliną propagandową, partaninę medialną uprawiają… Piszę to z zażenowaniem bom sam nie bez winy. Sporo w telewizji naszczekałem na ten temat. Jeszcze więcej napisałem… Słuchając tych opowieści i przypominając sobie własne winy igła mi się w kieszeni otwiera.

Faktycznie, pułkownik chodził w skarpetkach po mapach rozłożonych na podłodze. A w czym miał chodzić? Może w OZS-ach („Ostatnia Zemsta Syjonistów” – butach z cholewami o podeszwach wibramowych, ochrzczonych tak w 1968 r. w ramach akcji obrzydzania i zohydzania oficerów pochodzenia żydowskiego, którzy podobno te buty wprowadzili na wyposażenie armii)?

Wszyscy chodzili w skarpetkach, bo onuce już dawno wyszły z mody. Trzeba wiedzieć, że takie spacery były konieczne, ale nie, żeby dochować tajemnicy i nie ukrywać w obuwiu szpiegowskich aparatów fotograficznych, a dlatego, że mapy, drukowano w arkuszach o powierzchni około jednego metra kwadratowego i przed pracą na nich należało je skleić w odpowiedniej kolejności. W wypadku dużych ćwiczeń aplikacyjnych taka mapa zawierała nieraz sto, albo i więcej arkuszy. No to najlepszym sposobem ułatwiającym sklejanie było rozłożenie poszczególnych arkuszy na podłodze, zdjęcie obuwia i przystąpienie do dzieła. Następnie mapę się składało i nanosiło poszczególne sytuacje wynikłe z dynamiki walki.

Podobne mapy, które budzą tyle emocji, wykonywano na każdych ćwiczeniach. Wykonywało je setki albo i tysiące absolwentów Akademii Sztabu Generalnego i Wojskowej Akademii Politycznej oraz oficerów biorących udział w różnych ćwiczenia aplikacyjnych (nawet strategicznych) oraz z wojskami (zazwyczaj taktycznych, a w wypadku dużych manewrów – operacyjnych). Oczywiście mapy mobilizacyjne, będące przedmiotem analizy historyków, różnią się w szczegółach, ale nie tak bardzo jak chcą niektórzy „specjaliści”. Ale najtajniejszych map, z których można by ewentualnie wysnuć jakieś wnioski odnośnie zamiarów strategicznych Imperium Sowieckiego nikt w Polsce, nawet Kukliński nie widział ani nie zobaczy. Są one w Moskwie. Wielokrotnie mówił o tym gen. Jaruzelski, który tęsknił do nich, ale także ich nie widział.

 

W czasie prawie czterdziestoletnie służby nie pamiętam ani jednego przypadku, abyśmy nacierali na Wchód. Zawsze na Zachód. Założenie zawsze było takie samo: Wojska NATO dokonują niespodziewanego uderzenia na Układ Warszawski (UW). My, skrzykujemy się i kopiąc dupy przeciwnikowi nacieramy… A że teren na którym przyszło nam działać w ramach UW (południowe wybrzeże Morza Bałtyckiego i wschodnie Morza Północnego -dochodzimy do kanału La Manche) od tysięcy lat nie ulega większym zmianom więc niczego nowego wymyślić się nie da. Można było jedynie przewidywać poszczególne sytuacje taktyczne, operacyjne i strategiczne i rozgrywać wszystko na mapach. Jestem przekonany, że gdyby ujawnić mapy NATO na tym kierunku strategicznym, byłyby one porównywalne z tym, co wymyślono w UW, oczywiście, kierunek natarcia byłby z Zachodu na Wschód. Jednak cele rakiet z głowicami nuklearnymi były w obu wypadkach tożsame. Główne uderzenie rakietowe NATO czy UW, wynikające z logiki sztuki wojennej byłoby skierowane na terytorium Polski. Niepodważalną zasługą Kuklińskiego było, że pomógł Amerykanom doprecyzować jakieś 300 do 400 celów na naszym terytorium.

 

Toteż nic dziwnego, że generałowie peerelowscy widzą w Kuklińskim cynicznego zdrajcę i ustawiają go raczej w rynsztoku niż na cokole. Lech Wałęsa, który w okresie prezydentury miał już martwą duszę a sumienie zabalsamowane propagandą sukcesu i w każdej chwili mógł zrobić coś głupiego, wiedząc, że nikt nie będzie się po nim tego spodziewał i który ma dwie ułomności – skromność i żonę, a którego już wówczas zaczynano tytułować „Bolkiem”, był za, a nawet przeciw. W tej sytuacji zastanawiam się, czy w odniesieniu do Kuklińskiego wolno mi używać słowa szpieg? Myślę, że wolno. Słowo szpieg nie zawsze w historii ma pejoratywne zabarwienie. Wystarczy przeczytać to, co o szpiegach mówi Sun Tzu, Biblia czy Pan Tadeusz… tak, tak, tak. W wypadku Kuklińskiego słowo szpieg może brzmieć dumnie. Mnie czasem brzmi dumnie, a niekiedy, gdy sobie przypominam niektóre szczegóły, które znam, słowo to brzmi ciut, ciut mniej. Ale wierzę mu na słowo, że nigdy, że był zdrajcą. Wszak chciał dobrze. Wybrał mniejsze zło…Tak mu się przynajmniej mogło wydawać.

Interesując się umiarkowanie Kuklińskim, z którym los mnie zetknął raczej przypadkowo i nie mogę powiedzieć, że go znałem i wiedząc, że w wielu wypadkach, co innego mówią dokumenty (w dużej części zniszczone po ucieczce szpiega i w sporej części stworzone na nowo i że nie było to pierwsze niszczenie teczki szpiega. Pierwsze miało miejsce wiele lat temu i dokonał tego jego dowódca drużyny w szkole oficerskiej), a co innego jest codzienna robota operacyjna, wziąłem na spytki tych, którzy Kuklińskiego znali ze strony operacyjnej.

Pierwszy na liście był oficer Informacji WP i następnie WSW płk Konstanty Staniszewski. Ten były podwładny Skulbaszewskiego, Wozniesieńskiego, Fejgina, Kiszczaka, Poradki, Buły rozmawiam ze mną chętnie, a że emeryci czasu nie liczą, obgadaliśmy najważniejsze postacie Peerelu widziane z punktu widzenia oficera operacyjnego. Z rozmów utkwiły mi w głowie dwie sprawy.

Pierwsza – Staniszewski powiedział, że po wyjeździe z Polski marsz. K. Rokossowskiego w służbach specjalnych wiele się zmieniło. Zmieniono nazwę Informacja WP na WSW. To zupełnie tak, jak w czasie transformacji w 1990 r., gdzie departamenty operacyjne MSW nazwano UOP a WSW i Zarząd II Sztabu Generalnego przemianowano na WSI. Poza tym, wszystko pozostało po staremu.

A druga sprawa? Staniszewski był w 1946 r. w Oficerskiej Szkole Piechoty we Wrocławiu dowódcą drużyny podchorążego Kuklińskiego i znał okoliczności wyrzucenia go ze szkoły i późniejszego zniszczenia jego teczki w Informacji WP. Przyczyną relegowania z podchorążówki Kuklińskiego było sfałszowanie przez niego życiorysu, ubarwienie biografii o to i owo. Między innymi chodziło o przerobienie daty urodzenia i przypisanie sobie zasług w organizacji „Miecz i Pług”. To już wówczas podchorążym bliżej zainteresowała się Informacja WP, która de facto była całkowicie kierowana przez NKWD. Nie to jednak było najciekawsze w relacji Staniszewskiego. Oto obaj spotkali się w 9. pułku piechoty. Byli już oficerami. Z tym, że Staniszewski, po kończeni szkoły informacji w Wesołej, był oficerem Informacji WP „opiekującym” się znowu…teraz już chorążym Kuklińskim…

Doszło do niszczenia dokumentów na rozkaz przełożonych. Staniszewski tego nie chciał albo nie mógł komentować. Przeczytajcie zresztą sami, co miał do powiedzenia, a co ja ogłosiłem w THP. Nie jest to nic rewelacyjnego. Interesujące jest tylko to, że po ukazaniu się książki, Staniszewski, po wyjściu z Muzeum Etnograficznego, w którym był ochroniarzem, został zaczepiony przez nieznanych mu osobników, którzy wytrzaskali go po mordzie i dodatkowo nieco skopali radząc, aby trzymał pysk zamknięty na kłódkę, albo wyląduje tak jak autor książki, w szpitalu. Obiecał im, że będzie trzymał język za zębami. Dotrzymał słowa. Spisał wspomnienia, ale do interesującego tematu nigdy nie wrócił. Coś tam kręcił. Coś próbował konfabulować. Nie szło mu to najlepiej. Co innego napisać meldunek z donosem, a co innego wyspowiadać się ze swego niegrzecznego życia.

 

Generałowie Jaruzelski, Siwicki, Poradko, Buła, Pożoga, tak jak i oficerowie pracujący w Sztabie Generalnym WP razem z Kuklińskim, m.in. pułkownicy Włodzimierz Bauer lub Stanisław Radaj też nie wzbogacili wiedzy o jego szpiegowskiej działalności. Były jakieś zakamuflowane informacje, ze być może był on podwójnym lub nawet potrójnym agentem, a Bauer wspominał, że przed rejteradą Kuklińskiego za ocean, na lotnisko w Mińsku Mazowieckim przyleciał Jurij Andropow, aby spotkać się z gen. Milewskim. Obaj dostojnicy coś tam szeptali. I Bauer, który jako oficer Sztabu Generalnego WP zabezpieczał wizytę przypuszczał, ale już po zniknięciu kolegi, że być może wszechwładny przewodniczący KGB przekazał opiekunowi służb specjalnych z ramienia KC PZPR Milewskiemu jakieś sugestie odnośnie kombinacji operacyjnej rozgrywanej z wykorzystaniem szpiega, kapturowo albo nawet świadomie, ale… Wkrótce potem gen. Jerzy Skalski wezwał najwyższych współpracowników i oświadczył, że CIA pozyskała plany wprowadzenia stanu wojennego w Polsce, ale…

                                               ***

Co ciekawsze, Kukliński po uchyleniu wyroku śmierci i pełnej rehabilitacji (była w tym duża zasługa Leszka Millera), w czasie odwiedzin Polski nie chciał się spotkać nie tylko z dawnymi kolegami ze Sztabu Generalnego WP, ale także z oficerami z żeglarskiego klubu „Atol”, którego był członkiem i z którymi odbywał wiele rejsów po Bałtyku i Morzu Północnym. Chodziło o rozpoznawanie przydzielonego Polsce w ramach UW kierunku strategicznego. W czasie tych rejsów przeżyli kilka mrożących krew w żyłach przygód. Polowały na nich kutry wojsk NATO. Spotkanie chciał zorganizować płk S. Radaj. Wszystko było przygotowane. Nawet to, co żeglarze lubią najbardziej – wódka czysta i golonka z kapustą. Kukliński skrewił. Nie przyszedł. Wolach snuć się w towarzystwie uzbrojonych w długą broń goryli, jakby chodziło o rozpoczęcie trzeciej wojny światowej i groziło mu śmiertelne niebezpieczeństwo. Wyglądało to jakby pułkownik ciągle miał na głowie losy świata. Świata, który w 1981 r. uratował przez atomową zagładą. Byłoby to groźne, gdyby nie było śmieszna. Ale być może wzmacniało jego ego.

Z pytanych generałów o to, co konkretnie wiedzą o Kuklińskim jedynie Pożoga wspominał, że jego doświadczony kontrwywiadowca, szef wydziału amerykańskiego Departamentu II MSW płk Zbigniew Twerd, tuż po zakończeniu wojny w Wietnamie i wycofaniu Amerykanów, którzy zostawili archiwa, również operacyjne, na pastwę losu, (czytaj: Związku Sowieckiego) odwiedził Moskę i przywiózł materiały operacyjne CIA dotyczące spraw polskich. Materiały podzielono na dwie części, bo dużo oficerów MON i MSW „urzędowało” w Wietnamie. Jedną część zostawiono w Służbie Wywiadu i Kontrwywiadu, a drugą, dotyczącą spraw wojska, oddana do dyspozycji WSW.

W części MSW była sporo materiałów dotyczących pięknej agentki CIA pochodzenia wietnamskiego Nguyen Thi Lan ksywa „Cy-86”, która, działając na kierunku polskim zwerbowała sporo agentów. Dzięki temu, że agentka wpadła w ręce KGB „łupy” kontrwywiadu MSW powiększyły się o personalia kilku szpiegów, m.in. o Stanisława Dembowskiego, Zenona Celegrata, Bogdana Walewskiego i innych. Gen. Pożoga w 1990 r. przypomniał sobie, że w czasie podziału materiałów przywiezionych przez płk. Twerda, przeglądając je przypadkowo, zwrócił uwagę na nazwisko Kuklińskiego, ale jako, że dotyczyło to oficera wojska, nie nadał sprawie biegu zostawiając to przyjaciołom z WSW, generałom Poradce i Bule. Płk M. Wieczorek ksywa „Marek”, który był również w Wietnamie i służbowo interesował się agentką CIA i znał Kuklińskiego wspomniał, że pułkownik, pies na dziewczyny, nie mógł chyba przepuścić atrakcyjnej werbownicze CIA. „Marek” śmiał się, że Kukliński, gdy nie mógł zasnąć nie liczył baranków a układał w myślach rejestr niegdysiejszych kochanek. I zawsze zasypiał nie dobiegając do końca listy. Kochanek musiał mieć sporo. Żadnej spódniczce nie przywykł przepuszczać. W tej konkurencji mógł śmiało rywalizować z Wieczorkiem. Także płk Artur Gotówko pamięta coś niecoś. Wie, że oficer WSW zajmujący się wyjaśnieniem osób związanych z wojskiem a zwerbowanych przez „Cy-86” zginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Materiały wietnamskie” gdzieś przepadły. 

Teraz tylko fragment z Niespokojnej Granicy dotyczący znajomej Kuklińskiego z czasów tuż przed jego ucieczką. Celowo nie podaję jej nazwiska, bo wystawiłem już tylu ludzi na przykrości, ze akurat tej osobie, z którą przeżyłem sporo miłych chwil  chciałbym tego oszczędzić. Moja bohaterka występuje tu pod imieniem Mirella, które jest, jak większość podawanych w mediach spraw dotyczących Kuklińskiego, fałszywe.

Pisałem tak: Nie jestem pewien, ile jest prawdy w tym, że Mirella była kochanką płk Kuklińskiego. Wrogowie pułkownika twierdzą, że Mirella, która nigdy nie wyzbyła się nawyków z młodości, na polecenie służb specjalnych, namówiła kochanka do rejterady z kraju. Miała mu oświadczyć, że grozi mu dekonspiracja Wedle ludzi rozpuszczających te plotki chodziło o to, by szpieg przekazał CIA Czerwoną książeczkę, zawierającą założenia stanu wojennego. Czekano na reakcję Stanów Zjednoczonych. A skoro jej nie było, to Jaruzelski mógł spokojnie ogłosić stan wojenny. I faktycznie Amerykanie, chociaż byli poinformowani o planach generała pisanego w Peerelu przez duże G, nie zareagowali, nie przedsięwzięli żadnych kroków mogących powstrzymać Jaruzelskiego (..).

Przeciwnego zdania o kontaktach Mirelli z pułkownikiem są jego hagiografowie, w tym mój przyjaciel Józef Szaniawski, który na plecach szpiega wjechał do historii. Poświęcił Kuklińskiemu kilka książek. Był jego piewcą. Wedle Szaniawskiego Mirella była jedynie maskownicą poczynań wywiadowczych Kuklińskiego. Pozorując kochanków, jechali samochodem do lasu. Pułkownik, pod byle pretekstem, zostawiał przyjaciółkę w samochodzie, szedł w umówione miejsce, gdzie w skrzynce wywiadowczej (ustalona z wywiadem skrytka, najczęściej w formie sztucznego kamienia) zostawiał meldunek, zabierał kodowane polecenia szpiegowskich mocodawców…

Nie bardzo chce mi się wierzyć, aby taka rola odpowiadała Mirelli. Ale w służbach specjalnych nie takie rzeczy są możliwe. Słuchając różnych wersji zapytałem medyczkę o znajomość z Kuklińskim. Ona długo cedziła nazwisko pułkownika przez zaciśnięte zęby. Wyglądało to tak, jakby gryzła zloty medal olimpijski chcąc sprawdzić, czy rzeczywiście jest ze złota. Na koniec przyznała, że znała Kuklińskiego blisko. Może lepiej niż własna żona i reszta jego rodziny. Bo tak było bezpieczniej dla niego i dla nich. I jeżeli coś konkretnego może o pułkowniku powiedzieć to tylko to, że był przewidywalny jedynie w tym, że był nieprzewidywalny.

Zagadnięta o plotkę, jakoby oficer usiłował zorganizować jakąś antyreżymową organizację w Sztabie Generalnym WP, o czym wspominali niektórzy agenci CIA, a i sam pułkownik, Mirella powiedziała abym nie walał duraka, bo to było, przy takiej infiltracji ze strony WSW oraz GRU niewykonalne, następnie dodała, że przeczytała, obejrzała i wysłuchała wszystkiego tego, co na temat szpiega było dostępne. I wszystko – jej zdaniem – to wyjątkowy chłam. Nikt z opowiadaczy nie zdołał zbliżyć się do prawdy. Być może jest to niemożliwe. Kukliński był szpiegiem na miarę epoki. Aby go prawdziwie przedstawić trzeba talentu Homera lub Szekspira a nie lokalnych polsko-amerykańskich partaczy dorabiających mu ex post ideologię antysowiecką.

Byłem i jestem zafascynowany Kuklińskim. To as asów w szpiegowskim fachu.  Był zaprzyjaźniony z oficerami GRU i WSW oraz kilku dupkami z CIA. Wszyscy go pilnowani i usiłowali wykorzystać. Niepojęte, jakim sposobem wykołował pierwszych i drugich oddając się w ręce dupków. Ci docenili jego spryt. Wydawało się, że zapewnili mu wygodne życie… Ale…? Czy bezpieczne…?

                                                        ***

Polaków-zwyklaków najwięcej frapuje fakt, ile kasy oficer zgarną za ryzykowne przejście na stronę amerykańską. Gaża oficerska na jego stanowisku, jako zastępcy szefa Zarządu Operacyjnego Sztabu Generalnego WP wynosiła około trzy średnie pensje krajowe. Więc nie była powalająca. Niektórzy, zachodząc w głowę i powołując się na K. Vonneguta twierdzącego, że jeżeli ktoś ma mocną głowę, może mimo wszystko zajść na samą górę spekulują, czy motywem przejścia na służbę CIA nie były lepsze warunki materialne zaoferowane przez Amerykanów. Tylko nieliczni zastanawiają się, w jaki sposób Kuklińskiemu, oficerowi pod nadzorem GRU i WSW i wytrawnemu żeglarzowi pod nadzorem GRU, WSW, SB i zwiadu WOP, po podjęciu ryzykownej misji udało się ograć te służby i samego Kiszczaka i znowu spekulują, czy pułkownik, być może przypadkowo albo na rozkaz, wplątany w wojnę wywiadów amerykańskiego i sowieckiego był maleńkim trybikiem w grze, w której wszyscy oszukują, a wygrywa raz jeden raz drugi i tak od początku świata, a może i dłużej.

 

Pułkownik, człowiek spokojny i rozsądny, nie był mściwy, jadowity, zawistny i wrogi. Gdy już był za oceanem i mógł sobie na wszystko, nie wieszał większych psów na marszałkach i generałach, którym służył od 1946 do 1981 r., z tym, że ostatnie kilkadziesiąt lat służył dwom, a podejrzewam, nawet trzem panom. Spokojnie, bez nerwów i nienawiści relacjonował fakty tak, jak je widział, a może tylko tak, jak je powinien był widzieć, jak mu nakazał wywiad? Może tylko w niektórych momentach coś zapomniał, coś przeoczył, coś przeinaczył, coś, co wiązało się z GRU i WSW i innymi wywiadami…

Co by jednak na ten temat nie mówić, to przy Kuklińskim inni szpiedzy wydają się grubo ciosanymi bęcwałem. Kukliński był szczerym człowiekiem. Szczerym nawet wtedy, gdy kłamał: kłamał szczerze. Dla innych szczerość była cechą całkowicie obcą. Skoro nigdy nie mieli wątpliwości, to uczciwość, otwartość, szczerość, normalność nic ich nie obchodziła.

 

Biorąc pod uwagę, że CIA, ta niezbyt udolna agencja, która nawet sojuszników nie potrafi podsłuchiwać w taki sposób, aby sprawa nie wyszła na światło dzienne, wyznaczyła do prowadzenia Kuklińskiego raczej infantylnych, niewydarzonych, niezdolnych, nieskoordynowanych, by nie powiedzieć kalekich oficerów i pułkownik w najtrudniejszych momentach musiał sobie rodzić sam, to wolno go chyba uznać za jednego z najwybitniejszych szpiegów XX wieku. Jego dzieje są podniecające, a sprawy, które prowadził ciekawe. Jestem pewny, że się nie mylę. Jeśli ktoś sądzi inaczej i jeśli mi to udowodni, to jestem gotów zjeść własną nogę.

 

PS.

Więcej na ten temat w książce Od J. Światłu do A. Macierewicza, która ukaże się w kwietniu 2014 r.

PS.2

Proszę komentarze kierować na maila: henryk@piecuch.pl

Zapiski Jana Pawła II. Kardynałowi. S. Dziwiszowi chwała!

Nie mogę się doczekać opublikowania „Zapisków Jana Pawła II”. Uważając papieża za największego moralistę naszych czasów jestem ciekaw, w jaki sposób dochodził On do swoich poglądów. Liczę, że „Zapiski…” to ujawnią. Nie będę ukrywał, mam w tym swój mały wredny interes – chciałbym mianowicie wiedzieć, czy w mikroskopijnym chociażby stopniu moje myśli biegły tym samym tropem…

Więc chwała kardynałowi Stanisławowi  Dziwiszowi, że nie spalił tego, nie waham się tu użyć dużych liter DZIEŁA, które może okazać się najważniejsze w całej twórczości Jana Pawła II. Cóż, widocznie Kardynał dał wiarę modremu człowiekowi M.B., że „Rękopisy nie płoną”

                                               ***

Napisanie książki o zamachu na papieża, w dodatku papieża Polaka, który w dodatku z dnia na dzień zostanie świętym i w dodatku zrobić to w sosie podlanym skokiem na naród, dokonanym przez „dwupak generalski” (Wojciech Jaruzelski ksywa „Wojciech Szabelka” & Czesław Kiszczak ksywa „CzeKiszczak) wzmocniony jakimiś trzema milionami lekko i ciężko zbrojnych popleczników, w dodatku czujących za plecami potęgę niezwyciężonej Armii Radzieckiej i jej przydupasów z Układu Warszawskiego – wojsk Czechosłowacji i Niemieckiej Republiki Demokratycznej, jest dla prawdziwego grafomana tym, czym dla aktora zagranie Hamleta – wielką pokusą oraz życiowym wezwaniem. Kusiło mnie to tym bardziej, że – jak przypuszczałem – za tymi wydarzeniami stało dwóch mężów potężnych, bo wojskowych. Za zamachem z 13 maja 1981 r. – marszałek Leonid Breżniew, a za skokiem na naród z 13 grudnia 1981 r. – generał Wojciech Jaruzelski, który poczuł się zobligowany, aby wykonać życzenie Wielkiego Brata i dać nauczkę społeczeństwu, które zaczęło nie uznawać marksistowskiego pojęcia, że wolność to jest uświadomiona konieczność, a optowało za wolnością robienia tego, co nie przeszkadza innym.

            Nie pomny nauczek danych mi przez Nemezis, która z Eryniami (służby specjalne i tzw. wymiar sprawiedliwości, vide: Tajna historia mojego życia. Wałęsa i… Kryptonim „Bolek”. Operacje tajnych służb MON i MSW) dały mi kilkakrotnie do zrozumienia, że źle się bawię, a po ogłoszeniu 16-to tomowej Tajnej historii Polski (THP) parę razy podejmowały próby zniechęcenia mnie do życia, nie potrafiłem wezwaniu się oprzeć.

W 2007 r. popełniłem Dwa strzały. Nikt nie polemizował z opisanymi faktami, relacjami, zgłoszonymi hipotezami. Rozległ się natomiast umiarkowany atak na autora. Jedni mnie straszyli, drudzy pouczali. Pierwsi, zarzucając obrzydliwą hagiografię w stosunku do Jana Pawła II wrzeszczeli, tupali nogami i potrząsali szabelką odgrażając się, że skończę się, jako grafoman, bo takiej hagiografii nikt nie zdzierży. Drudzy wręcz przeciwnie, mieli pretensję, że napisałem książkę siedząc na dupie, a nie na klęczkach, zarzucali szargania świętości hierarchów i innych kapłanów, a pisanie krytycznie o postaci, która lada moment zostanie uznana za świętą nie przystoi Prawdziwemu Polakowi.

 

Pomimo przekonania, że każda prawda napisana o niektórych hierarchach i innych kapłanach to jest wyłącznie zupełna nieprawda, pomimo, że nigdy nie śmiałem pretendować do miana Prawdziwego Polaka, a i hagiografia jest mi – jak przypuszczam – obca, przyznałem adwersarzom rację. Postanowiłem się poprawić. Ponownie wziąłem na tapetę Dwa strzały. Dopisałem to i owo. Nie więcej niż 1/3 książki. Dodałem parę zdań o blefie „Okrągłego Stołu”, aneks i indeks nazwisk. Umiarkowanie, jak przystało na dobrego, empatycznego chrześcijańskiego agnostyka napadłem na uczonych z lewicy, a także próbowałem zagłaskać safandułów z prawicy licząc, że dadzą mi spokój.

Zarzucającym mi hagiografię wyznaję, że w ramach ekspiacji usiadłem gołą dupą przed komputerem, w dodatku na desce z gwoździami i pisałem poprawiając i poprawiając pisałem wznosząc równocześnie modły do przyszłego świętego, aby mnie oświecił w kwestii czołobitności, brązownictwa czy bałwochwalstwa. Wierzyłem Salmanowi Rushdiemu, że biografia, jeżeli nie chce się stać hagiografią, musi stawić czoło także niewygodnym faktom z życia bohatera, nie tylko przedstawiać te najpiękniejsze.

Jednak po kryjomu przyznawałem, że nadal uważam, aczkolwiek z trudem przechodzi mi to przez gardło, papieża Jana Pawła II za męża, który obok Ronalda Reagana przyczynił się do rozwalenia komunizmu i jako pierwszy dał impuls społeczeństwom do powszechnego zorganizowania się do walki o wolność. Ta zachęta, przynajmniej w Polsce, skutkowała utworzeniem „Solidarności”. Było to możliwe, bo Jan Paweł II już przed 1980 rokiem uznawany był przez społeczeństwo polskie za świętego. Nie bez znaczenia było także przekonanie ostatniego genseka (sekretarz generalny KC KPZR) Michaiła Gorbaczowa, że zdaniem papieża, wszystkie narody, oprócz walki o pokój, mają prawo do wolności „od” i do wolności „do”. Gorbaczow uwierzył Janowi Pawłowi II i zaczął kombinować z pierestrojką i głasnością.

 

Tak. To słowa papieża zadecydowały, ze Polska, Europa i świat zaczęły się zmieniać.. Taka była geneza tego gigantycznego ruchu, który nie ma odpowiednika w nowożytnej Europie. Ruchu, który dziś usiłują przywłaszczyć sobie różne świry, uważający, że to oni obalili komunizm. Toż to żenada budząca w dużej części społeczeństwa odruchy wymiotne.

Politycy wywodzący się z solidarnościowych korzeni rekrutują się z trzech grup działaczy związkowych. Pierwsza, to aktywiści, którzy chcieli dorobić socjalizmowi ludzką twarz. Druga chciała obalenia komuny, a trzecia realizowała jedynie polecenia służb specjalnych, to tak zwana konstruktywna opozycja.

Dlatego napiszę tak: i choćby przyszło tysiąc Kaczorów, i każdy zjadłby tysiąc Wałęsów, to nie uwierzę, że to oni wymyślili „Solidarność” i obalili socraj, a generał Jaruzelski, ogłaszając stan wojenny, doprowadzając do Okrągłego Stołu i zezwalając społeczeństwu w wyborach 4 czerwca 1989 r. na wyrżnięcie partyjne sitwy, im to umożliwił. Dla mnie sprawa jest jasna – przed Okrągłym Stołem, obie strony, partyjno – rządowa i Opozycyjno – solidarnościowa blefowały jak jasna cholera. Bo były słabe. To zmusiło do sięgnięcia po rozwiązania kompromisowe. I to było niekłamanym sukcesem społeczeństwa. Inną jest sprawą, kto za to zapłacił. Wedle mnie – zapłacili najubożsi.

Stan wojenny wymusili Sowieci. Nie groźbą interwencji zbrojnej, a przymusem ekonomicznym. Są na to dokumenty. Okrągły Stół, wobec coraz bardziej widocznego bankructwa niewydolnego systemu komunistycznego, zbliżającego się nieuchronnie rozpadu świata dwubiegunowego, beznadziejnej sytuacji gospodarczej Polski, był udaną próbą zmajdrowania opozycji koncesjonowanej, która, nawet po przegranych przez stronę partyjno-rządową wyborach nie zrobiła krzywdy oligurii i służbom specjalnym.

I nie pomogą żadne łamańce i straszenia w wydaniu nieuków z SLD, usiłujących fałszować wydarzenia lat 80. Śmiesznie wyglądają elukubracje profesorów Jerzego Wiatra i Andrzeja Romanowskiego próbujących oszałamiać społeczeństwo operacją „Karkonosze”, w której jakoby zaplanowano podział Polski na trzy strefy okupacyjne („GW” 6-7 lipca 2013). Jako zwolennik tezy Oskara Wilde’a twierdzącego, ze można uwierzyć w to, co niemożliwe, ale nie da się uwierzyć w to, co nieprawdopodobne, powiem tak, i napiszę to wielkimi literami, bo obaj profesorowie są głusi na racjonalne argumenty: OPERACJA „KARKONOSZE” BYŁA TYPOWYM MYŚLENIEM ŻYCZENIOWYM CZECHOSŁOWACKICH GENERAŁÓW, CHYBA NAJGŁUPSZYCH W CAŁYCH DEMOLUDACH, NIGDY NIE WESZŁA W FAZĘ PRZYGOTOWAŃ Z WOJSKAMI, ALE NAWET NIE BYŁA ZLECONA DO SZCZEGÓŁOWEGO OPRACOWANIA OPERACYJNEGO.

Tak, tak, tak. O upadku europejsko-azjatyckiego socraju zadecydowały dwie osoby – Jan Paweł II i Ronald Reagan, które przekonały władcę Imperium Zła, Michaiła Gorbaczowa, że wobec umoczenia dupy w Afganistanie i krachu światowego systemu komunistycznego jedyne, co Sowietom pozostało, to ratowanie sowieckiej duszy.

Jak Paweł II zrobił to w swoistym dekalogu. W dziesięciu słowach powiedział:

Niech zstąpi Duch Twój! I odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi.

Ronald Reagan napracował się nieco więcej. Zazbroił Sowiety dokompromitując ledwo dyszącą ekonomikę Imperium Zła. Dał kilka lekcji Gorbaczowowi tłumacząc, na czym polega nowoczesna gospodarka oraz przekonał genseka, że w wypadku odstąpienia przez Sowiety od zbrodniczej idei, Stany Zjednoczone nie skrzywdzą Rosji. Wizję Reagana kontynuują jego następcy. Nie darmo prezydent Obama nie da złego słowa powiedzieć o Władimirze Putinie.          

Tuszę też sobie, że Prawdziwych Polaków być może rozjuszę informacją, iż uważam poetę i dramaturga Karola Wojtyłę za grafomana ze znakiem jakości Q, milczenie papieża w sprawie ludobójstwa w Rwandzie (zobacz: książka Wojciecha Tochmana Dzisiaj narysujemy śmierć) za niepiękne, konkordat za dokument niepotrzebny, stosunek Jana Pawła II do kobiet i bioetyki za niepociągający, a stosunek do księży pedofilii za wstrętny. Nie zmienia to faktu, że na początku lat 80. większość Polaków uważała papieża i Reagana za bogów, mogących odmienić nasze życie.

Powiedziałem o tym amerykańskim przyjaciołom. Zauważył to autor, bodajże najlepszej biografii prezydenta USA Paul Kengor pisząc w książce Ronald Reagan i obalenie komunizmu, że: Reagan wspierał „Solidarność” politycznie, natomiast Jan Paweł II wspierał ją duchowo […]. Było to oczywiste dla takich ludzi jak pułkownik Henryk Piecuch […]. Według niego niektórzy ludzie w Polsce uważali Ronalda Reagana za boga. Szczególnie dotyczyło to solidarnościowych mas.

 Niestety, Jan Paweł II nie żyje. R. Reagan także umarł. A i ja najlepiej się nie czuję. Więc pora przejść od ludzi, których cenią miliony do typów zupełnie przeciwstawnych, w stosunku, do których określenie, że to prawdziwi sukinsyni nie będzie, tak mniemam, żadną przesadą. Mam tu na myśli Stalina, Hitlera, Breżniewa… 

Odnośnie Breżniewa, to zawsze uważałem marszałka za bandytę, nieco tylko mniejszego od Stalina i – być może – celowe byłoby na poważnie rozważyć hipotezę, czy rząd przedwojenny nie popełnił błędu, gdy w imię aberracyjnej tezy ministra J. Becka głoszącego, że dla Polski „najważniejszy jest honor”, odrzucił z marszu propozycję Hitlera, aby razem uderzyć na Stalina. Kto wie, może wówczas nie doszłoby do Holokaustu i Jałty. Żydzi mieliby własne państwo nie na Bliskim Wchodzie, a na Syberii, marksizm byłby prawdziwym marksizmem ograniczonym do gett w większych miastach, a nie jego mutacją leninowsko-stalinowską, zaś Imperium Zła zniknęłoby z powierzchni ziemi pół wieku wcześniej…

Najtrudniej przychodzi mi być sprawiedliwym w stosunku do W. Jaruzelskiego. Mam do tego generała ambiwalentne uczucia. Nie tylko dla tego, że był on, jako szef Głównego Zarządu Politycznego, szef Sztabu Generalnego WP, minister obrony narodowej i prezydent PRL/RP przez trzydzieści lat moim najważniejszym przełożonym, a dlatego, że uważam go za nieszczęśliwego człowiek, nieporadnego surfera, bezwolnie poddającego się niosącej go fali […].

            Tu jeszcze kilka słów o teologii wyzwolenia!? Niektórych do dziś fascynuje ten temat. Nie rozumieją, czym ta moda w Kościele była w świecie dwubiegunowym, a czym jest dzisiaj. Niezrozumienie dało asumpt niebanalnej artystce do nazwania świeżego papieża Franciszka słowem, którego ekwiwalent ma każdy mężczyzna, a przynajmniej powinien mieć, choć nie wszyscy w stu procentach wykorzystują jego magiczne właściwości, ograniczając się do funkcji oddawania moczu a niektórzy (a fe!!!), do molestowania małolatów. Przeto słowo to uchodzi w powszechnej świadomości za wulgarne. Artystka, jak to artystka, zapomniała, że w okresie ekspansji komunizmu, teologia wyzwolenie była wykorzystywana przez sowieckie służby specjalne, ale i polskie, do walki ideologicznej, głównie w Ameryce latynoamerykańskiej. Temu przeciwstawiał się Jan Paweł II i jego podwładny, kardynał Paweł Bogorio. Obecnie rzecz ma się nieco inaczej. Teologia wyzwolenia jest ideologią ludzi biednym, wykluczonych. Daje temu wyraz papież Franciszek, który postawił na Kościół ubogi, co bardzo zniesmacza naszych biskupów. Jestem przekonany, że Jan Paweł II, gdyby żył, robiły to samo. Zresztą, papież JP II, już po rozpadzie komunizmu zmienił zdanie w tej sprawie.

No i jeszcze jeden akapit na temat A. Agcy. Ten prymitywny killer jest na tyle sprytny, że po nieudanym zamachu zaciekle i z sukcesami walczy o własne życie. Może to zrobić tylko w jeden sposób – być wiernym zleceniodawcom. Można z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, że Agca do końca nie wie, kto stał za kombinacją operacyjną, w której przypadła mu rola kata. Gdyby wiedział, nie miałby prawa żywy opuścić miejsca zamachy. Na placu św. Piotra było sporo ludzi z sowieckich i okołosowieckich służb specjalnych. O ich zadaniach, oprócz tego, że tam byli, nic konkretnego do dziś nie wiadomo.  Aacy udało się uratować życie dlatego, że nie tylko nie miał pojęcia kto to są „niebułgarscy” Bułgarzy, ale nie znał żadnych innych szczegółów zamachu, oprócz swojego zadania. Niedawno napisał książkę, łże w niej – by zacytować klasyka – jak bura suka. Jedyna prawda w tym „dziele” to ta, że A. Agca faktycznie urodził się, i że to on usiłował zabić Jana Pawła II.

Książka Strzały do Jana Pawła II i narodu ukaże się w kwietniu 2014 r.

 

HISTORIA ŚWIATOWEGO FUTBOLU /krótki kurs/

Gdy pierwszy raz zobaczyłem globus pomyślałem, że Ziemia przypomina futbolówkę, nie część wszechświata, w której rozpanoszył się człowiek myślący. Uganianie się kilkudziesięciu osiłków za posklejanym kawałkiem skóry wypełnionej powietrzem, wygląda na idiotyzm, jest idiotyzmem, ale stwarza widowisko, za którym małpie tłumy szaleją, walczą, a nawet wypowiadają wojny. Nie ma w tym nic dziwnego zważywszy, że futbol od początku związany jest ze śmiercią i… dziewicami.

W sytuacji, gdy mistrzostwa świata oglądają miliardy osób, a Hamleta jedynie dziesiątki tysięcy, trudno się dziwić kłótniom o to, czy gra, zwana Tsu-chu powstała w 300 r.p.n.e. w Chinach, czy wcześniej w Grecji, skąd przejęli ją Rzymianie. Kronikarze donoszą, że pierwotnie piłka zrobiona była z substancji organicznych, przemieszanych i związanych razem miękkimi i delikatnymi włosami młodych dziewic. Legioniści Cezara, chcąc się zabawić, nie szukali dziewic, bo je wcześniej wyrżnięto, gdyż zarażały wojowników. Używali do gry głów zaszlachtowanych Brytów. Kroniki milczą, czy dlatego piłka nożna jest narodowym sportem Brytyjczyków.

Zbliżające się mistrzostwa świata w piłce nożnej przypomniały mi, że futbol to zbyt poważna sprawa, by go zostawiać samym kopaczom, Więc ukułem teorię o meczach czterech generacji:

 

1937 r. – zbliża się kres meczy pierwszej generacji polegających na lekceważeniu piłki i preferowaniu zmasowanego ataku sił ludzkich. Dominuje zmasowana siła ognia. Stalin czyści boisko do gry z Zachodem. Czystki w armii i gdzie indziej. W pierwszej lidze stanowiska traci dziewięćdziesiąt procent zawodników, w drugiej tylko pięćdziesiąt, ale kroniki notują także zmiany stuprocentowe;

1937-1938 r. – uplasowani na drzewach okalających boiska, wywiadowcy Fuhrera wypatrują słabych punktów w drużynach przeciwników;

29-30 września 1938 r. – w Monachium wysłannicy drużyny Fuhrera proponują teamowi remis bez gry; team oddaje walkowerem całe boisko;

01 września 1939 r. – po skonsumowaniu walkowera na boisku pojawia się drużyna Fuhrera z koncepcją meczu trzeciej generacji, łączącej elementy poprzednich dwóch z dużą zdolnością manewrową;

03 września 1939 r. – na boczny plac wpełza rozmemłany team Zachodu. Nie mogąc się zdecydować, za którą koncepcją gry się opowiedzieć, team udaje, że się rozgrzewa;

17 września 1939 r. – zza naszych pleców wyskakują bolszewicy i kopiąc nas po tyłkach i potylicy skraca o połowę pole gry;

27 września 1939 r. – przegrywamy mecz, ale nie kapitulujemy, chcemy się kopać dalej, znikamy z głównego pola, idziemy grać do lasu;

1940 r. – rezerwy Fuhrera masakrują rozmemłany team zachodni;

22 czerwca 1941 r. – Hitler, idąc za ciosem, zaczynają demolować bolszewików;

01 stycznia 1942 r. – spietrany Zachód montuje koalicyjny team, zmieniają piłkę;

1941-1942 r. – Sikorski, usiłując zagrać w parze ze Stalinem podaje piłkę do Moskwy, ta odkopuje, podbijając przy okazji i pomocy Kima Philby’ego generałowi oko;

1943 r. – do boju rusza Wasilewska. Opuszcza sypialnię generalissimusa, dobiera współtowarzyszy, zuchów-rycerzy, zakasuje kieckę, odbiera Sikorskiemu piłkę i podaje Stalinowi;

01 sierpnia 1944 r., Warszawa – niepoprawni chłopcy z lasu, wierząc w team i bolszewików, porwawszy dubeltówki ruszają na boisko; masakra chłopców i miasta;

1944-1945 r. – bolszewicy, zamiast współgrać z teamem, gwałcą sojuszników z lasu;

04-11 lutego 1945 r. Jałta. Kapitanowie teamu i bolszewików zasiadają do pokera, stawką jest wzmocnienie drużyn; Stalin gra znaczonymi kartami i wygrywa;

09 maja 1945 r. – rycerstwo Wasilewskiej dostają swoje pięć minut w Berlinie;

16 lipca 1945 r., poligon atomowy Alamagordo. Team zaoceaniczny zarządził pierwszą na świecie próbę z czarodziejską futbolówką wykonaną z plutonu. Taką futbolówką nie sposób przegrać żadnego meczu;

06 sierpnia 1945 r. Hiroszima. Team zaoceaniczny rozgrywa pierwszy i, jak dotąd, ostatni w świecie mecz czarodziejską futbolówką. Team wygrywa w cuglach. Zwycięstwo prowokuje wywiadowców bolszewików do zdwojenia wysiłków w celu zdobycia czarodziejskiej zabawki;

1945-1947 r. – chłopcy z lasu zbierają się do ostatniego podrygu. Z obolałymi tyłkami usiłują kontratakować. Bolszewicy pomagają rycerzom Wasilewskiej wiązać leśnych w pęczki i pakować do piachu;

29 sierpnia 1949 r., poligon atomowy pod Semipałatyńskiem. Bolszewicy próbuje czarodziejską futbolówkę, zdobytą z pomocą wywiadowców uplasowanych wewnątrz teamu zaoceanicznego; 1949 -? Żadne team nie odważają się rozegrać gry czarodziejską futbolówką;

1949 r. – powiększona o jałtańskie łupy bolszewicy zajmuje całe boisko, team zepchnięty do defensywy;

1949-1953 r. – piłka nadal pod bramką teamu. Kapitan bolszewików  zarządza przemeblowanie i nie dokończywszy dzieła pada trupem złożony apopleksją;

1950-1990 r. – intensywny wyścig w produkcji czarodziejskich piłek. Team idzie na jakość, dokładność i moc, bolszewicy – na ilość i bylejakość.

1953 r. – bój Chruszczowa i Berii o opaskę kapitana. Piłka na środku pola. Kiwka Nikity perfekcyjna. Beria idzie do piachu;

3 grudnia 1953 r. – bolszewicy wysyłają umyślnego do przeciwników;

14-25 luty 1956 r. – Chruszczow wyrzuca piłkę na aut i bierze czas na pozorne zrestrukturyzowanie bolszewików. Na trybunach kibice chcą dołączyć do ferajny teamu. Bolszewicy dają im lekcję pokory. Morderczo tarmosząc Naddunajczyków bolszewicy wywlekają z lochów dla rezerwowych Gomułkę i robią go pomocnikiem kapitana w zrekonstruowanej drużynie Nadwiślanii;

15 października 1964 r. – wykorzystując nieostrożność Nikity, na boisko wskakuje rezerwowy Breżniew. Ogłasza się nowym kapitanem bolszewików. Piłka wraca na środek boiska;

1968 r. odnosimy zwycięstwo nad Praską Wiosną. Było to zwycięstwo bardziej poniżające niż klęska.

grudzień 1970 r. – znowu awantury na trybunach Nadwiślanii. Kapitan bolszewików zmienia pomocnika. Zdezelowanego dryblera Gomułkę zastępuje mający lepszą kiwkę Gierk. Team korumpuje pomocnika, który w zamian posyła piłkę na korner;

1971-1980 r. – gra bez piłki. Zawodnicy grają za pożyczone pieniądze. Pomruki na trybunach;

wrzesień 1980 r. – zdegustowany szef bolszewików desygnuje świeżego pomocnika w Nadwiślanii – Kanię, Ten, nie wiedząc gdzie jest futbolówka, zarządza grę bez piłki; z boku na „solidarnościowej fali”, serfuje Jaruzelski; 1980-1981 r. – fale i bałwany na trybunach Nadwiślanii grożą podtopieniem sąsiednich stadionów;

październik – grudzień 1981 r. – bramkarz bolszewików wkopuje na boisko serfera, który przytapia zramolałych graczy, wprowadza do gry drużynę ckm spod Lenino, głuszy fale i bałwany;

1982-1985 r. – na połowie bolszewików zawirowania, opaska kapitana przechodzi z rąk do rąk, łapie ją Gorbaczow podając piłkę najlepszemu zawodnikowi – Jaruzelskiemu;

1988 r. – zdezorientowany Jaruzelski ma piłkę, ale nie wie gdzie strzelać;

1989 r. – generał kopnął na oślep. Padł gol. Strzał trafił w okienko. Recykling wykazał, że to bramka samobójcza;

1990 r. – do gry dołącza team zaoceaniczny. Bolszewicy, podwijając ogon rejteruje do szatni;

1990-2000 r. – team zaoceaniczny uczy sierotki po komandzie aportować piłkę. Główne boisko przeniesione na Bałkany. Pojawiają się sekty paskudników lekceważące zasady gry. Paskudnicy otrzymują dyspozycje do gry z międzynarodowego centrum kierowania. Chcąc opanować wszystkie boiska prowadzą sparingi z ostrym strzelaniem w węzłach: kaszmirskim, bałkańskim, kaukaskim, bliskowschodnim i północnoafrykańskim. Celem  paskudników jest świat zachodni;

grudzień 2000 r. – sierotki przemeblowują bolszewię, obierają nowego kapitana – Putina, wyszperanego w metaberiowskich sejfach. Pozycyjna gra bez piłki. Boiska rozrzucone po całym świecie;

11 września 2001 r. – sekta paskudników, wykorzystując cztery boeingi, zapaskudziła boisko teamu zaoceanicznego.

październik 2001 r. – piłka znowu w grze. Team zaoceaniczny kopie na oślep. Kosi boisko sekty paskudników w Afganistanie, którzy rozpierzchają się po sektach międzynarodowych. Team deliberuje nad kolejnością koszenia następnych boisk paskudników;

wrzesień 2002 r. – sekta paskudników boleśnie nadgryzła zapasowe boisko teamu zaoceanicznego na Bali, a w październiku wyraźnie zaostrza grę, poszerzając boisko o Moskwę. Putin daje sygnał do koszenia boiska równo z trawą;

wiosna 2003 r. – rozpoczęcie meczu czwartej generacji. Trudno o tradycyjny cel. Raczej idee niż technika. Raczej gra w sferze informacji niż walka na boisku. Przerwa w grze. Piłka w depozycie Organizacji Narodów Złajdaczonych. Jeżeli USA nie uporządkują świata, zobaczymy: wybuch na wybuchu/ na wybuchu wybuch/ a na tym wybuchu/ atomowy grzyb.

2013 r. – Putin wyciąga nowego-starego zawodnika Snowdena i rozpoczyna atak w myśl reguł wojny 4 generacji.

KRÓL PRZEWODNIKÓW I KARKONOSKICH GEJÓW

S.A. Jawor przysłał mi maszynopis z prośbą o napisanie wstępu. Napisałem:

Leży przed wami opowieść Stanisława Jawora o wybitnym Człowieku Gór. Tak zwani ludzie gór – ratownicy Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, wspinacze, ale także przewodnicy itp., to bajecznie kolorowi ludzie. Miło się z nimi pracuje, obcuję, a nawet bankietuje, ale pod warunkiem, że nie chce się o nich pisać. A jeżeli już ktoś się uprze, to zezwalają tylko na takie ich przedstawienie, które sami uznają za godne, dostojne i dystyngowane. Ludzie gór są wówczas śmiertelnie poważni. Wymagają, aby każda kreska i każda kropka tekstu o nich była zgodna z ich wyobrażeniem kropek i kresek. A przecież nie zawsze da się to zrobić.

W książce Jawora wszystkie postaci mają wprawdzie rację, ale każdy to widzi na swój indywidualny sposób. Bo człowiek – jak przekonuje Sartre – mówi swoim głosem, ale pisze zawsze głosem innych.

            Dlatego przyznam, że z mieszanymi uczuciami brałem do ręki manuskrypt monografii Stanisława Andrzeja Jawora o Tadeuszu Steciu, niekłamanym Mistrzu Przewodników Sudeckich (MPS}i niepodrabianym Królu Gejów Karkonoskich (KGK). Steć, to niekłamany Homo tweetus, człowiek ćwierkający, mający smocze cechy, pożerający swych egzegetów. Byłem ciekaw, co na jego temat naćwierka jego wybitny uczeń. Od razu przyznam, że oba te tematy, kluczowe dla życia MPS, Jawor przedstawił z dużą kulturą i maksymalną rzetelnością.

Obu panów znałem od początku świata, a może nieco dłużej. Wprawdzie T. Steć był nieco młodszy od Sudetów Zachodnich, które umiłował, a S. Jawor przyszedł na świat w kilka lat po MPS i nieledwie mglisto pamięta akt erekcyjny kładący podwaliny pod Jelenią Górę, ale o Sudetach Zachodnich wie tylko ciut, ciut mniej od swojego Mistrza, natomiast, jeżeli chodzi o GOPR i narciarstwo to bije MPS na głowę. Steć bowiem uważał narty za wynalazek szatana.

Obydwaj specjaliści od przewodnictwa konkurowali z sobą zaciekle i za żarcie. Była jednak konkurencja, w której panowało między nimi dożywotnie zawieszenie broni. W czasie rozlicznych imprez, Steć podrywał wyłącznie chłopców, a Jawor rozsmakowywał się, w co smaczniejszych laskach. 

Tak, Stecia znalem ponad czterdzieści lat, od końca lat czterdziestych aż do 1993 r., to jest do czasu, gdy tzw. sprawcy, nieznani dla wymiaru sprawiedliwości, pomylili głowę KGK z kowadłem. Od tego czasu Steć nie żyje i nadal jest martwy niczym skały z Morza Martwego.

S. Jawora znam nieco dłużej, bo nadal żyje, ma się dobrze, jest jak Rzepiór, dobry Duch Karkonoszy, czuwający nad duszami zmarłych kolegów i w dodatku napisał biografię swojego Mistrza. Bo Steć był nauczycielem i przyjacielem Jawora, tak jak R. Kapuściński był nauczycielem A. Domosławskiego. Obawiałem się, że Jawor, jako typowy przedstawiciel wspomnianych wyżej ludzi gór w swojej pracy będzie usiłował coś zataić, coś zakamuflować, coś niewygodnego z życia swego mistrza ukryć, coś przemilczeć…

Dlatego celowo wspominam dzieło Domosławskiego, bo – moim zdaniem – jest to przykład wzorowej monografii, w którym autor stara się pokazać przedstawionego bohatera, jako człowieka z krwi i kości, a nie bezwolną kukłę nadającą się tylko na pomnik z brązu lub marmuru. Nie wierzę, aby tacy ludzie zmarmurzeni w ogóle żyli, bo jak poucza Saul Bellow: Każdy wie, że w zatajeniu nie ma ani piękna, ani dokładności, jeśli bowiem stłumić jedną rzecz, tłumi się również przyległą.

Jaworowi, wbrew sugestiom tzw. środowiska, niecnych pułapek czyhających na monografistów udało się szczęśliwie uniknąć. W niektórych momentach autor „poleciał” po bandzie. Dotyczy to przede wszystkim wątków związanych z seksualnością, agenturalnością oraz epizodem w życiu Stecia, zmierzającym do zostania duchownym.

Trzeba wiedzieć, że Steć zamierzał zostać księdzem. Podjął w tej sprawie niezbędne kroki, ale stosunkowo szybko zrezygnował. Jednak niektóre z tez religijnych traktował do końca życia, jako źródło mądrości, chociaż nie wiary.

Nieraz wydawało mi się, że Steć uciekał od samego siebie. Próbowałem z nim na ten temat rozmawiać. Bez rezultatu. Wpadał wówczas w jakiś dziwny stan. Zamykał oczy, podpierał głowę rękami sprawiając wrażenie, że chce tak zostać do końca świata. Wyglądał jakby się chciał dać żywcem pogrzebać. Ocknąwszy się, patrzył na mnie jasnym spojrzeniem Słowianina, który kłamie i starając się przełamać ugór w mojej głowie zmieniał temat opowiadając jedną z tysiąca anegdot, które znał i chętnie się nimi dzielił.

Tak, KGS nie zostawił wspomnień. Nie pisał biografii. Nie miał przyjaciół. Wiedział, co robi. Szkoda, że nie został kapłanem. Uważam, że ze swoją aparycją, inteligencją, łatwością konfabulacji, pisania i gadania mógłby zajść daleko. Mógłby wzmocnić gejowskie loby Watykanu, a kto wie, może nawet zasilić szczupłe grono pedofilów dyplomatycznych Stolicy Potrowej np. na Dominikanie.

Wszystko to znajduje się w tekście wzorowo udokumentowanej książki, którą można interpretować dosłownie, zgodnie z jej literą, albo po swojemu, domyślać się, o co naprawdę chodzi. Każdy z nas widzi świat i to, co się dzieję, w inny sposób. Gdyby każdy z nas udał się w to samo miejsce i opisał to samo wydarzenie lub postać, mielibyśmy tyle wersji tego zdarzenia lub opisu postaci, ilu ludzi by to zrobiło.

Do tego miejsca Jaworowa monografia o MPS da się czytać bez bólu zębów. Jeżeli jednak chodzi o sekwencję poświęconą morderstwu jest już gorzej. Uważam, że mądry człowiek nie uważa, że wie to, czego nie wie, natomiast monografista uważa, że, przynajmniej w tej materii, wie wszystko. Jego poglądy oblepiają mnie jak sadło barana. Nie rozumiem ich. Jawor, idzie za tandetnie przeprowadzonym śledztwem i jest skłonny przyznać, że morderstwo miało kontekst seksualny. Podobnie uważają niektórzy cytowani w monografii przyjaciele Stecia i autora. Ja nie byłbym tego taki pewny. Wżyciu MPS były momenty, o których ani on sam, ani nikt inny nie wspominał…

Tu tylko jeden przykład. Oto jeden z cytowanych przez autora przemądrzalców uważa, że MPS nie miał do czynienia z premierem, gen. Jaroszewiczem, bo generał nigdy w te strony nie zaglądał. A właśnie, że zaglądał i to wielokrotnie. Zaglądał, jako wiceminister obrony narodowej, główny kwatermistrz WP i jako stały przedstawiciel PRL w RWPG i jako premier. Kilka razy odwiedzał swego przyjaciela, szefa WDW w Szklarskiej Porębie płk. Ciechanowicza (WDW 1 i WDW 2 w tej miejscowości i zamek Czocha w Leśnej), bywał w „Turowie” i Turoszowie. Odwiedzał Platerówkę, Nysę Łużycką i Zgorzelec. W czasie tych wizyt Jaroszewicz spotykał się niekiedy ze Steciem, zaangażowanym, aby opowiedział dostojnemu gościowi o dziejach tych ziem, uznanych przez peerelowską histografię za odwiecznie polskie.

MPS łgał wówczas koncertowo, a ja razem z nim, powołując się przy tym na autorytety profesorskie, między innymi na prof. Kazimierczyka, którego również znalem i którego Stać namówił na wykopaliska archeologiczne w rejonie Płakowic koło Lwówka, gdzie Kazimierczak odkrył dziesięć tysięcy złotonośnych szybów z okresu wczesnego średniowiecza.

Światkowałem też niekiedy rozmowom Jaroszewicza ze Steciem. Dobrze pamiętam spotkanie w nigdy nieukończonym lapidarium rzeźb w Bogatyni. Była tam planowana kompozycją kurantową, o napisanie której miano poprosić prof. K. Pendereckiego (vide: Niespokojna granica). O znajomości z Kazimierczakiem wspomina Jawor w kontekście niedokończonych studiów Stecia.

W monografii Jawora uderza oszczędne okraszanie opowieści o MSP smakowitymi anegdotami, których nie powstydziliby się ani S. Mrożek, ani J. Głowacki. Anegdota o zaskrońcu, wsadzonym przez Stecia za pazuchę, który (wąż, nie Steć), wystawiwszy łeb, ujrzał cudowne dziewczę i czym prędzej mykną za jej dekolt, albo opowieść o żmii, złowionej przez bohatera monografii i pozostawionej w słoiku, w domowej bibliotece mogłaby być ozdobą największych mistrzów opowiadań. Żmija, uwolniwszy się z niewoli, czmychnęła za regał, gdzie tak rozczytała się w inkunabułach, że zdechła. Inkunabuły MPS zdobywał sposobem, a żmija wpędziła go w niesamowity stres dobrze przedstawiony przez Jawora.

Przyglądając się życiu Stecia można odnieś wrażenie, że wszyscy ludzie to wariaci, którzy w każdej chwili mogą zrobić wszystko i niech Bóg ma w opiece tego, kto by się zastanawiał nad przyczynami Steciowego postępowania. Jawor zaryzykował i, chyba odniósł sukces, bo Jawor w monografii wygląda na człowieka nie bojącego się życia i zawsze gotowego stawić mu czoła. Ale czy monografiście udało się obrać MPS z wszystkich tajemnic?  

Chyba nie. Steć bowiem był tajemnicą również dla samego siebie. Nie odkrywam tu Ameryki. Jedynie proste dupki nie stanowią tajemnicy także dla samego siebie. Inteligentni ludzie odżywiają się tajemnicami. Kto nie wierzy tego bijcie w mordę na moją odpowiedzialność.

Czym zakończę ten wstęp?  Może przestrogą Parick’a French’ea: Książka biograficzna nigdy nie jest w stanie w pełni dotrzeć do źródeł postaci. Banalne stwierdzenie, że oto biograf znalazł „klucz” do czyjegoś życia, jest nieprzekonywające. Jesteśmy nazbyt skomplikowania, niekonsekwentni, by mogło to być prawdą. Biograf może liczyć jedynie na to, że uda mu się oświetlić niektóre aspekty życiorysu, prowadzić poszukiwania, które dadzą pojęcie o bohaterze, i w ten sposób opowiedzieć historię.

Niech mi wolno będzie uważać, że Jaworowi to udało się.

 

PS.

SPROSTOWANIE

P. Władek był uprzejmy przysłać mi e-maila, że w książce „Pożoga. W. Jaruzelski tego nigdy nie powie” (wyd. z 1992 i 1996 r.) znalazł błąd.

Na str. 268 napisałem, że:

z Kornelem Morawieckim wyjechał Marian Kaleta.

Powinno wyć:

 Z Kornelem Morawieckim wyjechał Andrzej Kołodziej.

Za pomyłkę przepraszam zainteresowanych i czytelników, a p. Władkowi dziękuję za zasygnalizowanie pomyłki.

                                   Z poważaniem

                                                           Henryk Piecuch

MIŁOŚĆ, FEMINIZM, KOBIETA W KRAJU RAD i …

Będąc gorącym zwolennikiem kobiet, feminizmu, wszelkiej miłości i Wandy Nowickiej, pogrzebałem nieco w starych dokumentach, aby sprawdzić jak sprawy kobiet wyglądały w państwie – zwanym do niedawna – państwem przodującego ustroju. Państwem, które już, na szczęście, mimo wysiłków mojego przyjaciela, Władimira Putina (vide”: Kim jest Putin. Wielki blef generałów), do którego, zapewne podświadomie, tęskni pewien rzecznik partii o imponującej nazwie, ksywa „Siusiak”,  jest martwe niczym Atlantyda. Ale od rem:

Jakże się to zaczyna… Jak to się zaczyna?… Tam do diabła, c`est la question, ma tres chere. Wynotowałem nawet kilka ciekawostek. Oto fragment z Dekretu o uspołecznieniu kobiet:. Wszystkie kobiety przestają być własnością prywatną i stają się dobrem narodu. Wszyscy mężczyźni posiadają prawo nie częściej niż trzy razy w tygodniu, przez trzy godziny, korzystać z jednej kobiety.

W broszurze Rewolucja i młodzież przeczytałem: Dobór płciowy należy budować po linii rewolucyjno-proletariackiej celowości klasowej. Do stosunków miłosnych nie należy wprowadzać elementów flirtu, zalotów, kokieterii i innych metod specjalistyczno-płciowego podboju.

Jeszcze inny dokument ostrzegał: Pociąg seksualny do partnera z wrogiej klasy jest czymś nieprzyzwoitym, wywołującym niesmak, jest zboczeniem tak samo, jak pociąg seksualny do krokodyla lub orangutana.

W tym prostym, jak konstrukcja sierpa i młota dekretowaniu stosunku człowieka radzieckiego do kobiety, fałszywie pobrzmiewa anegdotka dotycząca Lenina i jego kochanki Inessy Armand.

Inessa, francuska komunistka pochodzenia rosyjskiego, była zauroczona Leninem i vice versa Nie tylko nie odmawiała wodzowi rewolucji francuskiej dupy, ale wyprawiała z nim takie brewerie, o których nie tylko „Siusiak”, ale nawet dzisiejsi hedoniści z Ruchu Palikota mogą tylko marzyć. Harce Lenina z nadsekwańską komunistką tak bardzo zniesmaczyły Stalina, że późniejszy generalissimus porozmawiał z tow. Iliczem, niczym komunista z komunistą. Od siebie dodam, że nie mogę wykluczyć, że Stalinem kierowała zazdrość. Nie należy się temu dziwić. Inessa była naprawdę piękną kobietą. Nie było porównania z “łupami” Stalina, w rodzaju naszej Wandy… Wasilewskiej, oczywiście.

Wprawdzie oficjalne dokumenty nic na ten temat nie mówią, to tajemnicą poliszynela jest, że Ilicz dla dobra rewolucji zrezygnował z miłości. Nie, nie rozwiódł się niczym Berluskoni, Sarkosy albo inny Marcinkiewicz ze swymi dotychczasowymi połowicami, wymieniając je na nowszy model. Ojciec rewolucji sowieckiej zrezygnował wprawdzie z oficjalnego udomowienia Inessy, ale nie zrezygnował z igraszek. Armand zaakceptowała układ, a Stalin wydał ustną dyrektywę, aby przeznaczone do publikacji zdjęcia Inessy zohydzać, retuszując je w taki sposób, że nawet najbardziej pijany onanista nie wyciągał ręki po fotografię kochanki Lenina.

A jak w przodującym ustroju radzono sobie z kłopotami związanymi z wykonywaniem Dekretu o uspołecznieniu kobiet [prawo mężczyzny do korzystania trzy razy w tygodniu przez trzy godziny z jednej kobiety]? Oto dzięki staraniom Aleksandry Kołłontaj [autorki Drogi dla skrzydlatego erosa] sprowadzono z Niemiec i Danii prezerwatywy oraz środek stosowany w kuracji antysyfilisowej.

Jak widać, szeroko rozumiana miłość, to problem, którego nawet taki łepski facet jak Lenin, nie potrafił rozwiązać samymi dekretami, ale musiał się skorzystać z pomocy wrednych kapitalistów. Warto, aby nasi związkowcy, pod światłym przywództwem P. Dudy i innych wodzów, którzy są najlepszymi związkowcami świata, z okazji kolejnych manifestacji w Warszawie, i nie tyko, wzięli doświadczenia niegdysiejszego przodującego państwa na świecie, do którego, być może, zmierzają, i ostrzej niż dotychczas, upomnieli się o prawa kobiet, by poparli feministki i wspólnie zbudowali matriarchat, czyli typ społeczeństwa pierwotnego, w którym dominujące znaczenie miały kobiety. Bo jak poucza F. Nietzsche: Kobieta doskonała jest wyższym typem człowieka niż doskonały mężczyzna; a także czymś o wiele rzadszym.

 

 

WAŁĘSA ZNOWU NA TAPECIE

Sądzę, że film A. Wajdy „Wałęsa. Człowiek z nadziei”, mimo chyba głupiego, bo szalenie pretensjonalnego tytułu, znowu wprowadzi na „rynek” postać, która nie ma odpowiednika w dziejach świata. Zanim obejrzę film, który jedni (nie widząc oczywiście dzieła Mistrza Wajdy) już określają mianem filmu kongenialnego, a drudzy obrzydliwą hagiografią, pozwolę sobie przypomnieć własne boje z „tym tematem”. Jestem przekonany, że, mimo starań głównego bohatera (vide: jego kontrowersyjne wypowiedzi), Wałęsa powoli przechodzi do lamusa. Film go na pewno w stamtąd wyciągnie. Czy wywoła histerię narodową? Mam nadzieję, że tak się stanie.

Odwołam się tu do Istvana Bibo, twierdzącego, że: Prawdziwa wielka histeria społeczna występuje wtedy, kiedy wszystkie typowe sygnały pojawiają się jednocześnie: fałszywe postrzeganie realiów przez wspólnotę, niezdolność do rozwiązywania problemów niesionych przez życie, niepewna lub przesadna samoocena, irrealność i brak miary w relacjach na bodźce ze strony otaczającego świata. Wajda dał sygnał. Z tego, co mówią wiewiórki reżyser rozstrzygnął alternatywę: BOHATER czy ŁAJDAK na korzyść bohatera. Reszta zależy od mediów.

Zanim posłucham spodziewanego wrzasku pozwólcie przypomnieć niewielki fragment książki Wałęsa i… Kryptonim „Bolek”. Operacje tajnych służb MON i MSW. Nie wiem, czy Lech Wałęsa był bohaterem, czy łajdakiem? Dla mnie był bohaterem. Dla innych łajdakiem. To jest czysty subiektywizm. Posłużę się przykładem Finów. Wiedząc, że prezydent (1956-1981) Urho Kekkonen  był sowieckim agentem, postawili mu pomnik i cenią  za dokonania. Nie wiem, czy po lekturze książki będziecie zdezorientowani, czy zorientowani. To musicie rozstrzygnąć w swoich sumieniach. Zanim wydacie sąd, zechciejcie zauważyć, że Wałęsa nie był politycznym safandułą czy dandysem. Nie był też Filipem z konopi. Był trybunem ludowym. Zagrał va banque. Postawił życie i to, co miał najcenniejszego – życie swojej rodziny, żony i ośmiorga dzieci na jedną szalę. A warto pamiętać, że z wielkich postaci “S” tylko on miał tak liczną rodzinę. Większość była samotna. I choć miał zaledwie jedną szansę na milion, wygrał! Dokonania Wałęsy mogą być porównywalne z Szekspirem. Przecież “nieuk” ze Stratfordu, miejscowości na angielskiej prowincji, po przybyciu do Londynu zadziwił i nadal zadziwia świat ponadczasowymi dziełami. A Wódz? Przybysz z hiperzapyziałego Popowa, po przybyciu do Gdańska przeskoczył płot, obalił komunizm i wprowadził kapitalizm do Europy Środkowo-Wschodniej i jak sam mniema, nikt nic już dla tego obszaru lepszego nie wykombinuje. Pod tym względem Wałęsa jest podobny do szekspirowskiego Makbeta, z jednym wszakże wyjątkiem – Makbet wyrzynał najbliższych, Wałęsa zarzynał jedynie bolszewię. A zagadka brzmi: jak to możliwe, że Wałęsa został Wałęsą? I czy po iluś tam wiekach ludzie będą zastanawiać się, tak jak to się dziś dzieje w wypadku Szekspira, czy Wałęsa był Wałęsą?         

            Znalem go z widzenie z 1970 r., ale na dobre moja przygoda z “tym tematem” zaczęła się dziesięć lat później. Jako kierownik działu w redakcji tygodnika WOP “Granica”, niedługo po zarejestrowaniu “S” otrzymałem polecenie publicystycznego skwitowania tego wydarzenia. Wezwałem personel. Miałem dwie cudowne współpracownice, Krystynę B. i Walentynę J. (personalia zmienione – HP). Krystyna była śliczna i miła. Sprawiała wrażenie wiecznej dzierlatki. Z cerą białą jak krem nivea, cudownymi bałamutkami zdobiącymi jej kibić niczym Giewont Zakopane, wyglądała jak istne bióstwo. Miała tak piękne oczy, że musiałem się  pilnować, aby się w nich nie utopić. Cechował ją brak zasad moralnych i co dzień budziła się w innym łóżku. Po każdej randce twierdziła, ze jest dziewicą. Nie wiem czy nie kłamała. Nie byłem mizoginem, ale nie sprawdzałem. Jednak nie można wykluczyć, że jej galopanci byli indolentni seksualnie. Ale Krysia B. była przy tym ciut ciut tumanowata, gamoniowata i zdolna do najgorszych rzeczy, co w tym zawodzie, w powiązaniu ze specsłużbami było uważane za zaletę. Krystyna jak nic nadawałaby się do pierwszoplanowej roli w filmie moralnego niepokoju, albo na współczesną prezenterkę telewizyjną lub nawet posłankę. Zdyskwalifikowałem ją od razu. Wybrałem nieco starszą Walentynę, która była pedantką.  Przerażało ją wszystko, co nie było w najlepszym gatunku. Liczyłem, że spodoba się Wałęsie. Wala jak każda – kiedyś piękna – kobieta z każdym rokiem stawała się jednak mniej ładna. Jej cudowne piersi coraz bardziej ulegały prawom grawitacji, a o silikonie jeszcze nikt wówczas w Peerelu nie słyszał. Równocześnie dziennikarka usiłowała być coraz lepsza, spolegliwa, miękka i ciepła. Była tak cholernie empatyczna i soczysta, że chciałoby się ją przytulić, a może nawet zjeść. Nie próbowałem tego. Teraz żałuję. Ilekroć na nią patrzyłem, przypominała mi się Marsylianka, kobieta półnaga, z gołym biustem lud na barykady wiodąca. Sądziłem, że właśnie ona była zdolna podejść Wałęsę, który wprawdzie zajęty był przygotowywaniem mas do walki o nadanie ludzkiej twarzy socjalizmowi, ale nigdy nie odmawiał damom, byle młodszym od piramid. Poleciłem Walentynie skontaktować się z Wałęsą i napisać reportaż. – O, to świetnie się składa. Chcę zostać pisarką. To może być dobry temat na literaturę faktu – powiedziała redaktorka. Jak większość szefów, miałem w sobie coś z chama. Powiedziałem: – Na pisarkę jesteś za głupia, na grafomankę już za brzydka. Lepiej pozostań tym, kim jesteś. Masz okazję napisać dobry tekst.

Reporterka obraziła się, ale po tygodniu miałem na biurku reportaż i taśmę magnetofonową z nagraniami jakichś nieznanych dupków. Nie było w nim dobrego słowa o Wałęsie. Dziennikarka z nim w ogóle nie rozmawiała. Było dużo o kontrrewolucji, stratach gospodarki i knowaniach zachodnich rewizjonistów. Niektórzy uważają, że taki słowotekst charakteryzuje jedynie osoby z zaburzeniami macicy. W tamtym czasie miałem za długi język i krótki rozum. Nie bacząc, że jestem legatem ancien regime, wezwałem dziennikarkę i powiedziałem, że to, co napisała jest wredne, plugawe, napawające wstrętem, bo… too much sheet, naprawdę, za dużo gówna  i… wyrżnąłem maszynopisem o ścianę. Dziesiątki kartek sfruwało niczym sępy na padlinę, pokrywając podłogę, na której rozłożyłem serwis zdjęciowy mający ilustrować tekst o Wałęsie. Wala była teraz niczym łapka kocia. Gdyby się ją lekko przycisnęło, dałoby się wyczuć pazurki. Sprawiała wrażenie dobrodusznej wariatunci. Spojrzała na mnie w sposób szczególnie obraźliwy, wydzierając się przy tym niczym konduktorka w pociągu. W tym momencie przypuszczałem, że mam do czynienie z sukubem – demonem pod postacią pięknej kobiety. Wala odwołała się do szefa Zarządu Politycznego WOP Władysława Jury, generała z koncyliacyjnymi skłonnościami, działacza partyjnego z ortodoksyjnymi poglądami, wroga “S”, Wałęsy i KOR-u. Jura lubił mówić o niczym. Była to jedyna rzecz, na której się znał. Jego wystąpienia były nie do strawienia. Ciągle mylił fakty z mitologii z zabobonami komunizmu. Mógłby z powodzeniem powtórzyć za filozofem: Jeśli się mylę, to jestem.  Generał zwołał na temat mojego postępku naradę aktywu zarządu. Organizowanie narad było ulubionym zajęciem Jury. Od takiego gremium szef ZP WOP wymagał powagi i nabożnego skupienia. Był na tym punkcie nadczuły. Już na początku  urzędowania, pomyliwszy piąte zadanie – wytępienie ptaków stymfalijskich, nakazane przez wyrocznie Heraklesowi, ze szpakami i gołębiami rozkazał wytruć wszystkie ptaki siadające na parapetach okiennych. Uważał, że ptactwo swoim świergoleniem uwłacza powadze obrad. Było gorąco i aktywiści myśleli raczej o piwie niż o imperialistach, Żydach z KOR-u, “S” i Wałęsie usiłujących zrobić kuku pękającej od nadmiaru perspektyw ojczyźnie. Socjalizm wydawał się być wieczny a Peerel – nieśmiertelny. Wałęsa sprawiał wrażenie osoby niepoważnej, którą, w myśl zapewnień ministra Kowalczyka, resort, wraz z opozycją, nakryje czapkami. Ktoś podsunął generałowi fraszkę Jana Sztaudyngera. Jura, mówiąc o Wałęsie, KOR-e  i “S”, z upodobaniem ją cytował: Tak uradziła babka z babką: / Gówno najlepiej przykryć czapką. Koledzy nie chcieli mi szkodzić. Atakowano umiarkowanie. Nawoływano do złożenia samokrytyki. Najzacieklej bronił mnie płk dr Andrzej Błażej wymyślający karkołomne argumenty na moje usprawiedliwienie. Mimo że uważałem Wałęsę i “S” za stado rajskich ptaków wpuszczonych do komunistycznego kurnika, nie zdradziłem się. Uznałem swój błąd. Powiedziałem towarzyszom, że do Trójmiasta powinienem wysłać diabła a nie babę. Złożyłem autokrytykę. Udając kulawego trzmiela grałem głuptaka, którego ominęło objawienie marksizmu. Osiągnąłem kompromis. Materiał powędrował do kosza. Mnie uznano za “adres niepewny” i wpakowano w rubrykę: “z tym towarzyszem rozmawiamy rzadziej”. Dotknął mnie też wskazujący palec sprawiedliwości społecznej, pozbawiając dodatku funkcyjnego i awansu na kolejny stopień wojskowy.

Po latach, gdy Wałęsa, do którego nikt nie był podobny, a on był podobny do wszystkich i u którego podziwiałem pruskie cnoty służby państwu, bawarską jurność życia i coraz większy klerykalizm – nadal mnie interesował, ukradłem pomysł Walentynie. Nie zamierzałem pisać książki antycypacyjnej. Chciałem postawić kilka pytań, na które każdy sam musi sobie odpowiedzieć, aby nakreślić obraz Polski w przyszłości. A nie da się tego zrobić bez retrospekcji. Musiałem to zrobić najprościej jak się da. Chciałem opowiedzieć o najwybitniejszym żyjącym Polaku. Ale jego się nie da opowiedzieć. On do niczego, oprócz siebie podobny nie jest. Myślę, że takie pisanie jest nudne jak seks. Nie wierzycie? Zapytajcie zawodowców. Spytajcie pisarzy, reżyserów. Popytajcie prostytutki. Ta książka, jako prawda nie ma sensu. To jest tylko mój ogląd subiektywny widzianej, przeczytanej i zasłyszanej rzeczywistości. A prawem paradoksu – im ogląd jest sztuczniejszy, im miej chce naśladować prawdę, a raczej być prawdą, tym bliższy jest prawdy. Więc tu ostrzeżenie. Ursula LeGuin napisała szalone zdanie, które nicuję na własne kopyto. Jestem reporterem… a więc łgarzem. Nie wierzcie żadnemu mojemu słowu. Mówię prawdę. Jedyna prawda, jaką potrafię zrozumieć i wyrazić, z punktu widzenia logiki jest kłamstwem, z punktu widzenia psychologii – symbolem, z punktu widzenia estetyki – metaforą. Dlatego muszę wyjaśnić, że moje zainteresowanie Wałęsą było altruistyczne. W jego postaci intrygowało mnie to coś, co powodowało, że ludzie zamykając oczy skaczą na główkę z wysokiej skały, mimo że wiedzą, iż woda sięga do kostek. W fascynacji Wałęsą było to coś, co sprawiało, że w dziejach świata spośród tysięcy osób o nieprzeciętnych dokonaniach wybieramy takie, jak Sun Tzu, Sokrates, Platon, Chrystus, Nietzsche, Napoleon, Marks, Kant, Lenin, Stalin, Hitler czy Mao Zedong. O ile jednak wymienione osoby dysponowały słusznym doświadczeniem, a niektóre solidnym wykształceniem, to były prezydent III RP był pod tym względem niezdeflorowany jak Dziewica Orleańska.

Mijał rok za rokiem. Materiałów przybywało. Zapełniłem nimi cały regał. I ciągle byłem w lesie. Nie chciałem pisać paszkwilu ani panegiryku. Wałęsa przeszedł przez wszystkie piekła zgotowane mu przez wrogów i przez niektóre raje zafundowane przez przyjaciół. Parafrazując Miłosza powiem, że biografia Wałęsy jest tak ważna Jak życiorys świętych i proroków, /Bo wykracza poza tak zwane zjawisko literackie. Usiłuję przedstawić, co ludzie, w tym oficerowie służb, szpiedzy, wrogowie i przyjaciele mówili i sądzili o Wałęsie. Wiedziałem, że od pierwszych dni strajku iskrzyło miedzy Lechem Wałęsą a Andrzejem Gwiazdą. Obaj przywódcy “S” rodowód opozycyjny wywodzili z Wolnych Związków Zawodowych. Obaj pretendowali do miana absolutnego władcy. Inżynier Gwiazda, jako inteligent nie miał szans w rywalizacji z niefałszowanym robotnikiem. Przegrał w głosowaniu. Czuł niesmak. Decydowały względy ambicjonalne. Nie było możliwe znalezienie porozumienia, skoro nie było tolerancji. Wprawdzie spory były związkową codzienności, ale relacje Wałęsa – Gwiazda wykraczały pomiędzy to, co nazywamy kontrowersjami. Obaj przywódcy, nieortodoksyjno refleksyjni, miesiącami, a nawet latami, jak dwa owady, zajęte wzajemnym kłuciem, ranieniem się i rozszarpywaniem obrzucali się wyrzutami, oskarżeniami i okrucieństwem. Było to niezrozumiałe, absurdalne, granicy szaleństwa. Wódz przekonywał: Wszelkie rozmydlania władzy na górze osłabi związek. Władza musi być w rękach jednego człowieka. Adwersarze ripostowali: U Wałęsy to, co robi, nie zgadza się z tym, co mówił. Chciałem pokazać, w jaki sposób usiłowano grać Wałęsą. Jak on się przed tym bronił? Jaki był wynik podchodów? Chciałem nazwać to, co z uczuć i myśli Wałęsy jeszcze nie zostało nazwane. Problemem były góry materiałów. Każdy z rozmówców inaczej widział te same wydarzenia. Relacje świadków różniły się diametralnie. Skupiłem się na przeciwnikach Wodza, rekrutujących się ze służb specjalnych oraz z aktywistów opozycji. Łączyła ich jedna cecha – chęć zredukowania życiorysu Wałęsy do metafory dotyczącej jego działalności agenturalnej. Z moich wynikało, że jest to opozycja fałszywa. Ale może się myliłem.  

            I było jak u Philipa Rotha. Wstawałem o piątej rano i na podstawie słów Wałęsy, wczorajszych rozmów lub doniesień agencyjnych pisałem zdanie o przewodniczącym. To było moje życie. Pisałem zdanie i długo je obracałem, aż do pozyskania następnych wiadomości donoszących o czymś zupełnie przeciwnym. Następnie znowu obracałem napisane zdanie. Potem pisałem zdanie na podstawie informacji donoszącej o czymś innym. I teraz obracałem dwa zdanie. Po obiedzie kładłem się na tapczanie i myślałem, że myślę. Następnie wracałem do pracy i skreślałem napisane zdania. Po kolacji znowu pracowałem. Napisałem inne zdanie na podstawie kolejnych depesz. Napisałem i obracałem… i znowu słuchałem Wałęsy, który przekonywał wałęsizmami: …ta rewolucja jest pomieszana z poplątaniem; w sprawę chleba czy kiełbasy nie mieszajmy patriotyzmu; jak zaistnieje potrzeba, to będę pełnił każde stanowisko, włącznie z hyclem (gdyby się namnożyło za dużo psów); wiemy, że rząd wyszedł z naszego korzenia (chodzi o rząd Mazowieckiego – H.P.), ale – jak to się kiedyś czytało w gazecie – za długi żony mąż nie odpowiada; chcę, żeby Polska dopchała się wreszcie do europejskiego stołu. Sukcesem Wałęsy, który bujał się od lewicy do prawicy niczym pasikonik na koniuszku trzciny był Okrągły Stół. Wówczas udało mu się wsadzić do buzi duży palec prawej stopy. A podczas prezydentury poszukał lewej nogi. Chciał ostudzić gniew klasy robotniczej, która w zetknięciu z inteligencją była już dawno sprzedana, tylko o tym jeszcze nie wiedziała.

 

 

WAŁĘSA, JURCZYK, WALENTYNOWICZ, KOŚCIÓŁ, POROZUMIENIA SIERPNIOWE

Nie będę ukrywał, w latach osiemdziesiątych, a może i wcześniej, bardzo nieładnie zachowywałem się w stosunku do socraju. Robiłem to i owo, ale raczej owo. Część tego opisałem w 65 książkach. Teraz jedynie przytaczam jedną z licznych rozmów z Anią Walentyczowicz, kobietą, którą bardzo ceniłem, ale z którą w wielu sprawach, dotyczących głównie Lecha Wałęsy i działań służb specjalnych, ostro polemizowałem. Dziś taki obrazek ze spotkania na Ursynowie.

W latach 90 spotykaliśmy się często. Przeważnie u mnie na Ursynowie, gdzie wówczas mieszkałem. A. Walentynowicz. Była bardzo bezpośrednia. Toteż i tym razem, bez wstępnych uprzejmości, z rozbrajającą prostotą i dziecinną ufnością, wyłożyła swoją teorię na temat roli Wałęsy w czasie rewolty 1970 r. i o dekadę późniejszych wydarzeń. Było to diametralnie różne od tego, co sądziłem o eks-prezydencie. Zresztą nie widziałem początku strajku. Do Trójmiasta przybyłem nieco później, ze Szczecina, w którym stanąłem na dłuższy popas i który znałem znacznie lepiej. W obu miastach miałem kolegów, przeważnie zwiadowców WOP ale i także działaczy opozycji. Znałem także późniejszych komendantów WUSW. W Szczecinie gen. Jarosława Wernikowskiego i gen. Jerzego Andrzejewskiego w Gdańsku. O ile jednak ceniłem Wernikowskiego to z Andrzejewskim żyłem na wojennej stopie. Pamiętam pierwsze spotkanie. Przekazałem generałowi pozdrowienia od płk. Majewskiego, który wiedząc, że wybieram się do Trójmiasta o to prosił. Obaj oficerowie, jeszcze w czasach, gdy byli funkcjonariuszami BP realizowali różne “akcje dochodowe”. Komendant popatrzył na mnie jak wąż na mysz. Wymieniliśmy jakieś zdawkowe nieuprzejmości. Miało to ten skutek, że przy następnych wizytach w WUSW napotykałem na trudności w otrzymywaniu materiałów dotyczących spraw, o których chciałem pisać. Odniosłem wrażenie, że kindersztuba Andrzejewskiego w porównaniu z Wernikowskim ma się tak jak esprit podwórkowego grajka do Krzysztofa Pendereckiego.

            Z pobieżnych obserwacji wynikało, że od początku rewolty dochodziło do niesnasek między Gdańskiem i Szczecinem. Szczecinianie czuli się młodszymi braćmi Trójmiasta. Gdańszczanie nie mogli wybaczyć szczecinianom, że ci ubiegli ich o dzień w podpisaniu porozumienia z rządem. Wałęsa się pieklił. Mówił: To świństwo. Jak się mówiło, że solidarnie, to powinno być solidarnie do końca. Były i ostrzejsze głosy. Ktoś komentował, że postępek szczecinian to: Nóż w plecy “Solidarności”.  Wyraźnie rysowała się, podsycana przez specsłużby, wojna Trójmiasta ze Szczecinem. Stawiano, że Gdańsk to był Wałęsa i tylko Wałęsa, a Szczecin to Jurczyk i nikt inny. Obaj aktywiści starali się sprawiać wrażenie, że są jak papieże w Kościele, taka świętość od nich biła (w latach 1378 – 1408 w Watykanie i w Avignon Kościołem władała dwójka papieży). W końcu masy, media i specsłużby opowiedziały się za Wałęsą. Jurczyk został zmarginalizowany. A wówczas w Gdańsku zamustrowałem się w Kaszubskiej Brygadzie WOP. Chciałem zobaczyć czy strajki wpływają na sposób pełnienia służby przez WOP. Wopiści mieli dobre kontakty w portach i stoczniach. Nie miałem problemu z poruszaniem się. Był to swoisty teatr strajkowy, dell’arte codzienności. Widziałem pisarzy i kwiat reporterów polskich próbujących “dać świadectwo prawdzie”. Oprócz Kozickiego nie znałem ich osobiście. Czytywałem ich reportaże, aby się czegoś nauczyć od mistrzów. Była tam Małgorzata Szejnert, byli Ryszard Kapuściński, Wojciech Giełżyński, Ernest Skalski, Mariusz Ziomecki i inni. Później przyjechał Andrzej Wajda, aby kręcić. Dziełem reporterów była pasjonująca (na ówczesne czasy) książka Osiemnaście długich dni (wydana w serii Ekspres Reporterów, KAW 1980). W Gdańsku bawiłem krótko. Szybko odwołano mnie do Warszawy i zabroniono pisać cokolwiek na temat strajku. Dopiero później gen. Jura zmienił zdanie (szerzej na ten temat piszę w Tajnej historii mojego życia). A teraz, na Ursynowie siedziałem z bohaterką tamtych wydarzeń: – Pani Aniu, nienawidzi pani Wałesy! Dlaczego? Nienawiść rozgrzewa serce, ale mrozi umysł. Nie otrzymałem odpowiedzi, ale i tak zapowiadała się pasjonująca konfrontacja tego, co wiedziałem z relacją jednej z najaktywniejszych uczestniczek wydarzeń lat 80. Zapytałem o niesnaski między Wałęsą i Jurczykiem. Wiedziałem, z czyjej inspiracji szczecinianin mógł, w rozmowie z autorami książki Szczecin. Grudzień, sierpień, grudzień Małgorzatą Szejnert i Tomaszem Zalewskim, oskarżyć Wałęsę o zdradę. Oto zapis reporterów: Wałęsa zdradza interesy klasy robotniczej! – Jurczyk podnosi głos, prawie krzyczy. – Jak tak dalej pójdzie, ta polityka ustępstw, zaprosimy w końcu ich dwóch, Wałęsę i Wądołowskiego (uczestnik wydarzeń z 1970 r. w Szczecinie i rewolty lat 80., wiceprzewodniczący regionu i komisji krajowej “S”), do nas do stoczni – niech się tłumaczą przed załogami!  Pani Ania nie chciała na ten temat rozmawiać. Zwekslowała rozmowę na Wałęsę. Oskarżała go o zdradę, która niczym zadra tkwiła w jej duszy. Jak każdy zarozumialec, coś tam bełkotałem. Tłumaczyłem, że oskarżenia niesłuszne bolą najbardziej. Powoływałem się na psychikę ludzi będących w strajkowym stresie przekonywałem, że każdy może różnie widzieć te same wydarzenia, różnie je oceniać, rozmaicie interpretować. Psychologia opisuje takie zjawiska. Na podparcie tych słów wyciągnąłem kserokopię dedykacji Wałęsy dla Gierka (na książce Droga nadziei) i przeczytałem: Co do Pańskiej sugestii i zaprzeczenia, że byłem człowiekiem Kowalczyka (SB) oświadczam panu i zrobię to publicznie jak będzie trzeba, iż nigdy nie byłem i nigdy na nikogo nie donosiłem do SB. Prawdą natomiast jest iż po pamiętnym “pomożecie”, którego ja byłem współautorem, kilkakrotnie przeprowadzano ze mną przesłuchania w komisariacie i wiele ze mnie wyciągnięto, ale tylko w kontekście politycznym a nie donosicielskim (…).  W sierpniu 1980 r. ludzie Kowalczyka próbowali wydostać mnie ze stoczni pod pretekstem ważnych rozmów z Panem. Ja się zgodziłem. Oni Panu zameldowali myśląc iż uda im się mnie zastraszyć lub szantażować (tak przypuszczam). Natomiast ja po paru dniach zwłoki wzmacniając strajk, wyprosiłem tych panów ze stoczni. Tak to nie po raz pierwszy i myślę że nie ostatni rozegrałem partię pokiera. (tak w oryginale – H.P.).  

            Walentynowicz szybko sprowadziła mnie na ziemię. – Panie Henryku! Albo prawda, albo psychologizowanie – powiedziała. – Widzi pan, strajk sierpniowy to była dla nas najpoważniejsza w życiu sprawa. Myśmy już wówczas powiedzieli sobie: jeśli nie teraz, to kiedy? Jeśli nie my, to kto? Nikt inny tego zrobić nie może. A nie można tego nie zrobić. Tyle razy już zaczynano. My również. W 1970 r. też zaczynaliśmy. Biliśmy się jak powstańcy Spartakusa. Przegrywaliśmy jak zawsze. Okłamywano nas stale. Obiecywano złote góry. My opłakiwaliśmy zabitych. Władze urządzały fety. Tym razem powiedzieliśmy – dość tego! Jeśli tego nie zrobimy, to będzie wielkie świństwo. A “Bolek” chciał zakończyć strajk po uzyskaniu od dyrekcji zapewnienia, że sytuacja się poprawi, że uzyskamy podwyżkę płac, że przyjmą mnie i jego do pracy, że w zakładzie powstaną związki zawodowe na starych, ale poprawionych zasadach. Wałęsa w gruncie rzeczy jest leniwy. A lenie zawsze wolą zwalić robotę na kogoś innego. Tak było i tym razem. Władze stoczni chciały poprzestać na obiecankach. No to my z Aliną powiedziałyśmy “Bolkowi”: Stop, kolego! Chcemy czegoś więcej. OK? I w te pędy pobiegłyśmy na bramę. Udało nam się zatrzymać wychodzących robotników. Ale część już wyszła. I Wałęsa, o dziwo! zrozumiał o co chodzi.

            Nie mogłem zaprzeczyć słowom pani Ani. Znałem te opowieści. Sprawdziłem je. Jako żywo przypominały mi panią Sułowską z pamiętnika Paska, która nawymyślała niegdyś królowi Janowi Kazimierzowi zmuszając go do zmiany decyzji. Teraz bełkotałem o dalekowzroczności Wodza. Mówiłem, że w 1980 r., w którym nareszcie uśmiechnęło się do Polaków szczęście i świat odwrócił się do nas dobrą stroną, liczyło się doświadczenie. I Wałęsa doświadczenie miał.  Bo tak w życiu jest, że dziewczyna będzie zawsze pamiętała pierwszego chłopca, rzeźnik pierwszą zaszlachtowaną świnię, agent pierwszego zdradzonego przyjaciela, a rewolucjonista  pierwszą przegraną rewoltę. Nie można wykluczyć, że Wałęsa w sierpniu miał przed oczami grudzień ’70 i stąd powściągliwe kunktatorstwo. Dopiero niedawno Wałęsa, w rozmowie z Magdaleną Rigamonti (Newsweek, 21-27. 11. 2011 r.) wyjaśnił: Niebiosa mi pomagały. Podejmowałem jakąś decyzję i okazywała się fenomenalna. Na przykład o przerwie w strajku. Bo przecież w tym pierwszym komitecie byli ludzie podstawieni, nasłani. Nie panowałem nad nimi. Kiedy po dwóch dniach poddaliśmy strajk, to ci podstawieni pouciekali. I wtedy dobrałem swoich ludzi, m.in. Walentynowicz, Gwiazdów, i dzięki temu mogłem dalej prowadzić walkę. Kto chce, niech wierzy, ja nie potrafię się do tego passusu ustosunkować. Nie wiem, ile prawdy musi pozostać, a ile należy ściąć, aby opowieść była do przyjęcia. Trudno rozeznać, kiedy Wałęsę ogarnął wieczny niepokój samouwielbienia (teraz ma do Wajdy pretensję, że to zasygnalizował w filmie o nim). Wszystko wskazuje, że stało się to wówczas, gdy Wódz, który jeszcze nie wiedział, że jest wodzem przełamał się pod wpływem Pińkowskiej oraz Walentynowicz i odwołał odwołanie strajku postanawiając walczyć o wszystko.    

            Walentynowicz kontynuowała: – Ciągle nas prowokowano. Pamiętam takiego kadrowca. Agenta bezpieki, jak nic. On przemawiał na strajku. Kajał się. Był w tym obrzydliwy. Nie wytrzymałam. Wskoczyłam na platformę i powiedziałam, że ten skurwysyn wyrzucił mnie z pracy, gnębił nas całe lata. Musiałam go potem bronić, aby go ludzie nie rozszarpali. I jeszcze jedno. Wałęsa bardzo często znikał nam z oczu. Nie wiedzieliśmy, gdzie jest. Pomyśleliśmy tak: jeżeli nie ma go z nami, a robiliśmy przecież coś dobrego, to może jest gdzie indziej i robi coś złego. Nas, wiedzących, co chcemy, było na początku mało. Byłam ja i Alina. Był Gwiazda. Najlepiej przygotowany do tego, co zamierzamy zrobić. Był B. Lis, K. Wyszkowski, B. Borusewicz, L. Kaczyński i ten okropny dyletant Wałęsa. Straszliwie sprytny. Wyczuwający nastroje tłumu. Potrafiący na poczekaniu, w zależności od sytuacji, zmienić zdanie. Nie tracił kontaktu z ludźmi. Miał jakiś szatański instynkt rasowego populisty. Tłum mu wierzył. Szedł za nim. A nie za znacznie mądrzejszym, lepiej przygotowanym, mającym dużą wiedzę Gwiazdą.

– Tak, jeżeli chodzi o radykalizm, zaciekłość, ekstremizm Wałęsa przy Gwieździe był niczym księgowy przy Alu Capone – przyznałem. Moja rozmówczyni była w transie, ciągnęła: – Wałęsa  podczas głosowania  potrafił mierzyć czas trwania oklasków dla niego i jego konkurentów. Z takim typem Gwiazda nie miał szans. Tak zaczął się Sierpień ’ 80. Na początku o mało nie storpedowany przez “Bolka”. Wałęsa uważał, że możemy się obejść bez pomocy innych. Bez pomocy świata. Jemu wystarczą doradcy. Mylił się bardzo. Chciał nam narzucić swoją wolę. Było coś dziwnego w jego postępowaniu. Wierząc w swoją szczęśliwą gwiazdę i kontakty, o których nic konkretnego nie wiedzieliśmy, ale się ich domyślaliśmy, dążył do arbitralnych rozstrzygnięć wedle swego widzimisię. Myśmy dążyli do rozszerzenia skali konfliktu. On do jego zwężania. Myśmy chcieli wciągnąć świat do naszej walki. On przekonywał, że to jest niepotrzebne. I tu mylił się jeszcze bardziej. Naszą szansą było rozchwianie świata w taki sposób, aby świat wsparł naszą walkę, aby nam pomógł. Wierzyliśmy, że nam się to uda. Przecież gdybyśmy byli osamotnieni, wcześniej czy później komuna by nas zdusiła.

            Walentynowicz mnie nie przekonała. Zbulwersowałem się też stosunkiem “Sumienia Solidarności“ do KOR-u. Wedle mnie był to stosunek bardzo wrogi. Podejrzewałem nawet wpływ ks. Jankowskiego, który uważał, że KOR to Żydzi, a Żydzi to wszystko zło, o czym świadczą Protokoły Mędrców Syjonu. Zdziwiłem się, że Danuta Wałęsowa inaczej ocenia działalność Walentynowicz, pisząc: Uważam, że pani Ania  była narzędziem w rękach części, jeśli można tak określić, grupy warszawskiej. Po strajku u niej w domu mieszkał Kuroń. Odbywały się tam poufne narady tej grupy. Ona potrzebowała autorytetu, więc go znalazła. Strajk wybuchł oczywiście z powodu zwolnienia pani Ani z pracy w stoczni. Ale strajk jej nie wyniósł. Wyniósł Wałęsę. Oni, wystawiając panią Anię przeciwko mojemu mężowi, potraktowali ją instrumentalnie. A ona poczuła, że jednak coś może, ma jakiś wpływ. Wydaje się, że w ten sposób zrobili jej krzywdę. Można zadać pytanie, gdzie byłby dzisiaj Wałęsa, gdyby nie “grupa warszawska”? Czy bez intelektualistów, mających w większości rodowód z KOR-u, możliwe byłoby powstanie “Solidarności”? No tak, był jeszcze Kościół! Ale czy Kościół był w stanie zbudować Wolne Związki Zawodowe?  W przymierzu z Kościołem można było, co najwyżej zbudować sodalicję mariańską. Kościół nie mógł organizować strajków, manifestacji, wznosić barykad. Mógł te działania jedynie popierać. I Kościół to robił.

            A wówczas, mówiłem pani Ani: przestudiowałem może tysiąc, może dwa tysiące różnych dokumentów służb specjalnych i partyjnych. W żadnym z nich nie znalazłem śladów, że Wałęsa uległ namowom władz i sprzeniewierzył się ideom “S”. Jeżeli pani nie wierzy mnie, to może uwierzy pani przedstawicielom Kościoła. Mam tu 40 tajnych dokumentów zawierających relacje z posiedzeń Komisji Wspólnej przedstawicieli rządu i Episkopatu. I co z nich wynika? Oto sprawa Wałęsy była omawiana aż 44 razy. Każdorazowo wysocy przedstawiciele Kościoła wstawiali się właśnie za Wałęsą, a nie za innymi przedstawicielami opozycji. Po razie, ale na marginesie istotnych spraw, wymieniono nazwiska Bujaka i Frasyniuka i raz Jurczyka w kontekście jego przemówienia (sierpień 1980 r.), w którym oświadczył on: …że ma zapewnienie Kościoła, że nie będzie interwencji radzieckiej  Zniesmaczyło to władze straszące naród Układem Warszawskim. Moje słowa ściekały po pani Ani jak woda po kaczce.

 

PS

Więcej na ten temat w: Wałęsa i…Kryptonim „Bolek”. Operacja tajnych służb MON i MSW. cbwydawnictwo@home.pl

WAŁĘSA I STRAJKI

Tylko mam jedną prośbę: uszanuj naszą inteligencję i nie mów, że chciałeś o nim napisać prawdę.

                                                           Janusz Głowacki

 

Na początku był wielki gniew. Wprawdzie z telewizora błyskało, że sytuacja jest dobra ale nie beznadziejna, bo krowy były tłuste, a wieprze zadowolone, tylko ludzie, nie wiedzieć dlaczego, świń nie utożsamiali z trzodą chlewną, a z komitetami partyjnymi i z SB. 14 sierpnia 1980  r. Wałęsa stanął przed murem, który  ludzie bez powodzenia usiłowali przebić głową. Wałęsa go przeskoczył!!! Zaraz po tym ucichł klangor żurawi stoczniowych a rozległy się okrzyki wzywające do rewolty. W ślad za tym zabulgotało Trójmiasto. Potem zafurkotał cały Peerel. Pomyślałem, że natężonego ambicją znanego prowodyra Wałęsę, wraz z gronem doradców, którzy wprowadzali robotników w sposób zwykły w świat niezwykły, czeka trudne zadanie. Trzeba przekonać masy, że warto się bić. Bo może nie skończy się to tak, jak w czerwcu i październiku 1956 r., w marcu 1968 r., w grudniu 1970 r., w czerwcu 1976 r.? Wychowany na Polakach-doprzodowych myślałem, że zobaczę sukces Polaków-zwyklaków, tak jak własne uszy bez zwierciadła. Ciekaw byłem, czy robotnicy, wsparci inteligencją, którą można utożsamiać z dawną szlachtą, poradzą sobie lepiej. Nie wiem czy doradcy cytowali Wałęsie słowa Zygmunta Krasińskiego: Jeden tylko, jeden cud: / Z szlachtą polską polski lud, / Jak dwa chóry – jednio pienie!  Wiem, że Krzysztof Pomian pisał: “Solidarność” nie mogłaby się pojawić, osiągnąć swych celów, ani zaspokoić oczekiwań, jakie się w niej pokłada, bez udziału inteligencji.

            W powojniu połączenie “roboli” z jajogłowymi było nowością w awanturach z władzą. Do tej pory obie klasy walczyły oddzielnie. Robotnicy pięściami, intelektualiści – rozumem. Nie chcę powielać odpowiedzi. Ktoś powiedział, że autor powinien być głupszy od swoich książek. Dlatego redaguję komunikaty. Chciałem, aby dokumenty i cytaty były prawdziwe a opinie i komentarze wolne. Przypuszczałem, że doradcy będą musieli przekonać masy, jak przejść od kościoła komunizmu do kościoła kapitalistycznego. Gdyby w sierpniu 1980 r. doradcy powiedzieli ludziom prawdę, w jaki sposób zamierzają ich urządzić, nikt by za nimi nie poszedł. Musieli łgać. Można to było osiągnąć tylko w jeden sposób. Trzeba było, aby ludzie uwierzyli, że mają do czynienia z wybitnym przywódcą, z kimś na kształt Boga, który ich poprowadzi do ziemi obiecanej. Należało takiego kandydata znaleźć. I choć aspirowało wielu wybrano Wałęsę, bo jak twierdziło pospólstwo – Wałęsa miał w sobie to coś, co umysł ludzki rozjaśnia i do klękania skłania. Działał jak hipnotyzer. Przerabiał człowieka w medium. Boskość Wałęsy miała się dokonywać poprzez opanowanie tłumów. Tak jak boskość Castro, Kim Ir Sena, a nawet Lenina. Udało się. To doradcy, media i służby specjalne są temu winne. Wciągając do zabawy krajowe i zagraniczne ośrodki propagandowe, sprawili, iż masy myślały, że:

            Lech Wałęsa to osoba niebywale sympatyczna

            Lech Wałęsa to osoba nieprzeciętnie inteligentna

            Lech Wałęsa to osoba niezwykle utalentowana

            Lech Wałęsa to osoba niespotykanie miła

            Lech Wałęsa to osoba prawdziwie szczera

            Lech Wałęsa to osoba wyjątkowo błyskotliwa

            Lech Wałęsa to osoba bardzo przyjacielska

            Lech Wałęsa to osoba zniewalająco urodziwa

            Lech Wałęsa to osoba całkowicie bezinteresowna

            Lech Wałęsa to osoba niesłychanie dowcipna

            Lech Wałęsa to osoba nad wyraz skromna

            Lech Wałęsa to osoba dająca się lubić

            Lech Wałęsa to osoba zdolna poprowadzić do zwycięstwa.

            Żaden z tych sloganów nie był prawdziwy – z wyjątkiem ostatniego. Ale ludzie uwierzyli. Okazało, że masy wierzą nie w to, co widzą, a w to, w co chcą wierzyć. Nie wiem, jak to się stało. Czasem nie można powiedzieć prosto, o co chodzi, w ogóle nie można tego wyrazić w zdaniach mających sens logiczny. Wydawało mi się, że Wałęsa, który przez całe życie, aż do sierpnia 1980 r., rzucał kamienie z upoważnienia, choć raz chciałby coś zrobić bez pozwolenia. I zrobił, i mówił: Nie wiem, czy jestem przywódcą, ale gdy tłum milczy, rozumiem, co chciałby powiedzieć, i sam to mówię. A z okazji trzydziestej rocznicy Sierpnia ’80 skromnie zauważył: …ja tylko walczyłem o możliwości. Wywalczyłem ją i przekazałem narodowi to zwycięstwo. Ja mogłem być jeszcze lepszy niż Castro, Kim Ir Sen czy nawet Lenin. Ja to potrafię, mogłem wodzem być. Przyznaję, III RP bez Wałęsy byłaby tylko olbrzymią dziurą w przestrzeni, jak staw Moneta pozbawiony lilii.

***     

            Był środek lata. Gniew narastał u Wałęsy i u innych. W połowie sierpnia 1980 r. w Stoczni im. Lenina w Gdańsku wybuchła “Solidarność” obiecująca ludziom promienną przyszłość. Było jak u Lenina: Rządzący zdawali sobie sprawę, że nie dadzą rady rządzić starymi metodami, a rządzeni nie chcieli już dopuścić, by rządzono nimi feudalnymi sposobami. To zachwiało zdrowiem psychicznym mieszkańców Peerelu. Szybko okazało się, że 10 milionów Polaków choruje na wolność. Umyśliłem, aby sprawdzić, czy marzenia o wolności mają szansę powodzenia. Był to zamiar bardziej zgubny niż promieniowanie radioaktywne po wybuchu w elektrowni atomowej w Czernobylu. Miejsce wybrano właściwie. Trójmiasto było dobre do rozpoczęcia zbiorowego samobójstwa. Robole, jak ich nazywała elita partii robotniczej, ruszyli na skostniałe łby nomenklatury. Przewodził Wałęsa. Był przysłowiową złotą rączką. Mówiono, że potrafi zrobić wszystko, od piramidy do piramidonu. Teraz próbował strajku. Sprawiał wrażenie rozgwieżdżonego, rozświetlonego, niesionego entuzjazmem mas, ale równocześnie wsobnego, rozgubionego. Jednak w jego oczach była pasja. Rodzaj obłędu. Od zarania strajku budził gwałtowne namiętności.

Lgnęły do niego kobiety. Panny i mężatki chciały go zagospodarować. Noszony na ramionach robotników sprawiał wrażenie, że lewituje. Ale jednocześnie rozniecał zawiść aktywistów, że to nie oni są noszeni. Jego głos był tak silny, że docierał do najodleglejszych zakątków. Przekonywał, że w Peerelu jest za dużo niedopasowania do ludzkich potrzeb. Zgarniał niedopasowanych do socraju i zespalał “Solidarność”. Walka i życie szło z nim razem. Chwilami było tym samym. Partia zawyła i zaczynała truchleć. Na obradach Biura Politycznego KC PZPR (26 sierpnia 1980 r.) I sekretarz Gierek powiedział: Stoczniowcy kiedyś będą się wstydzić, że dali się nabrać szubrawcom politycznym (chodziło o doradców Wałęsy – H.P.). Wtórował mu gen. bryg. prof. Jabłoński (przewodniczący Rady Państwa): …trzeba ich obnażać, nawet zrobić wywiad z tym łajdakiem Wałęsą.

              “Łajdaka” znałem z wydarzeń grudnia 1970 r., opowieści zwiadowców z Trójmiasta i Pożogi oraz z dokumentów. Obserwując jego publiczne wystąpienia, bałem się, że frenetyczny tłum wtargnie na platformę, z której często przemawiał i schrupie go razem z kościami. Wałęsa potrzebował mas tak jak wieloryb potrzebuje oceanu. Nie cierpiał samotności. Kochał tłumy. Uważał, że samemu to się można ogolić. Własne oracje nakręcały go bardziej niż skrzynka piwa, flaszka wódki lub hoża cycatka. W jego oczach czaił się spryt i chłodne wyrachowanie. Tak mógłby wyglądać bies przebrany w skórę stoczniowca. Spoglądał na tłum z góry, z dystansem i spokojem niczym tybetański lama, kapłan woodu lub sekretarz z trybuny pierwszomajowej.

                                                           ***

Leszek Kołakowski powiedział kiedyś, że wielki człowiek to taki, który nikogo innego nie przypomina. Wszedłem akurat do księgarni. Na półce zobaczyłem Finnegans Wake Jamesa Joyce’a. To w sam raz dla prostego grafomana piszącego o Lechu Wałęsie – pomyślałem i zacytowałem: …toż e on jest a nikt on inny tym który w ostrachtecznosci będzie odpunchwiedzialny za hubhubpowiedziany czas ten w Edenborough.

            Telle lege! Weź i czytaj. Zrozumieliście wszystko? No to zrozumiecie i Wałęsę. On naprawdę nikogo nie przypomina. Jest niepowtarzalny… A że wszystko skończyło się tak jak skończyło, czyli strzałami no społeczeństwa to inna sprawa.

Post fatum:

W porywie patriotycznym, niektórzy ludzie oskarżają Wałęsę o wszystko to, co najgorsze. W patriotycznym porywie chcą rozstrzelać jego imię, jego cienie, pamięć o nim…

Uf! Patriotyzm rodzi czasem potwory.

            Więcej na ten temat w: Wałęsa i… Kryptonim „Bolek”. Operacje tajnych służb MON i MSW oraz Strzały do Jana Pawła II i narodu.  Wydawnictwo CB, Warszawa 2012 i 2013.

 

P.S.

Piszecie mi: ”Piecuch! Wiesz więcej niż napisałeś!”

Może macie rację. Może wolicie czytać autorów, którzy wiedzą mniej niż napisali. Może was to zadawala?… Bo, mnie śmieszą elukubracje np. profesorów Jerzego Wiatra i Andrzeja Romanowskiego próbujących oszałamiać społeczeństwo operacją „Karkonosze”, w której jakoby zaplanowano podział Polski na trzy strefy okupacyjne („GW” 6-7 lipca 2013). Jako zwolennik tezy Oskara Wilde’a twierdzącego, ze można uwierzyć w to, co niemożliwe, ale nie da się uwierzyć w to, co nieprawdopodobne, powiem tak, i napiszę to wielkimi literami, bo obaj profesorowie są głusi na znane fakty:

OPERACJA „KARKONOSZE” BYŁA TYPOWYM MYŚLENIEM ŻYCZENIOWYM CZECHOSŁOWACKICH GENERAŁÓW, CHYBA NAJGŁUPSZYCH W CAŁYCH DEMOLUDACH. NIGDY NIE WESZŁA W FAZĘ PRZYGOTOWAŃ Z WOJSKAMI. NIE BYŁA NAWET ZLECONA DO SZCZEGÓŁOWEGO OPRACOWANIA OPERACYJNEGO.

 

 

POWSTANIE WARSZAWSKIE

Kilka uwag na marginesie

 

Udajemy, że Polacy-zwyklacy byli zawsze w porządku. Nie jest to nieprawda, bo często nie zdajemy sobie sprawy, że mieszkamy w kraju, którego 1/3 powierzchni to tereny przez stulecia należące do innego państwa; że druga wojna pozbawiła nas nie tylko wielokulturowości, ale także złudzeń jak wspaniałym narodem jesteśmy; że komunizm usiłował nam zabrać duszę, co na szczęście się nie udało, m.in. dzięki Kościołowi, ale… Zadziwia brak krytycyzmu, zadziwia hołdowanie klęskom narodowym.

Jedną z najbardziej czczonych rocznic jest rocznica związana z Powstaniem Warszawskim. Uważam, że między składaniem hołdu poległym a gloryfikowaniem ludzi, którzy doprowadzili do tragedii mieszkańców Warszawy i zagłady miasta powinna być istotna różnica.

Walczącym Gloria victis. Przywódcom – gest Kozakiewicza!!!

Czas zdemaskować część narodowych mitów. Władysław Bartoszewski mówi w “Die Wellt”, że w czasie okupacji niemieckiej: Jeśli ktoś się bał, to nie Niemców. Gdy niemiecki oficer zobaczył mnie na ulicy i nie miał rozkazu aresztowania, nie musiałem się go obawiać. Ale gdy sąsiad Polak zauważył, że kupiłem więcej chleba niż normalnie, wtedy musiałem się bać.  Zaś Cezary Michalski przypomina, że w czasie Powstania Warszawskiego niektórzy cywile bardziej się bali akowców niż Niemców.

Nasza nowożytna, zorganizowana państwowość powstała na początku XVI wieku. Mieliśmy wówczas sukcesy. Jednak szlachecki system republiko-monarchiczny zaczął się rozpadać zanim państwo okrzepło. To doprowadziło do zaborów. Pomysł roznegliżowania Rzeczypospolitej nie wylągł się w głowach wrogich władców. Pomysł rozbiorów powstał w głowach les philosophes, od których ideę kupili monarchowie.

Od tego czasu zajmowaliśmy się cierpiętnictwem, kłótniami i wzniecaniem przegranych powstań. Nasza wspólnota narodowa jest odświętna, żałobna, cmentarna. Datowana od porażki do porażki. A ród ludzki nie ceni porażki. Przegrane wyzwalają popędy sadystyczne. Powstanie kościuszkowskie (1794) przyczyniło się do likwidacji państwa w III rozbiorze, ale generała Kościuszkę awansowaliśmy do rangi bohatera narodowego, a konfederata (1792) generała Henryka Dąbrowskiego wpakowaliśmy do Mazurka Dąbrowskiego. Powstanie listopadowe (1830-1831) doprowadziło do zniknięcia półautonomicznej namiastki Polski. Powstanie styczniowe (1863-1864) skończyło się rusyfikacją i likwidacją ostatnich polskich instytucji, a wybuchło z powodu zagrożenia dla konspiratorów. Powstanie Warszawskie (1944), zwane największą bitwą II wojny światowej, spowodowało całkowite zniszczenie miasta i przyniosło prawie 200 tysięcy ofiar.

Pasjonując się zabobonami zapominamy, że mit polityczny jest afabulacją, deformacją lub interpretacją, obiektywnie podważalnej, rzeczywistości. Ale jako opowieść legendarna pełni funkcję wyjaśniającą, dostarczając kluczy do zrozumienia teraźniejszości, tworząc siatkę podporządkowując niepokojący chaos faktów i wydarzeń. A mitów ci u nas dostatek. Bo: wojny tureckie, kozackie i szwedzkie (Trylogia). Konfederacja Barska, Kościuszko i Legiony, Listopad i Styczeń, sybiracy i wygnańcy. Pierwsze odzyskanie niepodległości, ale zaraz Wrzesień, “nóż w plecy” i Katyń, Monte Cassino, obozy, Gułag i rozstrzeliwania (literatura martyrologiczna). Potem polskie miesiące: Czerwiec i Październik, Sierpień i Grudzień, drugie odzyskanie niepodległości…

Jeżeli chodzi o mity, nasz charakter jest niczym sztorm wokół przylądka Horn. Wszystko błyskawicznie ulega zbrązowieniu, zmarmurzeniu. Emocjonalny ładunek matecznika archetypów czasami budzi niepokój. Może eksplodować w rękach demagogów sprowadzając nieszczęścia.

Żaden inny naród nie miał tylu nieudanych powstań i klęsk. Ciągle odwołujemy się do martyrologii. Hołdujemy Conradowskim fanaberiom, że trzeba być wiernym przegranej sprawie. Mając do wyboru Lalkę albo Trylogię wybieramy Sienkiewicza. Nie uznając pozytywnego bilansu ostatniego dwudziestolecia przekonujemy, że historia odnotowuje przypadki, kiedy rzeczywistymi zwycięzcami są pokonani. Zawołanie Gloria victis – chwała zwyciężonym, dobre na dzień zaduszny lub wszystkich świętych, nie pcha kraju w kierunku progresywności. Wrogowie nowoczesnego państwa tęsknią za lamentowaniem, krwawiącym sercem, desperacją, kwileniem, uskarżaniem się, odchodzeniem od zmysłów, spazmowaniem, kwękaniem, marudzeniem, biadaniem, jęczeniem. To orgia prostactwa. Indywidua, nadużywając niebezpiecznych narkotyków – alkoholu i chrześcijaństwa nie zdają sobie sprawy z własnej wulgarności, której szczytem jest to, że nie wstydzą się nazywać Prawdziwymi Polakami. Na takie dictum de omni et de nulle (twierdzenie o wszystkim i o niczym) może skutkować powiedzenia Przecława Smolika – Przywdziej kontusz, rycz “Polska”… i  urżnij się zdrowo.

Chęć przybliżenia raju na ziemi prowadzi do ustanowienia piekła. Pompowanie narodowego mistycyzmu – mówi Eustachy Rylski – jakąś tanią transcendencją bardzo bolesnej kraksy komunikacyjnej, wynikającej z kompleksów, frustracji, nonszalancji, braku wyobraźni, podwórkowej brawury i podręcznikowej wręcz niekompetencji, jest nonsensem. Jesteśmy narodem parafialnych megalomanów. Nasz naród do szczęścia nie potrzebuje sukcesów. Nasz naród do życia potrzebuje nieszczęścia. Tu pod klawisze ciśnie się wers Krasińskiego: Gdy narodu duch otruty – to dopiero ból bólów. Wiele mówiąc o Biblii nie uznajemy słów Księgi: I przekują swoje miecze na lemiesze (Iz. 2,4 i Mi 4,3).Wysyłamy za pożyczone pieniądze naszych zuchów do Afganistanu, gdzie tubylcy wcale nas nie chcą i spiorą nam tyłki, że hej! Już to czynią. Już pół setki naszych zuchów powróciło na ziemię ojców w trumnach.

            W sprawach historycznych uderza amnezja elit. Zakłamuje się historię. Nawet rozsądni politycy, ale także ludzie mądrzy, często sprawiają wrażenie ignorantów, dyletantów i niedouków. Ludzie nie zawsze chcą zrozumieć, iż im większą wagę narody przykładają do swoich dziejów, do narodu, traktując historię niczym fetysz, tym okrutniej się zachowują. Jest to toksyczne stanowisko. Tym bardziej, że na początku drugiej dekady XXI wieku nad światem zawisł miecz Damoklesa w postaci kryzysu. Wprawdzie może on (w sprzyjających warunkach) sprawić, że ukształtuje się naród europejski. Ale nie można też wykluczyć nieszczęścia – umacniania się państw narodowych, opartych na dzikim nacjonalizmie znajdującym silne oparcie w Kościele antysoborowym, bądź w islamie. Przekonują o tym dzieje Niemiec, Rosji, niektórych państw arabskich.

            Polak Wieczny Dureń – by użyć określenia Aleksandra Małachowskiego – węszący wszędzie działanie tajemniczych sił, łaszący się do kleru, wymachujący sztandarem narodowym z wypisanymi na nim hasłami: Bóg! Honor! Ojczyzna! wierzący w zabobony i ideologie czarnosecinną jest na najlepszej drodze do zbudowania z Kraju Pieroga i Zalewajki modelowego ciemnogrodu europejskiego. Mit Powstania Warszawskiego sprawił, że ówczesny prezydent Warszawy Lech Kaczyński wyasygnował duże środki, aby wybudować pomnik chwały narodu, którego nie załamała klęska – wspaniałe muzeum. Nie starczyło mu już wyobraźni, aby upamiętnić wydarzenia 1989 r., dzięki którym Polska wybiła się na niepodległość i jest dziś bezpieczna jak nigdy.

Przeczytajcie opis powstania widziany oczami zwykłych ludzi. Miasto waliło się na oczach jego mieszkańców jak zużyte dekoracje teatralne. Nie było dokąd uciekać. Znikąd nie było ratunku. Nie tak to miało być. Tego nie obiecywali wodzowie powstania. Przeczytajcie książkę Mirona Białoszewskiego. Przed wojną Warszawa liczyła 1 300 000 mieszkańców, przed powstaniem –900 000, apo powstaniu jedynie 150 000. Przyjrzyjmy się faktom. Powstanie, trwające od godziny 17.00 1 sierpnia 1944 r. do 2 października 1944 r., wywołane przez Komendę Główną AK, zaakceptowane przez Delegata Rządu, upoważnionego do podjęcia takiej decyzji przez rząd RP na uchodźstwie, nie osiągnęło celu. W tych warunkach nie mogło! Klęska była kolosalna (straty powstańców: 10 tys. zabitych, 7 tys. zaginionych, 5 tys. ciężko rannych, do niewoli poszło 16 tys.; zginęło 150-200 tys. osób cywilnych; zniszczono ok. 70 procent majątku miasta). Straty osobowe blisko dziesięciokrotnie przekraczają uszczerbki doznane przez ludność Polski spowodowane przez 45 lat komuny!

            Przeczytajcie tekst Wojciecha Worotyńkiego (Krytyka Polityczna nr, 29). Bo mało kto wie, że w momencie wybuchu walk byli wśród powstańców trzeźwi dowódcy, którzy widząc, że nie ma najmniejszych szans na zwycięstwo postanowili zrezygnować z fabrykowania bohaterów a ratować siłę żywą. W sytuacji, gdy co dziesiąty powstaniec spośród tych, którzy w monecie godziny “W” przystąpili do akcji, miał broń długą, nie mówiąc o broni ciężkiej, której nie było wcale, nierealne było opanowanie 268 strategicznych celów (lotniska, mosty, budynki o znaczeniu militarnym itp.), a bez ich opanowania powstanie z góry przeznaczone było na zagładę. Nic więc dziwnego, że w kilka godzin po rozpoczęciu walk opuściło stolicę prawie czwarta część tych, którzy stawili się na zbiórkach przed godziną “W”. Opuszczano Żoliborz, Ochotę i Mokotów, ale także Wolę i Śródmieście. Powstanie na Pradze zakończyło się już 3 sierpnia. Jakże ironicznie brzmi rozkaz komendanta Okręgu Warszawskiego AK płk. Antoniego Chruściela “Montera” do komendanta głównego AK gen. Tadeusza Komorowskiego “Bora” z 3 sierpnia 1944 r., że: Zamierzam ożywić działania (…) zwłaszcza tam, gdzie są niemrawe. Każę wywiesić flagi narodowe, jako widomą oznakę, że dana dzielnica walczy.     

            Czapki z głów przed ludnością stolicy. Bo waleczność to piękna cecha. Ale ważniejszy jest rozum. I dlatego – bezpardonowy sąd dla organizatorów barbarzyńskiego dreszczowiska, niemającego odpowiednika w dziejach świata!!!

            Zbyt łatwo rozgrzeszamy się zrządzeniem losu. Mówimy: Los może wszystko! Robi, co chce! Spójrzmy, jak nasze skłonności do martyrologii, cierpiętnictwa, masochizmu i męczeństwa widzi Bohumil Hrabal: To właśnie jest interesujące u Polaków, że chociaż zawsze przegrywają, to jednak uważają się za zwycięzców, ponieważ przeklinają – i dlatego są wierzący – tego, kto ich pokonał; To Bóg musi zemścić się na nim za to, że przegrali wszystkie bitwy i wojny. Na tym polega piękno Chopina. Zresztą piękno to nie jest to słowo, to przecież padół łez. Chopin… Jak tylko zacznie grać, już chce się człowiekowi beczeć, i nawet te mazurki to coś takiego, że tańczy się przy nich mniej więcej tak, jak Nerudzie z tą śliczną panną, która skoczyła na chwilę do domu, bo umarła jej mamusia.

Czy takimi rezultatami można się szczycić?       Hanna Kral przekonuje, że świat polega na tym, że jedni ludzie chcą zabić drugich ludzi, a ci drudzy ludzie starają się nie być zabici. Ekipa kierująca Polskim Państwem Podziemnym musiała sobie zdawać sprawę z tego, że wywołując powstanie popiera de facto ludojadów – Stalina i Hitlera. Ci ludzie wiedzieli, jaki jest stosunek Stalina do Polski i Polaków. Było przecież po pakcie Mołotow – Ribbentrop. Nie było tajemnicą, że w czasie wielkiego terroru w Sowietach poddano eksterminacji 600-tysięczną grupę Polaków. Polacy ginęli czterdzieści razy częściej niż przedstawiciele innych narodów. Była to największa czystka etniczne międzywojnia. Decyzję o wybuchu powstania podjęto, gdy było już po Teheranie i różnych pociągnięciach generalissimusa, w tym po zerwaniu stosunków z rządem RP na uchodźstwie. W Sowietach działały już ZPP i Polskie Siły Zbrojne. A PKWN świadczył, że Sowieci, odrzucając plan ortodoksów z byłej KPP utworzenia z Polski 17-tej republiki radzieckiej mieli własny plan. Stalin wyrażał się tak jasno, że rozum przyzwoitych ludzi wzdragał się przed zrozumieniem jego słów.

Czy decyzja rządu RP na emigracji była rezultatem zaślepienia politycznego? A może spowodowana była działalnością agentów sowieckich, od których roiło się w Londynie? Można się zastanawiać, że skoro u nas martyrologia znaczy więcej niż filozofia, a zabobony więcej niż socjologia, to czy można mieć pretensje do polityków i wojskowych, że wysłali naród na rzeź a miasto skazali na zagładę? Dla polskich polityków w Londynie taka decyzja była prosta. Dla społeczeństwa tragiczna. Decydenci zawsze mogą powiedzieć: nigdzie nie jest powiedziane, że wszystko musi mieć szczęśliwe zakończenie. Nie zawsze jest tak, że dobrzy dostają to, na co zasłużyli, a źli zostają ukarani i wszystko toczy się w najlepszy możliwy sposób w najlepszym ze światów. Jeśli ktoś tak myśli, to ulega iluzji.

            Więcej na te tematy w Tajnej historii mojego życia…