Wszystkie wpisy, których autorem jest henryk_piecuch

AFERA PODSŁUCHOWA, czyli cd LOTU NAD SZPIEGOWSKIM GNIAZDEM

Wybaczcie zboczenie z tematu, ale sprowokowany dziejącą się aferą podsłuchową wybieram odpowiedni fragment z niepublikowanej jeszcze książki „Lot nad szpiegowskim gniazdem”. Myślę, że rzuci nieco światła na to, co się dzieje w naszej polityce i służbach specjalnych.

Że istnieją szpiedzy Rosyjscy o tym chyba nikogo nie trzeba przekonywać. A tymczasem kiedyś nasz agent – nielegał, który w 1973 r. skończył studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim i na polecenie gen. M. Milewskiego został zwerbowany przez wywiad MSW,  który nie posiadał nawet stopnia w MSW, pracujący od 1975 r. w USA pod przykrywką pracownika centrali handlu zagranicznego Metalexportu, Marian Zacharski, spokojnie, za niewielkie pieniądze kupował największe tajemnice przemysłu zbrojeniowego Ameryki, wzbogacając potęgę militarną Związku Sowieckiego.

Tak, tak, Zacharski to mistrz wywiadu. Był wierny Peerelowi, ale po transformacji w 1989 r. uznał przemiany i zrobił wiele dobrego angażując się bez reszty w budowę nowych służb III RP. W pewnym momencie, przy sprawie „Olina” coś tam nie wyszło. Coś zazgrzytało. Być może zderzyły się dwie kombinacje operacyjne, Polska i Rosyjska i być może górą byli metasowieci…

Zacharski i jego koledzy zorganizowali niezłą kampanię przeciwko FSR, a w aferze „Olina” doszli do źródła, ale wody nie pozwolono się im napić. Byli oficerowie KGB mieli w tajnych służbach III RP zapewne solidne umocowanie jeszcze z okresu szefa KGB w Polsce gen. Pawłowa. Na pewno w MSW i nie tylko mieli „kreta”, chyba niejednego. Na początku lat dziewięćdziesiątych ostrzegałem w ogłaszanych książkach, że agentura KGB może liczyć 50 kadrowych pracowników, co najmniej po jednym w każdym województwie i że najlepiej służby tajne III RP zbudować od nowa…

Każdy z oficerów Pawłowa „opiekował” się około dziesięcioma agentami – rezydentami, a ci mieli po mniej więcej tuzinie współpracowników pracujących świadomie bądź kapturowo. Rezydenci i współpracownicy niekoniecznie musieli wiedzieć, dla jakiego państwa pracują. Gen. Pawłow, konspirując agenturę sowiecką zadbał, aby część zwerbowanych osób nie miała świadomości, dla kogo wykonuje robotę wywiadowczą, bo byli zwerbowani pod tzw. obcą flagą. Oficerowie KGB mieli różne dokumenty i legitymacje. Jedni posługiwali się legitymacjami SB, a inni tylko legitymacjami oficerskimi, milicyjnymi, wojska i różnych innych służb, niekoniecznie tajnych. Bardzo to zniesmaczało szefa Służby Wywiadu i Kontrwywiadu gen. Pożogę, bo wydatnie utrudniało wyszukiwanie wrogów, ale generałowie. Jaruzelski i Kiszczak nie dopuszczali do interwencji w Moskwie w tej sprawie. Przez cały okres trwania Peerelu obowiązywała zasada, rygorystycznie pilnowana przez gen. Kiszczaka, że służb sojuszniczych nie wolno rozpracowywać. Oficerowie Departamentu II jak i WSW mieli związane ręce.

Monopol na rozpracowanie sojuszników mało tylko KGB i GRU. Ale, jak wskazują niektóre ujawnione dokumenty państw ościennych, rozpracowanie Kraju Pieroga i Zalewajki nie ograniczało się jedynie do służb sowieckich. Również sporo makaronu za uszami mają w tym wypadku tajne służby NRD, Czechosłowacji, Węgier, Bułgarii, Rumunii a nawet Kuby. Nie wiadomo jednak, czy „zaprzyjaźnione” wywiady działały na własne konto, czy wykonywały zlecenie Moskwy. A rozpracowywano nie byle kogo. Tylko w ostatnie dekadzie Peerelu obiektem działań służb byli m.in. W. Jaruzelski, F. Siwicki, M. Rakowski, W. Pożoga, M. Janiszewski, J. Urban… Są w tej spawie notatki i wyjaśnienia niektórych oficerów, którzy rozpracowywanie podejmowali. Ale nigdy nie ustalono na czyje polecenie to robiono.

W 1990 r., gdy Polska wchodziła w okres transformacji raptownie zmieniono ustrój. W ślad za tym zmieniono także „przyjaciół”. Z dnia na dzień przestawiono priorytety. Nowi-starzy władcy tajnych służb nie mieli jednak żadnych materiałów pozostawionych przez kontrwywiad. Nikt nie wiedział, kto personalnie, w nowej sytuacji jest i kto może być naszym przeciwnikiem. Wiedziano jedynie, ktore państwa były starymi przyjaciółmi a które teraz przemianowano na wrogów. Poznano też nowych sojuszników, którzy jeszcze wczoraj byli przeciwnikami. Określenie państw nie było jednak najistotniejsze. Nowi „przyjaciele” rychło zaoferowali nam pomoc wywiadowczą i kontrwywiadowczą. Szczególnie aktywne wsparcie otrzymaliśmy od tajnych służb USA, Wielkiej Brytanii, Niemiec i Francji…

       W tej sytuacji, zamiast rozwiązać cywilne i wojskowe służby specjalne i zbudować je od nowa, co było trudne, ale przy poparciu nowych sojuszników – wykonalne, powołano „dziwaczną” komisję weryfikacyjną, w której pierwsze skrzypce grali, teraz już byli pracownicy służb specjalnych MSW i MON. W komisji weryfikacyjnej był m.in. były dyrektor Gabinety Ministra Kiszczaka płk Cz. Żmuda… Niestety, znałem tego oficera 35 lat i ostrzegałem przed nim…

 Nowe-stare tajne służby zasilono wprawdzie, w zasadzi, niezwykle inteligentnymi byłymi działaczami opozycji demokratycznej, choć trafiali się też kompletni idioci… Gorsze było pozostawienie wielu farbowanych lisów-oficerów, o których nie wiedziano, po której stronie są, i o których niekoniecznie wiedzieli nawet ci z byłych oficerów Służby Wywiadu i Kontrwywiadu, którzy z patriotycznego obowiązku, a niektórzy jedynie „za żarcie”, włączyli się do nowych zadań. „Świeże” siły w MSW, awansowane błyskawicznie do stopni pułkowników a niekiedy nawet do generałów, miały dużo entuzjazmu i chęci zmierzających do przestawienia priorytetów tajnych służb sprowadzających się do tego, aby z dotychczasowych wrogów uczynić przyjaciół a z przyjaciół – wrogów. Tego nie dało się zrobić z dnia na dzień. Na domiar złego umiejętności i kompetencje „zasilaczy” pozostawały dużo do życzenia. Brutalnie wrzuceni w nowe, do niedawna wrogie środowisko, wobec awersji kierownictwa państwa, postulujących aby w służbach specjalnych nie robić radykalnej rewolucji, z nierzadkimi interwencjami dawnych kolegów z opozycji, którzy wdrapawszy się na kierownicze stołki w państwie polecali, aby tego czy innego oficera pozostawić na stanowisku, „bo to taki święty ubek i rozpracowując mnie, nie był wcale taki agresywny” nie ułatwiały pracy „nowym”. W tej sytuacji szef UOP lub inny kierownik tajnej służby, nawet jeżeliby miał łeb Alberta Einsteina też by sobie nie poradził.     

Skupmy się jednak na Zacharskim, który został ugenerałowiony przez L. Wałęsę, który zastąpił, w wyniku, teraz już całkowicie wolnych wyborów, generała Jaruzelskiego na stanowisku prezydenta. Ale wkrótce Wałęsa przegrał wybory z Aleksandrem Kwaśniewskim i znowu nastały nowe porządki, również w służbach… Jednak co tu dużo gadać, jak nie ma o czym mówić? Sprawa „Olina”, „Minima” i „Kata” pozostała nierozwiązana. Wiadomo tylko, że tacy agenci są w III RP i, być może, zostali zamrożeni. Pozostało czekać aż ich FSR odmrozi.

Można domniemywać, czy przynajmniej część z ujawnionych i dotychczas niewyjaśnionych afer to nie jest przypadkiem dzieło sierotek po rezydencie KGB Pawłowie, który wprawdzie wyjechał z Polski w 1984 r., ale zostawił liczne potomstwo, które w III RP adaptowały różne prominentne dwory, ale także mafijne „rodziny”? A co z Zacharskim? Wybrano najprostsze rozwiązanie – zmuszono go, aby opuścił III RP, która, przynajmniej, jeżeli chodzi o tajne służby, znowu zaczęła przypominać peerelowski Kraj Pieroga i Zalewajki.

A co z przedostatnią aferą z czerwca 2014 r. (ostatniej jeszcze nie znamy), w której podsłuchiwano polityków i rożne ważne osobistości, a która ciągnęła się już od dłuższego czasu?  Z dużą dozą prawdopodobieństwa można przyjąć, że tym razem to nie jest robota amatorów w rodzaju tzw. afery Rywina. Skala i zakres afery wskazuje wyraźnie na robotę profesjonalistów. Wszystko wskazuje na to, że w sprawę zamieszani są oficerowie służb specjalnych.

Rysują się cztery scenariusze. Po pierwsze – jest to robota FSR lub którejś ze służb zaprzyjaźnionych ze służbami rosyjskimi, może Białorusi a może innego państwa, niekoniecznie nam wrogiego, ale, w którym tajne służby Rosji czują się jak u siebie w domu. Mogą to być tajne służby lub agenci FSR działający na Ukrainie, ale także na Litwie, Łotwie, Estonii, a nawet w Czechach, Słowacji, Węgrzech, Bułgarii… W takim wypadku prawdopodobieństwo, że tak jest, ocenić należy na 55 – 65 procent, a głównym zadaniem kontrwywiadu powinno być jak najszybsze ustalenie tzw. kreta.

Drugi wariant zakłada działania sfrustrowanych byłych lub aktualnych oficerów jedne ze służb specjalnych III RP. Mogą to być osoby niezadowolone, pomijane w awansach, braku perspektyw lub zwykłej zawiści… Nie można też wykluczyć, działania jakiejś grupy w obrębie tajnych służb (wskazuje na to zakres i zasięg afery, niemożliwej do wykonania przez pojedynczą osobę), która śledząc sondaże przewiduje zmiany na szczeblu władzy i chcą zdobyć materiały pozwalające na wkupienie się do przewidywanej ekipy mającej szanse wygranej w wyborach. Takie procedery znane są już od czasów II RP. Szanse, że tak było w tym wypadku można ocenić na 45 -35 procent.

Trzecia możliwość – podjęcie takich działań ze strony którejś z partii opozycyjnych. To jakieś 15 – 25 procent. Wykluczyć tu chyba należy kierownictwa poszczególnych ugrupowań. Jednak zawsze się może znaleźć jakiś wariat, chcący przyspieszyć wydarzenia. Azaliż nie jest tak, że wariatów ci u nas dostatek. Wystarczy oglądać telewizję.

I wreszcie czwarta ewentualność, najmniej prawdopodobna, ale nie niemożliwa, oceniana na jakieś 5 – 15 procent, to działania jakiegoś zdesperowanego polityka, najlepiej byłego ministra lub mini- lub wiceministra. Ten ostatni wypadek był szeroko praktykowany w Peerelu. M. Moczar, F. Szlachcic, M. Milewski, odchodząc z resortu zostawiali wiernych pretoria na stanowiskach dających spore możliwości knucia. Rozciągało się tu pole do pracy operacyjnej Biuro ds. Funkcjonariuszy oraz kontrwywiadu w wywiadzie. Oficerowie Biura musieli jak najszybciej wyłowić zauszników poprzedniego ministra i spacyfikować.

„OKRĄGŁY STÓŁ” i MOJA MAGDALENKA. Cd. LOTU NAD SZPIEGOWSKIM GNIAZDEM

W Wielki Piątek, chyba roku 1987otrzymałem z GZP WP polecenia udania się do Magdalenki. Była tam konwokacja poprzedzająca tzw. oficjalną Magdalenkę, której pierwsze posiedzenie wypadło we wrześniu 1988 r. Czekając na spotkanie elit, które, zgodnie z rozkazem miałem odsługiwać, jako dziennikarz „Granicy” włóczyłem się po gmachu obiektu specjalnego nr 15 MSW o kryptonimie „Magdalenka”. Była to oaza przeznaczona dla wywiadu. Tu instruowano i rozliczano nielegałów i oficerów biorących udział w ważnych kombinacji operacyjnych. W latach 80. budynek zaczęto wykorzystywać do tajnych rozmów z politykami i ich gośćmi.

Obiekt był wzniesiony w typowym komunistycznym siermiężnym stylu, ale barki w nim zaopatrzone były w zupełnie niesocjalistyczne trunki. Można się było urąbać od samego patrzenia. Przez szpary w zasłonach, niczym szpiedzy CIA, wciskały się promienie zachodzącego słońca. Pierwsze, co rzucało się w oczy w tym tzw. pejzonie (pejzażu) było zgromadzenie nieziemsko luksusowych kobiet. Uśmiechnąłem się do nich. Nie odwzajemniły uśmiechu. Od nich uśmiech można było jedynie otrzymać za pieniądze.

Laski lśniły kolorami tak pięknymi i ulotnymi jak blask księżyca na Elbrusie. Były to artystki z „pogotowia seksualnego MSW”. W użyciu słowa „artystki” na określenie zebranych niewiast nie ma słowa przesady. Rzeczywiście, były to artystki w swoim fachu. Ich kwalifikacje zawodowe wypróbowałem organoleptycznie.

Damy miały na sobie wytworne kreacje, aczkolwiek niektóre ciuszki z trudem starczyłyby do zakrycia popularnej „blachy” (metalowa oznaka funkcjonariuszy). Na tle innych gości damy wyglądały niczym ognie krotochwilne przy koksownikach. Były pięknym i barwnym zjawiskiem w tym szpiegowskim bastionie. Zachwycały jak błyskawice. Biła z nich wszechmiłość i wszechprzebaczenie dla wszystkiego tego, do czego będą używane, jakie pozycje będą musiały przyjmować w czekającej je robocie…

Te diablo zgrabne dziewczyny, wybrawszy zawód, jaki wybrały, nie pozwalały draniom z obyczajówki MO po sobie deptać i dlatego związały się ze służbami specjalnymi. Oficerowie kontrwywiadu skutecznie usuwali spod ich nóg kłody rzucane przez zawistne milicjantki i milicjantów, którzy chętnie by sobie z damami pobzykali. Artystki skuliły się niczym lilie wodne przed nocą. Atmosfera wśród nich przypominała poetyczny klimat dużego biura szanowanej korporacji przez rozpoczęciem roboty. Panie, zbite w stado sączyły koniak. Powoli, przechodząc na tryb roboczy, rzucały spod sztucznych rzęs pogardliwe spojrzenia na klientów, których będą musiały obsługiwać. Rozmawiały zastanawiając się, jak oni się spiszą.

„Pogotowie” wypożyczano niekiedy politykom pragnącym uhonorować cennych gości. Jeszcze przed „Okrągłym Stołem” do cennych gości zaliczano również postaci z elit związanych z opozycją. Rzecz charakterystyczna, wśród zapraszanych do rozmów elit opozycyjnych nie było ani jednej kobiety. To przyczynek do lansowanego dziś poglądu, szczególnie przez feministki, że gdyby nie kobiety, nie byłoby zwycięstwa „Solidarności”.

Tym razem gośćmi ministra były czwartorzędne elity z tzw. opozycji konstruktywnej i pewna popadia, współpracownica gen. W. Pawłowa, biorąca – jak twierdził płk Wieczorek – pensję z kasy KGB i MSW. Nie znałem nikogo z opozycjonistów. Nie było wśród nich znanych twarzy. Jedyne, co zapamiętałem z wizerunku „konstruktywistów” były ich skudłacone czupryny oraz długie kucyki, tęskniące za wodą i szamponem włosy, które na gwałt dopraszały się wizyty u fryzjera. Spora ich część zaczesywała kudły na twarz, aby ukryć nazbyt wysokie czoła.

Dużo później, przeglądając listy gości tego konwentyklu sprawdziłem, że w skład tzw. opozycji konstruktywnej wchodzili w połowie agenci, a druga połowa nigdy nie zaistniała w opinii społecznej. Było zrozumiałe, że zaproszeni czuli się w towarzystwie oficerów prowadzących jak muchy w słoiku miodu. Więc nie jestem pewien, czy prawdą jest, że przy następnym spotkaniu, odbytym w zupełnie innym entourage i składzie Jarek powiedział, że Lech zapewnił, a Leszek potwierdził, że Olek dał słowo honoru, że Wojciech zagwarantował, że w tym bankrutującym państwie nie wszystko jeszcze jest do cna zbankrutowane, jeszcze sporo konfitur stoi na różnych półkach, które warto wziąć do podziału i, że wprawdzie „Okrągły Stół” będzie be, ale przecież nie chodzi o to, by wszystkim było lepiej, a o to, aby były stanowiska dla „konstruktywistów” i kasa oraz etaty dla nomenklatury i służb… Jednakże po transformacji niektórym pomieszały się kierunki…

W naradzie brali także udział przedstawiciele duchowieństwa i jacyś poboczni ministrowie, w rodzaju Stanisława Cioska. Nic o ich roli powiedzieć nie mogę oprócz tego, że osoby te pozwoliły mi przypomnieć sobie słowa Orwella, że: wszystko jest polityczne, a polityka to zlepek kłamstw, uników, nienawiści i schizofrenii.

Nie mam pojęcia, jakie zadanie postawiono damom. Nie przyjechałem do Magdalenki, by zajmować się życiem erotycznym dam. Miałem jedynie napisać tekst, że rządzący pragną podzielić się z opozycją władzą, a opozycja odmawia, o czym z góry GZP WP powiadomiło redakcję. Wszedł minister. W ciepłych słowach, przywitał zebranych i dysząc niczym ryba wyrzucona na rozgrzany piasek przez wędkarza – sadystę, przesunął wierzchem dłoni po ustach jakby chciał pokaleczyć sobie wargi przed tym, co ma do zakomunikowania i wygłosił kilka sloganów o sytuacji kraju…

Razem z przedstawicielem ogólnoresortowego „organu” pułkownikiem Jarkiem Rulskim, a może już to był jego następca, spławiono nas po wstępnej prezentacji i wygłoszeniu kilku zdawkowych komunikatów, z których wynikało, że sprawa jest wagi państwowej, bo chodzi o obronę realnego socjalizmu, któremu towarzysz Jaruzelski pragnie dorobić ludzką twarz i trzeba, aby tę ludzką twarz firmowali również działacze opozycji. Niestety, nie dano nam nawet setki pożegnalnej. Więc pojechaliśmy do „Mozaiki”, aby się napić i obgadać wstępniaki do naszych tygodników. Nie było to trudne. Takie i tym podobne konwentykle, mniej więcej od połowy lat osiemdziesiątych organizowano często i to nie tylko w Magdalence, ale w hotelu „Solec” i willi przy ul. Zawrat w Warszawie, a także w Konstancinie przy ul. Łąkowej. I tak to trwało aż do „Okrągłego Stołu”, który raz na zawsze zakończył te konsylia poświęcone naprawie chorego socjalizmu. Skądinąd wiem, m.in. od gen. Pożogi, że tzw. poważna Magdalenka, ta z września 1988 r. i następne, obywały się w innej scenerii. Nie było dam nieciężkich obyczajów. Nie było chlania, ale był alkohol. Nie było gadulstwa a konkretne dogadywanie się. Komu? Co? Ile? Na jak długo? Skład reprezentacji, przynajmniej ze story opozycji był zupełnie inny, reprezentatywny dla „Solidarności”. Rozmowy były ostre, ale konstruktywne. W konkluzji ustalono, że strony zaklepią uzgodnienia przy „Okrągłym Stole”.

Rano czekała mnie niespodzianka. Na biurku wylądował tajny, kodowany telefonogram. Sięgnąłem po tablice kodowe. Rozkodowałem tekst. Szef Zarządu Politycznego WOP gen. S. Brodziński zakazywał pisaniu relacji z wczorajszej narady i zalecał zapomnieć o niej, bo… „Takiej narady nigdy nie było”.

Dochodziła godzina dziewiąta i ja, spełniając polecenie generała, drąc przygotowany tekst przypomniałem sobie, że wczoraj był Wielki Piątek i wspomniałem słowa zapisane przed dwoma tysiącami lat przez św. Marka i Mateusza, a wypowiedziane przez Chrystusa wiszącego na krzyżu na Golgocie: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił”. Były to ostatnie słowa Jezusa wypowiedziane w agonii. I uświadomiłem sobie, że i komunizm też jest w agonii. Nawet opozycja koncesjonowana opuszcza generałów. I zasmuciłem się, że dwupakowi musi być przykro. Generałom nie pomogą już zapewnienia i wiara, że zawsze wybierają mniejsze zło i że chcieliby uczynić z Polski eldorado. Opozycja była już nie-wierząca. Za nic miała słowne zapewnienia rządzących. Aktywiści opozycji żądali konkretów. Najlepiej przekazania władzy narodowi, czyli „Solidarności”…

W tej sytuacji generałowie szansy na utrzymanie władzy upatrywali w omotaniu Wałęsy. On w ich oczach z wariata, prymitywa i oszołoma przepoczwarczył się w spolegliwego racjonalistę, któremu, być może, jawiły się w mózgu koncepcje rojalistyczne z nim, jako królem. Chytrzono, że nie byłoby to złe rozwiązanie, bo służby specjalne – jak przekonywał Kiszczak- od dawna trzymały Wałęsę na wędce. Minister nigdy jednak nie sprecyzował czy była to wędka jawnie agenturalna czy kapturowa. Strona partyjno-rządowa liczyła, że w ten sposób może uratować własne tyłki i starać się zatrzymać dla siebie i nomenklatury zdobyte przywilej. Była to prosta droga do „Okrągłego Stołu”.

PUTIN, UKRAINA I CO DALEJ? Cd „LOTU NAD SZPIEGOWSKIM GNIAZDEM”

W latach 80. losy Sowietów  coraz bardziej wymykały się spod kontroli Politbiura. Imperium usiłował reanimować uczeń Andropowa – Michaił Gorbaczow. Na szczęście nic z tego nie wyszło. Pacjent zaczął się przepoczwarczać. Skorzystało na tym sporo państw. Doszło do rozpadu świata podzielonego wedle kryteriów ideologicznych. Był to świat, w którym ważną rolę przypisywano służbom specjalnym. Jednak politycy Imperium przecenili możliwości tajnego działania. Wyszło jak wyszło. Świat zaczął się dzielić wedle kryteriów kapitałowych. Dziś mocno uszczuplonym imperium rządzi były oficer KGB Władimir Putin, wykorzystując m.in. aktywa – to nie ulega żadnej wątpliwości – pozostawione również w Polsce przez gen. Pawłowa – byłego rezydenta KGB w Warszawie.

Rozpad świata ideologicznego wolno uznać za bezkrwawą trzecią wojnę światową. Nigdy wcześniej bezkrwawo nie rozdrobniono imperium rozpanoszonego na dwu i posiadającego duże enklawy na pięciu kontynentach. Od tego momentu światem, głównie zachodnim, jak na razie mającym najwięcej do powiedzenia, z wyjątkiem A. Merkel, rządzą karły i palanty, a nie mężowie stanu. To niekorzystnie wpływa na ciśnienie ludzi. Stąd epidemie zawałów, udarów i innych choróbsk.

Karły mają zbyt małe móżdżki, aby zauważyć, że pod ich nosem, w Rosji rośnie, porównywalny do cara W. Putin. A car dla Rosjan był Rozumem całej rosyjskiej ziemi. Był najwyższą Łaską i Prawdą. Może jednak to porównanie nie wytrzymuje krytyki. Carowie rosyjscy to, z wyjątkiem kilku wariatów, mimo wszystko normalni ludzie. A Putin, choć niewielkiego wzrostu to groźny watażka. To wychowanek Andropowi. To posiadacz czarnego pasa w dżudo, co implikuje jego wojowniczą naturę. Putinowi podoba się i Lenin i Stalin i to, co oni zmontowali na gruzach caratu. Wszystko wskazuje na to, że po zajęciu Krymu marzy mu się „kosowizacja” Doniecka i Charkowa. Można być pewnym, że o ile mały Putin będzie miał ochotę zdestabilizować Ukrainę, to mały Putin Ukrainę zdestabilizuje. Bo mały Putin jest zawzięty, przebiegły i wytrwały. Bo należy do ludzi, którzy widzą i wiedzą więcej niż przeciętny zjadacz chleba. Wie o tym, że widzi i wie więcej i dlatego gra na nosie Zachodowi, czasami ironizując a niekiedy udając duraka, niejako w obronie własnej. Jest skuteczny jak sto diabłów i jest jedynym rozgarniętym przywódcą światowym niebojącym się iść pod prąd opinii świata. No i, co też jest nie bez znaczenia, Putin ma atomowy guzik i przy jego pomocy może powstrzymać życie na Ziemi. Tej Ziemi. Karły pozwalają mu na znacznie więcej niż innym, bo się go boją. Aczkolwiek, zapewne dla spokoju sumienia grożą Rosji jakimiś iluzorycznymi sankcjami przypominającymi próbę złowienia wieloryba na wędkę. I w tym momencie Statua Wolności, gdyby nie była z blachy miedzianej powinna spłonąć ze wstydu.

                                                       ***

Pod koniec lat 80. Putin, pod przykryciem dyplomaty, był starszym lejtnantem KGB urzędującym w Dreźnie, by po dziesięciu latach zostać szefem Federalnej Służby Bezpieczeństwa – sukcesorki KGB. Spotkałem go w Dreźnie dwa czy trzy razy przy różnych okazjach. Robił wówczas dobre wrażenie. Był szalenie oczytany a o kulturze wiedział więcej niż elity europejskie razem wzięte. Zdawało się, że pragnie wyprzedzić swój czas. Przypuszczałem, że prowadzi on z tego miasta, w którym był silny ośrodek KGB, działalność operacyjną na terenie Republiki Federalnej Niemiec. Nic mi jednak nie wiadomo o plotce powtarzanej w kołach dobrze poinformowanych, szczególnie wówczas, gdy wybuchła przyjaźń Władimira z Gerhardem, by w jego kręgu zainteresowania był wówczas właśnie Schroeder (od 1986 r. wybrany do lokalnego parlamentu Dolnej Saksonii, od 1998 r do 2005 piastujący urząd kanclerza RFN; po zejściu z urzędu kanclerskiego Gazprom zaoferował mu stanowisko przewodniczącego Rady Dyrektorów NEGOC budującego Gazociąg Północny, którą eks-kanclerz przyjął). Wolno jednak przypuszczać, że stanowisko to Gerhard Schroeder uzyskał nie bez wsparcia Putina, wówczas już prezydenta Rosji. Dziś były lejtnant KGB jest udzielnym władcą największego, jeżeli chodzi obszar, kraju świata, a jego przyjaciel Schroeder facetem nadzwyczaj rozrywkowym. Prezydent Rosji zaprzysiągł, że odbuduje Imperium. Jest zimny, drapieżny, wedle europejskich elit – nieprzewidywalny, rozjarzony sukcesami i ma zasoby broni nuklearnej zdolne rozpołowić świat. Jest nadal piekielnie inteligentny, acz chyba niezbyt wolny od pewnej przypadłości psychologicznej, którą Niemcy nazywają Kopfschmerz (w wolnym tłumaczeniu: zawrót głowy od sukcesów) i, nawet dla siebie samego jest tajemnicą…

Z rozpadu ideologicznego pozostała wolna część specjalistów tajnych służb. Spora grupa, zostawszy bez zajęcia, zaczęła się rozglądać za nową robotą. Na wszelki wypadek zatrzymali aktywa: rozrzucone po świecie – sieci agencyjne, archiwalia, którymi można przekonać do własnych celów ważne osoby, walizki atomowe, takie same miny, być może kilka głowic jądrowych; zabezpieczyli wiele „zapomnianych” magazynów z bronią konwencjonalną, biologiczną, chemiczną, laboratoria i składy ze sprzętem, uzbrojeniem i różną amunicją. Postawili na Bliski Wschód, Afrykę Północną, Koreę, ale także państwa post-sowieckie i należące do byłego bloku tzw. demoludów… Świat dopiero teraz chce im zabrać te zabawki. Terroryzm zagraża bezpośrednio Staną Zjednoczonym. Do zwalczania zagrożenie ekstremistów islamskich konieczna jest Rosja. Dlatego prezydent USA B. Obama, pomimo aberracyjnych poczynań W. Putina (m.in. w Gruzji i na Ukrainie) postępuje z władcą Rosji jak z pupą niemowlaka.

Specjaliści służb specjalnych, uwolnieni od obowiązku zapewniania bezpieczeństwa państwu, które ich utrzymywało, dość długo  musieli czekać na oferty. Wszystko wskazuje na to, że słynne „zielone ludziki” siejące zamęt na Ukrainie zastali zaangażowanie przez FSR. Zaczęli się zajmować odwrotnością tego, co robili biorąc żołd z kasy państwowej. Wychodzi im to wybornie. Są nadzwyczaj skuteczni.

                                               ***

Władający Rosją prezydent W. Putin to pojętny, zmyślny, twórczy i bystry uczeń Andropowa i Kriuczkowa. Ma geny Stalina, a gębę i pupę Chruszczowa i Breżniewa. W jego żyłach buzuje krew krewkiego kagiebowca i trudno pojąć, co mu w duszy gra. Dobrze wygląda na koniu, w wodzie i w kimonie na tatami, ale co zrobić skoro ukochał przepych komnat kremlowskich. Wygląda w nich niczym proletariusz pamiętający czasy rewolucji październikowej i plądrujący pałace lub złodziej usiłujący obrabować bank.

Putin na swoje usługi ma marszałków i generałów.  Pozwala im na uszczknięcie a to kawałka Gruzji, a to Ukrainy. Ma też genialnego hipokrytę Ławrowa, wypisz, wymaluj – cały W. Mołotow. Ale Putin ma również gaz i ropę, a w skarbcach pokaźnie ilości złota i walut. To pozwala mu trzymać w szachu UE i grać na nosie USA.

Nie można wykluczyć, że prezydent Rosji, zazdroszcząc poprzednikom sukcesów na Węgrzech (1956 r.) i w Czechosłowacji (1968 r.), swoją gębą i pupą postanowił rozruszać… Ukraińców. Wiele wskazuje na to, że poprzedzający aneksję Krymu Majdan, to wynik gigantycznej kombinacji operacyjne metakagiebowców tęskniących za Związkiem Sowieckim i zmierzających do restauracji Imperium. U naszego wschodniego sąsiada od wieków przeważają ciągotki nacjonalistyczne. Rosja i Rosjanie w głębokim poważaniu mają przyszłość i płaczą za Imperium. A widok spłakanych rodaków wycisnąłby nawet łzy Kaliguli a co dopiero Putina. Człowiek post-radziecki tęskni do przeszłości i marzy o odbudowaniu „Spłakanego Imperium”. Taki człowiek jest zdolny do niespotykanych wyrzeczeń. Czerwony kolor i Imperium bardziej mu się podoba niż dostatnie życie. Cóż: De gustibus et coloribus non est disputantun (o upodobania i kolory nie należy się spierać). Prezydent Putin, jako człowiek inteligentny, jako były szef FSR rozumie dobrze duszę rodaków. Napadając zbrojnie na Krym chciał osuszyć spłakane oczy Rosjan.

Zachód nieoficjalnie zaakceptował anszlus Krymu, ale oficjalnie z tym się nie pogodził. I tu władca Rosji popełnił pierwszy błąd. Gdyby był konsekwentny to po zaborze Krymu powinien był zająć zbrojnie Ukrainę Wschodnią i Południową. Zachód byłby zszokowany. Pokrzyczałby nieco, zorganizował jakieś konsultacje, może wypowiedziałoby się jakieś najmimordy ONZ… B. Obama ogłosiłby iluzoryczne, nieszkodliwe dla Rosji groźby… A. Merkel zwróciłaby uwagę Putinowi, że dżentelmen tak nie postępuje…

Zatrzymanie zbrojnego podboju Ukrainy i postawienie na „zielonych ludzików” było kolejnym błędem Putina, który ma wprawdzie odwagę i zdecydowanie lwa, ale brak mu doświadczenia Lenina i Stalina, którzy Imperium zbudowali. Pozwoliło to Zachodowi ochłonąć. Zbudziło z letargu USA i czołowe państwa Europy – Niemcy, Wielką Brytanię i Francję. Reanimowało NATO, które zaczęło smuć nieśmiałe pląsy w kierunku pokazania zbrojnych pazurków, aby uświadomić Putinowi, że kolejna agresja może się spotkać z bardziej zdecydowanym sprzeciwem.

Błędy Putina to szansa Ukrainy. Oni wierzą Biblii, że mury padają od samego krzyku, ale zapominają, że samym krzykiem nic się zbudować nie da. Ukrainie może się udać pod warunkiem, że porzucą hasło „Sława Ukrainie”, zaniechają waśni, zrezygnują, aby z okrzykiem „hurrrra!” w imieniu narodu wybijać samych siebie, a wezmą się do pracy od podstaw. O ile sami zechcą i zdecydują się na wyrzeczenia, może wskoczą na drogę demokracji, bo choć prezydent Rosji zdolny jest do wszystkiego, to daleko mu do potęgi militarnej, jaką miał N. Chruszczow w wypadku pacyfikacje Węgier czy L. Breżniew dający sygnał najazdu na Czechosłowację. Putin potęgę Rosji dopiero pragnie zbudować. Chce naprawić to, co przeputali Gorbaczow z Jelcynem, którzy w ostatniej dekadzie XX wieku nisko się pokłonili Zachodowi wypinając tyłki na Wschód, a zapadczycy długo się zastanawiali czy wziąć Rosjan w jasyr, czy też potraktować poważnie? Prezydent Rosji, uderzeniem na Gruzję i Ukrainę oraz penetracją rynków chińskich chce te proporcje odwrócić. Początek już zrobił. Jednak dostrzega, że Rosja to kolos stojący na nogach z gazu oraz ropy i wystarczy, a by Zachód zjednoczył się i sięgnął po ekonomię…

Zachód zmienia się za wolno. Jednego Moskwa może być pewna – Zachód nigdy nie zdecyduje się „umierać za Ukrainę”. Zachodni mężowie pokrzyczą, ponarzekają i uznają status quo… Putinowi może się marzy pełzająca interwencja. Może na początek chce jedynie sfinlandlizować Ukrainę… Może…? Na razie, na awanturze ukraińskiej zyskują jedynie – Chiny…

W tej sytuacji gdybym był Rumunem, Mołdawianinem, Bułgarem, Białorusinem, Grekiem, Austriakiem, Łotyszem, Estończykiem, Litwinem, mieszkańcem Bałkanów a nawet Turkiem zaczynałbym się bać. Zaś Polska, w której politycy walczący o sondaże sięgają do budzenia antyrosyjskich fobii, obudzi się z ręką w nocniku i Ukrainą za miedzą, w której do głosu, być może, mogą dojść szkaradni antypolscy nacjonaliści spod znaku OUN i UPA…

Dziś światem rządzą wirtualne kapitały a nie rakiety z głowicami nuklearnymi wspartymi czołgami i wszystkim, co strzela. W tym tkwi jakaś szansa naszego wschodniego sąsiada, ale i Rosji. Zachowująca się niczym chytra przekupka z bazaru Unia Europejka będzie nadal, w zamian za gaz i ropę, dolarami tuczyć Putina i metasowieckich oligarchów. Jeżeli świat zachodni nie chce zniknąć jak Atlantyda musi coś z tym fantem zrobić. Musi się przegrupować, występować, jako zwarta siła. Bo zawsze znajdzie się jakiś Hitler, jakiś Stalin, jakiś Putin, a naprzeciwko nich stanie jakiś nieudacznik, niczym B. Obama…

Rozniecony z końcem 2013 r. na Ukrainie konflikt jest niczym innym jak początkiem ery „zmagań czwartej generacji” określanej skrótem 4 G W (Fourth Generation Warfare) – czyli kulturowo-cywilizacyjnych konfliktów wykraczających poza ramy państwa narodowego i historyczną triadę gen. von Clausewitza: rząd-armia-naród (vide: Tajna historia Polski). Trudno dzisiaj powiedzieć, czy atak Putina na Ukrainę to początek drastycznych zmian świata, którym może się charakteryzować XXI wiek? Czy dojdzie do wielkiej depopulacji i powstania całkowicie nowej cywilizacji, czy…?

PS. Za dwa tygodnie w cyklu: „Lot nad szpiegowskim gniazdem” (gdy ucichnie jazgot nad trumną W Jaruzelskiego) postaram się przedstawić ogląd generała widziany przez pryzmat służb specjalnych

Uwagi proszę kierować e-mailem: henryk@piecuch.pl

LOT NAD SZPIEGOWSKIM GNIAZDEM

Człowiek – to brzmi dumnie.

Maksim Gorki

 „Jurodiwyj” był człowiekiem i Kukliński był człowiekiem, i Zacharski… Ilekroć napotykam wzmianki o służbach specjalnych przychodzi mi na myśl takie zdanie: Jeden poleciał tam, drugo śmignął siam, a trzeci wzbił się nad szpiegowskie gniazdo. Poznajecie? To trawestacja początku powieści Ken’a Kesey’a Lot nad kukułczym gniazdem…

W latach 80., z racji redagowania tygodnika „Granica” bywałem w niektórych komórkach Sztabu Generalnego WP zajmujących się służbami niekoniecznie jawnymi. Odwiedzałem także, chyba najczęściej, rozrzuconych po terenie całego kraju obiekty Służby Wywiadu i Kontrwywiadu MSW. A dla zdrowia psychicznego zaglądałem również do szpitala dla psychicznie chorych w Tworkach. Było tam sporo ciekawych osób oraz bardzo ładny, zdziczały i zdewastowany park, wyglądem podobny do mózgów pensjonariuszy szpitala i tego, co z Polską wyprawiała rządząca elita generalska. W MON i MSW przysłuchiwałem się erystycznym dysputom, przy których można było dostać kociokwiku. W Tworkach szukałem jedynie ludzi, którzy milczą, ale, przy których można było zmądrzeć.

Wizyty w tych instytucjach pozwoliły mi poznać wielu polityków, generałów i oficerów niższych szarż z ekskluzywnej półki, zajmujących się sprawami, o których w powszechnej opinii krążą mity, wymysły, klechdy a nawet facecje. Ciekawiło mnie, co te osoby myślą o wielkich, ponadczasowych pytaniach Wiliama Szekspira (Być albo nie być?) oraz Immanuela Kanta (1. Co mogę wiedzieć? 2. Co powinienem robić? 3. Czego mogę się spodziewać?). Dzięki przyjaźni z naczelnym psychiatrą MSW udało mi się także porozmawiać z kilkoma pacjentami szpitala w Tworkach. Były wśród nich osoby mające kiedyś ścisły styk z polityką i z tajnymi służbami. Ich poglądy i sposób zachowania się tylko w niewielkim stopniu różniły się od tego, co obserwowałem w otaczającej mnie pospolitości. 

Podniecające było obserwowanie jak to się wszystko kręci. Polityka, politycy i media. Służby specjalne, oficerowie tych służb i dziennikarze. Szpitale psychiatryczne i pacjenci… Wbrew obowiązującym mniemaniom historia dowodzi, że instytucje te mają ze sobą wiele wspólnego. Chciałem o tym napisać.

Jestem pewny, że większość ludzi interesuje funkcjonowanie i życie oficerów służb specjalnych ich związek z polityką i wpływem na nasze życie. Odstrasza ich od tej tematyki jazgot dziennikarzy i pisarzy, którzy w każdym działaniu tajnym doszukują się sensacji na miarę początków rozwalania komunizmu lub zapobiegania III wojnie, jak to było w wypadku szpiegów CIA, ppłk Józefa Światły i płk Ryszarda Kuklińskiego…

A przecież sprawa jest bardziej prozaiczna. Służby specjalne służą politykom, nie społeczeństwu – to pewnik. A że każdy z nas, na co dzień otoczony jest działaniami wygenerowanymi przez polityków, więc wszystko może się zdarzyć. Każdy może być przedmiotem zainteresowania tajnych służb i niekoniecznie musi o tym wiedzieć.

A szpitale psychiatryczne? Mój Boże! Nie znacie dnia, ani godziny… W każdym momencie, z takich lub innych powodów mogą się u was zjawić białe kitle z kaftanami mającymi bardzo długie rękawy, tak jak to się przytrafiło pewnemu majorowi UB z Wrocławia, który za dużo gadał o poszukiwaniu skarbu Trzeciej Rzeszy zarządzonych przez generałów W. Jaruzelskiego, F. Siwickiego i Cz. Kiszczaka i na wniosek tego ostatniego gen. Pożoga zaordynował wielomównemu oficerowi pobyt w izolatorium, w którym faszerowano go ohydztwami chemicznymi i elektrowstrząsami…

Gdy się weźmie pod uwagę, że w 2013 r. służby specjalne III RP zażądały od operatorów ponad 2 miliony bilingów z telefonów komórkowych, co oznacza, że interesowano się właścicielami tych komórek, gdy co krok jesteśmy monitorowani, śledzeni, podsłuchiwani, itp. sprawa przestaje być zabawna. Jest to tym bardziej istotne, że o ile peerelowskie służby specjalne były niezłą imitacją NKWD/KGB & GRU, to dzisiaj, służby specjalne III RP są imitacją CIA, która niewiele ustępuje służbą sowieckim, a w pewnych operacjach nawet je przewyższa. Biorąc pod uwagę fakt, że służby III RP są, przynajmniej w pewnym sensie kontynuacją Służby Wywiadu i Kontrwywiadu MSW & WSW i Oddziału II Sztabu Generalnego WP, więc może warto się zapoznać, jakie te służby były, kto w nich pracował, komu służyły, jakimi wartościami kierowali się oficerowie, jak żyli i jakie metody stosowali.

 [Fragment większej całości}

P.S.

Komentarze proszę kierować e-mailem

 henryk@piecuch.pl

RYSZARD pułkownik KUKLIŃSKI. DLACZEGO GO KOCHAM?

W Ludowym Wojsku Polskim kwestią, do dziś budzącą wielkie emocje jest sprawa pułkownika Ryszarda Kuklińskiego ksywy „Jack Strong” i „Mewa”. Pułkownik, szpieg kongenialny, który dla CIA, za poważne pieniądze, zajmował się poważną sprawą, czyli możliwością wybuchu III wojny światowej i innymi bajerami, a dla gen. Jaruzelskiego, za zwykłe złotówki, zwyczajnie chałturzył, przygotowując w Sztabie Generalnym WP plan naszej wyprawy na Czechosłowację, użycie wojska w sytuacjach kryzysowych oraz założenia stanu wojennego. 7 listopada 1981 r. „Mewa” z pomocą Amerykanów wyfrunęła za ocean.

Napisano na temat „J. Strong’a” wiele książek. Każda jest zła lub bardzo zła. Ukazało się mnóstwo artykułów, które są jeszcze gorsze. Autorzy powtarzają opisy dramatycznych wydarzeń, które szpieg sam skromnie konfabulował, lub, co jeszcze smutniejsze, naklepali oficerowie CIA. O klasie tych ostatnich świadczy fakt, że gdy przyszło do ewakuacji agenta, amerykańscy oficerowie prowadzący szpiega nie wiedzieli czy synowie Kuklińskiego są żonaci czy nie i w związku z tym zastanawiali się na ile osób przygotować ewakuację.

Ostatnie dzieło z tego cyklu – filmowy thriller Władysława Pasikowskiego, dodajmy od razu, dzieło dobre, dające się oglądać bez bólu zębów, również nie wyjaśnia sprawy, bo nie taka jest rola filmu fabularnego, ale wzmaga zainteresowanie tym nietuzinkowym oficerem. Film Pasikowskiego sprawił, że w ostatnich dniach Kukliński zapłodnił masową wyobraźnię. I tylko rzadko, mniej więcej raz na minutę, thriller razi naiwnością, z których największą jest wmawianie widzom, że szpieg zapobiegł wybuchowi III wojny światowe, przekonał Amerykanów do zmiany doktryny wojennej, działał z pobudek patriotycznych i był nieustraszony niczym Spartakus oraz moralny jak Jan Paweł II.

Rozsądni ludzie wiedzą, że od czasów wynalezienia pieniędzy przez Fenicjan, z werbowaniem agentów nie ma problemu. Jest tyko pytanie: za ile? Co do strachu, to podeprę się tu wypowiedzią trenera boksera Mike’a Tysona – Cusem D’Amato: Strach jest jak ogień. Może być przyjacielem, jeśli się go kontroluje, i może zniszczyć człowieka i jego otoczenie, jeśli wymknie się spod kontroli. Kukliński udowodnił, że potrafił kontrolować strach i dlatego był szpiegiem idealnym. A co z moralnością? Każdy człowiek wkraczający na drogę szpiegowską musi zamrozić w sobie uczucia wyższe, w tym przede wszystkim moralność, najlepiej w ciekłym azocie.

 W ślad za Pasikowskim do akcji ruszyli historycy oraz profesjonaliści szpiegowskiego fachu. Podniecające były spięcia naukowców z generałami. Obie grupy bardzo cenię. Ci mężowie potrafią skomentować wszystko – przeszłość, teraźniejszość i antycypować przyszłość. Chodzi o profesorów Andrzeja Paczkowskiego i Jerzego Dudka, którzy starli się z generałami Gromosławem Czempińskim i Markiem Dukaczewskim.

Palba była pasjonująca. Profesorowie byli za mianowaniem Kuklińskiego bohaterem narodowym a wiedzę czerpali ze szczątkowych materiałów IPN i z tego, co naplótł im sam Kukliński oraz prof. Zbigniew Brzeziński, najbardziej wiarogodny z wszystkich wiarogodnych sowietologów USA, Generałowie, wiedzący o szpiegu miliom razy więcej, ale nigdy nie zapominający tego, co należy zapomnieć, byli bardziej sceptyczni. Skłaniali się ku tezie, że pułkownik był zdrajcą. Prawicowa tłuszcza zawyła z oburzenia a byłe szarże oficerskie i Jerzy Urban pili na umór trzymając kciuki, aby generałom udało się przekonać, choćby jednego entuzjastę Kuklińskiego, że pułkownik był ohydnym zaprzańcem, renegatem, herezjarchą, kacerzem i judaszem 

 

W hałasie medialno-naukowym nie ma całej prawdy. Całą prawdę znał jedynie Kukliński. Zabrał ją do grobu i milczy do dziś. Politycy, głównie prawicowi, wznoszą pułkownikowi pomniki. Przypisują Kuklińskiemu nadprzyrodzone zdolności. Epatują mitami, z których w pamięci ciżby utrwaliła się informacja, że szpieg chodził po mapach w skarpetkach, bo mapy były wielkie jak boiska piłkarskie, że przekazał CIA materiały, które uchroniły świat od III wojny światowej, że…, bo gawiedź najwięcej fascynuje to, co się dziwnym wydaje i chociaż każdy na skarpetki, to nie każdy wie, że można w nich chodzić także po mapach, a te widać są najpoważniejsze w szpiegowskim fachu, skoro ich powierzchnie mierzy się w arach… I tak sobie panowie profesorowie, gawędząc z generałami robią wodę z mózgu słuchaczom. I tak sobie spekulując i konfabulując antycypują…

 

Pasikowski thriller polityczny nakręcił w typowo hollywoodzkim stylu a Maria Nurowska książkę napisała, w której oprócz personaliów bohatera nie ma źdźbła prawdy, chałturszczycy telewizyjni, żywiąc się padliną propagandową, partaninę medialną uprawiają… Piszę to z zażenowaniem bom sam nie bez winy. Sporo w telewizji naszczekałem na ten temat. Jeszcze więcej napisałem… Słuchając tych opowieści i przypominając sobie własne winy igła mi się w kieszeni otwiera.

Faktycznie, pułkownik chodził w skarpetkach po mapach rozłożonych na podłodze. A w czym miał chodzić? Może w OZS-ach („Ostatnia Zemsta Syjonistów” – butach z cholewami o podeszwach wibramowych, ochrzczonych tak w 1968 r. w ramach akcji obrzydzania i zohydzania oficerów pochodzenia żydowskiego, którzy podobno te buty wprowadzili na wyposażenie armii)?

Wszyscy chodzili w skarpetkach, bo onuce już dawno wyszły z mody. Trzeba wiedzieć, że takie spacery były konieczne, ale nie, żeby dochować tajemnicy i nie ukrywać w obuwiu szpiegowskich aparatów fotograficznych, a dlatego, że mapy, drukowano w arkuszach o powierzchni około jednego metra kwadratowego i przed pracą na nich należało je skleić w odpowiedniej kolejności. W wypadku dużych ćwiczeń aplikacyjnych taka mapa zawierała nieraz sto, albo i więcej arkuszy. No to najlepszym sposobem ułatwiającym sklejanie było rozłożenie poszczególnych arkuszy na podłodze, zdjęcie obuwia i przystąpienie do dzieła. Następnie mapę się składało i nanosiło poszczególne sytuacje wynikłe z dynamiki walki.

Podobne mapy, które budzą tyle emocji, wykonywano na każdych ćwiczeniach. Wykonywało je setki albo i tysiące absolwentów Akademii Sztabu Generalnego i Wojskowej Akademii Politycznej oraz oficerów biorących udział w różnych ćwiczenia aplikacyjnych (nawet strategicznych) oraz z wojskami (zazwyczaj taktycznych, a w wypadku dużych manewrów – operacyjnych). Oczywiście mapy mobilizacyjne, będące przedmiotem analizy historyków, różnią się w szczegółach, ale nie tak bardzo jak chcą niektórzy „specjaliści”. Ale najtajniejszych map, z których można by ewentualnie wysnuć jakieś wnioski odnośnie zamiarów strategicznych Imperium Sowieckiego nikt w Polsce, nawet Kukliński nie widział ani nie zobaczy. Są one w Moskwie. Wielokrotnie mówił o tym gen. Jaruzelski, który tęsknił do nich, ale także ich nie widział.

 

W czasie prawie czterdziestoletnie służby nie pamiętam ani jednego przypadku, abyśmy nacierali na Wchód. Zawsze na Zachód. Założenie zawsze było takie samo: Wojska NATO dokonują niespodziewanego uderzenia na Układ Warszawski (UW). My, skrzykujemy się i kopiąc dupy przeciwnikowi nacieramy… A że teren na którym przyszło nam działać w ramach UW (południowe wybrzeże Morza Bałtyckiego i wschodnie Morza Północnego -dochodzimy do kanału La Manche) od tysięcy lat nie ulega większym zmianom więc niczego nowego wymyślić się nie da. Można było jedynie przewidywać poszczególne sytuacje taktyczne, operacyjne i strategiczne i rozgrywać wszystko na mapach. Jestem przekonany, że gdyby ujawnić mapy NATO na tym kierunku strategicznym, byłyby one porównywalne z tym, co wymyślono w UW, oczywiście, kierunek natarcia byłby z Zachodu na Wschód. Jednak cele rakiet z głowicami nuklearnymi były w obu wypadkach tożsame. Główne uderzenie rakietowe NATO czy UW, wynikające z logiki sztuki wojennej byłoby skierowane na terytorium Polski. Niepodważalną zasługą Kuklińskiego było, że pomógł Amerykanom doprecyzować jakieś 300 do 400 celów na naszym terytorium.

 

Toteż nic dziwnego, że generałowie peerelowscy widzą w Kuklińskim cynicznego zdrajcę i ustawiają go raczej w rynsztoku niż na cokole. Lech Wałęsa, który w okresie prezydentury miał już martwą duszę a sumienie zabalsamowane propagandą sukcesu i w każdej chwili mógł zrobić coś głupiego, wiedząc, że nikt nie będzie się po nim tego spodziewał i który ma dwie ułomności – skromność i żonę, a którego już wówczas zaczynano tytułować „Bolkiem”, był za, a nawet przeciw. W tej sytuacji zastanawiam się, czy w odniesieniu do Kuklińskiego wolno mi używać słowa szpieg? Myślę, że wolno. Słowo szpieg nie zawsze w historii ma pejoratywne zabarwienie. Wystarczy przeczytać to, co o szpiegach mówi Sun Tzu, Biblia czy Pan Tadeusz… tak, tak, tak. W wypadku Kuklińskiego słowo szpieg może brzmieć dumnie. Mnie czasem brzmi dumnie, a niekiedy, gdy sobie przypominam niektóre szczegóły, które znam, słowo to brzmi ciut, ciut mniej. Ale wierzę mu na słowo, że nigdy, że był zdrajcą. Wszak chciał dobrze. Wybrał mniejsze zło…Tak mu się przynajmniej mogło wydawać.

Interesując się umiarkowanie Kuklińskim, z którym los mnie zetknął raczej przypadkowo i nie mogę powiedzieć, że go znałem i wiedząc, że w wielu wypadkach, co innego mówią dokumenty (w dużej części zniszczone po ucieczce szpiega i w sporej części stworzone na nowo i że nie było to pierwsze niszczenie teczki szpiega. Pierwsze miało miejsce wiele lat temu i dokonał tego jego dowódca drużyny w szkole oficerskiej), a co innego jest codzienna robota operacyjna, wziąłem na spytki tych, którzy Kuklińskiego znali ze strony operacyjnej.

Pierwszy na liście był oficer Informacji WP i następnie WSW płk Konstanty Staniszewski. Ten były podwładny Skulbaszewskiego, Wozniesieńskiego, Fejgina, Kiszczaka, Poradki, Buły rozmawiam ze mną chętnie, a że emeryci czasu nie liczą, obgadaliśmy najważniejsze postacie Peerelu widziane z punktu widzenia oficera operacyjnego. Z rozmów utkwiły mi w głowie dwie sprawy.

Pierwsza – Staniszewski powiedział, że po wyjeździe z Polski marsz. K. Rokossowskiego w służbach specjalnych wiele się zmieniło. Zmieniono nazwę Informacja WP na WSW. To zupełnie tak, jak w czasie transformacji w 1990 r., gdzie departamenty operacyjne MSW nazwano UOP a WSW i Zarząd II Sztabu Generalnego przemianowano na WSI. Poza tym, wszystko pozostało po staremu.

A druga sprawa? Staniszewski był w 1946 r. w Oficerskiej Szkole Piechoty we Wrocławiu dowódcą drużyny podchorążego Kuklińskiego i znał okoliczności wyrzucenia go ze szkoły i późniejszego zniszczenia jego teczki w Informacji WP. Przyczyną relegowania z podchorążówki Kuklińskiego było sfałszowanie przez niego życiorysu, ubarwienie biografii o to i owo. Między innymi chodziło o przerobienie daty urodzenia i przypisanie sobie zasług w organizacji „Miecz i Pług”. To już wówczas podchorążym bliżej zainteresowała się Informacja WP, która de facto była całkowicie kierowana przez NKWD. Nie to jednak było najciekawsze w relacji Staniszewskiego. Oto obaj spotkali się w 9. pułku piechoty. Byli już oficerami. Z tym, że Staniszewski, po kończeni szkoły informacji w Wesołej, był oficerem Informacji WP „opiekującym” się znowu…teraz już chorążym Kuklińskim…

Doszło do niszczenia dokumentów na rozkaz przełożonych. Staniszewski tego nie chciał albo nie mógł komentować. Przeczytajcie zresztą sami, co miał do powiedzenia, a co ja ogłosiłem w THP. Nie jest to nic rewelacyjnego. Interesujące jest tylko to, że po ukazaniu się książki, Staniszewski, po wyjściu z Muzeum Etnograficznego, w którym był ochroniarzem, został zaczepiony przez nieznanych mu osobników, którzy wytrzaskali go po mordzie i dodatkowo nieco skopali radząc, aby trzymał pysk zamknięty na kłódkę, albo wyląduje tak jak autor książki, w szpitalu. Obiecał im, że będzie trzymał język za zębami. Dotrzymał słowa. Spisał wspomnienia, ale do interesującego tematu nigdy nie wrócił. Coś tam kręcił. Coś próbował konfabulować. Nie szło mu to najlepiej. Co innego napisać meldunek z donosem, a co innego wyspowiadać się ze swego niegrzecznego życia.

 

Generałowie Jaruzelski, Siwicki, Poradko, Buła, Pożoga, tak jak i oficerowie pracujący w Sztabie Generalnym WP razem z Kuklińskim, m.in. pułkownicy Włodzimierz Bauer lub Stanisław Radaj też nie wzbogacili wiedzy o jego szpiegowskiej działalności. Były jakieś zakamuflowane informacje, ze być może był on podwójnym lub nawet potrójnym agentem, a Bauer wspominał, że przed rejteradą Kuklińskiego za ocean, na lotnisko w Mińsku Mazowieckim przyleciał Jurij Andropow, aby spotkać się z gen. Milewskim. Obaj dostojnicy coś tam szeptali. I Bauer, który jako oficer Sztabu Generalnego WP zabezpieczał wizytę przypuszczał, ale już po zniknięciu kolegi, że być może wszechwładny przewodniczący KGB przekazał opiekunowi służb specjalnych z ramienia KC PZPR Milewskiemu jakieś sugestie odnośnie kombinacji operacyjnej rozgrywanej z wykorzystaniem szpiega, kapturowo albo nawet świadomie, ale… Wkrótce potem gen. Jerzy Skalski wezwał najwyższych współpracowników i oświadczył, że CIA pozyskała plany wprowadzenia stanu wojennego w Polsce, ale…

                                               ***

Co ciekawsze, Kukliński po uchyleniu wyroku śmierci i pełnej rehabilitacji (była w tym duża zasługa Leszka Millera), w czasie odwiedzin Polski nie chciał się spotkać nie tylko z dawnymi kolegami ze Sztabu Generalnego WP, ale także z oficerami z żeglarskiego klubu „Atol”, którego był członkiem i z którymi odbywał wiele rejsów po Bałtyku i Morzu Północnym. Chodziło o rozpoznawanie przydzielonego Polsce w ramach UW kierunku strategicznego. W czasie tych rejsów przeżyli kilka mrożących krew w żyłach przygód. Polowały na nich kutry wojsk NATO. Spotkanie chciał zorganizować płk S. Radaj. Wszystko było przygotowane. Nawet to, co żeglarze lubią najbardziej – wódka czysta i golonka z kapustą. Kukliński skrewił. Nie przyszedł. Wolach snuć się w towarzystwie uzbrojonych w długą broń goryli, jakby chodziło o rozpoczęcie trzeciej wojny światowej i groziło mu śmiertelne niebezpieczeństwo. Wyglądało to jakby pułkownik ciągle miał na głowie losy świata. Świata, który w 1981 r. uratował przez atomową zagładą. Byłoby to groźne, gdyby nie było śmieszna. Ale być może wzmacniało jego ego.

Z pytanych generałów o to, co konkretnie wiedzą o Kuklińskim jedynie Pożoga wspominał, że jego doświadczony kontrwywiadowca, szef wydziału amerykańskiego Departamentu II MSW płk Zbigniew Twerd, tuż po zakończeniu wojny w Wietnamie i wycofaniu Amerykanów, którzy zostawili archiwa, również operacyjne, na pastwę losu, (czytaj: Związku Sowieckiego) odwiedził Moskę i przywiózł materiały operacyjne CIA dotyczące spraw polskich. Materiały podzielono na dwie części, bo dużo oficerów MON i MSW „urzędowało” w Wietnamie. Jedną część zostawiono w Służbie Wywiadu i Kontrwywiadu, a drugą, dotyczącą spraw wojska, oddana do dyspozycji WSW.

W części MSW była sporo materiałów dotyczących pięknej agentki CIA pochodzenia wietnamskiego Nguyen Thi Lan ksywa „Cy-86”, która, działając na kierunku polskim zwerbowała sporo agentów. Dzięki temu, że agentka wpadła w ręce KGB „łupy” kontrwywiadu MSW powiększyły się o personalia kilku szpiegów, m.in. o Stanisława Dembowskiego, Zenona Celegrata, Bogdana Walewskiego i innych. Gen. Pożoga w 1990 r. przypomniał sobie, że w czasie podziału materiałów przywiezionych przez płk. Twerda, przeglądając je przypadkowo, zwrócił uwagę na nazwisko Kuklińskiego, ale jako, że dotyczyło to oficera wojska, nie nadał sprawie biegu zostawiając to przyjaciołom z WSW, generałom Poradce i Bule. Płk M. Wieczorek ksywa „Marek”, który był również w Wietnamie i służbowo interesował się agentką CIA i znał Kuklińskiego wspomniał, że pułkownik, pies na dziewczyny, nie mógł chyba przepuścić atrakcyjnej werbownicze CIA. „Marek” śmiał się, że Kukliński, gdy nie mógł zasnąć nie liczył baranków a układał w myślach rejestr niegdysiejszych kochanek. I zawsze zasypiał nie dobiegając do końca listy. Kochanek musiał mieć sporo. Żadnej spódniczce nie przywykł przepuszczać. W tej konkurencji mógł śmiało rywalizować z Wieczorkiem. Także płk Artur Gotówko pamięta coś niecoś. Wie, że oficer WSW zajmujący się wyjaśnieniem osób związanych z wojskiem a zwerbowanych przez „Cy-86” zginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Materiały wietnamskie” gdzieś przepadły. 

Teraz tylko fragment z Niespokojnej Granicy dotyczący znajomej Kuklińskiego z czasów tuż przed jego ucieczką. Celowo nie podaję jej nazwiska, bo wystawiłem już tylu ludzi na przykrości, ze akurat tej osobie, z którą przeżyłem sporo miłych chwil  chciałbym tego oszczędzić. Moja bohaterka występuje tu pod imieniem Mirella, które jest, jak większość podawanych w mediach spraw dotyczących Kuklińskiego, fałszywe.

Pisałem tak: Nie jestem pewien, ile jest prawdy w tym, że Mirella była kochanką płk Kuklińskiego. Wrogowie pułkownika twierdzą, że Mirella, która nigdy nie wyzbyła się nawyków z młodości, na polecenie służb specjalnych, namówiła kochanka do rejterady z kraju. Miała mu oświadczyć, że grozi mu dekonspiracja Wedle ludzi rozpuszczających te plotki chodziło o to, by szpieg przekazał CIA Czerwoną książeczkę, zawierającą założenia stanu wojennego. Czekano na reakcję Stanów Zjednoczonych. A skoro jej nie było, to Jaruzelski mógł spokojnie ogłosić stan wojenny. I faktycznie Amerykanie, chociaż byli poinformowani o planach generała pisanego w Peerelu przez duże G, nie zareagowali, nie przedsięwzięli żadnych kroków mogących powstrzymać Jaruzelskiego (..).

Przeciwnego zdania o kontaktach Mirelli z pułkownikiem są jego hagiografowie, w tym mój przyjaciel Józef Szaniawski, który na plecach szpiega wjechał do historii. Poświęcił Kuklińskiemu kilka książek. Był jego piewcą. Wedle Szaniawskiego Mirella była jedynie maskownicą poczynań wywiadowczych Kuklińskiego. Pozorując kochanków, jechali samochodem do lasu. Pułkownik, pod byle pretekstem, zostawiał przyjaciółkę w samochodzie, szedł w umówione miejsce, gdzie w skrzynce wywiadowczej (ustalona z wywiadem skrytka, najczęściej w formie sztucznego kamienia) zostawiał meldunek, zabierał kodowane polecenia szpiegowskich mocodawców…

Nie bardzo chce mi się wierzyć, aby taka rola odpowiadała Mirelli. Ale w służbach specjalnych nie takie rzeczy są możliwe. Słuchając różnych wersji zapytałem medyczkę o znajomość z Kuklińskim. Ona długo cedziła nazwisko pułkownika przez zaciśnięte zęby. Wyglądało to tak, jakby gryzła zloty medal olimpijski chcąc sprawdzić, czy rzeczywiście jest ze złota. Na koniec przyznała, że znała Kuklińskiego blisko. Może lepiej niż własna żona i reszta jego rodziny. Bo tak było bezpieczniej dla niego i dla nich. I jeżeli coś konkretnego może o pułkowniku powiedzieć to tylko to, że był przewidywalny jedynie w tym, że był nieprzewidywalny.

Zagadnięta o plotkę, jakoby oficer usiłował zorganizować jakąś antyreżymową organizację w Sztabie Generalnym WP, o czym wspominali niektórzy agenci CIA, a i sam pułkownik, Mirella powiedziała abym nie walał duraka, bo to było, przy takiej infiltracji ze strony WSW oraz GRU niewykonalne, następnie dodała, że przeczytała, obejrzała i wysłuchała wszystkiego tego, co na temat szpiega było dostępne. I wszystko – jej zdaniem – to wyjątkowy chłam. Nikt z opowiadaczy nie zdołał zbliżyć się do prawdy. Być może jest to niemożliwe. Kukliński był szpiegiem na miarę epoki. Aby go prawdziwie przedstawić trzeba talentu Homera lub Szekspira a nie lokalnych polsko-amerykańskich partaczy dorabiających mu ex post ideologię antysowiecką.

Byłem i jestem zafascynowany Kuklińskim. To as asów w szpiegowskim fachu.  Był zaprzyjaźniony z oficerami GRU i WSW oraz kilku dupkami z CIA. Wszyscy go pilnowani i usiłowali wykorzystać. Niepojęte, jakim sposobem wykołował pierwszych i drugich oddając się w ręce dupków. Ci docenili jego spryt. Wydawało się, że zapewnili mu wygodne życie… Ale…? Czy bezpieczne…?

                                                        ***

Polaków-zwyklaków najwięcej frapuje fakt, ile kasy oficer zgarną za ryzykowne przejście na stronę amerykańską. Gaża oficerska na jego stanowisku, jako zastępcy szefa Zarządu Operacyjnego Sztabu Generalnego WP wynosiła około trzy średnie pensje krajowe. Więc nie była powalająca. Niektórzy, zachodząc w głowę i powołując się na K. Vonneguta twierdzącego, że jeżeli ktoś ma mocną głowę, może mimo wszystko zajść na samą górę spekulują, czy motywem przejścia na służbę CIA nie były lepsze warunki materialne zaoferowane przez Amerykanów. Tylko nieliczni zastanawiają się, w jaki sposób Kuklińskiemu, oficerowi pod nadzorem GRU i WSW i wytrawnemu żeglarzowi pod nadzorem GRU, WSW, SB i zwiadu WOP, po podjęciu ryzykownej misji udało się ograć te służby i samego Kiszczaka i znowu spekulują, czy pułkownik, być może przypadkowo albo na rozkaz, wplątany w wojnę wywiadów amerykańskiego i sowieckiego był maleńkim trybikiem w grze, w której wszyscy oszukują, a wygrywa raz jeden raz drugi i tak od początku świata, a może i dłużej.

 

Pułkownik, człowiek spokojny i rozsądny, nie był mściwy, jadowity, zawistny i wrogi. Gdy już był za oceanem i mógł sobie na wszystko, nie wieszał większych psów na marszałkach i generałach, którym służył od 1946 do 1981 r., z tym, że ostatnie kilkadziesiąt lat służył dwom, a podejrzewam, nawet trzem panom. Spokojnie, bez nerwów i nienawiści relacjonował fakty tak, jak je widział, a może tylko tak, jak je powinien był widzieć, jak mu nakazał wywiad? Może tylko w niektórych momentach coś zapomniał, coś przeoczył, coś przeinaczył, coś, co wiązało się z GRU i WSW i innymi wywiadami…

Co by jednak na ten temat nie mówić, to przy Kuklińskim inni szpiedzy wydają się grubo ciosanymi bęcwałem. Kukliński był szczerym człowiekiem. Szczerym nawet wtedy, gdy kłamał: kłamał szczerze. Dla innych szczerość była cechą całkowicie obcą. Skoro nigdy nie mieli wątpliwości, to uczciwość, otwartość, szczerość, normalność nic ich nie obchodziła.

 

Biorąc pod uwagę, że CIA, ta niezbyt udolna agencja, która nawet sojuszników nie potrafi podsłuchiwać w taki sposób, aby sprawa nie wyszła na światło dzienne, wyznaczyła do prowadzenia Kuklińskiego raczej infantylnych, niewydarzonych, niezdolnych, nieskoordynowanych, by nie powiedzieć kalekich oficerów i pułkownik w najtrudniejszych momentach musiał sobie rodzić sam, to wolno go chyba uznać za jednego z najwybitniejszych szpiegów XX wieku. Jego dzieje są podniecające, a sprawy, które prowadził ciekawe. Jestem pewny, że się nie mylę. Jeśli ktoś sądzi inaczej i jeśli mi to udowodni, to jestem gotów zjeść własną nogę.

 

PS.

Więcej na ten temat w książce Od J. Światłu do A. Macierewicza, która ukaże się w kwietniu 2014 r.

PS.2

Proszę komentarze kierować na maila: henryk@piecuch.pl

Zapiski Jana Pawła II. Kardynałowi. S. Dziwiszowi chwała!

Nie mogę się doczekać opublikowania „Zapisków Jana Pawła II”. Uważając papieża za największego moralistę naszych czasów jestem ciekaw, w jaki sposób dochodził On do swoich poglądów. Liczę, że „Zapiski…” to ujawnią. Nie będę ukrywał, mam w tym swój mały wredny interes – chciałbym mianowicie wiedzieć, czy w mikroskopijnym chociażby stopniu moje myśli biegły tym samym tropem…

Więc chwała kardynałowi Stanisławowi  Dziwiszowi, że nie spalił tego, nie waham się tu użyć dużych liter DZIEŁA, które może okazać się najważniejsze w całej twórczości Jana Pawła II. Cóż, widocznie Kardynał dał wiarę modremu człowiekowi M.B., że „Rękopisy nie płoną”

                                               ***

Napisanie książki o zamachu na papieża, w dodatku papieża Polaka, który w dodatku z dnia na dzień zostanie świętym i w dodatku zrobić to w sosie podlanym skokiem na naród, dokonanym przez „dwupak generalski” (Wojciech Jaruzelski ksywa „Wojciech Szabelka” & Czesław Kiszczak ksywa „CzeKiszczak) wzmocniony jakimiś trzema milionami lekko i ciężko zbrojnych popleczników, w dodatku czujących za plecami potęgę niezwyciężonej Armii Radzieckiej i jej przydupasów z Układu Warszawskiego – wojsk Czechosłowacji i Niemieckiej Republiki Demokratycznej, jest dla prawdziwego grafomana tym, czym dla aktora zagranie Hamleta – wielką pokusą oraz życiowym wezwaniem. Kusiło mnie to tym bardziej, że – jak przypuszczałem – za tymi wydarzeniami stało dwóch mężów potężnych, bo wojskowych. Za zamachem z 13 maja 1981 r. – marszałek Leonid Breżniew, a za skokiem na naród z 13 grudnia 1981 r. – generał Wojciech Jaruzelski, który poczuł się zobligowany, aby wykonać życzenie Wielkiego Brata i dać nauczkę społeczeństwu, które zaczęło nie uznawać marksistowskiego pojęcia, że wolność to jest uświadomiona konieczność, a optowało za wolnością robienia tego, co nie przeszkadza innym.

            Nie pomny nauczek danych mi przez Nemezis, która z Eryniami (służby specjalne i tzw. wymiar sprawiedliwości, vide: Tajna historia mojego życia. Wałęsa i… Kryptonim „Bolek”. Operacje tajnych służb MON i MSW) dały mi kilkakrotnie do zrozumienia, że źle się bawię, a po ogłoszeniu 16-to tomowej Tajnej historii Polski (THP) parę razy podejmowały próby zniechęcenia mnie do życia, nie potrafiłem wezwaniu się oprzeć.

W 2007 r. popełniłem Dwa strzały. Nikt nie polemizował z opisanymi faktami, relacjami, zgłoszonymi hipotezami. Rozległ się natomiast umiarkowany atak na autora. Jedni mnie straszyli, drudzy pouczali. Pierwsi, zarzucając obrzydliwą hagiografię w stosunku do Jana Pawła II wrzeszczeli, tupali nogami i potrząsali szabelką odgrażając się, że skończę się, jako grafoman, bo takiej hagiografii nikt nie zdzierży. Drudzy wręcz przeciwnie, mieli pretensję, że napisałem książkę siedząc na dupie, a nie na klęczkach, zarzucali szargania świętości hierarchów i innych kapłanów, a pisanie krytycznie o postaci, która lada moment zostanie uznana za świętą nie przystoi Prawdziwemu Polakowi.

 

Pomimo przekonania, że każda prawda napisana o niektórych hierarchach i innych kapłanach to jest wyłącznie zupełna nieprawda, pomimo, że nigdy nie śmiałem pretendować do miana Prawdziwego Polaka, a i hagiografia jest mi – jak przypuszczam – obca, przyznałem adwersarzom rację. Postanowiłem się poprawić. Ponownie wziąłem na tapetę Dwa strzały. Dopisałem to i owo. Nie więcej niż 1/3 książki. Dodałem parę zdań o blefie „Okrągłego Stołu”, aneks i indeks nazwisk. Umiarkowanie, jak przystało na dobrego, empatycznego chrześcijańskiego agnostyka napadłem na uczonych z lewicy, a także próbowałem zagłaskać safandułów z prawicy licząc, że dadzą mi spokój.

Zarzucającym mi hagiografię wyznaję, że w ramach ekspiacji usiadłem gołą dupą przed komputerem, w dodatku na desce z gwoździami i pisałem poprawiając i poprawiając pisałem wznosząc równocześnie modły do przyszłego świętego, aby mnie oświecił w kwestii czołobitności, brązownictwa czy bałwochwalstwa. Wierzyłem Salmanowi Rushdiemu, że biografia, jeżeli nie chce się stać hagiografią, musi stawić czoło także niewygodnym faktom z życia bohatera, nie tylko przedstawiać te najpiękniejsze.

Jednak po kryjomu przyznawałem, że nadal uważam, aczkolwiek z trudem przechodzi mi to przez gardło, papieża Jana Pawła II za męża, który obok Ronalda Reagana przyczynił się do rozwalenia komunizmu i jako pierwszy dał impuls społeczeństwom do powszechnego zorganizowania się do walki o wolność. Ta zachęta, przynajmniej w Polsce, skutkowała utworzeniem „Solidarności”. Było to możliwe, bo Jan Paweł II już przed 1980 rokiem uznawany był przez społeczeństwo polskie za świętego. Nie bez znaczenia było także przekonanie ostatniego genseka (sekretarz generalny KC KPZR) Michaiła Gorbaczowa, że zdaniem papieża, wszystkie narody, oprócz walki o pokój, mają prawo do wolności „od” i do wolności „do”. Gorbaczow uwierzył Janowi Pawłowi II i zaczął kombinować z pierestrojką i głasnością.

 

Tak. To słowa papieża zadecydowały, ze Polska, Europa i świat zaczęły się zmieniać.. Taka była geneza tego gigantycznego ruchu, który nie ma odpowiednika w nowożytnej Europie. Ruchu, który dziś usiłują przywłaszczyć sobie różne świry, uważający, że to oni obalili komunizm. Toż to żenada budząca w dużej części społeczeństwa odruchy wymiotne.

Politycy wywodzący się z solidarnościowych korzeni rekrutują się z trzech grup działaczy związkowych. Pierwsza, to aktywiści, którzy chcieli dorobić socjalizmowi ludzką twarz. Druga chciała obalenia komuny, a trzecia realizowała jedynie polecenia służb specjalnych, to tak zwana konstruktywna opozycja.

Dlatego napiszę tak: i choćby przyszło tysiąc Kaczorów, i każdy zjadłby tysiąc Wałęsów, to nie uwierzę, że to oni wymyślili „Solidarność” i obalili socraj, a generał Jaruzelski, ogłaszając stan wojenny, doprowadzając do Okrągłego Stołu i zezwalając społeczeństwu w wyborach 4 czerwca 1989 r. na wyrżnięcie partyjne sitwy, im to umożliwił. Dla mnie sprawa jest jasna – przed Okrągłym Stołem, obie strony, partyjno – rządowa i Opozycyjno – solidarnościowa blefowały jak jasna cholera. Bo były słabe. To zmusiło do sięgnięcia po rozwiązania kompromisowe. I to było niekłamanym sukcesem społeczeństwa. Inną jest sprawą, kto za to zapłacił. Wedle mnie – zapłacili najubożsi.

Stan wojenny wymusili Sowieci. Nie groźbą interwencji zbrojnej, a przymusem ekonomicznym. Są na to dokumenty. Okrągły Stół, wobec coraz bardziej widocznego bankructwa niewydolnego systemu komunistycznego, zbliżającego się nieuchronnie rozpadu świata dwubiegunowego, beznadziejnej sytuacji gospodarczej Polski, był udaną próbą zmajdrowania opozycji koncesjonowanej, która, nawet po przegranych przez stronę partyjno-rządową wyborach nie zrobiła krzywdy oligurii i służbom specjalnym.

I nie pomogą żadne łamańce i straszenia w wydaniu nieuków z SLD, usiłujących fałszować wydarzenia lat 80. Śmiesznie wyglądają elukubracje profesorów Jerzego Wiatra i Andrzeja Romanowskiego próbujących oszałamiać społeczeństwo operacją „Karkonosze”, w której jakoby zaplanowano podział Polski na trzy strefy okupacyjne („GW” 6-7 lipca 2013). Jako zwolennik tezy Oskara Wilde’a twierdzącego, ze można uwierzyć w to, co niemożliwe, ale nie da się uwierzyć w to, co nieprawdopodobne, powiem tak, i napiszę to wielkimi literami, bo obaj profesorowie są głusi na racjonalne argumenty: OPERACJA „KARKONOSZE” BYŁA TYPOWYM MYŚLENIEM ŻYCZENIOWYM CZECHOSŁOWACKICH GENERAŁÓW, CHYBA NAJGŁUPSZYCH W CAŁYCH DEMOLUDACH, NIGDY NIE WESZŁA W FAZĘ PRZYGOTOWAŃ Z WOJSKAMI, ALE NAWET NIE BYŁA ZLECONA DO SZCZEGÓŁOWEGO OPRACOWANIA OPERACYJNEGO.

Tak, tak, tak. O upadku europejsko-azjatyckiego socraju zadecydowały dwie osoby – Jan Paweł II i Ronald Reagan, które przekonały władcę Imperium Zła, Michaiła Gorbaczowa, że wobec umoczenia dupy w Afganistanie i krachu światowego systemu komunistycznego jedyne, co Sowietom pozostało, to ratowanie sowieckiej duszy.

Jak Paweł II zrobił to w swoistym dekalogu. W dziesięciu słowach powiedział:

Niech zstąpi Duch Twój! I odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi.

Ronald Reagan napracował się nieco więcej. Zazbroił Sowiety dokompromitując ledwo dyszącą ekonomikę Imperium Zła. Dał kilka lekcji Gorbaczowowi tłumacząc, na czym polega nowoczesna gospodarka oraz przekonał genseka, że w wypadku odstąpienia przez Sowiety od zbrodniczej idei, Stany Zjednoczone nie skrzywdzą Rosji. Wizję Reagana kontynuują jego następcy. Nie darmo prezydent Obama nie da złego słowa powiedzieć o Władimirze Putinie.          

Tuszę też sobie, że Prawdziwych Polaków być może rozjuszę informacją, iż uważam poetę i dramaturga Karola Wojtyłę za grafomana ze znakiem jakości Q, milczenie papieża w sprawie ludobójstwa w Rwandzie (zobacz: książka Wojciecha Tochmana Dzisiaj narysujemy śmierć) za niepiękne, konkordat za dokument niepotrzebny, stosunek Jana Pawła II do kobiet i bioetyki za niepociągający, a stosunek do księży pedofilii za wstrętny. Nie zmienia to faktu, że na początku lat 80. większość Polaków uważała papieża i Reagana za bogów, mogących odmienić nasze życie.

Powiedziałem o tym amerykańskim przyjaciołom. Zauważył to autor, bodajże najlepszej biografii prezydenta USA Paul Kengor pisząc w książce Ronald Reagan i obalenie komunizmu, że: Reagan wspierał „Solidarność” politycznie, natomiast Jan Paweł II wspierał ją duchowo […]. Było to oczywiste dla takich ludzi jak pułkownik Henryk Piecuch […]. Według niego niektórzy ludzie w Polsce uważali Ronalda Reagana za boga. Szczególnie dotyczyło to solidarnościowych mas.

 Niestety, Jan Paweł II nie żyje. R. Reagan także umarł. A i ja najlepiej się nie czuję. Więc pora przejść od ludzi, których cenią miliony do typów zupełnie przeciwstawnych, w stosunku, do których określenie, że to prawdziwi sukinsyni nie będzie, tak mniemam, żadną przesadą. Mam tu na myśli Stalina, Hitlera, Breżniewa… 

Odnośnie Breżniewa, to zawsze uważałem marszałka za bandytę, nieco tylko mniejszego od Stalina i – być może – celowe byłoby na poważnie rozważyć hipotezę, czy rząd przedwojenny nie popełnił błędu, gdy w imię aberracyjnej tezy ministra J. Becka głoszącego, że dla Polski „najważniejszy jest honor”, odrzucił z marszu propozycję Hitlera, aby razem uderzyć na Stalina. Kto wie, może wówczas nie doszłoby do Holokaustu i Jałty. Żydzi mieliby własne państwo nie na Bliskim Wchodzie, a na Syberii, marksizm byłby prawdziwym marksizmem ograniczonym do gett w większych miastach, a nie jego mutacją leninowsko-stalinowską, zaś Imperium Zła zniknęłoby z powierzchni ziemi pół wieku wcześniej…

Najtrudniej przychodzi mi być sprawiedliwym w stosunku do W. Jaruzelskiego. Mam do tego generała ambiwalentne uczucia. Nie tylko dla tego, że był on, jako szef Głównego Zarządu Politycznego, szef Sztabu Generalnego WP, minister obrony narodowej i prezydent PRL/RP przez trzydzieści lat moim najważniejszym przełożonym, a dlatego, że uważam go za nieszczęśliwego człowiek, nieporadnego surfera, bezwolnie poddającego się niosącej go fali […].

            Tu jeszcze kilka słów o teologii wyzwolenia!? Niektórych do dziś fascynuje ten temat. Nie rozumieją, czym ta moda w Kościele była w świecie dwubiegunowym, a czym jest dzisiaj. Niezrozumienie dało asumpt niebanalnej artystce do nazwania świeżego papieża Franciszka słowem, którego ekwiwalent ma każdy mężczyzna, a przynajmniej powinien mieć, choć nie wszyscy w stu procentach wykorzystują jego magiczne właściwości, ograniczając się do funkcji oddawania moczu a niektórzy (a fe!!!), do molestowania małolatów. Przeto słowo to uchodzi w powszechnej świadomości za wulgarne. Artystka, jak to artystka, zapomniała, że w okresie ekspansji komunizmu, teologia wyzwolenie była wykorzystywana przez sowieckie służby specjalne, ale i polskie, do walki ideologicznej, głównie w Ameryce latynoamerykańskiej. Temu przeciwstawiał się Jan Paweł II i jego podwładny, kardynał Paweł Bogorio. Obecnie rzecz ma się nieco inaczej. Teologia wyzwolenia jest ideologią ludzi biednym, wykluczonych. Daje temu wyraz papież Franciszek, który postawił na Kościół ubogi, co bardzo zniesmacza naszych biskupów. Jestem przekonany, że Jan Paweł II, gdyby żył, robiły to samo. Zresztą, papież JP II, już po rozpadzie komunizmu zmienił zdanie w tej sprawie.

No i jeszcze jeden akapit na temat A. Agcy. Ten prymitywny killer jest na tyle sprytny, że po nieudanym zamachu zaciekle i z sukcesami walczy o własne życie. Może to zrobić tylko w jeden sposób – być wiernym zleceniodawcom. Można z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, że Agca do końca nie wie, kto stał za kombinacją operacyjną, w której przypadła mu rola kata. Gdyby wiedział, nie miałby prawa żywy opuścić miejsca zamachy. Na placu św. Piotra było sporo ludzi z sowieckich i okołosowieckich służb specjalnych. O ich zadaniach, oprócz tego, że tam byli, nic konkretnego do dziś nie wiadomo.  Aacy udało się uratować życie dlatego, że nie tylko nie miał pojęcia kto to są „niebułgarscy” Bułgarzy, ale nie znał żadnych innych szczegółów zamachu, oprócz swojego zadania. Niedawno napisał książkę, łże w niej – by zacytować klasyka – jak bura suka. Jedyna prawda w tym „dziele” to ta, że A. Agca faktycznie urodził się, i że to on usiłował zabić Jana Pawła II.

Książka Strzały do Jana Pawła II i narodu ukaże się w kwietniu 2014 r.

 

HISTORIA ŚWIATOWEGO FUTBOLU /krótki kurs/

Gdy pierwszy raz zobaczyłem globus pomyślałem, że Ziemia przypomina futbolówkę, nie część wszechświata, w której rozpanoszył się człowiek myślący. Uganianie się kilkudziesięciu osiłków za posklejanym kawałkiem skóry wypełnionej powietrzem, wygląda na idiotyzm, jest idiotyzmem, ale stwarza widowisko, za którym małpie tłumy szaleją, walczą, a nawet wypowiadają wojny. Nie ma w tym nic dziwnego zważywszy, że futbol od początku związany jest ze śmiercią i… dziewicami.

W sytuacji, gdy mistrzostwa świata oglądają miliardy osób, a Hamleta jedynie dziesiątki tysięcy, trudno się dziwić kłótniom o to, czy gra, zwana Tsu-chu powstała w 300 r.p.n.e. w Chinach, czy wcześniej w Grecji, skąd przejęli ją Rzymianie. Kronikarze donoszą, że pierwotnie piłka zrobiona była z substancji organicznych, przemieszanych i związanych razem miękkimi i delikatnymi włosami młodych dziewic. Legioniści Cezara, chcąc się zabawić, nie szukali dziewic, bo je wcześniej wyrżnięto, gdyż zarażały wojowników. Używali do gry głów zaszlachtowanych Brytów. Kroniki milczą, czy dlatego piłka nożna jest narodowym sportem Brytyjczyków.

Zbliżające się mistrzostwa świata w piłce nożnej przypomniały mi, że futbol to zbyt poważna sprawa, by go zostawiać samym kopaczom, Więc ukułem teorię o meczach czterech generacji:

 

1937 r. – zbliża się kres meczy pierwszej generacji polegających na lekceważeniu piłki i preferowaniu zmasowanego ataku sił ludzkich. Dominuje zmasowana siła ognia. Stalin czyści boisko do gry z Zachodem. Czystki w armii i gdzie indziej. W pierwszej lidze stanowiska traci dziewięćdziesiąt procent zawodników, w drugiej tylko pięćdziesiąt, ale kroniki notują także zmiany stuprocentowe;

1937-1938 r. – uplasowani na drzewach okalających boiska, wywiadowcy Fuhrera wypatrują słabych punktów w drużynach przeciwników;

29-30 września 1938 r. – w Monachium wysłannicy drużyny Fuhrera proponują teamowi remis bez gry; team oddaje walkowerem całe boisko;

01 września 1939 r. – po skonsumowaniu walkowera na boisku pojawia się drużyna Fuhrera z koncepcją meczu trzeciej generacji, łączącej elementy poprzednich dwóch z dużą zdolnością manewrową;

03 września 1939 r. – na boczny plac wpełza rozmemłany team Zachodu. Nie mogąc się zdecydować, za którą koncepcją gry się opowiedzieć, team udaje, że się rozgrzewa;

17 września 1939 r. – zza naszych pleców wyskakują bolszewicy i kopiąc nas po tyłkach i potylicy skraca o połowę pole gry;

27 września 1939 r. – przegrywamy mecz, ale nie kapitulujemy, chcemy się kopać dalej, znikamy z głównego pola, idziemy grać do lasu;

1940 r. – rezerwy Fuhrera masakrują rozmemłany team zachodni;

22 czerwca 1941 r. – Hitler, idąc za ciosem, zaczynają demolować bolszewików;

01 stycznia 1942 r. – spietrany Zachód montuje koalicyjny team, zmieniają piłkę;

1941-1942 r. – Sikorski, usiłując zagrać w parze ze Stalinem podaje piłkę do Moskwy, ta odkopuje, podbijając przy okazji i pomocy Kima Philby’ego generałowi oko;

1943 r. – do boju rusza Wasilewska. Opuszcza sypialnię generalissimusa, dobiera współtowarzyszy, zuchów-rycerzy, zakasuje kieckę, odbiera Sikorskiemu piłkę i podaje Stalinowi;

01 sierpnia 1944 r., Warszawa – niepoprawni chłopcy z lasu, wierząc w team i bolszewików, porwawszy dubeltówki ruszają na boisko; masakra chłopców i miasta;

1944-1945 r. – bolszewicy, zamiast współgrać z teamem, gwałcą sojuszników z lasu;

04-11 lutego 1945 r. Jałta. Kapitanowie teamu i bolszewików zasiadają do pokera, stawką jest wzmocnienie drużyn; Stalin gra znaczonymi kartami i wygrywa;

09 maja 1945 r. – rycerstwo Wasilewskiej dostają swoje pięć minut w Berlinie;

16 lipca 1945 r., poligon atomowy Alamagordo. Team zaoceaniczny zarządził pierwszą na świecie próbę z czarodziejską futbolówką wykonaną z plutonu. Taką futbolówką nie sposób przegrać żadnego meczu;

06 sierpnia 1945 r. Hiroszima. Team zaoceaniczny rozgrywa pierwszy i, jak dotąd, ostatni w świecie mecz czarodziejską futbolówką. Team wygrywa w cuglach. Zwycięstwo prowokuje wywiadowców bolszewików do zdwojenia wysiłków w celu zdobycia czarodziejskiej zabawki;

1945-1947 r. – chłopcy z lasu zbierają się do ostatniego podrygu. Z obolałymi tyłkami usiłują kontratakować. Bolszewicy pomagają rycerzom Wasilewskiej wiązać leśnych w pęczki i pakować do piachu;

29 sierpnia 1949 r., poligon atomowy pod Semipałatyńskiem. Bolszewicy próbuje czarodziejską futbolówkę, zdobytą z pomocą wywiadowców uplasowanych wewnątrz teamu zaoceanicznego; 1949 -? Żadne team nie odważają się rozegrać gry czarodziejską futbolówką;

1949 r. – powiększona o jałtańskie łupy bolszewicy zajmuje całe boisko, team zepchnięty do defensywy;

1949-1953 r. – piłka nadal pod bramką teamu. Kapitan bolszewików  zarządza przemeblowanie i nie dokończywszy dzieła pada trupem złożony apopleksją;

1950-1990 r. – intensywny wyścig w produkcji czarodziejskich piłek. Team idzie na jakość, dokładność i moc, bolszewicy – na ilość i bylejakość.

1953 r. – bój Chruszczowa i Berii o opaskę kapitana. Piłka na środku pola. Kiwka Nikity perfekcyjna. Beria idzie do piachu;

3 grudnia 1953 r. – bolszewicy wysyłają umyślnego do przeciwników;

14-25 luty 1956 r. – Chruszczow wyrzuca piłkę na aut i bierze czas na pozorne zrestrukturyzowanie bolszewików. Na trybunach kibice chcą dołączyć do ferajny teamu. Bolszewicy dają im lekcję pokory. Morderczo tarmosząc Naddunajczyków bolszewicy wywlekają z lochów dla rezerwowych Gomułkę i robią go pomocnikiem kapitana w zrekonstruowanej drużynie Nadwiślanii;

15 października 1964 r. – wykorzystując nieostrożność Nikity, na boisko wskakuje rezerwowy Breżniew. Ogłasza się nowym kapitanem bolszewików. Piłka wraca na środek boiska;

1968 r. odnosimy zwycięstwo nad Praską Wiosną. Było to zwycięstwo bardziej poniżające niż klęska.

grudzień 1970 r. – znowu awantury na trybunach Nadwiślanii. Kapitan bolszewików zmienia pomocnika. Zdezelowanego dryblera Gomułkę zastępuje mający lepszą kiwkę Gierk. Team korumpuje pomocnika, który w zamian posyła piłkę na korner;

1971-1980 r. – gra bez piłki. Zawodnicy grają za pożyczone pieniądze. Pomruki na trybunach;

wrzesień 1980 r. – zdegustowany szef bolszewików desygnuje świeżego pomocnika w Nadwiślanii – Kanię, Ten, nie wiedząc gdzie jest futbolówka, zarządza grę bez piłki; z boku na „solidarnościowej fali”, serfuje Jaruzelski; 1980-1981 r. – fale i bałwany na trybunach Nadwiślanii grożą podtopieniem sąsiednich stadionów;

październik – grudzień 1981 r. – bramkarz bolszewików wkopuje na boisko serfera, który przytapia zramolałych graczy, wprowadza do gry drużynę ckm spod Lenino, głuszy fale i bałwany;

1982-1985 r. – na połowie bolszewików zawirowania, opaska kapitana przechodzi z rąk do rąk, łapie ją Gorbaczow podając piłkę najlepszemu zawodnikowi – Jaruzelskiemu;

1988 r. – zdezorientowany Jaruzelski ma piłkę, ale nie wie gdzie strzelać;

1989 r. – generał kopnął na oślep. Padł gol. Strzał trafił w okienko. Recykling wykazał, że to bramka samobójcza;

1990 r. – do gry dołącza team zaoceaniczny. Bolszewicy, podwijając ogon rejteruje do szatni;

1990-2000 r. – team zaoceaniczny uczy sierotki po komandzie aportować piłkę. Główne boisko przeniesione na Bałkany. Pojawiają się sekty paskudników lekceważące zasady gry. Paskudnicy otrzymują dyspozycje do gry z międzynarodowego centrum kierowania. Chcąc opanować wszystkie boiska prowadzą sparingi z ostrym strzelaniem w węzłach: kaszmirskim, bałkańskim, kaukaskim, bliskowschodnim i północnoafrykańskim. Celem  paskudników jest świat zachodni;

grudzień 2000 r. – sierotki przemeblowują bolszewię, obierają nowego kapitana – Putina, wyszperanego w metaberiowskich sejfach. Pozycyjna gra bez piłki. Boiska rozrzucone po całym świecie;

11 września 2001 r. – sekta paskudników, wykorzystując cztery boeingi, zapaskudziła boisko teamu zaoceanicznego.

październik 2001 r. – piłka znowu w grze. Team zaoceaniczny kopie na oślep. Kosi boisko sekty paskudników w Afganistanie, którzy rozpierzchają się po sektach międzynarodowych. Team deliberuje nad kolejnością koszenia następnych boisk paskudników;

wrzesień 2002 r. – sekta paskudników boleśnie nadgryzła zapasowe boisko teamu zaoceanicznego na Bali, a w październiku wyraźnie zaostrza grę, poszerzając boisko o Moskwę. Putin daje sygnał do koszenia boiska równo z trawą;

wiosna 2003 r. – rozpoczęcie meczu czwartej generacji. Trudno o tradycyjny cel. Raczej idee niż technika. Raczej gra w sferze informacji niż walka na boisku. Przerwa w grze. Piłka w depozycie Organizacji Narodów Złajdaczonych. Jeżeli USA nie uporządkują świata, zobaczymy: wybuch na wybuchu/ na wybuchu wybuch/ a na tym wybuchu/ atomowy grzyb.

2013 r. – Putin wyciąga nowego-starego zawodnika Snowdena i rozpoczyna atak w myśl reguł wojny 4 generacji.

KRÓL PRZEWODNIKÓW I KARKONOSKICH GEJÓW

S.A. Jawor przysłał mi maszynopis z prośbą o napisanie wstępu. Napisałem:

Leży przed wami opowieść Stanisława Jawora o wybitnym Człowieku Gór. Tak zwani ludzie gór – ratownicy Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, wspinacze, ale także przewodnicy itp., to bajecznie kolorowi ludzie. Miło się z nimi pracuje, obcuję, a nawet bankietuje, ale pod warunkiem, że nie chce się o nich pisać. A jeżeli już ktoś się uprze, to zezwalają tylko na takie ich przedstawienie, które sami uznają za godne, dostojne i dystyngowane. Ludzie gór są wówczas śmiertelnie poważni. Wymagają, aby każda kreska i każda kropka tekstu o nich była zgodna z ich wyobrażeniem kropek i kresek. A przecież nie zawsze da się to zrobić.

W książce Jawora wszystkie postaci mają wprawdzie rację, ale każdy to widzi na swój indywidualny sposób. Bo człowiek – jak przekonuje Sartre – mówi swoim głosem, ale pisze zawsze głosem innych.

            Dlatego przyznam, że z mieszanymi uczuciami brałem do ręki manuskrypt monografii Stanisława Andrzeja Jawora o Tadeuszu Steciu, niekłamanym Mistrzu Przewodników Sudeckich (MPS}i niepodrabianym Królu Gejów Karkonoskich (KGK). Steć, to niekłamany Homo tweetus, człowiek ćwierkający, mający smocze cechy, pożerający swych egzegetów. Byłem ciekaw, co na jego temat naćwierka jego wybitny uczeń. Od razu przyznam, że oba te tematy, kluczowe dla życia MPS, Jawor przedstawił z dużą kulturą i maksymalną rzetelnością.

Obu panów znałem od początku świata, a może nieco dłużej. Wprawdzie T. Steć był nieco młodszy od Sudetów Zachodnich, które umiłował, a S. Jawor przyszedł na świat w kilka lat po MPS i nieledwie mglisto pamięta akt erekcyjny kładący podwaliny pod Jelenią Górę, ale o Sudetach Zachodnich wie tylko ciut, ciut mniej od swojego Mistrza, natomiast, jeżeli chodzi o GOPR i narciarstwo to bije MPS na głowę. Steć bowiem uważał narty za wynalazek szatana.

Obydwaj specjaliści od przewodnictwa konkurowali z sobą zaciekle i za żarcie. Była jednak konkurencja, w której panowało między nimi dożywotnie zawieszenie broni. W czasie rozlicznych imprez, Steć podrywał wyłącznie chłopców, a Jawor rozsmakowywał się, w co smaczniejszych laskach. 

Tak, Stecia znalem ponad czterdzieści lat, od końca lat czterdziestych aż do 1993 r., to jest do czasu, gdy tzw. sprawcy, nieznani dla wymiaru sprawiedliwości, pomylili głowę KGK z kowadłem. Od tego czasu Steć nie żyje i nadal jest martwy niczym skały z Morza Martwego.

S. Jawora znam nieco dłużej, bo nadal żyje, ma się dobrze, jest jak Rzepiór, dobry Duch Karkonoszy, czuwający nad duszami zmarłych kolegów i w dodatku napisał biografię swojego Mistrza. Bo Steć był nauczycielem i przyjacielem Jawora, tak jak R. Kapuściński był nauczycielem A. Domosławskiego. Obawiałem się, że Jawor, jako typowy przedstawiciel wspomnianych wyżej ludzi gór w swojej pracy będzie usiłował coś zataić, coś zakamuflować, coś niewygodnego z życia swego mistrza ukryć, coś przemilczeć…

Dlatego celowo wspominam dzieło Domosławskiego, bo – moim zdaniem – jest to przykład wzorowej monografii, w którym autor stara się pokazać przedstawionego bohatera, jako człowieka z krwi i kości, a nie bezwolną kukłę nadającą się tylko na pomnik z brązu lub marmuru. Nie wierzę, aby tacy ludzie zmarmurzeni w ogóle żyli, bo jak poucza Saul Bellow: Każdy wie, że w zatajeniu nie ma ani piękna, ani dokładności, jeśli bowiem stłumić jedną rzecz, tłumi się również przyległą.

Jaworowi, wbrew sugestiom tzw. środowiska, niecnych pułapek czyhających na monografistów udało się szczęśliwie uniknąć. W niektórych momentach autor „poleciał” po bandzie. Dotyczy to przede wszystkim wątków związanych z seksualnością, agenturalnością oraz epizodem w życiu Stecia, zmierzającym do zostania duchownym.

Trzeba wiedzieć, że Steć zamierzał zostać księdzem. Podjął w tej sprawie niezbędne kroki, ale stosunkowo szybko zrezygnował. Jednak niektóre z tez religijnych traktował do końca życia, jako źródło mądrości, chociaż nie wiary.

Nieraz wydawało mi się, że Steć uciekał od samego siebie. Próbowałem z nim na ten temat rozmawiać. Bez rezultatu. Wpadał wówczas w jakiś dziwny stan. Zamykał oczy, podpierał głowę rękami sprawiając wrażenie, że chce tak zostać do końca świata. Wyglądał jakby się chciał dać żywcem pogrzebać. Ocknąwszy się, patrzył na mnie jasnym spojrzeniem Słowianina, który kłamie i starając się przełamać ugór w mojej głowie zmieniał temat opowiadając jedną z tysiąca anegdot, które znał i chętnie się nimi dzielił.

Tak, KGS nie zostawił wspomnień. Nie pisał biografii. Nie miał przyjaciół. Wiedział, co robi. Szkoda, że nie został kapłanem. Uważam, że ze swoją aparycją, inteligencją, łatwością konfabulacji, pisania i gadania mógłby zajść daleko. Mógłby wzmocnić gejowskie loby Watykanu, a kto wie, może nawet zasilić szczupłe grono pedofilów dyplomatycznych Stolicy Potrowej np. na Dominikanie.

Wszystko to znajduje się w tekście wzorowo udokumentowanej książki, którą można interpretować dosłownie, zgodnie z jej literą, albo po swojemu, domyślać się, o co naprawdę chodzi. Każdy z nas widzi świat i to, co się dzieję, w inny sposób. Gdyby każdy z nas udał się w to samo miejsce i opisał to samo wydarzenie lub postać, mielibyśmy tyle wersji tego zdarzenia lub opisu postaci, ilu ludzi by to zrobiło.

Do tego miejsca Jaworowa monografia o MPS da się czytać bez bólu zębów. Jeżeli jednak chodzi o sekwencję poświęconą morderstwu jest już gorzej. Uważam, że mądry człowiek nie uważa, że wie to, czego nie wie, natomiast monografista uważa, że, przynajmniej w tej materii, wie wszystko. Jego poglądy oblepiają mnie jak sadło barana. Nie rozumiem ich. Jawor, idzie za tandetnie przeprowadzonym śledztwem i jest skłonny przyznać, że morderstwo miało kontekst seksualny. Podobnie uważają niektórzy cytowani w monografii przyjaciele Stecia i autora. Ja nie byłbym tego taki pewny. Wżyciu MPS były momenty, o których ani on sam, ani nikt inny nie wspominał…

Tu tylko jeden przykład. Oto jeden z cytowanych przez autora przemądrzalców uważa, że MPS nie miał do czynienia z premierem, gen. Jaroszewiczem, bo generał nigdy w te strony nie zaglądał. A właśnie, że zaglądał i to wielokrotnie. Zaglądał, jako wiceminister obrony narodowej, główny kwatermistrz WP i jako stały przedstawiciel PRL w RWPG i jako premier. Kilka razy odwiedzał swego przyjaciela, szefa WDW w Szklarskiej Porębie płk. Ciechanowicza (WDW 1 i WDW 2 w tej miejscowości i zamek Czocha w Leśnej), bywał w „Turowie” i Turoszowie. Odwiedzał Platerówkę, Nysę Łużycką i Zgorzelec. W czasie tych wizyt Jaroszewicz spotykał się niekiedy ze Steciem, zaangażowanym, aby opowiedział dostojnemu gościowi o dziejach tych ziem, uznanych przez peerelowską histografię za odwiecznie polskie.

MPS łgał wówczas koncertowo, a ja razem z nim, powołując się przy tym na autorytety profesorskie, między innymi na prof. Kazimierczyka, którego również znalem i którego Stać namówił na wykopaliska archeologiczne w rejonie Płakowic koło Lwówka, gdzie Kazimierczak odkrył dziesięć tysięcy złotonośnych szybów z okresu wczesnego średniowiecza.

Światkowałem też niekiedy rozmowom Jaroszewicza ze Steciem. Dobrze pamiętam spotkanie w nigdy nieukończonym lapidarium rzeźb w Bogatyni. Była tam planowana kompozycją kurantową, o napisanie której miano poprosić prof. K. Pendereckiego (vide: Niespokojna granica). O znajomości z Kazimierczakiem wspomina Jawor w kontekście niedokończonych studiów Stecia.

W monografii Jawora uderza oszczędne okraszanie opowieści o MSP smakowitymi anegdotami, których nie powstydziliby się ani S. Mrożek, ani J. Głowacki. Anegdota o zaskrońcu, wsadzonym przez Stecia za pazuchę, który (wąż, nie Steć), wystawiwszy łeb, ujrzał cudowne dziewczę i czym prędzej mykną za jej dekolt, albo opowieść o żmii, złowionej przez bohatera monografii i pozostawionej w słoiku, w domowej bibliotece mogłaby być ozdobą największych mistrzów opowiadań. Żmija, uwolniwszy się z niewoli, czmychnęła za regał, gdzie tak rozczytała się w inkunabułach, że zdechła. Inkunabuły MPS zdobywał sposobem, a żmija wpędziła go w niesamowity stres dobrze przedstawiony przez Jawora.

Przyglądając się życiu Stecia można odnieś wrażenie, że wszyscy ludzie to wariaci, którzy w każdej chwili mogą zrobić wszystko i niech Bóg ma w opiece tego, kto by się zastanawiał nad przyczynami Steciowego postępowania. Jawor zaryzykował i, chyba odniósł sukces, bo Jawor w monografii wygląda na człowieka nie bojącego się życia i zawsze gotowego stawić mu czoła. Ale czy monografiście udało się obrać MPS z wszystkich tajemnic?  

Chyba nie. Steć bowiem był tajemnicą również dla samego siebie. Nie odkrywam tu Ameryki. Jedynie proste dupki nie stanowią tajemnicy także dla samego siebie. Inteligentni ludzie odżywiają się tajemnicami. Kto nie wierzy tego bijcie w mordę na moją odpowiedzialność.

Czym zakończę ten wstęp?  Może przestrogą Parick’a French’ea: Książka biograficzna nigdy nie jest w stanie w pełni dotrzeć do źródeł postaci. Banalne stwierdzenie, że oto biograf znalazł „klucz” do czyjegoś życia, jest nieprzekonywające. Jesteśmy nazbyt skomplikowania, niekonsekwentni, by mogło to być prawdą. Biograf może liczyć jedynie na to, że uda mu się oświetlić niektóre aspekty życiorysu, prowadzić poszukiwania, które dadzą pojęcie o bohaterze, i w ten sposób opowiedzieć historię.

Niech mi wolno będzie uważać, że Jaworowi to udało się.

 

PS.

SPROSTOWANIE

P. Władek był uprzejmy przysłać mi e-maila, że w książce „Pożoga. W. Jaruzelski tego nigdy nie powie” (wyd. z 1992 i 1996 r.) znalazł błąd.

Na str. 268 napisałem, że:

z Kornelem Morawieckim wyjechał Marian Kaleta.

Powinno wyć:

 Z Kornelem Morawieckim wyjechał Andrzej Kołodziej.

Za pomyłkę przepraszam zainteresowanych i czytelników, a p. Władkowi dziękuję za zasygnalizowanie pomyłki.

                                   Z poważaniem

                                                           Henryk Piecuch

MIŁOŚĆ, FEMINIZM, KOBIETA W KRAJU RAD i …

Będąc gorącym zwolennikiem kobiet, feminizmu, wszelkiej miłości i Wandy Nowickiej, pogrzebałem nieco w starych dokumentach, aby sprawdzić jak sprawy kobiet wyglądały w państwie – zwanym do niedawna – państwem przodującego ustroju. Państwem, które już, na szczęście, mimo wysiłków mojego przyjaciela, Władimira Putina (vide”: Kim jest Putin. Wielki blef generałów), do którego, zapewne podświadomie, tęskni pewien rzecznik partii o imponującej nazwie, ksywa „Siusiak”,  jest martwe niczym Atlantyda. Ale od rem:

Jakże się to zaczyna… Jak to się zaczyna?… Tam do diabła, c`est la question, ma tres chere. Wynotowałem nawet kilka ciekawostek. Oto fragment z Dekretu o uspołecznieniu kobiet:. Wszystkie kobiety przestają być własnością prywatną i stają się dobrem narodu. Wszyscy mężczyźni posiadają prawo nie częściej niż trzy razy w tygodniu, przez trzy godziny, korzystać z jednej kobiety.

W broszurze Rewolucja i młodzież przeczytałem: Dobór płciowy należy budować po linii rewolucyjno-proletariackiej celowości klasowej. Do stosunków miłosnych nie należy wprowadzać elementów flirtu, zalotów, kokieterii i innych metod specjalistyczno-płciowego podboju.

Jeszcze inny dokument ostrzegał: Pociąg seksualny do partnera z wrogiej klasy jest czymś nieprzyzwoitym, wywołującym niesmak, jest zboczeniem tak samo, jak pociąg seksualny do krokodyla lub orangutana.

W tym prostym, jak konstrukcja sierpa i młota dekretowaniu stosunku człowieka radzieckiego do kobiety, fałszywie pobrzmiewa anegdotka dotycząca Lenina i jego kochanki Inessy Armand.

Inessa, francuska komunistka pochodzenia rosyjskiego, była zauroczona Leninem i vice versa Nie tylko nie odmawiała wodzowi rewolucji francuskiej dupy, ale wyprawiała z nim takie brewerie, o których nie tylko „Siusiak”, ale nawet dzisiejsi hedoniści z Ruchu Palikota mogą tylko marzyć. Harce Lenina z nadsekwańską komunistką tak bardzo zniesmaczyły Stalina, że późniejszy generalissimus porozmawiał z tow. Iliczem, niczym komunista z komunistą. Od siebie dodam, że nie mogę wykluczyć, że Stalinem kierowała zazdrość. Nie należy się temu dziwić. Inessa była naprawdę piękną kobietą. Nie było porównania z “łupami” Stalina, w rodzaju naszej Wandy… Wasilewskiej, oczywiście.

Wprawdzie oficjalne dokumenty nic na ten temat nie mówią, to tajemnicą poliszynela jest, że Ilicz dla dobra rewolucji zrezygnował z miłości. Nie, nie rozwiódł się niczym Berluskoni, Sarkosy albo inny Marcinkiewicz ze swymi dotychczasowymi połowicami, wymieniając je na nowszy model. Ojciec rewolucji sowieckiej zrezygnował wprawdzie z oficjalnego udomowienia Inessy, ale nie zrezygnował z igraszek. Armand zaakceptowała układ, a Stalin wydał ustną dyrektywę, aby przeznaczone do publikacji zdjęcia Inessy zohydzać, retuszując je w taki sposób, że nawet najbardziej pijany onanista nie wyciągał ręki po fotografię kochanki Lenina.

A jak w przodującym ustroju radzono sobie z kłopotami związanymi z wykonywaniem Dekretu o uspołecznieniu kobiet [prawo mężczyzny do korzystania trzy razy w tygodniu przez trzy godziny z jednej kobiety]? Oto dzięki staraniom Aleksandry Kołłontaj [autorki Drogi dla skrzydlatego erosa] sprowadzono z Niemiec i Danii prezerwatywy oraz środek stosowany w kuracji antysyfilisowej.

Jak widać, szeroko rozumiana miłość, to problem, którego nawet taki łepski facet jak Lenin, nie potrafił rozwiązać samymi dekretami, ale musiał się skorzystać z pomocy wrednych kapitalistów. Warto, aby nasi związkowcy, pod światłym przywództwem P. Dudy i innych wodzów, którzy są najlepszymi związkowcami świata, z okazji kolejnych manifestacji w Warszawie, i nie tyko, wzięli doświadczenia niegdysiejszego przodującego państwa na świecie, do którego, być może, zmierzają, i ostrzej niż dotychczas, upomnieli się o prawa kobiet, by poparli feministki i wspólnie zbudowali matriarchat, czyli typ społeczeństwa pierwotnego, w którym dominujące znaczenie miały kobiety. Bo jak poucza F. Nietzsche: Kobieta doskonała jest wyższym typem człowieka niż doskonały mężczyzna; a także czymś o wiele rzadszym.

 

 

WAŁĘSA ZNOWU NA TAPECIE

Sądzę, że film A. Wajdy „Wałęsa. Człowiek z nadziei”, mimo chyba głupiego, bo szalenie pretensjonalnego tytułu, znowu wprowadzi na „rynek” postać, która nie ma odpowiednika w dziejach świata. Zanim obejrzę film, który jedni (nie widząc oczywiście dzieła Mistrza Wajdy) już określają mianem filmu kongenialnego, a drudzy obrzydliwą hagiografią, pozwolę sobie przypomnieć własne boje z „tym tematem”. Jestem przekonany, że, mimo starań głównego bohatera (vide: jego kontrowersyjne wypowiedzi), Wałęsa powoli przechodzi do lamusa. Film go na pewno w stamtąd wyciągnie. Czy wywoła histerię narodową? Mam nadzieję, że tak się stanie.

Odwołam się tu do Istvana Bibo, twierdzącego, że: Prawdziwa wielka histeria społeczna występuje wtedy, kiedy wszystkie typowe sygnały pojawiają się jednocześnie: fałszywe postrzeganie realiów przez wspólnotę, niezdolność do rozwiązywania problemów niesionych przez życie, niepewna lub przesadna samoocena, irrealność i brak miary w relacjach na bodźce ze strony otaczającego świata. Wajda dał sygnał. Z tego, co mówią wiewiórki reżyser rozstrzygnął alternatywę: BOHATER czy ŁAJDAK na korzyść bohatera. Reszta zależy od mediów.

Zanim posłucham spodziewanego wrzasku pozwólcie przypomnieć niewielki fragment książki Wałęsa i… Kryptonim „Bolek”. Operacje tajnych służb MON i MSW. Nie wiem, czy Lech Wałęsa był bohaterem, czy łajdakiem? Dla mnie był bohaterem. Dla innych łajdakiem. To jest czysty subiektywizm. Posłużę się przykładem Finów. Wiedząc, że prezydent (1956-1981) Urho Kekkonen  był sowieckim agentem, postawili mu pomnik i cenią  za dokonania. Nie wiem, czy po lekturze książki będziecie zdezorientowani, czy zorientowani. To musicie rozstrzygnąć w swoich sumieniach. Zanim wydacie sąd, zechciejcie zauważyć, że Wałęsa nie był politycznym safandułą czy dandysem. Nie był też Filipem z konopi. Był trybunem ludowym. Zagrał va banque. Postawił życie i to, co miał najcenniejszego – życie swojej rodziny, żony i ośmiorga dzieci na jedną szalę. A warto pamiętać, że z wielkich postaci “S” tylko on miał tak liczną rodzinę. Większość była samotna. I choć miał zaledwie jedną szansę na milion, wygrał! Dokonania Wałęsy mogą być porównywalne z Szekspirem. Przecież “nieuk” ze Stratfordu, miejscowości na angielskiej prowincji, po przybyciu do Londynu zadziwił i nadal zadziwia świat ponadczasowymi dziełami. A Wódz? Przybysz z hiperzapyziałego Popowa, po przybyciu do Gdańska przeskoczył płot, obalił komunizm i wprowadził kapitalizm do Europy Środkowo-Wschodniej i jak sam mniema, nikt nic już dla tego obszaru lepszego nie wykombinuje. Pod tym względem Wałęsa jest podobny do szekspirowskiego Makbeta, z jednym wszakże wyjątkiem – Makbet wyrzynał najbliższych, Wałęsa zarzynał jedynie bolszewię. A zagadka brzmi: jak to możliwe, że Wałęsa został Wałęsą? I czy po iluś tam wiekach ludzie będą zastanawiać się, tak jak to się dziś dzieje w wypadku Szekspira, czy Wałęsa był Wałęsą?         

            Znalem go z widzenie z 1970 r., ale na dobre moja przygoda z “tym tematem” zaczęła się dziesięć lat później. Jako kierownik działu w redakcji tygodnika WOP “Granica”, niedługo po zarejestrowaniu “S” otrzymałem polecenie publicystycznego skwitowania tego wydarzenia. Wezwałem personel. Miałem dwie cudowne współpracownice, Krystynę B. i Walentynę J. (personalia zmienione – HP). Krystyna była śliczna i miła. Sprawiała wrażenie wiecznej dzierlatki. Z cerą białą jak krem nivea, cudownymi bałamutkami zdobiącymi jej kibić niczym Giewont Zakopane, wyglądała jak istne bióstwo. Miała tak piękne oczy, że musiałem się  pilnować, aby się w nich nie utopić. Cechował ją brak zasad moralnych i co dzień budziła się w innym łóżku. Po każdej randce twierdziła, ze jest dziewicą. Nie wiem czy nie kłamała. Nie byłem mizoginem, ale nie sprawdzałem. Jednak nie można wykluczyć, że jej galopanci byli indolentni seksualnie. Ale Krysia B. była przy tym ciut ciut tumanowata, gamoniowata i zdolna do najgorszych rzeczy, co w tym zawodzie, w powiązaniu ze specsłużbami było uważane za zaletę. Krystyna jak nic nadawałaby się do pierwszoplanowej roli w filmie moralnego niepokoju, albo na współczesną prezenterkę telewizyjną lub nawet posłankę. Zdyskwalifikowałem ją od razu. Wybrałem nieco starszą Walentynę, która była pedantką.  Przerażało ją wszystko, co nie było w najlepszym gatunku. Liczyłem, że spodoba się Wałęsie. Wala jak każda – kiedyś piękna – kobieta z każdym rokiem stawała się jednak mniej ładna. Jej cudowne piersi coraz bardziej ulegały prawom grawitacji, a o silikonie jeszcze nikt wówczas w Peerelu nie słyszał. Równocześnie dziennikarka usiłowała być coraz lepsza, spolegliwa, miękka i ciepła. Była tak cholernie empatyczna i soczysta, że chciałoby się ją przytulić, a może nawet zjeść. Nie próbowałem tego. Teraz żałuję. Ilekroć na nią patrzyłem, przypominała mi się Marsylianka, kobieta półnaga, z gołym biustem lud na barykady wiodąca. Sądziłem, że właśnie ona była zdolna podejść Wałęsę, który wprawdzie zajęty był przygotowywaniem mas do walki o nadanie ludzkiej twarzy socjalizmowi, ale nigdy nie odmawiał damom, byle młodszym od piramid. Poleciłem Walentynie skontaktować się z Wałęsą i napisać reportaż. – O, to świetnie się składa. Chcę zostać pisarką. To może być dobry temat na literaturę faktu – powiedziała redaktorka. Jak większość szefów, miałem w sobie coś z chama. Powiedziałem: – Na pisarkę jesteś za głupia, na grafomankę już za brzydka. Lepiej pozostań tym, kim jesteś. Masz okazję napisać dobry tekst.

Reporterka obraziła się, ale po tygodniu miałem na biurku reportaż i taśmę magnetofonową z nagraniami jakichś nieznanych dupków. Nie było w nim dobrego słowa o Wałęsie. Dziennikarka z nim w ogóle nie rozmawiała. Było dużo o kontrrewolucji, stratach gospodarki i knowaniach zachodnich rewizjonistów. Niektórzy uważają, że taki słowotekst charakteryzuje jedynie osoby z zaburzeniami macicy. W tamtym czasie miałem za długi język i krótki rozum. Nie bacząc, że jestem legatem ancien regime, wezwałem dziennikarkę i powiedziałem, że to, co napisała jest wredne, plugawe, napawające wstrętem, bo… too much sheet, naprawdę, za dużo gówna  i… wyrżnąłem maszynopisem o ścianę. Dziesiątki kartek sfruwało niczym sępy na padlinę, pokrywając podłogę, na której rozłożyłem serwis zdjęciowy mający ilustrować tekst o Wałęsie. Wala była teraz niczym łapka kocia. Gdyby się ją lekko przycisnęło, dałoby się wyczuć pazurki. Sprawiała wrażenie dobrodusznej wariatunci. Spojrzała na mnie w sposób szczególnie obraźliwy, wydzierając się przy tym niczym konduktorka w pociągu. W tym momencie przypuszczałem, że mam do czynienie z sukubem – demonem pod postacią pięknej kobiety. Wala odwołała się do szefa Zarządu Politycznego WOP Władysława Jury, generała z koncyliacyjnymi skłonnościami, działacza partyjnego z ortodoksyjnymi poglądami, wroga “S”, Wałęsy i KOR-u. Jura lubił mówić o niczym. Była to jedyna rzecz, na której się znał. Jego wystąpienia były nie do strawienia. Ciągle mylił fakty z mitologii z zabobonami komunizmu. Mógłby z powodzeniem powtórzyć za filozofem: Jeśli się mylę, to jestem.  Generał zwołał na temat mojego postępku naradę aktywu zarządu. Organizowanie narad było ulubionym zajęciem Jury. Od takiego gremium szef ZP WOP wymagał powagi i nabożnego skupienia. Był na tym punkcie nadczuły. Już na początku  urzędowania, pomyliwszy piąte zadanie – wytępienie ptaków stymfalijskich, nakazane przez wyrocznie Heraklesowi, ze szpakami i gołębiami rozkazał wytruć wszystkie ptaki siadające na parapetach okiennych. Uważał, że ptactwo swoim świergoleniem uwłacza powadze obrad. Było gorąco i aktywiści myśleli raczej o piwie niż o imperialistach, Żydach z KOR-u, “S” i Wałęsie usiłujących zrobić kuku pękającej od nadmiaru perspektyw ojczyźnie. Socjalizm wydawał się być wieczny a Peerel – nieśmiertelny. Wałęsa sprawiał wrażenie osoby niepoważnej, którą, w myśl zapewnień ministra Kowalczyka, resort, wraz z opozycją, nakryje czapkami. Ktoś podsunął generałowi fraszkę Jana Sztaudyngera. Jura, mówiąc o Wałęsie, KOR-e  i “S”, z upodobaniem ją cytował: Tak uradziła babka z babką: / Gówno najlepiej przykryć czapką. Koledzy nie chcieli mi szkodzić. Atakowano umiarkowanie. Nawoływano do złożenia samokrytyki. Najzacieklej bronił mnie płk dr Andrzej Błażej wymyślający karkołomne argumenty na moje usprawiedliwienie. Mimo że uważałem Wałęsę i “S” za stado rajskich ptaków wpuszczonych do komunistycznego kurnika, nie zdradziłem się. Uznałem swój błąd. Powiedziałem towarzyszom, że do Trójmiasta powinienem wysłać diabła a nie babę. Złożyłem autokrytykę. Udając kulawego trzmiela grałem głuptaka, którego ominęło objawienie marksizmu. Osiągnąłem kompromis. Materiał powędrował do kosza. Mnie uznano za “adres niepewny” i wpakowano w rubrykę: “z tym towarzyszem rozmawiamy rzadziej”. Dotknął mnie też wskazujący palec sprawiedliwości społecznej, pozbawiając dodatku funkcyjnego i awansu na kolejny stopień wojskowy.

Po latach, gdy Wałęsa, do którego nikt nie był podobny, a on był podobny do wszystkich i u którego podziwiałem pruskie cnoty służby państwu, bawarską jurność życia i coraz większy klerykalizm – nadal mnie interesował, ukradłem pomysł Walentynie. Nie zamierzałem pisać książki antycypacyjnej. Chciałem postawić kilka pytań, na które każdy sam musi sobie odpowiedzieć, aby nakreślić obraz Polski w przyszłości. A nie da się tego zrobić bez retrospekcji. Musiałem to zrobić najprościej jak się da. Chciałem opowiedzieć o najwybitniejszym żyjącym Polaku. Ale jego się nie da opowiedzieć. On do niczego, oprócz siebie podobny nie jest. Myślę, że takie pisanie jest nudne jak seks. Nie wierzycie? Zapytajcie zawodowców. Spytajcie pisarzy, reżyserów. Popytajcie prostytutki. Ta książka, jako prawda nie ma sensu. To jest tylko mój ogląd subiektywny widzianej, przeczytanej i zasłyszanej rzeczywistości. A prawem paradoksu – im ogląd jest sztuczniejszy, im miej chce naśladować prawdę, a raczej być prawdą, tym bliższy jest prawdy. Więc tu ostrzeżenie. Ursula LeGuin napisała szalone zdanie, które nicuję na własne kopyto. Jestem reporterem… a więc łgarzem. Nie wierzcie żadnemu mojemu słowu. Mówię prawdę. Jedyna prawda, jaką potrafię zrozumieć i wyrazić, z punktu widzenia logiki jest kłamstwem, z punktu widzenia psychologii – symbolem, z punktu widzenia estetyki – metaforą. Dlatego muszę wyjaśnić, że moje zainteresowanie Wałęsą było altruistyczne. W jego postaci intrygowało mnie to coś, co powodowało, że ludzie zamykając oczy skaczą na główkę z wysokiej skały, mimo że wiedzą, iż woda sięga do kostek. W fascynacji Wałęsą było to coś, co sprawiało, że w dziejach świata spośród tysięcy osób o nieprzeciętnych dokonaniach wybieramy takie, jak Sun Tzu, Sokrates, Platon, Chrystus, Nietzsche, Napoleon, Marks, Kant, Lenin, Stalin, Hitler czy Mao Zedong. O ile jednak wymienione osoby dysponowały słusznym doświadczeniem, a niektóre solidnym wykształceniem, to były prezydent III RP był pod tym względem niezdeflorowany jak Dziewica Orleańska.

Mijał rok za rokiem. Materiałów przybywało. Zapełniłem nimi cały regał. I ciągle byłem w lesie. Nie chciałem pisać paszkwilu ani panegiryku. Wałęsa przeszedł przez wszystkie piekła zgotowane mu przez wrogów i przez niektóre raje zafundowane przez przyjaciół. Parafrazując Miłosza powiem, że biografia Wałęsy jest tak ważna Jak życiorys świętych i proroków, /Bo wykracza poza tak zwane zjawisko literackie. Usiłuję przedstawić, co ludzie, w tym oficerowie służb, szpiedzy, wrogowie i przyjaciele mówili i sądzili o Wałęsie. Wiedziałem, że od pierwszych dni strajku iskrzyło miedzy Lechem Wałęsą a Andrzejem Gwiazdą. Obaj przywódcy “S” rodowód opozycyjny wywodzili z Wolnych Związków Zawodowych. Obaj pretendowali do miana absolutnego władcy. Inżynier Gwiazda, jako inteligent nie miał szans w rywalizacji z niefałszowanym robotnikiem. Przegrał w głosowaniu. Czuł niesmak. Decydowały względy ambicjonalne. Nie było możliwe znalezienie porozumienia, skoro nie było tolerancji. Wprawdzie spory były związkową codzienności, ale relacje Wałęsa – Gwiazda wykraczały pomiędzy to, co nazywamy kontrowersjami. Obaj przywódcy, nieortodoksyjno refleksyjni, miesiącami, a nawet latami, jak dwa owady, zajęte wzajemnym kłuciem, ranieniem się i rozszarpywaniem obrzucali się wyrzutami, oskarżeniami i okrucieństwem. Było to niezrozumiałe, absurdalne, granicy szaleństwa. Wódz przekonywał: Wszelkie rozmydlania władzy na górze osłabi związek. Władza musi być w rękach jednego człowieka. Adwersarze ripostowali: U Wałęsy to, co robi, nie zgadza się z tym, co mówił. Chciałem pokazać, w jaki sposób usiłowano grać Wałęsą. Jak on się przed tym bronił? Jaki był wynik podchodów? Chciałem nazwać to, co z uczuć i myśli Wałęsy jeszcze nie zostało nazwane. Problemem były góry materiałów. Każdy z rozmówców inaczej widział te same wydarzenia. Relacje świadków różniły się diametralnie. Skupiłem się na przeciwnikach Wodza, rekrutujących się ze służb specjalnych oraz z aktywistów opozycji. Łączyła ich jedna cecha – chęć zredukowania życiorysu Wałęsy do metafory dotyczącej jego działalności agenturalnej. Z moich wynikało, że jest to opozycja fałszywa. Ale może się myliłem.  

            I było jak u Philipa Rotha. Wstawałem o piątej rano i na podstawie słów Wałęsy, wczorajszych rozmów lub doniesień agencyjnych pisałem zdanie o przewodniczącym. To było moje życie. Pisałem zdanie i długo je obracałem, aż do pozyskania następnych wiadomości donoszących o czymś zupełnie przeciwnym. Następnie znowu obracałem napisane zdanie. Potem pisałem zdanie na podstawie informacji donoszącej o czymś innym. I teraz obracałem dwa zdanie. Po obiedzie kładłem się na tapczanie i myślałem, że myślę. Następnie wracałem do pracy i skreślałem napisane zdania. Po kolacji znowu pracowałem. Napisałem inne zdanie na podstawie kolejnych depesz. Napisałem i obracałem… i znowu słuchałem Wałęsy, który przekonywał wałęsizmami: …ta rewolucja jest pomieszana z poplątaniem; w sprawę chleba czy kiełbasy nie mieszajmy patriotyzmu; jak zaistnieje potrzeba, to będę pełnił każde stanowisko, włącznie z hyclem (gdyby się namnożyło za dużo psów); wiemy, że rząd wyszedł z naszego korzenia (chodzi o rząd Mazowieckiego – H.P.), ale – jak to się kiedyś czytało w gazecie – za długi żony mąż nie odpowiada; chcę, żeby Polska dopchała się wreszcie do europejskiego stołu. Sukcesem Wałęsy, który bujał się od lewicy do prawicy niczym pasikonik na koniuszku trzciny był Okrągły Stół. Wówczas udało mu się wsadzić do buzi duży palec prawej stopy. A podczas prezydentury poszukał lewej nogi. Chciał ostudzić gniew klasy robotniczej, która w zetknięciu z inteligencją była już dawno sprzedana, tylko o tym jeszcze nie wiedziała.