Archiwum miesiąca: maj 2026

MOJE WETO WOBEC INTERNETOWEJ DEZINFORMACJIOświadczenie Henryka Piecucha

Mój stan zdrowia nie pozwala mi już na jałowe, wycieńczające utarczki z biurokracją polskiej Wikipedii (vide: „List otwarty do Wikipedii” na stronie internetowej wydawnictwa CB). Kiedy szanowana przeze mnie niegdyś internetowa encyklopedia nagle zmienia mój życiorys w paszkwil noszący znamiona ordynarnego hejtu, a moje oficjalne prośby o sprostowanie są odsyłane na przysłowiowy „Berdyczów”, mówię: dość! Nie będę kopał się z koniem ani prosił anonimowych moderatorów o łaskę szacunku dla faktów.

Jako autor ponad stu książek wydanych w nakładzie ponad dwóch milionów egzemplarzy, około 4 tysięcy materiałów prasowych oraz ponad dwóch tysięcy rzeźb, obrazów, grafik, kolaży, asamblaży, rysunków, projektów okładek i unikatowych form szklanych wykonanych ze szkła kryształowego (po raz pierwszy barwionego tlenkami ziem rzadkich), wreszcie jako świadek historii i człowiek, który całe życie ufał prawdzie – publikuję to oficjalne oświadczenie tutaj, na moim autorskim blogu. To moje osobiste i ostateczne weto wobec manipulacji, jakich dopuszczono się w sieci na temat mojej biografii.

Oto fakty, których „wolna encyklopedia” nie chce przyjąć do wiadomości:

  1. Służyłem wolnej Rzeczypospolitej

Wikipedia uparcie pomija kluczowy etap mojej drogi mundurowej. Jestem pułkownikiem Wojsk Ochrony Pogranicza oraz Straży Granicznej w stanie spoczynku. Obie te formacje są niezwykle bliskie mojemu sercu. W mundurze pełniłem różne funkcje: od zastępcy dowódcy strażnicy, poprzez dowódcę strażnicy, zastępcę dowódcy Górskiego Batalionu WOP w Szklarskiej Porębie i instruktora w Łużyckiej Brygadzie WOP, aż do stanowiska kierownika działu wojskowego, zastępcy redaktora naczelnego „Granicy” oraz redaktora naczelnego „Granicy”, a po 1990 roku – „Straży Granicznej”. Po powstaniu III RP brałem czynny udział w trudnym procesie formowania nowoczesnej Straży Granicznej. Wymazywanie tego faktu z mojego życiorysu to ordynarne fałszowanie historii ustrojowej Polski.

  1. Moje archiwum fotograficzne

Internetowi „znawcy” zza biurka próbowali wmówić opinii publicznej, że mój dorobek fotograficzny nie istnieje. Tymczasem na przestrzeni dekad wykonałem ponad 200 tysięcy zdjęć. Były one publikowane w prasie krajowej i zagranicznej, a także stanowiły integralną, dokumentalną część moich własnych książek. O mojej pasji i dorobku fotograficznym pisali wybitni autorzy, w tym znany himalaista i fotograf Bogdan Jankowski w miesięczniku „Góry” (nr 3/2016) oraz Zbigniew Damski w książce „Pasje nasze, czyli sposób na wszystko”. Już w sierpniu 1974 roku zdobyłem II nagrodę w ogólnokrajowym konkursie „Nasza polska Rzeczypospolita Ludowa i jej siły zbrojne”, a po niej przyszły kolejne wyróżnienia i wystawy – zarówno indywidualne, jak i zbiorowe, m.in. w Warszawie, Lublinie, Jeleniej Górze, Szklarskiej Porębie czy Lubaniu. Robiłem to zawsze na własnych warunkach, z awersją do oficjalnych związków twórczych i salonów. Moje książki, prace plastyczne i zdjęcia bronią się same.

  1. Cenzura moich najnowszych dzieł

Strażnicy internetowej poprawności udają, że nie widzą moich ostatnich, ważnych książek. Z biografii bezczelnie wycięto wzmianki o pozycjach:

  • „O czym wiedziały tajne służby? Zdumiewająca niefrasobliwość Instytutu Pamięci Narodowej” (CB, Warszawa 2016);
  • „Proces. Kłamstwa, mity, dezinformacje i konfabulacje” (Agencja Wydawnicza CB, 2023) – stanowiących moją kluczową polemikę z historycznymi kłamstwami;
  • „Tłuste koty wymiaru sprawiedliwości i…” (Agent PR Wydawnictwo Naukowe, Kraków 2025) – mojej setnej, jubileuszowej książki, która jest bezkompromisowym podsumowaniem mojej wieloletniej pracy pisarskiej i analizy polskich przemian.

Nie mam już siły na walkę z systemowym betonem i ludzką złośliwością. Niech anonimowi cenzorzy dalej bawią się w swoją wirtualną rzeczywistość. Prawdziwa historia moich książek, moich 200 tysięcy negatywów, innej twórczości plastycznej oraz mojej wiernej służby na granicy w barwach WOP i Straży Granicznej i tak obroni się sama w rękach rzetelnych czytelników.

To tutaj, na tej stronie, znajduje się prawda. Reszta to internetowy szum.

płk Henryk Piecuch

WAŁĘSA I…

Gdyby Lech Wałęsa był tak wysoki jak jego ego mógłby na kolanach Księżyc sidolem czyścić. Były pierwszy prezydent III RP (po obaleniu gen. W. Jaruzelskiego) nie może usiedzieć spokojnie. Od czasu do czasu wynajduje jakiś pretekst aby przypomnieć o swoim istnieniu. Ostatnio poinformował w serwisie społecznościowym, że przed laty przekazał „tysiące dolarów na rzecz specjalistycznej instytucji ochrony zdrowia, której siedziba mieści się w budynku gdańskiej „Solidarności”. W ramach podziękowań na budynku zamieszczono tablicę, informującą o donacji. „Po paru latach zdemontowano tablicę, jak się wydaje bezpowrotnie”. Niegdysiejszy lider „Solidarności” i mierny prezydent nie ukrywa oburzenia takim obrotem zdarzeń. We wpisie skierował stanowcze żądanie do osób odpowiedzialnych za usunięcie tablicy, będącej dowodem jego hojności .”Żądam przywrócenia na miejsce tablicy albo zwrotu ofiarowanych tysięcy dolarów z odsetkami dodanymi od daty usunięcia tablicy” – napisał.           L.W. napisał co napisał, a ja przypominam fragment tego, co kiedyś także o nim napisałem:

          BOLEK I “BOLEK”, CZYLI TAJEMNICA TAJEMNIC

                                              Spójrzcie, jaka wciąż sprawna,

                                              jak dobrze się trzyma

                                              w naszym stuleciu nienawiść.

                                              Jak lekko bierze wysokie przeszkody.

                                              Jakie to łatwe dla niej – skoczyć, dopaść.  

                                                                                                       Wisława Szymborska   

         Gdy byłem młodszy i wrażliwszy, ojciec mój dał mi pewną radę, że…  C’era una volta, tak, był sobie raz kawał drewna. Nie było to drewno najlepszej jakości. Mimo to zapotrzebowanie społeczne sprawiło, że masy – inteligenci i robotnicy, że media i specsłużby wystrugały z niego postać mieniącą się wszystkimi kolorami tęczy. Tak stworzono Wałęsę. No, to tu kolejne wprowadzenie do Wodza (Lecha Wałęsy – HP). Powtarzam – postać to tak barwna, jak kontrowersyjna. Jedni mówią, że słynny „Bolek” to kryptonim konspiracyjny “S” z lat 80. lub służb specjalnych z dwóch ostatnich dekad Peerelu. Inni, że jest tworem mediów. Inni, że jest wynikiem zapotrzebowania społecznego, osób stadnych, zawsze gotowych za kimś iść. Inni, że stworzyli go doradcy, którym był potrzebny ludowy przywódca, aby porwać tłumy. Jeszcze inni dopatrują się wpływów mocy anielskich. Sam Wałęsa mówi, że posądzający go o niecne sprawy, mają takie pojęcie o jego walce i zwycięstwach, jak kaczki o prawie i sprawiedliwości. Jego wrogowie skradają się ku niemu niczym koty, aby go pożreć i za pomocą fałszywek pozbawić solidarnościowej legendy. Ale Wałęsa ma wyrok sądowy poświadczający jego nieagenturalność. W III RP sądy są omnipotentne (vide: Proces. Kłamstwa, mity, dezinformacje i konfabulacje – HP). Mądre, niezależnie i niezawisłe a rebours. Omnipotentne niekiedy także od logiki i rozumu. Dysponują wszechwładzą, mają moc rozstrzygania spraw historycznych. Wydaje się, że po wyborach 7. kadencji Sejmu, kiedy ministrem sprawiedliwości został mianowany Jarosław Gowin, człowiek wściekle inteligentny dr filozofii, także on połamie sobie zęby na Temidzie Kraju Pieroga i Zalewajki. Ale ja mu tego nie życzę.       Wałęsa ma także świadectwa moralności wystawione przez mądrych ludzi. Takich jak Jaruzelski i Kiszczak. Wódz wojował z nimi przez całą dekadę, albo i dłużej. Przekonuje, że pokonał generałów w walce. Wydarł ich reżimowi władzę. Obalił komunę, mimo że generałowie co rusz faulowali brutalnie. I mimo, że Jaruzelski w 1970 r. nakazał strzelać do takich jak on, a w grudniu 1981 r. wydał rozkaz hordom aby ruszyły na naród, to on, Lech Wałęsa, publicznie podał rękę Jaruzelskiemu. I wówczas przypominał bacę, który zatrudnił hordę wilków, aby pilnowały jego owieczek pasących się pod lasem. Bo Wałęsa jest w stanie każdemu wybaczyć jeżeli mu się to opłaca. A durnie, którym nie wybacza, nie bardzo go obchodzą. Jaka jest prawda o micie Wodza? Czyżby wszyscy mieli rację? Albo nikt jej nie miał? Nie można wykluczyć, że każdy z wymienionych czynników miał wpływ na kształtowanie się mitu. Jednak nie można nie widzieć, że przywódca i lider „S” zrodził się samorzutnie, w odpowiedzi na zapotrzebowanie geopolityczne. U nas, w krainie Jana III Sobieskiego, Kopernika i Chopina, na burzyciela jałtańskiego porządku wybraliśmy robotnika-zwyklaka, który okazał się niezwykły. Prawie całkowicie zapomnieliśmy o Ronaldzie Reaganie, Michaile Gorbaczowie i Janie Pawle II, którego Imperium Zła chciało zmieść z tego świata (vide: Strzały do Papieża i narodu). Rola którą ci mężowie odegrali w obaleniu świata dwubiegunowego jest trudna do przecenienia. W sąsiedniej Czechosłowacji, w krainie Szwejka, wybór padł na inteligentnego Vaclava Havla, którego życiowym leitmotivem było: Prawda i miłość musi zwyciężyć nad kłamstwem i nienawiścią.  Co by tu jednak nie napisać, to i tak warto wiedzieć, że gdyby nie było Wałęsy, należałoby go stworzyć. W przedrewoltowym tumulcie specsłużby były w stanie tego dokonać. Być może wada Wodza tkwi w tym, że jako prezydent zajął się konstruowaniem Koloseum, w którym funkcję gladiatorów pełniły elity. Prezydentura potrzebna była Wałęsie jak rybie narty. To przecież on, chyba nie bez podpowiedzi Kaczyńskich, sprawił, że politycy, niczym tytani w starożytnej Grecji, wykorzystują do rozstrzygania sporów mównicę sejmową. Jeden z nich Kaczyński – Kronos obalił swego ojca Wałęsę – Uranosa. Uzbrojeni w demagogię, pomówienia i kłamstwa tytani – politycy polaryzują społeczeństwo. Pytanie brzmi: kiedy się znajdzie jakiś Zeus i skasuje to szemrane towarzystwo? Taką rolę mogłaby odegrać kartka wyborcza. Niestety, jeżeli chodzi o zaangażowanie, społeczeństwo polskie jest zbyt indyferentne. Bez czujności wyborców politycy idą w szkodę. Idą zmiany. Awantury wokół ACTA świadczą, ze coś się rusza. Coś się budzi. Na razie w najmłodszym pokoleniu. ACTA to dzieło szatana i wielkich korporacji. Zaś wolność to niezbywalne prawa człowieka. Po jednej i drugiej stronie jest wiele patologii. Wolność to brak przeszkód, ograniczeń, nacisków, cudzej ingerencji, przymusu itp. Twórcy ACTA nie chcą uznać, że internet to myślenie i wolność. A myśli i wolność okuć się nie dają (acz takie próby bywają częste). Natomiast protestujący muszą brać pod uwagę biblijne: Nie kradnij (Mt 19, 18). Co na ten temat ma do powiedzenia Wałęsa? Jest za, a nawet przeciw. Był przeciw cenzurze. Walczył o wolność. Mówi, że nie może być tak jak jest. Coraz więcej ludzi, rozdrażnionych arogancją władzy podświadomie tęskni za społeczeństwem obywatelskim. Pomaga internet. Wiele wskazuje, że zdanie z Manifestu Komunistycznego znowu wróci do łask: Chcemy was teraz zniszczyć i przywłaszczyć sobie wszystko, co do was należy. Świadczą o tym hasła: Jesteśmy anonimowi! Imię nasze Legion! Nie wybaczamy! Nie zapominamy! Nadchodzimy! Może młode pokolenie, zamiast arogancji władzy zechce zbudować agorę. Można by wówczas demokratycznie rozstrzygać problemy wynikłe w procesie modernizacji państwa. To ostatnia szansa Wodza. Wkręcić się na doradcę walczących.  Dostać rolę współczesnego Sokratesa. Jest w tym dobry. Jako internauta jest rozpoznawalny. W tym tkwi jego największa tajemnica. Z takich ludzi wyrastają albo genialni przywódcy, albo wielcy tyrani. Podążając za takimi osobnikami, ludzie podejmują rewolucyjne działania i budują schody do piekła. Tacy przywódcy powtarzają tłumom: kupą, mości panowie! Kupą! Tylko kupą! Bo kupy nikt nie ruszy. Nikt nie zwycięży. Być może koniec XX wieku był w Polsce ostatnim okresem, w którym istniało zapotrzebowanie na takie postaci. Wałęsa potrafił radykalizować politykę opozycji, ale i absurdalizować politykę władz. Nawet dziś miło na niego patrzeć, jak z Heglowsko – Marksistowsko – Nietzscheańską podejrzliwością przygląda się świętym eremitom z PiS-u, peeselowskim Kaligulom albo platformerskim Neronkom i eseldowskim komsomolcom ostrzegając, aby nie potłuścieli w dymie kadzideł. Chyba bez specjalnego wstrętu przygląda się, jak jego niedawni uczniowie podrzynają gardła rywalom prącym do władzy. Bo – przypomina zapominalskim – istnieje zasadnicza różnica między demokracją i dyktaturą. W demokracji durnie mają prawo głosować. W dyktaturze oni rządzą. I jest ni w pis, ni w peo. Słowa Wałęsy przypominają ryk dzikiego lwa, którego nie sposób opisać. Można jedynie powiedzieć, że się słyszało, jak lew zaryczał. Wałęsa w krzyku był i jest wielki. Wałęsa z książek, mediów i opowieści jest bliżej ludzi. Jest człowiekiem ze skazą, z widocznym rdzawym defektem. Ale w książkach brak rozwinięcia środkowego rozdziału. Opracowania gry “S” z bezpieką. W tych latach Wałęsa był chyba największy. Ten odważniak wszedł do historii na czołowym miejscu. Nikt go nie zdoła z pomnika zrzucić Ale pozłotkę warto z niego ściągnąć tak jak ściągnięto ją z prałata Henryka Jankowskiego. Wówczas znowu zbliży się do ludzi. W czasie prezydentury Wałęsa nie docenił kilku sił, m.in. nacjonalizmu i pieniądza, oraz związków religii z polityką. Jako człowiek wiary nie wziął pod uwagę, że ilekroć polityka miesza się z Bogiem, otwiera to drogę do piekła. Stąd, mimo jego klerykalizmu, który prezentuje publicznie, jego kłopoty z o. dyrektorem Rydzykiem.      Nigdy nie spełniał kryterium rasowego agenta. Wałęsa mówi, że argumenty wymyślone i podsunięte przez esbecję były chętnie podejmowane przez takich ludzi, jak Kaczyński, Macierewicz, Wyszkowski, Gwiazda czy Walentynowicz. Wrony kraczą kolektywnie. Orzeł szybuje sam – przekonuje, a w Mojej III RP snuje przypuszczenia, że tooni bardziej pasowali władzy. Nie jest to zgodne z prawdą. I jest to okazja, aby w skrócie przypomnieć, jak było. Specjaliści resortu od początku “S” analizowali, który z działaczy byłby najlepszy, z punku widzenia MSW, na funkcji szefa związku. Gwiazdę odrzucili. Bo za mądry. Annę Walentynowicz, bo za głupia.  Kaczyńskich nikt nie brał pod uwagę. Wybrano rozwiązanie pośrednie. Wałęsa ze swoim charakterem i minimalistycznym wykształceniem nie uchodził w świetle analiz za szczyt intelektu. Padło na niego. Analitycy nie wzięli pod uwagę cech Wałęsy, które pozwoliły mu osiągnąć to, co osiągnął. Zlekceważyli przyrodzoną niektórym osobom dążności do realizacji marzeń. Masz psa, marzysz o kocie. Masz rower, chcesz mieć samochód. Wałęsa miał stanowisko przy warsztacie. Marzył o zostaniu majstrem, którym go nie mianowano. No to został związkowcem. Potem prezydentem. I w tym miejscu można zacytować M. Saltykowa-Szczedrina: Bez nauki zgłębił wszystkie nauki. Genialna natura, powiadam wam. Nauki mu nie potrzeba, bo do wszystkiego dochodzi własnym rozumem. Takie kariery się zdarzają, gdy czasy są wyjątkowe. Ale nim do tego doszło, na przeciwległym krańcu kraju od Trójmiasta doszło do manipulacji służb specjalnych. Oto garść faktów świadczących o ich inspiratorskiej roli. Zaczęło się we wschodnich regionach kraju. Były tam zakłady zbrojeniowe, podwójnie infiltrowane przez służby MSW i MON, nie mówiąc już o GRU i KGB. W tych zakładach uagenturnienie najważniejszych stanowisk przekraczało 15 procent.     Nagle naród zrozumiał, że pospolitość Peerelu jest nie do wytrzymania, że wszystko się zawęża, robi się ciemne, sformatowane, zjustowane i socraj zdycha. Nie wiadomo, dlaczego w tych ośrodkach zrodził się protest. Jaki był w tych działaniach udział agentury bezpieki? Jaki wojskowych i sowieckich służb specjalnych? Jaki zwykłego przypadku lub kretyńskich działań partyjno-rządowych? Dlaczego fala strajków przeniosła się na Wybrzeże, by następnie rozlać się po kraju?  Przypadek to? A może manipulacja służb? Może zadecydowały oba czynniki? Jedno nie ulega wątpliwości – Trójmiasto było najlepiej przygotowane do rozniecenia nastrojów niezadowolenia i rewoltowania mas. Tu była najsilniejsza, mająca doświadczenie zdobyte w 1970 r., opozycja. W jej skład wchodzili robotnicy i intelektualiści. Tu zalążek buntu tlił się od czasów poprzedniej rewolty. Tu byli ludzie zdolni pokierować buntem mas. W Warszawie też buzowały nastroje niezadowolenia. Ale w garach mieszali intelektualiści. A ci, wiadomo! Zawsze zatrzymywali się na granicy czynu. Na ulice nie wychodzili! Strajków nie organizowali! Za kamienie nie chwytali! Większych burd nie wywoływali! Najwyżej jakiś list wysmażyli. Dlaczego nagle naród zmądrzał i postanowił połączyć siły? Na takie pytanie nie da się odpowiedzieć bez zaglądania do “kwitów” służb lub archiwum Pana Boga. Z pozostałych w Biurze „C” MSW śladowych dokumentów wynika, że już w początkowym etapie sprawa zaczynała się wymykać spod kontroli władz. Agentura nie była w stanie opanować sytuacji. Zniknęli agenci szybkopiórni, a z guzdrałami ciężko było opanować żywiołowy ruch. Funkcjonariusze na etatach niejawnych potracili głowy. Oficerowie obiektowi bezradnie rozkładali ręce. Nawet posłuszni współpracownicy zaczynali mieć w głębokim poważaniu wieszczenia funkcjonariuszy, że jak narażą się specsłużbą, to zostanie z nich gówno i pazury. 14 sierpnia 1980 r. do ataku przystąpił Wałęsa. Objął kierownictwo Komitetu Strajkowego Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Dlaczego on? Przecież od 1970 r. przez 10 lat o Wałęsie było prawie cicho. U progu lat 80. liczył się KOR, nie Wałęsa. Przyznając sobie prawo do zdziwienia, dlaczego tak się stało, zastanawiam się i spekuluję, czy z Wałęsą nie jest tak, jak z Krzysztofem Kolumbem, który nie wiadomo co by jeszcze nie odkrył, gdyby na jego drodze nie stanęła Ameryka. Czy gdyby nie doradcy z Mazowieckim i Geremkiem na czele, były przewodniczący “S”, inspirowany przez służby, nie odkryłby na przykład ludzkiej twarzy socjalizmu. 

         Pewne światło na sprawę rzuca „burza mózgów” w MSW od czasów Szlachcica był to rutynowy element działalności Firmy. Zbierało się szerokie kierownictwo – minister, wiceministrowie, dyrektorzy departamentów, sekretarz KZ PZPR (niekiedy dopraszano dla zreferowania omawianego tematu kogoś mądrzejszego, jakiegoś specjalistę). Po objęciu przez Wałęsę kierownictwa Komitetu Strajkowego oceniano, kto będzie najwygodniejszym dla władz przywódcą strajkowym. Można by przyjąć, że gdyby nie Wałęsa, “burza mózgów” straciłaby w resorcie rację bytu. Analizowano psychologiczne cechy kandydatów. Rozważano co resort może zyskać na ryzykownej grze. Na początku wykluczono sytuację, w której uda się przeforsować na przywódcę jakiegoś zakamuflowanego oficera lub sprawdzonego agenta. Służby specjalne nie miały takiego kandydata!!! I jest to koronny argument, że Wałęsa nie mógł być “Bolkiem”. Kadry były słabością peerelowskich służb. Po doświadczeniach 1970 r. zaplanowano niektóre czynności. Ale nie przygotowano przedsięwzięć operacyjnych, w tym agentury. Przygotowano kadry dla ZOMO. W kilku brygadach WOP utworzono specjalne pododdziały w sile batalionu, szkolące rekrutów dla MO. Nie przewidywano, że protesty społeczne i strajki będą miały aż tak ogromny zasięg. Kilkakrotnie jako dziennikarz obserwowałem akcje pacyfikacyjne ZOMO. Mundurowi ustawiali się naprzeciw manifestantów. Na sygnał dowodzącego zomowcy zaczynali tłuc pałami w plastykowe tarcze, które dzwoniły jak w Wielki Piątek kołatki pokutne. Jednak kołatki nie były groźne. ZOMO było. Szczególnie gdy ruszyło na demonstrantów, tłukąc ogromnymi niczym kłonice pałami już nie w tarcze, ale ludzi.

         Tym razem podczas „burzy mózgów” wiele do powiedzenia miał Pożoga (vide: Pożoga. W. Jaruzelski tego nigdy nie powie). Generał miał doświadczenie. Znał sytuację, ludzi i agenturę. Zwykle pracował od 7.00 do 23.00. Z krótką przerwą na obiad. Pewnie dlatego był tym, kim był. W przedrewolucyjnej sytuacji z jednej strony karierę robili autentyczni robotnicy z Wałęsą, Frasyniukiem, Bujakiem, Walentynowicz, a z drugiej wypływali funkcjonariusze z Kiszczakiem, Pożogą i Dankowskim. A intelektualiści? Oni mieli ustaloną pozycję rewizjonistów. Jednak rewizjonistami nikt się nie przejmował. Wystarczyło bowiem zaoferować im lepsze stanowiska. Dać paszport, aby mogli pobuszować za granicą. Ostatecznie zamknąć do kryminału. Innych opozycjonistów, m.in. Moczulskiego, Najdera, Macierewicza (którego MSW ukierunkowano na Amerykę Łacińską – HP) czy Kaczyńskich także nie brano poważnie pod uwagę. Wśród przeciwników realnego socjalizmu władze najbardziej obawiały się Kościoła i chyba KOR-u. Na KOR skuteczne było zaostrzane prawo i wymiar sprawiedliwości, idący na pasku polityków i specsłużb. Aby uspokoić hierarchów, wystarczył generał Kiszczak. Zaprzyjaźnił się z kim trzeba. Wydał kilka zezwoleń na budowę świątyń. Zwiększył pulę przydziału paszportów. I był spokój. A jak koś z Kościoła próbował wierzgać, to minister miał w odwodzie Departament IV. Ci chłopcy nie byli od dogadywania się. Byli od organizowania prowokacji, bicia i zabijania (vide: Krucjata generałów)

          Intelektualiści zorientowawszy się w szansach, jakie daje rewolta na Wybrzeżu, ściągali do Trójmiasta jak wieloryby do kryla. Brylowali korowcy. Dołączali do robotników. Doradzali, choć nie zawsze zgodnie ze zdrowym rozsądkiem. W MSW wypracowano decyzję taktyczną. Skoro strajkujący chcą Wałęsę to niech zostanie. Nie przeszkadzamy. Wałęsa ma poparcie ludzi. Nie ma doświadczenia. Nie umie manipulować masami. Zobaczymy, co zrobi, jak sobie poradzi. Będziemy obserwować. Będziemy mu dyskretnie pomagać. Dbać, by nie zbaczał z kursu, nie urwał się z haczyka. Będziemy go inspirować. To nie może być trudne. To prostak. Nie połapie się, co jest grane. A jak się połapie? To będzie za późno. Nie będzie się mógł wycofać. Będzie nasz. Wałęsa musi przegrać. Jak się zbiesi można go zamknąć. Postanowiono wzmocnić agenturę w stoczni. Takie zadania stawiano na każdej odprawie. Zielone światło otrzymały działania kapturowe. Pamiętano grudzień 1970 r. Wówczas 50 oficerów bezpieki, w większości podwładnych Pożogi, wiodło kiedy chciało, jak chciało i gdzie chciało, dwutysięczny tłum (widziałem to na własne oczy – HP). Ale rewolty nie można zaplanować, zadekretować. Rewolta rodzi się spontanicznie. Zapomniano o tym. Gdy tłum przekroczył pięć tysięcy, sytuacja wymknęła się spod kontroli. Trzeba było zabijać.

         MSW popełniło błąd. Nie doceniono intelektualistów. KOR już mocno siedział w stoczni. Były także inne struktury. Zignorowano jajogłowych. Zbagatelizowano rolę Kościoła, jednoznacznie opowiadającego się za strajkującymi. Gdy się w tym połapano, nie było szans na przeciwdziałania. Intelektualiści zawarli sztamę z robotnikami. Kościół zapewniał nie tylko opiekę duchową, ale także materialną. Strajkujący zrozumieli, że bez Kościoła i mózgów jajogłowych wszystko skończy się tak jak zawsze. Układ robotników z intelektualistami udało się rozbić dopiero Wałęsie w czasie prezydentury. W drugiej połowie sierpnia 1980 r. sprawy, wedle MSW, zaczęły toczyć się w niebezpiecznym dla władzy kierunku. 16 sierpnia 1980 r., w odpowiedzi na agenturalne doniesienia o przygotowywanych 21 postulatach strajkowych, w MSW kontynuowano rozważania: zostawić Wałęsę czy zastosować zatrzymanie? Mądrym najtrudniej zrozumieć, że ludzie uważani za głupców czasami mają rację.

          Z udziałem agentury kapturowej rozpowszechniano informację o dwuznacznej roli Wałęsy. Podstawę dezinformacji stanowiły dwie wersje o wejściu elektryka na teren stoczni. Prawdziwa, czyli skok przez płot. Oraz fałszywa – przywiezienie motorówką Marynarki Wojennej. Kilka razy “świadkowie” szeptali, że widzieli Wałęsę w takich miejscach, gdzie on nie mógł być. Jakie jest moje zdanie? Sądzę, że Wałęsa dotarł do muru. I mur tam był. Ludzie często widzą to, co chcą zobaczyć. Część świadków opowiada, że w momencie przewożenia Wałęsy do stoczni, obok motorówki pojawił się okręt podwodny. Jest to operacyjna konstrukcja typu “szły dwie osoby, jedna do pracy, a druga w T-shircie”. Rozpatrując agenturalne uwikłania, trzeba uwzględnić psychologiczny mechanizm stosowany przez specsłużby. Wystarczy coś wymyślić i często to powtarzać, aby ludzie uwierzyli. Polega to na wmawianiu ludziom wspomnień dotyczących zdarzeń, w których nie uczestniczyli. Manipulant – oficer lub agent zdobywa zaufanie figuranta. Następnie zarzuca przynętę sugerując, że podobne wydarzenie mogło mieć miejsce. Ofiara zaczyna o tym myśleć. W ten sposób oswaja się z tym, co jeszcze przed chwilą było jej obce. Potem manipulujący dorzuca kilka nieistotnych szczegółów związanych z życiem figuranta. To przyspiesza konfabulację. Można też rzucić na “rynek medialny” jakiś celowo dobrany dokument. Od tego momentu manipulujący nie musi już robić niczego. Figurant sam dokończy dzieła. Coraz silniej będzie obstawał przy prawdziwości “przeżycia”. Gdy do tego dodamy “wsparcie” fałszywkami lub alokucją jakiegoś medioty – sukces murowany. Tę metodę stosują Kaczyński i Macierewicz przy próbie wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej a niegdyś, z pomocą tej metody złapano w sieć Walentynowicz. Ona by nie poszła na żadne układy z bezpieką. Postanowiono wykorzystać jej uczciwość w inny sposób. Jest to możliwe w wypadku osób prawych, którym w głowie się nie mieści, że mogłyby być manipulowane. Nawet nieświadomie. Myślę, że w tym wypadku decydującą rolę odegrały spreparowane na Wałęsę materiały oraz “kwity”, że ona sama ma być otruta. Strategia z pozorowanym truciem lub z innymi rzekomymi sposobami pozbywania się niewygodnych figurantów ma długą tradycję. Jest ulubioną metodą działania służb. W Peerelu można wymienić z pięćdziesiąt “lipnych” zamachów. W tym, co najmniej pięć na Jaruzelskiego. W wypadku Walentynowicz były to dobrze wykonane dokumenty. Widziałem niektóre z nich. Rozmawiałem z oficerami, którzy je wykonywali. Powiedziałem o tym zainteresowanej. Nie uwierzyła mi. Walentynowicz wierzyła w fałszywki bezpieki tak jak ludzie wierzą w czarownice. Co napisane, podpisane i opieczętowane – to święte. Ciągle do tego wracała. Ja tylko mówiłem, a pani Ania przedstawiała kserokopie. Mógłbym to skomentować twierdzeniem łacińskim Verba volant, seripta mament, słowa ulatują, pismo zostaje. I nie było ważne, czy kserokopie były fałszywkami czy nie. Być może również Wałęsa uległ takiemu otumanieniu. Przestraszył się. Duża część zabobonów dotyczących upaprania w agenturalne zaszłości Wałęsy, jak również rzekomych zamachów nie tylko na byłego prezydenta, ale i. na Walentynowicz, Michnika, Kuklińskiego zasadzała się na tym mechanizmie psychologicznym. Wystarczy przygotować grunt, a ludzie “przypominają” sobie niemal wszystko. Jest na ten temat naukowa literatura, chociażby książka Elizabeth Lofths. Uważam, że w latach osiemdziesiątych ciekawsza od tego typu gier była rola konsulatów ZSRR w Gdańsku i Szczecinie oraz kontrrazwiedki jednostek Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej, współpracującej m.in. ze zwiadowcami z Pomorskiej i Kaszubskiej Brygad WOP, ale nie tylko, bo również z WSW Marynarki Wojennej i WSW WOPK.  WSW poprzez rozpracowywanie kadry zawodowej i jej rodzin oraz pracowników cywilnych stanowiły ważny element uprawiania kreciej roboty w strukturach opozycyjnych. Figuranci nie mieli doświadczenia w walce z tajnymi służbami i ich agenturą. Wyjeżdżając do Trójmiasta, Szczecina i innych nadgranicznych miast, mówiłem przyjaciołom kręcącym się wokół opozycji, aby nie bali się ujawnionych złych ludzi. Rozpoznany agent nie jest niebezpieczny. Nie trzeba go demaskować, palić. Wystarczy uważać, co się przy podejrzanym mówi i czyni. Bać się trzeba ludzi obojętnych. Dzięki nim popełniane są największe zbrodnie. Na takich ludziach żerują oficerowie służb. A na ripostę, że już to przerabiali w 1970 r. i są odporni na prowokacje, podpowiadałem, że wprawdzie doświadczenie powiększa naszą mądrość, nie zmniejsza jednak naszej głupoty.

********************

Był to fragment książki Tajna historia mojego życia. Wałęsa i… Kryptonim <Bolek>. Operacja tajnych służb MON i MSW wydanej przez wydawnictwo CB w 2012 r. Więcej na ten temat także w książkach tego wydawnictwa: Krucjata generałów; Pożoga. W. Jaruzelski tego nigdy nie powie oraz Strzały do Papieża i Narodu 13 V 1981 – 13 XIII 1981.

TAK BYŁO

Jestem tak znudzony ludzkością i światem, że nic nie jest w stanie mnie zainteresować, chyba że znajdę co najmniej dwa morderstwa na stronie lub przeczytam o jakich potwornościach rodem z nieznanych przestrzeni.

                                                                                                                         Howard Phillips Lovecraft

   Robert Skidelsky twierdzi, że wszechświat jest jak zegar dążący do równowagi. A ludzie są jak atomy, które krążą tak długo, aż znajdą własne miejsce w strukturze świata.

   Jako indywidualny atom krążę już 87 lat wokół Słońca, tego najważniejszego zegara – klepsydry, wypełnionego wodorem zamienianym w hel, a swojego miejsca jeszcze nie znalazłem. Czy słyszeliście kiedyś o schizofrenii półkarskomaszynopisowej? Nie? No to posłyszycie.

   Poczuwam się do obowiązku zasygnalizować P.T. Czytelnikom kilku wyjaśnień odnośnie książki pt. Kto zabił? Desperat 2, w którym opisałem jak było. Jak będzie opowiadam w następnej książce pt. Miałem kiedyś przyjaciół, która ukaże się, albo i nie, nakładem Oficyny Wydawniczej CB.

   ***

   Biskup Ignacy Krasicki pisał:

Stara czapla, jak to bywa,

Trochę ślepa, trochę krzywa,

Gdy już ryb łowić nie mogła,

Na taki się koncept wzmogła.

    Chcąc znaleźć indywidualne equilibrium, wzmóc się na koncept czapli czytałem książki i dokumenty tak tajne, że przed czytaniem należało je spalić. Ale nie paliłem. Słuchałem i podsłuchiwałem działaczy różnej proweniencji – persony, których w żadnym wypadku podsłuchiwać nie należało. Wiem, ze to nieetyczne, niemoralne i nieładne, ale jakże przyjemne.

   Poznawałem polityków i oficerów wspaniałych, dobrych i tak delikatnych jak puch aniołów, ale także ewidentnych skurwysynów, bezgranicznie, bez względu na fakty historyczne zakochanych w Wielkim Sowieckim Bracie, a teraz w Rosji. Zauroczenie nie przeszło im do dziś.

   ***

   Jest to o tyle ważne, że światem w trzeciej dziesiątce XXI wieku rządzi prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump. Ten polityk rozpoczyna światowe awantury raz za razem. Władca USA, teraz udający Boga, moim zdaniem jest bardziej podobny do cesarza Kaliguli niż do Stwórcy.

   To przecież rzymski cesarz, pogniewawszy się na Posejdona, wedle mitologii greckiej – władcy mórz, oceanów, trzęsień ziemi i koni wypowiedział greckiemu bogowi wojnę i rozkazał swojej armii nacierać z mieczami na Morze Śródziemne.

   W 2026 r., D. Trump, którego armia ma nie tylko miecze, ale i rakiety, nakazał zaatakować tylko Iran, a przy okazji rozpętał w Kotle Bliskowschodnim awanturę na niespotykaną skalę. O wiele większą niż wojna Kaliguli z Morzem Śródziemnym.

   Wódz Stanów Zjednoczonych zapomniał jak widać, że Kaliguli już od 24 stycznia 41 r. nie ma, a Morze Śródziemne ma się dobrze.       Myślę, że podobnie będzie z wojną na Bliskim Wschodzie. O D. Trumpie świat rychło zapomni, zaś Iran nadal będzie nadal lokalnym mocarstwem.

   ***

   Ale, ale jakiż jest sens z opisywania aniołów?

   Fascynowali minie skurwysyńscy działacze polityczni i oficerowie tajnych służb. Dzieliłem ich na stalinowców i antystalinowców.          Prymitywni stalinowcy byli pożytecznymi idiotami. Prawie takimi samymi, jak antystalinowscy, którzy nie chcieli uznać faktu, że wojna skończyła się w maju 1945 r. Wówczas to Zachód, a w szczególności USA miał w głębokim poważaniu takiego alianta jak Polska i nie ujmie się za nami także w XXI wieku, bo tak jak w 1939 r. ludzie zachodu nigdy nie będą „chcieli umierać za Gdańsk”. Ostatnio cichutko, aby nie urazić D. Trumpa przebąkuje o tym, też Donald, premier Tusk.

   ***

   Bralem więc na spytki optymistów i pesymistów, osobników pasywnych i ekspansywnych, zachowawczych i progresywnych, odważnych i tchórzliwych. Wśród nich najważniejsi byli generałowie: W. Jaruzelski, F. Siwicki, Cz. Kiszczak, M. Janiszewski, W. Pożoga, E. Buła i E. Poradko oraz kilka setek oficerów resortów siłowych oraz innych polityków, intelektualistów i patointelektualistów.

   O nich chcę wspomnieć. Ci ostatni rajcowali mnie najbardziej, gdyż wedle Aldousa Huxleya intelektualista to osoba, która odkryła coś bardziej interesującego niż seks.

   ***

   Wierny słowom noblisty, że „spisane będą czyny i rozmowy” kronikowałem i mógłbym powtórzyć za Izaakiem Bablem: „Kronika tych codziennych zbrodni dławi mnie bez wytchnienia na podobieństwo wady serca”.

   W okresie Peerelu rozlazła nam się Polska i oklapła w głuchym aplauzie pospolitości. Ale po wyborze kardynała Karola Wojtyły na stolicę Piotrową opozycja demokratyczna i papież usiłowali wlać w społeczeństwo trochę optymizmu.

   Aby opisać maleńki epizod wojenno-powojenny odwołuję się do zmurszałej pamięci. W 75 rocznicę zakończenia drugiej „światówki” nie od rzeczy będzie przypomnieć również kilka faktów, co nie nowe, ale, wobec propagandy, działającej na zasadzie wahadła, od skrajności do skrajności, nie zawsze i i nie wszędzie funkcjonujące w powszechnym obiegu. Bo, jak twierdzi  Emmanuel Levinas: Prawdziwe życia jest gdzie indziej, ale my jesteśmy tutaj. Dlatego uważam, że historię co jakiś czas warto weryfikować rozumem.

   ***

   Od Arystotelesa wiem, że świat składa się z liczb zaś fikcja jest jakimś rodzajem prawdy. A że świat jest inkluzywny wybaczcie tedy, że i tu też będzie trochę cyfr. Przypomnę prawdy kiedyś powszechnie znane, ale niekiedy zapoznane, często niekochane i przeważnie zmanipulowane.

   Tu uwaga: czy opowiadacz tej historii – por. Góral mógł znać prawdę o peerelowskiej pospolitości? Nie mógł. Tak samo jak nie znał jej i nie zna autor książki pt. Kto Zabił? Desperat 2.

   Po 1990 r. wahadło propagandowe przychyliło się w drugą stronę. To co było dobre w Peerelu jest złe w III RP i odwrotnie.

   Wobec tego gdzie leży prawda? Czy pośrodku?

Nie! Prawda leży tam, gdzie leżała i leży. Jednak pytania o prawdę stawiać można, i trzeba. Takie pytanie należy stawiać szczególnie przy grach wywiadów.

***

W Peerelu były to gry służb wschodnich kontra zachodnich. W tych grach jest coś na rzeczy. Oto jak donosi „Gazeta Wyborcza” z 14.02.2020: W latach 50. XX w. siły amerykańskie planowały zrzucenie bomb atomowych na Polskę. (Z załączonej mapki wynika, że chodzi o Elbląg, Katowice, Nową Hutę i Krosno. Wiem coś o tym, gdyż przebąkiwano o tym w podchorążówce i w Wojskowej Akademii Politycznej w której pobierałem nauk nie tylko o tym „jak kochać Związek Sowiecki). 

   Z tego wniosek: całej prawdy o opisywanych w Desperacie 2 wydarzeniach do dziś nie zna nikt. Bez dostępu do archiwaliów zachodnich (głównie francuskich, brytyjskich i amerykańskich) i sowieckich można napisać jedynie prace przyczynkarskie.         

   Czy więc dzieje Zenona Górala to jedna wielka ściema?  Nie. Przygody porucznika oddają jedynie klimat, w jakich przyszło żyć i funkcjonować ludziom zagubionym i bezwiednie wplątanym w przerażające zbrodnie, ale chcących zachować minimum uczciwości.

   ***

   Po „światowce” Polska, na mocy porozumień aliantów, zdradzona przez Zachód  weszła w apogeum systemu stalinowskiego. W Kraju Pieroga i Zalewajki rozpanoszył się monumentalny, ponury, niezmierzony i absurdalny komunizm.         Prowokacja goniła prowokacje. Nikt nie dbał o przedstawianie dowodów. Wytyczne rządzących przyjmowano jak dogmat. Ludzie mieli tylko jeden obowiązek – wierzyć w to, co stwierdziła partia i w to, co ustalił Urząd Bezpieczeństwa.

   Wyobraźcie sobie, że skołowana łepetyna porucznika Górala puchła od tych informacji, na siłę tłoczonych mu do mózgu.

   ***

   Na zakończenie tego fragmentu informuję, że poglądy porucznika Zenona Górala są o lata świetlne odległe od poglądów autora.   

   Tako rzecze Arystoteles: Pewne rozważania nasuwają podejrzenie, iż czas albo w ogóle nie istnieje, albo jest pojęciem bardzo mglistym i niewyraźnym. Bo oto jedna jego część przeminęła i już jej nie ma, podczas gdy inna dopiero będzie i jeszcze jej nie ma.                                                                   

   ***

   To była „Pierwsza Solidarność”. Liczyła 10 milionów członków. Mitem założycielskim związku były słowa papieża Jana Pawła II: Niech zstąpi Duch Twój! I odnowi oblicze ziemi… tej ziemi.

   To był mit kompensacyjny, za którym czaiła się myśl:  jeżeli społeczeństwo pozostawi polskie sprawy w rękach władz komunistycznych, będzie to największa w dziejach świata abdykacja od dążeń wolnościowych.

   Papież JP II wykrzyczał to głośno.

   Bo odnowić ziemię nie można było mówić szeptem.

   Ancien regime był w odwrocie.

   ***

   Tłum coraz bezczelniej pyskował, wspominając mroczne sprawy minione. Pyskowanie podsycał Kościół. Głównie proboszczowski. Mimo że hierarchia rzymsko-katolicka miała coraz lepsze stosunki z reżimem gen. Wojciecha Jaruzelskiego, zaś generał Czesław Kiszczak był zakolegowany z sekretarzem episkopatu Polski biskupem Bronisławem Dąbrowskim. Cz. Kiszczak coś dla B. Dąbrowskiego, biskup coś dla Ancien regime. Było to nałożnictwo do kwadratu.

   Sterujący polskim Kościołem kardynał Stefan Wyszyński uważał tych generałów za postaci ambiwalentne: bezwzględne, ale też wrażliwe, po trosze za charyzmatyczne, a po trosze za psychopatyczne.

   Wydaje się, że o ile przy W. Jaruzelskim S. Wyszyński miał rację stuprocentową, to w wypadku ministra MSW adekwatną była jedynie pierwsza i ostatnia cecha. Cz. Kiszczak, specjalista frymarczenia, przybierając minę Chrystusa frasobliwego pełnił przy W. Jaruzelskim rolę anioła stróża, odpędzał od generała złe, antysocjalistyczne duchy.

   ***

  1. Jaruzelski postępował zgodnie z prawem. Jeżeli nie było potrzebnego prawa, nakazywał je stworzyć. I stwarzano. Czasami je nawet antydatowano. Tak było w wypadku stanu wojennego.

    Generał wydał rozkaz o jego wprowadzeniu „wojny z narodem” w południe 12 grudnia 1981 r., a Rada Państwa „zaklepała” to dopiero 13 grudnia w nocy.

    Ale być może generał traktował przykazy Kremla jak dogmaty tak, jak fundamentaliści chrześcijańscy traktują Dziesięć Przykazań – jako nieomylne prawa wykute w kamieniu.  

    Jeżeli o mnie chodzi, to bardziej niż sowieckie dogmaty przemawiały słowa poety, że czucie i wiara silniej mówi do mnie niż mędrca szkiełko i oko. Dlatego za lejtmotyw postępowania przekładałem Bal w operze J. Tuwima, a nie Historię WKP (b)

    Nie można też wykluczyć, że W. Jaruzelski miał w tyle głowy chęć dogadania się ze społeczeństwem. Ale bał się Moskwy. Być może. Mimo wielogodzinnych rozmów z I prezydentem Wolnej Polski nie udało mi się tego ustalić.

    Natomiast jego minister spaw wewnętrznych polegał tylko na sile. Liczące pół miliona członków ZOMO miało pałki jak dyszle Wielkiego Wozu. Tymi pałami okładano głowy i ramiona tępaków niekochających socjalizmu. Tak, to byli członkowie prima sort (zob.: fallus).

   ***

   Ancien regime starał się postępować z Kościołem jak z jajkiem, co hierarchia skwapliwie wykorzystywała. Mimo to kapłani nadal ginęli. Ks. Jerzego Popiełuszkę utopiono w zalewie na Wiśle koło Włocławka, ks. Stanisław Suchowolec zginął w pożarze we własnym pokoju. Śmierć ks. Sylwestra Zycha upozorowano upojeniem alkoholowym, a ks. Stefanowi Niedzielakowi po prostu skręcono kark.

   Skazano wprawdzie 4 zabójców Popiełuszki, ale żadnego z tych ewidentnych morderstw nie wyjaśniono dogłębnie. Ile w tych zgonach było udziału tzw. nieznanych sprawców, a ile przypadku? Ciężko ustalić.

   Dość powiedzieć, że „nieznanych sprawców” często można powiązać ze służbami specjalnymi. Tak było. Tak jest. I tak będzie.

   ***     

   W okresie Pierwszej Solidarności coraz śmielej przypominano pakt Ribbentrop – Mołotow (oraz tajne protokoły do paktu), wojnę z Niemcami i uderzenie Sowietów z 17 września 1939 r., które doszlachtowało Polskę.

   Obaj ludojady szczerząc kanibalskie kły emanowali jakąś telluryczną siłą prowadząc ludzi ścieżką zbrodni. Na pakcie Hitler – Stalin oba państwa zyskiwały militarnie i gospodarczo.

   Pierwszym „łupem” paktu stała się Polska. Co bardziej krewcy solidarnościowcy zapominając o zdradzie Francji i Anglii oraz o konferencji jałtańskiej z udziałem Roosevelta, Churchilla i Stalina, w czasie której zapadła decyzja oddania Polski w pacht Sowietom, licząc na militarną pomoc Zachodu, chcieli się natychmiast bić z Sowietami.

   Słynna była fraza zgłoszona na oficjalnym forum związku przez jakiegoś bubka: „Jak >Solidarność< uderzy pięścią w stół, to kremlowskie kuranty zagrają Mazurka Dąbrowskiego”.

   To dudkowate, ale i tromtadrackie jęczenie wyglądało jak teatr kukiełkowy, w którym jakiś gwałtownik wystawił fircykowatą sztukę „Zamach na komunizm”.

   ***

   Niektóre oszołomy, drwiąc z rozsądku chciały doprowadzić do „upustu polskiej krwi”, która oczyści naród z komunistycznych złogów. Mówiono: „Przypomnijmy sobie, żeśmy z harnasiów”. Inni tęsknili za budową szubienic.

Ślady takich poglądów można do dziś spotkać w naprawdę dobrych dziełach literackich i w wypowiedziach zdegenerowanych polityków.

   Nie można też wykluczyć inspiracji służb. Takie fortele cechowały głównie Departamenty III i IV MSW, Służbę Wywiadu i Kontrwywiadu, Biuro Studiów oraz zwiadu WOP. Nie od rzeczy będzie wspomnieć w tym miejscu o służbach Sowieckich, których sukcesorem są teraz służby rosyjskie, co widać do dziś w Kraju Pieroga i Zalewajki na każdym kroku.

   Specjaliści z tych komórek podrzucali oszołomom z „Solidarność” różne frykasy, pozwalające zaistnieć gwałtownikom i postponować umiarkowane skrzydło związku, któremu przewodził Lech Wałęsa.

   ***

   Gwałtownikom z przekąsem wtórują przeciwnicy takich rozwiązań. Przypominając okres stalinowski, sugerują, że zwolennicy rozwiązań siłowych nie spoczną, aż doprowadzą do sytuacji, w której polskie miasta będą wyglądały tak jak Warszawa po powstaniu warszawskim.

   Kościół w erze gen. Wojciecha Jaruzelskiego tonował te buńczuczne nastroje. A dziś? Koń, jaki jest każdy widzi. A jak nie widzi, to wystarczy popatrzeć na abp Sławoja Leszka Głódzia i innych hierarchów.  

   ***

   Osoby wykształcone i „gramotne” w historii wskazywały też na różne cezury rozpoczęcia i zakończenia II wojny światowej. Dla Polski datą rozpoczęcia wojny był 1 wrześnie 1939 r., dla Stanów Zjednoczonych 7 grudnia 1941 r. (napaść Japonii na Pearl Harbor), a dla Sowietów 22 czerwca 1941 r. (agresja Niemiec na ZSRR) jako początek tzw. Wielkiej Wojny Ojczyźnianej.

   Tylko, że nie była to Wielka Wojna Ojczyźniana! Była to wojna między dwoma faszystowskimi reżimami, hitlerowskim i stalinowskim.  

   Zaś zakończenie działań? Dla nas i dla Europy dniem zakończenie wojny był 8 maja 1945 r., dla Sowietów 9 maja, a dla świata 2 września 1945 r. (kapitulacja Japonii).

   *** 

   Siły polskie w przededniu wojny liczyły 950 tys. żołnierzy, Niemiec – 1 mln 850 tys., Sowietów 1mln 500 tys. Dzięki niezdecydowaniu i niemrawości zachodnich aliantów (liczących 6 mln 840 tys. żołnierzy wobec 3 mln 350 tysięcy żołnierzy Niemieć i Sowietów) Hitler, oprócz Polski mógł spokojnie zająć Danię, Norwegię, Francję, Belgię i Holandię i kosztem 50 tys. zabitych żołnierzy zająć większą część Europy.

   Fuhrer powiększył też terytorium III Rzeszy niemal o 2 mln kilometrów kwadratowych i zdublował potencjał gospodarczy państwa. Zrabował przy tym ok. 400 ton złota, które wymienił następnie w bankach szwajcarskich. Ta banki dla Fuhrera były gigantyczną pralnią pieniędzy.

   Trwająca 35 dni wojna z Polską kosztowała III Rzeszę 17 tys. zabitych żołnierzy.

   Straty Polskie wynosiły odpowiednio: 70 tys. zabitych, 138 tys. rannych i 420 tys. wziętych do niewoli. Było to odwrócenie zasad taktycznych mówiących, że atakujący ponoszą trzykrotnie większe straty niż obrońcy.

   Dla porównania: Stalin w rozpoczętej 30 listopada 1939 roku wojnie z Finlandią (której armia liczyła 35 tys. żołnierzy wspartych 110 tys. Gwardią Obywatelską) rzucił w pierwszym rzucie 450 tys. żołnierzy tracąc 127 tys. zabitych i 265 tys. rannych. Straty Finów były odpowiednio – 26 tys. osób zabitych i 40 tys. rannych.

   To dzięki Paktowi Stalin mógł zaatakować i okupować część Polski i Finlandii, zająć państwa bałtyckie oraz Bezarabię, stanowiącą wtedy część Rumunii.

   A my? A my walczyliśmy dzielnie i patriotycznie z hasłem na ustach: Bóg, Honor i Ojczyzna. Wystawieni do wiatru przez sojuszników zachodnich, wzięci w kleszcze dwóch ludojadów, ciała daliśmy jak zawsze.

   ***

   Skoro w modzie jest historia alternatywna, pogdybajmy nieco. Gdybyśmy przewidzieli, że Zachód zachowa się tak, jak się zachował, moglibyśmy w 1939 r. dogadać się z Hitlerem. Zwolennikiem takiej kontrowersyjnej hipotezy był m.in. mój przyjaciel profesor Paweł Wieczorkiewicz.

   Zgoda, Rzeczpospolita byłaby wówczas tak skurwiona jak Francja Vichy marszałka Petaina, Węgry Miklosa Horthy’ego, Rumunia króla Michała, Słowacja księdza Józefa Tiso czy Bułgaria cara Borysa III.

   Tak, zgoda, moglibyśmy się sprostytuować tak jak inni. Ale się nie skurwiliśmy. Tylko co z tego? Tylko… Może jedynie dzisiejsze oszołomy i „zatwardziali patrioci” nie mogłyby drzeć pysków o niezłomności Polski i pouczać Polaków jak pojmować miłość ojczyzny.

   ***

   W drugiej wojnie światowej straty wymienionych państw razem wzięte były bez porównania mniejsze niż straty polskie. A my, na domiar złego, zafundowaliśmy sobie jeszcze kosztem 250 tys, zabitych i prawie doszczętnym zniszczeniem miasta powstanie warszawskie.

   Więc gdyby polityka rządu II Rzeczypospolitej była inna, może i nasze straty byłyby mniejsze?

   ***

   Inwazję Hitlera na Europę poprzedził anszlus Austrii w marcu 1938 r. i układ Monachijski (Francja, Wielka Brytania, Niemcy i Włochy) z września tegoż roku dający prawo do zajęcie 1/5 Czechosłowacji przez Trzecią Rzeszę. E. Daladier (premier Francji) na widok tłumów witających go w Paryżu: Przyszli skuć mi mordę?. Mylił się. Tłum wrzeszczał: „Niech żyje Francja! Niech żyje Anglia”.

   Kultura Francuska jest wielka. Kto wie, czy nie największa w Europie. Ale tłuszcza nadsekwańska jest prymitywna. Kto wie, czy nie najprymitywniejsza na naszym kontynencie? Churchill: Mieli do wyboru wojnę lub hańbę, wybrali hańbę, a wojnę będą mieli i tak.         

   ***

   Maria Dąbrowska skarży się w Dziennikach: Paradoks naszych czasów: osłanianie tajemnicą tego, co powinno być ludziom wiadome, i bezwstydne odsłanianie tego, co powinno być osłaniane pewną dyskrecją. Sowa pisarki są aktualne do dziś.

   Wyprawę Hitlera na naszych południowych sąsiadów wykorzystała Polska wkraczając 2 października 1938 r. na Zaolzie. I to jest Polski grzech główny, taki, który wystarcza za wszystkie siedem.

   Tylko przez moment staliśmy się hieną ekspansji Trzeciej Rzeszy. 

  1. Churchill, komentując udział Polski w zagarnięciu Czechosłowacji, powiedział, że Niemcy nie byli jednymi szakalami. Słowa premiera Wielkiej Brytanii jakby czekały aż Polacy je zrozumieją.

   Wobec agresji Trzeciej Rzeszy Zachód milczał. Goebbels w dzienniku pod datą 22 września 1938 r. zanotował: Presja Londynu i Paryża jest coraz silniejsza. Tamtejsza prasa traktuje już Pragę jak gówno. To jest ta wielokrotnie wysławiana solidarność demokracji!. Warto te słowa potraktować poważnie.

   ***

   Ale historia była, jaka była. Historia jest niczym innym jak tylko niekończącą się interpretacją rzeczywistych i wyobrażonych wydarzeń z przeszłości, która – jak pisze Olga Tokarczuk – pozwala nam dostrzec w niej sensy niegdyś niewidoczne. Przeto pozwólcie na jeszcze jedno gdybnięcie.

   Gdyby nie agresja ze Wschodu, moglibyśmy bić się do końca świata, a nawet dłużej. A wówczas te patafiany z Zachodu być może przypomniałyby sobie, że są spadkobiercami D’Artagana, marszałka Napoleona czy admirała Nelsona i wykorzystując przewagę liczebną, skopaliby tyłki armii Hitlera, która na froncie zachodnim była słaba jak mały piwo.

   Mogłoby tak być.

   Może błędem było nie uznanie przez rząd RP, że agresja sowiecka była wypowiedzeniem Polsce wojny? 

   ***

   W Polsce Stalin, dobijając nas, zyskał blisko dwa lata na przygotowanie się do wojny na Europejskim Teatrze Działań (które w większości zmarnował). Zadowolił się też w porównaniu z Hitlerem skromniejszymi łupami, zyskując 460 tys. km kw. i 23 mln nowych poddanych, których część wyekspediował na Syberię, a część po prostu kazał zabić (wiosną 1940 r. w Katyniu, Kalininie, Charkowie, Kijowie i Miński zamordowano 21 768 jeńców wojennych, obywateli Polski).

   Była to zbrodnia, nawet jak na skalę wojny, gigantyczna. A Świat? Świat, mimo, że sprawa była od początku wiadoma, milczał przez bez mała pół wieku.  

   ***

   Po 8 maja 1945 r. przez dwie pierwsze dekady na Zachodzie i Wschodzie działalność służb opierano na siatkach wywiadowczych. Niektóre siatki były bardzo liczne. Prym w nich wiedli oficerowie służb specjalnych.

   Sporo do powiedzenia mieli agenci, także kapturowi (nieświadomi), np. w trwającej 5 lat grze, w historiografii widniejącej jako gra w V Główny Zarząd WiN, brało udział ponad 200 funkcjonariuszy bezpieki i około 3 tys. osób, niekiedy zupełnie nieświadomych w co się bawią.

   W latach 70. stopniowo przechodzono na indywidualnych agentów.

Wrogie siatki szpiegowskie, ale i pojedynczy szpiedzy bardzo chętnie biorą się za łby. Mają to po prostu, od czasów Sun Zi, we krwi. Metody służb są stare jak świat. Zmieniają się tylko środki techniczne i obiekty zainteresowań.

   ***

   Panta rei. Życie też. Ludzie, tak chętnie zwani nieśmiertelnymi, czasami także umierają. W 1953 r. odszedł Stalin. Odszedł naturalnie albo utrupiony przez Berię.

   W 3 lata później w Moskwie opuścił ten padół Bierut, który do tej cezury budził strach, „jednym gestem wywyższał lub skazywał na nieistnienie”. Podobno zaraził się panującą na Kremlu epidemią zapalenia płuc. Od tej pory jego wielkość była równa zeru. Wielkie nic. Skomentowałem to w książce pt. Urok <dobrej zmiany>. Czar polskiego ładu. Tajne sejfy B. Bieruta i J. Bermana.

   ***

    W Polsce upadł stalinizm i rozpoczęła się pierwsza „odnowa”. W 1956 r. ponowne do władzy, niczym deus ex machina doszedł Władysław Gomułka ps. „Wiesław”. Tak to pamiętam: partia z okazji intronizacji Gomułki zwołała wiec na Placu Defilad w Warszawie. Przyszło 400 000 tysięcy upodlonych przez stalinizm ludzi. Przyszli głupcy i mądrzy, biedni i bogaci, pijani od piwa i wina patykiem pisanego, pijani od propagandy. “Wiesław” sypał frazesami przeplatanych zeschniętymi epigramami, tymi podstawowymi składnikami każdego przemówienia polityków, generałów i propagandystów.

    W wystąpieniu Gomułki słychać było zaśpiew ortodoksyjnego komunizmu, a od mowcy bił taki żar, że towarzysze na trybunie i pierwsze rzędy ciżby klęczącej u jego stóp odsuwały się od niego aby nie ulec poparzeniom.

   W Kraju Pieroga i Zalewajki promieniował aplauz jako echo tego pustosłowia. Tak rodził się zbiorowy amok, drugiego po Bierucie wodza. I zakończenie „Wiesława”: Dość wiecowania i manifestacji, czas przejść do codziennej pracy.

   ***

   Dawne MBP, teraz przemianowane na MSW i KdsBP, natychmiast przystąpiły do codziennej pracy. Tak samo postąpiono z Informacją WP, teraz przemianowaną na WSW. Ta praca była nie tak agresywna jak w stalinizmie, ale i tak przerażała, porażała i zarażała tłuszcze do obrony socjalizmu.

   Czasy ery „Wiesława” różniły się od stalinizmu tym, że osłabły związki z Sowietami i teraz już nie rozstrzeliwano ludzi bez sądu, a aresztowanych nie przykuwano już kajdankami do taboretów przyśrubowanych do podłogi. Teraz przykuwano ich do kaloryferów.

   Sądy w Kraju Pieroga i Zalewajki niewątpliwie znały już łacinką zasadę audiatur et altera pars (należy wysłuchać drugiej strony) ale jej nie przestrzegały i nadal nie przestrzegają. Przekonałem się o tym na własnej skórze dostawszy się w macki sędziny Anny Wujec oraz łapska prokuratora Regulskiego, o którym powiedzieć, że to kanalia, to nic nie powiedzieć .

   ***

   Wywiady przeszły do głębszej konspiracji. Jednak po mianowaniu gen. Czesława Kiszczaka (ksywa CzeKiszczak) szefem resortu spraw wewnętrznych służby specjalne na powrót zacieśniły stosunki z KGB i GRU, zabierając się do masowych kombinacji operacyjnych przeciwko opozycji demokratycznej. Szło na to ok. 80 procent funduszy MSW.

   O ile wywiad nadal opierał się na jednostkach, to w kontrwywiadzie punkt ciężkości przeniósł się na pracę zespołową.

   ***

   Niezrażona tym „Solidarność”, od początku solidnie uagenturniona (w czym duża zasługa szefa Służby Bezpieczeństwa gen. Władysława Ciastonia i szefa Służby Wywiadu i Kontrwywiadu gen. Władysława Pożogi) antycypowała nadejście Eldorada, gdy tylko związek zdoła dorobić socjalistycznej mordzie ludzką twarz. Podobało mi się to. Usiłowałem zwrócić uwagę, na niebezpieczeństwa takiej zabawy. 

   ***

   W połowie 1981 roku zebrałem zapiski w książkę. Liczyła 800 stron. Nadałem jej tytuł Desperat. Ośmielony sytuacją, ale nie na tyle, aby samemu ryzykować ujawnianie prawdy, zaniosłem manuskrypt zaprzyjaźnionemu cenzorowi i przyjacielowi w dowództwie Wojsk Ochrony Pogranicza pułkownikowi Alfonsowi Nowakowi, który był równocześnie jednym z cenzorów Sztabu Generalnego WP.

   Znający mnie co nieco płk A. Nowak tekst przyjął z obrzydzeniem. Już po pierwszych stronach zaczął rwać włosy z głowy i wykrzykiwać: Czyś ty, chłopie, zwariował! Napisałeś to tak, jakby cię granatem od pługa oderwało.

Potem wziął czerwony długopis i skreślił ¾ maszynopisu i dał tekst do cenzury komilitonom z MSW i GUKPPiW z Mysiej (Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk mieszczący się w budynku prze ulicy Mysiej w Warszawie). Ci cenzorzy mieli jeszcze ostrzejsze długopisy.

   – Bój się Boga! Alku, scienkowałeś manuskrypt o 600 stron, to chociaż powiedz cenzorom – prosiłem pułkownika – aby byli dla książki łaskawi.

   Nie byli.

   ***

   Zebrałem resztówkę. Usłuszniłem tekst zgodnie z życzeniem cenzorów i zaniosłem do następnego przyjaciela Krzysztofa Bęgowskiego (dziś Anna Grodzka, z którą przyjaźnię się do dziś) kierującego Studencką Oficyną Wydawniczą „Alma-Press”.

   – Coś mi tu przyniósł? – zapytał Bęgowski.

   Odpowiedziałem, że komunistyczną w formie i socjalistyczną w treści książkę szpiegowską, która udaje powieść, ale powieścią nie jest. Jest zapisem tego, co zdołałem ustalić śledząc czyny i rozmowy.

   Uprzedziłem także Krzysztofa, że lekce sobie ważę upływ czasu między poszczególnymi akcjami, bo uważam, iż czas płynie nielinearnie, nie ma ciągłości ani kierunku. To raczej luźny zbiór chwil. A każda jest pierwszą i ma na imię Teraz. 

   Nie ukrywałem też, że tam gdzie nie miałem wiarygodnych faktów konfabulowałem troszeczkę, ale nigdy nie było to wyssane z palca. Każdej opisanej rzeczy przyglądałem się z bliska i przepuszczałem przez swoją – być może – spaczoną wyobraźnię. 

   Skancerowana książka, wyglądająca jak Mickiewiczowski szkielet „bez serc, bez ducha” lub opis szkieletu marlina u Ernesta Hemingwaya ze Starego człowieka i morza ukazała się na początku 1987 roku. W zasadzie niezmieniony został jedynie tytuł książki, a jednak stutysięczny nakład rozszedł się w ciągu kilkudziesięciu dni.

   ***

   Zwiotczały moralnie, 4 grudnia 2019 roku, po ukończeni 960 miesięcy życia na 15 minut rzuciłem picie, seks oraz zainteresowanie polityką i służbami specjalnymi. To był najgorszy kwadrans w moim życiu.

   Azaliż po przespaniu się, zmieniłem zdanie. Dlaczego? Bo uważam, że brednie i kłamstwa polityków stanowiące punkt wyjścia dla głupiej tłuszczy, która dostrzega nie to, co widzi, ale to, co rządzący każą jej widzieć, hamują Polskę w rozwoju.

   Wolałbym, aby rządy sprawowała grupa dżentelmenów niż sutenerów. Rządy Peerelu, ale i następne, przypominały Kronosa zjadającego własne dzieci. A to, w skrajnych przypadkach, doprowadzało do buntów i, aby opanować sytuację trzeba było strzelać do społeczeństwa.

   A tak, przy okazji, po czym poznać, że polityk kłamie? Po tym, że otwiera usta. 

   Sytuację wykorzystują służby specjalne, kupując np. Pegasusa. Ale, że to ustrojstwo okazuję się chwilowo łagodniejszym krytykiem literackim niż dawny KC PZPR, pomyślałem, że może się uda powiedzieć to, co nie udało mi się ogłosić pół wieku temu. Virginia Fellows napisała: Na początku moich dociekać pewne dziwne zjawisko, nazwane przez Carla Junga synchronią, sprawiło, że zetknęłam się z najbardziej niesamowitym (…). Nagle i niespodziewania, dokładnie w odpowiednim miejscu i czasie, pojawia się jakiś kluczowy przedmiot lub informacja, jak gdyby wszystkim sterował jakiś dżin (…).Jego relacja całkowicie zmienia pojęcie o historii…                                                                                                        

   Może dlatego bohatera Kto zapił Desperat 2, porucznik Zenon Góral jest postacią złożona z kilku moich konfratrów. Funkcjonariusze wywiadu francuskiego Yvonne Bassaler, Andre Robineau, mjr Humm, konsul Rene Bardet jak i oficerowie Henryk Pachówka – rozpracowujący szpiegów francuskich, oraz Henryk Wendrowski – prominentny żołnierz AK, a następnie MBP, MWS i dyplomata, dość szemrana postać. Wacław Ptasiński, Damian Kozak, Zbigniew Skoczylas i Ryszard Bartoszewicz – dowódcy strażnic Orle, Przesieka i Kamieńczyk, Jerzy Polak – zwiadowca Górskiego Batalionu w Szklarskiej Porębie, szef grupy zwiadu w Karpaczu, Tadeusz Steć – król przewodników i gejów sudeckich są postaciami kontrowersyjnymi, ale jak najbardziej autentycznymi.

   Za wyjątkiem oficerów francuskich, znalem wszystkich. Pozostali bohaterowie również mają odpowiedniki w rzeczywistości, ale z różnych względów zmieniłem ich nazwiska i niektóre szczegóły mogące pomóc w ich identyfikacji.

 

         PS są to nieco podrasowane, bo uaktualnione fragmenty książki Kto zabił? Desperat 2.