Archiwum miesiąca: wrzesień 2026

NUKLEARNY KRAM I KISZCZAKOWE BYKI, MUCHA W ŻYWICY I BIMBROWY INTERNACJONALIZM

Są tacy, którzy rodzą się już w malignie, i tacy, którym do tego potrzeba flaszki, kobiety albo rewolucji.

                                       Stanisław Ignacy Witkiewicz

Termonuklearne zapędy klasy próżniaczej

W lipcu A.D. 2026 klasa próżniacza zaczęła deliberować, czy RPiZ (Kraj Pieroga i Zalewajki) powinien mieć bombę atomową i rakiety z głowicami jądrowymi. Z racji paskudnego nawyku zaglądania do starego dziennika, wspomnienia o rakietach ożyły. Szczególnie o tym, jak nie kupiłem rakiety jądrowej i co ma z tym wspólnego płk Kukliński i mityczny „drugi agent” oraz całkiem niewinne w tym układzie Kiszczakowe byki. Wszystko zaczęło się o trzeciej nad ranem. Obudził mnie telefon szefa saperów ŁB WOP płk. Stanisława Górskiego: „Wstawaj! Zaraz po ciebie przyjedziemy”. Przed kamienicą na końcu miasta, sławnej z meliny, w której permanentnie urzędowały brzanki nieciężkich obyczajów i można było nabyć krzakówkę po niekomercyjnych cenach, warowali milicjanci. Zazwyczaj „władza” zadowalała się tym, że brzanki, w zamian za brak wycieczki na komisariat, obciągały im lagę. Teraz jednak mundurowi byli roztrzęsieni jak żabi skrzek. Dowódca patrolu wykrztusił, że w mieszkaniu jest rakieta. Weszliśmy. Faktycznie – obok telewizora stała Malutka-2. Meliniarz wyjaśnił, że jego synowie odwiedzili kolegę kaprala z jednostki w Bolesławcu. Najpierw rzetelnie potrunkowali, a na odchodnym kapral, chcąc się odwdzięczyć za odwiedziny, podarował im najmniejszą rakietę, jaka była na stanie jednostki. Ot, poręczny suwenir z wojska.

 

Kijowski dogawor pod pieroga i zalewajkę

 

Ten zapis przypomniał mi inną przygodę ze znacznie większą rakietą. Dwadzieścia lat później szef MON Jan Parys chciał wykorzystać burdel rządowy w Ukrainie i przerobić Kraj Pieroga i Zalewajki na mocarstwo atomowe. Powołano dwie ekipy. Jedną polityczną, wysoko decyzyjną, ale niekompetentną i drugą, kompetentną, ale niedecyzyjną. Z racji znajomości z konsulem III RP w Kijowie, przyklejono mnie do tej drugiej. Kijowski konsul to była postać z bezpieczniackim rodowodem, asystent gen. Pożogi. Dusza człowiek. Gdybym go poprosił, sprzedałby nam Kijów razem z Ławrą Peczerską. Podczas gdy politycy rozmawiali na salonach, my w knajpie piliśmy z kagiebowcami – dobrymi znajomkami konsula. Rozmawialiśmy jak czekista z czekistą. Dogawor poszedł błyskawicznie. Nie minęło po trzy czwarte litra na łeb, a za milion USD, obiecanych przez Bolka, już witaliśmy się z gąską w ogródku. Nagle sprawa się rypła. Nasi kontrahenci zażądali dodatkowo 300 tysięcy dolarów na łapówki. Tego było za wiele nawet dla Bolka. Wysłał ich tam, gdzie radził Hrabal. Aczkolwiek nie wiem, czy Bolek wie, kto to jest Hrabal. Ta chciwość okazała się jednak zbawienna. Gdyby misja wypaliła, Kraj Pieroga i Zalewajki zobaczyłby NATO jak świnia niebo.

 

Konstrukcja i dekonstrukcja asa CIA

 

Co z tym wszystkim ma wspólnego płk Kukliński, drugi agent no i Kiszczakowe byki? Ten wywód musi być dłuższy, bo temat jest nieskończony, niewiadome są gigantyczne, a z całej układanki jedynie byki okazały się całkiem bez winy.

         Zanim jednak przejdę do ubeckich byków Kiszczaka i warszawskich asów z CIA, muszę opowiedzieć o zupełnie innej przygodzie. Rzecz działa się w Górach Izerskich, a zamieszani w nią byli: mój przyjaciel Pelczarski, rzeka Izera oraz pewna niesamowita dziewczyna.

         Pelczarski miał bowiem konfraterkę. W dowodzie stało pewnie inaczej, ale wszyscy zwoływali ją krótko: „Owca”. I ta właśnie Owca absolutnie mnie urzekła. Jej ziemska egzystencja przypadła na czasy, w których myślenie o kobiecie jako o intelektualistce uchodziło w kręgach władzy ludowej za gruby absurd. Choć Owca wywodziła się z tak zwanej klasy inteligenckiej, to – o dziwo! – dało się z nią pogadać zupełnie po ludzku. Wyrażała się błyskotliwie, lecz bez cienia zarozumialstwa. Była jak żywe srebro. Żyła z godziny na godzinę, z nonszalanckim wdziękiem ocalając swoje przeżycia przed codziennym znużeniem i skostnieniem – i chyba było jej z tym całkiem niezgorzej. Miała też ten swój uśmiech: cudownie nie do podrobienia. Czytała pasjami, dla czystej, bezwstydnej przyjemności, bez żadnych snobistycznych podtekstów. Biblioteczkę naszej strażnicy, liczącą około stu książek wymienianych rotacyjnie raz na rok, przewertowała w tempie godnym komputera kwantowego.

         Spędziliśmy razem mnóstwo uroczych chwil, choć początki wymagały pewnej dyplomacji. Felek Pelczarski, jako zdeklarowany miłośnik biesiad, postawił sobie za punkt honoru przerobienie Owcy – przysięgłej abstynentki – na dziewczynę wódkolubną. Poszło mu to zadziwiająco gładko. Stosował przy tym iście szamańskie sztuczki, dosypując do trunków ziołowe podsypki wzmagające pragnienie, w slangu biesiadników zwane malowniczo „wronim okiem”. Mnie, jako rasowego piecucha, do tych imprez ciągnęło magnetycznie nawet bez ziołowego dopingu.

         Czasem, gdy byliśmy już zdrowo „zmonopolizowani” procentami, siadaliśmy pod czarnym jak onyks niebem Hali Izerskiej. Przypominało ono tę złowrogą, bezgraniczną otchłań, o której Norman Mailer pisał w swoim reportażu Na podbój Księżyca – nocną nicość, w którą człowiek wdziera się z pychą, próbując wydrzeć tajemnicę Bogu lub diabłu.

         Przy watrze roztrząsałem z Owcą problem zła. Ogień, przy którym człowiek przespał, przegwarzył lub przemyślał całą noc, potrafi niesamowicie rozpalić wyobraźnię. A Owca nie była żadną salonową pańcią ani słodką pieszczotką. To była Osobowość. Dyskutantka cholernie precyzyjna i bezlitośnie logiczna. Rozkładaliśmy na czynniki pierwsze Gombrowicza i jego słynne utyskiwania, że aby zapoznać się bliżej z teoretycznym marksizmem czy zbliżyć do egzystencjalizmu, do Marksa, jak i do Kierkegaarda, potrzebny jest przecież Hegel. A Hegla nie ugryziesz bez Krytyki czystego rozumu, ta zaś wywodzi się po trosze z Hume’a i Berkeleya, przez co konieczny byłby na dalszym planie przynajmniej Arystoteles i choć trochę Platon. Zgadzaliśmy się z Witoldem, że nie idzie tu jednak o intelekt wyłącznie – trzeba też wsłuchać się, wczuć, wejść w nowość stającego się świata, w jego smak, styl, rytm, pasję.

         Spieraliśmy się więc o „poczwórny korzeń twierdzenia o racji dostatecznej” – czyli o doktorat młodego Artura Schopenhauera. Dyskutowaliśmy, czy zło jest autonomicznym przedmiotem wolności, podczas gdy zza izerskich chmur złośliwie kłaniał się nam sam Martin Heidegger. Czyniąc zło, jestem wolny. Będąc wolnym, staję się podmiotem. Będąc podmiotem – istnieję. Ale czy to karkołomne rozumowanie miało jakikolwiek sens w starciu z topornością reżimów totalitarnych? Dochodziliśmy zgodnie do wniosku, że filozofia to nie tylko piękne gadanie i akademickie ględzenie. To przede wszystkim cholernie dobry sposób na życie.

         Gdy księżycowe światło głaskało nas po głowach, kolędowaliśmy w najlepsze. Dopiero gdy ostatnie promyki ognia tliły się już całkiem nieśmiało – mając niebo gwiaździste nad nami, a prawo moralne i spory promil w nas – ruszaliśmy w drogę. Stąpając nadzwyczaj niepewnie (ona na nogach długich jak mila morska, ja na moich giczałach, prostowanych chyba na beczce), maszerowaliśmy chwiejnie nad Izerę. Jej lodowata woda, spadająca w szemrzących kaskadach, miała cudowną moc oczyszczania naszych szarych komórek, potężnie skażonych metafizyczną mędrochną.

         Niekiedy, tuż przed świtem, nasze zmęczone patrzałki dostrzegały tęczę chłepcącą wodę prosto z rzeki, by ponieść ją na północ i z wściekłością zwalić na tępe łby marksistowskich ideologów. Omanieni izerską ciszą, doskonale rozumieliśmy, co czuł John Cage w swojej komorze bezechowej. Z kolei świetliste błyski na wodzie sprawiały, że bez trudu chwytaliśmy mistyczny sens dzieł Marka Rothki, który rozcieńczał farby olejne hektolitrami terpentyny. My mieliśmy te wielomilionowe płótna całkowicie za darmo, bez konieczności biletowania i odwiedzania nowojorskich muzeów.

         Gdy jednak nawet izerskie chłodzenie nie pomagało, a w naszych łbach nadal buzowały wielkie pytania, kapitulowaliśmy przed oczywistością: ze złem jest jak z górami. Góry są, bo stanowią element wszechświata liczącego sobie – wedle ostatnich badań – skromne 13,82 miliarda lat. Zło też po prostu jest, tyle że jest jeszcze starsze i stanowi immanentną część mrocznej duszy człowieczej.

         Wędrując brzegiem, medytowaliśmy, że żyć można tylko na dwa sposoby: albo wierząc, że cudów nie ma, albo że wszystko dookoła jest cudem. Próbowaliśmy zaocznie wytłumaczyć Leibnizowi, dlaczego u licha istnieje raczej coś niż nic, dochodząc do wniosku, że przed Wielkim Wybuchem musiał istnieć jakiś Absolut – transcendentny jak w Biblii albo immanentny jak u Spinozy.         Przekonywałem dziewczynę, że od czasów Sokratesa tkwimy w świecie objętym zasadą ekwiwalencji, gdzie każde „coś” jest warte dokładnie tyle, ile inne „coś”. Wtedy Owca ciskała soczyste zniewagi na pospolitych ateistów, którzy bez przerwy pieprzą o Bogu, nic nie rozumiejąc z kosmologii: „Sami nie wiedzą, co zrobić z tym jednym życiem, a bezczelnie domagają się drugiego, na dodatek wiecznego!”. Po czym kwitowała ponuro, że Bóg ewidentnie gniewa się na Polaków. I – umówmy się – miał za co, bo w naszym pięknym kraju nad Wisłą wszystko się dokumentnie popieprzyło. Z tej rozpaczy zapisałem wtedy mój najkrótszy, trójsłowny wiersz:  Nicość / ja / Nicość…

         Pelczarski w tych naszych akademickich dysputach konsekwentnie nie uczestniczył. Twierdził z uporem, że na sam dźwięk słowa „filozofia” dostaje natychmiastowego kokluszu i musi się pilnie napić. Kiedy wracaliśmy, zastawaliśmy go w stanie pełnego „dobryzgania”. Siedział nieruchomo, po czym bezwładnie osunął się na naszą strażnicową skrzynio-ławę, która do złudzenia przypominała Sarkofag. Wyglądał wówczas dokładnie tak, jakby z utęsknieniem czekał na natychmiastowe zabalsamowanie. „Jednak izerski świt nieubłaganie dobiegał końca, a wraz z nim ulatniała się metafizyka. Musieliśmy wrócić na ziemię, gdzie zamiast Rothki i Cage’a czekali już na nas ludzie o zupełnie innych, znacznie bardziej przyziemnych i niebezpiecznych profesjach…

         Nie da się ukryć, że płk Kukliński był szpiegiem wielkoformatowym, interkontynentalnym. I nie dał się złapać. Bardzo go szanuję, ale jako starego zgreda nurtuje mnie pytanie: czy pułkownik został szpiegostwem skażony dlatego, że nie stać go było, aby zostać kimś lepszym?

         Posłuchajcie opowieści o oficerze, któremu do doskonałości brakowało tylko tego, że nie miał wad albo miał ich za dużo. Sejm III RP uchwałą z 21 lutego 2014 r. uznał go za bohatera, Duda uhonorował stopniem generała, zaś generałowie oraz większość jego komilitonów, z którymi w latach 1947–1981 służył w LWP, nazywają dezerterem i zdrajcą.

         Był czy nie był? Jeżeli był agentem wielolicowym, to z kim grał na poważnie? To, że był agentem CIA, jest jasne. Sam to przyznał. O tym, że był współpracownikiem wywiadu peerelowskiego, mówią dokumenty. Czy był współpracownikiem wywiadu sowieckiego? Archiwa milczą. Jednak biorąc pod uwagę ścisłe powiązanie Zarząd II Sztabu Generalnego WP z GRU, wnioski nasuną się same. Jak zauważył Jacques Derrida: Nie ma nic poza tekstem” – a tekst biografii Kuklińskiego był pisany przez wiele obcych, niewidzialnych rąk.

         Jeśli był w CIA, musiał szpiegować dla NATO. Jeśli służył w wywiadzie PRL, siłą rzeczy szpiegował dla Układu Warszawskiego.      W końcu nie ma nic mocniejszego niż zintegrowany system wywiadu blokowego. Kiedy jednak Kukliński wyskoczył z szyn majdrowanych przez radzieckie dowództwo i dlaczego przestawił zwrotnicę wiodącą go do Waszyngtonu?

 

Metafizyczna prostytucja przyczynkowa

 

Wierny maksymie Kierkegaarda, że życie zrozumieć można tylko patrząc wstecz, lecz przeżyć je trzeba, patrząc w przód, szukam. Skoro Salman Rushdie twierdzi, że biografia, jeśli nie chce stać się hagiografią, musi stawić czoło niewygodnym faktom, ta sama dewiza obowiązuje przy przyczynkach.

         Czując obrzydzenie do hagiografii, chciałbym opowiedzieć o stałej, przynależnej jednemu człowiekowi skłonności do prostytuowania się – rozumianej tu, rzecz jasna, czysto metaforycznie.

         W dziejach ludzkich już od starożytności jest dużo kłamstw. W historii prawdziwe są tylko marzenia, a ludzie znają tylko jedną drogę prostą: krętą.

         Nie bardzo odpowiada mi zero-jedynkowa ocena, bo feniks ludzkości w bóstwo się przepali. Niestety, dużo ludzi mówi: „Nie chcę prawdy. Chcę spokoju”.

         Może warto zedrzeć łuski z oczu, przynajmniej w jednej sprawie. Sprawie dotyczącej kreacji bohaterów lub… zdrajców, bo przy Kuklińskim inni szpiedzy wyglądają jak stajenni przy Aleksandrze Macedońskim.

         Gwałt niech się gwałtem odciska. Codziennie jesteśmy gwałceni kłamstwem przez polityków, szkołę, media, sztukę, a nawet przez naukowców. Dlatego biorę na warsztat postać nietuzinkową, w epoce Jaruzelskiego skazaną na karę śmierci, a w III RP mianowaną bohaterem.

 

Pytania bez odpowiedzi i sudeckie manewry czyli striptiz wnętrza pod okiem faryzeuszy

 

Czy w materii wywiadowczej, wobec niepełnego dostępu do archiwaliów, możliwe jest autorytatywne rozstrzygnięcie wątpliwości? Na podstawie czego i czym miałaby być zagwarantowana prawomocność takiego sądu?

         Czy szpieg działał dobrowolnie czy był ubezwłasnowolniony przez wywiady? Kto i kiedy go zwerbował? Komu pomógł, a komu zaszkodził? Czy działał na zimno, czy było w nim ździebełko empatii do socjalistycznej Polski i kolegów, z którymi przez ponad trzydzieści lat ramię w ramię służył w LWP? I na koniec: czy warto Kuklińskiemu współczuć?

         Moja znajomość z nim trwała zaledwie czterdzieści osiem godzin i dotyczyła przygotowań wojsk Układu Warszawskiego do „wyprawy” na Czechosłowację. W tym czasie Praska Wiosna usiłowała znaleźć tak zwaną trzecią drogę do socjalizmu. Trwała krótko, przerwana interwencją awangardy Układu Warszawskiego. Celem była czystka, metodą – denuncjacja, a zamiarem – dopomożenie do cnotliwego samooczyszczenia Czechosłowaków.

         W listopadzie 1981 r. Kukliński wybrał opcję, o której tak pisał Adam Mickiewicz: „Uciec z nią na listek / jak motyl szukać tam domku i gniazdeczka”. Poprosił CIA o przerzut do Stanów Zjednoczonych.

         Od tego czasu gromadziłem ułomki dokumentów. Mogłem się z tego wszystkiego dowiedzieć, a ostatecznie nie rozumieć, o co chodzi. Mimo to robię to nadal. Pułkownik, mimo ponawianych propozycji, odmawiał spotkania ze mną, tak jak odmawiał widzenia z dawnymi kolegami z LWP. Wówczas wychwalał Peerel… jakby zamierzał go drogo sprzedać.

         Po 1990 r. znalazł sobie świeżych komilitonów, którzy wygenerowali zdania będące jak piasek na plaży przesypywany z pustego w próżne. Akolici szpiega hołdują zasadzie: im dalej od prawdy, tym bliżej do bohatera. Obaj widzieliśmy, jak w erach Bieruta, Gomułki, Ochaba, Gierka, Kani czy Jaruzelskiego karlało życie w Peerelu.

 

Słoma z importu i ludożercy

 

W głowach tych przywódców czaiła się słoma importowana z Sowietów, a nie patriotyzm. I obaj wiedzieliśmy, że nasi przywódcy ruszają się tak mile w kierunku komunizmu, bo są poszturchiwani z tyłu przez Stalina, Chruszczowa, Breżniewa, Gorbaczowa…

         Byli to bowiem osobnicy sprawiający, że społeczeństwa boleśnie odczuwają brak ludożerców. Trudno tego było nie widzieć. Przez długie lata godziliśmy się z tym, że państwem kierują zwykli przestępcy i że nawet jak na przestępców są to wyjątkowo pospolici, tępi osobnicy, którzy, szukając wykrętów, zaczynają wynajdywać „przyczyny historyczne” i wymyślać coś takiego, jak „taktyczna zręczność zapobieżenia interwencji sowieckiej w Polsce”.

         Obaj dochodziliśmy do tych wniosków asynchronicznie. Czy współczułem mu? Nie. Byłaby to przesadna uprzejmość. Historia, którą opowiem, jest prawdziwa w najdrobniejszych szczegółach, chyba że straszna pomyłka zniekształci ją już na wstępie. Bo grafomanom jak ja, dzięki temu, że są tacy mądrzy, od czasu do czasu udaje się ukryć, że są tacy głupi.

         Kukliński strzelił w kalendarz 11 listopada 2004 r. i pewnie teraz śpiewa w diabelskim chórze razem z innymi szpiegami w rodzaju Światły, Goleniewskiego, Monata, Pawłowskiego, Walewskiego czy Jurzaka. Spór o Kuklińskiego jest i będzie długo otwarty. Ludzie będą toczyć boje podobne do waśni o katastrofę smoleńską.

         Przedstawiając zaobserwowane ułomki faktów, legend i mitów, nie podejmuję się rozstrzygania tego sporu. Biorąc pod uwagę ludzką hetero-, bi- i homoseksualność, bardziej interesuje mnie kwestia, dlaczego oficerowie w wojnie siedmioletniej byli na samych klaczach…? „Ile trzeba pytań, żeby trafić na jakiś znak, jakiś strzęp, jakiś cień, jakiś ślad myśli po nich?” – pyta Adriana Szymańska.

         W środku życiorysu Kuklińskiego jest najwięcej białych plam. Czy możliwy jest striptiz jego wnętrza? Bardzo wątpię.

 

Sceptycyzm i żołnierska onuca

 

  1. Kukliński dorosłość spędził w socjalizmie, a starość w Imperium Zaoceanicznym. Był sceptykiem, który nawet swój własny sceptycyzm traktował sceptycznie. Gigantyczną sławę przyniosła mu współpraca z CIA. Szpieg do śmierci pamiętał pewne rzeczy, które mogły się nigdy nie zdarzyć, ale w miarę gdy je sobie przypominał, zdarzyły się… Jak odkomenderowanie jako przedstawiciela Sztabu Generalnego WP do Legnicy, do kwatery marszałka Jakubowskiego. Takie życie wymagało odłożenia uczuć wyższych, takich jak etyka i estetyka, do zamrażarki. Kukliński miał zamrażarkę o dużej pojemności. W mrożeniu był dobry. Chyba nie zawracał sobie głowy skrupułami egzystencjalnymi. O moralności przypomniał sobie dopiero za oceanem.

         Można domniemywać, że nigdy nie było mu po drodze z Levinasem przekonującym, że etyka jest przed ontologią. Pułkownik był żołnierzem, nie moralistą. Łatwiej sobie wyobrazić kukułkę karmiącą młode słowiki niż szpiega, któremu etyka przeszkadzałaby w wykonaniu zadania. Kukliński po prostu pieprzenie o tak zwanym sumieniu miał chyba w głębokim poważaniu…

         Wiem, istnieje wiele zabawnych rzeczy na świecie, wśród nich wyobrażenie byłych dzikich skurwensonów wywiadów, że są mniej dzicy od innych tragicznych skurwensonów reprezentujących kontrwywiad i politykę.

         Kukliński był z jednej strony bohaterem tragicznym, a z drugiej – spełnionym. Szpiegowstwo nigdy nie jest piękne ani moralne. Zawsze jest dwuznaczne. W listopadzie 1981 r. CIA wywiozła go za ocean, zaś reżym Jaruzelskiego skazał go na karę śmierci, bo choć generał nie był głupi, to w wypadku pułkownika coś jednak przeszkadzało mu być mądrym.

 

Sądowy chichot i sudecka balanga

 

Gdyby życie Kuklińskiego nie było tragiczne, byłby to proces sądowy wart chichotu. Spektakl oparty na tandetnie sfałszowanych materiałach obciążających i wypożyczonym z sali tradycji kontrwywiadu MSW kontenerze musiał budzić odrazę.

         Kukliński spokojnie czekał, aż historia przyzna mu zwycięstwo. Doczekał się. Żywy. W kraju dołączyła do niego kategoria ludzi, którzy zawsze lubią biec na pomoc zwycięzcom.

         Tu parafraza Saula Bellowa: „Panie, biegłem by walczyć o Twoją świętą sprawę, ale wciąż się potykałem i nie dotarłem na miejsce boju. Ale teraz jestem. Będę ci śpiewał alleluja”.

         Po zmianie ustroju Amerykanie nacisnęli na władze polskie, Rosjanie nie protestowali. Brzeziński na spółkę z Nowakiem-Jeziorańskim szaleli. Pułkownika rehabilitowano. Mógł odwiedzić Polskę. Czy rozważał powrót na stałe? Gdyby miał taki zamiar, toby go zrealizował – miał na to przeszło dwadzieścia lat. Po rehabilitacji był jak ogień, który wprawdzie się wypala, ale jeszcze grozi wybuchem. Jednak po śmierci synów był już jak ogień, który się już tylko ledwo tli… Gdyby nie wywiady, mógłby być szczęśliwy.

         W czasie odwiedzin Polski już nie poznawał większości dawnych znajomych. Grawitował wyłącznie ku akolitom, często obłudnym fałszywcom. Przecież nawet Jezus Chrystus wolał kobietę upadłą niż faryzeuszy.

         Przyzwyczajony do knucia i manipulacji, nawet gdy nie musiał odgrywać komedii, grał ją nadal. Drapał się w głowę aż komórki trzeszczały i wspominał, że od najmłodszych lat był patriotą, ale zadawał sobie filozoficzne pytania: po co żyć, skoro i tak wszyscy umrzemy? Podobnie jak wszyscy żywi, skazany był na dożywocie… Rychło uświadomił sobie, że w LWP największą mądrością jest umiejętność znoszenia głupoty i chamstwa przełożonych. O sprawach fascynujących mógł przeczytać co najwyżej w zakazanych książkach.         Czy zdawał sobie sprawę, że gry wywiadów przeważnie bywają jedno- i wielotrupowe? Wspominając kolejne „odnowy” polskie doszedł do wniosku, że nic one nie zmieniały. Mógłby je skomentować typowo żołnierskim hasłem: co bitwa, to zmiana onuc.

 

Wymiana ciosów i atomowy poker czyli Plan Wulkan i agenci WSW

 

Czy wiedział, że przed nim Amerykanie wygenerowali plan „Wulkan”, który realizowali tacy jak on? Czy zdawał sobie sprawę, że skończyło się to kilkunastoma wyrokami śmierci i kilkoma tysiącami skazanych?

         Kukliński nie był alkoholikiem, pił z powodów zawodowych. Nie był też seksoholikiem, choć podrywał panny, mężatki i wdowy. W miarę tetryczenia kupował miłość za pieniądze i prezenty – takie spotkania tête-à-tête najlepiej maskowały kontakty z wywiadem.         Pieprzeniem jest pogląd, że jako oficer Sztabu Generalnego WP chciał zorganizować w wojsku konspirację niepodległościową. To taki sam mit jak sprawa jego przynależności do organizacji Miecz i Pług w latach czterdziestych. Wiedział dobrze, jak bardzo zinfiltrowane jest LWP. W każdej komórce musiał być agent WSW. To byli wredni osobnicy. Nosili się jak wynędzniale, bezdomne psy. Osaczali figuranta, dyszeli, wyli z pyskami uniesionymi do księżyca. Zachłannie lizali łapy ofiary, podchodzili od tyłu i gryźli…

         Mówić o konspiracji można wszystko, gdy nikt nie może tego sprawdzić. Wątpliwą jest także teza, że nawiązał kontakt z CIA z patriotycznego obowiązku. Nie wystawia się ojczyzny na atomowe uderzenie, obojętnie z której strony. Bo tym by to się skończyło, gdyby konflikt wybuchł… No, ale to już jest sprawa wywiadów.    Prędzej wynalezione zostanie perpetuum mobile, niż wywiady amerykański i rosyjski ujawnią, o co naprawdę w tej grze chodziło. Nie wiadomo dokładnie, kiedy się związał ze służbami. Czy w 1947 r. we Wrocławiu, gdy jako podchorąży musiał mieć styk z Informacją WP? Miał go, co potwierdził jego opiekun, płk Staniszewski. A z CIA? Może w Wietnamie?

         W Sajgonie wietnamskie agentki wywiadu amerykańskiego podstawiały oficerom z demoludów nie tylko tyłki, ale i sugestie łatwego zarobku. Nasi reprezentanci trachali się z byle kim, biorąc te sugestie za dobrą monetę. Amerykanie w czasie ucieczki z Wietnamu zapomnieli o współpracownikach, więc on postanowił się im przypomnieć… Wersja o patriotycznym oferencie jest fanatycznie rozpowszechniana przez CIA i akolitów, z pominięciem Indochin. Gorliwość ta daje sporo do myślenia.

 

Indywidualizm i czempioni tępoty

 

Ludwig Marcuse poucza: „Godne uznania w jego życiu jest nie to, czego dokonał, ale to, czego próbował. W naszych czasach smutnie jest nie to, czego nie osiągamy, ale to, czego nie próbujemy. Prawdziwy idealizm polega na podejmowaniu prób”. Kukliński cieszył się opinią wybornego sztabowca, kreatywnego indywidualisty. Służalczy był tylko wobec Jaruzelskiego, dla którego pisał przemówienia. Był wyśmienitym żeglarzem. Potrafił też smakowicie obsłużyć każdą dupę kobiecą. Ale to mu nie wystarczało. Chciał zmieniać świat. Odkrył, że jedynym sposobem oddziaływania na rzeczywistość jest podawanie możnym takich informacji, jakie oni chcą usłyszeć.

         Od konica lat osiemdziesiątych podział Polaków w sprawie oceny Kuklińskiego stał się faktem. 4 czerwca 1989 r. uwolniliśmy się od komunizmu, ale nie uwolniliśmy się od siebie. Pytamy, dlaczego upadł komunizm, ale nie pytamy, dzięki czemu tak długo trwał?        Tłumy ekspertów krążą w kółko, przewalając się siłą zmanipulowanych argumentów. Bo nie ma takiej epoki, której by współcześni nie piętnowali, i tak podłej, do której by ktoś nie tęsknił. Prawo do własnych przekonań biorą z sufitu. To czempioni w sztuce niezrozumienia istoty służb specjalnych. Ich słowa trzeszczą niczym stara kanapa w czasie miziania. To tępota w czystej postaci, ale ich pieprzenie wciąż robi tłuszczy wodę z mózgu.

         Mój przyjaciel Szaniawski, mocno skaleczony przez peerelowskie służby, lansował pogląd, że płk Kukliński był pierwszym żołnierzem polskim w NATO. I ja mu wierzyłem, aczkolwiek wiedziałem, że każde głupstwo wypowiedziane w normalnej sytuacji jest tylko głupstwem. Ale jeżeli zjawia się ono na koturnach wywiadu, zaczyna być czymś interesującym…

         Czym są niektórzy współcześni funkcjonariusze? Hałaśliwymi istotami, których dobry Bóg stworzył z rozczarowania małpą. Kto ma pod kontrolą tajne służby, ten ma pod kontrolą przyszłość. Od ćwierć wieku nawołuję, że służby specjalne III RP należy rozpieprzyć i zbudować od nowa.

         Nie wiedziałem, co czynię. Każdy, kto trzęsie drzewem prawdy, naraża się, że mu na głowę spadną zelżywości. Bo prawda jest jak cebula: kto chce zdjąć z niej łupiny, nie raz zapłacze. Pod koniec 1981 r. władza z „Solidarnością” szły do zwarcia. Obie strony chciały zmieniać świat, ale nie siebie.

         Jaruzelski zarządził w porozumieniu z Moskwą, że należy przeciąć lot społeczeństwa. Agonia systemu komunistycznego wkraczała w decydującą fazę, a to może trwać i sto lat.

 

Sudeckie błoto i pisk praskiej wiosny

 

Kongenialny szpieg i zaufaniec gen. Jaruzelskiego, kończący właśnie stawiać ostatnie kropki na gotowym planie wprowadzenia stanu wojennego, widział skon systemu wyraźniej niż inni.

         Oficjalna wersja głosi, że jesienią 1981 r. istniała groźba jego rychłego zdemaskowania i dlatego postanowił wziąć nogi za pas. To mit. Kukliński zawsze ustawiał się do wiatru. Po nawiązaniu współpracy z CIA być może wykonywał również inne, podwójne zadania…

         Być może gen. Jaruzelski wespół z moskiewskimi sojusznikami zechciał sprawdzić, jaka będzie reakcja USA na stan wojenny. Szpieg mógł takie zadanie wykonywać świadomie lub kapturowo. Warto przypomnieć misję Pożogi, który w podobnym czasie wyjechał na Kubę uspokajać Castro, że sprawę „Solidarności” rozwiążemy sami.        Pożoga czytał wszystko, chłam odrzucał. Pytany, w jaki sposób wybiera najlepsze meldunki, odpowiadał: „Siedzę nad nimi długo. Jak mnie dupa boli, to już wiem, które doniesienie jest dobre”.    Kuklińskiego poznałem w lipcu 1968 r. w Sudetach. Znaliśmy się dwie doby. On miał referencje, ja dobrą znajomość gór. Jego romantyzm w połączeniu z moim nihilizmem sprawiły, że niedorozumieliśmy się.

         Zawsze byłem zdania, że socjalizm, choć kocha ludzkość bez granic, to człowieka ma za nic. Graliśmy janczarów socjalizmu i obaj jedliśmy z ręki tyrana… Obaj byliśmy członkami orszaku nadającemu powagi interwencji w Czechosłowacji.

         Kuklińskiemu brakowało do szczęścia władzy, a mnie – szczęścia do władzy. Przyjechał w towarzystwie grubych oficerów sowieckich. Sojusznicy przypominali milowe słupy stalinizmu. Sowieci byli jak błoto: lepcy i niszczący. Czuć było od nich oddech zła. Musiałem im czapkować. Myślałem, jak trudno być kowalem własnego losu w cudzej kuźni.

         W górach deszczowało i duło. Burza była tak gwałtowna, że pioruny nie wiedziały, gdzie padają. Gradowało tak siarczyście, że grubi przedstawiciele Armii Radzieckiej byli mokrzy w minutę, a mniejszy pułkownik w pół minuty. Pociłem się ze strachu przed zadaniem. Tytus Liwiusz powiedział mi, że „strach jest proporcjonalny do naszej niewiedzy”.

         Wiatr wiał międzynarodowy – z Czechosłowacji. Gomułka, ów wilk udający śpiew słowików, teraz szalał ze strachu. Miło było śledzić paranoiczną krzątaninę hierarchii partyjnej, obserwować krwawice herosów, psycholi i złoczyńców propagandy, zbyt głupich, by reagować spokojnie.

 

Hymn onanistów i mentalna chorągiewka

 

Moi towarzysze zużywali cały słownik zelżywości na nasze mapy „sztabówki”, które ich zdaniem były do dupy. Sprawdzali na oko wytrzymałość wiaduktów i zapisywali coś w tajnych notatnikach. Mniej więcej co pół godziny moi komilitoni sowieccy pilnie wypatrywali piwa lub cięższego paliwa. Alkohol łagodzi obyczaje najskuteczniej.

         Wspaniałą biesiadę zorganizował nam w leśniczówce na Orlu Malec – wiedział, że nigdy nie przyprowadzę do leśniczówki jakiegoś abstynenta. Na stole pojawił się bimber pędzony z ziemniaków i cukru. Flaszki wyglądają, jakby na nas czekały od początku świata. Krasna Armia skosiła wszystko, co znajdowało się na stole. Nie starczyło nawet na setkę rozstaniową – widział kto oficera sowieckiego, co na dnie flaszki resztówkę zostawia?

         Zaglądnęliśmy też do wysuniętej placówki Armii Radzieckiej zamaskowanej w kosodrzewinie na Hali Szrenickiej. Pod gołym niebem wysączyliśmy flaszkę. Światło igrało na kieliszkach, zdawało się, jakbyśmy pili słońce.

         Potem złożyliśmy wizytę na strażnicy Kamieńczyk imienia Sándora Petőfiego – jedyny wkład WOP w rozwój kultury socjalistycznej. Czechosłowaków było mi trochę szkoda, ale znalazłem się mieżdu sobakoj a wołkom, między psem a wilkiem.

         Pułkownik wydawał mi się nieco zneurastenizowany. Nie wiedziałem jeszcze, że nie wszystko, co się myśli, nadaje się do powiedzenia, ale wszystko, co się mówi, nadaje się do myślenia. Powołując się na Stary Testament wyraziłem się nieostrożnie, że od samego krzyku padają mury, ale samym krzykiem nic się zbudować nie da. Na domiar złego, sądząc, że jestem dowcipny, zacytowałem im rzekomy hymn onanistów: „Miliony rąk, tysiące rąk, a serce bije jedno…”.

         Oceniłem inteligencję oficerów na poziomie owiec i dałem ciała… Pułkownik skarcił mnie natychmiast, głośno i obcesowo. Opieprzał mnie przez kwadrans. Na koniec powiedział, abym nie pierdolił i nie filozofował…

 

Ostatni zryw i zapomniane akta czyli rozwinięty umysł i dziesięciominutowa salwa

 

Zamilkłem. Tak nakazywał mi szacunek dla jego stanowiska oraz wyssany z mlekiem matki rozsądek. Ten wysoki oficer, acz małego wzrostu, wydał mi się mentalną chorągiewką. Jeżeli już wówczas myślał o wywiadzie, to udawał wybornie. Obaj łgaliśmy jak najęci. Musiał to być marksizm przemieszany z leninizmem, podlany sosem z myśli generała Jaruzelskiego, który od kwietnia 1968 r. był naszym wodzem i pierwszy spostrzegł talenty Kuklińskiego.

         Jako młodszy oficer z zadupia chciałem pułkownikowi nieba przychylić. Sądziłem, że szepnie słówko komu trzeba… Przyczyną moich klęsk była niewiedza. Mój prymitywizm pozbawił mnie zmysłu obserwacji właściwego Marcelowi Proustowi, który potrafił w obserwacji zanurzonej w herbacie magdalenki zobaczyć zjawiskowe zjawisko wystarczające do napisania W poszukiwaniu straconego czasu.

         Niestety, powrót do przeszłości jest niemożliwy. Po przeżyciu ponad dziewięćset miesięcy układanie modelu na dalsze życie trąci anachronizmem. Nie mając przyszłości, mogę tylko spoglądać wstecz. Tkwi we mnie jakiś skurwiel sprawiający, że wciąż włażę z butami w życie innych osób. Koniunkturalizm i lizusostwo nigdy nie były mi obce…

         Ale po dwóch dobach w Karkonoszach zakarbowałem w pamięci, że wolałbym sobie dać wyrwać wszystkie zęby, niż uczestniczyć w tym ponownie. Jak postąpiłby Kukliński, gdyby dane mu było drugie życie? Może trzymałby się od służb na kilometry? Byłem chmurny, a warszawskiemu sztabowcowi nie wypadało troszczyć się o moje samopoczucie – zbeształ mnie ponownie.

         Przełożeni żądali, abym martwił się Praską Wiosną, a mnie nic do tego – myślałem samolubnie. Pułkownik spowiadając się z życiorysu przemilczał epizod sudecki. Dlaczego zrobił to, co zrobił? Być może bał się, że skończy zaszlachtowany przez nieznanych sprawców…      Być może został sprowokowany, spełniał wolę GRU, albo brał udział w kombinacji przypominającej grę w V Komendę WiN. Amerykanie po wybuchu „Solidarności” dobrze przygotowali się do różnych kombinacji. Mając takiego asa, CIA wiedziała, co jest grane. Z chwilą ogłoszenia stanu wojennego pułkownik był bardziej przydatny w Langley niż w Warszawie…

         Początkowo ucieczkę próbowano ukryć, potem wlepiono mu zaocznie karę śmierci. Zarówno ten proces, jak i późniejsza rehabilitacja to kpina ze sprawiedliwości – decydowała polityka. Nieszczęściem tajnych służb jest to, że zawsze służą politykom, a nie społeczeństwu.

         Prawda pułkownika sprowadzała się do konstatacji, że lepiej jest ginąć od uderzeń nuklearnych Amerykanów niż Sowietów. Na takie dictum oczy więdną. Na szczęście nie musieliśmy ginąć, bo Wojtyła, Reagan i Gorbaczow przemeblowali świat. Dzięki dobroci Boga posiadamy w Polsce wolność słowa, wolność sumienia i przezorność niekorzystania z żadnego z nich.

         Amerykanie grali Kuklińskim instrumentalnie. Polecono mu zdobyć informacje o pancerzu czołgu T-72 z „Bumaru-Łabędy”, bo od tego zależał los milionów dolarów na zbrojenia. Agent polecenie wykonał, wystawiając, w wypadku konfliktu tysiące polskich żołnierzy na śmierć.

         Paradoksem jest, że Amerykanie dysponowali już planami dostarczonymi przez Jacka Jurzaka z Bielska-Białej, który skopiował je i sprzedał. Po 1981 r. CIA wykorzystywała pułkownika propagandowo. A co bohater miał powiedzieć po rozpadzie świata? Prawdę?! Wówczas nikt by nie uwierzył, że był bohaterem.

         Mam dla niego empatię, podobali mi się wielcy ryzykanci. Decydująca dla pokoju była równowaga sił. Kukliński nie przekazał Amerykanom żadnych istotnych danych o możliwościach ataku przez Sowietów na świat, bo ich nie miał.

         A skoro tak, to może pułkownik był jak Juliusz Osterwa, który – jak podaje Krzysztof Mętrak – zwierzył się Swinarskiemu, że wojna dobrze mu zrobiła pod względem umysłowym, bo wtedy prawdziwie się rozwinął?

         Może Kukliński także chciał się rozwijać… Teza, że nie można wygrać wojny jądrowej, znana była od kryzysu kubańskiego. Marszałkowie sowieccy rozpowszechniali mit o zagrożeniu ze strony USA, aby pozyskiwać fundusze. Tak samo postępowali generałowie z NATO, głosząc teorię, że sowieckie czołgi wykorzystując weekend mogą zaatakować zachodnie miasta. Ale ani słowem nie wspominali, że wojska rakietowe NATO stacjonujące w RFN w ciągu dziesięciu minut zdolne są odpalić salwę na terytorium Polski, między Odrą a Wisłą, co uniemożliwiłoby przejście sił głównych z terytorium ZSRR, bez których kampania graniczy z samobójstwem.

 

Cele operacyjne i sado-masochistyczna miłość

 

Teoria o równowadze nuklearnej aktualna jest do dziś. Dopóki USA i Rosja będą skupiać osiemdziesiąt procent broni atomowej, dopóty świat będzie drżał na myśl o wariacie z dostępem do walizki. Chociaż Polska w 1989 r. zmieniła Wielkiego Brata na Wielkiego Brata-bis, to doktryna pozostała w mocy.

         Doszukiwanie się logiki w świecie, w którym jedyną gwarancją przeciwko użyciu broni jądrowej są zbrojenia, prowadzi do schizofrenii. Zasługą Kuklińskiego było, że pomógł USA doprecyzować jakieś 200 do 300 celów dla uderzeń nuklearnych na terenie Polski.

         Szpieg twierdził, że robił to z miłości do Polski. Trudno uwierzyć w taką miłość, brzmi to sado-masochistycznie. Ale lepsza fałszywa miłość niż prawdziwa nienawiść.

         Akolici przekonują, że Polakom byłoby milej umierać ze świadomością, że giną od amerykańskiego uderzenia. Wolter mówił: „Szukający szczęścia jest jak pijak, który nie może trafić do domu, ale wie, że ma dom”. Przy kontrowersyjnych postaciach dokumentacja, w zależności od potrzeb operacyjnych, może być zniszczona i stworzona na nowo.

         Archiwalia to amalgamat, ciekawa niemożliwość. Podpułkownik Konstanty Staniszewski, mój pierwszy rozmówca, oficer Informacji WP o wąskich horyzontach intelektualnych i wdzięku flegmatyka, rozmawiał chętnie. Powiedział mi, że po wyjeździe Rokossowskiego przeprowadzono generalną czystkę w dokumentacji i zmieniono nazwę na WSW – tak jak w 1990 r. MSW przemianowano na UOP, a WSW na WSI.

         Wojsko rozwija wszelkie zdolności, między innymi głupotę. Staniszewski był w 1947 r. we Wrocławiu dowódcą drużyny Kuklińskiego. Znał okoliczności wyrzucenia go ze szkoły za sfałszowanie życiorysu. Szpieg się tak do tego przyzwyczaił, że pisząc kolejny biogram, nigdy nie pamiętał poprzedniego. Wówczas zainteresowała się nim Informacja WP kierowana przez NKWD i zdarzył się cud: przywrócono mu stopień podchorążego. Pchaczami byli generałowie Korczyc i Popławski, solidnie umocowani w sowieckich służbach.

         Przeglądając życiorys Kuklińskiego, takich cudów można naliczyć kilkanaście. W Pile doszło do zniszczenia teczki Kuklińskiego na początku lat 50. Odtworzono ją w 1958 r. w WSW, a kartę operacyjną założono w 1962 r. Emerytowany Staniszewski został poturbowany przez nieznanych oprychów, którzy doradzili mu trzymanie pyska na kłódkę. Gdy odwiedził mnie w szpitalu z twarzą przypominającą poobijany pachołek do cumowania statków, zapytałem, dlaczego usiłował kopać się z koniem? Odpowiedział, że to koń go napadł.      Generałowie Jaruzelski, Siwicki, Puchała, Kiszczak nie wzbogacili wiedzy o działalności Kuklńskiego. Niektórzy twierdzili, że pułkownik dostał duszę kundla z nieba, a załatwił mu to Leszek Miller.

         Służby specjalne to środowisko, w którym być rozsądnym znaczy trzymać język za zębami. Bauer wspominał, że było widać, iż z Kuklińskim jest coś nie tak – siwiał z dnia na dzień. Pułkownik odpowiadał mu, że tylko małpy nie siwieją, bo nie myślą.

         Małe pieski z kontrwywiadu usiłowały dobrać się mu do skóry, ale duże brytany nie pozwalały. Przed wyprowadzeniem „Mewy” za ocean, na lotnisko w Mińsku Mazowieckim przyleciał Andropow, aby spotkać się z gen. Milewskim. Bauer przypuszczał, że przewodniczący KGB przekazał Milewskiemu sugestie odnośnie kombinacji operacyjnej rozgrywanej z wykorzystaniem szpiega, kapturowo albo świadomie.

         Pod koniec lat 80. szef  SWiK mówił, że ucieczka Kuklińskiego była elementem kombinacji wrogich mocarstw. Moskwa była żywotnie zainteresowana, aby Amerykanie wiedzieli, że interwencji nie będzie i Jaruzelski musi sprawę „Solidarności” załatwić sam. Ale 2 listopada 1981 r. gen. Skalski wezwał współpracowników i oświadczył, że „Solidarność” posiada informacje o przygotowaniach do stanu wojennego.

 

Purytanie z jachtu „Legia” i wietnamska Cy-86

 

Kukliński na Zachodzie relacjonował odprawę inaczej, jawiąc się niczym mucha w bursztynie. Wiadomo, co wybrał, ale nie wiadomo, dlaczego mucha wlazła w żywicę. Wolno przypuszczać, że wybrał co najmniej trzy wywiady: GRU, WSW i CIA.

         Szpieg jawi nam się trójwarstwowo. Pierwsza to sztabowiec – tu wiemy prawie wszystko. Druga to mąż i kochanek. Uważał, że kobiety należy albo kochać, albo je znać – sytuacji pośredniej nie ma. Przyjaciółka Kuklińskiego, Barbara Jakubowska, zmarła na wylew; donosił o niej CIA, że była szczodra. Trzecia warstwa to nagromadzenie konfabulacji.

         Jan Karski pisał, że życie szpiega to nie przygody Jamesa Bonda, lecz ciąg kłamstw, oszustw, podglądania i szantażu. Niepodległość odzyskaliśmy dzięki Papieżowi i „Solidarności”, a nie dlatego, że Kukliński przekazywał plany. Napisałem o tym książkę As CIA i… W kręgu donosów, mitów i faktów, więc nie widzę powodów, by ją w Raptularzu streszczać.

         Ciekawe, dlaczego Kukliński po rehabilitacji (w czym duża zasługa Millera naciągającego prawo niczym gumę w prezerwatywie) nie chciał się spotkać z kolegami z klubu żeglarskiego „Atol” (Dachowskim, Radajem, Rogalą, Witkowem, Bauerem). To była paczka purytańskich pułkowników Sztabu Generalnego i wilków morskich. Słuchali jedynie wodza, a ten słuchał Moskwy.

         Gdy Breżniew rozkazał Jaruzelskiemu: „Skacz”, generał pytał: „Na kogo?” I skakał – w 1970 r. na Wybrzeże, w 1981 r. na cały naród.

         W rejsach jachtem „Legia” rozpoznawano nasz kierunek strategiczny: Front Nadmorski. Plan operacji zaczepnej z 1965 r. zakładał kampanię sześciodniową na głębokość 510 km, przy użyciu 91 ładunków jądrowych. Zgodę mógł wydać tylko dowódca frontu (gen. Molczyk). Każdy dowódca miał obowiązek znać zadanie bliższe i dalsze.

         Załoga „Legii” przeżyła mrożące krew przygody, gdy polowały na nich kutry NATO. Po powrocie Kuklińskiego do Polski, Radaj chciał zorganizować spotkanie przy wódce i golonce (żeglarze uważają cholesterol za bajkę dla homoseksualistów). Kukliński skrewił. Wolał snuć się po Warszawie z uzbrojonymi gorylami z USA, jakby szło o trzeciej wojnę światową. Wyrażał gotowość do walki o czystość szpiegostwa w imię patriotyzmu. Mógł powtórzyć za Karolem Orleańskim: „Jestem zmęczony światem, a świat mną”. Nie zrobił tego, skończyło się tragedią rodzinną.

         Od generałów słyszałem tylko impertynencje. Jedynie Pożoga wspominał, że szef wydziału amerykańskiego MSW, płk Zbigniew Twerd, po wojnie w Wietnamie przywiózł z Moskwy materiały CIA przefiltrowane przez KGB. Część dotyczącą wojska oddano do dyspozycji WSW Kiszczaka. Zapytałem Pożogę, czy wilka ciągnie do lasu, czy las podbiegł do wilka? Kukliński jako agent rozpracowywał przecież NATO. W wietnamskim lesie CIA podlazła do niego i znając jego potrzeby finansowe złożyła mu propozycję. Kiszczak twierdził jednak, że pułkownik to sól ziemi Sztabu Generalnego. W materiałach Twerda było sporo doniesień o urodziwej agentce CIA wietnamskiego pochodzenia, Nguyen Thi Lan, ksywa „Cy-86”, która zwerbowała wielu agentów.

 

Oświadczenie Tuczapskiego i kanibalizm głupoty

 

Dzięki temu, że agentka wpadła w ręce KGB, łupy MSW powiększyły się o personalia szpiegów: Dembowskiego, Celegrata, Walewskiego (Bogdana Płotki), który dla CIA pracował 25 lat, a dla MSW nieco dłużej. Walewskiego skazano na ćwierć wieku odsiadki. Sędzia dostał nagrodę, a szpieg prawie luksusową celę na Mokotowie, gdzie Tomporski trzymał pensjonariuszy w ostrym rygorze. Na prośbę Pożogi Tomporski zmiękł i pozwolił mi odwiedzać Walewskiego. Przynosiłem w termosie kawę uzupełnioną do pełna „żytem”. Obgadywaliśmy Wiesława Górnickiego, który w ONZ podprowadził Walewskiemu encyklopedię „Americanę” i wymienił ją za butelkę whisky…

         Prawda jest w archiwach CIA i KGB, odtajniono tylko to, co miało sprawę zagmatwać. Za niedługo zamierzam wyjednać u Mojżesza przepustkę do enklawy szpiegów, aby zapytać Kuklińskiego, ile dolarów obiecała mu Cy-86. Od czasów, gdy Fenicjanie wygłówkowali środki płatnicze, łowcy agentów nie kłopoczą się o argumenty.

         U Nigela Westa znalazłem fragment mówiący, że w październiku 1982 r. w Warszawie pojawił się ochotnik, wiceminister, członek WRON – generał Tadeusz Tuczapski, który rzekomo został następcą Kuklińskiego i dostarczał szczegóły o Polskim OdeB. Złożyłem wizytę gen. Tuczapskiemu. Otrzymałem oświadczenie: „Stwierdzam, że zawarte w książce Nigela Westa informacje dotyczące mojej osoby, jakobym był informatorem CIA, są całkowicie nieprawdziwe. Nigdy nie miałem kontaktu z wywiadem CIA. Ogłaszanie tych rewelacji traktuję jako insynuację i chęć zniesławienia mnie. Gen. broni Tadeusz Tuczapski”.

         Nie mam powodów, by mu nie wierzyć. Gdyby West napisał prawdę, agenta zidentyfikowaliby ludzie Kiszczaka – MSW miało w ambasadzie USA dwóch agentów, którym płacono po 2000 dolarów. A byki Kiszczaka przyszły ze Szwajcarii, transportowane przez NJW MSW. Kiszczak nie obłowił się jednak, bo Jaruzelski zmusił go, by byki wzbogaciły PGR. Przy okazji szef MSW zlikwidował korzystną grę prowadzoną przez Pożogę i Schaffa z Amerykanami. Zapisałem: „Nie leczy się zła złem”. Co za s… to powiedział? Herodot z Halikarnasu. Głupota rządzącej Peerelem wroniej oligarchii była porażająca. Mądrość opozycji polegała jedynie na karmieniu się tą głupotą. Głupota jest kanibalem – karmi się sama sobą. Zbrodnia klerków w 1981 r.? Nieumiejętność powstrzymania zbrodni. Nabokov przekonuje: „Zbrodnia sama w sobie jest czystym triumfem banału i pospolitości i im lepiej się powiedzie, tym bardziej wydaje się idiotyczna”.

 

Oniriada

Dwudziestu lat potrzeba było by powrócił motyw wielkiej rakiety.
Rządowy burdel w Ukrainie lśnił jak neonowa okazja.
Szef MON Jan Parys wymyślił plan genialny w swej prostocie:
przerobić Kraj Pieroga i Zalewajki na mocarstwo atomowe.
Ruszyliśmy dwoma torami, jak to w ojczyźnie bywa:
jedna ekipa wysoko decyzyjna, lecz skrajnie niekompetentna,
druga kompetentna, lecz pozbawiona jakiejkolwiek władzy.
Los przykleił mnie do tej drugiej, dzięki znajomości z konsulem w Kijowie.
Konsul – dusza człowiek z bezpieczniackim rodowodem, asystent generała Pożogi.
Gdybym tylko poprosił, sprzedałby nam Kijów razem z Ławrą Peczerską.
Podczas gdy dyplomacja nudziła się na salonach,
my w podrzędnej knajpie dobijaliśmy targu z kagiebowcami.
Sami swoi – rozmowa toczyła się jak czekista z czekistą.
Dogawor poszedł błyskawicznie, bez zbędnych protokołów.
Nie minęło nawet po trzy czwarte litra na głowę,
a za milion dolarów obiecanych osobiście przez Bolka
już witaliśmy się z gąską w ogródku.
I wtedy sprawa się rypła, pękła czysta słowiańska idylla.
Kontrahenci zażądali ekstra trzystu tysięcy na łapówki.
Tego było za wiele nawet dla szerokiego gestu Bolka.
Wysłał ich bezlitośnie tam, gdzie radził Bohumil Hrabal,
aczkolwiek głowy nie dam, czy Bolek w ogóle wie, kto to taki.
Ta chciwość okazała się naszym zbawieniem.
Gdyby misja wypaliła, Kraj Pieroga zobaczyłby NATO jak świnia niebo.
Nagle z karkonoską mgłą spłynął na mnie Stanisław Ignacy Witkiewicz.
Dźgnął mnie słowami: „Prawda jest potworna, ale w rzadkich chwilach
bywa i piękna, jak sen pijaka w nocy letniej”.
Duknąłem coś w odpowiedzi, po gombrowiczowsku mętnego, bez sensu,
żeby tylko zadośćuczynić wymogom tej absurdalnej sytuacji.
Zerwałem się z miejsca, sztywny jak górski anioł na choince.
Z tymże aniołem zacieraliśmy ślady w sudeckiej mgle i mroźnym transie.
A Ona, skromna, kurortowa Danuta, połyka komplementy jak foka tłuste bałtyckie śledzie.
Rozmowa klei się lepko, przechodzi w pośpieszny dotyk pod okiem generałów.
Z oralnych szpar wypadają słowa coraz krótsze, surowe i medyczne:
wagina, fallus i nagły strach przed atomowym uderzeniem z Zachodu.
Indygo monitora sączy się teraz prosto w chłodną, starczą źrenicę,
jawa miesza się ze snem, granica pęka niczym lód w domowej zamrażarce.
Z głośników komputera dobiega metaliczny głos generała Pawłowa –
mówi o perspektywicznych pracownikach aparatu i łowach w Warszawie.
A pod kosodrzewiną na Hali Szrenickiej wciąż wirują kryształy i szklanki.
Twarze brytanów z Moskwy puchną, zlewają się w jedną miazgę.
Pijemy płynne słońce, aż pękają nam mózgi od tej potwornej piękności.
Wiatr wieje zza południowej granicy, niesie pisk praskiej wiosny
i ucieka na listek mały motyl, szukający gniazda za wielkim oceanem.
W finale zostaje tylko ciemny cień i puste flaszki na sosnowym stole,
co z oczu, to z serca i sumienie schowane głęboko pod lodem.
Budzimy się w malignie, z gębą pełną trocin i zdrady.
Jawa tnie skórę jak brzytwa, gdy gaśnie ten letni sen,
a Duch Gór przywleka właśnie cień drugiego agenta.