Miesięczne archiwum: Sierpień 2020

SIĘ NAPISAŁO

Gdy patrzę na naszych rządzących wywodzących się z prostej linii z czwartorzędnych niegdysiejszych działaczy „Solidarności”, gdy widzę te pałace, które sobie pobudowali, te limuzyny którymi się poruszają, te apanaże które biorą z kasy państwowej, te butne, paskudne, brudne słowa którymi obrzucają tych, co na nich pracują to mi się igła w kieszeni otwiera.  Zacznę tedy parafrazą Marka Twaina: Sójka ma równie mało zasad moralnych, co członkowie naszych władz. Sójka kłamie, sojka kradnie, sójka oszukuje, sójka zdradza i w czterech wypadkach na pięć cofa najuroczystsze przyrzeczenia. Niegdyś z cyklu: „Tajna historia mojego życia” się popełniło książkę „WAŁESA I… KRYPTONIM „BOLEK”. OPERACJA TAJNYCH SŁUŻB MON I MSW”  [wydawnictwo CB Andrzej Zasieczny, tel. 510210234, e-majl: biro@cbwydawnictwo.pl ]. Oto jeden z podrozdziałów:

            Kościół św. Anny słynie nie tylko z pięknego położenia. To również jedno z centrów życia kulturalnego, a w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych także politycznego stolicy. W podziemiach i wieży przykościelnej i odbywały sie spotkania z ludźmi kultury, którzy albo nie mogli, albo nie chcieli uczestniczyć w oficjalnym życiu. Byłem uczestnikiem tych spotkań. Po Okrągłym Stole nieodżałowanej pamięci Stefan Melak organizował spotkania z czytelnikami. Niekiedy wychodziłem poza temat książek i wygłaszałem odczyt na zaproponowany przez Melaka temat. Właśnie w czasie jednej z takich imprez na sali ujrzałem Annę Walentynowicz, którą  poznałem we wczesnych  latach siedemdziesiątych. Po spotkaniu poszliśmy gdzieś na herbatę i pani Ania mocno na mnie natarła za to, co dotychczas napisałem o  Wałęsie. – Gloryfikuje pan “Bolka” – powiedziała. – A ja go znam. To przeciętny facet, chory z próżności. Arogancki, niepoważny, niewyobrażalnie pyszny i zarozumiały. I jest ”Bolkiem”. – No to co z tego?  Każdy ma jakieś wady – odpowiedziałem. Jak każdy gamoń, nie skojarzyłem o co chodzi. Miałem na myśli list J. Milewskiego, w którym nazwisko Wałęsy kodowano  kryptonimem “Bolek”. Dziwiło mnie to trochę, bo dotychczas osoby odpowiedzialne w “S” za łączność nazwisko Wałęsy kodowały jako “UU”, sądząc naiwnie, że specjaliści z Biura Szyfrów MSW nie znają angielskiego, w którym “W” nazywa się double ju. – Musimy porozmawiać. Nie może pan pisać nieprawdy o Wałęsie. Nie może pan stawiać mu pomnika, skoro na to nie zasługuje – usłyszałem. – Jeżeli pan pozwoli, odwiedzę pana. Wówczas pogadamy otwarcie.

            Zaprosiłem panią Walentynowicz do siebie. Po kilku tygodniach do drzwi mojego mieszkania  na 12 piętrze bloku na Ursynowie zapukała pani Anna. Otworzyłem drzwi. Stała przede mną niewysoka,  niepozorna kobieta. Lata walki zrobiły swoje, aliści miała tę samą co niegdyś uduchowioną twarz, a w oczach troskę o losy świata. Wiedziałem, że jest osobą, która nie może się nie modlić i liczyłem, że wartości chrześcijańskie, które oboje wyznawaliśmy dopomogą nam w dorozumieniu się także w kwestii oceny Wałęsy. Walentynowicz niewiele się zmieniła od czasów, gdy okazała się niezłomnym uparciuchem w czasie sierpniowych strajków 1980 r. Wspólnie z Aliną Pieńkowską okazały sie krnąbrne wobec  Wałęsy, który odgrywał rolę “wielkiego pilota” wydarzeń. Obie były desperatkami. Zmusiły lidera do zmiany decyzji oraz kontynuowania strajku. Nie pamiętam, kto jej nadał przydomek “Sumienie <S>”. Chyba stało się to później. Jednak tamten moment do dziś tkwi w mojej pamięci.

            Bez wstępnych uprzejmości Walentynowicz, z rozbrajającą prostotą i dziecinną ufnością,  wyłożyła swoją teorię na temat roli Wałęsy w czasie rewolty 1970 r. i o dekadę późniejszych wydarzeń. Było to diametralnie różne od tego, co  sądziłem o eks-prezydencie. Zresztą nie widziałem początku strajku. Do Trójmiasta przybyłem nieco później, ze Szczecina, który znałem znacznie lepiej. W obu miastach miałem kolegów z obu stron. Korzystałem z pomocy zwiadowców WOP, ale i z członków „Solidarności”, których znalem z dawnych, jeszcze szczecińskich czasów. Znałem także komendantów WUSW. W Szczecinie gen. Jarosława Wernikowskiego i gen. Jerzego Andrzejewskiego w Gdańsku. O ile jednak ceniłem  Wernikowskiego to z Andrzejewskim żyłem na wojennej stopie. Pamiętam pierwsze spotkanie. Przekazałem generałowi pozdrowienia od płk. Majewskiego,  który wiedząc, że wybieram się do Trójmiasta o to prosił. Obaj oficerowie, jeszcze w czasach gdy byli funkcjonariuszami BP realizowali różne “akcje dochodowe”. Komendant popatrzył na mnie jak wąż na żabę. Wymieniliśmy jakieś zdawkowe nieuprzejmości. Miało to ten skutek, że przy następnych wizytach w WUSW napotykałem na  trudności w otrzymywaniu materiałów dotyczących spraw o których chciałem pisać. Odniosłem wrażenie, że kindersztuba Andrzejewskiego w porównaniu z Wernikowskim ma się tak jak esprit podwórkowego grajka do Krzysztofa Pendereckiego.

            Z pobieżnych obserwacji  wynikało, że od początku rewolty dochodziło do niesnasek między Gdańskiem i Szczecinem. Szczecinianie czuli się młodszym bratem Trójmiasta. Gdańszczanie nie mogli wybaczyć szczecinianom, że ci ubiegli ich o dzień w podpisaniu porozumienia z rządem. Wałęsa się pieklił. Mówił: To świństwo. Jak się mówiło, że solidarnie, to powinno być solidarnie do końca. Były i ostrzejsze głosy. Ktoś komentował, że postępek szczecinian to: Nóż w plecy “Solidarności”.  Wyraźnie rysowała się, podsycana przez specsłużby wojna Trójmiasta ze Szczecinem. Gdańsk to był Wałęsa i tylko Wałęsa. Szczecin to Jurczyk i nikt inny. Obaj aktywiści starali się sprawiać wrażenie, że są jak papieże w Kościele (w latach 1378 – 1408 w Watykanie i w Avignon Kościołem władała dwójka papieży) taka świętość od nich biła. Nie bardzo było jednak wiadomo, który z działaczy  “S” kreuje funkcję papieża awiniońskiego a który watykańskiego. W końcu masy, media i specsłużby opowiedziały się za Wałęsą. Jurczyk został zmarginalizowany. A wówczas w Gdańsku zamustrowałem się w Kaszubskiej Brygadzie WOP.  Chciałem zobaczyć w jaki sposób strajki wpływają na poziom pełnienia służby przez WOP. Wopiści mieli dobre kontakty w portach i stoczniach. Nie było problemu w swobodnym poruszaniu się. Widziałem kwiat reporterów polskich próbujących “dać świadectwo prawdzie”. Nie znałem ich osobiście. Czytywałem ich reportaże aby się czegoś nauczyć od mistrzów. Była tam Małgorzata Szejnert, był Ryszard Kapuściński, Wojciech Giełżyński, Ernest Skalski, Mariusz Ziomecki i inni. Ich plonem była pasjonująca książka Osiemnaście długich dni (wydana w serii Ekspres Reporterów, KAW 1980). Nie mogłem nawet marzyć, że napiszę coś podobnego, pomimo współpracy z tą serią. Zresztą w Gdańsku bawiłem krótko. Szybko odwołano mnie do Warszawy i zabroniono pisać cokolwiek na temat strajku. Dopiero później gen. Jura zmienił zdanie polecając redakcji skwitowanie rewolty, o czym już wspominałem. A teraz, na Ursynowie siedziałem z bohaterką tamtych wydarzeń. – Pani Aniu, nienawidzi pani Wałęsy. Dlaczego? Nienawiść rozgrzewa serce, ale mrozi umysł. Nie otrzymałem odpowiedzi, ale i tak zapowiadała się pasjonująca konfrontacja tego, co wiedziałem z relacją jednej z najaktywniejszych  uczestniczek wydarzeń lat 80. Zapytałem o wspomniany “nóż” i o niesnaski między Wałęsą, a Jurczykiem. Zastanawiałem się ile było w tych niesnaskach działalności agenturalnej, a ile polityki związku? Wiedziałem z czyjej inspiracji przewodniczący “S” ze Szczecina mógł, w rozmowie z autorami książki Szczecin. Grudzień, sierpień, grudzień Małgorzatą Szejnert i Tomaszem Zalewskim oskarżyć Wałęsę o zdradę. Oto zapis reporterów: Wałęsa zdradza interesy klasy robotniczej! – Jurczyk podnosi głos, prawie krzyczy. – Jak tak dalej pójdzie, ta polityka ustępstw, zaprosimy w końcu ich dwóch, Wałęsę i Wądołowskiego (uczestnik wydarzeń z 1970 r. w Szczecinie i rewolty lat 80., wiceprzewodniczący regionu i komisji krajowej “S”), do nas do stoczni – niech się tłumaczą przed załogami!  Pani Ania nie chciała na ten temat rozmawiać wekslując rozmowę na Wałęsę. Oskarżała go o zdradę, która niczym zadra tkwiła w jej duszy. Jak każdy zarozumialec, coś tam bąkałem pod nosem. Tłumaczyłem, że oskarżenia niesłuszne bolą najbardziej. Powołując się na psychikę ludzi będących w strajkowym stresie przekonywałem, że każdy może różnie widzieć te same wydarzenia, różnie je oceniać, rozmaicie interpretować. Psychologia opisuje takie zjawiska. Na podparcie tych słów  wyciągnąłem kserokopię dedykacji Wałęsy dla Gierka (na książce Droga nadziei) i zacytowałem kawałek: Co do Pańskiej sugestii i zaprzeczenia, że byłem człowiekiem Kowalczyka (SB) oświadczam panu i zrobię to publicznie jak będzie trzeba, iż nigdy nie byłem i nigdy na nikogo nie donosiłem do SB. Prawdą natomiast jest iż po pamiętnym “pomożecie”, którego ja byłem współautorem, kilkakrotnie przeprowadzano ze mną przesłuchania w komisariacie i wiele ze mnie wyciągnięto, ale tylko w kontekście politycznym a nie donosicielskim (…).  W sierpniu 1980 r. ludzie Kowalczyka próbowali wydostać mnie ze stoczni pod pretekstem ważnych rozmów z Panem. Ja się zgodziłem. Oni Panu zameldowali myśląc iż uda im się mnie zastraszyć lub szantażować (tak przypuszczam). Natomiast ja po paru dniach zwłoki wzmacniając strajk, wyprosiłem tych panów ze stoczni. Tak to nie po raz pierwszy i myślę że nie ostatni rozegrałem partię pokiera.   

            Walentynowicz szybko sprowadziła mnie na ziemię. – Panie Henryku! Albo prawda, albo psychologizowanie – powiedziała. – Widzi pan, strajk sierpniowy to była dla nas najpoważniejsza w życiu sprawa. Myśmy już wówczas powiedzieli sobie: jeśli nie teraz, to kiedy? jeśli nie my, to kto? Nikt inny tego zrobić nie może. A nie można tego nie zrobić. Tyle razy już zaczynano. My również. W 1970 r.  też zaczynaliśmy. Biliśmy się jak powstańcy Spartakusa. Przegrywaliśmy jak zawsze. Okłamywano nas stale. Obiecywano złote góry. My opłakiwaliśmy zabitych. Władze urządzały fety. Tym razem powiedzieliśmy – dość tego! Jeśli tego nie zrobimy, to będzie wielkie świństwo. A  “Bolek” chciał zakończyć strajk po uzyskaniu od dyrekcji zapewnienia, że sytuacja się poprawi, że uzyskamy podwyżkę płac, że przyjmą mnie i jego do pracy, że w zakładzie powstaną  związki zawodowe na starych, ale poprawionych  zasadach. Wałęsa w gruncie rzeczy jest leniwy. A lenie zawsze wolą zwalić robotę na kogoś innego. Tak było i tym razem. Władze stoczni chciały poprzestać na obiecankach. No to my z Aliną  powiedziałyśmy “Bolkowi”: Stop, kolego! Chcemy czegoś więcej. OK? I w te pędy pobiegłyśmy na bramę, aby zatrzymać wychodzących robotników, z których część już wyszła. I Wałęsa, o dziwo! zrozumiał o co nam chodzi.

            Nie mogłem zaprzeczyć słowom pani Ani. Bełkotałem o dalekowzroczności Wodza. Mówiłem, że w 1980 r. liczyło się doświadczenie.  Bo tak w życiu jest, że dziewczyna będzie zawsze pamiętała pierwszego chłopca, rzeźnik pierwszą zaszlachtowaną świnię, agent pierwszego zdradzonego przyjaciela, a rewolucjonista  przegraną. Nie można wykluczyć, że Wałęsa w sierpniu miał przed oczami grudzień ’70 i stąd powściągliwe kunktatorstwo. Dopiero niedawno Wałęsa, w rozmowie z Magdaleną Rigamonti (Newsweek, 21-27. 11. 2011) wyjaśnił: Niebiosa mi pomagały. Podejmowałem jakąś decyzję i okazywała się fenomenalna. Na przykład o przerwie w strajku. Bo przecież w tym pierwszym komitecie byli ludzie podstawieni, nasłani. Nie panowałem nad nimi. Kiedy po dwóch dniach poddaliśmy strajk, to ci podstawieni pouciekali. I wtedy dobrałem swoich ludzi, m.in. Walentynowicz, Gwiazdów, i dzięki temu mogłem dalej prowadzić walkę. Kto chce, niech wierzy. Ja nie potrafię się do tego passusu ustosunkować. Nie wiem ile prawdy musi pozostać, a ile należy ściąć, aby opowieść była do przyjęcia. Trudno rozeznać kiedy Wałęsę ogarnął wieczny niepokój samouwielbienia. Wszystko wskazuje, że stało się to wówczas, gdy Wódz, który jeszcze nie wiedział, że jest wodzem przełamał się pod wpływem Pińkowskiej oraz Walentynowicz i odwołał odwołanie strajku postanawiając walczyć o wszystko.    

            Walentynowicz kontynuowała: – Ciągle nas prowokowano. Pamiętam takiego kadrowca. Agenta bezpieki, jak nic. On przemawiał na strajku. Kajał się. Był w tym obrzydliwy. Nie wytrzymałam. Wskoczyłam na platformę i powiedziałam, że ten skurwysyn wyrzucił mnie z pracy, gnębił nas całe lata.  Musiałam go potem bronić, aby go ludzie nie rozszarpali. I jeszcze jedno. Wałęsa bardzo często znikał nam z oczu. Nie wiedzieliśmy, gdzie jest. Pomyśleliśmy tak: jeżeli nie ma go z nami, a robiliśmy przecież coś dobrego, to może jest gdzie indziej i robi coś złego. Nas, wiedzących czego chcemy, było na początku mało. Byłam ja i Alina. Był A. Gwiazda. Najlepiej przygotowany do tego, co zamierzamy zrobić. Był B. Lis, K. Wyszkowski, B. Borusewicz, L. Kaczyński i ten okropny dyletant Wałęsa. Straszliwie sprytny. Wyczuwający nastroje tłumu. Potrafiący na poczekaniu, w zależności od sytuacji,  zmienić zdanie. Nie tracił kontaktu z ludźmi. Miał jakiś szatański instynkt rasowego populisty. Tłum mu wierzył. Szedł za nim. A nie za znacznie mądrzejszym, lepiej przygotowanym, mającym dużą wiedzę Gwiazdą. – Tak, jeżeli chodzi o radykalizm, zaciekłość, ekstremizm Wałęsa przy Gwieździe był niczym księgowy przy Alu Caponie – przyznałem. Moja rozmówczyni była w transie, ciągnęła: – Wałęsa  podczas głosowania  potrafił mierzyć czas trwania oklasków dla niego i jego konkurentów. Z takim typem Gwiazda nie miał szans. Tak zaczął się Sierpień ‚ 80. Na początku o mało nie storpedowany przez “Bolka”. Wałęsa uważał, że możemy się obejść bez pomocy innych. Bez pomocy świata. Jemu wystarczą doradcy. Mylił się bardzo. Chciał nam narzucić swoją wolę. Było coś dziwnego w jego postępowaniu. Wierząc w swoją szczęśliwą gwiazdę i kontakty, o których nic konkretnego nie wiedzieliśmy, ale się ich domyślaliśmy, dążył do arbitralnych rozstrzygnięć wedle swego widzimisię. Myśmy dążyli do rozszerzenia skali konfliktu. On do jego zwężania. Myśmy chcieli wciągnąć świat do naszej walki. On przekonywał, że to jest niepotrzebne. I tu mylił się jeszcze bardziej. Naszą szansą było rozchwianie świata w taki sposób, aby świat wsparł naszą walkę, aby nam pomógł. Wierzyliśmy, że nam się to uda. Przecież gdybyśmy byli osamotnieni, wcześniej czy później komuna by nas wydusiła.        

            Walentynowicz mnie nie przekonała. Zbulwersowałem się też  stosunkiem “Sumienia Solidarności“ do KOR-u. Wedle mnie był to stosunek bardzo wrogi. Podejrzewałem nawet wpływ ks. Jankowskiego, który uważał, że KOR to Żydzi, a Żydzi to wszystko zło o czym świadczą Protokoły Mędrców Syjonu. Zdziwiłem się, że Danuta Wałęsowa inaczej  ocenia działalność Walentynowicz pisząc: Uważam, że pani Ania  była narzędziem w rękach części, jeśli można tak określić, grupy warszawskiej. Po strajku u niej w domu mieszkał Kuroń. Odbywały się tam poufne narady tej grupy. Ona potrzebowała autorytetu, więc go znalazła. Strajk wybuchł oczywiście z powodu zwolnienia pani Ani z pracy w stoczni. Ale strajk jej nie wyniósł. Wyniósł Wałęsę. Oni, wystawiając panią Anię przeciwko mojemu mężowi, potraktowali ją instrumentalnie. A ona poczuła, że jednak coś może, ma jakiś wpływ. Wydaje się, że w ten sposób zrobili jej krzywdę. Można zadać pytanie, gdzie byłby dzisiaj Wałęsa, gdyby nie “grupa warszawska”? Czy bez intelektualistów, mających w większości rodowód z KOR-u możliwe byłoby powstanie “Solidarności”? No tak, był jeszcze Kościół! Ale czy Kościół był wstanie zbudować Wolne Związki Zawodowe?  W przymierzu z Kościołem można było co najwyżej zbudować sodalicję mariańską. Kościół nie mógł organizować strajków, manifestacji, wznosić barykad. Mógł te działania jedynie popierać. I Kościół to robił bardzo aktywnie.

            A wówczas  mówiłem pani Ani: przestudiowałem może tysiąc, może dwa tysiące różnych dokumentów służb specjalnych i  partyjnych. W żadnym z nich nie znalazłem śladów, że Wałęsa uległ namowom władz i sprzeniewierzył się ideom “S”. Jeżeli pani nie wierzy mnie, to może uwierzy pani przedstawicielom Kościoła.  Mam tu 40 tajnych dokumentów zawierających relacje z posiedzeń Komisji Wspólnej przedstawicieli rządu i Episkopatu. I co z nich wynika? Oto sprawa Wałęsy była omawiana aż 44 razy. Każdorazowo wysocy przedstawiciele Kościoła wstawiali się właśnie za Wałęsą, a nie za innymi przedstawicielami opozycji. Po razie, ale na marginesie istotnych spraw wymieniono nazwiska Bujaka i Frasyniuka i raz Jurczyka w kontekście jego przemówienia (sierpień 1980 r.), w którym oświadczył on: …że ma zapewnienie Kościoła, że nie będzie interwencji radzieckiej  Zniesmaczyło to władze straszące naród Układem Warszawskim. Moje słowa ściekały po pani Ani jak woda po kaczce.

            W późniejszym okresie było mnóstwo wizyt. W czasie prawie każdej bytności w Warszawie Walentynowicz starała się wpaść na Ursynów. Zaglądała do mnie  także wówczas, gdy przeniosłem się pod Warszawę lub do szpitala. Nieraz panią Annę, która gdzieś od lat dziewięćdziesiątych nie ruszała się bez koleżanki i współpracownicy Janiny Matusiewicz-Mirer (zginęła również w  katastrofie samolotu w Smoleńsku), podwozili do mnie jej i moi koledzy. Ale bywało, że nie bardzo już zdrowa Walentynowicz wsiadała do  kolejki WKD, przejeżdżała kilka przystanków, a później wędrowała pieszo półtora kilometra do mojej sadyby. Bardzo mnie te wizyty cieszyły, ale było mi głupio, że musiała się fatygować. Walentynowicz  telefonicznie uprzedzała o wizycie. Tak było i ostatnim razem. 9 kwietnia 2010 r.  informowała, że jest w Warszawie, jutro jedzie z prezydentem i całą delegacją do Smoleńska, ale po powrocie wpadnie, by wszystko opowiedzieć.

 

SIĘ NAPISAŁO

Przekleństwem Kraju Pieroga i Zalewajki było, jest i będzie legalne oszustwo, łamanie prawa, bezkarne złodziejstwo, szpiegostwo i donosicielstwo.

         Henryk Piecuch

 

(Oto epilog z „Noża” zob. poprzedni blog). Opisana w Bilecie do piekła gra zaczęła się dla mnie kilka lata wcześniej. Dość szybko kontrwywiad MSW wpadł na trop grupy wywiadowczo-przemytniczej działającej w południowo-zachodniej części Kraju Pieroga i Zalewajki. W ścisłym kierownictwie kontrwywiadu zapadła decyzja, aby rozpracować grupę od wewnątrz i zlikwidować całą siatkę. Rozpoczęła się żmudna robota, zakrojona na dużą skalę, obejmująca rozległy teren.

Minister spraw wewnętrznych generał Mieczysław Moczar wraz z ministrem drugiego resortu siłowego, generałem Wojciechem Jaruzelskim byli zaabsorbowani realizacją przykazania sekretarza Komitetu Centralnego PZPR Władysława Gomułki, aby dać popalić osobom pochodzenia żydowskiego. „Mietek” nie miał głowy do zajmowania się jakimiś aferami szpiegowsko-przemytniczymi.

Chwilowo interesował mnie fenomen tzw. przywódcy narodu polskiego Władysława Gomułki „Wiesława”. Polski gensek miał żonę Żydówkę, być może trochę ksantypowatą, jak twierdzili wtajemniczeni, ale żeby z tego powodu ulegać szowinistyczno-nacjonalistycznym ciągotkom?

Co prawda nie każdy, kto ma Ksantypę za żonę, musi być koniecznie Sokratesem, ale jakiś logiczny powód takiego stanowiska Gomułki musiał być. Może więc Sowieci?

Nie rozwikłałem tego problemu do dziś.

***

Minister M. Moczar wyznaczył do prowadzenia gry z wywiadami swego zastępcę generała Franciszka Szlachcica. Ten z kolei uważał się za prawdziwego Polaka i nawet w niektórych wersjach swojego życiorysu podawał, że ma pochodzenie antysemickie. Wiceminister nie chciał dopuścić, aby Kraj Pieroga i Zalewajki wpadł w łapy szpiegowsko-żydowskiej masonerii, więc dał sygnał swoim pretorianom z kontrwywiadu do rozpoczęcie kilku szpiegowskich gier z wrogimi wywiadami. Pretorianie uznali, że potrzebują więcej ludzi do czarnej roboty i poprosili ministra o wzmocnienie własnych kadr oficerami z innych formacji.

  1. Szlachcic był jak piorun, sam oświetlał sobie drogę. Pomyślał chwilkę, bo myślenie było jego specjalnością i doszedł do wniosku, że generał Jerzy Fonkowicz, zajmujący się również sprawami WOP, nie wystarczy. Nie przystoi takiemu wysokiemu funkcjonariuszowi uganianie się za jakimiś agentami szpiegowsko-przemytniczymi. Zresztą Fonkowicz, ze względu na niesłuszne pochodzenie, był już przeznaczony do odstawki.

Franciszek zadzwonił więc do dowódcy WOP i poprosił o oddelegowanie do bezpieki oficera znającego południowo-zachodnią granicę kraju, najlepiej ze zwiadu.

Padło na mnie. Wylądowałem w stolicy.

***

Dziś już nie bardzo pamiętam, ile wody upłynęło w Wiśle, gdy dostałem polecenie, które dałoby się streścić w dziesięciu słowach: „Wejść do grupy. Rozpoznać ją. Zdobyć dowody i ustalić współpracowników”. Spakowałem manatki i pojechałem do Szczecina. Kolega z centrali odprowadził mnie do oszklonych drzwi portowej knajpy.

– To tych trzech przy barze – powiedział. – Dalej radź sobie sam. Powodzenia! – usłyszałem, czując lekkie klepnięcie w ramię.

Od tego momentu przez wiele dni, tygodni i miesięcy, razem z tuzinem komilitonów, takich jak ja wyrobników kontrwywiadu, realizowałem opracowany przez specjalistów MSW plan kontrwywiadowczej centrali. W wyniku naszej operacji przestała istnieć siatka wywiadowczo-przemytnicza. W wywiadach zachodnich przybyło vacatów.

Starałem się zapamiętać każdy dzień, każdy epizod.

                                                                       ***

(No i komentarz autora książki) Sine era et studio. Nie od dziś wiadomo, że historia stała się pożądanym towarem potrzebnym władzom do różnych manipulacji. Wszystko, co się wydarzyło, wpływa na wszystko, co może się wydarzyć. Na podstawie przeszłości da się ocenić teraźniejszość. Jak na dłoni widać to było w okresie zimnej wojny.

Niedawno przeczytałem w „Gazecie Wyborczej” (27.05.2020) o dziewięciu wielkich białych kulach stojących na ogrodzonym polu w miejscowości Bad Albling pod Monachium i podobnej instalacji w Galbingen. Urządzenia te są uszami wywiadu niemieckiego (Federalnej Służby Wywiadowczej; BND). Wznieśli je Amerykanie w latach pięćdziesiątych. Po ustaniu działań zimnowojennych Narodowa Agencja Bezpieczeństwa USA sprezentowała obie instalacje BND. „Uszy” pozwalają kontrolować rozmowy telefoniczne na całym świecie i inwigilować łączność radiową. Pamiętam bezzwłoczną odpowiedź resortów siłowych Peerelu na instalacje amerykańskie.

Oto z inicjatywy sowieckiej i pod nadzorem NKWD i GRU nad Nysą Łużycką i Odrą zbudowano sieć jednostek mających dawać skuteczny „odpór” poczynaniom NATO. W odpowiedzi na rozmieszczenie w RFN amerykańskich rakiet balistycznych średniego zasięgu (operacyjnych) Lance, a następnie Pershing nad Nysą Łużycką i Odrą rozmieszczono m.in. dywizjony rakiet Paktu Warszawskiego. Jednostek stacjonujących na terenie Polski było sto razy więcej niż amerykańskich, ale wyposażone były w tysiąc razy gorszy sprzęt.

Tylko w samym Zgorzelcu i okolicach były: pułk obrony przeciwlotniczej z 11 Dywizji Pancernej, skadrowana brygada chemików, dywizjon rakietowy, pododdział radiokontrwywiadu z potężnymi zagłuszarkami radiowych rozgłośni zachodnich, głównie Wolnej Europy, batalion WOP dowodzony przez mjr. R. Bartoszewicza, Oddział Tresury Psów Służbowych (OTPS), duży Graniczny Punkt Kontroli, obejmujący przejście kolejowe, ruch kołowy i pieszy, 8 strażnic WOP oraz batalion rozpoznania radioelektronicznego podległy dowództwu Śląskiego Okręgu Wojskowego, zwany „amerykanami”. Długo myślałem, że nazwa ta łączyła się z amerykańskimi instalacjami w NRF. Z błędu wyprowadził mnie dowódca batalionu WOP.

– Kiedyś przyjechali do mnie płk Cz. Żmuda z Dowództwa WOP i płk R. Przylaskowski z Łużyckiej Brygady WOP. Pułkownicy kontrolowali batalion i OTPS – powiedział Bartoszewicz. – Spacerując w pobliżu kojców dla psów, spotkali żołnierza z batalionu ŚOW, wyglądającego dość nietypowo. Zawołali go. Przelaskowski skarcił go, że jest ciamajdowatym wojakiem, a Żmuda dodał: „Macie żołnierzu mundur złachany, trzymacie łapy w kieszeni, wyglądacie jak Szwejk amerykański”.

Zatrzymany, będący doktorem inżynierem, odpowiedział, że woli być ciamajdowatym Szwejkiem amerykańskim w złachanym mundurze niż pułkownikiem nadzorującym psy. Żmuda myślał, że jego słowa były obraźliwe. Było przeciwnie. Wybuchła straszna awantura, a żołnierze, na pohybel Żmudzie, ten ekskluzywny batalion nazywali od tej pory „amerykanami”.

Po 1990 roku jednostki polskie w ramach radosnej twórczości rozformowano, natomiast Amerykanie swoje urządzenie przekazali Niemcom.

Dekadę temu poprosiłem zaprzyjaźnione osoby o wytypowanie po trzech najsprawniejszych i trzech najsłabszych (w danych warunkach społeczno-politycznych) ministrów obu resortów siłowych (MON & MBP/MSW) od 1945 do 2010 roku. W tej miniankiecie udział wzięło po 50 osób reprezentujących: polityków (z wszystkich opcji politycznych), naukowców (historycy, politolodzy, socjolodzy), dziennikarzy i pisarzy oraz dwie grupy oficerów tych resortów (w rezerwie i służbie czynnej). Razem 250 osób. Oto wyniki:

MON, najsprawniejsi ministrowie: 1. W. Jaruzelski – 32% ocen pozytywnych i 23% negatywnych; 2. R. Sikorski – 22% ocen pozytywnych i 15% negatywnych; 3. J. Szmajdziński – 21% ocen pozytywnych i 11% negatywnych. Najsłabsi: 1. A. Szczygło – 33% ocen negatywnych i 16% pozytywnych; M. Żymierski – 31% ocen negatywnych i 9% pozytywnych; 3. Klich – 26% ocen negatywnych i 17% pozytywnych.

MBP/MSWiA. Najsprawniejsi: 1. K. Kozłowski – 26% ocen pozytywnych i 24% negatywnych; 2. L. Miller – 18% ocen pozytywnych i 17% negatywnych; 3. A. Milczanowski – 16% ocen pozytywnych i 6% negatywnych. Najsłabsi: 1. S. Radkiewicz – 32% ocen negatywnych i 5 % pozytywnych ; 2. A. Macierewicz – 25% ocen negatywnych i 11% pozytywnych; 3. Cz. Kiszczak – 19% ocen negatywnych i 15% pozytywnych.

Uwagi metodologiczne: każdy z respondentów mógł wytypować po trzy osoby w każdej grupie. Za pierwsze miejsce przyznawałem 3 punkty; za drugie – 2 punkty i za trzecie – 1 punkt. Maksymalna liczba punktów możliwych do uzyskania wynosiła 750 (5 ´ 50 ´ 3). Procent uzyskanych punktów w stosunku do liczby maksymalnej stanowił o miejscu kandydata.

Przyznam, że byłym zaskoczony wynikami ankiety (w której nie brałem udziału, nie chcąc sugerować się otrzymywanymi odpowiedziami). Jestem zaskoczony także strachem respondentów (większość zgodziła się odpowiedzieć na moją prośbę dopiero po zapewnieniu pełnej anonimowości i obietnicy zniszczenia wszelkich zapisków dotyczących udzielanych odpowiedzi).

Jeszcze bardziej zbulwersowała mnie słaba znajomość spraw personalnych, związanych z najnowszą historią Polski w grupie polityków, dziennikarzy i pisarzy. Przecież te osoby, oceniając to, co było w naszej historii, w dużej mierze kształtują świadomość polityczną społeczeństwa. W jakiż więc sposób mogą to robić, nie znając przeszłości?

W tym miejscu kłania się K. Marks ze swoim: „Nie wiedzą o tym, ale to robią”. A przecież w wolnej Polsce wszyscy mamy prawo wybierać. Mnie dzień wyborów jawi się tak: Wiatr wyje potępieńczo jak bestia pragnąca urodzić samego szatana, czyli kolejną Grupę Trzymającą Władzę. Psy szczekają na przykrótkich partyjnych smyczach i nawet dach z bożego przybytku odpada kawałek po kawałku. Ciemny lud, kupiwszy populizm marzy o skopaniu dup oligarchom i powszechnej urawniłowce.

Co więc robić? Iść głosować! Myśleć! Bo to nie boli! Ale pamiętać, że nawet kretyn znajdzie większego kretyna, który na niego zagłosuje.

 

SIĘ NAPISAŁO

… jest pod niebem taki kraj, że każdy kretyn mający ptasi móżdżek i zbyt słabe ręce do pchania taczek, w którym każdy łajdak, zanim zdążył innym podstawić nogę i sam wpaść pyskiem w błoto, uważa się za człowieka skrzywdzonego przez historię? Czy pani wie, że jest taki kraj, w którym złodziej staje przed sądem i skazują go, on z braku argumentów krzyczy: Jestem Polakiem! Czy pani wie, że jest taki kraj, który powinien mieć w herbie zamiast orła rozwścieczonego indyka z tubą wazeliny w szponach, na tle dwu nahajek  i bielonego klozetu z serduszkiem? Kraj, w którym słowo „polityka” od wieków równoznaczne jest ze słowem „oszustwo”.

                                                       Marek Hłasko  

Oto fragment „Od autora” powieści Bilet do piekła. Tajemnica „Zachęty” (wyd. CB, tel. 510-210-234, e-mail: biuro@wydawnictwo.pl ).

Dzięki Warszawskiemu Oddziałowi Funduszu Ochrony Zdrowia marzec 2020 roku miałem spędzić w Ciechocinku w sanatorium „Zdrowie”. Obiekt należy do Sp. z o.o. Sp.k, której prezesuje Dariusz Król, menedżer jakich mało, jakiego nie uświadczysz nie tylko we władzach państwowych, ale i w tzw. terenie.

Ciechocinek jest urokliwym, szczęśliwym miastem, a „Zdrowie” jego ozdobą. Położone w bezpośrednim sąsiedztwie Parku Zdrojowego oraz sławnej na całą Europę fontanny „Grzybek” cieszy oczy przyjezdnych. Do robiących wrażenie trzech tężni solankowych jest 1777 podwójnych kroków, do lasu pełnego wiewiórek jeszcze bliżej. Tylko do królowej polskich rzek Wisły – dwa kilometry z hakiem.

Do tężni trzeba iść na zachód, a do rzeki, meandrującej po polskiej krainie, na wschód. Przy tężniach powietrze jest słońcem, a słońce powietrzem. Do tężni chodziłem dwa razy dziennie, a do rzeki poszedłem tylko raz.

***

Patrzę w zwierciadło Wisły. Chwilę się sobie przyglądam i woń jakaś dopada mnie nieczysta. Rozważam, czy tylko dlatego, że do niedawna z tego kierunku mógł przyjść Wielki Brat miasto odwróciło się do rzeki rufą? Tego nie udało mi się ustalić. Rozgryzłem natomiast inną ciekawostkę. Ale po kolei.

Z okna swego pokoju na IV piętrze zauważyłem wiekową sosnę. Jej pień okalała gustowna, ale skromna, metalowa ławeczka z informacją, że siadywała na niej Mieczysława Ćwiklińska. Kto nie wie, jakiej klasy to była aktorka, niech spada na drzewo. Ale, broń Boże, nie na sosnę Ćwiklińskiej.

Prawie każdego dnia siadywałem na ławeczce  Ćwiklińskiej. Obserwowałem kuracjuszy. Niektórzy byli starzy i bardzo starzy. Tacy jak ja.

***

Zabójcza wiosna. Świeci słońce. Świat powoli wchodzi w stadium agonii koronawirusowej. Siedzę na ławeczce. Przysiada się do mnie prezes Król. Rozmawiamy o koronawirusie. Cieszymy się, że nasze władze, w odróżnieniu od rządzących w innych państwach, są należycie przygotowane.

Sprzętu ochronnego przed zarażeniem ci u nas w bród, hierarchowie postulują zwiększenie częstotliwości odprawiania mszy, nakazując owieczkom modły w intencji wyproszenia z naszego kraju koronawirusa, a służby specjalne w pełniej gotowości czuwając nad bezpieczeństwem obywateli.

Jednak w moim łbie kłębią się niewesołe myśli. Zastanawiam się, kim są ludzie władzy i popierający ich ludzie kościoła, ale nie tylko. Gadzi mózg sugeruje, że rodzi się nowy człowiek, nowy gatunek, jakiego nigdy dotąd w demokracjach nie było. Gatunek niewiarygodnie brutalny, kłamliwy, tępy, nacechowany złośliwością. Gatunek w równym stopniu niszczący gospodarkę, jak i kulturę, polaryzujący społeczeństwo, nie odpuszczający nawet koniom w cieszących się światową sławą stadninach, m.in. w Janowie Podlaskim.

***

Tymczasem na wieść o zagrożeniu środki dezynfekujące znikały ze sklepów jak kamfora. W sklepach, nawet w moim ulubionym Rossmannie, wywiało z półek mydło, proszki do prania, a nawet żel do czyszczenia kibli, nie mówiąc o spirytusie salicylowym.

W pierwszym tygodniu po pojawienia się koronawirusa maseczki na twarz sprzedawano po trzy złote sztuka. W drugim dniu już po dziesięć, a w trzecim po ćwierć stówy. Zgromadzone zapasy środków zabezpieczających personel medyczny przed zarażeniem znikły w ciągu tygodnia.

Rządzący nie śpiąc, nie jedząc, rozpoczęli radosną krzątaninę propagandową i narzucanie społeczeństwu mnóstwa przepisów, często niekonstytucyjnych. Przy okazji władza zwalczał głosy rozsądku, krytykujące np. zakaz wstępu do lasów i parków.

***

Przypomniałem sobie, że „czarna śmierć” (1346-1353) zabiła 50 mln ludzi, „trzecia” pandemia dżumy (1855) pochłonęła 12 mln istnień, a grypa hiszpanka (1918-1920) zaraziła 500 mln ludzi i zabiła 50 mln. Zastanawiałem się, ile ludzi zabije COVID-19.

***

Z Chin, Włoch, Hiszpanii, Francji dochodziły coraz bardziej dramatyczne wieści. Wspominając przeżyte „dżumy” – nazizm, stalinizm, stan wojenny, czyli totalitaryzmy – dodałem, że żadne zło, na które marksiści ponoć znaleźli lekarstwo, ogłaszając budowę socraju, nie może być gorsze niż sam totalitaryzm. Więc w obecnym ancien regime, powoli zmierzającym w kierunku władzy autorytarnej, także nie mam ochoty umierać i będę walczył. Ale jeżeli mój bój z koronawirusem jest przegrany, chcę przyzwoicie skończyć w wolnym kraju.

***

Dariusz Król nie podzielił mojego pesymizmu. Jako odpowiedzialny za „Zdrowie” musiał być człowiekiem rozważnym, dlatego każdy defetyzm był mu obcy.             Na zakończenie rozmowy wskazał na budynek sąsiadujący z głównym gmachem „Zdrowia”, mówiąc, że jest to „Zachęta”, najstarszy budynek medyczny w regionie, który udało mu się pozyskać dla powiększenia „Zdrowia”. Niedawno zakończono remont. Są tam niezupełnie spenetrowane piwnice, a wiedząc o moich zainteresowaniach różnymi ciekawostkami namawiał, abym zwiedził „Zachętę”. Prezes nie potrzebował powtarzać mi tego dwa razy. W te pędy pognałem do „Zachęty”.

***

W nie do końca wyremontowanej piwnicy jedna z cegieł sprawiała wrażenie, jakby ktoś coś przy niej majstrował. Podważyłem ją delikatnie. Cegła maskowała niewielką skrytkę. Był w niej tylko maszynopis książki. Podpisany, zszyty i porządnie oprawiony w dziwną skórę.

Tekst był napisany z pozycji „męskiej szowinistycznej świni”. Język autora był impulsywny, trudny do okiełzania czy kontrolowania. Ta polszczyzna to nie był jeden język. Autor używał języka zubeczonego, nakrochmalonego peerelowską nowomową i wojskowym żargonem, nierzadkie były wtręty rodem z grypsery więziennej i gwar partyzanckich. Dało się zauważyć, że była też znana od dziecka gwara kielecka i że memuarysta podlegał ciśnieniom rozmaitych czynników pozajęzykowych, zarówno politycznych, jak i obyczajowych.

***

Znałem autora. Przed laty razem wojowaliśmy w Wojskach Ochrony Pogranicza. On potem był w zwiadzie, a następnie w Urzędzie Bezpieczeństwa, potem w Służbie Wywiadu i Kontrwywiadu MSW i na koniec znowu trafił do zwiadu WOP. Wtedy mieszkaliśmy drzwi w drzwi w wielkim mrówkowcu na Ursynowie w Warszawie. Autor wykładał też doraźnie w Centrum Wyszkolenia MSW w Legionowie, Akademii Spraw Wewnętrznych w Warszawie i w szkole wywiadu w Starych Kiejkutach.

Działania absolwentów tych uczelni niekiedy zahaczały o dżumę lub walkę z nią, zaś niektórzy funkcjonariusze przypominali szczury roznoszące zarazę. Zadzwoniłem do konfratra. Usłyszałem zdyszany, zmęczony, bulgotliwy głos, tak jakby ktoś spuszczał wodę z wanny. Głos dochodzący jakby spod ziemi.

Rozmówca powiedział, że mnie pamięta i że jest w szpitalu. Ma dużo czasu, ale sił mało. Mięśnie słabną, mózg mu głupieje. Jednak i z głupim mózgiem można rozmyślać i odpowiadać na głupie pytania. A jako że przez całe życie wiatr wiał mu w twarz, a deszcz siekł w plecy, więc jest znudzony i rozgląda się wokół, czy została mu jeszcze jakaś szansa zaistnienia, którą mógłby wykorzystać. No to możemy pogadać o „starych Polakach”. Po namyśle dodał, że w 1989 r. jego świat się zawalił. Do tej cezury wierzył, że każdy ma rację, kto wierzy w swoją rację, tylko ten nie ma racji, kto w nic nie wierzy. I nagle zrozumiał, że służył nie tak dobrej sprawie, jak mu wpajano. W wieku 68 lat otrzymał stopień majora i został przeniesiony w stan spoczynku. Teraz ma 96 lat i jest prawie umierający.

Mój rozmówca zaznaczył, że maszynopis jest jego pierwszym i ostatnim dziełem. Był pesymistą, uważał, że żyjemy w najgorszym ze światów. Chciał to wyartykułować na swoim przykładzie. Ja byłem optymistą, obawiałem się, że jego sąd może być prawdziwy. Swoje dzieło napisał przed laty w Ciechocinku w „Zachęcie”, następnie z okazji pobytu w tym mieście jeszcze ze dwa razy do niego zaglądał, coś tam poprawiał i schował w skrytce wykonanej własnoręcznie.

– Chciałem opisać sprawy uchodzące za nieprzyzwoite, a o których wiemy, że istnieją. Zamierzałem podać czytelnikom wszystko – jak leci. Tylko że nie zawsze leciało tak, jak sobie to wymarzyłem. Wolałem wstydliwe sprawy pomijać, a było ich sporo. I wiele mnie kosztowało, żeby to wszystko zapomnieć. Milczenie jest przecież prawdą. Tylko, że prawdą niemą. Więc rację będą mieli ci, którzy mówią – wyznał.

Autor słynący z milczkowatości tu, w manuskrypcie, jest wręcz wielosłowny. Być może przytłoczony nadmiarem zadań służbowych postanowił odłożyć wydanie wspomnień na czas późniejszy. Zachowując się jak małe dziecko, które hałasuje na pogrzebie, zamierzał maszynopis uzupełnić. Chciał usłusznić niektóre fragmenty zgodnie z zaleceniem partii i rządu.

Gdy czas emerytury nadszedł, zajął się wnuczętami i, z sukcesami, rozgrywkami brydżowymi pochłaniającymi do szesnastu godzin dziennie, więc o maszynopisie zapomniał.

***

Teraz, gdy mu o nim przypomniałem, zezwolił, abym go wydał, ale pod przybranym nazwiskiem.

– Może być nawet Zenon Góral, jak bohater niektórych twoich książek. Daj mi też stopień porucznika, którym byłem przez 30 lat – poprosił. – Moje prawdziwe nazwisko nic nikomu nie powie. Może natomiast zniesławić moją rodzinę. Wiem przecież, że treść wspomnień jest kontrowersyjna. No to jak? Wydasz?

– Postaram się. Wydam to pod tytułem Bilet do piekła.

Na zakończenie dawny kolega z żołnierskiej służby, sprostytuowany kilkuletnią pracą w bezpiece, poprosił, abym, gdy uznam to za niezbędne, dodał od siebie kilka słów.

Powiedziałem mu, że nie wydaje mi się, aby jego maszynopis był arcydziełem, na podobieństwo człowieka, który też zresztą arcydziełem nie jest, dlatego swoje wtręty poprzedzę łacińską frazą: sine era et studio, co znaczy: bez gniewu i bez upodobania; bezstronnie i obiektywnie. Rozmówca wyraził zgodę, a kończąc zapytał, co u mnie słychać.

– To samo co u ciebie… Jaruzelski nie żyje, Kiszczak nie żyje, Pożoga nie żyje… Możemy tylko powspominać – odpowiedziałem.

– Już niedługo.

Profetyczne słowa.

***

Po kilku dniach zadzwoniłem do szpitala. Kobiecy głos poinformował mnie, że mój komiliton zmarł w nocy na chorobę zwaną przez epidemiologów „przyjaciółką starych ludzi”, czyli na zapalenie płuc spowodowane koronawirusem.

***

Po dokładnym zapoznaniu się z maszynopisem zrozumiałem, że przeceniłem swoje możliwości. W zasadzie każdy większy akapit, pisany z pozycji zwiadowcy-kontrwywiadowcy i na powrót – zwiadowcy WOP – wymagałby komentarza. Na to nie byłoby mnie stać.

Ale tekst, który za wiedzą autora zachomikowałem, korcił. Dobrze odmalowywał zbójeckie obyczaje panujące w służbach specjalnych na tamtym etapie, a także obrazował stan umysłów oraz świadomość funkcjonariuszy i agentów.

Przypuszczałem, że autor miał świadomość, iż czytelnicy, znając co nieco historię, zrozumieją ukryte w tekście nawiązania oraz aluzje. Stąd też niektóre fragmenty zapisywał w „cudzysłowie” wierząc, że nikt rozumny nie będzie próbował na podstawie jego tekstów utożsamiać świata przedstawionego ze światem rzeczywistym. Dlatego przedstawiam tekst tak, jak go znalazłem, a tylko w kilku wypadkach dorzucam swoje refleksje.

Sporządziłem też wykaz wyrażeń żargonowych, który zamieszczam na końcu książki.

***

20 marca, z ponadtrzymiesięcznym opóźnieniem w stosunku do sytuacji w Chinach, w Kraju Pieroga i Zalewajki zaczęto wprowadzać w życie część wirtualnych ustaleń o których wspominałem prezesowi Królowi.

Zarządzeniem ministra zdrowia prof. Łukasza Szumowskiego wszystkim kuracjuszom nakazano opuścić Ciechocinek. W ten sposób z budynku izolowanego, bezpiecznego, w którym nad zdrowiem kuracjuszy czuwali lekarze i pielęgniarki, i z miasta, w którym nie było ani jednego zakażenia, wylądowałem w Warszewie, gdzie zakażonych były setki osób, a wykruszająca się służba zdrowia, z powodu braków środków ochrony, pracowała na najwyższych obrotach przy poważnym zagrożeniu życia i zdrowia.

***

Na początku lat dziewięćdziesiątych wydałem, na postawie rozmów z gen. W. Pożogą i innym prominentami Peerelu, książkę Pożoga. Wojciech Jaruzelski tego nigdy nie powie, w której opisałem drobne draństewka ancien reqime. Generał Jaruzelski odpowiedział na publikację własną książką Stan wojenny. Dlaczego… Oczywiście moje nazwisko generałowi nie przeszło przez usta. Natomiast na oficjalnej stronie prezydent RP nazwał mnie „hochsztaplerem piszącym książki pornograficzne”. Odpisałem JE prezydentowi, najuprzejmiej jak umiałem, że pojęcie „hochsztapler” jest kategorią ocenną i generał, jako mój szef i najwyższy zwierzchnik od 1960 r. do 22 grudnia 1991 r., ma prawo tak mnie oceniać.

Odnośnie części drugiej stwierdzenia generała wyjaśniłem, że wobec niedostępności najważniejszych archiwaliów opisałem tylko to, czego byłym świadkiem, co mi powiedzieli najważniejsi prominenci Peerelu, w tym sam W. Jaruzelski i co uzyskałem „sposobem” z różnych archiwów. Więc jeżeli generał czyny reżimu, któremu przewodził przez cale lata, uzna za pornografię polityczną, to ja się z tym w pełni zgadzam i dodam, że przecież nic gorszego Kraju Pieroga i Zalewajki spotkać nie może. No i tu się myliłem. Mogło. Udowodnił to Jarosław Kaczyński z towarzyszami.

  1. Jaruzelski grał rolę mocnego człowieka. Po przejściu na emeryturę odczuwał wyrzuty sumienia. A co robi niemoralny przywódca? Zwołuje konferencję prasową i obiecuje zbudować Eldorado.

***

W grudniu 1981 r. w stanie wojennym internowano 15 tysięcy osób i to było dla władzy kłopotliwe, bo trzeba było zapewnić noclegi i wyżywienie, zaś dla internowanych sytuacja była taka sobie. W marcu 2020 r., bez ogłaszania stanu klęski żywiołowej, internowano 30 milionów i to było dla władzy dobre, a dla ludzi niekoniecznie, bo musieli o wszystko troszczyć się sami. I można się zastanawiać, co dla ludzi było bardziej dolegliwe: wronizm gen. Jaruzelskiego czy pisizm dr. J. Kaczyńskiego?

Prezes PiS, przy pomocy premiera, prezydenta i ministra zdrowia nakazał grać z narodem w pici-polo i wrzeszczeć: „Niech żyje dobra zmiana”. Jedno nie ulega dla mnie wątpliwości: u Jarosława Kaczyńskiego N. Machiavelli mógłby brać korepetycje.

***

Czym więc zakończę to przedsłowie? Oczywiście, fragmentem Dżumy A. Camusa: Wiedział bowiem to, czego nie wiedział ten radosny tłum i co można przeczytać w książkach, że bakcyl dżumy nigdy nie umiera i nie znika, że może przez dziesiątki lat pozostać uśpiony w meblach i bieliźnie, że czeka cierpliwie w kufrach, chustkach i w papierach, i że nadejdzie być może dzień, kiedy na nieszczęście ludzi i dla ich nauki dżuma obudzi swe szczury i pośle je, by umierały w szczęśliwym mieście. CDN