Miesięczne archiwum: październik 2023

FRAGMENT POWIEŚCI SZPIEGOWSKIEJ PT. „NÓŻ”

Bo gdyby kto chciał się przysłuchać rozmowom Sokratesa, wydawałoby mu się śmieszne na pierwszy rzut oka. To, co on mówi, to ubrane w takie słowa i zwroty, jakby w kosmatą skórę jakiegoś szelmy satyra. Mówi o osłach objuczonych, o jakichś kowalach, szewcach, garbarzach i wydaje się, że on zawsze jedno i to samo mówi w ten sam sposób, tak że każdy, kto go nie zna i nie uważa, musi się śmiać z tego. Ale kiedy kto do wnętrza tych słów zaglądnie, kiedy kto wejdzie w nie naprawdę, zobaczy, że tylko w takich słowach jest jakiś sens (…) znajdzie tam prawie wszystko, a raczej wszystko, na co uważać powinien człowiek, który chce być doskonały..   

                                                                           Platon

 

 Pod koniec Peerelu jechałem na dwa „uda”. Albo mi się uda coś opublikować, albo się nie uda. Miałem w biurku kilkanaście maszynopisów. W każdym z nich podawałem coś w rodzaju przepisów: „jak być szczęśliwy, nie będąc nim”. Niektóre manuskrypty udało mi się wtrynić oficjalnym wydawnictwom. Inne lądowały w szufladzie.

         Kiedy w 1989 r. zlikwidowano cenzurę, odkurzyłem „szufladowce” i zaniosłem do różnych oficyn. Rok później ukazało się dziesięć książek. Był wśród nich szkic opisujący grę Służby Wywiadu i Kontrwywiadu MSW z grupami izraelskimi i arabskimi w kontekście współpracy ze STASI i podległości służbom sowieckim. W kilkanaście dni po ukazaniu się szkicu cały nakład poszedł na przemiał. Firma czuwała! Chyba mógłbym tu zacytować Imre Kertesza, że wyrzucili mnie z narodu, jak wiecznego awanturnika z podejrzanego internatu…

                                                        ***

W 2019 r., gdy dopadła mnie repolonizacja i rekatolizacja, ciesząc się, że mój premier chce rechrystianizować Europę, na podstawie tego szkicu napisałem Nóż. Nie jest to autobiografia. Czy większość faktów jest prawdziwa? Cóż: i tak, i nie, i nie wiem. Wiem, że człowiek może kłamać. Tak, fakty są prawdziwe, bo fakty nie kłamią! Można je natomiast rozmaicie interpretować.

         W Nożu chciałem się przekonać, na ile prawda może udawać fikcję. Wierzyłem, że prawda jest jak kamień: nie rozpuszcza się w wodzie, więc powinna być jak grom, jak burza, która oczyszcza powietrze, a potem przemija.

         Prawda nie może być dla człowieka psem. Biada temu, kto na nią gwiżdże. Dlatego niektóre personalia zmieniłem, bo przeminęły. Łudzę się nadzieją, że przeminęły w związku z wyborami odbytymi 15 października 2023 r. Te fakty, które zostawiłem nie są ani przypadkowe, ani zamierzone, lecz nieuniknione. Dążyłem do tego, aby wilk się najadł i owca była cała.

         Od XXI wieku czas teraźniejszy przestał dla mnie istnieć. Przyszły sypie się jak piasek z dziurawej dobrej zmiany. A o przeszłości, w tym o tzw. legendach „Solidarności” szkoda gadać. Nie od rzeczy będzie tu przytoczyć Alberta Einsteina twierdzącego, że „różnica między przeszłością, teraźniejszością i przyszłością jest złudzeniem, choć przyznać trzeba, że złudzeniem uporczywym”. 

         I w tym miejscu, przypominając sobie słowa Bohumila Hrabala, cofam wszystko, co kiedykolwiek powiedziałem. Nie chcę stracić duszy, do której jeszcze nie mam klucza. Zgadzam się najzupełniej z poglądami głoszonymi przez narratora Noża. Prócz jednego, tego mianowicie, że poglądy Andrzeja Zenona Górala są diametralnie różne od moich.

                                               ***   

Zabiłem nie więcej niż tuzin osób, ale nadal rozglądam się, czy nie uda mi się powiększyć tej liczby. Nazywam się Andrzej Zenon Góral przezwany Jędrusiem. Wolę – Zenon. Doprawdy nie wiem i głowy nie kładę pod Ewangelię, skąd u starego byka to zdrobnienie. Nigdy niesyty awantur swojego czasu przeżyłem dziewięćset dziewięćdziesiąt miesięcy. Jestem dwubiegunowcem. Ale nic na to nie mogłem poradzić. Takie geny dostałem od Pana Boga. Kochałem ojczyznę taką, jaka była. Wolność też kochałem. Ale wolności nie było. I nie ma. I, chyba, nie będzie. Ani wolności inkluzyjnej, ani ekskluzywnej. Ani nawet tuwimowskiej wolności ducha. Była hybryda. Na początek stalinowska. Później autorytarna. Często popełniałem myślozbrodnię. Żyłem jak na wietrze. Trochę normalnie, ale częściej niebezpiecznie.

         Z jednej strony wydawało się, że jestem personifikacją niebytu, anachoretą świata, a z drugiej, że wywodzę się z plemienia nomadów ciągle opłakujących wygasłe ogniska. Pod tym względem przypominam starą instalację elektryczną. Niekiedy nie kontaktuję. Czasem iskrzę, bo prąd źle przepływa. 

         Podczytuję Janusza Rudnickiego rżnąc jego pomysły i całe frazy. Rudnicki to skrzyżowanie Krzysztofa Mętraka z Januszem Głowackim w sosie Mrożkowym, z aspiracjami do sławy Olgi Tokarczuk. Gdy Olga dostanie Nobla, a na pewno dostanie, bo jej się należy jak psu miska, Janusz będzie na paradzie laureatów welon za nią nosił.

                                               ***

  1. Rudnickiemu przyszło żyć w Kraju Pieroga i Zalewajki. Mnie także. Kraju wielmożów i sług. Kraju, do którego jak ulał pasują słowa Piotra Czaadajewa: „mieliśmy dzikie barbarzyństwo, potem ciemny zabobon, następnie okrutne, upokarzające jarzmo najeźdźców, którego ślady w naszym sposobie życia nie zatarły się jeszcze całkowicie”. Wprawdzie Czaadajew kierował te słowa do Rosjan, ale przecież obie nacje to Słowianie. A ja zbyt wcześnie straciłem kontakt z dzieciństwem, by tego nie doświadczyć.

         W kraju Pieroga i Zalewajki od lat modny jest nacjonalizm. To jest głos władzy. W awangardzie jest sortowanie społeczeństwa na jednostki dobre i złe. Do swojej biografii podchodzę jak żaba do jeża. Usiłując zrozumieć świat od stu lat usiłuję rozgryźć Jamesa Joyce’a i jego, napisaną wydestylowaną z kilkudziesięciu języków swoistą pra-mową książką Finnegans Wake. I co? I nic! Null. Tabula rasa. Takie jest życie. Nie można wszystkiego zrozumieć. I nie trzeba. Jestem trochę zacofany i zarozumiały, ale tuszę, że z Noża zrozumiecie więcej niż ja z Joyce’a.

         Piszę dziś, ale cofam się w czasie. Moim ulubionym zajęciem jest szukanie wrogów i odpoczynek po lenistwie. Na politykę i służby specjalne patrzę jednym okiem, tym gorszym, Drugie, lepsze, zostawiam dla lasek.

         Biorąc pod uwagę życiowe doświadczenie sformułowałem hasło: Bądź czujny! Spuść rządzących w kanał! Ale nie mogę ukryć, że od dziecka prześladuje mnie pytanie: Kto zmajdrował służby specjalne i po co?

         Zawierzając J. P. Sartre’owi, że trzeba łapać czas za ogon chcę opisać to, co miałem, a nie to, czego nie miałem, bom nie mógł mieć. Przy okazji mógłbym ogawędzić ludzi o załganym, cynicznym języku, brudnych majtkach i pustych duszach. Bo przecież czas to tylko żart. Tyle o nim napisano. A i to same głupstwa /../.

 

SMUTNY FINAŁ GRY, KTÓREJ NIE SPOSÓB BYŁO WYGRAĆ

Macie zwyczaj nazywania dzikimi bestiami węże, leopardy i lwy; lecz sami jesteście splamieni krwią i w niczym nie ustępujecie ich okrucieństwu. One zabijają jedynie dla zdobywania swojego normalnego pożywienia…

                                                                  Plutarch

Do Goleniowa poleciałem samolotem. Przy wyjściu z lotniska natknąłem się na Mullerowską. Jeszcze w Warszawie dowiedziałem się, że obiecano jej zwolnienie z obowiązku świadczenia usług na rzecz Firmy. Chyba z tego powodu twarz Walentyny promieniowała jak ogień. A oczy…? Oczy? Był w nich las spojrzeń i przypominały staw nad Morskim Okiem, w którym przeglądał się księżyc.

         Pomyślałem, że wreszcie uśmiechnęło się do niej słońce. No, przynajmniej ona tak mogła myśleć. Nie musiała sobie już więcej zawracać głowy wywiadami. Tak to mogło na pierwszy rzut oka wyglądać. Na drugi rzut już było gorzej. Wywiady mogły się jeszcze o nią w każdej chwili upomnieć.

         – Umiesz prowadzić wóz? – zapytała.

         – Sto lat temu potrafiłem to robić.

         – Masz – powiedziała wręczając mi kluczyki od białego mercedesa. – Podrzuć mnie do domu. Potem jedź na te zasłużone wywczasy. Mam nadzieję, że nie będziesz się nudził. Odpowiednie towarzystwo chyba się znajdzie.

         W drodze do Szczecina rozmawialiśmy. Mullerowscy postanowili uratować swoje małżeństwo. Roland podobno po przygodzie w klinice doktora Poppego zmienił się o sto osiemdziesiąt stopni. I to na lepsze, Walentyna przekonywała mnie, że głównie chodzi im o dzieci. Wala była wodą. Roland ogniem. Nie da się pogodzić ognia z wodą. Ale można z tego stworzyć parę. Oni ostanowili to zrobić.

         – A gdzie Roland?

         – Pojechał do Berlina Zachodniego.

         – Z proszkiem?

         – Być może. Dostał nowy wóz. Służbowy. Opowiadał, ze są w nim zmyślne skrytki.  Ale nie wiem tego na pewno. Obiecano mu, że to ostatni raz i dadzą nam spokój. Wiesz on po ostatniej wyprawie do Niemiec – powtórzyła – zrobił się jakiś dziwny.

         – Martwi cię to?

         – Więc przeciwnie. To korzystna zmiana.

                                               ***

Wala żyła iluzjami. W brew pozorom ta kobieta była jedną z owych zbyt delikatnych serc, które potrzebują życzliwości. Ale ja wiedziałem, że dopóki istnieją służby specjalne, nikt nie zrezygnuje z takich jak ona, agentów. Nawet ukadrowionych. Nie można ich wcześniej wysyłać na emeryturę. W wywiadzie pracuje się dożywotnio. Nie wyprowadzałem przyjaciółki z błędu, a ona wyjaśniła:

         – Roland uważa, że miałeś przez nas wystarczająco wiele zmartwień. Pożycza ci mercedesa na dwa tygodnie, abyś nas mile wspominał. O dziewczynę musisz się sam postarać.

         – Będę was mile wspominał – obiecałem.

         – Wstąpisz na jednego? – zapytała, gdy zatrzymaliśmy się pod znanym budynkiem.

         Odmówiłem.

         – Kto wie, może to i lepiej. No to jedź już. Powodzenia.

                                               ***

W resortowym domu wczasowym czekał na mnie komitet powitalny w składzie: porucznik Jolanta Bednarska, podporucznik Małgorzata Jaworowska i porucznik Ryszard Przybylak. Nie było to niemiłe. Cała trójka sprawiała wrażenie jakby dopiero uszła z objęć śmierci. Kto wie, może tak było naprawdę.

         Wieczorem siedziałem w kawiarni z Przybylakiem. W oczekiwaniu na partnerki rozmawialiśmy swobodnie.

         – Kto ci kazał pilnować dziewczyn? – zapytałem.

         – Pułkownik. Powiedział mi „miej na nie oko. Chcę wiedzieć o każdym ich kroku. Nie podoba mi się zaangażowanie Bednarskiej we flirt z Góralem. Miłość zawsze niepotrzebnie komplikuje naszą pracę”. „Ależ szefie – powiedziałem mu. – Jola szuka fajnego mężczyzny z ogładą do łóżka, nie romantycznej miłości. Góral jest takim facetem”. A może się pomyliłem? – zapytał porucznik.

         – Nie, stary, nie pomyliłeś się. Choć nie pytaj mnie czy chciałbym, aby było inaczej. Naprawdę tego nie wiem.

                                               ***

Rozmowa się nie kleiła. Sącząc gin z tonikiem rozmawialiśmy o wódce i kacu. Nie mieliśmy ochoty rozmawiać o przeszłości. Ani o dniu jutrzejszym. Przyszłość nie zależała od nas. Zastanawiałem się, czy umiałem przeżyć i zrozumieć rzeczy, które w tej grze mnie spotkały…

         Na szczęście w tym kurorcie nie sposób było mówić o braku rozrywek. Zawsze znajdowało się coś, na co można ponarzekać. Właśnie w drzwiach ukazały się nasze partnerki. Jola miała na głowie fryzurę podobną do piętrowego autobusu. Przechodząc pozostawiała za sobą chmurę perfum.

         – Jak się czujesz? – zapytała Małgorzata.

         – Nigdy się tak dobrze nie czułem. Przez większość wczorajszego dnia stałem na dywanach w różnych ważnych gabinetach. Jedni mnie straszyli, inni pouczali. Przedtem całą noc odwiedzałem różne knajpy w poszukiwaniu kilku sukinsynów potrzebnych do zakończenia sprawy. A jeszcze potem różni specjaliści przez kilka godzin znęcali się nade mną, sprawdzając przy pomocy maszynki do wykrywania kłamstw, czy powiedziałem im prawdę. Ich kunszt pytań był pryncypialnie ogłupiający. Odpowiadałem, ale nie mogłem sobie przypomnieć pewnych faktów. Bo nie chciałem. Nie dociekałem czy się dorozumieli, o co mi chodzi. Tak, Małgorzatko, nigdy się tak dobrze nie czułem – oświadczyłem rześkim głosem.

         – I co teraz?

         – Na Boga! Zapamiętam komu zawdzięczam klęskę! Mówią panta rei, wszystko płynie. Tylko głupota stoi w miejscu. Dlaczego ciągle mam do czynienia z głupolami? Wiem, są ludzie myślący. Są i niemyślący. Ale, moim zdaniem, najgorsi są ci, za których myślą inni. W być może jeszcze niezakończonej grze, w której braliśmy udział, myśleli za nas inni. Więc jako wykształcony bez własnej woli marksista, zacytuję ci Małgosiu Heraklita: Dlaczego, głupcy, już to dźwigacie mię w górę, już to strącacie w dół? Nie dla was się trudziłem, lecz dla tych, co mię rozumieją. Dla mnie jeden człowiek wart jest tyle co trzydzieści tysięcy, a niezliczony tłum mam za nic.  

         I chciałem przejść do Sokratesa…

         Małgorzata na wspomnienie więcej niż jednego filozofa dostawała kokluszu. Heraklit do niej nie przemawiał. Obchodził ją nie więcej niż zeszłoroczny śnieg.          Taktownym milczeniem pominęła moją chęć zaimponowania jej, a może rozszyfrowała mnie? Może wiedziała, że swoim repertuarze podrywacza miałem kilka wyuczonych cytatów, dobrze rokujących w bałamuceniu pensjonarek, ale jest nieskuteczny w przypadku funkcjonariuszek służb specjalnych.

         – Dlaczego naszą grupę razem wysłano na odpoczynek? Czyżby przełożeni zmienili metody pracy? – zastanawiał się Przybylak.

– Możemy spać spokojnie. Opatrzność, czyli szefowie, mają zawsze w zapasie jakąś hordę barbarzyńców, którą mogą włączyć do gry w odpowiednim momencie. Pozostaje nam tylko czekać na sygnał – wieszczyłem.

         W złym momencie wygłosiłem to proroctwo.

         – Wydaje mi się, że pojedynczy ludzie mają coraz mniejszą rolę do odegrania w naszym zawodzie – Przybylak nie potrafił, a może nie chciał zapomnieć o tym, że kiedyś pracował solo.

         – Indywidualni bojownicy są słabi. Coraz słabsi. Jeżeli jest ich wielka kupa, to mają siłę hord Czyngischana. Tak jak u naszych przyjaciół w NRD – powiedziałem.

         – Nie nazywaj ich przyjaciółmi – zaprotestował Przybylak.

         – Dobrze, weź to słowo w cudzysłów. Ja akceptuję wszystko to, co ludzkie. Wszystko jest dobre, tylko nie zawsze, tylko nie wszędzie, tylko nie zawsze i tylko nie dla wszystkich. Podobnie jest z naszą działalnością.

         Bednarska poprosiła mnie do tańca. Schyliłem się muskając wargami jej buzie. Góra lodowa miałaby w sobie więcej ciepła. Myślałem, ze żaru nie gasi się ogniem. Krwi nie zmywa się krwią. Myliłem się.

                                               ***

Po dancingu Jola porwała mnie w stronę plaży. Gdzieś w oddali, jedna z najwyższych latarń morskich na świecie kichała światłem. Na piasku leżało sporo wodorostów – znak, że Bałtyk łysieje. Było zimno. Może śnieg spadł na księżycu?

         Była to jedna z tych nocy, w których nie ma nadziei na świt. Dlaczego nazwy dni różnią się między sobą, a noc ma tylko jedną nazwę? Dlaczego najwięcej morderstw popełnianych jest w nocy? Dlaczego miała to być ostatnia moja…

         Niebo było ciemno-szare jak sukienka mojej kochanki. Minęliśmy tablicę „Pas drogi granicznej” oznaczające koniec Kraju Pieroga i Zalewajki i początek świata.

         Długo, bardzo długo krążyliśmy po wymarłym krajobrazie. Pozornie bez celi. Moja kochanka jakby na coś czekała.

         Świtało już, gdy weszliśmy na wydmy. Księżyc nurkował w falach. Morze przestało oddychać rytmicznie, Zaczynało spazmować. Sztormowało. Zdawało się, że niedługo fale Bałtyku przekroczą skalę Beauforta. Królestwo Neptuna przypominało o rozległości czasu i skończoności życia. O Odysie przywiązanym do masztu i słuchającym syreniego śpiewu. Jola była jak dziewczyna Homera, piękna i nieśmiertelna. Cytowałem Gałczyńskiego i nie wiem dlaczego przyszedł mi do głowy wers Baudelaire: „Homme libre, toujours tu cheriras la mer!” (człowiek wolny, zawsze będzie kochał morze). 

         Smakowaliśmy wiatr, wyjący opętańczo. Wicher wywiewał z głowy myśl o ożenku. Zbliżał się front. Do Kraju Pieroga i Zalewajki zawsze zbliżał się jakiś front, Północny szkwał chłodził czoło i popychał fale. Czas dostał sprinterskiego przyśpieszenia. Do końca socjalizmu było blisko. Coraz bliżej.

         Krople deszczu zmieszanego z piaskiem tłukły po policzkach. Nie były aż tak zimne jak wargi Joli. Wiedziałem, że w naszym zawodzie nie wystarczy poderżnąć pierwsze lepsze gardło. Trzeba poderżnąć gardło właściwe. Zastanawiałem się czyje to będzie gardło.

                                               ***

W tej grze wyprano mnie z wszelkich uczuć. Nie potrafiłem już kochać ani bać się. Nie potrafiłem nawet nienawidzić. Mogłem tylko bezwiednie myśleć wpojonymi stereotypami i powtarzać zapamiętane cytaty.

         Spojrzałem w górę. Na niebie księżyc potykał się z chmurami. Gdy zwyciężał, na morzu widzieliśmy walczący z falami, wielki niczym wieloryb, ponton desantowy. Wyraźnie zbliżał się do brzegu.

         Byłem właściwą osobą w niewłaściwym miejscu z niewłaściwą osobą we właściwym miejscu. Staliśmy przy granitowym głazie na stanowisku, w którym strzegące wybrzeża wopowskie stacje radarowe mają dziurę. Nie pokrywają swoim zasięgiem całego obszaru, który mają pokrywać.

         Nie dociekałem, dlaczego tak jest? Niedopatrzenie to tylko, szamańska sztuczka przyrody niedopuszczającej do pewnych rejonów wiązek promieni radaru lub celowa działalność kogoś z kierownictwa resortu, pragnącego mieć własne, przez nikogo niekontrolowane „okno na świat”.

         W tym momencie nie było to najważniejsze. W czasie sztormu radary i tak są wyłączane. Nad głową, w przerwie między chmurami przygważdżającymi niebo, błysnęła gwiazda. Zamrugała do mnie. Może chciało jej się spać? Może chciała mnie ostrzec…

         Podczas gdy kontemplowałem uroki przyrody, Bednarska bez przerwy zerkała na zegarek. Następnie otworzyła torebkę. W jej ręku niespodziewanie pojawiła się broń. Nóż, a raczej sztylet z lekko rozszerzonym przy końcu i gwałtownie zwężonym przy czubku wąskim trójkątnym ostrzu. Można go wbić i wyciągnąć z człowieka bez wywoływania krwawienia zewnętrznego.

         Nóż jest mężem łyżki. A widelec? Tym trzecim. Przeznaczonym do likwidacji – pomyślałem nie oczekując niespodzianki. Sztylet ma jeszcze inną zaletę. Wbity między żebra, przekręcony w lewo lub w prawo powoduje rozprucie narządów wewnętrznych. Potem się go wyciąga. Mięśnie same się zamykają. Nie pozwalają na wycieknięcie ani kropli krwi na zewnątrz. Ułatwia to utrzymanie czystości, gdy ofiarę morduje się w pomieszczeniu; umożliwia ludziom brzydzącym się widokiem krwi posługiwanie się sztyletem.

                                               ***

Sprytnie wykombinowane – pomyślałem. Taką bronią, jak do tej pory, posługuje się jedynie wywiad izraelski. Może Palestyńczycy przejęli od swych wrogów niektóre zwyczaje? Zakłuta sztyletem Mossadu ofiara obciąży konto Żydów.

         Odprężony po minionych przejściach. Ogłuszony alkoholem i obecnością dziewczyny oddałem się marzeniom. W pijanym widzie jawiło mi się panasienkiewiczowskie: „Do Wodoktów! Do Wodoktów!”. I zaraz potem: „Jędruś ran twoich niegodnam całować…”.

                                               ***

Bednarska nie spieszyła się. Ujęła broń w lewą rękę. Nadal nie reagowałem, choć pamiętałem, że Jola jest mańkutem. Gdy podniosła głowę do góry spoglądając w moje oczy, uznałem to za zachętę. Aby ją pocałować, pochyliłem się do przodu.

                                               ***

Początkowo nic nie czułem. W zimnej poświacie księżyca spostrzegłem tylko błysk sztyletu wbijanego w moją pierś. I przez myśl przebiegła mi Heglowska refleksja, że „Sowa Minerwy wylatuje dopiero o zmierzchu”. Więc jest już za późno, by cokolwiek zrobić. A potem zmartwiłem się, że, jak mawiał Ludwik Staff, śmierć do samotność i wolność ostatnia, a ja nie zdążyłem z pułkownikiem Literkiem wyrównać rachunków.

                                               ***

Nie upadłem od razu. Bednarska spokojnie, tak jak w czasie szkolenia z kłuciem manekina, zdążyła przekręcić rękojeść sztyletu w lewo i w prawo. Dopiero wówczas zacząłem się dusić. W ustach poczułem smak krwi. Jak przez mgłę widziałem dobijający do plaży ponton, wysiadających z niego i zmierzających w naszym kierunku ludzi.

         Słaniając się na nogach, podtrzymywany przez Bednarską, która mocno obejmowała rękojeść sztyletu ciągle tkwiącego między moimi żebrami, patrzyłem na zbliżających się desantowców. Księżyc wyraźnie oświetlił ich postacie. Poznałem swoich arabskich kursantów. Oni pogardzają życiem i nigdy nie ustaną w działaniach. Ich herb to przywilej śmierci.

         – Dlaczego? – wyszeptałem ocierając rękawem krwawą pianę z ust.

         – Znasz nasze twarze. Enerdowscy przyjaciele opowiedzieli nam wszystko – wyjaśnił jeden z moich najzdolniejszych niegdysiejszych kursantów.

         Ortodoksyjny islamista nosił kufi. To coś w rodzaju izraelskiej myccy, oznaczające, ze odbył hadżdż i może odejść spokojnie. Najlepiej, jako bojownik za wiarę. W niebie czekają go 72 hurysy jako nagroda. Według hadisów (zapis arabskich tradycji – H.P.) hurysy to kobiety idealne. Mają po 33 lata. Są duchowo i cieleśnie nieskazitelne (czyste jak perły ukryte). Są personifikacją dobrych uczynków z wypisanym na piersi imieniem Allaha. Są wiecznie piękne i młode, mogą odnawiać swoje dziewictwo.

         – Niepotrzebnie wszedłeś nam w drogę. Zabiłeś Zembatego. To był nasz człowiek – dopowiedział inny dżihadysta mająca ręce jak żagle i oczy pożyczone od morza.

         – Auf wiedersehen zdradzieckie mordy – wyszeptałem po niemiecki. Nie znałem arabskiego.

 

         – Wybacz i żegnaj – powiedziała ze smutkiem Jola wyszarpując ostrze z mojej piersi.

                                               ***

Oniriada

W malignie anachronicznie myślałem Stefanem Żeromskim: „Ani jeden żywy promień nie zdołał przebić powodzi chmur, gnanych przez wichry. Skąpa jasność poranka rozmnożyła się po kryjomu, uwidoczniając krajobraz płaski, rozległy i zupełnie i pusty. Leciała ulewa deszczu, sypkiego jak ziarno. Wiatr krople jego w locie podrywał, niósł w kierunku ukośnym i ciskał o ziemię”. I ja w tym wszystkim. I leciałem nad Kaukazem do przedsionka Królestwa Niebieskiego. W dole połyskiwała tęcza. Zaczynała się od Priutu 11, a nurkowała po wschodniej stronie Elbrusa, najwyższego szczytu Europy. Mijając schronisko Pruit 11 pomachałem jego kierownikowi Orestowi Dubiniakowi, mojemu przyjacielowi. I on wskazał na tęczę. Z zachodniej strony maszerowały po niej alpinistki: Halina Krugier-Syrokomska, Wanda Rutkiewicz, mająca z Elbrusem zadawnione porachunki, kiedy to złamała na lodowcu nogę i Janka Zygadlewicz, z którą Hanna Wiktorowska próbowała mnie ożenić. Z drugiej strony wspinali się parami: Jaś Franczuk z Bogdanem Jankowskim, Andrzej Zawada z Ryśkiem Szafirskim, Jerzy Pietkiewicz z Jurkiem Woźnicą. Szli i szli, a wszystkich nie zapamiętałem. Szli do nieba. Bo, z wyjątkiem Andrzeja, zginęli w górach. Przykro mi się zrobiło, że nie zdołałem do nich dołączyć. Raptem z czeluści szczeliny lodowca wychynęła ręka płk. mgr. Ucia i doleciał mnie jego głos proszący o ratunek. Udałem, że nie widzę i nie słyszę. Lecąc dalej ogarniała mnie frajda tak okrutna jak kwilenie matki, której córka się skurwiła. I moja dusza wyła hucpiarsko. I przyszedł św. Piotr aby mi wygarbować duszę za zelżywy język. I zapytał jak oceniam swoje życie. A ja oceniłem, że było dobre, a nawet bardzo. Morze i góry! To było to, co mnie interesowało najbardziej. Potem dziewoje. Najlepiej pobożne, ale wyzute z wszelkiej moralności, takie, jakich jest najwięcej. No i drobna cysterna alkoholu. Miałem to wszystko na ziemi. I poprosiłem świętego, aby mnie ulokował na środku oceanu na górzystej wyspie wyposażonej w maleńką bimbrownie i podwójną porcję hurys. Ale jeżeli miałbym żywot przeżyć jeszcze raz, to zmieniłbym zakończenie. Chciałbym umrzeć wcześniej. Przed pójściem do podchorążówki. I św. Piotr przypomniał mi wypowiedź Houellebecq’a o islamistach, że jest to „najbardziej chujowa religia świata” i ja się z pisarzem w tej sprawie, choć go cenię, całkowicie nie zgodziłem, bo szanuję wszystkie religię, a święty wyjaśnił, że najbardziej godne jest chrześcijaństwo i mam szczęście, że Polakom trafił się Morawiecki, który chce chrystianizować Europę i Piotr wspomniał, że świat jest nieogarnięty, niewytłumaczalny i że skonam, zanim rozdzióbią mnie kruki i wrony, bo zadba o to Sztuczna Inteligencja. Zgodziłem się ze świętym. Jedyną radością było to, że przed skonaniem zdążyłem zerżnąć z Wisławy Szymborskiej, nie, nie poetkę, a epitafium, którym Firma powinna mnie uczcić: „Tu leży taki a taki. Dał się wszystkim we znaki. Zmarł bardzo późno, ale lepiej już późno niż wcale” /…/. 

 

Stałem na drodze i patrzyłem, jak odjeżdża czarnym buickiem. Robił się coraz mniejszy i mniejszy. Wyobraź sobie psa, który patrzy w dal, czeka i podskakuje, żeby go zabrać. To najlepszy obraz mojej osoby z tych lat.

                                                                                                       Truman Capote

Patrzyłem jak moja kochanka odchodzi ze swoimi przyjaciółmi w stronę morza. Powoli roztapia się w deszczu. I pomyślałem, że nie można być ciągle na fali. Trzeba być jak fala. Nie należy się przejmować, że fala odpływa. Fale wracają. Nie czułem bólu. Przed oczami zaczęły mi latać czarne płaty. Mózg rymował jakieś bezmyślne słowa: Gdzie fala liże falę, jak fali przystało. Zanurzyło się w fali regularne Jolisko. Czyli mówiąc po prostu – bardzo tajne kurwisko! 

         Coraz ciężej było oddychać. Mięśnie słabły. Przez sekundę chwiałem się niczym konik polny na koniuszku trzciny kołysanej wiatrem. Chciałem krzyknąć. Głos uwiązł mi w krtani. W końcu przestałem walczyć o zachowanie pozycji pionowej. Upadłem w piach obok granitowego kamienia. Piasek był miękki, wilgotny i słony. 

         Nagle moje ciągle jeszcze otwarte oczy poraził przeraźliwy błysk. Przez mózg przewinęły się słowa Jana Pawła II: „Kamień, świadek śmierci – stal się świadkiem zmartwychwstania”.

         W niebo leciały oświetlające rakiety, wystrzelone przez patrol WOP, sygnalizujący naruszenie granicy państwowej. Nie widziałem okrętu opuszczającego w trybie alarmowym pobliską sowiecką bazę marynarki wojennej. Przypuszczałem, co się stanie, ale nie widziałem, jak w kwadrans później okręt taranuje ponton z wieloosobową załogą zmierzający w kierunku wybrzeży NRD.

         Wykorzystując sztorm wywiady, ku radości węgorzy bałtyckich likwidowały wielopiętrową grę. Była to największa uczta węgorzy od czasów, gdy trzy torpedy wystrzelone przez sowiecki okręt podwodny S-13 na wschód od Łeby 30 stycznie 1945 r. o godzinie 21.16 trafiły MS Wilhelma Gustloffa, jednostkę pomocniczą Kreiegsmarine przewożącą (wraz załogą) ponad dziesięć tysięcy osób. W ciągu 65 minut okręt poszedł na dno. Zginęło 6600 osób.

         Nie wiem ile ludzi liczyła załoga pontonu? Bednarska, jak i jej koledzy nie mieli kamizelek ratunkowych. Jak nic, w ciągu kilku minut zrobili bul, bul. Przy tego typu akcjach służby specjalne nie biorą jeńców. Gdybym był przytomny świadomość tego wydarzenia przyprawiłaby mnie o dreszcz satysfakcji, było przecież o kilku fundamentalistów muzułmańskich mniej.

                                               ***

Znaleźli mnie wopiści. Karetka ratunkowa. Szpital. Transport helikopterem do Centralnego Szpitala MSW w Warszawie. Po kilku godzinach leżałem na stole operacyjnym.

                                               ***

Minęło kilka tygodni. Odzyskałem przytomność. Wylegiwałem się na łóżku. Szpital. Wspaniałe miejsce. Lepiej sypiałem. Zawarłem pokój z samym sobą. Ale nadal nie wiedziałem, czy żyję z sobą w wojnie i pokoju?

         Kiedyś, sto lat temu, gdy zaciągałem się do armii, pragnąłem opróżnić swoją głowę ze wszystkiego, co w niej mieszkało. Nie bardzo mi się to udało. Teraz już tego nie pragnąłem. Uznałem mieszkańców mojej głowy i próbowałem z nimi dojść do porozumienia. 

         Odwiedził mnie pułkownik Marceli Wieczorek. Specjalista od akcji, które niedawno były moim udziałem. W ostatniej byłem zwierzyną łowną. Przeżyłem, bo Jola spartaczyła robotę. Wieczorek miał na sumieniu „świadkowanie” co najmniej przy siedmiu akcjach anihilacyjnych na „zdrajcach”. Pułkownik nie fuszerował nigdy.

         „Marek”, który niedawno przeszedł w tym samym szpitalu operację przepukliny pochylił się nade mną. W jego oddechu nie wyczułem, jak zawsze koniaku, a miętę. Zdziwiłem się.

         Może tak pułkownikowi pachnie emerytura? Lub śmierć?

                                               ***

Wieczorek od pewnego czasu liczył się z nagłą śmiercią, może nawet w wyniku działań jego towarzyszy z Firmy. Uznałem, że jego zgon przed zakończeniem roboty byłby zbrodnią.

         Na „Warszawkę” wypłynęły wieści, że „Marek” jest bliski zakończenia pisania wspomnień. Miał już około pół tysiąca stron. Chwalił się, że zadenuncjował zdewastowane stosunki moralno-etyczne panujące w resorcie. Powiedziałem mu, że rozpowiadanie o tym nie jest nie tylko w najlepszym guście, ale może być niebezpieczne. W odpowiedzi pułkownik wyciągnął pistolet i zapewnił, że umie się nim nadal posługiwać.

         Teraz w milczeniu wysłuchałem ostatnich wieści z Firmy. 

         – Wiesz, Jędrek – opowiadał komiliton – u nas dziwna historia. Były nagrody i awanse za akcję, w której brałeś udział. Twój były szef dostał „chlebowy” i sporą nagrodę pieniężną. Przeznaczył ją na oblewanie Krzyża Kawalerskiego. Razem z kolesiami zorganizował ostre pijaństwo. Też tam byłem. Urzędowaliśmy na czwartym piętrze głównego gmachu. Gdzieś koło północy pijany Literek wyszedł z pokoju. Poszedł za nim jeden z biesiadników. Literek oparł się o poręcz schodów. Wychylił się przez balustradę…

         – I poleciał – spytałem z nadzieją?

         – Spadł aż na parter. Trup na miejscu. Jego komilitoni nie potracili głów. Zapakowali denata w brezentowy wór służący do przewożenia zbędnych akt do Jeziornej (papiernia, w której MSW niszczyło dokumenty) i gdzieś go wywieźli. Nie wiem gdzie. Sądzę, że być może zabetonowano świętej pamięci pułkownika na końcowej stacji metra przy Lesie Kabackim.

         – Po co?

         -Tam jeszcze trwają prace. Używa się dużo betonu. Pułkownik ma piękny sarkofag. Tak, to jest dziwna historia. A najdziwniejsze jest, że minister nie zauważył zniknięcia swojego ulubieńca. Do tej pory nikt nie szukał naczelnika Lucjana Literka. Przez jakiś czas trwały pracę w klatce schodowej. Jej czeluść, przypominającą gigantyczna studnię zabezpieczono siatkami. Nie można już spadać z wysokich pięter. Spektakularni samobójcy muszą szukać innego sposobu. Co ty na to?

         – No to jest „po Ptokach!” – i odpowiedziałem Wieczorkowi ulubionym cytatem z Desnosa: – „Będą nas leczyć dni mijające”

                                               ***

Kamień spadł mi z serca. Zemsta uleciała z horyzontu prac, jakie miałem do wykonania przed pojednaniem się z Panem Bogiem. Nie musiałem już nikogo zabijać. Wyręczyła mnie Nemezis. Wolno przypuszczać, że Literek zabrał wiele tajemnic do grobu. Stąd w betonie fundamentów wielu wielkich budów Warszawy, i nie tylko, pogrzebane są nie tylko ciała zmarłych, anihilowanych lub zlikwidowanych osób, ale i ich największe, najgłębsze, a i często najstraszniejsze tajemnice. Prawdy najistotniejsze są poza naszym zasięgiem.

         Wolno przypuszczać, że mój niegdysiejszy przełożony, pułkownik Lucjan Literek, naczelnik Wydziału Niemieckiego MSW jest szczęśliwy. Zawsze lubił sarkofagi. Zazdrościł B. Bierutowi grobowca na Powązkach. Grobowca przypominającego skrzyżowanie starożytnego kurhanu Scytów ze świątynią Opatrzności Bożej. Zaś monumentalne Kabaty ani trochę nie ustępują urokiem Powązkom. Pod pewnymi względami nawet je przewyższają.

         Poza tym spełniło się drugie marzenie Literka, aby zostało po mim coś więcej niż tylko grób. I została legenda o najbardziej nieudacznym naczelniku Wydziały Niemieckiego. 

                                               ***             

Medycy powiedzieli mi, że szczęście jest po mojej stronie. Ostrze sztyletu ominęło serce. Poniewczasie pojąłem, ze mój fart polegał na tym, że choć miałem umrzeć, to ktoś na górze uznał, że byłoby to za wcześnie. 

         Ocalił mnie przypadek. Drugie miano cudu. Porucznik Bednarska po raz ostatni popełniła skuchę.

         Moje i innych wspomnienia o Joli dawno zatarł czas i niepamięć.

                                               ***

Niepomny na to, co piękna Jola nabroiła, gdy wypiję za dużo robi mi się jej żal. Bednarska, podejmując grę ze służbami specjalnymi, co przeczuwałem od momentu, gdy wskoczyła do mojego łóżka, była jak ptak uwięziony w mazucie. Dlatego skończyła głupio.

         Tak, tak, piękna kobieta to piękne piękno, ale nietrwałe. Pocieszyłem się tedy myślą, że może dobrze się stało, iż jej powabne ciało nie doczekało momentu, gdy czas poczyni na nim nieodwracalne spustoszenie. Gdy jej pośladki i piersi, dające tyle radości innym, będą przypominały wychudzone, zwiotczałe i obwisłe naleśniki i już nigdy nie będzie mogła uchodzić za przedmiot pożądania.

         Starość niewiast jest dużo gorsza niż płci brzydkiej. Dużo kobiet jest samotnych. Mężczyźni odchodzą pierwsi. Świadczą o tym statystyki. Gdy taka matrona kogoś chce zobaczyć, to musi podejść do lustra. Jak dotąd żaden autor nie popełnił dzieła „Stara kobieta i może”.

                                               *** 

Dużo mnie kosztowało, żeby to wszystko zapomnieć. Do mojej egzystencji wślizgnęła się jesień. Powoli oddalając się od życia, dzieląc czas między byciem starcem i niezgrabnym starym głupkiem zmierzam w kierunku zamknięcia życia dwiema datami.

         Człowiek czasami musi odpocząć od nadmiaru szczęścia.

KSIĄŻKA DO NABYCIA W WYDAWNICTWIE CB ANDRZEJ ZASIECZNY  02-495 WARSZAWA UL. SIŁACZKI 3/9 LOK 101 TEL. 510 210 234