Archiwum miesiąca: lipiec 2026

SUDECKA OSMĘTNICA O ZŁOCIE, BEZPIECE I LATAJĄCYCH ŚWIERKACH CZYLI JAK WYTRESOWAĆ DUCHA GÓR

Dzięki swej mocy mogą kraść bezkarnie.

Precz. Nie kochajcie się. I niech każdy okrada innych.

Macie więcej złota.

Podrzynać gardła!

Każdy z napotkanych

To złodziej. (…)

Złoto, tak czy tak, zgubę wam przyniesie.

                                                                           William Szekspir

 

Skarby dla maluczkich i bankowe fajerwerki

 

Skarby, skarby, skarby. Złoto Trzeciej Rzeszy, „złoty pociąg”, skarb Piastów śląskich. Skrytki pułkowników, WIN, UPA, Werwolfu… Słowem: wszystko, co rozpala wyobraźnię niedzielnych poszukiwaczy z wykrywaczami metalu za kilkaset złotych.

Jak mawiał Fryderyk Nietzsche: „Bywają prawdy, które najlepiej przyswajają sobie mierne głowy, gdyż są dla nich najodpowiedniejsze, bywają prawdy, co tylko dla miernych duchów posiadają urok i ponętę”.

         Trudno o lepsze podsumowanie sudeckiej gorączki złota.

Aby mówić rozsądnie o skarbach Sudetów, należy poznać sytuację militarną pod koniec światówki. W oficjalnej historii na próżno szukać wzmianek o bitwie o Sudety. I nic dziwnego. Oficjalnie takiej bitwy nigdy nie było. To była kameralna, cicha wojna wywiadów. Prawdziwe szachy na trupach, rozegrane, gdy umilkły frontowe wystrzały.

         Choć bez zdobywania Wrocławia można było zdobyć Berlin, to obszar między Odrą a Nysą Łużycką kusił czymś więcej niż strategią.   Ziemie te były niezwykle zasobne w surowce mineralne i inne „atrakcje”. W 1944 roku Niemcy przenieśli tu fabryki zbrojeniowe i laboratoria pracujące nad Wunderwaffe. Wynikami tych badań interesowali się wszyscy. Niestety, są to do dziś największe tajemnice tamtych lat, po których zostały jedynie krwawe ślady.

         W pierwszą wiosenną noc marca 1945 roku na dziedzińcu wrocławskiego banku pojawiło się osiem ciężarówek. Grupa żołnierzy Wehrmachtu przyprowadziła dwudziestu jeńców, a esesmani – dyrektora banku. Jeńcy wynieśli ze skarbców 14 skrzyń ze złotem (każda po 50 kilogramów), 49 pak z dziełami sztuki oraz 25 zagadkowych, lekkich pojemników.

         Co w nich było? Pewnie genialne plany hitlerowskich naukowców, które miały zmienić losy wojny, a skończyły jako mityczna pożywka dla poszukiwaczy sensacji.

         Po załadunku esesman wrzucił dwa granaty do sejfu z jeńcami i zatrzasnął pancerne wrota. Na odchodnym inny hitlerowiec pociągnął z automatu po plecach swoich kolegów z Wehrmachtu. Ot, niemiecka solidarność i dbałość o brak świadków.

         Jeden z żołnierzy jednak przeżył. Przetrwał egzekucję, sowiecką niewolę, ale poległ w latach późniejszych, gdy po powrocie do Polski zaczął węszyć wokół dawnej sprawy. Pechowo wpadł pod ciężarówkę, której kierowcy – jaka niespodzianka! – nigdy nie odnaleziono. Seryjny samobójca tamtych lat miewał też koła.

         Jako nastolatek, uczeń liceum w Szklarskiej Porębie i Jeleniej Górze, karmiony opowieściami autorytetów i sąsiadów, spisałem te rewelacje w formie powieści. Wysłałem do Gazety Robotniczej. Redaktorzy, zamiast wypłacić mi honorarium i wysłać ekipę z łopatami, po prostu mnie wyśmiali. Widocznie ich głowy były zbyt mierne na tak wielkie prawdy.

 

Fabryka mitów, znikające ciężarówki i strategiczne szachy

 

Wymyślona przeze mnie historia o znikającym w Sudetach konwoju z cennym ładunkiem, podchwycona później przez lokalne legendy o „Złotym Pociągu”, służy jako przykład, jak fikcja literackia może napędzać realne poszukiwania skarbów. Opowieść ta, osadzona w realiach końcowej fazy wojny, sugeruje próbę przerzutu mienia na południe przez Czechosłowację, co łączy się z badaniami nad rolą wywiadów zachodnich i lokalnymi tajemnicami górskich przełęczy.

         Korzystając z faktu, że byłem zawodnikiem Górnika Wałbrzych, oddałem ten rękopis starszemu koledze, Aleksandrowi Kopciowi. Przeczytał, pochwalił, zachęcił do pisania. Nie wiem, co działo się z nim dalej, ale nagle Tadeusz Słowikowski z Wałbrzycha popełnił bliźniaczy tekst – z tą różnicą, że zamiast moich nieszczęsnych samochodów, zmajdrował legendę o „Złotym pociągu”.

         Moje książki z lat 80. rozpaliły wyobraźnię wielu, aż na początku XXI wieku wybuchła prawdziwa gorączka złota. Czy szukacze wierzą w to, co plotą w mediach? Nie wiem. Ale dla regionu to reklama doskonała.

         Wracając do moich ośmiu ciężarówek: dwudziestu trzech ludzi i bezcenny ładunek znikają jak kamfora. Czy Niemcy działali na własną rękę, czy stały za tym wywiady USA, Wielkiej Brytanii lub Francji? Wywiad sowiecki odpada – oni byli na miejscu, po Jałcie i tak wiedzieli, że prędzej czy później wezmą wszystko bez dzielenia się z nikim.

         Tajemnicza kolumna jechała tylko nocą, maskując się za dnia w gęstwinie. Trzeciego dnia podróży wjechała do śródgórskiej kotliny w Sudetach Zachodnich – długiej na 15 kilometrów, szerokiej na 12. Ominęła Jelenią Górę i ruszyła na Marczyce. Stamtąd widać Śnieżkę i Karkonosze.

         Dowódca miał twardy orzech do zgryzienia. Przebicie na zachód przez Nysę było bezcelowe. Pozostała droga na południe, do Amerykanów w Czechosłowacji. Pierwsza opcja: Przełęcz Karkonoska, ale droga była nieskończona i tonęła w śniegu. Tuż obok leży Kozacka Dolina i groby pomordowanych jeńców. Czyżby…? Druga opcja: Przełęcz Szklarska, oddzielająca Karkonosze od Gór Izerskich.

 

Czeski błąd, seryjni poszukiwacze i jeleniogórska ciężka woda

 

Rozważmy zatem trasę przez Przełęcz Szklarską. Śnieg co prawda leżał, ale droga była przejezdna. Niemcy bez przerwy gnali tamtędy swoje jednostki, co zresztą spłodziło kolejny uroczy mit: ponoć najkrwawsza katastrofa lawinowa w historii Polski w Białym Jarze zabiła czterech Niemców, którzy szli tam… sprawdzać skrytki ze skarbami III Rzeszy.

         Oczywiście. Lawina jako strażnik depozytów Führera brzmi dumnie. Jednak dla tajnego transportu osiem ryczących ciężarówek w gęsto zaludnionym Sobieszowie, Piechowicach czy Szklarskiej Porębie byłoby równie dyskretne jak przemarsz orkiestry dętej.

Pozostawał szlak przez przełęcz Okraj. Komfortowe drogi po obu stronach Karkonoszy, gęsty las jako darmowy kamuflaż i względna bliskość Amerykanów – w końcu niedaleko wojował sam generał Patton.

         Ale czeska strona milczy. Nie ma ani jednego świadka. Nawet Bohumil Hrabal nie wpadł na ten pomysł, bo jakoś trudno byłoby wpleść złote sztaby pomiędzy opowieści snute przy kuflu piwa.

         Co zatem stało się ze skarbami? Dzisiejsi domorośli poszukiwacze będą kopać te góry do końca świata i o jeden dzień dłużej. I jestem absolutnie pewny, że nigdy niczego nie znajdą. Bo całe to złoto najpewniej dawno i bez zbędnych ceregieli zabrali Rosjanie, którzy kręcili się w okolicach Szklarskiej Poręby już od połowy 1944 roku.

         Dla niezłomnych fantastów mam jednak trzy wersje. Pierwsza: część wrocławskiego transportu spoczywa w podziemiach zamku Grodno w Zagórzu Śląskim. Szukajcie więc, poszukiwacze! Rozkopujcie góry, spuszczajcie wodę ze sztucznych jezior – dokładnie tak, jak chciał to zrobić słynny pułkownik magister Uć z WOP-u, o czym za moment. Druga wersja: Sosnówka Górna, rejon Grabowca i Dobrego Źródła. Trzecia, najbardziej malownicza: Szwedzkie Skały. Przyroda wokół nich zapiera dech w piersiach – potężne, granitowe ostańce wznoszą się dumnie nad reglowym lasem, a w ich cieniu szumią kryształowe potoki, idealnie tłumiąc odgłosy łopat.

         Żeby podkręcić atmosferę, dorzuciłem do mojej opowieści drugą akcję – tym razem w Jeleniej Górze, kilkanaście dni później. Tamtejszy bank miał co prawda sejfy tak mikre, że mogłyby służyć za przedpokój wrocławskich podziemi, ale jak mawiają – to nie kubatura się liczy, a zawartość.

         W końcu u stóp Karkonoszy Niemcy upchnęli potężny przemysł chemiczny i zbrojeniowy. Istnieje uzasadnione podejrzenie, że po zbombardowaniu fabryki w Norwegii, to właśnie tutaj zaczęli pędzić swoją upragnioną ciężką wodę. Sejfy jeleniogórskie musiały więc kryć sekrety, o których wywiady mogły tylko marzyć. Zgodzicie się przecież, że tak mogło być. A jak nie było, to tym gorzej dla faktów.

 

Wyborowa porcelana, seryjny zgon i bawarski Brockhaus

 

O pośpiechu i wadze ewakuacji świadczył fakt, że wywóz materiałów z jeleniogórskich podziemi odbył się dosłownie w przededniu wmaszerowania Armii Czerwonej.

         Akcję przeprowadzono w głębokiej tajemnicy, ale – na nieszczęście dla konspiratorów – na scenę wkroczył świadek: Niemiec o nader melodyjnym nazwisku Wolfgang Amadeus Ritschranz. Według protokołów przesłuchań PUB, Ritschranz, wracając z porannego spaceru pod koniec kwietnia lub na początku maja 1945 roku, struchlał na widok po zęby uzbrojonej kolumny Wehrmachtu z zasłoniętymi tablicami. Dowodzili nimi „czarni”, czyli esesmani. Oczywiście niewykluczone, że byli to po prostu przebierańcy z jednostek specjalnych.

         Żołnierze sprawnie przepędzili gapiów i przystąpili do kilkugodzinnego, potężnego wysiłku. Kazali wywlec z banku sejfy o numerach 15, 16, 17, 18, 19, 20 oraz 33 i 35. Te pierwsze skrywały prawdopodobnie legendarne dobra rodu Schaffgotschów: biżuterię, miśnieńską porcelanę i złote sztaby.

         Sam zresztą spoglądam na ścianę mojego pokoju. Wisi tam obraz w pięknych, stylowych ramach, rzekomo z kolekcji Schaffgotschów, który nabyłem drogą kupna za pół litra „Perły” od zaprzyjaźnionego szabrownika.

         No dobrze, prawda jest nieco mniej spektakularna – płótno namalował mój przyjaciel Tadeusz Nodzyński, uczeń samego Pronaszki. Przedstawia ono chatę w Białej Dolinie, gdzie pod koniec wojny biesiadowało dwóch sowieckich szpiegów.

         Co z kolei kryło się w sejfasz 33 i 35? Tego Ritschranz nie wiedział lub powiedzieć nie chciał. Zresztą od lat już nic nie powie – zmarł nagle na atak serca w 1947 roku. Co za przypadek: zgon nastąpił tuż po tym, jak zaczęli go nachodzić tajemniczy goście z Zachodu. Sam Tadeusz Steć dowiedział się od felczera wypisującego akt zgonu, że ostatnim gościem denata był Francuz o jakże rdzennie bretońskim nazwisku Błażejewski.

         Najpewniej te dwa ostatnie sejfy zawierały bezcenną, choć niekompletną dokumentację naukową. Niemcy wykazali się tu iście teutońską złośliwością: na przełomie lat 1944-1945 wywieźli do Bawarii sejfy 34 i 36, dzieląc tajne plany Wunderwaffe tak, że co druga kartka została w Jeleniej Górze, a reszta pojechała w Alpy. Na dodatek całość zaszyfrowano kluczem opartym na encyklopedii Brockhausa. Bez kompletu kartek i odpowiedniego tomu, zdobywca tajnych planów mógł sobie nimi co najwyżej rozpalić w piecu.

         Gdy załadowano ostatni sejf, plandeki zasznurowano, a na skrzyniach rozsiedli się strzelcy wyborowi z rkm-ami. Kolumna ruszyła z kopyta w stronę Cieplic, lecz nagle odbiła na północ, wybierając wyboiste, dziurawe drogi polne. Dlaczego dowódca wolał gubić zawieszenie i ryzykować ugrzęźnięcie w błocie, zamiast jechać wygodnym traktem przez Cieplice, Sobieszów i Piechowice?

         Otaczająca te bezdroża przyroda zdawała się kpić z niemieckiego pośpiechu – młoda, soczysta zieleń dopiero co obudzonych traw i żółte łany kaczeńców w przydrożnych rowach tworzyły sielskie tło dla wstrząsanych wybojami ciężarówek, z których co chwila dobiegał głuchy brzęk rzekomej miśnieńskiej porcelany.

 

Gajowy z wywiadu, kopalnia sekretów i sudecki Werwolf

 

Przed Piechowicami kolumna gwałtownie skręciła w prawo, ku uśpionemu Górzyńcowi. Wieś ta, malowniczo wciśnięta między Wysoki a Kamieniecki Grzbiet, tonęła w gęstym mroku majowej nocy. Zapach wilgotnej ściółki i kwitnących w dolinie czeremch mieszał się z duszącym smrodem spalin osiem ciężarówek, które z wyłączonymi reflektorami pełzły ku lasowi.

         Nie wszyscy jednak spali. Czuwał niejaki Helmut Botfald, pomocnik gajowego. Oficjalnie: gorliwy sługus Rzeszy. Nieoficjalnie: as radzieckiego wywiadu, przysłany w Karkonosze, aby osobiście wywąchać tajemnicę niemieckiego uranu. Chłop chłopem, ale węszył znakomicie. Botfald jako jedyny widział kolumnę niknącą w leśnej gęstwinie.

         Fama głosi, że transport podzielono. Mniejsza część ruszyła Drogą Sudecką ku Kozackiej Dolinie. Większa, ta z Górzyńca, miała trzy drogi do wyboru. Pierwsza prowadziła ku Rozdrożu Izerskiemu i najwyżej położonej w Europie odkrywkowej kopalni kwarcu (Stanisław). Mało który z dzisiejszych domorosłych „eksploratorów” wie, że pod tą gigantyczną dziurą w ziemi wydrążono w latach 40. dwie potężne sztolnie. Długie na trzysta metrów, szerokie i wysokie jak hangary – idealne, by schować tam konwój, a wjazd wysadzić w powietrze.

         Po wojnie wejścia zasypano rumoszem skalnym. Hej, poszukiwacze! Zamiast klikać w internet, bierzcie kilofy i rozkopujcie Izerskie Garby! Może znajdziecie trzecią sztolnię, a w niej to, co ja w latach 60. – kompletny szkielet, najpewniej niemieckiego strażnika, o którym szerzej wspominam w tym moim wiekopomnym dziele. Maskowaniem zresztą nie trzeba się było zbytnio trudzić, bo hojne, wiosenne ulewy szybko zmyły ślady, spłukując skalny gruz z wyższych partii kopalni. Aby to dziś odgrzebać, trzeba by przekopać pół pasma górskiego.

         Druga opcja: Niemcy ukryli sejfy w naturalnych jaskiniach na łagodnych stokach. Bajka ładna, ale ma jeden defekt: w tamtym rejonie nie ma ani jednej dziury, do której dałoby się dojechać choćby rowerem, a co dopiero ciężarówką. Trzeba by armii ludzi do noszenia skrzyń. Czy hitlerowcy ich mieli? Owszem. Świadczy o tym masowa egzekucja jeńców budujących Drogę Sudecką, wykonana dokładnie w tym samym czasie. Czy ci nieszczęśnicy najpierw targali złoto Schaffgotschów pod górę, a potem zostali zlikwidowani jako „zbędni świadkowie”? O to należałoby spytać kaci z SS. Ale oni – jaka niespodzianka – w przededniu kapitulacji nagle rozpłynęli się w mglistych sudeckich lasach. Część uciekła do Amerykanów, by budować im demokrację, a reszta założyła lokalny, leśny fanklub pod nazwą Werwolf.

         Trzecia możliwość, najwygodniejsza, to ucieczka do Czechosłowacji przez Kozacką Dolinę. W maju dolne partie doliny są już zielone i bezśnieżne. Zresztą, tuż po wojnie, przy drodze ze Szklarskiej Poręby do Harrachova, nieopodal skoczni narciarskiej, znaleziono porzuconą, wojskową ciężarówkę ze skrupulatnie zdrapanymi numerami rejestracyjnymi. Czy to był element układanki? Kto by się przejmował faktami, skoro legenda brzmi o wiele lepiej.

 

WOP-owskie panteony, czescy snajperzy i absolutny brak mózgu

 

Przy porzuconej ciężarówce nie znaleziono oczywiście żadnego świadka. Warto jednak dodać, że najbliżej tego miejsca leży „Wiciarka” – legendarne gniazdo szpiegów, gdzie przed laty zginął były pilot RAF-u, będący prawdopodobnie przewerbowanym przez Sowietów agentem francuskim. Może to właśnie z tego wozu pochodziły kluczowe dla wywiadów sejfy 33 i 35? Może ciężarówka odłączyła się od kolumny, by ukryć je w rejonie wodospadu Kamieńczyka?

         Tam, zaledwie dziesięć metrów od lustra wody, wznoszą się potężne, pionowe ściany skalne z ciemnego, wilgotnego granitu, wiecznie zroszone lodowatą mgłą wodną. Huk spadającej z ponad dwuudzistu metrów kaskady idealnie tłumiłby odgłosy kucia wnęki, którą przed wiekami wyżłobiono tam w litej skale.

         Kiedyś, podczas luźnej rozmowy z żołnierzami rezerwy Górskiego Batalionu WOP w Szklarskiej Porębie, usłyszałem o tej tajemniczej sztolni przy wodospadzie. Podobno sprawdzili ją wopowcy ze strażnicy Kamieńczyk pod dowództwem porucznika Zbigniewa Skoczylasa. Skoczylasowi można było wierzyć – jako deista wierzył w Boga i hołubił pewnego biskupa, ale zachował sobie też prawo oddawania czci marksistowskiemu diabłu. Skrytka faktycznie istniała. Niestety, była pusta.

         A teraz z zupełnie innej beczki, choć mój dawny rękopis musiał jakimś cudem przeniknąć na czeską stronę. Jakieś sześćdziesiąt lat temu, jako sierżant podchorąży, odbywałem praktykę na strażnicy Markocice u pułkownika Ryszarda Bartoszewicza. Wracałem o trzeciej nad ranem z kontroli posterunków. Noc była tak potwornie ciemna, że nawet białe psy patrolowe wydawały się czarne. Nagle ostrzelano mnie z czeskiej strony. Strzelali wyjątkowi partacze, koncertowo fuszując robotę. Zameldowałem dowódcy, że niektórzy nasi bracia Czesi to wyjątkowe szuje.
         – Szkoda, że cię nie zabili – westchnął smutno Ryszard. – Brygada miałaby przyzwoitego, pośmiertnego bohatera. Rada Państwa zrobiłaby cię podporucznikiem, a generał Jaruzelski przypiąłby ci medal na trumnie. A tak? Do dziś musimy chwalić się poległymi, którymi wstyd się chwalić. Jak kapral Hapunnik, który nie umiejąc pływać, wskoczył w pościgu do Nysy Łużyckiej i utonął, albo szeregowy Wróbel, zastrzelony w nader mętnych okolicznościach.

Słuchałem tego, myśląc o tym, że ktoś właśnie dybał na moje życie.         Przypomniał mi się wtedy cytat z Nicolasa de Chamforta: „Kiedy Marlborough był w okopach z siostrzeńcem, kula strzaskała głowę ich przyjacielowi, bryzgając mózgiem na twarz młodego człowieka, który cofnął się ze zgrozą. Marlborough rzekł zimno: «Widzę, że jesteś zdziwiony?». «Tak – odparł młodzieniec – jestem zdziwiony, że człowiek, który miał tyle mózgu, narażał się dobrowolnie na tak bezcelowe niebezpieczeństwo»”.

         Powiedziałem więc Bartoszewiczowi, że współczuję mu smutku, ale wolę być żywym budowniczym socjalizmu niż martwym gipsem na pomniku Ludowego Wojska Polskiego. Wieczorem pomyślałem jednak, że porucznik miał rację – umiera się raz, a umierając wcześniej, jest się po prostu trochę dłużej martwym.

         Gdy lata później Bartoszewicz został szefem Centrum Szkolenia WOP w Kętrzynie, pogratulowałem mu bezlitośnie: „Rysiu, wszedłeś do Panteonu wopowskich znakomitości obok generałów Stopińskiego i Jury, pułkownika Żmudy czy pułkownika magistra Wojciecha Ucia. To oficerowie z rzadkim syndromem BAM – Absolutnym Brakiem Mózgu. Ale gdybyś kiedyś rzucił tę posadę i z dwoma wojskowymi fakultetami założył spółkę z bardzo ograniczoną odpowiedzialnością, na przykład eksportując dziewczęta do USA do Jeffreya Epsteina, handlując bronią albo wykopując pod Wałbrzychem „złoty pociąg”, pamiętaj o mnie”.

 

Ideologiczny przemiał, kosmiczny dyszel i wopowska astronomia

„Mogę być u ciebie choćby portierem albo skrobać Bursztynową Komnatę z bałtyckich wodorostów” – rzuciłem Bartoszewiczowi. Rysiek jednak nie odpuszczał. Do dziś z lubością wypomina mi autorstwo dwóch broszur wydanych w wiekopomnym cyklu „Bohaterowie Ludowego Wojska Polskiego”. Główny Zarząd Polityczny WP z iście rewolucyjną czujnością posłał cały kilkutysięczny nakład moich wypocin na przemiał.

         – Twoje elukubracje na temat Łużyckiej Brygady WOP – grzmiał Bartoszewicz – były wysoce niepartyjne, niesłuszne i wręcz szkodliwe! Ówczesny dowódca brygady, „Żwirek”, u którego byłem szefem sztabu, zanim sam wygryzłem go z ciepłego stołka, miał rację. Wnioskował, by te bzdury starły na miazgę żarna papierni w Jeziornie. „Żwirek”, pijak bo pijak, leniwiec bo leniwiec, ale czytać potrafił. Znał instrukcję zatwierdzoną przez samego generała Wojciecha Jaruzelskiego: za robotę polityczną odpowiada dowódca, a nie jakaś tam banda politruków! Wy, politrucy, byliście tylko naganiaczami do socjalistycznego wychowania mas. Dlatego go znielubiłeś. Masz wredny charakter, co dawno ustaliła Wojskowa Służba Wewnętrzna, i mścisz się na nim w tych swoich paskudnych książkach.

         – A ty miałeś dwie żony! – zripostowałem głęboko i merytorycznie. Ja też miałem żonę. Co prawda urodzoną w Berlinie, ale zaimportowaną ze Szczecina. Miałem też maleńkie dzieciątko, które raz na zawsze wyleczyło mnie z oglądania się za obcymi spódniczkami.

         Gdy nocą na strażnicy Orle wychodziłem kontrolować patrole, niebo nad Karkonoszami zapierało dech w piersiach. Potężny, czarny aksamit nocy rozpościerał się nad siną, karłowatą kosodrzewiną, a gwiazdy płonęły tak jaskrawym, lodowatym blaskiem, że musiałem wręcz schylać łeb, by nie rąbnąć czołem w dyszel Wielkiego Wozu. Na pudełku po papierosach zmajdrowałem wiersz: „To kwitnie maj / Tam szumi gaj / Na Orlu drzewa się kołyszą / A na tych drzewach / Boże mój / Kropelki rosy wiszą”. Istne arcydzieło. Zastanawiałem się, czy to ja rosnę, czy wszechświat się kurczy.

         Nazajutrz na Graniczniku zbudowałem prywatną „gwiazdopatrznię”. Odkryłem tam, że ciemna materia stanowi 27 procent wszechświata, a resztę wypełnia ciemna energia, która zmusza kosmos do rozszerzania się. Zupełnie jak moja plotka o „złotym pociągu”, którą sam wymyśliłem, a która spuchła do rozmiarów narodowej histerii. Pół wieku później Joanna Bator napisała: „W gwiazdopatrzni doznajemy uczucia słodko-gorzkiej melancholii wobec piękna i jego nieuchronnego przemijania (…). Mimo że niebo gwiaździste jest osobne, dalekie i samotne, patrząc na nie, doświadczamy wzniosłości”.

         Martwiąc się tym uciekającym wszechświatem, skomponowałem melodię „Pożegnanie Wielkiej Niedźwiedzicy”. Brzdąkałem ją żołnierzom w ramach szkolenia politycznego i harcerzom przy ognisku. Gram ją na gitarze do dziś – zwłaszcza gdy w telewizorze jakiś patafian zaczyna wychwalać dobrodziejstwa jakiejkolwiek „dobrej zmiany”.

         Zarzucają mi teraz, że w moich opowieściach jest za dużo gadaniny, hipotez i czystej fantazji. Po trzech dekadach wolnej Polski młodzi nie ogarniają, że dawniej rzeczywistość była gęstsza od fikcji. Nie porządkuję faktów, nie systematyzuję opowieści, nie trzymam się reguł gatunku. Nie stać mnie na to. Moja wiedza jest skromna. Wierzę H. G. Wellsowi, który twierdził, że współczesnego życia po prostu nie da się przedstawić w sposób bezdyskusyjny. Szczególnie w Sudetach.

 

Telewizyjne szwindle, hordy amatorów i umierające świerki

 

Ludzie, którzy nie dyskutują, są martwi. Posłuchajcie więc kolejnych opowieści, które mają jedną, przeogromną wadę: nie zostały wyssane z palca. Są boleśnie prawdziwe.

         Ilekroć oglądam dzisiejsze tłumy wędrujące po Karkonoszach i Górach Izerskich, ogarnia mnie lęk. Ta turystyczna „stonka” zadeptuje szlaki, zanieczyszcza kryształowe potoki i bezlitośnie wydziera ziemi ametysty, moriony czy kryształy kwarcu. Jak pisał Paul Johnson: „Życie jest szwindlem. Jeśli chce się przeżyć, trzeba uprawiać szwindle, ostrożnie i z powodzeniem”. Wstyd przyznać, ale zanim doomed oświecenia, sam brałem udział w tym niszczycielskim procederze. Byłem wandalem jakich mało – no, może mój wychowanek, nieżyjący już Julian „Julo” Naumowicz, dorównywał mi kroku, choć obaj bledniemy przy Adamie Solarzu, który z tamtych lat kolekcjonuje już tylko wspomnienia.

         Od małolata szwendałem się po sudeckich zakamarkach, w których od czasów średniowiecznych Walonów nie stanęła ludzka stopa. Znajdowałem kamienie półszlachetne, które żal było zostawić. Zamiast jednak trzymać język za zębami, skompilowałem z tego niezłą bujdę. Kumplowałem się wtedy z Przemysławem Burchardtem – alpinistą i gwiazdą telewizyjną. Zauważył u mnie minerały naszykowane dla partyjnych prominentów i zaprosił mnie do swojego programu w Warszawie.

         I ja, nieszczęsny politruk, pojechałem. Wpakowałem się przed kamery i z pełną powagą opowiedziałem narodowi o bajecznych, darmowych bogactwach Sudetów. Efekt? W góry ruszyły dzikie hordy poszukiwaczy z łopatami. To prawdopodobnie wtedy „Julo” Naumowicz złapał bakcyla i zaczął zamęczać Tadeusza Stecia o mapy skrytek, które przewodnik w końcu mu ulegle wydał.

         Ale moje grzechy wobec natury bledną przy prawdziwej katastrofie – smutnej pieśni o umierających świerkach. Próbowałem zainteresować tym dramatem Sylwestra Wolaka, ale on woli niedźwiedzie, więc wysłał mnie na drzewo. Konkretnie na liczący osiemset lat cis w Piechowicach.

         W sudeckich lasach najszybciej umierają właśnie świerki. Najpierw przestają rodzić szyszki, potem gubią igły i usychają na pniu, stając się łatwym łupem dla karkonoskich wichrów. Wyglądają wtedy jak upiorne, odarte z kory szkielety na jakimś postapokaliptycznym cmentarzysku atomowym. Sprawcą tego pogromu są kwaśne deszcze, pędzone wiatrem z wielkich, zasilanych zasiarczonym węglem brunatnym elektrowni w Worku Żytawskim. Umarłe lasy pokrywają tysiące hektarów, mierząc swoimi poszarpanymi kikutami prosto w ołowiane niebo – jako niemy, ekologiczny wyrzut sumienia.

         Przyrodnicy walczą, jak mogą, ale trudno bić się skutecznie z elektrownią o mocy dwóch tysięcy megawatów. Jeszcze trudniej walczyć z MON-em o sile stu tysięcy bagnetów oraz z MSW, dysponującym armią funkcjonariuszy, tajnych agentów i rezerwistów.

Pocieszam się, że w tej partyzantce miałem swój mały udział. Przed laty zakładałem w Ametystowym Batalionie Straż Ochrony Przyrody.        Na każdej strażnicy WOP mieliśmy koło tej organizacji. Udało się zarazić tą ideą kilku całkiem łepskich oficerów. Mieliśmy solidnych sojuszników w Karkonoskim Parku Narodowym, GOPR-owcach i leśnikach. Jednym z takich łepskich facetów, którzy zamiast salutować woleli sadzić las, był ówczesny sierżant Wacław Raniszewski.

 

Latające świerki, papieskie faux pas i pochwała internetowych idiotów

 

Wacław Raniszewski. Służyliśmy razem na strażnicy Orle, gdzie Wacek był szefem strażnicy, a ja dumnym dowódcą. Potem przenieśli go pod Śnieżkę, mnie zaś Nemezis wygoniła z Sudetów i goniła po świecie. Gdy pod koniec pierwszej połowy lat osiemdziesiątych odwiedziłem dawnego podwładnego w jego nowym królestwie, powitała mnie smutna pieśń ochroniarza-społecznika.

         – Stary! Przyjechał specjalny pododdział z masą materiałów wybuchowych – żalił się Wacek. – Zaczęli od podnóża gór. Ładowali trotyl pod pnie i bum! Wszystko leciało w powietrze. Byli zachwyceni, śmiali się jak dzieci. Rajcowały ich, o k…, latające drzewa! Wiesz, jak to wygląda? Pod stu- czy dwustuletniego świerka podkłada się kilka kilogramós ładunku, drzewo składa gałęzie wzdłuż pnia i leci jak rakieta prosto do nieba. Tam zatrzymuje się na mgnienie oka, jakby wahało się, czy lecieć dalej, po czym pikuje w dół i zakopuje się w świeżym leju.

         Tak ci dzielni chłopcy z saperki dotarli aż do Sowiej Doliny i Kotła Łomniczki – do rezerwatu ścisłego. Tam, pośród potężnych, granitowych ścian kotła lodowcowego, nad którymi huczał sudecki wiatr, znowu grzmiały wybuchy. Szukali „złotego pociągu” i skarbów Trzeciej Rzeszy. Pod górę musieli targać sprzęt na własnych plecach, więc szybko uleciało z nich powietrze. Zostawiali za sobą połacie oskalpowanej ziemi. Gdy zwracaliśmy im uwagę, odburkiwali opryskliwie, że maą w nosie ochronę przyrody, bo wykonują rozkazy.      Wyjaśniłem sierżantowi krótko: ci wandale demolują Karkonoski Park Narodowy za wiedzą i błogosławieństwem najważniejszych generałów PRL-u – Jaruzelskiego, Kiszczaka i Siwickiego.

         Wtedy przypomniał mi się Ernest Hemingway i jego Za rzekę, w cień drzew: „Teraz tylko spokojnie – powiedział do siebie pułkownik. – Od tej chwili wszelkie zmartwienie, jakie możesz mieć, będą dotyczyły ciebie samego, a to jest po prostu luksus. Nie jesteś już prawdziwie potrzebny armii (…). Więc czym, u diabła, masz się martwić, chłopie”. W towarzystwie lustra zacząłem leczyć się wódką „Polonez” z otaczającej mnie pospolitości.

         Na dworze wiało, furczało i gradowało. Drzewa bujały się szaleńczo jak wskazówki dozymetru w Czarnobylu. Z nieba leciały żaby, ale nie jestem Francuzem – nie skorzystałem z menu, wolę zalewajkę i pierogi. Gdy we flaszce ukazało się dno, dopadła mnie samotność – ten brud duszy. Zacząłem grasować w internecie i ogarnął mnie homerycki śmiech. Ludobójstwo Putina w Ukrainie, zamach na Darię Duginę i papież Franciszek ubolewający nad „biedną dziewczyną”, która w rzeczywistości była jadowitą propagandzistką. Gdyby Franciszek myślał, toby tak nie pomyślał. Słusznie pisał Stanisław Lem, że przed erą internetu nie wiedział, iż na świecie żyje aż tylu idiotów. Te sieciowe rewelacje skłoniły mnie wręcz do wygłoszenia wewnętrznej pochwały wojny. Niech skarby Sudetów na chwilę poczekają.

         Pierwsza ćwiartka XXI wieku skradała się do mojej sadyby jak złodziej w ciemną noc. Wieszczbiarze, szeptuchy i rządowi hochsztaplerzy straszyli najpierw koronawirusem, potem małpią ospą, a spanikowani ludzie uwierzyli, że nadchodzi rychły koniec świata. Na szczęście karkonoskie granity stały niewzruszone, kpiąc z ludzkiej głupoty.

 

Żuczki w ojczyźnie, osmętnica i patent pułkownika Ucia na osuszenie jeziora

 

Nic to, że mamy szczepionki na COVID-19 i inne paskudztwa. Skoro spora grupa lekarzy, a nawet profesorów, publikuje w sieci elukubracje, że to ściema, wniosek jest prosty: można mieć tytuł naukowy, a i tak pozostać durniem. Tych ci u nas dostatek. Nie wierząc w ich krakania, starałem się szpiegować fakty, ale – broń Boże – ich nie interpretować. Niestety, mój mózg po operacji nie jest już tak gęsty jak dawniej; po godzinie wszystko z niego wyparowuje. Każdemu zjawisku przyglądam się więc dwukrotnie. Rano, aby się rozweselić, a wieczorem – by stać się markotnym i mieć pretekst do sięgnięcia po flaszkę. Trzeba wypić „wesołka” i się odsmutnić. W takiej osmętnicy ludzie łakną baśniowego nastroju, choć nie każdy się do tego przyzna. Jest, jak jest: dobrze, ale nie beznadziejnie. Ci, którzy marzą, że może być gorzej, to pesymiści. Ja jestem optymistą i uważam, że pesymiści mogą mieć rację.

         Odsmutnianie zacznę od surowej anegdoty. W końskim łajnie siedzą dwa żuczki. Młody pyta: „Tato, popatrz, obok czysta woda, zielona trawa, niebieskie niebo, a my ciągle grzebiemy się w tym gównie. Dlaczego?”. Ojciec odpowiada: „Bo widzisz, synu, to wciąż jest nasza narodowa ojczyzna”. I tu kłania się Cyprian Kamil Norwid ze swoim „Ojczyzna – to wielki zbiorowy obowiązek”. Rozglądając się po skrzeczącej pospolitości, która spada na człowieka jak jesienne liście, widzę wyraźnie, że wokół jest tyle ekskrementów sprawiających radość nie tylko żuczkom, ale i politykom oraz bezprecise. Muszę to zostawić, by nie zwariować z nadmiaru szczęścia. Pocieszenia szukam u Imre Kertésza: „Żyłem jak pies przywiązany do swoich samotnych idei, który najwyżej obszczekuje księżyc. […] Jestem niepoprawnym dzieckiem dyktatur (…) Nigdy nie uważałem, że jestem niewinny”. Nie pomaga. W tej atmosferze trudno pisać o rzeczach niepospolitych. Pora wrócić do wspomnień o skarbach Sudetów oraz metanoi bezpieki.

         Koledzy dogadują mi: „W wydziale politycznym mieliśmy kapitana, lubił kurwy i wódkę, węszył za skarbami”. Ów kapitan kurwolubny, historyk po Uniwersytecie Wrocławskim, wpadał do mnie pogadać o historyjkach, które rozgłaszałem w mediach, a najchętniej o pułkowniku magistrze Wojciechu Uciu. O aberracyjnych pomysłach tego oficera krążyły w Sudetach legendy. Wraz z Adamem Solarzem i Ryszardem Bartoszewiczem baliśmy się, że klechdy o płk. mgr. Uciu zaćmią sagę o Duchu Gór i samego Tadeusza Stecia.     Pułkownik Uć puszył się jak paw, okraszał mowę słowami na „ę” i „ą”, a o religii miał pojęcie jak skorpion o empatii. Z powodu braku wiedzy na inne tematy nie miał nic do powiedzenia, za to rozstrzygał wszystko w sposób autorytarny. Był umysłem tak banalnie bezpłodnym, że przestała w nim rosnąć nawet głupota.

         W latach 70. płk mgr Uć kręcił kuprem i szpanował, że gdy znajdzie chwilę, dobierze się do złota Trzeciej Rzeszy zachomikowanego w podziemiach w Baworowie. Rzecz tylko w tym, że podziemia zalała woda z Jeziora Leśniańskiego. Krajobraz wokół zapiera dech w piersiach – potężna, kamienna zapora spiętrzała wzburzone, ciemne fale rzeki Kwisy, a strome, zalesione zbocza odbijały się w lustrze wody, kryjąc mroczne tajemnice. Pułkownik uznał jednak, że przyroda musi ustąpić przed jego geniuszem strategicznym. Obwieścił, że musi po prostu znaleźć sposób, jak spuścić całą wodę z tego gigantycznego jeziora i osuszyć podziemia.

         Nie szukał dla siebie, lecz dla Kraju Pieroga i Zalewajki, by umocnić socraj. Taki był z niego patriota. Miał też w planach odkopanie „złotego pociągu” rzekomo zasypanego między Wałbrzychem a Piechowicami, z odnogą do Książa, gdzie pod zamkiem miały znajdować się potężne podziemia z torami kolejowymi, rozjazdami i rampami przeładunkowymi.

 

Bozon kompetencji, krowie żołądki i puzzle pułkownika Ucia

 

Kapitan kurwolubny kwitował rewelacje pułkownika magistra Ucia cytatem z Jaroslava Haška: „W każdym siedzi dureń. Konfabulator, mitoman, marzyciel i dureń. Rzecz w tym, jak szybko wraca się do tego, co możliwe i prawdopodobne”. Pod zamkiem Książ podziemia oczywiście istnieją. Sam myszkowałem tam w połowie lat 60. z redaktorem Sławomirem Orłowskim, który akurat próbował podwędzić z zamkowego parku parę szczepek egzotycznych roślin. Zamek straszył wtedy ruiną, a wejście do lochów ryglowała potężna krata. Od słynnego himalaisty Andrzeja Zawady dowiedziałem się później, że żadnych torów ani pociągów tam nie ma – zainstalowała się tam po prostu stacja geofizyczna PAN i stąd to całe zabezpieczenie.

         Usiłowałem to wytłumaczyć Wojciechowi Uciowi, ale ten nie chciał słuchać. Odgrażał się, że do wykopania pociągu zaprzęgnie żołnierzy z batalionów w Szklarskiej Porębie i Wałbrzychu. Biedaczysko nie wiedział, że jak pisał Jewgienij Zamiatin: stawianie pytań, na które już dawno udzielono odpowiedzi, to wyłączny przywilej mózgów działających na zasadzie krowiego żołądka.

         Gdy Uć polazł po darmową siłę roboczą do dowódcy brygady w Lubaniu, pułkownika Ryszarda Bartoszewicza, ten spuścił go na drzewo. Rysiek sam mi mówił, że dał mu szeroki wybór flory – na przykład jedną z pięćdziesięciu lip okalających plac apelowy, które podwładny Ryśka, pułkownik Marian Krzyżosiak, akurat namiętnie pozbawiał gałęzi, wierząc, że od tego lepiej rosną.

          Krzyżosiak, wybitny społecznik i sędzia narciarski, organizujący z Wandą Lechowiczową imprezy kulturalne, o jakich dziś można tylko pomarzyć, kochał przyrodę, ale organicznie nie znosił łowców skarbów oraz pułkownika Ucia.

         Nieszczęśliwy był ten nasz Uć. Hołubili go tylko dwaj generałowie: Władysław Jura, regularny triumfator wszelkich nieoficjalnych konkursów na najgłupszego generała Wojska Polskiego, oraz Stanisław Brodziński, niespełniony poeta, którego kunszt literacki mieścił się w estetyce duetu Marks & Lenin.

         Brodziński odwiedzał czasem strażnicę Orle i Granicznik, badając wzrokiem tutejsze lasy i dolinę Izery, gdzie sudeckia przyroda – majestatyczne, świerkowe regle spowite gęstą, siwą mgłą i leniwie wijące się koryto rzeki – tworzyły tło godne poezji, której generał tak bardzo nie potrafił pisać. Kto wie, może w jego poetyckim mózgu tliła się wizja odkopania złota? Świętego Graala wykluczam – generał był przysięgłym ateistą.

         Kapitan kurwolubny podziwiał Ucia wyłącznie za upór w układaniu puzzli. Gdy usłyszał, że pułkownik ułożył pół tysiąca elementów w dwa lata i pęka z dumy, choć na pudełku stało jak wół: „Od 3 do 5 lat”, kapitan poradził mu lekturę Pascala. Uć zapytał przytomnie, gdzie ten Pascal mieszka, bo chętnie go odwiedzi, by pogadać o religii i przyjaźni polsko-radzieckiej. Kapitan tylko machnął ręką. Wyliczył, że wartość intelektualną Ucia opisuje ułamek, gdzie licznik to kompetencje, a mianownik – mniemanie o sobie. Licznik był mikry jak bozon Higgsa, a mianownik wielki jak Pałac Kultury. Po tej konstatacji kapitan otworzył sejf, wyciągnął flaszkę, zdeflorował ją ciosem pięści i pociągnął z gwinta, raz na zawsze kończąc dyskusje z Uciem, który – jako naczelny kapuś brygady – mnie również mocno dał się we znaki.

 

Ostateczne rozliczenie zniczem i oniryczny manifest grafomana

 

Moje podejrzenia co do roli pułkownika magistra Ucia jako naczelnego kapusia brygady ostatecznie potwierdził Ryszard Bartoszewicz. To facet, który o kulisach wopowskiego piekiełka wiedział wszystko.

         Mając tę wiedzę, złożyłem pułkownikowi solenną i ostateczną deklarację: „Jeżeli na mój pogrzeb przyjdzie płk mgr Uć, to przysięgam przed Bogiem i partią – zmartwychwstanę w trumnie i bezlitośnie przypierdolę mu w łeb najcięższym zniczem, jaki znajdę na nagrobku”. To jedyny język dyplomacji, jaki ten bozon kompetencji byłby w stanie przyswoić.

ONIRIADA

Popatrzcie szukacze! Toż to też skarby
Ponad marne sekrety i pociąg ze złota
Wokół was sudeckiej przyrody barby
A w waszych głowach pospolita głupota.
Popatrzcie szukacze! Na gałęzi dzięcioł i sroka
Zamiast sztab złota z ubeckiego banku
Patrzcie szukacze! Coś na was patrzy z wysoka
Gdy kopiecie w gnoju od samego ranku.
Patrzą dumna sosna, daglezja i trzy perukowce
Które z niemieckich planów dawno się śmieją
Obłoczki po błękicie biegają jak owce
Nad waszą naiwnością i płonną nadzieją.
Patrzą Mara, pies Fabi i Królewna Śnieżka
Zza reglowych lasów spowitych we mgły
Tu za każdą daglezją coś innego mieszka
Mit, ubecka prowokacja albo sny złe i mdłe.
Za daglezją daglezja, za Fabim pies inny
Bo w moim śnie wszystko się mnoży i mieni
Te całe wasze skarby to pomysł dziecinny
Dla ludzi o umysłach zwiędłych jesieni.
Kot biega za Marą, za kotem biały Fabi w domyśle
Wokół szumi karkonoski, potężny bór
Trochę się pogubiłem, ale to przemyślę
Gdy znowu zaleje mnie wspomnień tych chmór.
Sosna ukryta w sośninie, za sroką dzięcioły
Przyroda kpi z poszukiwaczy bez końca
Dzięki temu wasz grafoman jest stale wesoły
I pisze te bzdury w blasku sudeckiego słońca.
Ale jeśli jesteście dziś nie w humorze
I wolicie trotylem rozwalać parki i lasy
Mit złotego pociągu nic wam nie pomoże
Minęły bezpowrotnie ubeckie te czasy.
Tak mi potwornie przykro, podolscy kopacze
Że wasz święty pociąg nic dla mnie nie znaczy.

 

  Fragment Raptularza

CZASZKA, GRANIT, CENTRALA, NIEBO, AMETYSTOWY BATALION I RAJSKI CZAN

Gdyby najkrócej określić to, co właściwie wciąż ciągnie mnie w góry, to jest to – przyjemność. Przyjemność pojawia się wtedy, gdy nie myśli się jedynie o wejściu na wierzchołek, ale gdy np. idąc po lodowcu, człowiek zaśpiewa, zaśmieje się, czy zrobi komuś jakiś kawał. Jest też w górach tyle piękna i w tylu postaciach, że trudno to wyrazić. Jest to urlop od spraw codziennych i oddalenie się od nich, choć nie oznacza to ucieczki, a tylko potrzebny względem nich dystans.

                                                                                                                          Wanda Rutkiewicz

Kop w górę, pająki w słoikach i snajperka Wanda

Na biurku klawiatura. Na krześle dupa. Moja.
A wyżej sufit i tam wiszą wspomnienia. Pajęczyna myśli. W czaszce? Szkoda gadać, w czaszce łupie. Majdruję te strzępy, tnę nożyczkami AI, żeby weszły w ten cholerny Raptularz. Z powały zdejmuję Osiecką, lekko skrzywioną: „…wspinaczki i rozpędzone tętno oszalałej krwi… na gaz, na pełny gaz!”
         Tia, gaz. Sześćdziesiąt lat temu. Kopas w dupę od firmy. Trzeci już służbowy. Gładki, pionowy – awans pod górę, do kurortu. Oni myśleli, że nagroda, ja wiedziałem swoje.

         Na Orlu to ja byłem słońce. Księżyc, wiatr, mgła i deszcz. Samotny bóg nad czterdziestoma szwejkami. Nad głową czyste niebo, żadnego szefa. A w Batalionie? Masz babo placek. Batalion Górski WOP. Dwustu surowych rekrutów do przekucia w siepaczy i chmara zwierzchności. Chmara? Nie, kupa. Kupa to jest słowo klucz.

Główny kopiec w tej kupie robił major Zbigniew Drobniak. Stara szkoła Informacji Wojskowej. Przesiąknięty tą zbrodniczą, sejmową formacją do szpiku kości. Ja miałem uczyć szwejków łapać dywersantów, strzelać w łby terrorystom, a w sprawach zarządzania – ruki pa szwam.

         Ręce przy szwach i morda w kubeł. Rusycyzmy? A jakże. Wojtek Jaruzelski wskoczył wyżej w Sztabie, chciał się przypodobać Moskwie, to nam, kadrze, przypieprzył coroczne egzaminy z rosyjskiego. No i wsiąkło. Skorupka nasiąkła za młodu, teraz śmierdzi.

         Mieszkałem w stuletniej, niemieckiej chałupie na cztery rodziny. Kroków do lasu: dwadzieścia. Do strzelnicy: trzydzieści. Do batalionu: pięćdziesiąt. Blisko do wszystkiego, za blisko. W chacie meblościanka, wersalka, jamnik, cztery krzesła i… apokalipsa. Sto słojów laboratoryjnych. W słoikach izerskie robactwo: pająki, ślimaki, pełzające dziwadła. Do tego cetnary kamulców. Kryształy górskie, ametysty, opale, gnaty ziemi. Moje obrazy, moje rzeźby, szkło ołowiowe prosto z huty.

         Dla Joli – mojej żony – to była czarna rozpacz i jasna cholera. Ani zamieść, ani odkurzyć, bo wszędzie eksponaty. No i ten Steć. Tadeusz Steć. Przewodnicka sława, kumpel z Górzyńca. Przyprowadzał te swoje wycieczki, tę stonkę z kurortu, prosto do mojego pokoju. Pokazywał palcem: „Patrzcie, jakie dziwy z Karkonoszy”. Indywidualna stonka też lazła drzwiami i oknami.

         Żeby uspokoić Jolę, zrobiłem ognisko. Spaliłem część własnych obrazów i rzeźb. Dym poszedł w niebo. Książek nie ruszyłem, chociaż jeszcze nic nie wydałem, ale pisałem, pisałem jak wściekły, jak jasna cholera.

         Dla świętego spokoju wysmażyłem na kartonie tabliczkę:
„Uwaga! Zły pies. Złe dzieci, a gospodarz wcale nie lepszy. Kotu także nie należy ufać”.

         I wtedy zjechała delegacja z Wrocławskiego Klubu Wysokogórskiego. Wanda Rutkiewicz, Bogdan Jankowski, Jaś Franczuk.
Wanda staje przed kartonem, mruży oczy:
– Co za kretyn to napisał?
– To nie kretyn – Jaś jej wchodzi w słowo, bo wiedział, co hoduję w skalniaku na Orlu. Patrzy na mnie: – Masz spluwę?
Nie czeka na tak czy nie.
– Masz. Chodźcie, postrzelamy. Założyłem się z Wandą, kto lepszy. Na zajęciach z wojska szczekała, że jest snajperem.

No to idziemy. Ciekawe, jak te wielkie asy od czakanów poradzą sobie z ordynarną tetetką. Bogdan? Bogdan z trudem zaliczył kulochwyt. Strach w oczach. A Wanda? O kurna. Wanda wybiła 25 na 30 punktów. Skopała Jasiowi tyłek, przegoniła go o całe sześć oczek. Franczuk machnął ręką, zaczął zbierać mosiężne łuski z ziemi, jak dzieciak jagody.

         Jola alpinistów nie trawiła (oprócz Michalskiego), więc zwiała na plotki do sąsiadki. Tam, w gęstym dymie babskich narad, knuły sabotaż. Jak ukrócić to moje zbieractwo, tę moją twórczość, bo przecież nie tylko o słoiki szło. Nie tylko.

         Rano telefon. Dzwoni Władek Czyszczoń. Pika w słuchawce, trzeszczy. Sygnalizuje przyjazd. Jego i…

Czarny oolong ze strzelnicy i Dawid z potężnym dyszlem

…Ludwika Kiczury też. Zatrzymają się u nas. Plan: huta, ogień, będziemy majdrować kryształowe formy. I tak na okrągło, kołowrotek życia.

Siedzimy przy jamniku. Ciasno. Jasiek Franczuk – dusza człowiek – rzuca: „Zrobię herbatę”. Poszedł do kuchni, garami tłucze. Bogdan w tym czasie wykłada karty na stół. Wrocław wspinaczkowy planuje Himalaje. Ambitnie. Cel: lodowiec Baltoro. Karakorum. Środek piekła, jedyna droga piesza do serca najwyższych gór. A wokół cztery potwory, same ośmiotysięczniki: K2, Broad Peak, Gasherbrum I, Gasherbrum II. No, ale siły trzeba mierzyć na zamiary. Jak ich te giganty przerosną, to wezmą pik Baltoro Kangri. Też nie ułomek, 7312 metrów nad poziomem morza. W sam raz, żeby zamarznąć.

Wchodzi Jasiek. Niesie czaj i paruje. Płyn czarny jak smoła, gęsty. Łykam. Jezus Maria. Smakuje jak szpitalny rosół doprawiony prochem strzelniczym.
– Co to jest, na Boga? – krztusi się Bogdan.
– Mój specjał – Jasiek szczerzy zęby, tajemnica państwowa. – Baza to herbata oolong. Ulung.

Okazało się, co to za baza. Jasiek wrzucił do czajnika te mosiężne łuski, co je nazbierał na strzelnicy. Przepłukał wrzątkiem proch z ołowiem i podał jako rarytas. Awantura, krzyk, taternicy mało go nie zagryźli. Jasiek musiał salwować się ucieczką na pole, w izerską mgłę.

Gdy kurz opadł, Wanda wyłożyła prawdziwy powód najazdu.
– Wiemy, że masz stosunki ze Steciem…
– Stosunki? – aż mnie zatkało. – Wypraszam sobie. Żadne stosunki nie wchodzą w rachubę. Najwyżej konfraterskie zbratanie. Męskie, sudeckie.
– Dobra, niech będzie zbratanie. Czy to zbratanie pozwoli ci wyłudzić od niego książkę „Baltoro ein Himalaya-buch” profesora Dyhrenfurtha?

Patrzę na nią.
– Wando, skąd wiesz, że Tadek to ma?
– Pokazywał na wykładzie. Jedyny egzemplarz w Polsce. Błagałam, żeby pożyczył na parę dni. Odmówił. Jak pies.

Znałem Stecia. Święta prawda. Prezenty brał chętnie, pasjami, ale ze swoich łupów nie oddałby ani kartki. Pies z kością to przy nim wolontariusz.

Rano goście poszli na przełaj, prosto do chatki pod Śmielcem. A ja? W gazik, ryk silnika i do Cieplic, na ulicę Orlą.
Pukanie. Otwiera Tadek. Mętnie patrzy na świat. Król sudeckich gejów nie znosił poranków. Spał do południa, bo prelekcje dla „stonki” i kursantów zaczynał wieczorami.
– Co cię sprowadza o tak barbarzyńskiej porze? – mruczy.
– Masz Baltoro.
– Mam.
– Sprzedasz?
– Nie.
– Dlaczego?
– Bo nie.

Krótka piłka. Ale ja miałem asa w rękawie.
– Tadziu, mam propozycję. Zamiana. Za Baltoro dam ci miniaturkę Dawida. Brąz, kopia Michała Anioła. Słuchaj, ma fiuta jak dyszel od Wielkiego Wozu.

Steć wziął figurkę w łapę. Obejrzał z bliska, z profilu, od dołu. Zachwyt w oczach. Kupiony.
– Machniom – powiada.
– Machniom – mówię.

Dawid ze swoim potężnym dyszlem został w Cieplicach, a książka o Baltoro pojechała do Szklarskiej Poręby. Potem do Wrocławia. Wanda mało nie zemglała ze szczęścia.

Tacy byli ludzie gór. Pełna fraternizacja. Wczoraj na „pan”, dzisiaj po imieniu, jutro na jednej linie. Na Orlu, w tamtych moich czasach, gościłem całą elitę. Rutkiewicz, Zawada, Piotrowski, Jankowski, Burchard… Długa lista. Wanda wtedy jeszcze nie śniła o Evereście. Poznałem ją, gdy dopiero raczkowała na skałkach w Rudawach Janowickich. Butna już była. Silna sylwetka po siatkówce i lekkoatletyce, ciało jak struna. Piękna kobieta, ale zawodnik ostry, bez litości. Zaprzyjaźniliśmy się szybko. Bez podtekstów łóżkowych, czysta lina. Teraz, z perspektywy lat, trochę żałuję… Ale Wandy faceci nie obchodzili. Tylko skała, kamień, lód. Czym wyżej, tym bardziej zapominała o świecie. Aż dokopała się do dachu świata.

Cudownie było patrzeć, jak odlatywała na wspinie. Kozica. Skakała po trudnych drogach na Sokoliku, a w zimie – wariatka – łoiła zaśnieżone urwiska Śnieżnych Kotłów. Sudecki poligon. Przygotowanie do wyroku w górach wysokich. Marzyła o tym od pierwszego dotknięcia granitu.

I na tym Orlu Wanda potrafiła zawstydzić starych wyjadaczy. Szliśmy na Granicznik. Była tam taka skalna rysa, nikt nie mógł jej ugryźć. Każdy wymiękał. A przyszła zdobywczyni Everestu? Po prostu wbiła tam dłonie, zaklinowała na siłę i szła do góry. Kaleczyła mięso do kości. Na granicie zostały czerwone ślady, żywa krew. Od tamtego dnia to jest „Krwawa Rysa”. Na Krogulcu pierwsze drogi też wytyczał Zawada i ona. „Zawadówka” i „Droga Wandy”.

Ciągle wracam do tego Everestu, może niepotrzebnie. Każdy wie, że 16 października 1978 roku stanęła tam jako pierwsza Europejka i druga kobieta na świecie. Fakt medialny. Ale mało kto pamięta, że dokładnie tego samego…

Papież na ziemi, Rutkiewicz na dachu i bezpieczniacki gust pułkownika

…dnia, gdy cała Polska przyklejona była do radyjek, bo Karol Wojtyła został papieżem. Wielkie halo. A że Wanda w tym samym momencie drapała się na dach świata, na Everest – to rodakom umknęło. Dopiero w siedemdziesiątym dziewiątym, na pielgrzymce w Polsce, Karol sam do niej rzekł: „Dobry Bóg tak chciał, że tego samego dnia weszliśmy tak wysoko”. Ładne. Papieskie.

Potem Wanda poszła w media. Sława, wywiady, papier, taśma filmowa. Pisała, kręciła, goniła czas. „Nanga Parbat 85”, „Requiem”, „Ludzie na Baltoro”, „Na jednej linie”. Z kronikarskiego obowiązku w tym moim Raptularzu muszę wyliczyć te jej skalne trofea. Osiem sztuk ośmiotysięczników. K2, Everest, Nanga Parbat, Annapurna, Czo Oju, Gaszerbrumy dwa i Sziszapangma.

A w dziewięćdziesiątym umyśliła sobie Koronę Himalajów. Wszystkie czternaście szczytów. Chciała być trzecia na świecie, po Messnerze i Kukuczce. I pierwsza baba. I to w jakim tempie – brakujące osiem gór w kilkanaście miesięcy! Wariactwo. Szaleństwo.

Nie dopięła. Została na Kanczendzondze. Majowy poranek, godzina 3:30, rok dziewięćdziesiąty tragicznym drugim. Wyszli z Carlosem Carsolio z „czwórki”, z ośmiu tysięcy metrów. Carlos gnał jak koń, a Wanda słaba, chora, żołądek jej wysiadał. On wszedł, wracał i spotkał ją o dwudziestej wieczorem na 8200 metrach. I to był koniec filmu. Ostatni kadr. Nikt jej więcej nie widział.

Bez sił, wymioty, brzuch pęka, bez żarcia, bez śpiwora, bez namiotu. A ona? Nie zawraca. Wykopie jamę w śniegu, przenocuje i rano pójdzie sama na szczyt. Ekstremum. Dla mnie – niewykonalne. Głęboki śnieg, wiatr szarpiący płuca, ciało odmawiające posłuszeństwa. Trzynaście maja uznali ją za zaginioną. Cztery lata później za zmarłą. Ciała nie ma. Zguba dla świata, łup dla gór.

Dopiero w dwa tysiące dwudziestym pierwszym sejmowy cyrk na Wiejskiej w Warszawie raczył uchwalić Rok Wandy Rutkiewicz. No, to akurat jedno z mądrzejszych pociągnięć tego naszego parlamentarnego teatrzyku.

Ale wracajmy w Izery i Kamiennej. Moja sielanka na stanowisku dowódcy kompanii w Szklarskiej Porębie trwała krótko. Wiadomo – jak dobrze idzie, to zaraz dostaniesz kopniaka. No i dostałem. Awans na zastępcę dowódcy batalionu.

Przedtem był tam pułkownik Marian Krzyżosiak – wielki przyrodnik, sportowiec, gość z pasją. A po nim nastał… pułkownik Zdzisław Drobniak. Ten sam. Ochrona przyrody? Sport? Góry? Wolne żarty, Drobniaka to gówno obchodziło. Ale muszę mu oddać jedno: lojalnie nie przeszkadzał. Jako jego zastępca miałem luźniejszą smycz. Mogłem majdrować przy swoim hobby, rozkręcać klub, chronić te nasze izerskie i Karkonoskie krzaki. Zakładaliśmy grupy ochrony przyrody po strażnicach, robiliśmy pokazy taternickie w Szklarskiej Porębie dla stonki. Do dziś sam nie wiem: bardziej mnie jarały te skały czy granica? Żeniłem jedno z drugim, jak potrafiłem.

I tak, idzie cotygodniowy obchód włości. Koniec rajdu. Maszerujemy ze Stanisławem Fornalem, szefem sztabu, grzecznie z tyłu. Jak dwie owieczki za starym baranem. Drobniak przystaje przy głównej bramie. Siada na murku. Zadumał się, kurza twarz, jak Mickiewicz na Judahu skale. Rozdziawia gębę – jak wąż, co ma zaraz połknąć żabę – macha ręką w stronę Karkonoszy, które zasłaniały nam cały horyzont, i powiada:
– Popatrz, Henryku, jaka piękna panorama. Warto przybliżyć naszym zuchom urok tych gór. No, Henryku, zrób coś z tym widokiem!

A głos miał wtedy taki delikatny… Jakby cheerleaderka zużywała ostatnią parę rajtuz. Nie ryczał, nie warczał, nie strzelał rozkazami z biodra. Cudo niepojęte. Łagogolnie namawiał na zrobienie czegoś unikatowego, jedynego w swoim rodzaju.

A weź tu zgadnij, co taki marksistowski esteta ma na myśli. Drobniak miał gust typowo informacyjny, bezpieczniacki, ka-be-wiacki. Coś jak pseudosłodycz starej prostytutki. No to spekulowałem. Kombinowałem w łepetynie, co ten pułkownik tam sobie roi. W końcu wygłówkowałem. Zrobię dokładnie to, czego chciał, co mu się marzyło w tej jego ubeckiej duszy, a co rozkazał z tą swoją dziwną łagodnością. Pomysł miałem gotowy, kiełkował mi pod czaszką od dawna. Ale morda w kubeł, nie pisnąłem ani słowa. Bałem się, że mnie wyśmieją te wojskowe mądrale. Musiałem narysować plany, porobić szkice i skonsultować cały ten cyrk z moim przyjacielem, Tadeuszem…

Wściekłe abstrakcje w Dolinie Krasnoludków i pancerny dywanik u „Kobry”

…Nodzyńskim. Zapomnianym artystą po krakowskiej ASP. Malował pejzaże, portrety, mistrz. Niewiele ustępował samemu Hofmanowi, Wlastimilowi, co to też w Szklarskiej Poręby siedział na swoim terytorium. Tadeusz miał urokliwą żonę. Chyba mnie lubiła, tolerowała w każdym razie. Nawet nie pisnęła, gdyśmy się z Tadkiem zamykali na całą noc w nieczynnej hali sportowej. Dolina Krasnoludków.

Ciemno, pusto. Osuszamy kilka flaszek, robota idzie. Szykujemy dzieła na wspólną wystawę. Organizuje to Wanda Lachowiczowa. Niepowtarzalna kobieta, szefowa kultury w kurorcie, wielka społecznica. Wystaw było kilka. Moje obrazy? Wściekłe abstrakcje. Krzyk koloru. Do tego rzeźby, zdjęcia, formy z kryształu z huty w Szklarskiej albo w Piechowicach. No i wielki plan, szkice panoramy Karkonoszy, którą umyśliłem sobie zbudować.

I oczywiście znalazł się jakiś marksistowski palant. Albo inny czerwony mędrzec. Wpisał się do księgi pamiątkowej: że moje prace obrażają ustrój. Że dekadencja. Że szkło ma się nijak do sztuki socjalistycznej. A makieta panoramy to aberracja, o jakiej się filozofom nie śniło. Burżuj, kułak, wróg ludu. Inny „życzliwy” – bo u nas życzliwych nigdy nie brakowało – pobiegł z tą księgą prosto do brygady. Do pułkownika Krzysztofiaka. Ksywa „Kobra”. Zastępca dowódcy Łużyckiej Brygady WOP do spraw politycznych. Prawdziwy, niekłamany czołgista, pancerniak z frontu. Ludzie gadali, że jego wojenne przygody posłużyły za kanwę do serialu o czterech pancernych i psie.

No i wzywa mnie ten Szarik na dywanik. Żołnierka żołnierką, nawet ta frontowa, ale czołg gustu plastycznego nie wyrabia. „Kobra” uważał inaczej. Zrugał mnie serdecznie, po żołniersku, słowami powszechnie uznanymi za obelżywe. Dla niego front załatwiał wszystko: odwagę, etykę, moralność i smak. Na koniec pieprznął pięścią:
– Jeżeli, poruczniku, zbudujecie coś tak wariackiego, wyślę was do Barcinka albo do Sieniawki. Tam psychiatrzy wybiją wam z łba te głupie pomysły.

Myślałem swoje. Uważałem, że pułkownikowi odwaga pomyliła się z odważnikiem, skoro wierzy w te swoje bzdury. Ale gęba na kłódkę. Nie ze strachu – odwagi miałem wtedy aż nadto – ale po co martwić starego żołnierza.

Po dywaniku od razu ruszyłem z kopyta. Budujemy. Trzeba było „sposobem operacyjnym” zdobyć materiał. No i żywą siłę. O ludzi się nie martwiłem. O to w wojsku najłatwiej. Nie wiedziałem tylko, czy naszym zuchom to się spodoba. Poborowi zamiast na przepustki mieli spędzać niedziele z łopatami, dygając ciężkie głazy. Przed kompanią piechoty górskiej postawiłem sprawę po męsku. Alternatywa była prosta: albo praca na świeżym powietrzu, albo szorowanie kibli na błysk.

Wszyscy wybrali projekt. Kto by chciał siedzieć w kiblu. Zawsze uważałem, że znoszenie niewyobrażalnych ciężarów to jest niezbywalny przywilej wopisty – od szeregowca do generała. A kible? Ktoś je musiał czyścić. Jak nie było ochotników, braliśmy poborowych z urzędu.

Ubzdurałem sobie tę panoramę, żeby ludzie, nawet w największą mgłę, mogli obcować z Górami Olbrzymimi – tak przecież drzewiej o Karkonoszach pisano. Razem z Nodzyńskim rozrysowaliśmy kilka wersji dzieła. Miało to ręce i nogi. Baza: średniowieczny sztych mistrza grafiki, który wyłudziłem na trzy dni od Stecia (ten facet miał w swoich zbiorach wszystko, co możliwe i niemożliwe w Sudetach). Szkice wyszły nam piękniejsze niż rzeczywistość. Bo ta prawdziwa panorama wiecznie tonęła w chmurach. Gęsta, Karkonoska mgła nadchodziła falami. Wtedy niewidoczne góry wyglądały jak rozszalałe, wzburzone morze albo spieniona rzeka Kamienna po oberwaniu chmury. Jak człowiek w to zanurkował, to czuł się, jakby płynął wśród bałwanów.

Ta mgła nie pojawiła się przypadkiem. Cały ten wariacki pomysł stał na jednym założeniu: jeśli prawdziwe góry znikną w chmurach, ludzie zawsze będą mogli popatrzeć na moją miniaturę.

Gdy panorama stanęła gotowa, nieraz słyszałem, jak…

Ostra salwa nad Doliną Szczęścia i nogi długie jak angielska mila

…przechodzący obok batalionu turyści mówili: „A któż to wybudował? Przeciwko czemu chciał zaprotestować?”
Banda pięknoduchów. Protestować? Ja tu po prostu walczyłem z betonem.

Ale wróćmy do dowódcy. Szkoda, że nie możecie ujrzeć jego gęby, kiedy oglądał te nasze plany. Oczy smutne, twarz zazwyczaj ponura jak listopad w Izerach, a tu nagle – ryp! Uśmiech szeroki jak zapora w Pilichowicach. Cud nad Wisłą, a raczej nad Kamienną. Uśmiechu szefa Ametystowego Batalionu jednak nie zobaczycie. Drobniak umarł w latach siedemdziesiątych i – z kronikarskiego obowiązku donoszę – nadal nie żyje.

Ale pogrzeb miał klawy. Piękny. Tłum ludu, wieńce, patos. Pluton honorowy rąbnął salwę ostrą amunicją. Dlaczego ostrą? Bo ślepej akurat nie było na stanie, wojsko, wiadomo. Trumnę spuszczają do dołu, kryształowa cisza górskiego poranka, a tu nagle ryk. Zawodzenie, szloch, babska histeria. Płakały kobiety, którym Drobniak za życia zrobił… dobrze. No, niektóre wręcz połykały łzy z żalu. Chłopy stali smutni, zmęczeni tą celebracją, i pewnie kombinowali w łepetynach, jak by tu w drodze powrotnej z cmentarza zajechać do „Karkonoszy” albo innej knajpy. Odsmutnić się trzeba było. A sam cmentarz? Leżał w Dolinie Szczęścia. Wyborny dowcipas musiał to wymyślić. Stawiam na Stecia, on miał to poczucie absurdu. Chociaż w socjalizmie nie takie nazwy przechodziły przez urzędnicze gardła.

Plan przeszedł. Dowódca klepnął, dał wolną rękę. Z Nodzyńskim od razu na grunt. Pod południowym płotem batalionu, tam gdzie ogród stykał się ze strzelnicą, było małe podwyższenie. Dziesięć metrów szerokie, pięćdziesiąt długie. Idealne. Wbiliśmy patyki, oznaczyliśmy zarys naszej makiety. Karkonosze w miniaturze.

Potem w gazik i prosto do monopolowego. Kupiłem trzy połówki czystej. Logistyka operacyjna. Jedną osuszyliśmy z Tadkiem na placu budowy, dla natchnienia i lepszego wzroku. Dwie pozostałe poszły jako suweniry dla ludzi z przemysłu. Jedna dla dyrektora Jeleniogórskich Kopalni Surowców Mineralnych, druga dla kierownika kamieniołomów w Michałowicach. I machina ruszyła. Pod batalion zaczęły zajeżdżać potężne ciężarówy. Wywrotki pełne rumoszu kwarcowego i granitu. Niejako przy okazji, nocą i sposobem gospodarczym, wyrwaliśmy całe dno z nieczynnego basenu w Dolinie Krasnoludków. Piękne, foremne bloki granitowe. Ziemię na podsypkę mieliśmy na miejscu – zgarnialiśmy górę, która zamykała zachodni skraj jednostki. Szef sztabu, major Fornal (też stary frontowy wyjadacz), aż zacierał ręce z uciechy. Przy okazji naszej zabawy powiększył sobie plac garażowy dla wojskowych gruzów.

Tak wyrosła panorama jak marzenie. I tak narodziła się legenda: „Ametystowy batalion”.

Żeby sprawdzić sytuację na froncie, wziąłem lornetkę i pognałem na sam szczyt Śnieżki. Przez godzinę gapiłem się na zachód i południe. Oko mi bielało od wypatrywania. Nic. Żadnego śladu dywersantów z NATO. Imperializm spał. Po powrocie do jednostki od razu zmieniłem profil działalności. Moja kompania piechoty górskiej, szkolona dotąd do walki z dywersją, dostała nowy przydział. Wojska rakietowe typu: łopata-ziemia.

Na dowódcę tego ziemnego cyrku wyznaczyłem porucznika Mirosława Banacha. Znaliśmy się jeszcze z oficerskiej budy. Zresztą i tak etatowo dowodził tą kompanią, więc sprawiedliwości stało się zadość. Lubiłem gościa, uparty był jak poganiacz mułów. Kiedyś na mistrzostwach WOP-u skopał mi tyłek w biegu na osiemset metrów. Tak zostaliśmy przyjaciółmi. Wszyscy zachodzili w głowę, jak ten kurdupel to zrobił, a Banach po prostu jechał na koksie. Miał dziewczynę, pielęgniarkę Halinę. Szprycowała go glukozą przed startem, a może i czymś mocniejszym.

Potem się z nią ożenił. Potem rozwiódł. Wziął drugą, też ładną, ale coś nie sztymowało. Machnął ręką, wziął drugi rozwód i znowu ożenił się z Haliną. A to szprycowanie – z tego co wiem – zostało mu do dzisiaj. Lubiłem tę Halinę. Fajna kumpelka, no i te jej nogi… Długie jak angielska mila. Jak na nią patrzyłem, to wiedziałem, że Salvador Dali miał świętą rację, mówiąc, że kobieta to boskie narzędzie do ogłupiania facetów. Banach bez Haliny był jak kret bez kretowiska. Ślepy i bezradny. Czasem mu zazdrościłem. No, wejść w komitywę z takimi nogami to musiała być czysta, zmysłowa przyjemność. Ale nie byłem hedonistą. Uważałem, pewnie naiwnie i niesłusznie, że uwiedzenie żony…

Sto kilo ametystu na Szrenicy i himalajskie asy dygające cement

…uwiedzenie żony podwławadnego jest nikczemnością, a przełożonego – zwykłym, służbowym obowiązkiem. Takie tam mądrości z koszar.

Ale robota Banachowi paliła się w rękach. A raczej jego podwładnym, tym zuchom od łopaty. Panorama pod tym jego światłym dowództwem puchła, rosła w oczach. Konstrukcja monumentalna. Na wschodzie zaczynała się grzecznie u podstawy Grzbietu Lasockiego, na zachodzie kończyła na strażnicy Jakuszyce. Wszystko jak w naturze, tylko mniejsze. Wyraźne, dominujące piki: Śnieżka, Mały Szyszak, Wielki Szyszak, Łabski Szczyt, Szrenica i Mumlawski Wierch.

Nieproporcjonalnie dużo miejsca – bo tak nam dyktowało serce – poświęciliśmy Śnieżnym Kotłom. Wielki Kocioł dostał żleb wyłożony kryształkami kwarcu. Świeciło to w słońcu aż miło. Mały Kocioł dostał żyłę z prawdziwego bazaltu. A szczyt Szrenicy? O, to był majstersztyk. Ozdobiliśmy go olbrzymim głazem granitowym, gęsto inkrustowanym ametystami. Nazbieraliśmy tego fioletowego dobra sporo podczas naszych dawnych wypraw z Woźnicą. Banach uparty jak osioł poupychał te minerały wszędzie tam, gdzie w prawdziwych góryrach spodziewał się ich występowania. I właśnie od tych kamulców, od tego fioletu świecącego w izersko karkonoskiej mgle, ukułem tę dumną nazwę: „Ametystowy Batalion”. Jedyny taki pododdział w całej wojskowej nomenklaturze, który pisało się wielką literą. Z honorem.

Banach miał do pomocy porucznika Marka Wójsa. Dowódca plutonu, sprawny oficer. Sprawny do wszystkiego, do tańca i do różańca, a zwłaszcza do kombinowania. Z tartaku, gdzie kazał swoim ludziom harować, żeby napełniać czarne, nielegalne kasy batalionu, przytargał dwie grube, solidne dechy. Od razu wrzuciliśmy je na pakę i wywieźliśmy do Chatki pod Śmielcem. Razem z wrocławskim klubem wysokogórskim próbowaliśmy ten stary bunkier doprowadzić do jako takiego stanu.

Urobiłem dyrektora Karkonoskiego Parku Narodowego. Podpisał glejt, wydzierżawił Chatkę pod Śmielcem Sudeckiemu Klubowi na wieczne użytkowanie. Mało tego, dorzucił ze swoich zapasów dwa metry sześcienne desek podłogowych. Potem podszedłem kierownika budowy nowego schroniska na Śnieżce. Ten też pękł. Dał wory cementu, beczki lepiku, rolki papy. Wszystko okazyjnie wyłudzone, zdobyczne, nasze.

Sto kilo ametystu na Szrenicy i himalajskie asy dygające cement

Logistyką i transportem zajął się porucznik Wójs. Cudownie było patrzeć, jak ten wojskowy sadysta obładowywał plecy tragarzy. A tragarzy mieliśmy z najwyższej półki. Elita. Gwiazdy. Wójs podjeżdżał Starem 6×6 na drugą Drogę Sudecką, wywalał te moje zdobyte dobra na ziemię, a dalej – trzy kilometry wąską, stromą, górską ścieżką pod górę. I kto to nosił? Wanda Rutkiewicz. Krzysztof Wielicki. Bogdan Jankowski. Wielici himalaiści dygali cement. Marek z jakąś taką szczególną, sado-masochistyczną atencją traktował Wandę. Zawsze, bez mrugnięcia okiem, kładł na jej nosiłki dwa pełne wory cementu. I szła. Nie marudziła. Charakter.

Wtedy też do Szklarskiej Poręby zjechała Wanda razem z Hanną Wiktorowską – sekretarzem Klubu Wysokogórskiego (zaraz potem przemianowali to na Polski Związek Alpinizmu). Obie panie wpadły do mnie z oficjalną wizytą. Poprowadziłem je pod płot, pokazałem naszą Panoramę Karkonoszy. Gapiły się z gębami otwartymi z zachwytu. Szczególnie ta Śnieżka im zaimponowała – zwieńczona stukiłowym głazem z osiemdziesięcioprocentową domieszką fioletowego ametystu.

Wanda nagle zamilkła. Zadumała się, popatrzyła wzdłuż siatki i powiada:
– Henryku, masz jeszcze wolne miejsce pod płotem, od wschodniej strony. Nie uważasz, że pasowałyby tu dwa kopce? Symboliczne. Krzyżna Góra i Sokolik. Przecież obie te formacje idealnie widać ze szczytu Śnieżki i ze Śnieżnych Kotłów. Ja tam zaczynałam przygodę z liną i kamieniem. Ty też tam przecież wiecznie wisiałeś na rękach.

Zrozumiałem. Przyszła zdobywczyni Everestu miała potworny sentyment do tych skałek w Rudawach Janowickich. Tam były jej korzenie. Powiedziałem, że przemyślę, rozważę, a tymczasem zaproponowałem wycieczkę na prawdziwą Śnieżkę.

Niestety, planów Wandy nie zrealizowałem. Przenieśli mnie do sztabu Łużycznej Brygady WOP w Lubaniu. Panorama została niedokończona (wedle mojego tajnego wzoru W = V + V, o którym zaraz opowiem).

A potem przyszły inne czasy. Początek lat dziewięćdziesiątych. Nowa Polska, nowe porządki. Oprowadzałem generała Sławomira Petelickiego po Górach Izerskich i Karkonoszach. Twórcę GROM-u. Chodziliśmy ścieżkami, a za kulisami tych tajnych służb…

 

Wzór na cycki Violetty Villas i strach przed kosmicznym dyszlem

 

Stoimy nad Śnieżnymi Kotłami. Droga Przyjaźni, wiatr łeb urywa. Patrzymy w dół, w tę otchłań, w te pionowe ściany. Gadamy o początkach łojenia w Kotłach. O Wandzie.
– Znałeś Rutkiewicz? – pyta Sławek Petelicki, szef przyszłego GROM-u. Oczy ma bystre, nawykłe do prześwietlania ludzi.
– Znałem – mówię. – Od samych początków. Od lat sześćdziesiątych, jak jeszcze raczkowała w granicie.

Szczerość w rozmowach z byłymi esbekami i ludźmi z resortu to zazwyczaj bezdenna głupota, czysty samobój, ale jemu opowiedziałem wszystko. O Wandzie i o całym tym naszym sudeckim świecie. Wyłożyłem kawę na ławę:
– Popatrz, Sławku. Gdyby nie te karkonoskie zaprawy, gdyby nie Sokoliki i Orle, nie byłoby pierwszej Europejki na Evereście, szczycie świata. Wanda stąd wyrosła. Stąd też poszli w świat najlepsi: Wielicki, Zawada, Jankowski i Pietkiewicz z Jeleniej Góry. Karkonoski miąższ.

I wtedy pokazałem przyszłemu generałowi dwie charakterystyczne górki na horyzoncie. Pogoda była żyleta, kryształ, widoczność na kilometry. Mogłem moją teorię podeprzeć żywym terenem. Mundurowi – wiadomo, każdy z nas miał słabość do spódniczek, Sławek też święty nie był. Pokazuję palcem na majaczące w dali Sokole Góry i wykładam mu mój autorski wzór: W = V + V.
– Patrz tam, Sławku. Widzisz? Za Jesienią Górą. Te dwa piki wypiętrzone jak cycki Violetty Villas? To jest właśnie W = V + V. Mój prywatny żargon, skałolazy to podchwyciły. W jak Wanda, a V + V to ta nasza sławna, biuściasta piosenkarka. Prosta matematyka terenu. Najpierw te dwa cycki w Rudawach Janowickich, potem Śnieżne Kotły, a na koniec – ryp! – Mount Everest.

A teras słowo o dwóch damach i o yeti.

Dzisiaj, gdy minęło tyle, tyle lat, siedzę przy tej klawiaturze. Ja, który na tym padole dla ludzi nic dobrego nie zrobiłem i nie robię. Stary wopista. Zamiast jednak narzekać na pospolitość skrzeczącej rzeczywistości, coraz częściej uciekam myślami w górę. Kombinuję, jak by tu skutecznie pomóc Panu Bogu chmurki popychać nad Karkonoszami. I marzę, żeby znowu spotkać ludzi, z którymi spotkać się warto. Te nieprzeciętne istoty. Jestem więcej niż pewny, że w niebie, w tej całej niebieskiej hierarchii, siedzą wysoko dwie damy. Jeśli niebo ma być rajem – takim, o jakim tak pięknie i kwieciście klaruje Biblia – to musi tam być miejsce dla Hani i dla Wandy. Ich ziemskie dokonania były znamienite. A mnie zaszczyciły swoją przyjaźnią.

I w ramach mojej prywatnej ekspiacji za obecne nicnierobienie, przesuwają mi się przed oczami ci wszyscy ludzie Gór. Osobistość szczególna: Hanna Wiktorowska. Na Everest wprawdzie nie wlazła, ale Karkonosze, Izery i całe Himalaje miała w małym palcu. Trzęsła tym całym taternickim towarzystwem jako sekretarz związku. Ale zostawmy na chwilę te ich wielkie wyczyny, te medale i palce odmrożone w lodzie. Powiedzmy o ich zwykłym, babskim życiu. I o ich osobliwych kwalifikacjach przemytniczych! Bo miały te dziewczyny bezgraniczny, wręcz empatyczny szacunek do wszystkiego, co żyje.

Oto dwa zwyczajne obrazki z tamtych lat.

Obrazek pierwszy. Wanda i Hania drapią się na Śnieżkę. Śliczna Wanda – sam Michał Anioł, gdyby żył w naszych czasach, wziąłby ją na modelkę do jakiegoś niebiańskiego fresku. I Hania – wysmukła jak karkonoski świerk, dyskretna, elegancka. Idzie Hania, sunie wyprostowana przez Równię pod Śnieżką. Na „stonkę”, na tych kurortowych turystów, patrzy z góry. Bo wielka była, do dwóch metrów wzrostu brakowało jej niewiele, tyle samo co i mnie. Mija Śląski Dom, zaczyna się ostre podejście pod sam szczyt. I widzę, że im wyżej, tym bardziej Hania się zgina, pochyla ku ziemi, niemal nosuje kamienie.
– Haniu! – wołam za nią. – Zmęczona jesteś? Słabo?
– Skąd! – fuka na mnie. – Ależ skąd, orzesz ty poruczniku… Obawiam się tylko, żeby Duch Karkonoszy nie przyłożył mi przypadkiem po łbie tym dyszlem. Tym, co go wyrwałeś Dawidowi z Wielkiego Wozu, a który wisi teraz nad Pecem!

Obrazek drugi.

 

Cegły na nosiłkach, czarny kruk pod kurtką i ursynowskie wieżowce

Remontujemy tę nieszczęsną Chatkę pod Śmielcem. Pospolite ruszenie: koło wrocławskie i nasz Sudecki Klub Wysokogórski. Zorganizowałem drugą dostawę gabarytów. Star 6×6 ryczy, sapie, wtacza się na drugą Drogę Sudecką. Wywalam na glebę materiały budowlane „zdobyte sposobem operacyjnym”. W tym wory z cementem, każdy po pięćdziesiąt kilo żywej wagi.

Bogdan Jankowski – jak to on, logistyk od siedmiu boleści – przytargał z Wrocławia świeżą porcję „niewolników” do dygania pod górę. W ekipie znowu ona, Wanda Rutkiewicz. I Wielicki, i Jaś Franczuk. Jurek Pietkiewicz, Jerzy Woźnica, Waldek Michalski – wszyscy zwijają się w tym karkonoskim ukropie jak wściekli. Przylazł nawet Jerzy Kolankowski, pierwszy prezes Koła Sudeckiego Klubu Wysokogórskiego. Celebryci na budowie.

A dalej – wiadomo. Wąska, kamienna ścieżka ostro w pion. Ładujemy ten cały kram na drewniane nosiłki. Podchodzi Wanda. Sylwetka sprężysta, wzrok stalowy.
– Daj cement – mówi krótko.
Kładę ten pięćdziesięciokilowy kloc na jej nosiłki. Patrzę z ukradka, czy pod tym wojskowym ciężarem nie ugną się nogi przyszłej królowej Everestu. A ona mierzy mnie wzrokiem, bezczelna, i żąda:
– Dorzuć jeszcze kilka cegieł. Mało mi.

Charakter, mówię wam. Baba z granitu.

Po tym całym dygactwie siedzimy wreszcie w kurniku, w chatce. Pijemy czaj. Jasiek Franczuk już z nami nie pogada – został na zawsze w szczelinie lodowca na Kunyan Chhish. Zamarzł w tamtym swoim świecie. Herbata tym razem zwykła, oolongowa, bez posmaku prochu ze strzelnicy. Wanda – która wiedziała wszystko o wszystkim, co kiedykolwiek napisano o skałach i lodzie – wyciąga z plecaka potężną cegłę. Piąty, chyba ostatni tom monumentalnego dzieła Saysse-Tobiczyka: „Himalaje-Karakorum”. I gadamy przez te zakurzone kartki do późnej nocy. A skoro świt – ryp, pobudka i znowu remont. Jurek Pietkiewicz rozstawia towarzystwo po kątach, rozdziela robotę. Nie ma co gadać: gdyby nie te połączone siły Wrocławia i Jeleniej Góry, z Chatki pod Śmielcem nie zostałyby dzisiaj nawet fundamenty. Rozebrałaby ją mgła i turyści.

A teraz obiecane zdania o tych specyficznych, babskich kwalifikacjach przemytniczych. Było tak. Wanda Rutkiewicz przytachała ze szczytu Everestu mały kamyk dla papieża Wojtyły. Łup z dachu świata. Ale spod tego himalajskiego kolosa zgarnęła coś jeszcze – maleńkiego, nepalskiego szczeniaka. Prezent od Szerpów. Piesek był czarny jak nocne niebo nad Orlem, a może jak najczarniejszy izerski kruk. Ślepia mu błyszczały niczym czarny onyks – kamień magów, czarnoksiężników i wopistów.

Piesek przyleciał z Wandą do Warszawy i na Okęciu zaczął się cyrk z celnikami. Procedury, kwarantanny, paragrafy. Wanda blada ze strachu, że jej tę psinkę uśpią, a ją samą zamkną w kiciu. I wtedy do akcji wkracza Hania Wiktorowska. Ubrana w wielką, nepalską kurtę, bez mrugnięcia okiem zgarnia czarną kuleczkę pod pachę, pod materiał i spokojnie, z dumnie podniesioną głową, maszeruje przez linię odprawy. Celnicy albo nie zauważyli, albo – co bardziej pewne – nie chcieli zauważyć tej napuchniętej kurty. Bo Wandę i Hanię lubili wszyscy. Nawet ci celni szpiedzy i wopiści na etatach.

Po udanym przemycie zorganizowaliśmy chrzest tej czarnej, futrzanej kulki. Świadkowałem tej uroczystości, a jakże. Psinka dostała imię: Yeti. Matka chrzestna: oczywiście Hania. I ten mały Yeti odwdzięczał się Hani za ten przemyt niesamowitą, psią radością. Kiedy Wanda znikała na swoje kilkumiesięczne, szalone wyprawy w Himalaje, Yetunia – jak pieszczotliwie mawiała na nią Hania – zawsze lądowała w domu Hani i Jurka Wiktorowskich.

Zresztą nie tylko psy mogły liczyć na ten ich gościnny azyl. Alpinistki, taternicy, bezdomne asy skały – wszyscy tam lądowali. Obżeraliśmy tych Wiktorowskich niemiłosiernie, czysta szarańcza. Sam też tam nieraz biesiadowałem na krzywy ryj.

W siedemdziesiątym drugim Wanda przeniosła się z Wrocławia do Warszawy. Ja zrobiłem to samo w siedemdziesiątym ósmym. Mieszkaliśmy rzut beretem od siebie. Ona Wilanów, ja Ursynów. Ona na dziewiątym piętrze blokowiska przy Sobieskiego, ja na Szolc-Rogozińskiego, na dwunastym. Trzy piętra wyżej mieszkałem od niej! Ale to ona weszła te kilkaset metrów wyżej, na sam szczyt świata, na Everest. Nie mogłem jej dorównać z tego mojego ursynowskiego balkonu. Wyższej górki w bloku już nie było.

Ilekroć odwiedzałem tę słynną himalaistkę w jej m2 na Sobieskiego, Yetunia zawsze siedziała na jej kolanach. Przyklejona. U Wiktorowskich to samo – pies nie odstępował Hani na krok.

Mam taki zapis, notatkę z wizyty u Rutkiewicz:
Siedzi Wanda w fotelu, na kolanach czarny Yeti. Przeglądamy zdjęcia z wyprawy na Everest. Slajdy, kolory, blask. I jest to jedno ujęcie: Wanda stoi na samym szczycie. Wznosi czekan wysoko nad głowę, oburącz. Jak ksiądz monstrancję na procesji.

 

Centrala niebo, niebiańska pułapka i rajska herbata z ołowiem

 

Z czekana dyndają dwie flagi. Nasza, biało-czerwona, i ta ząbkowana, nepalska. Wanda na slajdzie stoi, a pod nią cała planeta. Potem ta dziewczyna odgrzebuje ze śniegu kamyk – prezent dla Karola Wojtyły.

Yetunia też patrzy na zdjęcie. Szczeka. Radośnie tak, po psiemu. Lubi te wspomnienia, sukcesy swojej pani. Na widok fotek Hani Wiktorowskiej robi to samo. Może to jej psie serduszko wyczuwa dobrych ludzi? Tych, którym tak wiele, no, wszystko zawdzięcza.

Zadzwonię. Dziś. Do nieba. Na centralę.
Zapytam. Jak ci tam, Wando? Minął dzień? Czy masz pod stopami te błękitne chmury, czy tylko karkonoską mgłę? Czy księżyc daje w tym waszym niebie jakiś rozkoszny cień? A słońce? Wciąż ogrzewa twoją dobrą, czułą twarz? Masz tam drzewa, Wando? Jakieś świerki chociaż? A anioły? Masz?

Zadzwonię. Tak, dziś. Zapytam o ptaki. Czy śpiewają? I najważniejsze: ile waży tęsknota? Za czym? Za Karkonoszami, za naszym Granicznikiem, za tą cholerną „Krwawą Rysą”. Masz tam, Wando, słodkie, oniryczne sny?

Zadzwonię. Bo wciąż wierzę. W to połączenie dusz, przez te wszystkie warstwy chmur. Chociaż pamiątki drogie, te nasze słoiki, te rzeźby, Dawidy z brązu – wszystko już dawno przykrył złowrogi kurz zapomnienia. Zadzwonię. Chcę cię jeszcze raz usłyszeć. Bo czuję serca bicie. Szybkie, rozpędzone, jak u oszalałego rekruta. Tak. My. Niebo. Ziemia. Dusza. To wciąż jest nasze człowiecze życie, nic innego nie mamy.

I znowu. Znowu to samo. Nadciąga ta izerska fantasmagoria.
Wando. Himalaistko. Moja niegdysiejsza przyjaciółko spod płotu batalionu. Doceniam to. Że poświęciłaś mi wtedy swój czas, temu narajanemu porucznikowi. Dałeś mi coś, czego już nie odzyskam. Nigdy.

Ale dlaczego? No powiedz, dlaczego tak nagle? Po cichu. Zgasło to twoje góry kochające serce? Tak nagle. W tym śniegu na 8200. Ostygły twoje ręce, te co tak mocno trzymały czekan. I mózg ostygł. Usta zamilkły. A te wszystkowidzące oczy na góry już nie spoglądają. Nie śmieją się. Z ufnością, z empatią. Koniec filmu.

Ten świat bez ciebie, anielska Wando, zrobił się potwornie mały. Taki maczkowy. Taki szary, bezbarwny, jak ursynowski beton w listopadzie. I nagle – bez znaczenia. Pusty jakiś. Smutny. Pełen bólów, strzykania w kościach i cierpienia. Myślisz, że nie wiem? Ludzi ogarnia tęsknica. Całe gromady twoich dawnych przyjaciół tulą cię w myślach. I próbują. Bardzo próbują pogodzić się z tym cholernym bólem. Oddychać bez ciebie, choć powietrze rzadkie, jak w wyższych obozach.

Moja karkonoska przyjaciółko. Czy jest ci tam chociaż dobrze w tym pysznym, ale lodowatym lodzie Kanczendzongi? Masz teraz mnóstwo czasu. Mieszkanie w chmurach, jasny błękit, wietrzenie głowy. Ale na głowie – znam cię – ciągle masz mnóstwo ważnych, ludzkich spraw. Związek, wyprawy, pozwolenia. A na to wszystko – jedno tylko wieczne, pozaziemskie życie.

Skoro wszystko wiesz lepiej, bo patrzysz z lotu ptaka, z tego swojego niebiańskiego dziewiątego piętra, to powiedz: czemu mi tak jakoś jest? Że tylko siąść na tym wojskowym murku i płakać?

Anielska Wando. Może ty nie wiesz, ale ja tu na dole wcale nie jestem szczęśliwy. Zwłaszcza gdy mi głowę suszysz tymi dawnymi wspomnieniami. Ślesz mi z zaświatów te ułudy, omamy, połajanki. Czy to jest, kurna, jakieś pranie duszy starego porucznika? Gdy tylko chcę zboczyć z górskiej drogi, pójść w boczny las, ty już tam na mnie czekasz. Zastawiłaś tę swoją niebiańską pułapkę na nędzę takiego piecucha jak ja. Siejesz wątpliwości, gderasz od samego rana. A jak jest naprawdę źle – to jeszcze sen odbierasz. Wiercisz mi dziurę w brzuchu z sumiennością kata z Informacji Wojskowej.

Czekaj! Niech ja cię tylko dorwę w tych twoich zaświatach. Demiurg mi pomoże, pogadam z nim, zna sprawę od podszewki. On od wieków wie, że masz u mnie dług. Wielki.

Dużą. Rajską. Sudecką herbatę.
Z oolongiem.
I z pistoletowymi łuskami na samym dnie.

 

PS Jest to kolejny fragment mojej książki pt. Raptularz znaleziony pod wycieraczką