Archiwum miesiąca: październik 2026

KARKONOSKI TANIEC NA BOMBIE

Dolny Śląsk po wojnie przypominał laboratorium, w którym Pan Bóg sprawdzał, ile absurdu, strachu i bimbru jest w stanie znieść ludzki organizm, zanim ostatecznie zamieni się w statystykę.
                                       Edward Robb Dropiński

 

Dynamitka: Początek końca świata na raty

 

Ja, naga małpa – jak miał czelność nazwać nasz rzekomo szlachetny gatunek Desmond Morris – w wieku chłopięcym doświadczyłem zjawiska tak osobliwego, że do dziś nie wiem, czy powinienem w nie wierzyć. Choć z tą wiarą to, wiadomo, śliska sprawa. Nawet ojciec mechaniki kwantowej, Niels Bohr, zapytany kiedyś, czy podkowa nad drzwiami naprawdę przynosi szczęście, odparł z właściwym fizykom cynizmem: „Naturalnie, że nie. Ale powiedziano mi, że działa nawet wtedy, gdy się w nią nie wyraża wiary”. Skoro współcześnie bezczelnie dokonuje się kwantowej teleportacji stanu pojedynczego fotonu na odległość ponad stu kilometrów, to granica między cudem a rutynową procedurą laboratoryjną i tak uległa ostatecznemu zatarciu. „Świat rządzony prawami fizyki kwantowej nie dba o nasze zdroworozsądkowe wyobrażenia, a ludzka intuicja jest zazwyczaj najgorszym przewodnikiem po rzeczywistości” [Andrzej Dragan].

Nie wiem zatem, czy była to jawa, sen, czy zbiorowa hipnoza wywołana oparami powojennego bimbru pędzonego na karbidzie. Doznałem jednak wizji czystej, podręcznikowej bilokacji.

 

Oniriada

Widziałem wyraźnie Staszka Baniewskiego. Wymknął się z małej chałupy za kuźnią w Górzyńcu i poszybował ku Duchowi Gór. Karkonosz porzucił akurat swoje stałe gniazdo w mroźnych Śnieżnych Kotach, by przycupnąć na wierzchołku piechowickiego cisa. Baniewski doleciał do celu. Usiadł pokornie na gałęzi najstarszego drzewa w regionie, u stóp olbrzyma, który z miejsca zaczął go łajać głosem przypominającym schodzącą lawinę:
– Odpieprz się, Stanisławie, od tego samolotu! Leży od drugiej światówki na dnie Kotła Zachodniego, blisko mojej sadyby. Nie przetopisz go w Karelmie. Nie opchniesz na geesowskim skupie złomu!
„Bo wolność człowieka mierzy się czasem ilością kilogramów, które potrafi udźwignąć i spieniężyć bez wiedzy urzędu skarbowego lub partii” [Edward Robb Dropiński].

Baniewski, przełknąwszy z trudem ślinę, przyrzekł uroczyście, że się odpieprzy. Ukontentowany Duch Gór przywołał kłębiasty cumulus, wziął Staszka pod ramię, wskoczyli na chmurę niczym na podmiejski PKS i odlecieli na południe, w stronę Dynamitki.

 

Moją katastrofę widzę z bliska

 

W tym samym momencie stałem na podwórku rodzinnego domu przy ulicy Marszałka Żymierskiego. Nie miałem jeszcze wówczas pojęcia, że patron mojej ulicy to postać, której nazwisko powinno budzić wyłącznie niesmak i dreszcz zdrowego obrzydzenia. „Chciałem tego sam, więc mam / Moją katastrofę widzę z bliska. / To fatalny był plan – / Z popiołu nie rozpali się ogniska” [Krzysztof Grabowski].

Nagle nastąpił błysk. Jaśniejszy niż tysiąc buchadeł zrzuconych na Nagasaki. A potem huk, przy którym uderzenie pioruna w sąsiednią elektrownię brzmiałoby jak pęknięcie nadmuchanej torebki śniadaniowej. W niebo wystrzelił gigantyczny słup dymu. Taki dym nigdy nie wróżył śmiertelnikom niczego dobrego. Maszerował dumnie prosto do nieba, a wraz z nim, jak sądzę, ewakuowały się dusze tych, którzy przed sekundą przestali być personami, a stali się suchą statystyką wypadkową.

Pobiegłem tam. Dym, czarny i gęsty, służył mi za kompas. Biegłem na południe, niesiony tą samą instynktowną, niemal zwierzęcą ciekawością, która pcha gapiów w stronę cudzych nieszczęść. Po dwóch kilometrach z chaosu ludzkich okrzyków wyłowiłem jedno, powtarzane z nabożną trwogą słowo: „Karelma”.

Znałem ten zakład aż za dobrze. Jako szczeniaki ze szkoły podstawowej kręciliśmy się wokół ogrodzenia ciągnącego się od Piechowic aż pod Sobieszów. Zwyczajowa nazwa „Dynamitka” działała na nas jak magnes na opiłki żelaza. Jednak wysokie zasieki i druty kolczaste stanowiły barierę nie do przebycia – głównie dlatego, że zza węgła zawsze wyskakiwał wściekły strażnik przemysłowy, czasami tępawy milicjant lub żołnierz KBW z pobliskiej Jeleniej Góry, pilnujący tajemnic państwowych z gorliwością godną zdecydowanie lepszej sprawy. „W obliczu nieskończoności kosmosu i bezmiaru ignorancji, każda ziemska fabryka udaje centrum wszechświata, odgradzając się od niego płotem z drutu kolczastego” [Stanisław Lem].

Za budynkami fabrycznymi rozciągała się wielohektarowa łąka usiana dziwnymi kopcami. Ludność szeptała, że to niemieckie bunkry kryjące baśniowe skarby i mroczne sekrety upadłej III Rzeszy. Bardziej wtajemniczeni przebąkiwali, że być może leżą tam jakieś szpargały dotyczące Wernhera von Brauna, który od czasu do czasu rezydował wraz z żoną i trójką dzieci w pobliskim zamku Czocha, a na co dzień inspekjonował rozrzucone po całych Sudetach Zachodnich niemieckie zakłady zbrojeniowe.

Naszą chłopięcą ciekawość potęgował fakt, że ferajna mojego ojca, Karola, przekupiwszy uprzednio jakiegoś strażaka-alkoholika, wyciągnęła z tych bunkrów dwie bomby głębinowe, ckm, kilka karabinów i skrzynki amunicji. Cały ten uroczy arsenał zachomikowali pod naszą stodołą. Odkryłem to składowisko zupełnie przypadkowo, bawiąc się z bratem w chowanego. Naturalnie, rodzicom się nie pochwaliliśmy. Oni mieli swoje konspiracje, my swoje sekrety.

Oficjalnie Karelma produkowała niewinne silniki elektryczne. Miejscowi wtajemniczeni wiedzieli jednak swoje: tam produkowało się bombki. I to bynajmniej nie te na choinkę. Ludzie bali się jednak mówić o tym głośno. Piechowice i okolice były dosłownie naszpikowane donosicielami i delatorami z UB, MO, KBW oraz zwiadu WOP. Ściany miały uszy, a sąsiedzi chętnie prowadzili notesy. Ja tam jednak wiedziałem swoje. Jakie, do diabła, silniki? Jako były mieszkaniec Górzyńca pamiętałem doskonale, że silnikami zajmował się zakład M-13 na skraju wsi, w pobliżu Piechowic. Dopiero znacznie później połączono oba podmioty, by pod szyldem Karelmy ukryć produkcję silników – tyle że głębinowych, do celów nader militarnych.

Mijałem właśnie owego słynnego, najstarszego w regionie cisa. Sceneria gęstniała od zbiorowej histerii. Lokalne matrony wybiegały na drogę, trzęsąc się ze strachu i przysięgając, że fala uderzeniowa była tak potężna, iż prastary cis skłonił się niszczycielskiemu żywiołowi aż do samej ziemi. Niektóre z niewiast trzymały w dłoniach zapalone gromnice, jakby próbowały odpędzić ten lokalny koniec świata. Ktoś inny, z podręcznikowym obłędem w oczach, zarzekał się, że widział lecący w powietrzu ludzki mózg z połową czaszki, który zawisł na czubku drzewa niczym makabryczna, przedwczesna ozdoba bożonarodzeniowa. „Wszystko zaczęło się gubić i zapadać w jakąś bezdenną, bezwyjściową szarość, w ten straszliwy, metafizyczny glajchszalt nicości, gdzie mózg na drzewie staje się jedyną realną dekoracją” [Stanisław Ignacy Witkiewicz].

Legenda o piechowickiej Dynamitce rodziła się na moich oczach, karmiona świeżą krwią i jeszcze świeższą plotką. Biegłem dalej, lecz do samego jądra ciemności nie dotarłem. Teren wokół fabryki błyskawicznie kordonował zwarty, brunatno-zielony mur mundurowych. Gdy zapytałem pierwszego z brzegu żołnierza KBW, co się właściwie stało, usłyszałem krótką, żołnierską i głęboko zakorzenioną w socjalistycznym savoir-vivre instrukcję: abym spierdalał, i to szybko.

Wycofałem się więc w stronę Sobieszowa. Na okolicznych polach gęstniał przerażony tłum. Widok był gorszy i bardziej makabryczny niż u Hrabala – w słońcu błyszczały porozrzucane szczątki, ludzkie rękawiczki, które wcale nie były puste, oraz fragmenty ciał, których nikt już nie miał siły, a przede wszystkim ochoty, dopasowywać do reszty ubrań. Z oddali dobiegało upiorne wycie syren pogotowia, straży pożarnej i milicji. Najbardziej bezczelni gapie podchodzili na odległość kilkuset metrów, ignorując wrzaski mundurowych, którzy mierzyli do nich z broni ostrej. I ludzie im wierzyli – władza ludowa rzadko kiedy żartowała. Całkiem niedawno strażnicy bez mrugnięcia okiem zastrzelili faceta, który próbował sforsować płot wokół tajemniczych kopców. Cóż, pechowiec najwyraźniej nie wpadł na pomysł, by dać wartownikowi w łapę. Sprawę oczywiście zamieciono pod czerwony dywan, a mieszkańcom krótko zakomunikowano: kto będzie za bardzo węszył wokół trupa, ten sam szybko powącha kwiatki od spodu w celi śledczej.

 

Krajobraz po bitwie, której nie było

 

Jakiż to uroczy widok ujrzałem, gdy wreszcie wdrapałem się w bezpośrednie sąsiedztwo fabryki? Tu leżała odrębna ręka, ale – wbrew literackiej klasyce i poetyckim uniesieniom, o których pisywał Hrabal – pozbawiona była eleganckiej, zamszowej rękawiczki. Ot, surowe, bezpańskie, socjalistyczne mięso. Pół kilometra dalej, w malowniczej kępie przydrożnej trawy, bezwstydnie walała się głowa. Kawałek tułowia, bezwładna noga… Mimo tytanicznego, wręcz stachanowskiego wysiłku służb ratunkowych, nikt nie zdołał już złożyć z tych rozrzuconych puzzli ani jednego kompletnego obywatela. Śmierć w Piechowicach miała tej jesieni charakter wybitnie hurtowy.

Obok ludzkiej makabry, sudecką ziemię gęsto usłało państwowe żelastwo: tu lufa od moździerza, tam porzucony, malowniczo osmalony karabin maszynowy. Naboi, granatów i min nikt nawet nie fatygował się zbierać. Leżało tego pełno, rozsypane bezładnie w promieniu kilku kilometrów kwadratowych, niczym porzucone w gniewie zabawki jakiegoś pijanego olbrzyma.

Kilkaset metrów od dymiących kopców spostrzegłem potężne, kilkutonowe bloki żelbetowe, które siła eksplozji cisnęła w pole z taką lekkością, jakby zostały wykonane z tandetnej dykty. Jesienny wiatr gonił nadpalone dokumenty, rysunki techniczne i głęboko tajne plany. Zachomikowałem sobie kilka kartek, bo były po prostu ładne – przypominały modne, abstrakcyjne grafiki. Później, w dowód wielkiej estetycznej empatii, sprezentowałem je Steciowi.

Ale nie to było w tym wszystkim najciekawsze. Najbardziej fascynowała ta ponura, na swój sposób widowiskowa makabra. Żołnierze KBW znosili na jedno miejsce to, co leżało bliżej zrujnowanego fabrycznego muru. Cywilni gapie z niesłabnącym entuzjazmem zbierali to, co wybuch raczył odrzucić nieco dalej. Wszystkie te bezimienne szczątki składowano naprędce w brezentowym namiocie oznaczonym czerwonym krzyżem. Słyszałem potem w miasteczku – choć sam głowy, a tym bardziej ręki uciąć sobie nie dam – że w tym potwornym zamieszaniu niektórzy „ratownicy” wykazali się nader lepkimi palcami. Sprawnie zdzierali z martwych dłoni złote obrączki i odpięli niejeden pamiątkowy zegarek. Podobno sam Tadeusz Steć pożywił się wtedy jakąś nadpaloną, niemiecką dokumentacją, którą niedługo później nader przytomnie spieniężył za zachodnią granicą.

Takie rewelacje rozgłaszał potem Leszek Krzeptowski – tak, z tych słynnych zakopiańskich Krzeptowskich, o których na Podhalu od czasów wojny szeptano rzeczy wielce zróżnicowane. Leszek, mój prawdziwie vonnegutowski przyjaciel, fotograf i uznany przewodnik sudecki z Piechowic, był dozgonnym, choć momentami śmiertelnym konfratrem Stecia. Znając jednak bliżej obu panów, w moim prywatnym dzienniku przy słowie „przyjaźń” postawiłem ostrożne, potrójnie podkreślone „ponoć”. „W sudeckich lasach konfraternia zawsze bywa pozorna; tam jeden o drugim wie zazwyczaj zbyt dużo, by przyjaźń była czymś więcej niż paktem o nieagresji zawartym przy kolejnej butelce bimbru” [Edward Robb Dropiński].

Potem odbył się uroczysty, urzędowy pogrzeb. Zbiorowa mogiła na cmentarzu w Piechowicach, z której roztaczała się niespotykanie piękna, głęboko ironiczna panorama Karkonoszy. Kolektywny grób ofiar katastrofy stoi tam do dziś. Jest nad wyraz dobrze utrzymany. Co ciekawe, z pamiątkowej tablicy co jakiś czas w tajemniczy sposób znikała liczba pochowanych. Z początkowych pięćdziesięciu osób, po trzech miesiącach zrobiło się nagle osiemnaście, potem jeszcze mniej. Teraz – doprawdy nie wiem. Wśród ocalałych mieszkańców momentalnie wykiełkowały setki teorii spiskowych. Plotkami błyskawicznie, sprawnie i z pełnym profesjonalizmem zajęła się jednak bezpieka. Ludzie z dnia na dzień gwałtownie stracili chęć do snucia jakichkolwiek domysłów. Domorośli bajarze i opowiadacze opowieści dziwnej treści po prostu poszli posiedzieć w odosobnieniu. W miasteczku zapanował wzorowy, socjalistyczny spokój, grobowa cisza oraz niemalże powszechne szczęście. Tego nowego dobrostanu pilnowały ramię w ramię UB, KBW i śmiertelnie zmęczeni żołnierze bratniej Armii Radzieckiej. Nic w tym zresztą dziwnego – w okolicznych górach, w atmosferze najgłębszej tajemnicy, wydobywano przecież uran dla spragnionego energii Wielkiego Brata.

 

Oniriada

Nadszedł moment, w którym kruk krukowi oka nie wydziobał, choć z autentycznym zachwytem patrzył, jak z wielką wprawą robi to aparat nowej władzy.

Na pobojowisku zabawiłem niemal do zmierzchu. Wracając do domu, skręciłem na Górzyniec, minąłem zakłady M-13, sklep spożywczy i kuźnię. Za nią kryła się skromna sadyba pani Baniewskiej, mojej dawnej guwernantki, która bezskutecznie próbowała uczyć mnie gry na fortepianie. Instrument zarekwirowała mi jednak wspaniałomyślnie ludowa ojczyzna, więc ta wytworna dama z francuskimi korzeniami przestała nas w końcu odwiedzać. Jej dorosły syn, Stanisław, pracował – a jakże – w Karelmie.

Otworzyła mi zapłakana, od progu pytając trzęsącym się głosem o szczegóły wybuchu.
– Makabra – rzuciłem krótko. – Co z synem?
– Żyje. Jest w szpitalu, cały poparzony. Przyjdź za kilka tygodni… – uderzyła w ryk, a ja czym prędzej wycofałem się w bezpieczny cień.

Gdy wróciłem tam po czterech miesiącach, Staszek ostrożnie zamknął drzwi do swojego pokoju.
– Nie chcę denerwować mamy – szepnął konspiracyjnie. – Wiem doskonale, po co przychodzisz. Wyszedłem wtedy z biura w stronę bunkrów… Błysk był pierwszy. Oślepił mnie do samego spodu, a całe moje ciało ogarnęła fala czystego, piekielnego gorąca. Podmuch uniósł mnie w górę jak piórko, niósł bezwładnie w powietrzu ponad płonącym światem i na koniec wrzucił prosto do przeciwpożarowego basenu. „Czysta forma katastrofy zrealizowała się w ułamku sekundy, pozostawiając jedynie potępieńczy ból, który rozrywał powłokę istnienia zaraz po odzyskaniu przytomności” [Stanisław Ignacy Witkiewicz]. Uratował mnie ten cholerny basen, równe pięćdziesiąt metrów od samego epicentrum.

Władza ludowa w nagrodę dała mi rentę i plik papierów do podpisu. Jakiś mętny, niedomyty ubek kazał podpisać lojalkę, że nikomu, nigdy nie zdradzę tajemnic tego podniebnego lotu. „Głupota urzędnika państwowego przewyższa czasem nawet nieoznaczoność mechaniki kwantowej; kazał mi milczeć o czymś, czego sam do końca nie rozumiałem” [Andrzej Dragan]. Przecież ja tylko leciałem. I to w dodatku całkowicie nieprzytomny.

Gdy opowiedziałem Baniewskiemu mój niedawny sen na jawie o jego bilokacji na chmurze u boku samego Ducha Gór, chłopak momentalnie zbladł. Spojrzał na mnie z ukosa, badawczo: „Ty jesteś jakimś prorokiem, czy jak?”. Przez dłuższą chwilę milczał, po czym dodać raczył: „Ile tam było tych bunkrów? Diabeł jeden raczy wiedzieć. Nie pokończono przed wojną inwentaryzacji. Niektóre czubki ostro wystawały z ziemi, sam je widziałeś. Ale były też inne, całkowicie, misternie zamaskowane pod darnią. Rozminowywanie szło nam w ramach rutynowych porządków”.

„Ziemia była tam naszpikowana przewodami i kablami, jakby ktoś próbował połączyć cały ten podziemny chaos w jeden, spójny system bezpiecznej destrukcji” [Stanisław Lem].

 

Sowieckie Doły, jabol z trotylu i wielki niemy krzyk

 

– Ja zajmowałem się rekrutacją pracowników – kontynuował swoją spowiedź Staszek Baniewski, z niemal czułą uwagą gładząc świeże oparzenia na przedramionach.
– Co dokładnie kryło się w tych cholernych bunkrach? – przerwałem mu bezceremonialnie, spragniony makabrycznych konkretów.
– Z tego, co wcześniej zdołałem wyciągnąć z ludzi, wynikało, że zmagazynowano tam pełen, reprezentatywny przekrój niemieckiej inwencji niszczycielskiej: wszelkiego rodzaju amunicję strzelecką i artyleryjską, bomby głębinowe, a nawet mini-torpedy. Do tego tony granatów, min i – co w tym zestawie najgorsze – wyjątkowo czułych zapalników. Wiesz w ogóle, jak taki germański arsenał wygląda z bliska?
– Wiem – odparłem z lekkim, nostalgicznym uśmiechem. – Mój ojciec Karol miał pod naszą stodołą małe, prywatne, nielegalne muzeum militariów. Szczególnie intrygowały mnie te potężne miny głębinowe. Lokalne Zrzeszenie WiN planowało przecież z ich szlachetną pomocą wysadzić dwie kluczowe zapory wodne – w Pilchowicach oraz na Jeziorze Leśniańskim. Po wielkiej wsypie i nieuchronnej fali aresztowań, przerażona matka postanowiła zatrzeć ślady i cały ten śmiercionośny kram wrzuciła pod osłoną nocy do rzeki. Akurat szalała potężna burza, a wezbrana Mała Kamienna rwała z taką siłą, że przesuwała w korycie kilkutonowe głazy. Pistolety maszynowe płynęły w siną, socjalistyczną dal razem z sudeckim granitem.

– Widzisz – westchnął ciężko Baniewski. – W Karelmie facet z bezpieki, który nadzorował te całe partyzanckie podchody pod bunkry, podobno trzymał w łapie oryginalne niemieckie plany. Osobna kwestia to to, czy ten czerwony troglodyta w ogóle znał język Goethego i czy cokolwiek z tych rysunków technicznych rozumiał. No i czy w ogóle przeżył tamten poranek. Moim zdaniem dzisiejsze władze ordynarnie szklą ludziom oczy. Mój Boże! Tyle bezczelnych kłamstw w oficjalnych komunikatach… Matka opowiadała mi, że z tych pozbieranych na polach strzępów ludzkich ciał nie udało się ułożyć ani jednego, kompletnego nieboszczyka. Przyczyna wybuchu? To nie było zwykłe, prostackie, nieostrożne obchodzenie się z amunicją przez pijanych robotników. Sądzę, że doszło do fatalnego naruszenia pierwotnych, niemieckich zabezpieczeń elektronicznych. Ktoś niepowołany musiał za wszelką cenę dorwać się do tego jednego, centralnego bunkra, w którym skrywano najcenniejszą dokumentację techniczną. Pozostałe schrony były po prostu nadźgane żelastwem jako pułapki. „Wszelkie mechanizmy zabezpieczające, stworzone przez zimną inżynierię, mają w głębokim poważaniu ludzką ciekawość i działają z bezduszną, matematyczną precyzją destrukcji” [Stanisław Lem].

Ignorancja i pośpiech uruchomiły lawinę. Impuls elektryczny poszedł po starych kablach. Wybuch jednego, pojedynczego bunkra nie wywołałby przecież tak monstrualnej, monumentalnej katastrofy. „Ludziom niesłusznie wydaje się, że kontrolują chaos rzeczywistości, podczas gdy w rzeczywistości jedynie nieświadomie potykają się o ukryte sznurki detonatorów” [Andrzej Dragan].

Widzisz więc, że moje wiadomości na ten temat – mimo że znajdowałem się w samym centrum wydarzeń i wylądowałem spektakularnie w basenie – wcale nie są wielkie. A inni? Ci, co znali pełną prawdę, już nigdy nie podzielą się opiniami z nader prostego powodu: zostali bezpowrotnie rozproszeni w atomowym grzybie nad Karkonoszami. Koledzy opowiadali mi potem z wisielczym humorem o szczegółach urzędowej procedury pogrzebowej. Ponieważ nie dało się poskładać ani jednej pełnej ofiary, władze wydały niezwykle humanitarny i wysoce racjonalny dekret: nakazano do każdej trumny wrzucić po losowym kawałku człowieka, a resztę wolnej przestrzeni w tych czterech deskach, zafundowanych łaskawie przez państwo ludowe, dopełnić pyłem, ziemią i trotylem pozostałym po eksplozji. W pełni humanitarny, marksistowski gest, nie uważasz? Przynajmniej ofiary spoczywają w wieczystym uścisku z tym, co odebrało im życie.

To było moje ostatnie spotkanie z synem nauczycielki fortepianu. Gdy po latach próbowałem odnaleźć jakikolwiek ślad po Baniewskich, miejscowi opowiedzieli mi, że stara pani umarła krótko po katastrofie w Karelmie – pękło jej serce. Syna natomiast gdzieś wywiało; prawdopodobnie zmienił nazwisko i zniknął na zawsze w szarej masie osadników Nowych Ziem.

Nie minęło jednak zbyt wiele czasu od wybuchu w Dynamitce, a drogą tuż obok naszego domu zaczął się kolejny wojenny spektakl. Dzień w dzień, regularnie o poranku, w kierunku Szklarskiej Poręby ciągnęły ciężkie wojskowe ciężarówki. Zaś wieczorami, gdzieś z połowy drogi między Piechowicami a Szklarską, dochodziły głuche, regularne eksplozje. Nie były tak widowiskowe i głośne jak ta w Karelmie, ale wystarczająco dudniły w klatce piersiowej, by obudzić we mnie instynkt młodego badacza. Gdy nadjechała kolejna zielona kolumna, wsiadłem na rower i jak wariat ruszyłem w ślad za ciężarówkami. Przy leśniczówce i starym mostku na rzece Kamiennej drogę zagrodził mi uzbrojony wojak.
– Co tu robisz, szczylu? – warknął, poprawiając pas od kałasznikowa.
– Trenuję kolarstwo szosowe – odparłem z kamienną, godną olimpijczyka twarzą, poprawiając beret z antenką.
Kazał mi natychmiast zawracać, cedząc przez zęby, że dalej rozciąga się strefa ściśle zamknięta.

W niedzielę wojskowe kolumny miały przerwę na marksistowską naukę i odpoczynek. Wykorzystałem okazję i ruszyśmy żwirowaną drogą w głąb lasu. Strażnika, o dziwo, nie było. Po dwóch kilometrach ostrego pedałowania zamarłem. Zobaczyłem olbrzymie, iście księżycowe leje po powojennych detonacjach. Wokół kraterów walały się tysiące szczątków amunicji strzeleckiej, porozrywane pociski artyleryjskie, spalone zapalniki i grube skorupy bomb głębinowych tudzież torped. Gdy wojsko ostatecznie zaprzestało oficjalnego wysadzania, ten leśny poligon stał się absolutnym eldorado dla sudeckich złomiarzy i nastoletnich, domorosłych pirotechników.

Wokół dołów rosły dzikie maliny. Były słodkie, ale jak twierdzi Edward Robb Dropiński: „Złoto lasu miało wtedy zapach prochu i rdzawego żelaza; z nierozwalonych pocisków wypalało się na ogniskach czysty trotyl, a żeliwne skorupy spieniężało z zyskiem na piechowickiej składnicy złomu”. Wiem to najlepiej, bo sam w ten sposób, pożywiając się malinami skażonymi chemią, zarabiałem na weekendowe bilety do kina oraz na upragnioną flaszkę najtańszego jabola, przy którym snuliśmy zuchwałe plany o ucieczce na Zachód. Miejscowa ludność szybko ochrzciła ten ponury rejon mianem „Sowieckich Dołów”. I ta nazwa przetrwała w leśnych ostępach do dziś.

 

Oniriada

Mijają lata i dni, życie przecieka jak sen. Więdnie młodość, bledną marzenia, zostaje tylko to, co pod powiekami: surowe góry, nagły błysk wybuchu, piękne dziewczyny i głośne, pijackie balangi. Czas gubi dawną twarz z mojego niegdyś idealnego świata. Zostały tamte uśmiechy, tamte łzy i wy na przystankach – Ludzie Świata. Pamiętacie jeszcze?

Gdy świat nagle stanął w miejscu, a potem eksplodowało w nim wszystko. Każdy dotyk parzył bólem, choć prawdziwej bliskości było w nas tak niewiele. Brakowało celnych słów, by związać nimi kruche obietnice rzeczywistości. Wieczory nie miały końca, świty nie przynosiły żadnego początku. Trwaliśmy tak – nienasyceni, ślepo wierząc, że jutro niczego nie odmieni. „W tym potępieńczym nienasyceniu, w tej straszliwej tęsknocie za Czystą Formą istnienia, wierzyliśmy, że poranek będzie trwał wiecznie, ignorując pełzający wokół nas koszmar” [Stanisław Ignacy Witkiewicz].

Pamiętacie to przecież. Świat, który się zatrzymał i wybuchł. Ból dotyku i dłoń uciekającą od dłoni. Wieczór czekający na zmierzch, świt wypatrujący epilogu. Nie wytrwaliśmy ze sobą, przesyconymi, choć do końca wierzyliśmy w naiwną stałość poranka.

A jednak… wciąż nieznużeni. Dzisiejszy świat żąda od nas wszystkiego, choć sam dawno pogubił własne drogowskazy. Nie potrafi już oddzielić dobra od zła. Głodujący i nasyceni – wszyscy tłoczymy się na tej samej, ciasnej ziemi. Jedni karmią się świętym spokojem, drudzy na frontowych wojnach z rozkoszą rozrywają ludzkie ciała. Ta sama ziemia, potwornie sprzeczne światy. Biedny tonie w rozpaczy, Trump syci się miliardowym bogactwem, chory umiera w samotnej ciszy, a Putin bezczelnie karmi się cudzym strachem.

Ja stoję z boku. Patrzę na to wszystko z ironicznym, zmęczonym uśmiechem. Obrobili mi tyłek za plecami. Pomyślałem: to z czystego lęku; strach sparaliżował im gardła, by nikt nie odważył się rzucić mi tego prosto w twarz.

Więc ja uderzę pierwszy. Między oczy. Najbardziej polskim słowem, utkanym wyłącznie z naszych, unikalnych liter, ciężkim od wielopokoleniowych znaczeń.

Żółć.