Archiwa kategorii: Bez kategorii

My, naród młociarzy udajemy, że Polacy-zwyklacy byli zawsze w porządku.

Nie jest to nieprawda, bo igrzyska olimpijskie! I młoty górą! A może nie nieprawda. W stalinizmie rządziły sierpy i młoty. W 1956 r. sierpy wyjechały na wschód. Zostały same młoty. Tak jest do dziś. Przecież nie da się z kury zrobić orła…

         Często nie zdajemy sobie sprawy, że mieszkamy w kraju, którego 1/3 powierzchni to tereny przez stulecia należące do innego państwa; że druga wojna pozbawiła nas nie tylko wielokulturowości, ale także złudzeń jak wspaniałym narodem jesteśmy; że komunizm usiłował nam zabrać duszę, co na szczęście się nie udało, m.in. dzięki Kościołowi. Bo tak jak nie byłoby Izraela bez judaizmu, a Rosji bez prawosławia tak Polski bez Kościoła.

         ***

         Na księżycu czarnym wiszę, patrząc w gwiazd gasnącą ciszę więc machając rękami jak gimnastyk na rozgrzewce myślę, że czas zdemaskować narodowe mity.

         Władysław Bartoszewski mówi w “Die Wellt”, że w czasie okupacji niemieckiej: Jeśli ktoś się bał, to nie Niemców. Gdy niemiecki oficer zobaczył mnie na ulicy i nie miał rozkazu aresztowania, nie musiałem się go obawiać. Ale gdy sąsiad Polak zauważył, że kupiłem więcej chleba niż normalnie, wtedy musiałem się bać.  Zaś Cezary Michalski w programie u Elizy Michalik przypomina, że w czasie Powstania Warszawskiego niektórzy cywile bardziej się bali akowców niż Niemców.

         Nasza nowożytna, zorganizowana państwowość powstała na początku XVI wieku. Mieliśmy wówczas sukcesy. Jednak szlachecki system republiko-monarchiczny opanowany przez „tłuste koty” zaczął się rozpadać zanim państwo okrzepło. To doprowadziło do zaborów. Ale pomysł roznegliżowania Rzeczypospolitej nie wylągł się w głowach wrogich władców. Pomysł rozbiorów powstał w głowach les philosophes, od których ideę kupili monarchowie.

         Od tego czasu zajmowaliśmy się cierpiętnictwem, kłótniami i wzniecaniem przegranych powstań. Nasza wspólnota narodowa jest odświętna, żałobna, cmentarna. Datowana od porażki do porażki. A ród ludzki nie ceni porażki. Przegrane wyzwalają popędy sadystyczne.   Powstanie kościuszkowskie (1794) przyczyniło się do likwidacji państwa w III rozbiorze, ale generała Kościuszkę awansowaliśmy do rangi bohatera narodowego, a konfederata (1792) generała Henryka Dąbrowskiego wpakowaliśmy do Mazurka Dąbrowskiego. Powstanie listopadowe (1830-1831) doprowadziło do zniknięcia półautonomicznej namiastki Polski.

         Powstanie styczniowe (1863-1864) skończyło się rusyfikacją i likwidacją ostatnich polskich instytucji, a wybuchło z powodu zagrożenia dla konspiratorów.

         Powstanie Warszawskie (1944), zwane największą bitwą II wojny światowej, spowodowało całkowite zniszczenie miasta i przyniosło prawie 200 tysięcy ofiar.

         Pasjonując się zabobonami zapominamy, że mit polityczny jest afabulacją, deformacją lub interpretacją, obiektywnie podważalnej, rzeczywistości. Ale jako opowieść legendarna pełni funkcję wyjaśniającą, dostarczając kluczy do zrozumienia teraźniejszości, tworząc siatkę podporządkowując niepokojący chaos faktów i wydarzeń.

         A mitów ci u nas dostatek.

         Bo: wojny tureckie, kozackie i szwedzkie (Trylogia). Konfederacja Barska, Kościuszko i Legiony, Listopad i Styczeń, sybiracy i wygnańcy. Pierwsze odzyskanie niepodległości, ale zaraz Wrzesień, “nóż w plecy” i Katyń, Monte Cassino, obozy, Gułag i rozstrzeliwania (literatura martyrologiczna). Potem polskie miesiące: Czerwiec i Październik, Sierpień i Grudzień, drugie odzyskanie niepodległości…

         Jeżeli chodzi o mity, nasz charakter jest niczym sztorm wokół przylądka Horn. Wszystko błyskawicznie ulega zbrązowieniu, zmarmurzeniu. Emocjonalny ładunek matecznika archetypów czasami budzi niepokój. Może eksplodować w rękach demagogów sprowadzając nieszczęścia.

         Żaden inny naród nie miał tylu nieudanych powstań i klęsk. Ciągle odwołujemy się do martyrologii. Hołdujemy conradowskim fanaberiom, że trzeba być wiernym przegranej sprawie. Mając do wyboru Lalkę albo Trylogię wybieramy Sienkiewicza.

         Nie uznając pozytywnego bilansu ostatniego trzydziestolecia przekonujemy, że historia odnotowuje przypadki, kiedy rzeczywistymi zwycięzcami są pokonani.

         Zawołanie Gloria victis – chwała zwyciężonym, dobre na dzień zaduszny lub wszystkich świętych, nie pcha kraju w kierunku progresywności. Wrogowie nowoczesnego państwa tęsknią za lamentowaniem, krwawiącym sercem, desperacją, kwileniem, uskarżaniem się, odchodzeniem od zmysłów, spazmowaniem, kwękaniem, marudzeniem, biadaniem, jęczeniem.

         To orgia prostactwa. Indywidua, nadużywając niebezpiecznych narkotyków – alkoholu i chrześcijaństwa nie zdają sobie sprawy z własnej wulgarności, której szczytem jest to, że nie wstydzą się nazywać Prawdziwymi Polakami.

         Na takie dictum de omni et de nulle (twierdzenie o wszystkim i o niczym) może skutkować powiedzenia Przecława Smolika – Przywdziej kontusz, rycz “Polska”… i  urżnij się zdrowo. Chęć przybliżenia raju na ziemi prowadzi do ustanowienia piekła.          Pompowanie narodowego mistycyzmu –  mówi Eustachy Rylski –  jakąś tanią transcendencją  bardzo bolesnej kraksy komunikacyjnej, wynikającej z kompleksów, frustracji, nonszalancji, braku wyobraźni, podwórkowej brawury i podręcznikowej wręcz niekompetencji, jest nonsensem. Jesteśmy narodem parafialnych megalomanów. Nasz naród do szczęścia nie potrzebuje sukcesów. Nasz naród do życia potrzebuje nieszczęścia.

         Tu pod klawisze ciśnie się wers Krasińskiego: Gdy narodu duch otruty – to dopiero ból bólów. Wiele mówiąc o Biblii nie uznajemy słów Księgi: I przekują swoje miecze na lemiesze (Iz. 2,4 i Mi  4,3) wysyłamy za pożyczone pieniądze naszych zuchów do Afganistanu, gdzie tubylcy wcale nas nie chcą i spiorą nam tyłki, że hej! Już to czynią. Już zrejterowali. Pół setki naszych zuchów powróciło na ziemię ojców w trumnach. Prawdziwi Polacy akceptuje taki scenariusz. Świadczą o tym ich wystąpienia. 

         W sprawach historycznych uderza amnezja elit. Zakłamuje się historię. Nawet rozsądni politycy, ale także ludzie mądrzy, często sprawiają wrażenie ignorantów, dyletantów i niedouków.

         Mloty nie zawsze chcą zrozumieć, iż im większą wagę narody przykładają do swoich dziejów, do narodu, traktując historię niczym fetysz, tym okrutniej się zachowują. Widać to na granicy z Białorusią.         Jest to toksyczne stanowisko. Tym bardziej, że na początku trzeciej dekady XXI wieku nad światem zawisł miecz Damoklesa w postaci kryzysu covidowego. Wprawdzie może on (w sprzyjających warunkach) sprawić, że ukształtuje się naród europejski. Ale nie można też wykluczyć nieszczęścia – umacniania się państw narodowych, opartych na dzikim nacjonalizmie znajdującym silne oparcie w Kościele antysoborowym bądź w islamie. Przekonują o tym dzieje Niemiec, Rosji, niektórych państw arabskich.

         Polak Wieczny Dureń – by użyć określenia Aleksandra Małachowskiego – węszący wszędzie działanie tajemniczych sił,  łaszący się do kleru, wymachujący sztandarem narodowym z wypisanymi na nim hasłami: Bóg! Honor! Ojczyzna! wierzący w zabobony i ideologie czarnosecinną jest na najlepszej drodze do zbudowania z Kraju Pieroga i Zalewajki modelowego ciemnogrodu europejskiego. Mit Powstania Warszawskiego sprawił, że ówczesny prezydent Warszawy Lech Kaczyński wyasygnował duże środki, aby wybudować pomnik chwały  narodu, którego nie załamała klęska – wspaniałe muzeum. Nie starczyło mu już wyobraźni, aby upamiętnić wydarzenia 1989 r., dzięki którym Polska wybiła się na niepodległość i jest dziś bezpieczna jak nigdy.

         Przeczytajcie opis powstania widziany oczami zwykłych ludzi. Miasto waliło się na oczach jego mieszkańców jak zużyte dekoracje teatralne. Nie było dokąd uciekać. Znikąd nie było ratunku. Nie tak to miało być. Tego nie obiecywali wodzowie powstania. Przeczytajcie książkę Mirona Białoszewskiego. Przed wojną Warszawa liczyła 1 300 000 mieszkańców, przed powstaniem – 900 000,  a po powstaniu jedynie 150 000.  Przyjrzyjmy się faktom. Powstanie, trwające od godziny 17.00 1 sierpnia 1944 r. do 2 października 1944 r., wywołane przez Komendę Główną AK,  zaakceptowane przez Delegata Rządu, upoważnionego do podjęcia takiej decyzji przez rząd RP na uchodźstwie, nie osiągnęło celu.

         W tych warunkach nie mogło! Klęska była kolosalna (straty powstańców: 10 tys. zabitych, 7 tys. zaginionych, 5 tys. ciężko rannych, do niewoli poszło 16 tys.; zginęło 150-200 tys. osób cywilnych; zniszczono ok. 70 procent majątku miasta). Straty osobowe blisko dziesięciokrotnie przekraczają uszczerbki doznane przez ludność Polski spowodowane przez 45 lat komuny!

         Wobec zmasowanej tromtadracji (dotyczącej powstania), trwającej przeszło 70 lat, mało kto wie, że w momencie wybuchu walk byli wśród powstańców trzeźwi dowódcy, którzy widząc, że nie ma najmniejszych szans na zwycięstwo postanowili zrezygnować z fabrykowania bohaterów a ratować siłę żywą.

         W sytuacji, gdy mniej więcej co dziesiąty powstaniec spośród tych, którzy w monecie godziny “W” przystąpili do akcji, miał broń długą, nie mówiąc o broni ciężkiej, której nie było wcale, nierealne było opanowanie 268 strategicznych celów (lotniska, mosty, budynki o znaczeniu militarnym itp.), a bez ich opanowania powstanie z góry przeznaczone było na zagładę. Nic więc dziwnego, że w kilka godzin po rozpoczęciu walk opuściło stolicę prawie czwarta część tych, którzy stawili się na zbiórkach przed godziną “W”. Opuszczano Żoliborz, Ochotę i Mokotów, ale także Wolę i Śródmieście. Powstanie na Pradze zakończyło się 3 sierpnia (z tej okazji napisałem ten tekst).

         Jakże ironicznie brzmi rozkaz komendanta Okręgu Warszawskiego AK płk. Antoniego Chruściela “Montera” do komendanta głównego AK gen. Tadeusza Komorowskiego “Bora” z 3 sierpnia 1944 r., że: Zamierzam ożywić działania (…) zwłaszcza tam, gdzie są niemrawe. Każę wywiesić flagi narodowe jako widomą oznakę, że dana dzielnica walczy.     

         Czapki z głów przed ludnością stolicy. Bo waleczność to piękna cecha. Ale ważniejszy jest rozum. I dlatego – bezpardonowy sąd dla organizatorów barbarzyńskiego dreszczowiska, nie mającego odpowiednika w dziejach świata!!!

         Zbyt łatwo rozgrzeszamy się zrządzeniem losu. Mówimy: Los może wszystko! Robi, co chce! Spójrzmy, jak nasze skłonności do martyrologii, cierpiętnictwa, masochizmu i męczeństwa widzi Bohumil Hrabal: To właśnie jest interesujące u Polaków, że chociaż zawsze przegrywają, to jednak uważają się za zwycięzców, ponieważ przeklinają – i dlatego są wierzący – tego, kto ich pokonał; To Bóg musi zemścić się na nim za to, że przegrali wszystkie bitwy i wojny. Na tym polega piękno Chopina. Zresztą piękno to nie jest to słowo, to przecież padół łez. Chopin… Jak tylko zacznie grać, już chce się człowiekowi beczeć, i nawet te mazurki to coś takiego, że tańczy się przy nich mniej więcej tak, jak Nerudzie z tą śliczną panną, która skoczyła na chwilę do domu, bo umarła jej mamusia

         Czy takimi rezultatami można się szczycić? Hanna Kral przekonuje, że świat polega na tym, że jedni ludzie chcą zabić drugich ludzi, a ci  drudzy ludzie starają się nie być zabici. Ekipa kierująca Polskim Państwem Podziemnym musiała sobie zdawać sprawę z tego, że wywołując powstanie popiera de facto ludojadów –  Stalina i  Hitlera.

         Ci ludzie wiedzieli, jaki jest stosunek Stalina do Polski i Polaków.

         Było przecież po pakcie Mołotow – Ribbentrop. Nie było tajemnicą, że w czasie wielkiego terroru w Sowietach poddano eksterminacji 600-tysięczną grupę Polaków. Polacy ginęli czterdzieści razy częściej niż przedstawiciele innych narodów. Była to największa czystka etniczne międzywojnia. Decyzję o wybuchu powstania podjęto, gdy było już po Teheranie i różnych pociągnięciach generalissimusa, w tym po zerwaniu stosunków z rządem RP na uchodźstwie.

         W Sowietach działały już ZPP i Polskie Siły Zbrojne. A PKWN świadczył, że Sowieci, odrzucając plan ortodoksów z byłej KPP utworzenia z Polski 17-tej republiki radzieckiej mieli własny plan. Stalin wyrażał się tak jasno, że rozum przyzwoitych ludzi wzdragał się przed zrozumieniem jego słów.

         Czy decyzja rządu RP na emigracji była rezultatem zaślepienia politycznego? A może spowodowana była działalnością agentów sowieckich, od których roiło się w Londynie? Można się zastanawiać, że skoro u nas martyrologia znaczy więcej niż filozofia, a zabobony więcej niż socjologia, to czy można mieć pretensje do polityków i wojskowych, że wysłali naród na rzeź a miasto skazali na zagładę?          Dla polskich polityków w Londynie taka decyzja była prosta. Dla społeczeństwa tragiczna. Decydenci zawsze mogą powiedzieć: nigdzie nie jest powiedziane, że wszystko musi mieć szczęśliwe zakończenie. Nie zawsze jest tak, że dobrzy dostają to, na co zasłużyli, a źli zostają ukarani i wszystko toczy się w najlepszy możliwy sposób w najlepszym ze światów. Jeśli ktoś tak myśli, to ulega iluzji.

         Aby scharakteryzować Kraj Pieroga i Zalewajki uciekam się do sparafrazowania wypowiedzi Thomasa Bernharda. Wygląda to tak: Żyliśmy w tępych czasach. Nasz demonizm to był ustawiczny komunistyczny karcer, w którym głupota i bezwzględność stały się codzienną potrzebą. Państwo było tworem, któremu z góry sądzona była klęska, lud zaś skazany był na bezczynność i debilizm.

         Pamiętajcie: w kulturze biblijnej na początku było słowo, w komunizmie – CzeKa (później NKWD), a u podstaw niepokalanego poczęcia RP legł agent. A teraz „dobra zmiana”. Jeżeli uda się „nowy ład” to reżym przypuścili kolejny atak. Bo strojące się w piórka wybitnych opozycjonistów z okresu PRL „tłuste koty” widzi tylko las, mając w głębokim poważaniu pojedyncze drzewa.

         Kątem mózgu dostrzegam, że „strojnisie” kłamią jak nijaka marszałkini. A przecież dowodem na to kto był kim w Peerelu są chociażby protokoły Biura Politycznego KC  PZPR. W 74 protokołach  (od  14 sierpnia 1980 r. do 20 grudnia 1981 r.)  Wałęsą zajmowano się 72 razy, odsądzając go od czci i wiary, podczas gdy innymi opozycjonistami “S” razem wziętymi jedynie 19 razy (Borusewiczem – 1 raz, Bujakiem – 8,  Gwiazdą – 6  i Walentynowicz –  4 razy).

         Aby wyjaśnić niejasności najnowszej historii, w tym ocenić zachowania ważnych osób, pożądane jest pozbycie się wszelkich tajemnic. Alternatywa jest taka: albo ukrywanie, albo pełna jawność. Nie ma innej opcji. Jawność, poszanowanie praw człowieka i wolność wypowiedzi. Po spełnieniu tych warunków zobaczymy, kto jest bohaterem, a kto świnią. Każde społeczeństwo dzieli się na policjantów, złodziei, okradanych i manipulowanych.

         Rzecz jest tylko w proporcji. Nie napisałem tego tekstu, by mówić o własnym życiu. Pisząc o sobie, piszę także o was.

Fragment książki

Anatol pułkownik Fejgin. Bandyta czy ofiara ideologii?

      – Znacie wy, towarzyszu Fejginie, W. I. Lenina? 

      – Wydaje mi się, że znam.

      – Mimo to pozwolę sobie przytoczyć wam kilka cytatów waszego ukochanego wodza, którego naczelnym hasłem było: „Wszędzie trzeba koniecznie i bezwzględnie dusić tych smutnych i histerycznych awanturników”. „Trzeba podsycać energię i masowość terroru”. W Leninie, tak samo jak i w Stalinie grała dusza poezji. Iljicz tak o tym mówi: „Ja jeszcze w Krasnojarsku zacząłem tworzyć wiersze: <W Suszu u podnóża Sajana…>, ale niestety oprócz pierwszej linijki nic więcej nie stworzyłem”.  O logice klasowych stosunków miłosnych: „Żądania <wolnej miłości> radzę całkowicie odrzucić. Okazuje się to żądaniem nie proletariackim, ale burżuazyjnym. Rzecz nie w tym, co Wy chcecie przez to subiektywnie rozumieć. Istota tkwi w obiektywnej logice klasowych stosunku miłosnych. […] jeżeli już koniecznie chcecie, to przelotna-więź namiętność może być brudna, a może też być czysta (…).

         ***

         Ciekawie, co na takie ujęcie miłości przez Lenina miała do powiedzenie jego żona Nadieżda Krupska. Kobieta wzdęta i nadęta, cierpiąca na wytrzeszcz oczu, ale na swój sposób sympatyczna, a w miłości tolerancyjna jak jasna cholera.

      Nie, nie była moskiewską Valerią Messaliną, trzecią żoną Klaudiusza władcy Imperium Romanum, prawnuczką Marka Antoniusza, zbrodniczą nimfomanką do której zawistnicy i nienawistnicy ośmielają się ją porównywać.

      Nic z tych rzeczy. Nadieżda była zwykłą rosyjską kobietą. Wychodząc za Lenina całe życie poświęciła rewolucji. Była fantastycznie fantastyczna. Oczywiście, że rąbnięta. Ale, co za klasa!         Była prawowitą żoną, ale tolerowała kochankę męża, Inesse Armand. Mało tego, przyjęła Inessę jako dublerkę w łóżku z Iljiczem Ulianowem, którą Lenin pouczał, że „lepiej przeciwstawić mieszczańsko-imteligencko-chłopski związek małżeński bez miłości  – proletariackiemu małżeństwu z miłości”. Zaś kochanka skarżyła się wodzowi rewolucji: „Chcieli wysłać mnie jeszcze  sto wiorst na na północ do wsi Kojdy. Ale po pierwsze, tam zupełnie nie ma polityków, a po drugie, jak mówią, cała wieś zarażona jest syfiłem, a mnie się to jakoś nie uśmiecha”.

      Nadieżda do Marii Iljiczyny: „A jednak mi żal, że nie jestem mężczyzną, bobym się dziesięć razy więcej łajdaczyła. A krótko  przed śmiercią powiedziała, że jakby się jeszcze raz urodziła toby się tysiąc razy więcej puszczała.

      ***

      Zastanawiając się na komentarzem do Nadieżdy i Włodzimierza Leninów natrafiam na wiersz Jana Andrzeja Morsztyna. Poeta w utworze Małżeństwo pisze: „Sameś skurwysyn, kurwa twoja żona, / Tak się ty diabłu godzi jak i ona: / Gracie oboje, oboje pijecie, / Wzajemnie kradniecie, wzajemnie się bijecie. / Gdybyście tak równi i tak siebie godni / Jak wiecheć zadku: czemu tak niezgodni?

      ***

      Jeżeli chodzi o moje z danie w „tym temacie”, to uważam, że kobiety mają prawo do swoistej dzikiej wolności, niczym koty.         Nadieżda była milion razy sympatyczniejsza niż Lenin. Podobnie żona Fejgina, Anna.

     

      No może Anna nie była milion, ale tysiąc razy sympatyczniejsza niż Anatol, to pewne.

     

      Od Włodzimierza Sokorskiego dowiedziałem się, że pułkownik Fejgim „wyfasował” Annę, którą następnie udomowił z 1. Samodzielnego Bataliony Kobiecego im. E. Plater. W Polskich Silach Zbrojnych ma terenie ZSRR więcej takich „fasowników” było, bo to i Świerczewski, a i sam Sokorski brali na okresowe „udomowienie” co ładniejsze Plateranki, a i inni także brali.

      O jednym z nich, szefie Wydziału Informacji 1 Dywizji WP, przekształconym  1.04.1944 roku w Wydział Informacji Armii Polskiej w ZSRR Wojska Polskiego (od 29. 07. 1944 r. – 1. Armia Wojska Polskiego) majorze, a następnie pułkowniku Piotrze Kożuszce Fejgin nadmienił mimochodem, o czym jeszcze wspomnę..

      O ile jednak większość „tłustych armijnych kotów” po wojnie puszczała „branki” samopas, to Fejgin postąpił szlachetniej. Udomowił Annę na stale.

      Skądinąd wiedziałem, że pułkownik przed związaniem się z Anną miał również legalną żonę i dzieci. Nie chciał jednak na ten temat mówić.

         ***

         20 lat po ostatnim spotkaniu z pułkownikiem Fejginem mogłem nieco uzupełnić ten fragment życiorysu byłego dyrektora Departamentu X MBP. Poniżej fragment wywiadu przeprowadzonego przez Krystynę Naszkowską z synem Fejgina Piotrem:

      Krystyna Naszkowska: – Poszła (matka Piotra, Anna – H.P.) do I Dywizji?

      Piotr Fejgin: – Tak, do kobiecego batalionu. I natychmiast się rozchorowała. Opowiadała mi, że bardzo się martwiła, że zostanie zdemobilizowana, bo chore nie nadają się do wojska. W końcu wyzdrowiała, ale w tym czasie babski batalion poszedł dalej, bo front już się przesunął. („Babski batalion” czyli 1. Samodzielny Batalion Kobiecy im. E. Plater, wbrew fałszywej historiografii rozpowszechnianej w Peerelu nie był utworzony przez płk. Berlina. 1 SBK powstał na mocy decyzji Stalina [Uchwała PAKO z dnie 10 sierpnia 1943 r.] i nie brał udziału w żadnej bitwie czy potyczce 2 wojny światowej – red.). Dali ją do jakiej służby rachunkowej. Miała obliczać ile benzyny potrzeba na samochody, które jeżdżą. Aż któregoś dnia powiedziano jej, że potrzebne są osoby, które potrafią czytać i pisać, bo nie wszystkie dziewczyny umiały, niektóre pochodziły z bardzo niewykształconych rodzin. I tak trafiła do działu politycznego, uczyła rosyjskich oficerów polskiego, taka to była robota. Tam poznała ojca, który był oficerem politycznym.           

  1. N. – A historia ojca?
  2. F. – Został komunistą jakby na przekor swemu ojcu. Mój dziadek Fejgin był jednym z dostawców skór dla rosyjskiej armii carskiej. Zaopatrywał armię w buty, był też przedstawicielem Baty na imperium rosyjskie. Bardzo bogaty człowiek, własnymi rękami doszedł do wszystkiego. Dorobił się wielu fabryk, które miał rozrzucone po całej Rosji, także Ne terenach, gdzie po 1918 roku powstała Polska. Po wybuchu rewolucji oskubano go z rosyjskich fabryk […]. Mój ojciec urodził się już w Warszawie, dziadek miał spory dom i jakieś zakłady. Nadal posiadał duże pieniądze i prowadził „naganny” tryb życia […]. Najstarsza córka dziadka przystała do ruchu komunistycznego i wciągnęła w to mojego ojca […]. Ojciec jeszcze przed wojną siedział w więzieniu, nie wiem, dwa albo trzy razy. Ileś razy uciekł po prostu. Dostał przepustkę z więzienia na leczenie, choroba była sfingowana i został na wolności, ukrywał się. Jeździł na zachodnią Ukrainę, zbierał pieniądze dla partii, rożne takie rzeczy robił. Był w Związku Młodzieży Komunistycznej Warszawa Śródmieście; z tej działalności znal się z Jakubem Bermanem i wieloma innymi ludźmi, którzy w PRL stali się bardzo ważni. Kiedy wybuchła wojna ojciec był na Ukrainie, trafił do Lwowa. I tak urodził się mój brat z innego małżeństwa.
  3. N. – Miał żonę przed twoją mamą?
  4. F. – Tak jest. Gdy wybuchła wojna niemiecko-sowiecka w czerwcu 1941 roku, ojciec pracował w jakiejś fabryce zbrojeniowej chyba jako buchalter. Był komunistą ale Rosjanie nie mieli zaufania do polskich komunistów i nie dawali im broni. Potem trafił do batalionu budującego zabezpieczenia dla obrony przeciwczołgowej. Niemcy jednak posuwali się tak szybko, że batalion uciekł, zanim cokolwiek zbudował. W końcu odnalazł rodzinę i razem zostali skierowani do Kazachstanu, gdzie trafili do kołchozu. Bo jego rodzina – matka, ojciec, młodsza siostra i jego pierwsza żona z dwuletnim dzieckiem, pierwszym synem mojego ojca – trafiła w 1940 roku do warszawskiego getta. Dziadek w czasie nalotu w 19439 roku złamał nogę, nie mógł chodzić, więc został w getcie z siostrą mojego ojca, która miała się nim opiekować, póki nie wyzdrowieje. Nic więcej nie wiem o ich losach. A babcia i pierwsza żona ojca z dzieckiem wyszły z getta i dotarły do Lwowa. Obie umiały pływać, więc przeprawiły się wpław przez Bug, babcia jako lepsza pływaczka miała na plecach dziecko.
  5. N. – To uli miałeś braci?
  6. F. – Dwóch przyrodnich. Pierwszy nie przeżył wojny, drugi, młodszy, Olek zamarł w 2013 roku w Izraelu. Dotarły więc do Lwowa, potem odnalazły się z moim ojcem i wylądowały razem z mim w Kazachstanie w kołchozie. Ojciec był tam buchalterem, liczył owce […]. W końcu ojciec poszedł do I Dywizji, a kobiety z Olkiem zostały przeniesione do Kujbyszewa i siedziały tam do końca wojny.
  7. N. – Co się stało z pierwszą żoną ojca?
  8. F. – Rozwiedli się. Ona potem wyszła za mąż, mieszkała w Warszawie.
  9. N. – A ty miałeś kontakt z bratem?
  10. F. – Żadnego. Podobno drugi mąż jego matki był niesłychanie zazdrosny, więc mój ojciec widywał się z Olkiem jedynie na mieście albo w swoim gabinecie w pracy. Olek został usynowiony przez tego drugiego męża, to była procedura z zatarciem przeszłości.
  11. N. – To kiedy się dowiedziałeś, że masz brata?
  12. F. – Czwartego listopada 1971 roku. Wyjechałem z Polski 5 listopada 1971 roku, pociągiem do Świnoujścia. Później niż większość marcowych emigrantów, bo wcześniej mnie nie wypuszczali. A kiedy było już jasne, że 5 listopada wyjeżdżam, przez trzy tygodnie chodziłem na bani – żegnałem przyjaciół i kolegów. Ostatniego wieczoru wróciłem do domu dość późno. „Napij się herbatki” – powiedzieli rodzice. Byłem Malo przytomny, a tu ojciec mi podaje kolorową pocztówkę. „To nie do mnie – mówię – to do ciebie pocztówka”. On na to, że na pocztowce jest adres i że pod tym adresem odnajdę swojego brata. Matka siedziała jak mur, milczała, a ojciec tłumaczył, że nic mi nie mówił o moim bracie, bo drugi mąż był zazdrosny, nie pozwalał się kontaktować, spotykać, a poza tym on nie chciał robić przykrości mamie. Wtedy mama dostała furii. Dosłownie. O mało go nie utłukła. To nie była wielka kobieta, ale rzuciła się na niego, krzyczała, że zasłania się nią, a tak naprawdę on sam nie pozwalał nam na kontakt […].
  13. N. – masz o to żal do rodziców?
  14. F. – A jak myślisz/ Zostałem obrabowany.

      ***

      W tym miejscu wracam do wodza rewolucji: „Europa to w istocie psie gówno. Głupi naród – Czesi i Szwaby”. „Już kilka dni sterczymy w tej przeklętej Genewie. Nudna dziura, ale nic się nie poradzi. Paryż – paskudna dziura”. „Naszą notę w sprawie odrodzenia konferencji genueńskiej należy sporządzić w najbardziej zuchwałym i szyderczym tonie, tak żeby w Genui odczuli to jako policzek. Najmocniejsze wrażenie można wywrzeć tylko arcyzuchwalstwem. Nie można przepuścić takiej okazji”.

         ***

         Francowata uczciwość, której nie udało mi się pozbyć nawet w czasie kilkunastoletniego obcowania z komunistami, politykami i służbami specjalnym, którzy etyczność uważają za aberracje znowu skłania mnie do dygresjowania.

      W sto lat po pouczeniach Wielkiego Lenina podstawcie sobie, proszę, zamiast Genewy Brukselę i Unie Europejską w jej rozlicznymi enklawami. Zobaczcie jak na żądania i sugestie Unii Europejskiej (rządzonej, co dla każdego Polskiego Patrioty nie powinno być tajemnicą pod dyktando „Szwabów”) kompetentnie i godnie odpowiada rząd Kraju Pieroga i Zalewajki.

      Tak, nauka Wodza Rewolucji nie poszła w las. W kraju Pieroga i Zalewajki pierwszy podchwycił ją minister Zbigniew Ziobro et cosortes i rozpowszechnił.

      Za ministrem sprawiedliwości prokuratorem generalnym poszli inni. Tylko targowiczanie są przeciwni.   

      Zobaczcie jakie „przekazy dnia” płyną ze sztabu „Ojca Ojczyzny”? I to jest dobre, a nawet świetne, bo jest arcyzuchwałe. Z powodzeniem zapędzamy w kozi róg parszywych eurobiurokratów unijnych i rodzimych inteligencików.

         Brukselczycy wiją się w bezsilnej złości. Mało tego, ośmielają się grozić naszemu dumnemu Narodowi. Durnowata hiszpańska hetera, której sędziowski mózg zaszpuntowało europejskie lewactwo, na prośbę „głupich Czechów”, zapominając o Somosierże i 3. Pułku Szwoleżerów Gwardii Cesarskiej, a także o XIII Brygadzie Międzynarodowej im. Jarosława Dąbrowskiego pragnie nas naciąć na niebotyczne odszkodowania w sprawie „dziury w Turoszowie”.        „Dziura” jest nasza. My ją kochamy. Nie damy jej zasypać. A nasi prześladowcy niech pocałują się w to miejsce, w które radził Bohumil Hrabal.

         Strachy to na Lachy. My, „dumni Polacy”, swój honor mamy! I nic to, że może nas to kosztować krocie. Nie raz już rezygnowaliśmy ze śmierdzących pieniędzy zrzekając się reparacji wojennych od Niemców czy rezygnując z Planu Marshalla.

         Co prawda do rezygnacji z tego szmalu przymusił nas kiedyś Stalin. Ale nie chce mi się wierzyć, aby tym razem w strawę wplątał się mój przyjaciel, wielce sobie ceniący nauki Lenina, Władimir Putin. On tylko inspiruje co mamy robić i antycypuje, co zrobimy.   

         ***

      Darujcie, znowu powrót do wodza rewolucji. „Pewnie powiecie, że Niemcy nie dadzą wagonu. Mogę się założyć, że dadzą. Mało to w Genewie durniów do takich celów”. „U nas znów deszcze”. O Kobie (J. Stalin – H.P.): „Czy nie pamiętacie nazwiska Koby? Pozdrowienie. Ulianow”. […] „Wielka prośba: dowiedzcie się nazwiska Koby”. O terrorze: „Tow. Zinowiew! Dopiero dziś dowiedzieliśmy się w KC w Pitrze robotnicy chcą odpowiedzieć na zabójstwo Włodarskiego masowym terrorem i że wyście ich powstrzymali. Protestuję stanowczo! Kompromitujemy się: grozimy w rezolucjach sowdepu masowym terrorem, a kiedy przyjdzie co do czego, hamujemy inicjatywę rewolucyjnych mas, zupełnie prawidłową. To nie-moż-li-we! Trzeba podsycać energię i masowość terroru […]. Koniecznie zastosować bezlitosny, masowy terror wobec kułaków, popów i białogwardzistów. Podejrzanych zamknąć w obozie koncentracyjnym za miastem. Telegrafujcie o wykonaniu […]. Trzeba wytężyć wszystkie siły, wprowadzić natychmiast masowy terror, rozstrzelać i wywieźć setki prostytutek rozpijających żołnierzy, byłych oficerów itp. Ani minuty zwłoki… Rozstrzeliwać, nie pytając nikogo i nie dopuszczając do idiotycznej zwłoki”. „Nie jest zupełnie jasne, kogo właściwie zabijać. Prostytutki rozpijające żołnierzy i byłych oficerów?  Czy prostytutki rozpijające żołnierzy, a już oddzielnie – byłych oficerów? I do kogo strzelać, a kogo wywozić? Czy wywozić już po rozstrzelaniu? (…)  bądźcie przykładnie bezwzględni”. „Jeżeli nie zostaną podjęte heroiczne działania, to ja osobiście będę przeprowadzał w Radzie Obrony  i w KC nie tylko aresztowanie wszystkich odpowiedzialnych osób, ale i egzekucje.  Niedopuszczalna jest bezczynność i niedbalstwo”. O rewolucji: „Drodzy towarzysze! Zmuszony jestem zgodnie z sumieniem stwierdzić, że wasza rezolucja jest tak politycznie nieudolna i tak głupia, że wywołuje mdłości. Tak postępują tylko rozkapryszone panienki i głupi rosyjscy inteligenci. Przepraszam za szczere wyrażenie swego zdania; przyjmijcie komunistyczne pozdrowienia od mającego nadzieję, że otrzymacie nauczkę w postaci więzienia za bezczynność. […] Nie można nie aresztować, celem zapobieżenia spiskom, całej tej gawiedzi z kręgów kadeckich.

 

      Byłoby wręcz karygodne nie aresztować jej. Lepiej żeby dziesiątki i setki inteligentów przesiedziały dzionki i tygodnie. Dalibóg, lepiej

 

      Intelektualne siły robotników i chłopów rosną i krzepną w walce o obalenie burżuazji i jej popleczników, lokajów kapitalizmu uważających się za mózgi narodu. W istocie to nie mózg, a gówno”. O publikacjach: Jeśli po wydaniu sowieckiej książki nie ma jej w bibliotece, trzeba żebyście Wy (i my) z absolutną dokładnością wiedzieli, kogo posadzić. […] Dlaczego to się zatrzymało (chodzi o druk Lenina – H.P.)? Przecież dawałem 2-3 dni! Na miłość boską, przynajmniej posadźcie kogoś do więzienia. […] Gazetom damy dyrektywy, by już jutro zaczęły ich na setki sposobów i ze wszystkich sił wyśmiewać i tępić przynajmniej raz na tydzień w ciągu dwóch miesięcy. […] Według mnie, potrzebny jest tajny okólnik przeciw oszczercom rzucającym szkalujące oskarżenia pod placykiem krytyki”. Dostałem książkę S. Masłowa. „Widać wyraźnie, że to na wskroś burżuazyjna, paskudna książczyna, ogłupiająca <uczonym> kłamstwem. Tylko dureń albo złośliwy sabotażysta mógł przepuścić taką książkę”. Nie potrafimy jeszcze publicznie osądzać ohydnej wstrętniej pisaniny. Za to trzeba powiesić cały Narkomjust na śmierdzących powrozach. Nie straciłem jeszcze nadziei, że i nas kiedyś wszystkich za to słusznie powieszą”. O ekonomii bolszewickiej: „Tichwiński (chemik, profesor, rozstrzelany  w 1921 roku  – H.P,) nieprzypadkowo został aresztowany: chemia i kontrrewolucja nie wykluczają się nawzajem. […] Sprzeciwiłem się stanowczo marnotrawieniu ziemniaków na spirytus. Spirytus można i trzeba robić z torfu. Trzeba rozwinąć tę produkcję spirytusu z torfu. […] Powiadomić Instytut Naukowo-Żywniościowy, że w ciągu 3 miesięcy powinny zostać dostarczone dokładne i wyczerpujące dane o praktycznych osiągnięciach w produkcji cukru z trocin. […] Czy przypadkiem Wasz Narkomjust nie śpi? Tu potrzebny jest szereg procesów pokazowych z zastosowaniem surowych kar. Narkomjust, jak się wydaje, nie rozumie, że nowa ekonomiczna polityka wymaga nowych sposobów, nowej surowości kar. Z komunistycznym pozdrowieniem. Lenin”.

      ***

      – Co wy na to, towarzyszu pułkowniku Fejginie?

      – Według Lenina dyktatura proletariatu, walcząc o cele nadrzędne, musi prowadzić wszystkie formy walki i stosować każdy środek prowadzący do urzeczywistnie­nia celu nadrzędnego. Przeczytajcie, panie Piecuch, Rozważania nad pierwszym dziesięcioksięgiem historii Rzymu Liwiusza. Znajdziecie O Niccolo Machiavellego taki passus: „Kiedy chodzi bowiem o ocalenie ojczyzny, nie wolno kierować się tym, co słuszne lub niesłuszne, litościwe lub okrutne, chwalebne lub sromotne. Nade wszystko inne zważać należy wtedy na to, aby zapewnić jej przetrwanie i uratować jej wolność”.

      I o tym mówi Lenin. A o cukrze z trocin czy o spirytusie z torfu to przecież przedni humor. Co zaś do Hitlera, to fuchrer wykorzystał przekazanych mu przez Stalina komunistów do walki na swoim terenie z Komuni­styczną Partią Niemiec. Było to tragedią, taką jak rozstrzelanie KPP. Ale ta zbrodnia nie obciąża Lenina, a Stalina.

         ***

         Ubolewam że Fejgin nie dożył „dobrej zmiany”. Nie ulega wątpliwości, że radowałby się iż Daniel Obajtek odkupił od niemieckiego koncernu Polska Press. Tak, Obajtek, genialny ignorant, czyli osoba niezaznajomiona z pewnymi dziedzinami znanymi czytelnikom, za to obeznana z innymi rzeczami, o których czetnicy nie maja pojęcia. A „Teraz Polska” jest silniejsza niż kiedykolwiek była, Dziennikarze prasy lokalnej mogą swobodnie pisać prawdę i tylko prawdę…

         Tak, dziennikarze, wedle Jacka Kuronia to „wyjątkowo parszywa banda”.  Czają są po obu stronach barykady. Jak jedna klika pójdzie w odstawkę, natychmiast znajdzie się druga hurma, stale gotowa zażarcie walczyć o „nową sprawę”, „nowy ład”, itp., ale może lepiej powiedzieć – „za żarcie”. Tak, to kolumny, absolwenci Uniwersytetu Obmowy.

         ***

         Domniemywam, że jeszcze bardzie ucieszyłby eks-dyrektora Departamentu X MBP działalność Zbigniewa Ziobry wprowadzającego tak potrzebną Krajowi Pieroga i Zalewajki politykę zaostrzania kar. Manipulacje kodeksowe w epoce „dobrej zmiany” są tak skuteczne jak leczenie anginy przy pomocy kociego ogona tak przydatne jak hulajnoga do podróży na Marsa.

         Anatol pułkownik Fejgin był zdania, że naród trzeba podzielić na dwie części. Pierwszą, obrzydliwą tłuszczę opozycyjną należy zapudłować, a drugą, prawdziwie patriotyczną, wyznaczyć do pilnowania części pierwszej.

         ***

         Jeżeli chodzi o mnie, to nie ukrywam, że popieram „dobrą zmianę”, „Ojca Ojczyzny” i „Nowy Ład” premiera M. Morawieckiego.

 

         Chciałem te sympatie utrwalić.

 

         Opisać Kraj Pieroga i Zalewajki na tle Wielkiej Brytanii, Niemiec i Rosji. Napisałem Wielką wymianę ognia. Wyszło, że Wielka Brytania kojarzy mi się z królową Wiktorią i pedałami, Niemcy z Hitlerem i niczym więcej, Rosja z zawracaniem biegu rzek, Leninem i Putinem, a Polska z wieloczęściowymi Dziadami

         Adam Mickiewicz Mickiewiczem był i po nocach mi się śnił, ale i tak Dziady zostały przebite m.in. przez udane geszefty z mediami „zdrowego materialnie” D. Obajtka, oraz ekscytujące plany ministrów P. Czarnka, M. Kamińskiego i  Z. Ziobry.

         Wiem, sny czasami ziszczają się, no to marzę, aby zdanie z „przekazów” Lenina o „śmierdzących powrozach”, także się ziściło. A więc uważajcie ministrowie – sumienie mówię niekiedy przez sen.

         No to wracam do sprawozdania z rozmów z A. Fejginem.

 

 

 

Się napisało

Fragment pierwszy: miłość: Za oknem słońce się śmieje./ O wielkiej miłości śpiewa. / Migają wspomnienia i drzewa./ Niebo pogodę sieje./ Nie ma już ptaków ni ludzi./ Grzeje się ziemia i czeka./ Może ten sen mnie obudzi… Pół wieku temu na stawiałem Wala Jałgejczuk. Na inne koleżanki patrzyłem jak na stado pingwinów. Ją tylko widziałem. Byłem niczym kulka zaplątana w gąszczu srebrnych liści. A ona była nasiąknięta zapachem róż, konwalii i lilii. Róże hiszpańskie feudalne, niesłychanie seksualne zdawały się przyciągać zgoła coś innego. Wala była swobodną, radosną miłością platoniczną. Naturalną jak oddech. Od jej widoku rano zapalało się słońce, a wieczorem iskrzyły gwiazdy. Do dziś czuję smak jej głosu. Brzmiał tak jakbym w ustach miał watę cukrową. To była śmieszna miłość kochana zanadto. Czułem się ocalony przed życiem. Nie wiedziałem jeszcze, że miłość, to utrata godności. Nie ocala. Często boli. Ale wówczas byłem w siódmym niebie. Byłem uskrzydlony. Bujałem w chmurach. Wznosiłem się jak Ikar. Trwało to i trwało…

Ta pierwsza miłość była jak wejście do dżungli bez maczety. Spłoszyła mnie byle papuga. Było tak: zauważyłem, że Wala, która do pewnego czasu mała chęć wyrżnięcia wszystkich chłopców oprócz mnie, rozgląda się, czy czasem któryś z tego rżnięcia nie ocalał. Niestety, jeden ocalał. Myślałem, że moja dziewczyna widzi we mnie coś więcej niż czubek góry lodowej, coś co było dobrze ukryte, może nawet głębiej niż dno dna i zrozumie, że nie warto się oglądać za innymi. Więc zamiast walczyć oraz dać absztyfikantowi po pysku, zostawiłem decyzję ukochanej. Skończyło się na czarnej polewce.

Świat się dla mnie skończył. Po rozstaniu z Walą czekało mnie jeszcze sporo niespodzianek. Nic istotnego z nich nie wynikało. Musiałem ułożyć sobie projekt życia zredukowanego. Na długo zapomniałem… Zapomniałem, kim byłem. Zapomniałem, kim jestem. Zapomniałem, kim będę. Zapomniałem, że gaśnie mój świat. Zapomniałem, że zniknę. Spadłem z chmur niczym Ikar. Nie byłem nawet zerem. Zero jest cyfrą. Ja byłem kropką. Samotną. Nie byłem nawet literą. I zdawało mi się, że na moim tanim zegarku czas drożeje z sekundy na sekundę. A czas nie jest walutą miłości. A śmierci. Amen.

Najtrudniej dotrzeć do samego siebie, a zrozumieć kobietę nie jest w stanie nawet złota rybka. Nie znając pouczeń Marka Aureliusza, że nie należy gniewać się na bieg wypadków, bo ich to nic nie obchodzi, sięgnąłem po Iliadę Homera i Z sercem zgryzotą przeżartym, stroniąc od wszelkich ludzi wybrałem się nad rzekę Kamienną. Zarzuciłem wędkę. Złowiłem złotą rybkę. Za zwrócenie wolności obiecała spełnić moje życzenie. Zażądałem wszystkich ryb z Kamiennej. „Może miałbyś inne życzenie” – zaproponowała rybka. Chciałbym zrozumieć kobietę – powiedziałem. „To jednak wyłowię ci te ryby, co do jednej. Zrozumieć kobietę? To ponad moje siły”.

W chwili, gdy to piszę zrozumiałem, że ja nic o Wali nie wiedziałem. Byłem dyskretny. O nic nie pytałem. Chciałem jeno milczeć patrząc w jej oczy. Nawet nie zauważyłem, że już ją nudzę. To była niemożliwa miłość. Z przetrąconym grzbietem czołgałem się dalej. A może najlepiej byłoby zwariować? A może puścić sprawę w niepamięć? Nie potrafiłem. Z nogami jak ciężkie czarne trumny zrozumiałem, że wszystko przemija. Nawet najdłuższa żmija. Znika. Nawet słowa zaklęć. Tak jak zniknę ja sam. Ale nie przejmujcie się. Wy także znikniecie. Kosza dostałem ze swojej winy. Z dziewczynami nigdy nie szło mi najlepiej. Nie pozwalała mi na to wrodzona nieśmiałości. O ile w sporcie w każdej, nawet beznadziejnej sytuacji potrafiłem iść przebojem, a na bieżni czy w basenie potrafiłem wojować o każdą sekundę, na wspinaczce walczyłem o każdy metr ściany, a w żeglarstwie o stopę wody pod kilem, to w sytuacji sam na sam z dziewczyną, poza którą świata nie widziałem, baraniałem kompletnie, zamieniałem się w słup soli niczym żona Lota.

Mijały lata i pomyślałem, że pora się ożenić. Domyślałem się wprawdzie, że nie jest to atrakcyjna propozycja dla kobiet, którym małżeństwo proponowałem, ale nic na to nie mogłem poradzić. Brakowało mi pawiego ogona, którym mógłbym zaimponować. Nie będąc łowcą i łamaczem dziewczęcych serc ponosiłem porażkę za porażką. Nie, o żadnym seksie nie mogło być nawet mowy. Było to w czasach, w których dziewczyny ceniły cnotę (dziś wiem, ze nie wszystkie) a chłopcy byli kumplami (dziś wiem, że nie wszyscy), a nie kochankami.

       Jak to wyrazić? Nie wiem? Słowami nie da się wyrazić czym miłość jest. Wysiłki ludzi usiłujących dopaść temat ukochania to przedsięwzięcie spartolone. Szukanie wzorców na miłość w literaturze i sztuce jest beznadziejne.

       Miłość można rozpoznać tylko własnym sercem.

          Drugi fragment. Opis ogrodu: Koniec lipca. Południe. Gaśnie kosiarka w sąsiedzkim ogrodzie. Ale robi się zimno. Lato przechodzi jakieś dolegliwości. Włóczę się po cudownej gminie. Tu stary pies, tam jeszcze starszy kot mnie obojętnie minie. Ciepły wiatr wodzi mnie za nos. Każdym oddechem błogosławię swój niedorzeczny głupi los. Mówię do siebie: Przytul się do stworzenia. Obejmij brata psa, brata kota. Podnieś wypadłe z gniazda pisklę.  Potem siadam przy oknie. Oglądam świat. Jestem na amen związany z przyrodą. Jestem jej cząstką. W pewnym sensie jestem – jakby to powiedzieć – tworem panteistycznym. Czując się zatem cząstką przyrody, integralną, w naszym systemie filozofii i religii, muszę powiedzieć – być może bluźnierczo – że czuję się cząstką Boga.   

         Wieczorem przerzucam kartki Okna, czarownej książki Anny Arno. Przyznaję rację autorce: Dobrze mieć okna. Bez okien człowiek wariuje. Widzi tyko to, co ma w sobie. Co zobaczył niegdyś? Co się zapisało w pamięci? Kto by pomyślał, że to takie ważne? Bo „Jest patos wielkich uczuć, patos szczerozłoty; i jest patos blagierski: środek na wymioty”. Przez okno zaglądają białe, ciężkie kulki kwiatów hortensji. Dalej trzy czereśnie pobłyskują karminowymi owocami. Gałęzie obsadzone ptakami. Wrony wronią. Udają paniska. Siedzą najwyżej. Atakują każdego kto się do nich zbliży. Siebie też atakują. Są zachłanne na czereśnie niczym „Tatuś Dyrektor” na szmal podatników. Potem para dzikich gołębi. Skromna. Szara.  Niżej szpaki. Stado. Może sto, może tysiąc. Niepoliczalne, nieokazałe, ale szpakują. Najniżej wróbluje plebs wróbelkowy. Czereda rozświergotana. Ascetyczna. Najfajniejsza. Też niepoliczalna. Wróbelki ruchliwe niczym feministki na demonstracji. W locie chwytają czereśnie strącane przez nieobyczajne wrony. A skoro ten ptaszek to i K. I. Gałczyński: „Wróbelek jest mała ptaszyna, / wróbelek istotka niewielka, / on brzydką stonogę pochłania, / lecz nikt nie popiera wróbelka. / Więc wołam: Czyż nikt nie pamięta, / że wróbelek jest druh nasz szczery?! / Kochajcie wróbelka dziewczęta, / Kochajcie do jasnej cholery!”. Kochajcie też „To” i „Owo”.

         Po południowej stronie ogrodu stulone do siebie trzy świerki. Bronią się przez nacierającymi tujami. Pod tujami bieli się kilka kwiatów tykwy. Północ zamykają brzozy. Majestatyczne jak wieża Eiflla. Wabią aby się do nich przytulić. Pod ich białą skórą szemrze woda, albo już soki. Na czubku modrzewia sroki kończą budowę spóźnionego gniazda. Hałasują pry tym niemożebnie, niczym policjanci rozpędzający nielegalną demonstrację kobiet.

         W górze pierzaste chmury. Może anioły gubią puch? W dole trawy umajone tysiącami szarotek, maków, rumianków, witek macierzanki, mleczy, ślimaków, żuczków. różnością małych żyjątek. Ta kwietna łąka żyje. Dzieli się sprawiedliwie z mchami, niczym PiS z opozycją, A złotowłosy, bielistki, widłoząby, to kobierce splecionych łodyżek, olbrzymy dla owadów, nieme podłoże dla stóp, pazurków kotków, psa Fabiego i raciczek owcy sąsiadów, która mnie czasami nachodzi. Na ich terytoria wchodzą nieśmiałe paprocie i rzodkiewnik pospolity, najsmutniejsza roślina na świecie. Mszaki są jedną z najstarszych grup roślin we wszechświecie. To jedne z pierwszych kolonizatorskich, zuchwałych pomysłów roślin na to, jak zagarnąć dla siebie pustą do tej pory Ziemię. Są rośliny pazerne i bierne. Drapieżne i bezwzględne. Są też sprytne niczym „Ojciec Ojczyzny”. Są silne jak „tłuste koty” i słabe niczym rachityczne kochanki, albo jak katalog typów psychologicznych.

         Spoglądając na mchy, na ogród, na wszystko co w nim żyje i kwitnie jawią mi się przed oczami wspomnienia erotycznych zabaw na łonie natury z kręgu kultury grecko-rzymskiej, której jesteśmy spadkobiercami. Pod czaszkę wciskają się, miłosne igraszki greckich bogów z boginiami, nimfami, ale i ze zwykłymi niewiastami. Wspominam list jakiegoś seksisty do mojego przyjaciela profesora Ł. Luczaja, który obok pisania zajmuję się także tworzeniem kwietnych łąk, sprzedaje nasiona z zamówieniem „Tylko żeby te kwiatki kwitły, bo ja potrzebuję taką łąkę, żeby się laska od razu rozebrała i rozłożyła nogi”. Tak, mech to gotowe łoże. Nic dodać, nic ująć. Gdy nie ma laski – pisze Luczaj – idź do brzozy „wsuniesz członka między spękaną, omszałą korę starej brzozy […]”. Ale z ptakiem takie „To” i „Owo” to absolutnie nie to!!!

         Słońce kapiąc z nieba ucieka. Z ogrodu bucha zapach jaśminu i tojadu mordownika. Gdy księżyc, zatłuczony meteorytami, cały w kraterach wychyla dziobatą twarz zza ramion gałęzi sosny i zagląda w me okno, ja przez liście tulipanowca widzę przebłyskujący w poświacie księżycowej czerwony dach sadyby Holendra i szary Ani i Jacka Popków. Z lewej kawałek muru najbliższych sąsiadów z widocznym zaciekami. Na tynki muru napierają mchy i porosty. Tofik Dorotki szczeka po polsku, a psica Holendra po flamandzku.

         Przez otwarte drzwi balkonowe dolatuje szum pszczół, trzmieli, much i os szykujących wieczorną ucztę. Osy mają gniazdo na lampie zewnętrznej. W budce na srebrnym świerku zagnieździły się jeżyki. Na drzewa wspinają się wiewiórki i układają się w dziupli do snu. Poręczy balkonu upatrzył sobie zdezorientowany bażant. Może wystraszyli go myśliwi strzelający do wszystkiego, co wystaje ponad trawę. Bażant zerknął ciekawie przez otwarte drzwi, ale nie złożył mi wizyty. Zmieniły go dwie synogarlice tureckie. Bardzo ze mną zaprzyjaźniona. Pod czereśniami przycupnęły kotki. Osiemnastoletnia Leni i pięciolatka Mara. Zwabiło je świergotanie wróbli. Mara jest ruda jak moja niedoszła kochanka. Leni czarna niczym nocne niebo na Orlu, z oczami jak onyks – symbol siły, mądrości i niezależności. Kotka jest kocim matuzalemem, podobnie jak ja – człowieczym. Widząc to wrony zaskrzeczały grubiańsko, jak „tłuste koty” przed kamerami Kurwizji.

         Gdy z nad pobliskich bagien dochodzi wieczorny klangor żurawi, a w jeszcze bliższych stawach zaczynają kumkać żaby i noc na dobre zwycięża dzień, spod altany wypełzają trzy jeże, te swoiste kaktusy w królestwie zwierząt i udają się na polowanie. Bo wszystko co żyje, żeby żyć zjada cudze życie, Karta dań każdego stworzenia to swoisty nekrolog drugiego życia. Rozglądam się za sową. Powinna już tu być. Wedle Georga Hegla „Sowa Minerwy wylatuje z zapadającym zmierzchem”. Za plecami zawodzi telewizor LG. Dochodzi mnie głos „Ojca Ojczyzny”. Słyszę, że jest dobrze. Będzie jeszcze lepiej i że czniany Czechów z ich skandalicznymi żądaniami w sprawie kopalni w Turoszowie. A Sowa Minerwy poucza, że gdy się dzieje coś złego, jesteśmy na tyle mądrzy, by to dostrzec, dopiero wtedy, gdy jest za późno i nic już nie można zrobić.  

         Tak, Anna Arno ma rację. Dobrze mieć mieć okno. Siadywać przy nim i myśleć, że myślisz. Bo gryzipiórku, skończyłeś już 86 książkę. Nie musisz być już skupiony. Nie musisz na nic reagować. Nie musisz niczego zapamiętywać. Nie doskwiera ci brak rozumu. Umysł do niczego nie jest ci już potrzebny. Twój mózg po dwóch udarach i trepanacji, twoje serce uzbrojone w bajpasy i wątroba oraz płuca z popękanymi pęcherzykami funkcjonują normalnie. Nowotwór sprawił, że medycy wykonali ci darmowy lifting facjaty. Może jeszcze jakaś laska. przeoczona i nie ucnotliwiona  przez ministra P. Czarnka cię zauważy?     Poza tym pełny spokój. Cisza. Prawie szczęście. Nirwana cnotliwego, szczęśliwego człowieka spoglądającego przez okno. Ale gdyby się trafiła jakaś atrakcyjna brzanka, to powiedziałbym: Dolny otwór, brzanko, otwórz niespodzianie /Niech zobaczę twe nagie ciało przy ścianie! /Taka cisza, że nie poznać świata – jeden tylko ptak przy mej brzozie lata, więc „To” i „Owo” + mód by się spełniło.

         Och! Dopóki jeszcze gdzieś szczekają psy, warto żyć! Warto czekać!         

 

ANATOL PUŁKOWNIK FEJGIN Zbrodniarz czy ofiara ideologii?

[Z pułkownikiem Anatolem Fejginem, byłym zastępcą szefa Informacji Wolska Polskiego i eks-dyrektorem Departamentu X MPB prowadziłem intensywne rozmowy w latach osiemdziesiątych i sporadyczne do końca XX wieku]. Tu fragment:

       …Nasza rozmowa coraz częściej staje się chaotyczna. Gospo­darz skacze z tematu na temat, tam, gdzie trzeba, podpiera się prawem. Są sprawy, o których mówi bardzo niechętnie. Są i takie, które go wyraźnie denerwują, drażnią. Należy do nich sprawa przyjaźni. Szczególnie z Bermanem i stosunku do Lenina. Nie wypiera się znajomości z Bermanem inspiracji Leninem świecącego jasnym blaskiem.

       Z opowieści pułkownika wynika, że przed wojną nie siedzieli z Bermanem w jednej celi. Mijali się w więzieniach połączeni tylko ideą leninowską, której służyli. W dalszym planie był Stalin.

       Po wojnie było odwrotnie. Świecę Lenina przykryto workiem, a Stalina, po trupach wydźwignięto na gigantyczny pomnik. Ale może lepiej powiedzieć, że on sam się wydźwignął.

       Tak, Jozef Stalin szedł po trupach. Między innymi po trupach polskich komunistów z KPP.  Generalissimusa z pomnika zrzucił Nikita Chruszczow. Znowu odkryto twórcę rewolucji bolszewickiej, który stał się „Leninem wiecznie żywym”.

       Polscy komuniści walczyli z całym światem. Walili na oślep. Języki obracały im jak ostrza w sieczkarni szatkując wszystko co państwowe. Ręce latały jak skrzydła wiatraków zabijając niekiedy prowokatorów.

       ***

       Przed wojną Fejgin zahaczał przeciwników tylko przypadkowo. Tłukł ich, ale bez zaciętości. Bez zbędnych osobistych intencji. Po światowce robiło to już z większym entuzjazmem. Zarówno przed jak i po wojnie zapłacił za to więzieniem.

       Przed, dostał dwanaście lat za komunizm.

       Po, tak samo – dwanaście za to samo, ale nie takie samo.

       Nigdy nie odbył całego wyroku.

       Ale siedział wystarczająco długo, aby pozna smak czarnego więziennego chleba. Mimo to, po wojnie z upodobaniem pakowa ludzi ludzi za kraty.

       Czy bił? Uważam, że nie bił. Nie musiał. Od tego miał ludzi. Takich prymitywnych kołków – jak sam mówi. On im tylko wskazywał, od których nieszczęśników należy wydobyć przyznanie się, często do niepopełnionych win. I „kołki” zawsze wiedziały jak to osiągnąć.

       Ale w rozmowach z Anatolem pułkownikiem Fejginem, nie o bicie mi chodzi, nie o niego samego nawet. W dyskursie z dozgonnym komunistą chciałem zrozumieć w jaki sposób wydarzenie historyczne wpływają na dzień dzisiejszy? Oraz czy rozpatrując przeszłość można antycypować przyszłość.

       Taki J. Berman na przykład? Niby był, a jeżeli chodzi o oficjalne stanowiska i dokumenty, jakby go nie było.

       ***

       Syn Fejgina, Piotr, w interesującej rozmowie z Krystyną Naszkowską, nie daje odpowiedzi na interesującą kwestię, a na pytanie, dziennikarki „Czy ojciec bił? Czy wyrywał paznokcie? Odpowiada nie wprost: Mówi: „Tak. Takie pytania.  Świadek – kobieta potwierdza, że bił. Wtedy adwokat ojca, Krzysztof Łada-Bieńkowski spytał, czy na Sali jest oskarżony. „Jest”. „To proszę wskazać”. I ta osoba pokazała na sali na byłego dyrektora Departamentu Śledczego MBP Józefa Różańskiego. „Czy świadek jest pewna, że to jest on?” „Tak jestem pewna”, Na to Bieńkowski: „Proszę o zanotowanie, że świadek wskazuje nie tę osobę, którą pomawia”.    

       ***   

       – Byłem z Bermanem po imieniu – mówi Fejgin – nawet wówczas, gdy stawał się drugą osobą w państwie. Nieformalnie – drugą osobą. Uważam, że był najinteligentniejszą osobą w socjecie pierwszej dekady Peerelu, ale oficjalnie – nigdy nie piastował najwyższych godności, za wyjątkiem członkostwa w Biurze Politycznym. O każdej porze dnia i nocy miałem do niego dostęp. Do Bieruta mogłem również chodzić. Nie korzystałem z tego przywileju. Zawsze czekałem na wezwanie. Przedwojenni komuniści szanowali się:

      – Prawdziwych przedwojennych komunistów wyciął Stalin. Wspominaliśmy przecież o tym. Wy nie protestowaliście. Czy te mordy, to nie było czasem przygotowanie w myśl zasady, że przed decydującą walką trzeba oczyścić własne szeregi. Nie wiadomo do końca czego naprawdę chciał Stalin. Być może tylko rozwoju swojego imperium. Dlatego później sprzymierzył się z Niemcami, tnąc komunistów, mało tego – wydając niemieckich komunistów Hitlerowi.

      – Likwidacja kierownictwa KPP była dramatem polskich komunistów. Nie o wszystkim jednak wiedzieliśmy. Byliśmy wychowani na Leninie…

      – Znacie wy Lenina, towarzyszu Fejgin?

      – Wydaje mi się, że znam.

      – Mimo to pozwolę sobie przytoczyć wam kilka cytatów waszego ukochanego wodza. O poezji: „Ja jeszcze w Krasnojarsku zacząłem tworzyć wiersze: <W Suszu u podnóża Sajana…>, ale niestety oprócz pierwszej linijki nic więcej nie stworzyłem”.  O logice klasowych stosunków miłosnych: „Żądania <wolnej miłości> radzę całkowicie odrzucić. Okazuje się to żądaniem nie proletariackim, ale burżuazyjnym. Rzecz nie w tym, co Wy chcecie przez to subiektywnie rozumieć. Istota tkwi w obiektywnej logice klasowych stosunku miłosnych. […] jeżeli już koniecznie chcecie, to przelotna-więź namiętność może być brudna, a może też być czysta (…).

         ***

         Ciekawie, co na takie ujęcie miłości przez Lenina miała do powiedzenie jego żona Nadieżda Krupska. Kobieta wzdęta i nadęta, cierpiąca na wytrzeszcz oczu, ale na swój sposób sympatyczna, a w miłości tolerancyjna jak jasna cholera.

      Nie, nie była moskiewską Valerią Messaliną, trzecią żoną Klaudiusza władcy Imperium Romanum, prawnuczką Marka Antoniusza, zbrodniczą nimfomanką do której zawistnicy i nienawistnicy ośmielają się ją porównywać.

      Nic z tych rzeczy. Nadieżda była zwykłą rosyjską kobietą. Wychodząc za Lenina całe życie poświęciła rewolucji. Była fantastycznie fantastyczna. Oczywiście, że rąbnięta. Ale, co za klasa!         Była prawowitą żoną, ale tolerowała kochankę męża, Inesse Armand. Malo tego, przyjęła Inessę jako dublerkę w łóżku z Iljiczem Ulianowem.

      Tylko krótko przed śmiercią powiedziała, że jakby się jeszcze raz urodziła toby się tysiąc razy więcej łajdaczyła.

      ***

      Jeżeli chodzi o moje z danie w „tym temacie”, to uważam, że kobiety mają prawo do swoistej dzikiej wolności, niczym koty.         Nadieżda była milion razy sympatyczniejsza niż Lenin. Podobnie żona Fejgina, Anna.

      No może Anna nie była milion, ale tysiąc razy sympatyczniejsza niż Anatol, to pewne.

         ***

         No wracam do wodza rewolucji: „U nas znów deszcze”. O Kobie (J. Stalin – H.P.): „Czy nie pamiętacie nazwiska Koby? Pozdrowienie. Ulianow”. […] „Wielka prośba: dowiedzcie się nazwiska Koby”. O terrorze: „Tow. Zinowiew! Dopiero dziś dowiedzieliśmy się w KC w Pitrze robotnicy chcą odpowiedzieć na zabójstwo Włodarskiego masowym terrorem i że wyście ich powstrzymali. Protestuję stanowczo! Kompromitujemy się: grozimy w rezolucjach sowdepu masowym terrorem, a kiedy przyjdzie co do czego, hamujemy inicjatywę rewolucyjnych mas, zupełnie prawidłową. To nie-moż-li-we! Trzeba podsycać energię i masowość terroru […]. Koniecznie zastosować bezlitosny, masowy terror wobec kułaków, popów i białogwardzistów. Podejrzanych zamknąć w obozie koncentracyjnym za miastem. Telegrafujcie o wykonaniu […]. Trzeba wytężyć wszystkie siły, wprowadzić natychmiast masowy terror, rozstrzelać i wywieźć setki prostytutek rozpijających żołnierzy, byłych oficerów itp. Ani minuty zwłoki… Rozstrzeliwać, nie pytając nikogo i nie dopuszczając do idiotycznej zwłoki”. O rewolucji: „Drodzy towarzysze! Zmuszony jestem zgodnie z sumieniem stwierdzić, że wasza rezolucja jest tak politycznie nieudolna i tak głupia, że wywołuje mdłości. Tak postępują tylko rozkapryszone panienki i głupi rosyjscy inteligenci. Przepraszam za szczere wyrażenie swego zdania; przyjmijcie komunistyczne pozdrowienia od mającego nadzieję, że otrzymacie nauczkę w postaci więzienia za bezczynność. […] Nie można nie aresztować, celem zapobieżenia spiskom, całej tej gawiedzi z kręgów kadeckich.

 

      Byłoby wręcz karygodne nie aresztować jej. Lepiej żeby dziesiątki i setki inteligentów przesiedziały dzionki i tygodnie. Dalibóg, lepiej

 

      Intelektualne siły robotników i chłopów rosną i krzepną w walce o obalenie burżuazji i jej popleczników, lokajów kapitalizmu uważających się za mózgi narodu. W istocie to nie mózg, a gówno”. O publikacjach: „Według mnie, potrzebny jest tajny okólnik przeciw oszczercom rzucającym szkalujące oskarżenia pod płaszczykiem krytyki. […] Jeśli po wydaniu sowieckiej książki nie ma jej w bibliotece, trzeba żebyście Wy (i my) z absolutną dokładnością wiedzieli, kogo posadzić. […] Dlaczego to się zatrzymało (chodzi o druk Lenina – H.P.)? Przecież dawałem 2-3 dni! Na miłość boską, przynajmniej posadźcie kogoś do więzienia. […] Gazetom damy dyrektywy, by już jutro zaczęły ich na setki sposobów i ze wszystkich sił wyśmiewać i tępić przynajmniej raz na tydzień w ciągu dwóch miesięcy. […] Nie potrafimy jeszcze publicznie osądzać ohydnej wstrętniej pisaniny. Za to trzeba powiesić cały Narkomjust na śmierdzących powrozach. Nie straciłem jeszcze nadziei, że i nas kiedyś wszystkich za to słusznie powieszą”. O ekonomii bolszewickiej: „Tichwiński (chemik, profesor, rozstrzelany  w 1921 roku  – H.P,) nieprzypadkowo został aresztowany: chemia i kontrrewolucja nie wykluczają się nawzajem. […] Sprzeciwiłem się stanowczo marnotrawieniu ziemniaków na spirytus. Spirytus można i trzeba robić z torfu. Trzeba rozwinąć tę produkcję spirytusu z torfu. […] Powiadomić Instytut Naukowo-Żywniościowy, że w ciągu 3 miesięcy powinny zostać dostarczone dokładne i wyczerpujące dane o praktycznych osiągnięciach w produkcji cukru z trocin. […] Czy przypadkiem Wasz Narkomjust nie śpi? Tu potrzebny jest szereg procesów pokazowych z zastosowaniem surowych kar. Narkomjust, jak się wydaje, nie rozumie, że nowa ekonomiczna polityka wymaga nowych sposobów, nowej surowości kar. Z komunistycznym pozdrowieniem. Lenin”.

      ***

      Co wy na to, towarzyszu pułkowniku Fejgin?

      – Według Lenina dyktatura proletariatu, walcząc o cele nadrzędne, musi prowadzić wszystkie formy walki i stosować każdy środek prowadzący do urzeczywistnie­nia celu nadrzędnego. Przeczytajcie, panie Piecuch, Rozważania nad pierwszym dziesięcioksięgiem historii Rzymu Liwiusza. Znajdziecie O Niccolo Machiavellego taki passus: „Kiedy chodzi bowiem o ocalenie ojczyzny, nie wolno kierować się tym, co słuszne lub niesłuszne, litościwe lub okrutne, chwalebne lub sromotne. Nade wszystko inne zważać należy wtedy na to, aby zapewnić jej przetrwanie i uratować jej wolność”.

      I o tym mówi Lenin. A o cukrze z trocin czy o spirytusie z torfu to przecież przedni humor. Co zaś do Hitlera, to fuchrer wykorzystał przekazanych mu przez Stalina komunistów do walki na swoim terenie z Komuni­styczną Partią Niemiec. Było to tragedią, taką jak rozstrzelanie KPP. Ale ta zbrodnia nie obciąża Lenina, a Stalina.

         ***

         Ubolewam że Fejgin nie dożył „dobrej zmiany”. Nie ulega wątpliwości, że radowałby się iż Daniel Obajtek odkupił od niemieckiego koncernu Polska Press. A „Teraz Polska” jest silniejsza niż kiedykolwiek była, Dziennikarze prasy lokalnej mogą swobodnie pisać prawdę i tylko prawdę…

         Tak, dziennikarze, wedle Jacka Kuronia to „wyjątkowo parszywa banda”.  Czają są po obu stronach barykady. Jak jedna klika pójdzie w odstawkę, natychmiast znajdzie się druga hurma, stale gotowa zażarcie walczyć o „nową sprawę”, „nowy ład”, itp., ale może lepiej powiedzieć – „za żarcie”.

         Domniemywam, że jeszcze bardzie ucieszyłby eks-dyrektora Departamentu X MBP działalność Zbigniewa Ziobry wprowadzającego tak potrzebną Krajowi Pieroga i Zalewajki politykę zaostrzania kar. Manipulacje kodeksowe w epoce „dobrej zmiany” są tak przydatne jak hulajnoga do podróży na Marsa.

         Anatol pułkownik Fejgin był zdania, że naród trzeba podzielić na dwie części. Pierwszą, obrzydliwą tłuszczę opozycyjną należy zapudłować, a drugą, prawdziwie patriotyczną, wyznaczyć do pilnowania części pierwszej.

         Jeżeli chodzi o mnie, to nie ukrywam, że popierając „nową zmianę” „Ojca Ojczyzny”, „Nowy Ład” premiera M. Morawieckiego, udane geszefty z mediami D. Obajtka oraz ministra Z. Ziobrę marzę, aby zdanie z „przekazów” Lenina o „śmierdzących powrozach”, także się ziściło.

         No to wracam do sprawozdania z rozmów z A. Fejginem.

SIĘ ZAPISAŁO

„Kto zabił. Desperat 2”

Trwało to dużo lat

Byłaś moją ojczyzną bo zabrakło innej.

                        Czesław Miłosz

Powoli poznawałem, co znaczy UPA i OUN. Do tej pory nie wierzyłem w tak skrajny nacjonalizm.

Teraz uwierzyłem.

Po tym, co widziałem w czasie wojny, nie sądziłem, że mogę zobaczyć więcej.

Teraz zobaczyłem.

Ogarniała mnie żądza odwetu. Uczyliśmy się odpłacać pięknym za nadobne. Jednak w mojej duszy tkwiło coś, co nie pozwalało przechodzić obojętnie obok tego, co widziałem. Musiałem o tym pomówić. Znałem tylko jednego człowieka, gotowego mnie wysłuchać.

                               ***

Wróciliśmy z akcji. Rozlokowałem ludzi w kwaterach. Dopilnowałem, aby wystawiono właściwe ubezpieczenie. Złożyłem wizytę Szamkowi.

Zdzichu siedział na łóżku, przykryty pierzyną i pilnikiem odpiłowywał czubki pocisków. Poobijane ściany, koślawe meble i żarówka wisząca na gołym drucie sugerowały długie dzieje upadku chałupy, którą Szamek wybrał na swoją rezydencję.

– Co robisz wariacie? – krzyknąłem oburzony.

– To, co widzisz. Wyręczam zakłady zbrojeniowe. Przygotowuję bardziej skuteczne naboje.

– Dum-dum jest zabronione. Konwencje genewskie zabraniają.

– Konwencje zabraniają dużo rzeczy. Tylko co z tego?

– Jeżeli wszyscy będziemy je łamać, będzie źle.

– Gorzej już być nie może.

– Mylisz się.

Nie zwrócił uwagi na moje słowa. Nie przerywając pracy, kontynuował rozważania:

– Mówisz „konwencje”. A czy nasi przeciwnicy z UPA ich przestrzegają?

Musiałem zaprzeczyć.

– A więc widzisz. Nie przestrzegają. Czyż nie strzelają do kobiet, dzieci, starców, a nawet rannych? Czyż nie wciągają nas w zasadzki najbardziej niedozwolonymi metodami?

                               ***

Co miałem odpowiedzieć? Bąknąłem coś o szlachetności i rycerskich tradycjach.

– Bajesz, stareńki – przerwał mi. – Genewa ze swoimi konwencjami jest daleko. Tu są Bieszczady. Obowiązują inne obyczaje, a raczej ich brak. Może kiedyś ktoś, jakiś Gerhard, napisze o szlachetnej walce, jaką tu toczyliśmy. Kłamca, gdy jest potrzebny, zawsze się znajdzie. A na razie jest jak jest. Wdepnęliśmy w parszywą sytuację. To jest jedno wielkie gówno.

– Szamek, dlaczego ludzie tak postępują?

– Jak? Zabijając się nawzajem? Kto wie, może jest nas za dużo.

– Nie o to chodzi. Chcę wiedzieć dlaczego w człowieku tkwi diabeł, nakazujący czynić zło. Ktoś złamie ci palec…

– Chcesz wiedzieć dlaczego ja mu pragnę złamać w odwecie dwa? Po prostu muszę mieć z tego jakiś zysk.

– Ty mu dwa, a on ci cztery.

– To ja mu złamię rękę.

– A on tobie obie ręce.

– To ja mu na dodatek nogę.

– A on ci urwie głowę.

– To moja rodzina lub znajomi utłuką jego i jego rodzinę lub znajomych.

– Można się tak bardzo długo bawić. Ludzi jest przecież sporo. No i są jeszcze politycy. Oni nie walczą. Ale lubią, gdy inni się masakrują. Można nawzajem pięknie wyprawiać się do nieba, albo do piekła. Dlaczego? I przekonają, że to dla ojczyzny.

– Kochany, to są filozoficzne rozważania. Jestem żołnierzem. To nie na mój rozum. Poza tym nic mnie takie dywagacje nie obchodzą. Chodzę po lesie i strzelam do wszystkiego, co się rusza. Tak mi kazano. Staram się to robić najlepiej, jak potrafię. Nie z gorliwości – a dlatego, że w przeciwnym razie nie pożyję długo. Poza tym ktoś, kto wojuje tak jak my, nie ma prawa do własnych poglądów, musi mieć tylko takie, jak jego przełożeni. Po co więc obciążać mózg sprawami, na które nie mamy wpływu? Po co szukać nieistniejącej odpowiedzi na najbardziej abstrakcyjne pytanie „dlaczego”? Jest jak jest, czyli źle. Lepiej napijmy się.

– A masz co?                                        

Podał mi manierkę. Pociągnąłem łyk płynu o smaku wapna do bielenia ścian i zapytałem:

– Znasz coś gorszego od ciepłego bimbru?

– Tak, życie.

– Teraz ty filozofujesz. Lepiej chodźmy do baru. Przyjmiemy trochę piwa i cięższego paliwa. W powrotnej drodze zobaczymy gwiazdy. Zrobi nam się cieplej na duszy. Może nawet zobaczymy w sobie prawo moralne, o którym mimochodem wspomina Kant, a my, jakże często o nim zapominamy.

– Co ten skurwiel powiedział?

                               ***

Znałem ten fragment na pamięć. Zacytowałem: „Dwie rzeczy spełniają umysł coraz to nowym i rosnącym podziwem i pełnym pokory szacunkiem, im częściej i trwalej zastanawiamy się nad niemi: Gwiazdami okryte niebo nade mną i prawo moralne we mnie. Nie potrzebuję ich szukać i domyślać się tylko jako spowitych w ciemnościach lub leżących poza granicami mego widnokręgu w nadzmysłowej sferze; widzę je przed sobą i łączę bezpośrednio z świadomością mego istnienia”.

                               ***

Szamek skończył piłować ostatni pocisk. Załadował amunicję do magazynka. Sprawdził zabezpieczenie. Zarzucił pepeszę na plecy i był gotów stawić czoła bufetowej.

Bezskutecznie podkochiwała się w niej połowa garnizonu. Druga połowa, najstarsze frontowe repy, nie kochała się już w nikim. Oni mogli jedynie walczyć. Czynili to z zaangażowaniem i ze specyficzną zaciętością młodych janczarów komunistycznych.

Tak, młodych, bo choć byli ludźmi starszymi, to równocześnie janczarami komunistycznymi byli młodymi.

Każdy dowódca wiedział, że z takim wojskiem można góry przewracać. Nikt nie wątpił w zwycięstwo. Było ono wyłącznie kwestią czasu. A nasz czas w Bieszczadach znaczyły spalone wioski, ludzkie dramaty i setki trupów.

                               ***

Wędrowaliśmy przez zaciemnioną miejscowość. Drewniane chałupy o załzawionych szybach ale łatwe do podpalenia, oblepiały błotnistą drogę, tworząc po obu stronach czarne, nieprzyjemne ściany. W ich załamaniach czaiła się śmierć.

Przeciwnik nie przebierał w środkach. Z równym powodzeniem posługiwał się bronią palną, jak i nożami, siekierami, pałkami czy pętlami.

Wszystkie chwyty były dozwolone. Niektórym nie wystarczało już zwykłe zabijanie, rozsmakowali się w wyrafinowanym zadawaniu śmierci.

W historiografii ten zakątek Planety Ziemia nosi nazwę Trójkąta Śmierci. Tu, z każdego zakątka ciekła krew. Miejscowa ludność bała się. UPA, która zakłóciła jej spokój na wiele lat. My zakłóciliśmy spokój UPA.

Tubylcy bali się jednych i drugich. Mieli ku temu wystarczające powody. W nocy przychodziły oddziały UPA. W dzień patrole UB. Trzeba było się tłumaczyć. Kto robił to źle, był martwy.

                               ***

Wiatr od gór oczyścił gęste od mgły i dymów powietrze. Znowu było czym oddychać. Szamek szedł powolnym, rozkołysanym krokiem, wydawało się – bez celu, zatopiony w marzeniach.

Z takiego stanu mogła go wyrwać jedynie dziewczyna lub strzelanina. Strzelaniny mieliśmy powyżej uszu. Były naszym chlebem powszednim. Z dziewczynami było gorzej. Myślałem o białogłowach.

Dziewczyn godnych uwagi było jak na lekarstwo. Wpadały w nasze ręce raczej rzadko. Nawet myślenie o nich było kłopotliwe z powodu ciągłej strzelaniny. Właśnie zaterkotał karabin karabin maszynowy.

Kule bzykały nad naszymi głowami. Pryskające błoto zalepiło mi oczy, wystawiając na łup nieznanych strzelców. Czym prędzej dałem susa pod najbliższą ścianę. Przetarłem prawe oko, aby móc prowadzić ogień. Lewe musiało wykazać więcej cierpliwości, nie było na razie potrzebne.

                               ***

Wszystko trwało kilkanaście sekund za długo, aby coś zostało mi przed celownikiem. Nim zacząłem grzać ze swojej pepeszy po najbliższych oknach i ścianach, Szamek już zmieniał drugi magazynek. Jak zwykle okazał się szybszy ode mnie.

Nie udało nam się upolować żadnego przeciwnika. Po naszej strzelaninie pozostało kilka wybitych szyb i sporo drzazg odłupanych od pamiętających lepsze czasy bieszczadzkich chałup.

– Tu zniknęli – Szamek pokazywał wąskie przejście pomiędzy opłotkami.

Podbiegłem kilka kroków we wskazanym kierunku. W odległości pięćdziesięciu metrów widok zagradzała ciemna ściana lasu.

– Idziemy? – zapytał mój towarzysz.

– Do lasu?

– Nie, do baru. Przez dwóch parszywych bandziorów nie będę sobie zakłócał tak dobrze zaczętego wieczoru.

– Idź sam i poczekaj na mnie. Muszę zameldować o wydarzeniu.

                               ***

Na drodze zaroiło się od patroli. Oficer dyżurny, usłyszawszy naszą małą wojnę, wysłał dyżurny pluton do pomocy. Powiedziałem im, że to bezcelowe. Mimo to poszli jeszcze kawałek i z najbliższej odległości ostrzelali pierwsze rzędy drzew. Przepłoszyli jedynie ptaki, sarny i dziki.

Nikt im nie odpowiedział.

                               ***

W sztabie panował ożywiony ruch. Z Warszawy dano znak, że ważna osoba złoży wizytę w naszym garnizonie. Szykowano pokazową akcję, mającą wstrząsnąć przeciwnikiem i sumieniami miejscowej ludności, wahającej się jeszcze, po czyjej stronie się opowiedzieć.

Adiutant dowódcy, któremu chciałem przekazać relację o wydarzeniu, powiadomił mnie, abym zgłosił się do przełożonego.

Błyskawiczny rachunek sumienia nie wypadł na moją niekorzyść.

                               ***

Dowódca pułku, zamiłowany szachista, siedział nad rozstawionymi na szachownicy figurami, wyglądającymi jak rozwinięte bataliony przed decydującym starciem, którego żołnierze nagle znieruchomieli, rozważając czy warto umierać w taki dzień i w tyle miesięcy po wojnie.

– Chciałem z wami mówić, poruczniku. W ostatniej akcji wpadło nam w ręce archiwum nieprzyjaciela. Było tam kilka filmów. Nasz fotograf zrobił z nich odbitki. Trzeba je dostarczyć do naszych batalionów, aby ludzie je sobie obejrzeli. Dobrze wiedzieć, z kim możemy się spotkać.

Zdjęć było ze trzydzieści. Przeglądałem je wolno. Obce, nieprzyjemne twarze. Nagle drgnąłem. Ta twarz wydała mi się znajoma.

Nawet gdybym zapomniał rysów tego człowieka, co nie mogło się zdarzyć, gdyż od czasu do czasu śnił mi się jako wyrzut sumienia po tym, co mu uczyniłem, to czarna opaska na oku powiedziała wszystko.

                               ***

Dowódca, bystry obserwator, zauważył moje podniecenie. Zapytał:

– Znacie kogoś z nich?

– Tak, tego tu – podałem wybrane zdjęcie.

– To wasz przyjaciel?

Pytanie to przypomniało mi niedawne kłopoty i niemiły pobyt w areszcie. Czyżby moi wrogowie jeszcze nie dali za wygraną?

– Zadałem wam pytanie, poruczniku! – przypomniał oficer.

– Przyjaciel? Nie. Za mocno powiedziane. Ale faktem jest, że ten człowiek uratował mi życie. Mnie i moim jedenastu ludziom.

– W jaki sposób to uczynił?

Opowiedziałem o pobycie w karnej kompanii, wyrwaniu się z okrążenia i dalszych przygodach. Major nie przerywał, słuchał z ciekawością. Gdy skończyłem, powiedział:

– Ten człowiek znowu działa w pobliżu nas. Jak wytłumaczycie, że w ostatnim okresie wszystkie akcje prowadzone przez wasz pluton trafiają w próżnię? Już dawno nie odnieśliście żadnego sukcesu.

                               ***

Zrozumiałem, że szkoda słów, aby mu mówić o jednookim. Był za tępy, aby cokolwiek pojąć. Musiałem sam załatwić sprawę.

– Te zdjęcia to prawda czy lipa? – zapytałem.

– Prawda. Wykonujcie zadanie!

Zabrałem fotografie. Odmeldowałem się. Wyszedłem przed sztab.

A że źle życzą mi tylko przyjaciele i wrogowie, zaś reszta trzyma ze mną, to pomyślałem, że przed akcją dobrze będzie się wzmocnić.

Ruszyłem do baru.

                               ***

Polska knajpa jest zjawiskiem znacznie bardziej godnym uwagi niż polskie służby specjalne. Po drodze spotkałem najstarszego żołnierza w moim plutonie, jedynego czterdziestolatka w kompanii, jeszcze przedwojennego oficera. Namierzony przez Smiersz w akcji „Burza” zdołał zachować życie.

W Wojsku Polskim zrobiono go nawet kapralem.

Przekonany, że niektóre owoce dojrzewają gnijąc uczył się od nich. Był zdania, że starość się Panu Bogu nie udała. Był też swoistym rekordzistą, niezwyczajnym nawet jak na ludową armię. Pięć razy degradowano go za fantazję w walce, w tym trzy razy do szeregowca, i pięć razy awansowano, też za fantazję w walce.

Ale nigdy już nie otrzymał stopnia oficerskiego. Miał parszywe pochodzenie. Jeszcze gorsze od mojego. Mimo to – tak uważałem – był materiałem na człowieka.

                               ***

Kapral był dotknięty kretynizmem, swoistym rodzajem boskiego natchnienia. Ział świętym ogniem oburzenia na przełożonych i polityków za wydawanie głupich, albo bardzo głupich poleceń i rozkazów oraz na kucharzy, odmawiających mu repety przy obiedzie.

Przyjaźniłem się z nim. Ucieszony ze spotkania, zaproponowałem kieliszek.

– Potrzebuję twojej rady – wyjaśniłem.

– Nie udzielam już rad. Wprawdzie niektórzy jeszcze mnie o nie proszą, ale i tak nikt ich nie słucha. Osły chciałyby, żebym sam stosował się do rad, które niegdyś udzielałem innym, azali to niemożliwe, ponieważ ja już jestem inny – odpowiedział przekraczając próg knajpy.

                               ***

Ponura speluna pasowała do tego ponurego zakątka świata, o którym nawet pan Bóg zapomniał. W przeciwnym razie nie mógłby patrzeć na to, co się na tej ziemi wyprawia.

Nad barkiem wisiało hasło: „Bądź sobą, wybierz perłę”. Dwóch mocno skaleczonych osobników krążyło na czworaka koło przewróconego stolika. Pewnie szukali swojej towarzyszki, która z nimi balowała, ale zauważywszy, że ten duet ma już dość przysiadła się do innej ferajny.

Postronnym obserwatorom mogło się wydawać, że skaleczeni wiodą życie przypodłogowe.

                               ***

Kapral rozejrzał się po pomieszczeniu. Wzrok jego spoczął na kilku dziewczynach okupujących dwa stoliki. Rzucił im przeciągłe spojrzenie w nadziei na jakieś zdarzenie.

Ale nie trwało to długo. Pewnie przypomniał sobie, że większość rzeczy, jakie mogą się mężczyźnie zdarzyć, ma już za sobą. Wrócił do rzeczywistości, rozejrzał się za flaszką. Spostrzegłem Szamka. Dosiedliśmy się.

Piliśmy w milczeniu. Poziom perły w litrowej butelce opadał niczym barometr zwiastujący zbliżanie się huraganu.

– Hej, chłopcy, dosyć tego! – powiedziała bufetowa, podchodząc do naszego stolika. – Zaraz zamykamy.

– Nie bądź taka nieużyta! Daj jeszcze buteleczkę – poprosił Szamek.

– Obrócimy ją szybko – obiecał kapral obrzucając ją przeciągłym spojrzeniem, ale moralnie obojętnym.

– I trzeba będzie osła, aby was zawlókł do domu – bufetowa pozostała nieugięta.

                               ***

Szamek nie dawał za wygraną. Wymógł na dziewczynie, aby zaprosiła nas do siebie. Po godzinie wyszliśmy przed bar. Stanowiliśmy dobraną paczkę. Można nas było określić mianem aspołecznej ferajny. Cóż, jaka rzeczywistość taki Moulin Rouge.

Mimo nocy było dosyć jasno. Człapaliśmy po mokrym miasteczku brodząc w kałużach i błotnistej breji. Buty raz po raz osuwały się po wyboistych koleinach. Gdzieś na końcu miejscowości szczekały psy. Po łemkowsku, oczywiście. Jeszcze dalej pobrzmiewała niezbyt intensywna strzelanina.

Spojrzałem na brnącą obok mnie dziewczynę. Księżyc odbijał się w jej oczach. Były elipsowate, zielone, jakby się napiła likieru miętowego. I powinny być ładne.

Łagodne, dobre, ciepłe oczy sennej łani. Ta kobieta, jak żadna inna, nadawała się na księżycową kochankę. Tak, gdyby nie okoliczności, w których przyszło nam żyć.

                               ***

Białogłowa na szczęście mieszkała blisko. Stara z zewnątrz buda kryła w sobie przyjemną niespodziankę. Wnętrze było urządzone z przepychem, jakiego nie powstydziłby się niejeden salon w stolicy. Na ścianach wisiały kopersztychy starych mistrzów. Zauważyłem nawet miedzioryt Albrechta Durera. Kultura od progu zwalała z nóg.

Już w przedpokoju było tak czysto, że aż odstręczająco. Zezuliśmy buty i zostawiliśmy je w pobliżu progu. Znalazły się kapcie dla całej trójki. Powinienem się był zastanowić, skąd i po co tyle bamboszy w tym domu, skoro dziewczyna mieszkała sama.

Ale nie zastanawiałem się. Miewam takie zaćmienia, gdy znajduję się w towarzystwie kogoś, kto ma oczy jak gwiazdy i figurę, do której trudno coś dodać czy ująć.

Dostaliśmy cwibak z bakaliami i francuski koniak w kryształowych kieliszkach. Kapral wlał swoją porcję do gardła jak wiejski prostak, choć w jego żyłach płynęła błękitna krew. Otrzymał też staranne wychowanie. Ale czniał je. Frontowa wojaczka przekonała go do lekceważenia zasad dobrego wychowania.

Gospodyni przyniosła patefon i zaproponowała tańce. Przyssała się do Szamka wlokąc go w najbardziej ciemny kąt pokoju, do którego z trudem docierało światło świec w srebrnych lichtarzach. Potem przyszła kolej na mnie.

Po Ordonce był Fogg. Gdy ze zdartej płyty doleciał charkot czerwonych maków już nikt nie tańczył.

                               ***

Wolno sączyłem koniak, rozmyślając o czekających mnie rano wyprawach, aby dostarczyć fotografie do rozrzuconych po górach batalionów. Znowu pomyślałem o jednookim. Czy wiedział, że tu jestem? Jeżeli tak, to zapewne zechce na mnie zapolować.

Tylko kapral zdawał się być wolny od wszelkich trosk dnia codziennego. Leżał na brzuchu w erotycznej pozycji na pokrytej cielęcą skórą kozetce, mrucząc w takt znanego przedwojennego przeboju. Głos Mieczysława Fogga dochodzący z płyty mieszał się z jego pijackimi jękami, brzęczeniem, gwizdaniem, trzaskaniem, furczeniem, mlaskaniem.

Gdy igła patefonu dobiegła do końca płyty, dziewczyna niechętnie wypuściła swoje łupy. Dolała koniaku i nagle zasmucona usiadła pod oknem. Zapytałem, co ją gnębi.

                               ***

Niespodziewanie zaniosła się płaczem. Nikt z nas nie przeszkadzał jej. Ostatecznie kobiety również mają prawo do nieskrępowanego wyrażania swoich uczuć. Dawno wywalczyły namiastkę emancypacji. Na razie do płaczu. Ale nie rezygnują, walczą o dalsze poszerzenie praw.

Oddaliśmy się drugiemu ulubionemu zajęciu po wojowaniu, czyli piciu. Po kwadransie gospodyni doszła do normalnej „rozrywkowej” formy, ale i tak widać było, że coś ją gryzie. Koniak i dopalające się świece skłaniały do zwierzeń.

– No co jest, siostro? – zapytał Szamek.

– Pochodzę niedaleko stąd – zaczęła.

– To jeszcze nie grzech – przerwał podoficer. – Ja pochodzę z daleka i wcale się nie martwię tym, że nie mogę tam wrócić. Nie mogę i nie chcę.

Wiedziałem, że jego rodzinny dom był na wschodzie. Oddalony o dwieście kilometrów stad. Od granicy, którą, po zwycięskiej dla nas wojnie arbitralnie wyznaczył Stalin. Kapral miał tam niegdyś mająteczek. Dwa tysiące hektarów.

                               ***

Choć nikt z nas nie przepadał za sentymentalnymi opowiastkami romantycznych panienek, pozwoliliśmy bufetowej wyżalić się. Zrobiło się jakoś ckliwie.

Rychło się jednak okazało, że nasza gospodyni bynajmniej na miano romantycznej panienki nie zasługuje. Była srodze doświadczoną przez los pragmatyczką. Jej eksperiencję kształtowała wojna, a po wojnie nadal nosiła patriotyczną koszulkę z duchem Konrada.

– W tym roku odwiedziłam rodzinny dom.

– Też to będę musiał kiedyś zrobić – wtrącił Szamek. – Wyszedłem z chałupy w 1941 roku. I zapomniałem się pożegnać. Gnębi mnie to do dziś.

                               ***

Milczałem. Na ten temat nie miałem nic do powiedzenia. Polowałem na moment, kiedy będę mógł opuścić towarzystwo, nie okazując się niegrzecznym.

Od niechcenia przerzucałem album ze starymi fotografiami. Jego właścicielka musiała pochodzić z dobrej rodziny. Widać to było ze zdjęć. Powozy, stroje, zagraniczne wyprawy, chyba nawet Paryż. Dlaczego taka kobieta zadaje się z takimi ponurakami, jak my? – przemknęło mi przez myśl. Czyżby się nas bała?

                               ***

Przed oczami stanęła mi scena sprzed końca wojny, ale już na terenie Niemiec. Pluton żołnierzy – dwudziestu kilku samców spragnionych kobiety. Samotna, bezbronna, młoda kobieta z dzieckiem na ręku. Niemka. Postraszyli ją, że zabiją dziecko, gdy ich nie zaspokoi.

Jej zgoda.

Długa kolejka do parszywej przyjemności. Przy którymś tam kolejnym kliencie kobieta leżąca jak kloc drewna, bez siły. Niezadowolenie korzystającego. Pomysł: dwie łopaty od węgla podłożone pod jej pośladki i dwóch najbliższych z kolejki „pompujących”, aby używający miał większą przyjemność. I nasze z Szamkiem nadejście, złapanie za pistolety. Rozpalone twarze tych, którzy nie zdążyli jeszcze skorzystać i tępa obojętność tych po akcie.

Tamci nie sięgnęli po broń. Powiadomieni żandarmi nie chcieli interweniować.

– Co tam jedna baba więcej czy mniej? Zresztą nic jej się nie stało. Najwyżej znielubi tę robotę – odpowiedział ich dowódca na nasze żądanie ukarania winnych.

                               ***

Nagle przestałem myśleć o minionych sprawach, wróciłem do dnia dzisiejszego. Na ostatniej stronie albumu leżało kilka nieprzyklejonych zdjęć, na jednym z nich…

Poznałem swojego okaleczonego jeńca. Ten człowiek wyraźnie mnie prześladował. Był do mnie przyklejony jak guma do żucia do podeszwy buta. Co za zbieg okoliczności? A może to celowa robota? Zauważyłem, że gospodyni bacznie mnie obserwuje.

                               ***

Z obojętną miną odłożyłem album, upiłem koniaku. Cień rozczarowania przemknął po twarzy bufetowej. Na szczęście nie musiałem nic mówić. Moi współtowarzysze zdawali się być lepiej wychowani ode mnie, bawili damę.

– I co, domu nie było? – wtrącił kapral.

– Jeszcze był. Właśnie kończył się palić.

– O, przepraszam – podoficer przypomniał sobie o lepszych manierach.

– Nie musisz przepraszać. Nie o dom chodziło – powiedziała gospodyni.

                               ***

 Bufetowa wspominała na głos:

– Do dziś boję się zamknąć oczy. Widok, jaki mi się jawi, jest nie do zniesienia. Ojciec z matką leżeli na podwórzu rozcięci siekierą ciesielską na połówki. Wzdłuż. Ale najokrutniejszym widokiem było dziecko. Nadziane na zostawioną zapewne specjalnie jedyną w płocie sztachetę.

Kobiet przerwała, jakby zastanawiając się, czy ma dokończyć wspomnienia.

Zaprawieni w żołnierskim okrucieństwie ludzie milczeli jak rażeni piorunem.

Dopiero po dłuższej chwili narratorka powiedziała dwa straszliwie okrutne zdania:.

– To była moja córeczka. Jej oczka patrzyły na mnie szeroko otwarte.

                               ***

Kobieta zerwała się gwałtownie z fotela i wybiegła do sąsiedniego pokoju. Kryształowy kieliszek wolno toczył się po perskim dywanie. Z sąsiedniego pomieszczenia dochodziło szlochanie. Tak przejmującego nigdy nie słyszałem. Zerwaliśmy się na równe nogi i trwali w bezruchu.

– O, kurwa! – powiedział Szamek. – Nie wytrzymam. Zbieramy chłopców i idziemy.

– Możesz na mnie liczyć – wyraził gotowość kapral.

Twarze pałały. Oczy rzucały złe błyski. Byli gotowi mordować i mścić się.   

Oto, co mogą słowa.

                               ***

Zastanawiałem się, jak ich powstrzymać, gdy w drzwiach pojawiła się gospodyni. Po jej twarzy ściekały kropelki łez, ale nie rozmazywały makijażu. Tusz był dobry.

Miałem ochotę podejść i scałować te łzy. Coś mnie jednak powstrzymało. Każdy gest przy dramacie tej kobiety mógł się wydać kabotyński.

– Przepraszam was, chłopcy – zmusiła nas do zajęcia miejsc, dolewając koniaku. – Przepraszam i dziękuję, że jesteście ze mną. Muszę tkwić wśród ludzi, aby nie zwariować. Zostańmy przyjaciółmi.

Mimo, że żołnierz w ładnej kobiecie nigdy nie szuka przyjaźni a kochanki, kiwnęliśmy głowami na znak zgody.

                               ***

Bufetowa zaskoczyła nas po raz kolejny. Zmieniła płytę. Z patefonu popłynęła szybka południowoamerykańska melodia. Kobieta rzuciła się w dziki pląs.

 Po kilku minutach opadła wyczerpana na kozetkę dysząc ciężko, niczym zziajany bernardyn w upalny dzień. Na ten widok też poczułem się zmęczony.

Czułem, że nie wszystko jest w porządku. W opowieści wyczułem jakiś nieuchwytny fałsz. Jakieś udawanie. Czyżby to była gra? Jeżeli tak, to była to gra najwyższego lotu, której nie powstydziła by się nawet Mieczysława Ćwiklińska..

Wstałem i pożegnałem się.

Gospodyni zadowoliła się uszczuplonym łupem, odprowadziła mnie na próg, podała rękę, nadstawiła policzek. Pocałowałem ją delikatnie, charytatywnie.

 

Oniriada

Marzenia senne przekazują wiedzę o tajemnicach życia wewnętrznego i odsłaniają przed snącym utajone elementy jego osobowości.

Przez pół nocy nielegalnie uwalniałem w całej wsi psy przykute łańcuchami do bud. Zdenerwowało to kmiotków. Ścigali mnie z widłami i siekierami. Rejterując znalazłem schronienie w pustostanie służącym dzikim gołębiom. Po drabinie wdrapałem się na strych. Położyłem się płasko na zafajdanych przez ptactwo deskach. Przez dziury w dachu obserwowałem niebo. Gołębie przyjęły mnie gościnnie. a prześladowcy przeoczyli kryjówkę. Może dlatego, że byłem bliżej Boga. Ogarnęła mnie pustka wszechświata, w którym, być może, znane naukowcom uniwersalne prawa fizyki tacą znaczenie. Pustka to nie to samo, co nicość. Początek wszechświata, zbudowanego w 68 procentach z ciemnej energii, o której nie wiemy nic więcej prócz tego, że ona istnieje; w 27 procentach z ciemnej materii, o której wiemy niewiele więcej i tylko 5 procentach z tego, co wiemy, bo to jest zwykła materia, z której zbudowane są gwiazdy, Ziemia i my sami. Początek ukryty jest o 14 mld lat świetlnych od nas. Mój anioł stróż, ten bezpłciowy ptak darował mi nożyczki, bym mógł w przyszłości przykrawać swoje aspiracje do spokojnego życia, w której miłość i empatia zastąpią filozofowanie i wojowanie. No to przykrawam już teraz. Leżę koło dawno przebrzmiałej miłości. Nic to, że nie skonsumowanej. Słynne non possumus kardynała Stefana Wyszyńskiego, przydatne tu do wyrażenie tego, co mi w platońskiej duszy grało. Szukam gorących źródeł naszej miłości i rozważam, czy kobiety mają duszę. Okazuje się, że nie mają. Tak ustalono w 585 r na synodzie w Macon. Z tego nie ma wyjścia. Zrozumiałem, że miłość jest czasowym obłędem, na który lekarstwem jest małżeństwo lub, jak w moim przypadku, odizolowanie pacjenta od czynników chorobotwórczych. I miłość, niby mara, znika. Rozproszyła się jak mgła na Kasprowym bo miłość i modlitwa są nieopisywalne. Nie da się ich opisać ani słowami, ani gestem, ani niczym innym. Teraz leżę obok siebie. Egotysta i narcyz o kiepskim guście. A mogłem koło bufetowej o zielonych oczach. Gdybym się zabrał do tego z innej strony. Otwieram puszkę z Pandorą. Jest to patent Kiszczaka, który był wprawdzie nieco głupszy od Feliksa Dzierżyńskiego, twórcy Czeka (czerezwyczajka), ale o niebo mądrzejszy od feldmarszałka armii ugandyjskiej i dyktatora Ugandy Idiego Amina, o którym historycy pisali, że brakowało mu szarych komórek, a z którym Kiszczaka porównywali jego konfratrzy. Zauważam, że Kiszczak komórek szarych miał w nadmiarze, ale jaki z nich robił użytek, to już inna sprawa. Kiszczak, oprócz Pandory uganiał się za skarbami III Rzeszy. Wówczas przypominał gnoma, karłowatego chochlika zamieszkującego wnętrze ziemi i sprawiającego specjalny nadzór nad podziemnymi skarbami. Były minister nagminnie mylił Pondorę z puszką Pandory. Razem z Pandorą wylatują bezrozumne stwory. Może to zombi? Tak, to one. Mają paskudne twarze. Brzydkie charaktery. Wyskakują z puszki i bełkocą. Gwarą cyborgów przytaczają rozkaz. Chcą mnie anihilować. Muszę zabić ich pierwszy. To wojna po wojnie. Po wojnie w Bieszczadach, a szczególnie po akcji „Wisła” zostały tylko popioły, i tylko czasem błyśnie wśród popiołów łza raniąca oko, albo pragnienie by zresetować pamięć. Ciekawe, jaką intelektualiści nadadzą nazwę temu, co teraz robimy? No, ale czniam intelektualistów, bo zoczyłem w Warszawie pod wieszcza pomnikiem, pod którym spotykał się „Kuroń z niejakim Michnikiem” Bolka Nasielskiego trzymającego w rękach jedną ze stu milionów rolek papieru toaletowego inkrustowanego portretem jego konfrata – Jerzego Urbana. Bolek! Dlaczego kazałeś to wydrukować? Bierz rolkę i spierdalaj do Jurka. On ci wyjaśni. Lecę. Eks-rzecznik rządu Jaruzelskiego śmieje się. Adwersarze wycierają sobie moim nazwiskiem gęby. Teraz mogą wycierać także dupy. Ich gęby i dupy są nierozróżnialne. Masz tu zszywkę „Nie” i zapieprzaj na ulicę Broniwoja wymienić „Urbanówkę” na „Testament Józefa Piłsudskiego” w opracowaniu Cieślikowskiego, któremu pomagałeś w tym niecnym procederze. Mieszkanie pułkownika. Niedaleko Komendy Głównej MO i mój dymiący mózg po spotkaniu z Urbanem. Pukanie do drzwi. To zombi UB krzyczy Cieślikowski. Salwuję się ucieczką przez okno. Spadam z 6 piętra. Ubeckie zombi dopadają mnie. Anihilują. Pakują do grobu. Żywię się ziemią pod ziemią. Jak dżdżownica. Wydaję pod ziemią „Czerwoną Krowę” i powtarzam Hrabalowe, że ten świat jest piękny do obłędu. Nie żeby taki był, ale ja go takim widzę. Cdn.

 

W ŁAPACH SMIERSZU I INFORMACJI WP

Przyglądając się naszej pospolitości dostrzegam, że w przemówieniach-orędziach J. Kaczyńskiego podmiot nie zgadza się z orzeczeniem i nie jest to tylko wykładnia gramatyczna. Ostrzegam, że sytuacja w Kraju Pieroga i Zalewajki łatwo może przerodzić się w to, co znamy z przełomu XVIII i XIX wieku  pod nazwą wojen wandejskich! A więc JE Ojcze Ojczyzny Prezesie PiS, wicepremierze i szefie Komitetu ds. Bezpieczeństwa Jarosławie Kaczyński Kochany – paskudnie się bawisz!!! A teraz następny kawałek: Kto zabił? Desperata 2. Być może dostrzeżecie w książce sytuacje mogące się łatwo powtórzyć tu i tera. No to ad rem: Po raz pierwszy stanąłem przed sądem polowym. Wkrótce zobaczyłem karną kompanię. Informacja WP nie była zadowolona z takiego obrotu sprawy. Uważano widocznie, że zasłużyłem na kulkę, ale wyrok sądu polowego musiała respektować. Dowódca kompanii otrzymał odpowiedni instruktaż. Wiedział sporo o mnie i moich zwyczajach. Pierwsze słowa, jakie usłyszałem po przyjściu do karnej kompanii, brzmiały:

– Stopień, imię i nazwisko.

– Porucznik Zenon Góral.

– Lubicie wódkę?

– Tak jest.

– Jaką wódkę znacie?

– Znam dwa rodzaje wódki: dobrą i bardzo dobrą.

Powiedziałem krótkie zdanie rozwinięte, bo pamiętałem szkolną naukę, aby odpowiadać całymi zdaniami.

– To od dziś zapomnijcie, że coś takiego jak wódka w ogóle istnieje. Zrozumiano?

– Tak jest! Już zapomniałem, panie kapitanie.

– Zawsze tak łżecie?

– Nie. Tylko w rozmowie z przełożonymi.

Zamiast reprymendy kapitan się tylko uśmiechnął. Potem porozmawialiśmy szczerze o życiu i wojnie. Kapitan był dwa razy starszy ode mnie. Kilka razy odniósł rany. Miał wielką jajowatą głowę i ostry, sterczący jak dziób messerschmitta nos, wyłupiaste oczy przykryte grubymi szkłami krótkowidza, obwisły podbródek i zapadnięte policzki. Wydał mi się sympatyczny. Obejrzał mnie dokładnie oczami, w które nieraz zaglądało nieszczęście. Potarł w roztargnieniu brodę – jak człowiek zastanawiający się, czy nie powinien się ogolić – i zrobił mnie dowódcą plutonu.

– Dlaczego ja?

– Bo masz talent, synu. Bo widzisz, w życiu istnieją sprawy ważne i mniej ważne, pilne i niepilne, z sensem i bez sensu. Nasza jest ważna, ale bez sensu. Ale jeżeli chcemy uratować nasze dupy, musimy sprawić, aby miała sens. A do tego potrzebuję ludzi takich jak ty.                                    

Oprócz talentu miałem jeszcze dwadzieścia kilka lat. Byłem w kwiecie wieku. Podczas wojny pospiesznie dojrzałem, ale nadal niechętnie zabijałem ludzi. Poza tym dosyć miałem dowodzenia innymi. Bałem się odpowiedzialności za innych. Marzyła mi się rola wolnego strzelca. W karnej kompanii było takich kilku. Pewnie dlatego powiedziałem:

– Nie nadaję się na pozytywnego bohatera.

Popatrzył na mnie zdziwiony, jakby z żalem, że nie mogę zrozumieć prostych spraw i wyjaśnił:

– Pozytywnych bohaterów nie musi się tworzyć. Wystarczy ich mianować…

Wszystko to przelatywało mi błyskawicznie przez mózg. Rozmyślania przerwał łącznik. Kazał zameldować się do dowódcy kompanii. Nie chciało mi się wstać, ale musiałem. Szamek zapytał:

– Dokąd idziesz?

– Poszukać wodza. Stęsknił się za mną.

– Może ma jakieś pomyślniejsze wiadomości, może coś wymyśli.

– Na pewno, że pójdziemy do nieba.

– Na ten spacer chciałbym iść w większym towarzystwie. Złożę wizytę zabitym, może mają granaty, nie są im już potrzebne.

Drogę na stanowisko dowódcy przebywałem już wielokrotnie. Za każdym razem wyglądała inaczej. Przybywało lejów po pociskach, połamanych drzew i trupów. Śmierć stała się obiegową monetą wojny.  Początkowo grzebaliśmy zabitych. Teraz już nie. Nie miał kto tego robić. Pozostali przy życiu, zmęczeni, apatyczni, niezdolni do czegokolwiek, czekali na śmierć. Ale chyba nie bali się. Wiedzieli, że ze strachu przed śmiercią można nawet stracić tchnienie i ducha wyzionąć. A duchy, w myśl teorii Heinricha Heinego, boją się równie mocno jak my. Dla żołnierza to byłby dyshonor. Kapitan, którego zawsze traktowałem z należytą atencją po raz pierwszy nie wstał, gdy składałem meldunek. Leżał na boku i był zajęty umieraniem. Popatrzył na mnie i słuchał, jakby nie bardzo wiedział, o co chodzi. Dopiero po dłuższej chwili powiedział cichym głosem:

– Jesteś ostatnim oficerem w mojej grupie.

– Przedostatnim – sprostowałem. – Ty jesteś ostatnim. Dowodzisz przecież.

– Mylisz się, ja już się nie liczę. Popatrz.

                                      ***

Spojrzałem na jego dłoń, którą oderwał od brzucha. Czerwone kropelki krwi błyszczały na niej jak rosa w porannym słońcu.

– Brzuch? – zapytałem.

Kiwnął głową. Próbował nadrabiać miną. Tylko oczy, zimne, szare, lekko zamglone nie miały w sobie nic dziecinnego. Te oczy długo patrzyły na wojnę, widziały wiele śmierci. Pouczał nas zawsze, że prawdziwy żołnierz powinien się kierować dwoma uczuciami: oczarowaniem walką i strachem, że przed śmiercią nie zdąży zabić tylu wrogów, ilu powinien. Teraz jego twarz przypominała buzię dziecka, któremu odebrano ulubioną zabawkę bo zrozumiał, że nie zdąży wyprawić na tamten świat tylu wrogów ilu by chciał. Sądziłem, że lekkomyślnie, jak zawsze, wystawił się na strzał. .Aby go pocieszyć, próbowałem żartować.

– Kto cię prosił, abyś stawał na drodze lecących pocisków? Kule tego nie lubią – powiedziałem.

– To nie kula. To odłamek szrapnela.

Taka rana w naszych warunkach oznaczała koniec wojaczki i życia. Kapitan też to zapewne wiedział. Ale mimo to próbowałem go pocieszać.

– Nie śpiesz się tak z umieraniem. Przetrzymamy jakoś. To nielogiczne, aby umierać tak blisko od Berlina.

– To, co się tu dzieje, jest również nielogiczne. Ale zostawmy to.

Powiedział to posępnie z zimowym tonem, w którym było słychać śnieżyce, płacz wiatru i bólu. Odpoczął chwilę i wydał ostatni rozkaz:

– Przejmujesz dowodzenie! Jeżeli dotrwacie do nocy, jedyną waszą szansą jest uderzyć na fryców.

– Tyle razy próbowaliśmy. Tylko ludzie szybciej giną.

– To nie ma znaczenia. I tak zginą. Jutro, najwyżej pojutrze. Lepiej zginąć w walce, niż leżeć i czekać jak owca na zarżnięcie, jak ja.

– Nie mamy nic do stracenie oprócz życia. Spróbujemy.

– Trzeba wykonać żołnierski obowiązek do końca. Właśnie przyszedł na to czas. Wiesz jak bardzo nienawidzę wojny. Walczyłem, by przyczynić się choć trochę do jej końca. Tak, nienawidzę wojny i polityków, których głupota, łatwowierność, chciwość i ambicja doprowadziły do sytuacji, w której wojny nie dało się uniknąć.

Kapitana szanowali jego żołnierze. Za osobiste zaangażowanie w to, co robił i czułość dla ludzi. Za nieustanne oscylowanie między sprzecznościami wojny, między ochroną życia podwładnych, a obowiązkiem żołnierskim nakazującym często iść w łapy śmierci. Był jednym z tych dowódców, którzy prowadząc ludzi do ataku nie wysyłał podwładnych przodem. Mówił: „Hej, chłopcy! Za mną! Musimy skopać wrogom dupy!”. Teraz zamilkł. Mówienie sprawiało mu widoczną trudność. Zbierał myśli i siły. Dopiero po chwili dokończył niespodziewanie: 

– Ale kiedy już mamy tę wojnę, możecie zrobić tylko jedną rzecz. Musicie ją wygrać. Niestety, już beze mnie.

Spojrzałem na niego uważnie, aby zorientować się, czy wierzy w to, co mówi. Już dawno wiedziałem, że o obowiązku można mówić wówczas, gdy nic człowiekowi nie grozi, gdy jesteśmy bezpieczni. Takie ględzenie jest dobre na zajęciach, spotkaniach i wówczas, gdy innych wysyłamy na śmierć. Teraz zrozumiałem, że można o tym mówić również wówczas, gdy nic nam już nie może pomóc.

– Dobrze. Zrobię to. Spróbujemy jeszcze raz i jeszcze… A co z tobą?

– Mam pistolet i dwa granaty. Gdy dopisze mi szczęście, zabiorę w swoją ostatnią drogę kilku fryców dla towarzystwa.

– Opatrzyć ci brzuch?

– Po co? Aby więcej bolało? Gdy się nie ruszam, jest dobrze.

– Wykrwawisz się.

– To najlżejsza śmierć.

Coś się we mnie buntowało. Chciałem coś zrobić. Nie wiedziałem co. Nie byłem jeszcze przyzwyczajony, żeby nie pomagać ludziom wymagającym pomocy. Tylko co zrobić? Odejść, aby nie patrzeć na kapitana, z którego uchodziło życie? Wróciłem do Szamka. Rzuciłem się bezwładnie obok niego na leśne poszycie, jak człowiek pogodzony z własnym losem. Nie wiem, jak długo leżałem w odrętwieniu, zapomniawszy o zmęczeniu, bólu i głodzie. Było mi dobrze. Nagle zrobiło się mroczno i jeszcze posępniej, mimo że do zachodu słońca brakowało jeszcze godziny. Byliśmy głodni. Do picia mieliśmy deszcz. Szamek, do którego obowiązku należała aprowizacja naszej grupki oświadczył, że na kolację musimy się obejść niczym. Pocieszyłem go, że takie nic da się prędko przygotować i będzie wyjątkowo lekkostrawne.

Do monotonnego huku strzelającej artylerii dołączył nowy głos. Przyszła burza z piorunami, wyrwała mnie z letargu. Chmury rozpuściły deszczowe włosy sięgające koron drzew. Krople wody dopiero po kilku minutach zaczęły spadać na nasze twarze, przynosząc orzeźwienie. Zdecydowałem się spróbować jeszcze raz.  Przełamując niechęć wstałem, poprawiłem pistolet i granaty.

– A ty dokąd? – zapytał Szamek. – Zatęskniłeś za spacerem?

– Za lepszym towarzystwem. Pójdę po języka.

– Zwariowałeś! Po co ci on?

– W nocy mam zamiar pożegnać to parszywe miejsce. Chcę wyprowadzić oddział z kotła.

– Mam iść z tobą?

Wolałem pójść sam. Burza ułatwiła mi zadanie. Poczołgałem się w kierunku stanowisk Niemców. Czekałem na okazję. Fryce również nie czuli się najlepiej w tym lesie. Nie bardzo wiedzieli, gdzie się znajdujemy. Pozbijani w grupki, ubezpieczeni dyżurną bronią maszynową, czekali nie wiadomo na co. Przecież i wśród nich nie było już entuzjastów wierzących w wygranie wojny. Chcieli tylko przeżyć. Nie tęskno im było pchać się pod nasze lufy. Zorientowałem się, że wyjęcie choć jednego z nich jest niemożliwe. Musiałem cierpliwie czekać. Po godzinie przywieziono szkopom spóźniony obiad. Zupę. Jej zapach dobiegał do mojego stanowiska, skręcając mi kiszki i powodując ciągły napływ śliny do ust. Byłem głodny. Ostatnie porcje chleba zjedliśmy dwa dni temu. Do picia mieliśmy deszczówkę. Smakowała jak najsłodszy nektar.

Już chciałem odejść, aby nie drażnić uczucia głodu, gdy pomyślałem, że być może po posiłku któryś z żołnierzy odejdzie od grupy za swoją potrzebą. To była moja szansa. Nie myliłem się. Po dalszych kilkudziesięciu minutach oczekiwania usłyszałem trzask łamanych gałęzi, a potem zobaczyłem niewielkiego żołnierza Wehrmachtu idącego w moim kierunku. Miał może metr siedemdziesiąt centymetrów wzrostu i dwadzieścia kilka lat. Na wycofanie się było za późno. Zaczaiłem się za grubym pniem sosny. Niemiec doszedł do mojego drzewa, na szczęście zatrzymał się z przeciwnej strony, odpiął pas i spuścił spodnie. Nie mogłem pozwolić na resztę; nie chciałem, aby śmierdział w czasie transportu. Puknąłem go w głowę granatem z drewnianą rączką. Capnąłem za kołnierz i powlokłem do swoich żołnierzy. Wolno kapiące krople dostały gwałtownego przyśpieszenia. Deszcz zacinał coraz mocniej. W artylerzystów jakby piorun strzelił. Pracowali na zdwojonych obrotach. My zbieraliśmy plon ich pracy. Taszczyłem swojego jeńca z trudnością. Na szczęście nie był zbyt tłusty i ciężki – znak, że w Wehrmachcie nie przelewało się w ostatnim okresie. W połowie drogi jeniec zaczął się ruszać, a potem wierzgać nogami, usiłując kopnąć mnie w twarz. Puknąłem go drugi raz tym samym granatem i już bez przeszkód dotarłem do Szamka.

– Przyniosłeś mi buty, jak widzę – przywitał mnie podwładny i uwolnił fryca od obuwia. – Są w sam raz – cieszył się przymierzając buty.

Niemiec nie ruszał się. Udawał martwego. Szamek walnął go ręką po twarzy, aby wróciło mu życie. Gdy to nic nie dało, bez żalu poświęcił deszczówkę zbieraną w rozciągniętą pałatkę na wieczorny posiłek, To poskutkowało. Jeniec otworzył oczy. Miał chytrą twarz o złych rysach. Wyczytałem w nich, że jej właściciel wyraźnie tęsknił za jakimś świństwem. Aby mu to wyperswadować, przypomniałem puknięcia w głowę i zapytałem, czy wie, za co dostał. Niepotrzebnie przeszedłem na język Goethego, bo jeniec znał polski. Potrząsnął przecząco głową.

– Pierwszy raz dostałeś, abyś był grzeczny, a drugi raz za to, że nie nosisz hełmu. A teraz możesz dostać po raz trzeci, jeżeli nie będziesz mówił prawdy. Zadamy ci kilka pytań. Odpowiesz – będziesz żył. Nie odpowiesz – spotka cię przykrość.

– Nie strasz go! Frycuś będzie grzeczny. No nie? – powiedział Szamek przeciągając koło jego szyi zdobycznym bagnetem i kłując go szpicem lekko w policzek.

Żołnierz próbował zerwać się na nogi. Nie zdążył, nadział się czołem na ostrze bagnetu podstawionego przez Szamka. Taki bagnet, zwany niegdyś mizerykordią jest dobrym argumentem za pomocą którego prawdziwy żołnierz przypominał pojmanemu wrogowi, że jest śmiertelny. Niemiec nareszcie zrozumiał, w jak trudnej jest sytuacji. Nie chciał umierać. Wolał mówić, ale próbował się wykręcić nieprawdą. Przyłapawszy go raz i drugi na kłamstwie, zwróciłem mu uwagę, że nie mamy czasu. Gdy to nie poskutkowało powiedziałem Szamkowi, aby na początek wyjął mu oko.

Jeniec stal się jednookim. Rozmawiałem z nim w trzy oczy. Wkrótce wiedziałem, co chciałem. Informacji nie mogłem sprawdzić, ale ufałem w miłość Niemca do drugiego oka. Zapewne nie chciał go stracić w tak głupi sposób i to pod koniec wojny. Po godzinie miałem opracowany plan. Poszedłem do kapitana. Nie chciałem go zostawić na pastwę Niemców. Gdy stanąłem nad nim z pistoletem, próbował się jeszcze uśmiechnąć. Mimo bólu powiedział:

– Nie rób tak parszywej miny. Nie musisz tego robić. To jeszcze nie koniec świata.

– Dla mnie nie. Dla tych, których zabito, koniec.

– Dla mnie też koniec.

Nie przyszedłem, aby go, pocieszać. Był żołnierzem, rozumiał sytuację.

– Nie musisz mnie zabijać – poprosił. – Urządzimy to inaczej. Zamocuj w ziemi pod moim ciałem granat i przywiąż zawleczkę do munduru w taki sposób, aby zrobić szkopom niespodziankę. Gdy stracę przytomność i odwrócą mnie, aby zobaczyć czy nie żyję, odbezpieczą granat i pójdą do piekła..

Zrobiłem, co kazał i odszedłem bez słowa. Życzył mi powodzenia. Wiatr wołał nas na wędrówkę. Zebrałem pozostałych przy życiu ludzi. Byli wśród nich ciężko ranni. Chyba zrozumieli, co do nich należy. Gdy odchodziłem od nich, aby jeszcze porozmawiać z jeńcem, usłyszałem za sobą kilka dźwięków, powstających przy strzałach z najbliższej odległości. Z tyłu głowy miałem porzekadłu: „Bardziej boli zły sąsiad niźli rany”. Mój plan był prosty. Jeden z nas musiał zakraść się w pobliże punktu amunicyjnego, w którym Niemcy zgromadzili duże zapasy min, granatów, naboi, gdyż rano szykowali się do decydującej rozprawy z nami, i  próbować wysadzić wszystko w powietrze.

Gdyby się udało, wybuch powinien zaskoczyć przeciwnika i choć na parę minut zmniejszyć jego czujność. Chciałem to wykorzystać na wyrwanie się z okrążenia. Miałem prawo przypuszczać, że nikt nie będzie nas ścigał. Lasy bowiem były duże, a na ich obrzeżach czaiły się zarówno nasze jak i niemieckie siły, z przewagą tych ostatnich. O dwudziestej drugiej pozdejmowałem ubezpieczenie. Zapytałem, kto pójdzie na ochotnika wysadzić punkt amunicyjny. Nikt się nie zgłosił. Wyznaczyłem ostatniego żywego człowieka ze swojego plutonu zdolnego do takiej zabawy. Przed opuszczeniem grupy Szamek odwołał mnie na bok.

– Chcesz mi dać w mordę? – odezwałem się pierwszy.

– Nie. Na twoim miejscu zrobiłbym to samo.

– Więc czego chcesz, do diabła?

Podał mi zdjęcie dziewczyny, o której tyle razy rozmawialiśmy. Było wymięte, wskutek wielokrotnego oglądania, jak kawałek irchy.

– Weź to. Jeżeli przeżyjesz, odeślij je. Na drugiej stronie napisałem adres. Dołącz list, ale sam go napisz.

– Co mam napisać? O twojej miłości czy bohaterstwie?

– Napisz jej prawdę. Napisz jej, jak bardzo żałowałem, że nie zdążyłem jej zerżnąć.

Odszedł kilka kroków i oddał mocz. Był gotów do wykonania zadania. Odwrócił się, ale w mroku nocy i tak nie widziałem jego twarzy. Nie wiedziałem więc, czy chciał jeszcze coś powiedzieć. W ostatnim momencie rozmyślił się i bez słowa ruszył w kierunku Niemców. Usiadłem, czekając na wybuch. Myślałem o wojnie i kochaniu. To racja, że przed bitwą i miłością dobrze jest opróżniać pęcherz.

Najpierw usłyszałem pojedynczą serię z broni maszynowej. Po chwili las rozświetlił się blaskiem, któremu towarzyszył przeciągły huk, jakby w niebie przestawiano meble, nie dbając o uszy sąsiadów na ziemi. A potem niespodziewanie zapadła cisza. Podniosłem się i powiedziałem swoim, że na nas już czas. Szliśmy gęsiego, popychając przed sobą uwiązanego na sznurku jeńca. Spełniał rolę przewodnika i tarczy. Wiedział, w kogo trafi pierwszy strzał, dlatego wolał unikać swoich. Z całego serca życzyłem mu, aby mu się to udało. Ruszyłem trzeci z kolei, mając wszystko i wszystkich na oku. Cisza nie trwała długo. Przerwał ją pojedynczy strzał. Zawtórował mu drugi. W odpowiedzi ktoś pociągnął serię z broni maszynowej. Ktoś inny też dał znać, że czuwa. Powoli włączyły się wszystkie środki ogniowe znajdujące się w promieniu kilku kilometrów. Las rozbrzmiewał kanonadą jak na początku bitwy, kiedy ludzie, nie zmęczeni jeszcze, byli pełni entuzjazmu. W powietrzu bzykały pociski smugowe niczym robaczki świętojańskie, rozrywały się granaty i pociski artyleryjskie. Szliśmy przez to piekło nie strzelając, ale nie dbając o przesadną ostrożność. Nie było na to czasu ani potrzeby. Raz po raz któryś z nas obrywał przez przypadek i zostawał. Tak musiało być.

Wreszcie wszystko pozostało za nami. Nie napotkaliśmy Niemców. Maszerowaliśmy, utrzymując jednostajne tempo, ciągle przez las, który zdawał się nie mieć początku, ni końca. Gdy zaczęło świtać, nakazałem postój. Moi ludzie, zobojętniali, padali pokotem na ziemię. Zwyczajnie, tam gdzie kto stał. Tylko prowadzący jeńca nie zmienił pozycji. Trzymał pepeszę, której lufa była wycelowaną w głowę Niemca. Sprawdziłem stan żywych. Razem z przewodnikiem zostało nas dwunastu. Niektórzy byli ranni. Należało się nimi zająć. Musiałem to zrobić sam. Właśnie kończyłem opatrywać ostatniego kontuzjowanego, gdy usłyszałem zbliżające się pojedyncze kroki. Wziąłem nóż i poszedłem na spotkanie nieznajomego. Nie musiałem nikogo zabijać, wracał Szamek. Był zmęczony po wykonaniu zadania. Nasze spotkanie graniczyło z cudem. Wprawdzie wiedział od jeńca, jaką drogą pójdziemy, ale nie przypuszczałem, że nas znajdzie w tym lesie i że będzie mu się chciało dołączyć do grupy. Samotnie miał większe szanse przetrwania.

– Cieszę się, że jesteś. Nie lubię pisać listów – przywitałem go.

Uśmiechnął się w odpowiedzi. Dziwne, nie było po mm widać tego, co przeszedł. Mało tego, przyniósł kilka paczek sucharów będących w naszych warunkach na wagę życia.

– Ilu zostało? – zapytał.

– Tuzin.

– Z Niemcem?

– On jest trzynasty.

– To źle dla niego? Zabijesz go? – Popatrzył mi w oczy.

– Dotrzymał słowa – wyprowadził nas. Ja też dotrzymam, będzie żył.

– Bez oczu i języka, aby nas nie sypnął? Czytałem „Krzyżaków”. Czy tak?

Szamek wziął mi zapewne za złe drastyczne zmuszenie jeńca do współpracy zaraz po jego złowieniu.

– Nie jestem zbójem. Musiałem tak zrobić. Odpowiadałem za ludzi. Musiałem mu udowodnić, że nie żartuję.

– Co dalej?

– Wciąż jeszcze nie lubię zabijać ludzi. Puszczę go. Niech idzie w swoją stronę.

– Może sprowadzić na nas nieszczęście, przywlec nam na łeb zgraję swoich kompanów.

– Może może? Ale chyba nie zrobi tego po tym, co przeszedł i widział. Zapewne też chce żyć. W pewnych warunkach ludzie zdolni są do porzucenia wszystkich ideałów. Szkop zadekuje się. Przeczeka najgorsze. Będzie unikał swoich i naszych. A po wojnie będzie cieszył się wolnością.

– A my?

– Wrócimy do swoich.

– Aby znowu iść na rozpoznanie walką. Dziwne, ale nie spieszy mi się do tego.

– Szamek, jesteśmy żołnierzami – przypomniałem.

Jakby to w tej sytuacji miało jakiekolwiek znaczenie.

– Desperat, życie jest piękne. Koniec wojny blisko. Las duży. Może by w nim trochę posiedzieć? To zdrowsze niż wojowanie – kusił.

– Musimy robić swoje – powiedziałem, podchodząc do jeńca.

– Jesteś cyniczny, a równocześnie naiwny. Rozumiesz wszystko, a równocześnie nie rozumiesz niczego. To cię może kiedyś drogo kosztować – tłumaczył Szamek.

– A mimo wszystko zrobię to, co powinienem.

– Jesteś idiotą i największym skurwysynem, jakiego znam – usłyszałem. – A jednak cię lubię. I pójdę z tobą – dodał ciszej.

Niemiec z niepokojem obserwował moje ruchy. Gdy wyjąłem nóż, usiłował krzyknąć. Ale nie zdążył. Nie leżało w moim zwyczaju pozwalanie takim typom na zrobienie czegokolwiek wbrew mojej woli. Zakryłem mu dłonią usta, tłumiąc krzyk. Pilnujący go człowiek zamknął oczy. Nie wiedział, co chciałem zrobić. Przeciąłem sznurek krępujący ręce jeńca i powiedziałem, zwalniając mu usta:

– Żegnaj, frycu. Zrobiłeś swoje. Obiecałem ci życie.

– I dziękuję za buty – dodał Szamek.

Powoli przerażenie, malujące się na twarzy Niemca, ustępowało miejsca zdumieniu.

– Jak to, nie zabijesz mnie? Darujesz mi życie? – wyszeptał, dotykając ręką opaski na oku, wykonanej z kawałka koszuli.

Nie tłumaczyłem mu, że jest sam sobie winien, i że od początku nie chciałem go krzywdzić, bo i tak by nie uwierzył. Nie powiedziałem mu nic więcej. Klepnąłem go tylko w ramię i pchnąłem przed siebie. Nie miał trudności z wyborem kierunku marszu. Każdy był dobry, gdyż oddalał go od nas, i jednocześnie każdy zły, bo wiódł w nieznane. Gdy wpadnie w ręce swoich, uznają go za dezertera i rozstrzelają. Gdy spotka naszych potraktują go jak szpiega i też rozstrzelają. Jedynym ratunkiem dla niego było uniknięcie spotkania z kimkolwiek. Szamek podzielił suchary. Ktoś przyniósł wodę z pobliskiego strumyka. Po raz pierwszy od trzech dni miałem coś w ustach. Gdy zjadłem, powróciło zmęczenie. Oczy paliły, a ciało było jak z drewna, nieposłuszne woli. Mimo to wstałem, zebrałem swoją dwunastkę i powlekliśmy się przed siebie. Szukałem gęstego lasu. Najlepiej dzikiej kniei. Po godzinie znaleźliśmy taką. Weszliśmy w ciszę ciszy, w zieloną zieleń. Zaszyliśmy się w niej jak wilki. Spaliśmy. Śniliśmy o końcu wojny. Obudziła nas kanonada.     Artylerzyści wymieniali ostatnie strzały na dobranoc. Miało to dla nas pewne znaczenie, pozwalało zorientować się, w jakim miejscu się znajdujemy. Byliśmy w środku walczących stron. Należało dowiedzieć się, która jest nasza. Po dwóch dniach przedzierania się przez las meldowałem dowódcy swój powrót. Był jednym z tych straszliwie spostrzegawczych facetów, stale mających za złe wszystko to, co robili jego podopieczni. Gdy skończyłem, powiedział:

– A więc wróciliście. Żywi. Kto by pomyślał?!

Pokręcił głową niezadowolony i dodał:.

– Poszło sprawozdanie o waszej bohaterskiej śmierci. Był rozkaz z dywizji, odczytany przed frontem.

– Przykro mi, że zawiedliśmy kolektyw, nie dając się zabić.

Dowódca nie zwrócił uwagi na moje słowa. Rozważał widocznie, co ma uczynić dalej. Był jednym z tych ludzi, którzy nigdy nie powinni się byli urodzić, a umrzeć też nie chcieli. Myślałem o jedzeniu i odpoczynku. Zostawiłem inne zmartwienia przełożonym. Otrzymaliśmy wzmocnione porcje obiadu i dwadzieścia cztery godziny na odpoczynek. Spałem dwadzieścia godzin. Cztery poświęciłem na rozmyślanie. Do końca pobytu w karnej kompanii zostało nam czternaście dni. Czy nas odeślą z powrotem do niej? Podobne myśli nurtowały Szamka, bo pod koniec owej wypoczynkowej doby zapytał:

– Co ci stary powiedział?

– Że nasz powrót przyprawia go o ból głowy.

– Ma przez nas bezsenne noce?

– I złe sny. Musi wysłać nowe sprawozdanie z przykrą informacją o naszym powrocie. Wolałby nas wpakować do gablotki egzotycznych okazów żołnierzy, którzy dali się zabić. I wkurwia się, że się tam zmieścić nie chcemy.

– Co z nami zrobią?

– Zobaczymy.

Nasza ciekawość nie była wystawiona na ciężką próbę. Gdy przyszedł łącznik z powiadomieniem, abym zgłosił się do dowódcy, zrozumiałem, że podarowana doba była potrzebna nie nam, a przełożonemu, niezdecydowanemu co z nami zrobić. Na szczęście samo życie podpowiedziało rozwiązanie. Któryś z naszych pododdziałów złowił dziesięciu Niemców. Podjęto decyzję, aby odstawić ich do sztabu. Wypoczęty i odświeżony zameldowałem się przełożonemu. Spojrzał na mnie ze wstrętem. Jego gęste, krzaczaste brwi zwisały nad zapadniętymi policzkami jak bocianie gniazdo na starym żaglowcu. Zapytał:

– Jesteście, poruczniku, pewni swoich ludzi?

– Jestem.

– Można im powierzyć odpowiedzialną misję?

– Można.

– Odprowadzicie jeńców do sztabu armii.

– Tak jest! Kiedy mam to uczynić?

– Natychmiast. I pamiętajcie: odpowiadacie za to głową.

Nie uważałem wprawdzie, aby dziesięciu byle jakich hitlerowskich zbirów było warte tyle, co ja, ale nie chciałem dyskutować z przełożonym. Odmeldowałem się regulaminowo. Wydałem odpowiednie polecenia. Pobraliśmy amunicję. Pokwitowałem profosowi odbiór jeńców. Pamiętając, że krótkie mowy pamięta się najdłużej wygłosiłem trzydziestosekundowy „spicz” do fryców, jak powinni się zachowywać i ruszyliśmy zostawiając za sobą macierzysty oddział. Tym samym zdjęliśmy kłopot z głowy jego dowódcy. Odeszliśmy w samą porę. Właśnie rozpoczynano przygotowania do kolejnego natarcia i jego organizatorzy uważnie rozglądali się za ochotnikami na pierwszą linię. Na szczęście byliśmy już poza zasięgiem ich władzy. Myślałem, że jakoś to będzie. Szliśmy przez pasmo wzgórz ku gasnącym blaskom na zachodzie, skąd dochodziła przeciągła kanonada. Przypomniałem sobie słowa wieszcza Adama: Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie,/ Ja z synowcem na czele, i jakoś to będzie. Chodziliśmy tak od sześciu dni, odmierzając życie krokami wzdłuż wrogiego kraju, wciąż podążając za słońcem i sztabem armii niczym wędrowne ptaki lecące na wyraj. Ptaki szukając swych gniazd ptaszyły świergotliwie, a my szukaliśmy jedynie szansy przeżycia. Unikaliśmy ludzi, którzy wydali nam wojnę. Wbrew Niemcom cało przeszliśmy przez piekło. Czasami ich spostrzegaliśmy przed sobą. Wtedy zaszywaliśmy się głębiej w lasy, aby przeczekać. Plan nasz był prosty: przeżyć czternaście dni i wrócić do normalnego pododdziału. Szansą było prowadzenie jeńców. Dowódca nie określił czasu, w jakim mieliśmy wykonać zadanie. Doszliśmy do wniosku, że powinniśmy to zrobić w ciągu dwóch tygodni.

    Więc krążyliśmy po lesie bezwiednie, we dnie i w nocy. Początkowo prowadził nas anioł stróż. Szczęśliwie unikaliśmy kłopotów. Niestety, w siódmym dniu anioł zaspał. Zatrzymała nas Informacja WP grasująca razem ze Smierszem. Którzy tylko czyhali na takich jak my. Powoli wpadaliśmy w czeluść tego sowieckiego kontrwywiadu znanego w historiografii jako „śmierć szponom”.

Na domiar złego tą złowrogą komórką sowiecką dowodziła Natasza Murawiowa. Natasza wprawdzie urodziła się na Litwie jako „niemowlę płci żeńskiej”, ale wyrósł z niej temperamentny rudy babus w stopniu kapitana o wyglądzie mocno pogrubionej choleryczki. Obce jej były jakiekolwiek człecze uczucia. Stało się jasne, że opuścił nas anioł stróż, ale nie Informacja WP i Smiersz. Zauważyłem, że Natasza miała duże, smutne, lekko zamglone oczy i układne maniery kobiety mającej za sobą przejście przez wiele łóżek. Na stopień kapitana należało sobie zasłużyć. A kobiety w wojsku mają znacznie cięższe życie niż mężczyźni. Cdn. (Kto zabił. Desperat 2)

[książka jest do nabycia w wydawnictwie; kontakt: e-mail:  s.wolak@agentpr.pl lub telef.: 12 631-32-50; 502-149-666;].

 

W ŁAPACH SMIERSZU I INFORMACJI WP

Kto zabił. Desperat 2. Kropili po nas swoi i Niemcy. Walili z dział i moździerzy. Czailiśmy się w lesie w małych grupkach, skupieni wokół sosnowych i świerkowych pni, dających schronienie przed odłamkami. Liczyliśmy wybuchy i nasłuchiwaliśmy wycia przelatujących nad czubkami drzew pocisków. Nie było nas dużo. Ze stu pięćdziesięciu chłopa, którzy weszli do lasu, wytłuczono tylu, że zostało pół setki. Ale teraz umieraliśmy wolniej. Po prostu trudniej było nas trafić. To tak jak przy grze w kręgle – pierwsza kula robi duże spustoszenie w słupkach, ale następne nie mogą już być takie celne, bo słupków ubyło.

                                               ***

     Granaty i pociski macały nas wśród drzew i bagien. Na ten ogień nie było żadnego lekarstwa. Był to ogień nękający. Długi i przeraźliwy, jak ból zęba. Pociski padały w zależności od fantazji artylerzystów, którzy mieli do ostrzelania kilkadziesiąt hektarów lasu. Robili to rzetelnie od kilku dni. Artylerzyści myśleli, że piorą po Niemcach. Była to swoista bagnisto-lesista-artyleryjska muzyka wojny. Pan Bóg im to chyba wybaczy? Apostolstwem Boga jest patrzenie przez palce na ludzkie pomyłki. My nie bardzo kwapiliśmy się do wybaczania. W tych warunkach byliśmy niewybaczalni. Wiedziałem, że do zidentyfikowania Boga potrzebny jest diabeł, to chyba jasne, nie? Wszak Jekyll nic nie znaczył bez Hyde’a. Z diabłem mieliśmy do czynienie na co dzień. Ale dlaczego Bóg nas na moment opuścił i to w tak ciężkim położeniu? I dlaczego pozwolił diabłu pokierować czynami artylerzystów?

                                               ***

     Dwa dni temu około południa nieprzyjaciel odciął nam drogę od wschodu i północy. Wieczorem zrobił to samo od zachodu i południa. Pułapka zamknęła się. Nasi nie wiedzieli, czy jeszcze żyjemy. Wedle wszelkich reguł taktycznych naszą kompanię należało skreślić ze stanu. Więc artylerzyści prali po lesie, nie biorąc pod uwagę, że my nie stosowaliśmy się do żadnych reguł wymyślanych przez teoretyków wojskowości. Niemcy widząc jak nasi piorą, prali też. To nas uchroniło przed ostatecznym wyduszeniem przez przeciwnika. Żaden niemiecki pododdział nie chciał pójść pod podwójny ogień.

                                               ***

     Minęły dwie kolejne doby walki. Najbardziej ospałej walki, jaką znałem. Noc była chłodna. Powietrze wydawało się coraz bardziej wilgotne. Siedziałem oparty o pień poharatanego odłamkami drzewa obok Szamkowskiego. On jeden pozostał z mojego plutonu żywy, był dowódcą pierwszej drużyny. W porannej mgle wyglądał jak zjawa. Szczupły, ascetyczny, drobny – wydawało się, że byle przeciąg wywieje go z lasu na otwartą przestrzeń, gdzie czatowali snajperzy.    Szamek nie robił wrażenia mężczyzny, tylko dużego dziecka, któremu nagle wyciągnęły się nogi; twarz pozostała dziecinna, rzadki zarost przypominał brodę młodego chłopca. Dziw, że dotarł aż tutaj.

                                               ***

     Teraz siedział z podkulonymi nogami. Wydawało się, że nawet oddychanie sprawia mu ból. Może dały znać o sobie poobijane od ciągłych upadków żebra, a może bolały poobdzierane do żywego mięsa dłonie i kolana – cena, jaką przyszło płacić za kilometry przebyte czołganiem?  Zdzichu miał na głowie wypłowiałą rogatywkę, spod której wystawały długie, zupełnie nieżołnierskie włosy, które dawno nie widziały nożyczek. Drelichowy, kiedyś zielony mundur, teraz był w strzępkach, a o kolorze lepiej nie mówić. Był tak wychudzony, że musiał się bardzo starać, żeby rzucić cień. Ale ten dylągowaty przystojniak, elegancki pomimo nędzy, nad którą zdawał się przelatywać jak rajski ptak, miał wszelkie cechy brata łaty: pogardliwy stosunek do otoczenia, bystrą orientację w gąszczu konfliktów, w jakie co krok wpadaliśmy oraz radosną umiejętność używania życia i apetyt na wszelkie doznania, o których obecnie mógł tylko marzyć.

                                               ***

     Dziewczynki i niebezpieczeństwo, awantury i karkołomne wyprawy poza linię frontu po języka – wszystkiego zaznał. Nie pomijał żadnych okazji do nowych przeżyć. W każdym środowisku poruszał się z nieodstępną miną ostatniego wykolejeńca, trwoniącego własny talent i czar osobisty.       Ale teraz miał chyba powyżej uszu tej zabawy. Spostrzegł widocznie, że go obserwuję, gdyż powiedział:

     – Wiesz, co jest moim największym kłopotem?

     – Skąd mam, u licha, wiedzieć?

     – Martwię się, że nie udało mi się pozbawić cnoty mojej dziewczyny.      Próbowałem kilka razy, ale zawsze bez powodzenia.

     – Dziwne kłopoty w tej sytuacji. Za chwilę możemy nie żyć, a tobie chce się o tym mówić.

     – Chce mi się nie tylko mówić.

     – Co ci to pomoże?

     – Nam już w ogóle nic nie pomoże. Więc chociaż porozmawiajmy.

     – Nie potrafiłeś tego załatwić jak mężczyzna?

                                               ***

     Pominął moje pytanie milczeniem. Kontynuował:

     – Mimo że była feministką, wyemancypowaną jak jasna cholera, wspomniałem jej o tym delikatnie w pierwszym liście napisanym z frontu. W drugim wyłożyłem sprawę wprost.

     – I co? – zapytałem, aby coś powiedzieć.

     – Odpisała: „Żałuję, ale…”

     – Mówią, że życie składa się z żalu za straconymi okazjami. Zresztą miłość unika wyemancypowanych kobiet domagających się równouprawnienia. Cóż mówić o żądaniach feministek, skoro nawet Pan Bóg jest mężczyzną. A żar miłości? Toż to bzdura! To ckliwe opowieści dla sentymentalnych kabotynów. Wszystko zanika. Ogień wygasa, kwiatki więdną, para uchodzi, co dopiero miłość.

     – No właśnie.

     – Widzisz, Szamku, wedle mojej teorii, mężczyźnie w postępowaniu z kobietami, dzielą się na tych, którym lepiej wychodzi rozbieranie kobiet i tych, którzy wolą kobiety ubierać. Coś mi się zdaje, że należysz do drugiej grupy. Zgadłem?

     – Może masz rację.

     – Nic straconego. Wrócisz. Odrobisz zaległości. Mężczyźni będą w cenie. Co prawda najlepszych wybiją, albo już wybito, więc nawet pokraka będzie mogła przebierać i wybierać białogłowy wedle uznania. To jedyna korzyść z wojny dla mężczyzn.

     – Dla tych, którzy przeżyją.

     – Tak.

     – Kiedy to nie jest takie proste.

     – Gdyby wszystko było proste, nigdy nie wymyślono by koła.

     – Ty sobie żartujesz, a ja nie mogę przestać myśleć o tym. Przez to zostałem tchórzem i trafiłem do tej kompanii.

     – Ty tchórzem? – zdziwiłem się. – Wiem o tobie wszystko…

     – Nikt nie wie o mnie wszystkiego. Nawet ja sam. Nie mam upodobania do siebie samego.

                                               ***

     Zastanowiło mnie to stwierdzenie. Było podobne do zapisu Listu św. Pawła do Rzymian mówiącego, że „Chrystus nie miał upodobania w sobie samym”. Znałem Biblię, bo kiedyś byłem ministrantem, ale tego passusu akurat nie rozumiałem.  Dopiero w wiele lat później znalazłem u Kierkegaarda wyjaśnienie tego tajemniczego zdania, którym chyba bezwiednie, posłużył się Szamek, by oddać stan swojej duszy. Boże! Jak ja mało wiedziałem o ludziach. Wiedziałem, że jestem taki, jaki jestem. Może nie głupi, ale głupi.

                                               ***

     Gdy tak rozmawialiśmy, od ubezpieczenia przyszedł sygnał o zbliżającym się nieprzyjacielu. Sprawdziłem amunicję w pistolecie maszynowym. Dotknąłem granatów poupychanych w kieszeniach, chcąc się przekonać, czy łatwo je wyjąć. Pociski artyleryjskie przestały padać. Widać artylerzystom przywieziono śniadanie.

     – Desperat… – zaczął Szamek.

     – Co?

     – Za co tu trafiłeś?

     – Przecież wiesz. Nie masz lepszych zmartwień? Szkopy zaraz tu będą.

     – Jeszcze nikogo nie widać. Niewiele możemy zrobić.

     – Tak. Nie mamy nawet gdzie wiać. Nie wiemy, gdzie nasi, a gdzie Niemcy.

     – Dlatego nie wiejemy. Czekamy. Może na śmierć?

     – Nie. Czekamy na starcie. Może decydując. To może być starcie śmiertelne. Boisz się śmierci?

     – Tak.

     – Ja nie. Mężczyzna, który boi się śmierci jest żywym trupem. Ale tak, w pewnym sensie masz rację. Czekanie przed walką jest zawsze najtrudniejsze i najnudniejsze. Ja nudę staram się zabijać myśleniem o dziewczynie.

     – A ja – myśleniem o śmierci.

     – Myśl lepiej o łąkach, kwiatach, dziewczynach, miłości…

     – Będzie mi lżej umierać?

     – Nie o to chodzi. Człowiek w chwilach ostatecznych powinien mieć ładne myśli.

                                               ***

     Odciągnąłem suwadło. Wydało mi się, że w prześwicie drzew mignęło kilka sylwetek. Szamek zmienił pozycję z siedzącej na leżącą, poszedłem za jego przykładem. Reszta kompanii zrobiła zapewne to samo. Nie widziałem tego dokładnie. Czekaliśmy, aby walczyć, choć znaleźliśmy się w sytuacji najbardziej beznadziejnej ze wszystkich, w jakie kiedykolwiek się władowaliśmy. W takich momentach człowiek robi rachunek sumienia. Chce czy nie chce, przez głowę przelatują mu obrazy z minionego życia. Dzieciństwo, szkoła, początek młodości i wojna. A jeżeli o mnie chodzi, to jeszcze ta głupia fanfaronada, po której nadano mi przydomek „Desperata” i za którą złapałem dwa miesiące karnej kompanii. Postanowiłem wtedy, że potrafię zrobić porządnie to, o co mnie posądzano, że nie potrafię.

                                               ***

     Ci, którzy mi ten wyrok zafundowali, nie znali wypadku, aby ktoś przeżył takie sześćdziesiąt dni. Nie potrzebowali mnie nawet degradować, zostawili mi porucznikowski stopień, aby mieć czystsze sumienie. Z dowódcy kompanii zrobiono mnie dowódcą plutonu i wysłano do przodu. Stało się to niewiele dni temu. Coraz wyraźniej widziałem zbliżające się sylwetki Niemców. Wybrałem pierwszego, podtatusiałego faceta z brzuszkiem, skradającego się od drzewa do drzewa w moim kierunku. On mnie nie znał. Ja jego też. On nic mi nie zrobił. Ja jemu też. On chciał mnie zbić. Je jego też. Musiałem go tylko uprzedzić.

                                               ***

     Mogłem go już kropnąć, ale wolałem nieco poczekać. Niech jeszcze trochę nacieszy się leśnym powietrzem – pomyślałem. Właściwie to powinien czuć do mnie wdzięczność za darowane sekundy. Szkop nie mógł mnie widzieć. Przed jego wzrokiem broniła mnie sterta liści z powbijanymi gdzieniegdzie gałązkami. Ale w końcu musiałem go zabić. W przeciwnym wypadku on zlikwidowałby mnie. Spojrzałem na ostatniego swojego żołnierza. Przestał chyba myśleć o dziewczynie i zmarnowanej okazji, gdyż pokazał dwa palce, co oznaczało wzięcie drugiego Niemca na cel. Skinąłem głową i pociągnąłem za język spustowy, leciutko, aby zmarnować tylko jeden nabój. Wystarczyło. Zawsze strzelałem dobrze.

                                               ***

     Drugiego w podobny sposób załatwił Szamek. Reszta atakujących zaległa. Odżałowałem granat i rzuciłem go w ich kierunku, aby nie czuli się zbyt bezpieczni na naszym terytorium. Trafiłem dobrze, w faceta niosącego minę. W górę poleciało trochę porozrywanego ludzkiego mięsa, strzępy mundurów i oporządzenia. Tu i ówdzie słychać było pojedyncze strzały. Nasi nie chcieli tracić amunicji, a szkopy zbyt wariacko atakować. Interesy obu stron ograniczyły się do chwilowego utrzymania status quo. Fryce zapewne sądzili, że i tak nas mają i zmasakrują.

                                               ***

     I wówczas artylerzyści znowu przypomnieli sobie o swojej powinności, ze zdwojoną energią odrabiając zaległości. Niemcy zaczęli się wycofywać. My nie mieliśmy dokąd. Przekręciłem się na plecy. Patrzyłem na usychające korony drzew, aby nacieszyć się zielenią i błękitem, a może też… zobaczyć te kilka kilogramów żelastwa, przybywające, aby mnie zabrać z tego świata.

– Lubisz drzewa? – zapytał Szamek.

– Tak, kiedyś chciałem nawet zostać leśnikiem. Ale teraz już nie. Ostatnio las napawa mnie lękiem. Za długo w nim przebywałem.

– Te drzewa umierają i dlatego wyglądają tak pięknie, jak nigdy przedtem.

– Ludzie umierają gorzej. Widziałeś, ile nienawiści w oczach mieli ci, którzy tam leżą? – pokazałem w kierunku zabitych.

                                               ***

Była okazja aby chwilkę pomilczeć. Przerwał ją Szamek pytając:

– Desperat, nie odpowiedziałeś na moje pytanie.

– Ach tak. Za co trafiłem w to parszywe miejsce? Cóż, przyjacielu, ściągam na swoją głowę gromy przełożonych jak piorunochron.

– Słyszałem o tym i owym, a najwięcej o ogniu. To prawda?

– Z czym?

– Z tą wioską.

– Prawda.

– Opowiedz, jak było.

– Zwyczajnie. Trzy doby w polu, na deszczu, w marszu, z potyczkami. Wiesz jak to jest? Zwyczajnie. Kwatermistrzostwo zostało daleko z tyłu. Transport nawalał. Moi ludzie ledwo trzymali się na nogach.

– Wtedy zdobyliście tę wioskę.

– Tak, wzięliśmy ją z marszu, a zatrzymaliśmy się dopiero na jej końcu. Te dranie walili do nas prawie z każdego okna. Parszywe hreczkosieje miały więcej broni i amunicji niż cała armia naszego generała. Uspokoiliśmy ich. Potem popiliśmy trochę i chłopcy, prawdziwe ancymonki, podpaliły starą szopę na skraju gumna, aby się ogrzać i wysuszyć.

– Od szopy zapaliła się stodoła – domyślił się.

– A od stodoły dom – wyjaśniłem.

– A od domu cała wioska.

– Ładne to było. Spaliło się wszystko co do deseczki. Krótka historia, prawda?

– Mogłeś przecież wytłumaczyć. To był przypadek.

– Nie mogłem. Prokurator mnie nie lubił, a ja nie jestem gadułą.

– Desperat. Wydaje mi się, że cię rozgryzłem.

– Czyżby?

– Ty masz cholerny żal do ludzi. Zawiodłeś się na nich, co?

– Nie masz racji. Chyba jej nie masz – powiedziałem bez przekonania. – To fakt, zawiodło mnie wielu, a ja chciałbym być trochę mniej zawodnym od tych „zawodników”.

– Zostańmy przyjaciółmi.

– Na jak długo?

– Do końca.

– O, to możemy. Nie zdąży nas ta przyjaźń zmęczyć. To nie potrwa długo.

                                               ***

Przed oczami stanęły mi obrazki sprzed kilku miesięcy. Pierwsze spotkanie z człowiekiem mającym później decydować o moim losie. Był niedostępny wszelkim przejawom szlachetności. Będąc wcielonym tchórzem, szanował tylko tych, których się bał. Odznaczał się wszystkimi wadami swojej klasy. Był pewny siebie, apodyktyczny i głęboko wierzył, że zawsze ma rację. Starał się robić wrażenie, że wszystko już przemyślał i rozstrzygnął. Wysłuchiwał z nieukrywaną niecierpliwością tego, co mówili inni, po czym obwieszczał swe ostateczne sądy, przydatne w danej sprawie jak futra w Kongo. A przy tym był skromny i muszę przyznać, miał ku temu powody. Nie było między nami miłości. W ogóle w całym oddziale nie było nikogo, poza nielicznymi sztabowymi lizuskami, kto chciałby powiedzieć o nim choć jedno dobre słowo, kto chętnie podałby mu rękę.

                                               ***

W naszej kompanii znano mnie z demokratycznych poglądów. Często przychodziło do politycznych rozmów, bo o czym żołnierz może rozmawiać w polu? Albo o sposobie na przeżycie najbliższego dnia. Albo o dziewczynach. Albo właśnie o polityce, o tym jaka będzie przyszła Polska. Nie miałem złudzeń. Uważałem, że z chwilą powstania państw wszystko jest polityczne, zaś polityka to zlepek kłamstw, uników, nienawiści, zdrad i schizofrenii. Ludzi, których znałem dzielono na prawicowców i lewicowców. Prawicowców zlikwidowano wcześniej albo przerobiono na delatorów. Mnie ustawiono bardziej na prawo od lewicowców z dawnego Pepeesu, którzy w tej armii byli jeszcze tolerowani. Po opróżnieniu z Niemców Polski dowiedziałem się, że jednym z najlepszych takiej proweniencji żołnierzy był pierwszy dowódca Górskiego Batalionu WOP w Szklarskiej Porębie mjr Bogdan Ginter. Gdy dostał zadanie uwinął się w kilka dni. Zorganizował pododdział. Przepędził niedobitki hitlerowców. Oczyścił teren z band rabunkowych i szabrowników. Pokazał Czechosłowakom gdzie ich miejsce (mieli ochotę zająć większą część Karkonoszy i Gór Izerskich, wprowadzając do górskich schronisk wojsko). I naraził się funkcjonariuszowi Informacji WP, który tak, jak wszyscy funkcyjni w tej służbie był oficerem NKWD pełniącym obowiązki Polaka. Ginter poszedł w odstawkę. Miał szczęście. Nie represjonowano go zbytnio.

                                               *** 

Poza tym po tym, co przeszedłem na Syberii miałem skrywany seksualny stosunek do Sowietów. Po prostu pierdoliłem ich. Ale z tym się akurat nie afiszowałem.

                                               ***

W jednej z takich rozmów, zahaczających o politykę i przyszłość Polski po wojnie, powiedziałem o jedno słowo za dużo. W pułku uchodziłem za poliglotę, który lepiej zna języki obce niż swój własny. Zawsze czytałem książki i to, co mi wpadło w ręce, więc wiedziałem, że ideowych komunistów polskich znajdujących się w Sowietach wyrżnął Stalin w czasie wielkiej czystki KPP. Zostały niedobitki. Przeglądałem też ulotki rosyjskie, nienieckie i zachodnie. One także coś niecoś pojaśniały.

                                               ***

Wykorzystywaliśmy każą wolną chwilę aby się rozerwać, odsapnąć od żołnierki i zabijania. Na takie dictum facktum najlepsza była diabelska berbelucha. Siedzieliśmy pociągając z gwinta po kilka bulgotów. Nie zdając sobie sprawy do kogo i co mówię nieco śmieszkowałem. Wiedziałem w jakiej sytuacji się znajduję. Byłem przekonany, że mając tyko jedno życie powinienem się trzy razy zastanowić komu i co mówię. I zapomniałem o tym. Powiedziałem komilitonom, że polscy komuniści dzielą się na dwie kategorie. Pierwszą stanowią ezoterycy, których ideologie rozumieją sami ezoterycy, i to zaledwie częściowo, oraz na nekromantyków, których nie rozumie nikt. Widać ktoś doniósł gdzie trzeba o moim mędrkowaniu. Albo napisał meldunek, co na jedno wychodziło. A że we współczesnym świecie nikt tak nie ceni słowa tak bardzo jak służby specjalne i generałowie, zostałem wezwany przed oblicze najwyższego. W naszym wypadki było to dowódca dywizji w stopniu generała. Jego paradność działała na żołnierzy jak marsz żałobny dętej orkiestry dywizyjnej. Dowódca był purytaninem komunistycznym, osobą cnotliwą o nieskazitelnym bolszewickim życiorysie. Stale dręczył go lęk, że ktoś, gdzieś tam może być szczęśliwy nie będąc „przynależnionym” do tej gildii. Dwieście procent generałów była przynależna do stalinizmu i leninizmu. Myślałem, że głupiej nie można. Pożyłem i przekonałem się, że można. W tej materii moje zaufanie do generałów jest nieograniczone.

– Nieradzieckie stanowisko zajmujecie. To podłe. To niedopuszczalne. To barbarzyńskie. Świat chcecie zmieniać – usłyszałem. – Nowego ładu wam się zachciewa. Niedobrze! Oj niedobrze!

– Nie chcę zmieniać świata. Ale niech świat nie próbuje zmieniać mnie. Nie dam się.

– Ano zobaczymy, zobaczymy.

                                               ***

Po wojnie owego dowódcę dywizji rozstrzelano za nieprawomyślność i przyjmowanie od podwładnych haraczy zdobywanych w czasie akcji. Po 1956 r. uznano, że oskarżenie było zbyt pochopne i generała rehabilitowano. Czego dowodzi rehabilitacja? Że ojczyzna ciągle kocha ubite potomstwo.

                                               ***

Po raz pierwszy stanąłem przed sądem polowym. Wkrótce zobaczyłem karną kompanię. Informacja WP nie była zadowolona z takiego obrotu sprawy. Uważano widocznie, że zasłużyłem na kulkę, ale wyrok sądu polowego musiała respektować. Cdn. (Kto zabił. Desperat 2)

[książka jest do nabycia w wydawnictwie; kontakt: e-mail:  s.wolak@agentpr.pl lub telef.: 12 6313250; 502149666;].

KTO ZABIŁ? DESPERAT 2

Przedsłowie czyli sen. Rozumiem, dlaczego większość ludzi przypisuje nikłe znaczenie swoim snom. Są dla nich zbyt lekkie, a ludzie na ogół utożsamiają się z tym, co ma ciężar. Łzy są poważne, można je zbierać w słoiku. Ale sen, podobnie jak uśmiech, to czyste powietrze. Sny i uśmiechy szybko przemijają. Co jednak, jeśli twarz przeminie, a przetrwa uśmiech? Susan Sontak

     Będąc nadal zainteresowany procesem skretyniania społeczeństwa odkurzyłem Desperata. Dopisałem to i owo. Napisałem tylko to, co powinienem napisać wiele lat temu. W pisaniu przyświecało mi zdanie, że czas i przestrzeń są formami istnienia próżni. I rozumiałem przez to, że istnieje coś, co z definicji istnieć nie powinno, a istnieje i na dodatek, wszystko goni, mknie, pędzi falami znikąd do nikąd. Język z trudem opisuje to, co widzi – wobec niewidzialnego jest całkowicie bezradny. A ja chciałem zrelacjonować działania służb specjalnych, które w przeważającym stopniu są niewidzialne.

     A, że nikt nie uniknie historii, nawet gdyby bardzo się starał zrelacjonowałem więc tylko te wątki, które przyszły do mnie, nie ja do nich. Co prawda, w swojej zarozumiałości chciałem splagiatować Waltera Benjamina, marzącego o napisaniu książki złożonej z samych cytatów. Ale nic mi z tego nie wyszło. Więc skoro Benjaminowi się ta sztuka nie udała, to dlaczego miało się udać mnie? Musiałem się zadowolić rozwiązaniem połowicznym – mikroskopijnym przedstawieniem problemu oddziaływania służb specjalnych na życie każdego z nas. Popełniłem przy tym grzech przeciwko ósmemu przykazaniu mówiącemu: nie bądź leniwy i nie wyręczaj się cytatem.

Byłem leniwy. Kolejne rozdziały opatrzyłem mottami, a kończyłem, za radą psychiatry dr Jolanty Biełousz zapisem snów zaznaczonych jako „oniriada. Te zjawy, ułudy, zapisy Morfeusza przedstawiałem językiem ulicznym, skrótowym, dalekim od retorycznych norm, często „od czapy”, bo sny takie są. Każdą „oniriadę” (o ile nie podpisano inaczej) otwiera zdanie z książki Alice Robb Siła snów oznaczone kursywą.

     Ośmielam się wspomnieć również o moich braciach mniejszych, czyli menażerii, która bynajmniej dzika nie jest. Jest po prostu inna. Inspirowałem się także książką Ewy Lipskiej Droga pani Szubert wprowadzając do oniriad niektóre element śnione pod wpływem twórczości poetki, pamiętając jednak, że już Sokrates uważał, że należy się wystrzegać złych snów. Wtórowali mu inni wielcy filozofowie, w tym I. Kant pragnący wznieść fundament moralności ważnej nie tylko dla człowieka, ale dla każdego rozumnego stworzenia.

     Wierzę także noblistce Oldze Tokarczuk, że sny oddają inną prawdę o człowieku niż jawa, podobnie jak wierzę Erichowi Frommowi twierdzącemu, że: marzenia senne są znaczącymi i ważnymi wyrazami każdej aktywności umysłowej w stanie snu, oraz, że: Sen i jawa są dwoma biegunami ludzkiej egzystencji. Życie na jawie odznacza się działaniem, sen jest od niego wolny. Motta z poszczególnych rozdziałów czytane razem powinny dać wyobrażenie o celach i metodach stosowanych przez służby specjalne, a oniriady o  sposobie, w jaki mój mózg reagował w czasie snu na to, co zapisałem w książce. Powstała całkiem nowa książka. Nadałem jej tytuł Desperat 2. Nie wiem, czy zdołacie się doszukać w książce odniesień do poezji, literatury pięknej i filozoficznej oraz kilku analogi do aktualnych wydarzeń. Jeżeli tak, to nie jest to ani zamierzone, ani przypadkowe, lecz nieuniknione.

Oniriada. Potęga Boga i moc boga są straszne. „Dowiesz się o tym jeszcze więcej. Jesteś już w drugim czasie. Pierwszy czas został przezwyciężony. To jest czas panowania Syna, którego nazywasz Bogiem Żab. Potem nastąpi trzeci czas, czas rozdzielenia i zrównoważonej władzy”. Moja duszo, dokąd poszłaś? Czy poszłaś do zwierząt? Łączę górne z dolnym. Łączę Boga i zwierzęta. Jedna część mnie jest zwierzęciem, druga Bogiem, a trzecia człowiekiem. Pod tobą wąż, w tobie człowiek, nad tobą Bóg. Po drugiej stronie węża znajduje się fallus, a dalej Ziemia, dalej Księżyc, a potem zimno i pustka przestrzeni kosmicznej. Carl Gustav Jung. Z lasu wychodzą kombatanci i koledzy wojska. Skacząc na jednej nodze z palem w uchu wytrząsają z siebie to, co napieprzyli im politycy i mówią, że Kraj Rad… Ja przerywam i Barańczakowo: Raj Krat. Oburzają się. Zaczynam się poważnie obawiać, czy aby nie ulegam coraz modniejszemu kulturalizmowi. „Kult kultury”, a więc respekt dla autonomii wartości kultur tradycyjnych tkwi jak zadra w mojej duszy. Teoria dwóch wrogów! A przecież jest globalizacja i takie reminiscencje nie mają sensu. Ale większość komilitonów jest zgodna: historię WP należy napisać od nowa z ujęciem tradycyjnych polskich wartości. I śnię na jawie, że jestem cesarzem Qin Shi i dowodzę  8,1 tys. Tarakotową Armią, wyposażoną w broń i sprzęt bojowy, co pochłonęło prawie całe zapasy dla żywego wojska i tak osłabiło cesarstwo, że upadło na skutek ludowego powstania. Wiec domniemuję, że to, co się dzieje z WP, to nic dobrego. I jak zawsze wymądrzam się nieprzyzwoicie i nawołuję świat, aby obrócił się do Polski dobrą stroną i dal odpór Putinowi, który jest cieniem zwiędłego Imperium Zła i który fałszywymi oskarżeniami chce nas zepchnąć na pozycję antysemitów i agresorów, którzy odpowiadają za wybuch 2 wojny światowej. I przypominam komilitonom, że zło w naszej armii zaczęło się już w Sowietach, gdy Armia Czerwona zasiliła Polskie Siły Zbrojne w ZSRR ponad 21 tysiącami oficerów i generałów, którzy obsadzili najważniejsze stanowiska. Nieco inna była sprawa w MBP. Sowietów było tam dziesięć razy mniej niż w wojsku, ale stanowiska piastowali ważne, że ho, ho! Kontrowersje budzi sprawa oceny Rokossowskiego. Zgadzamy się, że jako żołnierz był znakomitością, acz doktryna sowiecka była zbrodnicza i Rokossowski ją realizował perfekcyjnie. Była dwunasta w południe – świeciło słońce, przyleciał Immanuel Kant, król filozofów. Król – nie tylko dlatego, że mieszkał w Królewcu, ale dlatego, że jego imperatyw moralny stał się podstawowym prawem milionów ludzi. Walnął we mnie: „Postępuj tylko według takiej maksymy, dzięki której możesz zarazem chcieć, żeby stała się  powszechnym prawem”. Potem dołączyła inna mądra głowa, często wypowiadająca się o snach, zwana „wiedeńskim szarlatanem”, o którego teorii krążyły legendy, a H.P. Lovecraft, uważający, że sny to jego prywatne terytorium, mawiał: że Freudowska teoria, to symbolizm infantylny. Zygmund Freud wyglądał jakby kogoś oczekiwał. Jakoż i zjawił się jego uczeń Carl G. Jung. I Freud posmutniał, jakby na wspomnienie roku 1913, roku rozstania z Jungiem, który Kantowskie kategorie i Freudowskie teorie zmienił na swoje archetypy. Przestań truć o filozofach – wtrącił Bartoszewicz. – Zajmij się lepiej Amerykańcami. Przecież kowboje za najwybitniejszego dowódcę II światówki uznali tego tandeciarza i bandytę Gieorgija Żukowa. Spuścili w niebyt naszego Rokossowskiego. Znudzeni komilitoni usiłują wydrapać mi oczy. Salwuję się ucieczką. Nie wiem gdzie bym doszedł, gdybym nie obudził się.

PROLOG 

     Potwory istnieją, ale jest ich za mało, aby mogły naprawdę stać się zagrożeniem. Dużo niebezpieczniejsi są funkcjonariusze gotowi uwierzyć i wykonywać rozkazy bez zadawania pytań. Primo Levi

     W kwietniu 1945 r. w rejonie Siekierki – Gozdowice Odra wyglądała niczym jezioro opasane umocnieniami przeciwpowodziowymi. Poldery były zalane od wałów do wałów, a na przeciwległym brzegu czaiła się dobrze zorganizowana obrona niemiecka. To było najgłupiej wybrane miejsce nadające się do forsowania. Rozpoczęliśmy forsować rzekę 16 kwietnia. Gehenna. Pontony desantowe zaczepiające o zwalone drzewa i chaszcze, nie mogły wystartować. Barki desantowe wpadały na przeszkody, posuwające jak żółwie pod zmasowanym ogniem obrony niemieckiej. Trwało to i trwało. Szeregi żołnierskie topniały jak śnieg na wiosnę. Po wydostaniu się na drugi brzeg odwróciłem głowę. Rozlewisko. Z czubkami krzaków i drzew wystającymi z wody, przypominało rżysko z tym że zamiast żeńców i snopków zboża leżeli martwi żołnierze. I postanowiłem wszędzie, gdy tylko będę mógł, dawać świadectwo prawdzie. I patrząc na trupy popatrzyłem w górę. I wyszeptałem: Jeśli zapomnę o nich. Ty Boże na niebie, zapomnij o mnie. I pomyślałem, co będzie za kilka dni? I przed oczyma jawił mi się rozdział z podręcznika medycyny sądowej poświęcony robakom gnieżdżącym się w trupach, a przytoczony w Zapiskach dla zjawy przez Jerzego Stempowskiego: Muchy składają w trupach larwy, których wydzielina rozpuszcza tkankę. Potem przychodzą chrząszcze żywiące się larwami i pozostawiające tylko kości oraz kawałki wysuszonej skóry. Po nich zjawiają się muchy plujki, oczyszczające kości i zagrzebujące w ziemi niestrawione resztki trupa.  

Spoglądając na pobojowisko, czułem się jak wyrzutek społeczeństwa usiłujący pozostać przy życiu z rzezi, jaką za sprawą germańskiego boga wojny Odyna, urządzili nam Hitler ze Stalinem.

Z mojej kompanii, którą dowodziłem, zostało 15 żołnierzy.

Ci, którzy przeżyli byli tak poobijani jak łososie przebijający się przez przeszkody, aby złożyć ikrę. Ale my chcieliśmy tylko dojść do Berlina.

Ci, którzy nie przeżyli…Odra unosiła niektórych. Innych zatrzymywały chaszcze i wystające z wody gałęzie. Nie grzebano nikogo. Nie miał kto tego robić. Wkrótce zluzowano nas. Mogliśmy odpocząć.

                                 ***

Pomiędzy Neu Rudnitz a Karlstorf leżałem ze Zdzisławem Szamkowskim, zwanym Szamkiem oraz Robin Hoodem XX wieku. Otulały nas tumany mgły. Z rzeki dochodził fetor trupów i ryb. Świecił obrzmiały Księżyc. W jego blasku widzieliśmy nie fantomy, a pływające realne, wzdęte trupy, spuchnięte, czerniejące, gotowe strzelić strumieniem zgnilizny. Byliśmy przykryci tylko pałatkami. Obok nas biwakowali inni kamraci. Frajda, że przeżyliśmy sprawiła, że nie chcieliśmy już się mścić i zabijać. Nagle zachciało się wszystkim żyć. Rozmawialiśmy o tym, jak wyjść cało z nieciekawej sytuacji. Szamek, gad i podlec, któremu wadliwy wzrok kazał widzieć wojnę, juści taką, jaka ona była, a nie taką, jaką widzieli generałowie i politycy legł obok. Był komilitonem hożym, skorym do bitki i wypitki, człowiekiem wielkiego i prostego serca, odznaczał się końskim zdrowiem, ruchliwością pcheł i determinacją gladiatora.

Ten świszczypała gdyby był bardziej wierzący, mógłby w przyszłości zostać klerykiem-anachoretą. Był u mnie dowódcą plutonu, ale rozpoczynał żołnierkę później ode mnie. Zapytał niespodziewanie, czy bitwa pod Lenino, w której brałem udział, była bardziej krwawa od tego, co właśnie przeszliśmy? Czy ostatnia bitwa miała jakiś sens? I na koniec: czy powinniśmy się bić, czy raczej dekować się, skoro zakończenie wojny widnieje na horyzoncie?

Uważałem, że bitwy, które stoczyliśmy (wprawdzie u boku Armii Czerwonej, która zachowywała się jak się zachowywała, nieraz bardzo paskudnie i okrutnie, bo im na to Stalin nie tylko pozwolił, ale wręcz rozkazał), ale już na ziemiach polskich, a więc pod Studziankami, o Warszawę, o przełamanie Wału Pomorskiego i teraz w operacji berlińskiej, w której właśnie bierzemy udział, sens miały i mają jak najbardziej, bo nie tylko wywalają okupantów niemieckich z ziem polskich, ale wiodą prosto do Berlina.

Inną sprawą była strategia stosowana przez Armię Czerwoną. To strategia zbójecka. Sowieci szli naprzód rżnąc wszystko i wszystkich. Szczególnie okrutny był los kobiet. Za armią szedł Smiersz i Oddziały Zaporowe. Kto zwlekał, ginął z rąk własnych. Mówi się, że te dwie formacje zlikwidowały od 200 do 300 tysięcy czerwonoarmiejców. Na rujnację zasłużyły nie tylko wielkie aglomeracje, takie jak Gdańsk, Szczecin czy Wrocław. Szlak sowiecki znaczyły zrujnowane miasta i miasteczka. Na przykład w Nysie zostało tylko 25 procent zabudowań…                                     

I kolejna uwaga odautorska: oto Armia Czerwona, straciwszy 600 tysięcy poległych na naszej ziemi żołnierzy przepędziła Niemców z Polski, ale równocześnie oddała nas w jasyr komunizmowi w wersji stalinowskiej. Tak, za pomoc w przepędzeniu Niemców z Kraju Pieroga i Zalewajki przymusowo odsprzedaliśmy wolność. Odziedziczyliśmy zrujnowany, wyszabrowany kraj, który trzeba było odbudować. Zrobiliśmy to. Kto tego nie rozumie jest po prostu świnią. Żołnierzy sowieckich prawdopodobnie nie obchodziło ani wyzwalanie, ani zniewalanie Polski, bo to sprawa polityków. Była przecież Jałta, Teheran, Poczdam.  Żołnierze chcieli dojść do Berlina. A innej drogi, jak przez Polskę nie było. Chociażby z tego powodu poległym należy się nasz szacunek. Tak, prości żołnierze Armii Czerwonej przynieśli nam wolność od Niemców, ale nie przynieśli nam wolności, bo sami jej nie mieli.

I ostatnia uwaga: Jak było z pomocą Zachodu? Czy bez wsparcia Sowieci osiągnęli by Berlin? Wedle źródeł amerykańskich pomoc USA dla Sowietów w czasie II wojny światowej (Ustawa Lend-Lease !941 r.) wynosiła: 15 000 samolotów, 700 000  samochodów ciężarowych, 51 000 samochodów terenowych, 7 000  czołgów, 35 000 motocykli, 27 okrętów wojennych, 2 000 radarów, 1966 lokomotyw, 11 075 wagonów i niezliczoną ilość sprzętu i wyposażenia. Trudno powiedzieć czy te ustalenia dotyczą nadawcy, czy odbiorcy pomocy Zachodu. Transporty szły drogą morską. A na oceanach i morzach grasowali marynarze grossadmirała Karla Donitza i lotnictwo marszałka Rzeszy Hermana Goeringa siejąc spustoszenie w konwojach aliantów. Wydaje się, że dla frontu północno-wschodniego, decydujące znaczenie miały, rozpoczęte już pod koniec sierpnia 1940 r. bombardowania strategiczne prowadzone przez lotnictwo Wielkiej Brytanii i USA na niemieckie cele cywilne i wojskowe. Dezorganizowało to zbrojeniowy przemysł hitlerowski oraz uniemożliwiło dokończenie prac na nowymi broniami niemieckimi, w tym skonstruowanie bomby atomowej. Dzisiejsza Rosja neguje te ustalenia. Rosjanie wierzą, że bez pomocy Zachodu pokonaliby Hitlera. Można wierzyć, albo nie. Ale nie da się ukryć, że wkład Sowietów w rozgromienie Trzeciej Rzeszy był decydujący.

                                          ***

Więc nic to, że od dawna żyjemy w cieniu śmierci. Musimy zabijać albo zostać zabitymi. Dlaczego? Aby w pokoju żyć mogły przyszłe pokolenia.

A następnie popuściłem wodzy fantazji oddając się wspomnieniom, która od dawna leżały mi na wątrobie. Przez moje życie przesunęła się galeria obrazów i typów, które tylko Szekspir zdołałby ogarnąć. Otaczała mnie nikczemność i wzniosłość, głupota i rozum, odwaga i tchórzostwo. Dawno zrozumiałem, że głupota to boski dar i talent, który wypełnia umysł człowieka energiami twórczymi generowanymi przez wadliwy narząd myślący czyli mózg. Wszystko to sprawiało, że czułem się jak kot na pustyni podczas gradobicia.    

                                 ***

Po 17 września 1939 r. duża część Polaków, w tym i ja, została wywieziona na Sybir. Gen. Władysławowi Andersowi udało się wyprowadzić część z nich na Bliski Wschód. Żołnierze mogli ginąć w cieplejszym klimacie. Pozostali Polacy musieli wierzyć w to, co chciał Stalin i być zadowolonymi, że mogą u boku Armii Czerwonej bić Niemców. Ja się „na Andersa” nie załapałem.

                                 ***

     – Widzisz, Zenku – mówiłem raczej do siebie niż do swego towarzysza – ci, co nie chcieli wierzyć w kłamstwa Stalina, przestawali żyć. Nie wiemy nawet, gdzie są ich groby. Myśl o tym powoduje wymioty duszy. W czasie działań dojrzewają złe uczucia. Wzmaga się nieludzkość. Więc prawdopodobnie nigdy nie uda się ustalić, ile osób musiało rozstać się z tym światem, gdyż odmówiło złożenia przysięgi o dochowaniu wierności Związkowi Sowieckiemu. Niektórzy na własną rękę kombinowali, w jaki sposób urwać się spod kurateli NKWD panoszącego się w PSZ w ZSRR pod postacią Informacji WP.

     – Jak wiesz, w czasie bitwy pod Lenino byłem jednym z adiutantów gen. Berlinga. Widziałem nieco więcej niż inni.  Zdeterminowana część żołnierzy I Dywizji im. T. Kościuszki (od 400 do 600 kościuszkowców) wybrała przejście na stronę Niemców. Wybór między Hitlerem a Stalinem nie był żadnym wyborem. Oba były złe. Ale pozostanie przy Stalinie było odrobinę lepsze – gwarantowało, o ile się przeżyje, powrót do ojczyzny.  A jaka ona będzie? Bóg raczy wiedzieć. Bo Bóg to ktoś, kto wie wszystko. Podejrzewam, że ma gotową odpowiedź na każde pytanie i potrafi przewidzieć przyszłość Polski.

     – Spójrz, Szamku, w niebo. Spójrz na gwiazdy. Są to oczy Boga. On spogląda na Ziemie i wszystko widzi. Nie wiem tylko, kogo Bóg wyznaczył na reżysera spektaklu pt. II wojna światowa – szatana czy Ducha Dziejów? Nie wiem też, czy Bóg wybaczy głupocie? Cynizmowi? Zdrajcom?  Chyba wybaczy. Tak, jak tym ludziom wybaczał w przeszłości. Tak będzie również w przyszłości.  Obowiązkiem Boga jest wybaczanie. Wybaczając, ratuje również swoją skórę. Bo przecież to on rządzi światem. A kto rządzi – odpowiada.

                                   ***

     Wbrew temu, co mówili propagandyści byłem zdania, że bitwa pod Lenino była elementem w planach Stalina zmierzających do dalszego osłabienia żywiołu polskiego. Kierowanie bitwą przez dowódcę 33 Armii gen. Wasilija N. Gordowa, któremu podporządkowano polską dywizję, było z wojskowego punktu widzenia skandaliczne, a z ludzkiego – nieludzkie. Wiedziałem to dobrze, bo tam byłem. Natomiast co na ten temat sądził Stalina mogłem tylko antycypować. Być może było to zgodne z jego planami.

     Dowódca dywizji gen. Z. Berling miał potężnego kaca. Obrzucił w  duchu „mięsem” dowódcę 33 armii gen. Gordowa, ale na polu walki bał się pisnąć słówko przeciwko zbójeckim poleceniom tegoż Gordowa. Wszystko to sprawiło, że żołnierze 1 Dywizji Piechoty im. T. Kościuszki zrozumieli, jak wygląda piekło. I słowa Z. Berlinga podczas zdejmowania go z dowódcy 1. Armii WP: …można zadać sobie w tej sprawie tylko dwa pytania: czy Gordow był zbrodniczym głupcem, czy też głupim zbrodniarzem.  W tamtych warunkach zarówno Gordow jak i Berling musieli wiedzieć, że wykonanie zadania jest absolutnie niemożliwe. Więc dlaczego posłano ludzi na rzeź? Z. Berling ruszył całym impetem. Słowa Gordowa do Berlinga, kwitujące szaleńcze natarcie kościuszkowców: Gratuluję wam natarcia waszej dywizji. Jak długo wojuję, takiego uderzenia dawno nie widziałem. Pozdrówcie waszych żołnierzy.  Nie wiem, czy gen. Berling polecenie wykonał. Nawet jeżeli wykonał, wielu jego podwładnych nie mogło słów pochwały Gordowa usłyszeć. Blisko 3 tys. żołnierzy leżało doskonale martwych (lub zaginionych) z twarzą w błocie nad brzegiem bagnistej Miereii tak jak moi żołnierze teraz w rozlewiskach Odry. Ich ciała czekały, nieraz bardzo długo, aż przyjdą grobołazi, aby ich pochować z zbiorowych mogiłach. Insynuacje pod adresem Gordowa, które słyszałem na własne uszy: Z. Berlinga: oby wielka choroba stoczyła twoje jądra synu hieny i szakala i obyś gnił do śmierci i nie mógł skonać. I gen. Wojciecha Bewziuka: Bodaj sukinsyn srał drutem kolczastym do końca życia! nie zmieniły mojego przekonania.

     Bitwa pod Lenino była jeszcze jedną zbrodnią Stalina na narodzie polskim. Świadczy o tym również robienie bohaterów na siłę. Cudowne zmartwychwstanie Juliusza Hibnera, którego podwładni zostawili rannego na polu walki meldując do sztabu, że zginął, odznaczonego „pośmiertnie” Orderem Virtuti Militari V klasy i Orderem Lenina oraz nadaniem mu tytułu Bohatera Związku Radzieckiego. Straty dywizji: jedną trzecią stanu osobowego. I gratulacje, i skrzynie odznaczeń…                  – Wiedz, Szamku, ja także wówczas dostałem blaszkę i awans na dowódcę kompanii – powiedziałem komilitonowi. – Co prawda wolałbym dostać Order Andrieja Pierwozwannogo uprawniający do odwiedzania damskich łaźni i kąpielisk bez przeszkód, a zamiast dowództwa kompani przydział do kwatermistrzostwa.

     A następnie dalej, raczej do siebie niż do komilitona uzewnętrzniałem się. Wiem jedno: w czasie wojny dusza dziczeje, człowiek zwięrzęcieje. No, nie. Przepraszam braci młodszych za faux pas. Niepotrzebnie obrażam zwierzęta. Nigdy nie słyszałem, aby jakieś stado owieczek rzucało się z nienawiścią na drugie stado. Taki dictum jest możliwe jedyni w wypadku personifikacji. Na przykład w konfliktach religijnych. Wojny religijne są zazwyczaj jeszcze krwawsze niż nasza. Choć to trudne do wyobrażenia.

    Z pojęciem wojny wiąże się umiłowanie kraju i przyjaźni. Tymczasem takie pojęcia, jak przyjaźń, ojczyzna i patriotyzm doszczętnie splugawiło swoją działalnością kierownictwo ZPP (Związek Patriotów Polskich). Ono było gorsze niż targowica, będąca majstersztykiem zdrady narodowej. To był spisek zawiązany przez zdrajców przedstawiających się jako najgorliwsi patrioci. Kierownictwo związku potrafiło zgwałcić każdą ideę zmierzającą do niepodległości Polski. Ojczyzna to język i mity, i ziemia i groby, a nie kłamstwa propagandy. W odróżnieniu od szeregowych członków ZPP, z których większość nosiła w sercach miłość do Polski to, co wyprawiało naczalstwo ZPP trudno nazwać inaczej niż skandalem i zdradą interesów Kraju Pieroga i Zalewajki. Uczestnicząc w tej hucpie człowiek wstydził się, że bywa patriotą. Ilekroć myślałem o tych sprawach jawiło mi się przed oczami zdanie E.M. Fostera: (…) gdybym musiał wybierać  między zdradą swego kraju a zdradą przyjaciela, mam nadzieję, że starczyłoby mi odwagi, by zdradzić swój kraj.

                                      ***

    Po bitwie odwiedziły nas dwie zołzy. Dwie niekłamane Erynie. Dwie działaczki ZPP z przewodniczącą Związku Wandą Wasilewską i Irena Sz., skazana na długoletnie więzienie wyrokiem sądu Polskiego Państwa Podziemnego za kolaborację z Sowietami (wyrok miał byś wykonany, gdy Polska odzyska niepodległość). Erynie ZPP, w odróżnieniu od Erynii mitologicznych, zrodzonych ze spadającej na Gaję krwi z wykastrowanego Uranosa, były zrodzone z woli Stalina. Owszem, też były inteligentne, a przeto szalenie niebezpieczne. Były osobami ziejącymi nienawiścią na wszystkich i wszystko, co nie komunistyczne. Dla Wandy i Ireny dobrobyt osób wskazanych przez Stalina był ważniejszy niż dobrobyt wszystkich Polaków w kraju, w Sowietach i na Zachodzie. Irena, w latach siedemdziesiątych przeszła na dobrą stronę mocy. Wanda nie. Pozostała w Sowietach. Wasilewska, nie bez pomocy Berlinga wgramoliła się na samochód i palnęła mowę. Stojąc na masce samochodu wołała do żołnierzy, że generał Berling jest dzieckiem światłości, a Anders to pełzający robal. Miażdżyła prawdę niczym Stalin ludzkie kości. Wychwalała znój kościuszkowców. Podkreślała genialność dowódców sowieckich. Nie miała słów uznania dla swego kochanka Stalina, dzięki któremu wielu naszych rodaków zwiedziło Syberię, a część użyźniło gościnną ziemie sowiecką i jesteśmy tu gdzie jesteśmy, a nasza przyszłość będzie świetlana.

    Wanda, nałożnica Stalina, umiała mówić pięknie. Zmiarkowałem, że w miarę jak patriotycznieją szarże odpatriotyczniają się prości żołnierze. Po skończony przemówieniu Wasielewska, z pomocą dowódcy 1 Dywizji im. T. Kościuszki, spuściła się na ziemie i pomaszerowała z przyjaciółką do specjalnego namiotu, gdzie zażyły po kwaterce  boskiej obrazy i pozbytkowały nieco z generalicją.    

     – Desperat – poprosił mój towarzysz, zmieniając temat mojej opowieści – kto jest gorszy? Hitler czy Stalin?

     – Nie wiem. O ile Stalin, mimo alkoholu, podejmował decyzje strategiczne w oparciu o koncepcje wypracowane przez marszałków, to Hitler, tak słyszałem, pod koniec wojny nie liczył się ze zdaniem fachowców, a decyzje o znaczeniu strategicznym podejmował pod wpływem kokainy i innych środków odurzających aplikowanych mu przez osobistego lekarza.

     – A jedna ludzie za nimi poszli do końca…

     – Tak poszli. I to jest dziwne. Dla mnie niewytłumaczalne. Może propaganda? Może pranie mózgów?

     – Jak wygląda prawdziwy Aryjczyk?

     – Prawdziwy Aryjczyk powinien być blondynem jak Hitler, wysokim jak Himmler, niebieskookim jak Hess, nieśmiałym jak Goebbels i szczupłym jak Goering.

     – A Człowiek Radziecki?

     – Prawdziwy Człowiek Radziecki to blondyn jak Stalin, wysoki jak Stalin, niebieskooki jak Stalin, nieśmiały jak Stalin, szczupły jak Stalin i empatyczny jak Stalin.

     I tak się uzewnętrzniałem, iż nie zauważyłem, że obok nas żartko usadowił się stuk oficera obiektowego z Informacji WP. Nie był to jakiś delator z cenzusem po kursie kontrwywiadowczym w Kujbyszewie. Ale zwyczajny podpierdalacz prymitywny. Był to późniejszy dowódca strażnicy Jakuszyce, sąsiadującej ze strażnicą Orle, a potem robiący karierę w dowództwie WOP jako płk mgr Wojciech Uć.  Stuk miał niewielki kajet i stale coś w nim notował kopiowym ołówkiem, który stale ślinił. W związku z tym miał język fioletowy jak szata hierarchy i pseudonim „Biskup”. „Pisarstwo” „Biskupa” nie miało nic wspólnego z przypadłością logofilii autora. Było to wykonywanie zadań oficera Informacji WP polegające na ordynarnym podpieprzaniu żołnierzy kto, kiedy i co powiedział czy zrobił? „Biskup” pasł się na tym procederze. Ciągle rozglądał się za szpilkami, aby przytwierdzać do munduru nowe odznaczenia i nigdy nie był wyznaczany do niebezpiecznych zadań.

     Nie byłem fizjonomistą. Obca mi była sztuka określania charakteru drugiej osoby ma podstawie podobieństw i różnic między czyjąś twarzą, a moją,  która jest wyznacznikiem doskonałości. Stąd moja pomyłka. Zresztą jak się ma dwadzieścia kilka lat, tak jak „Biskup” wówczas, można mieć czarną dusze i wstrętny charakter, a twarz anioła. Dopiero po czterdziestce w twarzy odbija się dusza i aura postaci. Zauważył to już Leonardo da Vinci. Toteż Uć brzydł z każdym dniem. Już jako dowódca Jakuszyc jego morda była pokarbowana  jak gąsienica czołgu, a w dowództwie WOP wyglądał jeszcze gorzej. Co by jednak nie powiedzieć o podłości „Biskupa” w jego donosach bił puls skrywanej historii żołnierskich mas.

     Zostaliśmy aresztowani i postawieni przed sądem polowym. Było to już drugie takie doświadczenie. Przewodniczący sądu odczytał ze zrozumieniem fragment donosu z kajetu „Biskupa”, który, co oczywiste, sensu żadnego nie miał. Było w nim tyle łgarstw, że aż papier się zaczerwienił. Rozprawa trwała kwadrans. Najdłużej zajęło odczytanie meldunku kapusia. Prokurator, rozgarnięty jak kupa siana jąkał się, malowniczo kalecząc język polski. Zażądał kary śmierci. Sąd się z nim zgodził. Czułem się jakby mnie ktoś wymazał błotem i wykąpał w szambie.    Ułaskawił nas dowódca 1. Armii WP generał Stanisław Popławski. Był sowietczykiem skalpelowo czystym, jednak nad wyraz grzecznym i biegłym w sztuce obłudy. Może spodobała mu się ironia, z jaką mówiłem o aryjczykach, a indoktrynacja polityczna nie pozwoliła mu dostrzec przekąsu przy charakteryzacji Człowieka Radzieckiego? Popławski zamienił nam karę śmierci, a raczej ją przedłużył na dalsze dwa miesiące pobytu w karnej kompanii. Było to zdublowanie pobytu w tym pododdziale. Takie coś nie powinno się zdarzyć w porządnej armii. Ale u nas zdarzyło się. Myślę, że nie był to wyraz altruizmu generała, a przekonanie, że w karnej kompanii przeżycie dwóch tygodni jest bohaterstwem, a miesiąc graniczy z cudem. I cud się zdarzył.  Opowiem jak było. Oniriada. Żyjemy w świecie zbudowanym na snach. Od zarania dziejów na całej kuli ziemskiej sny fascynują i wskazują drogę. Traktujemy je jako zwiastuny przyszłych zdarzeń i jako ślady przeszłości, jako przesłanie od bogów i sygnały z wnętrza ludzkiej jaźni. Elity ZPP!!! Jak było? Wystarczy pożywić się Julianem Stryjkowskim. Ale sen skręca na Wańkowicza. Moja menażeria, spora, chcąc mi towarzyszyć w podroży spytała, w jakim celu jadę do luminarza polskiej literatury. Aby porozmawiać o wojnie – odpowiedziałem. A Fe! Zakrzyknęły zwierzaki. Nawet lew był zniesmaczony tematem. Zostawiłem ich w domu. Z Krzysztofem Kąkolewskim i Stanisławem Szałapakiem, który był jeszcze w stanie embrionalnym i dysertację na dziennych studiach podyplomowych o reportażu u K.K. miał jeszcze przed sobą jedziemy do Melchiora Wańkowicza. „Stary Żubr” jest serdeczny, a nawet wylewny. I powiedziałem, że moim zdaniem są takie miejsca, które mnie i moim komilitonom mogłyby wytoczyć proces.  To Lenino, Monte Casino, Wał Pomorski, rejony Odry i Nysy Łużyckiej Bieszczady itp. Pisarz był skonsternowany. Aby pokryć faux-pas nie mogłem się nachwalić książki gospodarza „Bitwy o Monte Casino”. Dzięki panu, ta bitwa stała się „matką wszystkich bitew stoczonych przez żołnierza polskiego na wszystkich frontach drugiej wojny światowej” – mówię. Przytakuje mi Kąkolewski. Czy słusznie? – pytam. Moi rozmówcy skonsternowani zaniemówili. Podlizuję się: podziwiam pańską benedyktyńską pracę, pańską pasję kronikarską każącą panu pchać się po ogień karabinów maszynowych, bomb i granatów, by niczego ważnego nie uronić i wymieniam inne bitwy stoczone na zachodzie przez żołnierzy z polskim orzełkiem na hełmach. Czy zdobyć Ankony?,.., a bitwa pod Falaise? To chuj! Szałapak kopie nie w kostkę. A bitwy 1 Armii WP na wschodzie i w Polsce i w Berlinie i dojście do Łaby to „niczewo?”. I dalejże rozpuszczam wredny język. Taka bitwa pod Lenino. Chyba bardziej dramatyczna niż pod Monte Casino. Nie chodzi o postawę żołnierza. Ta była i na wschodzie i na zachodzie wspaniała. Chodzi o cel tych, którzy decydowali. Moja odraza do mówienia o postaciach historycznych, które decydowały o losach milionów ludzi jest wielka jak Kopiec Kościuszki w Krakowie, ale mimo to ciągnę: Obie bitwy nie przyczyniły się do wyzwolenie Polski. Obie bitwy były niepotrzebne. W wypadku bitwy pod Lenino była to decyzja Stalina, jawnie zbrodnicza. Czym się kierowali decydenci wysyłający wojsko na rzeź? Wydaje się, że w wypadku ataku na klasztor chodziło o to, aby „wola faraona była spełniona”. A pod Lenino? Było jeszcze gorzej. Chodziło o doszlachtowanie tych, którym udało się uniknąć ludobójstwa w Katyniu, którzy przeżyli GUŁAG i którzy w przyszłej Polsce mogli mieszać szyki Stalinowi. Wielką zasługą pana, mistrzu, jest to, że przedstawiając bitwę nie ukrywał pan niczego, a hasło: „Nie bądź głupi. Nie daj się zabić” powinno być rozpowszechnione po krańce świata. Oddawać własne życie za życie innych?! Czyż to nie aberracja? Pańskie hasło skłoniło mnie do rozważań na temat możliwości istnienie życia pozagrobowego. Im dłużej żem na ten temat myślał, tym częściej dochodziłem do wniosku, iż życie pozagrobowe jest możliwe bądź kompletnie niemożliwe. A propos bitwy pod Lenino. Jej największą wadą jest to, że nie miała ona swojego Wańkowicza. Brutalna propaganda peerelowska sprawiła, że ludzie słysząc o Lenino spluwają przez lewe ramie i nic ich to nie obchodzi. I w tym momencie zachciało mi się sikać i powracając do krainy jawy obudziłem się. Stanąłem na nogi. I upadłem wijąc się z bólu. Kostka była opuchnięta jak bania.

Cdn. [książka jest do nabycia w wydawnictwie; kontakt: najlepiej; e-mail: s.wolak@agentpr.pl lub telef.: 12 631-32-50; 502-149-666;].

 

SIĘ ZAPISAŁO

tak, książka się zapisała w mojej nieświadomości jako „Kto zabił. Desperat 2”. Przeczytajcie „Wprowadzenie III”; [książka jest do nabycia w wydawnictwie; kontakt: najlepiej; e-mail: s.wolak@agentpr.pl lub telef.: 502-149-666; 12 631-32-50].

     Na początku moich dociekać pewne dziwne zjawisko, nazwane przez Carla Junga synchronią, sprawiło, że zetknęłam się z najbardziej niesamowitym (…). Nagle i niespodziewania, dokładnie w odpowiednim miejscu i czasie, pojawia się jakiś kluczowy przedmiot lub informacja, jak gdyby wszystkim sterował jakiś dżin (…).Jego relacja całkowicie zmienia pojęcie o historii…                                                                                                                          Virginia Fellows

     Bohater Desperata 2, porucznik Zenon Góral jest postacią złożona z kilku moich konfratrów. Funkcjonariusze wywiadu francuskiego Yvonne Bassaler, Andre Robineau, mjr Humm, konsul Rene Bardet jak i oficerowie Henryk Pachówka – rozpracowujący szpiegów francuskich, oraz Henryk Wendrowski – prominentny żołnierz AK, a następnie MBP, MWS i dyplomata, dość szemrana postać. Wacław Ptasiński, Damian Kozak, Zbigniew Skoczylas i Ryszard Bartoszewicz – dowódcy strażnic Orle, Przesieka i Kamieńczyk, Jerzy Polak – zwiadowca Górskiego Batalionu w Szklarskiej Porębie, szef grupy zwiadu w Karpaczu, Tadeusz Steć – król przewodników i gejów sudeckich są postaciami kontrowersyjnymi, ale jak najbardziej autentycznymi.

     Za wyjątkiem oficerów francuskich, znalem wszystkich. Pozostali bohaterowie również mają odpowiedniki w rzeczywistości, ale z różnych względów zmieniłem ich nazwiska i niektóre szczegóły mogące pomóc w ich identyfikacji.

                                                           ***

     Opisane wydarzenia, w szczególności działalność wywiadu francuskiego, akcje sabotażowe w Elblągu w Zakładach Mechanicznych im. gen. Karola Świerczewskiego i w piechowickiej „Karelmie” zwanej przez tubylców „Dynamitką” są zasygnalizowane tylko fragmentarycznie, bo nigdy nie zostały w pełni wyjaśnione i do dzisiaj nie wiadomo czy były to rzeczywiste akcje sabotażowe, czy też gry bezpieki, które wymknęły się spod kontroli.

     W Elblągu, być może Nemezis, bogini przeznaczenia, kobieta bez winy i wstydu sprawiła, że w nocy z 16 na 17 lipca 1949 r. spłonęła hala „turbinowa”. Hala miała wymiary: 210 m długości, 56 m i 23 m wysokości i 222 tys. m sześciennych kubatury. Było w niej 166 obrabiarek i wiele innych maszyn,15 tys. stalowych łopatek do 5. turbin i sporo innego prawie gotowego sprzętu przygotowanego do transportu. Za wyjątkiem drewnianego poszycia dachu wszystko było było metalowe, a paliło się niczym stosy, na których w średniowieczu palono czarownice. Stopione było nawet szło okienne. Zniszczenia były ogromne. Do oceny przyczyn pożaru nie dopuszczono fachowców. Wszystko wzięła na siebie bezpieka. Jak w ukropie uwijał się ppłk Jozef Światło, zastępca Dyrektora Departamentu X płk. Anatola Fejgina.

     Łowcy szpiegów z Urzędu Bezpieczeństwa zwęszyli szanse powiększenia łupów. W stan oskarżenia postawiono 150 osób, które z sabotażem miały tyle wspólnego, co wilki z gwiazdami. Wydano trzy wyroki śmierci (w ramach prawa łaski zamieniono je na dożywocie), a kilkadziesiąt ludzi skazano na długoterminowe więzienie. Jeden z podejrzanych, Henryk Zając, który mógł coś wiedzieć na temat manipulacji władz, niedługo po aresztowaniu został znaleziony martwy w celi pełnej więźniów. Orzeczono samobójstwo. Sekcji zwłok ani dokładnego śledztwa nie przeprowadzono. Pikanterii dodaje fakt, że jeden z więźniów obecnych przy wyprowadzaniu się ofiary w zaświaty stwierdził, że Zając umierając krzyczał: -Ja nie chcę umierać.

     Mimo to ludzie uwierzyli w zamach samobójczy i w to, co mówili rządzący. Bo tak już jest, że na ogół ludzie ufają władzy, która mówi, co mówi. W samobójstwa podejrzanych tłuszcza też wierzy jak najbardziej. System był prosty: władza (czyt.: propaganda) mówiła to, co „ustaliła” bezpieka i inne służby specjalne oraz tzw. wymiar sprawiedliwości. A bezpieka „ustalała” to, co żądała władza. Natomiast wszelkie inne służby robiły tak samo. „Ustalały” to, co żądała władza. Wiele wskazuje na to, że nie jest to jeszcze epoka miniona. W wypadku H. Zająca o samobójstwie ofiary orzekł „szef” wymiaru sprawiedliwości Peerelu minister Henryk Świątkowski, zaś „hersztem” był minister bezpieczeństwa publicznego gen. Stanisław Radkiewicz otoczony kastą brutalistów resortowych.

                                               ***  

     Zbrodnia służb specjalnych popełniana w majestacie władzy, która nie jest postrzegana jako zbrodnia, to zbrodnia doskonała. „Wyjaśniacze” tych zbrodni nie potrafią rozwiązać żadnej z tych spraw bez stworzenia dziesięciu innych problemów i niewiadomych, które mają jeden cel – unikanie prawdy. Daje to znakomitą okazję pisarzom do spekulacji: jak było? Ale znakomicie zaciemnia fakty.    Chciałbym wiedzieć, kto rozkazywał „szefowi” oraz „hersztowi” przy sprawie elbląskiej. Można domniemywać, że potężny to musiał być naczelnik, skoro był władny zlecić co najmniej dwom resortom – sprawiedliwości i bezpieczeństwa, aby zapadło takie, a nie inne rozstrzygnięcie.     Czy był to prezydent Bolesław Bierut? Miał przecież na „szefa” i „herszta” pierwszorzędne haki, tak zresztą jak na wszystkich innych. A jak nie miał, to kazał dorobić. Wszyscy musieli jeść mu z ręki.

     Tu anegdotka. Do Bieruta, będącego jednocześnie przewodniczącym Komisji Biura Politycznego KC PZPR ds. Bezpieczeństwa Publicznego, przychodzi jego prawa ręka, czyli Jakub Berman i pyta, komu dać medal za „załatwienie” sprawy elbląskiej? B. Bierut rzuca trzy nazwiska: Grzegorz Korczyński, Michał Rola-Żymierski i Józef Cyrankiewicz. J. Berman na to: pierwszy to alkoholik, drugi złodziej, a trzeci bije żonę. Wot durak – komentuje Bierut – innych działaczy nie mamy.      

     A „Szef” przy sprawie elbląskiej, broniąc się postępował jak ten kucharz z bajki Kryłowa, który wstydził kota („herszta) pożerającego skradzionego kurczaka: A Waśka słuszajet da jest (a kocur wysłuchuje tego wszystkiego o swoim bezeceństwie, wcinając z apetytem kurczaka).                                       W Piechowicach było trochę inaczej. Na zapleczu „Dynamitki”, na obszarze kilkunastu hektarów było rozmieszczonych kilkadziesiąt niemieckich, solidnie zabezpieczonych wielkich żelbetonowych piętrowych bunkrów z materiałami wybuchowymi, wielkokalibrowymi pociskami artyleryjskimi i bombami głębinowymi. Był to rejon specjalny ciągnący się od południowo-wschodniej strony Piechowic, aż po północno-zachodni Sobieszów. W tym obiekcie był też, wyraźnie oddzielony, specjalny bunkier z jakąś dokumentacją. Prawdopodobnie dotyczącą tajnych broni Hitlera.

                                               ***

Z początkiem lat pięćdziesiątych polskie i sowieckie służby specjalne sprawujące nadzór nad zakładem wyznaczyły odpowiednią ekipę i zaczęto opróżniać pierwsze bunkry. Dzień w dzień formowano samochodowe transporty specjalne. Ładunki wywożono do lasu w kierunku zachodnim.

     W połowie drogi z Piechowic do Szklarskiej Poręby, koło nieistniejącej już opuszczonej leśniczówki, samochody przejeżdżały przez drewniany most na rzece Kamiennej i po około 2 km, w zalesionej dolinie niedaleko Michałowic i Śnieżnych Kotłów, transporty rozładowywano, a ładunki detonowano. Powstawały widoczne do dziś leje o głębokości ponad dwudziestu metrów. Miejscowa ludność nadała temu rejonowi nazwę „Sowieckie Doły”.

                                               ***

     Ten nieskomplikowany proceder trwał około pół roku. Gdy zaczęto dobierać się do specjalnego bunkra, nastąpił wybuch. Słup dymu nad „Karelmą” widziany był nawet z Jeleniej Góry. Szczątki ciał i niedopałki szpargałów rozrzucone były w promieniu kilku kilometrów. Słyszałem wybuch. Widziałem dym zakrywający niebo nad Piechowicami i Sobieszowem. W „Karelmie” służby specjalne nie miała już nic do roboty. Podejrzani wysadzili się sami. Ogień spopielił dokumentację. Chodziły słuchy, że hieny ludzkie ściągały z leżących na polach urwanych rąk obrączki, a T. Steć miał się pożywić jakąś nadpaloną dokumentacją, którą ponoć zhandlował Niemcom.

     Takie pogłoski rozgłaszał m.in. Leszek Krzeptowski, fotograf i przewodnik sudecki z Piechowic, ponoć wrogi przyjaciel Stecia. Znając obu panów napisałem „ponoć”, bo choć fraternizacja mogła wyglądać tak jak wyglądała, to było dla mnie jasne, że była to konfraternia pozorna, gdyż jeden o drugim zbyt dużo wiedział, aby przyjaźń mogła być tym, co się pod tym pojęciem kryje.          Tu wspomnę, że choć kruk krukowi oka nie wydzióbie, to bardzo lubi, by ktoś inny to zrobił. Właśnie temu służą plotki, a obecnie tak modny hejt.

                                               ***    

     Nikt z wyznaczonej ekipy nie przeżył wybuchu. Zabitych pochowano uroczyście na miejscowym cmentarzu w zbiorowej mogile. Opowiadano, że zginęło pół setki ludzi. Służby przyznały się do dwunastu trupów.

     Również śmierć kpt. Polaka oraz poszukiwania skarbów poniemieckich miały miejsce i po dziś dzień nie zostały w pełni wyjaśnione. Aby się o tym przekonać, wystarczy zajrzeć do meldunków dziennych MSW, Sztabu Generalnego WP i Dowództwa WOP. Przestudiować około 500 tomów akt dotyczących wywiadu francuskiego, do 1990 r. znajdujących się w w Biurze „C” MSW czy obszerną dokumentację z poszukiwania skarbów, m.in. z wielkiej akcji poszukiwawczej w Sudetach Zachodnich.

     Operację sudecką zarządzili generałowie: Wojciech Jaruzelski, Florian Siwicki i Czesław Kiszczak. Powołano specjalny pododdział wojskowy wyposażony w sprzęt saperski, dynamit, trotyl, a nawet dwa czołgi. Pododdział był dowodzony przez pułkownika Bogdana Chrobota, a nadzorowany przez szefa WSW gen. Edwarda Poradkę. Ryto i kopano. Odkrywano i wysadzano skały i drzewa. Odpryski skal bryzgały wokoło. Świerki wylatywały w górę jakby niebo chciały przedziurawić. Rujnowano przyrodę. Także na terenie Karkonoskiego Parku Narodowego. Echo po wybuchach z rejonu Dużego Stawu i z Kozackiej Doliny niosło się aż do Jeleniej Góry. Muflony, jelenie, rysie, lisy i wszelkie stworzenia żywe wiały na czeską stronę. Wrony zdublowały wysokość lotów i krakały niemożebnie jakby apokalipsę chciały obwieścić. Znaleziono wówczas tzw. skarb Piastów Śląskich, składający się ze złotych, srebrnych i wykonanych z brązu monet. Skarby archeologiczne, w myśl prawa, powinny trafiać do placówek muzealnych. Ale nie trafiły.

     Generałowie W. Jaruzelski i Cz. Kiszczak powzięli decyzję, aby skarb przehandlować na Zachód metodami właściwymi służbom specjalnym. Tak się też stało. Była to tajna, nie pierwsza ani nie ostatnia, państwowa kontrabanda. Zainteresowani mogą też śledzić dzisiejsze doniesienia medialne o poszukiwaniach tzw. złotego pociągu. Częściowo z udziałem wojska.

                                               ***

     Prawdą natomiast jest, że Sowieci wywieźli z terenów dzisiejszej Polski i z sowieckiej strefy okupacyjnej w Niemczech w powojennych latach m.in. wszystkie fabryki zbrojeniowe, a poza tym: 60 tys. fortepianów, 46 tys. radioodbiorników, 190 tys. dywanów, 940 tys. sztuk mebli, 265 tys. zegarów ściennych i stołowych, 74 wagony z materiałami budowlanymi, 1,2 miliona płaszczy męskich i damskich itp., w sumie 400 tys. wagonów, 2885 całych fabryk, 96 elektrowni i 300 ton tlenku uranu potrzebnego do produkcji broni atomowej itp. A były jeszcze trofea indywidualne milionów żołnierzy Armii Czerwonej. Sam marszałek Gieorgij Żukow zgromadził dobytek z trudem mieszczący się w 7 wagonach, Były tam m.in. cenne meble i 55 bezcennych obrazów. Skórki norek, soboli, małp, lisów, fok, karakuły. Bele materiałów i 44 kosztowne dywany. 7 skrzyń z porcelaną i kryształami.

                                                ***

     Za jedną z najpilniejszych spraw J. Stalin z Ł. Berią uznali uruchomienie kopalni uranu w Polsce, Czechoslowacji i na terenie sowieckiej strefy okupacyjnej. Uran był potrzebny Stalinowi do produkcji pierwszej sowieckiej bomby atomowej. Jeszcze przed zakończeniem działań wojennych do ZSRR ściągnięto 39 niemieckich naukowców zajmujących się pierwiastkami rozszczepialnymi. Na niemieckich naukowców polowały wywiady Wschodu i Zachodu. Intensywnie poszukiwano ukrytej dokumentacji dotyczących tajnych broni. Na tym tle także w Polsce dochodziło do rywalizacji wywiadów zachodnich, m.in francuskiego, brytyjskiego i amerykańskiego. Kontrwywiad MBP jak i Informacja WP, a następnie WSW, pracujące pod nadzorem sowieckim, miały pełne ręce roboty.

                                                ***

     Osobny rozdział to łowienie ukrywających się naukowców z różnych dziedzin, w tym specjalistów od tajnych broni i skarbów oraz funkcjonariuszy wywiadu hitlerowskiego. Tym swoistym szabrem zajmował się oficjalnie Główny Zarząd Dóbr Zdobycznych Armii Czerwonej dokumentujący trofea państwowe, no i oczywiście NKWD. Specjaliści tego zarządu działali tajnie na terenach III Rzeszy, w tym na terenie Sudetów Zachodnich już od początków 1944 r. Znamienny jest fakt, że w żadnym niemieckim ani sowieckim dokumencie nie ma najmniejszej wzmianki o złotym pociągu z Wrocławia, ani z żadnego innego miasta. Bo złotego pociągu nigdy w Sudetach Zachodnich nie było.            Było za to sporo innych skarbów i dokumentacji naukowej. Jedno z ostatnich znalezisk różnych szpargałów miało miejsce w pod koniec lat 60. w zamku Czocha. Były tam prawdziwe rarytasy: plany dotyczące różnych zbrojeniowych zakładów rozmieszczonych w Sudetach Zachodnich, korespondencje naukowców, jakieś notatki, zapiski fachowe itp.

     Jednym z najporządniejszych oficerów obiektowych WSW jakich znałem, obsługujących Wojskowe Domy Wypoczynkowe w Szklarskiej Porębie, w tym zamek Czocha był kapitan Leonard Kaczorkiewicz ksywka „Dzidziuś”. Przydybał mnie kilka razy na tak zwanym niepartyjnym zachowaniu, ale nigdy nie zrobił z tego użytku służbowego. Jeszcze gdy „Dzidziuś” był zwykłym dowódcą plutonu w szkole podoficerskiej to przekomarzałem się z nim często usiłując przekabacić go na swoją stronę. Okazał się moim niewypałem pedagogicznym. „Dzidziuś” przycupnął na chwilę w linii po czym okazał się być stachanowcem WSW, następnie biednym wyrobnikiem bezpieki i przepracowanym leniem Biura Studiów MSW. Jako prawy pilnowacz interesów Rzeczypospolitej Ludowej  odesłał, uszczuplone nieco znalezisko z zamku Czocha do szefostwa WSW w Warszawie.

     To szefostwo przypominało czarną dziurę. Materiały przesyłane przez „Dzidziusia” zniknęły na amen. 

 

 

SIĘ ZAPISAŁO

tak, książka się zapisała w mojej nieświadomości jako Kto zabił. Desperat 2. Rzecz dotyczy rozważań kto anihilował, kto anihiluje i kto będzie anihilował niewygodnych ludzi? oraz walki z politykami, „Firmą”. używkami, pornografią i „dobrą zmianą”. Jeżeli chcecie wiedzieć kto w tym towarzystwie był draniem? kto jest draniem? kto będzie draniem? przeczytajcie. [książka jest do nabycia w wydawnictwie; kontakt: e-mail: s.wolak@agentpr.pl lub telef.: 502-149-666; 12 631-32-50].

                Dziennikarz, pisarz Stanisław J. Szałapak o tej książce pisze tak: Zastanawialiście się kiedyś, jak się pisze prawdziwą książkę o manipulacjach służb specjalnych dotyczących ludzi władzy? To bardzo proste. Wszyscy wiedzą, że takiej książki nie można napisać. Ale zawsze znajdzie się jakiś wariat, który tego nie wie. I on właśnie napisze.

Takim wariatem jest pułkownik Henryk Piecuch. Jak sam twierdzi, jest człowiekiem wykształconym bez swojej woli. Pobierał nauki w Liceum Pedagogicznym w Szklarskiej Porębie, w Szkole Oficerskiej Wojsk Ochrony Pogranicza w Kętrzynie i w Wojskowej Akademii Politycznej w Warszawie. Skończył dwa trzyletnie „dokształty” na WUML-u (wydziały: historyczno-filozoficzny oraz etyki i religioznawstwa). Od 1959 do 1994 r. służył w Wojskach Ochrony Pogranicza i Straży Granicznej. Popełnił 80 książek i ponad 4 tys. materiałów prasowych (vide: Wikipedia), namalował kilkaset obrazów i wykonał kilkadziesiąt rzeźb. Większość prac rozdał bądź spalił. Był: wykładowcą (m.in. historii filozofii na WUML), kaskaderem w filmach, ratownikiem GOPR, organizatorem i opiekunem kół Straży Ochrony Przyrody w WOP, prezesem Sudeckiego Klubu Wysokogórskiego, drwalem, instruktorem narciarstwa i taternictwa. Uprawiał: lekkoatletykę, pływanie, narciarstwo, pięciobój nowoczesny, dżudo, boks, szermierkę, żeglarstwo, alpinizm i szybownictwo. Pasjonuje się czytaniem i nicnierobieniem. Niech punktem wyjścia dla tej krótkiej analizy powieści „Desperat 2” będzie cytat z wykładu noblowskiego Olgi Tokarczuk:

Ogólne skomercjalizowanie rynku literackiego doprowadziło do podziału na branże – odtąd odbywają się targi i festiwale literatury takiej czy siakiej, zupełnie osobno, tworząc klientelę czytelników, którzy chętnie zatrzaskują się w kryminale, fantasy czy science-fiction […]. Coraz częściej gatunkowe dzieło przypomina foremkę do ciasta, która produkuje bardzo podobne rezultaty, ich przewidywalność uważana jest za cnotę, ich banalność za osiągnięcie. Czytelnik wie, czego ma się spodziewać i dostaje dokładnie to, co chciał.

Zawsze intuicyjnie byłam przeciwko takim porządkom, ponieważ prowadzą one do ograniczania wolności pisarskiej, do niechęci wobec eksperymentu i transgresji, która jest istotną cechą tworzenia w ogóle. I zupełnie wykluczają z procesu twórczego wszelką ekscentryczność, bez której nie ma sztuki. Dobra książka nie musi się opowiadać za swoją gatunkową przynależnością. Podział na gatunki jest wynikiem skomercjalizowania całej literatury i efektem traktowania jej jako produktu do sprzedaży z całą filozofią brandu, targetu i tym podobnych wynalazków współczesnego kapitalizmu.

       Czy tak jak chce O. Tokarczuk, „Desperat 2” przekracza granice gatunku? Jak daleko przekracza te granice? W jaki sposób to robi i dlaczego? Jakie osiąga literackie cele przekraczając te granice?  Twórczość H. Piecucha najłatwiej zrecenzować zastanawiając się nad stylem jego dzieł literackich. „Pisarz to styl”; styl to osobowość pisarza; to jego narzędzie jako rzemieślnika i artysty. Piecuch operuje słownictwem, pojęciami, wyrażeniami, zwrotami z wielu dziedzin – płaszczyzn życia, nauki i sztuk pięknych. Niektórych czytelników razić może nadmierna liczba cytatów i kryptocytatów. Ale ta pisarska metoda ma głębokie uzasadnienie (kłania się tu Herman Melville i jego „Moby Dick). Przeczytajcie „Desperata 2”, a przekonacie się sami, w jakim kierunku zdąża autor, czy pisząc o Peerelu nie przedstawia czasami sytuacji w erze „dobrej zmiany”. Czerpiąc z wyżyn kultury, nawiązując do mitologii greckiej i rzymskiej; rozległego kontekstu Starego i Nowego Testamentu, Koranu i Tory; na różne sposoby do światowego dorobku literatury, ale i muzyki klasycznej i malarstwa, (np. do Hieronima Boscha) – do dziedzin mniej wzniosłych, potocznych, aż po rozmowy żołnierzy i polityków, ofiar i katów: dowcipne, ale częściej dramatyczne – ukazuje, w jakim kierunku zmierza współczesny świat. Żeby to osiągnąć Piecuch skutecznie dopasowuje formy językowe do swoich literackich potrzeb. „Bo chodzi o to, by język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa”. Język w „rękach” Piecucha jest jak plastelina – aż po takie przekształcanie wyrazów, że stają się neologizmami; np.: agnorant – kontaminacja aroganta z ignorantem; scyniczniony – od cynika; grypowanie – chorowanie na grypę; współmordy (użyta forma: współmordów) – wspólnicy mordów.

„Desperat 2” ma najwięcej cech gatunku powieści sensacyjnej. W swoisty sposób opisuje dzieje polskiego Bonda oraz dziewczyn Bonda. Tylko że… Tak jak chce Olga Tokarczuk – pisarz daleko przekracza granice gatunku. Związane jest to po pierwsze ze stylem – językiem książki. Proponuję wykonanie swoistego eksperymentu. Weźmy 100 popularnych książek szpiegowskich z ostatniej dekady. Obliczmy, ile statystycznie taka książka zawiera pojęć (jaka jest bogata językowo). Następnie ustalmy liczbę pojęć w „Desperacie 2”. Okaże się wtedy z pewnością, że do uzyskanej dla książek szpiegowskich liczby musimy dopisać nie jedno zero, ale dwa zera.

            „Desperat 2” przedstawia skomplikowaną grę wywiadów. Trzeba podkreślić, iż tak naprawdę nie jest to sensu stricte sensacyjna powieść szpiegowska, ale swojego rodzaju reportaż. Taki reportaż, jaki często uprawiał Melchior Wańkowicz: z mozaiki prawdziwych faktów komponował książkę. Autor w „Desperacie 2” u większości postaci nawet nie zmienił imion i nazwisk. Po co bowiem wymyślać wydarzenia, jeśli życie robi to znacznie lepiej i prawie zawsze zaskakuje. Dlatego w „Desperacie” jest tyle suspensów.

W tym miejscu warto zwrócić uwagę, że swojego rodzaju alter ego H. Piecucha jest główny bohater powieści, porucznik Zenon Góral. (Zachęcam do zajrzenia do Wikipedii, by zapoznać się z hasłem „Henryk Piecuch”).

            „Desperat” – por. Zenon Góral przeżywa – również dosłownie: udaje mu się ujść z życiem, wręcz nieprawdopodobne (ale prawdziwe) przygody.  Dzieje książki „Desperat 2” też wydają się nieprawdopodobne. „Wybucha” „Solidarność: Pisarze rzekomo mają wyciągać ze swoich szuflad książki, które potajemnie pisali. Te słynne szuflady w większości przypadków okazały się puste. Ze swojej szuflady Piecuch wyciągnął 10 książek i wydał już w 1990 r.

            W 2019 r. H. Piecuch sięgnął do maszynopisu wydanego przed 40. laty „Desperata”. Przywrócił wykreślone przez cenzurę fragmenty (3/4 książki zostało przez GUKPPiW skasowane), przeredagował i uzupełnił książkę o zdobywaną przez dziesięciolecia wiedzę, gromadzone archiwalia oraz życiowe doświadczenie i potraktował jako konspekt całość. Tak powstał „Desperat 2”, absolutnie nowa powieść. Wstęp do „Desperata 2” może stanowić samodzielną całość. Autor opisuje w nim sytuację na progu II wojny światowej. Analizuje, jakie znaczenie miał pakt Ribbentrop – Mołotow na sytuację w Europie, a jaką napad Hitlera i Sowiety na Polskę. Podaje, jakie znaczenie miała pomoc Zachodu dla ZSRR i jakie „łupy” sowieci zgromadzili po wejściu w 1944 r. na ziemie polskie; np., ile pociągów ze zrabowanymi dobrami w Polsce: całymi fabrykami, maszynami, skarbami kultury, fortepianami, futrami. zostało wywiezionych do ZSRR. Jest to wiedza szczególnie przydatna wobec agresywnej polityki Rosji.

            Pisarz w wątkach fabularnych, retrospekcjach i opisach stara się likwidować białe plamy polskiej historii, stara się przezwyciężać stereotypy i mity historyczne, jakie wciąż pokutują w naszym społeczeństwie. Piecuch przedstawia prawdę o przebiegu bitwy pod Lenino (Desperat stwierdza: Lenino nie miało swojego Wańkowicza), o forsowaniu Odry przez I Armię WP, o walkach w Bieszczadach itp. Takie, wręcz reporterskie opisy, znaleźć można tylko w „Desperacie 2”.

Piecuch upomina się o właściwą – sprawiedliwą pamięć dla tych Polaków, którzy w 1940 roku zostali zesłani na Sybir. Przypomnijmy, na Syberię wywieziono od 800 tys. do 1,8 mln Polaków – od profesora wyższej uczelni po gajowego; czyli tzw. wrogów ludu. (Dane niestety są nieprecyzyjne). To nie od zesłańców zależało, czy wracali do Polski z armią Andersa, czy Berlinga.

Główny bohater powieści „Desperat 2” – Zenon Góral, po 17 września 1939 r. zostaje wywieziony na Syberię. W 1943 r. został wcielony do 1 Dywizji Piechoty gen. Berlinga. Przechodzi szlak bojowy od Lenino do Berlina. „Głaska” go „Smiersz”, UB oraz Informacja WP. Cudem unika śmierci: dwa razy trafia do karnej kompanii, staje przed plutonem egzekucyjnym. Po wojnie walczy w Bieszczadach w trójkącie śmierci, gdzie traci przyjaciela. Zna języki obce, więc zostaje skierowany do wywiadu wojskowego. Walcząc z różnymi wywiadami staje się podwójnym agentem. Ma wytropić generała francuskiej brygady SS działającej na terenie Polski. (Sprawa delikatna i dyskretnie została załatwiona, w imię przyjaźni z de Gaullem). Podąża tropem skarbów III Rzeszy i dokumentów hitlerowskich z prac nad tajnymi broniami. Niszczy mit tzw. złotego pociągu, którego w Polsce nigdy nie było, był natomiast sabotaż w piechowickiej „Karelmie”, zwanej „Dynamitką”. 

Francuzi po wojnie starali się umniejszać polski potencjał przemysłowy. 17 lipca 1949 r. doprowadzili do wybuchu w fabryce turbin okrętowych w Elblągu. Do tego dnia zakład skutecznie konkurował z francuskimi fabrykami. Sprawców ówczesne władze znalazły błyskawicznie, ale nie Francuzów: surowo ukarano 200 pracowników fabryki turbin. Chyba mało kto zdaje sobie sprawę z takiej gry wywiadów. Taka wiedza jest odległa od obowiązujących – modnych stereotypów. Poza tym w PRL-u była to tajna wiedza, a w III Rzeczypospolitej prawie nikt jej nie wydobył na światło dzienne. Jeśli chodzi o „mody” na fakty historyczne, Zachód najpierw był zły, a następnie dobry. Piecuch zdaje się nam uświadamiać, że ocena nie może być tak jednoznaczna, szczególnie jeśli chodzi o służby specjalne. Wciąż przecież trwa brutalna dyskusja, że polski majątek został wyprzedany. Czyli ten majątek miał wartość: wartość miała fabryka w Elblągu. Zdaje się tłumaczyć H. Piecuch.

            Porucznik Zenon Góral, dobrze wykształcony, salonowej ogłady nie wyzbył się nawet na froncie, wysportowany – przyciąga do siebie najpiękniejsze kobiety. On jednak dąży do stabilizacji. Interesuje go wyłącznie jedna pani – Mirella, również szpieg. Nieobce mu są sprawy nie tylko damsko-męskie czy homoseksualne, ale także pedofilskie.

Nie jest to jednak powieść o Bondzie, seksie i zdradach, ale o przyjaźni i o tragicznej roli kobiet w służbach specjalnych. Porucznik Góral traci kolejnego przyjaciela (który popełnił przymusowe samobójstwo) – kapitana Jerzego Polaka. Przyjaźń okazuje się najwyższą wartością. Góral wręcz samobójczo stara się wymierzyć sprawiedliwość. Ryzykuje nawet miłość. Bez przywrócenia ładu moralnego, w tych niemoralnych – stalinowskich czasach, nie mógłby dalej żyć: musiał spełnić swój obowiązek.

Czy „Desperat 2” kończy się po hollywoodzku – happy endem? I tak, i nie. Autor nie rozstrzyga tego. Czytelnik sam musi wybrać. Książka na swój sposób niesie dużą dawkę humoru; dominuje sarkazm, sporo też jest ironii. Główny bohater, który jednocześnie jest narratorem, w tych trudnych czasach musi przecież ratować się – dystansując się do rzeczywistości. W „Desperacie 2” Henryk Piecuch wypełnia białe plamy. Demaskuje mity, zakłamania i stereotypy historyczne. Ukazuje mechanizmy dyktatury, mechanizmy funkcjonowania służb specjalnych. Przedstawia nagie – reporterskie fakty tego świata czasów wojny i tego powojennego, zdegenerowanego świata, okaleczonego wojną. Ale świata, z którego wyłania się miłość i w którym walczy się o przyjaźń – wyłania się potrzeba ładu moralnego. (Porucznik Zenon Góral stwierdza: „I zdawałem sobie sprawę, że miłość w czasach zarazy roznoszonej przez służby specjalne nie ma sensu”).

Opis faktów oraz mechanizmów rządzących rzeczywistością to jedno „skrzydło” powieści, a drugim jest oniriada. Każdy rozdział kończy się oniriadą: opisem snów: sny najskuteczniej demaskują wszelkiego rodzaju kłamstwa i ukazują prawdę – wręcz piekielną. Piekielną dosłownie: oniriady w swojej nieograniczonej, nieskrępowanej wszelkimi normami ekspresji przenoszą nas w rzeczywistość obrazów Hieronima Boscha. Odkrywanie własnej duszy – zdaje się tłumaczyć Bosch; podróż w głąb swojej osobowości – stwierdza Piecuch to niebezpieczne przedsięwzięcie, ba – wręcz dantejskie: jeśli sięgniemy do innych znawców podświadomości. Oniriady są ważnym odkryciem Piecucha. Jak w swym noblowskim wykładzie stwierdziła Olga Tokarczuk: Możliwe jest nawet, że nasz umysł wyewoluował ku opowieści jako procesowi nadawania sensu milionom bodźców, które nas otaczają i nawet podczas snu wciąż bezustannie i niezmordowanie snuje swoje narracje.

Marzy mi się język, który potrafi wyrazić najbardziej niejasną intuicję – powiedziała Olga Tokarczuk, odbierając Nagrodę Nobla. Piecuch, odkrywaną przez siebie pisarską prawdę przedstawia również poprzez opis snów, za pomocą oniriad. Warto tę powieść czytać – dla: przyjemności, bo przecież po to istnieje literatura piękna; dla pogłębienia wiedzy, wywabiania białych plan; dzięki oniriadom – dla penetrowania swej podświadomości. Warto czytać ją w kontekście współczesności – by lepiej zrozumieć mechanizmy turbulentnie dziejącej się rzeczywistości.

            Olga Tokarczuk jako pisarka przekracza artystyczne granice i zachęca do tego innych pisarzy. Przedstawiła to w noblowskim wykładzie. Henryk Piecuch postępuje w identyczny sposób. A czyni to za pomocą niezwykle bogatego instrumentarium: języka, który tworzy jego unikatowy styl. (Należy powtarzać w nieskończoność: pisarz to styl).

Począwszy od języka, a przechodząc przez wszystkie warstwy jego powieści – Henryk Piecuch stworzył, jak chce tego Tokarczuk, dzieło, które wymyka się wszelkim gatunkowym kwalifikacjom. Na zakończenie rada dla bardziej wytrwałych czytelników „Desperata”: Książkę radzę czytać kilkakrotnie, nawet wielokrotnie. Zawiera bowiem wiele poziomów, artystycznych warstw, a pisarz operuje subtelnymi środkami: niuansami, ćwierćtonami. Żeby więc dokładnie zwiedzić ten obiekt sztuki, by w pełni rozsmakowywać się w jego walorach – najlepiej robić to dokładnie.

            Szanowny Czytelniku! Po pobieżnej, ale najlepiej po uważnej – wnikliwej lekturze „Desperata 2” na pewno stwierdzisz, że tak jak chce noblistka Tokarczuk, choćbyś nie wiem jak się starał, podobnej książki nie znajdziesz. „Kto zabił. Desperat 2” wyszedł z gatunkowej sztancy – „foremki na ciasto”. „Desperat 2” jest unikatowy, niepowtarzalny – jedyny. 

Informacje o autorze recenzji: Stanisław J. Szałapak, dziennikarz, krytyk literacki, autor książek „Jedzie, jedzie straż, „Dziewczyna z Nowolipek oraz dysertacji „Dążenie do celu”. Pracował m.in. w „Sztandarze Młodych”, „Argumentach” czy w magazynie „Technologie i Przemysł”. Przeszedł przez wszystkie szczeble kariery dziennikarskiej publikując w prasie centralnej, branżowej i w lokalnej. Redaktor-koordynator wydawnictwa Stowarzyszenia Elektryków Polskich. Jest członkiem Centralnej Komisji Wydawnictw SEP. Obecnie pracuje nad biografią zawodowego żołnierza AK porucznika (majora) Władysława Koby. Uprawia wszystkie gatunki dziennikarskie. Najchętniej pisze reportaże literackie  (dyplom u Krzysztofa Kąkolewskiego na Podyplomowych Dziennych Studiach Dziennikarstwa). Studiował w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej na Wydziale Wiedzy o Teatrze. Urodził się w Zabrzu, gdzie zdał maturę. Mieszka w Opaczy.