Archiwa kategorii: Bez kategorii

Inwokacja

Od czwartku 24 lutego 2022 roku codziennie przygotowuję potrawkę wedle przepisu genialnego żabojada Rolanda Topora. Hej! Wladimirze Putin! Patroszę jednego po drugim twoich ulubionych agentów. Hej! Putinie Szkaradny! Już dawno nie wierzę, żeś potomkiem rzymskiego Marsa takoż greckiego Aresa. Na ciebie czyha Brutus, a za drzwiami czają się greckie Erynie zrodzone z ze spadłej na Gaję krwi z wykastrowanego Uranosa. Nie wiem czy ci się to spodoba, ale tak jest.   

         Azaliż na razie patroszę, a czynię jedynie tak, boć agentów rosyjskich jest ci u nas dostatek. Bo to już drugie pokolenie wywiadowców bolszewickich zostawionych w Kraju Pieroga i Zalewajki przez rezydenta KGB w Warszawie, ogoniastego generała Witalija Pawłowa, byłego przyjaciela sowieckiego genseka Jurija Andropowa.

                 Skądinąd wiem, że Pawłow, wychowawca i impresario wielu pokoleń tajniaków, denuncjatorów i kretów to także nauczyciel Putina. Więc generał, wyprowadzając się znad Wisły w 1984 roku zostawił w Nadwiślani stadko liczące około 5000 szpicli. Miał bowiem tak imponujący ogon. Dupowkręci Putina przejęli wychowanków Pawłowa z dobrodziejstwem inwentarza. Tuszę więc, że obiektów do patroszenia mi nie zabraknie.

                 Wypatroszyłem już niektórych w swoich książkach. Piszczeli. Ich pisk doleciał do ambasady Rosji, która się obraziła i zaniechała zapraszania mnie na uroczystości związane z rocznicą rewolucji październikowej. Żałowałem, bo ja lubię Ruskich. Lubię ich tak, jak lubił ich Janek Himilsbach. Który rozumiejąc duszę rosyjską przekonywał: „Lubię Ruskich. Stacjonowali u nas, pili wódkę, jeden strzelił do bociana, przestrzelił mu nogę. Drugi opatrzył ją i zastrzelił pierwszego. Lubię Ruskich, umieją uszanować człowieka i przyrodę”.         Czy Ruskich polubią kiedykolwiek Ukraińcy? nie mnie o tym sądzić.

                 ***

 

         Patrosząc agentów putinowskich ranguję ich wedle zasług dla Kraju Pieroga i Zalewajki. Jeśli szpicel był z ikrą, usuwam móżdżek, by nie nawarzył piwa. Wycieram, ostrożnie czeszę, nie uszkadzając skóry. Myję, by prezentował się apetycznie.

         Duszę w oskomie. Grubego agenta duszę cztery godziny, chudego – trzy obficie podlewając olejem rzepakowym.

         Uduszonych podaję przyjaciołom na półmisku wyłożonym polisą ubezpieczeniową na wypadek mojej niespodziewanej śmierci. Półmisek przybrany jest bilonem z coraz bardziej parciejącej złotówki oraz kwieciem.

         Obok kładę komunikat GUS o inflacji w marcu 2022 roku i rekomendację JE prezydenta Andrzejka Dudy, iż najlepszym kandydatem na szefa Baku Centralnego wedle głowy państwa jest Adam Glapiński. Przy podawaniu potrawki gwiżdżę z podziwem ulubioną melodię „Ojca Ojczyzny”.

         Duszonego agenta ani to ziębi, ani grzeje, ale mojemu towarzystwu potrawka dobrze robi.

         Teraz trochę historii ze wskazaniem na łotra, do którego usiłują doszlusować dzisiejsi szubrawcy.

      Dziesiątą rocznicę rejterady Światły spędziłem w Sudetach Zachodnich. „Kogut” czyli podpułkownik Józef Światło tam też kiedyś grasował. Chciałem go zjeść z kopytami. Dusić wedle przekazanej wyżej recepty Topora. Dało mi to pretekst do wspomnień.

      ***

      Środek Gór Izerskich. Lata krótkie. Zimy długie, śnieżne i mroźne. Idziesz. Śnieg chrzęści pod stopami. Niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie. Instynktownie wciągam łeb w ramiona, aby o dupę Wielkiej Niedźwiedzicy nie przypieprzyć.

      Wielka Niedźwiedzica ma uwiązany do ogona dyszel Wielkiego Wozu, a to jest groźne! Więc dziwię się, że mój niegdysiejszy przyjaciel, Wołodia Putin, jeszcze na to nie wpadł.

      Fuj! Jakiż nieelegancki język! – powie Adaś Solarz, a także inni puryści.

         A gdzie jest napisane, że mam być elegancki, szanować zasady savoir-viver`u i  wymogi bon to? Na taki zarzut mogę odpowiedzieć Gombrowiczem. Słowo zmienia się w zależności od kontekstu. Nawet słowo „róża” może stać się niepachnące, gdy jawi się na ustach pretensjonalnej estetki, zaś słowo „dupa” może stać się doskonale wychowanym w zależności od tego, co ma obrazować. Na przykład „dobrą zmianę” lub, nie przymierzając, Polski Ład.

 

         Jednak autor Kronosa oszczędnie używał zelżywości. Co nie przystoi pisarzowi, pasuje gryzipiórkowi. Nikt mnie nigdy nie zmusi, abym, gdy zechcę odpowiednie dać rzeczy słowo, alfonsa nazywał marketing menedżerem branży erotycznej, politycznego bandytę, jak nie przymierzając Putina – osobą o wygórowanych potrzebach finansowo-terytorialnych, dziwkę – damą o rozległej akomodacji płciowej, kłamstwo – koncepcyjnie zakamuflowaną prawdą, sejmowego łgarza i oszusta – osobnikiem zdezorientowanym etycznie, zaś feministkę – białogłową o wysublimowanym poczuciu sprawiedliwości dziejowej.        

         Nie, nie, nie. Nie zgłaszam pretensji. Nikogo nie pouczam ani nikogo nie przeklinam. Nie wadzę się z Bogiem ani z rządzącymi. Nawet papieża Franciszka zostawiam w spokoju, mimo, że jego stosunek do wojny w Ukrainie wydaje mi się egzotycznie dziwaczny. Chcę Franciszkowi jednak przypomnieć słowa jego wielkiego poprzednika Jana Pawła II, który powiedział: Jeżeli możesz coś zrobić, a nie robisz niczego po to, aby zatrzymać wojnę, bierzesz współodpowiedzialność.    

         Ale nie objaśniam zagadki bytu ani nie antycypuję przyszłości. Wiem przecież, że Lao-cy zmarł na wygnaniu, Platona sprzedano do niewoli, Jezusa ukrzyżowano, a tysiąc pięciuset pisarzy zgniło w sowieckim Gułagu.

         ***

         W każdej epoce i w każdym kraju marny jest los proroków.

 

Obserwując pospolitość, widzę wyraźnie, że świat już dawno stracił umiejętność odróżnienia talentu od beztalencia, kłamstwa od prawdy, moralności od hipokryzji, żartu i humoru od paszkwilanctwa itp. Tajne sejfy Bieruta i Bermana. Czar „dobrej zmiany” urok Polskiego Ładu nie są salonem literackim z obowiązującymi słowami na „ą” i „ę”. Wiem dobrze o czym piszę. Na przełomie XX i XXI wieku dwie damy sędziowskie Wujec i Hofmańska, wsparte rządzącymi chciały mnie wsadzić za kratki za pisanie prawdy, m,in. o generalissimusie Stalinie i jego decyzjach.

         W Akcjach specjalnych zapisując drastyczną rozmowę jednej z żołnierek 1 SBK dodałem, obok innych, następujący komentarz; „Myślę, że twórcom batalionu kobiecego (Stalin et consortes – H.P.) chodziło o inne niż Mickiewicza warsztaty. Oni mieli na uwadze bardziej walki łóżkowe, nie prawdziwą frontową wojaczkę”.

         Jeżeli porównany to, co dzisiejsi spadkobiercy wielkiego Stalina pod egidą W. Putina wyprawiają z kobietami, a nawet z dziećmi w Ukrainie, to można odnieść wrażenie, że mój zapis rozmowy z Plateranką był niewinny jak pupa niemowlaka.

         ***

 

         „Sejfy…” to książka o życiu zubeczonym, sparszywiałym, zwulgaryzowanym, sprostytuowanym, spsiałym. To książka o życiu tajnych służb i polityków w czasie zarazy. To antysalon, w którym postaci Bieruta, Bermana, „Ojca Ojczyzny” i ich alianse do innych władców są tylko pretekstem do snucia ogólniejszych refleksji nad pospolitością socraju i III RP.

 

         Bohaterowie  „Sejfów…”, jak prawie każdy człowiek, chcieli być szczęśliwi. Chcieli być szczęśliwy każdego dnia. Na tym polegało ich nieszczęście. W epoce, w której żyli, w czasie wojny, w stalinstewku, w Peerelu, a i w pewnych sensie po 1990 roku musieli iść po trupach, aby samemu nie zginąć.

 

         Takim ludziom jak moi bohaterowie pozostawało tylko ucieczka w nikczemność. Czynili to, co szokowało innych. Wyrządzali bliźnim krzywdę. Aresztowali. Torturowali. Zabijali. Znieprawiali albo jedynie zwodząc manipulowali.  Czyniąc to, mieli miłe poczucie własnej oryginalności i wolności jak np. to, że mój premier w kwietniu 2022 r. tłumaczy galopującą inflację „putininflacją”..

         Pozostaje postawić pytanie: czy się nie bali i nie boją, że kiedyś przyjdzie im za to zapłacić? Czy brali taką ewentualność pod uwagę? A może uwierzyli hasłu lansowanemu przez komunistycznych uzurpatorów, że: Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy?

         Być może, aby zrozumieć zagadkę rządzących należałoby zdefiniować naturę zła. Spróbuję to zrobić w następnych książkach: Tłuste koty. Od Bieruta do J. Kaczyńskiego oraz Władcy. Tropiciele dosiedli skrzydlatego konia.

         Usiłowania przedstawienia byłych i obecnych władców jako szaleńców, psychopatów, zboczeńców lub po prostu wariatów są podświadomym zabiegiem zdystansowania się od tego typu postaci, niemożnością przyznania, że zło, jakie ucieleśniali i, niestety, nadal ucieleśniają, może tkwić w każdym z nas. Tyle jedynie, że w różnym stopniu i natężeniu. Zło jest bowiem, zwykle ukrytą i tłumioną, częścią natury ludzkiej.

         Pora w końcu zrozumieć, że przywódcy są lustrzanym odbiciem społeczeństwa, któremu przewodzą.

         ***

         Więc tu jeszcze Zygmunt Krasiński piszący do Adama Sołtana: „… kiepsko na tym świecie, to nie sekret, im więcej dni przeżywam, tym smutniej mi się robi, tym wszystko bardzie pośmiewiskiem mi się zdaje. Co napotkam szlachetnych i dzielnych, to byli zawsze w opuszczeniu, w braku nadziei i wszelakiej słodyczy. Widziałem dużo błaznów szczęśliwych, dużo łajdaków potężnych i przekonałem się, że ten tylko może na tej ziemi spokojne mieć serce, kto taki podły, że przystaje na zło, lub taki głupi i niedołężny, że złego nie czuje. Addio”.

         ***

         Stalinizm Polski skończył się melancholijną katastrofą. Państwo przypominało merlina złowionego przez starego rybaka z utworu Ernesta Hemingwaya. Przypomnijmy fragment zakończeni Starego człowieka i morze: „Tego dnia na tarasie siedziała grupka turystów, Jedna z kobiet, patrząc na wodę, zobaczyła między pustymi puszkami po piwie i martwymi barakudami długi biały szkielet zakończony ogromnym ogonem, który dźwigał się i kołysał na falach przypływu, gdy wschodni wiatr wzdymał ciężkie morze za wejściem do przystani.

         – Co to takiego? – zapytała kelnera wskazując długi szkielet wielkiej ryby, który był teraz już tylko odpadkiem, czekającym, by zabrał go odpływ.

         – Tiburon – odpowiedział kelner. To rekin… – Zamierzał wyjaśnić, co się zdarzyło.

         – Nie wiedziałam, że rekiny mają takie śliczne ukształtowane ogony.

         – Ja też nie wiedziałam – rzekł jej towarzysz”.

         Jak jest dzisiaj w dobie „odwołanej” pandemii i trwającej wojnie w Ukrainie sami widzicie znacznie lepiej niż ja. W tym miejscu chciałem dać anons taki „Chcę zostać uczciwym człowiekiem! Poszykuję wspólnika. Nie chcę się sam wygłupiać”.

         ***

         Ty tylko trzy pytania, które muszę postawić: Czy Kraj Pieroga i Zalewajki, po wypaleniu się „dobrej zmiany” i Polskiego Ładu będzie wyglądał tak, jak szkielet marlina przyholowany do przestani przez starego rybaka?

         Czy tłuste koty zdołają doszczętnie ogryźć Polskę?

         Czy winni „gargantuicznego” rozwoju Kraju Pieroga i Zalewajki w ostatnich latach dostaną należną nagrodę? Czy aby czas i niepamięć nie zaćmi ich osiągnięć?

         Powie ktoś – ależ to przecież jasne – gdy w państwie wije gniazdo prywata i głupota to nadciąga narodowa tragedia. Uważam jednak, że ta druga cecha – głupota jest gorsza od prywaty.

         Nawet najbiedniejszy kraj może wytrzymać złodziejstwo, ale najbogatszy nie przetrzyma głupoty.

         Czy znajdzie się jakaś wrażliwa osoba z kręgu rządzących, która zastanowi się, że Polska to kraj pięknych ludzi? A piękni ludzie codziennie, nawet wbrew szykanom, masowo udowodniają jaki powinien być stosunek do Innego. I chodzi nie tylko o uchodźców z Ukrainy, których mamy już 2,7 mln, ale i o innych uciekających przed wojną i prześladowaniami.

         ***

         W tym miejscu z innej beczki. O północy wychodzę do ogrodu aby napawać się życiem we współczesnej pospolitości. Przez jarmarczną gwiazdopatrznie szukam na niebie Wielkiego Wozu. Znalazłem. Wóz przydzwonił mi dyszlem w osiemdziesięciodwuletni czerep tak fikuśnie, że zrozumiałem „komu bije dzwon” i kto się kryje pod kryptonimem „Orzeł Biały”.

         Zrozumiałem też, że współczesność to relatywizm postmodernistyczny. To także dramaturgia współczesnej egzystencji, i za Schopenhauerem powtarzam, że swoje życie mogę ująć jako niepotrzebny epizod zakłócający błogi spokój nicości.

         I tak doszedłem do wniosku, że cokolwiek bym sądził na temat przeszłości i dnia dzisiejszego, muszę być przygotowany na zmianę swych poglądów już jutro. 

         A mimo to jestem szczęśliwy.

         Co mnie uszczęśliwia?

         Trzy słowa wnuczek do mnie skierowane: „Dziadku! Kochamy cię”. A wówczas wszystkie barwy, kształty, smaki i dźwięki życia są do mojej dyspozycji.

         Chciałem na powyższym akapicie skończyć Sejfy…, gdy otrzymałem list z prośbą abym go ogłosił w książce.

         Była to parafraza, niegdyś znanego każdemu Dziecku Polskiemu wiersza Władysława Bełzy.

         List był krótki, szesnastosłowny, ale podpisany:

         Kto ty jesteś?

         Polak wspaniały

         Jaki znak twój?

         „Orzeł Biały”.

         I postscriptum

         Jestem z Wami.

         Pegasus.

PS

Sejfy… ukażą się 29 kwietnia 2022 r. nakładem wydawnictwa CB Tel,: 510-210-234.

 

KIM JEST W. PUTIN

W 2000 r. opublikowałem książkę Kim jest Putin. Wielki blef generałów. Przypominam fragment, ale nie tylko.. Myślę, że pewne tezy nadal są aktualne.

         ***

         Trzeba oszukiwać bliźniego, wbijać nóż w plecy przeciwnikom, kłamać, nie mieć zasad, działać podstępnie, mścić się, szpiegować, fascynować, zadziwiać, czyli wszystko jest dozwolone, aby osiągnąć wyznaczony cel. Trzeba mieć odwagę i determinację, być na przemian życzliwym i bezlitosnym [A. Neuharth].

         Była druga połowa lat 70. Od dwóch dekad często jeździłem do Drezna i innych miast NRD. Najpierw jako sportowiec, potem  działaczo-sportowiec, niekiedy, w latach 70. służbowo itp. Ale tak naprawdę, to do Drezna ciągnęła mnie słynna galeria sztuki, pomieszczona w pięknym pałacu, który sam w sobie był niepowtarzalnym dziełem […].

         Miałem kiedyś szansę stać się bogatym człowiekiem. W internecie można było przeczytać informacje, że Szamil Basajew obiecuje 2,5 miliona dolarów za głowę Putina: Ktokolwiek wykona wyrok, zdobędzie wdzięczność Allacha, a śmierć Putina  będzie zapłatą za krew ludności czeczeńskiej.

         Tak, rzeczywiście miałem taką szansę. Co prawda, na wdzięczności Allacha zależy mi jakby nieco mniej, ale dwa i pół miliona dolarów, to już jest coś. Może skusić niejednego. Było tak:

         Słynna galeria drezdeńska była żelaznym punktem każdej naszej wyprawy czy to sportowej czy turystyczno-szkoleniowej, tak rodzaju wojsk lub tylko Łużyckiej Brygady WOP.

         Wyprawa, o której chcę wspomnieć była jedynie brygadowa, skromna, sportowo-wycieczkowo-towarzyska. W zawodach brały udział cztery drużyny. Oprócz gospodarzy byli to pogranicznicy z Czechosłowacji, naszej brygady i wojsk Armii Czerwonej stacjonujących w NRD.

         Po zawodach przygotowano bankiet. Program takiej celebry, aż do dziesiątego toastu był zawsze śmiertelnie nudny. Drętwe mowy, których mało kto słuchał. Potem wainbranty, stolicznaja i nasza wyborowa robiły swoje. Można się było zebrać w mniejsze grupki i porozmawiać pa duszam. Zasada doboru takich grupek była prosta. Czechosłowacy zazwyczaj siadali z Niemcami a Rosjanie z Polakami.

         Przy naszym polsko-sowieckim stoliku, liczącym nie więcej niż tuzin facetów, z których jakieś sto dwadzieścia procent związana była ze służbami specjalnymi, brylował młody, niepozornie wyglądający porucznik KGB. Nie wiem, czy pilnował swoich czy Niemców. A może jednych i drugich. Podobnie jak głowy bym nie dał, czy wówczas występował pod nazwiskiem Władimira Putina, czy też miał jakieś lepsze operacyjne personalia. Przypomniałem go sobie dopiero oglądając w telewizji, w towarzystwie prezydenta B. Jelcyna, który przedstawiał kolejnego, ostatniego za prezydentury Jelcyna, premiera Rosji, a zarazem trzeciego kolejnego szefa rządu wywodzącego się ze służb specjalnych.

         Dlaczego go zapamiętałem przez ponad dwudziestoma laty? Powodów było kilka. Po pierwsze, Władimir (nawet jeżeli wówczas jego imię było inne, to niech tak zostanie, skoro już dziś wiadomo, że pod nim wejdzie do historii Rosji a może i świata) przypominał mi archanioła Gabriela, Bożego wysłannika do specjalnych poruczeń.

         Po drugie, ten facet był cholernie zadowolony z siebie. Nigdy przedtem ani potem nie spotkałem tak zadowolonego porucznika. Porucznik nie ma prawa być zadowolony, zwłaszcza, jeżeli jest ambitny. A Putin wyglądał na cholernie ambitnego.         Porucznik powinien marzyć że zostanie generałem i na początek zazdrościć kapitanom. Na zostanie kapitanem każdy porucznik ma 90 procent a niekiedy nawet więcej szans. Na spełnienie marzeń o generalskich szlifach nie więcej niż 0,001 procenta. Etatów kapitanów jest dużo, generałów mało. Poza tym, generałowie żyją dłużej i są znacznie bardziej przywiązani do swych stołków. Po prostu lepiej ich pilnują. Nowe etaty generalskie robi się zazwyczaj podczas wojny. Tworzy się je dla pułkowników, którzy są jeszcze gorsi od generałów, gdyż przeważnie na siłę chcą się wyróżnić aby przeskoczyć do najwyższej kasty. Uf! Klan przesadnie ambitnych pułkowników czyhających na generalskie epolety, to wyjątkowo szkodliwa i paskudna grupa. W takim wypadku porucznik ma jeszcze mniejsze szanse na lampasy. Porucznicy bywają zazwyczaj dzielni, bo muszą, bo tego od nich wymagają przełożeni i wojna. A najdzielniejsi giną pierwsi. Ale nigdzie nie jest powiedziane, że porucznik nie ma prawa marzyć o buławie marszałkowskiej. Dziś widzę, że W. Putin marzył nie tylko o buławie, ale o czymś znacznie większym. Jednak szalenie trudno mi jest odpowiedzieć na pytanie, kiedy na to wpadł.

         W towarzystwie drezdeńskim nie było potrzeby udawania, że się jest kimś innym, niż się jest. Władimir, absolwent renomowanego uniwersytetu w Leningradzie (dziś Sankt Petersburg), z doskonałą znajomością języka niemieckiego i angielskiego, sprawiał wrażenie, że z chwilą przyjęcia go do KGB jego życie jest zamknięte. Pozostało mu tylko je przeżyć.    Już w tamtym okresie bardzo lubił, aby się go ludzie bali. Dawał to odczuć przy każdej okazji. Nawet przy podawaniu ręki. Robił to z takim zamachem i energią, że człowiek miał wrażenie iż chce ci ją urwać a nie uścisnąć. Uprawiał jakieś sporty walki. Bezlitośnie walił o matę, o głowę wyższymi od niego przeciwnikami. Nie ma w tym niczego nadzwyczajnego. Ludzie niskiego wzrostu zazwyczaj bardzo często lgną do sportów walki lecząc w ten sposób kompleks kurdupla. Aczkolwiek byłoby wielką przesadą nazywać Putina kurduplem. Po prostu, ten facet nie jest wysoki. Ma za to inne przymioty, w jego służbie znacznie ważniejsze niż wzrost.

         Z olśniewającą erudycją i bezkompromisową dezynwolturą wyliczał fakty świadczące o wszechogarniającej infiltracji wszystkich i wszystkiego, wszechmocy i wszechwiedzy sowieckich służb specjalnych.

         Jeżeli dziś, już jako władca Rosji będzie to robił z takim samym entuzjazmem, jak przed dwudziestoma laty, jeżeli w taki sposób będzie przekonywał Zachód do Rosji, to politycy zachodni mu uwierzą. Przyjdzie im to tym łatwiej, że jak zawsze, będą głęboko przekonanie, że wierzenie na słowo władcom kremlowskim jest obowiązkiem demokratycznych mężów stanu.

         A wówczas w Dreźnie W. Putin miał w takim postępowaniu trochę racji, ale tylko trochę. Wiedziałem to, skądinąd oczywiście. Przypadkowo znałem płk. KGB Jurija Kazmina, pracującego w grupie radzieckiej KGB w NRD, którego po starciu W. Pożogi z gen. Winikurowem (po objęciu przez W. Pożogę stanowiska dyrektora Departamentu II MSW, zob. Czas generałów) gen. Grigorienko, szef sowieckiego kontrwywiadu ściągnął do Warszawy, na miejsce Winokurowa. Właśnie J. Kazmin swoim koncyliacyjnym stosunkiem sprawił, że rysującą się możliwość konfliktu: MSW – grupa KGB w Warszawie zażegnano błyskawicznie. Po pewnym czasie płk. Kazmin wrócił do NRD na szefa oddziału TASS. Pracownicy KGB są uniwersalni, nadają się na każde stanowisko wymagające myślenia operacyjnego.

         Był to szalenie miły i sympatyczny pułkowniko-dziennikarz, oczywiście o ile funkcjonariusze KGB mogą być mili i sympatyczni. W czasie drugiego pobytu w Niemczech, Kazmin zaprzyjaźnił się z moim kolegą, redaktorem, dziś księgarzem, Markiem Szymańskim, którego losy redakcyjne („Trybuna Ludu”, zob. Służby specjalne atakują) rzuciły na to odpowiedzialne stanowisko do Berlina.

  1. Putin miał więc znakomity wzór do naśladowania. Model Kazminowski jest modelem cywilizowanym, opartym na modelu oświeconego europejczyka, który jedynie czasami dziczeje, szególnie, jeżeli mu przyjdzie działać w skomplikowanych azjatyckich warunkach. Po trzecie, jak na oficera służb specjalnych, lejtnant, czy już nawet starszy lejtnant, był wyjątkowo rozluźniony ale nie rubaszny, czym cechowało się wielu jego starszych kolegów. Nie, jego opowieści sprawiały przyjemność. To były igraszki uczonego dowcipu w wykonaniu oseska tajnych służb.

         Mówiono o wszystkim, tylko nie o bieżących sprawach służbowych. Najczęściej opowiadano o przygodach szpiegowskich, wspominano zdrajców, których zlikwidowano, przechwalano się i przelicytowywano, koloryzowano zapewne. Przyszło nawet do intymniejszych zwierzeń. Ktoś rozpaczał, że właśnie zdradziła go żona i próbował się upić na smutno. Starałem się pocieszyć sojusznika w nieszczęściu.

         – Stary! Ona zdradziła tylko ciebie! Mogło być gorzej – powiedziałem mu.

         – Dlaczego? – zapytali biesiadnicy.

         – Ona mogła zdradzić ojczyznę – wyjaśniłem.

         Po niewczasie ugryzłem się w język. W tym towarzystwie tego typu ironia była przecież co najmniej niestosowna. Tylko Putin rozpoznawszy plagiat, zapytał:

         – Lubisz Czechowa?

         Na drugi dzień organizatorzy zawlekli wszystkie ekipy do Galerii. Zauważyłem, że dzisiejsza najważniejsza persona Rosji, nie trzyma się swojego zespołu. Zdziwiło mnie to. Byłem przekonany, że człowiek radziecki ma instynkt kolektywny. Poszedłem za nim.

  1. Putin zatrzymał się pod namalowanym ok. 1513 r. jednym z najsławniejszych obrazów Rafaela, Madonną Sykstyńską. Jest to zadziwiający obraz, do opisania którego potrzeba pióra poety, najlepiej Zbigniewa Herberta. Podszedłem, zagadnąłem:

         – Liczysz anioły?

         – Lubię wielkie dzieła – odpowiedział.

         Zastanawiam się, czy już wówczas myślał o sobie. Nie wiedziałem przecież, że pierwszą rzeczą, którą zrobi po otrzymaniu nominacji na premiera Rosji, będzie powieszenie w gabinecie portretu Piotra Wielkiego, o którym Kliuczewski powie: Piotr Wielki chciał, by niewolnik, pozostając niewolnikiem, pracował gorliwie i swobodnie. Ta dewiza przyświecała kiedyś gen. J. Andropowowi, wielkiemu mistrzowi dzisiejszego władcy Rosji. Co zrobi W. Putin? Czy wolno wyciągać daleko idące wnioski z pierwszych gestów i słów?

         A pierwsze słowa, które p.o prezydenta Rosji wypowiedział po otrzymaniu walizki z kodami atomowymi były skierowane pod adresem Czeczenów. Zapewniały naród Rosyjski, że: Zdławimy czeczeńską gadzinę i dopadniemy ją nawet w kiblu. Trochę mi to nie pasowało do obrazu W. Putina spod obrazu Rafaela, ale nie od dziś wiadomo, że człowiek radziecki zmiennym jest. Rosjanin jako przyjaciel, godzien jest najwyższego podziwu. Jako urzędnik, wsadzony za najważniejsze biurko w państwie, łatwo może stać się nieobliczalną bestią, zdolną bez wahania nazywać jeden z narodów w chodzących w skład Federacji Rosyjskiej bandytami.

         Ale może to tylko, tak na początek? Może to jedynie element taktyki? Gry o władze? Może W. Putin, znawca spraw niemieckich, znając Mein kampf wie, że Wielka masa ludzka łatwiej padnie ofiarą wielkiego kłamstwa niż małego kłamstwa i chce to wykorzystać? Może, po przejęciu całkowitej władzy W. Putin powróci do postaci tamtego porucznika sprzed lat, potrafiącego zachwycać się dziełem Rafaela? Może W. Putin, objąwszy w marcu br. władzę absolutną (o ile wygra wybory) parafrazując słowa R. Reagana powie:

         – Wiele się nauczyłem, kiedy w czasie kampanii zwiedzałem swój kraj, Rosję, aby wysłuchać jej poglądów. Będziecie zaskoczeni. Okazuje się, że Rosja składa się z poszczególnych narodów!

         Przyznaję jednak, że trochę mnie martwi portret Piotra Wielkiego w gabinecie Putina. Ten gest może mówić więcej, niż to, co W. Putin robi i mówi o Czeczenii. Ten Kagiebista z krwi i kości wie aż nazbyt dobrze, że wojny w Czeczenii nie da się wygrać. Konflikt musi być rozwiązany metodami politycznymi. Sprawy jednak zaszły za daleko i Putin wie również, że aby politycy usiedli do stołu i chcieli się dogadać, obie strony muszą mieć dość tej wojny. Musi im ona wyłazić oczami i uszami. Muszą nią rzygać.

         Wiele wskazuje, że taki moment już nadchodzi. Czeczeni zapłacili okrutnie wysoką cenę i nie uzyskali nic w zamian. Cena zapłacona przez Rosjan jest być może nieco niższa, ale również bezsensowna. Nabierająca dynamiki działalność organizacji matek, które być może nigdy już nie zobaczą swoich synów, może wstrząsnąć sumieniami tych wszystkich, którym jeszcze podobają się rozwiązania siłowe. Jak dotąd, administracja Putina, nie bacząc na protesty generałów, nie przeszkadza za bardzo w rozwoju tego ruchu. Jest to jedyny dobry znak w tej tragicznej sprawie. I jedyna możliwa droga wyjścia z sytuacji bez wyjścia.

         Jest jeszcze jedna, wstydliwie skrywana przez świat sprawa wojen na Bałkanach i Kaukazie. Nie od dziś wiadomo, że jedną z przyczyn, dla których wojskowi Zachodu, ale i Rosji także, tak bardzo palili się do pomachania szabelką był nadmiar posiadania. Było tak za sprawą arsenałów, pełnych najróżnorodniejszych zabawek, które specjaliści uważali za nieco przestarzałe, zaś naukowcy nęcili nowymi modelami. Należało coś z tymi zabawkami zrobić. Sprzedać tego państwom, które taką ofertę przyjęłyby z otwartymi ramionami nie bardzo było można. Łatwo by się bowiem mogło zdarzyć, że sprzedane bombki i rakietki spadłyby niespodziewanie na głowy sprzedających.

         Koszt zniszczenia takich zapasów jest gigantyczny i nie wchodził w rachubę. Najtaniej było je po prostu wystrzelić. Najlepiej na konkretne cele. Korzyści były podwójne. Zapasy zniknęły. Test w warunkach bojowych, niemożliwych do osiągnięcia na poligonach, pozwalał przekonać się o rzeczywistej skuteczności „zabawek”. Poza tym można było wmówić światu, że chodziło jedynie o obronę wolności i poszanowanie praw człowieka.

         Amerykanie et consortes uczynili to więc niezwłocznie i nadzwyczaj skutecznie w Kosowie. Przeciwko takiej akcji protestowali Rosjanie, gdyż dobrze wiedzieli, o co naprawdę w tej wojnie, która nie była wojną, chodzi.

         Rosjanie swoje arsenały zmarnowali w Czeczenii. Oczywiście, dysponując znacznie gorszą technikom, ataki bombowe i rakietowe wsparli środkami konwencjonalnymi. Ale to jest już specyfika metasowieckiej doktryny obronnej, którą, już za W. Putina, podrasowano nieco, głównie w szczegółach dotyczących użycia broni jądrowej. Po prostu Rosja wiedząc, że w precyzji uderzeń znacznie ustępuje Zachodowi, potrząsa maczugą strasząc, że pójdzie na ilość. I Amerykanie się boją. I mają powody do obaw. Bo nawet wiedząc, że jeżeli nawet 40 procent rakiet z głowicami jądrowymi, wystrzelonych w ich kierunku wpadnie do Oceanu Spokojnego, a drugie tyle do Atlantyku, to te 20 procent, które trafi w Stany Zjednoczone może zrobić taki galimatias, że nie będzie co zbierać.    

         Tak Amerykanie, a za nimi reszta świata, protestuje bardzo umiarkowanie przeciwko temu, co Rosjanie robią na Kaukazie.

         Być może historia powszechna świata jest historią kilku łajdactw. Jeżeli tak, to dobrą ilustracją tego faktu, stanowiącą zwieńczenie ostatniego roku XX wieku są właśnie działania rosyjskie w Czeczenii. To stwierdzenie potrzebne mi jest jako pretekst do przypomnienia kilku ostatnich władców Imperium Zła – Straszliwych Kremlowskich Starców i przejścia, poprzez przejściowca, Michaiła Gorbaczowa do dwóch władców Rosji ostatniej dekady kończącego się tysiąclecia.

         Pierwszego – Borysa Jelcyna, który definitywnie sprowadził Imperium z imperialnych szlaków i jak niepyszny schodzi ze sceny politycznej. Zmuszony do tego niechcianego gestu przez sytuację, na którą sam zapracował i współpracowników, których sam wybrał i na których postawił. Współpracownicy dali mu wprawdzie słowo, że, zwyczajem bizantyńskim, nie dobiją go od razu, ba, zapewnili nawet, że nie od razu dobiorą mu się do skóry.

         Jelcyn uzyskał to słowo nawet na piśmie i to w formie dekretu. Jednak na jego miejscu nie byłbym wcale pewny, czy dekret będzie obowiązywał długo, czy jedynie do nowych wyborów prezydenckich. 

         Wiele zależy od tego drugiego – Władimira Putina, który się dopiero wykluwa na rosyjskiej scenie politycznej, i który otworzy zapewne wejście niegdysiejszemu Imperium w trzecie tysiąclecie oraz być może wprowadzi Rosję na imperialne tory. Pierwsze decyzje wskazują, że ma na to niebywałą ochotę. Tak, Władimir Putin to dla politologów świata, i nie tylko – prawdziwa kinderniespodzianka.

         Jedyna realna groźba dla W. Putina, to generałowie. To wyjątkowo zachłanna i agresywna kasta. Dopóki jednak Putin pozwala im się bawić w Czeczenii, ma na Kremlu spokój. Potem, z chwilą przejścia otwartego konfliktu w wojnę typowo partyzancką, której wygrać się po prostu nie da, może być gorzej. Generałowie zaczną się wściekać. W. Putin będzie musiał wykombinować im coś nowego. To się da zrobić. W Rosji i przy jej granicach jest wystarczająco dużo atrakcyjnych celów, które mogą zadowolić najwybredniejszych generałów […].                                

         Wracajmy jednak do wspomnień i do obu polityków. Zarówno B. Jelcyn jak i W. Putin, w momencie obejmowania władzy sprawiali wrażenie lwów. Na temat lwa pierwszego wiadomo sporo, na temat drugiego nadal prawie nic.

         Pułkownik W. Putin większość swego aktywnego życia spędził w służbach specjalnych, a te, nie tylko z nazwy są tajne. Na co dzień grasował w Berlinie, przyjeżdżał czasami do Drezna. I jak już wspominałem spotykałem go tam niekiedy. Był młody, energiczny i niegłupi. Można to było poznać już po pierwszych słowach, które się z nim zamieniło. Jego nikczemnie wówczas niski stopień, starszego lejtnanta zaledwie, nikogo nie powinien zmylić, o niczym jeszcze nie świadczył. Ktoś, kto usiłowałby ocenić W. Putina zaledwie po porucznikowskich gwiazdkach musiałby się ogromnie zawieść. Putina szybko zresztą umajorowiono a następnie błyskawicznie upułkowniczono… A jeszcze potem… Ech, szkoda gadać. Toż to jedna z najbardziej zadziwiających karier końca XX wieku.

         Jak widziałem W. Putina dwadzieścia lat temu?

         Wyglądał na zrównoważonego.

         I był zrównoważonym.

         Wglądał na inteligentnego.

         I był Inteligentny.

         Wyglądał na niebezpiecznego.

         I był diablo niebezpieczny.

         Nie wróży nam to najlepiej.

         Warto się więc chociaż przez chwilę zastanowić, co to naprawdę za facet, skąd się wziął na Kremlu, rozważyć co jest wart i co może zgotować Rosji i światu? Przecież już dziś, znany pisarz rosyjski Oleg Osietinski mówi tak: Wreszcie Bóg zesłał nam człowieka, który przyjął na siebie brzemię trudnych decyzji. Nawet nasz arcyliberalny wunderkind Siergiej Kirijenko wykazał się odwagą, by przyznać w programie telewizyjnym: „Nim pojawił się Putin, nie wierzyliśmy, że możliwe jest rozwiązanie kwestii czeczeńskiej”. Wprawdzie nie wierzę, aby Bóg miał ochotę do dzisiejszej Moskwy przysyłać jakiegokolwiek faceta, na którym cokolwiek mu zależy, ale zawsze się boję, gdy w Moskwie pojawia się człowiek nie bojący się brać na siebie brzemienia trudnych decyzji. Mam złe doświadczenia w tym względzie.

         Trudnymi decyzjami były przecież m.in. wojny w Korei, Wietnamie, Afganistanie, sianie zamieszania (zbrojnego również) w Trzecim Świecie, paradenmarsze sowieckich czołgów w Berlinie 1953, Budapeszcie 1956 czy Pradze 1968 r… Poza tym pamiętam: I zrzucony został ogromny smok, wąż starodawny, zwany diabłem i szatanem, który zwodzi cały świat, zrzucony został na ziemię, zrzuceni też zostali z nim jego aniołowie (Objawienie św. Jana 12.9).

         Rozglądam się za aniołami.

         Usprawiedliwiając pierwszą wojnę ostatniego roku XX wieku O. Osietinski w tym samym tekście (zob. „Litieraturnaja Gazieta” z 21 grudnia 1999 r.) tak pisze o Czeczeńcach (przeciwstawiając ich Putinowi): Czy można było słowem skłonić dziką ordę Batu-chana, by zawróciła w step? Lub też skłonić oszalałego syfilityka Lenina, by nie burzył cerkwi, nie wieszał popów i nie rozstrzeliwał kozaków? A paranoika Hitlera można było przekonać do swoich racji? A Pol Pota? A Ceausescu? A Berię?

         Zauważcie, że w tej wyliczance jest Lenin z Berią ale brak Stalina. Bo, wedle Osietinskiego, którego głos jest reprezentatywny dla poglądów sporej grupy dzisiejszych Rosjan, druga wojna była wojną ojczyźnianą (czego nikt rozsądny nie kwestionuje – przyp. H.P.) wygraną przez Stalina, zaś wojna Putina w Czeczenii? Przecież ta wojna także jest – Wojną Ojczyźnianą! – wykrzykuje pisarz.

         Mało tego – zawtórują mu inni ideolodzy – Rosja własną piersią broni słowiańszczyzny przed islamem, który drzwiami i oknami, czyli przez Bałkany i Kaukaz, pcha się na północ. Islamistom, na własny pohybel, pomagają Stany Zjednoczone i głupawe typki z europejskich państw NATO. Bombardują Serbów, stają po stronie „Czarnych Dup” czyli Czeczenów. Bez przerwy wtrącają się w nasze wewnątrzrosyjskie sprawy!

         Być może, z punktu widzenia Rosji i Rosjan, coś w takim rozumowaniu jest, ale naprawdę nie chciałbym, aby mój znajomy zapędził się na szlaki mało sympatycznego Gruzina z gustownym wąsikiem i nieodłączną fajką. Zastanawiam się jeszcze, czy przypadkiem Osietinski, pracuj na miano pierwszego hagiografa nowego władcy Kremla, znając jego ciągotki do Piotra Wielkiego i wiedząc, że J. Stalin, za porównanie go do tego wybitnego cara bez mała ozłocił A. Tołstoja, nie liczy na rewanż ze strony W. Putina?

         Dlatego, Jeśli kto ma uszy, niechaj słucha (Objawienie św. Jana 13.9).

         Na talerzu Donny Diany

         Ryczy wół zamordowany,

         Dżawachadze, prync gruziński,

         Rwie zębami tyłek świński,

         Szach Kaukazu, po butelce […]

         („Bycza, bracie, rzecz – bieługa!”

         Na tajniaka tajniak mruga.) (J. Tuwim, Bal w operze).          

         W rosyjskich mediach pełno Putina. Rosji potrzebny jest świeży IDEOLO. Czy to znaczy, że już go znaleziono? Świat zadawala się wzmiankami, nieśmiałymi prognozami, sugestiami, nadziejami… No bo co, tak na dobrą sprawę, można konkretnego powiedzieć o tym facecie, który przyszedł znikąd, czyli z KGB?

         Obawiam się, że W. Putin jest nieodłącznym dzieckiem systemu wychowawczego obowiązującego w schyłkowym stadium Imperium. W tym przypadku nie możemy mówić jedynie o ukąszeniu Heglowskim. W wypadku nowego władcy Kremla wolno nam chyba mniemać, że w grę wchodziło ucapienie, zainfekowanie komunizmem na całe życie. Mimo inteligencji, której mu odmówić nie można i deklarowania czegoś wręcz przeciwnego.

         Pierwszym sygnałem wskazującym, że tak jest istotnie, było błyskawiczne dogadanie się W. Putina – premiera, W. Putina – pełniącego obowiązki prezydenta, W. Putina – elekta, z przywódcą komunistów rosyjskich Gienadijem Ziuganowem.         Myślę, że W. Putin, pod pewnym wzgłedem, może się bardzo podobać mojemu ulubionemu pisarzowi i mentorowi rosyjskiemu, Aleksandrowi Sołżenicynowi. Myślę także, że A. Sołżenicynowi może przeszkadzać u W. Putina jedynie jego kagiebowski rodowód. Ale o tym fakcie można przecież łatwo zapomnieć. Czy konieczność wyjścia ze smuty pod hasłami nacjonalizmu przysłoni kagiebowską przeszłość? Zobaczymy. A może kagiebowska przeszłość jest ściśle związana z nacjonalizmem? Wiele wskazuje na to, że tak właśnie jest. I to jest kolejną złą wróżbą dla Polski.

         Czy się tym martwię? Nie. Co najwyżej powtarzam za Dalajlamą: Dla mnie to nic wielkiego. Ani nowe tysiąclecie, ani nowe stulecie, ani nowy rok. Dla mnie to będzie zwykły kolejny dzień i noc. Słońce, Księżyc i gwiazdy pozostaną takie same i dodaję: pozostaną takie same z Putinem czy bez niego.

         A W. Putin, bez względu na urok Słońca, Księżyca i gwiazd gra pięknie. Może się podobać. Jest artystą udawania. Bo jakże się nie wzruszyć listem do Brigitte Bardot, w którym władca kremlowski roni łezki nad losem paryskich piesków. I Zachód się wzrusza zapominając o doli czeczeńskich dzieci, których los jest tysiąc razy gorszy niż czworonogów paskudzących paryski bruk.

         Tak więc, już na początku 2000 r. nie jest tajemnicą, kto w Moskwie trzyma bank i rozdaje karty, kto sentymentalizuje duszę zachodnich polityków, dostarczając im dogodnych pretekstów do niezauważania naprawdę ważnych spraw. Znacznie trudniej odpowiedzieć, kto steruje bankierem?

         W tym kontekście warto się zastanowić czy W. Putin w dalszym ciągu będzie wiecznym prymusem w klasie, którym był do tej pory? Czy okaże się pojętnym uczniem i godnym następcą takich nauczycieli i szefów, jak generałowie J. Andropow, W. Kriuczkow czy W. Pawłow? Nie sposób odpowiedzieć na to pytania bez odwoływania się do historii. Muszę to zrobić tym bardziej, że ciągle mam przed oczyma ostrzeżenia Osietinskiego:

         Czeczenia – to dopiero początek, Rosji teraz już nikt nie powstrzyma. I wszystko co nasze odbierzemy sobie – metodą rokowań, prawowania się, sądzenia lub też zgodnie z „najnowszą putinowską metodyką”! Droga jasna… A sędzią – Bóg!”.

         Na miejscu O. Osietinskiego nie miesząłbym do tego Boga, który w tych sprawach już dawno ogłosił desinteressement. Najlepiej było to widać w Auschwitz i w GUŁAG-u. Na wszelki wypadek przypomnę jednak: Udziałem zaś bojaźliwych i niewierzących, i skalanych, i zabójców, i wszeteczników, i czarowników, i bałwochwalców, i wszystkich kłamców będzie jezioro płonące ogniem i siarką. To jest śmierć druga (Objawienie św. Jana 21.8).

         Ale mimo wszystko „najnowsza putinowska metodyka” robi wrażenie. Szczególnie gdy oglądam to, co Rosjanie zrobili z Groznego.

         A przecież w Galerii Drezdeńskiej, pod obrazem Michała Anioła rozmawiałem z twórcą tej oryginalnej „metodyki” właśnie o Kaukazie, którym byłem i jestem zauroczony. Rozmawialiśmy o najwyższym szczycie Europy – Elbrusie i walkach o ten szczyt w czasie drugiej wojny światowej. Zamierzałem napisać na ten temat książkę. Kilkakrotnie wchodziłem na szczyt, odszukałem wielu ludzi pamiętających tamte czasy. Zaprzyjaźniłem się z Orestem Dubiniakiem, szefem schroniska Prijut Adinadcat, połóżonym pod szczytem Elbrusa, w miejscu, w którym moja koleżanka klubowa Wanda Rutkiewicz, która „wkosiła” Mount Everest i kilka setek innych szczytów straszliwie poharatała sobie nogę, nasłuchałem się opowieści, m.in. o różnych grupach narodowościowych zamieszkujących rejon Kaukazu, których nie sposób zunifikować. W Dreźnie rozmawiałem o tych sprawach z W. Putinem. Porucznik przyznawał mi rację. Również był przekonany, że te ludy mają niesamowicie silnie rozbudowane poczucie własnej tożsamości i zasługują na lepszy los. Zgodziliśmy się, że z ludami Kaukazu nie można postępować wedle zasady: Nic na siłę! Wszystko młotkiem.          Uf! Nie ma co! Zaskoczyła mnie ta „najnowsza putinowska metodyka” […].

         ***

         Po 22 latach wróciłem do tematu W. Putina.

         Była godzina 3.45 rano gdy z powietrza, morza i lądu z terenów Rosji i Białorusi ruszyły na Ukrainę wojska rosyjskie aby mordować kobiety i dzieci i nie tylko.

         Od 24.02.2022 roku mamy wojnę rosyjsko-ukraińską. A ja, nieszczęsny, wieszcząc od lat o Putinie i myśląc że do szczęścia i osiągnięcia swoich imperialnych celów wystarczy mu wojna 4 generacji, pomyliłem się ździebko. Nie doceniłem drania. A on poszedł na skróty. Gdy obejmował władzę w Rosji był nadzieją nie tylko Rosjan, ale i świata. Teraz stał się potworem obłąkanym i bezlitosnym psychopata.

         Myślałem, że Putin jest bardziej finezyjny. Mania totalitarnej władzy spętała Putinowi mózg. Siedzi w bunkrze na Uralu i grozi światu bronią nuklearną. Bunkrowiec cholerny. W 2000 r. napisałem książkę Kim jest Putin starając się nakreślić sylwetkę Putina. Gdy z nim rozmawiałem Putin był w stopniu lejtnanta. Sprawiał wrażenie normalnego i inteligentnego. Dziś, gdy obserwuję to co wyprawia w Ukrainie przypisuję mu cechy psychopatycznego ludobójcy.

         Bunkrowiec większość swego życia spędził w służbach specjalnych, a te, nie tylko z nazwy są tajne. Na co dzień grasował w Berlinie i przyjeżdżał czasami do Drezna. Spotykałem go tam niekiedy. Był młody, energiczny i niegłupi. Jego nikczemnie niski stopień lejtnanta nikogo nie powinien zmylić, o niczym jeszcze nie świadczył. Ktoś, kto usiłowałby ocenić W. Putina zaledwie po porucznikowskich gwiazdkach musiałby się ogromnie zawieść. Putina szybko zresztą umajorowiono, a następnie błyskawicznie upułkowniczono… A jeszcze potem mianowano premierem i następnie wybrano prezydentem.

         Jak widziałem wówczas lejtnanta Putina? Wyglądał na zrównoważonego. I był zrównoważonym. Wglądał na inteligentnego. I był Inteligentny.     Wyglądał na niebezpiecznego. I był diablo niebezpieczny. Nie wróżyło nam to najlepiej. Dlatego ostrzegałem świat przed nim. Nikt mnie nie słuchał. Obraziła się tylko ambasada rosyjska.

         ***

         Gdy żołnierz strzela do żołnierza to jest wojna. Gdy żołnierze strzelają do dzieci, kobiet i starców to jest ludobójstwo, a nie wojna. Przez 5 lat w Wojskowej Akademii studiowałem psychologię. Omawialiśmy sylwetki zbrodniarzy, takich jak Stalin i Hitler poznając ich cechy psychiczne. To było trudne do zrozumienia, jednak możliwe. To co robi dziś Putin jest już niemożliwe do rozgryzienia.

Bunkrowiec to już nie człowiek, a robot zbrodniczy jakowyś. Jednak i roboty w pewnych okolicznościach dają ciała. Znajomi, wiedzący, że pracuję nad książką Władcy. Od Stalina do Putina oraz od Bieruta do Kaczyńskiego donoszą mi, że Putin to trzy w jednym: to produkt wychowania enkawudowskiego; to zaburzenia psychopatologiczne leczone narkotykami (jak Hitler, m.in. amfetaminą) oraz patologie erotyczne, przy których blednie to wszystko, co erotomani do tej pory wymyślili.

         Opisuję to. Fakty wskazują na to, że Putin, napadając na Ukrainę dał dupy na całej linii. Jeżeli Bunkrowiec sądził, że Ukraińcy powitają jego armię kwiatami, to pomylił się srodze. 12 tysięcy poległych żołnierzy w pierwszych dniach wojny to dwukrotnie więcej trupów niż było ich w trwającej 2 lata (1994-1996; zabitych 5042 żołnierzy rosyjskich) pierwszej wojnie czeczeńskiej. Ukraińcy rzadko biorą jeńców! Zabijają!!!! I mają do tego powody. Pamiętają trzy wielkie głody w Ukrainie, które pochłonęły miliony. Dochodziło wówczas do aktów kanibalizmu. Karano za to więzieniem. Nie za kanibalizm, a za to, ze naruszano własność państwową. Trup bowiem był, tak jak i żywi ludzie, własnością państwa sowieckiego.

         Przeciętny Rosjanin nie wie co jego rodacy wyprawiają w tej wojnie. Zadbała o to propaganda. No dobrze – powiecie, straty w sprzęcie można jakoś ukryć, ale z trupami poległych żołnierzy jest już gorzej. Były przecież trupy przywożone w trumna jak np. z wojny w Afganistanie. Społeczeństwo się buntowało. Propagandyści odrobili lekcję. Armia rosyjska dysponuje ruchomymi krematoriami na samochodach ciężarowych. Jedzie ruchome krematorium za wojskiem, zbiera trupy i pakuje do piece. 30 minut i to, co niedawno było żywym żołnierzem idzie z dymem. Gdzie są trupy zabitych? Nie ma. Więc nie ma zbitych. Za pierwszym rzutami armii maszerują Czeczeńcy, tzw. kadirowcy zabijając żołnierze chcących się poddać lub wycofać. To powtórka tego co robiły oddziały Śmierszu w II wonie światowej. Opisałem to w książce Desperat 2. Kto zabił? 

         Ale z psychopatami typu Bunkrowiec tak bywa. Bo psychopata to człowiek o słabo rozwiniętych reakcjach emocjonalnych, chłodnym spojrzeniu, natomiast posiadający duże umiejętności w manipulowaniu umysłami otaczających go osób. W tym Putin jest mistrzem. Zbudował totalitarną propagandę i postawił na zbrojenia. Wziął społeczeństwo za twarz. Ma bezwolne i kłamliwe media oraz wymiar sprawiedliwości i resorty siłowe z którymi robi co chce. Ma także 80. procentowe poparcie motłochu. Każdy władca jest bowiem lustrzanym obliczem społeczeństwa.

         Ale popularność niedługo się skończy. Motłoch na własnej skórze odczuje do czego doprowadziła polityka zbrodniczego ludojada. Dyktatorowi udało się jedno – zjednoczył podzielone społeczeństwo w innych państwach, nie tylko polskie, ale i światowe. Świadczą o tym nałożone sankcje ale i pomoc Ukrainie.

         Wśród psychopatów znajdziemy seryjnych morderców,  gangsterów, terrorystów czy przywódców sekt. Putin połączył te wszystkie wredne cechy w jedno. Ta tragiczna skaza psychiczna spętała niegdyś mózgi Hitlerowi, Mussoliniemu, Kadafiemu czy Saddamowi. Jak oni skończyli?! Mam nadzieję, że Bunkrowiec skończy tak samo. Ale, w tym psychopatycznym towarzystwie współczesnych ludojadów to normalka.

         Prezydent Ukrainy prosi o Migi i „zamknięcie nieba” nad Ukrainą. Obie prośby mogłyby być przez Zachód równie łatwo spełniona. Są ku temu realne możliwości. Mogłaby być! Ale nie będzie! Zbrodniarz kremlowski doskonale o tym wie. Zna przecież kunktatorstwo mężów tzw. wolnego świata. Oni chcieliby, ale boją się. Pragną wygrać wojnę cudzymi rękami. Pomagają więc Ukraińcom sprzętowo i moralnie. Ale o większym zaangażowaniu ani im się śni. Mają jeden argument – zaangażowanie NATO w wojnie w Ukrainie groziłoby wybuchem konfliktu na niewyobrażalną skalę. Wtórują im niektórzy nasi generałowie. Co oznacza takie stanowisko Zachodu? Ano to, że nie odrobili lekcji z 1938 r. Przypominają się słowa W. Churchilla, który po napadzie Hitlera na Czechosłowacje w 1938 roku i skurwieniu się państw zachodnich powiedział: „Mieli do wyboru wojnę lub hańbę, wybrali hańbę, a wojnę będą mieli i tak”.

         Kochani hipokryci zachodni, zachowując się tchórzliwie, być może uratujecie na jakiś czas pokój. Będzie to możliwe kosztem zrujnowanej Ukrainy. Jednak wojny nie unikniecie i tak! Rosyjski watażka nie przestanie aż nie osiągnie swojego celu. Tym celem jest bycie Stalinem, Katarzyną II i Piotrem Wielkim w jednym. Kanalia kremlowska ma w dupie strachy mężów zachodnich. A dupę ma Putin bardzo szeroką, sięgającą od Gibraltaru po Władywostok. Bunkrowiec, tak jak Hitler postawił się przed alternatywą: być królem Świata, albo sczeznąć. Tzw. Wolny Świat może mu pomóc w spełnieniu drugiego członu alternatywy. Ale do tego potrzeba odwagi, a nie kunktatorstwa. Jestem przekonany, że w patologicznym mózgu ludojada czają się następne cele: Litwa, Łotwa, Estonia, Polska, Finlandia, Szwecja, a potem reszta Europy.     Najwyższy czas, aby w kręgu Putina pojawił się Brutus.

         Czym skończę ten blog? Chyba oniriadą. Śniłem tak: Poleciałem na Plac Czerwony w Moskwie. Po odwiedzeniu faceta „wiecznie żywego” spacerowałem pod Murem Kremlowskim. Przy ścianie muru zoczyłem tuzin monumentalnych trumien wykonanych ze szkła ołowiowego. Trumny stały, a raczej leżały na rzeźbionych postumentach wykonanych z granitu.

         Gigantyczne kryształowe puzdra były wypełnionych truchłami ludzi, którzy jeszcze do wczoraj byli nietykalnymi. Byli najbliższymi współpracownikami prezydenta Rosji Władimira Putina.

         Zagadałem więc ab hoc et ab hac faceta pilnującego trumien. Był to major z Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Odganiał gapiów, a opornych pakował do oczekujących w pobliżu kibitek.

         W kibitkach siedzieli multiplekserzy. Selekcjonowali nieszczęśników. Mówili im: „Za stary! Fajtłapa! Nieforemny! Przydział – kolonia karna. A ten? Ten się nada! Jest zdatnych do noszenia broni! Przydział: – karny batalion. Będzie miał chłop okazję zwiedzić Ukrainę, chyba… Chyba, że wcześniej go zabiją”.  

         Nadzorcę kryształowych puzder mogłem zagadnąć bezpiecznie, bez narażania się na odwiedzenie sorterów kibitkowych. Znałem szafarza jeszcze jako funkcjonariusza KGB z Drezna. Wtedy stale usługiwał Putinowi. Pełnił przy lejtnancie KGB funkcję dupowkręta.

         Na okrągło kręcący się przy mojej osobie anioł Niosący Światło czyli Lucyfer namówił mnie wówczas abym się zaprzyjaźnił z jednym i drugim. Zrobiłem to.

         Przez minutkę gadaliśmy ze swoistym gestorem o tym i owym. Zapytałem, dlaczego, będąc dawnym przyjacielem władcy imperium ma tak nikczemnie skromną rangę. Odpowiedział, że w tym stopniu w Rosji ludzie żyją dłużej niż cie ze świecznika. I wskazał na zawartość trumien.

         – Co im się stało? – zapytałem.

         – Najedli się grzybów.

         – A ten? – wskazałem truposza z dziurą w głowie.

         – Ten… Jak by ci tu powiedzieć? Ten nie chciał jest grzybów.    

CZY ZAMKNĄĆ NIEBO?

12 dzień wojny w Ukrainie. Słonecznie. Twarz Władimira Putina. Chciałem napisać – ryj, ale po co obrażać poczciwe świnie? A więc twarz ludojada. Przypomina się prognoza pogody z możliwością burz i przelotnych napadów.

         Burze i przelotne napady to nie tylko straty ponoszone przez wojska rosyjskie sięgające około 10 procent stanów osobowych i sprzętowych, ale i prośby prezydenta Ukrainy Wołodymyra  Zełenskiego kierowane do zachodnich mężów. Prezydent Ukrainy prosi o „zamknięcie nieba nad Ukrainą” lub chociaż przekazania sowieckich samolotów będącym ciągle jeszcze na wyposażeniu niektórych państw, którym po rozpadzie świata dwubiegunowego szczęśliwie udało się wstąpić do NATO.

         Jeżeli chodzi o drugą prośbę Zełenskiego moskiewski ludojad może spać spokojnie. Przekazać Migi niby można, ale po co?

         W Ukrainie nie będzie ich można użyć z tego prostego powodu, że ten sprzęt jest dostosowany do systemów natowskich. (chodzi m.in. o system elektronicznego rozpoznania „swój – wróg”, o kompatybilność z radarami i systemami obrony przeciwlotniczej itp.). Przestrajanie elektroniki jest w obecnych warunkach z różnych względów praktycznie niemożliwe.

         Natomiast druga prośba o „zamknięcie nieba” mogłaby być przez Zachód stosunkowo łatwo spełniona… Są ku temu realne możliwości.

         Mogłaby być! Ale nie będzie! Zbrodniarz kremlowski doskonale o tym wie. Zna przecież kunktatorstwo mężów tzw. wolnego świata. Oni chcieliby, ale boją się. Pragną wygrać wojnę cudzymi rękami. Pomagają więc Ukraińcom sprzętowo i moralnie. Ale o większym zaangażowaniu ani im się śni. Mają jeden argument – zaangażowanie NATO w wojnie w Ukrainie groziłoby wybuchem konfliktu na niewyobrażalną skalę, a wtórują im nasi generałowie, na szczęście już w rezerwie.  

         Co oznacza takie stanowisko Zachodu?

         Ano tylko to, że nie odrobili lekcji z 1938 r. (pisałem o tym w jednym z poprzednich blogów). W tym miejscu jeszcze raz nie od rzeczy będzie przypomnieć wszystkim bojaźliwym słowa Winstona Churchilla, który po napadzie Hitlera na Czechosłowacje w 1938 roku i skurwieniu się państw zachodnich powiedział: „Mieli do wyboru wojnę lub hańbę, wybrali hańbę, a wojnę będą mieli i tak”.

         Tak więc, kochani hipokryci zachodni, zachowując się tchórzliwie, być może uratujecie na jakiś czas pokój. Pokój będzie możliwy kosztem zrujnowanej Ukrainy. Jednak wojny nie unikniecie i tak!

         Wszystko bowiem wskazuje, że rosyjski watażka nie przestanie aż nie osiągnie swojego celu. Tym celem jest bycie Stalinem, Katarzyną II i Piotrem Wielkim w jednym. Kanalia kremlowska ma w dupie strachy mężów zachodnich. A dupę ma Putin bardzo szeroką, sięgającą od Gibraltaru po Władywostok.

         Nie wiem wprawdzie jakie myśli kłębią się pod czaszką kremlowskiego psychopaty, ale analizując jego własne wypowiedzi nie ulega wątpliwości, że postanowił on zakasować osiągnięcia wielkich rosyjsko-sowieckich poprzedników. I nie przestanie dążyć do tego celu. Putim tak jak Hitler postawił się przed alternatywą: być królem Świata, albo sczeznąć.

         Tzw. Wolny Świat może mu pomóc e spełnieniu drugiego członu alternatywy. Ale do tego potrzeba odwagi, a nie kunktatorstwa.   

          ***

         Teraz trochę informacji, co nie nowe, ale aktualne.

Stefa zakazu lotów (ang. no-fly zone – NFZ) jest częścią przestrzeni powietrznej, w której zakazuje się przebywania określonego rodzaju statków powietrznych. Strefę taką ustanawia się, co do zasady, w czasie konfliktu zbrojnego, aby przeciwdziałać operowaniu wrogiego lotnictwa w danym regionie.

         Egzekwowanie zakazu przebywania określonego rodzaju statków powietrznych w strefie zakazu lotów należy do sił powietrznych państwa lub grupy państw, które ustanowiły taką strefę. W zależności od ustalonych reguł egzekwowanie takie może polegać na przeprowadzaniu uderzeń prewencyjnych, mających przeciwdziałać naruszaniu strefy zakazu lotów, używaniu siły wobec samolotów naruszających strefę zakazu lotów lub monitorowaniu przestrzegania reguł obowiązujących w strefie zakazu lotów bez użycia siły.

         Strefy zakazu lotów ustanawia się czasem ze względów bezpieczeństwa, np. w związku z imprezami masowymi. Strefę zakazu lotów – informuje Artur Barkiewicz – wprowadzono np. w 2012 roku nad Londynem, w związku z odbywającymi się tam igrzyskami olimpijskimi.

         Po raz pierwszy strefę zakazu lotów wprowadziła w 1991 roku koalicja państw uczestniczących w operacji Pustynna Burza w części przestrzeni powietrznej Iraku, by – jak przekonywali członkowie koalicji – przeciwdziałać  atakom reżimu Saddama Husejna na Kurdów (na północy) i szyitów (na południu kraju). Decyzji o wprowadzeniu strefy zakazu lotów nad Irakiem nie autoryzowała ONZ, a ówczesny sekretarz generalny ONZ, Butrus Butrus Ghali, uznał wprowadzenie takiej strefy nad Irakiem za działanie nielegalne.

         W 1992 roku Rada Bezpieczeństwa ONZ przyjęła rezolucję zakazującą odbywania nieautoryzowanych lotów samolotów wojskowych w przestrzeni powietrznej nad Bośnią i Hercegowiną. Jednak dopiero rok później Rada Bezpieczeństwa, w kolejnej rezolucji, pozwoliła członkom ONZ na „podejmowanie wszelkich możliwych środków”, by przeciwdziałać naruszaniu strefy zakazu lotów. Nad jej egzekwowaniem czuwało NATO.

         17 marca 2011 roku Rada Bezpieczeństwa ONZ wprowadziła strefę zakazu lotów nad Libią, w której toczyła się wojna domowa. W tym wypadku również za egzekwowanie strefy zakazu lotów odpowiadało NATO – lotnictwo sojuszu włączyło się wówczas czynnie w konflikt w Libii, atakując z powietrza cele związane z reżimem Muammara Kaddafiego.

         W 2018 i 2019 roku strefę zakazu lotów nad częścią Libii wprowadzała prowadząca ofensywę Libijska Armia Narodowa.

         NATO wyklucza możliwość wprowadzenia strefy zakazu lotów nad Ukrainą ponieważ – jak podkreślił sekretarz generalny Sojuszu, Jens Stoltenberg – oznaczałoby to bezpośredni konflikt wojskowy z Rosją, która nad Ukrainą używa lotnictwa w czasie prowadzonych przez siebie działań wojennych.

         No to jeszcze raz słowa Winstona Churchilla, który po napadzie Hitlera na Czechosłowacje w 1938 roku i skurwieniu się państw zachodnich powiedział: „Mieli do wyboru wojnę lub hańbę, wybrali hańbę, a wojnę będą mieli i tak”.

         Chcecie hańby? Z każdym dniem, w którym nie podejmiecie odważnej decyzji przybliża was do hańby. Chcecie tego? 

Wojna Rosyjsko-Ukraińska

W poprzednim blogu wspomniałem o mojej pomyłce w stosunku do oceny sylwetki Władimira Putina. Przed trzydziestu laty, gdy z nim rozmawiałem Putin sprawiał wrażenie normalnego, inteligentnego lejtnanta, aczkolwiek w nikczemnie niskim stopniu kagiebisty. Dziś, gdy obserwuję to co wyprawia pułkownik Putin na Ukrainie nadal uważam go za inteligentnego, ale już psychopatycznego ludobójcę.

          Brak mi wiedzy aby ocenić dlaczego, skądinąd sympatyczny człowiek (?) w stosunkowo krótkim czasie przepoczwarzył się w ludojada nie wahającego się do używania w wojnie na terenie Ukrainy broni zakazanej przez prawo międzynarodowe, ale także straszącego świat użyciem broni nuklearnej.

         Nie, to się w głowie nie mieści! A powinno. W glowie kagiebowca wszystko może mieszkać.

         ***

          Przez 5 lat w Wojskowej Akademii Politycznej studiowałem również psychologię. Jednak to okazało się być stanowczo za mało aby zrozumieć, co się stało z Putinem. Pamiętam że w czasie wykładów i seminariów omawialiśmy sylwetki wielkich zbrodniarzy jak chociażby Stalina i Hitlera starając się poznać ich cechy psychiczne pozwalający im na robienie tego co robili. To było trudne do zrozumienia, jednak możliwe. Ale to co robi dziś Putin jest już absolutnie niemożliwe do rozgryzienia.

         Wszak działania Putina w Ukrainie przypominają to, co Stalin z Hitlerem robili razem wzięci. Putin to już nie człowiek, a robot zbrodniczy jakowyś.

         Jednak i roboty w pewnych okolicznościach dają ciała. Wszystko wskazuje na to, że Putin, napadając na Ukrainę dał dupy na całej linii. Wskazują na to straty jakie armia rosyjska poniosła tylko w pierwszych 6 dniach winy: prawie 6 tysięcy zabitych i zaledwie 200 wziętych do niewoli żołnierzy rosyjskich; zestrzelonych 30 samolotów i 31 helikopterów, rozbitych 211 czołgów i mnóstwo innego sprzętu.

         Jeżeli Putin sądził, że Ukraińcy powitają jego armię kwiatami, to pomylił się srodze. 6 tysięcy poległych żołnierzy w pierwszych 6 dniach w Ukrainie to przecież więcej trupów niż było ich w trwającej 2 lata (1994-1996; zabitych 5042 żołnierzy rosyjskich) pierwszej wojnie czeczeńskiej.

         Ta liczba zabitych wskazuje, że Ukraińcy nie biorą jeńców!   Zabijają!!!! I mają do tego powody. Bo pamiętają! Pamiętają wielkie głody 1923 roku i z lat 1945-1947. Ale przede wszystkim pamiętają wielki głód na Ukrainie, Hołodomor (ukr. Голодомор, dosł. „zamorzenie głodem”) – wywołana sztucznie przez sowieckie władze w latach 1932–1933. Działania, które wywołały masowy głód, wynikały ze sprzeciwu ludności wsi Ukraińskiej SRR wobec kolektywizacji rolnictwa i ściągania obowiązkowych, nieodpłatnych dostaw produktów rolnych w wymiarze przekraczającym możliwości produkcyjne wsi. Polityka ta została wprowadzona na przełomie 1929/1930 przez władze ZSRR. Wymuszana była siłą, z użyciem wojska i surowych kar. W rezultacie zginęły miliony Ukraińców. Różne źródła podają, że liczba ofiar na samej Ukrainie wynosiła od ponad 6 do nawet 10 milionów.

            W czasie wielkiego głodu dochodziło do aktów kanibalizmu. Ludojadów karano wieloletnim więzieniem. Nie za kanibalizm, a za to, ze naruszyli własność państwową. Trup bowiem był, tak jak i żywi ludzie własnością państwa sowieckiego.

         ***

         Rząd ukraiński po 1991 roku rozpoczął program edukacji młodzieży i przypominania o tej tragedii. Jest to odkrywanie historii Ukrainy na nowo po dziesiątkach lat ukrywania prawdy o tych wydarzeniach. Oprócz samej edukacji szkolnej organizowane są uroczystości pamięci ofiar Wielkiego Głodu czy też okazjonalne ekspozycje fotograficzne w większych miastach Ukrainy. 28 listopada 2006 roku parlament Ukrainy przyjął ustawę uznającą Wielki Głód za zbrodnię ludobójstwa.

         Także pisarze dołożyli swoją cegiełkę do wspomożenia pomięci Ukraińców. Wspomnę tu jedynie książki Ulasa Samczuka, Wasilija Grossmana czy Anne Applebaum.

         Jeżeli jednak myślicie, że straty armii rosyjskiej, głównie 6 tysięcy poległych zrobią na społeczeństwie rosyjskim wstrząsające wrażenie to mylicie się srodze.

         ***

         Dlaczego się mylicie? Bo przeciętny Rosjanin nie ma żadnego pojęcia o tym, co podopieczni Putina wyprawiają w tej wojnie. Zadbała o to propaganda o jakiej „Ojciec Ojczyzny” może tylko marzyć. Twórca KurWizji mógłby brać korepetycje od propagandystów rosyjskich.

         No dobrze, dobrze – powiecie, jeżeli straty w sprzęcie można jakoś ukryć to z trupami poległych żołnierzy jest już gorzej. Były przecież trupy przywożone w trumna jak np. z niegdysiejszej wojny w Afganistanie. I wówczas społeczeństwo się buntowało. Pierwsze zbuntowały się matki poległych żołnierzy.

         Propagandyści Putina odrobili i tę lekcję. Armia rosyjska dysponuje ruchomymi krematoriami na samochodach ciężarowych firmy Turmalin i typu N-50 na trzyosiowych ciężarowych Kamazach. Jedzie sobie taki ruchome krematorium tuż za pierwszym rzutem wojska, zbiera trupy poległych i bach truposza do piece. 30 minut i żołnierz idzie z dymem…

         Gdzie są trupy zabitych żołnierze. Nie ma trupów. Więc nie ma zbitych. Może są zaginieni. A z zaginieni zawsze mogą wrócić.

         ***

         W poprzedni blogu zastanawiałem się jak długo nasze społeczeństwo będzie miało tak empatyczny stosunek do Innego, jak w pierwszych trzech dniach wojny.

         Otóż śpieszę donieść, że już się to zmienia. Wypowiedzi Paskudnego Januszka i „Chciwej Baby”, ale nie tylko robią swoje. W 6 dniu wojny ukraińsko-rosyjskiej media donoszą o grupie „prawdziwym mężczyzn” bijących przed dworcem w Przemyślu imigrantów. Policja ponoć nie interweniowała.      

SIĘ NAPISAŁO

         (Wersja robocza, bez korekty) Zaczynam od dygresji. Była godzina 3.45 rano gdy z powietrza, morza i lądu z terenów Rosji i Białorusi ruszyły na Ukrainę wojska rosyjskie aby mordować kobiety i dzieci i nie tylko. Prości żołnierze rosyjscy chcieli odebrać Ukraińcom wolność, choć sami jej także nie mieli. Więc od 24.02.2022 mamy wojnę rosyjsko-ukraińską. A ja, nieszczęsny, wieszcząc o Putinie i myśląc że do szczęścia i osiągnięcia swoich imperialnych celów wystarczy mu wojna 4 generacji, pomyliłem się ździebko. Nie doceniłem drania. A on poszedł na skróty. Gdy obejmował władzę w Rosji był nadzieją nie tylko Rosjan, ale i świata. Teraz stał się potworem obłąkanym i bezlitosnym psychopata. Myślałem, że Putin jest bardziej finezyjny. Mania totalitarnej władzy spętała Putinowi mózg. Ale z psychopatami tak bywa. Bo psychopata to człowiek o słabo rozwiniętych reakcjach emocjonalnych, chłodnym spojrzeniu, natomiast posiadający duże umiejętności w manipulowaniu umysłami otaczających go osób. W tym Putin jest mistrzem. Zbudował totalitarną propagandę i postawił na zbrojenia. Wystarczyło dwie dekady by wziął społeczeństwo za twarz. Dziś ma całkowicie bezwolne i kłamliwe media oraz wymiar sprawiedliwości i resorty siłowe z którymi robi co chce. Ma także poparcie ogłupionego społeczeństwa. Nieliczni, którzy się sprzeciwiają lądują na długi lata za kratami.

         Wśród psychopatów znajdziemy seryjnych morderców,  gangsterów, terrorystów czy przywódców sekt. Putim połączył te wszystkie wredne cechy w jedno. Ta tragiczna skaza psychiczna spętała niegdyś mózgi Hitlerowi, Mussoliniemu, Kadafiemu czy Saddamowi. Jak oni skończyli?! Mam nadzieję, że również Putin skończy tak samo. Ale, w tym psychopatycznym towarzystwie współczesnych ludojadów to normalka. A u nas: Wojna! Wojna! Wojna! Wrzeszczy Janusz Kowalski…. i atakuje Donalda Tuska. Krzyczy: „łapać złodzieja”. Kowalski to prawdziwy Janusz. Nie od rzeczy będzie przypomnieć mu słowa Winstona Churchilla, który po napadzie Hitlera na Czechosłowacje w 1938 roku i skurwieniu się państw zachodnich powiedział: „Mieli do wyboru wojnę lub hańbę, wybrali hańbę, a wojnę będą mieli i tak”.

         Donald Tusk, oceniając dziś postawę Niemiec, Węgier i Włoch w sprawie sankcji na Rosję mówi: „Rządy, które blokowały decyzję (w sprawie sankcji na Rosję – H.P.) okryły się hańbą”.

         No to kto tu jest złodziejem panie Kowalski? Na szczęście prawie wszystkie Polki i Polacy są zjednoczeni w sprawie napaści Rosji na Ukrainę. Wielu ludzi, w tym rząd z premierem Mateuszem Morawieckim, także prezydent Andrzej Duda robią więcej niż niektórzy przywódcy innych państw. Tylko Węgry zachowuj się wrednie. My pomagamy jak możemy. Putinowi udało się zjednoczyć podzieloną na dwa plemiona Polskę. Zastanawiam się jedynie, czy długo wytrwamy w tej empatycznej, altruistycznej postawie? Dla mnie pewnym zgrzytem, przykrą niespodzianką był brak wicepremiera Jarosława Kaczyńskiego wśród polityków, robiących co w ich mocy by wspierać walczącą Ukrainę, Przecież Kaczyński w rządzie Morawieckiego odpowiada za nasze bezpieczeństwo. I gdy premier głośno mówi, że następnym państwem po Ukrainie może być Polska Kaczyński znika jak kamfora. W trzecim dniu wojny putinowcy zaangażowali do walki, także przeciwko ludności cywilnej Urainy większą liczbę terrorystów i dywersantów. Ukraińcy taktują ich bardzo humanitarnie. To przypomniało mi, że gdy przed sześćdziesięcioma laty, jako dowódca kompanii piechoty górskiej prowadziłem zajęcia ze szkolenia przeciw dywersyjno-terrorystycznego, na pierwszych zajęciach mówiłem podwładnym: „Chłopcy, dobry terrorysta lub dywersant to martwy terrorysta czy dywersant”. Czyżby Ukraińcom nikt tego nie powiedział? Tu koniec dygresji. Zanurzam się w Historię.  

         Narada dziewięciu partii komunistycznych i robotniczych zorganizowana na polecenie Stalina w Szklarskiej Porębie od 22 do 27 września 1947 roku była prawdziwym trzęsienie ziemi dla kotliny jeleniogórskiej. Przewodniczący poszczególnych delegacji mówili to, co powinni mówić, bo referat programowy, obowiązujących wszystkich wygłosił Żdanow. Brzmiało to tak jakby w jednej klatce zamknięto krokodyle i gołębie. Krokodylami była delegacja sowiecka a gołębiami reszta.

         Dla Karkonoszy i Gór Izerskich było to tsunami. Dla tajnych, widnych i dwupłciowych służb specjalnych była to czarna rozpacz i jasna cholera, a dla Gomułki narada stanowiła kolejny ćwiek do drewniane jesionki. 

         ***

                 Pomysłodawcą tzw. Kominformu czyli Biura Informacyjnego Partii Komunistycznych i Robotniczych był Josip Broz Tito, który z okazji pobytu w 1945 w Moskwie zaproponował utworzenie tego tworu. Tito rzucił myśl.

                 Stalin dwa lata później myśl złapał, a realizował, na polecenie generalissimusa, Władysław Gomułka.

                 Więc „Wiesław”, który tak czy inaczej na polityce stalinowskiej znal się już drobiazgowo, ale nie przenikliwie gadał w Szklarskiej Porębie trzy po trzy. Nie przypadło to do gustu delegacji sowieckiej, ale wódz PPR nie zwrócił na to uwagi.

                 Myślał i pitolił, smęcił i narzekał, mendził i bajdurzył. Zapomniał biedak, że aby myśleć trzeba mieć mózg, a aby brechać należy rozumieć poszczególne wyrażenie. No i wyszło to, co wyszło.

                 Czy w tyradzie Gomułki była egzageracja? Trudno powiedzieć. Dość, że Bierut przyjął to z niesmakiem. Berman z oburzeniem. Natomiast Stalin po raz trzeci zapamiętał.

                 Tito i Gomułka na tej imprezie wyszli jak Zabłocki na mydle.

        Tito z „wiernego syna ludu” awansował w rok po naradzie na „psa łańcuchowego imperializmu”. Ale po śmierci Stalina stał się „wybitnym mężem stanu”.          Gomułka trafił trochę gorzej. Z wybitnego rewolucjonisty stał się z dnia na dzień „Łysolem”, przywódcą odchylenia prawicowo-nacjonalistycznego i klientem obiektu MBP „Spacer”.   Czyżby „Wiesław” stracił rozum iż popełnił takie nieostrożności?

                 Jednak nie zapominajmy nigdy – pisał Kierkegaard – że nie każdy, kto nie stracił rozumu tym samym dowodzi, że go posiadał.

                 Cóż, Gomułka sam dla siebie stał się kłopotem. Od tego czasu, aż do 1956 roku, nie starczało mu już czasu na zajmowanie się czymś innym jak rozpamiętywaniem przeszłości.

                 5 rudnia 2021 roku, prawie 75 lat po naradzie w Szklarskiej Porębie rząd „dobrej zmiany”, z premierem Mateuszem Morawieckim, i jego pierwszym nadzorcą czyli „Ojcem Ojczyzny” („OO”) zaprosił do Warszawy grupę szemranych, karmionych szpakami polityków, wybitnych homofonów i putinowskich eurosceptyków. Ferajnie tej zamarzyło się zmajdrowanie w Europie coś na kształt niegdysiejszego Kominformu a rebours. „”OO” w czasie libacji zorganizowanej w Pałacu na Wodzie w Łazienkach Królewskich objawił się zebranym w cudownym admonicji. W wygłoszonym diatrybie poleciał czystym Gomułką. Tym samym zasłużył na aplauz Marine Le Pen, białogłowy udającej dzierlatkę, damy nie tyle paskudnej, co wrednej.

                 Le Pen, nie piernicząc się, nie certoląc się, a rozpaskudzając się na całego przypomniała, że Ukraina powinna byś strefą wpływu Rosji Putinowskiej. A domyśle – może i dobrze by było, aby i Kraj Pieroga i Zalewajki był taką strefą.       Był przecież nieodległy czas, że tak było. Polska w latach 1945-1989 była strefą wpływów sowieckim. Może więc tej prukwie paryskiej przypadło do gustu stalinowskie porzekadło, któremu hołduje Putin wcale tego nie kryjąc: „Kurica nie ptica, Polsza nie zagranica”.

                 W ten to sposób „Ojciec Ojczyzny” zamienił siekierkę na kijek. .Zamiast mężem stanu okazał się naiwniakiem politycznym. Nie przeszkadzało mu to dudlić o Marine, przez mała pół godziny. Można by odnieść wrażenie, iż jest to nie tylko wyznanie wiary ale i duby smalone. Takie odi et amo. Nienawidzę i kocham. Ale niewykluczone, że było to tylko dworowanie z paryskiej nacjonalistki. Takiej Joanny d’Arc a rebours. 

                 Wódz PIS, znający historię Kraju Pieroga i Zalewajki z widzenia, najwidoczniej nie doczytał, że „Wiesław”, który w Szklarskiej Porębie nieśmiało sprzeciwiał się Stalinowi optując nie za internacjonalizmem, a za budową namiastki państwa narodowego z ogromniastymi naleciałościami nacjonalistycznymi, zrobił tym samym spory krok na drodze do obiektu „Spacer”.

                 No to teraz wers George Saundersa: Czy zastanawialiście się kiedyś – pisze pisarz – tak jak ja, „dlaczego świat jest tak zjebany, skoro ludzie są generalnie tacy kochani?”. Owszem. Przyznam Saundersowi rację. Dokądkolwiek pójdziemy, ludzie na pierwszy rzut oka są mili i szczerzy i wierzą jak się zdaje w to co my: w odpowiedzialność, altruizm, prawdę, empatię. Ale na drugi ogląd?…

                 Wystarczy włączyć telewizor, a zaleje nas fala gwałtów, mordów, zazdrości, nienawiści, homofonii.        W Sejfach chciałem opowiedzieć o osobnikach dobrych, ale także o ludziach, którzy z sardonicznym rechotem radośnie wydeptują ścieżki podłości. Ba, sami o tym piszą lub zostawiają ślady swojego barbarzyńskiego postępowania w dokumentach, których nie zdążono zniszczeć.

                 Pobyt W. Gomułki w obiekcie „Spacer” nie poszedł na marne. „Wiesław” wyciągnął z pobytu jedną naukę, zrozumiał, że pewnych przeszkód, w tym Stalina i Bieruta, nie pokona – muszą poumierać.

                  Po cezurze 1956 roku odbił się od dna i królował Krajowi Pieroga i Zalewajki aż do grudnia 1970 roku. Roku fatalnego. Zakończonego zbójeckim rozkazem „Wiesława” o konieczności strzelania do społeczeństwa.

                 Piętno wydania tego plugawego rozkazu ciągnęło się za Gomułką do końca jego dni. A i obecnie jest czasem przypominane przez pamiętliwych historyków.

                 Śmierć generalissimusa niewiele „Wiesławowi” pomogła. Dopiero utrupienie Bieruta uwolnień go z izolacji. Gomułka stał się ojcem chrzestnym „polskiej drogi do socjalizmu”, która skończyła się w 1971 r spuszczeniem Gomułki w niebyt polityczny.          Po tej cezurze „Wiesław”, wolny od rozgrywek partyjnych, mógł biedzić się nad opracowaniem pamiętników, które dociągnął tylko do końca drugiej światówki. Szkoda tylko, że Gomułce nie starczyło odwagi by zająć się najważniejszymi sprawami, w których miał niepośledni udział.

                 Gospodarzem narady w Szklarskiej Porębie de iure był był Władysław Gomułka, a de facto, wyposażony w kostyczne poczucie humoru Hilary Minc. Mincowi pomagali Jakub Berman, Aleksander Zawadzki i Stanisław Radkiewicz, mający przy sonie zauszników – „Lunę”, Anatola Fejgina, Adama Humera, „Jurodiwego” oraz późniejszego herosa oceanów, Leonida Telige. Najwyższą instancję stanowili reprezentanci WKP (b)  Gieorgij Malenkow i Andriej Żdanow. Ten ostatni wygłosił z pomocą sałaty słownej nie mającej niczego wspólnego z ludzkim językiem dęte, wybalonowane, wytragizowane, wykrzyczane przemówienie programowe.

                 Ludzie, znający skądinąd Żdanowa i słuchając go teraz, w Szklarskiej Porębie chyba zastanawiali się czy Bóg obdarował go mową tylko po to, aby mógł ukrywać swoje myśli. Przecież ten funkcjonariusz Stalina był na tyle inteligentny, że nie mógł uwierzyć w to, co mówił. Ale mówił, mówił, mówił. Jakby Żdanow nie znał tureckiego przysłowia, że lepiej posłuchać sto razy, pomyśleć tysiąc razy, a powiedzieć tylko raz.

                 Była to typowa lekcja martwego języka. Mimo to gospodarze i inni uczestnicy narady w czasie spiczu Żdanowa, przygniecieni ciężarem pustych słów wciskali się panicznie w najciemniejsze kąty niczym koty do piwnicy. Przy każdym okrzyku wysłannika Stalina oczy słuchaczy rozjeżdżały się na boki jak łyżwy i już do siebie nie wracały. Czaił się w ich strach.

                 Żdanow, człowiek inteligentny inaczej, starał się swoim wystąpieniem wytworzyć odpowiedni nastrój. Ale nastrojowości w tym spiczu było mniej niż w desce do prasowania. Słowa stalinisty brzmiały jak halny wicher na cmentarzysku w Dolinie Szczęścia. Z tej doliny, broniącego dostępu do Wysokiego Grzbietu Gór Izerskich rozciągał się niesamowity widok na panoramę Karkonoszy. W wyniku narady powołano Biuro Informacyjne zwane też Kominformem. Dla świata oznaczało to początek zimnej wojny. Potem było już tylko gorzej i gorzej.

                 To wówczas pewien nadgorliwy aptekarz udekorował wystawę portretami Malenkowa i Żdanowa. Biedak zapomniał, że nadgorliwość szkodzi i, że wcześniej na witrynie umieścił napis: „świeże pijawki” (pijawki do upuszczania krwi sprzedawano w aptekach – przyp. H.P.). Aptekarza zwinięto. Nikt nigdy już go w Szklarskiej Porębie nie widział.

                 Miejsce na naradę było dobre. Blisko Wiednia, Berlina i Pragi. W niedotkniętej działaniami wojennymi Szklarskiej Porębie były dwa olbrzymie gmachy przeznaczone do wypoczynku osób związanych z MON. Jeden pod Szrenicą, a drugi w cieniu Wysokiego Kamienia. Były też trzy ohydne gmaszyska podległe MBP, a następnie MSW. Dwa w Dolinie Krasnoludków i jeden w Górach Izerskich. Niedaleko, bo w pobliżu Leśnej usytuowano w zamku Czocha, enklawę dla prominentów resortu obrony narodowej i nie tylko, a w pobliskim Barcinku czaiło się sanatorium nie sanatorium, szpital nie szpital dla biednych umysłów w ciężkim stanie. W tej placówce leczono i przerabiano nadwyrężone mózgi funkcjonariuszy tajnych służb w sprawne narzędzia przydane w różnych kombinacjach operacyjnych. Czasami trafiali tam politycy z którymi nie wiedziano co począć, a których nie chciano anihilować.

                 Zbiry Werwolfu, dla których wojna się jeszcze nie skończyła i nadal grasowali po Dolnych Śląsku zwęszyły swoją szansa zorganizowania akcji na wielką skalę. Taka wojna w świecie logiki jest absurdem. Ale czy żyjemy w świecie logiki? Więc werwoltowcy postanowiono zatruć ujęcie wody dostarczanej do budynków w Dolinie Krasnoludków. Mieszkała tam większość uczestników narady. Obrady odbywały się w budynku głównym przypominający remizę strażacką skrzyżowaną z meczetem. Werwolftowcy zaplanowali wszystko staranie. To były nieprzeciętne zbiry. Aby ich scharakteryzować sparafrazuję książkę Dana Raviva i Yossiego Melmana A każdy szpieg to książę. Pełna historia wywiadu izraelskiego: Zlikwidowanie kogoś przychodziło im łatwiej niż mafii w Nowym Jorku. Wszędzie gdzie się pokazali zaprowadzali okrutne prawo dżungli. Pod każdą szerokością geograficzną rozgrywały się za ich sprawą sceny, które w powszechnym odczuciu są w najwyższym stopniu szokujące – mordy, akcje terrorystyczne i odwetowe. Życie ludzkie nie miało dla nich żadnego znaczenia. Było po prostu tanie.     

                 Sprawę zamachu storpedował czysty przypadek. Oto człowiek, który miał ukraść arszenik z huty szkła kryształowego został zastrzelony przez strażnika. Złodziej uwiódł kiedyś strażnikowi żonę. I rogacz się zemścił. Strzał strażnika ugrobił nie tylko przyprawiacza rogów, ale pogrzebał także plany Werwolfu. Sprawa zamachu spaliła na panewce. Z okazji narady szklarskoporębiańskiej Stalin zawiesił solidną kulę u nóg europejskich partii komunistycznych i robotniczych. Mocno podpadł także Władysław Gomułka, na którego oko miał już Józef Światło, ksywa „Kogut”, wykonujący polecenia Bieruta. Rozmawiałem z wieloma uczestnikami gier rozgrywanych na terenie Sudetów. Nieraz długo czekałem, aż byli oficerowie zapomną o tym, że stracili pamięć. Oni nieraz pamiętali rzeczy, które w sprawozdaniach mogły się nigdy nie zdarzyć, nie być uwzględnione, ale w miarę, gdy je sobie przypominali, zdarzały się. To były prawdziwe wojny – przekonywali. – Na szczęście Bóg zawsze stał po stronie silniejszy batalionów, czyli nas.

                 Nigdy nie potrafiłem zrozumieć rządzących polityków i ich pomocników, nie tylko mundurowych, arbitralnie narzucających swoją wolę innym. Ba, ale ja niekoniecznie nawet spełniłem polecenie Sokratesa, aby poznać samego siebie. Wykonanie rekomendacji filozofa greckiego było dla mnie trudniejsze niż zrozumienie wszystkich innych ludzi, więc pocieszam się myślą Oskara Wilde’a, że tylko płytcy ludzie znają siebie. Nie wiem tedy dlaczego w zapiskach wykonanych z tej okazji umieściłem cytat z Emila Ciorana: „W wojnie trojańskiej tyle samo wrogów jest po jednej co po drugiej stronie. Oto Słuszna wizja, do której ludzie nowocześni nie są zdolni, bo pragną, by <racja> była po jednej tylko stronie. Homer był o niebo bardziej obiektywny”. A cóż może być bardziej piękniejszego niż niebo homerowskie? Czy Cioran ma rację? Może ma, a może nie ma. Pamięć o przeszłości. Wielka przepaść. Coś tam majaczy na dnie. Jakiej drobiny – zastanawiał się niegdyś Kapuściński składając kongenialne książki. – Jakieś punkty. Drgania. Gdzieniegdzie. Zniekształcone. Zamazane. Nieczytelne.

                 Chcę to wszystko wyciągnąć z moich interlokutorów.    Z okazji narady w Szklarskiej Porębie pełnym lizusostwem wykazali się „Luna” Bristygierowa i „Jurodiwy”. Bristygerowa obstawiała Żdanowa, a Światło Malenkowa.

                 Adam Humer opowiedział mi taką anegdotkę: Oto po powrocie ze Szklarskiej Poręby „Luna” pierwsze kroki skierowała do gabinetu w gmachu przy ulicy Koszykowej. Potem udała się do tajnej willi pomieszczonej w rejonie Saskiej Kępy. Weszła do swojego gabinetu i zauważyła Światłe podejrzanie kręcącego w pobliżu sejfu z tajnymi materiałami dotyczącymi przygotowania do popularyzacji ustaleń narady w Szklarskiej Porębie. 

                 – Co tu, pułkowniku, robicie? – zapytała wkurzona.

                 – Czekam na autobus, kochana! – odpowiedział Światło.

                 – Ach tak, to w porządku – powiedziała „Luna” wychodząc.

                 Ale na korytarzu pomyślała: jakiż u diabła może być autobus w mojej willi? Zawróciła. Ostrożnie zajrzała do gabinetu. Światły nie było.

                 Pewnie już odjechał – pomyślała.

         ***

         Rano skończyłem bój z Sejfami Bierut & Bermana i … będącą rozprawą z ancien tegime polskiego stalinizmu. Tak jak wszystkie poprzednie pozycje mogłem ją napisać lepiej, ale nie zdołałem. Mimo przeczytania wielu prac i książek, mimo przeprowadzenia setek rozmów z najrozmaitszymi osobami na temat Bieruta ciągle mi czegoś w sylwetce byłego prezydenta brakowało. Czegoś, co jest w jego obrazie w sposób najbardziej zasadniczy niewytłumaczalne. Być może, aby zrozumieć zagadkę Bieruta należałoby zdefiniować naturę zła i psychopatii boć i u nas osobników z takimi cechami nie sieją. Rodzą się sami, jak robactwo.

         Próby przedstawienia byłego prezydenta, ale i dzisiejszego Putina jako szaleńca, psychopaty i zboczeńca są podświadomym zabiegiem zdystansowania się od tego typu postaci, niemożnością przyznania, że zło, jakie ucieleśniał Bolesław Bierut, a obecnie Putin może tkwić w każdym z nas, tyle, że w różnym stopniu i natężeniu. Zło jest bowiem, zwykle ukrytą i tłumioną, częścią natury ludzkiej. Więc tu jeszcze Zygmunt Krasiński piszący do Adama Sołtana: „Że kiepsko na tym świecie, to nie sekret, im więcej dni przeżywam, tym smutniej mi się robi, tym wszystko bardzie pośmiewiskiem mi się zdaje. Co napotkam szlachetnych i dzielnych, to byli zawsze w opuszczeniu, w braku nadziei i wszelakiej słodyczy. Widziałem dużo błaznów szczęśliwych, dużo łajdaków potężnych i przekonałem się, że ten tylko może na tej ziemi spokojne mieć serce, kto taki podły, że przystaje na zło, lub taki głupi i niedołężny, że złego nie czuje. Addio”.

         Stalinizm Polski skończył się melancholijną katastrofą. Państwo przypominało merlina złowionego przez starego rybaka z utworu Ernesta Hemingwaya. Przypomnijmy fragment zakończeni Starego człowieka i morze: „Tego dnia na tarasie siedziała grupka turystów, Jedna z kobiet, patrząc na wodę, zobaczyła między pustymi puszkami po piwie i martwymi barakudami długi biały szkielet zakończony ogromnym ogonem, który dźwigał się i kołysał na falach przypływu, gdy wschodni wiatr wzdymał ciężkie morze za wejściem do przystani.

         – Co to takiego? – zapytała kelnera wskazując długi szkielet wielkiej ryby, który był teraz już tylko odpadkiem, czekającym, by zabrał go odpływ.

         – Tiburon – odpowiedział kelner. To rekin… – Zamierzał wyjaśnić, co się zdarzyło.

         – Nie wiedziałam, że rekiny mają takie śliczne ukształtowane ogony.

         – Ja też nie wiedziałam – rzekł jej towarzysz”.

         Czy Kraj Pieroga i Zalewajki, po wypaleniu się „dobrej zmiany” będzie wyglądał tak, jak szkielet marlina przyholowany do przestani praz starego rybaka? Czy tłuste koty ogryzą Polskę? Przecież to jasne – gdy w państwie wije gniazdo prywata i głupota to nadciąga narodowa tragedia. Jednak ta druga cecha – głupota jest gorsza od prywaty. Nawet najbiedniejszy kraj może wytrzymać złodziejstwo, ale najbogatszy nie przetrzyma głupoty.

         Po przeczytaniu maszynopisu Sejfów Bieruta & Bermana i…, mój komiliton sudecki, Adam Solarz, zarzucając mi nadmiernie rozbudowane ego powiedział: „Henryk! Gdyby twój wzrost był tak wielki jak twoje ego, mógłbyś na kolanach Sidolem Księżyc czyścić”.   Wydawca, Andrzej Zasieczny wściekał się, że książka jest za grubaśna!!! Jednocześnie zarzuca, że czegoś nie dopisałem, czegoś nie wyjaśniłem, coś prześlepiłem, a Bieruta, Gomułkę i Bermana oraz ich akolitów potraktowałem zbyt łagodnie. Natomiast mój niegdysiejszy efemeryczny przełożony, ale przyjaciel do dziś, pułkownik Ryszard Bartoszewicz, któremu jak widać cniło się w Leśnej oznajmił mi krótko, po żołniersku, bo Rysiek, oprócz tego, że pochłania sto książek na miesiąc jest przede wszystkim dożywotnim żołnierzem Wojsk Ochrony Pogranicza. Bartoszewicz powiedział: „Henryk! Znowu odleciałeś! Miałeś szanse zostać czasopisem WOP. Ale nie zostałeś. Odfrunąłeś od tematu na którym się znasz”. Cała trójka, całe szczęście, że tylko telefonicznie, znęca się nad moją niepoprawnością językową nagminnie łamiącą zasady puryzmu językowego. To w tym miejscu anegdota starego Żyda z Podkarpacia, sąsiada Władysława Gomułki, który zawsze miał 500 procent racji, nawet gdy odpoczywał w obiekcie „Spacer” w Miedzeszynie: Jeżeli dwóch kłóci się, a jeden ma rzetelnych 55 procent racji, to bardzo dobrze i nie ma co się szarpać. A kto ma 60 procent racji? To ślicznie, to wielkie szczęście i niech Panu Bogu dziękuje! A co by powiedzieć o 75 procent racji? Mądrzy ludzie powiadają, że to bardzo podejrzane. No, a co o 100 procent? Taki, co mówi, że ma 100 procent racji, to paskudny gwałtownik, straszny rabuśnik, największy łajdak

         Nie wykluczam, że Solarz i Zasieczny oraz Bartoszewicz mają rację. Oni zawsze mają po sto procent racji. Ale mój gen przekory każe mi w moich przyjaciół walnąć cytatem z Michała Sambora, przytaczanym już pół wieku temu przez M. Wańkowicza w jego Karafce… Puryzm oświecony – pisze Sambor – nie uznaje żadnego absolutu czystości czy poprawności językowej. Poprawność językowa jest niczym więcej tylko konwencją, a konwencje są po to, by pisarz miał co łamać. Są one tymi skostniałymi, które Beksonowski „elan” twórczy zmiata. Ale – i tu sedno rzeczy – im ściślejsze są te konwencje , tym większego trzeba rozpędu , by je owocnie łamać, im większy stawiają opór, tym większe zwycięstwo w ich łamaniu. Powiedziałem przyjaciołom, że szanuję ich zdanie, ale pozostanę przy swoim zdaniu, nie zmienię się, bo lituję się nad sobą, bo jest nad czym. Więc co z „Wiesławem”? Kim był Władysław Gomułka? Chciałem to opowiedzieć w następnej, 90.  Już książce zatytułowanej Tłuste koty i…

         Sejfy zamknąłem ale nadal zastanawiam się jakby tu odlotowo i finezyjnie zażyć z mańki kunsztownie nieposzlakowanych „Tomasza”, „Jakuba” i „Wiesława”. Jakby ich oszkapić, wystawić ich tyłem do wiatru adekwatnie do ich niepodważalnych zasług dla zmajdrowania z Kraju Piroga i Zalewajki socraju. W zapale medytacyjnym na gwałt dopadł mnie głos „Ojca Ojczyzny”. Gos spadł na mnie tak jak cegła na głowę Adama Solarza w Wangu – drewnianym koście w dawnych Bierutowicach. Adaś pozbierał się szybko w sanatorium w Cieplicach. Ma tam towarzystwo i je rurki… Nie, nie z kremem, jeno z kabanosami. Ja, niestety, nie mogłem. Nie miałem towarzystwa, ani rurek, ani kabanosów.

         Lekarz kwalifikujący pacjentów do sanatoryjnych ekscesów powiedział, że może mnie skierować, owszem, ale do prosektorium. Jestem bowiem beznadziejnym przypadkiem degradacji fizycznej, a po przeczytaniu manuskryptu Sejfów również umysłowej. Co miałem robić? Zająłem się głosem, który pacnął mnie w łepetynę. Azali glos „Ojca Ojczyzny” to nie jakaś tam wypowiedź hetki-pętelki, a glos tęgiego, mamuciego, gargantuicznie niebosiężnego męża, drugiego, obok Donalda Tuska męża stanu, stanu powojnia polskiego.          Głos „OO” perorującego o tłustych kotach przepojony był okrutnym patriotyzmem i obłędną sympatią do towarzyszy z własnej kliki. Ział takoż empatią i szaloną, nieludzką, infernalną miłością do Innego. Ten glos uśpił mnie do imentu.          Więc onirycznie przyśnił mi się Król Lew i jego hieny. Tak byłem zafascynowany Lwią Ziemią, że popieprzyło mi się to z dziejami Kraju Pieroga i Zalewajki. Nie jest wykluczone, że trwałbym w takim strasznym stania do dziś, gdybym nie zderzy się z wypowiedzą Susan Sontag dotyczącą snu. Rozumiem, dlaczego większość ludzi – pisze Sontag w Dobroczyńcy – przypisuje nikle znaczenie swoim snom. Są dla nich zbyt lekkie, a ludzie na ogół utożsamiają się z tym, co ma ciężar. Łzy są poważne; można je zbierać w słoiku. Ale sen, podobnie jak uśmiech, to czyste powietrze. Sny i uśmiechy prędko przemijają. Cóż jednak, jeżeli twarz przeminie, a przetrwa uśmiech? No dobrze. Gos „Ojca Ojczyzny” głosem „Ojca Ojczyzny”, a co z Zasiecznym? I tak źle i tak niedobrze. Nie znam wszystkich faktów dotyczących polskiego stalinizmu. Nie wiem wszystkiego. Stalina nigdy nie wiedziałem.     A kto nie zna faktów nie może znać prawdy. Więc w Sejfach B. Bieruta & J. Bermana i… napisałem tylko to, co wiedziałem. Jednak w Tłustych Kotach i… napiszę więcej. Koty i Lwia Ziemia, która do złudzenia przypomina mi moją kochaną ojczyznę – Kraj Pieroga i Zalewajki są bowiem moim żywiołem.

         Po skończeniu osiemdziesięciu lat nie oglądam już i nie słucham polityków, bo staram się żyć zdrowo.         Tylko niekiedy czytuję piękne i smutne listy byłych skazańców. To listy pachnące krwią. I wówczas szlag mnie trafia na Bieruta, Bermana, Gomułkę et consortes. I obawiam się aby czas i niepamięć nie zaćmiły ich dokonań.          Nie mogę wykluczyć, że któryś z polityków, wysferzywszy się ponad swoją klasę może mieć chrapkę wskrzesić rządy barbarii… I natychmiast osmętnica, czająca się w zaroślach ogrodu wychynęła z ukrycia. Po piorunochronie gramoli się do mojej dziupli ślepiąc się w jaki sposób majdruję epilog do Sejfów Bieruta i Bermana.

         Ta demonica słowiańska, jawiąca się w postaci białego widma niczym Biała Dama z zamku Czocha stanowi personifikację stanu chorobliwego zadumania i utęsknienia. To moja chandrowata, melancholijna, chmurna smętnica, którą zdążyłem polubić, żyjąca nieutulonym żalem, skazana bez ratunku na nicość, marząca żeby zostać na świecie choćby jego cieniem, chodzi przez łąki i moczary, po trzęsawiskach i rozłogach, po zapomnianych dawno drogach michałowickich… Chodzi po polach, smutek wieje, a teraz wściubia się do mnie… Nagle komputera błysk. Adam Solarz przysłał fragment Pamiętnika cesarzowej Katarzyny II jej własną ręką spisane.  To ociupka książki pod tym samym tytułem. Carycę, owszem, znam, ale nie rosyjską, a naszą, rodzimą, poselską. Więc byłem ciekawy cóż tak zauroczyło Towarzysza Druha. Zawołania „towarzysz” używam tu w zrozumieniu rycerskim, obecnym jeszcze w średniowieczu, a nie w wersji zwulgaryzowanej przez ZPP i partię przewodnią. Towarzysz Druh, słusznie domniemając, że z moim pomyślunkiem bywa rożnie, boć mój zasób słów jest równie ubogi jak u antyszczepionkowców, wykłada „kawę na ławę” wyjaśniając: „Biedzisz się bazgraczu grafomański nad epilogiem, a na półce masz pamiętnik carycy, książki z której twój przyjaciel, acz bandyta – jak sam piszesz – Władimir Władimirowicz Putin czerpie wzór w jaki sposób postępować z Krajem Pieroga i Zalewajki. Jeżeli wkluczysz ten kawałek do epilogu swojej nieszczęsnej książki moje szczęście będzie wielkie, a ty uratujesz swoją dupę”. Ha! Putin! Ha! Wladimir Wladimirowicz! Im bardzie odżegnuję się on od granicy polsko-białoruskiej tym bardziej tam jest. Spełniam polecenie Towarzysza Druha. Wkluczam. „Istnieją rożne narody, a raczej rożne narody mają różnego ducha. Jedne można podbić i przesiedlić w celu zagarnięcia ich ziem, a świat nie podniesie wrzasku – to Male narody, plemiona. A innych można uczynić małym wysiłkiem niewolników i będą chętnie lizali rękę Pana – to narody podlej duszy, od kolebki niegodne samostanowienia, w wielkich obszarach Azji roztopią się bez śladu. Z trzecimi wreszcie nie można zrobić, ani tego, ani tego, przynajmniej nie od razu – to Polacy. Nie można zaanektować ich państwa, bo trzeba byłoby dzielić się z Prusami, Austrią, Turcją i Bóg wie jeszcze z kim; narzuca to europejska równowaga sił. Po drugie nie można tego zrobić od ręki, gdyż są to znakomici żołnierze, a cały naród gdy otwarcie zagrożony, przypomina wściekłego wilka w nagonce. Zbyt dużo by to kosztowało, należy więc zdemoralizować ich do szpiku kości. Trzeba… rozłożyć ten naród od wewnątrz, zabić jego moralność… Jeśli nie da się zeń uczynić trupa, należy przynajmniej sprawić, żeby był jako chory ropiejący i gnijący w łożu… Trzeba mu wszczepić zarazę, wywołać dziedziczny trąd, wieczną anarchię i niezgodę… Trzeba nauczyć brata donoszenia na brata, a syna skakania do gardła ojcu. Trzeba ich skłócać tak, aby się podzielili i szarpali, zawsze gdzieś szukając arbitra. Trzeba ogłupić i zdeprawować, zniszczyć ducha, doprowadzić do tego, by przestali wierzyć w cokolwiek oprócz mamony i pajdy chleba. Będą oni walczyć długo, bardzo długo, nasze prochy przepadną, ale przyjdzie czas gdy sami sprzedadzą swój kraj, sprzedadzą go jak najgorszą dziwkę. My rozpoczniemy ten proces Panin! Korupcja „milczących psów”, którzy będą nimi rządzić. Bogactwem i głodem, które biednych podjudzą przeciw możnym, tych drugich zaś napełnią takim strachem i podłością, że uczynią wszystko dla zachowania swojego bogactwa. Zepsujemy ich kultem prywaty, złodziejstwa, rozpusty, wszelaką demoralizacją i wiodącym ku niej alkoholem. Stworzymy tam nową oligarchę, która będzie okradać własny naród nie tylko z godności i siły, leczo prostu ze wszystkiego, głosząc przy tym, że wszystko co czyni, czyni dla dobra ojczyzny i obywateli. Niższe szczeble tych krwiopijców będą uzależnione od wyższych w nierozerwalnej strukturze formalnej i nieformalnej piramidy. Trzeba będzie starać się, by w piramidę wpasowany był każdy zdolny i inteligentny człowiek, by ze chciwiał w niej i spodlał. Niedopasowanych szaleńców, nieuleczalnych fanatyków, nałogowych wichrzycieli i każdą inną wartościową jednostkę wyeliminujemy operacyjnie. Zadanie to jest wielkie Panin, lecz i efekty będą wielkie. Polska zniknie w samych Polakach! Wtedy właśnie, gdy będzie wydawało się im, że mają wolność. Ale ja tego nie doczekam Panin, zaczniemy jednak ten proces”.

         W kluczyłem i przesłałem Solarzowi dziesiątą, rozszerzoną wersję maszynopisu z takim komentarzem: A ty, Adamie, nic nie widzisz? Nie widzisz, Towarzyszu Druhu, że cała książka Sejfy Bieruta & Bermana i… jest nie o sejfach Bieruta & Bermana, bo to tylko pretekst. Ta 89 moja książka jest łopatologiczną antycypacją tego, co Kraj Pieroga i Zalewajki może czekać jeżeli się nie obudzimy, a o czym od XVIII wieku wieszczyła caryca?      Napisałem Sejfy… bo wierzę Isaiahowi Berlinowi, że niewiele jest rzeczy, które wyrządziły światu tyle szkód, co przekonania różnych jednostek czy grup (plemion, państw, narodów lub kościołów), że tylko oni lub one są wyłącznymi posiadaczami prawdy – zwłaszcza jeżeli chodzi o to, jak żyć, czym być lub co robić – i że ci, którzy się różnią, nie tyko błądzą, ale są dzikusami roznoszącymi różne zarazki, lub szaleńcami, zoofiliami współżyjącymi z krowami, terrorystami, toteż trzeba ich skować lub unicestwić. Jest to straszliwą i niebezpieczną arogancją, że tylko oni mają rację, że posiadają magiczne oko, którym widzą prawdę, i że inni, jeżeli są odmiennego zdania, nie mają i nie mogą mieć racji. I dalej, wymądrzając się niemożebnie moralizowałem, że zgadzam się z tym, co napisał Gladstone, że nie można walczyć przyszłością i że historia uczy – a powiedział to jakiś inny mędrzec –  iż historia niczego nie uczy. Ja jednak uważam, z przeszłości można się nauczyć unikania beznadziei i tego, o czym mówił C. G. Jung, że człowiek przyzwyczaja się do wszystkiego, jeżeli tylko osiągnie właściwy stopień uległości. Ale z drugiej strony, a zauważył to już Ryszard Kapuściński, historia coraz częściej i z coraz bardziej nieubłaganą bezwzględnością wyrzuca wszystko na śmietnik. Wedle mojego gustu społeczeństwo Kraju Pieroga i Zalewajki jest już bardzo blisko tego o czym mówi Jung. To zupełnie możliwe, że nasze dzieje, majdrowane obecnie przez „dobrą zmianę” wylądują na pieprzniku dziejów i trzeba będzie historie napisać na nowo. Wierzę Jungowi Historia jest strukturą dynamiczną złożoną z sensów i nonsensów.

         W miarę upływu lat czuję się coraz bardziej nawarstwioną przeszłością. Ale nadal nie mogę przekroczyć własnego cienia. Żyję w Michałowicach. To dobra gmina. Sadzą tu duże drzew. Więcej niż wycinają. Drzewa dają spokój. Ratują przed jazgotem świata. To ostatni przyjaciele, obrońcy człowieka. Chodzę wolno. Ostrożnie. Jakbym się obawiał, że chwilę wejdę na minę albo, co gorsze, na polityka. Spoglądam w niebo. Niebo takie niebieskie jak szafir. I nagła myśl. Wspominam polityka, którego niegdyś spotkałam. Był lejtnantem. Chyba mądrym. Takie odniosłem wrażenie. Opisałem to w książce Kim jest Putin? A teraz niegdysiejszy lejtnant jest wściekłym prezydentem, bandytą i ludojadem. Chce zamienić światu niebieską barwę nieba na kolor czerwony.

         Niekiedy spotykam michałowiczan. Czasami z pieskami i dziećmi. Dużo u nas piesków. Te pieski jakiej takie wspaniale zdziecinniałe. Więc co mi pozostało?  Szykować się do ewakuacji. Pewnie wyląduję w czarnej dziurze. Może w czarnej dziurze jest niebo? Może piekło? Może nicość? Tak, pewnie nicość. Nie było mnie przed 4 grudnia 1939 roku. Nie będzie mnie po 202… roku. Zastanawiam się też, bo kretyńskie myśli coraz częściej nawiedzając mój rzeszotowiejący mózg, co po mnie zostanie. Chyba jednak nicość… Uspokojony tym, że moje grzechy, ale także moje dobre uczynki okryje czas i niepamięć uwierzyłem, że Voltaire miał rację. Odejdę z tego równie głupiego świata jak ten, jaki zastałem przy urodzeniu, więc tak, na wszelki wypadek, aby nie kłopotać grzebiących, wybrałem dla siebie epitafium. Sparafrazowałem moją ulubioną poetkę Wisławę Szymborską. Tu leży ancymonek michałowicki. To drapichrust taki a taki. Dał się gminie okrutnie we znaki. Zmarł bardzo późno, ale lepiej już późno niż wcale. No to in saecula saeculorm amen.

         Myśląc, że skończyłem Sejfy…, których, oczywiście, nie skończyłem. Włączyłem TVP info aby obejrzeć najnowsze informacje z kraju i ze świata, „dobre czy złe, ale zawsze fałszywe”. Po sekundzie przeszedłem na tzw. wolne media. Wolne od czego? Wolne „do” i wolne „od”. Więc pomyślałem, że we współczesnym świecie medialnym nastąpiła całkowita dewaluacja dat, nazwisk, danych, relacji, faktów.       W narastającym i gęstniejącym potoku informacji wszystko się zaciera, traci znaczenie, wypada z pamięci. I wówczas, towarzysz Druh, Adam Solarz, dźgnie mnie po oczach mailem, zawierającym oczko słów: „Dziadersie Drogi! Powiedz zuchom broniącym granicy Polski z Białorusią co sądzisz o stosowaniu metody push-back. Pozdrawia cię serdecznie Wielka Niedźwiedzica orlańska”. Winnetou powiedziałby, że to metoda haniebna. Ja także tak uważam. I dodam, specjalnie dla żołnierzy i strażników granicznych: Po 38 latach noszenia munduru żołnierskiego nie mieszczą mi się w głowie podobne zachowania. Honor żołnierski zobowiązuje. Nie warto nim frymarczyć. Honor jest jak drugie nazwisko człowieka. Jak widać, podeptać go nie jest trudno. Niektórym z was, słusznie broniących naszej granicy, to się, niestety, udaję… Ale, rozumiem, w Kraju Pieroga i Zalewajki za dużo wydaję się praw ograniczający społeczeństwo, a za mało daje się przykładów. Więc pomyślcie: Co będzie jak zmieni się władza? Jak przyjdą ludzie przestrzegający prawa i konwencji? A to się stanie tak, jak po nocy nastaje świt. Co wówczas będzie z wami? Tłuste koty się obronią. Ale wy…? Sytuacja robi się niebezpieczna. Nad granicę polsko-białoruską ściąga coraz więcej zbrojnych. Nie, nie wierzę aby duet kanibali Putin & Łukaszenko dążył do otwartego konfliktu, wystarczy im Ukraina, ale… Wystarczy by z jednej czy drugiej strony padł pojedynczy strzał.Droga strona odpowie serią z kałasznikowa. Z przeciwnej zagra ręczny karabin maszynowy. Rywale uruchomią wielokalibrowy karabin maszynowy. I pójdzie w ruch wszystko to, co amie mają najlepszego… I nowy Donbas gotowy!

         Drodzy Czytelnicy blogu, pozwólcie mi tu na kilka słów osobistych refleksji skierowanych do tych, co z narażaniem życia bronią granicy. Tak, tych, co bronią granicy serdecznie pozdrawiam, Życzę wam wszystkiego najlepszego. Przede wszystkim spokojnej służby. Obawiam się jednak, że to życzenie na zaś. Dopóki bowiem Białorusią będzie trząsł duet kanibali spokoju na granicy nie będziecie mieli… Ale, na miłość Boską, nie strasznie ziomali, że nie dacie rady. Dacie! Spokojnie. Nie straszcie kobiet i mężczyzn, że grozi im zagłada. To nieprawda. Społeczeństwo nie ma powodu aby się bać. Pora zrozumieć, że sytuacja nad granicą z Białorusią jest podsycana nie tylko przez stronę białoruską, ale także przez naszych przywódców, ludzi „Bez serc. Bez ducha”, którym chodzi o nic innego, jak tylko o słupki poparcia.  Oni dobrze wiedzą, że zastrachany człowiek uwierzy we wszystko, co mówi władza. Ale kanibale nie są nieśmiertelni! Historia przełomu wieków pokazuję, że dyktatorzy żyją krócej niż inni ludzie. Świadczy o tym przykłady Hitlera, Ceausescu, Saddama czy Husajna. Natomiast dla tych, którzy zaaplikowani wam nakaz postępowania wedle nieludzkiej metody push-back i dla tych, którzy ją bezmyślnie wykonują też mam życzenia. Nie, nie życzę im abyście stawali przed sądem. Nie życzę im paskudnego hejtu, który im się słusznie należy. Życzę im jedynie, aby odzyskali rozum i aby w każdą noc poprzedzającą Dzień Dziecka i Mikołaja śniły im się Dzieci z Michałowa. I tu przypowieść Jeremiasza: „A chodząc za marnością, marnymi się stali”.

         Niedawno spoglądnąłem na zapiski w kalendarzu stuletnim. Był 4 grudnia 2021 roku. Skończyłem 82 lata. Zachwycają mnie reformy służby zdrowia, edukacji, finansów i sprawiedliwości oraz ciurkiem się lejące zmiany dotyczące naszej przeszłości. Dzięki „dobrej zmianie” i Polskiemu Ładowi mogłem precyzyjnie wynotować: tomografia komputerowa mózgu – koniec 2022 roku; koronarografia – 3 lata; spotkanie z okulistą – 4 lata, z onkologiem – 5 lat, a operacja biodra będzie możliwa za lat siedem. Poprosiłem w rejestracji o gwarancję na piśmie, że dożyję 2027 roku. Gwarancji nie dostałem. Oświadczono mi, że muszę wierzyć na słowo ministrowi zdrowia.

         Ech! Jak Boga kocham! Chce się żyć! Da mi to możliwość, przynajmniej dwukrotnego wzięcia udziału w glosowaniu do parlamentu. I wezmę udział. I będę głosował. Oczywiście, na „dobrą zmianę” i Polski Ład. Jak bonie Dydy, tak zrobię.

         Bóg się wprawdzie do mnie nie odezwał. Podobnie jak minister zdrowia. Za to czytelnicy pytają jak sobie wyobrażam najbliższą przyszłość? Co mam odpowiedzieć? Skoro nie mogę sobie nawet wyobrazić jak za kilka lat będzie wyglądała nasza przeszłość.

         Nadchodzi noc. Zaglądam do Immanuela Kanta: „Dwie rzeczy napełniają umysł coraz to nowym wzmagającym się podziwem i czcią, im częściej i trwalej się nad nimi zastanawiam: niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie”. Interpretuję słowa filozofa wedle recepty Leszka Kołakowskiego. Prawo moralne we mnie tak samo nie zostało przeze mnie stworzone, jak niebo gwiaździste nade mną, że jedno jak i drugie jest gotowe już, gdy ja na świat przychodzę. Tak samo nie mogę zmienić prawa moralnego, które jest we mnie, jak gwiazd i galaktyk, a nawet Wielką Niedźwiedzicę, którą widzę.  Czy więc mogę prawo moralne odrzucić? Mogę, ale unieważnić go nie mogę, ono jest bez względu na to, czy mi się to podoba i czy wiem o nim. Mogę go jednak gwałcić, a nie mogę gwałcić kosmosu. Metoda push-back na pewno gwałci prawo moralne. Tak, zło stosowania tej metody polega na tym, że zachwianiu ulegają zasady moralne: zło przestaje być złem, a dobro – dobrem. I to zarówno u rozkazodawców jak i u wykonawców.

         O północy wychodzę do ogrodu aby napawać się życiem we współczesnej pospolitości. Przez jarmarczną gwiazdopatrznie szukam na niebie Wielkiego Wozu. Znalazłem. Wóz przydzwonił mi dyszlem w ponad osiemdziesięciodwuletni czerep tak fikuśnie, że zrozumiałem „komu bije dzwon” i kto się kryje pod kryptonimem „Orzel Bialy”. Zrozumiałem, że współczesność to relatywizm postmodernistyczny. To także dramaturgia współczesnej egzystencji, i za Schopenhauerem powtarzam, że swoje życie mogę ująć jako niepotrzebny epizod zakłócający błogi spokój nicości. I tak doszedłem do wniosku, że cokolwiek bym sądził na temat przeszłości i dnia dzisiejszego, muszę być przygotowany na zmianę swych poglądów już jutro.  A mimo to jestem szczęśliwy. Co mnie uszczęśliwia? Trzy słowa wnuczek do mnie skierowane: „Dziadku! Kochamy cię”. A wówczas wszystkie barwy, kształty, smaki i dźwięki życia są do mojej dyspozycji.

         Chciałem na powyższym akapicie skończyć Sejfy, gdy otrzymałem list z prośbą abym go ogłosił w książce. Była to parafraza, niegdyś znanego każdemu dziecku Polskiemu wiersza Władysława Bełzy. List był krótki, szesnastosłowny, ale podpisany: Kto ty jesteś? Polak wspaniały. Jaki znak twój?„Orzeł Biały”. i postscriptum: Jestem z Wami. Pegasus.

                Książka Tajne sejfy B. Bieruta i J. Bermana. Urok dobrej zmiany i czar „Polskiego Ładu” ukaże się pod koniec marca 2022 r. nakładem Wydawnictwa CB; nr telefonu: 510-210-234

 

 

Służby specjalne!

W kraju Pieroga i Zalewajki od powojnia afera goni aferę. Dziś są to afery nawet większe niż wczoraj. W wielu sferach, przekrętach, skandalach, szwindlach, oszustwach, szalbierstwach, machlojkach czy przekrętach biorą udział funkcjonariusze służb specjalnych.

         Jeżeli państwo ma funkcjonować normalnie reforma służb wydaje się być koniecznością.

         Charles Bukowski pisał: „Człowieku, jeśli chce pan mieszać łapą w nocniku pełnym gówna i udawać, że tak pachną bzy, to rób se pan to sam! Ja jestem zbyt zmęczony i nie mam na to ochoty”.

         Biorąc serio Bukowskiego zastanawiam się, czy Grupa Trzymająca Władzę [GTW] zechce potraktować poważnie sprawę służb specjalnych i przeprowadzi zapowiadaną od lat gruntowną reorganizację struktur odpowiedzialnych za bezpieczeństwo państwa.  Gdyby taka wola polityczna była, służby specjalne czekałaby prawdziwa rewolucja.

         Wsłuchując się jednak w doniesienia medialne, w których politycy, zapewniając o dobrych chęciach wykazują zwykłą przy omawianiu tego tematu agnorancję [ignorancja & arogancja] mam co do tego poważne wątpliwości.

         Może więc być tak, że wieszcząc o dobrych chęciach, zrobią jak zawsze i wyjdzie jak zwykle. Przecież dotychczasowe reformy służb przypominają zapchaną toaletę: spuszczamy i spuszczamy, a gówno i tak wypływa.

         Od tysiąca lat, w każdej książce, w każdym tekście przygotowanym do druku staram się przekonać decydentów o konieczności zrobienia generalnego porządku ze służbami specjalnymi.

         Dlaczego?

         Bo służby specjalne igrają naszym losem pod pretekstem, że nas chronią. Gdy wywiady się rozrastają, kurczą się zarazem swobody obywatelskie.

         Tymczasem władcy rządzący polską od czasów Peerelu udając, że reformują służby kupują im coraz to nowocześniejsze i kosztowniejsze zabawki. Ostatnio jest to program cybernetyczny nabyty od Izraela za grube miliony. Uzbrojone w ten sposób służby zamiast bać o bezpieczeństwo państwa dają o bezpieczeństwo GTW.

          Co na to społeczeństwo? Prawie wszyscy, bez protestu i cienia refleksji, gotowi są wydawać wielkie sumy na służby specjalne. Jest to możliwe, bo kierownicy tych służb po mistrzowsku opanowali sztukę szerzenia nienawiści, strachu i podejrzeń wobec faktycznych i urojonych zagrożeń. Aby daleko nie szukać wystarczy wspomnieć A. Macierewicza.

         Tak, nie da się ukryć, że i dziś, łapsy wszelkiego autoramentu, walcząc o profity i zaszczyty, zadziwiająco łatwo przekonują władze o własnej niezbędności. Zblatowani z wymiarem sprawiedliwości potrafią sprytnie usługiwać decydentom, stwarzając wrażenie gwaranta bezpieczeństwa.

         Społeczeństwo musi wreszcie zrozumieć, że obecnie już nikt nie działa tajnie dla ideologii, nikt nie brudzi sobie rąk ze względów uczuciowych, patriotycznych. W szpiegowskiej ferajnie prawie zawsze chodzi o pieniądze, bardzo duże pieniądze. Czasami także o zemstę. ONI Was straszą przekonując: „Pamiętajcie! I uważajcie! Ciągle istniejemy! Siejemy przerażenie” [vide: zaprzęgnięcie do dorożki służb specjalnych skrzydlatego konia – Pegasusa]!

         Dlaczego?

         „Ponieważ jesteśmy fachowcami ze służb specjalnych, uzbrojonymi we wszystko to, co ludzkość wymyśliła na nasze potrzeby, działamy tajnie, a serca mamy z kamienia”.

         Jeszcze w 2006 ogłosiłem kilka tez dotyczących reformy tajnych służb. Przypominając niektóre, pozwalam sobie wprowadzić do nich korekty i uzupełnienia. Nie od dziś wiadomo, że służby specjalne nie były, nie są i nie zechcą zostać państwem w państwie. Zawsze jednak bardzo chętnie starają się o “opiekę” GTW lub osób, które mają szansę zostać GTW. 

         Służby pomagają władze zdobyć, utrącić niewygodne osoby, przeprowadzić wybrane geszefty itp. W tym celu stosują metody pozaprawne, a nawet bezprawne, prowadzące nie tylko do szantażu, korupcji etc., ale także do rozwoju mafii.

         Politycy muszą w końcu zrozumieć, że służby specjalne to nie zabawki, z pomocą których GTW może rozgrywać gierki politykierskie. Służby specjalne to zbyt poważna sprawa by je powierzać jedynie agnorantom w rodzaju A. Macierewicza lub innym domorosłym specjalistom. Tu potrzebny jest przełom, który zagwarantuje, że nawet w wypadku zmiany rządu, a nawet opcji politycznej, służby specjalne nie będą angażowane do politykierskich machlojek. Do tej pory ze służbami specjalnymi sprzęgnięta była telewizja publiczna.  Jeżeli na być dobrze to nie może być taj jak jest.

         Oto robocza propozycja przebudowy służb specjalnych:

  1. Struktury:
  2. ABW podporządkować MSWiA;
  3. AW podporządkować MSZ;
  4. kontrwywiad wojskowy podporządkować MON;
  5. wywiad wojskowy podporządkować BBN;
  6. CBA podporządkować Ministerstwu Finansów;
  7. Służbę Ochrony Państwa (dawny BOR) podporządkować BBN.
  8. Kadry:
  9. rozpocząć od opcji zerowej;
  10. postawić na młodych, dobrze wykształconych ludzi;
  11. nie bać się wprowadzić większej liczby kobiet;
  12. na urzędy koordynatora – szefa służb specjalnych oraz BBN mianować osoby spoza czynnych polityków i funkcjonariuszy. Osoby te niekoniecznie muszą się znać na metodologii służb [od tego będą zatrudnieni specjaliści]. Muszą jednak, znać się na mechanizmach władzy, polityce międzynarodowej, mieć rozpoznanie w różnych środowiskach ze szczególnym uwzględnieniem środowiska naukowego itp.

III. Uwagi uzupełniające:

         a/  struktury:  powyższe zmiany wymagają podniesienia rangi ministrów spraw wewnętrznych, spraw zagranicznych i finansów. Być może resortami powinni kierować ministrowie w randze wicepremierów.

         Koniecznym też wydaje się być generalne przeprofilowanie BBN i nadania mu znacznie większej wagi. Równocześnie należy zmniejszyć rangę szefów ABW, AW, kontrwywiadu i wywiadu wojskowego, SOP i CBA.

         Wystarczy jeżeli tymi służbami będą kierować funkcjonariusze-specjaliści, nie politycy, w randze odpowiadającej np. dyrektorowi  departamentu poważnego ministerstwa. Na tych stanowiskach należy jednak zapewnić kadencyjność, co uchroni szefów przed utratą stanowiska w wypadku zmiany rządu lub innych zawirowań politycznych.   

         b/ kadry: wedle mojej oceny dobrą kandydatką na koordynatora służb specjalnych, ze względu na perfekcyjną znajomość mechanizmów władzy, wydaje się być prof. Andrzej Zybertowicz, prof. Antoni Dudek lub Bartłomiej Sienkiewicz, a na szefa SOP Piotr Naimski, Sławomir Cenckiewicz lub Sylwester Wolak, którzy są chyba jednymi z najlepszych znawców zagrożeń RP, nie tylko militarnych lub terrorystycznych, ale przede wszystkim energetyczno-paliwowych.

         c/ kontrola: nawet przy pełnej reorganizacji służb specjalnych kluczową sprawą jest zapewnienie ciągłej i merytorycznej kontroli. W naszych warunkach może to być jedynie Sejmowa Komisja ds Służb Specjalnych, którą należy uzupełnić o zespół ekspertów – naukowców, wyposażyć w znacznie większe uprawnienia kontrolne oraz zastrzec, że przewodniczącym komisji musi być poseł partii opozycyjnej.

         Tu jeszcze słówko o mediach publicznych. Trzeba je odpolitycznić. Gwarantem odpolitycznienia powinni być szefowie.

Moim zdaniem dobrymi kandydatami są; TVP – Barbara Stanisławczyk; radio – Piotr Kraśko; KRRiT – Tomasz Terlikowski.

         Pamiętajmy! Karły rosną w każdej epoce!

DWIE DAMY I YETI

Po Sudetach Zachodnich chodziłem odkąd mama z tatą przywieźli mnie do Górzyńca, a następnie do Piechowic. Do Szklarskiej Poręby przywiozłem się sam. Pokochałem te góry. Głównie Karkonosze i Góry Izerskie, szczególnie Orle..

                 Dziś, gdy minęło tyle, tyle lat i ja, który na tym padole dla ludzi nic dobrego nie zrobiłem i nie robię, zamiast narzekać na pospolitość coraz częściej myślami wybiegam jakby tu skutecznie pomagać Panu Bogu chmurki popychać i spotkać się z ludźmi, z którymi się spotkać warto, bo są to osoby nieprzeciętne.

                 Myślę, że jest więcej niż pewne, że w niebie, oprócz wielu szlachetnych postaci są z pewnością damy, o których chcę wspomnieć i, co ważniejsze, zajmują w hierarchii niebieskiej niepoślednie miejsca.

                 Wierzę bowiem głęboko, że o ile niebo ma być rajem i tym wszystkim, o którym tak pięknie klaruje Biblia, musi w nim być miejsce dla Hani i Wandy, których dokonania ziemskie są znamienite, a które zaszczyciły mnie swoją przyjaźnią.

                 ***

                 I w ramach ekspiacji za nicnierobienie jawią mi się przed oczami ludzie Gór, których znałem i szanowałem. Jest ich legion. Przede wszystkim rodzina.     Dalej są wśród nich tacy, jak Wanda Rutkiewicz, Bogdan Jankowski, Andrzej Zawada, Jurek Pietkiewicz, Tadeusz Piotrowski, którzy nie tylko Mount Everest mają za sobą,

                 Osobistością szczególną wśród ludzi wielkich gór jest Hanna Wiktorowska. Ona wprawdzie na pik Everestu się nie wdrapała, ale inne górki, łącznie z Karkonoszami, Górami Izerskimi i Himalajami miała w kieszeni.

                 Ale nie o taternicko-alpinistycznych wyczynach Hani Wiktorowskiej i  Wandy Rutkiewicz chciałem teraz wspomnieć, a o ich zwykłym życiu i także o osobliwych kwalifikacjach przemytniczych wskazujących na ich bezgranicznym i empatycznym szacunku do wszystkiego co żyje.

                 ***

                 Dwa zwyczajne obrazki.

                 Pierwszy. Wdrapuje się Hania na najwyższy szczyt Karkonoszy – Śnieżkę. Wysmukła jak karkonoskie świerki i dyskretnie elegancka. Idzie Hania. Idzie wyprostowana po Równi pod Śnieżką spoglądając na „stonkę” z wysoka, albowiem do dwóch metrów wysokości brakuje jej niewielki kawałek. Mija Śląski Dom i zaczyna podejście na szczyt. W miarę zdobywania góry pochyla się coraz niżej…

                 – Haniu! zmęczona jesteś?

                 – Skąd! Ależ skąd, orzesz ty…. Obawiam się tylko, aby Duch Karkonoszy nie przyłożył mi po głowie dyszlem wyrwanym z Wielkiego Wozu, który wisi nad Pecem.

                 Obrazek drugi. Remontujemy Chatkę pod Śmielcem. Kolo wrocławskie i Sudeckie Klubu Wysokogórskiego. Starem 6×6 przywiozłem na drugą Drogę Sudecką „zdobyte sposobem” materiały budowlane, m.in. kilka worków cementu w workach po 50 kg. Bogdan Jankowski przytargał z Wrocławia „niewolników” do transportu. Dalej, pod gorę prowadził wąska ścieżka. Ładujemy na nosiłki materiały. Podchodzi Wanda. „Daj cement”- mówi. Spełniam życzenie i patrzę czy pod ciężarem nie ugną się pod przyszłą zdobywczynią Everestu nogi. A ona: „Dorzuć jeszcze kilka cegieł” – żąda.

                 ***

                 Tu o osobliwych kwalifikacjach przemytniczych obu pań. Było tak. Wanda Rutkiewicz przywiozła ze szczytu Mount Everestu kamyk dla papieża Jana Pawła II, a spod olbrzyma himalajskiego maleńkiego nepalskiego szczeniaczka.

                 Piesek był czarny jak nocne niebo na Orlu, a może jak najczarniejszy kruk, o ślepkach błyszczących niczym czarny onyks, kamień magów i czarnoksiężników.

                 Piesek przyleciał z Wandą do Warszawie i tu był był kłopot z celnikami.   Hania ubrana w nepalską kurtkę schowała psinkę pod pazuchę i spokojnie przeszła przez odprawę, ku przerażeniu Wandy, obawiającej się że pieska uśpią, a Hania powędruje do kicia.

                 Skończyło się dobrze. Celnicy nie zauważyli lub nie chcieli nic zauważyć. Wanda z Hanią byli lubiani chyba przez wszystkich ludzi. Również przez celników i wopistów.

                 ***

                 Po przylocie zorganizowano chrzest psinki – małej czarnej kuleczki. Otrzymała nazwę Yeti. Matką chrzestną była, oczywiście, Hania. Yeti odwdzięczał się Hani za opiekę wspaniałą radością.

                 W czasie częstych, kilkumiesięcznych wypraw Wandy Yetunia – jak na niego mówiła Hania – zawsze znajdował przytulisku w domu Hani i Jurka Wiktorowskich.

                 Ale nie tylko zwierzaki mogły liczyć na gościnę w ich domu. Również alpinistki i alpiniści. Obżeraliśmy ich niemiłosiernie. Sam także korzystałem z ich gościny. A ilekroć bywałem u słynnej alpinistki w blokowcu przy ulicy Sobieskiego w Warszawie nigdy nie widziałem Yetuni inaczej niż na kolanach gospodyni.

                 Podobinie było u Wiktorowskich. Yetunia nie odstępowała Hani.

                 ***

                 Siedzi Wanda na fotelu z Yetują na kolanach. Przeglądamy zdjęcia z wyprawy na Everest. Oto Wanda na szczycie, Wznosi czekan nad głowę jak ksiądz monstrancję. Z czekana dyndają dwie fagi. Polska i Nepalska. Potem himalaistka odgrzebuję ze śniegu kamyk – prezent dla Jana Pawła II.

                 Yetunia także ogląda. Szczeka radośnie. Lubi wspomnienia sukcesów swojej pani. Podobnie zachowuję się na widok zdjęć Hani. Może psim serduszkiem wyczuwa dobrych ludzi, którym tak wiele zawdzięcza.

                 ***

                 Uchwałą Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 14 października 2021 r, rok 2022  ustanowiono Rokiem Wandy Rutkiewicz.

SIĘ ZAPISAŁO

Znowu napisało się kilkaset stron.

         Wydawca AGENTA PR Sylwester Wolak, porzucił na moment bieszczadzkie szlaki i ulubionego kota by napisać następującą „zajawkę” dla hurtowni: Gwałtowna wymiana ognia i… Moja walka. Opowieść o facecie – notorycznym rebeliancie o sercu jak kolczasta opuncja jest 88 książką Henryka Piecucha. Autor, pisząc o Peerelu przedstawia sytuację w erze „dobrej zmiany”. Czerpiąc z wyżyn kultury, nawiązując do mitologii greckiej i rzymskiej; rozległego kontekstu Starego i Nowego Testamentu, Koranu i Tory; na różne sposoby do światowego dorobku literatury, ale i muzyki klasycznej i malarstwa, do dziedzin mniej wzniosłych, potocznych, aż po rozmowy żołnierzy i polityków, ofiar i katów: dowcipne, ale częściej dramatyczne – ukazuje, w jakim kierunku zmierza współczesny świat.

W Gwałtownej wymianie ognia i…Piecuch przedstawia skomplikowaną grę wywiadów, ale trzeba podkreślić, iż tak naprawdę nie jest to sensu stricte sensacyjna powieść szpiegowska, ale swojego rodzaju reportaż. Moja walka jest książką o miłości, wierności i kłamstwie, o polityce władzy i władzy polityków, o ludziach i osobie ludzkiej, o papieżu i Panu Bogu i trzech największych grach wywiadu.

         Pisarz w wątkach fabularnych, retrospekcjach i opisach stara się likwidować białe plamy polskiej historii, stara się przezwyciężać stereotypy i mity historyczne, jakie wciąż pokutują w naszym społeczeństwie. Piecuch upomina się o właściwą – sprawiedliwą pamięć dla tych Polaków, którzy przeżywszy nazizm, stalinizm w końcu znaleźli się pod panowaniem „dobrej zmiany”.

Pierwszoosobowy narrator niesie w sobie wiele wątków autobiograficznych. Jest dobrze wykształcony, ale salonowej ogłady nie wyzbył się nawet na froncie. Jest wysportowany i przyciąga do siebie najpiękniejsze kobiety, a walcząc z różnymi wywiadami staje się podwójnym agentem.

      Chyba mało kto zdaje sobie sprawę z takiej gry wywiadów. Taka wiedza jest odległa od obowiązujących – modnych stereotypów. Poza tym w PRL-u była to tajna wiedza, a w III Rzeczypospolitej prawie nikt jej nie wydobył na światło dzienne. Jeśli chodzi o „mody” na fakty historyczne, Zachód najpierw był zły, a następnie dobry. Natomiast Sowiety – odwrotnie.

  1. Piecuch zdaje się nam uświadamiać, że ocena nie może być tak jednoznaczna, szczególnie jeśli chodzi o służby specjalne. Wciąż przecież trwa brutalna dyskusja, że polski majątek został wyprzedany.

      Książka na swój sposób niesie dużą dawkę humoru; dominuje sarkazm, sporo też jest ironii. Główny bohater, który jednocześnie jest narratorem, w tych trudnych czasach musi przecież ratować się – dystansując się do rzeczywistości. 

Czy Gwałtowna wymiana ognia i… kończy się po hollywoodzku – happy endem? I tak, i nie. Autor nie rozstrzyga tego. Czytelnik sam musi wybrać.

      *********

         A teraz z innej beczki, z nowej książki, która się pisze od 25 lat:

         Oto Wisława Szymborska, która jeszcze Nagrodę Nobla miała przed sobą. Ta czarowna białogłowa, błękitna jak kwiat tojadu mordownika, urokliwa niczym obraz Modiglianiego wali tak jak pisze. A pisze szczerze, z prostotą, zrozumiale, jasno i w żywe oczy.          W. Szymborska, jak rzadko kolory twórca wiedziała, że rozum składa się z prawd, które trzeba powiedzieć i z prawd, które trzeba przemilczeć. Więc poetyzuję o rzeczach wielkich i wspaniałych takich, jak obraz Mleczarka albo inaczej Dziewczyna z dzbanem mleka Jana Vermera, ale także o schyłku wieku, torturach, nienawiści i sprawach drobnych, codziennych, nawet o małpach i kotach…

         Może smutek uczył poetkę, że ona służy do życia, do patrzenia i do zapisywania spostrzeżeń w sposób jaki nikomu innemu nie jest dany.

         ***

         Toż to przecie jedna z naszych najwybitniejszych poetek w historii. A może i Europy? A może i świata? Ona uczyła się od życia jak znosić to życie i o tym jest jej poezja.

         Będąc ozdobą literatury Kraju Pieroga i Zalewajki Szymborska nie owija niczego w bawełnę. Nie usprawiedliwia się jak Anatol Fejgin na przykład, że ideologia ją omotała, a dwupak zniewolił. Nie, nic z tego. 

         Tak o poetce pisze, też poeta, Tomasz Jastrun w książce, Dom pisarzy w czasie zarazy: „Wisława Szymborska, która w raz z Kornelem Filipowiczem, Andrzejem Kijowskim i pięćdziesięcioma innymi członkami krakowskiego oddziału Związku Literatów Polskich podpisała list domagający się kary śmierci dla czterech księży kurii krakowskiej oskarżonych o szpiegostwo na rzecz USA, tak po latach tłumaczyła się ze swego podpisu: Jeżeli tam jest mój podpis, to znaczy po prostu, że tam byłam. Nikt na takich zebraniach nie mógł się wyłamać”.

         No ale, Wisława, chyba zrozumiała nauki Tadeusza Kotarbińskiego twierdzącego, że jeśli nie możesz co chcesz, chciej co możesz. No to zaczęła pisać tak jak nie pisał przed nią jeszcze nikt inny. To zaowocowało Nagrodą Nobla.

         Być może Szymborska, posiadaczka jakiegoś, danego tylko największym poetom genu, wyczuwała ogólny metamitologiczny, odwieczny sens egzystencji człowieka uwikłanego w nierozwiązywalne, powtarzalne problemy ontologicznej natury. Wnikając w mity i odszyfrowując ich sens, pokazując porażające perpetuum mobile życia, pisała tak jak pisała. Potrafiła w kropli wody dopatrzyć się sensu całego Wszechświata.   

         ***

         Gdy dziś, siedząc przed lustrem z butelczyną whisky i pałaszując pajdą chleba ze smalcem przypominam sobie co kiedyś wyczyniali ze społeczeństwem panowie towarzysze, poliwodzi pieprzeni, narwańcy w ataku paroksyzmu, szaleni władcy Kraju Pieroga i Zalewajki niemogący usiedzieć spokojnie, i to nie tylko Bierut z Bermanem, ale i parweniusz Gomułką, a i niecny Gierek, i koncyliacyjny Kania, i towarzysz pancerny Jaruzelski i inne niedojadki, pazerne na władze jak jasna cholera, to szpilka mi się w kieszeni otwiera.

         Z tej szóstki, która jest liczbą diabelską, tylko Stanisław Kania był najmniej szkodliwy dla Kraju Pieroga i Zalewajki. Kania mógłby być dorzecznym politykiem peerelowskim, ale był nieco alkoholiczny, pieczołowicie obchodzący się z winami mozelskimi.

         Obciąża go także spolegliwe uleganie fanaberiom Breżniewa i wypromowanie Władysława Pożogi na pierwszego zastępcę generała Kiszczaka.

         ***

         6 września 1980 roku Stanisławowi Kani powierzono funkcję I sekretarza Komitetu Centralnego PZPR (po Edwardzie Gierku). Dla pospólstwa partyjnego, czeredy ze Stronnictwa Demokratycznego i Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego jak i dla bezpartyjnej swołoczy wybór Kani był niespodzianką. Powszechnie stawiano na generała Jaruzelskiego.

         Generał Władysław Pożoga, krótko przez wyborem zapytał ówczesnego szefa I Głównego Zarządu KGB Władimira Kriuczkowa: dlaczego Kania, a nie Jaruzelski?

         Usłyszał: „Jeszcze nie czas na towarzysza Jaruzelskiego. Na niego przyjdzie jeszcze pora”.

         ***

         Pora na generała Jaruzelskiego Ksywa „Wojciech Szbelka” przyszła 18 października 1981 roku.

         12 grudnia 1981 roku o godzinie 14.00 Wojciech Jaruzelski poruczył generałom: Czesławowi Kiszczakowi i Florianowi Siwickiemu aby uruchomili operacje stanu wojennego.

         Operacja miała na celu zniszczenie „Solidarności” i wzięcie społeczeństwa w pacht.

         Generałowie rozkaz wykonali niezwłocznie. Zmobilizowano prawe trzy miliony osób.

         Niemrawo czające się wojska na alarmowych stanowiskach bojowych wojska ruszyły na dziesięciomilionową „Solidarność” aby ratować socjalizm.

         W tej sytuacji stan wojenny musiał się udać. Sowieci nie musieli zbrojnie ratować generałów. Społeczeństwo było przerażone. Ludzie byli wściekli. Niektórzy płakali. Pocieszającym było tylko to, że to Polacy napadli na Polaków, a nie Sowieci!

         Oficjalnie przyjęło się datować stan wojenny na 13 grudnia 1981 rok.

         ***

         Wymienione wcześniej persony, po dojściu do władzy natychmiast zapominały, że chcąc rządzić społeczeństwem, nie powinni gnać ludzi przed sobą, ale sprawić, by naród podążał za nimi.

         Jednak przez pół wieku było to pobożne życzenie. Przecież już M. Bułhakow stwierdził, że każda władza jest gwałtem zadawanym człowiekowi.

         ***

         A gdy w dodatku jawią mi się przed oczyma biesiady z poetą Tadeuszem Kubiakiem i redaktorem Sławomirem Orłowskim, i zjawiskową profesorką Marią Turlejską to nie mogę się oprzeć by nie zacytować fragmentu prozy Milana Kundery:

         „Pan: Taki Kubuś będzie mnie uczył! Będzie mi tłumaczył, czy ja, jego pan, mam racją, czy nie!

         Kubuś: Nie jestem żaden <taki Kubuś>. Przypominam panu, że nazwał mnie pan swoim przyjacielem.

         Pan: Będziesz moim przyjacielem, kiedy zechcę. A kiedy zechcę, byś był <takim Kubusiem>, będziesz <takim Kubusiem>. Bo tak jest zapisane w górze. Tak, w górze jest zapisane, że jestem twoim panem. A teraz życzę sobie, byś zrezygnował ze swojego zakończenia tej historii. Nie podoba się ono ani mnie, ani pani de La Pommerarye, którą wielce szanuję bo ma fantastyczną dupę…”.

         ***

         Tak. Zatracając się we wspomnieniach domniemywam, że Turlejska miała taką pupę. A panowie, i to nie tylko rządzący Polską dwupak Bierut & Berman usiłowali be zgody społeczeństwa Kraj Pieroga i Zalewajki przerabiać w państwo wasalne.

         Byli skuteczni, bo ludzie się bali. Trwało to bardzo długo. Trwało to do czasu aż przyszedł mąż i powiedział aby ludzie przestali się bać.

         ***

         Ale tak w ogóle to trudno jest mówić o kraju, z którego zniknęły takie pojęcia, jak prawda, honor, dobro, wstyd, empatia.

         Trudno się cieszyć z kraju, w którym króluje nieuctwo, prostactwo, chamstwo, brutalność, łgarstwo itp.

         Te cechy, niegdyś potępiane – teraz występują jawnie. Ba, są uznawane za normę albo- wywyższane,

 

Z OKAZJI 12 PAŹDZIERNIKA I SKASOWANEGO ŚWIĘTA WP WARTO PRZYPOMNIEĆ KILKA FAKTÓW

W latach 1944-1945 440 tysięcy żołnierzy WP wyzwalało Polskę i dobijało Niemców na terenach III Rzeszy. To było Wojsko Polskie (nazwa używana zamiennie z: Siły Zbrojne Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej; nazwa: Ludowe Wojsko Polskie, używana powszechnie w propagandzie od 1952 roku, była nazwą nieoficjalną).

       Aby się przekonać o wkładzie WP w wyzwalanie kraju wystarczy obejrzeć cmentarze. I Armii WP w Siekierkach i II Armii WP w Zgorzelcu i wiele innych, rozrzuconych po całym kraju.

       Żołnierze WP, którzy przyszli ze wschodu nie mieli Melchiora Wańkowicza, którzy z bitwy pod Monte Casino zrobił historię znaną na całym świecie. Kiczowata mizeria, a nawet draństwo propagandy peerelowskiej raczej do tradycji tych żołnierzy zniechęcała.

       Po 1989 roku nastała moda na negowanie dokonań żołnierzy 1 i 2 Armii Wojska Polskiego.

       A jaka jest prawda?

       ***    

       Na szczęście była, głównie w Sztabie Generalnym, spora grupa oficerów mniej znanych. Wydawali się być głupcami na własne życzenie. Nie byli głupcami. Sprawiali tylko takie wrażenie, bo tak wypadało. Pracowali niczym muły. Ich zasługą było, że WP było drugą armią w Układzie Warszawskim.

       Głupcami byli ich przełożeni. Tak jak teraz.

       Niekochana bitwa

       Retrospekcja. Po 17 września 1939 r. i napaści Sowietów na Polskę duża część Polaków została wywieziona na Sybir. Gen. Władysławowi Andersowi udało się wyprowadzić część z nich na Bliski Wschód. Mogli ginąć w cieplejszym klimacie. Pozostali Polacy musieli wierzyć w to, co chciał Stalin i być zadowolonymi, że mogą u boku Armii Czerwonej bić Niemców.

       Ci, co nie chcieli wierzyć w kłamstwa, przestawali żyć. Nie wiemy nawet gdzie są ich groby. Nigdy nie udało się ustalić ile osób musiało rozstać się z tym światem, gdyż odmówiło złożenia przysięgi o dochowaniu wierności Związkowi Sowieckiemu.

         ***

         Niektórzy na własną rękę kombinowali, w jaki sposób urwać się spod kurateli NKWD panoszącego się w PSZ w ZSRR pod postacią Informacji WP. W czasie bitwy pod Lenino zdeterminowana część żołnierzy I Dywizji im. T. Kościuszki wybrała przejście na stronę Niemców.       Wybór między Hitlerem a Stalinem nie był żadnym wyborem. Ocenia się, że na stronę Niemców przeszło od 400 do 600 żołnierzy. Ich los jest mało znany.

          Niemcy starali się zdyskontować fakt dezercji propagandowo.

         Oto najkrótsze opowiadanie z książki Gwałtowna wymiana ognią z której pochodzi ten teks (książka ukaże się w listopadzie nakładem wydawnictwa Agent PR, tel: 12 631 32 50). W Gwałtownej… są zamieszone m.in. wypowiedzi tych, którzy przetrzymali Syberię. Większość walczyła. Część zaczęła już po Lenino. Potem były inne bitwy: Studzianki, Warszawa, Wał Pomorski, krwawe forsowanie Odry i Nysy Łużyckiej, Berlin. Część doszła aż nad nad Łabę.

         Części dopisało szczęście. Przeżyli. Powrócili. Niektórzy jeszcze żyją. Są zdegustowani sposobem w jaki ich potraktowano po 1989 roku.

         Jedna z relacji: Stara kobieta. Pięć tygodni w bydlęcym wagonie. Wracała z niemowlęciem. Osesek nie wytrzymał. Zmarł. Kobieta mówi tylko dziesięć słów.

         – Chciałam syna pochować. Wiozłam go w walizce. Ktoś ją ukradł.

         A przecież bitwa pod Lenino zasługuje na uwagę

         Wprawdzie opisano ją na wiele sposobów. Literatura na ten temat waży kilka ton. Ale do całej prawdy jeszcze jest daleko. Bitwa była elementem w planach Stalina zmierzających do dalszego osłabienia „żywiołu polskiego”.

         Kierowanie dywizją ze strony dowódcy 33 Armii gen. Wasilija N. Gordowa, któremu podporządkowano Polską Dywizję było, z wojskowego punktu widzenia skandaliczne, a ludzkiego – nieludzkie.         Natomiast z punktu widzenia Stalina być może było dobre.

         ***

         Dowódca dywizji gen. Z. Berling na potężnym kacu. Obrzucający w duchu „mięsem” (zob. Wspomnienia) dowódcę 33 armii gen. Gordowa, ale na polu walki bojący się pisnąć słówko przeciwko zbójeckim poleceniom tegoż Gordowa.

         Wszystko to sprawiło, że żołnierze 1 Dywizji Piechoty im. T. Kościuszki zrozumieli jak wygląda piekło. I słowa Z. Berlinga, poniewczasie: „…można zadać sobie w tej sprawie tylko dwa pytania: czy Gordow był zbrodniczym głupcem, czy też głupim zbrodniarzem”. W tych warunkach zarówno Gordow jak i Berling musieli wiedzieć, że wykonanie zadania jest absolutnie niemożliwe. Więc dlaczego posłano ludzi na rzeź?

         ****

  1. Berling ruszył całym impetem. Słowa Gordowa do Berlinga, kwitujące szaleńcze natarcie kościuszkowców: „Gratuluję wam natarcia waszej dywizji. Jak długo wojuję, takiego uderzenia dawno nie widziałem. Pozdrówcie waszych żołnierzy”.

         Nie wiem, czy gen. Berling polecenie wykonał. Nawet, jeżeli wykonał wielu jego podwładnych nie mogło słów pochwały Gordowa usłyszeć. Leżeli doskonale martwi, z twarzą w błocie nad brzegiem bagnistej Miereii.

         Insynuacje pod adresem Gordowa. Z. Berlinga: „oby wielka choroba stoczyła twoje jądra synu hieny i szakala i obyś gnił do śmierci i nie mógł skonać”.

         I gen. Wojciecha Bewziuka: „Bodaj sukinsyn srał drutem kolczastym do końca życia!”.  I to robienie bohaterów na siłę. Cudowne zmartwychwstanie Juliusza Hibnera, którego podwładni zostawili rannego na polu walki meldując do sztabu, że zginął, odznaczonego „pośmiertnie” Krzyżem Kawalerskim Orderu Virtuti Militaru i Orderem Lenina oraz nadaniem mu tytułu Bohatera Związku Radzieckiego.

         ***

         Inne ponure sprawy związane z bitwą pod Lenino, o których tak opowiada Adam Bromberg: „nasi sowieccy sąsiedzi wcale się nie ruszyli. Trudniej jednak wyjaśnić, dlaczego nie udzielili nam nawet wsparcia artyleryjskiego. Większość naszych czołgów ugrzęzła w błotach, na które sowiecki zwiad jakoś nie zwrócił uwagi, a idąc sami, ściągaliśmy na siebie ogień wszystkich dział i karabinów maszynowych wroga, których siła ognia okazała się znacznie większa od tej, jaką nam podano. Ludzie padali jak pokosy, ale Berlingowi zabrakło odwagi, żeby powstrzymać natarcie. Niektóre kompanie doszły do niemieckich okopów, ale nie osiągnęliśmy nic, a straciliśmy 500 zabitych, 1800 rannych, 700 zaginionych (!) – jedną trzecią dywizji, Dostaliśmy za to gratulacje i skrzynie odznaczeń, włącznie z trzema gwiazdami Bohatera Związku Radzieckiego za bohaterską śmierć. Jedna przypadła fizylierce – spłonęła w ciężarówce, ratując dokumenty sztabu, który wykazał zupełną nieudolność; druga Julkowi Hibnerowi, dąbrowszczakowi, który poprowadził swój batalion najdalej i upadł ogłuszony eksplozją, a jego żołnierze go zostawili i powiedzieli, że zginął: trzecia Adamowi Wysockiemu, który poszedł naprzód i zaginął z całym oddziałem, a zaraz po tym, jak został pośmiertnie bohaterem, przemówił przez niemieckie radio i nadsyłał nam ulotki z osobistym podpisem zachęcające do przechodzenia na niemiecką stronę”.

 

My, naród młociarzy udajemy, że Polacy-zwyklacy byli zawsze w porządku.

Nie jest to nieprawda, bo igrzyska olimpijskie! I młoty górą! A może nie nieprawda. W stalinizmie rządziły sierpy i młoty. W 1956 r. sierpy wyjechały na wschód. Zostały same młoty. Tak jest do dziś. Przecież nie da się z kury zrobić orła…

         Często nie zdajemy sobie sprawy, że mieszkamy w kraju, którego 1/3 powierzchni to tereny przez stulecia należące do innego państwa; że druga wojna pozbawiła nas nie tylko wielokulturowości, ale także złudzeń jak wspaniałym narodem jesteśmy; że komunizm usiłował nam zabrać duszę, co na szczęście się nie udało, m.in. dzięki Kościołowi. Bo tak jak nie byłoby Izraela bez judaizmu, a Rosji bez prawosławia tak Polski bez Kościoła.

         ***

         Na księżycu czarnym wiszę, patrząc w gwiazd gasnącą ciszę więc machając rękami jak gimnastyk na rozgrzewce myślę, że czas zdemaskować narodowe mity.

         Władysław Bartoszewski mówi w “Die Wellt”, że w czasie okupacji niemieckiej: Jeśli ktoś się bał, to nie Niemców. Gdy niemiecki oficer zobaczył mnie na ulicy i nie miał rozkazu aresztowania, nie musiałem się go obawiać. Ale gdy sąsiad Polak zauważył, że kupiłem więcej chleba niż normalnie, wtedy musiałem się bać.  Zaś Cezary Michalski w programie u Elizy Michalik przypomina, że w czasie Powstania Warszawskiego niektórzy cywile bardziej się bali akowców niż Niemców.

         Nasza nowożytna, zorganizowana państwowość powstała na początku XVI wieku. Mieliśmy wówczas sukcesy. Jednak szlachecki system republiko-monarchiczny opanowany przez „tłuste koty” zaczął się rozpadać zanim państwo okrzepło. To doprowadziło do zaborów. Ale pomysł roznegliżowania Rzeczypospolitej nie wylągł się w głowach wrogich władców. Pomysł rozbiorów powstał w głowach les philosophes, od których ideę kupili monarchowie.

         Od tego czasu zajmowaliśmy się cierpiętnictwem, kłótniami i wzniecaniem przegranych powstań. Nasza wspólnota narodowa jest odświętna, żałobna, cmentarna. Datowana od porażki do porażki. A ród ludzki nie ceni porażki. Przegrane wyzwalają popędy sadystyczne.   Powstanie kościuszkowskie (1794) przyczyniło się do likwidacji państwa w III rozbiorze, ale generała Kościuszkę awansowaliśmy do rangi bohatera narodowego, a konfederata (1792) generała Henryka Dąbrowskiego wpakowaliśmy do Mazurka Dąbrowskiego. Powstanie listopadowe (1830-1831) doprowadziło do zniknięcia półautonomicznej namiastki Polski.

         Powstanie styczniowe (1863-1864) skończyło się rusyfikacją i likwidacją ostatnich polskich instytucji, a wybuchło z powodu zagrożenia dla konspiratorów.

         Powstanie Warszawskie (1944), zwane największą bitwą II wojny światowej, spowodowało całkowite zniszczenie miasta i przyniosło prawie 200 tysięcy ofiar.

         Pasjonując się zabobonami zapominamy, że mit polityczny jest afabulacją, deformacją lub interpretacją, obiektywnie podważalnej, rzeczywistości. Ale jako opowieść legendarna pełni funkcję wyjaśniającą, dostarczając kluczy do zrozumienia teraźniejszości, tworząc siatkę podporządkowując niepokojący chaos faktów i wydarzeń.

         A mitów ci u nas dostatek.

         Bo: wojny tureckie, kozackie i szwedzkie (Trylogia). Konfederacja Barska, Kościuszko i Legiony, Listopad i Styczeń, sybiracy i wygnańcy. Pierwsze odzyskanie niepodległości, ale zaraz Wrzesień, “nóż w plecy” i Katyń, Monte Cassino, obozy, Gułag i rozstrzeliwania (literatura martyrologiczna). Potem polskie miesiące: Czerwiec i Październik, Sierpień i Grudzień, drugie odzyskanie niepodległości…

         Jeżeli chodzi o mity, nasz charakter jest niczym sztorm wokół przylądka Horn. Wszystko błyskawicznie ulega zbrązowieniu, zmarmurzeniu. Emocjonalny ładunek matecznika archetypów czasami budzi niepokój. Może eksplodować w rękach demagogów sprowadzając nieszczęścia.

         Żaden inny naród nie miał tylu nieudanych powstań i klęsk. Ciągle odwołujemy się do martyrologii. Hołdujemy conradowskim fanaberiom, że trzeba być wiernym przegranej sprawie. Mając do wyboru Lalkę albo Trylogię wybieramy Sienkiewicza.

         Nie uznając pozytywnego bilansu ostatniego trzydziestolecia przekonujemy, że historia odnotowuje przypadki, kiedy rzeczywistymi zwycięzcami są pokonani.

         Zawołanie Gloria victis – chwała zwyciężonym, dobre na dzień zaduszny lub wszystkich świętych, nie pcha kraju w kierunku progresywności. Wrogowie nowoczesnego państwa tęsknią za lamentowaniem, krwawiącym sercem, desperacją, kwileniem, uskarżaniem się, odchodzeniem od zmysłów, spazmowaniem, kwękaniem, marudzeniem, biadaniem, jęczeniem.

         To orgia prostactwa. Indywidua, nadużywając niebezpiecznych narkotyków – alkoholu i chrześcijaństwa nie zdają sobie sprawy z własnej wulgarności, której szczytem jest to, że nie wstydzą się nazywać Prawdziwymi Polakami.

         Na takie dictum de omni et de nulle (twierdzenie o wszystkim i o niczym) może skutkować powiedzenia Przecława Smolika – Przywdziej kontusz, rycz “Polska”… i  urżnij się zdrowo. Chęć przybliżenia raju na ziemi prowadzi do ustanowienia piekła.          Pompowanie narodowego mistycyzmu –  mówi Eustachy Rylski –  jakąś tanią transcendencją  bardzo bolesnej kraksy komunikacyjnej, wynikającej z kompleksów, frustracji, nonszalancji, braku wyobraźni, podwórkowej brawury i podręcznikowej wręcz niekompetencji, jest nonsensem. Jesteśmy narodem parafialnych megalomanów. Nasz naród do szczęścia nie potrzebuje sukcesów. Nasz naród do życia potrzebuje nieszczęścia.

         Tu pod klawisze ciśnie się wers Krasińskiego: Gdy narodu duch otruty – to dopiero ból bólów. Wiele mówiąc o Biblii nie uznajemy słów Księgi: I przekują swoje miecze na lemiesze (Iz. 2,4 i Mi  4,3) wysyłamy za pożyczone pieniądze naszych zuchów do Afganistanu, gdzie tubylcy wcale nas nie chcą i spiorą nam tyłki, że hej! Już to czynią. Już zrejterowali. Pół setki naszych zuchów powróciło na ziemię ojców w trumnach. Prawdziwi Polacy akceptuje taki scenariusz. Świadczą o tym ich wystąpienia. 

         W sprawach historycznych uderza amnezja elit. Zakłamuje się historię. Nawet rozsądni politycy, ale także ludzie mądrzy, często sprawiają wrażenie ignorantów, dyletantów i niedouków.

         Mloty nie zawsze chcą zrozumieć, iż im większą wagę narody przykładają do swoich dziejów, do narodu, traktując historię niczym fetysz, tym okrutniej się zachowują. Widać to na granicy z Białorusią.         Jest to toksyczne stanowisko. Tym bardziej, że na początku trzeciej dekady XXI wieku nad światem zawisł miecz Damoklesa w postaci kryzysu covidowego. Wprawdzie może on (w sprzyjających warunkach) sprawić, że ukształtuje się naród europejski. Ale nie można też wykluczyć nieszczęścia – umacniania się państw narodowych, opartych na dzikim nacjonalizmie znajdującym silne oparcie w Kościele antysoborowym bądź w islamie. Przekonują o tym dzieje Niemiec, Rosji, niektórych państw arabskich.

         Polak Wieczny Dureń – by użyć określenia Aleksandra Małachowskiego – węszący wszędzie działanie tajemniczych sił,  łaszący się do kleru, wymachujący sztandarem narodowym z wypisanymi na nim hasłami: Bóg! Honor! Ojczyzna! wierzący w zabobony i ideologie czarnosecinną jest na najlepszej drodze do zbudowania z Kraju Pieroga i Zalewajki modelowego ciemnogrodu europejskiego. Mit Powstania Warszawskiego sprawił, że ówczesny prezydent Warszawy Lech Kaczyński wyasygnował duże środki, aby wybudować pomnik chwały  narodu, którego nie załamała klęska – wspaniałe muzeum. Nie starczyło mu już wyobraźni, aby upamiętnić wydarzenia 1989 r., dzięki którym Polska wybiła się na niepodległość i jest dziś bezpieczna jak nigdy.

         Przeczytajcie opis powstania widziany oczami zwykłych ludzi. Miasto waliło się na oczach jego mieszkańców jak zużyte dekoracje teatralne. Nie było dokąd uciekać. Znikąd nie było ratunku. Nie tak to miało być. Tego nie obiecywali wodzowie powstania. Przeczytajcie książkę Mirona Białoszewskiego. Przed wojną Warszawa liczyła 1 300 000 mieszkańców, przed powstaniem – 900 000,  a po powstaniu jedynie 150 000.  Przyjrzyjmy się faktom. Powstanie, trwające od godziny 17.00 1 sierpnia 1944 r. do 2 października 1944 r., wywołane przez Komendę Główną AK,  zaakceptowane przez Delegata Rządu, upoważnionego do podjęcia takiej decyzji przez rząd RP na uchodźstwie, nie osiągnęło celu.

         W tych warunkach nie mogło! Klęska była kolosalna (straty powstańców: 10 tys. zabitych, 7 tys. zaginionych, 5 tys. ciężko rannych, do niewoli poszło 16 tys.; zginęło 150-200 tys. osób cywilnych; zniszczono ok. 70 procent majątku miasta). Straty osobowe blisko dziesięciokrotnie przekraczają uszczerbki doznane przez ludność Polski spowodowane przez 45 lat komuny!

         Wobec zmasowanej tromtadracji (dotyczącej powstania), trwającej przeszło 70 lat, mało kto wie, że w momencie wybuchu walk byli wśród powstańców trzeźwi dowódcy, którzy widząc, że nie ma najmniejszych szans na zwycięstwo postanowili zrezygnować z fabrykowania bohaterów a ratować siłę żywą.

         W sytuacji, gdy mniej więcej co dziesiąty powstaniec spośród tych, którzy w monecie godziny “W” przystąpili do akcji, miał broń długą, nie mówiąc o broni ciężkiej, której nie było wcale, nierealne było opanowanie 268 strategicznych celów (lotniska, mosty, budynki o znaczeniu militarnym itp.), a bez ich opanowania powstanie z góry przeznaczone było na zagładę. Nic więc dziwnego, że w kilka godzin po rozpoczęciu walk opuściło stolicę prawie czwarta część tych, którzy stawili się na zbiórkach przed godziną “W”. Opuszczano Żoliborz, Ochotę i Mokotów, ale także Wolę i Śródmieście. Powstanie na Pradze zakończyło się 3 sierpnia (z tej okazji napisałem ten tekst).

         Jakże ironicznie brzmi rozkaz komendanta Okręgu Warszawskiego AK płk. Antoniego Chruściela “Montera” do komendanta głównego AK gen. Tadeusza Komorowskiego “Bora” z 3 sierpnia 1944 r., że: Zamierzam ożywić działania (…) zwłaszcza tam, gdzie są niemrawe. Każę wywiesić flagi narodowe jako widomą oznakę, że dana dzielnica walczy.     

         Czapki z głów przed ludnością stolicy. Bo waleczność to piękna cecha. Ale ważniejszy jest rozum. I dlatego – bezpardonowy sąd dla organizatorów barbarzyńskiego dreszczowiska, nie mającego odpowiednika w dziejach świata!!!

         Zbyt łatwo rozgrzeszamy się zrządzeniem losu. Mówimy: Los może wszystko! Robi, co chce! Spójrzmy, jak nasze skłonności do martyrologii, cierpiętnictwa, masochizmu i męczeństwa widzi Bohumil Hrabal: To właśnie jest interesujące u Polaków, że chociaż zawsze przegrywają, to jednak uważają się za zwycięzców, ponieważ przeklinają – i dlatego są wierzący – tego, kto ich pokonał; To Bóg musi zemścić się na nim za to, że przegrali wszystkie bitwy i wojny. Na tym polega piękno Chopina. Zresztą piękno to nie jest to słowo, to przecież padół łez. Chopin… Jak tylko zacznie grać, już chce się człowiekowi beczeć, i nawet te mazurki to coś takiego, że tańczy się przy nich mniej więcej tak, jak Nerudzie z tą śliczną panną, która skoczyła na chwilę do domu, bo umarła jej mamusia

         Czy takimi rezultatami można się szczycić? Hanna Kral przekonuje, że świat polega na tym, że jedni ludzie chcą zabić drugich ludzi, a ci  drudzy ludzie starają się nie być zabici. Ekipa kierująca Polskim Państwem Podziemnym musiała sobie zdawać sprawę z tego, że wywołując powstanie popiera de facto ludojadów –  Stalina i  Hitlera.

         Ci ludzie wiedzieli, jaki jest stosunek Stalina do Polski i Polaków.

         Było przecież po pakcie Mołotow – Ribbentrop. Nie było tajemnicą, że w czasie wielkiego terroru w Sowietach poddano eksterminacji 600-tysięczną grupę Polaków. Polacy ginęli czterdzieści razy częściej niż przedstawiciele innych narodów. Była to największa czystka etniczne międzywojnia. Decyzję o wybuchu powstania podjęto, gdy było już po Teheranie i różnych pociągnięciach generalissimusa, w tym po zerwaniu stosunków z rządem RP na uchodźstwie.

         W Sowietach działały już ZPP i Polskie Siły Zbrojne. A PKWN świadczył, że Sowieci, odrzucając plan ortodoksów z byłej KPP utworzenia z Polski 17-tej republiki radzieckiej mieli własny plan. Stalin wyrażał się tak jasno, że rozum przyzwoitych ludzi wzdragał się przed zrozumieniem jego słów.

         Czy decyzja rządu RP na emigracji była rezultatem zaślepienia politycznego? A może spowodowana była działalnością agentów sowieckich, od których roiło się w Londynie? Można się zastanawiać, że skoro u nas martyrologia znaczy więcej niż filozofia, a zabobony więcej niż socjologia, to czy można mieć pretensje do polityków i wojskowych, że wysłali naród na rzeź a miasto skazali na zagładę?          Dla polskich polityków w Londynie taka decyzja była prosta. Dla społeczeństwa tragiczna. Decydenci zawsze mogą powiedzieć: nigdzie nie jest powiedziane, że wszystko musi mieć szczęśliwe zakończenie. Nie zawsze jest tak, że dobrzy dostają to, na co zasłużyli, a źli zostają ukarani i wszystko toczy się w najlepszy możliwy sposób w najlepszym ze światów. Jeśli ktoś tak myśli, to ulega iluzji.

         Aby scharakteryzować Kraj Pieroga i Zalewajki uciekam się do sparafrazowania wypowiedzi Thomasa Bernharda. Wygląda to tak: Żyliśmy w tępych czasach. Nasz demonizm to był ustawiczny komunistyczny karcer, w którym głupota i bezwzględność stały się codzienną potrzebą. Państwo było tworem, któremu z góry sądzona była klęska, lud zaś skazany był na bezczynność i debilizm.

         Pamiętajcie: w kulturze biblijnej na początku było słowo, w komunizmie – CzeKa (później NKWD), a u podstaw niepokalanego poczęcia RP legł agent. A teraz „dobra zmiana”. Jeżeli uda się „nowy ład” to reżym przypuścili kolejny atak. Bo strojące się w piórka wybitnych opozycjonistów z okresu PRL „tłuste koty” widzi tylko las, mając w głębokim poważaniu pojedyncze drzewa.

         Kątem mózgu dostrzegam, że „strojnisie” kłamią jak nijaka marszałkini. A przecież dowodem na to kto był kim w Peerelu są chociażby protokoły Biura Politycznego KC  PZPR. W 74 protokołach  (od  14 sierpnia 1980 r. do 20 grudnia 1981 r.)  Wałęsą zajmowano się 72 razy, odsądzając go od czci i wiary, podczas gdy innymi opozycjonistami “S” razem wziętymi jedynie 19 razy (Borusewiczem – 1 raz, Bujakiem – 8,  Gwiazdą – 6  i Walentynowicz –  4 razy).

         Aby wyjaśnić niejasności najnowszej historii, w tym ocenić zachowania ważnych osób, pożądane jest pozbycie się wszelkich tajemnic. Alternatywa jest taka: albo ukrywanie, albo pełna jawność. Nie ma innej opcji. Jawność, poszanowanie praw człowieka i wolność wypowiedzi. Po spełnieniu tych warunków zobaczymy, kto jest bohaterem, a kto świnią. Każde społeczeństwo dzieli się na policjantów, złodziei, okradanych i manipulowanych.

         Rzecz jest tylko w proporcji. Nie napisałem tego tekstu, by mówić o własnym życiu. Pisząc o sobie, piszę także o was.