Miesięczne archiwum: Lipiec 2020

Feministkom do sztambucha!!! SIĘ NAPISAŁO

Nóż. Requiem dla szpiega” – Agencja Wydawnicza CB. Tel: 510-210-234 

Niepamięć w służbach specjalnych odgrywa ważną rolę – uczą specjaliści, a nauka sowiecka nie zaprzecza. Miałem się o tym przekonać w najbliższych tygodniach. Moim przełożonym był naczelnik Wydziału Niemieckiego w Departamencie Kontrwywiadu MSW Lucjan Literek. Oficer ten, z silne rozwiniętym węchem antykateksji, o urodzie botticellowskiego pedała, miał stopień pułkownika.

         W Firmie takich osobników było nie więcej niż pięć procent. Nie wiadomo dlaczego hołubił ich minister Czesław Kiszczak. Na tej podstawie złośliwcy przypuszczali, że minister jest obeznany z dwoma płciami, a kto wie, może i z trzema? Doszukiwano się w tym przyczyny zarządzenia przez szefa resortu akcji „Hiacynt” polegającej na ewidencji wszystkich homoseksualistów i zakładaniu im specjalnej dokumentacji, tzw. różowych kart. To cytat z Adama Hanuszkiewicza: „Życie jest jak transwestyta, wszystko pięknie, pięknie i nagle chuj!”.    

         Pułkownik Literek bez nauki zgłębił wszystkie nauki. Do wszystkiego dochodził własnym rozumem. Miał aspirację bycia tym, kim nie był. Ciągle coś albo kogoś udawał albo grał. Gdyby nie był tym, kim był, byłby wielkim aktorem. Mógłby grać Hamleta, króla Leara i menela spod budki z piwem. Lucjan Literek był niekwestionowanym mistrzem łgarstw patologicznych i innych kłamstw wszelakich. Nawet wpisy w dowodzie miał sfałszowane. Podawał: wzrost 195 cm, waga 65 kg. W rzeczywistości wzrost był o 5 cm za wielki, waga o 5 kg za mała. I tu profetycznie zanotowałem w pamięci słowa Jorge Luisa Borgesa: „…podjął próbę ostatniego kłamstwa. >Wasz okropny grzech nie pozwala wam ujrzeć mojego blasku…< – zaczął mówić. Nie słuchali i przebili go włóczniami”.

Pułkownik od pozostałych naczelników, zazwyczaj pogrubionych facetów o żabich proporcjach, różnił się zażyłością z Kiszczakiem, niekompetencją i nietypowym wyglądem. Był cienki jak opłatek. Był najchudszym z ludzi, jakich ktokolwiek kiedykolwiek gdziekolwiek widział. Nawet foremny Pożoga wyglądał przy nim jak pyknikowaty krasnal ogrodowy przy wysmukłej topoli.

  1. Literek nazwisko miał również adekwatne do tego, co lubił najbardziej – trąbienie. Trąbił alkohol jak wóz asenizacyjny gnojowicę. Miał rozszerzenie na język i zwężenie na móżdżek. Czuł się starszy od samego siebie i w związku z tym miał się za mędrca. Był zachwycająco brzydki oraz piękny. Okropnie bałwaniasty i chytry zarazem. Jednym słowem był taki głupi, na jakiego wyglądał. Ta koincydencja sprawiła, że był to lichy przypadek rozumu. Aspiracja służbowe Literka oparta była na rodowodzie. Sięgała czasów Informacji WP i WSW. Wówczas to obyczaje były inne niż w erze Jaruzelskiego. Kopanie i bicie nahajkami w dupę i pięty oraz skakanie po żebrach, aby z figurantów wyszła prawdziwa natura człowiecza, było codzienną praktyką. Pułkownik wyraźnie tęsknił za minionym okresem. Czasami chciał być nobliwy, ale skurwysyństwo miał wypisane na gębie. Upoważniała go do tego znajomości z generałem Kiszczakiem.

         Pułkownik nie miał nawet rodziny, bo był poślubiony ojczyźnie. Jego niepodważalną zaletą było oddawanie ministrowi znacznych usług przy różnych geszeftach, prowadzonych z biznesmenami państw arabskich i żydowskich oraz z hierarchami kościelnymi. To, że Literek zdołał przejąć władzę nad Wydziałem Niemieckim, nie było zadym cudem. Podejrzewałem, że Bóg wyposażył go w nieprzeciętną smykałkę do szemranych interesów. Był boskim pachciarzem. Przypominał facetów szpakami karmionymi. Był czujny jak pies podwójny.    Ilekroć o nim myślałem, w czerepie jawił mi się cytat w Witkacego: „…ty wanrygo, ty chałpudro, ty skwaszony wodrołaju, ty chliporzygu odwantrobiony, ty wszawy bum…”.  

                                               ***

W Firmie co trzecia osoba była kobietą. Były dziewczyny, brzanki, gąski, kobietki, kokietki, panienki, panny, paniusie, podfruwajki, sikorki, magnifiki, Penelopy, żony, żonki, żonusie, bogdanki, baby, babsztyle, matrony, stateczne damy i kapłanki resortowego ogniska. Nie były somnabuliczkami. Wyręczały mężczyzn nie tylko w papierkowej robocie. Umysł kobiet jest logiczny, a rozum inteligentny. To banał, że funkcjonariuszki tajnych służb traktują pracę operacyjną poważniej niż mężczyźni, ale banał prawdziwy. Nic dziwnego, że białogłowy górowały nad mężczyznami wyobraźnią, rozwagą, rzeczowością, bystrością, sprytem i intelektem. A takie chłopiska, jak Literek wolą rzeczy proste. Rozum wywołuje u nich zawiść, strach i nienawiść.

Leży przede mną książka Amaryllis Fox „Tajne życie. Kobiety w służbie CIA”. To dobrze opowiedziana grafomańska historyjka dla sentymentalno-patriotycznych kabotynów rozkochanych w Stanach Zjednoczonych, ale na tyle dyskretna, że Fox, opisując obyczaje szefów i kolegów CIA, stosunków męsko-damskich nie stawia na ostrzu noża. Tylko gdzie niegdzie autorka sygnalizuje, że w czasie szkolenia „Oglądamy filmy w multipleksach, jemy naleśniki w Cracker Barrel, czasami – z reguły – uprawiamy seks”. Albo, że już w czasie realizacji odpowiedzialnych zadań operacyjnych  kolega męża Fox  „…wysłał mi zdjęcie swojego penisa”. A. Fox uznaje to za normę i nie skarży się na seksizm mężczyzn i przedmiotowe taktowanie kobiet w tzw. Farmie  CIA (wydaje się, że tłumacz książki Grzegorz Kulesza ma niejakie trudności z opanowaniem żargonu obowiązującego w służbach specjalnych), tym niemiej wymowa książki jest jednoznaczna. Kobiety w służbach specjalnych, pomimo odnoszenia niezaprzeczalnych sukcesów także w działalności operacyjnej, o których mężczyźni mogliby jedynie marzyć, to i tak mają przechlapane. Może nie w takim stopniu jak w służbach tzw. demoludów, ale zawsze. No to jak było o nas?

Niewiasty były niezrównane w typowaniu i werbowaniu agentury. Wychodziło im to znakomicie. Były dokładne, dobrze przygotowane do takich akcji i skuteczne. Najchętniej „łowiły” agentów na materiałach kompromitujących. Szczególnie imponujące wyniki „łowczynie” agentów osiągały w środowiskach pedalskich i pedofilskich. Ich „łupem” padało 90 procent pedofilów i około połowy gejów przydatnych Firmie. Można to sprawdzić w tak zwanych różowych kartkach (osoby ustalone przez Firmę jako homoseksualne, na polecenie Cz. Kiszczaka miały założone oddzielną dokumentację operacyjną znajdującą się w gestii Departamentu III i IV). Niekiedy środkiem do werbunku agentów były pieniądze lub wykorzystanie ego figuranta. Uważając, że w Kraju Pieroga i Zalewajki jest coraz mniej wariatów dających się nabrać na patriotyzm, damy chętnie rezygnowały z tego sposobu, mimo że metoda ta była preferowana przez przełożonych.

Wprawdzie wśród funkcjonariuszek nie było Sokratesów, ale wśród mężczyzn też ich nie było. Kobiety Firmy w większości posiadły umiejętność ręcznego i maszynowego pisania bez błędów stylistycznych i ortograficznych oraz czytania ze zrozumieniem. Te umiejętności nie zawsze były zaletą płci brzydkiej. W Kraju Pieroga i Zalewajki połowa ludzi nie przeczytała ani jednej książki. A z tych czytających tylko co tysięczna osoba potrafi myśleć. Jednak żadna białogłowa nie doczekała się funkcji chociażby wiceministra. Owszem, było kilka kobiet dyrektorek departamentów. Ale tylko jedna, płk Julia Brystigierowa ps. „Luna” kierowała departamentem operacyjnym. Ba, ta dama, ze względu na umiejętności, mogła z powodzeniem zastąpić każdego ministra. Zrozumiał to na swoje nieszczęście Władysław Gomułka upierając się, aby skierować „Lunę” do jednego z najtrudniejszych resortów.

                                               ***

Również w Służbie Wywiadu i Kontrwywiadu białogłowy były widoczne. W samym wydziale niemieckim naczelnik miał ich pod sobą co najmniej tuzin. Wyrażenia „pod sobą” nie należy brać literalnie. Pułkownik nigdy nie przyjął do wiadomości, że kobiety bez mężczyzn więdną, a mężczyźnie bez kobiet – głupieją. L. Literek bał się oficerek jak ognia. Chyba nie miał żadnego życia seksualnego. Nie dlatego, że był monstrualnie brzydki, a dlatego, że nie chciał takiego życia mieć.

Tajemnicą poliszynela było, że nie „przeleciał” żadnej podwładnej. A było to w resorcie bardzo popularne, bez mała obowiązkowe zajęcie. Naczelnik był z jakichś przyczyn niewyżyty płciowo. Pewnie dlatego był, jaki był. Ale nie, nie był pedałem. Może prawdą jest, że wielkie, ale i najmniejsze idee mające za cel szkodzenie ludziom są wyznawane przez osobników zahamowanych płciowo, podobnych do Literka? Może z tego powodu nienawidził mnie bardziej niż ja jego? 

         „Przelatywanie” dam z wyższych pięter było honorem każdego oficera. Jest na to tysiące dowodów. Najmniejszy z nich wiązał się z samym wyposażeniem poszczególnych pomieszczeń. Weźmy np. biurka. Im większa szarża, tym blat tego mebla był większy. Bo biurko w Firmie nie tylko do czynności urzędowych służyło. Do ekscesów seksualnych również. Mimo że najważniejsze gabinety i pokoje odpoczynkowe były wyposażone w kanapy czy wersalki, wężykowcy mieli biurka wyposażone w blaty- giganty. Blaty jak pastwiska. Aby rżniętej i rżniętemu było wygodniej. Dlaczego uprawianie miłości na biurku było bardziej fascynującej niż na kanapie? A Bóg raczy wiedzieć.

                                     ***   

 Zgadzałem się, że Bóg powierzył ten honor Polakom. Tylko że Polacy nosić go nie umieli. Honor leży na nas jak siodło na krowie. Damy z „góry”, niekłamane ludzice, ze śladami dawnej urody, aliści nieco młodsze od Mostu Poniatowskiego i nie tak zardzewiałe, miały za mężów wojowników pamiętających bitwę pod Lenino, rzeź pod Studziankami, zdobywanie Wału Pomorskiego i forsowanie Nysy Łużyckiej. Mizianie się z takimi „staruszkami” było dla ludzic z góry poniżające. Bez mała byłoby kazirodztwem. Korzystając z przywilejów starszeństwa w hierarchii służbowej, damy wybierały młodszych i przystojniejszych oficerów, mających z kopulacji co najmniej doktoraty.

         Chyba nie mają racji dzisiejsze feministki, że w przeszłości tylko one podlegały molestowaniu. A era MeToo to nic innego jak pic na wodę i fotomontaż. Mizoginizm i mizoandryzm był, jest i będzie. I to we wszystkich kulturach. Jest stary jak świat. Mnie szczęśliwie ludzice pomijały. Byłem za wiekowy jak na ich gusty. „Zwitkaczony”, owszem byłem, ale nie pasowałem, by „kretyńskim być motylkiem”. Moja aparycja przypominała pachołka do cumowanie statków.    Pamiętam, że tylko raz, z okazji resortowego bankietu dla uczczenia rocznicy Wielkiej Rewolucji Socjalistycznej, zostałem przydybany przez „wysokopiętrową”.

         Byłem zmęczony wyborową. Wyszedłem na dziedziniec zaczerpnąć świeżego powietrza. Było ciemno jak w dupie Konia Trojańskiego. Dama podeszła niepostrzeżenie. Zawlokła mnie do swego gabinetu. Też była skaleczona boską obrazą. Z grymasem pożądania, a raczej głodu seksualnego, widocznym czasami na pyskach ogrodowych krasnoludków, wariacko pożądała miłości. W amoku, mając siłę smoka wawelskiego, cisnęła mną jak piłką na blat biurka. Pozbyła sie majtek i kazała figlować wdzięcząc się strasznie. Miała sflaczały tyłek i obwisłe cycki. Trzy otwory, którymi niewiasta może się pochwalić i do których warto włożyć fiuta, też nie były więcej warte. Nie wiem, co było w niej bardziej paskudne? Wnętrze czy wygląd?

         Dama, a raczej baboton chyba przebodźcowała moje pożądanie. Nie sprostałem oczekiwaniom. Mój fallus wisiał bezczynnie przypominając kawałek wyeksploatowanego węża strażackiego, w którym już dawno nie było wody. Kapłanka resortowego ogniska do końca służby wyrzucała mi zbezczeszczenie honoru oficerskiego. Twierdziła, że pług, którym się nie orze, rdzewieje i że dałem plamę. Pocieszałem się, że na Słońcu też są plamy.

                                               ***          .

Nasz naczelnik wysyłał podległe oficerki na takie akcje, które rokowały, że funkcjonariuszki w nich uczestniczące „muszą dać dupy”. Najzłośliwsi oficerowie wydziału, wśród których było dwóch absolwentów filozofii KUL-u (Katolicki Uniwersytet Lubelski), rozpowszechniali plotki, że Literek jako marksista, nie chciał naśladować chrześcijańskiego filozofa Orygenesa, twórcy teorii o preegzystencji dusz, który w akcie samokastracji uczynił się eunuchem. Naczelnik Wydziału Niemieckiego przechytrzył starochrześcijańskiego myśliciela. Nie chcąc samodzielnie wykonywać operacji na własnym fallusie, napisał raport do ministra Kiszczaka, prosząc generała o poddanie go zabiegowi kastracji. I minister spełnił jego prośbę. Jeżeli w tym wyznaniu zwietrzycie konfesję resortowego przygłupa, to nie będę protestował. W resorcie można było wypatrzyć sporo różnej maści naczelników. Było ich w samej Służbie Wywiadu i Kontrwywiadu kilkudziesięciu. Wyznaczenie na to stanowisko uprawniało nominata do pomiatania ludźmi. Więc naczelnicy deptali podwładnych jakby to była kapusta przeznaczona do kiszenia. Udeptani, w przeważającej mierze, z małymi wyjątkami, byli o niebo kompetentniejsi od przełożonych. Resort był pełny takich porządnych oficerów. Można ich było poznać po tym, że świństwa robili bardzo nieudolnie. Stawali się podli stopniowo i stanowili kolektyw solidnych rzemieślników bez krztyny geniuszu.

         Byli jacy byli. Ale na ogół gorsi. Naczelnicy wraz ze swoimi oficerami byli robolami Firmy. Na nich trzymało się ministerstwo. Większość funkcyjnych oficerów podejmowało rozsądne decyzje i mówiło do rzeczy. Niektóre słowa wyostrzały się nawet w ustach tępaków. Mój naczelnik pułkownik L. Literek, nominat ministra, został skierowany do resortu w ramach tzw. desantu aniołów z WSW, należał do wyjątków bez odprysku geniuszu. Paraliżował go respekt przed sobą. Mogłem tylko ubolewać nad niedorozwojem własnego umysłu, że przed akcją, do której mnie zaprzężono, jeszcze tego nie rozgryzłem. Cała ta hałastra naczelników nawet sobie nie wyobrażała, że ich podwładni mogą mieć inne zdanie niż oni. Bo tylko oni kierowali bezpośrednio oficerami. Wyższe szarże rzadko zniżały się do bezpośredniego stawiania zadań. Od tego mieli naczelników.

                                               ***   

  1. Literek miał biało-żółte, jakby wyrzeźbione ze słoniowej kości oblicze. Łysą niczym bilardowa kula czaszkę. Oczy ukrywał za grubymi szkłami krótkowidza. Nie na tyle jednak grubymi, aby podwładni nie widzieli jego spojrzenia, wiecznie zagubionego w przestrzeni. Mój szef odznaczał się cechami rasowego pracownika kontrwywiadu. Nadymał się jak żaba na liściu nenufaru. Pysznił się swoją niekompetencją. Gryzł w pupę każdego, kto na drabince kariery miał szansę stanąć o szczebelek wyżej. Był pewny siebie i apodyktyczny. Głęboko wierzył, że zawsze ma rację. Starał się robić wrażenie, że wszystko już przemyślał i rozstrzygnął. Jego twarz nie była twarzą, raczej potwarzą, ponurym ryjem, który śnił mi się długo. Obserwując jego sposób kierowania wydziałem, przerobiłem zdanie Schopenhauera. Brzmiało ono tak: dobry styl dowodzenia polega nie na monologowaniu, a na tym, że ma się coś do powiedzenia. Literek miał do powiedzenie tylko frazesy z cyklu: „ja rzucam myśl, a wy ją łapcie”. Była to przeraźliwa nicość intelektualna, totalna pustynia. Wysłuchałem i zaznałem mulistości i odruchu wymiotnego. Wydawało się, że naczelnik wysłuchuje li tylko z grzeczności tego, co mówią inni. Podległym oficerom wyjaśniał prawie wszystko, a to znaczyło, że niczego nie wyjaśniał. Obwieszczał wszem i wobec swe ostatnie sądy, obowiązujące podwładnych i przydatne do danej sprawy jak hulajnoga do podróży na Księżyc. Był najbardziej monstrualną i żałosną istotą na świecie.