Wszystkie wpisy, których autorem jest henryk_piecuch

SPOWIEDŹ Z NIEPOPEŁNIONYCH GRZECHÓW. ERIKA. SZEŚĆ METRÓW UBECKIEGO BLAGIZMU

Zdarza się, że agencje wywiadowcze otrzymują rozkaz, by zlikwidować osoby uważane przez władze za stanowiące zagrożenie dla interesów narodowych. W większości przypadków takich zabójstw należy dokonywać dyskretnie, cicho i w sposób uniemożliwiający znalezienie zabójcy. Czasami dokonuje się ich tak, aby sprawić wrażenie, iż ofiara zmarła w sposób naturalny. Jednakże niektóre zabójstwa mają być ostrzeżeniem i dlatego wykonuje się je w sposób mniej utajniony.
                                                                                                                                              H. Keith Melton

 

Mój prywatny papież. Jak esbek został watykańskim spowiednikiem Jana Pawła II

 

Grudzień 1970 roku. Czterech gości bez nadzwyczajnego polotu (S. Kania, W. Jaruzelski, F. Szlachcic, E. Babiuch) robi mały przewrót. Efekt uboczny? 45 trupów i ponad tysiąc rannych. Efekt główny? Edward Gierek awansuje z prowincjonalnego kacyka na pierwszego sekretarza KC PZPR. Edward, choć wdzięczny, lojalność w partii traktował z fizjologiczną nieufnością. Postanowił więc osłabić Jaruzelskiego i jednym podpisem zabrał mu Wojska Ochrony Pogranicza (WOP), przesuwając 30 tysięcy bagnetów i tłum agentów z MON do MSW.

         I tak oto z dumnego obrońcy socjalistycznej ojczyzny stałem się psem łańcuchowym spraw wewnętrznych. Zamiast jednak nudzić się na granicy, zacząłem pisać tajny dziennik polityczny. Do wielkich tego świata miałem pecha – spotykałem ich albo za wcześnie, albo za późno. Na Gierka i Jaruzelskiego trafiłem, gdy już opadał z nich blichtr. Za to Karola Wojtyłę i Władimira Putina poznałem, zanim stało się to modne.

         Putina, wówczas jeszcze skromnego lejtnanta KGB, spotkałem pod koniec socjalizmu na bankiecie w Dreźnie. Udawał faceta od kultury, mówił po niemiecku lepiej niż Goethe, a w Galerii Drezdeńskiej, gapiąc się na Madonnę Sykstyńską, wykładał mi zasady polskiej polityki. Rzucił wtedy: „Dziwna ta wasza Polska. Papież całuje glebę, a Wałęsa klęka przed nim jak mużyk przed panem”. Wyglądał inteligentnie, ale głowy bym nie dał, że ten kurdupel z moich szkicowników weźmie kiedyś za twarz całe imperium.

         Z kolei K. Wojtyłę poznałem w połowie lat pięćdziesiątych na Mazurach. Siedzieliśmy przy ognisku nad Mamrami z grupą kajakarzy z Krakowa. Szefował im nieznajomy, na którego mówili „Wujek”. Pogadałem chwilę o książkach i komarach. Minęły dekady i nagle 16 października 1978 roku słyszę z rzymskiego balkonu: Habemus papam! I wtedy dotarło do mnie, z kim właściwie piłem tę mazurską herbatę.

ONIRIADA

Wszystko jest podszyte czymś innym,
nic nie jest tym, czym się wydaje,
gdy czysty blagizm wkracza w fazę operacyjną.
Płyną plastikowe kajaki przez rdzawą wodę Mamr,
wiosła zrobione z pożółkłych skryptów KUL-u.
Wujek na brzegu pisze na maszynie bez taśmy,
litery wybijają się bezpośrednio na ubeckiej skórze,
a każdy paradygmat boli jak uderzenie bata.
Służby milkną, bo nie ma kogo aresztować.

Szpieg z maszyną erika

 

Gdy dotarło do mnie, że mazurski „Wujek” to teraz Jan Paweł II, poczułem lekki żal do Ducha Świętego. Mógł mnie, kurczę, wtedy oświecić! Zamiast tego zrobiłem najgłupszą rzecz na świecie. Mając na karku rodzinę i świadomość, jak bezpieka potrafi „uziemić” zdrajców, postanowiłem zostać jednoosobową agencją wywiadowczą dla Watykanu. Z głębokiej konspiracji, jako motto moich tajnych meldunków, wybrałem cytat ze św. Pawła: „Nie piszemy wam nic innego, jak to, co czytacie i rozumiecie”. Początkowo stukałem te rewelacje w domu na enerdowskiej maszynie Erika, potem w redakcji „Granicy” w Warszawie.

          Konspiracja pełną gębą: niszczenie notatek, a nawet kompulsywna wymiana taśm barwiących w maszynie. Moje pierwsze raporty były tak chaotyczne, że Watykan potrzebowałby cudu, a nie Ducha Świętego, żeby coś z nich wyczytać.

         Wszystko zmieniło się w latach 80., gdy zaprzyjaźniłem się z gen. Władysławem Pożogą z MSW. Generał, z niewiadomych przyczyn, otworzył przede mną drzwi i kazał swoim oficerom mówić mi samą prawdę. Moje kwartalne raporty zyskały profesjonalny sznyt. System dystrybucji był genialny w swojej prostocie: pakowałem list, adresowałem „Ojciec Święty, Watykan” i wrzucałem do skrzynek pocztowych w losowych miastach podczas delegacji.

         Po 1990 roku wciągnąłem w ten proceder Annę Walentynowicz. Ikona „Solidarności” kręciła się już w kółku podobnych mi wariatów gospodarczych, którzy słali raporty przez zaprzyjaźnionych księży i zakonnice. Pani Anna miała świetne dojścia w Krakowie, więc zaczęła robić za mojego kuriera. Paczki szły prosto do Stanisława Dziwisza. Co więcej, Walentynowicz przyjaźniła się z Wandą Półtawską – psychiatrą, która znała psychikę papieża lepiej niż ktokolwiek (to ona osobiście doniosła mu potem o skandalu z abp. Paetzem). Wiem od Anny, że co najmniej dwa moje elaboraty trafiły na biurko Wojtyły bezpośrednio przez ręce pani profesor. Walentynowicz wpadała do mnie na Ursynów i do Michałowic.

ONIRIADA

Ludzkie dzieli się na dwie połowy:
jedną, która nie ma nic do powiedzenia,
i drugą, która nie przestaje mówić.
Watykan drży w posadach,
gdy biały dym pachnie nagle podhalańskim oscypkiem.
Kolegium kardynalskie patrzy z przerażeniem na mapę,
granice zaczynają się kurczyć przed nami,
a na środku placu świętego Piotra
wyrasta gigantyczna, drewniana ciupaga z taśmą od Eriki.

 

Różaniec od Dziwisza i asy z Wydziału XI

 

Raportów, rzecz jasna, nie podpisywałem. Wyłamałem się dopiero w czerwcu 2004 roku, kończąc opasłe Tezy do analizy działań służb specjalnych III RP. Oprócz tajnych analiz, słałem do Watykanu swoje książki – pocztą albo przez Annę Walentynowicz. W odpowiedzi kardynał Stanisław Dziwisz regularnie odsyłał mi podziękowania, papieskie błogosławieństwa, a nawet garść poświęconych krzyżyków i różaniec. Wszystkie te świętości rozdałem potem gdy leżałem w centrum onkologii na Ursynowie ludziom bardziej potrzebującym cudu niż ja. Dlatego, gdy dziś wylewa się pomyje na Dziwisza, ja złego słowa nie powiem – dla faceta, którego na oczy nie widział, był nadzwyczaj wspaniałomyślny.

         W ramach długu wdzięczności pisałem dla Anny Walentynowicz przemówienia. W 1989 roku, gdy nastała III RP, odetchnąłem. Urzekła mnie wtedy szczerość papieża, który bez owijania w bawełnę przyznał, że „byłoby śmieszne, gdyby uważał, że to on własnoręcznie obalił komunizm”. Karol Wojtyła miał zresztą unikalny, podwójny doktorat z cierpienia: najpierw z bliska oglądał Auschwitz, a potem przez ponad trzy dekady egzystował w bierutowsko-gierkowskim „socraju”.

         Mój własny mózg na starość działa jak tandetna koszula w praniu – wspomnienia o papieżu kurczą się i blakną. Ale jedno jest pewne: to był najwybitniejszy Polak w historii. Dla niego byłem gotów pić brudzia z samym Belzebubem i generałami bezpieki, byle tylko wyciągnąć z ich szaf kwity i słać je do Rzymu.

         Więc słałem. Donosiłem uprzejmie, że największe sukcesy w rozpracowywaniu „Solidarności” miał Wydział XI Departamentu I MSW. Ci sami ludzie w swoich dzisiejszych, grubych pamiętnikach płaczą do kamer, że „oni nie byli w SB, tylko w wywiadzie, a Polska była przecież jedna”.

         W jednym z raportów spróbowałem nawet tę teorię przemycić papieżowi. Chciałem w ten sposób rozgrzeszyć i rozsławić Tomasza Turowskiego – jednego z najbłyskotliwszych „nielegałów” generała Pożogi – oraz całą resztę asów, którzy nie szczędzili potu dla Kraju Pieroga i Zalewajki. Sam przecież byłem tylko dezerterem udającym fana komuny. Wierzyłem po prostu, że Jan Paweł II ma absolutny słuch do świata i tą esbecką ścieżką chciałem go zainteresować stanem kraju.

ONIRIADA

Przeżywamy epokę potwornego skretynienia,
w której nikt nic nie wie, a formy pękają.
Na białym prześcieradle rzymskiej kliniki Gemelli:
Kula toczy się w tył, wraca do lufy pistoletu.
Czas jest zepsutym zegarkiem w kieszeni munduru,
sekundy kapią jak krople ciężkiej, gęstej oliwy.
Turecki strzelec płacze, bo zapomniał własnego imienia,
a gołębie odlatują, niosąc w dziobach szyfrogramy do Moskwy.

 

Sześć metrów akt na Łubiance

 

Z naiwnością godną lepszej sprawy próbowałem wciągnąć papieża w mroczny świat stanu wojennego, „Solidarności” i zamachu Ali Agcy. Sygnalizowałem mu, jak bezpieka wykorzystuje teologię wyzwolenia i na czym polegał wielki blef Okrągłego Stołu. Nadawałem też o „niebułgarskich Bułgarach” i potężnej machinie dezinformacji.          Wiedziałem sporo – od A. Pietruszki z MSW, N. Pliski z KGB/GRU czy wreszcie od gen. Pożogi. Ułożyłem nawet morderczą drabinkę zamachu na JP II: Breżniew, Andropow, Kriuczkow, tajemniczy „niebułgarscy Bułgarzy” i dopiero na samym końcu cyngiel Agca.

         Początek 1980 roku przyniósł ponury zwiastun. Rezydent KGB Pawłow odwiedził W. Jaruzelskiego i rzucił krótko: „Wojciechu, Breżniew i Andropow chcą przejrzeć wszystko, co macie na Wojtyłę”. Generał Jaruzelski natychmiast pociągnął za sznurki w MSW i WSW. Na Łubiankę pojechało jakieś 6 metrów bieżących akt. Sowieci przetrzepali wszystko – od raportów agentów po łupy z tajnych rewizji: zdjęcia kilkumiesięcznego Karolka, fotki z komunii, świadectwa szkolne, a nawet ujęcia z Legii Akademickiej. Czułem, że to pachnie krwią.

         Wysłałem do Rzymu gęsto szyfrowany raport (dwie dekady później opisałem to w książce Strzały do papieża i narodu). Czy przez te rewelacje uziemiono mojego informatora „Marka”? Czy powinienem mieć wyrzuty sumienia? Cóż, to była czysta, wredna zdrada mojej socjalistycznej ojczyzny. Pocieszam się Różewiczem: „Módlmy się za dezerterów”.

          Przecież w Watykanie grasował już Tomasz Turowski – as wywiadu i podopieczny generałów M. Milewskiego oraz W. Pożogi. Turowski najpierw trenował na polskich klerykach, a potem wykorzystał dawną znajomość z kardynałem Wojtyłą, by wkraść się w watykańskie łaski. W 1980 roku Pożoga rzucił go do Paryża. Facet wchodził w emigracyjną opozycję jak nóż w masło: za dnia pisał artykuły dla podziemia i fotografował dom Zdzisława Najdera (szykowano porwanie szefa RWE do kraju), a nocami skrobał meldunki dla centrali w Warszawie.

ONIRIADA

Kiedy nie wie się, co należy robić,
robi się po prostu to, co robią wszyscy.
Urzędnicy państwowi śnią wspólny, lepki koszmar:
Zamiast defilady pierwszomajowej – procesja sześciu metrów akt.
Zamiast portretu Marksa – ogromna, tłusta kremówka,
która powoli zalewa gmach KC na Łubiance.
Generał próbuje zdjąć z twarzy ciemne okulary,
ale pod nimi ma tylko kolejne okulary, ciemniejsze,
aż do całkowitej, urzędowej nocy.

 

Pustelnik i empuza na Rakowieckiej

 

Dziś pan Turowski bez mrugnięcia okiem twierdzi, że władze PRL po prostu drżały o życie papieża, bo jego śmierć wywołałaby w kraju krwawą rewolucję. Według tej wersji kret z MSW biegał po Watykanie wyłącznie po to, by chronić Ojca Świętego i służyć Polsce.       Trzeba przyznać, że ten as wywiadu z Wydziału XI grał na nosie wszystkim: opozycji, watykańskim służbom, francuskiemu kontrwywiadowi i CIA. Aby uwiarygodnić swoją „nienawiść do komuny”, pisał do emigracyjnego pisma Libertas i osobiście targał dolary dla ukrywającego się Aleksandra Halla. Watykańskie rekomendacje robiły swoje, a w Rzymie na żołdzie MSW pasło się jeszcze kilku innych agentów. Choć trzeba przyznać – gdy Jan Paweł II odwiedził Bułgarię, w jego przemówieniach dziwnie pobrzmiewały echa moich raportów na temat zamachu.

         Możliwe, że papież – mimo tłumów – czuł się w Watykanie jak samotny eremita. Potwierdzają to jego intymne notatki Jestem bardzo w rękach Bożych, wydane bezwstydnie przez kardynała Dziwisza wbrew testamentowi, który nakazywał ich spalenie. Papież, erudyta, powinien był jednak wiedzieć (przynajmniej od czasów Bułhakowa), że rękopisy nie płoną.

         Ja sam przez lata bawiłem się świetnie i czułem bezpiecznie. Do czasu. W połowie pierwszej dekady III RP dostałem wezwanie na Rakowiecką. Poszedłem w poniedziałek. Biuro przepustek – ten betonowy bunkier, będący pierwszym architektonicznym dziełem generała Kiszczaka – pękało w szwach od przerażonych petentów. W okienku stała mundurowa empuza o urodzie lalki Barbie. Zabrała mój dowód i legitymację oficerską, po czym szczeknęła do słuchawki: „Piecuch już jest”.

         Po pół godzinie pojawiła się kolejna siksa – młoda gwiazda bezpieki Nowej Polski. Lepiej ubrana niż stare esbeczki, ale maniery te same. Lekko nawalona, zataczając się, wrzasnęła na cały regulator: „Piecuch! Który to?!”. Grzecznie poprosiłem o zwrot dokumentów, na co odpowiedział mi wściekły warkot, że dostanę je „w swoim czasie”.      Zaprowadzono mnie do obskurnego pokoju z jednym taboretem na środku. Klasyczna szkoła Adama Humera – kazali mi siedzieć i kruszeć. Po trzech kwadransach empuza skinęła palcem. Wszedłem do gabinetu. Ściany były gołe, a jedyną ozdobą był orzeł z dorysowaną naprędce koroną, wetknięty grubiańsko za szkło.

ONIRIADA

Księgowi w sutannach płaczą krwawymi łzami,
bo debet sięga nieba, a kredyt zaufania właśnie wygasł.
Dolary płyną szerokim, brudnym strumieniem przez Tyber.
Święty Piotr liczy banknoty na ołtarzu,
a każdy banknot ma twarz kacyka o aparycji sutenera,
który schodzi z wody jak bulgot z wanny.
Siedzę na taborecie, pod śpiew pogniecionych lebiot,
czekając na wyrok pijanego lalkarza.

 

Bulgot z wanny i wielki blef inwazji

 

Godło za szkłem było koncertowo pofajtane przez muchy. Pod ścianą straszyła szafa pancerna, a za rozklekotanym biurkiem zoczyłem faceta o aparycji sutenera z warszawskiego Pigalaka. Obok, w charakterze milczącego mebla, zasiadła znana mi już empusa – wysuszona jak lebioda, z twarzą pilnie domagającą się prasowania. Ten zabiurkowy kacyk w stopniu kapitana w nowej, wolnej Polsce robił dokładnie to samo, co w PRL-u: bawił się w śledczego.

         Kapitan zaczął przesłuchanie specyficznym bulgotem, przypominającym dźwięk wody schodzącej z wanny. Długo drapał się po łysinie, aż w końcu wysapał: „No, wasze książki są, no… wredne! Produkujecie sobie wrogów!”. Po czym założył okulary i z nabożną miną przeczytał z kartki cytat, w którym generał Pożoga bezlitośnie chłostał Jaruzelskiego i Kiszczaka. „Haniebne i wredne słowa!” – podsumował z głębokim oburzeniem ten strażnik moralności.

         „Żałuję, ale nie mam wpływu na wasze myśli, kapitanie” – odparłem chłodno. „Po każdej książce wybaczam starym wrogom, bo mam już stado nowych”.

         Facet aż fuknął: „Jestem kapitanem MSW! Proszę o szacunek!”. Wtedy przerwałem mu bezceremonialnie: „A ja pułkownikiem Straży Granicznej. A cytowane słowa to nie moja inwencja, tylko pana byłego najwyższego szefa, generała Pożogi. Słyszał pan o nim?”.

         Kapitan nagle zmiękł i przeszedł na „pan”. Bąknął coś o doniesieniach, że szkaluję „dostojników”. W jego oczach widziałem potężną walkę: z jednej strony esbecka chęć potraktowania mnie z buta, z drugiej – paraliżujący strach, czy za tym bezczelnym pułkownikiem nie stoi jakaś nowa, szychowa figura. Grupa generalskich i pułkownikowskich emerytów z PRL-u, która w III RP uwiła sobie nowe, intratne gniazdka, dostała potężnej amoku po moich książkach Pożoga. Jaruzelski tego nigdy nie powie oraz Byłem gorylem Jaruzelskiego. Ich dawne wyczyny po prostu nie nadawały się do salonów nowej rzeczywistości, a ja opisałem te urocze grupy z całą poetycką surowością.

         W profesji bezpieki zawsze wyznawałem pogląd Nietzschego: „o ile obłęd u jednostek to rzadkość, o tyle w stadzie i instytucjach to żelazna reguła”. Moje dalsze przesłuchanie przypominało klasyczny kabaret:
         – Skąd pan wziął pomysł na te książki, pułkowniku?
         – Z głowy, czyli z niczego.
         – Skąd materiały?
         – Od generała Pożogi i pana starszych kolegów, kapitanie. Wasze empusy mają tak fatalną pamięć, że zapomnieli, iż cokolwiek robili, więc nagle zaczęli mi wszystko wyśpiewywać.
         – Wiedział pan, że to tajne?
         – Wiedziałem. I nic. Skoro kwity daje mi pierwszy zastępca ministra, to nie zawracam sobie głowy takimi bzdurami.
         – Zobaczymy, jak to się skończy. My potrafimy czytać między wierszami…
         – Nie wątpię. Zawsze to potrafiliście.

         Rozmowę przerwał ryczący głośnik telefonu: „Jak idzie przesłuchanie tego skurwiela?”. Kapitan zasalutował słuchawce: „Mam trudności, szefie”. „Zajdźcie do mnie” – padło polecenie.

         No i ruszyliśmy na trzecie piętro, prosto do dawnego gabinetu Kiszczaka. Dawniej panowała tu asceza, teraz kapało tandetnym nowobogactwem. Za biurkiem siedział Palant Hipokryta, który z miejsca oskarżył mnie o szpiegostwo. Chwycił moje papiery i zaczął czytać moje tajne Tezy do analizy stopnia zagrożenia interwencją wojsk Układu Warszawskiego w 1981 roku.

         Z moich wywiedzionych z analizy punktów wynikała jedna, bolesna dla mitologii III RP prawda: Ruscy wcale na nas nie szli. Ani w Moskwie, ani w Berlinie, ani w Pradze nie było żadnego dokumentu o interwencji. Owszem, gromadzono wojska przy granicy, rozwijano szpitale polowe i rzucano sprzętem, ale to była czysta, wyreżyserowana pokazówka. Te ruchy miały charakter ostentacyjnie psychologiczny i propagandowy. W dokumentach sztabowych brakowało kluczowego elementu – planu neutralizacji Wojska Polskiego, bez czego żadna inwazja nie miała prawa się udać. Sowieci, robiąc tyle szumu, świadomie pozbawiali się elementu zaskoczenia. Całe to gromadzenie bandażów i pałek bojowych miało tylko jeden cel: zabezpieczyć i wesprzeć logistycznie naszych rodzimych jenerałów z MON i MSW, którzy sami szykowali stan wojenny.

Przeciwko teorii o bratniej inwazji przemawiały ponadto następujące fakty:

  • siły UW zgromadzone nad granicą PRL pod koniec II połowy 1981 r. były porównywalne (liczebność, uzbrojenie, zdolność wykonywania zadań przez poszczególne związki taktyczne itp) z siłami użytymi w czasie najazdu na CSRS w 1968 r. co, zważywszy wielkość terytorium, liczbę ludności, siłę armii Polski i CSRS, wydaje się być dalece niewystarczające do przeprowadzenia skutecznej interwencji;
  • zarówno w CSRS jak i w NRD nie wzmocniono ani nie rozwinięto (w stopniu pozwalającym na skuteczne przeprowadzenie operacji opanowania tak dużego państwa jak Polska) jednostek AR stacjonujących na terytoriach tych państw (co uczyniono np. w 1968 r., w czasie przygotowań do najazdu na CSRS);
  • zgromadzone nad granicą PRL wojska UW ani razu nie zajęły pełnych podstaw wyjściowych, z których można przeprowadzić skuteczną interwencję (świadczą o tym m.in. doniesienia zwiadu WOP);
  • między siłami UW (wytypowanymi do rzekomej interwencji) nie uzgodniono zasad współdziałania taktycznego, operacyjnego i strategicznego na wypadek wejścia do Polski (brak na ten podstawowy temat jakichkolwiek dokumentów);
  • w jednostkach MON oraz wojskach MSW (NJW MSW, WOP) nie przeprowadzono przygotowań wskazujących na zagrożenie interwencją, mimo, że dowódcy poszczególnych jednostek domagali się wyraźnych wskazówek, co należy robić w takiej sytuacji;
  • w meldunkach z poszczególnych brygad WOP (ze szczególnym uwzględnieniem doniesień zwiadu WOP) brak jakichkolwiek sygnałów o zagrożeniu, mimo że służby WOP miały codzienny roboczy styk ze stroną sąsiednią.

Dostępne materiały dotyczące przygotowań wybranych jednostek wojskowych ZSRR, CSRS i NRD nie uzasadniają tezy, że były to działania wystarczające do przeprowadzenia interwencji. Nie ma żadnego dokumentu służb specjalnych PRL wskazującego na istnienie zagrożenia interwencją sił UW. Zarówno oficerowie grupy „Wisła” (działającej na terytorium ZSRR) jak i ich odpowiednicy w CSRS i NRD nie sygnalizowali realnego zagrożenia interwencją. Agentura służb specjalnych ZSRR, CSRS, NRD (i innych państw UW) działająca na terenie PRL nie została przestawiona (ani nawet nie była przygotowywana) na działania w warunkach opanowania terytorium Polski przez wojska interwencyjne. Doniesienia wywiadu MSW i MON z placówek dyplomatycznych państw zachodnich akredytowanych w Polsce nie wskazywały, by w tym czasie służby tajne tych państw poważnie liczyły się z interwencją sił UW w PRL. Doniesienia wywiadu MSW i MON z terenu państw zachodnich również nie wskazywały na możliwość interwencji.

WNIOSEK: Położenie i działania sił UW nad granicą Polski pod koniec II połowy 1981 r. wykluczały groźbę bezpośredniej interwencji. Należy jednak stwierdzić, że siły te (wydzielone wojska ZSRR, CSRS i NRD) były gotowe do udzielenia pomocy materiałowej, medycznej, a nawet bezpośredniego wsparcia jednostkom MON i MSW realizującym rozkaz o wprowadzeniu stanu wojennego na terytorium PRL.

ONIRIADA

Stworzyć potwora to jeszcze nic,
sztuką jest utrzymać go przy życiu.
Śnią się nieba pełne tłocznych poczekalni,
gdzie nowi wojskowi stoją po pieczątkę interwencyjną.
Skrzydła mają zrobione z urzędowych pism Układu Warszawskiego,
a aureole mrugają jak neony w tanim barze u Morloków.
Papież podpisuje dekrety in blanco, coraz szybciej,
aż radzieckie czołgi zamieniają się w defiladę z tektury.

Sprawa zdechła, czyli kraj wiecznych palantów

 

Hipokryta skończył. Odsapnął chwilą jakby ciężar tego, co przeczytał przed chwilą zmroził mu serce, a może i niżej i zapytał:
         – Pan to napisał, pułkowniku? Zdradził pan nie tylko tajemnice wojskowe i państwowe, ale i Układu Warszawskiego. Jest pan, pułkowniku, szpiegiem.
         – Tak, ja to napisałem. Ale czy jestem szpiegiem? Ha! Mam co do tego wątpliwości – odpowiedziałem.

         Nie było sensu zaprzeczać. To był jeden z pierwszych istotnych raportów opracowanych i wysłanych do Watykanu przez pocztę. Nie mam pojęcia czy to dochodziło do Watykanu. Na pocztach działali przecież per lustratorzy w rangach chorążych. Byli rozliczani za ilość wychwyconych podejrzanych tekstów.

                   Przesłuchujący zbaraniał. Palanta Hipokrytę znałem skądinąd. Znałem go z dokumentów peerelowskich. Palant Hipokryta to ksywa. Najpierw agenta, a następnie funkcjonariusza MSW na etacie niejawnym, a teraz, patrzcie, pułkownik na etacie generalskim, władca Straży Granicznej i wielu innych komórek MSW. Jego nazwisko jest wystarczająco nędzne, by je natychmiast zapomnieć. To skrzyżowanie Morloka z Elojem z Wehikułu czasu Herberta George’a Wellsa. Palant niedawno opuścił szeregi resortu stając się ważnym celebrytą. Wkrótce nawet telecelebrytą. Od tego czasu brylował w mediach. Wydawało mu się, że był w MSW wagą superciężką, a był najwyżej kogucią.

         16 czerwca 2012 r. po raz ostatni mówił do mnie z ekranu telewizora. Rozwodził się na temat niespodziewanej śmierci swojego druha – jak przyznał – generała Petelickiego, który akurat popełnił, być może niechciane samobójstwo. Aczkolwiek niechciane samobójstwa nie są niczym nowym w służbach specjalnych. Byłem szczerze zaskoczony. Pisarz i reporter Krzysztof Kąkolewski mawiał, że jenerałowie umierają burzliwą śmiercią także w czasach pokoju. I miał, choleryk, świętą rację. Wystarczy przejechać się po nekrologach moich znajomych: Korczyński, Oliwa, Jaroszewicz, Fonkowicz, Papała, Stopiński i wreszcie świeża sprawa – Sławomir Petelicki. Akurat u tego ostatniego zaskoczenie było największe.

          Klasyczny esbek, który do czerwca 1989 roku bolszewiał z każdym dniem, po upadku komuny nagle doznał cudownego nawrócenia i był współtwórcą GROM-u. Taka siurpryza! No i skończył z dziurą w głowie. „Niechciane samobójstwo” – jak mawia się w branży.

         Tymczasem Palant Hipokryta w gabinecie Kiszczaka wisiał nade mną niczym energooszczędna żarówka Osram i sypał groźbami. Gorączkowo kombinowałem, skąd nowa bezpieka zwąchała moje watykańskie paski. Do połowy lat 90. pisałem anonimowo, nazwisko dokleiłem dopiero u progu XXI wieku. Kanał przez Annę Walentynowicz i Joannę Matusiewicz był przecież pancerny. Co prawda z Rzymu przychodziły oficjalne podziękowania, które na poczcie mógł prześwietlić jakiś niedorżnięty przez weryfikację perlustrator, ale wysyłanie książek do Watykanu w wolnym kraju to jeszcze nie szpiegostwo. Najpewniej w Rzymie wciąż dogorywał jakiś stary kret z MSW, który przechwycił moje elaboraty i podkablował centrali. Resztę doklepali analitycy na Rakowieckiej.

         Niczemu nie zaprzeczałem. Oskarżenie było celne, choć z logicznego punktu widzenia – durne. Brzydząc się tanią fabulacją, uderzyłem w wysokie „C”:
         – Czy nie sądzi pan, pułkowniku, że Jan Paweł II to ktoś więcej niż głowa państwa, które skądinąd obchodzi mnie tyle, co zeszłoroczny śnieg?
         – O! To nieładnie – oburzył się Palant. – Watykan powinien pana obchodzić. Jest pan chrześcijaninem?
         – Właśnie dlatego. Jako ochrzczony katolik traktuję papieża jako namiestnika Boga na ziemi. Przed nim nie mam tajemnic. A moje raporty? Proszę je potraktować jako spowiedź z niepopełnionych grzechów.

         Dziś mógłby to podstemplować Henry Kissingerem, twierdzącym, że Wojtyła przestawił zwrotnice XX wieku. Albo Jelena Bonner, żona Sacharowa, pisząca, że papież był czystym źródłem światła. Wtedy jednak Palantem targnął ordynarny głód wiedzy:
         – Co dokładnie było w tych raportach?
         – Tajemnica spowiedzi. Poza tym to już własność adresata. Nie moja.
         – No, to się jeszcze zobaczy! Ale ostrzegam, trzymaj się pan z daleka od polityki!

         Puszczono mnie wolno. Oficjalnie sprawa zdechła, ale do dziś byle kundel, sykofant czy zwyczajny polski kapuś obszczekuje mnie w mediach, robiąc ze mnie szpiega, generała NKWD czy krwawego funkcjonariusza Informacji Wojskowej. I choć plotki o moim rzekomym szpiegostwie czy generalskich szlifach w NKWD brzmią nadzwyczaj dumnie, na szczekające kundelki spuszczam zasłonę milczenia.

          Głupota to przecież też jakaś forma używania mózgu. Zresztą w dobie Internetu głupota stała się fascynująca – rozchodzi się błyskawicznie i u każdego wygląda identycznie. Życie z głupcami bywa jednak trudniejsze niż w klatce z dzikimi zwierzętami. In saecula saeculorum. Amen.

         Każde społeczeństwo dzieli się na złodziei, gliniarzy, okradanych i manipulowanych. Cała sztuka polega na proporcjach. Nie spisałem tego wszystkiego dla kasy, sławy czy zemsty. Pisząc o sobie, piszę o was. Choć umówmy się – jedynym opłacalnym gatunkiem literackim jest dziś list z żądaniem okupu, a jedynym testem na odwagę – cyberterroryzm w wojnie czwartej generacji. Wojnie, która co rusz zamienia się w tradycyjną rzeź za pomocą rakiet, samolotów, czołgów i armat, tłukących kobiety i dzieci na Ukrainie czy Bliskim Wschodzie. I, Bóg da, takich masakr będzie więcej. Oświetlam wam po prostu wasz własny świat.

         Na koniec zostawiam was z bajką o palantach. Gdy czasem błądzę myślami po korytarzach MSW, staje mi przed oczami czeska receptura z Vaclava Havla. Pierwszy palant przychodzi do drugiego, coś tam papla, głupkowato się szczerzy i mówi, że słyszał przez drzwi, jak drugi mówił do trzeciego, że ten słyszał przez drzwi, jak trzeci mówił pierwszemu, że drugi mówił trzeciemu… I tak w kółko, bez końca. Trzeba pilnować tyłów, żeby samemu nie wpaść w tę pętlę.

         Od czasów słynnych rajdów Antoniego Macierewicza urzędowi spece skończyli już chyba trzepać teczki moich starych kumpli i ruszyli do bratobójczej palantiady. Pierwszy ma kwity na drugiego i trzeciego. Drugi na trzeciego i pierwszego. Trzeci na pierwszego i drugiego. Gdy pierwszy donosi na trzeciego, w rzeczywistości podpieprza samego siebie.

         Gra jest przednia, zwłaszcza że nad tym wszystkim skacze Palant-Joker – wielki szef tej karuzeli. On teczek nie zbiera. On trzyma kasę i rozdziela łupy. Najgrubszy przelew dostaje ten, którego donos ocieka największą zawiścią, głupotą i fanatyzmem.

          Patrzę na Kraj Pieroga i Zalewajki jak na tę nadludzką palanciarnię i jestem absolutnie spokojny o przyszłość: rządzące nami empusy zrobią wszystko, by zło, nienawiść i czysta głupota nigdy w tym kraju nie zginęły.

         Przed 80. laty ubecy humanitarnie „zaopiekowali się” moim Ojcem i fortepianem. Zostałem sam na placu boju, bez klawiszy, ale z dumą. Pod koniec lat 70., w ramach pierwszej nauczycielskiej pensji, kupiłem akordeon, ten luksusowy syntezator Bloku Wschodniego. Teraz rozciągam miech, pompuję nostalgię i lecę na melodię „Peleryny”, prosto w nos IPN-owskich biurokratów:

Mojej teczki cennej nie chcą w IPN-ie,
Choć pachnie spychologią i dawnym systemem.
Pożółkła ze wstydu, jak kapuś w depresji,
Ofiara ubeckiej, radosnej ekspresji.
Moim dumnym łupem Instytut pomiata,
Choć goniłem z nią esbeków po trzech końcach świata!
Zwiedziłem Łubiankę, lochy i piwnice,
Gdzie urokliwe draki oświetlały świece.
Dziś z papierów drogich cała rzesza drwi,
A ja nad tą teczką wylewałem łzy…

Gram, podśpiewuję siedząc nad nieszczęsnymi szpargałami i patrzę, jak urzędnicy zamienili ludzkie dramaty w jednozdaniowe hity z archiwum. Ktoś całe życie uciekał, a system podsumował go jednym, dynamicznym słowem. Stylistyka godna mistrzów biurokracji:
         „Wyeliminowany” – brzmi jak wykluczenie z reality show, a nie strzał w potylicę.
         „Unieszkodliwiony” – jakby chodziło o cieknący kran, a nie żywego człowieka.
         „Zlikwidowany” – urzędowy klasyk, czysta księgowość śmierci.
         „Zaginął” – czyli ubecy zapomnieli wpisać adresu mogiły.

ONIRIADA

Koniec i bomba,
a kto czytał, ten trąba!
Wizja z pogranicza jawy i paraliżu na Rakowieckiej:
Szklana klatka jedzie przez plac pełen milczących teczek.
Starzec w bieli chce krzyknąć, ale usta ma zaszyte
nitką z najczystszego, watykańskiego podsłuchu.
Tłum bije brawo, myśląc, że to karuzela Macierewicza,
a nad bazyliką krąży esbecki helikopter bez pilota,
zrzucając ulotki z napisem: wyeliminowano z powodu braku akt.

Testament ukryty w zamrażalniku

 

To bilans tych, którym w tej szpiegowskiej ruletce wypadł pusty bęben. A co z herosami, którym się powiodło? O, ci to dopiero potrafili świętować sukces! Ich recepta na odreagowanie stresu operacyjnego była stała: litr czystej, papierosowy dym i rosyjska ruletka dla kurażu. Elita wywiadu czochrała sobie przerzedzone włosy lufą naładowanego naganta. Palec na cynglu, w głowie szum, a w oczach wizja świetlanej przyszłości.

         Z tych wszystkich zakurzonych teczek bije jedna, genialna prawda: przed esbeckim losem i ubeckim bałaganem nie było ucieczki. Nawet jeśli przeżyłeś kule, na koniec i tak dopadnie cię pan z IPN-u i powie, że twoja teczka jest mało atrakcyjna marketingowo.

ONIRIADA

Zaglądam w studnię. W cembrowinę. A tam z dna – ruchy, wrzaski, szmery-bajery. H. ze St. się boryka, B. z G. na udry. Hałas, że strach. Ale zaraz potem – lżejsze kalibry. Duchy idą. Niby normalne, a pokrzywione, jak od Muncha z ramy ściągnięte. Myślę sobie: niedoczekanie, na maski nie wezmę się. Wyczajam od razu. Jeden – Ś. (ten od F.), a drugi – noblista od broni, co się żegnał. Hemingway!

No to ja do Hemingwaya z rury:
– Fuj! Noblista, a w te klocki się bawił! Agent!
On na to, fuknął:
– Nie fuj, tylko obowiązek. Chcesz w papę?
Ja wiem, że on bokser. Myślę: w papę brać nie reflektuję. Zmieniam front:
– To czemuś pan w dzwonach Świerczewskiego usadził, a nie Komara? Komar bystrzejszy!
Hemingway machnął ręką:
– Komar tak się zataił, że ani widu. Dobra, lecę. Piszę. Tytuł mam: „Stary człowiek i jeszcze może”.

Ś. – klask w dłonie! I sprowadza nowego. Przedstawia: „Misza”. Wolf M. z tych od STASI, co sto razy mądrzejsi. Jak u nas P. przy K. Ten M. to as wywiadu, od Radkiewicza do Macierewicza wszystkich znał, w MSW nos wściubiał głębiej niż J.

To ja do Wolfa, krótko, dwa razy:
– Lobotomia działa zawsze? I czy STASI Janowi Pawłowi II w życiorys strzałem ingerowało?
Z lobotomią – potaknął. Z papieżem – zaczął kręcić, szyć. Że Andropow kazał, że agentura w Watykanie, osłona, propaganda…
– To Sowieci? Breżniew? Andropow? – pytam.
Wolf łbem kiwa:
– Myślę, że tak.

Nagle szum, fiolety, jakby z boku, z rzymskiego obłoku słychać westchnienie. Głos znajomy, wadowicki, ale taki zmęczony, z góry nadaje:
– O, i znowu o mnie… Służby, podsłuchy, na Watykanie rzymskie podglądactwo. Nawet po śmierci spokoju nie dadzą, wszystko w tych raportach rozpisali, każdy krok, każdy oddech…

Ja do Wolfa dalej:
– Misza! Myśl jak wyleci z czerepu, to czasem nie ma gdzie wrócić. Strach cię nie obleciał?
– Obleciał – mówi.
– I dlatego tak pyskujesz jako najemna gęba? No?
Wolf nic. Zwrot na pięcie i fruuu. Ś. za nim. A ja zostałem. I nagle znowu ten głos z góry, ale już nie na żarty, tylko z pretensją, po ludzku rozżalony:
– A ten mój Staszek… Don Stanislao… No przecież pisałem czarno na białym w testamencie: spalić! Wszystkie osobiste notatki, prywatne myśli, do ognia! A on co? Nie spalił, wydał! I teraz cała Polska czyta moje intymne zapiski do poduszki, zamiast zostawić staremu papieżowi święty spokój. O, lojalność sekretarzy…

I zostałem tak sam przy tej cembrowinie. Nawet nie zdążyłem Ś. zagadnąć, czy tam w Amerykach strach przed Wieczorkiem albo innym ogonem spać mu dawał.

Wszystko jest nicością na tym padole,
a my tylko marionetkami w rękach pijanego lalkarza.
Szafy pancerne otwierają się same z hukiem.
Wypada z nich suchy lód i zamrożone prawdy,
które po dotknięciu powietrza natychmiast parują.
Nie ma papieża, nie ma bezpieki, nie ma Piecucha.
Zostaje tylko pusty plac i wiatr, który kręci
kartkami nienapisanego nigdy aneksu do raportu.

Rozdział KSIĄŻĘTA, AMURY I KARKONOSKIE FATAMORGANY. SUDECKIE METAMORFOZY STANISŁAWA CIOSKA

Miałem pewne podstawy, aby sądzić, że planeta, z której przybył Mały Książę, jest planetą B-612. Ta planeta była widziana raz tylko, w 1909 roku, przez tureckiego astronoma, który swoje odkrycie ogłosił na Międzynarodowym Kongresie Astronomów. Nikt jednak nie chciał mu uwierzyć, ponieważ miał bardzo dziwne ubranie. Tacy bowiem są dorośli ludzie. Na szczęście dla planety B-612 turecki dyktator kazał pod karą śmierci zmienić swojemu ludowi ubiór na europejski. Astronom ogłosił po raz wtóry swoje odkrycie w roku 1920 – i tym razem był ubrany w elegancki frak. Cały świat mu uwierzył.

                                                                                                                 Antoine de Sain-Exupery                      

 

Esprit zza grobu i magdalenkowe pasjansy
 

Dzisiaj rano mój ulubiony kanarek postanowił przenieść się do krainy wiecznych łowów. Jakby tego było mało, wieczorem jakieś pospolite mendy zaciukały młotkiem innego mojego przyjaciela, Tadeusza Stecia. O tym wybitnym karkonoskim oryginale wspominałem już w swoich książkach, pochylając się z należytą uwagą nad jego przewodnicką maestrią oraz – niemniej barwnym – homoseksualizmem.

         Ta ostatnia przypadłość wybitnie nie przypadała do gustu Stanisławowi Cioskowi, który wówczas, jako udzielny książę jeleniogórski, uzurpował sobie niezbywalne prawo do moralnej oceny wszystkiego i wszystkich. Stanisław Ciosek umarł niedawno i – jak donoszą dobrze poinformowane źródła – nadal konsekwentnie nie żyje. Toteż obaj, Steć i Ciosek, nic już na tym padole nie nabroją i nie muszą się więcej martwić o swoje ziemskie esprit.

         Uważam jednak, że z kronikarskiego obowiązku muszę o nich wspomnieć nieco szerzej. Tym bardziej że S. Ciosek cieszył się w czasach PRL-u opinią polityka wybitnie kontrowersyjnego, a w III RP dorobił się reputacji jeszcze gorszej. Nadzwyczaj oryginalną laurkę wystawił Cioskowi sam Jerzy Urban. Znali się, można powiedzieć, prawie dobrze, ale szczerze się nie znosili. Ta urocza dwójka, wzmocniona autorytetem Władysława Pożogi, stanowiła słynną trójkę muszkieterów, piszącą dla generała Jaruzelskiego projekty najbardziej karkołomnych posunięć politycznych. Szef Służby Wywiadu i Kontrwywiadu zapraszał ich cyklicznie do Magdalenki, gdzie w ciągu dwóch lat radosnej twórczości spłodzili trzy opasłe raporty zatytułowane fundamentalnie: „Jak ratować socraj”.

         Metodologia tej pracy była iście marksistowska: Pożoga dostarczał najtajniejsze materiały z kraju i ze świata, Urban ubierał to w jadowite słowa, a Ciosek – jak to zwykle on – służył tam za przysłowiowy kwiatek do kożucha. Wycyganiłem te raporty od Pożogi, zanim jeszcze zdążyły splamić biurko szefa partii i rządu, po czym z drżeniem serca przekazałem je Andrzejowi Paczkowskiemu, mojemu komilitonowi jeszcze z czasów naszych młodzieńczych, tatrzańskich wspinaczek. Profesor jednak zwlekał z publikacją. Zwlekał i zwlekał, widocznie czekając, aż sprawa nabierze odpowiedniego, dziejowego rumieńca. W końcu, gdy już było całkowicie po herbacie i socraj dokonał żywota, opublikował jeden z tych raportów w paryskich „Zeszytach Historycznych”.

         Samego Stanisława Cioska poznałem w czasach, gdy bawił się w udzielnego władcę województwa jeleniogórskiego. Miał wówczas ze mną solidny pień do rąbania. Potem, w okresie „magdalenkowym”, gdy przynajmniej raz w tygodniu Ciosek pielgrzymował do gabinetu szefa Służby Wywiadu i Kontrwywiadu, a ja bardzo często antyszambrowałem tam, studiując tajne dokumenty potrzebne do moich kolejnych książek, dostojny dygnitarz wyraźnie złagodniał. Na tyle, że podawał mi rękę bez ostentacyjnego odwracania głowy ze wstrętem.

         Wybaczcie jednak, ale muszę w tym miejscu dokonać małej dygresji. Sprawa Cioska nieodłącznie wiąże się bowiem z postacią Edwarda Gierka – niewątpliwie najwspanialszej empusy w całym peerelowskim bestiariuszu. Niegdysiejszy „władca Katangi” – jak złośliwie określano jego absolutne królestwo w województwie katowickim – po krwawej masakrze ludności na Wybrzeżu (w której ta rewolucyjna empusa miała swój, do dziś nie do końca wyjaśniony udział. E.G. knuł wówczas z F. Szlachcicem, a ułatwiał mu to W. Pożoga) wdrapał się na najwyższy fotel partyjny Kraju Pieroga i Zalewajki. Został polskim gensekiem, czyli I sekretarzem Komitetu Centralnego PZPR. Sen z oczu spędzała mu jednak paranoiczna myśl, że w którymś z siedemnastu dotychczasowych województw wyrośnie mu pod bokiem silna, konkurencyjna frakcja. Od Longina Pastusiaka dowiedział się kiedyś, że Stany Zjednoczone składają się z 49 stanów oraz Alaski. Pokombinował więc chytry Edward, że idealnie byłoby podzielić Kraj Pieroga i Zalewajki dokładnie na 49 województw, dorzucając do tego miasto wydzielone Warszawę. Jak pokombinował, tak zrobił. 22 kwietnia 1975 roku Biuro Polityczne PZPR łaskawie zaakceptowało ten genialny, dwustopniowy podział administracyjny.

 

Fiatem 125p po rubiny i Eldorado

 

28 maja Sejm, ekspresowo zmieniając Konstytucję, ostatecznie zafiksował tę genialną propozycję genseka. Już dzień później z Warszawy z kopyta wyjechał Stanisław Ciosek, dzierżąc w dłoni gierkowską nominację na Jeleniogórskiego Księcia, czyli pierwszego sekretarza KW PZPR. W tej dziejowej podróży towarzyszył mu wierny Paweł Chocholak, który od tej pory miał pełnić zaszczytną funkcję osobistego giermka Księcia. Wypisz, wymaluj: Sancho Pansa przy Don Kichocie, zwanym skądinąd Rycerzem Smętnego Oblicza. Ale Gierek wcale nie był smętny. Był radosny i pełen optymizmu niczym niedojrzała poziomka na wiosennym słońcu.

         Młodzi aparatczycy, z fasonem ekspulsowani ze stolicy na głęboką prowincję, minęli Wrocław i wjechali na autostradę dochodzącą do Nysy Łużyckiej – do której zresztą wcale nie planowali dojechać. Podczas przemierzania asfaltowych spojeń, bratających ze sobą solidne, poniemieckie betonowe płyty autostrady, monotonny szum kół Fiata 125p był co trzy sekundy brutalnie zakłócany głośnym tąpnięciem. Pędzili jednak przed siebie. Tąpnięcia powodowały wprawdzie mimowolne szczękanie zębami, ale za to potężne wyboje urozmaicały im monotonną podróż. Pokrążyli trochę po okolicy, żeby z lotu ptaka poznać swoje nowe włości. Za Bolkowem skręcili w drogę, która jeszcze przez dwa dni miała status powiatowej, zanim formalnie awansowała na szosę wojewódzką.

         Jechali południową stroną Gór Kaczawskich. Za Maciejową minęli Bóbr, zupełnie nieświadomi faktu, że spienione fale rzeki niosły ze sobą drobinki czystego złota, od wieków wypłukiwane z trzewi Gór Olbrzymich. Ujechali jeszcze kawałek i wreszcie się zatrzymali. Za szybami samochodu, przy których siedział przyszły Książę Jeleniogórski, rześki wietrzyk igrał właśnie z tysiącem liści. Słońce z trudem przedzierało się przez gęsty las, wpadając do wnętrza wozu jasnymi, roztańczonymi cętkami. Drogowskaz sucho informował: „Jelenia Góra – 8 km”. Teren wokół był malowniczo pofałdowany, a na odległym horyzoncie majestatycznie majaczyły surowe szczyty górskie.

         Cioskowi z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu najbardziej zależało na tym, żeby zobaczyć Śnieżkę. Czytał o niej sporo. Góra wznosi się dumnie na wysokość 1602 metrów, a jej urwista, północna ściana góruje nad malowniczą Doliną Łomniczki na ponad tysiąc metrów. Śnieżka to niekwestionowana królowa Gór Olbrzymich, władająca niepodzielnie nad całą Kotliną Jeleniogórską. Za niespełna dwa dni właśnie ta podniebna górka miała stać się najjaśniejszą perłą w koronie świeżo utworzonego województwa, nad którym Ciosek miał objąć absolutne władztwo.

         Stanisław Ciosek, będąc w gruncie rzeczy skromnym aparatczykiem warszawskim, nie miał ambicji, by od razu mianować się królem – tytuł księcia w zupełności zaspokajał jego skromne ego. Za 48 godzin miał oficjalnie objąć obowiązki Księcia Jeleniogórskiego. Na widok potężnego, surowego masywu górskiego zaczął gorączkowo odgrzebywać w pamięci okruchy wiadomości nabyte w szkole podstawowej. Samodzielne myślenie w takich wypadkach bywa rzeczą całkowicie niegroźną dla kariery.

         Cioskowi, mówiąc zupełnie szczerze, zdarzyło się przez te przeżyte czterdzieści sześć lat czasem coś w życiu przeczytać. Przypomniał sobie zatem, że w dużej mierze góra ta zbudowana jest z granitu pokrytego łupkami serycytowymi, które gęsto nadźgane są rubinami i złotem. Co więcej, w całym masywie sudeckim, w którym leżało jego nowe województwo, można było znaleźć jakieś 99,9 procent pierwiastków z tablicy Mendelejewa, w tym całkiem spore ilości strategicznej rudy uranowej. Wiązał z tym potężne, imperialne nadzieje, planując uczynić ze swojego województwa socjalistyczne Eldorado. Nowo upieczony Książę nie wziął jednak pod uwagę faktu, że złota w łupkach serycytowych są ilości wybitnie śladowe, a tutejsze rubiny są tak mikroskopijne, że absolutnie nie nadają się do jakiejkolwiek przemysłowej eksploatacji.

         Ciosek nie miał jeszcze pojęcia, że prawdziwego złota jest znacznie więcej w samej dolinie Bobru. Archeolodzy z Uniwersytetu Wrocławskiego ustalili przecież, że w pobliskich Płakowicach w średniowieczu funkcjonowało aż dziesięć tysięcy złotonośnych szybów, z których z powodzeniem wydobywano cenny kruszec. Wrocławscy „grzebacze” w minionych dziejach tych ziem odkopali w lasach otaczających Płakowice kilka takich zapomnianych szybów. I rzeczywiście, znaleźli tam drobne kruszynki złota, a czasem trafiały się nawet całkiem pokaźne samorodki, o czym zresztą skwapliwie donosiły niektóre dawne źródła niemieckie. Na złoto z doliny Bobru jako pierwszy zwrócił uwagę nie kto inny, jak sam król przewodników sudeckich, Tadeusz Steć. On to osobiście opracował kilka mrożących krew w żyłach legend związanych z dawnymi łowcami cennego kruszcu. W tych barwnych bajdach Stecia zbrodnia nieustannie goni zbrodnię, a trup ściele się gęsto. Ofiary tych krwawych porachunków grzebano nie tylko na oficjalnych cmentarzach, ale i w borowinie zalegającej spore połacie terenu przy Izerze, na Hali Izerskiej i w wielu innych urokliwych miejscach. Na przykład w kupie kamieni w Orlu czy w mrocznych sztolniach pod kopalnią kwarcu – tej samej, która do dziś rozkopuje malownicze Izerskie Garby. Złoto natomiast zazwyczaj składano potajemnie u stóp tajemniczych białych dam, zaludniających ruiny zamków w Bolkowie, Bolczowie, Grodźcu, Grodnie, Chojniku czy Czosze. Główną przyczyną tych wszystkich nieszczęść był niezmiennie skrzydlaty Eros oraz pospolita, ludzka żądza szybkiego wzbogacenia się.

 

Witamy w Karkonoszach! Chór miejski i ironia Ducha Gór

Nowy Książę Jeleniogórski nie zdawał sobie jeszcze sprawy, że prawdziwym, strategicznym „złotem” Sudetów jest w rzeczywistości uran, ale… jakimś szóstym, iście partyjnym zmysłem profetycznie wyczuwał, że z tym pierwiastkiem chemicznym o największej na Ziemi liczbie atomowej jest coś na rzeczy. Intuicyjnie przewidywał, że Kraj Pieroga i Zalewajki wcześniej czy później będzie zmuszony budować własne elektrownie atomowe. A wówczas to, co na razie wydawało się całkowicie nieopłacalne ze względu na monstrualne koszty przetwarzania rudy uranowej na czysty pierwiastek, biorąc pod uwagę nieuchronny postęp technologiczny, stanie się żyłą złota. Niestety, do dnia dzisiejszego – z drobnymi, tajnymi wyjątkami – uran zalegający w Sudetach pozostaje całkowicie niewykorzystany.

         Tymczasem na niebie blady księżyc rozpoczynał już nieśmiałą walkę ze złocistą kulą słońca, która dotąd pracowicie ogrzewała świat i leniwie rozpuszczała resztki śniegu na najwyższych szczytach Karkonoszy. Spóźnione, purpurowe promienie zachodzącego słońca oświetlały wyraźnie baśniowo ośnieżoną Śnieżkę. Odbijały się od lodowej skorupy i ulatywały prosto do nieba, stanowiąc nie lada atrakcję dla ptaków powracających właśnie z ciepłych krajów oraz dla śmiałych szybowników, którzy w tym rejonie znajdowali doskonałe warunki do zdobywania diamentowych odznak.

         Były prominent warszawski, a obecnie samodzielny, prowincjonalny VIP i Książę Wojewódzki, uznał w duchu, że to, co kiedyś tam przeczytał o tym regionie, ani trochę nie umywa się do tego, co właśnie zobaczył na własne oczy. Albowiem nagle, w ułamku sekundy, dostrzegł unoszącą się nad samym czubkiem Śnieżki majestatyczną, mglistą postać Ducha Gór. Choć może była to zwykła, optyczna fatamorgana, a może słynne widmo Brockenu – czyli potężny cień jego własnego odbicia na chmurze nadlatującej od strony czechosłowackiego Pecu pod Śnieżką. Dość powiedzieć, że w ślepiach tego popularnego Ducha Gór, zwanego niekiedy – acz całkowicie niesłusznie – Liczyrzepą, warszawskie VIP-y dostrzegły wyraźne, figlarne ogniki, znamionujące głęboką kpinę z ich wielkomiejskich marzeń. A był to unikalny obraz, który można zaobserwować wyłącznie w ostrych, nienaturalnych promieniach zachodzącego słońca.

         To kpiące spojrzenie Karkonosza oznaczało jedno: świeżo upieczonemu Księciu Jeleniogórskiemu i jego wiernemu giermkowi urzędowanie na chwałę Polski Ludowej nie pójdzie jak z płatka. To figlarne spojrzenie Ducha Gór stoliczna ekspozytura przewodniej partii odczytała natychmiast jako czystą złośliwość tutejszych sił przyrody, z mistycznym uporem broniących miejscowych prominentów. Ci ostatni bowiem, w momencie przybycia Cioska z giermkiem do Jeleniej Góry, zostali bezceremonialnie odsunięci na boczny tor historii.

         Mimo to w jaźni warszawiaków, mających się wkrótce przepoczwarczyć w najważniejszych jeleniogórzan, nieśmiało prześwitywała nadzieja. Co ja mówię – zalewała ich wręcz fala potężnej nadziei, że jakoś to będzie i sobie poradzą. Ta nadzieja bezczelnie podchodziła pod same okna samochodu, buchała rozgrzanym powietrzem z silnika zmęczonego wozu. Pod koniec podróży obaj mieli już tej nadziei serdecznie dosyć. Ta absolutna ufność w pomyślną przyszłość, jaka ich rzekomo czekała, wzbudzała w nich powoli zdrowy odruch wymiotny.

         Na samych rogatkach miasta wysłanników Warszawy witał już zwarty i gotowy komitet powitalny w osobach: jeszcze urzędującego I sekretarza komitetu powiatowego PZPR, powiatowego komendanta MO oraz prokuratora powiatowego. Wszyscy trzej byli na razie zaledwie powiatowi, jednak w oczach mieli już wypisany gorączkowy awans na szczebel wojewódzki. Wśród witających prężyła się dumnie delegacja Oficerskiej Szkoły Wojsk Radiotechnicznych, przedstawiciele armii, harcerze pod czujnym dowództwem harcmistrza Adama Solarza oraz rozśpiewany chór kobiet miejskich. Na widok wysiadającego z samochodu Jeleniogórskiego Księcia, zdecydowanie młodsze od Ducha Gór chórzystki z fasonem zaintonowały wielki przebój uwielbianego przez Cioska Państwowego Zespołu Pieśni i Tańca „Mazowsze”: „I choć padało, choć było ślisko, to się przywlokło to świniorzysko!”.

 

 

Szarlatan w lubańskiej kałuży, czyli jak amury Wielkiego Brata wzburzyły władzę

 

W tym samym czasie w zacisznych, ważnych dotąd gabinetach powiatowych bonzów – czyli tych pechowych aparatczyków, którzy nie mieli najmniejszych szans załapać się na intratne stołki w nowym województwie – słychać było ciche pomstowanie, zgrzytanie zębów i soczyste złorzeczenia pod adresem przyjezdnych. Rozlegały się chóralne okrzyki oburzenia, że bezduszna „Warszawka” bezczelnie mebluje nowe województwo swoimi zaufanymi liżydupkami zamiast postawić na rodzimych, sprawdzonych w bojach towarzyszy.        Warszawka przywozi w teczkach ludzi na najważniejsze stanowiska! Ludzi, którzy o specyfice tego trudnego regionu nie mają zielonego pojęcia. To dupki niekłamane! Ten pełen wściekłości krzyk, odbijając się echem od Karkonoszy i Gór Izerskich, leciał lotem błyskawicy do wszystkich właśnie likwidowanych powiatów. W ten sposób Jeleniogórski Książę i jego giermek jeszcze dobrze nie przekroczyli progu gmachu przyszłego KW PZPR, a już dorobili się solidnych wrogów, doskonale zaprawionych w niszczycielskich walkach podjazdowych.

         Ciosek w swoim czasie był modelowym przykładem peerelowskiej empusy, choć trzeba mu uczciwie oddać, że wywodził się z nieco łagodniejszego, bardziej cywilizowanego miotu aparatczyków – z grubsza takich, jakich reprezentuje dzisiejszy wicemarszałek Czarzasty. Jeżeli zapytacie mnie teraz z głupia frant, czy zaprzyjaźniłem się wówczas z Cioskiem, odpowiem bez wahania: ależ skądże znowu! To był zaledwie drobny incydent z zamierzchłej, zamglonej przeszłości. W tamtym czasie nie miałem jeszcze tak wybujałych ambicji, by bratać się z czołowymi prominentami systemu. Cha! Prawdziwe przyjaźnie przyszły dopiero później. W okresie warszawskim. Te przyjaźnie – które należy chyba ujmować w głęboki, ironiczny cudzysłów – pomagały mi przede wszystkim zdobywać bezcenne informacje, absolutnie niemożliwe do pozyskania w jakikolwiek inny sposób.

         W latach siedemdziesiątych pełniłem dumnie służbę w Łużyckiej Brygadzie WOP w Lubaniu, gdzie twardą ręką dowodził pułkownik Ryszard Bartoszewicz. Jednocześnie pełniłem zaszczytną funkcję nieetatowego korespondenta wojskowego pisma „Granica”. W wolnych chwilach, przejawiając wyraźne zadatki na utalentowanego, gminnego grafomana, pisałem różne publicystyczne michałki do „Gazety Robotniczej”, „Nowin Jeleniogórskich”, „Rocznika Jeleniogórskiego”, „Taternika” oraz wielu innych poczytnych gazet i czasopism. Pracując wytrwale na zasłużone miano klasycznego dupowłaza władzy, wszelkie teksty bezgranicznie chwalące panujący nam miłościwie rząd podpisywałem z pełną pompą: stopniem wojskowym, imieniem i nazwiskiem. Natomiast publikacje publicystyczne, w których przemycałem nagą i bolesną prawdę, sygnowałem najróżniejszymi pseudonimami. Miałem tych pseudonimów w swoim arsenale chyba z pół setki.

         Mieszkałem wtedy w Lubaniu przy ulicy Wojska Polskiego. Droga łącząca centrum miasta z naszym osiedlem miała nadzwyczaj atrakcyjną nazwę i nawierzchnię zupełnie nieprzystającą do tego, co działo się wówczas w prawdziwym Wojsku Polskim. Naszą ludową armię uważano powszechnie – zarówno na mrocznym Wschodzie, jak i na zgniłym Zachodzie – za drugą potęgę Układu Warszawskiego. Tymczasem lubańska ulica Wojska Polskiego przypominała raczej dojrzały ser szwajcarski z gigantycznymi dziurami albo poszarpaną panoramę Kordylierów. Dziura goniła tam dziurę, a co jedna, to była i większa, i głębsza. W okresie długotrwałej suszy można było jeszcze tą arterią jakoś rozpaczliwie przejść. Jednak po każdym, nawet najmniejszym deszczu droga błyskawicznie zamieniała się w malownicze, rozległe jezioro. Liczne skargi, petycje i dramatyczne monity lokatorów osiedla do miejskich władz spotykały się z tradycyjną reakcją: władze z godnością wszystko olewały.

         W tym samym czasie w wojsku – ale i w całym kraju – zapanowała szalona moda na tak zwany ruch racjonalizatorski. Naczelne hasło tego propagandowego cyrku, którego jako oficer polityczny byłem niezwykle aktywnym głosicielem, nawoływało grzmiąco: „Każda Polka i każdy Polak aktywnym racjonalizatorem!”. Pomyślałem więc sobie, że nie wypada poprzestawać na samym tylko jałowym, gębowym popieraniu partii. Pora przejść do czynu. Namówiłem sprytnego chorążego Franciszka Petkę, aby z pełnym zaangażowaniem zapozorował zapalonego wędkarza. Wręczyłem mu profesjonalną wędkę, postawiłem na skraju gigantycznego rozlewiska i kazałem z kamienną twarzą łowić ryby w tej osiedlowej kałuży. Zrobiłem mu piękne, reporterskie zdjęcie i napisałem jadowity felieton, w którym donosiłem, że w ramach czynu społecznego i ruchu racjonalizatorskiego mieszkańcy osiedla z sukcesem zarybili kałuże na ulicy Wojska Polskiego dorodnymi rodzimymi karpiami oraz sprowadzonymi prosto z bratniego ZSRR amurami.

         Spodziewając się podskórnie, że moja radosna inicjatywa publicystyczna może nie do końca przypaść do gustu lokalnym władzom, na wszelki wypadek felieton podpisałem tajemniczym pseudonimem „Ch. Arlatan”. Większość inteligentnych czytelników „Gazety Robotniczej” słusznie i bezbłędnie odczytała to jako „Szarlatan”. Lokalna władza ludowa z Cioskiem na czele te nieszczęsne karpie jakoś mi ostatecznie wybaczyła. Ale tych radzieckich amurów już, cholera, nie podarowała. Wszak był to jeden z flagowych produktów eksportowych Naszego Wielkiego Brata zza Buga! Zarybiać prowincjonalne, lubańskie kałuże importowanymi z ZSRR amurami?! Przecież to było ideologiczne bluźnierstwo znacznie gorszego kalibru niż dzisiejsza obraza uczuć religijnych, społeczności LGBT czy majestatu prezydenta USA razem wziętych. Tekst był wprawdzie podpisany pseudonimem, a ten – z definicji i w świetle prawa prasowego – powinien chronić autora przed napaściami i pod żadnym pozorem nie mógł być ujawniany. Ale to była tylko piękna, burżuazyjna teoria.

 

Nie kładź oczu między drzwi, czyli Polonez u Rogatnika Uszatego

Wściekły I sekretarz KW PZPR Stanisław Ciosek natychmiast wezwał na dywanik Czesława Węgrzyna, szefa jeleniogórskiej mutacji „Gazety Robotniczej”, który ten wywrotowy tekst lekkomyślnie zatwierdził do druku, i kategorycznie zażądał natychmiastowego ujawnienia personaliów autora. Węgrzyn – jak mi się później gęsto i ze łzami w oczach tłumaczył – w panicznej obawie o utratę swojego ciepłego stanowiska, bez mrugnięcia okiem wydał moje pełne personalia.

         No i machina ruszyła. Ciosek „wypożyczył” sobie następnie mojego dowódcę Łużyckiej Brygady WOP, pułkownika Ryszarda Bartoszewicza, będącego przy okazji radnym Wojewódzkiej Rady Narodowej, i w żołnierskich słowach zwrócił mu uwagę na kompletną niestosowność mojego skrajnie niepartyjnego zachowania. Ciosek, człowiek z natury nieporywczy i raczej łagodny, zrobił to w sposób wysoce koncyliacyjny, natomiast pułkownik Bartoszewicz rozmawiał już ze mną w cztery oczy po prawdziwie wojskowemu. Wyglądało to jak u J. Haszka: „- Więc będziesz pan czyścił te wychodki, czy nie będziesz?/ – Posłusznie melduję, że żadnych wychodków czyścić nie będę./ – A ja mówię, że będziecie, sie Einjahriger!/ Posłusznie melduję, że nie będę./ – Do stu tysięcy diabłów, sto wychodków wyczyścicie jak ja wam każę!/ – Posłusznie melduję, że nie będę czyścił ani stu, ani jednego./ I tak sowie rozmawiamy w kółeczko: >Będziesz czyścił?<, >Nie będę czyścił<. I tak te wychodki latały między nami tu i tam, jakby to były dziecięce zagadki…”

         Jaką zbawienną naukę wyciągnąłem z tej bolesnej przygody z Cioskiem? Natychmiast przypomniałem sobie genialną przestrogę Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej: „Ślimak w swojej skorupie śni / Tę radość zaszczytną: / Nie kładź oczu między drzwi, / To ci ich / Nie przytną”.

         Tymczasem pułkownika Bartoszewicza wkrótce awansowano i w nagrodę przeniesiono do Kętrzyna na komendanta Centrum Wyszkolenia WOP. Na wolne stanowisko dowódcy do naszej lubańskiej brygady przysłano z Gdańska paskudnego, chronicznie alkoholicznego typasa. Wyglądał dokładnie tak, jak wyglądała w tamtych czasach większość tego typu wybitnych dowódców liniowych: niski, gruby, wiecznie noszący brudne koszule oraz widowiskowo poplamione krawaty i spodnie. Fryzurę miał dumnie zaczesaną à la Władysław Gomułka, a przednie zęby wystające niczym u Królika Bugsa. Jego poziom intelektualny oraz rozwój duchowy oscylowały stabilnie na poziomie świeżego brokułu. Jeżeli ten człowiek posiadał w ogóle jakiekolwiek ukryte zalety, to trzeba mu oddać, że maskował je przez całe życie z rzadko spotykaną, genialną starannością. Nie chcę tutaj wymieniać jego prawdziwego nazwiska z szacunku dla ludzkich uczuć, zresztą wszyscy w brygadzie i tak nazywali go po prostu „Żwirkiem”. Więc niech tak już w historii zostanie.

         Nowo upieczony dowódca ŁB WOP błyskawicznie i za wszelką cenę usiłował się zakolegować z potężnym Cioskiem, a ja – jak na złość – po raz kolejny złamałem świeżo dane sobie przyrzeczenie o niewkładaniu oczu między drzwi. Pisząc serię historycznych tekstów o dziejach Lubania, bezczelnie przypomniałem fakt bezmyślnego wysadzenia dynamitem przez lokalne władze zabytkowego, ewangelickiego kościoła. Ciosek natychmiast uznał mój artykuł za wredną, antypaństwową postawę, głęboko uwłaczającą honorowi oficera Wojska Polskiego. Powiedział o tym prosto w oczy „Żwirkowi”, który prywatnie był wielkim przyjacielem pełniącego obowiązki zastępcy dowódcy WOP do spraw politycznych, pułkownika Czesława Żmudy – ortodoksyjnego komunisty, człowieka inteligentnego wybitnie a rebours i o wyjątkowo mendowatym sposobie postępowania.

         Sprawa mojego wywrotowego pisania mogła w każdej chwili trafić do samej stolicy, a gdyby tam w Warszawie wyszło na jaw, że za tajemniczym „Ch. Arlatanem” kryje się czynny oficer polityczny, wybuchłaby gigantyczna chryja. Widząc wyraźnie, co się święci i jak pętla zaciska mi się na gardle, spakowałem któregoś dnia „Żwirka” do samochodu i przywiozłem go prosto do gabinetu druha dyrektora Adama Solarza. Ten ostatni zdążył się już wybić w nowym województwie na zaszczytne, chyba trzecie pod względem realnego znaczenia miejsce – zaraz po Ciosku i Chocholaku.

         Harcmistrz Solarz – były dzielny żołnierz elitarniej 6 Pomorskiej Dywizji Powietrznodesantowej w Krakowie (czyli popularnych czerwonych beretów), komendant hufca ZHP, a następnie kilkusezonowy dyrektor najważniejszego w województwie Wydziału Społeczno-Administracyjnego w Jeleniej Górze – był wielkoformatowym działaczem harcerskim. A przy tym moim sudeckim komilitonem, pierońską duszą, chwatem i morowym chłopem, z którym „tańcząc na uranie” niejedną opuszczoną sztolnię pouranową osobiście spenetrowaliśmy. To ja osobiście wyrobiłem mu w środowisku ksywę „Rogatnika Uszatego” – czyli ptaka z rodziny lejkowatych, cechującego się tym, że w czasie lotu wydaje charakterystyczne, monotonne dźwięki: „tut, tii-oł”. Adam czytał mnóstwo mądrych książek i pracował właśnie nad naukową monografią Harcerskiej Służby Granicznej.

         Jednym słowem: Solarz był już pełną gębą jeleniogórskim VIP-em. Harcmistrz nie zapomniał jednak starej prawdy, że niegdyś był moim wiernym towarzyszem broni. Bez zbędnych słów otworzył swój potężny regał, wyjął zza książek oszronioną flaszkę wódki „Polonez” oraz kryształowe kieliszki. Ja skromnie wypiłem przepisowe 25 gramów, Solarz zaledwie kurtuazyjnie umoczył wargi, a„Żwirek” jednym sprawnym ruchem gardła wychłeptał całą resztę.

 

Bankiet w kasynie, tajnopisy z aspiryny i cienie przeszłości

Gdy we wspomnianym gronie zasiedliśmy do stołu, dyskusja leniwie toczyła się wokół spraw absolutnie oznaczających wielkie nic. Trzeba jednak przyznać, że o owym niczym debatowaliśmy z rzadko spotykaną, wręcz tytaniczną inteligencją. Finał był taki, że z zauważalnym trudem, acz z pełnym sukcesem logistycznym, odprowadziliśmy „Żwirka” do luksusowego środka transportu, jakim był nasz służbowy samochód. Tak czy inaczej, Stanisław Ciosek – choć intencje wobec mojej skromnej osoby żywił zapewne nienaganne – wykazał się kompletną ignorancją w kwestii psychiki niejakiego Żmudy. Ów Żmuda, w międzyczasie i ku utrapieniu wielu, z pozycji zastępcy dowódcy WOP do spraw linii jedynie słusznej polityki, katapultował się prosto na fotel szefa gabinetu samego ministra spraw wewnętrznych, generała Czesława Kiszczaka.

Pech, który wiernie asystował mi od pieluch, a w strukturach mundurowych osiągnął wręcz status permanentnego cienia, sprawił, że do Łużyckiej Brygady z gospodarską wizytą zawitali ramię w ramię: Ciosek oraz Żmuda. Cel był szczytny – powitanie delegacji bratnich pograniczników z NRD. Obowiązki pełnego godności gospodarza pełnił, a jakże, niezrównany „Żwirek”.

Oczekując na enerdowców, nasza urocza partyjno-wojskowa „trójca” postanowiła zabić czas w garnizonowym kasynie. Do stołu podawała im „Murka” – niewiasta o urodzie wręcz zjawiskowej. Na co dzień pełniła funkcję sekretarki dowódcy brygady, stanowiąc bezcenny spadek po poprzednim przełożonym. Chociaż, głowy nie dam, czy to była akurat „Murka”. Pięknych dziewcząt w Lubaniu było wówczas zatrzęsienie, niczym grzybów po obfitym deszczu.

         Wszystkie te kadrowe perły z niezwykłym wyczuciem estetyki selekcjonował osobiście pułkownik Bartoszewicz, oferując im nad wyraz atrakcyjne zatrudnienie w strukturach brygady. I proszę mnie tu nie posądzać o jakiekolwiek podszepty Erosa! Pułkownik Bartoszewicz, jako potrójnie dyplomowany intelektualista marksistowski (absolwent OS WOP, ASG i WAP), doskonale znał instrukcje. Czuł na swoich barkach potężny obowiązek dbania o nienaganny stan moralno-polityczny podwładnych i nigdy nie pozwoliłby, aby w działalności służbowej rządzili nim nadwiślańscy amorki. Był pragmatyczny aż do bólu. Przy rekrutacji dam decydowały wyłącznie najwyższe przymioty etyczne i kompozycja estetyczna. No, chyba że…

         Gdy Bartoszewicza awansowano do Kętrzyna, to całe urokliwe dziedzictwo przejął stetryczały „Żwirek”, który wobec płci pięknej ogłosił całkowite desinteressement. Nic dziwnego, że dziewczęta na samo wspomnienie Bartoszewicza roniły łzy czyste jak płyn do spryskiwaczy i z dziką rozkoszą podłożyłyby nowemu szefowi jakąś soczystą świnię.

         Podczas bankietu obsługująca ich piękność usłyszała mimochodem, jak Ciosek z troską w głosie pyta „Żwirka”, czy ten wybitnie nisko partyjny oficer nadal błąka się po Lubaniu i płodzi te swoje obrzydliwe paszkwile. Temat lotem błyskawicy podchwycił Żmuda, który pałał do mnie żądzą odwetu jeszcze od czasów awantur szklarsko-porębiańskich, ufundowanych na fali nagonki antysemickiej oraz praskiej wiosny. Żmuda poczuł krew i znów zamarzył, by wdeptać mnie w błoto. Trzeba mu oddać, że oprócz talentu do czynów wybitnie szmatławych, był oficerem na tyle rozgarniętym, iż w mig rozszyfrował ukryte dno moich dwóch skandalizujących dzieł.

Pierwszym z nich było „7 rozmów z generałem dywizji…”, w którym – pod grubą warstwą kamuflażu – usiłowałem ostrzec raczkującą „Solidarność”, że MSW prowadzi z nią wyrafinowaną grę operacyjną. Przypominało to przedwojenny Trust czy powojenną, prowokatorską kombinację „Cezary”, wzorowaną na słynnej V Komendzie WiN. Drugim grzechem był „Portret szpiega”, gdzie czarno na białym wyłożyłem gotową receptę, jak przy użyciu tak rewolucyjnego specyfiku jak zwykła aspiryna sporządzić tajnopis, który u kryptologów z MSW wywoła długotrwały ból głowy.

         Wychodząc z założenia, że najciemniej jest pod samą latarnią, uznałem, iż genialnym kamuflażem dla mojej wywrotowej działalności będzie… absolutna jawność. Dlatego w „7 rozmów…” bezczelnie sparowałem w aneksach tajne materiały dotyczące V Komendy WiN z przechwyconymi raportami z podsłuchu łączności wywiadowczej między Brukselą a centralą NSZZ „Solidarność”. Z kolei w „Portrecie szpiega”, powieści opartej na .autentycznych wyczynach potrójnego agenta (pracującego symultanicznie dla KGB, MSW oraz CIA), Bogdana Zenona Walewskiego vel „Płotki”, poddałem drobiazgowej analizie technologię jego korespondencji z centralą w Langley. Powstał podręcznik szpiegostwa stosowanego, przy którym dezyfranci z Rakowieckiej dostawali gęsiej skórki. Całe to zamieszanie i ewentualne kłopoty z gracją zwaliłem na barki generała Władysława Pożogi.

 

Jak ugotować deszyfrantów z MSW i wiersz dla Cioskowych błotek

 

W starciu ze Żmudą wyciągnąłem najcięższe działa: oficjalne, wewnętrzne recenzje moich rzekomo inkryminowanych książek. Listy pochwalne podpisali osobiście tacy tytani intelektu jak Stanisław Ciosek, Czesław Kiszczak, Jerzy Urban oraz Jan Główczyk. Panowie ci z moich literackich zawijasów nie zrozumieli absolutnie nic, więc ich oceny były wręcz entuzjastyczne. Czesław Żmuda musiał spuścić z tonu i spasować. Czy z tego powodu uronił gorzką łzę w zaciszu gabinetu? Tego historia nie odnotowała.

         A co spotkało mnie za ten nieszczęsny felieton o zarybianiu dziur drogowych w pasie działania naszej dumnej brygady? Nic, czym mógłbym się dziś chwalić na salonach, narzekać na opresyjność minionego ustroju czy ubiegać o order wojenny w IPN. Niemniej jednak książki żyły własnym, prowokującym życiem.

         Niebawem z furią zaatakowała mnie dr Alina Cała z Żydowskiego Instytutu Historycznego, wspomagana przez pewnego pułkownika z profesorskim tytułem, którego z czystej empatii do zwierząt nie porównam do kundla, by nie obrażać czworonogów. Pani doktor wzięła na warsztat dwa moje tytuły: „7 rozmów z generałem…” oraz „Kto zabił”, wysuwając pod moim adresem ciężkie oskarżenia o antysemityzm. Alinka, niczym krwiożercza pijawka przyssana do mojej żylastej łydki, zaczęła kolportować w przestrzeni publicznej (w tym na łamach Wikipedii) niestworzone banialuki, kopiując metody godne bezpieki i Wojskowej Służby Wewnętrznej z czasów generałów Teodora Kufla i Franciszka Szlachcica. No sami powiedzcie: czy dla skromnego pisarza może być większa nobilitacja, niż sytuacja, w której trzy tak potężne instytucje jak ŻIH, MON i MSW rzucają się gremialnie na jego skromne wypociny?

         Podczas gdy w kuluarach trwał ten ponury sabat Cioska, Żmudy i Żwirka, ja siedziałem cicho jak mysz pod miotłą w gabinecie metodycznym, który – nieskromnie mówiąc – sam zbudowałem od absolutnego fundamentu. Na stanie miałem dwie propagandowe Nyski. Jeździliśmy nimi po okolicznych PGR-ach i miasteczkach, z zapałem godnym lepszej sprawy wychwalając uroki socraju i werbując ludność do czynnej ochrony granic naszej socjalistycznej ojczyzny. Woziliśmy tam harcerzy, ale nikomu z nas nie postała w głowie myśl, by wzorem niektórych współczesnych stróżów prawa wywozić do lasu urokliwe niewiasty.

         Mimo tej ascetycznej wstrzemięźliwości, podstępnie oskarżono mnie o demoralizację słuchaczy oraz… propagowanie homoseksualizmu. Efekt? Kolejny klasyczny kopniak w górę. Przeniesiono mnie karnie do redakcji tygodnika „Granica” na prestiżowe stanowisko kierownika działu wojskowego. To właśnie wtedy, powtarzając sobie jak mantrę radę, by „nie kłaść oczu między drzwi”, popełniłem następujące wiekopomne dzieło liryczne: W hołdzie Cioskowym kałużom z ulicy Wojska Polskiego w Lubaniu:

         Niebo, Kochani Parafianie,
         Nie byłoby tak duże,
         Gdyby nie my…
         Cioskowe w Lubaniu kałuże.
         Słońce zapewne rady by nie dało,
         Gdyby samo, bez nas, świecić miało.
         My, kałuże, powielamy je bez końca,
         Tabliczką mnożenia wszechmocnego słońca.

         Świat, Kochani Parafianie,
         Byłby okropnie ponury,
         Gdyby nie my, Cioskowe –
         Malownicze doły i dziury.
         Gdyby, Kochani Parafianie,
         Nie te błotka lśniące,
         Chlapiące,
         Gdzie odbite są słońca setki,
         A nawet tysiące.
         I dlatego, Kochani Parafianie,
         Jesień mieni się złotem,
         I dlatego, moi drodzy,
         Otoczeni jesteśmy błotem.
         Także tym politycznym,
         No i… Cioskowym.

 

„Likwidator” na moskiewskim wygnaniu i oniryczne spotkanie w Orlu

 

Co dzisiaj, z perspektywy czasu, myślę o Stanisławie Ciosku? Dokładnie to samo, co niegdyś. Ciosek był klasycznym produktem i beneficjentem epoki rozpadu świata dwubiegunowego. Ta dziejowa cezura stała się w jego biografii momentem iście przełomowym. Po pamiętnych wyborach czerwcowych w 1989 roku przeszedł głęboką transformację mentalną. Przeżył swoistą metanoję, okazując się postacią nad wyraz pożyteczną dla raczkującej, chaotycznej III Rzeczypospolitej. Trzeba mu oddać, że w miarę swoich skromnych możliwości personalnych, próbował dobrymi uczynkami zmazać grzechy, jakie popełnił w Kraju Pieroga i Zalewajki w czasach, gdy dumnie nosił status peerelowskiego dygnitarza.

         Znany w sudeckich kurortach (i na krajowych salonach) zapalony narciarz, wytrawny polityk, niemcoznawca, a przy okazji świetny pisarz i dziennikarz, dr Julian Bartosz – mój osobisty konfrater, którego bezpieka inwigilowała z równym zapałem jak mnie – podsumował go następującymi słowy:„Stanisław Ciosek, ksywa 'Likwidator’. Został przewodniczącym Federacji Socjalistycznych Związków Młodzieży – federacja natychmiast się rozwiązała. Został ministrem do spraw związków zawodowych – ich działalność w trybie pilnym zawieszono, a potem zakazano. Objął teczkę ministra pracy i płacy – praca cudownie zniknęła, a płace zwiędły. Gdy w końcu mianowano go sekretarzem generalnym PRON, ruch ten dokonał radosnego samorozwiązania”.

         Mając na uwadze te doprawdy imponujące sukcesy destrukcyjne, premier Tadeusz Mazowiecki uznał, że idealnym miejscem dla Cioska będzie dyplomatyczne zesłanie do Moskwy. Pierwszy niekomunistyczny szef rządu zamartwiał się jedynie, że z twardymi Sowietami naszemu „Likwidatorowi” nie pójdzie tak gładko.          Tymczasem wiecznie niedoceniany Stanisław, ledwo zdążył złożyć na Kremlu listy uwierzytelniające, a potężny Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich zaczął trzeszczeć w szwach i ostatecznie runął

ONIRIADA

Poranek na Orlu wstał tak gęsty,
że mgłę można było kroić wojskowym bagnem.
Pod koniec trzeciego roku absolutnego panowania,
zjechał tam sam Jeleniogórski Książę.
U boku wierny harcmistrz, Adam Solarz, niósł w plecaku ciężar państwowej odpowiedzialności.

U wjazdu na polanę, zamiast czerwonego dywanu,
czekał Duch Gór, profesjonalnie przepoczwarzony
w bacową o operacyjnym kryptonimie „Owca”.
Wokół stały byki, które na rozkaz partii
potulnie udawały barany, choć w świecie realnym
były tylko kastratami leśniczego Malca.

Harcmistrz Solarz, z instynktem starego przewodnika, szeptał Księciu do ucha:
„To  Karkonosz! Ma moc absolutną, ale kocha nową władzę”. Lecz Książę, z iście wielkopańskim dostojeństwem, olał sudeckiego strzygę i jego zmetamorfozowane stado.
Minął barany, minął pasterza – i tak nie mieli wspólnych interesów. Ruszyli prosto na schronisko rysiów „Granicznik”.

Stopy tonęły w trawie soczystej i zielonej, bardziej zielonej niż obietnice Władysława Kosiniaka-Kamysza.
Krok w bok, wąska ścieżka, barokowy mostek na Izerze. System potrzebuje chłodzenia.
Ostro w zachód! To nie był zwykły skręt,
to był profetyczny manewr geopolityczny.
Książę zrozumie go dopiero za dwanaście lat,
gdy sam oficjalnie ucieknie w tamtą stronę świata.
Na razie świerkowe gałęzie smagają go po twarzy,
niczym skrzydła aniołów z resortowym przydziałem.

W Kraju Pieroga i Zalewajki sprawy szły ku gorszemu. Książę dwoił się i troił w prowincjonalnym królestwie, podczas gdy Warszawa rzucała mu kłody pod nogi.
A przecież pod mchem leżał uran! Moskwa rzekła: „Niet!”.
Pod Kotliną bulgotało gigantyczne jezioro termalne, gorące jak retoryka Donalda Tuska.
Mogło ogrzać województwo, zlikwidować kopciuchy, ale centrala nakazała: zapomnieć o geotermii, fedrować węgiel!

Wreszcie skała „Granicznika”.
Utrudzeni dygnitarze siadają na wilgotnym mchu,
a z gęstwiny, bez zgody komitetu wojewódzkiego,
wyłania się ryś.
„Dzień dobry” – mruknął kot z wysokości skały.
Książę, poprawnie wychowany przez aparat państwowy, odparł: „Dzień dobry. Wyglądasz nadzwyczaj efektownie”.
Biurokracja stygnie w lodzie.
 „Jestem ryś” – rzekł ryś z wrodzoną kotom dumą.
„Pobaw się ze mną, dopadł mnie smutek” – prosił Książę.
„Nie mogę, nie jestem oswojony” – syknął drapieżnik.
„A cóż to znaczy?” – dociekał zdumiony aparatczyk.
Ryś westchnął: „Widać, żeś nietutejszy. Czego tu szukasz?”.
„Szukam ludzi” – błądził myślami dygnitarz.

„Ludzie mają strzelby i polują na mnie, co jest nietaktowne. Hodują też barany. Czy ty też szukasz baranów?”.
„Skądże! Szukam przyjaciół!” – żachnął się namiestnik PZPR.
„Oswoić to stworzyć więzy” – edukował kot.
„Teraz jesteś dla mnie tylko prowincjonalnym książęciem, jednym z czterdziestu ośmiu identycznych w tym kraju. A ja dla ciebie zwykłym rysiem. Ale gdy mnie oswoisz, będziemy dla siebie jedyni na świecie”.

Książę pomyślał o Róży. „Ona mnie oswoiła, ale to nie było na Ziemi”.
„A są tam myśliwi i barany?” – spytał zaciekawiony kot.
„Nie ma”.
„Ach, nie ma światów doskonałych…” – westchnął ryś.
I podał sekret: „Dobrze widzi się tylko sercem.
Oczy są ślepe. Jesteś odpowiedzialny za to, co oswoiłeś”.
Książę mruknął pod nosem: „Oswajałem socraj przez lata… Być może niedługo będę odpowiedzialny za jego pełne rozpieprzenie”.
Wizje zamarzają na kość.
„I bez wątpienia przyjdzie mi odpowiedzieć za to,
co z owego socraju ostatecznie pozostanie” –
powtórzył Książę, jakby pisał raport dla centrali.
Gryzł się myślami, antycypował własny nekrolog.
Umrzeć – rzecz pewna. Ale co przed kurtyny opuszczeniem?
Wewnętrzny, bezpieczniacki głos szepnął mu do ucha: „Zostaniesz ambasadorem w Moskwie”.

Czymże więc podsumować ten opasły rozdział wspomnień, tę literacką operację na żywym organizmie historii?
Oddajmy głos mistrzowi Witoldowi Gombrowiczowi: „Wybaczcie, czytelnicy, nadmierną skromność, która doprowadziła do tak skromnych rezultatów. Wybaczcie też nieskromność – wysmażyłem vie romancée, upiększając i dramatyzując szarą nikłość mojego życia. Wszystko po to, by nie nudzić szerszej publiczności. Chciałem, by te rozmowy były barwne i przystępne. A jeśli ktoś mi zarzuci, że bezczelnie udaję geniusza… Cóż, nie przypuszczam, by to mogło się zdarzyć.
Ale gdyby nawet – na zarzuty zbyt głupie
inteligentny autor po prostu nie odpowiada”.
Ostatni raport trafia na dno szuflady.

 

PS

Jest to rozdział książki: „Raptularz znaleziony pod wycieraczką”

RAPORT Z BRZUCHA WIELORYBA: CZYLI JAK PRZETRWAĆ GNOMÓW I PAŃSTWO MŁOTKIEM PISANE

…nie ma żadnej historii, są tylko życia ludzi. Historię tworzą małe wydarzenia, pojedyncze ludzkie czasy, ludzkie ciała, ich przemijanie, ich choroby, ich miłości. Historię tworzy życie codzienne, przedmioty, czynności, o których już niewiele wiemy, bo ta wielka Historia tego po prostu nie zapisuje. Ale to jest przecież istotą życia.

                                                                                                                          Olga Tokarczuk

 

Oniryczny ból gadziego mózgu

 

Śniłem koszmar ostateczny. Dwa strzały w tył głowy, skrzyżowanie ulic Mickiewicza i Czackiego. Bruno Schulz ginie, bo esesman Karl Günther musiał wyrównać żydowskie porachunki z Felixem Landauem. „On zabił mojego Żyda, ja zabiłem jego Żyda” – niosło się echem po udręczonej nocy.

         Moja dusza płakała, ogarnięta lękiem, który szybko przeszedł w paranoję współczesną. Sparafrazujmy tu klasyka: „Czym muchy w rękach rozbrykanych parlamentarzystów, tym my we władzy bezwzględnych Grup Trzymających Władzę”. Ot tak, dla zabawy, tłuką nas plagami. Podobno uchodźcy i ideologia LGBT są dziś gorsi niż dżuma i Covid-19 razem wzięte.

         W tym onirycznym widzie Kraj Pieroga i Zalewajki bohatersko walczył ze wszystkim: z aborcją, alkoholem, hazardem, gejami i cyklistami. Ekologię i sąsiadów mieliśmy – jako naród – w głębokim powitaniu. Pomyślałem, że Pan Bóg tworząc świat musiał mieć pierwszorzędne poczucie humoru. Gdyby go nie miał, nie zmajdrowałby polityków, „Bandy czworga”, „Dobrej zmiany” czy Donalda Tyska i Jarosława Kaczyńskiego.

         Na koniec dopadło mnie najgorsze choróbsko: dziecięca łatwowierność. Uwierzyłem telewizyjnym gadającym głowom, że ci dwaj panowie na zmianę poprowadzą nas ku świetlanej przyszłości! Na szczęście mój gadzi mózg przypomniał mi, że już to przerabialiśmy za Gomułki i Jaruzelskiego. Kończyło się zwykle strzelaniem do ludzi.

         Obudziłem się w przedostatnim roku drugiej dekady trzeciego tysiąclecia jako dziewięćdziesięciolatek z demencją. Moje lodowisko życia stało się śliskie, mózg rzeszotowaty, a pospolitość parszywa. Rząd, Parlament i Wy wszyscy możecie mnie szanownie pocałować tam, gdzie radził Bohumil Hrabal.

         Walnę w Was Gogolem: „Jeden tam tylko porządny człowiek – prokurator, ale i ten, prawdę mówiąc, świnia”. Na ten splin raczę się narodowym koktajlem z octu, musztardy, jabola i denaturatu z autowidolem. Jako mężczyznę interesują mnie już tylko trzy rzeczy: życie, miłość i śmierć.

 

Diabelski bilans dożywotniego szpiega

 

Głęboko nie zgadzam się z Cyceronem, że godne jest tylko rozmyślanie o śmierci. Mnie wciąż rozpraszały uciechy doczesne, deflorowanie branek i dobre uczty.

         Te piękne elementy splatają się zresztą idealnie w polityce i służbach specjalnych, gdzie miłość zastąpiono seksizmem, a życie ordynarnym hedonizmem. Skoro w chrześcijaństwie na początku było Słowo, a w komunizmie NKWD, to u podstaw naszej świętej III RP musiał leżeć jakiś zagubiony agent. Świat obfituje w głupców jak drzewo w liście, a moje życie okazało się wystarczająco długie, by zgłupieć, lecz za krótkie, by cokolwiek pojąć.

         W czasach transformacji bezpieka generała Kiszczaka rozpuszczała plotki, że jestem synem rabina z Bielska-Białej, wnukiem ajatollacha Chomeiniego i Julii Pastrani – najbrzydszej kobiety świata według Darwina. To jawne przecenianie moich walorów! Po ajatollachu odziedziczyłem wszak tylko miłość do ludzkości, a po Julii zniewalającą urodę.

         Przez te wszystkie reżimy musiałem żonglować życiorysami. Ku uciesze wrogów wyznam prawdę z 55 swojej biografii: byłem szpiegiem wybranym, z wywiadowczą krwią w żyłach. Najpierw szpiegowałem dla Związku Sowieckiego, potem dla Niemiec. W ramach reparacji Niemcy oddali mnie Izraelowi, Izrael Anglii, Anglia Ameryce. Na Manhattanie było cudnie, ale Amerykanie kopnęli mnie z powrotem do Anglii, ci do Izraela, Izrael do Niemiec, a Niemcy chcieli do Sowietów – ale pech, Związek Sowiecki szlag trafił, a Putin mnie nie chciał.

         I tak 06.06.06, w imieniny roku diabła, kultywując angielską zasadę, że tylko dżentelmen bierze się za beznadziejne sprawy, siadłem do komputera pписать ten raptularz. Życie dostałem inkrustowane seksem, pachnącym wszystkimi kontynentami. Gdy się w proch obrócę, 1/3 moich popiołów ma trafić do urny zatopionej w Bałtyku, 1/3 w Śnieżne Kotły, a ostatnia część na cmentarz gminny.     Resztę czasu zabrała mi wojna hybrydowa czwartej generacji – drony, cyberataki, dezinformacja i propaganda, w której Rosjanie są mistrzami. Podobno jedynym ratunkiem jest Wojskowa Obrona Terytorialna. Ale co ja tam wiem, czas na drzemkę.

 

Od konia trojańskiego do unijnego koryta

 

W Kraju Pieroga i Zalewajki obrona terytorialna to odległa pieśń kozła. Każda wojna to w gruncie rzeczy gra w zabijanie. Ale z wojen najbardziej podoba mi się trojańska. Miała chociaż sens – poszło o kobietę. Grecy walczyli o zbezczeszczony honor rogacza Menelaosa i piękną Helenę, którą zwędził Parys.

         Homer w Iliadzie i Odysei stworzył piękne mity, choć jako grecki cwaniak puszczał oko do czytelnika, sugerując między wierszami, że z cnotą Heleny i usychającej z tęsknoty Penelopy bywało bardzo różnie.

         Sam Odyseusz, architekt drewnianego konia, wracał do domu przez dziesięć lat. Po drodze łupił miasta, tarzał się z jednookim Cyklopem, jadał ludzinę u Lajstrygonów i – jako facet z jajami – regularnie zdradzał żonę, płodząc syna z czarodziejką Kirke i marnując lata u nimfy Kalypso.

         Wieki później jego dzieło twórczo kontynuowała Armia Czerwona. Nie dość, że złupiła pół Europy, starła się z Hitlerem i uszczknęła połowę naszego terytorium, to jeszcze spłodziła tylu synów, że gdyby ich zebrać, sformowaliby armię zdolną pobić USA.

         Wspominanie o przyprawianiu rogów i nielojalności ma tu głęboki sens. Pisanie o polityce w kontekście służb specjalnych wymaga wszak precyzyjnego rozpoznania mechanizmów zdrady. Trzeba tylko uważać, by nie przekroczyć niewidzialnej granicy dzielącej nawiedzonych od idiotów.

         Weźmy moment, gdy Zachód oddał nas w pacht Stalinowi. Generalissimus, majstrując w 1943 roku plan „niepokalanego poczęcia Peerelu”, stworzył Sowieckie Imperium Zewnętrzne, w którym funkcjonariusze tajnych służb okazali się jego najwierniejszymi synami.

         Porównując dawne Imperium Zła z dzisiejszym supermocarstwem widzę, że Amerykanie, tak jak niegdyś Sowieci, uwielbiają niszczyć inne narody. Różnica jest czysto estetyczna: bolszewicy nawracali rzeźnickim nożem, a Amerykanie wolą inteligentne bomby i walizki dolarów, co testowali w Wietnamie, Iraku czy Afganistanie. Co więcej, Rosjanie po skończonej robocie nie grzebią ofiar. Amerykanie natomiast przychodzą na pobojowisko jak anioły i rozdają wdowom zapomogi, ślepcom szklane oczy, kalekom protezy, po czym budują McDonald’sy.

         Komuna Paryska trwała siedemdziesiąt dni, Sowiecka – siedemdziesiąt lat. Ciekawe, ile potrwa Komuna Europejska.

Jako niespotykanie spokojny człowiek tylko kilka razy w życiu, w strasznej godzinie kaca, strzelałem do własnego odbicia w lustrze, wrzeszcząc: „Och! Henryk! Jak ja nienawidzę twojej wielokulturowej mordy!”. Jak bonie dydy, niech mi kobiece piersi wyrosną, jeśli kłamię!

         Moim ulubionym zajęciem na stare lata jest siedzenie na zydlu pod prysznicem z flaszką i naradzanie się z nią. Roztrząsając historię z perspektywy siedzenia, widzę ciągłość dziejów: Archimedes siedział w wannie, Diogenes w beczce, Stalin na Kremlu, Wałęsa na papirusach bezpieki, Kaczyński na Żoliborzu, Tusk w kancelarii, a ja – w Tworkach.

         O alkoholu wiem wszystko. Znajomi mówią, że przebywanie ze mną przypomina piknik u podnóża wulkanu na kwadrans przed erupcją. Wyznaję prostą zasadę: jak kraść to miliony, jak „szpachlować” to z tuzinem lasek. Będąc tak strasznie polskim i wielkim, ślęczę przed komputerem ponury jak Morze Północne podczas sztormu, składam literki i marzę o tym, jak zrobić dobrze prawdziwym patriotom i nowatorsko zginąć za ojczyznę.

 

Państwo młotkiem pisane i grenlandzkie reformy

 

Mimo mojej bezpretensjonalnej, bagiennej urody i spolegliwego charakteru, ludzie wciąż chętnie dają mi się golić brzytwą. Moje książki działają na zestresowane dusze równie skutecznie jak koci ogon na zapalenie gardła. Przekonałem się o tym, gdy grupa rozwścieczonych komunistek raczyła spalić moją autobiografię.     Pocieszyłem się wtedy, że te szczere wyznania musiały mieć w sobie wyjątkowo dużo ciepła, skoro tak dobrze napalono nimi w piecu.

         Od lat koryguję życiorysy fabrykowane przez służby specjalne. Oficerowie rozpuszczają plotki, jakobym był większym rozpustnikiem niż wszyscy rządzący Krajem Pieroga i Zalewajki razem wzięci.         Przecież to fizycznie niewykonalne! Odpowiadam im krótko: przeceniacie moje skromne możliwości. Jednak gwoli prawdzie, od „dobrej zmiany” wziąłem co nieco. Po prezydentach odziedziczyłem niezrównane skłonności do manipulacji, po premierach ciągoty do rozmijania się z prawdą, urodę po pośle Terleckim, a genialną inteligencję po przydupasie wicepremiera o wdzięcznej ksywie „Caryca”.

         Poza tym jestem tylko skromnym kronikarzem. Moją największą wadą jest brak rozróżnienia między tym, co na dany temat można powiedzieć, a tym, co wolno oficjalnie ogłosić. Żyjemy w państwie, w którym absolutnie ciemne, kryminalne sprawy – dające się bez trudu wyjaśnić – z zasady nigdy nie są wyjaśniane. To spędza mi sen z powiek.

         Z rozliczaniem władzy nigdy nie było u nas idealnie, ale gdy nastała „dobra zmiana”, zmontowano modelowe państwo aferalne. Przepisy pomyślano tak, aby ułatwić życie tchórzom, kłamcom i hochsztaplerom. Pamiętajmy jednak: ze stu kotów nigdy nie stworzy się konia, a ze stu niekonstytucyjnych ustaw nie stworzy się sprawiedliwego systemu.

         W normalnym kraju prezydent broni Konstytucji, parlament tworzy dobre prawo, rząd rządzi legalnie, a służby i policja łapią bandytów.

         U nas? Pleniącą się korupcję bezczelnie zastąpiono nowym hasłem: „nic na siłę, wszystko młotkiem”. Hipokryzja bezwstydnie zluzowała dobre obyczaje, a transparentność wymieniono na stopnie tajności. Jak to możliwe, że pozwolono wyborcom za pomocą zwykłej kartki do głosowania zbudować tę groteskową pseudo demokrację?

         Władza ustawodawcza jest dziś zdolna uchwalić każde, nawet najbardziej spektakularne głupstwo z mocą ustawy. Przez lata była to wyłączna zasługa Prezesa. On to, wyznając marksistowską zasadę, że tylko człowiek szlachetny może znaleźć szlachetnego, wyszukał prokuratora stanu wojennego Stanisława Piotrowicza, uczynił go nadzorcą Sejmu, a potem wsadził do Trybunału Konstytucyjnego. Od tego czasu władza wykonawcza dba wyłącznie o własnych aparatczyków.

         A jak jest w nowej tuskolandzie? Obiecana reforma wymiaru sprawiedliwości wlecze się wolniej niż lodowce na Grenlandii, a trójpodział władzy odłożono ad Kalendas Graecas.

         Mimo świętej zasady, by nigdy nie kłócić się z głupcami – albowiem ludzie mogą nie dostrzec różnicy – z każdym słowem powiększam liczbę wrogów. Aby ich ostatecznie rozwścieczyć, przedstawiam ten Raptularz: polityczno-pornograficzną baśń o walce dobra ze złem. Z góry uprzedzam, że wygrywa zło.

         Wobec despotów rządzących nami od tysiąca lat wszyscy jesteśmy doskonale równi – mianowicie równi zeru. W swojej pisaninie jestem jak wóz drabiniasty, który święcie wierzy, że jest mercedesem. Powiecie zapewne, że jestem cool: made in USA, zdiełano w CCCP.

 

Kuszenie Chrystusa na targu zmarłych marzeń

 

Nie napisałem tego Raptularza dlatego, że znam odpowiedzi na wielkie pytania. Nie znam ich! Przynoszę Wam jednak prawdziwe historie i wcale się tego nie wstydzę.

         Historia – ta zbiorowa pamięć ludzkości – to jedna wielka, krwawa anegdotka. To trwający od wieków, rozpaczliwy spektakl wykaraskiwania się człowieka z totalnego obłędu.

         Uwielbiam opowiadać historię poprzez jej spektakularne katastrofy. Jak pisał Umberto Eco: kilku sankiulotów napada na Bastylię i bęc – mamy rewolucję francuską; kilka tysięcy nieudaczników szturmuje Pałac Zimowy i dostajemy bolszewików; ktoś strzela do arcyksięcia i nagle alianci nie mogą bez siebie żyć… Aż wreszcie 18 czerwca 1949 roku pewna kobieta na warszawskim Żoliborzu rodzi bliźniaków…     Każda lekcja historii uczy nas wyłącznie tego, że niczego nas nie nauczyła. Jutrzejsze katastrofy niewinnie i w ciszy kiełkują już dzisiaj.

         Jako dzieciak wiedziałem, że Józef Stalin i Adolf Hitler zapowiadali się na artystów, ale po prostu nie wyszło im w życiu. Władcy Kraju Pieroga i Zalewajki nie mieli na szczęście aż takich ciągot estetycznych. W PRL-u chcieli być po prostu obrońcami ludu i po trochu bandytami – często jednym i drugim naraz.

         A w Wolnej Polsce? Toż to totalni niewydarzeńcy! Mameje, rozmemłańcy, ciemięgi i safanduły zgrywające się na wielkich patriotów. Pod wodzą Prezesa wymyślili „Historię Narodową”, która ma się do prawdziwej historii tak, jak astrologia do astronomii. Przypomina to zwalczanie kanibalizmu poprzez humanitarne zjedzenie kanibali.

         A Donald Tusk? Wymyślił „ciepłą wodę w kranie”. I tak, w zestawieniu z resztą, trzeba mu oddać, że to jakiś postęp.

         W demokracji winę za ten cyrk ponoszą sami wyborcy. Każdy rząd, zanim zacznie na dobre rządzić, najpierw musi się przecież wygodnie urządzić. Gdy kolesie mają ochotę na gruby grosz, zakładają partię lub koalicję i tak majdrują prawo, by pozwalało na absolutne bezprawie.      Satrapowaci możnowładcy rwą sukno Rzeczypospolitej jak świąteczny placek. Strach się bać, bo oni wkrótce „s żyru biesiatsa” – po prostu zwariują od tego tłustego jadła! Diabelski instynkt władzy trwa w człowieku znacznie dłużej niż instynkt seksualny.

         Zbliżają się wybory, a my wciąż jesteśmy narodem filistrów, którzy nie rozumieją, że rząd obietnicami stoi tylko do momentu, gdy lud go nie obali.

         Podobno jesteśmy chrześcijanami, ale nosimy w sobie więcej hipokryzji niż rozsądku. Diabeł kusił Chrystusa, obiecując mu wszystkie królestwa świata w zamian za pokłon. Jezus nie dał się nabrać.

         A my? My lecimy na każdą obietnicę. Od powojnia trwa dojenie społeczeństwa. Łotry paradują w biało-czerwonych pelerynkach, zapominając, że dobrze wychowany człowiek nie wkłada rąk do kieszeni własnej ojczyzny. Już święty Augustyn pouczał: „Robić wszystko wolno, ale nie wszystko wypada”. Elity w Kraju Pieroga i Zalewajki potrafią okraść nawet gołego… z jego ostatnich marzeń.

 

Sezon na gnomów i przepis na duszonego polityka

 

Zarówno za jednych, jak i za drugich rządów Kraj Pieroga i Zalewajki – gdzie każdy miał być każdym, a wszystko wszystkim – błyskawicznie przekształcił się w rządy nielicznych nad zbyt wieloma, w imieniu wyjątkowo małych ludzi. A że trutnie żywią się miodem, w urzędach i spółkach skarbu państwa zaroiło się od brudnych gnomów. Wyrastają jak trujące grzyby po deszczu, czyhając na łupy wedle nowych, niezrozumiałych praw, nad którymi sam diabeł czuwa. Gdyby szatan sądził, że zdoła pisowców lub tuskowców uczynić gorszymi, byłby niepoprawnym optymistą.

         Przy korycie PiS i PO – partii o jaskrawo leninowskiej strukturze – tłok jest dziś większy niż w kolejce na Kasprowy Wierch. Obowiązuje święta zasada: swój do swego, po wasze! Do słownika bezczelnie wprowadzono nowe słowo: „naszość”. Pojęcie równie paskudne jak hieny, które dzielą między sobą strefy żerowania. Korupcja pożera kolejne komórki obu tych obozów, a ich lizusi, którym w myśleniu najbardziej przeszkadzają własne głowy, popychają kraj ku budowie państwa policyjnego.

         Gołym okiem widać w tym szaleństwo Nietzschego, epilepsję Dostojewskiego i syfilis Schopenhauera, Napoleona czy Lenina razem wziętych. George Orwell i Franz Kafka moglifby u naszych liderów brać korepetycje z urządzania ludziom piekła.

         Dlaczego wielcy politycy Wolnej Polski, mając dwie półkule mózgowe, dwie ręce i dwa półdupki, są święcie przekonani, że do rządzenia wystarczy zaprząc tylko jedną część z każdej pary? Głupota stała się dominującą formą używania umysłu.

         Zamiast majstrować przy utrudnianiu rozwodów, powinni wprowadzić ustawę o przymusowych rozwodach – przynajmniej miłość by nikomu nie ostygła! Czy oni naprawdę nie czytali Moby Dicka i nie wiedzą, że siedząc w brzuchu wieloryba, można go precyzyjnie opisać od zewnątrz? Pchają się do władzy niczym Nike z Samotraki, tyle że ich Pegazem nie jest skrzydlaty rumak, a zwykły, uparty osioł.

         Nasi współcześni dygnitarze drżą o swoją skórę znacznie bardziej niż ich poprzednicy. Ogradzają się od suwerena barierkami, zasiekami, murami i hordami tajniaków. Te urzędy wyglądają jak obozy koncentracyjne! To czyste spełnienie marzeń generała Franciszka Szlachcica z 1970 roku, który kazał Pożodze tworzyć obozy dla niepokornych robotników. Różnica polega na tym, że dawniej obozy budowano, by magazynować ludzi, a dzisiaj władcy budują je, by chronić własne tyłki przed petentami. Gdyby rządzili dobrze, lud nie myślałby o ich zabijaniu.

Oniriada. Wiem od Rolanda Topora,
jak przyrządzić polityka.

Wypatroszyć.
Jeśli był z ikrą – usunąć móżdżek,
by nie nawarzył piwa.
Wytrzeć,
ostrożnie uczesać,
nie uszkadzając skóry.
Umyć,
by prezentował się apetycznie.

Dusić w oskomie.
Grubego polityka dusić cztery godziny,
chudego – trzy.

Podawać na półmisku,
wyłożonym polisą ubezpieczeniową,
przybranym bilonem,
dowodami osobistymi i kwieciem.

Gwizdać przy tym z podziwu.
Polityka to ani ziębi, ani grzeje,
ale nam zrobi doskonale.

Może przy konsumpcji
doczekamy wreszcie czasów,
gdy w Kraju Pieroga i Zalewajki
człowiek będzie znowu
człowieka znaczył.

SUDECKA OSMĘTNICA O ZŁOCIE, BEZPIECE I LATAJĄCYCH ŚWIERKACH CZYLI JAK WYTRESOWAĆ DUCHA GÓR

Dzięki swej mocy mogą kraść bezkarnie.

Precz. Nie kochajcie się. I niech każdy okrada innych.

Macie więcej złota.

Podrzynać gardła!

Każdy z napotkanych

To złodziej. (…)

Złoto, tak czy tak, zgubę wam przyniesie.

                                                                           William Szekspir

 

Skarby dla maluczkich i bankowe fajerwerki

 

Skarby, skarby, skarby. Złoto Trzeciej Rzeszy, „złoty pociąg”, skarb Piastów śląskich. Skrytki pułkowników, WIN, UPA, Werwolfu… Słowem: wszystko, co rozpala wyobraźnię niedzielnych poszukiwaczy z wykrywaczami metalu za kilkaset złotych.

Jak mawiał Fryderyk Nietzsche: „Bywają prawdy, które najlepiej przyswajają sobie mierne głowy, gdyż są dla nich najodpowiedniejsze, bywają prawdy, co tylko dla miernych duchów posiadają urok i ponętę”.

         Trudno o lepsze podsumowanie sudeckiej gorączki złota.

Aby mówić rozsądnie o skarbach Sudetów, należy poznać sytuację militarną pod koniec światówki. W oficjalnej historii na próżno szukać wzmianek o bitwie o Sudety. I nic dziwnego. Oficjalnie takiej bitwy nigdy nie było. To była kameralna, cicha wojna wywiadów. Prawdziwe szachy na trupach, rozegrane, gdy umilkły frontowe wystrzały.

         Choć bez zdobywania Wrocławia można było zdobyć Berlin, to obszar między Odrą a Nysą Łużycką kusił czymś więcej niż strategią.   Ziemie te były niezwykle zasobne w surowce mineralne i inne „atrakcje”. W 1944 roku Niemcy przenieśli tu fabryki zbrojeniowe i laboratoria pracujące nad Wunderwaffe. Wynikami tych badań interesowali się wszyscy. Niestety, są to do dziś największe tajemnice tamtych lat, po których zostały jedynie krwawe ślady.

         W pierwszą wiosenną noc marca 1945 roku na dziedzińcu wrocławskiego banku pojawiło się osiem ciężarówek. Grupa żołnierzy Wehrmachtu przyprowadziła dwudziestu jeńców, a esesmani – dyrektora banku. Jeńcy wynieśli ze skarbców 14 skrzyń ze złotem (każda po 50 kilogramów), 49 pak z dziełami sztuki oraz 25 zagadkowych, lekkich pojemników.

         Co w nich było? Pewnie genialne plany hitlerowskich naukowców, które miały zmienić losy wojny, a skończyły jako mityczna pożywka dla poszukiwaczy sensacji.

         Po załadunku esesman wrzucił dwa granaty do sejfu z jeńcami i zatrzasnął pancerne wrota. Na odchodnym inny hitlerowiec pociągnął z automatu po plecach swoich kolegów z Wehrmachtu. Ot, niemiecka solidarność i dbałość o brak świadków.

         Jeden z żołnierzy jednak przeżył. Przetrwał egzekucję, sowiecką niewolę, ale poległ w latach późniejszych, gdy po powrocie do Polski zaczął węszyć wokół dawnej sprawy. Pechowo wpadł pod ciężarówkę, której kierowcy – jaka niespodzianka! – nigdy nie odnaleziono. Seryjny samobójca tamtych lat miewał też koła.

         Jako nastolatek, uczeń liceum w Szklarskiej Porębie i Jeleniej Górze, karmiony opowieściami autorytetów i sąsiadów, spisałem te rewelacje w formie powieści. Wysłałem do Gazety Robotniczej. Redaktorzy, zamiast wypłacić mi honorarium i wysłać ekipę z łopatami, po prostu mnie wyśmiali. Widocznie ich głowy były zbyt mierne na tak wielkie prawdy.

 

Fabryka mitów, znikające ciężarówki i strategiczne szachy

 

Wymyślona przeze mnie historia o znikającym w Sudetach konwoju z cennym ładunkiem, podchwycona później przez lokalne legendy o „Złotym Pociągu”, służy jako przykład, jak fikcja literackia może napędzać realne poszukiwania skarbów. Opowieść ta, osadzona w realiach końcowej fazy wojny, sugeruje próbę przerzutu mienia na południe przez Czechosłowację, co łączy się z badaniami nad rolą wywiadów zachodnich i lokalnymi tajemnicami górskich przełęczy.

         Korzystając z faktu, że byłem zawodnikiem Górnika Wałbrzych, oddałem ten rękopis starszemu koledze, Aleksandrowi Kopciowi. Przeczytał, pochwalił, zachęcił do pisania. Nie wiem, co działo się z nim dalej, ale nagle Tadeusz Słowikowski z Wałbrzycha popełnił bliźniaczy tekst – z tą różnicą, że zamiast moich nieszczęsnych samochodów, zmajdrował legendę o „Złotym pociągu”.

         Moje książki z lat 80. rozpaliły wyobraźnię wielu, aż na początku XXI wieku wybuchła prawdziwa gorączka złota. Czy szukacze wierzą w to, co plotą w mediach? Nie wiem. Ale dla regionu to reklama doskonała.

         Wracając do moich ośmiu ciężarówek: dwudziestu trzech ludzi i bezcenny ładunek znikają jak kamfora. Czy Niemcy działali na własną rękę, czy stały za tym wywiady USA, Wielkiej Brytanii lub Francji? Wywiad sowiecki odpada – oni byli na miejscu, po Jałcie i tak wiedzieli, że prędzej czy później wezmą wszystko bez dzielenia się z nikim.

         Tajemnicza kolumna jechała tylko nocą, maskując się za dnia w gęstwinie. Trzeciego dnia podróży wjechała do śródgórskiej kotliny w Sudetach Zachodnich – długiej na 15 kilometrów, szerokiej na 12. Ominęła Jelenią Górę i ruszyła na Marczyce. Stamtąd widać Śnieżkę i Karkonosze.

         Dowódca miał twardy orzech do zgryzienia. Przebicie na zachód przez Nysę było bezcelowe. Pozostała droga na południe, do Amerykanów w Czechosłowacji. Pierwsza opcja: Przełęcz Karkonoska, ale droga była nieskończona i tonęła w śniegu. Tuż obok leży Kozacka Dolina i groby pomordowanych jeńców. Czyżby…? Druga opcja: Przełęcz Szklarska, oddzielająca Karkonosze od Gór Izerskich.

 

Czeski błąd, seryjni poszukiwacze i jeleniogórska ciężka woda

 

Rozważmy zatem trasę przez Przełęcz Szklarską. Śnieg co prawda leżał, ale droga była przejezdna. Niemcy bez przerwy gnali tamtędy swoje jednostki, co zresztą spłodziło kolejny uroczy mit: ponoć najkrwawsza katastrofa lawinowa w historii Polski w Białym Jarze zabiła czterech Niemców, którzy szli tam… sprawdzać skrytki ze skarbami III Rzeszy.

         Oczywiście. Lawina jako strażnik depozytów Führera brzmi dumnie. Jednak dla tajnego transportu osiem ryczących ciężarówek w gęsto zaludnionym Sobieszowie, Piechowicach czy Szklarskiej Porębie byłoby równie dyskretne jak przemarsz orkiestry dętej.

Pozostawał szlak przez przełęcz Okraj. Komfortowe drogi po obu stronach Karkonoszy, gęsty las jako darmowy kamuflaż i względna bliskość Amerykanów – w końcu niedaleko wojował sam generał Patton.

         Ale czeska strona milczy. Nie ma ani jednego świadka. Nawet Bohumil Hrabal nie wpadł na ten pomysł, bo jakoś trudno byłoby wpleść złote sztaby pomiędzy opowieści snute przy kuflu piwa.

         Co zatem stało się ze skarbami? Dzisiejsi domorośli poszukiwacze będą kopać te góry do końca świata i o jeden dzień dłużej. I jestem absolutnie pewny, że nigdy niczego nie znajdą. Bo całe to złoto najpewniej dawno i bez zbędnych ceregieli zabrali Rosjanie, którzy kręcili się w okolicach Szklarskiej Poręby już od połowy 1944 roku.

         Dla niezłomnych fantastów mam jednak trzy wersje. Pierwsza: część wrocławskiego transportu spoczywa w podziemiach zamku Grodno w Zagórzu Śląskim. Szukajcie więc, poszukiwacze! Rozkopujcie góry, spuszczajcie wodę ze sztucznych jezior – dokładnie tak, jak chciał to zrobić słynny pułkownik magister Uć z WOP-u, o czym za moment. Druga wersja: Sosnówka Górna, rejon Grabowca i Dobrego Źródła. Trzecia, najbardziej malownicza: Szwedzkie Skały. Przyroda wokół nich zapiera dech w piersiach – potężne, granitowe ostańce wznoszą się dumnie nad reglowym lasem, a w ich cieniu szumią kryształowe potoki, idealnie tłumiąc odgłosy łopat.

         Żeby podkręcić atmosferę, dorzuciłem do mojej opowieści drugą akcję – tym razem w Jeleniej Górze, kilkanaście dni później. Tamtejszy bank miał co prawda sejfy tak mikre, że mogłyby służyć za przedpokój wrocławskich podziemi, ale jak mawiają – to nie kubatura się liczy, a zawartość.

         W końcu u stóp Karkonoszy Niemcy upchnęli potężny przemysł chemiczny i zbrojeniowy. Istnieje uzasadnione podejrzenie, że po zbombardowaniu fabryki w Norwegii, to właśnie tutaj zaczęli pędzić swoją upragnioną ciężką wodę. Sejfy jeleniogórskie musiały więc kryć sekrety, o których wywiady mogły tylko marzyć. Zgodzicie się przecież, że tak mogło być. A jak nie było, to tym gorzej dla faktów.

 

Wyborowa porcelana, seryjny zgon i bawarski Brockhaus

 

O pośpiechu i wadze ewakuacji świadczył fakt, że wywóz materiałów z jeleniogórskich podziemi odbył się dosłownie w przededniu wmaszerowania Armii Czerwonej.

         Akcję przeprowadzono w głębokiej tajemnicy, ale – na nieszczęście dla konspiratorów – na scenę wkroczył świadek: Niemiec o nader melodyjnym nazwisku Wolfgang Amadeus Ritschranz. Według protokołów przesłuchań PUB, Ritschranz, wracając z porannego spaceru pod koniec kwietnia lub na początku maja 1945 roku, struchlał na widok po zęby uzbrojonej kolumny Wehrmachtu z zasłoniętymi tablicami. Dowodzili nimi „czarni”, czyli esesmani. Oczywiście niewykluczone, że byli to po prostu przebierańcy z jednostek specjalnych.

         Żołnierze sprawnie przepędzili gapiów i przystąpili do kilkugodzinnego, potężnego wysiłku. Kazali wywlec z banku sejfy o numerach 15, 16, 17, 18, 19, 20 oraz 33 i 35. Te pierwsze skrywały prawdopodobnie legendarne dobra rodu Schaffgotschów: biżuterię, miśnieńską porcelanę i złote sztaby.

         Sam zresztą spoglądam na ścianę mojego pokoju. Wisi tam obraz w pięknych, stylowych ramach, rzekomo z kolekcji Schaffgotschów, który nabyłem drogą kupna za pół litra „Perły” od zaprzyjaźnionego szabrownika.

         No dobrze, prawda jest nieco mniej spektakularna – płótno namalował mój przyjaciel Tadeusz Nodzyński, uczeń samego Pronaszki. Przedstawia ono chatę w Białej Dolinie, gdzie pod koniec wojny biesiadowało dwóch sowieckich szpiegów.

         Co z kolei kryło się w sejfasz 33 i 35? Tego Ritschranz nie wiedział lub powiedzieć nie chciał. Zresztą od lat już nic nie powie – zmarł nagle na atak serca w 1947 roku. Co za przypadek: zgon nastąpił tuż po tym, jak zaczęli go nachodzić tajemniczy goście z Zachodu. Sam Tadeusz Steć dowiedział się od felczera wypisującego akt zgonu, że ostatnim gościem denata był Francuz o jakże rdzennie bretońskim nazwisku Błażejewski.

         Najpewniej te dwa ostatnie sejfy zawierały bezcenną, choć niekompletną dokumentację naukową. Niemcy wykazali się tu iście teutońską złośliwością: na przełomie lat 1944-1945 wywieźli do Bawarii sejfy 34 i 36, dzieląc tajne plany Wunderwaffe tak, że co druga kartka została w Jeleniej Górze, a reszta pojechała w Alpy. Na dodatek całość zaszyfrowano kluczem opartym na encyklopedii Brockhausa. Bez kompletu kartek i odpowiedniego tomu, zdobywca tajnych planów mógł sobie nimi co najwyżej rozpalić w piecu.

         Gdy załadowano ostatni sejf, plandeki zasznurowano, a na skrzyniach rozsiedli się strzelcy wyborowi z rkm-ami. Kolumna ruszyła z kopyta w stronę Cieplic, lecz nagle odbiła na północ, wybierając wyboiste, dziurawe drogi polne. Dlaczego dowódca wolał gubić zawieszenie i ryzykować ugrzęźnięcie w błocie, zamiast jechać wygodnym traktem przez Cieplice, Sobieszów i Piechowice?

         Otaczająca te bezdroża przyroda zdawała się kpić z niemieckiego pośpiechu – młoda, soczysta zieleń dopiero co obudzonych traw i żółte łany kaczeńców w przydrożnych rowach tworzyły sielskie tło dla wstrząsanych wybojami ciężarówek, z których co chwila dobiegał głuchy brzęk rzekomej miśnieńskiej porcelany.

 

Gajowy z wywiadu, kopalnia sekretów i sudecki Werwolf

 

Przed Piechowicami kolumna gwałtownie skręciła w prawo, ku uśpionemu Górzyńcowi. Wieś ta, malowniczo wciśnięta między Wysoki a Kamieniecki Grzbiet, tonęła w gęstym mroku majowej nocy. Zapach wilgotnej ściółki i kwitnących w dolinie czeremch mieszał się z duszącym smrodem spalin osiem ciężarówek, które z wyłączonymi reflektorami pełzły ku lasowi.

         Nie wszyscy jednak spali. Czuwał niejaki Helmut Botfald, pomocnik gajowego. Oficjalnie: gorliwy sługus Rzeszy. Nieoficjalnie: as radzieckiego wywiadu, przysłany w Karkonosze, aby osobiście wywąchać tajemnicę niemieckiego uranu. Chłop chłopem, ale węszył znakomicie. Botfald jako jedyny widział kolumnę niknącą w leśnej gęstwinie.

         Fama głosi, że transport podzielono. Mniejsza część ruszyła Drogą Sudecką ku Kozackiej Dolinie. Większa, ta z Górzyńca, miała trzy drogi do wyboru. Pierwsza prowadziła ku Rozdrożu Izerskiemu i najwyżej położonej w Europie odkrywkowej kopalni kwarcu (Stanisław). Mało który z dzisiejszych domorosłych „eksploratorów” wie, że pod tą gigantyczną dziurą w ziemi wydrążono w latach 40. dwie potężne sztolnie. Długie na trzysta metrów, szerokie i wysokie jak hangary – idealne, by schować tam konwój, a wjazd wysadzić w powietrze.

         Po wojnie wejścia zasypano rumoszem skalnym. Hej, poszukiwacze! Zamiast klikać w internet, bierzcie kilofy i rozkopujcie Izerskie Garby! Może znajdziecie trzecią sztolnię, a w niej to, co ja w latach 60. – kompletny szkielet, najpewniej niemieckiego strażnika, o którym szerzej wspominam w tym moim wiekopomnym dziele. Maskowaniem zresztą nie trzeba się było zbytnio trudzić, bo hojne, wiosenne ulewy szybko zmyły ślady, spłukując skalny gruz z wyższych partii kopalni. Aby to dziś odgrzebać, trzeba by przekopać pół pasma górskiego.

         Druga opcja: Niemcy ukryli sejfy w naturalnych jaskiniach na łagodnych stokach. Bajka ładna, ale ma jeden defekt: w tamtym rejonie nie ma ani jednej dziury, do której dałoby się dojechać choćby rowerem, a co dopiero ciężarówką. Trzeba by armii ludzi do noszenia skrzyń. Czy hitlerowcy ich mieli? Owszem. Świadczy o tym masowa egzekucja jeńców budujących Drogę Sudecką, wykonana dokładnie w tym samym czasie. Czy ci nieszczęśnicy najpierw targali złoto Schaffgotschów pod górę, a potem zostali zlikwidowani jako „zbędni świadkowie”? O to należałoby spytać kaci z SS. Ale oni – jaka niespodzianka – w przededniu kapitulacji nagle rozpłynęli się w mglistych sudeckich lasach. Część uciekła do Amerykanów, by budować im demokrację, a reszta założyła lokalny, leśny fanklub pod nazwą Werwolf.

         Trzecia możliwość, najwygodniejsza, to ucieczka do Czechosłowacji przez Kozacką Dolinę. W maju dolne partie doliny są już zielone i bezśnieżne. Zresztą, tuż po wojnie, przy drodze ze Szklarskiej Poręby do Harrachova, nieopodal skoczni narciarskiej, znaleziono porzuconą, wojskową ciężarówkę ze skrupulatnie zdrapanymi numerami rejestracyjnymi. Czy to był element układanki? Kto by się przejmował faktami, skoro legenda brzmi o wiele lepiej.

 

WOP-owskie panteony, czescy snajperzy i absolutny brak mózgu

 

Przy porzuconej ciężarówce nie znaleziono oczywiście żadnego świadka. Warto jednak dodać, że najbliżej tego miejsca leży „Wiciarka” – legendarne gniazdo szpiegów, gdzie przed laty zginął były pilot RAF-u, będący prawdopodobnie przewerbowanym przez Sowietów agentem francuskim. Może to właśnie z tego wozu pochodziły kluczowe dla wywiadów sejfy 33 i 35? Może ciężarówka odłączyła się od kolumny, by ukryć je w rejonie wodospadu Kamieńczyka?

         Tam, zaledwie dziesięć metrów od lustra wody, wznoszą się potężne, pionowe ściany skalne z ciemnego, wilgotnego granitu, wiecznie zroszone lodowatą mgłą wodną. Huk spadającej z ponad dwuudzistu metrów kaskady idealnie tłumiłby odgłosy kucia wnęki, którą przed wiekami wyżłobiono tam w litej skale.

         Kiedyś, podczas luźnej rozmowy z żołnierzami rezerwy Górskiego Batalionu WOP w Szklarskiej Porębie, usłyszałem o tej tajemniczej sztolni przy wodospadzie. Podobno sprawdzili ją wopowcy ze strażnicy Kamieńczyk pod dowództwem porucznika Zbigniewa Skoczylasa. Skoczylasowi można było wierzyć – jako deista wierzył w Boga i hołubił pewnego biskupa, ale zachował sobie też prawo oddawania czci marksistowskiemu diabłu. Skrytka faktycznie istniała. Niestety, była pusta.

         A teraz z zupełnie innej beczki, choć mój dawny rękopis musiał jakimś cudem przeniknąć na czeską stronę. Jakieś sześćdziesiąt lat temu, jako sierżant podchorąży, odbywałem praktykę na strażnicy Markocice u pułkownika Ryszarda Bartoszewicza. Wracałem o trzeciej nad ranem z kontroli posterunków. Noc była tak potwornie ciemna, że nawet białe psy patrolowe wydawały się czarne. Nagle ostrzelano mnie z czeskiej strony. Strzelali wyjątkowi partacze, koncertowo fuszując robotę. Zameldowałem dowódcy, że niektórzy nasi bracia Czesi to wyjątkowe szuje.
         – Szkoda, że cię nie zabili – westchnął smutno Ryszard. – Brygada miałaby przyzwoitego, pośmiertnego bohatera. Rada Państwa zrobiłaby cię podporucznikiem, a generał Jaruzelski przypiąłby ci medal na trumnie. A tak? Do dziś musimy chwalić się poległymi, którymi wstyd się chwalić. Jak kapral Hapunnik, który nie umiejąc pływać, wskoczył w pościgu do Nysy Łużyckiej i utonął, albo szeregowy Wróbel, zastrzelony w nader mętnych okolicznościach.

Słuchałem tego, myśląc o tym, że ktoś właśnie dybał na moje życie.         Przypomniał mi się wtedy cytat z Nicolasa de Chamforta: „Kiedy Marlborough był w okopach z siostrzeńcem, kula strzaskała głowę ich przyjacielowi, bryzgając mózgiem na twarz młodego człowieka, który cofnął się ze zgrozą. Marlborough rzekł zimno: «Widzę, że jesteś zdziwiony?». «Tak – odparł młodzieniec – jestem zdziwiony, że człowiek, który miał tyle mózgu, narażał się dobrowolnie na tak bezcelowe niebezpieczeństwo»”.

         Powiedziałem więc Bartoszewiczowi, że współczuję mu smutku, ale wolę być żywym budowniczym socjalizmu niż martwym gipsem na pomniku Ludowego Wojska Polskiego. Wieczorem pomyślałem jednak, że porucznik miał rację – umiera się raz, a umierając wcześniej, jest się po prostu trochę dłużej martwym.

         Gdy lata później Bartoszewicz został szefem Centrum Szkolenia WOP w Kętrzynie, pogratulowałem mu bezlitośnie: „Rysiu, wszedłeś do Panteonu wopowskich znakomitości obok generałów Stopińskiego i Jury, pułkownika Żmudy czy pułkownika magistra Wojciecha Ucia. To oficerowie z rzadkim syndromem BAM – Absolutnym Brakiem Mózgu. Ale gdybyś kiedyś rzucił tę posadę i z dwoma wojskowymi fakultetami założył spółkę z bardzo ograniczoną odpowiedzialnością, na przykład eksportując dziewczęta do USA do Jeffreya Epsteina, handlując bronią albo wykopując pod Wałbrzychem „złoty pociąg”, pamiętaj o mnie”.

 

Ideologiczny przemiał, kosmiczny dyszel i wopowska astronomia

„Mogę być u ciebie choćby portierem albo skrobać Bursztynową Komnatę z bałtyckich wodorostów” – rzuciłem Bartoszewiczowi. Rysiek jednak nie odpuszczał. Do dziś z lubością wypomina mi autorstwo dwóch broszur wydanych w wiekopomnym cyklu „Bohaterowie Ludowego Wojska Polskiego”. Główny Zarząd Polityczny WP z iście rewolucyjną czujnością posłał cały kilkutysięczny nakład moich wypocin na przemiał.

         – Twoje elukubracje na temat Łużyckiej Brygady WOP – grzmiał Bartoszewicz – były wysoce niepartyjne, niesłuszne i wręcz szkodliwe! Ówczesny dowódca brygady, „Żwirek”, u którego byłem szefem sztabu, zanim sam wygryzłem go z ciepłego stołka, miał rację. Wnioskował, by te bzdury starły na miazgę żarna papierni w Jeziornie. „Żwirek”, pijak bo pijak, leniwiec bo leniwiec, ale czytać potrafił. Znał instrukcję zatwierdzoną przez samego generała Wojciecha Jaruzelskiego: za robotę polityczną odpowiada dowódca, a nie jakaś tam banda politruków! Wy, politrucy, byliście tylko naganiaczami do socjalistycznego wychowania mas. Dlatego go znielubiłeś. Masz wredny charakter, co dawno ustaliła Wojskowa Służba Wewnętrzna, i mścisz się na nim w tych swoich paskudnych książkach.

         – A ty miałeś dwie żony! – zripostowałem głęboko i merytorycznie. Ja też miałem żonę. Co prawda urodzoną w Berlinie, ale zaimportowaną ze Szczecina. Miałem też maleńkie dzieciątko, które raz na zawsze wyleczyło mnie z oglądania się za obcymi spódniczkami.

         Gdy nocą na strażnicy Orle wychodziłem kontrolować patrole, niebo nad Karkonoszami zapierało dech w piersiach. Potężny, czarny aksamit nocy rozpościerał się nad siną, karłowatą kosodrzewiną, a gwiazdy płonęły tak jaskrawym, lodowatym blaskiem, że musiałem wręcz schylać łeb, by nie rąbnąć czołem w dyszel Wielkiego Wozu. Na pudełku po papierosach zmajdrowałem wiersz: „To kwitnie maj / Tam szumi gaj / Na Orlu drzewa się kołyszą / A na tych drzewach / Boże mój / Kropelki rosy wiszą”. Istne arcydzieło. Zastanawiałem się, czy to ja rosnę, czy wszechświat się kurczy.

         Nazajutrz na Graniczniku zbudowałem prywatną „gwiazdopatrznię”. Odkryłem tam, że ciemna materia stanowi 27 procent wszechświata, a resztę wypełnia ciemna energia, która zmusza kosmos do rozszerzania się. Zupełnie jak moja plotka o „złotym pociągu”, którą sam wymyśliłem, a która spuchła do rozmiarów narodowej histerii. Pół wieku później Joanna Bator napisała: „W gwiazdopatrzni doznajemy uczucia słodko-gorzkiej melancholii wobec piękna i jego nieuchronnego przemijania (…). Mimo że niebo gwiaździste jest osobne, dalekie i samotne, patrząc na nie, doświadczamy wzniosłości”.

         Martwiąc się tym uciekającym wszechświatem, skomponowałem melodię „Pożegnanie Wielkiej Niedźwiedzicy”. Brzdąkałem ją żołnierzom w ramach szkolenia politycznego i harcerzom przy ognisku. Gram ją na gitarze do dziś – zwłaszcza gdy w telewizorze jakiś patafian zaczyna wychwalać dobrodziejstwa jakiejkolwiek „dobrej zmiany”.

         Zarzucają mi teraz, że w moich opowieściach jest za dużo gadaniny, hipotez i czystej fantazji. Po trzech dekadach wolnej Polski młodzi nie ogarniają, że dawniej rzeczywistość była gęstsza od fikcji. Nie porządkuję faktów, nie systematyzuję opowieści, nie trzymam się reguł gatunku. Nie stać mnie na to. Moja wiedza jest skromna. Wierzę H. G. Wellsowi, który twierdził, że współczesnego życia po prostu nie da się przedstawić w sposób bezdyskusyjny. Szczególnie w Sudetach.

 

Telewizyjne szwindle, hordy amatorów i umierające świerki

 

Ludzie, którzy nie dyskutują, są martwi. Posłuchajcie więc kolejnych opowieści, które mają jedną, przeogromną wadę: nie zostały wyssane z palca. Są boleśnie prawdziwe.

         Ilekroć oglądam dzisiejsze tłumy wędrujące po Karkonoszach i Górach Izerskich, ogarnia mnie lęk. Ta turystyczna „stonka” zadeptuje szlaki, zanieczyszcza kryształowe potoki i bezlitośnie wydziera ziemi ametysty, moriony czy kryształy kwarcu. Jak pisał Paul Johnson: „Życie jest szwindlem. Jeśli chce się przeżyć, trzeba uprawiać szwindle, ostrożnie i z powodzeniem”. Wstyd przyznać, ale zanim doomed oświecenia, sam brałem udział w tym niszczycielskim procederze. Byłem wandalem jakich mało – no, może mój wychowanek, nieżyjący już Julian „Julo” Naumowicz, dorównywał mi kroku, choć obaj bledniemy przy Adamie Solarzu, który z tamtych lat kolekcjonuje już tylko wspomnienia.

         Od małolata szwendałem się po sudeckich zakamarkach, w których od czasów średniowiecznych Walonów nie stanęła ludzka stopa. Znajdowałem kamienie półszlachetne, które żal było zostawić. Zamiast jednak trzymać język za zębami, skompilowałem z tego niezłą bujdę. Kumplowałem się wtedy z Przemysławem Burchardtem – alpinistą i gwiazdą telewizyjną. Zauważył u mnie minerały naszykowane dla partyjnych prominentów i zaprosił mnie do swojego programu w Warszawie.

         I ja, nieszczęsny politruk, pojechałem. Wpakowałem się przed kamery i z pełną powagą opowiedziałem narodowi o bajecznych, darmowych bogactwach Sudetów. Efekt? W góry ruszyły dzikie hordy poszukiwaczy z łopatami. To prawdopodobnie wtedy „Julo” Naumowicz złapał bakcyla i zaczął zamęczać Tadeusza Stecia o mapy skrytek, które przewodnik w końcu mu ulegle wydał.

         Ale moje grzechy wobec natury bledną przy prawdziwej katastrofie – smutnej pieśni o umierających świerkach. Próbowałem zainteresować tym dramatem Sylwestra Wolaka, ale on woli niedźwiedzie, więc wysłał mnie na drzewo. Konkretnie na liczący osiemset lat cis w Piechowicach.

         W sudeckich lasach najszybciej umierają właśnie świerki. Najpierw przestają rodzić szyszki, potem gubią igły i usychają na pniu, stając się łatwym łupem dla karkonoskich wichrów. Wyglądają wtedy jak upiorne, odarte z kory szkielety na jakimś postapokaliptycznym cmentarzysku atomowym. Sprawcą tego pogromu są kwaśne deszcze, pędzone wiatrem z wielkich, zasilanych zasiarczonym węglem brunatnym elektrowni w Worku Żytawskim. Umarłe lasy pokrywają tysiące hektarów, mierząc swoimi poszarpanymi kikutami prosto w ołowiane niebo – jako niemy, ekologiczny wyrzut sumienia.

         Przyrodnicy walczą, jak mogą, ale trudno bić się skutecznie z elektrownią o mocy dwóch tysięcy megawatów. Jeszcze trudniej walczyć z MON-em o sile stu tysięcy bagnetów oraz z MSW, dysponującym armią funkcjonariuszy, tajnych agentów i rezerwistów.

Pocieszam się, że w tej partyzantce miałem swój mały udział. Przed laty zakładałem w Ametystowym Batalionie Straż Ochrony Przyrody.        Na każdej strażnicy WOP mieliśmy koło tej organizacji. Udało się zarazić tą ideą kilku całkiem łepskich oficerów. Mieliśmy solidnych sojuszników w Karkonoskim Parku Narodowym, GOPR-owcach i leśnikach. Jednym z takich łepskich facetów, którzy zamiast salutować woleli sadzić las, był ówczesny sierżant Wacław Raniszewski.

 

Latające świerki, papieskie faux pas i pochwała internetowych idiotów

 

Wacław Raniszewski. Służyliśmy razem na strażnicy Orle, gdzie Wacek był szefem strażnicy, a ja dumnym dowódcą. Potem przenieśli go pod Śnieżkę, mnie zaś Nemezis wygoniła z Sudetów i goniła po świecie. Gdy pod koniec pierwszej połowy lat osiemdziesiątych odwiedziłem dawnego podwładnego w jego nowym królestwie, powitała mnie smutna pieśń ochroniarza-społecznika.

         – Stary! Przyjechał specjalny pododdział z masą materiałów wybuchowych – żalił się Wacek. – Zaczęli od podnóża gór. Ładowali trotyl pod pnie i bum! Wszystko leciało w powietrze. Byli zachwyceni, śmiali się jak dzieci. Rajcowały ich, o k…, latające drzewa! Wiesz, jak to wygląda? Pod stu- czy dwustuletniego świerka podkłada się kilka kilogramós ładunku, drzewo składa gałęzie wzdłuż pnia i leci jak rakieta prosto do nieba. Tam zatrzymuje się na mgnienie oka, jakby wahało się, czy lecieć dalej, po czym pikuje w dół i zakopuje się w świeżym leju.

         Tak ci dzielni chłopcy z saperki dotarli aż do Sowiej Doliny i Kotła Łomniczki – do rezerwatu ścisłego. Tam, pośród potężnych, granitowych ścian kotła lodowcowego, nad którymi huczał sudecki wiatr, znowu grzmiały wybuchy. Szukali „złotego pociągu” i skarbów Trzeciej Rzeszy. Pod górę musieli targać sprzęt na własnych plecach, więc szybko uleciało z nich powietrze. Zostawiali za sobą połacie oskalpowanej ziemi. Gdy zwracaliśmy im uwagę, odburkiwali opryskliwie, że maą w nosie ochronę przyrody, bo wykonują rozkazy.      Wyjaśniłem sierżantowi krótko: ci wandale demolują Karkonoski Park Narodowy za wiedzą i błogosławieństwem najważniejszych generałów PRL-u – Jaruzelskiego, Kiszczaka i Siwickiego.

         Wtedy przypomniał mi się Ernest Hemingway i jego Za rzekę, w cień drzew: „Teraz tylko spokojnie – powiedział do siebie pułkownik. – Od tej chwili wszelkie zmartwienie, jakie możesz mieć, będą dotyczyły ciebie samego, a to jest po prostu luksus. Nie jesteś już prawdziwie potrzebny armii (…). Więc czym, u diabła, masz się martwić, chłopie”. W towarzystwie lustra zacząłem leczyć się wódką „Polonez” z otaczającej mnie pospolitości.

         Na dworze wiało, furczało i gradowało. Drzewa bujały się szaleńczo jak wskazówki dozymetru w Czarnobylu. Z nieba leciały żaby, ale nie jestem Francuzem – nie skorzystałem z menu, wolę zalewajkę i pierogi. Gdy we flaszce ukazało się dno, dopadła mnie samotność – ten brud duszy. Zacząłem grasować w internecie i ogarnął mnie homerycki śmiech. Ludobójstwo Putina w Ukrainie, zamach na Darię Duginę i papież Franciszek ubolewający nad „biedną dziewczyną”, która w rzeczywistości była jadowitą propagandzistką. Gdyby Franciszek myślał, toby tak nie pomyślał. Słusznie pisał Stanisław Lem, że przed erą internetu nie wiedział, iż na świecie żyje aż tylu idiotów. Te sieciowe rewelacje skłoniły mnie wręcz do wygłoszenia wewnętrznej pochwały wojny. Niech skarby Sudetów na chwilę poczekają.

         Pierwsza ćwiartka XXI wieku skradała się do mojej sadyby jak złodziej w ciemną noc. Wieszczbiarze, szeptuchy i rządowi hochsztaplerzy straszyli najpierw koronawirusem, potem małpią ospą, a spanikowani ludzie uwierzyli, że nadchodzi rychły koniec świata. Na szczęście karkonoskie granity stały niewzruszone, kpiąc z ludzkiej głupoty.

 

Żuczki w ojczyźnie, osmętnica i patent pułkownika Ucia na osuszenie jeziora

 

Nic to, że mamy szczepionki na COVID-19 i inne paskudztwa. Skoro spora grupa lekarzy, a nawet profesorów, publikuje w sieci elukubracje, że to ściema, wniosek jest prosty: można mieć tytuł naukowy, a i tak pozostać durniem. Tych ci u nas dostatek. Nie wierząc w ich krakania, starałem się szpiegować fakty, ale – broń Boże – ich nie interpretować. Niestety, mój mózg po operacji nie jest już tak gęsty jak dawniej; po godzinie wszystko z niego wyparowuje. Każdemu zjawisku przyglądam się więc dwukrotnie. Rano, aby się rozweselić, a wieczorem – by stać się markotnym i mieć pretekst do sięgnięcia po flaszkę. Trzeba wypić „wesołka” i się odsmutnić. W takiej osmętnicy ludzie łakną baśniowego nastroju, choć nie każdy się do tego przyzna. Jest, jak jest: dobrze, ale nie beznadziejnie. Ci, którzy marzą, że może być gorzej, to pesymiści. Ja jestem optymistą i uważam, że pesymiści mogą mieć rację.

         Odsmutnianie zacznę od surowej anegdoty. W końskim łajnie siedzą dwa żuczki. Młody pyta: „Tato, popatrz, obok czysta woda, zielona trawa, niebieskie niebo, a my ciągle grzebiemy się w tym gównie. Dlaczego?”. Ojciec odpowiada: „Bo widzisz, synu, to wciąż jest nasza narodowa ojczyzna”. I tu kłania się Cyprian Kamil Norwid ze swoim „Ojczyzna – to wielki zbiorowy obowiązek”. Rozglądając się po skrzeczącej pospolitości, która spada na człowieka jak jesienne liście, widzę wyraźnie, że wokół jest tyle ekskrementów sprawiających radość nie tylko żuczkom, ale i politykom oraz bezprecise. Muszę to zostawić, by nie zwariować z nadmiaru szczęścia. Pocieszenia szukam u Imre Kertésza: „Żyłem jak pies przywiązany do swoich samotnych idei, który najwyżej obszczekuje księżyc. […] Jestem niepoprawnym dzieckiem dyktatur (…) Nigdy nie uważałem, że jestem niewinny”. Nie pomaga. W tej atmosferze trudno pisać o rzeczach niepospolitych. Pora wrócić do wspomnień o skarbach Sudetów oraz metanoi bezpieki.

         Koledzy dogadują mi: „W wydziale politycznym mieliśmy kapitana, lubił kurwy i wódkę, węszył za skarbami”. Ów kapitan kurwolubny, historyk po Uniwersytecie Wrocławskim, wpadał do mnie pogadać o historyjkach, które rozgłaszałem w mediach, a najchętniej o pułkowniku magistrze Wojciechu Uciu. O aberracyjnych pomysłach tego oficera krążyły w Sudetach legendy. Wraz z Adamem Solarzem i Ryszardem Bartoszewiczem baliśmy się, że klechdy o płk. mgr. Uciu zaćmią sagę o Duchu Gór i samego Tadeusza Stecia.     Pułkownik Uć puszył się jak paw, okraszał mowę słowami na „ę” i „ą”, a o religii miał pojęcie jak skorpion o empatii. Z powodu braku wiedzy na inne tematy nie miał nic do powiedzenia, za to rozstrzygał wszystko w sposób autorytarny. Był umysłem tak banalnie bezpłodnym, że przestała w nim rosnąć nawet głupota.

         W latach 70. płk mgr Uć kręcił kuprem i szpanował, że gdy znajdzie chwilę, dobierze się do złota Trzeciej Rzeszy zachomikowanego w podziemiach w Baworowie. Rzecz tylko w tym, że podziemia zalała woda z Jeziora Leśniańskiego. Krajobraz wokół zapiera dech w piersiach – potężna, kamienna zapora spiętrzała wzburzone, ciemne fale rzeki Kwisy, a strome, zalesione zbocza odbijały się w lustrze wody, kryjąc mroczne tajemnice. Pułkownik uznał jednak, że przyroda musi ustąpić przed jego geniuszem strategicznym. Obwieścił, że musi po prostu znaleźć sposób, jak spuścić całą wodę z tego gigantycznego jeziora i osuszyć podziemia.

         Nie szukał dla siebie, lecz dla Kraju Pieroga i Zalewajki, by umocnić socraj. Taki był z niego patriota. Miał też w planach odkopanie „złotego pociągu” rzekomo zasypanego między Wałbrzychem a Piechowicami, z odnogą do Książa, gdzie pod zamkiem miały znajdować się potężne podziemia z torami kolejowymi, rozjazdami i rampami przeładunkowymi.

 

Bozon kompetencji, krowie żołądki i puzzle pułkownika Ucia

 

Kapitan kurwolubny kwitował rewelacje pułkownika magistra Ucia cytatem z Jaroslava Haška: „W każdym siedzi dureń. Konfabulator, mitoman, marzyciel i dureń. Rzecz w tym, jak szybko wraca się do tego, co możliwe i prawdopodobne”. Pod zamkiem Książ podziemia oczywiście istnieją. Sam myszkowałem tam w połowie lat 60. z redaktorem Sławomirem Orłowskim, który akurat próbował podwędzić z zamkowego parku parę szczepek egzotycznych roślin. Zamek straszył wtedy ruiną, a wejście do lochów ryglowała potężna krata. Od słynnego himalaisty Andrzeja Zawady dowiedziałem się później, że żadnych torów ani pociągów tam nie ma – zainstalowała się tam po prostu stacja geofizyczna PAN i stąd to całe zabezpieczenie.

         Usiłowałem to wytłumaczyć Wojciechowi Uciowi, ale ten nie chciał słuchać. Odgrażał się, że do wykopania pociągu zaprzęgnie żołnierzy z batalionów w Szklarskiej Porębie i Wałbrzychu. Biedaczysko nie wiedział, że jak pisał Jewgienij Zamiatin: stawianie pytań, na które już dawno udzielono odpowiedzi, to wyłączny przywilej mózgów działających na zasadzie krowiego żołądka.

         Gdy Uć polazł po darmową siłę roboczą do dowódcy brygady w Lubaniu, pułkownika Ryszarda Bartoszewicza, ten spuścił go na drzewo. Rysiek sam mi mówił, że dał mu szeroki wybór flory – na przykład jedną z pięćdziesięciu lip okalających plac apelowy, które podwładny Ryśka, pułkownik Marian Krzyżosiak, akurat namiętnie pozbawiał gałęzi, wierząc, że od tego lepiej rosną.

          Krzyżosiak, wybitny społecznik i sędzia narciarski, organizujący z Wandą Lechowiczową imprezy kulturalne, o jakich dziś można tylko pomarzyć, kochał przyrodę, ale organicznie nie znosił łowców skarbów oraz pułkownika Ucia.

         Nieszczęśliwy był ten nasz Uć. Hołubili go tylko dwaj generałowie: Władysław Jura, regularny triumfator wszelkich nieoficjalnych konkursów na najgłupszego generała Wojska Polskiego, oraz Stanisław Brodziński, niespełniony poeta, którego kunszt literacki mieścił się w estetyce duetu Marks & Lenin.

         Brodziński odwiedzał czasem strażnicę Orle i Granicznik, badając wzrokiem tutejsze lasy i dolinę Izery, gdzie sudeckia przyroda – majestatyczne, świerkowe regle spowite gęstą, siwą mgłą i leniwie wijące się koryto rzeki – tworzyły tło godne poezji, której generał tak bardzo nie potrafił pisać. Kto wie, może w jego poetyckim mózgu tliła się wizja odkopania złota? Świętego Graala wykluczam – generał był przysięgłym ateistą.

         Kapitan kurwolubny podziwiał Ucia wyłącznie za upór w układaniu puzzli. Gdy usłyszał, że pułkownik ułożył pół tysiąca elementów w dwa lata i pęka z dumy, choć na pudełku stało jak wół: „Od 3 do 5 lat”, kapitan poradził mu lekturę Pascala. Uć zapytał przytomnie, gdzie ten Pascal mieszka, bo chętnie go odwiedzi, by pogadać o religii i przyjaźni polsko-radzieckiej. Kapitan tylko machnął ręką. Wyliczył, że wartość intelektualną Ucia opisuje ułamek, gdzie licznik to kompetencje, a mianownik – mniemanie o sobie. Licznik był mikry jak bozon Higgsa, a mianownik wielki jak Pałac Kultury. Po tej konstatacji kapitan otworzył sejf, wyciągnął flaszkę, zdeflorował ją ciosem pięści i pociągnął z gwinta, raz na zawsze kończąc dyskusje z Uciem, który – jako naczelny kapuś brygady – mnie również mocno dał się we znaki.

 

Ostateczne rozliczenie zniczem i oniryczny manifest grafomana

 

Moje podejrzenia co do roli pułkownika magistra Ucia jako naczelnego kapusia brygady ostatecznie potwierdził Ryszard Bartoszewicz. To facet, który o kulisach wopowskiego piekiełka wiedział wszystko.

         Mając tę wiedzę, złożyłem pułkownikowi solenną i ostateczną deklarację: „Jeżeli na mój pogrzeb przyjdzie płk mgr Uć, to przysięgam przed Bogiem i partią – zmartwychwstanę w trumnie i bezlitośnie przypierdolę mu w łeb najcięższym zniczem, jaki znajdę na nagrobku”. To jedyny język dyplomacji, jaki ten bozon kompetencji byłby w stanie przyswoić.

ONIRIADA

Popatrzcie szukacze! Toż to też skarby
Ponad marne sekrety i pociąg ze złota
Wokół was sudeckiej przyrody barby
A w waszych głowach pospolita głupota.
Popatrzcie szukacze! Na gałęzi dzięcioł i sroka
Zamiast sztab złota z ubeckiego banku
Patrzcie szukacze! Coś na was patrzy z wysoka
Gdy kopiecie w gnoju od samego ranku.
Patrzą dumna sosna, daglezja i trzy perukowce
Które z niemieckich planów dawno się śmieją
Obłoczki po błękicie biegają jak owce
Nad waszą naiwnością i płonną nadzieją.
Patrzą Mara, pies Fabi i Królewna Śnieżka
Zza reglowych lasów spowitych we mgły
Tu za każdą daglezją coś innego mieszka
Mit, ubecka prowokacja albo sny złe i mdłe.
Za daglezją daglezja, za Fabim pies inny
Bo w moim śnie wszystko się mnoży i mieni
Te całe wasze skarby to pomysł dziecinny
Dla ludzi o umysłach zwiędłych jesieni.
Kot biega za Marą, za kotem biały Fabi w domyśle
Wokół szumi karkonoski, potężny bór
Trochę się pogubiłem, ale to przemyślę
Gdy znowu zaleje mnie wspomnień tych chmór.
Sosna ukryta w sośninie, za sroką dzięcioły
Przyroda kpi z poszukiwaczy bez końca
Dzięki temu wasz grafoman jest stale wesoły
I pisze te bzdury w blasku sudeckiego słońca.
Ale jeśli jesteście dziś nie w humorze
I wolicie trotylem rozwalać parki i lasy
Mit złotego pociągu nic wam nie pomoże
Minęły bezpowrotnie ubeckie te czasy.
Tak mi potwornie przykro, podolscy kopacze
Że wasz święty pociąg nic dla mnie nie znaczy.

 

  Fragment Raptularza

CZASZKA, GRANIT, CENTRALA, NIEBO, AMETYSTOWY BATALION I RAJSKI CZAN

Gdyby najkrócej określić to, co właściwie wciąż ciągnie mnie w góry, to jest to – przyjemność. Przyjemność pojawia się wtedy, gdy nie myśli się jedynie o wejściu na wierzchołek, ale gdy np. idąc po lodowcu, człowiek zaśpiewa, zaśmieje się, czy zrobi komuś jakiś kawał. Jest też w górach tyle piękna i w tylu postaciach, że trudno to wyrazić. Jest to urlop od spraw codziennych i oddalenie się od nich, choć nie oznacza to ucieczki, a tylko potrzebny względem nich dystans.

                                                                                                                          Wanda Rutkiewicz

Kop w górę, pająki w słoikach i snajperka Wanda

Na biurku klawiatura. Na krześle dupa. Moja.
A wyżej sufit i tam wiszą wspomnienia. Pajęczyna myśli. W czaszce? Szkoda gadać, w czaszce łupie. Majdruję te strzępy, tnę nożyczkami AI, żeby weszły w ten cholerny Raptularz. Z powały zdejmuję Osiecką, lekko skrzywioną: „…wspinaczki i rozpędzone tętno oszalałej krwi… na gaz, na pełny gaz!”
         Tia, gaz. Sześćdziesiąt lat temu. Kopas w dupę od firmy. Trzeci już służbowy. Gładki, pionowy – awans pod górę, do kurortu. Oni myśleli, że nagroda, ja wiedziałem swoje.

         Na Orlu to ja byłem słońce. Księżyc, wiatr, mgła i deszcz. Samotny bóg nad czterdziestoma szwejkami. Nad głową czyste niebo, żadnego szefa. A w Batalionie? Masz babo placek. Batalion Górski WOP. Dwustu surowych rekrutów do przekucia w siepaczy i chmara zwierzchności. Chmara? Nie, kupa. Kupa to jest słowo klucz.

Główny kopiec w tej kupie robił major Zbigniew Drobniak. Stara szkoła Informacji Wojskowej. Przesiąknięty tą zbrodniczą, sejmową formacją do szpiku kości. Ja miałem uczyć szwejków łapać dywersantów, strzelać w łby terrorystom, a w sprawach zarządzania – ruki pa szwam.

         Ręce przy szwach i morda w kubeł. Rusycyzmy? A jakże. Wojtek Jaruzelski wskoczył wyżej w Sztabie, chciał się przypodobać Moskwie, to nam, kadrze, przypieprzył coroczne egzaminy z rosyjskiego. No i wsiąkło. Skorupka nasiąkła za młodu, teraz śmierdzi.

         Mieszkałem w stuletniej, niemieckiej chałupie na cztery rodziny. Kroków do lasu: dwadzieścia. Do strzelnicy: trzydzieści. Do batalionu: pięćdziesiąt. Blisko do wszystkiego, za blisko. W chacie meblościanka, wersalka, jamnik, cztery krzesła i… apokalipsa. Sto słojów laboratoryjnych. W słoikach izerskie robactwo: pająki, ślimaki, pełzające dziwadła. Do tego cetnary kamulców. Kryształy górskie, ametysty, opale, gnaty ziemi. Moje obrazy, moje rzeźby, szkło ołowiowe prosto z huty.

         Dla Joli – mojej żony – to była czarna rozpacz i jasna cholera. Ani zamieść, ani odkurzyć, bo wszędzie eksponaty. No i ten Steć. Tadeusz Steć. Przewodnicka sława, kumpel z Górzyńca. Przyprowadzał te swoje wycieczki, tę stonkę z kurortu, prosto do mojego pokoju. Pokazywał palcem: „Patrzcie, jakie dziwy z Karkonoszy”. Indywidualna stonka też lazła drzwiami i oknami.

         Żeby uspokoić Jolę, zrobiłem ognisko. Spaliłem część własnych obrazów i rzeźb. Dym poszedł w niebo. Książek nie ruszyłem, chociaż jeszcze nic nie wydałem, ale pisałem, pisałem jak wściekły, jak jasna cholera.

         Dla świętego spokoju wysmażyłem na kartonie tabliczkę:
„Uwaga! Zły pies. Złe dzieci, a gospodarz wcale nie lepszy. Kotu także nie należy ufać”.

         I wtedy zjechała delegacja z Wrocławskiego Klubu Wysokogórskiego. Wanda Rutkiewicz, Bogdan Jankowski, Jaś Franczuk.
Wanda staje przed kartonem, mruży oczy:
– Co za kretyn to napisał?
– To nie kretyn – Jaś jej wchodzi w słowo, bo wiedział, co hoduję w skalniaku na Orlu. Patrzy na mnie: – Masz spluwę?
Nie czeka na tak czy nie.
– Masz. Chodźcie, postrzelamy. Założyłem się z Wandą, kto lepszy. Na zajęciach z wojska szczekała, że jest snajperem.

No to idziemy. Ciekawe, jak te wielkie asy od czakanów poradzą sobie z ordynarną tetetką. Bogdan? Bogdan z trudem zaliczył kulochwyt. Strach w oczach. A Wanda? O kurna. Wanda wybiła 25 na 30 punktów. Skopała Jasiowi tyłek, przegoniła go o całe sześć oczek. Franczuk machnął ręką, zaczął zbierać mosiężne łuski z ziemi, jak dzieciak jagody.

         Jola alpinistów nie trawiła (oprócz Michalskiego), więc zwiała na plotki do sąsiadki. Tam, w gęstym dymie babskich narad, knuły sabotaż. Jak ukrócić to moje zbieractwo, tę moją twórczość, bo przecież nie tylko o słoiki szło. Nie tylko.

         Rano telefon. Dzwoni Władek Czyszczoń. Pika w słuchawce, trzeszczy. Sygnalizuje przyjazd. Jego i…

Czarny oolong ze strzelnicy i Dawid z potężnym dyszlem

…Ludwika Kiczury też. Zatrzymają się u nas. Plan: huta, ogień, będziemy majdrować kryształowe formy. I tak na okrągło, kołowrotek życia.

Siedzimy przy jamniku. Ciasno. Jasiek Franczuk – dusza człowiek – rzuca: „Zrobię herbatę”. Poszedł do kuchni, garami tłucze. Bogdan w tym czasie wykłada karty na stół. Wrocław wspinaczkowy planuje Himalaje. Ambitnie. Cel: lodowiec Baltoro. Karakorum. Środek piekła, jedyna droga piesza do serca najwyższych gór. A wokół cztery potwory, same ośmiotysięczniki: K2, Broad Peak, Gasherbrum I, Gasherbrum II. No, ale siły trzeba mierzyć na zamiary. Jak ich te giganty przerosną, to wezmą pik Baltoro Kangri. Też nie ułomek, 7312 metrów nad poziomem morza. W sam raz, żeby zamarznąć.

Wchodzi Jasiek. Niesie czaj i paruje. Płyn czarny jak smoła, gęsty. Łykam. Jezus Maria. Smakuje jak szpitalny rosół doprawiony prochem strzelniczym.
– Co to jest, na Boga? – krztusi się Bogdan.
– Mój specjał – Jasiek szczerzy zęby, tajemnica państwowa. – Baza to herbata oolong. Ulung.

Okazało się, co to za baza. Jasiek wrzucił do czajnika te mosiężne łuski, co je nazbierał na strzelnicy. Przepłukał wrzątkiem proch z ołowiem i podał jako rarytas. Awantura, krzyk, taternicy mało go nie zagryźli. Jasiek musiał salwować się ucieczką na pole, w izerską mgłę.

Gdy kurz opadł, Wanda wyłożyła prawdziwy powód najazdu.
– Wiemy, że masz stosunki ze Steciem…
– Stosunki? – aż mnie zatkało. – Wypraszam sobie. Żadne stosunki nie wchodzą w rachubę. Najwyżej konfraterskie zbratanie. Męskie, sudeckie.
– Dobra, niech będzie zbratanie. Czy to zbratanie pozwoli ci wyłudzić od niego książkę „Baltoro ein Himalaya-buch” profesora Dyhrenfurtha?

Patrzę na nią.
– Wando, skąd wiesz, że Tadek to ma?
– Pokazywał na wykładzie. Jedyny egzemplarz w Polsce. Błagałam, żeby pożyczył na parę dni. Odmówił. Jak pies.

Znałem Stecia. Święta prawda. Prezenty brał chętnie, pasjami, ale ze swoich łupów nie oddałby ani kartki. Pies z kością to przy nim wolontariusz.

Rano goście poszli na przełaj, prosto do chatki pod Śmielcem. A ja? W gazik, ryk silnika i do Cieplic, na ulicę Orlą.
Pukanie. Otwiera Tadek. Mętnie patrzy na świat. Król sudeckich gejów nie znosił poranków. Spał do południa, bo prelekcje dla „stonki” i kursantów zaczynał wieczorami.
– Co cię sprowadza o tak barbarzyńskiej porze? – mruczy.
– Masz Baltoro.
– Mam.
– Sprzedasz?
– Nie.
– Dlaczego?
– Bo nie.

Krótka piłka. Ale ja miałem asa w rękawie.
– Tadziu, mam propozycję. Zamiana. Za Baltoro dam ci miniaturkę Dawida. Brąz, kopia Michała Anioła. Słuchaj, ma fiuta jak dyszel od Wielkiego Wozu.

Steć wziął figurkę w łapę. Obejrzał z bliska, z profilu, od dołu. Zachwyt w oczach. Kupiony.
– Machniom – powiada.
– Machniom – mówię.

Dawid ze swoim potężnym dyszlem został w Cieplicach, a książka o Baltoro pojechała do Szklarskiej Poręby. Potem do Wrocławia. Wanda mało nie zemglała ze szczęścia.

Tacy byli ludzie gór. Pełna fraternizacja. Wczoraj na „pan”, dzisiaj po imieniu, jutro na jednej linie. Na Orlu, w tamtych moich czasach, gościłem całą elitę. Rutkiewicz, Zawada, Piotrowski, Jankowski, Burchard… Długa lista. Wanda wtedy jeszcze nie śniła o Evereście. Poznałem ją, gdy dopiero raczkowała na skałkach w Rudawach Janowickich. Butna już była. Silna sylwetka po siatkówce i lekkoatletyce, ciało jak struna. Piękna kobieta, ale zawodnik ostry, bez litości. Zaprzyjaźniliśmy się szybko. Bez podtekstów łóżkowych, czysta lina. Teraz, z perspektywy lat, trochę żałuję… Ale Wandy faceci nie obchodzili. Tylko skała, kamień, lód. Czym wyżej, tym bardziej zapominała o świecie. Aż dokopała się do dachu świata.

Cudownie było patrzeć, jak odlatywała na wspinie. Kozica. Skakała po trudnych drogach na Sokoliku, a w zimie – wariatka – łoiła zaśnieżone urwiska Śnieżnych Kotłów. Sudecki poligon. Przygotowanie do wyroku w górach wysokich. Marzyła o tym od pierwszego dotknięcia granitu.

I na tym Orlu Wanda potrafiła zawstydzić starych wyjadaczy. Szliśmy na Granicznik. Była tam taka skalna rysa, nikt nie mógł jej ugryźć. Każdy wymiękał. A przyszła zdobywczyni Everestu? Po prostu wbiła tam dłonie, zaklinowała na siłę i szła do góry. Kaleczyła mięso do kości. Na granicie zostały czerwone ślady, żywa krew. Od tamtego dnia to jest „Krwawa Rysa”. Na Krogulcu pierwsze drogi też wytyczał Zawada i ona. „Zawadówka” i „Droga Wandy”.

Ciągle wracam do tego Everestu, może niepotrzebnie. Każdy wie, że 16 października 1978 roku stanęła tam jako pierwsza Europejka i druga kobieta na świecie. Fakt medialny. Ale mało kto pamięta, że dokładnie tego samego…

Papież na ziemi, Rutkiewicz na dachu i bezpieczniacki gust pułkownika

…dnia, gdy cała Polska przyklejona była do radyjek, bo Karol Wojtyła został papieżem. Wielkie halo. A że Wanda w tym samym momencie drapała się na dach świata, na Everest – to rodakom umknęło. Dopiero w siedemdziesiątym dziewiątym, na pielgrzymce w Polsce, Karol sam do niej rzekł: „Dobry Bóg tak chciał, że tego samego dnia weszliśmy tak wysoko”. Ładne. Papieskie.

Potem Wanda poszła w media. Sława, wywiady, papier, taśma filmowa. Pisała, kręciła, goniła czas. „Nanga Parbat 85”, „Requiem”, „Ludzie na Baltoro”, „Na jednej linie”. Z kronikarskiego obowiązku w tym moim Raptularzu muszę wyliczyć te jej skalne trofea. Osiem sztuk ośmiotysięczników. K2, Everest, Nanga Parbat, Annapurna, Czo Oju, Gaszerbrumy dwa i Sziszapangma.

A w dziewięćdziesiątym umyśliła sobie Koronę Himalajów. Wszystkie czternaście szczytów. Chciała być trzecia na świecie, po Messnerze i Kukuczce. I pierwsza baba. I to w jakim tempie – brakujące osiem gór w kilkanaście miesięcy! Wariactwo. Szaleństwo.

Nie dopięła. Została na Kanczendzondze. Majowy poranek, godzina 3:30, rok dziewięćdziesiąty tragicznym drugim. Wyszli z Carlosem Carsolio z „czwórki”, z ośmiu tysięcy metrów. Carlos gnał jak koń, a Wanda słaba, chora, żołądek jej wysiadał. On wszedł, wracał i spotkał ją o dwudziestej wieczorem na 8200 metrach. I to był koniec filmu. Ostatni kadr. Nikt jej więcej nie widział.

Bez sił, wymioty, brzuch pęka, bez żarcia, bez śpiwora, bez namiotu. A ona? Nie zawraca. Wykopie jamę w śniegu, przenocuje i rano pójdzie sama na szczyt. Ekstremum. Dla mnie – niewykonalne. Głęboki śnieg, wiatr szarpiący płuca, ciało odmawiające posłuszeństwa. Trzynaście maja uznali ją za zaginioną. Cztery lata później za zmarłą. Ciała nie ma. Zguba dla świata, łup dla gór.

Dopiero w dwa tysiące dwudziestym pierwszym sejmowy cyrk na Wiejskiej w Warszawie raczył uchwalić Rok Wandy Rutkiewicz. No, to akurat jedno z mądrzejszych pociągnięć tego naszego parlamentarnego teatrzyku.

Ale wracajmy w Izery i Kamiennej. Moja sielanka na stanowisku dowódcy kompanii w Szklarskiej Porębie trwała krótko. Wiadomo – jak dobrze idzie, to zaraz dostaniesz kopniaka. No i dostałem. Awans na zastępcę dowódcy batalionu.

Przedtem był tam pułkownik Marian Krzyżosiak – wielki przyrodnik, sportowiec, gość z pasją. A po nim nastał… pułkownik Zdzisław Drobniak. Ten sam. Ochrona przyrody? Sport? Góry? Wolne żarty, Drobniaka to gówno obchodziło. Ale muszę mu oddać jedno: lojalnie nie przeszkadzał. Jako jego zastępca miałem luźniejszą smycz. Mogłem majdrować przy swoim hobby, rozkręcać klub, chronić te nasze izerskie i Karkonoskie krzaki. Zakładaliśmy grupy ochrony przyrody po strażnicach, robiliśmy pokazy taternickie w Szklarskiej Porębie dla stonki. Do dziś sam nie wiem: bardziej mnie jarały te skały czy granica? Żeniłem jedno z drugim, jak potrafiłem.

I tak, idzie cotygodniowy obchód włości. Koniec rajdu. Maszerujemy ze Stanisławem Fornalem, szefem sztabu, grzecznie z tyłu. Jak dwie owieczki za starym baranem. Drobniak przystaje przy głównej bramie. Siada na murku. Zadumał się, kurza twarz, jak Mickiewicz na Judahu skale. Rozdziawia gębę – jak wąż, co ma zaraz połknąć żabę – macha ręką w stronę Karkonoszy, które zasłaniały nam cały horyzont, i powiada:
– Popatrz, Henryku, jaka piękna panorama. Warto przybliżyć naszym zuchom urok tych gór. No, Henryku, zrób coś z tym widokiem!

A głos miał wtedy taki delikatny… Jakby cheerleaderka zużywała ostatnią parę rajtuz. Nie ryczał, nie warczał, nie strzelał rozkazami z biodra. Cudo niepojęte. Łagogolnie namawiał na zrobienie czegoś unikatowego, jedynego w swoim rodzaju.

A weź tu zgadnij, co taki marksistowski esteta ma na myśli. Drobniak miał gust typowo informacyjny, bezpieczniacki, ka-be-wiacki. Coś jak pseudosłodycz starej prostytutki. No to spekulowałem. Kombinowałem w łepetynie, co ten pułkownik tam sobie roi. W końcu wygłówkowałem. Zrobię dokładnie to, czego chciał, co mu się marzyło w tej jego ubeckiej duszy, a co rozkazał z tą swoją dziwną łagodnością. Pomysł miałem gotowy, kiełkował mi pod czaszką od dawna. Ale morda w kubeł, nie pisnąłem ani słowa. Bałem się, że mnie wyśmieją te wojskowe mądrale. Musiałem narysować plany, porobić szkice i skonsultować cały ten cyrk z moim przyjacielem, Tadeuszem…

Wściekłe abstrakcje w Dolinie Krasnoludków i pancerny dywanik u „Kobry”

…Nodzyńskim. Zapomnianym artystą po krakowskiej ASP. Malował pejzaże, portrety, mistrz. Niewiele ustępował samemu Hofmanowi, Wlastimilowi, co to też w Szklarskiej Poręby siedział na swoim terytorium. Tadeusz miał urokliwą żonę. Chyba mnie lubiła, tolerowała w każdym razie. Nawet nie pisnęła, gdyśmy się z Tadkiem zamykali na całą noc w nieczynnej hali sportowej. Dolina Krasnoludków.

Ciemno, pusto. Osuszamy kilka flaszek, robota idzie. Szykujemy dzieła na wspólną wystawę. Organizuje to Wanda Lachowiczowa. Niepowtarzalna kobieta, szefowa kultury w kurorcie, wielka społecznica. Wystaw było kilka. Moje obrazy? Wściekłe abstrakcje. Krzyk koloru. Do tego rzeźby, zdjęcia, formy z kryształu z huty w Szklarskiej albo w Piechowicach. No i wielki plan, szkice panoramy Karkonoszy, którą umyśliłem sobie zbudować.

I oczywiście znalazł się jakiś marksistowski palant. Albo inny czerwony mędrzec. Wpisał się do księgi pamiątkowej: że moje prace obrażają ustrój. Że dekadencja. Że szkło ma się nijak do sztuki socjalistycznej. A makieta panoramy to aberracja, o jakiej się filozofom nie śniło. Burżuj, kułak, wróg ludu. Inny „życzliwy” – bo u nas życzliwych nigdy nie brakowało – pobiegł z tą księgą prosto do brygady. Do pułkownika Krzysztofiaka. Ksywa „Kobra”. Zastępca dowódcy Łużyckiej Brygady WOP do spraw politycznych. Prawdziwy, niekłamany czołgista, pancerniak z frontu. Ludzie gadali, że jego wojenne przygody posłużyły za kanwę do serialu o czterech pancernych i psie.

No i wzywa mnie ten Szarik na dywanik. Żołnierka żołnierką, nawet ta frontowa, ale czołg gustu plastycznego nie wyrabia. „Kobra” uważał inaczej. Zrugał mnie serdecznie, po żołniersku, słowami powszechnie uznanymi za obelżywe. Dla niego front załatwiał wszystko: odwagę, etykę, moralność i smak. Na koniec pieprznął pięścią:
– Jeżeli, poruczniku, zbudujecie coś tak wariackiego, wyślę was do Barcinka albo do Sieniawki. Tam psychiatrzy wybiją wam z łba te głupie pomysły.

Myślałem swoje. Uważałem, że pułkownikowi odwaga pomyliła się z odważnikiem, skoro wierzy w te swoje bzdury. Ale gęba na kłódkę. Nie ze strachu – odwagi miałem wtedy aż nadto – ale po co martwić starego żołnierza.

Po dywaniku od razu ruszyłem z kopyta. Budujemy. Trzeba było „sposobem operacyjnym” zdobyć materiał. No i żywą siłę. O ludzi się nie martwiłem. O to w wojsku najłatwiej. Nie wiedziałem tylko, czy naszym zuchom to się spodoba. Poborowi zamiast na przepustki mieli spędzać niedziele z łopatami, dygając ciężkie głazy. Przed kompanią piechoty górskiej postawiłem sprawę po męsku. Alternatywa była prosta: albo praca na świeżym powietrzu, albo szorowanie kibli na błysk.

Wszyscy wybrali projekt. Kto by chciał siedzieć w kiblu. Zawsze uważałem, że znoszenie niewyobrażalnych ciężarów to jest niezbywalny przywilej wopisty – od szeregowca do generała. A kible? Ktoś je musiał czyścić. Jak nie było ochotników, braliśmy poborowych z urzędu.

Ubzdurałem sobie tę panoramę, żeby ludzie, nawet w największą mgłę, mogli obcować z Górami Olbrzymimi – tak przecież drzewiej o Karkonoszach pisano. Razem z Nodzyńskim rozrysowaliśmy kilka wersji dzieła. Miało to ręce i nogi. Baza: średniowieczny sztych mistrza grafiki, który wyłudziłem na trzy dni od Stecia (ten facet miał w swoich zbiorach wszystko, co możliwe i niemożliwe w Sudetach). Szkice wyszły nam piękniejsze niż rzeczywistość. Bo ta prawdziwa panorama wiecznie tonęła w chmurach. Gęsta, Karkonoska mgła nadchodziła falami. Wtedy niewidoczne góry wyglądały jak rozszalałe, wzburzone morze albo spieniona rzeka Kamienna po oberwaniu chmury. Jak człowiek w to zanurkował, to czuł się, jakby płynął wśród bałwanów.

Ta mgła nie pojawiła się przypadkiem. Cały ten wariacki pomysł stał na jednym założeniu: jeśli prawdziwe góry znikną w chmurach, ludzie zawsze będą mogli popatrzeć na moją miniaturę.

Gdy panorama stanęła gotowa, nieraz słyszałem, jak…

Ostra salwa nad Doliną Szczęścia i nogi długie jak angielska mila

…przechodzący obok batalionu turyści mówili: „A któż to wybudował? Przeciwko czemu chciał zaprotestować?”
Banda pięknoduchów. Protestować? Ja tu po prostu walczyłem z betonem.

Ale wróćmy do dowódcy. Szkoda, że nie możecie ujrzeć jego gęby, kiedy oglądał te nasze plany. Oczy smutne, twarz zazwyczaj ponura jak listopad w Izerach, a tu nagle – ryp! Uśmiech szeroki jak zapora w Pilichowicach. Cud nad Wisłą, a raczej nad Kamienną. Uśmiechu szefa Ametystowego Batalionu jednak nie zobaczycie. Drobniak umarł w latach siedemdziesiątych i – z kronikarskiego obowiązku donoszę – nadal nie żyje.

Ale pogrzeb miał klawy. Piękny. Tłum ludu, wieńce, patos. Pluton honorowy rąbnął salwę ostrą amunicją. Dlaczego ostrą? Bo ślepej akurat nie było na stanie, wojsko, wiadomo. Trumnę spuszczają do dołu, kryształowa cisza górskiego poranka, a tu nagle ryk. Zawodzenie, szloch, babska histeria. Płakały kobiety, którym Drobniak za życia zrobił… dobrze. No, niektóre wręcz połykały łzy z żalu. Chłopy stali smutni, zmęczeni tą celebracją, i pewnie kombinowali w łepetynach, jak by tu w drodze powrotnej z cmentarza zajechać do „Karkonoszy” albo innej knajpy. Odsmutnić się trzeba było. A sam cmentarz? Leżał w Dolinie Szczęścia. Wyborny dowcipas musiał to wymyślić. Stawiam na Stecia, on miał to poczucie absurdu. Chociaż w socjalizmie nie takie nazwy przechodziły przez urzędnicze gardła.

Plan przeszedł. Dowódca klepnął, dał wolną rękę. Z Nodzyńskim od razu na grunt. Pod południowym płotem batalionu, tam gdzie ogród stykał się ze strzelnicą, było małe podwyższenie. Dziesięć metrów szerokie, pięćdziesiąt długie. Idealne. Wbiliśmy patyki, oznaczyliśmy zarys naszej makiety. Karkonosze w miniaturze.

Potem w gazik i prosto do monopolowego. Kupiłem trzy połówki czystej. Logistyka operacyjna. Jedną osuszyliśmy z Tadkiem na placu budowy, dla natchnienia i lepszego wzroku. Dwie pozostałe poszły jako suweniry dla ludzi z przemysłu. Jedna dla dyrektora Jeleniogórskich Kopalni Surowców Mineralnych, druga dla kierownika kamieniołomów w Michałowicach. I machina ruszyła. Pod batalion zaczęły zajeżdżać potężne ciężarówy. Wywrotki pełne rumoszu kwarcowego i granitu. Niejako przy okazji, nocą i sposobem gospodarczym, wyrwaliśmy całe dno z nieczynnego basenu w Dolinie Krasnoludków. Piękne, foremne bloki granitowe. Ziemię na podsypkę mieliśmy na miejscu – zgarnialiśmy górę, która zamykała zachodni skraj jednostki. Szef sztabu, major Fornal (też stary frontowy wyjadacz), aż zacierał ręce z uciechy. Przy okazji naszej zabawy powiększył sobie plac garażowy dla wojskowych gruzów.

Tak wyrosła panorama jak marzenie. I tak narodziła się legenda: „Ametystowy batalion”.

Żeby sprawdzić sytuację na froncie, wziąłem lornetkę i pognałem na sam szczyt Śnieżki. Przez godzinę gapiłem się na zachód i południe. Oko mi bielało od wypatrywania. Nic. Żadnego śladu dywersantów z NATO. Imperializm spał. Po powrocie do jednostki od razu zmieniłem profil działalności. Moja kompania piechoty górskiej, szkolona dotąd do walki z dywersją, dostała nowy przydział. Wojska rakietowe typu: łopata-ziemia.

Na dowódcę tego ziemnego cyrku wyznaczyłem porucznika Mirosława Banacha. Znaliśmy się jeszcze z oficerskiej budy. Zresztą i tak etatowo dowodził tą kompanią, więc sprawiedliwości stało się zadość. Lubiłem gościa, uparty był jak poganiacz mułów. Kiedyś na mistrzostwach WOP-u skopał mi tyłek w biegu na osiemset metrów. Tak zostaliśmy przyjaciółmi. Wszyscy zachodzili w głowę, jak ten kurdupel to zrobił, a Banach po prostu jechał na koksie. Miał dziewczynę, pielęgniarkę Halinę. Szprycowała go glukozą przed startem, a może i czymś mocniejszym.

Potem się z nią ożenił. Potem rozwiódł. Wziął drugą, też ładną, ale coś nie sztymowało. Machnął ręką, wziął drugi rozwód i znowu ożenił się z Haliną. A to szprycowanie – z tego co wiem – zostało mu do dzisiaj. Lubiłem tę Halinę. Fajna kumpelka, no i te jej nogi… Długie jak angielska mila. Jak na nią patrzyłem, to wiedziałem, że Salvador Dali miał świętą rację, mówiąc, że kobieta to boskie narzędzie do ogłupiania facetów. Banach bez Haliny był jak kret bez kretowiska. Ślepy i bezradny. Czasem mu zazdrościłem. No, wejść w komitywę z takimi nogami to musiała być czysta, zmysłowa przyjemność. Ale nie byłem hedonistą. Uważałem, pewnie naiwnie i niesłusznie, że uwiedzenie żony…

Sto kilo ametystu na Szrenicy i himalajskie asy dygające cement

…uwiedzenie żony podwławadnego jest nikczemnością, a przełożonego – zwykłym, służbowym obowiązkiem. Takie tam mądrości z koszar.

Ale robota Banachowi paliła się w rękach. A raczej jego podwładnym, tym zuchom od łopaty. Panorama pod tym jego światłym dowództwem puchła, rosła w oczach. Konstrukcja monumentalna. Na wschodzie zaczynała się grzecznie u podstawy Grzbietu Lasockiego, na zachodzie kończyła na strażnicy Jakuszyce. Wszystko jak w naturze, tylko mniejsze. Wyraźne, dominujące piki: Śnieżka, Mały Szyszak, Wielki Szyszak, Łabski Szczyt, Szrenica i Mumlawski Wierch.

Nieproporcjonalnie dużo miejsca – bo tak nam dyktowało serce – poświęciliśmy Śnieżnym Kotłom. Wielki Kocioł dostał żleb wyłożony kryształkami kwarcu. Świeciło to w słońcu aż miło. Mały Kocioł dostał żyłę z prawdziwego bazaltu. A szczyt Szrenicy? O, to był majstersztyk. Ozdobiliśmy go olbrzymim głazem granitowym, gęsto inkrustowanym ametystami. Nazbieraliśmy tego fioletowego dobra sporo podczas naszych dawnych wypraw z Woźnicą. Banach uparty jak osioł poupychał te minerały wszędzie tam, gdzie w prawdziwych góryrach spodziewał się ich występowania. I właśnie od tych kamulców, od tego fioletu świecącego w izersko karkonoskiej mgle, ukułem tę dumną nazwę: „Ametystowy Batalion”. Jedyny taki pododdział w całej wojskowej nomenklaturze, który pisało się wielką literą. Z honorem.

Banach miał do pomocy porucznika Marka Wójsa. Dowódca plutonu, sprawny oficer. Sprawny do wszystkiego, do tańca i do różańca, a zwłaszcza do kombinowania. Z tartaku, gdzie kazał swoim ludziom harować, żeby napełniać czarne, nielegalne kasy batalionu, przytargał dwie grube, solidne dechy. Od razu wrzuciliśmy je na pakę i wywieźliśmy do Chatki pod Śmielcem. Razem z wrocławskim klubem wysokogórskim próbowaliśmy ten stary bunkier doprowadzić do jako takiego stanu.

Urobiłem dyrektora Karkonoskiego Parku Narodowego. Podpisał glejt, wydzierżawił Chatkę pod Śmielcem Sudeckiemu Klubowi na wieczne użytkowanie. Mało tego, dorzucił ze swoich zapasów dwa metry sześcienne desek podłogowych. Potem podszedłem kierownika budowy nowego schroniska na Śnieżce. Ten też pękł. Dał wory cementu, beczki lepiku, rolki papy. Wszystko okazyjnie wyłudzone, zdobyczne, nasze.

Sto kilo ametystu na Szrenicy i himalajskie asy dygające cement

Logistyką i transportem zajął się porucznik Wójs. Cudownie było patrzeć, jak ten wojskowy sadysta obładowywał plecy tragarzy. A tragarzy mieliśmy z najwyższej półki. Elita. Gwiazdy. Wójs podjeżdżał Starem 6×6 na drugą Drogę Sudecką, wywalał te moje zdobyte dobra na ziemię, a dalej – trzy kilometry wąską, stromą, górską ścieżką pod górę. I kto to nosił? Wanda Rutkiewicz. Krzysztof Wielicki. Bogdan Jankowski. Wielici himalaiści dygali cement. Marek z jakąś taką szczególną, sado-masochistyczną atencją traktował Wandę. Zawsze, bez mrugnięcia okiem, kładł na jej nosiłki dwa pełne wory cementu. I szła. Nie marudziła. Charakter.

Wtedy też do Szklarskiej Poręby zjechała Wanda razem z Hanną Wiktorowską – sekretarzem Klubu Wysokogórskiego (zaraz potem przemianowali to na Polski Związek Alpinizmu). Obie panie wpadły do mnie z oficjalną wizytą. Poprowadziłem je pod płot, pokazałem naszą Panoramę Karkonoszy. Gapiły się z gębami otwartymi z zachwytu. Szczególnie ta Śnieżka im zaimponowała – zwieńczona stukiłowym głazem z osiemdziesięcioprocentową domieszką fioletowego ametystu.

Wanda nagle zamilkła. Zadumała się, popatrzyła wzdłuż siatki i powiada:
– Henryku, masz jeszcze wolne miejsce pod płotem, od wschodniej strony. Nie uważasz, że pasowałyby tu dwa kopce? Symboliczne. Krzyżna Góra i Sokolik. Przecież obie te formacje idealnie widać ze szczytu Śnieżki i ze Śnieżnych Kotłów. Ja tam zaczynałam przygodę z liną i kamieniem. Ty też tam przecież wiecznie wisiałeś na rękach.

Zrozumiałem. Przyszła zdobywczyni Everestu miała potworny sentyment do tych skałek w Rudawach Janowickich. Tam były jej korzenie. Powiedziałem, że przemyślę, rozważę, a tymczasem zaproponowałem wycieczkę na prawdziwą Śnieżkę.

Niestety, planów Wandy nie zrealizowałem. Przenieśli mnie do sztabu Łużycznej Brygady WOP w Lubaniu. Panorama została niedokończona (wedle mojego tajnego wzoru W = V + V, o którym zaraz opowiem).

A potem przyszły inne czasy. Początek lat dziewięćdziesiątych. Nowa Polska, nowe porządki. Oprowadzałem generała Sławomira Petelickiego po Górach Izerskich i Karkonoszach. Twórcę GROM-u. Chodziliśmy ścieżkami, a za kulisami tych tajnych służb…

 

Wzór na cycki Violetty Villas i strach przed kosmicznym dyszlem

 

Stoimy nad Śnieżnymi Kotłami. Droga Przyjaźni, wiatr łeb urywa. Patrzymy w dół, w tę otchłań, w te pionowe ściany. Gadamy o początkach łojenia w Kotłach. O Wandzie.
– Znałeś Rutkiewicz? – pyta Sławek Petelicki, szef przyszłego GROM-u. Oczy ma bystre, nawykłe do prześwietlania ludzi.
– Znałem – mówię. – Od samych początków. Od lat sześćdziesiątych, jak jeszcze raczkowała w granicie.

Szczerość w rozmowach z byłymi esbekami i ludźmi z resortu to zazwyczaj bezdenna głupota, czysty samobój, ale jemu opowiedziałem wszystko. O Wandzie i o całym tym naszym sudeckim świecie. Wyłożyłem kawę na ławę:
– Popatrz, Sławku. Gdyby nie te karkonoskie zaprawy, gdyby nie Sokoliki i Orle, nie byłoby pierwszej Europejki na Evereście, szczycie świata. Wanda stąd wyrosła. Stąd też poszli w świat najlepsi: Wielicki, Zawada, Jankowski i Pietkiewicz z Jeleniej Góry. Karkonoski miąższ.

I wtedy pokazałem przyszłemu generałowi dwie charakterystyczne górki na horyzoncie. Pogoda była żyleta, kryształ, widoczność na kilometry. Mogłem moją teorię podeprzeć żywym terenem. Mundurowi – wiadomo, każdy z nas miał słabość do spódniczek, Sławek też święty nie był. Pokazuję palcem na majaczące w dali Sokole Góry i wykładam mu mój autorski wzór: W = V + V.
– Patrz tam, Sławku. Widzisz? Za Jesienią Górą. Te dwa piki wypiętrzone jak cycki Violetty Villas? To jest właśnie W = V + V. Mój prywatny żargon, skałolazy to podchwyciły. W jak Wanda, a V + V to ta nasza sławna, biuściasta piosenkarka. Prosta matematyka terenu. Najpierw te dwa cycki w Rudawach Janowickich, potem Śnieżne Kotły, a na koniec – ryp! – Mount Everest.

A teras słowo o dwóch damach i o yeti.

Dzisiaj, gdy minęło tyle, tyle lat, siedzę przy tej klawiaturze. Ja, który na tym padole dla ludzi nic dobrego nie zrobiłem i nie robię. Stary wopista. Zamiast jednak narzekać na pospolitość skrzeczącej rzeczywistości, coraz częściej uciekam myślami w górę. Kombinuję, jak by tu skutecznie pomóc Panu Bogu chmurki popychać nad Karkonoszami. I marzę, żeby znowu spotkać ludzi, z którymi spotkać się warto. Te nieprzeciętne istoty. Jestem więcej niż pewny, że w niebie, w tej całej niebieskiej hierarchii, siedzą wysoko dwie damy. Jeśli niebo ma być rajem – takim, o jakim tak pięknie i kwieciście klaruje Biblia – to musi tam być miejsce dla Hani i dla Wandy. Ich ziemskie dokonania były znamienite. A mnie zaszczyciły swoją przyjaźnią.

I w ramach mojej prywatnej ekspiacji za obecne nicnierobienie, przesuwają mi się przed oczami ci wszyscy ludzie Gór. Osobistość szczególna: Hanna Wiktorowska. Na Everest wprawdzie nie wlazła, ale Karkonosze, Izery i całe Himalaje miała w małym palcu. Trzęsła tym całym taternickim towarzystwem jako sekretarz związku. Ale zostawmy na chwilę te ich wielkie wyczyny, te medale i palce odmrożone w lodzie. Powiedzmy o ich zwykłym, babskim życiu. I o ich osobliwych kwalifikacjach przemytniczych! Bo miały te dziewczyny bezgraniczny, wręcz empatyczny szacunek do wszystkiego, co żyje.

Oto dwa zwyczajne obrazki z tamtych lat.

Obrazek pierwszy. Wanda i Hania drapią się na Śnieżkę. Śliczna Wanda – sam Michał Anioł, gdyby żył w naszych czasach, wziąłby ją na modelkę do jakiegoś niebiańskiego fresku. I Hania – wysmukła jak karkonoski świerk, dyskretna, elegancka. Idzie Hania, sunie wyprostowana przez Równię pod Śnieżką. Na „stonkę”, na tych kurortowych turystów, patrzy z góry. Bo wielka była, do dwóch metrów wzrostu brakowało jej niewiele, tyle samo co i mnie. Mija Śląski Dom, zaczyna się ostre podejście pod sam szczyt. I widzę, że im wyżej, tym bardziej Hania się zgina, pochyla ku ziemi, niemal nosuje kamienie.
– Haniu! – wołam za nią. – Zmęczona jesteś? Słabo?
– Skąd! – fuka na mnie. – Ależ skąd, orzesz ty poruczniku… Obawiam się tylko, żeby Duch Karkonoszy nie przyłożył mi przypadkiem po łbie tym dyszlem. Tym, co go wyrwałeś Dawidowi z Wielkiego Wozu, a który wisi teraz nad Pecem!

Obrazek drugi.

 

Cegły na nosiłkach, czarny kruk pod kurtką i ursynowskie wieżowce

Remontujemy tę nieszczęsną Chatkę pod Śmielcem. Pospolite ruszenie: koło wrocławskie i nasz Sudecki Klub Wysokogórski. Zorganizowałem drugą dostawę gabarytów. Star 6×6 ryczy, sapie, wtacza się na drugą Drogę Sudecką. Wywalam na glebę materiały budowlane „zdobyte sposobem operacyjnym”. W tym wory z cementem, każdy po pięćdziesiąt kilo żywej wagi.

Bogdan Jankowski – jak to on, logistyk od siedmiu boleści – przytargał z Wrocławia świeżą porcję „niewolników” do dygania pod górę. W ekipie znowu ona, Wanda Rutkiewicz. I Wielicki, i Jaś Franczuk. Jurek Pietkiewicz, Jerzy Woźnica, Waldek Michalski – wszyscy zwijają się w tym karkonoskim ukropie jak wściekli. Przylazł nawet Jerzy Kolankowski, pierwszy prezes Koła Sudeckiego Klubu Wysokogórskiego. Celebryci na budowie.

A dalej – wiadomo. Wąska, kamienna ścieżka ostro w pion. Ładujemy ten cały kram na drewniane nosiłki. Podchodzi Wanda. Sylwetka sprężysta, wzrok stalowy.
– Daj cement – mówi krótko.
Kładę ten pięćdziesięciokilowy kloc na jej nosiłki. Patrzę z ukradka, czy pod tym wojskowym ciężarem nie ugną się nogi przyszłej królowej Everestu. A ona mierzy mnie wzrokiem, bezczelna, i żąda:
– Dorzuć jeszcze kilka cegieł. Mało mi.

Charakter, mówię wam. Baba z granitu.

Po tym całym dygactwie siedzimy wreszcie w kurniku, w chatce. Pijemy czaj. Jasiek Franczuk już z nami nie pogada – został na zawsze w szczelinie lodowca na Kunyan Chhish. Zamarzł w tamtym swoim świecie. Herbata tym razem zwykła, oolongowa, bez posmaku prochu ze strzelnicy. Wanda – która wiedziała wszystko o wszystkim, co kiedykolwiek napisano o skałach i lodzie – wyciąga z plecaka potężną cegłę. Piąty, chyba ostatni tom monumentalnego dzieła Saysse-Tobiczyka: „Himalaje-Karakorum”. I gadamy przez te zakurzone kartki do późnej nocy. A skoro świt – ryp, pobudka i znowu remont. Jurek Pietkiewicz rozstawia towarzystwo po kątach, rozdziela robotę. Nie ma co gadać: gdyby nie te połączone siły Wrocławia i Jeleniej Góry, z Chatki pod Śmielcem nie zostałyby dzisiaj nawet fundamenty. Rozebrałaby ją mgła i turyści.

A teraz obiecane zdania o tych specyficznych, babskich kwalifikacjach przemytniczych. Było tak. Wanda Rutkiewicz przytachała ze szczytu Everestu mały kamyk dla papieża Wojtyły. Łup z dachu świata. Ale spod tego himalajskiego kolosa zgarnęła coś jeszcze – maleńkiego, nepalskiego szczeniaka. Prezent od Szerpów. Piesek był czarny jak nocne niebo nad Orlem, a może jak najczarniejszy izerski kruk. Ślepia mu błyszczały niczym czarny onyks – kamień magów, czarnoksiężników i wopistów.

Piesek przyleciał z Wandą do Warszawy i na Okęciu zaczął się cyrk z celnikami. Procedury, kwarantanny, paragrafy. Wanda blada ze strachu, że jej tę psinkę uśpią, a ją samą zamkną w kiciu. I wtedy do akcji wkracza Hania Wiktorowska. Ubrana w wielką, nepalską kurtę, bez mrugnięcia okiem zgarnia czarną kuleczkę pod pachę, pod materiał i spokojnie, z dumnie podniesioną głową, maszeruje przez linię odprawy. Celnicy albo nie zauważyli, albo – co bardziej pewne – nie chcieli zauważyć tej napuchniętej kurty. Bo Wandę i Hanię lubili wszyscy. Nawet ci celni szpiedzy i wopiści na etatach.

Po udanym przemycie zorganizowaliśmy chrzest tej czarnej, futrzanej kulki. Świadkowałem tej uroczystości, a jakże. Psinka dostała imię: Yeti. Matka chrzestna: oczywiście Hania. I ten mały Yeti odwdzięczał się Hani za ten przemyt niesamowitą, psią radością. Kiedy Wanda znikała na swoje kilkumiesięczne, szalone wyprawy w Himalaje, Yetunia – jak pieszczotliwie mawiała na nią Hania – zawsze lądowała w domu Hani i Jurka Wiktorowskich.

Zresztą nie tylko psy mogły liczyć na ten ich gościnny azyl. Alpinistki, taternicy, bezdomne asy skały – wszyscy tam lądowali. Obżeraliśmy tych Wiktorowskich niemiłosiernie, czysta szarańcza. Sam też tam nieraz biesiadowałem na krzywy ryj.

W siedemdziesiątym drugim Wanda przeniosła się z Wrocławia do Warszawy. Ja zrobiłem to samo w siedemdziesiątym ósmym. Mieszkaliśmy rzut beretem od siebie. Ona Wilanów, ja Ursynów. Ona na dziewiątym piętrze blokowiska przy Sobieskiego, ja na Szolc-Rogozińskiego, na dwunastym. Trzy piętra wyżej mieszkałem od niej! Ale to ona weszła te kilkaset metrów wyżej, na sam szczyt świata, na Everest. Nie mogłem jej dorównać z tego mojego ursynowskiego balkonu. Wyższej górki w bloku już nie było.

Ilekroć odwiedzałem tę słynną himalaistkę w jej m2 na Sobieskiego, Yetunia zawsze siedziała na jej kolanach. Przyklejona. U Wiktorowskich to samo – pies nie odstępował Hani na krok.

Mam taki zapis, notatkę z wizyty u Rutkiewicz:
Siedzi Wanda w fotelu, na kolanach czarny Yeti. Przeglądamy zdjęcia z wyprawy na Everest. Slajdy, kolory, blask. I jest to jedno ujęcie: Wanda stoi na samym szczycie. Wznosi czekan wysoko nad głowę, oburącz. Jak ksiądz monstrancję na procesji.

 

Centrala niebo, niebiańska pułapka i rajska herbata z ołowiem

 

Z czekana dyndają dwie flagi. Nasza, biało-czerwona, i ta ząbkowana, nepalska. Wanda na slajdzie stoi, a pod nią cała planeta. Potem ta dziewczyna odgrzebuje ze śniegu kamyk – prezent dla Karola Wojtyły.

Yetunia też patrzy na zdjęcie. Szczeka. Radośnie tak, po psiemu. Lubi te wspomnienia, sukcesy swojej pani. Na widok fotek Hani Wiktorowskiej robi to samo. Może to jej psie serduszko wyczuwa dobrych ludzi? Tych, którym tak wiele, no, wszystko zawdzięcza.

Zadzwonię. Dziś. Do nieba. Na centralę.
Zapytam. Jak ci tam, Wando? Minął dzień? Czy masz pod stopami te błękitne chmury, czy tylko karkonoską mgłę? Czy księżyc daje w tym waszym niebie jakiś rozkoszny cień? A słońce? Wciąż ogrzewa twoją dobrą, czułą twarz? Masz tam drzewa, Wando? Jakieś świerki chociaż? A anioły? Masz?

Zadzwonię. Tak, dziś. Zapytam o ptaki. Czy śpiewają? I najważniejsze: ile waży tęsknota? Za czym? Za Karkonoszami, za naszym Granicznikiem, za tą cholerną „Krwawą Rysą”. Masz tam, Wando, słodkie, oniryczne sny?

Zadzwonię. Bo wciąż wierzę. W to połączenie dusz, przez te wszystkie warstwy chmur. Chociaż pamiątki drogie, te nasze słoiki, te rzeźby, Dawidy z brązu – wszystko już dawno przykrył złowrogi kurz zapomnienia. Zadzwonię. Chcę cię jeszcze raz usłyszeć. Bo czuję serca bicie. Szybkie, rozpędzone, jak u oszalałego rekruta. Tak. My. Niebo. Ziemia. Dusza. To wciąż jest nasze człowiecze życie, nic innego nie mamy.

I znowu. Znowu to samo. Nadciąga ta izerska fantasmagoria.
Wando. Himalaistko. Moja niegdysiejsza przyjaciółko spod płotu batalionu. Doceniam to. Że poświęciłaś mi wtedy swój czas, temu narajanemu porucznikowi. Dałeś mi coś, czego już nie odzyskam. Nigdy.

Ale dlaczego? No powiedz, dlaczego tak nagle? Po cichu. Zgasło to twoje góry kochające serce? Tak nagle. W tym śniegu na 8200. Ostygły twoje ręce, te co tak mocno trzymały czekan. I mózg ostygł. Usta zamilkły. A te wszystkowidzące oczy na góry już nie spoglądają. Nie śmieją się. Z ufnością, z empatią. Koniec filmu.

Ten świat bez ciebie, anielska Wando, zrobił się potwornie mały. Taki maczkowy. Taki szary, bezbarwny, jak ursynowski beton w listopadzie. I nagle – bez znaczenia. Pusty jakiś. Smutny. Pełen bólów, strzykania w kościach i cierpienia. Myślisz, że nie wiem? Ludzi ogarnia tęsknica. Całe gromady twoich dawnych przyjaciół tulą cię w myślach. I próbują. Bardzo próbują pogodzić się z tym cholernym bólem. Oddychać bez ciebie, choć powietrze rzadkie, jak w wyższych obozach.

Moja karkonoska przyjaciółko. Czy jest ci tam chociaż dobrze w tym pysznym, ale lodowatym lodzie Kanczendzongi? Masz teraz mnóstwo czasu. Mieszkanie w chmurach, jasny błękit, wietrzenie głowy. Ale na głowie – znam cię – ciągle masz mnóstwo ważnych, ludzkich spraw. Związek, wyprawy, pozwolenia. A na to wszystko – jedno tylko wieczne, pozaziemskie życie.

Skoro wszystko wiesz lepiej, bo patrzysz z lotu ptaka, z tego swojego niebiańskiego dziewiątego piętra, to powiedz: czemu mi tak jakoś jest? Że tylko siąść na tym wojskowym murku i płakać?

Anielska Wando. Może ty nie wiesz, ale ja tu na dole wcale nie jestem szczęśliwy. Zwłaszcza gdy mi głowę suszysz tymi dawnymi wspomnieniami. Ślesz mi z zaświatów te ułudy, omamy, połajanki. Czy to jest, kurna, jakieś pranie duszy starego porucznika? Gdy tylko chcę zboczyć z górskiej drogi, pójść w boczny las, ty już tam na mnie czekasz. Zastawiłaś tę swoją niebiańską pułapkę na nędzę takiego piecucha jak ja. Siejesz wątpliwości, gderasz od samego rana. A jak jest naprawdę źle – to jeszcze sen odbierasz. Wiercisz mi dziurę w brzuchu z sumiennością kata z Informacji Wojskowej.

Czekaj! Niech ja cię tylko dorwę w tych twoich zaświatach. Demiurg mi pomoże, pogadam z nim, zna sprawę od podszewki. On od wieków wie, że masz u mnie dług. Wielki.

Dużą. Rajską. Sudecką herbatę.
Z oolongiem.
I z pistoletowymi łuskami na samym dnie.

 

PS Jest to kolejny fragment mojej książki pt. Raptularz znaleziony pod wycieraczką 

NAPISAŁO SIĘ…

Czy Stanisław Mikołajczyk naprawdę wywiódł w pole wszechpotężną bezpiekę, uciekając z komunistycznego raju w amerykańskiej ciężarówce i brytyjskim statku? Oficjalna historia, piórami szacownych profesorów, karmi nas hollywoodzką opowieścią o sprytnych dyplomatach z CIA i gapiowatych milicjantach. Czas włożyć kij w to profesorskie mrowisko i zajrzeć za kulisy teatru, w którym sznurki pociągało UB pod dyktando samego Józefa Stalina. Zapraszam na przedpremierowy pokaz jednego z rozdziałów nadchodzącego „Raptularza”. Będzie ostro, bez znieczulenia i – przede wszystkim – bez bólu zębów. Odsłaniam karty w trzynastu odsłonach, zwieńczonych surrealistyczną oniriadą, z której dowiecie się, co łączy ucieczkę premiera z… legendarnym granatnikiem komendanta głównego policji. Czytajcie, zanim bezpieka (alby nowy Wielki Brat) każe to skasować!

 

UCIECZKA KONTROLOWANA, CZYLI AMERYKAŃSKI SENSACE COOL MADE IN USSR

 

Dylemat uciekiniera, czyli jak nie zostać kolejnym pomnikiem

 

Prawie osiemdziesiąt lat temu, 20 października 1947 roku o godzinie 18:30, Stanisław Mikołajczyk – prezes PSL, były premier rządu na emigracji i człowiek, który naiwnie wierzył, że z komunistami można grać w szachy – spakował manatki i rozpoczął swoją wielką rejteradę z Polski Ludowej. Od tamtego momentu historycy, politycy i dziennikarze toczą uroczy spór. Czy ten desperacki krok był genialnym suwerennym manewrem, który zmylił czujność wszechpotężnej bezpieki? Czy może wręcz przeciwnie – subtelną inspiracją płynącą prosto z gabinetu Józefa Stalina, wykonaną rękami nadwiślańskich rzemieślników z Urzędu Bezpieczeństwa?

         Mikołajczyk zapewne doskonale wiedział, że Stalin walcząc o rangę swojego imperium bezwzględnie grał polskimi komunistami. Raz ich wyrzynał, kiedy indziej dowartościowywał mirażem, że cokolwiek od nich zależy. Prezes PSL przejrzał też zapewne krajowych towarzyszy, którzy z marksistowskim mesjanizmem udawali przed samymi sobą, że rządzą krajem.

         Byli w tym udawaniu zresztą genialni. Za cenę osobistych upokorzeń, których nie szczędził mu ogarnięty leninowską bezwzględnością Władysław Gomułka, Mikołajczyk wszedł do tej gry bez ani jednego asa w rękawie. Wiedział przecież, że na mityczny Zachód liczyć nie może. Polska została sprzedana w Jałcie na pniu, z pełnym dobrodziejstwem inwentarza.

         Zaryzykował i przegrał. Walczył o wolność dla swojej partii i chłopów, choć zapewne nie znał uroczej maksymy Stalina: „wolne chłopstwo to koniec naszej władzy; dzień bez terroru jest niebezpieczny, dwa dni bez terroru oznaczają śmierć partii”.

         Z tym terrorem spotykał się na co dzień, co skrupulatnie odnotowywał jego słynny Diariusz. Jak twierdził płk M. Wieczorek, pamiętnik ten był życzliwie prowadzony w dwóch egzemplarzach – jeden dla szefa, drugi bezpośrednio dla bezpieki. Nad wszystkim czuwała Maria Hulewiczowa, zaufana sekretarka, a później żona płk. Janusza Przymanowskiego (tego od Czterech pancernych i psa, co idealnie pasuje do tej filmowej intrygi).

         Mikołajczyk stanowczo zbyt długo łudził się, że postanowienia Wielkiej Trójki będą zrealizowane. Liczył na wolne wybory. Zapomniał o starej mądrości: „Nieważne, kto jak głosuje, ważne, kto i jak liczy głosy”. Gdy pętla się zacisnęła, stanął przed dylematem: śmierć w kraju czy życie na Zachodzie?

         Wybrał życie. Nie chciał na siłę powiększać i tak już gęstego panteonu narodowych męczenników.

 

Literackie fikcje i historyczne analogie

 

         Dwa miesiące po udanym zwiewaniu z kraju, Mikołajczyk postanowił zarobić na swojej historii i zaczął publikować w ponad stu amerykańskich dziennikach swoje wspomnienia, wydane później jako The Rape of Poland („Gwałt na Polsce”). Rozdział o ucieczce to czysta poezja… fikcji.

         Cały opis został zmyślony od A do Z i przypominał tandetną powieść szpiegowską z kiosku Ruchu, pisaną w socrealistycznym, ciężkim stylu, a nie relację poważnego dyplomaty. Rozumiemy, że w roku 1948 polityk musiał kłamać, by chronić tych, którzy zostali w kraju. Ale po grzyba licytował się z autorami wagonowych kryminałów? Ryzykowny chwyt. Polityk złapany na tak bezczelnym kłamstwie stawia pod znakiem zapytania całą resztę swoich wywodów.

         Czy były premier do końca życia w ogóle wiedział, jak wyglądała prawda o jego ucieczce? Przecież jego rejterada posłużyła reżimowi do ostatecznej rozprawy z PSL i uwięzienia tysięcy wiernych działaczy. Pozwoliła też wewnętrznej grupie kolaborantów – Niećce, Wycechowi, Banachowi – przejąć stery partii i wodzić ją na sznurku komunistów.

         O czym myślał Mikołajczyk, dekując się między skrzyniami w amerykańskiej ciężarówce? Może przed oczami stawała mu inna ucieczka, z nocy z 17 na 18 września 1939 roku, gdy marszałek Edward Rydz-Śmigły zostawiał wojsko i kraj na pastwę Hitlera i Stalina?

          Prezes PSL robił dokładnie to samo, zostawiając chłopów na łasce Bieruta. W swojej książce patetycznie tłumaczył, że ucieka, by być „głosem tych, którzy muszą milczeć i tych, których przeznaczono na zagładę”.

         Ładne hasło. Szkoda, że ułożone w bezpiecznym, zachodnim fotelu.

 

Perfekcyjni nauczyciele i współczesne cyrki

 

Peerelowscy Kaligulowie nie byliby sobą, gdyby ucieczki prezesa nie rozegrali propagandowo. Pod tym względem dzisiejsze sejmowe komisje śledcze, rewelacje z billboardami czy szukanie dziadków w Wehrmachcie to przy tamtych metodach przedszkole. Dzisiejsza „Grupa Trzymająca Władzę” – niezależnie od opcji – mogłaby u ekipy Bieruta brać drogie korepetycje. Tamci mieli wybitnych nauczycieli z NKWD. Lekcji fałszowania wyborów i referendum „3xTAK” udzielał osobiście przysłany przez Stalina płk Aron Pałkin. Bolszewickiego porządku pilnował tysięczny kontyngent doradców sowieckich w MBP oraz ponad 21 tysięcy oficerów Armii Czerwonej. Wspierali ich tzw. „upolaczeni ruscy” – obywatele ZSRR udający rodowitych Polaków z dziada pradziada.

         Wybory sfałszowano już zgrabnie własnymi rękami. Wielka w tym zasługa krwawej Luny, czyli płk Julii Brystigerowej, która osobiście traciła zdrowie nad instrukcjami zakładania teczek obserwacyjnych na obwody wyborcze.

          Jak widać, gra teczkami to żaden wymysł III czy IV RP – to stara, sprawdzona ubecka szkoła. Zaraz po ucieczce wydano broszurę Przyczyny ucieczki Mikołajczyka. Zatajony dokument. Rewelacyjne zeznania. Czytamy tam marksistowską socjotechnikę w najczystszej postaci: „Naród polski nie przebaczy nigdy zdrajcom, którzy poszli na obcą służbę przeciw własnej Ojczyźnie… Do tego spisu przybyło dziś imię Mikołajczyka. Pokryje je wieczna niesława”.

         Gdy dziś słuchamy niektórych sejmowych oratorów  lecących skrótami myślowymi w telewizji, wystarczy w ich przemówieniach słowo „hitlerowski” lub „sowiecki” zamienić na dowolne aktualne hasło, by zrozumieć, skąd czerpią wzorce do oskarżania konkurentów o agenturalność.

         Jedno w sprawie Mikołajczyka jest pewne: w tej grze karty rozdawały służby co najmniej czterech państw: USA, Wielkiej Brytanii, ZSRR i PRL.

 

Amerykańskie SOS i rezydenci CIA

        

W popeerelowskich archiwach panuje radosna twórczość – niezwykle trudno oddzielić prawdę od dokumentów spreparowanych wyłącznie po to, by dezinformować. Prawdziwe operacje służb zawsze maskowano potężną wrzawą. Sejm powołał Specjalną Komisję pod przewodnictwem Zenona Kliszki, wieloletniego totumfackiego Gomułki. Komisja z właściwym sobie patosem ustaliła, że Mikołajczyk dopuścił się zdrady i skazał się na „wieczną banicję z łona społeczności polskiej”. Wysoki Sejm posłusznie odebrał mu mandat, rząd pozbawił go obywatelstwa, a krajowe PSL stało się zimnym trupem, idącym na dno szybciej niż Titanic.

         Oficjalny, propagandowy kit władz PRL można włożyć między bajki, choć patrząc na niektóre numery dzisiejszego cyrku politycznego, te sztuczki brzmią niepokojąco znajomo.

         Zupełnie inną opowieść zaserwował nam jednak ambasador USA Stanton Griffis, który dziesięć lat później ujawnił tajne sprawozdanie. Choć Ameryka i Wielka Brytania traktowały już wtedy Polskę jako daleką, zamordystyczną prowincję Stalina, Mikołajczykowi postanowiono pomóc. Odrzucono jednak brutalnie jego prośbę, by wraz z nim ewakuować jego przyjaciółkę i sekretarkę, Marię Hulewiczową. Widocznie w limuzynie zabrakło miejsc.

          Gdy w piątek 17 października o 17:45 prezes PSL wysłał rozpaczliwe SOS do II sekretarza ambasady USA Williama Blake’a, machina ruszyła. W dyplomatycznym żargonie „II sekretarz” oznacza zazwyczaj rezydenta służb specjalnych – w tym przypadku CIA. I sekretarz George Andrews natychmiast odwiedził przerażonego prezesa, który trząsł się jak galareta na wieść, że 27 października Sejm pozbawi go immunitetu i skaże na ubeckie piwnice.

         Ambasador Griffis zebrał naradę wojenno-dyplomatyczną i przygotował dla zaszczutego ludowca trzy urocze warianty ewakuacji.

 

 Trumna, czeski błąd i morska bryza

 

Amerykańscy stratedzy wykazali się iście hollywoodzką fantazją. Wariant pierwszy: wywiezienie Mikołajczyka w trumnie w konwoju transportującym zwłoki 102 amerykańskich pilotów poległych w Polsce. Wariant drugi: pieszy rajd przez Czechosłowację tajnymi kanałami CIA. Wariant trzeci: przerzut do Gdańska i blindowanie (ukrycie pod pokładem) na brytyjskim statku towarowym Baltavia, którego kapitan żył w wielkiej przyjaźni z wujkiem Samem.

         Mikołajczyk odrzucił trumnę – uznał, że w razie wpadki polityczny nieboszczyk w prawdziwym grobowcu wyglądałby wybitnie nieestetycznie i kompromitująco. Czeskich szlaków też się bał. I to był prawdopodobnie jedyny moment w jego karierze, kiedy zadziałała u niego genialna intuicja.

          Akcję wywozu ciał Amerykanów nadzorował bowiem głęboko zakamuflowany as bezpieki, ppor. Henryk Pachówka (późniejszy as wywiadu MSW). Z kolei oba kanały w Czechosłowacji były tak szczelne, że UB kontrolowało je od A do Z, urządzając tam regularne polowania na uciekinierów w ramach gry operacyjnej z zachodnimi wywiadami.

         Bezpieka pozwalała czasem komuś przejść na Zachód, ale byli to zazwyczaj agenci wykorzystywani „kapturowo” – nieświadomi, że grają rolę wystawionych figurantów w operacjach typu „Cezary” (V Komenda WiN). Wybór statku Baltavia wydawał się więc Mikołajczykowi szczęśliwym trafieniem. Problem w tym, że w jego najbliższym otoczeniu kręciło się co najmniej dwóch agentów UB, a sam statek był pod lupą służb. Historycy, tacy jak Kersten czy Roszkowski, pisali o tym przyczynkarsko. Profesor Andrzej Paczkowski w swojej kompetentnej biografii Stanisław Mikołajczyk, czyli klęska realisty próbuje bronić tezy o racjonalnym graniu prezesa, ale fakty są bezwzględne.

         Sprawa Mikołajczyka ważyła się na linii Warszawa-Moskwa. Już 8 czerwca 1947 roku Jakub Berman na Biurze Politycznym PPR zgłosił konieczność ostatecznego „rozwiązania problemu”, a wytycznych z Moskwy udzielał sam Wiaczesław Mołotow.

 

 Hollywoodzki mit i węgierski scenariusz

 

Wspomniani profesorowie bezkrytycznie kupili wersję ambasadora Griffisa o ucieczce. Do dziś powtarzają bajki o ciężarówce wyładowanej skrzyniami charge d’affaires zaadresowanymi do Londynu. Z zachwytem opisują dziewięć kontroli drogowych, w czasie których milicjanci dali się rzekomo omamić amerykańskim uśmiechem, oraz sprytne odwrócenie uwagi wartownika WOP blokującego statek. Paczkowski przytacza notatkę mjr. Karola Więckowskiego z Departamentu V MBP, by udowodnić, że ucieczka była „czysta” i bezpieka o niej nie wiedziała. Naprawdę wierzą, że UB dało sobie wykręcić taki numer przed samym nosem?

         Mikołajczyk po prostu przez lata wierzył, że z komunistami można podpisać kompromis, który nie skończy się poddaństwem. Otrzeźwiał dopiero wtedy, gdy zobaczył, co dzieje się w sąsiednich demoludach. Tam rozszalałe reżimy przestały patyczkować się z drobnicą i wzięły się za wyrzynanie elit opozycyjnych. Na Węgrzech zniknął przywódca rolników Béla Kovács. W Rumunii uwięziono Iuliu Maniu. W Albanii rozstrzelano szesnastu liderów opozycji, a w Bułgarii skazano na śmierć Nikołę Petkowa.

          Mikołajczyk musiał zrozumieć, że w tej części Europy Pan Bóg na jakiś czas wyłączył telefon.

         Co ciekawe, chcąc przypodobać się nowym panom, prezes PSL poparł wcześniej wniosek szefa MON i sowieckiego agenta Michała Roli-Żymierskiego o pozbawienie obywatelstwa polskich oficerów walczących na Zachodzie, złośliwie dopytując, dlaczego na liście brakuje generała Andersa!

         Karma wraca szybko. Gdy „dwa wiarygodne źródła” doniosły mu, że pętla zaciska się na jego własnej szyi, spakował walizki.

         Archiwa IPN milczą o tożsamości tych źródeł, zachodnie udają, że nie wiedzą, a moskiewskie są zamknięte na cztery spusty. Pozostaje zapytać samych ubeków.

 

Spowiedź ubeckich dygnitarzy

 

Aby poznać kulisy tej tragifarsy, autor tekstu postanowił indagować samych „inżynierów ubeckich dusz”. Na spytki zostali wzięci: gen. Stanisław Radkiewicz (minister bezpieczeństwa), gen. Władysław Pożoga (szef służby wywiadu i kontrwywiadu), płk Anatol Fejgin (Dyrektor Departamentu X MBP), ppłk Adam Humer (wicekról Departamentu Śledczego) oraz płk Witold Sienkiewicz. Panowie ci z cynicznym uśmiechem na starych twarzach wspominali, że wyszedł im wtedy „niezły numer”. Okpili i prezesa, i całe CIA.

         Radkiewicz bez ogródek przyznał: Bierut z Bermanem chcieli iść na skróty. Marzył im się pokazowy proces, tortury i publiczne powieszenie Mikołajczyka za rzekomą współpracę z podziemiem (WiN). Materiały były gotowe. Sytuację zmienił jednak niespodziewany telefon od samego Józefa Stalina. Generalissimus osobiście rozkazał Bierutowi przeprowadzić akcję tak, by Mikołajczyk cały i zdrowy znalazł się na Zachodzie.

         Bierut był wściekły, ubecy też. Szybko jednak zrozumieli, że z tej operacyjnej kombinacji można wycisnąć gigantyczne korzyści. Jak wspomina Fejgin: o powrocie Mikołajczyka do Polski decydował Stalin, więc o jego wyjeździe też musiał decydować Stalin. Skoro Churchill przysłał go do Warszawy na mocy międzynarodowych ustaleń, to zamordowanie go w ubeckich kazamatach wywołałoby zbyt wielki międzynarodowy smród. Postanowiono więc „zabawić się z Anglosasami”.

         Pozwolono im wywieźć polityka, którym bezpieka od dawna manipulowała. Wywiad USA odniósł pozorny sukces, odtrąbił triumf w pamiętnikach, a prawda była prozaiczna: Jakub Berman nakazał bezpiece przeprowadzić z Mikołajczykiem „rozmowę profilaktyczną”. Cel? Przestraszyć go tak mocno, by sam zaczął uciekać. Zadanie to dostał nie kto inny, jak krwawy spec od łamania ludzkich charakterów – ppłk Adam Humer.

 

Seans strachu u pułkownika Humera

 

Gomułka i jego akolici przez trzy lata systematycznie wykańczali Mikołajczyka, robiąc to z dziką satysfakcją. „Wiesław” po prostu chorobliwie zazdrościł prezesowi PSL wszystkiego: sławy, inteligencji i poparcia społecznego. Nie musiał znać planów operacyjnych Moskwy – on po prostu z pasją oczyszczał przedpole, nie wiedząc, że jego własne dni na szczycie też są policzone.

         Stalin słusznie zauważył: „Gdyby w Polsce nie było Mikołajczyka, trzeba by go było stworzyć”. Martwy lider byłby niebezpiecznym symbolem. Żywy uciekinier na zachodnim garnuszku stawał się w oczach zmanipulowanego społeczeństwa zwykłym tchórzem. To był majstersztyk socjotechniki.

         Adam Humer rozegrał tę partię genialnie. Jak sam wspominał, bezpieka deptała opozycji po piętach dzień i noc. Przed wyborami masowo aresztowano działaczy PSL i WiN. Atmosfera strachu gęstniała z każdą godziną. Gdy Radkiewicz dał zielone światło, Humer dostał precyzyjne instruktaże od Romkowskiego i cenne „koleżeńskie” uwagi od Julii Brystigerowej. Wezwał Mikołajczyka na przesłuchanie w charakterze świadka w sprawie WiN. Hasło „WiN” działało wtedy paraliżująco.

          Aby były wicepremier TRJN odpowiednio skruszał, Humer kazał mu gnić przez kilka godzin pod drzwiami swojego gabinetu. Gdy przerażony polityk wszedł do środka, ubecki śledczy zasypał go lawiną pytań, dając jasno do zrozumienia, że jego teczka jest już kompletna i czeka na podpis kata. Rozmowa była potajemnie nagrywana, a szefostwo MBP piało z zachwytu. Humer wykonał plan w dwustu procentach. Przerażona elita PSL dostała ostateczny i decydujący impuls do natychmiastowej ucieczki z kraju.

 

Dwa wywiady w jednym łóżku

 

Pułkownik Witold Sienkiewicz po latach przytomnie analizował sprawę: w świecie służb specjalnych interesy wrogich mocarstw bywają zadziwiająco zbieżne. CIA mogło wiedzieć o grze UB, ale Mikołajczyk na emigracji był dla nich wygodniejszy niż Mikołajczyk w warszawskim grobie.

         Sienkiewicz bez ogródek porównuje tę akcję do słynnej ewakuacji płk. Ryszarda Kuklińskiego z listopada 1981 roku. W obu przypadkach wschodnie i zachodnie służby kręciły własne lody propagandowe i operacyjne na jednym wydarzeniu.

         Generał Pożoga dodaje z dumą, że w ślad za Mikołajczykiem bezpieka wysłała na Zachód swojego superagenta o pseudonimie „Carmen”, który koncertowo skłócił i rozbił całą londyńską emigrację. Pożoga ubolewa jedynie, że większość twardych dowodów i teczek z tamtego okresu została bezmyślnie spalona na rozkaz Franciszka Szlachcica.

         Tymczasem profesor Paczkowski niezmiennie broni honoru uciekiniera, upierając się przy braku papierów potwierdzających operację UB. Twierdzi, że rozesłanie listów gończych i panika po zniknięciu prezesa świadczą o kompletnym zaskoczeniu komunistów. Według niego trasę ucieczki bezpieka odkryła dopiero po aresztowaniu w Czechosłowacji porzuconej sekretarki, Marii Hulewiczowej.

         Piękna, romantyczna wersja. Szkoda, że kompletnie naiwna. Komunistyczny cel propagandowy osiągnięto bezbłędnie: Mikołajczyka pokazano jako dezertera, który zostawił swoich towarzyszy na pożarcie UB, a sam popija amerykańskie miody.

 

Szofer – geniusz kierownicy na ubeckim etacie

 

Pułkownik Marceli Wieczorek rzuca na sprawę zupełnie nowe światło. Pod koniec 1979 roku, po śmierci Marii Hulewiczowej, do MSW zgłosił się jej były mąż – pułkownik Janusz Przymanowski. Zaproponował układ: jeśli resort pozwoli mu przejrzeć akta zmarłej żony, on w zamian napisze „dobrą książkę, w dobrym stylu, dobrze o resorcie”. Klasyczny układ handlowy w PRL.

         Przeglądając te materiały, Wieczorek odkrył szokującą prawdę zapisaną w dokumentach operacyjnych. To wcale nie seans strachu u Humera ostatecznie złamał prezesa. Zrobiła to najbliższa mu osoba – jego własna sekretarka, która poddała mu myśl o natychmiastowym wianiu z kraju.

         Mikołajczyk uciekł za pełną wiedzą bezpieki, a amerykańscy dyplomaci dali się podejść jak dzieci. Kluczową postacią w tej układance był osobisty kierowca premiera. W swoich pamiętnikach Mikołajczyk z zachwytem opisywał swojego szofera jako „geniusza kierownicy”, który potrafił w genialny sposób zgubić każdą ubecką ogon-obstawę. Biedny, naiwny prezes. Nie domyślał się, że te brawurowe rajdy i ucieczki przed samochodami bezpieki były od A do Z reżyserowane i planowane na Koszykowej. Każdy ruch, każde słowo i każda decyzja prezesa, spisane posłuszną ręką jego „ulubionego geniusza kierownicy”, systematycznie i bez opóźnień trafiały na biurka oficerów MBP.

 

 Aniołowie stróże w milicyjnych mundurach

 

Meldunki szofera lądowały w centrali regularnie. Pułkownik Wieczorek bezlitośnie drwi z wersji Griffisa i ustaleń Paczkowskiego. Prezes PSL miał pełne prawo kłamać we wspomnieniach, by ratować twarz, a Paczkowski pisał to, na co pozwalały mu mocno wypatroszone i wyczyszczone akta IPN.

         A ambasador USA? Czy ktoś poważny oczekuje, że dyplomata przyzna w raporcie, iż prowincjonalna, komunistyczna bezpieka ograła CIA jak amatorów? Amerykanie wolą mit o brawurowym ocaleniu polityka przed gilotyną. Polacy chętnie to kupują, bo od zawsze bardziej wierzyli Amerykanom niż Sowietom. Zwłaszcza teraz, gdy po utrupieniu ZSRR, USA stały się naszym kolejnym Wielkim Bratem.

         Analiza operacyjna pokazuje jasno: przygotowań do tej ucieczki mógł nie zauważyć jedynie wyjątkowy kretyn.

         Po pierwsze: Mikołajczyk nie miał szans dotrzeć do amerykańskiej ciężarówki niezauważony, skoro za kółkiem siedział agent bezpieki.        Po drugie: słynne dziewięć kontroli drogowych na trasie do Gdańska to nie był popis milicyjnej niekompetencji. Ciężarówkę zatrzymywali ubecy przebrani w mundury MO. Pilnowali po prostu, by ich cenny ładunek dotarł na Wybrzeże w całości i bez przygód ze strony przypadkowych bandytów.

         Po trzecie: blindowanie na statek Baltavia za pomocą małej łódeczki przy ówczesnym reżimie ochrony granic przez WOP było technicznie niemożliwe. Chyba że wopiści dostali wcześniejszy, ustny rozkaz patrzenia w gwiazdy.

         Po czwarte: Baltavia była znanym kanałem brytyjskich służb, w których kluczową rolę grał Kim Philby – jeden z najwybitniejszych kretów NKWD na Zachodzie.

         Bezpieka nie tylko kontrolowała ucieczkę, ale czule odpędzała od prezesa wszelkie złe duchy. Hulewiczowa, która namówiła go do drogi, mogła działać nieświadomie, zainspirowana „kapturowo” przez podstawionego oficera.

         Gdy Wieczorek pod koniec lat 80. ponownie zajrzał do teczek sprawy, były one już dramatycznie odchudzone. Celowe niszczenie akt w celach dezinformacyjnych to przecież resortowa tradycja po każdej zmianie ekipy rządzącej.

 

Płonące szafy i portowy teatr

 

W ostatniej dekadzie PRL pierwsza fala wielkiego palenia dokumentów ruszyła w 1985 roku, gdy ekipa gen. Wojciecha Jaruzelskiego zaczęła dyskretnie mrugać okiem w stronę opozycji. Funkcjonariusze, instynktownie wyczuwając pismo nosem, woleli niszczyć najbardziej kompromitujące materiały na własną rękę.

         Pełną parą, już na oficjalny rozkaz z góry, akcja niszczenia ruszyła w trakcie poufnych rozmów w Zawracie, Magdalence oraz w willi MSW w Konstancinie.

         Palono wszystko: od bieżących śladów z lat osiemdziesiątych po niewygodne archiwalia z lat czterdziestych, by wejść w nową III RP z czystym, białym kontem.

         Wszystko wskazuje na to, że Humer był jednym z „wiarygodnych źródeł”, które miały napędzić stracha Mikołajczykowi, a drugą rolę odegrała odpowiednio zmanipulowana Hulewiczowa.

          Rzekome przygotowania do pokazu procesowego, o których pisze prof. Paczkowski, były po prostu montowaniem idealnego straszaka. Notatka mjr. Więckowskiego o „zaskoczeniu” bezpieki to klasyczna podkładka operacyjna służąca do dyscyplinowania podwładnych.       Zbieranie haków na własnych ludzi i pozorowanie wpadek było świetnym argumentem, by zmuszać ubeckich urzędników do bezwzględności w brutalnych akcjach. Cała wrzawa propagandowa i Komisja Kliszki miały uwiarygodnić legendę o brawurowej ucieczce twardziela, by naród uwierzył, że prezes zwiał sam. Gomułka o niczym nie wiedział, bo w tamtym czasie „Wiesław” był już polityczną Atlantydą – trupem na politycznym urlopie, z którego zdaniem nikt w Moskwie się nie liczył.

         Teoria, że w gdańskim porcie „odwrócono uwagę” żołnierza WOP, brzmi jak żart. Statków z krajów kapitalistycznych nigdy nie pilnował pojedynczy, gapiowaty żołnierz. Teren portu był zaryglowany na cztery spusty, a prezes PSL – polityk sprawny inaczej – nie przeszedłby metra bez zgody góry.

         Co najważniejsze: za ten rzekomy sabotaż nikt z portowej obsady nie został ukarany ani nie trafił pod ścianę, co w tamtych czasach przy prawdziwej wpadce było rzeczą niemożliwą.

 

Finał gry, czyli cool made in USA, zdiełano w SSSR

 

W najbliższym otoczeniu Mikołajczyka od początku działała agentura UB, co bezspornie wynika z zachowanych okruchów materiałów archiwalnych. Dlatego prezes mógł tak widowiskowo „urywać się” oficjalnej obserwacji.

         Bezpieka, kontrolując każdy centymetr trasy, bez problemu sprawiła, że ucieczka przy pomocy amerykańskich dyplomatów zakończyła się pełnym sukcesem. Doskonale podsumował to komunistyczny minister spraw zagranicznych Zygmunt Modzelewski. Wręczając ambasadorowi Griffisowi oficjalną notę uznającą pracownika ambasady USA Williama Blake’a za personę non grata, bezczelnie obiecał przekazać twarde dowody na to, że Mikołajczyk wyjechał z Warszawy bezpośrednio samochodem ambasady amerykańskiej.

         Modzelewski wiedział, co mówi, a Griffis natychmiast zrozumiał aluzję, proponując dyplomatyczne zawieszenie broni w tej kłopotliwej sprawie.

         Można przytaczać setki pośrednich dowodów na to, że była to ucieczka kontrolowana. A oficjalne dokumenty i rozkazy na piśmie? Tych po prostu nie ma i nigdy nie było. W tamtych czasach nie sporządzano protokołów ani notatek z tak delikatnych i tajnych kombinacji operacyjnych. Najważniejsze ustalenia zapadały podczas poufnych rozmów w Moskwie, a rozkazy wydawano wyłącznie ustnie.

         Wykonawcy jednak zostawiają ślady, a na starość – rozpuszczają języki. Mikołajczyk miał gigantyczne szczęście, że w Moskwie zapadła taka, a nie inna decyzja. Były premier zapewne do końca swoich dni na emigracji święcie wierzył, że oszukał system, nie mając pojęcia, iż z rąk nadwiślańskich Kaligulów wyrwał go osobiście… towarzysz Józef Stalin.

         Cała ta słynna „afera Mikołajczyka” i jego wielka ucieczka sprawiają po latach jedno, niezatarte wrażenie: to produkt wybitnie cool, made in USA, ale z dumną pieczątką zdiełano w SSSR.

 

ONIRIADA

 

Położyłem się. Sen miałem twardy niczym granatnik generała. Nagle pojawił się zwid, że głupka spotkał głupek . I zrozumiałem jaka jest różnica między strzelbą Czechowa, a granatnikiem komendanta

głównego Policji generała Szymczaka, a jaka między prawdą o ucieczce Mikołajczyka, a tym co o tej rejteradzie opowiadają uczeni i dziennikarze.

RAPTULARZ ZNALEZIONY POD WYCIERACZKĄ: SEZON W PIEKLE (I NA KARDIOLOGII)

Zapraszam Państwa na salę numer 7 Centralnego Szpitala Klinicznego MSW. To nie jest zwykła sala chorych. To elitarny pensjonat dla emerytowanych asów komunistycznego wywiadu i bezpieki. Miejsce urokliwe, choć z dość specyficzną statystyką – większość moich znamienitych współlokatorów, z generałami Moczarem i Kiszczakiem na czele, opuściła ten pokój wyłącznie nogami do przodu.

Przeżyłem tę salę tylko dlatego, że lekarze byli zajęci ratowaniem mojego serca, a kostucha najwyraźniej zgubiła okulary. Zamiast jednak leżeć potulnie pod kroplówką, postanowiłem zabawić się w spowiednika. Przed Wami sześć odcinków szpitalnego tinder-testu, opowieści o walizkach pełnych dolarów, rakietach kupowanych jak na bazarku i paryskich podpaleniach.

Wejdźcie na siódemkę. Tylko ostrożnie – ciśnienie skacze od samego czytania.

ECH SALA! SALA NUMER 7 – CZYLI JAK PRZEŻYĆ WŁASNY POGRZEB

Hotel „Pod Seryjnym Samobójcą” Pytają mnie czytelnicy, jak skłoniłem asów wywiadu do zwierzeń. Proste: wystarczyło dać się położyć w Centralnym Szpitalu Klinicznym MSW na sali nr 7. To urokliwe miejsce, taki lokalny Trójkąt Bermudzki dla komunistycznych generałów.

Zasada działania siódemki była prosta: wchodzisz z nadciśnieniem, wychodzisz w jesionowej jesionce. Leżał tu generał Moczar – i został „uśmiercony”. Leżał generał Kowalczyk – uśmiercony. Kiszczak, Pożoga, pułkownik Wieczorek? Wszyscy zaliczyli ten sam turnus z twardym lądowaniem na cmentarzu. Piękne to były pogrzeby, idealne na kombatanckie spotkania klasowe, ale osobiście na żadnym nie byłem. Dlaczego? Bo w tym czasie wciąż leżałem na siódemce, czekając, aż kostucha pomyli numery łóżek.

Tym razem dostałem przydział do pokoju trzyosobowego. Moim sąsiadem okazał się facet o wyraźnych brakach w anatomii – prawa noga nieobecna usprawiedliwiona, lewa mocno sfatygowana, potraktowana kiedyś jako ostrzeżenie, że kiepsko się bawi w piaskownicy służb specjalnych. Towarzysz niedoli przedstawił się jako Stanisław Kłos, pułkownik wywiadu, rezydent w Rzymie i Paryżu. Człowiek z bogatą przeszłością i zerową przyszłością, który planował spędzić rok na rehabilitacji. W jego wieku i branży planowanie na rok do przodu to przejaw skrajnego optymizmu.

Egzamin z nienawiści i rakieta z dyskontu

Szpitalne noce są długie, więc żeby nie zasnąć (i przy okazji sprawdzić, czy nie leżę z kapusiem), zaczęliśmy obwąchiwanie personalne. Standardowa zabawa na bezpieczniackim tinderze: „Kogo znasz i dlaczego go nie lubisz?”.

Na pierwszy ogień poszedł pułkownik Sokolak i bracia Pieterwasowie. Kłos aż rozkwitł. Wspomniał, jak to Władysław Pieterwas kupił w RFN amerykańską rakietę. Kupić rakietę na zachodnim poligonie to żaden wyczyn – ot, transakcja jak w warzywniaku. Prawdziwą bezczelnością było przewiezienie jej przez granicę na rympał. Potem pogadaliśmy o pułkowniku Sienkiewiczu i jego legendarnej, tytanowej głowie do alkoholu podczas spotkań w knajpie „Ambasador” – idealnym miejscu z widokiem na ambasadę USA, żeby amerykańscy koledzy z naprzeciwka widzieli, jak polski wywiad przepija państwowe pieniądze.

Ale prawdziwy test towarzyski zaczął się przy antypatiach. Kłos patrzył na mnie wzrokiem bazyliszka.
– Kiszczak? – rzuciłem. Kłos skinął z aprobatą. Wiadomo, stare asy uważały Kiszczaka za ignoranta. Jeden zero dla mnie.
– Milewski? – dorzuciłem. Kłos aż mruknął z zachwytu. Dwa zero.
– Pożoga? – zaryzykowałem na koniec. Trafiony zatopiony. Trzy do zera, zdałem egzamin na przyjaciela domu.

Skoro nienawidziliśmy tych samych ludzi, stałem się godny zaufania. Fakt, że cała ta galeria generałów była mi całkowicie obojętna i potrzebowałem ich tylko do pisania książek, zachowałem dla siebie.

 Paryskie podpalenia i walizki bez dna

Gdy lody zostały przełamane, Kłos odpalił protokół „Tajna Kuchnia”. Słuchałem o uroczych, chłopackich planach podpalenia paryskiej siedziby Jerzego Giedroycia i „anihilacji” księcia, a także o genialnym systemie ekonomicznym PRL. Mechanizm był czystą poezją: braliśmy od zgniłego Zachodu potężne pożyczki w dolarach, po czym pakowaliśmy te same dolary w zachodnich komunistów (np. we Francuską Partię Komunistyczną), żeby rozwalali kapitalizm od środka. Kapitalista płacił za sznur, na którym wywiad go wieszał. Geniusz w czystej postaci.

Oczywiście, przy okazji tych transferów paru „patriotów” w Warszawie zauważyło, że dolary strasznie lepią się do rąk. Podobno premier Jaroszewicz wszystko to skrupulatnie zapisywał w swoim kajeciku – co pewnie zbiegiem okoliczności skończyło się dla niego tragicznie po latach.

Kłos z rozrzewnieniem wspominał czasy, gdy przez jego ręce przechodziły „góry złota i walizy dolarów”. Ile można upchnąć w jednej walizce? Opozycja w latach 80. cieszyła się z paczek po 10-50 tysięcy zielonych przesyłanych przez brukselskie biuro Solidarności, zresztą pod czujnym okiem bezpieki, która kontrolowała ten strumyczek. Kłos na wspomnienie takich sum tylko parskał śmiechem. Dla niego milion dolarów w podręcznym bagażu to był zwykły wtorek w Paryżu.

Prawda ekranu i mądrość etapu

W tym momencie szanowny Czytelnik zapewne puka się w czoło i krzyczy: „A gdzie są kwity?! Daj dowody, Piecuch!”.

No więc mam dla Was doskonałą wiadomość: kwitów nie ma i nigdy nie było. Miałem co prawda spisane numery rejestracyjne mercedesów, którymi pułkownik Doskoczyński woził dolary do Szwajcarii (za cichym przyzwoleniem generała Janiszewskiego), ale numery zmieniano częściej niż skarpetki, więc ślad zaginął. Nie znam banków, nie znam numerów kont, nie znam sum. Opieram się na bajkach starszych panów z siódemki.

Ale czy oni kłamali? Po co mieliby to robić na łożu śmierci? Prawdziwe, twarde „papirusy” ma Moskwa i do dzisiaj używa ich do przekonywania polityków w Rzymie czy Paryżu, że Rosja to wspaniały kraj. W peerelowskich archiwach znalazłem tylko jeden piękny ślad po „czarnych kasach” Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego z czasów stalinowskiego krwawca, gen. Romkowskiego. W protokole stało czarno na białym: „Przy przekazywaniu osobistym odpowiedzialnym towarzyszom z KC (Bierut, Berman, Gomułka) ob. Romkowski nie brał pokwitowań”. Miliony szły na piękne oczy i partyjną legitymację. Zero śladu. Z tym samym problemem borykają się zresztą dzisiejsi śledczy, próbujący rozliczyć geszefty współczesnych partii. Tradycja w narodzie nie ginie.

Na koniec zapytałem mojego jednonożnego przyjaciela Kłosa, czy pisze chociaż pamiętniki, żeby zostawić coś dla potomnych. Kłos spojrzał na mnie z głębokim, podręcznikowym wręcz politowaniem, pokręcił zdrowymi dłońmi i wyrecytował mi dekalog prawdziwego szpiega:

  • Inteligentny człowiek nie pisze – inteligentny człowiek pamięta.
  • Jeśli już coś napisał – to nie podpisuje.
  • Jeśli podpisał – to niszczy.
  • Jeśli nie zniszczył – to chowa tak, że sam diabeł nie znajdzie.

Dlaczego? Bo inteligentny człowiek to taki, który po prostu chce żyć i nie spędzić starości na cmentarnej paradzie. Ot, cała kreatywna ewolucja służb specjalnych w pigułce.

Zamiast kwiatów na pogrzebie, czyli epilog bez pokwitowania

I tak oto zamykamy ten sześcioodcinkowy seans szczerości przy szpitalnym stoliku nocnym. Pułkownik Kłos pewnie dalej masuje swoje zdrowe dłonie i tęskni za paryskim luksusem, a ja zostałem z tą całą wiedzą jak Himilsbach z angielskim.

Słyszę już ten chór oburzenia: „Gdzie są dowody, Piecuch?! Gdzie kwity?!”. No więc powtórzę to raz jeszcze, powoli, żeby dotarło nawet do dzisiejszych prokuratorów: kwitów nie ma. Prawdziwi fachowcy z tamtych lat nie zostawiali śladów, bo chcieli po prostu dożyć emerytury. Najgrubsze miliony z czarnych kas Bierut, Berman i Gomułka brali na piękne oczy, a sprawozdania z transferów na Zachód skrupulatnie gromadziła Moskwa, która do dziś trzyma za gardło niejednego zachodniego demokratę.

Ewolucja służb specjalnych polega na tym, że systemy się zmieniają, ale mechanizm pozostaje ten sam. Dzisiejsi geniusze polityczni próbujący rozliczać geszefty swoich poprzedników borykają się z dokładnie tym samym problemem: inteligentny człowiek nie pisze. Inteligentny człowiek pamięta.

A ja? Ja tylko spisałem to, co pamiętali inni. Śpijcie spokojnie. Jeśli dacie radę.

 

INWOKACJA

O! Kraju Pieroga i Zalewajki! O! Rzeczypospolito Pieroga i Zalewajki. O Ojczyzno moja! To była makabryczna historia, choć zaczęła się jak sielska bajka z czasów, gdy pobożne życzenia miały jeszcze jakikolwiek sens.

         Na najwyższą grzędę Rzeczypospolitej wskoczył Pierwszy Wódz. Zapragnął on rzeczy sprzecznej z człowieczą naturą. Wygłówkował, że otaczająca go rzeczywistość ma natychmiast zacząć nadążać za jego własną wyobraźnią.   Narajany Demiurg sprawił, że na jedną, mikrosekundę ten eksperyment się udał. Życie Rzeczypospolitej, Kraju Pieroga i Zalewajki stało się nagle tak spokojne, syte, miłe i mdło sympatyczne, że przeciętny obywatel dostał od tego peerelowskiej fiksacji.

         Sielanka osiągnęła poziom, przy którym normalny człowiek nie mógł wytrzymać minuty dłużej bez rzucenia kurewstwem. Niestety, Wódz – historyczny kapral o imieniu Lech i konspiracyjnym kryptonimie Bolek – posiadał niebotyczny feler. Potrafił niczym Kozakiewicz przeskoczyć płot, ale za nic w świecie nie potrafił przesadzić ograniczeń swojej wyobraźni.

         Gdy chrześcijańskie mdłości od nadmiaru słodyczy minęły, do oszołomionej Rzeczpospolitej Pieroga i Zalewajki ( RPiZ) zbiegli się kolejni Wodzowie z równie dziwacznymi pomysłami. Zazdroszcząc poprzednikowi zaczęli realizować na żywym organizmie państwa wszystko to, co szepnęły im zwidy, tęcze, nocne koszmary, a nawet widmo Brockenu. I, o dziwo, znowu się wszystko spełniało. Tyle, że a rebours.

          Codzienność w krainie nad Wisłą z dnia na dzień stała się tępa, podła, okrutna i tak widowiskowo paskudna, że obywatelom z tęsknoty za dawnym luksusem pękały serca.

         Żyć się nie dało, ale zastrzelić się też było szkoda.

         Znowu nie szło wytrzymać. Tym razem w drugą, głęboko depresyjną stronę. W efekcie narodowego paraliżu wszystko przestało działać. Nic już nie chciało się spełniać w prawdziwym życiu. Polakom prawo do marzeń przysługiwało wyłącznie pod kołdrą, w ramach ściśle tajnej i nieopodatkowanej wyobraźni, wykluczającej jednak LGBT.

         Aż tu nagle, po latach wielkiej smuty i powszechnego zniechęcenia, na horyzoncie objawił się Nowy Wybawca. Człowiek z dyplomem doktora i dwuczłonowymi personaliami: Karol Nawrocki & Bator, łowca mieszkań, miłośnik boksu i „kibolskich ustawek”. Gdy nikt nie patrzył zaczerniał papier pod pseudonimem Batyr. Ów Wódz wyprowadził prawy prosty w stół i zadekretował autorytarnie umęczonemu suwerenowi misję mrożącą krew w żyłach: od teraz będzie „normalnie”.

         Suweren, pozbawiony złudzeń i przerażony perspektywą normalności, skrzyknął się rach-ciach. Tłuszcza uznała że woli własne stare, znane błotko i ciepłą wodę w kranie. Zorganizowano lokalny Majdan z hasłem wykopania doktora z jego rewolucyjnym ładem tam, gdzie cytryna dojrzewa i pieprz rośnie. Nie po to przecież Polak tyle lat cierpiał, znosił potulnie niemieckie plucie w twarz i Katyń, i rzeź wołyńską, i socraj żeby mu teraz jacyś wodzowie przyrządzali normalność.

         Gdy bitewny kurz i dym z płonących opon wreszcie opadły tam „gdzie woda czysta i łąki zielone”, na gruzach naszej małej stabilizacji niespodziewanie wyrosła nowa, świeża empusa. Ta nowożytna, krwiożercza zmora – skrzyżowanie wampa z urzędnikiem państwowym znowu zaczęła dyktować własne warunki gry.

         A ja? Cóż, jak na kronikarza przystało, zamiast z nowiuśką empusą walczyć, pokornie przyjąłem posadę jej osobistego proroka. W końcu ktoś musi opisać ten cyrk, zanim zwisną sznury, zamkną namiot i zaaresztują dyrektora.

TAKO RZECZE AUTOR

Dzieciństwo, młodość i dojrzałość przetrawiłem w PRL-u. Byłem głupi. Słuchałem. Obserwowałem. Kombinowałem, na czym polegał systemowy bandytyzm socraju.

         Pod koniec XX wieku, płynnie przechodząc w stan nadstarości – stan znacznie klarowniejszy i wyraźniejszy niż dymne bieszczadzkie chałupy – próbuję pojąć, na czym polega szwindel rządzenia krajem demokratycznym.

         Wniosek? Identyczny: czysta głupota.

         Zarówno kiedyś, jak i dziś: absurd, ględy, ciemnota, chamstwo, ćwikowatość czy jawny debilizm nie stanowią najmniejszej przeszkody w zajmowaniu najwyższych stołków. Nasz wieloświat jest niekoherentny. Bóg, stwarzając człowieka, wyposażył go w dobro i zło, mądrość i głupotę. No i w ten nieszczęsny grzech pychy. Nie ma ucieczki przed gombrowiczowską gębą i pupą. Filozofowie tłumaczą to zawiłym bełkotem, a przecież nie wolno rzeczy prostych wyjaśniać za pomocą argumentów trudniejszych. Mądrych przekonywać nie trzeba. Głupców – nie warto.

         I tak oto zacząłem majdrować przy swoim Raptularzu. W rubryce „zawód” wpisuję: „życie”. W rubryce „obecne zajęcie” widnieje bezwzględne: „umieranie”. Dlaczego? Czasem trzymają się mnie takie fanaberie. W tym wypadku uległem Kurtowi Vonnegutowi i jego Kociej kołysce. Zresztą, dalej będzie już tylko gorzej. Literackie inspiracje będą się wlec za mną jak pusta blaszanka uwiązana do kociego ogona.

         Wprowadzam tu pojęcia raczej nieznane szerokiemu ogółowi: empusy i metanoje bezpieki. Się napisało, trudno.

         W życiu i pisaniu kieruję się brutalną zasadą Trumana Capote’a ze Śniadania u Tiffany’ego: „Rób co chcesz, bylebyś nie został tchórzem, kłamcą, emocjonalnym oszustem, dziwką; wolałabym mieć raka niż nieszczere serce. Rak może cię wykończyć, nieszczerość zrobi to na pewno”.

         Co to za stwory? Empusy bezpieki to nie tylko etatowi siepacze z MBP, MSW czy MON. To także cała kasta polityków, partyjnych aparatczyków PZPR, oraz usłużnych naukowców, pisarzy i poetów. Ich zadaniem było i jest systematyczne pranie mózgów narodowi, by Grupa Trzymająca Władzę (GTW) mogła spać spokojnie.

         Z kolei metanoje to te same empusy, które z sobie tylko wiadomych powodów przeszły na drugą stronę mocy. Do najwybitniejszych zaliczam Kołakowskiego, Baumana, Woroszylskiego, Andrzejewskiego, Miłosza czy Szymborską. Przeszli transmutację i to jest w nich najbardziej fascynujące. Myślę o nich, a pod czaszkę mojego – wypranego przez socraj, ale i przez medyków – mózgu wtarabaniają się pomysły ab hoc et ab hac, skacząc ruchem najaranego konika szachowego z tematu na temat. Taki Stanisław Ciosek na przykład…

         Te opowieści bywają chaotyczne, niezborne i astygmatyczne sprawiające wrażenie, że majdrował je facet w pijanym widzie.

Zastanawiam się czasem, czy moi przyjaciele tęsknią za PRL-em Zdaje się, że jest znacznie gorzej – oni po nim płaczą. W Raptularzu regularnie wywołuję do tablicy moich komilitonów: Wandę Rutkiewicz, Ryszarda Bartoszewicza, Jerzego Kolankowskiego, Tadeusza Stecia, Władysława Pożogę, Marcelego Wieczorka, Stanisława Cioska czy Adama Solarza. Tematy o nich podrzuca mi sam diabeł, zakamuflowany pod postacią telewizji narodowej. Szukam na to odtrutki.

         Spać mi nie dają zwłaszcza Ciosek i Pożoga. Mój Boże… Może za wcześnie mianowałem ich pełnoprawnymi metanojami? Może to tylko hybrydy – w połowie nawróceni, w połowie uwaleni bezpieką? Może Hegel ukąsił ich nieco lżej niż innych ortodoksyjnych komunistów, z którymi tarzali się przez pół wieku? Może po rozpadzie dwubiegunowego świata po prostu uciekli na lepszą stronę mocy? Ciosek był chyba inteligentniejszy a Pożoga skuteczniejszy.

         Bartoszewicz i Solarz (harcmistrz z Jeleniej Góry, miłośnik Wielkiej Niedźwiedzicy) zachowali umysł nieskalany popapraństwem. Z pewnością zrozumieją to interview w lot! Ale to Steć był najbardziej scalony i zamroczony terenami, które wciąż wracają do mnie w nocnych majakach, mirażach i zwidach.

         Mam dziką chęć o tym opowiedzieć, stąd w tekście „oniriady”.

          Jak bowiem opowiedzieć o mojej bezgranicznej fascynacji Górami Olbrzymimi czy Izerskimi? Jak oddać szmer Izery albo huk spienionej Kamiennej po burzy? Jak ubrać w Słowa łomot halnego i hurgot lawin? Jak pokazać grozę piorunów walących w bazaltową grzędę Śnieżnych Kotłów i majestat samego Ducha Gór?

         No i jak opowiedzieć o barbarzyństwie myśliwych, gdy – jak pisał William Blake – „Błąkająca się sarna po lesie / Ludzkiej Duszy niepokój niesie”?

         Wierzę, że myślący czytelnicy potraktują ten Raptularz jako antidotum na totalną indoktrynację. Hołduję tu brutalnej zasadzie, którą za Olgą Tokarczuk powtarzam jak mantrę:

Nie piszę książek dla idiotów.

Oczywiście nie mogę wykluczyć, że systemowi „pracze” zmieszają mnie za to z błotem. Ale ja przecież uwielbiam taplać się w błotku! Sam o mokradłach i bagnach pisałem niegdyś z entuzjazmem godnym lepszej sprawy. O moczarach nie tylko słyszałem – ja je doskonale znałem. Opisywałem przecież generała Mieczysława Moczara i słynne hasło głoszone przez jego wiernych klakierów: „Kto nie z Mieciem, tego zmieciem!”.

         Wbrew malkontentom, w Rzeczpospolitej Pieroga i Zalewajki (RPiZ) wydaje się rocznie 37 000 tytułów. To całkiem spory poligon. Zdradzę Wam, że w Czytelników będę regularnie ciskał fragmentami tajnych „kwitów”. Papiery zdobyte moim własnym „sposobem” opatruję autorskim komentarzem. Te dokumenty mają demaskować, a nie gmatwać. Mają pokazać, jakimi metodami władza urabia społeczeństwo. Ten proceder przecież nigdy się nie skończył.

         „Dobra zmiana” do tych peerelowskich obtłuczeń dorzuciła narodowi nowe, paskudne wybroczyny, dzięki którym GTW czuje się całkowicie bezkarna. Czy współczesne empusy ogryzą dzisiejszą Polskę do kości? Czy nasz kraj po wypaleniu się tej władzy będzie wyglądał jak nędzny szkielet marlina z utworu Hemingwaya Stary człowiek i morze?

         To oczywiste – gdy w państwie gniazdo wije prywatna chciwość i bezbrzeżna głupota, nadciąga narodowa tragedia. Przy czym głupota jest o wiele groźniejsza. Najbiedniejszy kraj przetrwa złodziejstwo. Najbogatszy nie przetrzyma debilizmu.

         Masakrując bezczelnie Jorge L. Borgesa, podsumuję to tak: czyn pojedynczego człowieka należy w jakiś sposób do całej ludzkości. Nie ma chyba niesprawiedliwości w tym, że grzech nieposłuszeństwa w rajskim ogrodzie rzuca plamę na nas wszystkich. Ani w tym, że ukrzyżowanie jednego Żyda wystarcza, by ludzkość zbawić. Ani w tym, że tragiczna śmierć prezydencka miała stać się zwiastunem narodzin nadludzkiej postaci „Ojca Ojczyzny” – dziewiczego Zaratustry RPiZ. Kto wie, czy Schopenhauer nie miał racji? Na samo wspomnienie tego, co zapisałem, świerki w moim ogrodzie zaczynają szaleć. Kiwają się ze strachu niczym potulni ministrowie przed toruńskim Tatką Dyrektorem.

         Czy boję się zarzutów, że brak mi patriotyzmu?

Owszem. Ale patriotą chyba jednak jestem – szczególnie dziś, gdy prawdziwy patriota to człowiek zmuszony bronić Ojczyzny przed własnym rządem i nierządem. Na czele państwa stoi Karol Nawrocki, który rzekomo wszystko może. Obok kręci się były premier Mateusz Morawiecki, który tradycyjnie kłamie, ale już nic nie może. A nad nimi unosi się wieczny duch „Ojca Ojczyzny” – szeregowego posła, który kłamie równie bezczelnie, za to wciąż wszystko może.

         Choć właściwie już nie chce móc, bo zwyczajnie pęka ze strachu, że hakownicy wreszcie odpalą na niego ukryte „kwity”. Zawołam więc prosto w twarz:

Hej, empusy! Zróbcie coś pożytecznego dla kraju – odsuńcie się od koryta!

A te całe służby specjalne trzeba po prostu rozpieprzyć w drobny mak i zbudować od nowa!

         A jeśli GTW nie posłucha? Tedy podeprę się Bułatem Okudżawą: A jeżeli wszystko na nic? Jeżeli znów będzie jak przedtem? To niech Bóg mi wybaczy, a syn niech mnie osądzi – że niepotrzebnie, a może całkiem na próżno, rozwinąłem w tym Raptularzu szczęśliwe skrzydła nadziei.

         Przez całe życie czułem się jak pekińczyk rżnięty przez słonia. Ta egzegeza głupoty rządzących nie wiedzieć czemu potwornie mnie rajcowała. Cieszyłem się, to fakt. Cieszyłem się, bo zrozumiałem, że Dobry Bóg, stwarzając świat, zakreślił wyraźne granice dla wszystkiego. Nawet dla ludzkiej mądrości. Nie ustanowił natomiast żadnej granicy dla głupoty.

         Duchu Święty! Czy to aby uczciwe? Wpadło mi pod czerep, że grzech pychy otworzył wrota powszechnego chaosu. Gdy to pojąłem, miałem prawo przypuszczać, że dopadł mnie wreszcie zbawienny promyk z latarni Diogenesa. Szkoda tylko, że do kompletu nie dostałem jego kija. Kija mi brakowało. Masom zresztą też. Nasze społeczeństwo opanował totalny bezczyn, drętwota i bezpieczny eskapizm. Mieszkańców Kraju Pieroga i Zalewajki niezwykle rzadko rozpalał żar zmian. Mieliśmy Poznański Czerwiec ’56, rewoltę na Wybrzeżu w 1970 roku i wielki zryw Solidarności AD 1980, ale… po każdym buncie natychmiast dopadał nas marazm. Co prawda dziewięć lat później podobno wybiliśmy się na niepodległość, podobno Lech Wałęsa osobiście obalił komunę – podobno… Gdyby jednak nie globalny rozpad dwubiegunowego świata, zobaczylibyśmy tę wolność jak świnia niebo.

         Mimo wszystko u progu lat 90. odnieśliśmy sukces – wybraliśmy swoich władców. Niestety, zadowalając się mityczną „ciepłą wodą w kranie”, szybko spoczęliśmy na laurach. To pozwoliło władzy na bezgraniczną pychę. Z każdą kolejną kadencją rządzący stawali się coraz bardziej aroganccy, megalomańscy i mitomańscy.

I tak zostało do dziś.

Bierność i otępienie tłumu idealnie służą utrzymaniu tego status quo. Władcy faryzejsko powtarzają: „Macie przecież kartę wyborczą, decydujcie”. Jednocześnie bezczelne kłamstwo nie schodzi im z warg. Oszustwo i kabotyństwo stały się oficjalnym synonimem współczesnego polityka.

         W RPiZ karta wyborcza w gruncie rzeczy nic nie znaczy. Nigdy nie była realnym batem na rządzących. Przecież wyborcy są dokładnie tacy sami jak inteligencja, z której rekrutuje się wierchuszka. A nasza inteligencja bywa ordynarnie sprzedajna. Dlatego władcy mogą traktować obywateli jak zidiociałe popychadła, potrzebne wyłącznie raz na kilka lat do wrzucenia głosu.

         Ha! Cóż… Myślę, że wszyscy powinniśmy prędzej czy później przeczytać Faraona, aby wreszcie pojąć prostą prawdę: ten, kto kontroluje informację, ten manipuluje tłumem.

         Gdy naród to wreszcie zrozumie, będzie można z czystym sumieniem skopać tyłki rządzącym. Ograniczyć im immunitety do niezbędnego minimum, a parlamentarzystów opiłować o połowę i być pewnym jednego: skoro udało nam się przeżyć gomułkowskich docentów, to z palcem w nosie przeżyjemy pisowskich profesorów i platformerskich, niepokalanych demokratów.

PS 1.  Pracując od pół wieku nad Raptularzem, muszę zmajstrować kawałek blachy na swoją żelazną dupę. Stąd oświadczam: osoby wymienione jako „grupa trzymająca władzę”, „politycy”, „służby specjalne” czy „dziennikarze” – a opisane negatywnie, nawet z użyciem obelżywości – mogą czuć się urażone tylko wtedy, gdy same potwierdzą, że moje sugestie dotyczą imiennie właśnie ich. Nie było bowiem moją intencją obrażanie kiedykolwiek, kogokolwiek i o cokolwiek.

PS 2. Jest to początkowy fragment przygotowywanej książki pod roboczym tytułem: MIAŁEM KIEDYŚ PRZYJACIÓŁ. RAPTULARZ ZNALEZIONY POD WYCIERACZKĄ.

MOJE WETO WOBEC INTERNETOWEJ DEZINFORMACJIOświadczenie Henryka Piecucha

Mój stan zdrowia nie pozwala mi już na jałowe, wycieńczające utarczki z biurokracją polskiej Wikipedii (vide: „List otwarty do Wikipedii” na stronie internetowej wydawnictwa CB). Kiedy szanowana przeze mnie niegdyś internetowa encyklopedia nagle zmienia mój życiorys w paszkwil noszący znamiona ordynarnego hejtu, a moje oficjalne prośby o sprostowanie są odsyłane na przysłowiowy „Berdyczów”, mówię: dość! Nie będę kopał się z koniem ani prosił anonimowych moderatorów o łaskę szacunku dla faktów.

Jako autor ponad stu książek wydanych w nakładzie ponad dwóch milionów egzemplarzy, około 4 tysięcy materiałów prasowych oraz ponad dwóch tysięcy rzeźb, obrazów, grafik, kolaży, asamblaży, rysunków, projektów okładek i unikatowych form szklanych wykonanych ze szkła kryształowego (po raz pierwszy barwionego tlenkami ziem rzadkich), wreszcie jako świadek historii i człowiek, który całe życie ufał prawdzie – publikuję to oficjalne oświadczenie tutaj, na moim autorskim blogu. To moje osobiste i ostateczne weto wobec manipulacji, jakich dopuszczono się w sieci na temat mojej biografii.

Oto fakty, których „wolna encyklopedia” nie chce przyjąć do wiadomości:

  1. Służyłem wolnej Rzeczypospolitej

Wikipedia uparcie pomija kluczowy etap mojej drogi mundurowej. Jestem pułkownikiem Wojsk Ochrony Pogranicza oraz Straży Granicznej w stanie spoczynku. Obie te formacje są niezwykle bliskie mojemu sercu. W mundurze pełniłem różne funkcje: od zastępcy dowódcy strażnicy, poprzez dowódcę strażnicy, zastępcę dowódcy Górskiego Batalionu WOP w Szklarskiej Porębie i instruktora w Łużyckiej Brygadzie WOP, aż do stanowiska kierownika działu wojskowego, zastępcy redaktora naczelnego „Granicy” oraz redaktora naczelnego „Granicy”, a po 1990 roku – „Straży Granicznej”. Po powstaniu III RP brałem czynny udział w trudnym procesie formowania nowoczesnej Straży Granicznej. Wymazywanie tego faktu z mojego życiorysu to ordynarne fałszowanie historii ustrojowej Polski.

  1. Moje archiwum fotograficzne

Internetowi „znawcy” zza biurka próbowali wmówić opinii publicznej, że mój dorobek fotograficzny nie istnieje. Tymczasem na przestrzeni dekad wykonałem ponad 200 tysięcy zdjęć. Były one publikowane w prasie krajowej i zagranicznej, a także stanowiły integralną, dokumentalną część moich własnych książek. O mojej pasji i dorobku fotograficznym pisali wybitni autorzy, w tym znany himalaista i fotograf Bogdan Jankowski w miesięczniku „Góry” (nr 3/2016) oraz Zbigniew Damski w książce „Pasje nasze, czyli sposób na wszystko”. Już w sierpniu 1974 roku zdobyłem II nagrodę w ogólnokrajowym konkursie „Nasza polska Rzeczypospolita Ludowa i jej siły zbrojne”, a po niej przyszły kolejne wyróżnienia i wystawy – zarówno indywidualne, jak i zbiorowe, m.in. w Warszawie, Lublinie, Jeleniej Górze, Szklarskiej Porębie czy Lubaniu. Robiłem to zawsze na własnych warunkach, z awersją do oficjalnych związków twórczych i salonów. Moje książki, prace plastyczne i zdjęcia bronią się same.

  1. Cenzura moich najnowszych dzieł

Strażnicy internetowej poprawności udają, że nie widzą moich ostatnich, ważnych książek. Z biografii bezczelnie wycięto wzmianki o pozycjach:

  • „O czym wiedziały tajne służby? Zdumiewająca niefrasobliwość Instytutu Pamięci Narodowej” (CB, Warszawa 2016);
  • „Proces. Kłamstwa, mity, dezinformacje i konfabulacje” (Agencja Wydawnicza CB, 2023) – stanowiących moją kluczową polemikę z historycznymi kłamstwami;
  • „Tłuste koty wymiaru sprawiedliwości i…” (Agent PR Wydawnictwo Naukowe, Kraków 2025) – mojej setnej, jubileuszowej książki, która jest bezkompromisowym podsumowaniem mojej wieloletniej pracy pisarskiej i analizy polskich przemian.

Nie mam już siły na walkę z systemowym betonem i ludzką złośliwością. Niech anonimowi cenzorzy dalej bawią się w swoją wirtualną rzeczywistość. Prawdziwa historia moich książek, moich 200 tysięcy negatywów, innej twórczości plastycznej oraz mojej wiernej służby na granicy w barwach WOP i Straży Granicznej i tak obroni się sama w rękach rzetelnych czytelników.

To tutaj, na tej stronie, znajduje się prawda. Reszta to internetowy szum.

płk Henryk Piecuch

WAŁĘSA I…

Gdyby Lech Wałęsa był tak wysoki jak jego ego mógłby na kolanach Księżyc sidolem czyścić. Były pierwszy prezydent III RP (po obaleniu gen. W. Jaruzelskiego) nie może usiedzieć spokojnie. Od czasu do czasu wynajduje jakiś pretekst aby przypomnieć o swoim istnieniu. Ostatnio poinformował w serwisie społecznościowym, że przed laty przekazał „tysiące dolarów na rzecz specjalistycznej instytucji ochrony zdrowia, której siedziba mieści się w budynku gdańskiej „Solidarności”. W ramach podziękowań na budynku zamieszczono tablicę, informującą o donacji. „Po paru latach zdemontowano tablicę, jak się wydaje bezpowrotnie”. Niegdysiejszy lider „Solidarności” i mierny prezydent nie ukrywa oburzenia takim obrotem zdarzeń. We wpisie skierował stanowcze żądanie do osób odpowiedzialnych za usunięcie tablicy, będącej dowodem jego hojności .”Żądam przywrócenia na miejsce tablicy albo zwrotu ofiarowanych tysięcy dolarów z odsetkami dodanymi od daty usunięcia tablicy” – napisał.           L.W. napisał co napisał, a ja przypominam fragment tego, co kiedyś także o nim napisałem:

          BOLEK I “BOLEK”, CZYLI TAJEMNICA TAJEMNIC

                                              Spójrzcie, jaka wciąż sprawna,

                                              jak dobrze się trzyma

                                              w naszym stuleciu nienawiść.

                                              Jak lekko bierze wysokie przeszkody.

                                              Jakie to łatwe dla niej – skoczyć, dopaść.  

                                                                                                       Wisława Szymborska   

         Gdy byłem młodszy i wrażliwszy, ojciec mój dał mi pewną radę, że…  C’era una volta, tak, był sobie raz kawał drewna. Nie było to drewno najlepszej jakości. Mimo to zapotrzebowanie społeczne sprawiło, że masy – inteligenci i robotnicy, że media i specsłużby wystrugały z niego postać mieniącą się wszystkimi kolorami tęczy. Tak stworzono Wałęsę. No, to tu kolejne wprowadzenie do Wodza (Lecha Wałęsy – HP). Powtarzam – postać to tak barwna, jak kontrowersyjna. Jedni mówią, że słynny „Bolek” to kryptonim konspiracyjny “S” z lat 80. lub służb specjalnych z dwóch ostatnich dekad Peerelu. Inni, że jest tworem mediów. Inni, że jest wynikiem zapotrzebowania społecznego, osób stadnych, zawsze gotowych za kimś iść. Inni, że stworzyli go doradcy, którym był potrzebny ludowy przywódca, aby porwać tłumy. Jeszcze inni dopatrują się wpływów mocy anielskich. Sam Wałęsa mówi, że posądzający go o niecne sprawy, mają takie pojęcie o jego walce i zwycięstwach, jak kaczki o prawie i sprawiedliwości. Jego wrogowie skradają się ku niemu niczym koty, aby go pożreć i za pomocą fałszywek pozbawić solidarnościowej legendy. Ale Wałęsa ma wyrok sądowy poświadczający jego nieagenturalność. W III RP sądy są omnipotentne (vide: Proces. Kłamstwa, mity, dezinformacje i konfabulacje – HP). Mądre, niezależnie i niezawisłe a rebours. Omnipotentne niekiedy także od logiki i rozumu. Dysponują wszechwładzą, mają moc rozstrzygania spraw historycznych. Wydaje się, że po wyborach 7. kadencji Sejmu, kiedy ministrem sprawiedliwości został mianowany Jarosław Gowin, człowiek wściekle inteligentny dr filozofii, także on połamie sobie zęby na Temidzie Kraju Pieroga i Zalewajki. Ale ja mu tego nie życzę.       Wałęsa ma także świadectwa moralności wystawione przez mądrych ludzi. Takich jak Jaruzelski i Kiszczak. Wódz wojował z nimi przez całą dekadę, albo i dłużej. Przekonuje, że pokonał generałów w walce. Wydarł ich reżimowi władzę. Obalił komunę, mimo że generałowie co rusz faulowali brutalnie. I mimo, że Jaruzelski w 1970 r. nakazał strzelać do takich jak on, a w grudniu 1981 r. wydał rozkaz hordom aby ruszyły na naród, to on, Lech Wałęsa, publicznie podał rękę Jaruzelskiemu. I wówczas przypominał bacę, który zatrudnił hordę wilków, aby pilnowały jego owieczek pasących się pod lasem. Bo Wałęsa jest w stanie każdemu wybaczyć jeżeli mu się to opłaca. A durnie, którym nie wybacza, nie bardzo go obchodzą. Jaka jest prawda o micie Wodza? Czyżby wszyscy mieli rację? Albo nikt jej nie miał? Nie można wykluczyć, że każdy z wymienionych czynników miał wpływ na kształtowanie się mitu. Jednak nie można nie widzieć, że przywódca i lider „S” zrodził się samorzutnie, w odpowiedzi na zapotrzebowanie geopolityczne. U nas, w krainie Jana III Sobieskiego, Kopernika i Chopina, na burzyciela jałtańskiego porządku wybraliśmy robotnika-zwyklaka, który okazał się niezwykły. Prawie całkowicie zapomnieliśmy o Ronaldzie Reaganie, Michaile Gorbaczowie i Janie Pawle II, którego Imperium Zła chciało zmieść z tego świata (vide: Strzały do Papieża i narodu). Rola którą ci mężowie odegrali w obaleniu świata dwubiegunowego jest trudna do przecenienia. W sąsiedniej Czechosłowacji, w krainie Szwejka, wybór padł na inteligentnego Vaclava Havla, którego życiowym leitmotivem było: Prawda i miłość musi zwyciężyć nad kłamstwem i nienawiścią.  Co by tu jednak nie napisać, to i tak warto wiedzieć, że gdyby nie było Wałęsy, należałoby go stworzyć. W przedrewoltowym tumulcie specsłużby były w stanie tego dokonać. Być może wada Wodza tkwi w tym, że jako prezydent zajął się konstruowaniem Koloseum, w którym funkcję gladiatorów pełniły elity. Prezydentura potrzebna była Wałęsie jak rybie narty. To przecież on, chyba nie bez podpowiedzi Kaczyńskich, sprawił, że politycy, niczym tytani w starożytnej Grecji, wykorzystują do rozstrzygania sporów mównicę sejmową. Jeden z nich Kaczyński – Kronos obalił swego ojca Wałęsę – Uranosa. Uzbrojeni w demagogię, pomówienia i kłamstwa tytani – politycy polaryzują społeczeństwo. Pytanie brzmi: kiedy się znajdzie jakiś Zeus i skasuje to szemrane towarzystwo? Taką rolę mogłaby odegrać kartka wyborcza. Niestety, jeżeli chodzi o zaangażowanie, społeczeństwo polskie jest zbyt indyferentne. Bez czujności wyborców politycy idą w szkodę. Idą zmiany. Awantury wokół ACTA świadczą, ze coś się rusza. Coś się budzi. Na razie w najmłodszym pokoleniu. ACTA to dzieło szatana i wielkich korporacji. Zaś wolność to niezbywalne prawa człowieka. Po jednej i drugiej stronie jest wiele patologii. Wolność to brak przeszkód, ograniczeń, nacisków, cudzej ingerencji, przymusu itp. Twórcy ACTA nie chcą uznać, że internet to myślenie i wolność. A myśli i wolność okuć się nie dają (acz takie próby bywają częste). Natomiast protestujący muszą brać pod uwagę biblijne: Nie kradnij (Mt 19, 18). Co na ten temat ma do powiedzenia Wałęsa? Jest za, a nawet przeciw. Był przeciw cenzurze. Walczył o wolność. Mówi, że nie może być tak jak jest. Coraz więcej ludzi, rozdrażnionych arogancją władzy podświadomie tęskni za społeczeństwem obywatelskim. Pomaga internet. Wiele wskazuje, że zdanie z Manifestu Komunistycznego znowu wróci do łask: Chcemy was teraz zniszczyć i przywłaszczyć sobie wszystko, co do was należy. Świadczą o tym hasła: Jesteśmy anonimowi! Imię nasze Legion! Nie wybaczamy! Nie zapominamy! Nadchodzimy! Może młode pokolenie, zamiast arogancji władzy zechce zbudować agorę. Można by wówczas demokratycznie rozstrzygać problemy wynikłe w procesie modernizacji państwa. To ostatnia szansa Wodza. Wkręcić się na doradcę walczących.  Dostać rolę współczesnego Sokratesa. Jest w tym dobry. Jako internauta jest rozpoznawalny. W tym tkwi jego największa tajemnica. Z takich ludzi wyrastają albo genialni przywódcy, albo wielcy tyrani. Podążając za takimi osobnikami, ludzie podejmują rewolucyjne działania i budują schody do piekła. Tacy przywódcy powtarzają tłumom: kupą, mości panowie! Kupą! Tylko kupą! Bo kupy nikt nie ruszy. Nikt nie zwycięży. Być może koniec XX wieku był w Polsce ostatnim okresem, w którym istniało zapotrzebowanie na takie postaci. Wałęsa potrafił radykalizować politykę opozycji, ale i absurdalizować politykę władz. Nawet dziś miło na niego patrzeć, jak z Heglowsko – Marksistowsko – Nietzscheańską podejrzliwością przygląda się świętym eremitom z PiS-u, peeselowskim Kaligulom albo platformerskim Neronkom i eseldowskim komsomolcom ostrzegając, aby nie potłuścieli w dymie kadzideł. Chyba bez specjalnego wstrętu przygląda się, jak jego niedawni uczniowie podrzynają gardła rywalom prącym do władzy. Bo – przypomina zapominalskim – istnieje zasadnicza różnica między demokracją i dyktaturą. W demokracji durnie mają prawo głosować. W dyktaturze oni rządzą. I jest ni w pis, ni w peo. Słowa Wałęsy przypominają ryk dzikiego lwa, którego nie sposób opisać. Można jedynie powiedzieć, że się słyszało, jak lew zaryczał. Wałęsa w krzyku był i jest wielki. Wałęsa z książek, mediów i opowieści jest bliżej ludzi. Jest człowiekiem ze skazą, z widocznym rdzawym defektem. Ale w książkach brak rozwinięcia środkowego rozdziału. Opracowania gry “S” z bezpieką. W tych latach Wałęsa był chyba największy. Ten odważniak wszedł do historii na czołowym miejscu. Nikt go nie zdoła z pomnika zrzucić Ale pozłotkę warto z niego ściągnąć tak jak ściągnięto ją z prałata Henryka Jankowskiego. Wówczas znowu zbliży się do ludzi. W czasie prezydentury Wałęsa nie docenił kilku sił, m.in. nacjonalizmu i pieniądza, oraz związków religii z polityką. Jako człowiek wiary nie wziął pod uwagę, że ilekroć polityka miesza się z Bogiem, otwiera to drogę do piekła. Stąd, mimo jego klerykalizmu, który prezentuje publicznie, jego kłopoty z o. dyrektorem Rydzykiem.      Nigdy nie spełniał kryterium rasowego agenta. Wałęsa mówi, że argumenty wymyślone i podsunięte przez esbecję były chętnie podejmowane przez takich ludzi, jak Kaczyński, Macierewicz, Wyszkowski, Gwiazda czy Walentynowicz. Wrony kraczą kolektywnie. Orzeł szybuje sam – przekonuje, a w Mojej III RP snuje przypuszczenia, że tooni bardziej pasowali władzy. Nie jest to zgodne z prawdą. I jest to okazja, aby w skrócie przypomnieć, jak było. Specjaliści resortu od początku “S” analizowali, który z działaczy byłby najlepszy, z punku widzenia MSW, na funkcji szefa związku. Gwiazdę odrzucili. Bo za mądry. Annę Walentynowicz, bo za głupia.  Kaczyńskich nikt nie brał pod uwagę. Wybrano rozwiązanie pośrednie. Wałęsa ze swoim charakterem i minimalistycznym wykształceniem nie uchodził w świetle analiz za szczyt intelektu. Padło na niego. Analitycy nie wzięli pod uwagę cech Wałęsy, które pozwoliły mu osiągnąć to, co osiągnął. Zlekceważyli przyrodzoną niektórym osobom dążności do realizacji marzeń. Masz psa, marzysz o kocie. Masz rower, chcesz mieć samochód. Wałęsa miał stanowisko przy warsztacie. Marzył o zostaniu majstrem, którym go nie mianowano. No to został związkowcem. Potem prezydentem. I w tym miejscu można zacytować M. Saltykowa-Szczedrina: Bez nauki zgłębił wszystkie nauki. Genialna natura, powiadam wam. Nauki mu nie potrzeba, bo do wszystkiego dochodzi własnym rozumem. Takie kariery się zdarzają, gdy czasy są wyjątkowe. Ale nim do tego doszło, na przeciwległym krańcu kraju od Trójmiasta doszło do manipulacji służb specjalnych. Oto garść faktów świadczących o ich inspiratorskiej roli. Zaczęło się we wschodnich regionach kraju. Były tam zakłady zbrojeniowe, podwójnie infiltrowane przez służby MSW i MON, nie mówiąc już o GRU i KGB. W tych zakładach uagenturnienie najważniejszych stanowisk przekraczało 15 procent.     Nagle naród zrozumiał, że pospolitość Peerelu jest nie do wytrzymania, że wszystko się zawęża, robi się ciemne, sformatowane, zjustowane i socraj zdycha. Nie wiadomo, dlaczego w tych ośrodkach zrodził się protest. Jaki był w tych działaniach udział agentury bezpieki? Jaki wojskowych i sowieckich służb specjalnych? Jaki zwykłego przypadku lub kretyńskich działań partyjno-rządowych? Dlaczego fala strajków przeniosła się na Wybrzeże, by następnie rozlać się po kraju?  Przypadek to? A może manipulacja służb? Może zadecydowały oba czynniki? Jedno nie ulega wątpliwości – Trójmiasto było najlepiej przygotowane do rozniecenia nastrojów niezadowolenia i rewoltowania mas. Tu była najsilniejsza, mająca doświadczenie zdobyte w 1970 r., opozycja. W jej skład wchodzili robotnicy i intelektualiści. Tu zalążek buntu tlił się od czasów poprzedniej rewolty. Tu byli ludzie zdolni pokierować buntem mas. W Warszawie też buzowały nastroje niezadowolenia. Ale w garach mieszali intelektualiści. A ci, wiadomo! Zawsze zatrzymywali się na granicy czynu. Na ulice nie wychodzili! Strajków nie organizowali! Za kamienie nie chwytali! Większych burd nie wywoływali! Najwyżej jakiś list wysmażyli. Dlaczego nagle naród zmądrzał i postanowił połączyć siły? Na takie pytanie nie da się odpowiedzieć bez zaglądania do “kwitów” służb lub archiwum Pana Boga. Z pozostałych w Biurze „C” MSW śladowych dokumentów wynika, że już w początkowym etapie sprawa zaczynała się wymykać spod kontroli władz. Agentura nie była w stanie opanować sytuacji. Zniknęli agenci szybkopiórni, a z guzdrałami ciężko było opanować żywiołowy ruch. Funkcjonariusze na etatach niejawnych potracili głowy. Oficerowie obiektowi bezradnie rozkładali ręce. Nawet posłuszni współpracownicy zaczynali mieć w głębokim poważaniu wieszczenia funkcjonariuszy, że jak narażą się specsłużbą, to zostanie z nich gówno i pazury. 14 sierpnia 1980 r. do ataku przystąpił Wałęsa. Objął kierownictwo Komitetu Strajkowego Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Dlaczego on? Przecież od 1970 r. przez 10 lat o Wałęsie było prawie cicho. U progu lat 80. liczył się KOR, nie Wałęsa. Przyznając sobie prawo do zdziwienia, dlaczego tak się stało, zastanawiam się i spekuluję, czy z Wałęsą nie jest tak, jak z Krzysztofem Kolumbem, który nie wiadomo co by jeszcze nie odkrył, gdyby na jego drodze nie stanęła Ameryka. Czy gdyby nie doradcy z Mazowieckim i Geremkiem na czele, były przewodniczący “S”, inspirowany przez służby, nie odkryłby na przykład ludzkiej twarzy socjalizmu. 

         Pewne światło na sprawę rzuca „burza mózgów” w MSW od czasów Szlachcica był to rutynowy element działalności Firmy. Zbierało się szerokie kierownictwo – minister, wiceministrowie, dyrektorzy departamentów, sekretarz KZ PZPR (niekiedy dopraszano dla zreferowania omawianego tematu kogoś mądrzejszego, jakiegoś specjalistę). Po objęciu przez Wałęsę kierownictwa Komitetu Strajkowego oceniano, kto będzie najwygodniejszym dla władz przywódcą strajkowym. Można by przyjąć, że gdyby nie Wałęsa, “burza mózgów” straciłaby w resorcie rację bytu. Analizowano psychologiczne cechy kandydatów. Rozważano co resort może zyskać na ryzykownej grze. Na początku wykluczono sytuację, w której uda się przeforsować na przywódcę jakiegoś zakamuflowanego oficera lub sprawdzonego agenta. Służby specjalne nie miały takiego kandydata!!! I jest to koronny argument, że Wałęsa nie mógł być “Bolkiem”. Kadry były słabością peerelowskich służb. Po doświadczeniach 1970 r. zaplanowano niektóre czynności. Ale nie przygotowano przedsięwzięć operacyjnych, w tym agentury. Przygotowano kadry dla ZOMO. W kilku brygadach WOP utworzono specjalne pododdziały w sile batalionu, szkolące rekrutów dla MO. Nie przewidywano, że protesty społeczne i strajki będą miały aż tak ogromny zasięg. Kilkakrotnie jako dziennikarz obserwowałem akcje pacyfikacyjne ZOMO. Mundurowi ustawiali się naprzeciw manifestantów. Na sygnał dowodzącego zomowcy zaczynali tłuc pałami w plastykowe tarcze, które dzwoniły jak w Wielki Piątek kołatki pokutne. Jednak kołatki nie były groźne. ZOMO było. Szczególnie gdy ruszyło na demonstrantów, tłukąc ogromnymi niczym kłonice pałami już nie w tarcze, ale ludzi.

         Tym razem podczas „burzy mózgów” wiele do powiedzenia miał Pożoga (vide: Pożoga. W. Jaruzelski tego nigdy nie powie). Generał miał doświadczenie. Znał sytuację, ludzi i agenturę. Zwykle pracował od 7.00 do 23.00. Z krótką przerwą na obiad. Pewnie dlatego był tym, kim był. W przedrewolucyjnej sytuacji z jednej strony karierę robili autentyczni robotnicy z Wałęsą, Frasyniukiem, Bujakiem, Walentynowicz, a z drugiej wypływali funkcjonariusze z Kiszczakiem, Pożogą i Dankowskim. A intelektualiści? Oni mieli ustaloną pozycję rewizjonistów. Jednak rewizjonistami nikt się nie przejmował. Wystarczyło bowiem zaoferować im lepsze stanowiska. Dać paszport, aby mogli pobuszować za granicą. Ostatecznie zamknąć do kryminału. Innych opozycjonistów, m.in. Moczulskiego, Najdera, Macierewicza (którego MSW ukierunkowano na Amerykę Łacińską – HP) czy Kaczyńskich także nie brano poważnie pod uwagę. Wśród przeciwników realnego socjalizmu władze najbardziej obawiały się Kościoła i chyba KOR-u. Na KOR skuteczne było zaostrzane prawo i wymiar sprawiedliwości, idący na pasku polityków i specsłużb. Aby uspokoić hierarchów, wystarczył generał Kiszczak. Zaprzyjaźnił się z kim trzeba. Wydał kilka zezwoleń na budowę świątyń. Zwiększył pulę przydziału paszportów. I był spokój. A jak koś z Kościoła próbował wierzgać, to minister miał w odwodzie Departament IV. Ci chłopcy nie byli od dogadywania się. Byli od organizowania prowokacji, bicia i zabijania (vide: Krucjata generałów)

          Intelektualiści zorientowawszy się w szansach, jakie daje rewolta na Wybrzeżu, ściągali do Trójmiasta jak wieloryby do kryla. Brylowali korowcy. Dołączali do robotników. Doradzali, choć nie zawsze zgodnie ze zdrowym rozsądkiem. W MSW wypracowano decyzję taktyczną. Skoro strajkujący chcą Wałęsę to niech zostanie. Nie przeszkadzamy. Wałęsa ma poparcie ludzi. Nie ma doświadczenia. Nie umie manipulować masami. Zobaczymy, co zrobi, jak sobie poradzi. Będziemy obserwować. Będziemy mu dyskretnie pomagać. Dbać, by nie zbaczał z kursu, nie urwał się z haczyka. Będziemy go inspirować. To nie może być trudne. To prostak. Nie połapie się, co jest grane. A jak się połapie? To będzie za późno. Nie będzie się mógł wycofać. Będzie nasz. Wałęsa musi przegrać. Jak się zbiesi można go zamknąć. Postanowiono wzmocnić agenturę w stoczni. Takie zadania stawiano na każdej odprawie. Zielone światło otrzymały działania kapturowe. Pamiętano grudzień 1970 r. Wówczas 50 oficerów bezpieki, w większości podwładnych Pożogi, wiodło kiedy chciało, jak chciało i gdzie chciało, dwutysięczny tłum (widziałem to na własne oczy – HP). Ale rewolty nie można zaplanować, zadekretować. Rewolta rodzi się spontanicznie. Zapomniano o tym. Gdy tłum przekroczył pięć tysięcy, sytuacja wymknęła się spod kontroli. Trzeba było zabijać.

         MSW popełniło błąd. Nie doceniono intelektualistów. KOR już mocno siedział w stoczni. Były także inne struktury. Zignorowano jajogłowych. Zbagatelizowano rolę Kościoła, jednoznacznie opowiadającego się za strajkującymi. Gdy się w tym połapano, nie było szans na przeciwdziałania. Intelektualiści zawarli sztamę z robotnikami. Kościół zapewniał nie tylko opiekę duchową, ale także materialną. Strajkujący zrozumieli, że bez Kościoła i mózgów jajogłowych wszystko skończy się tak jak zawsze. Układ robotników z intelektualistami udało się rozbić dopiero Wałęsie w czasie prezydentury. W drugiej połowie sierpnia 1980 r. sprawy, wedle MSW, zaczęły toczyć się w niebezpiecznym dla władzy kierunku. 16 sierpnia 1980 r., w odpowiedzi na agenturalne doniesienia o przygotowywanych 21 postulatach strajkowych, w MSW kontynuowano rozważania: zostawić Wałęsę czy zastosować zatrzymanie? Mądrym najtrudniej zrozumieć, że ludzie uważani za głupców czasami mają rację.

          Z udziałem agentury kapturowej rozpowszechniano informację o dwuznacznej roli Wałęsy. Podstawę dezinformacji stanowiły dwie wersje o wejściu elektryka na teren stoczni. Prawdziwa, czyli skok przez płot. Oraz fałszywa – przywiezienie motorówką Marynarki Wojennej. Kilka razy “świadkowie” szeptali, że widzieli Wałęsę w takich miejscach, gdzie on nie mógł być. Jakie jest moje zdanie? Sądzę, że Wałęsa dotarł do muru. I mur tam był. Ludzie często widzą to, co chcą zobaczyć. Część świadków opowiada, że w momencie przewożenia Wałęsy do stoczni, obok motorówki pojawił się okręt podwodny. Jest to operacyjna konstrukcja typu “szły dwie osoby, jedna do pracy, a druga w T-shircie”. Rozpatrując agenturalne uwikłania, trzeba uwzględnić psychologiczny mechanizm stosowany przez specsłużby. Wystarczy coś wymyślić i często to powtarzać, aby ludzie uwierzyli. Polega to na wmawianiu ludziom wspomnień dotyczących zdarzeń, w których nie uczestniczyli. Manipulant – oficer lub agent zdobywa zaufanie figuranta. Następnie zarzuca przynętę sugerując, że podobne wydarzenie mogło mieć miejsce. Ofiara zaczyna o tym myśleć. W ten sposób oswaja się z tym, co jeszcze przed chwilą było jej obce. Potem manipulujący dorzuca kilka nieistotnych szczegółów związanych z życiem figuranta. To przyspiesza konfabulację. Można też rzucić na “rynek medialny” jakiś celowo dobrany dokument. Od tego momentu manipulujący nie musi już robić niczego. Figurant sam dokończy dzieła. Coraz silniej będzie obstawał przy prawdziwości “przeżycia”. Gdy do tego dodamy “wsparcie” fałszywkami lub alokucją jakiegoś medioty – sukces murowany. Tę metodę stosują Kaczyński i Macierewicz przy próbie wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej a niegdyś, z pomocą tej metody złapano w sieć Walentynowicz. Ona by nie poszła na żadne układy z bezpieką. Postanowiono wykorzystać jej uczciwość w inny sposób. Jest to możliwe w wypadku osób prawych, którym w głowie się nie mieści, że mogłyby być manipulowane. Nawet nieświadomie. Myślę, że w tym wypadku decydującą rolę odegrały spreparowane na Wałęsę materiały oraz “kwity”, że ona sama ma być otruta. Strategia z pozorowanym truciem lub z innymi rzekomymi sposobami pozbywania się niewygodnych figurantów ma długą tradycję. Jest ulubioną metodą działania służb. W Peerelu można wymienić z pięćdziesiąt “lipnych” zamachów. W tym, co najmniej pięć na Jaruzelskiego. W wypadku Walentynowicz były to dobrze wykonane dokumenty. Widziałem niektóre z nich. Rozmawiałem z oficerami, którzy je wykonywali. Powiedziałem o tym zainteresowanej. Nie uwierzyła mi. Walentynowicz wierzyła w fałszywki bezpieki tak jak ludzie wierzą w czarownice. Co napisane, podpisane i opieczętowane – to święte. Ciągle do tego wracała. Ja tylko mówiłem, a pani Ania przedstawiała kserokopie. Mógłbym to skomentować twierdzeniem łacińskim Verba volant, seripta mament, słowa ulatują, pismo zostaje. I nie było ważne, czy kserokopie były fałszywkami czy nie. Być może również Wałęsa uległ takiemu otumanieniu. Przestraszył się. Duża część zabobonów dotyczących upaprania w agenturalne zaszłości Wałęsy, jak również rzekomych zamachów nie tylko na byłego prezydenta, ale i. na Walentynowicz, Michnika, Kuklińskiego zasadzała się na tym mechanizmie psychologicznym. Wystarczy przygotować grunt, a ludzie “przypominają” sobie niemal wszystko. Jest na ten temat naukowa literatura, chociażby książka Elizabeth Lofths. Uważam, że w latach osiemdziesiątych ciekawsza od tego typu gier była rola konsulatów ZSRR w Gdańsku i Szczecinie oraz kontrrazwiedki jednostek Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej, współpracującej m.in. ze zwiadowcami z Pomorskiej i Kaszubskiej Brygad WOP, ale nie tylko, bo również z WSW Marynarki Wojennej i WSW WOPK.  WSW poprzez rozpracowywanie kadry zawodowej i jej rodzin oraz pracowników cywilnych stanowiły ważny element uprawiania kreciej roboty w strukturach opozycyjnych. Figuranci nie mieli doświadczenia w walce z tajnymi służbami i ich agenturą. Wyjeżdżając do Trójmiasta, Szczecina i innych nadgranicznych miast, mówiłem przyjaciołom kręcącym się wokół opozycji, aby nie bali się ujawnionych złych ludzi. Rozpoznany agent nie jest niebezpieczny. Nie trzeba go demaskować, palić. Wystarczy uważać, co się przy podejrzanym mówi i czyni. Bać się trzeba ludzi obojętnych. Dzięki nim popełniane są największe zbrodnie. Na takich ludziach żerują oficerowie służb. A na ripostę, że już to przerabiali w 1970 r. i są odporni na prowokacje, podpowiadałem, że wprawdzie doświadczenie powiększa naszą mądrość, nie zmniejsza jednak naszej głupoty.

********************

Był to fragment książki Tajna historia mojego życia. Wałęsa i… Kryptonim <Bolek>. Operacja tajnych służb MON i MSW wydanej przez wydawnictwo CB w 2012 r. Więcej na ten temat także w książkach tego wydawnictwa: Krucjata generałów; Pożoga. W. Jaruzelski tego nigdy nie powie oraz Strzały do Papieża i Narodu 13 V 1981 – 13 XIII 1981.