Wszystkie wpisy, których autorem jest henryk_piecuch

Dziś Światło

     A któż to jest ten rozwrzeszczany bobas w kusym kubraczku? Toż to mały Izaczek z Medynia koło Zbaraża, syn państwa Fleischfarbów! Może wyrośnie na mistrza szewskiego lub naprawiacza popsutych rowerów? Albo będzie studentem, dentystą lub wyznawcą Wielkiego Stalina? Może będzie pod sztandarem rewolucji wzmacniać warty? Czy te uszka i rączki przywykną do podsłuchiwania i pisania donosów? Dokąd te śmieszne nóżki Izaczka zawiodą? Pod skrzydła enkawudzistów, a może do Polski, by wybrać życie komunisty? Gdy przychodząc na świat wydał pierwszy okrzyk wszystkie psy wyły całą noc! Psy bowiem wyją, gdy im się coś dziwnym zdaje.

          Herbert A. L. Fisher pisał: Nie może istnieć żadne uogólnienie, istnieje jedyna bezpieczna zasada: historyk powinien rozpoznawać w rozwoju ludzkich losów grę ewentualności i nieprzewidywalnego. I. Światło, ten wstrząsająco żywotny funkcjonariusz UB był malowniczym, trudnym do podrobienia pacanem resortu. Skazy natury i wykształcenia nadrabiał agresją, wyładowaniem kompleksów i zwyczajnym donosicielstwem. Ćwierćinteligencja objawia się zawsze agresywnie. Tak, być może Światło był kanalią i zbrodniarzem, głupcem, a nawet kretynem, ale jego zmysłowi do urządzania się w każdej sytuacji nie można nic zarzucić. Służby, czasem zwane z amerykańska Firmą, aby sprawnie werbować agentów, muszą łgać i stosować niestereotypowe metody. Przeważnie są to metody pozaprawne i bezprawne. Tłumaczenie, że służby specjalne większość materiałów otrzymują z tzw. białego wywiadu to pic na wodę i fotomontaż. Każda licząca się Firma musi być oparta na kłamstwie i agentach, i zdrajcach z przeciwnego obozu. Obowiązującą zasadą jest: kłam, fałszuj, zmyślaj, koloryzuj, blaguj, fantazjuj, lipuj. Kłam szczerze. Rób to długo. Rób to tak długo, aż ci uwierzą! I ludzie wierzą. Świat już dawno stracił umiejętność odróżniania talentu od beztalencia i kłamstwa od prawdy. I jeszcze jedno, każda Firma posiadła specyficzną umiejętność zamykania niewygodnych, ale otwartych głów, wiekiem. Wiekiem trumny.

W peerelu fałszowano wszystko. Ukrywano nawet ewidencje więźniów. To, co u hitlerowcy było nie do pomyślenia w obozie tzw. demoludów było regułą. Wyjaśnił mi to A. Humer: – Weźmy na przykład słynny „Mokotów” (więzienie na Mokotowie przy ulicy Rakowieckiej w Warszawie). W Tym obiekcie były wyodrębnione z administracji więzienia pawilony śledcze, to jest Pawilon X (często niesłusznie mylony z Departamentem X MBP) i Pawilon „A”. Kierownictwo tych pawilonów prowadziło własną ewidencję osadzonych więźniów, których Departament Śledczy lub Departament X ujawnił. Zarówno w dyspozycji Departamentu Śledczego, jak i Departamentu X MBP, przebywało na pawilonach śledczych wielu więźniów nieewidencjonowanych przez administrację więzienia. Więźniowie ci byli na tak zwanym plusie, to znaczy, znana była tylko liczba więźniów, bez znajomości danych personalnych. Dla przykładu: kierownictwo więzienia otrzymuje informację, że na stanie jest stu więźniów i pięćdziesiąt na „plusie”. To znaczy, że 100 więźniów było na ewidencji administracji więzienia i miało swoje akta osobowe, natomiast 50 więźniów, będących na „plusie”, było administracji nieznanych. W wypadku, gdy więzień figurujący na „plusie” otrzymywał wyżywienie dietetyczne lub specjalne leki, wydział gospodarczy miał go w swojej ewidencji oznaczonego inicjałami, podawanymi przez Departament Śledczy lub Departament X MBP. Jednym z bardziej znanych „więźniów na plusie” był, do czasy procesu i egzekucji gen. Fierdorf  „Nil”. Wykazywanie pewnej liczby więźniów na „plusie” stosowane było powszechnie na terenie całego kraju, m.in. na terenie kopalni uranu w Kowarach. Taka praktyka znakomicie ułatwiała bezśladowe znikanie więźniów.                         Mimo, że prawda o łgarstwach służb rzadko wychodzi na światło dzienne, bo nikt jej nie szuka, to kłamstwa nie starzeją się. Czasami wychodzą na jaw jak szydło z worka. Wówczas zmienia się skala zjawiska. Chyba warto, aby badacze historii mieli na uwadze również praktyki więźniów na „plusie”. Bo prawda jest niczym kamień – nierozpuszczalna w wodzie. Tyle, że funkcjonariuszom służb specjalnych prawda jest potrzebna jak atomowemu okrętowi podwodnemu wiosła. Oni mają swoją prawdę. Chronią ją mącąc wodę, m.in. fałszując dokumenty.

Głupio jest żyć na tym świecie i nic nie wiedzieć o Firmie. Więc czytałem wszystko to, co mi wpadło w ręce. Był to błąd. Należało mniej czytać. Gdybym więcej się zastanawiał, zamiast sięgać po opracowania, gazety i dokumenty, to przypuszczalnie byłbym bardziej rozgarnięty. Zrozumiawszy, że nie warto wierzyć bezkrytycznie „kwitom”, artykułom i literaturze, jeżeli się nie zna okoliczności, w jakich „słowo pisane” powstawało, starałem się rozmawiać z funkcjonariuszami tajnych służb i politykami. Byli to ludzie chytrzy. Trudnością w tych rozmowach było oddzielenie prawdy od fałszu. Zderzałem się ze swoistym paradoksem kłamców. Mając wątpliwość, czy rozmówca mówi prawdę, czy łże, musiałem rozstrzygać: czy adwersarz kłamie, kiedy mówi, że kłamie, czy mówi prawdę?  Dlaczego o tym wspominam? Bo uważam, że należy odpowiadać na drażliwe pytania, zanim zostaną zadane. Blisko ćwierć wieku poświęciłem na edukację. Mój komiliton T. Steć był zdania, że edukacja to rzecz godna podziwu, ale moje związanie się z wojskiem uważał za objaw skretynienia. Gdy ukończyłem podchorążówkę, Steć zamknął jedno oko. Gdy zacząłem studia w Wojskowej Akademii Politycznej, zamknął drugie. Kiedy otrzymałem dyplom ukończenia wydziału historyczno-filozoficznego na WUML, zamknął prawe ucho, gdy okazałem mu dyplom ukończenia kolejnego wydziału, etyki i religioznawstwa, lewe. Po rozpoczęciu przeze mnie wykładów z historii filozofii, konfrater udawał głuchoniemego. Ale gdy pewnego razu wysłuchał spiczu o Sokratesie, w którym trajkotałem o Agorze, Ksantypie i skłonnościach pedalskich mistrza z Aten, szeroko wspominałem o udziale w bitwach pod Potidają, pod Delion i pod Amfipolis, w których Sokrates był hoplitom, Steć wybaczył mi wojsko i skłonności do wykładów. Może zauważył, że w tak swoiście pojętej filozofii jest miejsce na wojsko. Niestety, zauważyli to także moi szefowie odbierając mi „katedrę” filozofii. Jednym z osób zajmujących się wyjaśnianiem procesów dotyczących łamania praworządności przez MBP był prokurator Generalnej Prokuratury K. Kukawka. Ustalił on, że MBP przygotowywały sprawy karne dla postępowania sądowego w myśl z góry przyjętych koncepcji, bez liczenia się z prawdą obiektywną. Kukawka napisał w notatce (7 lipca 1956 r.) że: MBP nie tyle chodziło o wyjaśnienie prawdy rzeczywistej i oddanie pod sąd rzeczywistych kolaborantów w ramach poszczególnych organizacji, ile o skompromitowanie drogą procesów całych organizacji lub ugrupowań politycznych.

Dalej prokurator wyjaśnia, że Departament Śledczy, Grupa Specjalna, a następnie Departament X dokonywały tak zwanej realizacji, to jest zatrzymań osób posądzanych o dokonanie przestępstw bez dostatecznych materiałów wstępnych, które stanowiły podstawę do wszczęcia śledztwa albo też przejmowały osoby zatrzymane przez departamenty operacyjne (I, III, IV i V). Tego rodzaju praktyka (swoiste „areszty wydobywcze” – H.P.), będąca niewątpliwie wynikiem fałszywej teorii, że każda osoba z negatywną przeszłością polityczną współpracowała z wrogami, a wyjaśnienia podejrzanego stanowią główny materiał dowodowy, doprowadziły do fatalnych, sprzecznych z moralnością metod pracy. Niemałą rolę odegrały przy tym osobiste ambicje pracowników poszczególnych jednostek, szybkie awanse młodych nieprzygotowanych zawodowo funkcjonariuszy pragnących wykazać się sukcesami. Prokuratura stała się techniczno-biurowym punktem zatwierdzającym bezkrytycznie wszelkie wnioski aparatu bezpieczeństwa. Sądy zaś, nie bacząc na zasadniczy wymóg ich roli, to jest badanie prawdy rzeczywistej, ferowały wyroki na podstawie przedstawionym im akt śledztwa bez analizy wartości materiału dowodowego.                           Wracam do J. Światły. Był to sceptyk o urodzie prowincjonalnego dentysty, ale miał w dziedzinie „łowienia” agentów wyjątkowe osiągnięcia. Był niezrównanym szarlatanem, kuglarzem, manipulatorem, mitomanem i, jak większość oficerów tajnych służb – fabularyzatorem. W bajeranctwach nie zatrzymywał się ani na chwilę. Nieraz dostał obuchem w łeb, ale nic sobie z tego nie robił. Jakby w ogóle nie poczuł, że oberwał. W dziedzinie łgarstwa mało kto mógł się z nim równać. Czy dlatego polubił go prezydent Bierut, który zleciał mu aresztowanie ważnych osób? Światło, mający zmysł nocnego drapieżnika, zawsze bezbłędnie znajdował trop ofiary i wykonywał polecenie prezydenta. Ubek potrafił zbajerować samego Gomułkę, któremu nadał ksywę „Łysol”. Zanim „Wiesław” zdążył mrugnąć powieką, już siedział w tajnym obiekcie MBP „spacer” w Miedzeszynie. Przy Światle określenia: komunista, czy antykomunista są przydatne jak gofrownica na Księżycu. Światło był jednym i drugim. Wspominki o tym szpiegu przypominają opowiadanie o czarnej dziurze kosmicznej zanim stała się dziurą. Gdy w latach osiemdziesiątych zacząłem pisać o Światle, obrazili się na mnie generałowie, Szlachcic, Walichnowsski i Świetlik, płk Ptasiński et consotes. Ten pierwszy, w czasie, gdy nadzorował w MSW wywiad wspominał, że chciał ustalić, czym zajmował się Światło w USA i nakazał M. Milewskiemu podjęcie odpowiednich czynności operacyjnych. Wedle Szlachcica, po ucieczce „Koguta” i Goleniewskiego jeden ze starszych oficerów resortu popełnił samobójstwo a drugi zginął w tajemniczych okolicznościach. Amerykanie mieli wykonać szpiegowi operację plastyczną i zatrudnić w jednym z ośrodków badań komunizmu. Podobno uzyskano informacje, że zdrajca w 1968 roku przebywał w bazie wywiadu USA w RFN. Podjęto nawet próby sprowadzenia go do Polski. Szlachcic po zejściu ze stanowisk, straszny szaławiła, lekkoduch i świrszczypala powiedział Jerzemu S. Macowi: Słyszalem, że za przywiezienie Światły do Polski oferowano 100 000 dolarów. Sprawa była na dobrej drodze, lecz wywiad radziecki odradził. Wszak był on ich agentem i mieli oni z nim swoje porachunki. Kto znal Szlachcica w tamtym okresie, ten raczej nie miał złudzeń co do jego osoby. Jego urok w pewnym sensie polegał na tym, że był taki jaki był: błysk w oku i kłamstwa w głowie. Andrzej Zasieczny, pisarz, dziennikarz i wydawca, znający tajne służby z widzenia, w książce Sowieckie krety wymądrza się na temat Światły bardziej niż ja. Pisze: Ujawnienie przez niego (Światłę – H.P.) tajemnic polskich komunistów z lat II wojny światowej i okresu powojennego było wstrząsem o niewyobrażalnej dziś skali w bloku wschodnim. Ha, niby prawda, ale nie do końca. I dalej autor twierdzi, że Sowieci i ich polscy pomagierzy otrzymali rozkaz odnalezienia i uciszenia Światły raz na zawsze. Problem polegał na tym, że nie mieli pojęcia, gdzie go szukać. Zresztą rozkaz zabicia Światły nigdy nie został anulowany. Jednak sowiecka agentura w USA – bo w końcu tam koncentrowano polowanie na polskiego zdrajcę – miała za krótkie ręce, by go dopaść.

To jeszcze bardziej kontrowersyjna teza. Było przecież wykradzenie tajemnic amerykańskiej bomby atomowej, a w grach operacyjnych, chociażby w V Komendą WiN, Ośrodkami Ukraińskich nacjonalistów, ośrodkiem Narodowym w Bergu wywiady obozu sowieckiego ogrywały Amerykanów jak chciały. FBI do dziś nie może zlokalizować około setki agentów sowieckich z okresu II wojny światowej, o których amerykańscy kontrwywiadowcy wiedzą, że byli (są?), ale nie mogą ich złapać. Jeżeli zaś chodzi o Światłę, to rzecz w tym, że rozkaz zbicia zdrajcy nigdy nie został wydany. Więc nie mógł być odwołany. W. Gomułka marzył, aby zobaczyć w Polsce na własne oczy człowieka, który go aresztował, ale, akurat marzenia tego polityka rzadko się spełniały. A jak się już spełniły, np. o powrocie do władzy w 1956 r., to było to prawdziwe nieszczęście dla Polaków i skończyło się strzelaniem do narodu. Erę Gomułki Rosjanie określali jako „dyktaturę złagodzoną przez bałagan”.

Izak Fleischfarb vel Jozef Światło miał wiele ksyw. „Joskiem” nazwali go antysemici. „Jurodiwym” był w nomenklaturze NKWD, „Kogutem” w MBP, „Papierosem” w Miedzeszynie, a „Juniorem” w Rozgłośni Polskiej RWE. Światło był ulepiony z innej gliny niż pozostali funkcjonariusze bezpieki i szpiedzy, o których wspominam na tych kartach. „Kogut” przemykał przez życie jak robak przez gąszcz trawy. Dziw bierze, że nikt go nie rozdeptał. Miał szczęcie. Zmarł na własnym tapczanie.  Na żywo widziałem go tylko dwa razy. W dzieciństwie. Mieszkaliśmy wówczas w Górach Izerskich w Górzyńcu na smętnym, ale jeszcze wielokulturowym zachodzie.  Następnie w Piechowicach w pobliżu tunelu kolejowego w Szklarskiej Porębie Dolnej. Polska była ścienkowana o Kresy, ale powiększona o tzw. Ziemie Odzyskane. Czasy były paskudne. Światło przyszedł po mojego ojca. Wpadł na czele swoich zbirów. Mimo, że tato, z tego, co wiem, nie był w podziemiu nikim ważnym, on pofatygował się po niego osobiście. Nasza chata stała na skraju lasu. Z boru sączyła się rzeka Mała Kamienna. Rzeka, a raczej spory strumień górski wił się przez nasz ogród. Jedyną cenną rzeczą, jaką mieliśmy, oprócz kawałka rzeczki, był poniemiecki fortepian. Od rana do nocy grałem na nim. Ponoć dobrze się zapowiadałem. Górzyniec stanowił moje kotwicowisko. W wiosce było kilkanaście rodzin, uciekinierów z tzw. Centralnej Polski. Pętało się też sporo Niemców, Rosjan, Ukraińców, Białorusinów i Litwinów. Najwięcej było repatriantów przesiedlonych z Kresów. Był też jeden Żyd uratowany z Holokaustu. Z Niemcami nie było problemu. Przyszła zima. Śnieżna i ostra. Urządzano na nich łapanki. Uczłowieczano ich w ten sposób, że zapędzono złapanych do odśnieżania dróg i większych miejscowości. Wiosną 1946 r. także ich łapano i wywożono do sowieckiej zony okupacyjnej, z której 7 października 1949 utworzono Niemiecką Republikę Demokratyczną (NRD). Było to brakujące ogniwo między nazizmem a stalinizmem.

Problemem dla niektórych mieszkańców był Żyd. Siedział cichutko. Nikomu nie wadził. Ale byli ludzie!? Chyba antysemici. Oni złożyli mu propozycję: wyrzuć się sam z Górzyńca, zanim my cię wyrzucimy lub zabijemy. Żyd z oferty nie skorzystał. Pogrzebano go niechlujnie. Tak, że denatowi włosy wystawały. Pochowano go w lesie przy drodze leśnej, w pobliżu mostu kolejowego przecinającego szosę i rzekę Małą Kamienną. Miejsca pochówku nie oznaczono. Ktoś mądry powiedział, że nie istnieją prawdy o martwych poza tą, że są martwi i już ich nie ma. Jakby ich nigdy nie było. I to był ten wypadek.

W Górzyńcu każdy znal każdego ludzie codziennie się spotykali. A przybysze, na czele ze Światłą, byli obcy. Po mieszkańcach, którzy mieli zaszłości akowskie, kolaboranckie lub jedynie szabrownicze, grozą powiało. Ludzie nie wiedzieli, czego obcy chcieli? Po co przyszli? Do kogo lub po kogo przyszli? Do dziś pamiętam oczy herszta zbirów. Oczy wybałuszone. Prawie wylatujące z orbit. No i ten śmiech jego. Głośny. Rubaszny. Mama powiedziała, że taki śmiech znamionuje brak wychowania.Ekipa taty nie zastała. Światło mógł mnie zastrzelić. Niejako w zastępstwie. Nie zrobił tego. A mógł. Powinienem być mu wdzięczny. Grupy UB nie takie sprawy załatwiały od ręki. Tak, chyba powinienem go za nie-zastrzelenie polubić. Oficerowie – gnomy zastrzelili tylko psa. Stłukli mamę. Zgwałcili ciotkę. Mnie jedynie skopali. Zabrali też to, co się zmieściło na dwie ciężarówki. Czyli wszystko. Błyskawicznie splądrowali całą chałupę. Działali piorunem. Byli chybcy niczym ogień toczący podzwrotnikowy busz. Zrujnowano nas całkowicie. Moja rodzina nigdy nie odzyskała radości życia. Miało to pozytywny wydźwięk. Będąc na dnie, nie baliśmy się upadku. Od tego czasu gdziekolwiek byłem, cokolwiek nie robiłem, otoczony byłem niechlujnymi, brudnymi gnomami-agentami służb specjalnych. Gnomy wyrastały przede mną jakby spod ziemi. Jak trujące grzyby do złego kusiły. Gnomy, z biegiem lat wzmocnione oficerami WSW i bezpieki, niczym bezdomne psy osaczały mnie. Obserwowały każdy mój krok. Dyszały z pożądania. A wyjąc do księżyca sporządzały donosy i podchodziły od tyłu usiłując kąsać. Kilka razy udało się mnie ugryźć. A wówczas, w Górzyńcu, ubowcy przyszli za tydzień. Zakołatali do drzwi o północy. Ojciec nie zdążył wywiać. Wówczas Światło zrobił coś, co kazało mi modlić się tymi słowy: „Kochany Panie Boże! Ten typ zabrał mi tatusia. Daj mu, Panie Boże, najdłuższe życie, abym mógł go dorwać i zabić. A potem daj mu wieczność. W piekle”. Pan Bóg nie wysłuchał mojej prośby. Gdy Go wówczas prosiłem, zapomniałem, że była sobota. Szabat. Pan Bóg odpoczywał. UB zabrało mi tatę. Koledzy w szkole dali mi szansę pomyśleć, jak samotne są dzieci Zaplutych karłów reakcji. Prawdę mówiąc rozmyślam o tym do dziś. Nim zdążyłem doszlusować do dawnych kolegów, co zajęło mi niespełna pół wieku, dawni wrogowie, a zwłaszcza ich buntownicze potomstwo, przepoczwarczyło się w Prawdziwych Patriotów. Ja z lenistwa, znowu nie zdążyłem z konwersją. Stałem się gorszym sortem. Byłem wrogiem wczoraj. Jestem nim dziś. Starożytni Rzymianie używali piórka wymiotnego, by zwrócić to, co zjedli. Mnie podchodzi do gardła pospolitość, którą żem sam sobie upichcił. Później był już tylko głos Światły w radiu. Także zdjęcia i dokumenty. I lektury artykułów. I książek. I szczątki kronik filmowych oraz różne o nim bujdałki. Do dziś z kronik i opowieści pamiętam, że Światło, niegdyś zimny jak śnięta ryba, przed mikrofonami RWE przypominał bolszewickiego propagandystę plującego na dawnych towarzyszy. Czasami wydawało się, że ubeka paraliżował nieco respekt przed sobą. Ale był chyba szczęśliwy jak psi ogon, którym mógł pomerdać. Podpułkownik mówił i mówił. Przekonywał, że teraz jest bardzo, bardzo mądry. Ale niegdyś był na tyle szalony, by zaprząc się w służbę komunizmu. Ja mu nie wierzyłem. Pamiętałem słowa mamy, że ten, kto popełnia grzech, jest człowiekiem, ten, kto nad tym boleje, jest świętym, a ten, kto się tym szczyci, jest łajdakiem. A on mówił o swoich antypatiach z okrucieństwem, charakterystycznym dla wielu natur kobiecych. Zdawało się, że gapił się na wymówione zdania, jakby je chciał lepiej ulokować w mikrofonach RWE. Jakby pragnął, aby wbrew zagłuszarkom, jego słowa doleciały do Polaków (do późnych lat osiemdziesiątych w MSW znajdowały się pododdziały radiokontrwywiadu, podległe Służbie Wywiadu i Kontrwywiadu, zajmujące się nasłuchem wrogich radiostacji i zagłuszaniem niektórych programów). Światło był jak ten trzpiot ze znanego wiersza Juliana Tuwima, który zamiast krzaka rozkołysał cały Peerel. Nie do wiary ile rozumu ubek zużywał, by szczycić się łajdactwami, w których brał aktywny udział. Ale jedno trzeba Światle przyznać – wiedział, co przeoczyć. Więc wyobraźcie sobie, jak bardzo trzeba kochać komunizm, aby aż tak nienawidzić komunistów. Światło cale życie nawarstwiał i smakował zło. Posługiwał się partyjną nowomową. Jego język był skażony obsesyjnym ględzeniem, ubogim słownictwem, nieznośną manią wyliczania nieistotnych szczegółów. Ale miał nienaganną dykcję. Nie żydłaczył. Usamodzielnił się: sam sobie przyznawał rację. Wstawiał „ą” i „ę” nawet tam, gdzie nie było to potrzebne. Miał wrodzoną inteligencję żydowską. Wiedząc, że nie może kogoś ugryźć, nigdy nie pokazywał zębów. Czekał cierpliwie na okazję. Wówczas kąsał bez opamiętania. Wydawało się, że ma potrzebną charyzmę, by przekonać do swoich racji nie tylko nawet zatwardziałych bolszewików, ale nawet Pana Boga.

Dyrektor Rozgłośni Polskiej RWE Jan Nowak-Jeziorański frasował się, czy Polacy uwierzą kłamcy. I choć Światło mówił prawdę to prosił go, aby nie stosował komunistycznej nowomowy. „Nawet Cezar musi poddać się regułom gramatyki” – przekonywał dezertera. Dyrektor uważał, że Światło dla jego rozgłośni jest jak ostryga kryjąca w środku perłę. Ale zaraz potem gryzł się w język, bo miał wątpliwości, czy „Junior” wie, kto to był Cezar i czy odrobina nowomowy partyjnej nie uwiarygodni mówcy? Nowak chyba zdawał sobie sprawę, że byłoby dziwne, gdyby ubek na emigracji nagle zaczął posługiwać się polszczyzną literacką. I. Światło przekonywał przekonanych. A ludzi przekonanych, że komunizm jest brzydki, było w Kraju Pieroga i Zalewajki dziewięćdziesiąt dziewięć procent. Może i więcej. Słowa dezertera oddychały świeżym amerykańskim powietrzem, w których błyskała bomba atomowa. On nie chciał uśpić radiosłuchaczy prawdą. Starał się podrasować stalinowskie dogmaty i komunały tak dokładnie, by ludzie je zapamiętali. Prawdy Światły nie tylko znaczyły, ale brzmiały. Dla elity komunistycznej brzmiały niczym grzyb atomowy nad Hiroszimą dla Japończyków. Słuchaczom wydawało się, że „Junior” nawet gdyby był ptakiem, zawsze by wiedział, na czyj pomnik najpierw nafajdać. Izak mówił prawdy oczywiste. Nieznane jedynie tym, którzy ich znać nie chcieli. Sądząc, że nawet martwe przedmioty opowiadają swoje własne losy, a nie chcąc zostawiać wszystkiego w rękach Boga, starałem się pomóc Stwórcy. Zaliczywszy Światłę do kategorii resortowych „mądrzygłupków”, nie używałem w stosunku do niego wielkich kwantyfikatorów. Zelżywości ograniczyłem do minimum. Jedynie w co drugim zdaniu używałem słów na k…, ch… lub s… Z tych słów prawda o Światle biła. Zdawało się, że on już w momencie poczęcia, a na pewno w chwili, gdy go wyciągano wrzeszczącego z łona matki, wiedział, kim będzie i co zrobi bliźnim. A że był cholernie zdolny, zdolny do wszystkiego, to w krótkim czasie po mistrzowski opanował sztukę szkodzenia ludziom. Wyspecjalizował się w sianiu nienawiści i podejrzeń wobec bliźnich. Nie chcę Was uśpić prawdą. Chcę opowiadać uczciwie. Staram się sprawy wyrazić dobitnie, żebyście je zapamiętali. Co? Nie chcecie niczego pamiętać? Nie chcecie wiedzieć, co zawdzięczacie Izakowi Światle? Ja zawdzięczam mu niewidzenie ojca przez kilka lat i… piękną koszulę uszytą przez mamę z powłoki balonu. Balonu, który niósł Polakom przesłanie Światły. Koszula była nie do zdarcia. Po latach założyłem ją nawet na maturę. Przyniosła mi szczęście. Zdałem egzamin dojrzałości za pierwszym razem.

Balon na balonie. Na balonie balon. A na tym balonie Nowak-Jeziorański Jan. Balonów było kilkanaście tysięcy. Leciały do Polski z przesłaniem. Przesłanie w formie broszury wydrukowano w trzech milionach egzemplarzy i słano do peerelii z Austrii i Republiki Federalnej Niemiec. Aferę balonową zmajstrował Jan Nowak-Jeziorański,. Był to osobnik wyglądający na człowieka niebojącego się życia i zawsze gotowego stawić losowi czoła. Funkcję dobosza propagandowego afery sprawował osobiście Nowak. Narratorem był „Jurodiwyj”, a całość reżyserowała CIA. Suflerował Błażyński, który charakteryzując Światłę mówił, że był – niskiego wzrostu, ciemnym blondynem, o pełnej twarzy, grubych wargach i szklanych, szarych oczach, które potrafiły patrzeć nie widząc. A jednocześnie, w pewnych momentach patrzył tak przenikliwie, że wydawałoby się przenikać rozmawiającego z nim na wskroś, do najgłębszych niemal tajników tego, co rozmówca myśli. A innym razem rozmółwca „Juniora” donosił, że: – Światło kochał się w hodowli królików i gołębi. Lubił pracować w ogrodzie, hodować kwiaty. Najlepiej czuł się na wsi – jak mówił – na łonie natury. Agencja całą prawdę o grze Światłą, tak jak i późniejszą o ćwierć wieku grą pułkownikiem Ryszardem Kuklińskim, utajniła na amen. Do spektaklu propagandowego wybrano najpikantniejsze kąski opowiadane przez „Juniora” przesłuchującym go oficerom CIA. Kąski wzbogacono dobrym słowem. Kazano je narratorowi wykuć na blachę i odklepywać przed mikrofonami RP RWE. Ludzie w Polsce połykali słowa Światły jak poranne piwo na kaca. Jeden z balonów Światło – Nowakowych stał się kiedyś moim łupem .

W perspektywie zamierzam opisać nie tylko facjatę, ale i zewnętrzną powlokę byłego zastępcy A. Fejgina, który przed mikrofonami RP RWM wyglądał jak zawodnik sumo na emeryturze. Ciekawiło mnie także to, co lęgło się podłogą jego czaszki. Oczywiście, nie wiedziałem, co Światło myślał. Ale kto mi zabroni, aby się tego domniemać? Mogłem to zrobić tylko na podstawie rozmów z ludźmi, którzy Światłę znali. Byli to przeważnie oficerowie służb specjalnych. Oni dorosłe życie przeżyli w kłamstwie. Zmuszała ich do tego Firma. Więc kłamali. W każdej sytuacji uważali to za cechę nieodzowną w ich służbie. Wiedząc, że prawda jest tym, czego nie chcieli lub nie mogli powiedzieć, słuchałem ich słów między wierszami. Musiałem się spieszyć, bo wymierali. Pan Bóg już dawno dobrał się do ich półki. Gdy po latach zapytałem Jana Nowaka o Światłę, usłyszałem: – Izak? To prawdziwy skurwysyn. Ale wart poematu. Popracowaliśmy, aby to był nasz skurwysyn.

Kronikując układałem puzzle dotyczące „Koguta”. Józef Światło, który chciał być Bogiem, „zakroniczył” mnie na amen. Ale nadal nie znajduję odpowiedzi na pytania: jak to było możliwe, że ten ubek o nikczemnie niskim stopniu podpułkownika do dziś fascynuje tak wielu mądrych ludzi? W jaki sposób udało mu się zrobić to, co zrobił? Nadal nie ma dobrej odpowiedzi na pytanie: czy Światło brał udział w gigantycznej grze? Kiedy zdradził pierwszych mocodawców na rzecz tych, z którymi grał? Podobne dylematy nurtują ludzi, którym nie odpowiada przedstawianie życia Ryszarda Kuklińskiego jako opozycji, jako alternatywy dla komunizmu. Tak, płk Kukliński, polski bohater narodowy! Chodził w mundurze oficera Wojska Polskiego. W Sztabie Generalnym WP realizował zamierzenia doktryny sowieckiej, a de facto służył Amerykanom. Oficerowie znający tak Światłę jak Kuklińskiego mówią: albo czarne, albo białe. Żeby postępować desperacko, nie wystarczy nadzieja. Trzeba mięć głęboką wiarę, że się uda. Światło widocznie taką wiarę miał. Kukliński również. Zdradzili komunizm. Zaszkodzili komunistom jak nikt inny, a żyli jeszcze długo. A przecież dwulicowcy w służbach żyją krótko. Jeszcze krócej niż oblatywacze samolotów odrzutowych, damy nieciężkich obyczajów dające bez zabezpieczenia lub alpiniści. Dlaczego po zdradzie komunizmu i ucieczce do Ameryki Światły nie wyprawiono do piekła? W latach zimnej wojny Sowieckie służby specjalne dysponowały większymi możliwościami niż dziś służby Rosyjskie. A przecież zdrajcy Rosji do dziś giną jak trudnie, którym skończył się czas produkcji nasiona dla królowej. Józef Światło próbował na te pytania odpowiedzieć w nigdy niewydanej książce. Pisanina „Jurodiwego” była niczym nagość starej panny. Wstydliwa, blada i sflaczała. Skulona, skundlona i spsiała. Przypominała defekacje w latrynie żołnierskiej. Bo dziwny jest świat widziany oczami wariata.

Do jakiego wydarzenia w historii można porównać zdradę Światły? Może do Judasza?  W dziejach świata ze zdradami było tak: Chrystus zdradził naród żydowski i zmontował nową potężną religię – chrześcijaństwo. Jezus miał koło siebie dwunastu apostołów, w tym Judasza Iskariotę, który zdradził Chrystusa za trzydzieści srebrników. Ale bez Judasza nie byłoby chrześcijaństwa. Istnieje wiele mitów dotyczących tego, co się stało z Judaszem po zdradzie. Powszechny jest pogląd, że nie mogąc wytrzymać wyrzutów sumienia powiesił się… Chrystus działał z pobudek ideowych, Judasz – merkantylnych. A Józef Światło? On też zdradził. Zdradził religię bolszewicką. Namiestnikiem tej religii na Kraj Pieroga i Zalewajki był Bolesław Bierut ksywa „Tomasz”. Otóż „Tomasz” zdradził Polskę i Polaków na rzecz Imperium Sowieckiego. Imperium, które na ponad siedemdziesiąt lat cofnęło koło historii. Bierut miał w Polsce do dyspozycji ferajnę apostołów. Takich jak on łajdaków. Okrutników. Zbrodniarzy. W pierwszej dekadzie po przejęciu władzy stosowano drakoński terror. Być może te piekielne, szaleńcze, opętańcze, wariackie, obłędne akty były zamierzoną taktyką mającą na celu zastraszenie przeciwnika, żeby oszczędzić sobie trudu przy podporządkowania następnych pokoleń. W konfraterni prezydenta RP był Światło. On pierwszy, na taką skalę zdradził Bieruta. Zdradził jego apostołów. I przede wszystkim zdradził Imperium Sowieckie. To był majstersztyk zdrady. Bez porównania subtelniejszy od zdrady Judasza, a nawet Kuklińskiego.

Istnieją trzy zasadnicze różnice między zdradą Światły a wiarołomstwem Judasza, o którym prawie wszystko wiadomo – Kto? Za ile? Z jakim skutkiem moralnym? Przy Światle nic nie jest jasne. Po pierwsze, nic nie wiadomo, kto i co obiecywał Światle, by go skłonić do zdrady? Po drugie – zdrada Światły spotkała się z aprobatą demokratycznego świata i po trzecie – wyrzuty sumienia. Ale czyje? Izaka? W tym wypadku (podobnie jak i przy Kuklińskim) mówienie o wyrzutach sumienia to zbyteczna uprzejmość. Wydaje się, że zdrada Światły była immanentną częścią jego życia. Zaczął od przyprawiania żonie rogów. Potem sprzeniewierzył się współtowarzyszom niedoli w Gułagu. Następnie wystawił do wiatru Fejgina z Bierutem i Bermanem. Na końcu, dokonując apostazji z religii bolszewickiej na rzecz CIA zdradził – Imperium Sowieckie. Dyskusyjną sprawą jest czy ostatnimi zdradami odkupił wcześniejsze winy?

Powyższy tekst jest fragmentem książki Portret z kanalią, którą można zamówić w wydawnictwie „CB” pod nr tel. 510 210 234 lub  e-mail: biuro@wydawictwo.pl; sklep@wydawnictwo.pl

Zachęta do przeczytania słownika T. Modrzejewskiego.

Nie zawsze jest winą książki, że uderzywszy się nią w głowę, usłyszysz, czytelniku, dźwięk pusty.

                                               Adolf Nowaczyński

Mój pokój upstrzony jest średniowiecznymi liziobrazkami (bohomazami), rycinami i takowymi książkami. Siedziałem przytłamszony jednym, drugim oraz trzecim i rozmyślałem o umieraniu, bo życie było coraz trudniejsze. Jednak opuszczanie tego padołu w chwili gdy dobra zmiana ledwo zipie, a o „Polskim Ładzie” najstarsi ludzie już nie pamiętają byłoby bez sensu. Może lepiej obserwować agonie systemu stworzonego przez „Ojca Ojczyzny”

         No tak, życie jest wprawdzie popieprzone, ale zastrzelić się też szkoda.

         ***  

         Jestem wszelako nieco młodszy od rycin, ale i tak mój mózg, wyprany jest dosyć skutecznie przez hitleryzm, stalinizm, socraj i III Rzeczpospolitą.   Wzmocniwszy się przeto łykiem whisky pociągniętym z gwinta zoczyłem, że w czeluści kaflowego pieca karmionego szczątkami butelek po wodzie mineralnej Daimonion daje mi znaki, że blisko sto lat temu nabyłem książkę – słownik T. Modrzejewskiego Wyrazy które umarły i które umierają. (Warszawa 1936).

         Pomyślałem, ze jest to lektura w sam raz pasująca do nastroju w jakim byłem. Wydłubałem więc foliał ze sterty dzieł, które zawsze miałem pod ręką, mianowicie: spod pięciu różnych wersji Historii WKB (b) pod redakcją Komisji WKP (b), Mein kampf niejakiego A. Hitlera. Czerwonej książeczki Mao Zedonga, Manifestu Komunistycznego i spod 11 tomów przemówień W. Jaruzelskiego, typowego dojutrkowca (człowieka niezdecydowanego), ale generała taktownego i układnego, którego oskarżano o wszystko to, co najgorsze, m.in. o to, że jest matrioszką.

         Tak, niektórzy ludzie są taktowni niczym druh Adam Solarz, mój przyjaciel harcmistrz i dyrektor w jednej osobie. Druh Adam jest taki jak marszałek Marian Spychalski, też harcmistrz, a dodatkowo minister obrony narodowej.

         Tak, niektórzy ludzie są taktowni!!! Zaś inni? Zaś inni ludzie mówią prawdę.

         ***

  1. Solarz, jak mi zapodał, wybiera się do Karpacza aby pogadać, z najmądrzejszym sierżantem jakiego znam, a mianowicie Wacławem Raniszewskim.

         Harcmistrz chce Wacława wypytać o postać najdłuższej dowodzącego strażnicą WOP oficera – Romana Piątkowskiego. Przy okazji twórca HSG planuje dowiedzieć się dlaczego tak wzorowemu szefowi strażnicy jak Raniszewski przyszedł do głowy barbarzyński pomysł aby innego mojego przyjaciela, króla przewodników sudeckich Tadeusza Stecia ciepnąć brutalnie w przepaść do Koła Łomniczki.

         Druh Solarz miał też plan „B”, który przewidywał  wywiedzenie się coś niecoś o latających świerkach, o których wielokrotnie wspominałem, a Raniszewski był tego procederu naocznym i nausznym świadkiem.

         ***    

         Zastawiam Adama z Wacławem w spokoju, bo właśnie przeczytałem fragment wstępu odautorskiego Modrzejewskiego:

… starałem się zebrać wyrazy, które, z biegiem czasu, bądź wyszły zupełnie, bądź też wychodzą z użycia i w niedługim czasie staną się pewnie przeżytkami (…) pytają mnie o znaczenie wyrazu, który jeszcze przed laty, dajmy na to, pięćdziesięciu, był w potocznym użyciu, a którego znaczenia, dziś już nie mogą się dowiedzieć (…).

         Wyrazy taki umarły.

         Inne powoli konają.

         Jeżeli chodzi o słowa cudzoziemskie, obce, które wrosły w mowę naszą jak złośliwy nowotwór w żywy organizm, pozbycie się takiej naleciałości z języka (…) stanowi oczywiście rzecz dodatnią. Jeżeli jednak w grę chodzą wyrazy polskie, powstałe na podłożu słowiańskim, to tych szkoda. Może warto, aby zmartwychwstały, umierające zaś może warto uchronić przed skonaniem.

         Czemu nie… Czemu nie odpowiedzieć na wezwanie T. Modrzejewskiego. Czemu nie reinkarnować wyrazów, które głupio utrupiono? Czemu nie podać wyrazom, które konają skrętu z marihuaną aby odżyły? No, powiedzcie sami, co to komu szkodzi?

         Mnie nic nie szkodziło. Dlatego nadźgałem książkę pt Rządzący. Moje boje z empusami i metanolami bezpieki, w które jest i o harcmistrzu i sierżancie sporo odurzonych słów.

         Rządzący mają się ukazać lada dzień, a może lada rok. Książka jest pisaną zubeczoną, żołniersko żargonową, nafaszerowaną wulgaryzmami, prymitywną polszczyzną ale naszpikowana wyrazami, które umarły lub konają (niektóre trudniejsze wyrazy opatruję wyjaśnieniami), a na które zwrócił mi uwagę Modrzejewski.

 

Wspomnienia ze Szklarskiej Poręby DRUH ADAM SOLARZ CZYLI O OSWAJANIU SZCZURÓW

W roku 1917 Niemcy w zaplombowanym wagonie odwieźli zadżumionego szczura na skraj Rosji i tam go wypuścili. Od tego Szczura rozszalała się zaraza, która zabiła sześćdziesiąt milionów Rosjan, mężczyzn, kobiet i dzieci. Nikt nie wie, czy zaraza się wypaliła, czy tylko przeszła w stan tymczasowego uśpienia. Kiedy ten szczur zdechł, jego zwłoki zabalsamowano i umieszczono w szklanym pudle. Teraz odbiera cześć boską w świątyni, w Moskwie. W innych krajach mnóstwo ludzi nawróciło się na kult szczura.

                                              Eric Hoffer

To nie jest historia o człowieku, który zaprzedał duszę diabłu po to aby osiągnąć sukces w realizacji swojej predylekcji, ale to jest historia o mężczyźnie, który zaprzedałby duszę, gdyby to było tylko możliwe, aby mieć jeszcze większe sukcesy w uprawianej pasji. Z druhem harcmistrzem Adamem Solarzem, którego hobby jest harcerstwo i z którym znałem się od początku świata, a może i dłużej, wędrowaliśmy ulicami Szklarskiej Poręby. Z centrum, gdzie stała sadyba Adama, której posesja topiła się w wodach Kamiennej spuściliśmy się w dół ulicą Jedności Narodowej.

         Ze wstydem przyznaję, że nie zachwycaliśmy się cudownie tęczowymi kamieniczkami różnej wielkości w gęstej zabudowie. Kamieniczkami jakby wyrwanymi z obrazów Bernardo Belotto zwanego Canaletto. Kamieniczkami sprawiającymi wrażenie, że są zwiewne niczym anioły odlatujące do nieba. Prawa część kamieniczek zdawała się unosić w kierunku górującej nad miastem Szrenicy, zaś lewa zmierzała prosto do Wysokiego Kamienia, głównego szczytu Gór Izerskich. Następnie wędrowaliśmy ulicą 1. Maja. Nie zważając na uroki zabytkowych domów i ekspresywne widoki, w tym urokliwą panoramę Karkonoszy, a przede wszystkim na knajpy. Było ich sporo. Ojcowie miasta zadbali o to, żeby wczasowicze nie musieli się zalewać tylko łzami na marne jedzenia. Mijaliśmy „Karkonosze”, „Polonie”, 76 „Kaprys”, „Tabaryn”, „Bar pod trupkiem”, „Kaczęta”, Rwała się do nich moja dusza, a druh jako harcerz z krwi i kości, omijał je jak miejsca zapowietrzone. Szliśmy. Tak doszliśmy do ulicy Kilińskiego, która zatracała się w ulicy 1. Maja. Ulica Kilińskiego w tym miejscu zaczynała swój bieg. Skręciliśmy w nią. Oczywiście, w prawo. I raz po raz zastanawiałem się na czym mój kolega harcmistrz wyrastał ponad przeciętność? A on, wyrósłszy ze społeczeństwa nie zapominał o młodszym rodzeństwie braci harcerskiej.

         Dziarsko sforsowaliśmy pierwsze wzniesienie, mijając po lewej dom sławnego fotografika Jana Korpala, a po prawej – rozrośnięte zabudowania Domu Wypoczynkowego „Perła”. Ten okazały zespół wczasowy, będący perłą Funduszu Wczasów Pracowniczych w Szklarskiej Porębie miał znacznie więcej zabudowań, ale skromniejszych. Tylko, że z druhem Adasiem nie o takie „Perły” nam chodziło. Podległe pod DW „Perła” obiekty były rozmieszczone po obu stronach drogi i bezboleśnie wtapiały się w pensjonatową zabudowę okalającą ulicę Kilińskiego. Ulicę, której jeszcze nie skalały dzikie i barbarzyńskie poczynania współczesnych deweloperów potrafiących prostacką, prymitywną architekturą spaskudzić każdy pejzaż. Obojętnie minęliśmy zabytkowy dom, będący do lat 50. siedzibą miejscowych harcerzy, który po zlikwidowaniu Związku Harcerstwa Polskiego zamieniono na przedszkole i punkt medyczny dla „Perły”.

         Szliśmy. Nie zachwyciła nas rozległa panorama Szrenicy z malowniczą grupą skalną Końskich Łbów, bo… Bo przed oczami jawili się Walonowie i górnicy wydzierający złoto i inne skarby z ziemi Sudetów Zachodnich, nie mówiąc już o współczesnych poszukiwaczach, głównie skarbów Trzeciej Rzeszy i „złotego pociągu”. Ci maniakalni i szkodliwi poszukiwacze, rojący o bajecznych skarbach, w tym o mitycznym „złotym pociągu” uwożącym złoto oraz inne kosztowności zdeponowane w bankach Niemieckich z zagrożonego Wrocławia marnowali życie na poszukiwania czegoś, czego nigdy w Sudetach nie było. Przede wszystkim nie było „złotego pociągu”. W Sudetach „żyły” za to doniesienia o różnych transportach kołowych z Wrocławia, Jeleniej Góry czy innych miast dolnośląskich. Były mniej lub bardziej wiarygodne źródła o innych skarbach kryjących się pod nazwą: „Tajemnice Sudetów” czy „Skarby starego grafa”. Nasze sny o mitycznych skarbach tej ziemi były skażone doniesieniami o rabunkach i innych niecnych postępkach bohaterskich żołnierzy Armii Czerwonej, którzy przynieśli nam wolność od okupacji niemieckiej, ale wrzucili nas pod jurysdykcję generalissimusa, które nie mogły nam się podobać. Czerwonoarmiści „kosili” skarby nie tylko te, które widzieli, ale myszkowali także pod ziemią. O tym także staram się opowiedzieć w Rządzących.

         Druh Adaś, a wraz z nim takoż i ja nie byliśmy aż takimi wariatami by wierzyć w „złoty pociąg” czy inne brednie maniakalnych, zapamiętałych, nieustępliwych poszukiwaczy. Odrzuciliśmy precz marzenia o znalezieniu Bursztynowej Komnaty ukrytej ponoć w lochach zamku w Bolkowie czy Świętego Graala, ale… Uzbrojeni w młotki szliśmy łowić skarby Sudetów – perły, ametysty i kryształy górskie, a może, jak Bóg da, a Duch Gór pozwoli także złoto. Złoty Potok to przecież nie tylko ametysty i kryształy kwarcu.

         Dochodziliśmy właśnie do zakrętu drogi biegnącej do dolnej stacji wyciągu krzesełkowego na Szrenicę, gdy… Druh Adaś nagle struchlał. Zlotował. Był jak żona Lota, ale Bóg nie odjął mu mowy. Wskazując ręką na ostatni budynek po lewej stronie ulicy Kilińskiego, którego południową stronę smagały gałęzie świerków zaczynającego się tu lasu, zaś południową łagodnie lizały wody Złotego Potoku, zakrzyknął rozgorączkowany: Dżuma!  Będąc wychowankiem Oficerskiej Szkoły WOP w Kętrzynie i Wojskowej Akademii Politycznej w Warszawie znałem dzieła literatury światowej jedynie z widzenia, przeto nie skojarzyłem, że Solarzowi nie chodzi o chorobę, a o coś, co mogło chorobę przynieść. Druh domyślił się mojego ciężkiego pomyślunku. Bo jako harcmistrz RP domyślny był jak jasna cholera. Mniej więcej tak, jak Antoni Macierewicz, który z pustych puszek z piwa i z gotujących parówek wysnuł naukową teorię o zamachu smoleńskim. Więc druh buchnął we mnie pięciosłownym wyjaśnieniem o co mu chodzi i co, w tej sytuacji, powinniśmy zrobić. SZCZURY! SZCZURY ATAKUJĄ! WIEJEMY! SZCZURY! Spojrzałem we wskazanym kierunku. Z ostatniego budynku, usytuowanego na skraju lasu nad brzegiem Złotego Potoku biegła w kierunku drogi wataha szczurów. Duża wataha szczurów śniadych i szczurów wędrownych. Wyrośnięte rattusy zmierzały prosto na nas. Tylu szczurów jeszcze w życiu nie widziałem. Pod czaszką pojawił mi się powidok czytanej niedawno powieść Jamesa Clavella Król szczurów. Książce opartej na osobistych przeżyciach autora w japońskim obozie jenieckim w Singapurze podczas II wojny światowej. Wprawdzie nie byłem w obozie japońskim jeno sowieckim, ale i tak ogarnął mnie cykor. Spanikowałem. Przez chwilę mocowałem się z uczuciem niegodnym żołnierza WP. Ale jak to często bywa, moje zalęknione serce poszło po rozum do głowy. Już po pięciu minutach skojarzyłem, że mojemu towarzyszowi najprawdopodobniej chodzi nie o książkę Clavella, a o Dżumę Alberta Camusa. To powinno wystarczyć za wyjaśnienie. Więc powiedziałem: MASZ RACJĘ, ADASIU! SPIE,,,Y! BIEGLIŚMY TAK SZYBKO, ŻE ZOSTAWIALIŚMY SWÓJ CIEŃ ZA NAMI! Okazały budynek z czerwonej cegły, jeden z ładniejszych przy całej ulicy Kilińskiego był w pierwszych latach po światówce siedzibą lokalnego tłustego kota. Gdy tłustego kota peerelowskiego wsadzono za kratki, bo i takie ekscesy w drugiej erze Władysława Gomułki się zdarzały okazało się, że nie dość, że tłusty kot był szabrownikiem na gigantyczną skalę, to nie chciał się dzielić łupami z innymi tłustymi kotami. Między innym z dowódcą batalionu WOP kapitanem Dostojewskim, późniejszym generałem. Nie mówiąc już o władzach Jeleniej Góry, które były zobowiązane słać „wziątki” prominentom wojewódzkim i centralnym. Takie wyrastanie ponad partyjne zwyczaje było wyraźną głupotą. Odchudzono więc tłustego kota w czasie dziesięcioletniego odsiadywania wyroku. Sprawa odbiła się szerokim echem nie tylko w Szklarskiej Porębie. Inne tłuste, ale lokalne koty, były znacznie bardziej spolegliwe. SZŁY WIĘC PRZESYŁKI ZE SKARBAMI SUDETÓW DO WROCŁAWIA I WARSZAWY. Majątek lokalnego tłustego kota nie był jakąś chudobą. Był spory. Za spieniężony szaber szabrownika można by żywić w stołówkach funduszowskich całą ludność Szklarskiej Poręby przez miesiąc albo dłużej. Nieruchomość i wszystko to co w niej było zarekwirowano. Kosztowności rozpłynęły się we wrocławsko-warszawskiej mgle. A sam budynek przeszedł pod zarząd ośrodka wczasowego, który scedował go na DW „Perła”.

         FWP w Szklarskiej Porębie dysponowało już 25 zespołami domów wczasowych i dom nad Złotym Potokiem był funduszowi potrzebny jak rybie rower. W „Perle”, rada w radę, uradzono więc, że budynek, po niewielkiej przeróbce będzie nadawał się w sam raz na zabudowania gospodarcze, w których można z powodzeniem pomieścić świnie. Mimo, że świń było we władzach sporo, to tym razem nie o nikczemników, parszywców i szmaciarzy chodziło, a o prosiaczki i wieprze. Do domu nad Złotym Potokiem wysłano ekipę funduszowskich specjalistów. Mieli przerobić szykowny lokal mieszkalny na ekskluzywną świniarnię. Nie było w tym nic dziwnego. W tym czasie na tzw. Ziemiach Zachodnich i Odzyskanych nie takich przeróbek dokonywano. Najlepszym dowodem na bujną wyobraźnie władców peerelowskich z Bolesławem Bierutem i Władysławem Gomułką na czele było wyrzucenie żołnierzy strażnicy WOP z kasztelu i przeznaczenie pałacu w Radomierzycach, zaprojektowanego przez wybitnego architekta drezdeńskiego J. F. Karstera na owczarnie. Szerzej o tej sprawie wspominam w przygotowanej do druku książce Rozkaz: wyeliminować. W budynku przy ulicy Kilińskiego specjaliści funduszowscy pościągali z okien, pozostawione przez grupę rekwirującą dobytek „tłustego kota” – karnisze i firany oraz inny dobytek. Łomami rozkruszyli piece zbudowane z cennych kafli. Stiuków, boazerii i tapet specjaliści nie ruszali. Może doszli do wniosku, że wieprzkom, zanim wpadną w łapy rzeźników też się coś kulturalnego od życia należy. Boć przecież raczkujący już w Sudetach ruch feministyczny jak najbardziej słusznie uważał, że wszystko to, co ożywione, w tym i świnie, są młodszymi braćmi człowieka. Po uporaniu się z demontażem specjaliści sklecili z desek żłoby. Postawili je wprost na zabytkowych parkietach. Po zakończeni adaptacji zameldowali do centrali FWP o wykonanej pracy.

         Meldunek specjalistów był sygnałem do rozpoczęcia zasiedlania domu nad Złotym Potokiem nowymi lokatorami. Trzy dni zajęło osadzanie świnek na parterze. Drugie trzy dni na piętrze. Na parterze wydzielono specjalne pomieszczenia dla macior, które rodziły piękne warchlaki. Maciory prosiły się w postępie arytmetycznym. Była też specjalna zlewnia, w której zbierano dodatkowe zlewki z funduszowskich kuchni. Do kucharek i kucharzy poszedł tajny „cynk”, aby przyrządzane potrawy były przydatne do odchudzania wczasowiczów i dokarmiania świnek. Nadmiar zlewek wylewano wprost na podściółkę, która szybko zamieniała się w sterty gnoju, Wkrótce budynek nad Złotym Potokiem zamienił się w prawdziwą stajnię Augiasza. Szczurów nie zasiedlał nikt. Zasiedliły się same. I rozmnażały się w postępie geometrycznym. Nikt ich nie niepokoił. Koegzystencja szczurów z funduszowskimi świniami trwała kilka lat, ale… Jednak jak dowodzi życie w Peerelu, ale nie tylko, bo i obecnie, poglądy władców na wiele spraw zmienne bywają. Dotyczy to władców nie tylko centralnych, lecz również lokalnych. Takoż i dyrektor centrali FWP w Szklarskiej Porębie, po wizytacji w świniarni doszedł do wnioski, że hodowla świń w stajni Augiasza uwłacza jego godności i nakazał hodowlę zlikwidować. Rola Heraklesa w oczyszczaniu stajni Augiasza pomieszczonej w budynku nad Złotym Polokiem przypadła Aleksandrowi Wiąckowi. Wiącek był jedną z najciekawszych postaci Szklarskiej Poręby. Niewysoki, ale krępy. Utalentowany ponad przeciętność. Pisał, malował i rzeźbił. Robił wystawy swych dzieł. Interesował się wszystkim, głównie historią. 80 Karierę zaczął jako łącznościowiec w miejscowym batalionie WOP. Miał stopień sierżanta. Jednak w wojsku nie zagrzał długo miejsca. Był za inteligentny jak na podoficera, a do szkoły oficerskiej nie chciano go przyjąć. Przeszkadzała Informacja WP. OFICER OBIEKTOWY CHCIAŁ Z NIEGO UCZYNIĆ DELATORA Wiącek odmówił. Niedoszły kapuś porzucił więc wojsko i doszlusował do klanu przewodników, będących w owym czasie elitą intelektualną kurortu. Wiącek zaczepił się jako instruktor kulturalno-oświatowy w FWP. Organizował dla wczasowiczów wycieczki do wodospadów Kamieńczyka i na Szklarkę. Czasami wiódł podopiecznych na Szrenicę w Karkonoszach lub na Wysoki Kamień w Górach Izerskich. Jednak jego głównym zajęciem było organizowanie dla kolejnych turnusów wczasowiczów wieczorków zapoznawczych i pożegnalnych. Organizował je w „Kaprysie” lub „Sasance”. Lokalach – klubach będących w gestii FWP. Gdy zabudowania nad Złotym Potokiem opuściły świnki funduszowskie lokal dziczał powoli, ale systematycznie, bo szczury mieszkały w nim nielegalnie. Wiącek bolał nad upadkiem świniarni. Nie byłby jednak sobą, gdyby nie wykorzystał koneksji w FWP. Miał plan jak ze świnarni uczynić niezgorszy apartament. Oczywiście, dla siebie. Nabył budynek za grosze, a nie wiedząc co go czeka zabrał się do roboty. W odróżnieniu od Heraklesa, który za popełnioną zbrodnie zabójstwa żony miał do wykonania 12 niebezpiecznych prac zleconych mu przez wyrocznie delficką na rzecz króla Eurysteusza przewodnik miał do wykonania tylko jedno zadanie. Oczyszczenie efwupowskiej stajni Augiasza zajęło instruktorowi kulturalno- -oświatowemu „Perły” kilka miesięcy. A doprowadzenie całego lokalu wraz z ogrodem do luksusowego wyglądu – kilka lat. Wiącek wykonał to, jak wszystko to, co robił bardzo dokładnie. Zmajstrował ze świniarni przepyszny lokal, że paluszki lizać. Wyposażył go w kominek, obrazy i zabytkowe meble. Odwiedzał go druh harcmistrz ze swoją drużyną HSG, bo Wiącek snuł opowieści tak wiarogodnie, że brać harcerska nie wiedziała czy to mity czy fakty. TAK NAPRAWDĘ TO NIKT DOKŁADNIE NIE WIE GDZIE, SIĘ ZACZYNA, A GDZIE SIĘ KOŃCZY KAŻDY MIT Wybaczcie, że antycypuję. Sam żem u Wiącka bywał. Ale to, co opowiada na tych kartach dotyczy znacznie wcześniejszego okresu. Wówczas problemem A. Wiącka były szczury. Instruktor, oprócz rozlicznych talentów artystyczno-ekonomicznych nie był, niestety, uzdolniony muzycznie. W żadnym wypadku nie był flecistą. Znal jeno język zwierząt. Język siły. 81 Świeży właściciel lokalu nad Złotym Potokiem nie musiał budować pięciometrowej wysokości żelaznych zapór, które w żadnym wypadku, pod żadnym pozorem – jak twierdzi wybitny i kompetentny wiceminister MSW – nie są murem. Aby przekonać nielegalnych i niechcianych lokatorów do emigracji wystarczyło użyć perswazji siły. Po prostu Wiącek zaczął szczury topić w wodzie i błocie, a schorowanym darował życie i litościwie przerzucał na drugi brzeg potoku. Nie na darmo był intelektualistą. Szczury metod Wiąckowych nie polubiły. Wzięły nogi za pas. Ruszyły niczym dzisiejsi uchodźcy z Azji i Afryki na poszukiwanie bezpieczniejszego miejsca na ziemi. Na taki właśnie moment trafiliśmy z druhem harcmistrzem Adamem Solarzem. Nie mając wyboru ruszyliśmy w mieszany młodnik rozciągający się na południe od Wiąckowej sadyby. Witki brzóz, leszczyn i niedorosłych świerków chlastały nas po policzkach. Nie zwracaliśmy na to uwagi. Szliśmy w górę. Ciągle w górę. W górę i w górę. Skończył się młodnik i zaczął duży las świerkowy. Z LEWEJ STRONY ZASTAWILIŚMY ZA SOBĄ CHYBOTEK UMOSZCZONY W GRUPIE KUKUŁCZYCH SKAŁ Chybotek to kilkunastotonowy głaz wciśnięty pomiędzy dwa, jeszcze masywniejsze olbrzymy granitowe. Można było nim chybotać. Wystarczyła do tego jedna ręka. Szliśmy. Hala pod Łabskim Szczytem. Schronisko „Pod Łabskim Szczytem”. Korciło. Nie zasiadamy w schronisko u zaprzyjaźnionych kierowniczek na popas. Idziemy. Szlak zielony, tzw. Ścieżka nad Reglami. Trawestujemy zbocze Łabskiego Szczytu pokryte w górnej części rumowiskiem skalnym, a w dolnej goryczką. Dalej spłaszczenie zboczowe zwane Łabskim Upłazem poprzetykane tu i ówdzie rachityczną, chuchrowatą, zmizerniałą kosodrzewiną, w których gałęziach pająki cerowały pajęczyną powietrze. I już Droga Przyjaźni – szlak polsko-czechosłowacki biegnący raz po Polskiej, drugi raz po Czechosłowackiej stronie. I już schronisko Nad Śnieżnymi Kotłami. Teraz budynek telewizyjnej stacji przekaźnikowej. Nie zaglądamy do stacji. Nie zaglądamy do kierowniczki podupadającego schroniska, aby złożyć uszanowanie wspanialej kobiecie zwanej „Wojtkiem” i po raz kolejny wysłuchać jej relacji. Najczęściej o Adamie Rosenbushu, delatorze kilku wywiadów, o samolocie na dnie Śnieżnego Kotła i towarzyszącym mu fortepianie. Adam, współpracownik Tadeusza Stecia jako malowacz szlaków turystycznych i niemniej zaufany patriota zwiadu WOP miał przyzwolenie na chodzie przemytnicze koło źródeł Łaby na czechosłowacką stronę. Przynosił do Polski tysiące ołówków, perełek i innych świecidełek jabloneckich oraz chodliwych dóbr. Później Rosenbush, za wiedzą Służby Wywiadu i Kontrwywiadu wywiał z Kraju Pieroga i Zalewajki, by, pilotowany przez wywiad via Jugosławia i Włochy dotrzeć Monachium. W mieście nad Izarą, nie bez pomocy KGB zmustrował w Radiu Wolna Europa (RWE). Tam, również nie bez pomocy wywiadu zaprzyjaźnił się z dyrektorem Sekcji Polskiej RWE Janem Nowakiem Jeziorańskim, który ofiarował mu stanowisko archiwisty. ADAM ROSENBUSH SŁAŁ Z MONACHIUM DO WARSZAWY WARTOŚCIOWE MELDUNKI, M.IN. INSTRUKCJE DOTYCZĄCE ZABEZPIECZENIA CAŁEJ ROZGŁOŚNI Na tej podstawie słynny terrorysta Ilich Ramirez Sanchez „Carlos” dokona udanego zamachu na RWE. Pasjonujące są też relacje o grającym fortepianie lecącym na dno Śnieżnych Kotłów. Niekiedy także o samolocie, który od czasów drugiej światówki zalegał na piargach koło oczu Ducha Gór, aż go jacyś łowcy skarbów nie dopadli i nie spieniężyli w piechowickiej składnicy złomu. O ile fortepian doczekał się, oprócz wielu opowieści także wiekopomnego utrwalenia w postaci tablicy ku czci ludzi gór, wykonanej – mam taką nadzieję – z jego płyty rezonansowej, to o samolocie dziś już prawie nikt nie pamięta. Instrument był ozdobą schroniska. Aż kiedyś zbezcześcił go niewybredny i impertynencki turysta. Nie dość, że przyszedł późno w nocy. Nie dość, że personel już spał, ale go wpuszczono, bo w górskich obiektach obowiązuje zasada, że nikomu nie odmawia się na noc schronienia. I ten, przygarnięty na nocleg wagabunda, rozeźlony, że w toalecie nie ma papieru podniósł klapę fortepianu i nafajdał na instrument podcierając się „Trybuną Ludu”, po czym kulturalnie zamkną klapę i skoro świt odszedł w siną dal. Tak, niektórym i noc potrafi zaświtać, nasunąć na myśl, aby zrobić coś paskudnego. Rano żołnierze WOP wracając ze służby w rejonie Wielkiego Szyszaku wstąpili do „Wojtka” aby napić się herbaty z prądem. W schronisku śmierdziało. Węch wopistów zawiódł ich wprost do fortepianu. Wytoczyli więc instrument nad skraj Małego Kotła i spuścili na dno. ZBEZCZESZCZONY FORTEPIAN, OBIJAJĄC SIĘ O SKAŁY PODOBNO GRAŁ Jedni opowiadacze słyszeli melodie Etiudy Rewolucyjnej Chopina, a drudzy hymn socjalistów – Międzynarodówkę Pierre`a Degeytera. Echo grania niosło się aż do Gór Izerskich, odbijało się od Wysokiego Kamienia i spadało na Kotlinę Jeleniogórską. Wyklęty lud mścił się na burżujskim instrumencie.

         Resztki fortepianu, w postaci płyty rezonansowej wzmacniającej dźwięk zabrał Jerzy Pietkiewicz. Zamierzał ją przetopić, aby wykonać pamiątkową tablicę ku czci ludzi, którzy zginęli w górach. Popularny w Karkonoszach „Piećka” nie zdążył. Zginął na Annapurnie. Jednak tablicę zrobiono dzięki …Widnieje na niej również nazwisko Jerzego Pietkiewicza. „Wojtek” to postać, tak jak ratownicy Górskiego Pogotowia Ratunkowego, jak przewodnicy sudeccy, czy jak byli żołnierze WOP na zawsze wrośnięta była w pejzaż karkonoski. Idziemy w kierunku grzędy rozdzielającej mały, wschodni Kocioł od Kotła Dużego, zachodniego, w którym posadowiła się imponujących rozmiarów bazaltowa grzęda. Grzędę upodobały sobie pioruny oraz botanicy, łowcy porostów. Składając się z samej ostrożności i górskiego doświadczenia zamiast pod nogi baczymy na chmury. Obłoki zdają się bowiem nie wiedzieć, dokąd mają lecieć. W mgnieniu oka ogarnia nieostrożnego wędrowca zawierucha. Wiatr gwałtownie rozpiekielnia się. Zazwyczaj leci z czeskiej, południowo-zachodniej na północno-wschodnią stronę. Ani się człek spostrzeże już tkwi w biało-czarnym tumulcie chmur wędrujących na łeb na szyje, pędzącym raz tu, raz tam i siejących burzę tak gwałtowną, że pioruny nie wiedzą, gdzie mają spadać. W czasie burzy pioruny walą na grzędę bazaltową równie gęsto jak buchadła na Warszawę w czasie rozpoczęcia drugiej wojny światowej. Po kilkunastu metrach przystajemy. Solarz łypie okiem z ukosa na niebo. Tym razem jest wyjątkowo czyste. Przed nami czeluść. Droga w głąb ziemi – Kryształowy Źleb.

         Źleb Kryształowy ograniczony jest Filarem 1. Majowym i Eigerem. Granitowe bloki, poszarpane, wygięte w dziwnie esy-floresy zdają się spadać na śmiałków odważających się szabrować kryształy kwarcu. Bloki wielkości sporych kamienic zdają się wisieć w powietrzu. Może trzyma je na swoim miejscu Bóg. A może tylko wola Ducha Gór. Wśród bloków długa na kilkanaście metrów nitka kwarcu. A w nitce błyszczące kryształy kwarcu – marzenie kolekcjonerów minerałów i poszukiwaczy skarbów. Spod naszych buciorów uciekały drżąc małe kamienie. To odpryski skalnego rumoszu. W RUCH PUSZCZAMY MŁOTKI. Zapominamy po co żeśmy tu przyszli. Zwiodły nas szczury. Skarby zostały w wyobraźni. Mogły być tylko snem, zwidem, matactwem imaginacji. Ale wybijamy, wybijamy, wybijamy. Nie. Nie kryształy. Wybijamy haki pozostawione w Filarze i Eigerze przez nierozważnych wspinaczy. Wściekle waleni młotków w haki wywołuję dźwięk przypominający huk wystrzałów z broni myśliwskiej. Dźwięk, wzmocniony echem odbitym od granitowych skał płoszy dwa muflony, które prawdopodobnie przywędrowały tu z Czarnego Kotła Jagniątkowskiego, gdzie najczęściej można je zoczyć. Idziemy nitkowatą drogą w kierunku piargów zasiedlających lite ściany kotła, na dnie którego czarnoksięsko widnieją dwa mikroskopijne, błękitno-zielone jeziorka – oczy Ducha Gór. Z piargami walczy kosodrzewina. W odróżnieniu od tej, mijanej powyżej schroniska Pod Łabskim Szczytem kosodrzewina oplatająca grubym warkoczem Śnieżne Kotły jest intensywnie zielona. Nic dziwnego ma zaledwie 800 do tysiąca lat. Jest więc znacznie młodsza od piargów. Młodsza o jakieś 4 i pół miliarda lat. Przedzierając się przez gęstwię kosodrzewiny wyciągamy szyje ku słońcu, aby złapać właściwy kierunek marszu. Idziemy. Teraz w dół. Ogarnia nas nastrój nierozmawialności. Idziemy z wyłączonym dźwiękiem. Ciągle w dół i w dół.

         O druhu harcmistrzu Adamie Solarzu jeszcze nieraz wspomnę. Teraz tylko cytat z Leo Lipskiego o szczurach. Bo cytat, jak chce ulubiona prze Solarza pisarka Olga Tokarczuk, która w Empuzjonie wkłada w usta pana Augusta, że „Cytat jest pełnoprawnym gatunkiem literackim”. Cytat powinien obronić się sam. I niech tak będzie. Niech się broni. Może się bronić tak jak Ukraina przed hordami szczurów nasyłanymi na wolny kraj przez Putina. „Szczury są żywiołem. Petersburg zimą. Do wodopoju, Nad zamarzającą Newą. Szły co rano milionami, mlaskając ogonami. Ludzie zamykali domy, barykadowali się, ludzie śmierdzący, nienawistni, nienawidzący. Szczury dostojne, szare, z futrami zimowymi. Gdy Newa była pod lodem, szły ku dalekiemu morzu. Potem wracały. Dostojne i Królewskie. Szły zawsze razem z ludźmi, ale oni nie zdają sobie z tego sprawy. Ludzie próbują fletu i to się czasem udaje. Pod miastami. Przerastają swoją liczbą, inteligencją, organizacją ludzi. Szczury są żywiołem”. Idziemy. I już jesteśmy na skraju Doliny Krasnoludków. Po lewej stronie wśród pustki doliny mijamy pozamykane domki, wyglądające jak umarłe książki. Dalej, bliżej ścieżko-drogi, którą wędrujemy błyskają wśród bujnej zieleni solidne budynki MSW. 85 BUDYNKI SŁAWNE Z TAJNEJ NARADY PARTII ROBOTNICZYCH I KOMUNISTYCZNYCH, NA KTÓREJ 22 WRZEŚNIA 1947 R. NARODZIŁ SIĘ KOMINFORM, PASKUDNA INSTYTUCJA STALINOWSKA Po prawej ręce mamy budynek hotelowy i halę sportową WOP. Dochodzimy do skrzyżowania drogi, która na miano drogi nie zasługuje, ale jest. W Prawo można dojść nią do budynku wrocławskiego Hutmenu. Prosto w dół do Górskiego Batalionu WOP i, nieco dalej, do byłego domu Jana Sztaudyngera. Dziś po budynku nie zostało prawie nic. Z ziemi sterczą jedynie szczątki fundamentów i tablica pamiątkowa, że mieszkał tam sławny pisarz. Na skrzyżowaniu skręcamy w lewo. Dochodzimy do ulicy 1. Maja. Idziemy.

         Jest 22 lipca. Święto Odrodzenia Polski. Najświętsze święto Peerelu. Niebo gaśnie powoli. Wtopiony w świerkowy las klub batalionowy oświetlony zachodzącym słońcem sprawia baśniowe wrażenie. Wchodzimy. Radosny alkoholiczny tłum. U bufetowej, pani Basi Wodzyńskiej, żony kwatermistrza batalionowego, zamawiam dwie setki Poloneza i dwa „metafizyczne dania” – śledzia w śmietanie. Druh odsuwa ze wstrętem literatkę. Jako harcerz nie konsumuje żadnych trunków. Brzydzi się alkoholem. Jak nabywa u szeptuchy lub innej czarownicy flaszę, to chyba, że do dezynfekcji gardła. Najchętniej raczy się swojską nalewką, przyrządzaną z pędów kosodrzewiny zalanych spirytusem. Najświętsze święto Peerelu jest okazją do przypomnienia pierwszych powojennych lat Kraju Pieroga i Zalewajki. Pakuję do łba harcmistrza wiadomości o raporcie Głównego Zarządu Dóbr Zdobycznych Armii Czerwonej oraz szkic: „czyszczenie kraju pieroga i zalewajki z pomocą bezpieki i NKWD”. Następnie, przypominając sobie o Wiąckowych szczurach. Wyciągam z podręcznej biblioteczki klubowej książkę Obcy, Dżuma i Upadek Alberta Camusa. Kiedyś przyniosłem ją z własnych zbiorów. Otwieram na stronie 341. Czytam: „Wiedział bowiem to, czego nie wiedział ten radosny tłum i co można przeczytać w książkach, że bakcyl dżumy nigdy nie umiera i nie znika, że może przez dziesiątki lat pozostać uśpiony w meblach i w bieliźnie, że czeka cierpliwie w pokojach, w piwnicach, w kufrach, w chustkach i w papierach, i że nadejdzie być może dzień, kiedy na nieszczęście ludzi i dla ich nauki dżuma obudzi swe szczury i pośle je, by umierały w szczęśliwym mieście”. AFERA Z ZATRUCIEM ODRY, PRZY TAKIM DBANIU O PRZYRODĘ MAJACZYŁA NA HORYZONCIE, DO EPIDEMII COVID 19 MIELIŚMY JESZCZE NIESPEŁNA PÓŁ WIEKU, A DO SZCZURÓW WŁADIMIRA PUTINA TYLKO TROCHĘ DŁUŻEJ I aby nie antycypować przyszłości chciałbym zsunąć się po pochyłym asfalcie koło dawnych zabudowań GB WOP i koło nieistniejącej chałupiny sławnego pisarz do Kamiennej. I chciałbym popłynąć w górę rzeki, wbrew rzece.

         *** Jest to fragment książki Rządzący. Empusy i metanoje bezpieki, której promocja odbędzie się 29.12. 2020 r.

 

DZIŚ FUTBOL

Sprawy świata są okryte taką jakąś tajemniczością, iż filozofom, i to nie małym ani pierwszym lepszym , wydają się zupełnie nie do pojęcia.

                                               Marek Aureliusz

75 lat temu chodziłem do szkoły w Piechowicach. Nasza „buda” z zachodniej strony graniczyła z ulicą, z południowo –wschodniej z cmentarzem ewangelickim ogrodzonym murem i ze skromną remizą strażacką. Mur, zbudowany z cegły ale otynkowany nie był wysoki, łatwy do przeskoczenia. Chyba miał nie więcej niż metr pięćdziesiąt wysokości.

         Na cmentarzu było kilka monumentalnych grobowców zbudowanych z marmuru ale i sporo grobów ozdobionych pomnikami z piaskowca. Reszta kwater przykryta była skromnymi, ale gustownymi płytami granitowymi lub cementowymi.

         Starsi chłopcy lubili grobowce. Chowali w nich wino i wódkę. W czasie dużej przerwy przeskakiwali mur i pociągali kilka bulgotów. Po lekcjach wyciągali z grobowców czaszki, aby na przyszkolnym boisku, niczym dawni Brytowie, grać nimi jak piłką. Także zagrałem jeden mecz czaszką. Wstyd mi na samo wspomnienie.

         ***

         Z Brytami to było tak:

         Gdy pierwszy raz zobaczyłem globus pomyślałem, że Ziemia przypomina futbolówkę, nie część wszechświata, w której rozpanoszył się człowiek myślący. Uganianie się kilkudziesięciu osiłków za posklejanym kawałkiem skóry wypełnionej powietrzem, wygląda na idiotyzm. Jest idiotyzmem, ale stwarza widowisko, za którym małpie tłumy szaleją, walczą, a nawet wypowiadają wojny. Nie ma w tym nic dziwnego zważywszy, że futbol od początku związany jest ze śmiercią i… dziewicami.

W sytuacji, gdy mistrzostwa świata oglądają miliardy osób, a spektakl Hamleta jedynie tysiące, trudno się dziwić kłótniom o to, czy gra, zwana Tsu-chu powstała w 300 r.p.n.e. w Chinach, czy wcześniej w Grecji, skąd przejęli ją Rzymianie.    Kronikarze donoszą, że pierwotnie piłka zrobiona była z substancji organicznych, przemieszanych i związanych razem miękkimi i delikatnymi włosami młodych dziewic. Legioniści Cezara, chcąc się zabawić, nie szukali dziewic, bo je wcześniej wyrżnięto, gdyż zarażały zdrowiu. Wojownicy cezara używali do gry głów zaszlachtowanych Brytów. Kroniki milczą, czy dlatego piłka nożna jest narodowym sportem Brytyjczyków.

***

Mistrzostwa świata Anno Domini dwa tysiące dwudziestym drugim w piłce nożnej przypomniały mi, że futbol to zbyt poważna sprawa, by go zostawiać samym kopaczom, Więc ukułem teorię o meczach czterech generacji, Wygląda to tak:  

         Historia światowego futbolu /krótki kurs/

         1937 r. – zbliża się kres meczy pierwszej generacji polegających na lekceważeniu piłki i preferowaniu zmasowanego ataku sił ludzkich. Dominuje zmasowana siła ognia. Stalin czyści boisko do gry z Zachodem. Czystki w armii i gdzie indziej. W pierwszej lidze stanowiska traci dziewięćdziesiąt procent zawodników, w drugiej tylko pięćdziesiąt, ale kroniki notują także zmiany stuprocentowe;

         1937-1938 r. – uplasowani na drzewach okalających boiska, wywiadowcy Fuhrera wypatrują słabych punktów w drużynach przeciwników;

         29-30 września 1938 r. – w Monachium wysłannicy drużyny Fuhrera proponują teamowi remis bez gry; team oddaje walkowerem całe boisko;

         01 września 1939 r. – po skonsumowaniu walkowera na boisku pojawia się drużyna Fuhrera z koncepcją meczu trzeciej generacji, łączącej elementy poprzednich dwóch z dużą zdolnością manewrową;

         03 września 1939 r. – na boczny plac wpełza rozmemłany team Zachodu. Nie mogąc się zdecydować, za jaką koncepcją gry się opowiedzieć, team udaje, że się rozgrzewa;

         17 września 1939 r. – zza naszych pleców wyskakują bolszewicy i kopiąc nas po tyłkach i potylicy skraca o połowę pole gry;

         27 września 1939 r. – przegrywamy mecz, ale nie kapitulujemy, chcemy się kopać dalej, znikamy z głównego pola, idziemy grać do lasu;

         1940 r. – rezerwy Fuhrera masakrują rozmemłany team zachodni;

         22 czerwca 1941 r. – Hitler, idąc za ciosem, zaczynają demolować bolszewików;

         01 stycznia 1942 r. – spietrany Zachód montuje koalicyjny team, zmieniają piłkę;

         1941-1942 r. – Sikorski, usiłując zagrać w parze ze Stalinem podaje piłkę do Moskwy, ta odkopuje, podbijając przy okazji i pomocy Kima Philby’ego generałowi oko;

         1943 r. – do boju rusza Wasilewska. Opuszcza sypialnię generalissimusa, dobiera współtowarzyszy, zuchów-rycerzy, zakasuje kieckę, odbiera Sikorskiemu piłkę i podaje Stalinowi;

         01 sierpnia 1944 r., Warszawa – niepoprawni chłopcy z lasu, wierząc w team i bolszewików, porwawszy dubeltówki ruszają na boisko; masakra chłopców i miasta;

         1944-1945 r. – bolszewicy, zamiast współgrać z teamem, gwałcą sojuszników z lasu;

         04-11 lutego 1945 r. Jałta. Kapitanowie teamu i bolszewików zasiadają do pokera, stawką jest wzmocnienie drużyn; Stalin gra znaczonymi kartami i wygrywa;

         09 maja 1945 r. – rycerstwo Wasilewskiej dostają swoje pięć minut w Berlinie. Do Kraju Pieroga i Zalewajki na chwilę przychodzi wolność, a z nią nowe bałwany. Lud Kraju Pieroga Zalewajki natychmiast zapomina, o czym już w XIX wieku przypominał Alexis de Tocqueville, że najbardziej niebezpieczne jest zniewolenie obywateli w sprawach małej wagi. Ten rodzaj zniewolenia stopniowo stępia umysł i osłabia ducha, natomiast brak wolności odczuwamy w bardzo poważnych, lecz rzadkich okolicznościach, jest tylko chwilowy i dotyka tylko niektórych. Wiedzieli o tym rządzący i natychmiast rozpoczęli narodowi prać mózgi.

         16 lipca 1945 r., poligon atomowy Alamagordo. Team zaoceaniczny zarządził pierwszą na świecie próbę z czarodziejską futbolówką wykonaną z plutonu. Taką futbolówką nie sposób przegrać żadnego meczu;

         06 sierpnia 1945 r. Hiroszima. Team zaoceaniczny rozgrywa pierwszy i, jak dotąd, ostatni w świecie mecz czarodziejską futbolówką. Team wygrywa w cuglach. Zwycięstwo prowokuje wywiadowców bolszewików do zdwojenia wysiłków w celu zdobycia czarodziejskiej zabawki;

         1945-1947 r. – chłopcy z lasu zbierają się do ostatniego podrygu. Z obolałymi tyłkami usiłują kontratakować. Bolszewicy pomagają rycerzom Wasilewskiej wiązać leśnych w pęczki i pakować do piachu;

         29 sierpnia 1949 r., poligon atomowy pod Semipałatyńskiem. Bolszewicy próbuje czarodziejską futbolówkę, zdobytą z pomocą wywiadowców uplasowanych wewnątrz teamu zaoceanicznego, a wykonaną m.in. z polskiego uranu za którym tęsknią Farancuzi; 1949 -? Żadne teamy nie odważają się rozegrać gry czarodziejską futbolówką;

         1949 r. – powiększona o jałtańskie łupy bolszewicy zajmuje całe boisko, team zepchnięty do defensywy;

         1949-1953 r. – piłka nadal pod bramką teamu. Kapitan bolszewików zarządza przemeblowanie i nie dokończywszy dzieła pada trupem złożony apopleksją;

         1950-1990 r. – intensywny wyścig w produkcji czarodziejskich piłek. Team idzie na jakość, dokładność i moc, bolszewicy – na ilość i bylejakość.

         1953 r. – bój Chruszczowa i Berii o opaskę kapitana. Piłka na środku pola. Kiwka Nikity perfekcyjna. Beria idzie do piachu;

         3 grudnia 1953 r. – bolszewicy wysyłają umyślnego do przeciwników;

         14-25 luty 1956 r. – Chruszczow wyrzuca piłkę na aut i bierze czas na pozorne zrestrukturyzowanie bolszewików. Na trybunach kibice chcą dołączyć do ferajny teamu. Bolszewicy dają im lekcję pokory. Morderczo tarmosząc Naddunajczyków bolszewicy wywlekają z lochów dla rezerwowych Gomułkę i robią go pomocnikiem kapitana w zrekonstruowanej drużynie Nadwiślanii;

         15 października 1964 r. – wykorzystując nieostrożność Nikity, na boisko wskakuje rezerwowy Breżniew. Ogłasza się nowym kapitanem bolszewików. Piłka wraca na środek boiska;

         1968 r. odnosimy zwycięstwo nad Praską Wiosną. Było to zwycięstwo bardziej poniżające niż klęska;

         grudzień 1970 r. – znowu awantury na trybunach Nadwiślanii. Kapitan bolszewików zmienia pomocnika. Zdezelowanego dryblera Gomułkę zastępuje mający lepszą kiwkę Gierek. Team korumpuje pomocnika, który w zamian posyła piłkę na korner;

         1971-1980 r. – gra bez piłki. Zawodnicy grają za pożyczone pieniądze. Pomruki na trybunach;

         wrzesień 1980 r. – zdegustowany szef bolszewików desygnuje świeżego pomocnika w Nadwiślanii – Kanię, Ten, nie wiedząc gdzie jest futbolówka, zarządza grę bez piłki; z boku na „solidarnościowej fali”, surfuje Jaruzelski;

         1980-1981 r. – fale i bałwany na trybunach Nadwiślanii grożą podtopieniem sąsiednich stadionów;

         październik – grudzień 1981 r. – bramkarz bolszewików wkopuje na boisko serfera, który przytapia zramolałych graczy, wprowadza do gry drużynę ckm spod Lenino, głuszy fale i bałwany;

         1982-1985 r. – na połowie bolszewików zawirowania, opaska kapitana przechodzi z rąk do rąk, łapie ją Gorbaczow podając piłkę najlepszemu zawodnikowi – Jaruzelskiemu;

         1988 r. – zdezorientowany Jaruzelski ma piłkę, ale nie wie gdzie strzelać;

         1989 r. – generał kopnął na oślep. Padł gol. Strzał trafił w okienko. Recykling wykazał, że to bramka samobójcza;

         1990 r. – do gry dołącza team zaoceaniczny. Bolszewicy, podwijając ogon rejteruje do szatni;

         1990-2000 r. – team zaoceaniczny uczy sierotki po komandzie aportować piłkę. Główne boisko przeniesione na Bałkany. Pojawiają się sekty paskudników lekceważące zasady gry. Paskudnicy otrzymują dyspozycje do gry z międzynarodowego centrum kierowania. Chcąc opanować wszystkie boiska prowadzą sparingi z ostrym strzelaniem w węzłach: kaszmirskim, bałkańskim, kaukaskim, bliskowschodnim i północnoafrykańskim. Celem paskudników jest świat zachodni;

         grudzień 2000 r. – sierotki przemeblowują bolszewię, obierają nowego kapitana – Putina, wyszperanego w metaberiowskich sejfach. Pozycyjna gra bez piłki. Boiska rozrzucone po całym świecie;

         11 września 2001 r. – sekta paskudników, wykorzystując cztery boeingi, zapaskudziła boisko teamu zaoceanicznego.

         październik 2001 r. – piłka znowu w grze. Team zaoceaniczny kopie na oślep. Kosi boisko sekty paskudników w Afganistanie, którzy rozpierzchają się po sektach międzynarodowych. Team deliberuje nad kolejnością koszenia następnych boisk paskudników;

         wrzesień 2002 r. – sekta paskudników boleśnie nadgryzła zapasowe boisko teamu zaoceanicznego na Bali, a w październiku wyraźnie zaostrza grę, poszerzając boisko o Moskwę. Putin daje sygnał do koszenia boiska równo z trawą;

         wiosna 2003 r. – rozpoczęcie meczu czwartej generacji. Trudno o tradycyjny cel. Raczej idee niż technika. Raczej gra w sferze informacji niż walka na boisku. Przerwa w grze. Piłka w depozycie Organizacji Narodów Złajdaczonych. Jeżeli USA nie uporządkują świata, zobaczymy: wybuch na wybuchu/ na wybuchu wybuch/ a na tym wybuchu/ atomowy grzyb.

         2013 r. – Putin wyciąga nowego-starego zawodnika Snowdena i rozpoczyna atak w myśl reguł wojny 4 generacji;

         10 kwietnia 2010 r. katastrofa samolotu Tu-154 w Smoleńsku. Ginie 96 osób w tym prezydent RP Lech Kaczyński. Jarosław Kaczyński przejmuje nieudolne podanie piłki zakiwanych rządzących.   Umacnia swoją partii, a w 2015 r., w wyniku demokratycznych wyborów przejmuje władzę. Gra ostro. Marzy, tak jak Gomułka: „Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy”;

         24 lutego 2022 r. team Putina napada na Ukrainę. Uf! Tego by nawet Kaligula nie wymyślił, aczkolwiek był to bardzo rozrywkowy człowiek. Ukraina broni się. Pomaga team zachodni. Sytuacja remisowa. Jest tylko jeden sposób zagwarantowania pokoju światowego – zakopać topór wojenny wraz z agresorem.

[Jest to fragment książki Rządzący. Empusy i metanoje bezpieki, która ukaże się w grudniu 2022 r, nakładem wydawnictwa Agent PR].

SKĄD WIEDZIAŁEM

Jeżeli zastanawiacie się i chcecie wiedzieć skąd wiem ab hoc et ab hac?.., to muszę wspomnieć o płk. Marcelim Wieczorku ksywa „Marek”

         John Lennon wyśpiewywał: Musisz nauczyć się uśmiechu, gdy zabijasz. Marek to umiał, a widząc, że mnie molestują o przeszłość próbował mnie tego nauczyć…

         Azaliż ja już sto lat temu tłumaczyłem, że w latach 1959 – 1994 nosiłem mundur żołnierza WOP i funkcjonariusza Straży Granicznej.      WOP podporządkowane były MON bądź MSW, Straż Graniczna tylko MSW. To zobowiązywało, było jak drugie nazwisko człowieka.   W czasie żołnierki i strażakowania miałem kontakty z różnymi służbami specjalnymi. Nie tylko peerelowskimi, sowieckimi, czechosłowackimi i enerdowskimi oraz kochanym UOP, co było zrozumiale z racji służby na granicy, ale także z węgierskimi, bułgarskimi, amerykańskimi, kanadyjskimi, enerefowskimi, brytyjskimi, francuskimi, szwedzkimi, izraelskimi, a nawet libańskimi, kubańskimi i wietnamskimi oraz Bóg wie jakimi jeszcze.

         Miałem te kontakty nie dlatego, że tak wynikało z moich obowiązków służbowy, ale przede wszystkim dlatego, że tak mi się podobało. Dlaczego? To już zupełnie inna sprawa i częściowo zostanie opowiedziana w książce Rozkaz: wyeliminować.

         Tu i Teraz [kłania się zapożyczenie od śp. Kazimierza Koźniewski] chciałbym jedynie przypomnieć jednego z miliona swoich przyjaciół związanych ze służbami specjalnymi, właśnie pułkownika Marcelego Wieczorka, którego kiedyś w tak nikczemny sposób potraktowano w tygodniku „Wprost”, posądzając, że był polskim Mitrochinem, a onegdaj „wyeliminowano. Z życia – oczywiście..

         Porównanie z Mitrochinem… Nie! No nie! Nie! Panowie żurnaliści! Jeżeli chodzi o klasę, to Mitrochin mógłby Markowi kapcie nosić. Jeżeli natomiast chodzi o pozostałe informacje z tygodnika, to podejrzewam, zostały one zmajdrowane na zasadzie: krzesło – dupa – sufit – komputer, a może służby tajne? Oprócz nazwiska, w tekście „Wprost” nie ma ani słowa prawdy. Więc to jednak majstersztyk. Taki majstersztyk, jakim posługiwał się w czasie pisania meldunków delatorskich niejaki płk mgr Wojciech Uć, który zamiast urząd potrafi napisać „óżont”.

         Ale do rzeczy, przypominam że Wieczorek:

         BYŁ: kadetem.

         GRAŁ: rolę dyplomaty, i kilka innych mniejszych ról, równie wrednych, boć i anihilacje bliźnich takoż mu się przydarzały.

         ZOSTAŁ: oficerem wywiadu.

         MIAŁ: stopień pułkownika i kilka mundurów oficerskich. Wojskowych i milicyjnych. Kochał jeden i drugi i nie mógł się zdecydować, który powinien cenić bardziej. Miał kilka tuzinów kochanek i szufladę z medalami. Gdyby je wszystkie przywiesił na piersi przygięłyby go do ziemi, gdyż był to taki ciężar (moralny również).

         BYŁ: emerytem, miłośnikiem książek i filozofii wschodu, acz nie gardził także marksizmem, choć jego najwyższa forma – stalinizm przyprawiał go o mdłości.

         BYWAŁ: człowiekiem długopisu. Majdrował dwie książki równocześnie i nie mógł się zdecydować, którą zakończyć wcześniej. Czy pierwszą o pułkowniku Michale Goleniewskim, podającym się za potomka Romanowych, czy drugą, wspominkarsko-pamiętnikarską donoszącą o akcjach mrożących krew w żyłach, szeregowych pracownikach wywiadu i niektórych szefach o duszach tak czarnych jak sumienie Belzebuba, a może i Czesława Kiszczaka, będącego ostatnim szefem „Marka” .

         ZNAŁ: angielski, niemiecki, rosyjski oraz kilku parszywych sukinsynów, którym chciał wyświadczyć ostatnią przysługę – uczestnicząc w ceremoniach pogrzebowych z sukinsynami w rolach głównych.

         UWAŻAŁ: że oficerem wywiadu jest się do końca życia. Wszystkim innym się bywa. Dlatego pewnych spraw nie zdradzi nigdy.

         NIENAWIDZIŁ: obłudy i kilku drani, których poznał na tyle dobrze, że każdemu poświęcił po kilka kartek w pamiętnikach. Nie po to, aby ich wyróżnić, a po to, aby wykładowcy w szkołach wywiadu mieli czym straszyć adeptów szpiegowskiego rzemiosła.

         GARDZIŁ donosicielami, ale cenił donosy.

         ZWIEDZIŁ: służbowo Amerykę, Afrykę i Azję. Udawał, że mediuje w Wietnamie, a na Wzgórzach Golan gotów był walczyć o pokój z takim poświęceniem, że kamień na kamieniu by tam nie został.

         WIADOMO: że był podobny do Abba Ebana.

         NIE WIADOMO: czy naprawdę nawoływał Izrael do dalszej agresji przeciwko państwom arabskim.

         ***

         Lejąc krokodyle łzy wspominam stare dzieje i to, że z pobytu na Wzgórzach Golan, buszując także po Egipcie „Marek” przywiózł dla mnie oko Horusa, a Kiszczakowi doskonale balsamowaną mumię niemowlęcia, które nie zostało faraonem tylko dlatego, że za wcześnie sczezło.

         Te trofea Wieczorem przytargał z wojaży sześć lat przed pogrzebem peerelowskiej bezpieki. Wyprawiono wówczas huczny jubileusz 40-lecia UB, SB i MO.

         Była to okazała feta. Taka mniej więcej jaką zaliczyła premierka Beata Szydło po powrocie Z Brukseli, kiedy to odniosła wiekopomny sukces przegrywając glosowanie 27 : 1.

         Były juble i i życzenia i Uchwała Biura Politycznego KC PZPR w sprawie Obchodów 40-lecia Powołania Służby Bezpieczeństwa, Milicji Obywatelskiej oraz Jednostek Wojskowych Resortu Spraw Wewnętrznych.

         Uchwałę i życzenia zamieszczono na pierwszych stronach organu KD PZPR w MSW Informacje i Dyskusje, tuż obok życzeń przesłanych pryncypałom z UB, przez niegdysiejszego delatora UB i NKWD, marszałka Michała Rolę-Żymierskiego.

         Jak przystało na sprawnych lizusków, redaktorzy pisma w następnej kolejności pomieścili, nie wspominając ani słowem o mumii niedoszłego faraona tkwiącej w pancernej szafie ministra, obszerne fragmenty wystąpienia swego szefa generała broni. Czesława Kiszczaka. On to, tenże generał, uosabiał wszystko to, co było najgorsze w UB, GZI WP, WSW i SB. I to też uznano za sukces tylko trochę mniejszy, który dziś premier Mateusz Morawiecki odnosi w walce o szmal z międzynarodowymi trybunałami oraz Unią Europejską. 

         A dalej… Pożal się Boże, faceci z redakcji palnęli niewybaczalne głupstwo ogłaszając tekst niejakiego Marcelego Wieczorka. Ten facet miał co prawda dobre rewolucyjne nazwisko, ale poglądy absolutnie nieprzystające do tak podniosłej uroczystości. Jego myśli były jeszcze czarniejsze, niż podniebienia Jacka Kuronia, Adama Michnika, Karola Modzelewskigo i całej zgrai miłośników socjalizmu a rebours.

         Wiem, co tu klepię. „Marka” znałem od dawna. Jeszcze z czasów, gdy mieszkał przy ulicy Wiejskiej i był sąsiadem M. Goleniewskiego, jak i z czasów sudeckich, kiedy polowaliśmy na szpiegów niemiecko-anglosaskich na Orlu. Pułkownik przywiózł mi, oczywiście w ramach kombinacji operacyjnej, odbitkę fotograficzną będącą kopią z dziennika Jarosława Iwaszkiewicza. Odbitka dotyczyła balangi, którą król gejów i przewodników sudeckich Tadeusz Steć wyprawił w swoim mieszkaniu w Cieplicach przy ulicy Orle na cześć warszawskich intelektualistów.

         Wówczas to, zaszpuntowany opowieściami króla przewodników, prowadząc oficera wzdłuż Granicznika w drodze na zadrutowany mostek nad Izerą usiłowałem mu bezskutecznie opowiedzieć legendę o rysiach odwiedzającym mnie na monumentalnym głazie i o kontaktach z Wielką Niedźwiedzicą podrzucającej załodze strażnicy Wielki Wóz, by żołnierze mogli na nim przywieźć prowiant  z Gorskiego Batalionu WOP w Szklarskiej Porębie.

         Jeszcze potem, bo już w latach 80. odwiedzaliśmy razem siedzących na „jaskółce”, w głównym gmachu MSW, pułkowników Emila Podporę i Józefa Fijała, asystenta generała Pożogi. Czasami wypiliśmy tam po szklance.

         Emil wypił, bo lubił. Był bowiem alkoholubnym oficerem, tak jak 99,9 procent załogi MSW, Marceli wypił, bo wypadało i ja wypiłem, bo wówczas byłem jeszcze towarzyskim facetem, przedkładającym picie towarzyskie nad samotne naradzanie się z flaszką.

         Po tych konwentyklach z rozbawieniem czytaliśmy donosy, wyciągnięte sposobem z gabinetu ministra, że „spożywamy”. Te kwity nie były dla nas groźne, bo stał za nami generał Pożoga, który wprawdzie nie był smakoszem, ale nie był też zdziczałym antyalkoholikiem, jak nie przymierzając generał Jaruzelski.

         A wówczas Wieczorek wysmażył do partyjnego biuletynu (do użytku wewnętrznego) tekst o kadetach. Warto o tym pamiętać, bo był to zupełnie niezły klan. Jeszcze w 1980 r. służyło w resorcie 117 byłych kadetów. Nie było żadnego departamentu w ministerstwie, ani biura w KG MO, ani komendy wojewódzkiej, gdzie nie służyliby byli kadeci. Zajmowali wysokie stanowiska. Kadeci wyhodowali też jednego kandydata na prezydenta, który chyba jeszcze do dziś nie powiedział ostatniego słowa i 3 generałów. Jednak tymi akurat nie warto się chwalić. Podobnie jak nie ma co wspominać pewnej damy, która doszła co prawda do stopnia podpułkownika, miała męża pułkownika KBW i szacowną profesję szpiegowską, ale ciągnęło ją do obcych służb, posiadła też kilka ryczałtów w cudzych sypialniach. Jednak to w tych służbach było kiedyś jak najbardziej normalne.

         Ale tak na wszelki wypadek czasami myślę, że życie nasze w szeroko rozumianej sztuce szpiegowskiej splunięcia nie było warte. Evviva l`arte

         [Wkrótce w książce: Rozkaz: wyeliminować będzie więcej o „Marku” i innych, których jakieś siły wyprowadziły brutalnie z tego świata]

 

SIĘ NAPISAŁO

Każdego roku w maju, z okazji urodzin Joli, ale także w rocznicę zakończenia drugiej światówki, a tuszę niepłonnie, że da Dobry Bóg, a może i Putin z papieżem Franciszkiem, że przed trzecią zawieruchą spotka mnie wielkie szczęście, które zerwę jak świeże wiśnie i wówczas najdzie mnie ochota do szczególny wielkiej dobroci dla zwierząt i wszystkiego co żyje, a nawet ludzi. Dlatego przesyłam Wam parafrazę zgrafomanioną w postaci niby-to poezji oraz swój autoportret z innymi kanaliami, a także coś tam jeszcze

 

         Siedzi Jola na drzewie

        I ludziom się dziwuje

        Że najmędrszy z nich nie wie

        Gdzie się szczęście znajduje.

        W Polsce – śpiewa bór

        W Polsce – woła z gór

        Echa chór.                        

        A Wisła szemrze:

        Zawsze niech będzie KSIĘŻYC

        Zawsze niech będą GWIAZDY

        Zawsze niech będzie NIEBO

        Zawsze niech będzie POLSKA

        Zawsze niech będę JA

        JA – grafoman pod wezwaniem

        Wielkiej Niedźwiedzicy.

        ***

        Oddaję się wspomnieniom:

       Przez moment znalazłem się w ekskluzywnym, ale niezbyt moralnym towarzystwie [tu byłoby potrzebne szerokie nawiązanie do moich przyjaciół -J. Iwaszkiewicza, Wielebnego. Krzeczkowskiego i T. Stecia już niegdyś opisanych]. Nie, nie przebywałem w nimi długo. Nie zdążyłem się chyba zatruć. O homoseksualistach mówiło się sporo, ale o pedofilach… raczej się nie słyszało. To pojęcie nie było modne. Ludzie mówili, że dupa to dupa. Obojętnie czy małolatki, małolata czy dorosłego. Znacznie później dowiedziałem się, że środowisko gejowskie od lat czterdziestych było rozpracowywane przez służby specjalne, m.in. przez moich znajomych, byłego, frenetycznie pospolitego oficera Informacji WP, a następnie porucznika WOP Damiana Kozaka i płk Marcelego Wieczorka, ale nie tylko. Zresztą w samej Firmie poznałem kilku nietypowych gejów na eksponowanych stanowiskach, którzy byli obojnakami. Ale dziś…, dzięki feministkom wiem o tych sprawach więcej.

       ***

       Zawsze miałem wokół siebie kilku przyjaciół, którzy, podobnie jak ja, nie byli w najlepszym socjalistycznym gatunku. Byli tacy sobie. Niektórzy nieco trzpiotowaci. I oficerowie służb specjalnych mieli z nas pociechę. Pisząc na nas meldunki, pracowali na awanse. D. Kozak, wiedzący o mojej przyjaźni z przewodnikiem, aby mnie pocieszyć, a trochę zasmucić, z uśmiechem szerokim jak Brama Brandenburska, ale dużo, dużo później tłumaczył mi, że Steć nie lubił kobiet i od lat pięćdziesiątych wyłącznie „obracał” chłopców. Chociaż… Chociaż była taka jedna, która usiłowała go uwieść i udomowić, a on ją prosił, aby trzymała swoje ręce z dala od jego rozporka.

       Grupa, do której rzucił mnie klerykalizm mojej matki, nie lubiła kobiet i kombinowała z inną miłością. Oczywiście mama nie domyślała się, o co Wielebnemu i jego komilitonom chodzi. Ojciec tak. Ja byłem jak kulka zaplątana w gąszczu srebrnych liści.

       Miałem niespełna piętnaście lat i tkwiłem pod urokiem Ireny Kramer. Chodziliśmy razem do szkoły i związaliśmy się ze sobą tak jak można się związać w tym wieku. Po wyjeździe Irenki moje uczucia przerzuciłem na Walę.

       Przybywało lat, a ja na inne koleżanki patrzyłem jak na stado pingwinów. Ją tylko widziałem. Powtarzam: byłem niczym kulka zaplątana w gąszczu srebrnych liści. A ona była nasiąknięta zapachem konwalii i chryzantem.

       Wala była swobodną miłością, naturalną jak oddech. Od jej widoku rano zapalało się słońce, a wieczorem iskrzyły gwiazdy. Do dziś czuję smak jej głosu. Brzmiał tak jakbym w ustach miał watę cukrową.

       Ta przygoda była znacznie poważniejsze niż z Ireną. To była śmieszna platoniczna miłość kochana zanadto. Czułem się ocalony przed życiem. Nie wiedziałem jeszcze, że miłość, to utrata godności. Nie ocala. Często boli. Ale wówczas byłem w siódmym niebie. Byłem uskrzydlony. Bujałem w chmurach. Wznosiłem się jak Ikar. Trwało to i trwało…

       Ta pierwsza miłość była jak wejście do dżungli bez maczety. Szybko zrozumiałem, że to nie romantycy wymyślili nieszczęśliwą miłość. To miłość wymyśliła romantyków. Spłoszyła mnie byle papuga.

       Było tak: zauważyłem, że Wala, która do pewnego czasu mała chęć wyrżnięcia wszystkich chłopców oprócz mnie, rozgląda się, czy czasem któryś z tego rżnięcia nie ocalał.

       Niestety, jeden ocalał.

       Myślałem, że moja dziewczyna widzi we mnie coś więcej niż czubek góry lodowej, coś, co było dobrze ukryte, może nawet głębiej niż dno dna i zrozumie, że nie warto się oglądać za innymi. Więc zamiast walczyć oraz dać absztyfikantowi po pysku, zostawiłem decyzję ukochanej.

       Skończyło się na czarnej polewce.

       Świat się dla mnie skończył. Po rozstaniu z Walą czekało mnie jeszcze sporo niespodzianek. Nic istotnego z nich nie wynikało. Musiałem ułożyć sobie projekt życia zredukowanego. Na długo zapomniałem…

       Zapomniałem, kim byłem. Zapomniałem, kim jestem. Zapomniałem, kim będę. Zapomniałem, że gaśnie mój świat. Zapomniałem, że zniknę. Spadłem z chmur niczym Ikar. Nie byłem nawet zerem. Zero jest cyfrą. Ja byłem kropką. Samotną. Nie byłem nawet literą. I zdawało mi się, że na moim tanim zegarku czas drożeje z sekundy na sekundę. A czas nie jest walutą miłości. A śmierci. Amen.

       Myślałem, ba, byłem pewny, że najtrudniej dotrzeć do samego siebie, a zrozumieć kobietę nie jest w stanie nawet złota rybka.

       Nie znając jeszcze pouczeń Marka Aureliusza, że nie należy gniewać się na bieg wypadków, bo ich to nic nie obchodzi, sięgnąłem po Iliadę Homera i Z sercem zgryzotą przeżartym, stroniąc od wszelkich ludzi wybrałem się nad rzekę Kamienną. Zarzuciłem wędkę. Złowiłem złotą rybkę. Za zwrócenie wolności obiecała spełnić moje życzenie. Zażądałem wszystkich ryb z Kamiennej. „Może miałbyś inne życzenie” – zaproponowała rybka. Chciałbym zrozumieć kobietę – powiedziałem. „To jednak wyłowię ci te ryby, co do jednej. Zrozumieć kobietę? To ponad moje siły”.

       W chwili, gdy to piszę zrozumiałem, że ja nic o Wali nie wiedziałem. Byłem dyskretny. O nic nie pytałem. Chciałem jeno milczeć patrząc w jej oczy. Nawet nie zauważyłem, że już ją nudzę.        To była niemożliwa miłość. Z przetrąconym grzbietem czołgałem się dalej. A może najlepiej byłoby zwariować? A może puścić sprawę w niepamięć? Nie potrafiłem.

       Aż w końcu zrozumiałem, że wszystko to ułuda. Wszystko przemija jak najdłuższa żmija. Wszystko znika. Nawet słowa zaklęć. Nawet dane zgromadzone na twardym dysku komputera. Jeżeli nie będą przekopiowywane co ileś tam lat – znikną. Tak jak zniknie niżej podpisany.

       Ale. Kochani, nie przejmujcie się. Wy także znikniecie.

       Kosza dostałem ze swojej winy. Z dziewczynami nigdy nie szło mi najlepiej. W tej dziedzinie nie byłem chwacki. Nie pozwalała mi na to wrodzona nieśmiałości. O ile w sporcie w każdej, nawet beznadziejnej sytuacji potrafiłem iść przebojem, a na bieżni czy w basenie potrafiłem wojować o każdą sekundę, na wspinaczce uparcie walczyłem o każdy metr ściany, którą chciałem pokonać a w żeglarstwie o stopę wody pod kilem, to w sytuacji sam na sam z dziewczyną, poza którą świata nie widziałem, baraniałem kompletnie, lotowałem, zamieniałem się w słup soli niczym żona Lota.

       ***

       Mijały lata i pomyślałem, że pora się ożenić. Domyślałem się wprawdzie, że nie jest to atrakcyjna propozycja dla kobiet, którym małżeństwo proponowałem, ale nic na to nie mogłem poradzić.      Brakowało mi pawiego ogona, którym mógłbym zaimponować. Nie będąc łowcą i łamaczem dziewczęcych serc ponosiłem porażkę za porażką.

       Nie, o żadnym seksie nie mogło być nawet mowy. Było to w czasach, w których dziewczyny ceniły cnotę (dziś wiem, ze nie wszystkie) a chłopcy byli kumplami (dziś wiem, że nie wszyscy), a nie kochankami.

       Jak to wyrazić? Nie wiem? Słowami nie da się opowiedzieć, czym miłość jest. Uważam wysiłki tysięcy artystów usiłujących dopaść tematu miłości i małżeństwa za przedsięwzięcia spartolone.          Szukanie wzorców na miłość w literaturze to przedsięwzięcie beznadziejne. Miłość można rozpoznać tylko własnym sercem. A jeżeli chodzi o małżeństwo? Cóż, uważam, że jest w tym sporo zawracania głowy.

       Prawdziwemu mężczyźnie wystarczy niania. Ale, jak już się zdarzy zalegalizowany związek, to także małżeństwo, podobnie jak kalectwo, należy znosić cierpliwie.

       Więc gdy ksiądz dobrodziej w towarzystwie Stecia zaczął dobierać się do mnie poskarżyłem się tacie. Ojciec w mojej obecności przeprowadził męską rozmowę z kapłanem i przewodnikiem. Nie, nie dal im po pysku jak się spodziewałem. Rozmowa była spokojna. Argumentem był pistolet Mauser C96. Ot tego czasu straciłem społeczną funkcję ministranta. Zraziło mnie to do Kościoła. Mam nadzieję, że nigdy nie obraziłem i nie obrażę Pana Boga.

       Z Kościołem to inna sprawa. Skoro Kościół hołubi takie postaci jak mój katabas, albo inny pedofil czy abp Józef Wesołowski, to nie może unikać krytyki. Zrozumiałem, że Stwórca dziś, mając na głowie osiem miliardów ludzi ma poważniejsze zmartwienia i zostawił mnie w spokoju.

       Ciągle jednak miałem z Bogiem problem. Czasami dotykał mnie promień wypuszczony przez Niego i nie wiedziałem, co zrobić. Czy uda się kiedyś komuś zajrzeć w źrenicę Boga? Bez Boga się chyba nie da? Przez długie lata dźwięczały mi w oczach słowa mojego kuzyna, biskupa Tadeusza Pieronka. Mówił: „Bóg istnieje – słowo honoru”. 

       Czy wierzę? Czasem tak mi się zdaje. Jednak bardziej właściwie będzie posłużenie się tu myślą prof. Leszka Kołakowskiego: Nie będę odpowiadał na pytanie, czy wierzę w Boga, bo myślę sobie, że Pan Bóg już to wie. I dalej: Kto mówi, że Boga nie ma i jest wesoło, sobie kłamie. Więc chciałem wiedzieć, kim jest człowiek? Czytam: Trudno być dobrym człowiekiem, to Pittakos. Człowiek człowiekowi wilkiem – Plaut. Ludzie są gorsi od najokrutniejszych zwierząt – Morales.

       Z obcowania z Wielebnym, który, jak mi się dzisiaj wydaje, był facetem swarliwym i z papierową dupą, wysnułem wniosek, że człowiek tym różni się od innych istot na ziemi, Tej Ziemi, że potrafi na dobro odpowiedzieć złem.

       I teraz myślę, co na to Franciszek… Jednak, mimo wszystko, nie jestem aż takim wariatem, aby w takim katolickim kraju jakim jest Kraj Pieroga i Zalewajki pisać, co papież ma na myśli.

       ***

       Jednak ksiądz dobrodziej, którego umownie nazwałem Wielebnym skażonym i utaplanym w błocie, nie byłby sobą, by nie robić mi reklamy. W czasie mszy, z ambony drwiny ze mnie stroił, dworował bezkarnie, sardoniczne kawałki opowiadał. W końcu ogłosił, że jestem opętany przez złego i należy mnie egzorcyzmować. Obiecywał mamie, że za pięćset złotych załatwi egzorcystę. Ojciec nie wyraził zgody. Poczubił się tylko trochę z katabasem, który okazał się niezgorszym strachajłą (tchórzem).

       Reklama kapłana przetrwała długo. Nawet jak podpisałem z wojskiem kontakt na dożywocie i na trzy lata zamknęły się za mną bramy kętrzyńskiej Oficerskiej Szkoły WOP, a na pierwszy urlop do domu przyjechałem dopiero po roku, ludzie ciągle napastowali matkę, że niedawno widziano mnie w Szklarskiej Porębie Dolnej jak deflorowałem miejscowe dziewice.

       Była to okrutna plotka jako, że ostatnią dziewicę zdeflorowali bohaterscy żołnierze Armii Czerwonej, którzy przynieśli nam wyzwolenie od Niemców i zamienili nazizm w komunizm.   

       Gdy te wici dotarły do mnie, odpisałem wielebnemu prosząc go, aby warcholił dalej, by częściej o mnie wspominał, a wówczas wdzięczność moja do niego granic nie będzie znała, ale mimo wszystko dupy mu poskąpię.

       Darmowa reklama, jaką mi Wielebny robił, ogłaszając z ambony, że dla niewiast jestem mniej zawodny od innych zawodników ułatwia mi poszukiwanie kandydatek do miziania. A przecież życie w OS WOP nie było usłane hurysami. Życie podchorążych było wypełnione od pobudki do capstrzyku. Nie było czasu nawet myśleć, czy człowiek jest szczęśliwy, czy nie. I pewnie Rokossowskiemu o to chodziło. I choć marszałek w 1956 r. wycofał się na z góry upatrzone pozycje w Sowietach, jego metody długo jeszcze obowiązywały w szkołach oficerskich.

       Dziś Władimir Putin, pomny szczytnych tradycji generalissimusa, nawiązując do tradycji Armii Czerwonej nakazuje swoim zuchom gwałcić nie tylko Ukrainie jako państwo, ale także wszystko i wszystkich co się rusza, nawet niemowlęta.

       ***

       Niewiastami zacząłem się interesować na poważnie dopiero po skończeniu 3. letniej podchorążówki, ale przed wstąpieniem do zakonu, czyli 5. letniej Akademii Wojskowej. Chcąc odrobić stracony czas, rzuciłem się niczym najgorszy hultaj w pościg za spódniczkami. Czyhając na cnotę białek (kobiet) ścigałem je na Wybrzeżu i w Karkonoszach, w stolicy, we wsiach i w miastach, na górskich wertepach i na nadmorskich plażach. Za granicą takoż. Znałem już 7 języków, co znakomicie ułatwiało mi „czyhanie” nawet wśród zagranicznych białek,

       W końcu jedną dopadłem. Usidliłem ją w Szczecinie. Miała na imię Jola. I wówczas przyśniła mi się Walentyna. We śnie widziałem jak ona odchodzi. Budzę się szczęśliwy, że nie zostałem z tą kobietą.        Bo Jola to było to!

       Była lepsza niż Coca- Cola. Była dla mnie hożą białogłową. Była ledwie dosłyszalną muzyką na granicy dźwięku. Powiedziałem jej, że Żołnierz dziewczynie nie skłamie. I ona mi uwierzyła. A mnie wstyd były nie dotrzymać słowa.

       Więcej na ten temat nie napiszę. Nie chcę zapeszyć. Jola do dziś jest moją żoną. I jest dla mnie kobietą mającą w sobie cząstkę wszechświata.

       Do dziś nie wiem, dlaczego pozwoliła się doścignąć. Może za wolno biegała? Może się zagapiła? A może czekała na mnie? Czy to było złe? Czy to było dobre? Jak należy określić takie doświadczenia?    Myślę, że wolno tu użyć biblijnych słów: cuneta valde bona (wszystko jest bardzo dobre).

       Nie zmienia to faktu, że całe życie byłem samotnym królem bylejakości, lekkomyślnym wesołkiem, egzaltowanym głupkiem, a dobrze się czułem jedynie w górach i na morzu, zaś moje życie przypominało thriller z elementami komediowymi.

Inwokacja

Od czwartku 24 lutego 2022 roku codziennie przygotowuję potrawkę wedle przepisu genialnego żabojada Rolanda Topora. Hej! Wladimirze Putin! Patroszę jednego po drugim twoich ulubionych agentów. Hej! Putinie Szkaradny! Już dawno nie wierzę, żeś potomkiem rzymskiego Marsa takoż greckiego Aresa. Na ciebie czyha Brutus, a za drzwiami czają się greckie Erynie zrodzone z ze spadłej na Gaję krwi z wykastrowanego Uranosa. Nie wiem czy ci się to spodoba, ale tak jest.   

         Azaliż na razie patroszę, a czynię jedynie tak, boć agentów rosyjskich jest ci u nas dostatek. Bo to już drugie pokolenie wywiadowców bolszewickich zostawionych w Kraju Pieroga i Zalewajki przez rezydenta KGB w Warszawie, ogoniastego generała Witalija Pawłowa, byłego przyjaciela sowieckiego genseka Jurija Andropowa.

                 Skądinąd wiem, że Pawłow, wychowawca i impresario wielu pokoleń tajniaków, denuncjatorów i kretów to także nauczyciel Putina. Więc generał, wyprowadzając się znad Wisły w 1984 roku zostawił w Nadwiślani stadko liczące około 5000 szpicli. Miał bowiem tak imponujący ogon. Dupowkręci Putina przejęli wychowanków Pawłowa z dobrodziejstwem inwentarza. Tuszę więc, że obiektów do patroszenia mi nie zabraknie.

                 Wypatroszyłem już niektórych w swoich książkach. Piszczeli. Ich pisk doleciał do ambasady Rosji, która się obraziła i zaniechała zapraszania mnie na uroczystości związane z rocznicą rewolucji październikowej. Żałowałem, bo ja lubię Ruskich. Lubię ich tak, jak lubił ich Janek Himilsbach. Który rozumiejąc duszę rosyjską przekonywał: „Lubię Ruskich. Stacjonowali u nas, pili wódkę, jeden strzelił do bociana, przestrzelił mu nogę. Drugi opatrzył ją i zastrzelił pierwszego. Lubię Ruskich, umieją uszanować człowieka i przyrodę”.         Czy Ruskich polubią kiedykolwiek Ukraińcy? nie mnie o tym sądzić.

                 ***

 

         Patrosząc agentów putinowskich ranguję ich wedle zasług dla Kraju Pieroga i Zalewajki. Jeśli szpicel był z ikrą, usuwam móżdżek, by nie nawarzył piwa. Wycieram, ostrożnie czeszę, nie uszkadzając skóry. Myję, by prezentował się apetycznie.

         Duszę w oskomie. Grubego agenta duszę cztery godziny, chudego – trzy obficie podlewając olejem rzepakowym.

         Uduszonych podaję przyjaciołom na półmisku wyłożonym polisą ubezpieczeniową na wypadek mojej niespodziewanej śmierci. Półmisek przybrany jest bilonem z coraz bardziej parciejącej złotówki oraz kwieciem.

         Obok kładę komunikat GUS o inflacji w marcu 2022 roku i rekomendację JE prezydenta Andrzejka Dudy, iż najlepszym kandydatem na szefa Baku Centralnego wedle głowy państwa jest Adam Glapiński. Przy podawaniu potrawki gwiżdżę z podziwem ulubioną melodię „Ojca Ojczyzny”.

         Duszonego agenta ani to ziębi, ani grzeje, ale mojemu towarzystwu potrawka dobrze robi.

         Teraz trochę historii ze wskazaniem na łotra, do którego usiłują doszlusować dzisiejsi szubrawcy.

      Dziesiątą rocznicę rejterady Światły spędziłem w Sudetach Zachodnich. „Kogut” czyli podpułkownik Józef Światło tam też kiedyś grasował. Chciałem go zjeść z kopytami. Dusić wedle przekazanej wyżej recepty Topora. Dało mi to pretekst do wspomnień.

      ***

      Środek Gór Izerskich. Lata krótkie. Zimy długie, śnieżne i mroźne. Idziesz. Śnieg chrzęści pod stopami. Niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie. Instynktownie wciągam łeb w ramiona, aby o dupę Wielkiej Niedźwiedzicy nie przypieprzyć.

      Wielka Niedźwiedzica ma uwiązany do ogona dyszel Wielkiego Wozu, a to jest groźne! Więc dziwię się, że mój niegdysiejszy przyjaciel, Wołodia Putin, jeszcze na to nie wpadł.

      Fuj! Jakiż nieelegancki język! – powie Adaś Solarz, a także inni puryści.

         A gdzie jest napisane, że mam być elegancki, szanować zasady savoir-viver`u i  wymogi bon to? Na taki zarzut mogę odpowiedzieć Gombrowiczem. Słowo zmienia się w zależności od kontekstu. Nawet słowo „róża” może stać się niepachnące, gdy jawi się na ustach pretensjonalnej estetki, zaś słowo „dupa” może stać się doskonale wychowanym w zależności od tego, co ma obrazować. Na przykład „dobrą zmianę” lub, nie przymierzając, Polski Ład.

 

         Jednak autor Kronosa oszczędnie używał zelżywości. Co nie przystoi pisarzowi, pasuje gryzipiórkowi. Nikt mnie nigdy nie zmusi, abym, gdy zechcę odpowiednie dać rzeczy słowo, alfonsa nazywał marketing menedżerem branży erotycznej, politycznego bandytę, jak nie przymierzając Putina – osobą o wygórowanych potrzebach finansowo-terytorialnych, dziwkę – damą o rozległej akomodacji płciowej, kłamstwo – koncepcyjnie zakamuflowaną prawdą, sejmowego łgarza i oszusta – osobnikiem zdezorientowanym etycznie, zaś feministkę – białogłową o wysublimowanym poczuciu sprawiedliwości dziejowej.        

         Nie, nie, nie. Nie zgłaszam pretensji. Nikogo nie pouczam ani nikogo nie przeklinam. Nie wadzę się z Bogiem ani z rządzącymi. Nawet papieża Franciszka zostawiam w spokoju, mimo, że jego stosunek do wojny w Ukrainie wydaje mi się egzotycznie dziwaczny. Chcę Franciszkowi jednak przypomnieć słowa jego wielkiego poprzednika Jana Pawła II, który powiedział: Jeżeli możesz coś zrobić, a nie robisz niczego po to, aby zatrzymać wojnę, bierzesz współodpowiedzialność.    

         Ale nie objaśniam zagadki bytu ani nie antycypuję przyszłości. Wiem przecież, że Lao-cy zmarł na wygnaniu, Platona sprzedano do niewoli, Jezusa ukrzyżowano, a tysiąc pięciuset pisarzy zgniło w sowieckim Gułagu.

         ***

         W każdej epoce i w każdym kraju marny jest los proroków.

 

Obserwując pospolitość, widzę wyraźnie, że świat już dawno stracił umiejętność odróżnienia talentu od beztalencia, kłamstwa od prawdy, moralności od hipokryzji, żartu i humoru od paszkwilanctwa itp. Tajne sejfy Bieruta i Bermana. Czar „dobrej zmiany” urok Polskiego Ładu nie są salonem literackim z obowiązującymi słowami na „ą” i „ę”. Wiem dobrze o czym piszę. Na przełomie XX i XXI wieku dwie damy sędziowskie Wujec i Hofmańska, wsparte rządzącymi chciały mnie wsadzić za kratki za pisanie prawdy, m,in. o generalissimusie Stalinie i jego decyzjach.

         W Akcjach specjalnych zapisując drastyczną rozmowę jednej z żołnierek 1 SBK dodałem, obok innych, następujący komentarz; „Myślę, że twórcom batalionu kobiecego (Stalin et consortes – H.P.) chodziło o inne niż Mickiewicza warsztaty. Oni mieli na uwadze bardziej walki łóżkowe, nie prawdziwą frontową wojaczkę”.

         Jeżeli porównany to, co dzisiejsi spadkobiercy wielkiego Stalina pod egidą W. Putina wyprawiają z kobietami, a nawet z dziećmi w Ukrainie, to można odnieść wrażenie, że mój zapis rozmowy z Plateranką był niewinny jak pupa niemowlaka.

         ***

 

         „Sejfy…” to książka o życiu zubeczonym, sparszywiałym, zwulgaryzowanym, sprostytuowanym, spsiałym. To książka o życiu tajnych służb i polityków w czasie zarazy. To antysalon, w którym postaci Bieruta, Bermana, „Ojca Ojczyzny” i ich alianse do innych władców są tylko pretekstem do snucia ogólniejszych refleksji nad pospolitością socraju i III RP.

 

         Bohaterowie  „Sejfów…”, jak prawie każdy człowiek, chcieli być szczęśliwi. Chcieli być szczęśliwy każdego dnia. Na tym polegało ich nieszczęście. W epoce, w której żyli, w czasie wojny, w stalinstewku, w Peerelu, a i w pewnych sensie po 1990 roku musieli iść po trupach, aby samemu nie zginąć.

 

         Takim ludziom jak moi bohaterowie pozostawało tylko ucieczka w nikczemność. Czynili to, co szokowało innych. Wyrządzali bliźnim krzywdę. Aresztowali. Torturowali. Zabijali. Znieprawiali albo jedynie zwodząc manipulowali.  Czyniąc to, mieli miłe poczucie własnej oryginalności i wolności jak np. to, że mój premier w kwietniu 2022 r. tłumaczy galopującą inflację „putininflacją”..

         Pozostaje postawić pytanie: czy się nie bali i nie boją, że kiedyś przyjdzie im za to zapłacić? Czy brali taką ewentualność pod uwagę? A może uwierzyli hasłu lansowanemu przez komunistycznych uzurpatorów, że: Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy?

         Być może, aby zrozumieć zagadkę rządzących należałoby zdefiniować naturę zła. Spróbuję to zrobić w następnych książkach: Tłuste koty. Od Bieruta do J. Kaczyńskiego oraz Władcy. Tropiciele dosiedli skrzydlatego konia.

         Usiłowania przedstawienia byłych i obecnych władców jako szaleńców, psychopatów, zboczeńców lub po prostu wariatów są podświadomym zabiegiem zdystansowania się od tego typu postaci, niemożnością przyznania, że zło, jakie ucieleśniali i, niestety, nadal ucieleśniają, może tkwić w każdym z nas. Tyle jedynie, że w różnym stopniu i natężeniu. Zło jest bowiem, zwykle ukrytą i tłumioną, częścią natury ludzkiej.

         Pora w końcu zrozumieć, że przywódcy są lustrzanym odbiciem społeczeństwa, któremu przewodzą.

         ***

         Więc tu jeszcze Zygmunt Krasiński piszący do Adama Sołtana: „… kiepsko na tym świecie, to nie sekret, im więcej dni przeżywam, tym smutniej mi się robi, tym wszystko bardzie pośmiewiskiem mi się zdaje. Co napotkam szlachetnych i dzielnych, to byli zawsze w opuszczeniu, w braku nadziei i wszelakiej słodyczy. Widziałem dużo błaznów szczęśliwych, dużo łajdaków potężnych i przekonałem się, że ten tylko może na tej ziemi spokojne mieć serce, kto taki podły, że przystaje na zło, lub taki głupi i niedołężny, że złego nie czuje. Addio”.

         ***

         Stalinizm Polski skończył się melancholijną katastrofą. Państwo przypominało merlina złowionego przez starego rybaka z utworu Ernesta Hemingwaya. Przypomnijmy fragment zakończeni Starego człowieka i morze: „Tego dnia na tarasie siedziała grupka turystów, Jedna z kobiet, patrząc na wodę, zobaczyła między pustymi puszkami po piwie i martwymi barakudami długi biały szkielet zakończony ogromnym ogonem, który dźwigał się i kołysał na falach przypływu, gdy wschodni wiatr wzdymał ciężkie morze za wejściem do przystani.

         – Co to takiego? – zapytała kelnera wskazując długi szkielet wielkiej ryby, który był teraz już tylko odpadkiem, czekającym, by zabrał go odpływ.

         – Tiburon – odpowiedział kelner. To rekin… – Zamierzał wyjaśnić, co się zdarzyło.

         – Nie wiedziałam, że rekiny mają takie śliczne ukształtowane ogony.

         – Ja też nie wiedziałam – rzekł jej towarzysz”.

         Jak jest dzisiaj w dobie „odwołanej” pandemii i trwającej wojnie w Ukrainie sami widzicie znacznie lepiej niż ja. W tym miejscu chciałem dać anons taki „Chcę zostać uczciwym człowiekiem! Poszykuję wspólnika. Nie chcę się sam wygłupiać”.

         ***

         Ty tylko trzy pytania, które muszę postawić: Czy Kraj Pieroga i Zalewajki, po wypaleniu się „dobrej zmiany” i Polskiego Ładu będzie wyglądał tak, jak szkielet marlina przyholowany do przestani przez starego rybaka?

         Czy tłuste koty zdołają doszczętnie ogryźć Polskę?

         Czy winni „gargantuicznego” rozwoju Kraju Pieroga i Zalewajki w ostatnich latach dostaną należną nagrodę? Czy aby czas i niepamięć nie zaćmi ich osiągnięć?

         Powie ktoś – ależ to przecież jasne – gdy w państwie wije gniazdo prywata i głupota to nadciąga narodowa tragedia. Uważam jednak, że ta druga cecha – głupota jest gorsza od prywaty.

         Nawet najbiedniejszy kraj może wytrzymać złodziejstwo, ale najbogatszy nie przetrzyma głupoty.

         Czy znajdzie się jakaś wrażliwa osoba z kręgu rządzących, która zastanowi się, że Polska to kraj pięknych ludzi? A piękni ludzie codziennie, nawet wbrew szykanom, masowo udowodniają jaki powinien być stosunek do Innego. I chodzi nie tylko o uchodźców z Ukrainy, których mamy już 2,7 mln, ale i o innych uciekających przed wojną i prześladowaniami.

         ***

         W tym miejscu z innej beczki. O północy wychodzę do ogrodu aby napawać się życiem we współczesnej pospolitości. Przez jarmarczną gwiazdopatrznie szukam na niebie Wielkiego Wozu. Znalazłem. Wóz przydzwonił mi dyszlem w osiemdziesięciodwuletni czerep tak fikuśnie, że zrozumiałem „komu bije dzwon” i kto się kryje pod kryptonimem „Orzeł Biały”.

         Zrozumiałem też, że współczesność to relatywizm postmodernistyczny. To także dramaturgia współczesnej egzystencji, i za Schopenhauerem powtarzam, że swoje życie mogę ująć jako niepotrzebny epizod zakłócający błogi spokój nicości.

         I tak doszedłem do wniosku, że cokolwiek bym sądził na temat przeszłości i dnia dzisiejszego, muszę być przygotowany na zmianę swych poglądów już jutro. 

         A mimo to jestem szczęśliwy.

         Co mnie uszczęśliwia?

         Trzy słowa wnuczek do mnie skierowane: „Dziadku! Kochamy cię”. A wówczas wszystkie barwy, kształty, smaki i dźwięki życia są do mojej dyspozycji.

         Chciałem na powyższym akapicie skończyć Sejfy…, gdy otrzymałem list z prośbą abym go ogłosił w książce.

         Była to parafraza, niegdyś znanego każdemu Dziecku Polskiemu wiersza Władysława Bełzy.

         List był krótki, szesnastosłowny, ale podpisany:

         Kto ty jesteś?

         Polak wspaniały

         Jaki znak twój?

         „Orzeł Biały”.

         I postscriptum

         Jestem z Wami.

         Pegasus.

PS

Sejfy… ukażą się 29 kwietnia 2022 r. nakładem wydawnictwa CB Tel,: 510-210-234.

 

KIM JEST W. PUTIN

W 2000 r. opublikowałem książkę Kim jest Putin. Wielki blef generałów. Przypominam fragment, ale nie tylko.. Myślę, że pewne tezy nadal są aktualne.

         ***

         Trzeba oszukiwać bliźniego, wbijać nóż w plecy przeciwnikom, kłamać, nie mieć zasad, działać podstępnie, mścić się, szpiegować, fascynować, zadziwiać, czyli wszystko jest dozwolone, aby osiągnąć wyznaczony cel. Trzeba mieć odwagę i determinację, być na przemian życzliwym i bezlitosnym [A. Neuharth].

         Była druga połowa lat 70. Od dwóch dekad często jeździłem do Drezna i innych miast NRD. Najpierw jako sportowiec, potem  działaczo-sportowiec, niekiedy, w latach 70. służbowo itp. Ale tak naprawdę, to do Drezna ciągnęła mnie słynna galeria sztuki, pomieszczona w pięknym pałacu, który sam w sobie był niepowtarzalnym dziełem […].

         Miałem kiedyś szansę stać się bogatym człowiekiem. W internecie można było przeczytać informacje, że Szamil Basajew obiecuje 2,5 miliona dolarów za głowę Putina: Ktokolwiek wykona wyrok, zdobędzie wdzięczność Allacha, a śmierć Putina  będzie zapłatą za krew ludności czeczeńskiej.

         Tak, rzeczywiście miałem taką szansę. Co prawda, na wdzięczności Allacha zależy mi jakby nieco mniej, ale dwa i pół miliona dolarów, to już jest coś. Może skusić niejednego. Było tak:

         Słynna galeria drezdeńska była żelaznym punktem każdej naszej wyprawy czy to sportowej czy turystyczno-szkoleniowej, tak rodzaju wojsk lub tylko Łużyckiej Brygady WOP.

         Wyprawa, o której chcę wspomnieć była jedynie brygadowa, skromna, sportowo-wycieczkowo-towarzyska. W zawodach brały udział cztery drużyny. Oprócz gospodarzy byli to pogranicznicy z Czechosłowacji, naszej brygady i wojsk Armii Czerwonej stacjonujących w NRD.

         Po zawodach przygotowano bankiet. Program takiej celebry, aż do dziesiątego toastu był zawsze śmiertelnie nudny. Drętwe mowy, których mało kto słuchał. Potem wainbranty, stolicznaja i nasza wyborowa robiły swoje. Można się było zebrać w mniejsze grupki i porozmawiać pa duszam. Zasada doboru takich grupek była prosta. Czechosłowacy zazwyczaj siadali z Niemcami a Rosjanie z Polakami.

         Przy naszym polsko-sowieckim stoliku, liczącym nie więcej niż tuzin facetów, z których jakieś sto dwadzieścia procent związana była ze służbami specjalnymi, brylował młody, niepozornie wyglądający porucznik KGB. Nie wiem, czy pilnował swoich czy Niemców. A może jednych i drugich. Podobnie jak głowy bym nie dał, czy wówczas występował pod nazwiskiem Władimira Putina, czy też miał jakieś lepsze operacyjne personalia. Przypomniałem go sobie dopiero oglądając w telewizji, w towarzystwie prezydenta B. Jelcyna, który przedstawiał kolejnego, ostatniego za prezydentury Jelcyna, premiera Rosji, a zarazem trzeciego kolejnego szefa rządu wywodzącego się ze służb specjalnych.

         Dlaczego go zapamiętałem przez ponad dwudziestoma laty? Powodów było kilka. Po pierwsze, Władimir (nawet jeżeli wówczas jego imię było inne, to niech tak zostanie, skoro już dziś wiadomo, że pod nim wejdzie do historii Rosji a może i świata) przypominał mi archanioła Gabriela, Bożego wysłannika do specjalnych poruczeń.

         Po drugie, ten facet był cholernie zadowolony z siebie. Nigdy przedtem ani potem nie spotkałem tak zadowolonego porucznika. Porucznik nie ma prawa być zadowolony, zwłaszcza, jeżeli jest ambitny. A Putin wyglądał na cholernie ambitnego.         Porucznik powinien marzyć że zostanie generałem i na początek zazdrościć kapitanom. Na zostanie kapitanem każdy porucznik ma 90 procent a niekiedy nawet więcej szans. Na spełnienie marzeń o generalskich szlifach nie więcej niż 0,001 procenta. Etatów kapitanów jest dużo, generałów mało. Poza tym, generałowie żyją dłużej i są znacznie bardziej przywiązani do swych stołków. Po prostu lepiej ich pilnują. Nowe etaty generalskie robi się zazwyczaj podczas wojny. Tworzy się je dla pułkowników, którzy są jeszcze gorsi od generałów, gdyż przeważnie na siłę chcą się wyróżnić aby przeskoczyć do najwyższej kasty. Uf! Klan przesadnie ambitnych pułkowników czyhających na generalskie epolety, to wyjątkowo szkodliwa i paskudna grupa. W takim wypadku porucznik ma jeszcze mniejsze szanse na lampasy. Porucznicy bywają zazwyczaj dzielni, bo muszą, bo tego od nich wymagają przełożeni i wojna. A najdzielniejsi giną pierwsi. Ale nigdzie nie jest powiedziane, że porucznik nie ma prawa marzyć o buławie marszałkowskiej. Dziś widzę, że W. Putin marzył nie tylko o buławie, ale o czymś znacznie większym. Jednak szalenie trudno mi jest odpowiedzieć na pytanie, kiedy na to wpadł.

         W towarzystwie drezdeńskim nie było potrzeby udawania, że się jest kimś innym, niż się jest. Władimir, absolwent renomowanego uniwersytetu w Leningradzie (dziś Sankt Petersburg), z doskonałą znajomością języka niemieckiego i angielskiego, sprawiał wrażenie, że z chwilą przyjęcia go do KGB jego życie jest zamknięte. Pozostało mu tylko je przeżyć.    Już w tamtym okresie bardzo lubił, aby się go ludzie bali. Dawał to odczuć przy każdej okazji. Nawet przy podawaniu ręki. Robił to z takim zamachem i energią, że człowiek miał wrażenie iż chce ci ją urwać a nie uścisnąć. Uprawiał jakieś sporty walki. Bezlitośnie walił o matę, o głowę wyższymi od niego przeciwnikami. Nie ma w tym niczego nadzwyczajnego. Ludzie niskiego wzrostu zazwyczaj bardzo często lgną do sportów walki lecząc w ten sposób kompleks kurdupla. Aczkolwiek byłoby wielką przesadą nazywać Putina kurduplem. Po prostu, ten facet nie jest wysoki. Ma za to inne przymioty, w jego służbie znacznie ważniejsze niż wzrost.

         Z olśniewającą erudycją i bezkompromisową dezynwolturą wyliczał fakty świadczące o wszechogarniającej infiltracji wszystkich i wszystkiego, wszechmocy i wszechwiedzy sowieckich służb specjalnych.

         Jeżeli dziś, już jako władca Rosji będzie to robił z takim samym entuzjazmem, jak przed dwudziestoma laty, jeżeli w taki sposób będzie przekonywał Zachód do Rosji, to politycy zachodni mu uwierzą. Przyjdzie im to tym łatwiej, że jak zawsze, będą głęboko przekonanie, że wierzenie na słowo władcom kremlowskim jest obowiązkiem demokratycznych mężów stanu.

         A wówczas w Dreźnie W. Putin miał w takim postępowaniu trochę racji, ale tylko trochę. Wiedziałem to, skądinąd oczywiście. Przypadkowo znałem płk. KGB Jurija Kazmina, pracującego w grupie radzieckiej KGB w NRD, którego po starciu W. Pożogi z gen. Winikurowem (po objęciu przez W. Pożogę stanowiska dyrektora Departamentu II MSW, zob. Czas generałów) gen. Grigorienko, szef sowieckiego kontrwywiadu ściągnął do Warszawy, na miejsce Winokurowa. Właśnie J. Kazmin swoim koncyliacyjnym stosunkiem sprawił, że rysującą się możliwość konfliktu: MSW – grupa KGB w Warszawie zażegnano błyskawicznie. Po pewnym czasie płk. Kazmin wrócił do NRD na szefa oddziału TASS. Pracownicy KGB są uniwersalni, nadają się na każde stanowisko wymagające myślenia operacyjnego.

         Był to szalenie miły i sympatyczny pułkowniko-dziennikarz, oczywiście o ile funkcjonariusze KGB mogą być mili i sympatyczni. W czasie drugiego pobytu w Niemczech, Kazmin zaprzyjaźnił się z moim kolegą, redaktorem, dziś księgarzem, Markiem Szymańskim, którego losy redakcyjne („Trybuna Ludu”, zob. Służby specjalne atakują) rzuciły na to odpowiedzialne stanowisko do Berlina.

  1. Putin miał więc znakomity wzór do naśladowania. Model Kazminowski jest modelem cywilizowanym, opartym na modelu oświeconego europejczyka, który jedynie czasami dziczeje, szególnie, jeżeli mu przyjdzie działać w skomplikowanych azjatyckich warunkach. Po trzecie, jak na oficera służb specjalnych, lejtnant, czy już nawet starszy lejtnant, był wyjątkowo rozluźniony ale nie rubaszny, czym cechowało się wielu jego starszych kolegów. Nie, jego opowieści sprawiały przyjemność. To były igraszki uczonego dowcipu w wykonaniu oseska tajnych służb.

         Mówiono o wszystkim, tylko nie o bieżących sprawach służbowych. Najczęściej opowiadano o przygodach szpiegowskich, wspominano zdrajców, których zlikwidowano, przechwalano się i przelicytowywano, koloryzowano zapewne. Przyszło nawet do intymniejszych zwierzeń. Ktoś rozpaczał, że właśnie zdradziła go żona i próbował się upić na smutno. Starałem się pocieszyć sojusznika w nieszczęściu.

         – Stary! Ona zdradziła tylko ciebie! Mogło być gorzej – powiedziałem mu.

         – Dlaczego? – zapytali biesiadnicy.

         – Ona mogła zdradzić ojczyznę – wyjaśniłem.

         Po niewczasie ugryzłem się w język. W tym towarzystwie tego typu ironia była przecież co najmniej niestosowna. Tylko Putin rozpoznawszy plagiat, zapytał:

         – Lubisz Czechowa?

         Na drugi dzień organizatorzy zawlekli wszystkie ekipy do Galerii. Zauważyłem, że dzisiejsza najważniejsza persona Rosji, nie trzyma się swojego zespołu. Zdziwiło mnie to. Byłem przekonany, że człowiek radziecki ma instynkt kolektywny. Poszedłem za nim.

  1. Putin zatrzymał się pod namalowanym ok. 1513 r. jednym z najsławniejszych obrazów Rafaela, Madonną Sykstyńską. Jest to zadziwiający obraz, do opisania którego potrzeba pióra poety, najlepiej Zbigniewa Herberta. Podszedłem, zagadnąłem:

         – Liczysz anioły?

         – Lubię wielkie dzieła – odpowiedział.

         Zastanawiam się, czy już wówczas myślał o sobie. Nie wiedziałem przecież, że pierwszą rzeczą, którą zrobi po otrzymaniu nominacji na premiera Rosji, będzie powieszenie w gabinecie portretu Piotra Wielkiego, o którym Kliuczewski powie: Piotr Wielki chciał, by niewolnik, pozostając niewolnikiem, pracował gorliwie i swobodnie. Ta dewiza przyświecała kiedyś gen. J. Andropowowi, wielkiemu mistrzowi dzisiejszego władcy Rosji. Co zrobi W. Putin? Czy wolno wyciągać daleko idące wnioski z pierwszych gestów i słów?

         A pierwsze słowa, które p.o prezydenta Rosji wypowiedział po otrzymaniu walizki z kodami atomowymi były skierowane pod adresem Czeczenów. Zapewniały naród Rosyjski, że: Zdławimy czeczeńską gadzinę i dopadniemy ją nawet w kiblu. Trochę mi to nie pasowało do obrazu W. Putina spod obrazu Rafaela, ale nie od dziś wiadomo, że człowiek radziecki zmiennym jest. Rosjanin jako przyjaciel, godzien jest najwyższego podziwu. Jako urzędnik, wsadzony za najważniejsze biurko w państwie, łatwo może stać się nieobliczalną bestią, zdolną bez wahania nazywać jeden z narodów w chodzących w skład Federacji Rosyjskiej bandytami.

         Ale może to tylko, tak na początek? Może to jedynie element taktyki? Gry o władze? Może W. Putin, znawca spraw niemieckich, znając Mein kampf wie, że Wielka masa ludzka łatwiej padnie ofiarą wielkiego kłamstwa niż małego kłamstwa i chce to wykorzystać? Może, po przejęciu całkowitej władzy W. Putin powróci do postaci tamtego porucznika sprzed lat, potrafiącego zachwycać się dziełem Rafaela? Może W. Putin, objąwszy w marcu br. władzę absolutną (o ile wygra wybory) parafrazując słowa R. Reagana powie:

         – Wiele się nauczyłem, kiedy w czasie kampanii zwiedzałem swój kraj, Rosję, aby wysłuchać jej poglądów. Będziecie zaskoczeni. Okazuje się, że Rosja składa się z poszczególnych narodów!

         Przyznaję jednak, że trochę mnie martwi portret Piotra Wielkiego w gabinecie Putina. Ten gest może mówić więcej, niż to, co W. Putin robi i mówi o Czeczenii. Ten Kagiebista z krwi i kości wie aż nazbyt dobrze, że wojny w Czeczenii nie da się wygrać. Konflikt musi być rozwiązany metodami politycznymi. Sprawy jednak zaszły za daleko i Putin wie również, że aby politycy usiedli do stołu i chcieli się dogadać, obie strony muszą mieć dość tej wojny. Musi im ona wyłazić oczami i uszami. Muszą nią rzygać.

         Wiele wskazuje, że taki moment już nadchodzi. Czeczeni zapłacili okrutnie wysoką cenę i nie uzyskali nic w zamian. Cena zapłacona przez Rosjan jest być może nieco niższa, ale również bezsensowna. Nabierająca dynamiki działalność organizacji matek, które być może nigdy już nie zobaczą swoich synów, może wstrząsnąć sumieniami tych wszystkich, którym jeszcze podobają się rozwiązania siłowe. Jak dotąd, administracja Putina, nie bacząc na protesty generałów, nie przeszkadza za bardzo w rozwoju tego ruchu. Jest to jedyny dobry znak w tej tragicznej sprawie. I jedyna możliwa droga wyjścia z sytuacji bez wyjścia.

         Jest jeszcze jedna, wstydliwie skrywana przez świat sprawa wojen na Bałkanach i Kaukazie. Nie od dziś wiadomo, że jedną z przyczyn, dla których wojskowi Zachodu, ale i Rosji także, tak bardzo palili się do pomachania szabelką był nadmiar posiadania. Było tak za sprawą arsenałów, pełnych najróżnorodniejszych zabawek, które specjaliści uważali za nieco przestarzałe, zaś naukowcy nęcili nowymi modelami. Należało coś z tymi zabawkami zrobić. Sprzedać tego państwom, które taką ofertę przyjęłyby z otwartymi ramionami nie bardzo było można. Łatwo by się bowiem mogło zdarzyć, że sprzedane bombki i rakietki spadłyby niespodziewanie na głowy sprzedających.

         Koszt zniszczenia takich zapasów jest gigantyczny i nie wchodził w rachubę. Najtaniej było je po prostu wystrzelić. Najlepiej na konkretne cele. Korzyści były podwójne. Zapasy zniknęły. Test w warunkach bojowych, niemożliwych do osiągnięcia na poligonach, pozwalał przekonać się o rzeczywistej skuteczności „zabawek”. Poza tym można było wmówić światu, że chodziło jedynie o obronę wolności i poszanowanie praw człowieka.

         Amerykanie et consortes uczynili to więc niezwłocznie i nadzwyczaj skutecznie w Kosowie. Przeciwko takiej akcji protestowali Rosjanie, gdyż dobrze wiedzieli, o co naprawdę w tej wojnie, która nie była wojną, chodzi.

         Rosjanie swoje arsenały zmarnowali w Czeczenii. Oczywiście, dysponując znacznie gorszą technikom, ataki bombowe i rakietowe wsparli środkami konwencjonalnymi. Ale to jest już specyfika metasowieckiej doktryny obronnej, którą, już za W. Putina, podrasowano nieco, głównie w szczegółach dotyczących użycia broni jądrowej. Po prostu Rosja wiedząc, że w precyzji uderzeń znacznie ustępuje Zachodowi, potrząsa maczugą strasząc, że pójdzie na ilość. I Amerykanie się boją. I mają powody do obaw. Bo nawet wiedząc, że jeżeli nawet 40 procent rakiet z głowicami jądrowymi, wystrzelonych w ich kierunku wpadnie do Oceanu Spokojnego, a drugie tyle do Atlantyku, to te 20 procent, które trafi w Stany Zjednoczone może zrobić taki galimatias, że nie będzie co zbierać.    

         Tak Amerykanie, a za nimi reszta świata, protestuje bardzo umiarkowanie przeciwko temu, co Rosjanie robią na Kaukazie.

         Być może historia powszechna świata jest historią kilku łajdactw. Jeżeli tak, to dobrą ilustracją tego faktu, stanowiącą zwieńczenie ostatniego roku XX wieku są właśnie działania rosyjskie w Czeczenii. To stwierdzenie potrzebne mi jest jako pretekst do przypomnienia kilku ostatnich władców Imperium Zła – Straszliwych Kremlowskich Starców i przejścia, poprzez przejściowca, Michaiła Gorbaczowa do dwóch władców Rosji ostatniej dekady kończącego się tysiąclecia.

         Pierwszego – Borysa Jelcyna, który definitywnie sprowadził Imperium z imperialnych szlaków i jak niepyszny schodzi ze sceny politycznej. Zmuszony do tego niechcianego gestu przez sytuację, na którą sam zapracował i współpracowników, których sam wybrał i na których postawił. Współpracownicy dali mu wprawdzie słowo, że, zwyczajem bizantyńskim, nie dobiją go od razu, ba, zapewnili nawet, że nie od razu dobiorą mu się do skóry.

         Jelcyn uzyskał to słowo nawet na piśmie i to w formie dekretu. Jednak na jego miejscu nie byłbym wcale pewny, czy dekret będzie obowiązywał długo, czy jedynie do nowych wyborów prezydenckich. 

         Wiele zależy od tego drugiego – Władimira Putina, który się dopiero wykluwa na rosyjskiej scenie politycznej, i który otworzy zapewne wejście niegdysiejszemu Imperium w trzecie tysiąclecie oraz być może wprowadzi Rosję na imperialne tory. Pierwsze decyzje wskazują, że ma na to niebywałą ochotę. Tak, Władimir Putin to dla politologów świata, i nie tylko – prawdziwa kinderniespodzianka.

         Jedyna realna groźba dla W. Putina, to generałowie. To wyjątkowo zachłanna i agresywna kasta. Dopóki jednak Putin pozwala im się bawić w Czeczenii, ma na Kremlu spokój. Potem, z chwilą przejścia otwartego konfliktu w wojnę typowo partyzancką, której wygrać się po prostu nie da, może być gorzej. Generałowie zaczną się wściekać. W. Putin będzie musiał wykombinować im coś nowego. To się da zrobić. W Rosji i przy jej granicach jest wystarczająco dużo atrakcyjnych celów, które mogą zadowolić najwybredniejszych generałów […].                                

         Wracajmy jednak do wspomnień i do obu polityków. Zarówno B. Jelcyn jak i W. Putin, w momencie obejmowania władzy sprawiali wrażenie lwów. Na temat lwa pierwszego wiadomo sporo, na temat drugiego nadal prawie nic.

         Pułkownik W. Putin większość swego aktywnego życia spędził w służbach specjalnych, a te, nie tylko z nazwy są tajne. Na co dzień grasował w Berlinie, przyjeżdżał czasami do Drezna. I jak już wspominałem spotykałem go tam niekiedy. Był młody, energiczny i niegłupi. Można to było poznać już po pierwszych słowach, które się z nim zamieniło. Jego nikczemnie wówczas niski stopień, starszego lejtnanta zaledwie, nikogo nie powinien zmylić, o niczym jeszcze nie świadczył. Ktoś, kto usiłowałby ocenić W. Putina zaledwie po porucznikowskich gwiazdkach musiałby się ogromnie zawieść. Putina szybko zresztą umajorowiono a następnie błyskawicznie upułkowniczono… A jeszcze potem… Ech, szkoda gadać. Toż to jedna z najbardziej zadziwiających karier końca XX wieku.

         Jak widziałem W. Putina dwadzieścia lat temu?

         Wyglądał na zrównoważonego.

         I był zrównoważonym.

         Wglądał na inteligentnego.

         I był Inteligentny.

         Wyglądał na niebezpiecznego.

         I był diablo niebezpieczny.

         Nie wróży nam to najlepiej.

         Warto się więc chociaż przez chwilę zastanowić, co to naprawdę za facet, skąd się wziął na Kremlu, rozważyć co jest wart i co może zgotować Rosji i światu? Przecież już dziś, znany pisarz rosyjski Oleg Osietinski mówi tak: Wreszcie Bóg zesłał nam człowieka, który przyjął na siebie brzemię trudnych decyzji. Nawet nasz arcyliberalny wunderkind Siergiej Kirijenko wykazał się odwagą, by przyznać w programie telewizyjnym: „Nim pojawił się Putin, nie wierzyliśmy, że możliwe jest rozwiązanie kwestii czeczeńskiej”. Wprawdzie nie wierzę, aby Bóg miał ochotę do dzisiejszej Moskwy przysyłać jakiegokolwiek faceta, na którym cokolwiek mu zależy, ale zawsze się boję, gdy w Moskwie pojawia się człowiek nie bojący się brać na siebie brzemienia trudnych decyzji. Mam złe doświadczenia w tym względzie.

         Trudnymi decyzjami były przecież m.in. wojny w Korei, Wietnamie, Afganistanie, sianie zamieszania (zbrojnego również) w Trzecim Świecie, paradenmarsze sowieckich czołgów w Berlinie 1953, Budapeszcie 1956 czy Pradze 1968 r… Poza tym pamiętam: I zrzucony został ogromny smok, wąż starodawny, zwany diabłem i szatanem, który zwodzi cały świat, zrzucony został na ziemię, zrzuceni też zostali z nim jego aniołowie (Objawienie św. Jana 12.9).

         Rozglądam się za aniołami.

         Usprawiedliwiając pierwszą wojnę ostatniego roku XX wieku O. Osietinski w tym samym tekście (zob. „Litieraturnaja Gazieta” z 21 grudnia 1999 r.) tak pisze o Czeczeńcach (przeciwstawiając ich Putinowi): Czy można było słowem skłonić dziką ordę Batu-chana, by zawróciła w step? Lub też skłonić oszalałego syfilityka Lenina, by nie burzył cerkwi, nie wieszał popów i nie rozstrzeliwał kozaków? A paranoika Hitlera można było przekonać do swoich racji? A Pol Pota? A Ceausescu? A Berię?

         Zauważcie, że w tej wyliczance jest Lenin z Berią ale brak Stalina. Bo, wedle Osietinskiego, którego głos jest reprezentatywny dla poglądów sporej grupy dzisiejszych Rosjan, druga wojna była wojną ojczyźnianą (czego nikt rozsądny nie kwestionuje – przyp. H.P.) wygraną przez Stalina, zaś wojna Putina w Czeczenii? Przecież ta wojna także jest – Wojną Ojczyźnianą! – wykrzykuje pisarz.

         Mało tego – zawtórują mu inni ideolodzy – Rosja własną piersią broni słowiańszczyzny przed islamem, który drzwiami i oknami, czyli przez Bałkany i Kaukaz, pcha się na północ. Islamistom, na własny pohybel, pomagają Stany Zjednoczone i głupawe typki z europejskich państw NATO. Bombardują Serbów, stają po stronie „Czarnych Dup” czyli Czeczenów. Bez przerwy wtrącają się w nasze wewnątrzrosyjskie sprawy!

         Być może, z punktu widzenia Rosji i Rosjan, coś w takim rozumowaniu jest, ale naprawdę nie chciałbym, aby mój znajomy zapędził się na szlaki mało sympatycznego Gruzina z gustownym wąsikiem i nieodłączną fajką. Zastanawiam się jeszcze, czy przypadkiem Osietinski, pracuj na miano pierwszego hagiografa nowego władcy Kremla, znając jego ciągotki do Piotra Wielkiego i wiedząc, że J. Stalin, za porównanie go do tego wybitnego cara bez mała ozłocił A. Tołstoja, nie liczy na rewanż ze strony W. Putina?

         Dlatego, Jeśli kto ma uszy, niechaj słucha (Objawienie św. Jana 13.9).

         Na talerzu Donny Diany

         Ryczy wół zamordowany,

         Dżawachadze, prync gruziński,

         Rwie zębami tyłek świński,

         Szach Kaukazu, po butelce […]

         („Bycza, bracie, rzecz – bieługa!”

         Na tajniaka tajniak mruga.) (J. Tuwim, Bal w operze).          

         W rosyjskich mediach pełno Putina. Rosji potrzebny jest świeży IDEOLO. Czy to znaczy, że już go znaleziono? Świat zadawala się wzmiankami, nieśmiałymi prognozami, sugestiami, nadziejami… No bo co, tak na dobrą sprawę, można konkretnego powiedzieć o tym facecie, który przyszedł znikąd, czyli z KGB?

         Obawiam się, że W. Putin jest nieodłącznym dzieckiem systemu wychowawczego obowiązującego w schyłkowym stadium Imperium. W tym przypadku nie możemy mówić jedynie o ukąszeniu Heglowskim. W wypadku nowego władcy Kremla wolno nam chyba mniemać, że w grę wchodziło ucapienie, zainfekowanie komunizmem na całe życie. Mimo inteligencji, której mu odmówić nie można i deklarowania czegoś wręcz przeciwnego.

         Pierwszym sygnałem wskazującym, że tak jest istotnie, było błyskawiczne dogadanie się W. Putina – premiera, W. Putina – pełniącego obowiązki prezydenta, W. Putina – elekta, z przywódcą komunistów rosyjskich Gienadijem Ziuganowem.         Myślę, że W. Putin, pod pewnym wzgłedem, może się bardzo podobać mojemu ulubionemu pisarzowi i mentorowi rosyjskiemu, Aleksandrowi Sołżenicynowi. Myślę także, że A. Sołżenicynowi może przeszkadzać u W. Putina jedynie jego kagiebowski rodowód. Ale o tym fakcie można przecież łatwo zapomnieć. Czy konieczność wyjścia ze smuty pod hasłami nacjonalizmu przysłoni kagiebowską przeszłość? Zobaczymy. A może kagiebowska przeszłość jest ściśle związana z nacjonalizmem? Wiele wskazuje na to, że tak właśnie jest. I to jest kolejną złą wróżbą dla Polski.

         Czy się tym martwię? Nie. Co najwyżej powtarzam za Dalajlamą: Dla mnie to nic wielkiego. Ani nowe tysiąclecie, ani nowe stulecie, ani nowy rok. Dla mnie to będzie zwykły kolejny dzień i noc. Słońce, Księżyc i gwiazdy pozostaną takie same i dodaję: pozostaną takie same z Putinem czy bez niego.

         A W. Putin, bez względu na urok Słońca, Księżyca i gwiazd gra pięknie. Może się podobać. Jest artystą udawania. Bo jakże się nie wzruszyć listem do Brigitte Bardot, w którym władca kremlowski roni łezki nad losem paryskich piesków. I Zachód się wzrusza zapominając o doli czeczeńskich dzieci, których los jest tysiąc razy gorszy niż czworonogów paskudzących paryski bruk.

         Tak więc, już na początku 2000 r. nie jest tajemnicą, kto w Moskwie trzyma bank i rozdaje karty, kto sentymentalizuje duszę zachodnich polityków, dostarczając im dogodnych pretekstów do niezauważania naprawdę ważnych spraw. Znacznie trudniej odpowiedzieć, kto steruje bankierem?

         W tym kontekście warto się zastanowić czy W. Putin w dalszym ciągu będzie wiecznym prymusem w klasie, którym był do tej pory? Czy okaże się pojętnym uczniem i godnym następcą takich nauczycieli i szefów, jak generałowie J. Andropow, W. Kriuczkow czy W. Pawłow? Nie sposób odpowiedzieć na to pytania bez odwoływania się do historii. Muszę to zrobić tym bardziej, że ciągle mam przed oczyma ostrzeżenia Osietinskiego:

         Czeczenia – to dopiero początek, Rosji teraz już nikt nie powstrzyma. I wszystko co nasze odbierzemy sobie – metodą rokowań, prawowania się, sądzenia lub też zgodnie z „najnowszą putinowską metodyką”! Droga jasna… A sędzią – Bóg!”.

         Na miejscu O. Osietinskiego nie miesząłbym do tego Boga, który w tych sprawach już dawno ogłosił desinteressement. Najlepiej było to widać w Auschwitz i w GUŁAG-u. Na wszelki wypadek przypomnę jednak: Udziałem zaś bojaźliwych i niewierzących, i skalanych, i zabójców, i wszeteczników, i czarowników, i bałwochwalców, i wszystkich kłamców będzie jezioro płonące ogniem i siarką. To jest śmierć druga (Objawienie św. Jana 21.8).

         Ale mimo wszystko „najnowsza putinowska metodyka” robi wrażenie. Szczególnie gdy oglądam to, co Rosjanie zrobili z Groznego.

         A przecież w Galerii Drezdeńskiej, pod obrazem Michała Anioła rozmawiałem z twórcą tej oryginalnej „metodyki” właśnie o Kaukazie, którym byłem i jestem zauroczony. Rozmawialiśmy o najwyższym szczycie Europy – Elbrusie i walkach o ten szczyt w czasie drugiej wojny światowej. Zamierzałem napisać na ten temat książkę. Kilkakrotnie wchodziłem na szczyt, odszukałem wielu ludzi pamiętających tamte czasy. Zaprzyjaźniłem się z Orestem Dubiniakiem, szefem schroniska Prijut Adinadcat, połóżonym pod szczytem Elbrusa, w miejscu, w którym moja koleżanka klubowa Wanda Rutkiewicz, która „wkosiła” Mount Everest i kilka setek innych szczytów straszliwie poharatała sobie nogę, nasłuchałem się opowieści, m.in. o różnych grupach narodowościowych zamieszkujących rejon Kaukazu, których nie sposób zunifikować. W Dreźnie rozmawiałem o tych sprawach z W. Putinem. Porucznik przyznawał mi rację. Również był przekonany, że te ludy mają niesamowicie silnie rozbudowane poczucie własnej tożsamości i zasługują na lepszy los. Zgodziliśmy się, że z ludami Kaukazu nie można postępować wedle zasady: Nic na siłę! Wszystko młotkiem.          Uf! Nie ma co! Zaskoczyła mnie ta „najnowsza putinowska metodyka” […].

         ***

         Po 22 latach wróciłem do tematu W. Putina.

         Była godzina 3.45 rano gdy z powietrza, morza i lądu z terenów Rosji i Białorusi ruszyły na Ukrainę wojska rosyjskie aby mordować kobiety i dzieci i nie tylko.

         Od 24.02.2022 roku mamy wojnę rosyjsko-ukraińską. A ja, nieszczęsny, wieszcząc od lat o Putinie i myśląc że do szczęścia i osiągnięcia swoich imperialnych celów wystarczy mu wojna 4 generacji, pomyliłem się ździebko. Nie doceniłem drania. A on poszedł na skróty. Gdy obejmował władzę w Rosji był nadzieją nie tylko Rosjan, ale i świata. Teraz stał się potworem obłąkanym i bezlitosnym psychopata.

         Myślałem, że Putin jest bardziej finezyjny. Mania totalitarnej władzy spętała Putinowi mózg. Siedzi w bunkrze na Uralu i grozi światu bronią nuklearną. Bunkrowiec cholerny. W 2000 r. napisałem książkę Kim jest Putin starając się nakreślić sylwetkę Putina. Gdy z nim rozmawiałem Putin był w stopniu lejtnanta. Sprawiał wrażenie normalnego i inteligentnego. Dziś, gdy obserwuję to co wyprawia w Ukrainie przypisuję mu cechy psychopatycznego ludobójcy.

         Bunkrowiec większość swego życia spędził w służbach specjalnych, a te, nie tylko z nazwy są tajne. Na co dzień grasował w Berlinie i przyjeżdżał czasami do Drezna. Spotykałem go tam niekiedy. Był młody, energiczny i niegłupi. Jego nikczemnie niski stopień lejtnanta nikogo nie powinien zmylić, o niczym jeszcze nie świadczył. Ktoś, kto usiłowałby ocenić W. Putina zaledwie po porucznikowskich gwiazdkach musiałby się ogromnie zawieść. Putina szybko zresztą umajorowiono, a następnie błyskawicznie upułkowniczono… A jeszcze potem mianowano premierem i następnie wybrano prezydentem.

         Jak widziałem wówczas lejtnanta Putina? Wyglądał na zrównoważonego. I był zrównoważonym. Wglądał na inteligentnego. I był Inteligentny.     Wyglądał na niebezpiecznego. I był diablo niebezpieczny. Nie wróżyło nam to najlepiej. Dlatego ostrzegałem świat przed nim. Nikt mnie nie słuchał. Obraziła się tylko ambasada rosyjska.

         ***

         Gdy żołnierz strzela do żołnierza to jest wojna. Gdy żołnierze strzelają do dzieci, kobiet i starców to jest ludobójstwo, a nie wojna. Przez 5 lat w Wojskowej Akademii studiowałem psychologię. Omawialiśmy sylwetki zbrodniarzy, takich jak Stalin i Hitler poznając ich cechy psychiczne. To było trudne do zrozumienia, jednak możliwe. To co robi dziś Putin jest już niemożliwe do rozgryzienia.

Bunkrowiec to już nie człowiek, a robot zbrodniczy jakowyś. Jednak i roboty w pewnych okolicznościach dają ciała. Znajomi, wiedzący, że pracuję nad książką Władcy. Od Stalina do Putina oraz od Bieruta do Kaczyńskiego donoszą mi, że Putin to trzy w jednym: to produkt wychowania enkawudowskiego; to zaburzenia psychopatologiczne leczone narkotykami (jak Hitler, m.in. amfetaminą) oraz patologie erotyczne, przy których blednie to wszystko, co erotomani do tej pory wymyślili.

         Opisuję to. Fakty wskazują na to, że Putin, napadając na Ukrainę dał dupy na całej linii. Jeżeli Bunkrowiec sądził, że Ukraińcy powitają jego armię kwiatami, to pomylił się srodze. 12 tysięcy poległych żołnierzy w pierwszych dniach wojny to dwukrotnie więcej trupów niż było ich w trwającej 2 lata (1994-1996; zabitych 5042 żołnierzy rosyjskich) pierwszej wojnie czeczeńskiej. Ukraińcy rzadko biorą jeńców! Zabijają!!!! I mają do tego powody. Pamiętają trzy wielkie głody w Ukrainie, które pochłonęły miliony. Dochodziło wówczas do aktów kanibalizmu. Karano za to więzieniem. Nie za kanibalizm, a za to, ze naruszano własność państwową. Trup bowiem był, tak jak i żywi ludzie, własnością państwa sowieckiego.

         Przeciętny Rosjanin nie wie co jego rodacy wyprawiają w tej wojnie. Zadbała o to propaganda. No dobrze – powiecie, straty w sprzęcie można jakoś ukryć, ale z trupami poległych żołnierzy jest już gorzej. Były przecież trupy przywożone w trumna jak np. z wojny w Afganistanie. Społeczeństwo się buntowało. Propagandyści odrobili lekcję. Armia rosyjska dysponuje ruchomymi krematoriami na samochodach ciężarowych. Jedzie ruchome krematorium za wojskiem, zbiera trupy i pakuje do piece. 30 minut i to, co niedawno było żywym żołnierzem idzie z dymem. Gdzie są trupy zabitych? Nie ma. Więc nie ma zbitych. Za pierwszym rzutami armii maszerują Czeczeńcy, tzw. kadirowcy zabijając żołnierze chcących się poddać lub wycofać. To powtórka tego co robiły oddziały Śmierszu w II wonie światowej. Opisałem to w książce Desperat 2. Kto zabił? 

         Ale z psychopatami typu Bunkrowiec tak bywa. Bo psychopata to człowiek o słabo rozwiniętych reakcjach emocjonalnych, chłodnym spojrzeniu, natomiast posiadający duże umiejętności w manipulowaniu umysłami otaczających go osób. W tym Putin jest mistrzem. Zbudował totalitarną propagandę i postawił na zbrojenia. Wziął społeczeństwo za twarz. Ma bezwolne i kłamliwe media oraz wymiar sprawiedliwości i resorty siłowe z którymi robi co chce. Ma także 80. procentowe poparcie motłochu. Każdy władca jest bowiem lustrzanym obliczem społeczeństwa.

         Ale popularność niedługo się skończy. Motłoch na własnej skórze odczuje do czego doprowadziła polityka zbrodniczego ludojada. Dyktatorowi udało się jedno – zjednoczył podzielone społeczeństwo w innych państwach, nie tylko polskie, ale i światowe. Świadczą o tym nałożone sankcje ale i pomoc Ukrainie.

         Wśród psychopatów znajdziemy seryjnych morderców,  gangsterów, terrorystów czy przywódców sekt. Putin połączył te wszystkie wredne cechy w jedno. Ta tragiczna skaza psychiczna spętała niegdyś mózgi Hitlerowi, Mussoliniemu, Kadafiemu czy Saddamowi. Jak oni skończyli?! Mam nadzieję, że Bunkrowiec skończy tak samo. Ale, w tym psychopatycznym towarzystwie współczesnych ludojadów to normalka.

         Prezydent Ukrainy prosi o Migi i „zamknięcie nieba” nad Ukrainą. Obie prośby mogłyby być przez Zachód równie łatwo spełniona. Są ku temu realne możliwości. Mogłaby być! Ale nie będzie! Zbrodniarz kremlowski doskonale o tym wie. Zna przecież kunktatorstwo mężów tzw. wolnego świata. Oni chcieliby, ale boją się. Pragną wygrać wojnę cudzymi rękami. Pomagają więc Ukraińcom sprzętowo i moralnie. Ale o większym zaangażowaniu ani im się śni. Mają jeden argument – zaangażowanie NATO w wojnie w Ukrainie groziłoby wybuchem konfliktu na niewyobrażalną skalę. Wtórują im niektórzy nasi generałowie. Co oznacza takie stanowisko Zachodu? Ano to, że nie odrobili lekcji z 1938 r. Przypominają się słowa W. Churchilla, który po napadzie Hitlera na Czechosłowacje w 1938 roku i skurwieniu się państw zachodnich powiedział: „Mieli do wyboru wojnę lub hańbę, wybrali hańbę, a wojnę będą mieli i tak”.

         Kochani hipokryci zachodni, zachowując się tchórzliwie, być może uratujecie na jakiś czas pokój. Będzie to możliwe kosztem zrujnowanej Ukrainy. Jednak wojny nie unikniecie i tak! Rosyjski watażka nie przestanie aż nie osiągnie swojego celu. Tym celem jest bycie Stalinem, Katarzyną II i Piotrem Wielkim w jednym. Kanalia kremlowska ma w dupie strachy mężów zachodnich. A dupę ma Putin bardzo szeroką, sięgającą od Gibraltaru po Władywostok. Bunkrowiec, tak jak Hitler postawił się przed alternatywą: być królem Świata, albo sczeznąć. Tzw. Wolny Świat może mu pomóc w spełnieniu drugiego członu alternatywy. Ale do tego potrzeba odwagi, a nie kunktatorstwa. Jestem przekonany, że w patologicznym mózgu ludojada czają się następne cele: Litwa, Łotwa, Estonia, Polska, Finlandia, Szwecja, a potem reszta Europy.     Najwyższy czas, aby w kręgu Putina pojawił się Brutus.

         Czym skończę ten blog? Chyba oniriadą. Śniłem tak: Poleciałem na Plac Czerwony w Moskwie. Po odwiedzeniu faceta „wiecznie żywego” spacerowałem pod Murem Kremlowskim. Przy ścianie muru zoczyłem tuzin monumentalnych trumien wykonanych ze szkła ołowiowego. Trumny stały, a raczej leżały na rzeźbionych postumentach wykonanych z granitu.

         Gigantyczne kryształowe puzdra były wypełnionych truchłami ludzi, którzy jeszcze do wczoraj byli nietykalnymi. Byli najbliższymi współpracownikami prezydenta Rosji Władimira Putina.

         Zagadałem więc ab hoc et ab hac faceta pilnującego trumien. Był to major z Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Odganiał gapiów, a opornych pakował do oczekujących w pobliżu kibitek.

         W kibitkach siedzieli multiplekserzy. Selekcjonowali nieszczęśników. Mówili im: „Za stary! Fajtłapa! Nieforemny! Przydział – kolonia karna. A ten? Ten się nada! Jest zdatnych do noszenia broni! Przydział: – karny batalion. Będzie miał chłop okazję zwiedzić Ukrainę, chyba… Chyba, że wcześniej go zabiją”.  

         Nadzorcę kryształowych puzder mogłem zagadnąć bezpiecznie, bez narażania się na odwiedzenie sorterów kibitkowych. Znałem szafarza jeszcze jako funkcjonariusza KGB z Drezna. Wtedy stale usługiwał Putinowi. Pełnił przy lejtnancie KGB funkcję dupowkręta.

         Na okrągło kręcący się przy mojej osobie anioł Niosący Światło czyli Lucyfer namówił mnie wówczas abym się zaprzyjaźnił z jednym i drugim. Zrobiłem to.

         Przez minutkę gadaliśmy ze swoistym gestorem o tym i owym. Zapytałem, dlaczego, będąc dawnym przyjacielem władcy imperium ma tak nikczemnie skromną rangę. Odpowiedział, że w tym stopniu w Rosji ludzie żyją dłużej niż cie ze świecznika. I wskazał na zawartość trumien.

         – Co im się stało? – zapytałem.

         – Najedli się grzybów.

         – A ten? – wskazałem truposza z dziurą w głowie.

         – Ten… Jak by ci tu powiedzieć? Ten nie chciał jest grzybów.    

CZY ZAMKNĄĆ NIEBO?

12 dzień wojny w Ukrainie. Słonecznie. Twarz Władimira Putina. Chciałem napisać – ryj, ale po co obrażać poczciwe świnie? A więc twarz ludojada. Przypomina się prognoza pogody z możliwością burz i przelotnych napadów.

         Burze i przelotne napady to nie tylko straty ponoszone przez wojska rosyjskie sięgające około 10 procent stanów osobowych i sprzętowych, ale i prośby prezydenta Ukrainy Wołodymyra  Zełenskiego kierowane do zachodnich mężów. Prezydent Ukrainy prosi o „zamknięcie nieba nad Ukrainą” lub chociaż przekazania sowieckich samolotów będącym ciągle jeszcze na wyposażeniu niektórych państw, którym po rozpadzie świata dwubiegunowego szczęśliwie udało się wstąpić do NATO.

         Jeżeli chodzi o drugą prośbę Zełenskiego moskiewski ludojad może spać spokojnie. Przekazać Migi niby można, ale po co?

         W Ukrainie nie będzie ich można użyć z tego prostego powodu, że ten sprzęt jest dostosowany do systemów natowskich. (chodzi m.in. o system elektronicznego rozpoznania „swój – wróg”, o kompatybilność z radarami i systemami obrony przeciwlotniczej itp.). Przestrajanie elektroniki jest w obecnych warunkach z różnych względów praktycznie niemożliwe.

         Natomiast druga prośba o „zamknięcie nieba” mogłaby być przez Zachód stosunkowo łatwo spełniona… Są ku temu realne możliwości.

         Mogłaby być! Ale nie będzie! Zbrodniarz kremlowski doskonale o tym wie. Zna przecież kunktatorstwo mężów tzw. wolnego świata. Oni chcieliby, ale boją się. Pragną wygrać wojnę cudzymi rękami. Pomagają więc Ukraińcom sprzętowo i moralnie. Ale o większym zaangażowaniu ani im się śni. Mają jeden argument – zaangażowanie NATO w wojnie w Ukrainie groziłoby wybuchem konfliktu na niewyobrażalną skalę, a wtórują im nasi generałowie, na szczęście już w rezerwie.  

         Co oznacza takie stanowisko Zachodu?

         Ano tylko to, że nie odrobili lekcji z 1938 r. (pisałem o tym w jednym z poprzednich blogów). W tym miejscu jeszcze raz nie od rzeczy będzie przypomnieć wszystkim bojaźliwym słowa Winstona Churchilla, który po napadzie Hitlera na Czechosłowacje w 1938 roku i skurwieniu się państw zachodnich powiedział: „Mieli do wyboru wojnę lub hańbę, wybrali hańbę, a wojnę będą mieli i tak”.

         Tak więc, kochani hipokryci zachodni, zachowując się tchórzliwie, być może uratujecie na jakiś czas pokój. Pokój będzie możliwy kosztem zrujnowanej Ukrainy. Jednak wojny nie unikniecie i tak!

         Wszystko bowiem wskazuje, że rosyjski watażka nie przestanie aż nie osiągnie swojego celu. Tym celem jest bycie Stalinem, Katarzyną II i Piotrem Wielkim w jednym. Kanalia kremlowska ma w dupie strachy mężów zachodnich. A dupę ma Putin bardzo szeroką, sięgającą od Gibraltaru po Władywostok.

         Nie wiem wprawdzie jakie myśli kłębią się pod czaszką kremlowskiego psychopaty, ale analizując jego własne wypowiedzi nie ulega wątpliwości, że postanowił on zakasować osiągnięcia wielkich rosyjsko-sowieckich poprzedników. I nie przestanie dążyć do tego celu. Putim tak jak Hitler postawił się przed alternatywą: być królem Świata, albo sczeznąć.

         Tzw. Wolny Świat może mu pomóc e spełnieniu drugiego członu alternatywy. Ale do tego potrzeba odwagi, a nie kunktatorstwa.   

          ***

         Teraz trochę informacji, co nie nowe, ale aktualne.

Stefa zakazu lotów (ang. no-fly zone – NFZ) jest częścią przestrzeni powietrznej, w której zakazuje się przebywania określonego rodzaju statków powietrznych. Strefę taką ustanawia się, co do zasady, w czasie konfliktu zbrojnego, aby przeciwdziałać operowaniu wrogiego lotnictwa w danym regionie.

         Egzekwowanie zakazu przebywania określonego rodzaju statków powietrznych w strefie zakazu lotów należy do sił powietrznych państwa lub grupy państw, które ustanowiły taką strefę. W zależności od ustalonych reguł egzekwowanie takie może polegać na przeprowadzaniu uderzeń prewencyjnych, mających przeciwdziałać naruszaniu strefy zakazu lotów, używaniu siły wobec samolotów naruszających strefę zakazu lotów lub monitorowaniu przestrzegania reguł obowiązujących w strefie zakazu lotów bez użycia siły.

         Strefy zakazu lotów ustanawia się czasem ze względów bezpieczeństwa, np. w związku z imprezami masowymi. Strefę zakazu lotów – informuje Artur Barkiewicz – wprowadzono np. w 2012 roku nad Londynem, w związku z odbywającymi się tam igrzyskami olimpijskimi.

         Po raz pierwszy strefę zakazu lotów wprowadziła w 1991 roku koalicja państw uczestniczących w operacji Pustynna Burza w części przestrzeni powietrznej Iraku, by – jak przekonywali członkowie koalicji – przeciwdziałać  atakom reżimu Saddama Husejna na Kurdów (na północy) i szyitów (na południu kraju). Decyzji o wprowadzeniu strefy zakazu lotów nad Irakiem nie autoryzowała ONZ, a ówczesny sekretarz generalny ONZ, Butrus Butrus Ghali, uznał wprowadzenie takiej strefy nad Irakiem za działanie nielegalne.

         W 1992 roku Rada Bezpieczeństwa ONZ przyjęła rezolucję zakazującą odbywania nieautoryzowanych lotów samolotów wojskowych w przestrzeni powietrznej nad Bośnią i Hercegowiną. Jednak dopiero rok później Rada Bezpieczeństwa, w kolejnej rezolucji, pozwoliła członkom ONZ na „podejmowanie wszelkich możliwych środków”, by przeciwdziałać naruszaniu strefy zakazu lotów. Nad jej egzekwowaniem czuwało NATO.

         17 marca 2011 roku Rada Bezpieczeństwa ONZ wprowadziła strefę zakazu lotów nad Libią, w której toczyła się wojna domowa. W tym wypadku również za egzekwowanie strefy zakazu lotów odpowiadało NATO – lotnictwo sojuszu włączyło się wówczas czynnie w konflikt w Libii, atakując z powietrza cele związane z reżimem Muammara Kaddafiego.

         W 2018 i 2019 roku strefę zakazu lotów nad częścią Libii wprowadzała prowadząca ofensywę Libijska Armia Narodowa.

         NATO wyklucza możliwość wprowadzenia strefy zakazu lotów nad Ukrainą ponieważ – jak podkreślił sekretarz generalny Sojuszu, Jens Stoltenberg – oznaczałoby to bezpośredni konflikt wojskowy z Rosją, która nad Ukrainą używa lotnictwa w czasie prowadzonych przez siebie działań wojennych.

         No to jeszcze raz słowa Winstona Churchilla, który po napadzie Hitlera na Czechosłowacje w 1938 roku i skurwieniu się państw zachodnich powiedział: „Mieli do wyboru wojnę lub hańbę, wybrali hańbę, a wojnę będą mieli i tak”.

         Chcecie hańby? Z każdym dniem, w którym nie podejmiecie odważnej decyzji przybliża was do hańby. Chcecie tego? 

Wojna Rosyjsko-Ukraińska

W poprzednim blogu wspomniałem o mojej pomyłce w stosunku do oceny sylwetki Władimira Putina. Przed trzydziestu laty, gdy z nim rozmawiałem Putin sprawiał wrażenie normalnego, inteligentnego lejtnanta, aczkolwiek w nikczemnie niskim stopniu kagiebisty. Dziś, gdy obserwuję to co wyprawia pułkownik Putin na Ukrainie nadal uważam go za inteligentnego, ale już psychopatycznego ludobójcę.

          Brak mi wiedzy aby ocenić dlaczego, skądinąd sympatyczny człowiek (?) w stosunkowo krótkim czasie przepoczwarzył się w ludojada nie wahającego się do używania w wojnie na terenie Ukrainy broni zakazanej przez prawo międzynarodowe, ale także straszącego świat użyciem broni nuklearnej.

         Nie, to się w głowie nie mieści! A powinno. W glowie kagiebowca wszystko może mieszkać.

         ***

          Przez 5 lat w Wojskowej Akademii Politycznej studiowałem również psychologię. Jednak to okazało się być stanowczo za mało aby zrozumieć, co się stało z Putinem. Pamiętam że w czasie wykładów i seminariów omawialiśmy sylwetki wielkich zbrodniarzy jak chociażby Stalina i Hitlera starając się poznać ich cechy psychiczne pozwalający im na robienie tego co robili. To było trudne do zrozumienia, jednak możliwe. Ale to co robi dziś Putin jest już absolutnie niemożliwe do rozgryzienia.

         Wszak działania Putina w Ukrainie przypominają to, co Stalin z Hitlerem robili razem wzięci. Putin to już nie człowiek, a robot zbrodniczy jakowyś.

         Jednak i roboty w pewnych okolicznościach dają ciała. Wszystko wskazuje na to, że Putin, napadając na Ukrainę dał dupy na całej linii. Wskazują na to straty jakie armia rosyjska poniosła tylko w pierwszych 6 dniach winy: prawie 6 tysięcy zabitych i zaledwie 200 wziętych do niewoli żołnierzy rosyjskich; zestrzelonych 30 samolotów i 31 helikopterów, rozbitych 211 czołgów i mnóstwo innego sprzętu.

         Jeżeli Putin sądził, że Ukraińcy powitają jego armię kwiatami, to pomylił się srodze. 6 tysięcy poległych żołnierzy w pierwszych 6 dniach w Ukrainie to przecież więcej trupów niż było ich w trwającej 2 lata (1994-1996; zabitych 5042 żołnierzy rosyjskich) pierwszej wojnie czeczeńskiej.

         Ta liczba zabitych wskazuje, że Ukraińcy nie biorą jeńców!   Zabijają!!!! I mają do tego powody. Bo pamiętają! Pamiętają wielkie głody 1923 roku i z lat 1945-1947. Ale przede wszystkim pamiętają wielki głód na Ukrainie, Hołodomor (ukr. Голодомор, dosł. „zamorzenie głodem”) – wywołana sztucznie przez sowieckie władze w latach 1932–1933. Działania, które wywołały masowy głód, wynikały ze sprzeciwu ludności wsi Ukraińskiej SRR wobec kolektywizacji rolnictwa i ściągania obowiązkowych, nieodpłatnych dostaw produktów rolnych w wymiarze przekraczającym możliwości produkcyjne wsi. Polityka ta została wprowadzona na przełomie 1929/1930 przez władze ZSRR. Wymuszana była siłą, z użyciem wojska i surowych kar. W rezultacie zginęły miliony Ukraińców. Różne źródła podają, że liczba ofiar na samej Ukrainie wynosiła od ponad 6 do nawet 10 milionów.

            W czasie wielkiego głodu dochodziło do aktów kanibalizmu. Ludojadów karano wieloletnim więzieniem. Nie za kanibalizm, a za to, ze naruszyli własność państwową. Trup bowiem był, tak jak i żywi ludzie własnością państwa sowieckiego.

         ***

         Rząd ukraiński po 1991 roku rozpoczął program edukacji młodzieży i przypominania o tej tragedii. Jest to odkrywanie historii Ukrainy na nowo po dziesiątkach lat ukrywania prawdy o tych wydarzeniach. Oprócz samej edukacji szkolnej organizowane są uroczystości pamięci ofiar Wielkiego Głodu czy też okazjonalne ekspozycje fotograficzne w większych miastach Ukrainy. 28 listopada 2006 roku parlament Ukrainy przyjął ustawę uznającą Wielki Głód za zbrodnię ludobójstwa.

         Także pisarze dołożyli swoją cegiełkę do wspomożenia pomięci Ukraińców. Wspomnę tu jedynie książki Ulasa Samczuka, Wasilija Grossmana czy Anne Applebaum.

         Jeżeli jednak myślicie, że straty armii rosyjskiej, głównie 6 tysięcy poległych zrobią na społeczeństwie rosyjskim wstrząsające wrażenie to mylicie się srodze.

         ***

         Dlaczego się mylicie? Bo przeciętny Rosjanin nie ma żadnego pojęcia o tym, co podopieczni Putina wyprawiają w tej wojnie. Zadbała o to propaganda o jakiej „Ojciec Ojczyzny” może tylko marzyć. Twórca KurWizji mógłby brać korepetycje od propagandystów rosyjskich.

         No dobrze, dobrze – powiecie, jeżeli straty w sprzęcie można jakoś ukryć to z trupami poległych żołnierzy jest już gorzej. Były przecież trupy przywożone w trumna jak np. z niegdysiejszej wojny w Afganistanie. I wówczas społeczeństwo się buntowało. Pierwsze zbuntowały się matki poległych żołnierzy.

         Propagandyści Putina odrobili i tę lekcję. Armia rosyjska dysponuje ruchomymi krematoriami na samochodach ciężarowych firmy Turmalin i typu N-50 na trzyosiowych ciężarowych Kamazach. Jedzie sobie taki ruchome krematorium tuż za pierwszym rzutem wojska, zbiera trupy poległych i bach truposza do piece. 30 minut i żołnierz idzie z dymem…

         Gdzie są trupy zabitych żołnierze. Nie ma trupów. Więc nie ma zbitych. Może są zaginieni. A z zaginieni zawsze mogą wrócić.

         ***

         W poprzedni blogu zastanawiałem się jak długo nasze społeczeństwo będzie miało tak empatyczny stosunek do Innego, jak w pierwszych trzech dniach wojny.

         Otóż śpieszę donieść, że już się to zmienia. Wypowiedzi Paskudnego Januszka i „Chciwej Baby”, ale nie tylko robią swoje. W 6 dniu wojny ukraińsko-rosyjskiej media donoszą o grupie „prawdziwym mężczyzn” bijących przed dworcem w Przemyślu imigrantów. Policja ponoć nie interweniowała.