Miesięczne archiwum: Listopad 2020

SIĘ ZAPISAŁO

„Kto zabił. Desperat 2”

Trwało to dużo lat

Byłaś moją ojczyzną bo zabrakło innej.

                        Czesław Miłosz

Powoli poznawałem, co znaczy UPA i OUN. Do tej pory nie wierzyłem w tak skrajny nacjonalizm.

Teraz uwierzyłem.

Po tym, co widziałem w czasie wojny, nie sądziłem, że mogę zobaczyć więcej.

Teraz zobaczyłem.

Ogarniała mnie żądza odwetu. Uczyliśmy się odpłacać pięknym za nadobne. Jednak w mojej duszy tkwiło coś, co nie pozwalało przechodzić obojętnie obok tego, co widziałem. Musiałem o tym pomówić. Znałem tylko jednego człowieka, gotowego mnie wysłuchać.

                               ***

Wróciliśmy z akcji. Rozlokowałem ludzi w kwaterach. Dopilnowałem, aby wystawiono właściwe ubezpieczenie. Złożyłem wizytę Szamkowi.

Zdzichu siedział na łóżku, przykryty pierzyną i pilnikiem odpiłowywał czubki pocisków. Poobijane ściany, koślawe meble i żarówka wisząca na gołym drucie sugerowały długie dzieje upadku chałupy, którą Szamek wybrał na swoją rezydencję.

– Co robisz wariacie? – krzyknąłem oburzony.

– To, co widzisz. Wyręczam zakłady zbrojeniowe. Przygotowuję bardziej skuteczne naboje.

– Dum-dum jest zabronione. Konwencje genewskie zabraniają.

– Konwencje zabraniają dużo rzeczy. Tylko co z tego?

– Jeżeli wszyscy będziemy je łamać, będzie źle.

– Gorzej już być nie może.

– Mylisz się.

Nie zwrócił uwagi na moje słowa. Nie przerywając pracy, kontynuował rozważania:

– Mówisz „konwencje”. A czy nasi przeciwnicy z UPA ich przestrzegają?

Musiałem zaprzeczyć.

– A więc widzisz. Nie przestrzegają. Czyż nie strzelają do kobiet, dzieci, starców, a nawet rannych? Czyż nie wciągają nas w zasadzki najbardziej niedozwolonymi metodami?

                               ***

Co miałem odpowiedzieć? Bąknąłem coś o szlachetności i rycerskich tradycjach.

– Bajesz, stareńki – przerwał mi. – Genewa ze swoimi konwencjami jest daleko. Tu są Bieszczady. Obowiązują inne obyczaje, a raczej ich brak. Może kiedyś ktoś, jakiś Gerhard, napisze o szlachetnej walce, jaką tu toczyliśmy. Kłamca, gdy jest potrzebny, zawsze się znajdzie. A na razie jest jak jest. Wdepnęliśmy w parszywą sytuację. To jest jedno wielkie gówno.

– Szamek, dlaczego ludzie tak postępują?

– Jak? Zabijając się nawzajem? Kto wie, może jest nas za dużo.

– Nie o to chodzi. Chcę wiedzieć dlaczego w człowieku tkwi diabeł, nakazujący czynić zło. Ktoś złamie ci palec…

– Chcesz wiedzieć dlaczego ja mu pragnę złamać w odwecie dwa? Po prostu muszę mieć z tego jakiś zysk.

– Ty mu dwa, a on ci cztery.

– To ja mu złamię rękę.

– A on tobie obie ręce.

– To ja mu na dodatek nogę.

– A on ci urwie głowę.

– To moja rodzina lub znajomi utłuką jego i jego rodzinę lub znajomych.

– Można się tak bardzo długo bawić. Ludzi jest przecież sporo. No i są jeszcze politycy. Oni nie walczą. Ale lubią, gdy inni się masakrują. Można nawzajem pięknie wyprawiać się do nieba, albo do piekła. Dlaczego? I przekonają, że to dla ojczyzny.

– Kochany, to są filozoficzne rozważania. Jestem żołnierzem. To nie na mój rozum. Poza tym nic mnie takie dywagacje nie obchodzą. Chodzę po lesie i strzelam do wszystkiego, co się rusza. Tak mi kazano. Staram się to robić najlepiej, jak potrafię. Nie z gorliwości – a dlatego, że w przeciwnym razie nie pożyję długo. Poza tym ktoś, kto wojuje tak jak my, nie ma prawa do własnych poglądów, musi mieć tylko takie, jak jego przełożeni. Po co więc obciążać mózg sprawami, na które nie mamy wpływu? Po co szukać nieistniejącej odpowiedzi na najbardziej abstrakcyjne pytanie „dlaczego”? Jest jak jest, czyli źle. Lepiej napijmy się.

– A masz co?                                        

Podał mi manierkę. Pociągnąłem łyk płynu o smaku wapna do bielenia ścian i zapytałem:

– Znasz coś gorszego od ciepłego bimbru?

– Tak, życie.

– Teraz ty filozofujesz. Lepiej chodźmy do baru. Przyjmiemy trochę piwa i cięższego paliwa. W powrotnej drodze zobaczymy gwiazdy. Zrobi nam się cieplej na duszy. Może nawet zobaczymy w sobie prawo moralne, o którym mimochodem wspomina Kant, a my, jakże często o nim zapominamy.

– Co ten skurwiel powiedział?

                               ***

Znałem ten fragment na pamięć. Zacytowałem: „Dwie rzeczy spełniają umysł coraz to nowym i rosnącym podziwem i pełnym pokory szacunkiem, im częściej i trwalej zastanawiamy się nad niemi: Gwiazdami okryte niebo nade mną i prawo moralne we mnie. Nie potrzebuję ich szukać i domyślać się tylko jako spowitych w ciemnościach lub leżących poza granicami mego widnokręgu w nadzmysłowej sferze; widzę je przed sobą i łączę bezpośrednio z świadomością mego istnienia”.

                               ***

Szamek skończył piłować ostatni pocisk. Załadował amunicję do magazynka. Sprawdził zabezpieczenie. Zarzucił pepeszę na plecy i był gotów stawić czoła bufetowej.

Bezskutecznie podkochiwała się w niej połowa garnizonu. Druga połowa, najstarsze frontowe repy, nie kochała się już w nikim. Oni mogli jedynie walczyć. Czynili to z zaangażowaniem i ze specyficzną zaciętością młodych janczarów komunistycznych.

Tak, młodych, bo choć byli ludźmi starszymi, to równocześnie janczarami komunistycznymi byli młodymi.

Każdy dowódca wiedział, że z takim wojskiem można góry przewracać. Nikt nie wątpił w zwycięstwo. Było ono wyłącznie kwestią czasu. A nasz czas w Bieszczadach znaczyły spalone wioski, ludzkie dramaty i setki trupów.

                               ***

Wędrowaliśmy przez zaciemnioną miejscowość. Drewniane chałupy o załzawionych szybach ale łatwe do podpalenia, oblepiały błotnistą drogę, tworząc po obu stronach czarne, nieprzyjemne ściany. W ich załamaniach czaiła się śmierć.

Przeciwnik nie przebierał w środkach. Z równym powodzeniem posługiwał się bronią palną, jak i nożami, siekierami, pałkami czy pętlami.

Wszystkie chwyty były dozwolone. Niektórym nie wystarczało już zwykłe zabijanie, rozsmakowali się w wyrafinowanym zadawaniu śmierci.

W historiografii ten zakątek Planety Ziemia nosi nazwę Trójkąta Śmierci. Tu, z każdego zakątka ciekła krew. Miejscowa ludność bała się. UPA, która zakłóciła jej spokój na wiele lat. My zakłóciliśmy spokój UPA.

Tubylcy bali się jednych i drugich. Mieli ku temu wystarczające powody. W nocy przychodziły oddziały UPA. W dzień patrole UB. Trzeba było się tłumaczyć. Kto robił to źle, był martwy.

                               ***

Wiatr od gór oczyścił gęste od mgły i dymów powietrze. Znowu było czym oddychać. Szamek szedł powolnym, rozkołysanym krokiem, wydawało się – bez celu, zatopiony w marzeniach.

Z takiego stanu mogła go wyrwać jedynie dziewczyna lub strzelanina. Strzelaniny mieliśmy powyżej uszu. Były naszym chlebem powszednim. Z dziewczynami było gorzej. Myślałem o białogłowach.

Dziewczyn godnych uwagi było jak na lekarstwo. Wpadały w nasze ręce raczej rzadko. Nawet myślenie o nich było kłopotliwe z powodu ciągłej strzelaniny. Właśnie zaterkotał karabin karabin maszynowy.

Kule bzykały nad naszymi głowami. Pryskające błoto zalepiło mi oczy, wystawiając na łup nieznanych strzelców. Czym prędzej dałem susa pod najbliższą ścianę. Przetarłem prawe oko, aby móc prowadzić ogień. Lewe musiało wykazać więcej cierpliwości, nie było na razie potrzebne.

                               ***

Wszystko trwało kilkanaście sekund za długo, aby coś zostało mi przed celownikiem. Nim zacząłem grzać ze swojej pepeszy po najbliższych oknach i ścianach, Szamek już zmieniał drugi magazynek. Jak zwykle okazał się szybszy ode mnie.

Nie udało nam się upolować żadnego przeciwnika. Po naszej strzelaninie pozostało kilka wybitych szyb i sporo drzazg odłupanych od pamiętających lepsze czasy bieszczadzkich chałup.

– Tu zniknęli – Szamek pokazywał wąskie przejście pomiędzy opłotkami.

Podbiegłem kilka kroków we wskazanym kierunku. W odległości pięćdziesięciu metrów widok zagradzała ciemna ściana lasu.

– Idziemy? – zapytał mój towarzysz.

– Do lasu?

– Nie, do baru. Przez dwóch parszywych bandziorów nie będę sobie zakłócał tak dobrze zaczętego wieczoru.

– Idź sam i poczekaj na mnie. Muszę zameldować o wydarzeniu.

                               ***

Na drodze zaroiło się od patroli. Oficer dyżurny, usłyszawszy naszą małą wojnę, wysłał dyżurny pluton do pomocy. Powiedziałem im, że to bezcelowe. Mimo to poszli jeszcze kawałek i z najbliższej odległości ostrzelali pierwsze rzędy drzew. Przepłoszyli jedynie ptaki, sarny i dziki.

Nikt im nie odpowiedział.

                               ***

W sztabie panował ożywiony ruch. Z Warszawy dano znak, że ważna osoba złoży wizytę w naszym garnizonie. Szykowano pokazową akcję, mającą wstrząsnąć przeciwnikiem i sumieniami miejscowej ludności, wahającej się jeszcze, po czyjej stronie się opowiedzieć.

Adiutant dowódcy, któremu chciałem przekazać relację o wydarzeniu, powiadomił mnie, abym zgłosił się do przełożonego.

Błyskawiczny rachunek sumienia nie wypadł na moją niekorzyść.

                               ***

Dowódca pułku, zamiłowany szachista, siedział nad rozstawionymi na szachownicy figurami, wyglądającymi jak rozwinięte bataliony przed decydującym starciem, którego żołnierze nagle znieruchomieli, rozważając czy warto umierać w taki dzień i w tyle miesięcy po wojnie.

– Chciałem z wami mówić, poruczniku. W ostatniej akcji wpadło nam w ręce archiwum nieprzyjaciela. Było tam kilka filmów. Nasz fotograf zrobił z nich odbitki. Trzeba je dostarczyć do naszych batalionów, aby ludzie je sobie obejrzeli. Dobrze wiedzieć, z kim możemy się spotkać.

Zdjęć było ze trzydzieści. Przeglądałem je wolno. Obce, nieprzyjemne twarze. Nagle drgnąłem. Ta twarz wydała mi się znajoma.

Nawet gdybym zapomniał rysów tego człowieka, co nie mogło się zdarzyć, gdyż od czasu do czasu śnił mi się jako wyrzut sumienia po tym, co mu uczyniłem, to czarna opaska na oku powiedziała wszystko.

                               ***

Dowódca, bystry obserwator, zauważył moje podniecenie. Zapytał:

– Znacie kogoś z nich?

– Tak, tego tu – podałem wybrane zdjęcie.

– To wasz przyjaciel?

Pytanie to przypomniało mi niedawne kłopoty i niemiły pobyt w areszcie. Czyżby moi wrogowie jeszcze nie dali za wygraną?

– Zadałem wam pytanie, poruczniku! – przypomniał oficer.

– Przyjaciel? Nie. Za mocno powiedziane. Ale faktem jest, że ten człowiek uratował mi życie. Mnie i moim jedenastu ludziom.

– W jaki sposób to uczynił?

Opowiedziałem o pobycie w karnej kompanii, wyrwaniu się z okrążenia i dalszych przygodach. Major nie przerywał, słuchał z ciekawością. Gdy skończyłem, powiedział:

– Ten człowiek znowu działa w pobliżu nas. Jak wytłumaczycie, że w ostatnim okresie wszystkie akcje prowadzone przez wasz pluton trafiają w próżnię? Już dawno nie odnieśliście żadnego sukcesu.

                               ***

Zrozumiałem, że szkoda słów, aby mu mówić o jednookim. Był za tępy, aby cokolwiek pojąć. Musiałem sam załatwić sprawę.

– Te zdjęcia to prawda czy lipa? – zapytałem.

– Prawda. Wykonujcie zadanie!

Zabrałem fotografie. Odmeldowałem się. Wyszedłem przed sztab.

A że źle życzą mi tylko przyjaciele i wrogowie, zaś reszta trzyma ze mną, to pomyślałem, że przed akcją dobrze będzie się wzmocnić.

Ruszyłem do baru.

                               ***

Polska knajpa jest zjawiskiem znacznie bardziej godnym uwagi niż polskie służby specjalne. Po drodze spotkałem najstarszego żołnierza w moim plutonie, jedynego czterdziestolatka w kompanii, jeszcze przedwojennego oficera. Namierzony przez Smiersz w akcji „Burza” zdołał zachować życie.

W Wojsku Polskim zrobiono go nawet kapralem.

Przekonany, że niektóre owoce dojrzewają gnijąc uczył się od nich. Był zdania, że starość się Panu Bogu nie udała. Był też swoistym rekordzistą, niezwyczajnym nawet jak na ludową armię. Pięć razy degradowano go za fantazję w walce, w tym trzy razy do szeregowca, i pięć razy awansowano, też za fantazję w walce.

Ale nigdy już nie otrzymał stopnia oficerskiego. Miał parszywe pochodzenie. Jeszcze gorsze od mojego. Mimo to – tak uważałem – był materiałem na człowieka.

                               ***

Kapral był dotknięty kretynizmem, swoistym rodzajem boskiego natchnienia. Ział świętym ogniem oburzenia na przełożonych i polityków za wydawanie głupich, albo bardzo głupich poleceń i rozkazów oraz na kucharzy, odmawiających mu repety przy obiedzie.

Przyjaźniłem się z nim. Ucieszony ze spotkania, zaproponowałem kieliszek.

– Potrzebuję twojej rady – wyjaśniłem.

– Nie udzielam już rad. Wprawdzie niektórzy jeszcze mnie o nie proszą, ale i tak nikt ich nie słucha. Osły chciałyby, żebym sam stosował się do rad, które niegdyś udzielałem innym, azali to niemożliwe, ponieważ ja już jestem inny – odpowiedział przekraczając próg knajpy.

                               ***

Ponura speluna pasowała do tego ponurego zakątka świata, o którym nawet pan Bóg zapomniał. W przeciwnym razie nie mógłby patrzeć na to, co się na tej ziemi wyprawia.

Nad barkiem wisiało hasło: „Bądź sobą, wybierz perłę”. Dwóch mocno skaleczonych osobników krążyło na czworaka koło przewróconego stolika. Pewnie szukali swojej towarzyszki, która z nimi balowała, ale zauważywszy, że ten duet ma już dość przysiadła się do innej ferajny.

Postronnym obserwatorom mogło się wydawać, że skaleczeni wiodą życie przypodłogowe.

                               ***

Kapral rozejrzał się po pomieszczeniu. Wzrok jego spoczął na kilku dziewczynach okupujących dwa stoliki. Rzucił im przeciągłe spojrzenie w nadziei na jakieś zdarzenie.

Ale nie trwało to długo. Pewnie przypomniał sobie, że większość rzeczy, jakie mogą się mężczyźnie zdarzyć, ma już za sobą. Wrócił do rzeczywistości, rozejrzał się za flaszką. Spostrzegłem Szamka. Dosiedliśmy się.

Piliśmy w milczeniu. Poziom perły w litrowej butelce opadał niczym barometr zwiastujący zbliżanie się huraganu.

– Hej, chłopcy, dosyć tego! – powiedziała bufetowa, podchodząc do naszego stolika. – Zaraz zamykamy.

– Nie bądź taka nieużyta! Daj jeszcze buteleczkę – poprosił Szamek.

– Obrócimy ją szybko – obiecał kapral obrzucając ją przeciągłym spojrzeniem, ale moralnie obojętnym.

– I trzeba będzie osła, aby was zawlókł do domu – bufetowa pozostała nieugięta.

                               ***

Szamek nie dawał za wygraną. Wymógł na dziewczynie, aby zaprosiła nas do siebie. Po godzinie wyszliśmy przed bar. Stanowiliśmy dobraną paczkę. Można nas było określić mianem aspołecznej ferajny. Cóż, jaka rzeczywistość taki Moulin Rouge.

Mimo nocy było dosyć jasno. Człapaliśmy po mokrym miasteczku brodząc w kałużach i błotnistej breji. Buty raz po raz osuwały się po wyboistych koleinach. Gdzieś na końcu miejscowości szczekały psy. Po łemkowsku, oczywiście. Jeszcze dalej pobrzmiewała niezbyt intensywna strzelanina.

Spojrzałem na brnącą obok mnie dziewczynę. Księżyc odbijał się w jej oczach. Były elipsowate, zielone, jakby się napiła likieru miętowego. I powinny być ładne.

Łagodne, dobre, ciepłe oczy sennej łani. Ta kobieta, jak żadna inna, nadawała się na księżycową kochankę. Tak, gdyby nie okoliczności, w których przyszło nam żyć.

                               ***

Białogłowa na szczęście mieszkała blisko. Stara z zewnątrz buda kryła w sobie przyjemną niespodziankę. Wnętrze było urządzone z przepychem, jakiego nie powstydziłby się niejeden salon w stolicy. Na ścianach wisiały kopersztychy starych mistrzów. Zauważyłem nawet miedzioryt Albrechta Durera. Kultura od progu zwalała z nóg.

Już w przedpokoju było tak czysto, że aż odstręczająco. Zezuliśmy buty i zostawiliśmy je w pobliżu progu. Znalazły się kapcie dla całej trójki. Powinienem się był zastanowić, skąd i po co tyle bamboszy w tym domu, skoro dziewczyna mieszkała sama.

Ale nie zastanawiałem się. Miewam takie zaćmienia, gdy znajduję się w towarzystwie kogoś, kto ma oczy jak gwiazdy i figurę, do której trudno coś dodać czy ująć.

Dostaliśmy cwibak z bakaliami i francuski koniak w kryształowych kieliszkach. Kapral wlał swoją porcję do gardła jak wiejski prostak, choć w jego żyłach płynęła błękitna krew. Otrzymał też staranne wychowanie. Ale czniał je. Frontowa wojaczka przekonała go do lekceważenia zasad dobrego wychowania.

Gospodyni przyniosła patefon i zaproponowała tańce. Przyssała się do Szamka wlokąc go w najbardziej ciemny kąt pokoju, do którego z trudem docierało światło świec w srebrnych lichtarzach. Potem przyszła kolej na mnie.

Po Ordonce był Fogg. Gdy ze zdartej płyty doleciał charkot czerwonych maków już nikt nie tańczył.

                               ***

Wolno sączyłem koniak, rozmyślając o czekających mnie rano wyprawach, aby dostarczyć fotografie do rozrzuconych po górach batalionów. Znowu pomyślałem o jednookim. Czy wiedział, że tu jestem? Jeżeli tak, to zapewne zechce na mnie zapolować.

Tylko kapral zdawał się być wolny od wszelkich trosk dnia codziennego. Leżał na brzuchu w erotycznej pozycji na pokrytej cielęcą skórą kozetce, mrucząc w takt znanego przedwojennego przeboju. Głos Mieczysława Fogga dochodzący z płyty mieszał się z jego pijackimi jękami, brzęczeniem, gwizdaniem, trzaskaniem, furczeniem, mlaskaniem.

Gdy igła patefonu dobiegła do końca płyty, dziewczyna niechętnie wypuściła swoje łupy. Dolała koniaku i nagle zasmucona usiadła pod oknem. Zapytałem, co ją gnębi.

                               ***

Niespodziewanie zaniosła się płaczem. Nikt z nas nie przeszkadzał jej. Ostatecznie kobiety również mają prawo do nieskrępowanego wyrażania swoich uczuć. Dawno wywalczyły namiastkę emancypacji. Na razie do płaczu. Ale nie rezygnują, walczą o dalsze poszerzenie praw.

Oddaliśmy się drugiemu ulubionemu zajęciu po wojowaniu, czyli piciu. Po kwadransie gospodyni doszła do normalnej „rozrywkowej” formy, ale i tak widać było, że coś ją gryzie. Koniak i dopalające się świece skłaniały do zwierzeń.

– No co jest, siostro? – zapytał Szamek.

– Pochodzę niedaleko stąd – zaczęła.

– To jeszcze nie grzech – przerwał podoficer. – Ja pochodzę z daleka i wcale się nie martwię tym, że nie mogę tam wrócić. Nie mogę i nie chcę.

Wiedziałem, że jego rodzinny dom był na wschodzie. Oddalony o dwieście kilometrów stad. Od granicy, którą, po zwycięskiej dla nas wojnie arbitralnie wyznaczył Stalin. Kapral miał tam niegdyś mająteczek. Dwa tysiące hektarów.

                               ***

Choć nikt z nas nie przepadał za sentymentalnymi opowiastkami romantycznych panienek, pozwoliliśmy bufetowej wyżalić się. Zrobiło się jakoś ckliwie.

Rychło się jednak okazało, że nasza gospodyni bynajmniej na miano romantycznej panienki nie zasługuje. Była srodze doświadczoną przez los pragmatyczką. Jej eksperiencję kształtowała wojna, a po wojnie nadal nosiła patriotyczną koszulkę z duchem Konrada.

– W tym roku odwiedziłam rodzinny dom.

– Też to będę musiał kiedyś zrobić – wtrącił Szamek. – Wyszedłem z chałupy w 1941 roku. I zapomniałem się pożegnać. Gnębi mnie to do dziś.

                               ***

Milczałem. Na ten temat nie miałem nic do powiedzenia. Polowałem na moment, kiedy będę mógł opuścić towarzystwo, nie okazując się niegrzecznym.

Od niechcenia przerzucałem album ze starymi fotografiami. Jego właścicielka musiała pochodzić z dobrej rodziny. Widać to było ze zdjęć. Powozy, stroje, zagraniczne wyprawy, chyba nawet Paryż. Dlaczego taka kobieta zadaje się z takimi ponurakami, jak my? – przemknęło mi przez myśl. Czyżby się nas bała?

                               ***

Przed oczami stanęła mi scena sprzed końca wojny, ale już na terenie Niemiec. Pluton żołnierzy – dwudziestu kilku samców spragnionych kobiety. Samotna, bezbronna, młoda kobieta z dzieckiem na ręku. Niemka. Postraszyli ją, że zabiją dziecko, gdy ich nie zaspokoi.

Jej zgoda.

Długa kolejka do parszywej przyjemności. Przy którymś tam kolejnym kliencie kobieta leżąca jak kloc drewna, bez siły. Niezadowolenie korzystającego. Pomysł: dwie łopaty od węgla podłożone pod jej pośladki i dwóch najbliższych z kolejki „pompujących”, aby używający miał większą przyjemność. I nasze z Szamkiem nadejście, złapanie za pistolety. Rozpalone twarze tych, którzy nie zdążyli jeszcze skorzystać i tępa obojętność tych po akcie.

Tamci nie sięgnęli po broń. Powiadomieni żandarmi nie chcieli interweniować.

– Co tam jedna baba więcej czy mniej? Zresztą nic jej się nie stało. Najwyżej znielubi tę robotę – odpowiedział ich dowódca na nasze żądanie ukarania winnych.

                               ***

Nagle przestałem myśleć o minionych sprawach, wróciłem do dnia dzisiejszego. Na ostatniej stronie albumu leżało kilka nieprzyklejonych zdjęć, na jednym z nich…

Poznałem swojego okaleczonego jeńca. Ten człowiek wyraźnie mnie prześladował. Był do mnie przyklejony jak guma do żucia do podeszwy buta. Co za zbieg okoliczności? A może to celowa robota? Zauważyłem, że gospodyni bacznie mnie obserwuje.

                               ***

Z obojętną miną odłożyłem album, upiłem koniaku. Cień rozczarowania przemknął po twarzy bufetowej. Na szczęście nie musiałem nic mówić. Moi współtowarzysze zdawali się być lepiej wychowani ode mnie, bawili damę.

– I co, domu nie było? – wtrącił kapral.

– Jeszcze był. Właśnie kończył się palić.

– O, przepraszam – podoficer przypomniał sobie o lepszych manierach.

– Nie musisz przepraszać. Nie o dom chodziło – powiedziała gospodyni.

                               ***

 Bufetowa wspominała na głos:

– Do dziś boję się zamknąć oczy. Widok, jaki mi się jawi, jest nie do zniesienia. Ojciec z matką leżeli na podwórzu rozcięci siekierą ciesielską na połówki. Wzdłuż. Ale najokrutniejszym widokiem było dziecko. Nadziane na zostawioną zapewne specjalnie jedyną w płocie sztachetę.

Kobiet przerwała, jakby zastanawiając się, czy ma dokończyć wspomnienia.

Zaprawieni w żołnierskim okrucieństwie ludzie milczeli jak rażeni piorunem.

Dopiero po dłuższej chwili narratorka powiedziała dwa straszliwie okrutne zdania:.

– To była moja córeczka. Jej oczka patrzyły na mnie szeroko otwarte.

                               ***

Kobieta zerwała się gwałtownie z fotela i wybiegła do sąsiedniego pokoju. Kryształowy kieliszek wolno toczył się po perskim dywanie. Z sąsiedniego pomieszczenia dochodziło szlochanie. Tak przejmującego nigdy nie słyszałem. Zerwaliśmy się na równe nogi i trwali w bezruchu.

– O, kurwa! – powiedział Szamek. – Nie wytrzymam. Zbieramy chłopców i idziemy.

– Możesz na mnie liczyć – wyraził gotowość kapral.

Twarze pałały. Oczy rzucały złe błyski. Byli gotowi mordować i mścić się.   

Oto, co mogą słowa.

                               ***

Zastanawiałem się, jak ich powstrzymać, gdy w drzwiach pojawiła się gospodyni. Po jej twarzy ściekały kropelki łez, ale nie rozmazywały makijażu. Tusz był dobry.

Miałem ochotę podejść i scałować te łzy. Coś mnie jednak powstrzymało. Każdy gest przy dramacie tej kobiety mógł się wydać kabotyński.

– Przepraszam was, chłopcy – zmusiła nas do zajęcia miejsc, dolewając koniaku. – Przepraszam i dziękuję, że jesteście ze mną. Muszę tkwić wśród ludzi, aby nie zwariować. Zostańmy przyjaciółmi.

Mimo, że żołnierz w ładnej kobiecie nigdy nie szuka przyjaźni a kochanki, kiwnęliśmy głowami na znak zgody.

                               ***

Bufetowa zaskoczyła nas po raz kolejny. Zmieniła płytę. Z patefonu popłynęła szybka południowoamerykańska melodia. Kobieta rzuciła się w dziki pląs.

 Po kilku minutach opadła wyczerpana na kozetkę dysząc ciężko, niczym zziajany bernardyn w upalny dzień. Na ten widok też poczułem się zmęczony.

Czułem, że nie wszystko jest w porządku. W opowieści wyczułem jakiś nieuchwytny fałsz. Jakieś udawanie. Czyżby to była gra? Jeżeli tak, to była to gra najwyższego lotu, której nie powstydziła by się nawet Mieczysława Ćwiklińska..

Wstałem i pożegnałem się.

Gospodyni zadowoliła się uszczuplonym łupem, odprowadziła mnie na próg, podała rękę, nadstawiła policzek. Pocałowałem ją delikatnie, charytatywnie.

 

Oniriada

Marzenia senne przekazują wiedzę o tajemnicach życia wewnętrznego i odsłaniają przed snącym utajone elementy jego osobowości.

Przez pół nocy nielegalnie uwalniałem w całej wsi psy przykute łańcuchami do bud. Zdenerwowało to kmiotków. Ścigali mnie z widłami i siekierami. Rejterując znalazłem schronienie w pustostanie służącym dzikim gołębiom. Po drabinie wdrapałem się na strych. Położyłem się płasko na zafajdanych przez ptactwo deskach. Przez dziury w dachu obserwowałem niebo. Gołębie przyjęły mnie gościnnie. a prześladowcy przeoczyli kryjówkę. Może dlatego, że byłem bliżej Boga. Ogarnęła mnie pustka wszechświata, w którym, być może, znane naukowcom uniwersalne prawa fizyki tacą znaczenie. Pustka to nie to samo, co nicość. Początek wszechświata, zbudowanego w 68 procentach z ciemnej energii, o której nie wiemy nic więcej prócz tego, że ona istnieje; w 27 procentach z ciemnej materii, o której wiemy niewiele więcej i tylko 5 procentach z tego, co wiemy, bo to jest zwykła materia, z której zbudowane są gwiazdy, Ziemia i my sami. Początek ukryty jest o 14 mld lat świetlnych od nas. Mój anioł stróż, ten bezpłciowy ptak darował mi nożyczki, bym mógł w przyszłości przykrawać swoje aspiracje do spokojnego życia, w której miłość i empatia zastąpią filozofowanie i wojowanie. No to przykrawam już teraz. Leżę koło dawno przebrzmiałej miłości. Nic to, że nie skonsumowanej. Słynne non possumus kardynała Stefana Wyszyńskiego, przydatne tu do wyrażenie tego, co mi w platońskiej duszy grało. Szukam gorących źródeł naszej miłości i rozważam, czy kobiety mają duszę. Okazuje się, że nie mają. Tak ustalono w 585 r na synodzie w Macon. Z tego nie ma wyjścia. Zrozumiałem, że miłość jest czasowym obłędem, na który lekarstwem jest małżeństwo lub, jak w moim przypadku, odizolowanie pacjenta od czynników chorobotwórczych. I miłość, niby mara, znika. Rozproszyła się jak mgła na Kasprowym bo miłość i modlitwa są nieopisywalne. Nie da się ich opisać ani słowami, ani gestem, ani niczym innym. Teraz leżę obok siebie. Egotysta i narcyz o kiepskim guście. A mogłem koło bufetowej o zielonych oczach. Gdybym się zabrał do tego z innej strony. Otwieram puszkę z Pandorą. Jest to patent Kiszczaka, który był wprawdzie nieco głupszy od Feliksa Dzierżyńskiego, twórcy Czeka (czerezwyczajka), ale o niebo mądrzejszy od feldmarszałka armii ugandyjskiej i dyktatora Ugandy Idiego Amina, o którym historycy pisali, że brakowało mu szarych komórek, a z którym Kiszczaka porównywali jego konfratrzy. Zauważam, że Kiszczak komórek szarych miał w nadmiarze, ale jaki z nich robił użytek, to już inna sprawa. Kiszczak, oprócz Pandory uganiał się za skarbami III Rzeszy. Wówczas przypominał gnoma, karłowatego chochlika zamieszkującego wnętrze ziemi i sprawiającego specjalny nadzór nad podziemnymi skarbami. Były minister nagminnie mylił Pondorę z puszką Pandory. Razem z Pandorą wylatują bezrozumne stwory. Może to zombi? Tak, to one. Mają paskudne twarze. Brzydkie charaktery. Wyskakują z puszki i bełkocą. Gwarą cyborgów przytaczają rozkaz. Chcą mnie anihilować. Muszę zabić ich pierwszy. To wojna po wojnie. Po wojnie w Bieszczadach, a szczególnie po akcji „Wisła” zostały tylko popioły, i tylko czasem błyśnie wśród popiołów łza raniąca oko, albo pragnienie by zresetować pamięć. Ciekawe, jaką intelektualiści nadadzą nazwę temu, co teraz robimy? No, ale czniam intelektualistów, bo zoczyłem w Warszawie pod wieszcza pomnikiem, pod którym spotykał się „Kuroń z niejakim Michnikiem” Bolka Nasielskiego trzymającego w rękach jedną ze stu milionów rolek papieru toaletowego inkrustowanego portretem jego konfrata – Jerzego Urbana. Bolek! Dlaczego kazałeś to wydrukować? Bierz rolkę i spierdalaj do Jurka. On ci wyjaśni. Lecę. Eks-rzecznik rządu Jaruzelskiego śmieje się. Adwersarze wycierają sobie moim nazwiskiem gęby. Teraz mogą wycierać także dupy. Ich gęby i dupy są nierozróżnialne. Masz tu zszywkę „Nie” i zapieprzaj na ulicę Broniwoja wymienić „Urbanówkę” na „Testament Józefa Piłsudskiego” w opracowaniu Cieślikowskiego, któremu pomagałeś w tym niecnym procederze. Mieszkanie pułkownika. Niedaleko Komendy Głównej MO i mój dymiący mózg po spotkaniu z Urbanem. Pukanie do drzwi. To zombi UB krzyczy Cieślikowski. Salwuję się ucieczką przez okno. Spadam z 6 piętra. Ubeckie zombi dopadają mnie. Anihilują. Pakują do grobu. Żywię się ziemią pod ziemią. Jak dżdżownica. Wydaję pod ziemią „Czerwoną Krowę” i powtarzam Hrabalowe, że ten świat jest piękny do obłędu. Nie żeby taki był, ale ja go takim widzę. Cdn.

 

W ŁAPACH SMIERSZU I INFORMACJI WP

Przyglądając się naszej pospolitości dostrzegam, że w przemówieniach-orędziach J. Kaczyńskiego podmiot nie zgadza się z orzeczeniem i nie jest to tylko wykładnia gramatyczna. Ostrzegam, że sytuacja w Kraju Pieroga i Zalewajki łatwo może przerodzić się w to, co znamy z przełomu XVIII i XIX wieku  pod nazwą wojen wandejskich! A więc JE Ojcze Ojczyzny Prezesie PiS, wicepremierze i szefie Komitetu ds. Bezpieczeństwa Jarosławie Kaczyński Kochany – paskudnie się bawisz!!! A teraz następny kawałek: Kto zabił? Desperata 2. Być może dostrzeżecie w książce sytuacje mogące się łatwo powtórzyć tu i tera. No to ad rem: Po raz pierwszy stanąłem przed sądem polowym. Wkrótce zobaczyłem karną kompanię. Informacja WP nie była zadowolona z takiego obrotu sprawy. Uważano widocznie, że zasłużyłem na kulkę, ale wyrok sądu polowego musiała respektować. Dowódca kompanii otrzymał odpowiedni instruktaż. Wiedział sporo o mnie i moich zwyczajach. Pierwsze słowa, jakie usłyszałem po przyjściu do karnej kompanii, brzmiały:

– Stopień, imię i nazwisko.

– Porucznik Zenon Góral.

– Lubicie wódkę?

– Tak jest.

– Jaką wódkę znacie?

– Znam dwa rodzaje wódki: dobrą i bardzo dobrą.

Powiedziałem krótkie zdanie rozwinięte, bo pamiętałem szkolną naukę, aby odpowiadać całymi zdaniami.

– To od dziś zapomnijcie, że coś takiego jak wódka w ogóle istnieje. Zrozumiano?

– Tak jest! Już zapomniałem, panie kapitanie.

– Zawsze tak łżecie?

– Nie. Tylko w rozmowie z przełożonymi.

Zamiast reprymendy kapitan się tylko uśmiechnął. Potem porozmawialiśmy szczerze o życiu i wojnie. Kapitan był dwa razy starszy ode mnie. Kilka razy odniósł rany. Miał wielką jajowatą głowę i ostry, sterczący jak dziób messerschmitta nos, wyłupiaste oczy przykryte grubymi szkłami krótkowidza, obwisły podbródek i zapadnięte policzki. Wydał mi się sympatyczny. Obejrzał mnie dokładnie oczami, w które nieraz zaglądało nieszczęście. Potarł w roztargnieniu brodę – jak człowiek zastanawiający się, czy nie powinien się ogolić – i zrobił mnie dowódcą plutonu.

– Dlaczego ja?

– Bo masz talent, synu. Bo widzisz, w życiu istnieją sprawy ważne i mniej ważne, pilne i niepilne, z sensem i bez sensu. Nasza jest ważna, ale bez sensu. Ale jeżeli chcemy uratować nasze dupy, musimy sprawić, aby miała sens. A do tego potrzebuję ludzi takich jak ty.                                    

Oprócz talentu miałem jeszcze dwadzieścia kilka lat. Byłem w kwiecie wieku. Podczas wojny pospiesznie dojrzałem, ale nadal niechętnie zabijałem ludzi. Poza tym dosyć miałem dowodzenia innymi. Bałem się odpowiedzialności za innych. Marzyła mi się rola wolnego strzelca. W karnej kompanii było takich kilku. Pewnie dlatego powiedziałem:

– Nie nadaję się na pozytywnego bohatera.

Popatrzył na mnie zdziwiony, jakby z żalem, że nie mogę zrozumieć prostych spraw i wyjaśnił:

– Pozytywnych bohaterów nie musi się tworzyć. Wystarczy ich mianować…

Wszystko to przelatywało mi błyskawicznie przez mózg. Rozmyślania przerwał łącznik. Kazał zameldować się do dowódcy kompanii. Nie chciało mi się wstać, ale musiałem. Szamek zapytał:

– Dokąd idziesz?

– Poszukać wodza. Stęsknił się za mną.

– Może ma jakieś pomyślniejsze wiadomości, może coś wymyśli.

– Na pewno, że pójdziemy do nieba.

– Na ten spacer chciałbym iść w większym towarzystwie. Złożę wizytę zabitym, może mają granaty, nie są im już potrzebne.

Drogę na stanowisko dowódcy przebywałem już wielokrotnie. Za każdym razem wyglądała inaczej. Przybywało lejów po pociskach, połamanych drzew i trupów. Śmierć stała się obiegową monetą wojny.  Początkowo grzebaliśmy zabitych. Teraz już nie. Nie miał kto tego robić. Pozostali przy życiu, zmęczeni, apatyczni, niezdolni do czegokolwiek, czekali na śmierć. Ale chyba nie bali się. Wiedzieli, że ze strachu przed śmiercią można nawet stracić tchnienie i ducha wyzionąć. A duchy, w myśl teorii Heinricha Heinego, boją się równie mocno jak my. Dla żołnierza to byłby dyshonor. Kapitan, którego zawsze traktowałem z należytą atencją po raz pierwszy nie wstał, gdy składałem meldunek. Leżał na boku i był zajęty umieraniem. Popatrzył na mnie i słuchał, jakby nie bardzo wiedział, o co chodzi. Dopiero po dłuższej chwili powiedział cichym głosem:

– Jesteś ostatnim oficerem w mojej grupie.

– Przedostatnim – sprostowałem. – Ty jesteś ostatnim. Dowodzisz przecież.

– Mylisz się, ja już się nie liczę. Popatrz.

                                      ***

Spojrzałem na jego dłoń, którą oderwał od brzucha. Czerwone kropelki krwi błyszczały na niej jak rosa w porannym słońcu.

– Brzuch? – zapytałem.

Kiwnął głową. Próbował nadrabiać miną. Tylko oczy, zimne, szare, lekko zamglone nie miały w sobie nic dziecinnego. Te oczy długo patrzyły na wojnę, widziały wiele śmierci. Pouczał nas zawsze, że prawdziwy żołnierz powinien się kierować dwoma uczuciami: oczarowaniem walką i strachem, że przed śmiercią nie zdąży zabić tylu wrogów, ilu powinien. Teraz jego twarz przypominała buzię dziecka, któremu odebrano ulubioną zabawkę bo zrozumiał, że nie zdąży wyprawić na tamten świat tylu wrogów ilu by chciał. Sądziłem, że lekkomyślnie, jak zawsze, wystawił się na strzał. .Aby go pocieszyć, próbowałem żartować.

– Kto cię prosił, abyś stawał na drodze lecących pocisków? Kule tego nie lubią – powiedziałem.

– To nie kula. To odłamek szrapnela.

Taka rana w naszych warunkach oznaczała koniec wojaczki i życia. Kapitan też to zapewne wiedział. Ale mimo to próbowałem go pocieszać.

– Nie śpiesz się tak z umieraniem. Przetrzymamy jakoś. To nielogiczne, aby umierać tak blisko od Berlina.

– To, co się tu dzieje, jest również nielogiczne. Ale zostawmy to.

Powiedział to posępnie z zimowym tonem, w którym było słychać śnieżyce, płacz wiatru i bólu. Odpoczął chwilę i wydał ostatni rozkaz:

– Przejmujesz dowodzenie! Jeżeli dotrwacie do nocy, jedyną waszą szansą jest uderzyć na fryców.

– Tyle razy próbowaliśmy. Tylko ludzie szybciej giną.

– To nie ma znaczenia. I tak zginą. Jutro, najwyżej pojutrze. Lepiej zginąć w walce, niż leżeć i czekać jak owca na zarżnięcie, jak ja.

– Nie mamy nic do stracenie oprócz życia. Spróbujemy.

– Trzeba wykonać żołnierski obowiązek do końca. Właśnie przyszedł na to czas. Wiesz jak bardzo nienawidzę wojny. Walczyłem, by przyczynić się choć trochę do jej końca. Tak, nienawidzę wojny i polityków, których głupota, łatwowierność, chciwość i ambicja doprowadziły do sytuacji, w której wojny nie dało się uniknąć.

Kapitana szanowali jego żołnierze. Za osobiste zaangażowanie w to, co robił i czułość dla ludzi. Za nieustanne oscylowanie między sprzecznościami wojny, między ochroną życia podwładnych, a obowiązkiem żołnierskim nakazującym często iść w łapy śmierci. Był jednym z tych dowódców, którzy prowadząc ludzi do ataku nie wysyłał podwładnych przodem. Mówił: „Hej, chłopcy! Za mną! Musimy skopać wrogom dupy!”. Teraz zamilkł. Mówienie sprawiało mu widoczną trudność. Zbierał myśli i siły. Dopiero po chwili dokończył niespodziewanie: 

– Ale kiedy już mamy tę wojnę, możecie zrobić tylko jedną rzecz. Musicie ją wygrać. Niestety, już beze mnie.

Spojrzałem na niego uważnie, aby zorientować się, czy wierzy w to, co mówi. Już dawno wiedziałem, że o obowiązku można mówić wówczas, gdy nic człowiekowi nie grozi, gdy jesteśmy bezpieczni. Takie ględzenie jest dobre na zajęciach, spotkaniach i wówczas, gdy innych wysyłamy na śmierć. Teraz zrozumiałem, że można o tym mówić również wówczas, gdy nic nam już nie może pomóc.

– Dobrze. Zrobię to. Spróbujemy jeszcze raz i jeszcze… A co z tobą?

– Mam pistolet i dwa granaty. Gdy dopisze mi szczęście, zabiorę w swoją ostatnią drogę kilku fryców dla towarzystwa.

– Opatrzyć ci brzuch?

– Po co? Aby więcej bolało? Gdy się nie ruszam, jest dobrze.

– Wykrwawisz się.

– To najlżejsza śmierć.

Coś się we mnie buntowało. Chciałem coś zrobić. Nie wiedziałem co. Nie byłem jeszcze przyzwyczajony, żeby nie pomagać ludziom wymagającym pomocy. Tylko co zrobić? Odejść, aby nie patrzeć na kapitana, z którego uchodziło życie? Wróciłem do Szamka. Rzuciłem się bezwładnie obok niego na leśne poszycie, jak człowiek pogodzony z własnym losem. Nie wiem, jak długo leżałem w odrętwieniu, zapomniawszy o zmęczeniu, bólu i głodzie. Było mi dobrze. Nagle zrobiło się mroczno i jeszcze posępniej, mimo że do zachodu słońca brakowało jeszcze godziny. Byliśmy głodni. Do picia mieliśmy deszcz. Szamek, do którego obowiązku należała aprowizacja naszej grupki oświadczył, że na kolację musimy się obejść niczym. Pocieszyłem go, że takie nic da się prędko przygotować i będzie wyjątkowo lekkostrawne.

Do monotonnego huku strzelającej artylerii dołączył nowy głos. Przyszła burza z piorunami, wyrwała mnie z letargu. Chmury rozpuściły deszczowe włosy sięgające koron drzew. Krople wody dopiero po kilku minutach zaczęły spadać na nasze twarze, przynosząc orzeźwienie. Zdecydowałem się spróbować jeszcze raz.  Przełamując niechęć wstałem, poprawiłem pistolet i granaty.

– A ty dokąd? – zapytał Szamek. – Zatęskniłeś za spacerem?

– Za lepszym towarzystwem. Pójdę po języka.

– Zwariowałeś! Po co ci on?

– W nocy mam zamiar pożegnać to parszywe miejsce. Chcę wyprowadzić oddział z kotła.

– Mam iść z tobą?

Wolałem pójść sam. Burza ułatwiła mi zadanie. Poczołgałem się w kierunku stanowisk Niemców. Czekałem na okazję. Fryce również nie czuli się najlepiej w tym lesie. Nie bardzo wiedzieli, gdzie się znajdujemy. Pozbijani w grupki, ubezpieczeni dyżurną bronią maszynową, czekali nie wiadomo na co. Przecież i wśród nich nie było już entuzjastów wierzących w wygranie wojny. Chcieli tylko przeżyć. Nie tęskno im było pchać się pod nasze lufy. Zorientowałem się, że wyjęcie choć jednego z nich jest niemożliwe. Musiałem cierpliwie czekać. Po godzinie przywieziono szkopom spóźniony obiad. Zupę. Jej zapach dobiegał do mojego stanowiska, skręcając mi kiszki i powodując ciągły napływ śliny do ust. Byłem głodny. Ostatnie porcje chleba zjedliśmy dwa dni temu. Do picia mieliśmy deszczówkę. Smakowała jak najsłodszy nektar.

Już chciałem odejść, aby nie drażnić uczucia głodu, gdy pomyślałem, że być może po posiłku któryś z żołnierzy odejdzie od grupy za swoją potrzebą. To była moja szansa. Nie myliłem się. Po dalszych kilkudziesięciu minutach oczekiwania usłyszałem trzask łamanych gałęzi, a potem zobaczyłem niewielkiego żołnierza Wehrmachtu idącego w moim kierunku. Miał może metr siedemdziesiąt centymetrów wzrostu i dwadzieścia kilka lat. Na wycofanie się było za późno. Zaczaiłem się za grubym pniem sosny. Niemiec doszedł do mojego drzewa, na szczęście zatrzymał się z przeciwnej strony, odpiął pas i spuścił spodnie. Nie mogłem pozwolić na resztę; nie chciałem, aby śmierdział w czasie transportu. Puknąłem go w głowę granatem z drewnianą rączką. Capnąłem za kołnierz i powlokłem do swoich żołnierzy. Wolno kapiące krople dostały gwałtownego przyśpieszenia. Deszcz zacinał coraz mocniej. W artylerzystów jakby piorun strzelił. Pracowali na zdwojonych obrotach. My zbieraliśmy plon ich pracy. Taszczyłem swojego jeńca z trudnością. Na szczęście nie był zbyt tłusty i ciężki – znak, że w Wehrmachcie nie przelewało się w ostatnim okresie. W połowie drogi jeniec zaczął się ruszać, a potem wierzgać nogami, usiłując kopnąć mnie w twarz. Puknąłem go drugi raz tym samym granatem i już bez przeszkód dotarłem do Szamka.

– Przyniosłeś mi buty, jak widzę – przywitał mnie podwładny i uwolnił fryca od obuwia. – Są w sam raz – cieszył się przymierzając buty.

Niemiec nie ruszał się. Udawał martwego. Szamek walnął go ręką po twarzy, aby wróciło mu życie. Gdy to nic nie dało, bez żalu poświęcił deszczówkę zbieraną w rozciągniętą pałatkę na wieczorny posiłek, To poskutkowało. Jeniec otworzył oczy. Miał chytrą twarz o złych rysach. Wyczytałem w nich, że jej właściciel wyraźnie tęsknił za jakimś świństwem. Aby mu to wyperswadować, przypomniałem puknięcia w głowę i zapytałem, czy wie, za co dostał. Niepotrzebnie przeszedłem na język Goethego, bo jeniec znał polski. Potrząsnął przecząco głową.

– Pierwszy raz dostałeś, abyś był grzeczny, a drugi raz za to, że nie nosisz hełmu. A teraz możesz dostać po raz trzeci, jeżeli nie będziesz mówił prawdy. Zadamy ci kilka pytań. Odpowiesz – będziesz żył. Nie odpowiesz – spotka cię przykrość.

– Nie strasz go! Frycuś będzie grzeczny. No nie? – powiedział Szamek przeciągając koło jego szyi zdobycznym bagnetem i kłując go szpicem lekko w policzek.

Żołnierz próbował zerwać się na nogi. Nie zdążył, nadział się czołem na ostrze bagnetu podstawionego przez Szamka. Taki bagnet, zwany niegdyś mizerykordią jest dobrym argumentem za pomocą którego prawdziwy żołnierz przypominał pojmanemu wrogowi, że jest śmiertelny. Niemiec nareszcie zrozumiał, w jak trudnej jest sytuacji. Nie chciał umierać. Wolał mówić, ale próbował się wykręcić nieprawdą. Przyłapawszy go raz i drugi na kłamstwie, zwróciłem mu uwagę, że nie mamy czasu. Gdy to nie poskutkowało powiedziałem Szamkowi, aby na początek wyjął mu oko.

Jeniec stal się jednookim. Rozmawiałem z nim w trzy oczy. Wkrótce wiedziałem, co chciałem. Informacji nie mogłem sprawdzić, ale ufałem w miłość Niemca do drugiego oka. Zapewne nie chciał go stracić w tak głupi sposób i to pod koniec wojny. Po godzinie miałem opracowany plan. Poszedłem do kapitana. Nie chciałem go zostawić na pastwę Niemców. Gdy stanąłem nad nim z pistoletem, próbował się jeszcze uśmiechnąć. Mimo bólu powiedział:

– Nie rób tak parszywej miny. Nie musisz tego robić. To jeszcze nie koniec świata.

– Dla mnie nie. Dla tych, których zabito, koniec.

– Dla mnie też koniec.

Nie przyszedłem, aby go, pocieszać. Był żołnierzem, rozumiał sytuację.

– Nie musisz mnie zabijać – poprosił. – Urządzimy to inaczej. Zamocuj w ziemi pod moim ciałem granat i przywiąż zawleczkę do munduru w taki sposób, aby zrobić szkopom niespodziankę. Gdy stracę przytomność i odwrócą mnie, aby zobaczyć czy nie żyję, odbezpieczą granat i pójdą do piekła..

Zrobiłem, co kazał i odszedłem bez słowa. Życzył mi powodzenia. Wiatr wołał nas na wędrówkę. Zebrałem pozostałych przy życiu ludzi. Byli wśród nich ciężko ranni. Chyba zrozumieli, co do nich należy. Gdy odchodziłem od nich, aby jeszcze porozmawiać z jeńcem, usłyszałem za sobą kilka dźwięków, powstających przy strzałach z najbliższej odległości. Z tyłu głowy miałem porzekadłu: „Bardziej boli zły sąsiad niźli rany”. Mój plan był prosty. Jeden z nas musiał zakraść się w pobliże punktu amunicyjnego, w którym Niemcy zgromadzili duże zapasy min, granatów, naboi, gdyż rano szykowali się do decydującej rozprawy z nami, i  próbować wysadzić wszystko w powietrze.

Gdyby się udało, wybuch powinien zaskoczyć przeciwnika i choć na parę minut zmniejszyć jego czujność. Chciałem to wykorzystać na wyrwanie się z okrążenia. Miałem prawo przypuszczać, że nikt nie będzie nas ścigał. Lasy bowiem były duże, a na ich obrzeżach czaiły się zarówno nasze jak i niemieckie siły, z przewagą tych ostatnich. O dwudziestej drugiej pozdejmowałem ubezpieczenie. Zapytałem, kto pójdzie na ochotnika wysadzić punkt amunicyjny. Nikt się nie zgłosił. Wyznaczyłem ostatniego żywego człowieka ze swojego plutonu zdolnego do takiej zabawy. Przed opuszczeniem grupy Szamek odwołał mnie na bok.

– Chcesz mi dać w mordę? – odezwałem się pierwszy.

– Nie. Na twoim miejscu zrobiłbym to samo.

– Więc czego chcesz, do diabła?

Podał mi zdjęcie dziewczyny, o której tyle razy rozmawialiśmy. Było wymięte, wskutek wielokrotnego oglądania, jak kawałek irchy.

– Weź to. Jeżeli przeżyjesz, odeślij je. Na drugiej stronie napisałem adres. Dołącz list, ale sam go napisz.

– Co mam napisać? O twojej miłości czy bohaterstwie?

– Napisz jej prawdę. Napisz jej, jak bardzo żałowałem, że nie zdążyłem jej zerżnąć.

Odszedł kilka kroków i oddał mocz. Był gotów do wykonania zadania. Odwrócił się, ale w mroku nocy i tak nie widziałem jego twarzy. Nie wiedziałem więc, czy chciał jeszcze coś powiedzieć. W ostatnim momencie rozmyślił się i bez słowa ruszył w kierunku Niemców. Usiadłem, czekając na wybuch. Myślałem o wojnie i kochaniu. To racja, że przed bitwą i miłością dobrze jest opróżniać pęcherz.

Najpierw usłyszałem pojedynczą serię z broni maszynowej. Po chwili las rozświetlił się blaskiem, któremu towarzyszył przeciągły huk, jakby w niebie przestawiano meble, nie dbając o uszy sąsiadów na ziemi. A potem niespodziewanie zapadła cisza. Podniosłem się i powiedziałem swoim, że na nas już czas. Szliśmy gęsiego, popychając przed sobą uwiązanego na sznurku jeńca. Spełniał rolę przewodnika i tarczy. Wiedział, w kogo trafi pierwszy strzał, dlatego wolał unikać swoich. Z całego serca życzyłem mu, aby mu się to udało. Ruszyłem trzeci z kolei, mając wszystko i wszystkich na oku. Cisza nie trwała długo. Przerwał ją pojedynczy strzał. Zawtórował mu drugi. W odpowiedzi ktoś pociągnął serię z broni maszynowej. Ktoś inny też dał znać, że czuwa. Powoli włączyły się wszystkie środki ogniowe znajdujące się w promieniu kilku kilometrów. Las rozbrzmiewał kanonadą jak na początku bitwy, kiedy ludzie, nie zmęczeni jeszcze, byli pełni entuzjazmu. W powietrzu bzykały pociski smugowe niczym robaczki świętojańskie, rozrywały się granaty i pociski artyleryjskie. Szliśmy przez to piekło nie strzelając, ale nie dbając o przesadną ostrożność. Nie było na to czasu ani potrzeby. Raz po raz któryś z nas obrywał przez przypadek i zostawał. Tak musiało być.

Wreszcie wszystko pozostało za nami. Nie napotkaliśmy Niemców. Maszerowaliśmy, utrzymując jednostajne tempo, ciągle przez las, który zdawał się nie mieć początku, ni końca. Gdy zaczęło świtać, nakazałem postój. Moi ludzie, zobojętniali, padali pokotem na ziemię. Zwyczajnie, tam gdzie kto stał. Tylko prowadzący jeńca nie zmienił pozycji. Trzymał pepeszę, której lufa była wycelowaną w głowę Niemca. Sprawdziłem stan żywych. Razem z przewodnikiem zostało nas dwunastu. Niektórzy byli ranni. Należało się nimi zająć. Musiałem to zrobić sam. Właśnie kończyłem opatrywać ostatniego kontuzjowanego, gdy usłyszałem zbliżające się pojedyncze kroki. Wziąłem nóż i poszedłem na spotkanie nieznajomego. Nie musiałem nikogo zabijać, wracał Szamek. Był zmęczony po wykonaniu zadania. Nasze spotkanie graniczyło z cudem. Wprawdzie wiedział od jeńca, jaką drogą pójdziemy, ale nie przypuszczałem, że nas znajdzie w tym lesie i że będzie mu się chciało dołączyć do grupy. Samotnie miał większe szanse przetrwania.

– Cieszę się, że jesteś. Nie lubię pisać listów – przywitałem go.

Uśmiechnął się w odpowiedzi. Dziwne, nie było po mm widać tego, co przeszedł. Mało tego, przyniósł kilka paczek sucharów będących w naszych warunkach na wagę życia.

– Ilu zostało? – zapytał.

– Tuzin.

– Z Niemcem?

– On jest trzynasty.

– To źle dla niego? Zabijesz go? – Popatrzył mi w oczy.

– Dotrzymał słowa – wyprowadził nas. Ja też dotrzymam, będzie żył.

– Bez oczu i języka, aby nas nie sypnął? Czytałem „Krzyżaków”. Czy tak?

Szamek wziął mi zapewne za złe drastyczne zmuszenie jeńca do współpracy zaraz po jego złowieniu.

– Nie jestem zbójem. Musiałem tak zrobić. Odpowiadałem za ludzi. Musiałem mu udowodnić, że nie żartuję.

– Co dalej?

– Wciąż jeszcze nie lubię zabijać ludzi. Puszczę go. Niech idzie w swoją stronę.

– Może sprowadzić na nas nieszczęście, przywlec nam na łeb zgraję swoich kompanów.

– Może może? Ale chyba nie zrobi tego po tym, co przeszedł i widział. Zapewne też chce żyć. W pewnych warunkach ludzie zdolni są do porzucenia wszystkich ideałów. Szkop zadekuje się. Przeczeka najgorsze. Będzie unikał swoich i naszych. A po wojnie będzie cieszył się wolnością.

– A my?

– Wrócimy do swoich.

– Aby znowu iść na rozpoznanie walką. Dziwne, ale nie spieszy mi się do tego.

– Szamek, jesteśmy żołnierzami – przypomniałem.

Jakby to w tej sytuacji miało jakiekolwiek znaczenie.

– Desperat, życie jest piękne. Koniec wojny blisko. Las duży. Może by w nim trochę posiedzieć? To zdrowsze niż wojowanie – kusił.

– Musimy robić swoje – powiedziałem, podchodząc do jeńca.

– Jesteś cyniczny, a równocześnie naiwny. Rozumiesz wszystko, a równocześnie nie rozumiesz niczego. To cię może kiedyś drogo kosztować – tłumaczył Szamek.

– A mimo wszystko zrobię to, co powinienem.

– Jesteś idiotą i największym skurwysynem, jakiego znam – usłyszałem. – A jednak cię lubię. I pójdę z tobą – dodał ciszej.

Niemiec z niepokojem obserwował moje ruchy. Gdy wyjąłem nóż, usiłował krzyknąć. Ale nie zdążył. Nie leżało w moim zwyczaju pozwalanie takim typom na zrobienie czegokolwiek wbrew mojej woli. Zakryłem mu dłonią usta, tłumiąc krzyk. Pilnujący go człowiek zamknął oczy. Nie wiedział, co chciałem zrobić. Przeciąłem sznurek krępujący ręce jeńca i powiedziałem, zwalniając mu usta:

– Żegnaj, frycu. Zrobiłeś swoje. Obiecałem ci życie.

– I dziękuję za buty – dodał Szamek.

Powoli przerażenie, malujące się na twarzy Niemca, ustępowało miejsca zdumieniu.

– Jak to, nie zabijesz mnie? Darujesz mi życie? – wyszeptał, dotykając ręką opaski na oku, wykonanej z kawałka koszuli.

Nie tłumaczyłem mu, że jest sam sobie winien, i że od początku nie chciałem go krzywdzić, bo i tak by nie uwierzył. Nie powiedziałem mu nic więcej. Klepnąłem go tylko w ramię i pchnąłem przed siebie. Nie miał trudności z wyborem kierunku marszu. Każdy był dobry, gdyż oddalał go od nas, i jednocześnie każdy zły, bo wiódł w nieznane. Gdy wpadnie w ręce swoich, uznają go za dezertera i rozstrzelają. Gdy spotka naszych potraktują go jak szpiega i też rozstrzelają. Jedynym ratunkiem dla niego było uniknięcie spotkania z kimkolwiek. Szamek podzielił suchary. Ktoś przyniósł wodę z pobliskiego strumyka. Po raz pierwszy od trzech dni miałem coś w ustach. Gdy zjadłem, powróciło zmęczenie. Oczy paliły, a ciało było jak z drewna, nieposłuszne woli. Mimo to wstałem, zebrałem swoją dwunastkę i powlekliśmy się przed siebie. Szukałem gęstego lasu. Najlepiej dzikiej kniei. Po godzinie znaleźliśmy taką. Weszliśmy w ciszę ciszy, w zieloną zieleń. Zaszyliśmy się w niej jak wilki. Spaliśmy. Śniliśmy o końcu wojny. Obudziła nas kanonada.     Artylerzyści wymieniali ostatnie strzały na dobranoc. Miało to dla nas pewne znaczenie, pozwalało zorientować się, w jakim miejscu się znajdujemy. Byliśmy w środku walczących stron. Należało dowiedzieć się, która jest nasza. Po dwóch dniach przedzierania się przez las meldowałem dowódcy swój powrót. Był jednym z tych straszliwie spostrzegawczych facetów, stale mających za złe wszystko to, co robili jego podopieczni. Gdy skończyłem, powiedział:

– A więc wróciliście. Żywi. Kto by pomyślał?!

Pokręcił głową niezadowolony i dodał:.

– Poszło sprawozdanie o waszej bohaterskiej śmierci. Był rozkaz z dywizji, odczytany przed frontem.

– Przykro mi, że zawiedliśmy kolektyw, nie dając się zabić.

Dowódca nie zwrócił uwagi na moje słowa. Rozważał widocznie, co ma uczynić dalej. Był jednym z tych ludzi, którzy nigdy nie powinni się byli urodzić, a umrzeć też nie chcieli. Myślałem o jedzeniu i odpoczynku. Zostawiłem inne zmartwienia przełożonym. Otrzymaliśmy wzmocnione porcje obiadu i dwadzieścia cztery godziny na odpoczynek. Spałem dwadzieścia godzin. Cztery poświęciłem na rozmyślanie. Do końca pobytu w karnej kompanii zostało nam czternaście dni. Czy nas odeślą z powrotem do niej? Podobne myśli nurtowały Szamka, bo pod koniec owej wypoczynkowej doby zapytał:

– Co ci stary powiedział?

– Że nasz powrót przyprawia go o ból głowy.

– Ma przez nas bezsenne noce?

– I złe sny. Musi wysłać nowe sprawozdanie z przykrą informacją o naszym powrocie. Wolałby nas wpakować do gablotki egzotycznych okazów żołnierzy, którzy dali się zabić. I wkurwia się, że się tam zmieścić nie chcemy.

– Co z nami zrobią?

– Zobaczymy.

Nasza ciekawość nie była wystawiona na ciężką próbę. Gdy przyszedł łącznik z powiadomieniem, abym zgłosił się do dowódcy, zrozumiałem, że podarowana doba była potrzebna nie nam, a przełożonemu, niezdecydowanemu co z nami zrobić. Na szczęście samo życie podpowiedziało rozwiązanie. Któryś z naszych pododdziałów złowił dziesięciu Niemców. Podjęto decyzję, aby odstawić ich do sztabu. Wypoczęty i odświeżony zameldowałem się przełożonemu. Spojrzał na mnie ze wstrętem. Jego gęste, krzaczaste brwi zwisały nad zapadniętymi policzkami jak bocianie gniazdo na starym żaglowcu. Zapytał:

– Jesteście, poruczniku, pewni swoich ludzi?

– Jestem.

– Można im powierzyć odpowiedzialną misję?

– Można.

– Odprowadzicie jeńców do sztabu armii.

– Tak jest! Kiedy mam to uczynić?

– Natychmiast. I pamiętajcie: odpowiadacie za to głową.

Nie uważałem wprawdzie, aby dziesięciu byle jakich hitlerowskich zbirów było warte tyle, co ja, ale nie chciałem dyskutować z przełożonym. Odmeldowałem się regulaminowo. Wydałem odpowiednie polecenia. Pobraliśmy amunicję. Pokwitowałem profosowi odbiór jeńców. Pamiętając, że krótkie mowy pamięta się najdłużej wygłosiłem trzydziestosekundowy „spicz” do fryców, jak powinni się zachowywać i ruszyliśmy zostawiając za sobą macierzysty oddział. Tym samym zdjęliśmy kłopot z głowy jego dowódcy. Odeszliśmy w samą porę. Właśnie rozpoczynano przygotowania do kolejnego natarcia i jego organizatorzy uważnie rozglądali się za ochotnikami na pierwszą linię. Na szczęście byliśmy już poza zasięgiem ich władzy. Myślałem, że jakoś to będzie. Szliśmy przez pasmo wzgórz ku gasnącym blaskom na zachodzie, skąd dochodziła przeciągła kanonada. Przypomniałem sobie słowa wieszcza Adama: Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie,/ Ja z synowcem na czele, i jakoś to będzie. Chodziliśmy tak od sześciu dni, odmierzając życie krokami wzdłuż wrogiego kraju, wciąż podążając za słońcem i sztabem armii niczym wędrowne ptaki lecące na wyraj. Ptaki szukając swych gniazd ptaszyły świergotliwie, a my szukaliśmy jedynie szansy przeżycia. Unikaliśmy ludzi, którzy wydali nam wojnę. Wbrew Niemcom cało przeszliśmy przez piekło. Czasami ich spostrzegaliśmy przed sobą. Wtedy zaszywaliśmy się głębiej w lasy, aby przeczekać. Plan nasz był prosty: przeżyć czternaście dni i wrócić do normalnego pododdziału. Szansą było prowadzenie jeńców. Dowódca nie określił czasu, w jakim mieliśmy wykonać zadanie. Doszliśmy do wniosku, że powinniśmy to zrobić w ciągu dwóch tygodni.

    Więc krążyliśmy po lesie bezwiednie, we dnie i w nocy. Początkowo prowadził nas anioł stróż. Szczęśliwie unikaliśmy kłopotów. Niestety, w siódmym dniu anioł zaspał. Zatrzymała nas Informacja WP grasująca razem ze Smierszem. Którzy tylko czyhali na takich jak my. Powoli wpadaliśmy w czeluść tego sowieckiego kontrwywiadu znanego w historiografii jako „śmierć szponom”.

Na domiar złego tą złowrogą komórką sowiecką dowodziła Natasza Murawiowa. Natasza wprawdzie urodziła się na Litwie jako „niemowlę płci żeńskiej”, ale wyrósł z niej temperamentny rudy babus w stopniu kapitana o wyglądzie mocno pogrubionej choleryczki. Obce jej były jakiekolwiek człecze uczucia. Stało się jasne, że opuścił nas anioł stróż, ale nie Informacja WP i Smiersz. Zauważyłem, że Natasza miała duże, smutne, lekko zamglone oczy i układne maniery kobiety mającej za sobą przejście przez wiele łóżek. Na stopień kapitana należało sobie zasłużyć. A kobiety w wojsku mają znacznie cięższe życie niż mężczyźni. Cdn. (Kto zabił. Desperat 2)

[książka jest do nabycia w wydawnictwie; kontakt: e-mail:  s.wolak@agentpr.pl lub telef.: 12 631-32-50; 502-149-666;].