Archiwum kategorii: Bez kategorii

OPERACJA „DUNAJ” (dokończenie)

Major Siergiej atakuje

Chyba pod koniec kwietnia, a może w początkach maja w rejonie strażnicy dowodzonej przez kapitana Skoczylasa przybył nowy obiekt Armii Radzieckiej. Był to specjalistyczny samochód wyposażony we wszystko to, co najlepsze w dziedzinie rozpoznania elektronicznego. Wóz postawiono w kosówce, (którą wyrąbano) przy drodze pomiędzy Halą Szrenicą a Szrenicą i starannie okryto siatkami maskującymi.

Podsłuchiwaczami dowodził oficer Siergiej. Raz przedstawiał się, jako major GRU, ale po dwu flaszkach mówił, że jest starszym lejtnantem KGB. Cholera go wie, jaka była prawda. Dość powiedzieć, że był to kontaktowy łapitrunek. Ten brat-łata i cechmistrz pijacki, był bardziej bardem, rybałtem i gędźbiarzem niż oficerem służb specjalnych. Gdy mu wspominałem o internacjonalizmie i socjalistycznej moralności, która nie zakłada podsłuchiwania sojuszników, popatrzył ma mnie z uśmiechem faceta, który wszystko wie i ze wszystkim się zgadza i wyjaśnił, że w KGD „ praktyka jebiot teoriu”. Oficer miał pokój w schronisku na Hali Szrenickiej. Dużo ludzi się z nim przyjaźniło, bo warto było.

Znał go dobrze ratownik GOPR Włodzimierz Kosterkiewicz oraz przewodnik i narciarz Kazimierz Kędzierski, którzy sporo trunków z nim wypili. Koło samochodu Siergiej postawił koksownik, a że był góralem kaukaskim, piekł na ogniu specjalność doliny Adył Su – szaszłyki o niepowtarzalnym smaku. Do szaszłyków przyjaciele przynosili butelkę. Szaszłykowiec miał zaraźliwy śmiech, chętnie opowiadał kawały, nawet polityczne. Powtarzał, że chichranie obraża idiotów, ale mądrych leczy. Trudno było się z nim nudzić. Wznosił imponująco skonstruowane, wielopiętrowe toasty.

Ale Siergieja szczególnie znała urokliwa bufetowa Halina. Niekłamana ozdoba schroniska. Kobieta o pięknej, jakby dziecinnej twarzy, przejaśnionej łagodnością i słodyczą, nieco młodsza od schroniska, pod które kamień węgielny położono w 1786 r., wierząca, że niewiasta jest tyle warta ile seks, jaki można z nią mieć. Poziom inteligencji Haliny był znacznie wyższy od górskiego muflona, które ongiś odwiedzały Karkonosze i może, dlatego, kilka pokoleń żołnierzy i ratowników GOPR się w niej podkochiwało. Niestety, bez wzajemności.

Wedle słów Haliny, Siergiej, najpierw ją zgwałcił w toalecie. Ale zrobił to tak profesjonalnie, że go pokochała. Nie było w tym nic dziwnego. Oficer zahaczył o koniec wojny. Był jednym z tych chłopaków sowieckich, którzy od lat znali się na zabijaniu, piciu i gwałceniu. Nabierali wszak praktyki na milionach Niemek, ale nie tylko. To wówczas krasnoarmiejcy, nad Wisłą, Odrą i Łabą zabijali, chędożyli i nigdy nie trzeźwieli. Bez takiego rozwydrzenia nie sposób było dobić gadzinę hitlerowską.

Tak, major Siergiej (nazwisko wyleciało mi z głowy) miał w sobie coś z demona, coś ze straszliwego ducha. Jego życie nie było nudne. Ciągle wspominał powojnie: picie, bójki, napady, grabieże, gwałty… Teraz jeno szykował się do napadu na Czechosłowację. Takimi osobnikami rodzice straszą dorastające córki, a niewyżyte seksbomby marzą, aby ich poznać. Jak każdy oficer Siergiej, kłamał przez całe życie, bo nie kłamią tylko pokraki polityczne, które też chciałyby łgać, ale nikt im nie uwierzy. Mundurowi się wierzy. Więc major z miejsca zauroczył Haliną. Nad tą parą szybko pojawiła się aureola erotycznego łakomstwa.

Oficer omotywał niewiastę w nieskomplikowanych sposób. Wieczorem, gdy starzy bywalcy i personel schroniska zbierali się przy pianinie, Siergiej, zapowiadając, że utwór dedykuje swojej dulcynei, pięknie grał poloneza fortepianowego a-moll Michała K. Ogińskiego Pożegnanie Ojczyzny. Po skończonym koncercie siadał na krześle i brał dziewczynę na kolana. Jej oczy płonęły. Siedziała zaróżowiona, z wypiekami na twarzy oczekując pieszczot. On ją bezczelnie obmacywał i całował filantropijnie z wyraźnymi podtekstami łóżkowymi.

Nieraz, gdy miałem nieco w czubie zmieniałem Siergieja przy instrumencie. Rzępoliłem arię Jontka z opery Halka Stanisława Moniuszki. Czasami zebrani zazdrośnicy podchwytywali melodię. Wówczas, hen w doliny leciało smętne zawodzenia starych zbereźników i niewyżytych erotycznie pryków kabotyńskich: Hej Halino, hej dziewczyno… Przypominało to rzężenie jeleni w czasie rykowiska byków.

Melodia leciała, a major z Haliną zajmowali się wyłącznie sobą. Ocierali się o siebie. Macali. Miętosili. Smoktali się. Przylegali do siebie. Siergiej po raz kolejny sprawdzał, czy mu się zmieści, a Halina, czy jest dostatecznie duży, aby wystarczył na całą noc. Przed północą oficer, już bestialsko wyuzdany, brał na ręce, patrzącą na niego z bezbrzeżnym smutkiem i miłością Halinę i niósł do swego pokoju. Ona wisiała na nim jak przejrzałe winogrono. Podglądacze mieli uciechę. A może troszeczkę zazdrościli Siergiejowi. A rano komentarzom nie było końca, bo były momenty. Bo są momenta, co się pamięta, choćby się żyło i tysiąc lat…

– Och! Ach! Ech! Jak on pięknie pruł jej ciało! kutasem wielkim jak hieratyczny pik Wolnej Hiszpanii – opowiadał znawca Kaukazu i koneser męsko-damskich opowieści.

– Sprawnie zmieniali pozycję. Włazili jedno na drugie. Mało tego, robili bara-bara i to było imponujące – relacjonował inny podpatrywacz.

W tym czasie, utrudzony, ledwie żywy oficer Armii Radzieckiej wlókł się do podwładnych. Wyglądał jak mamidło górskie zwane widmem Brocklenu lub duch gór Karkonoszy. Szedłby sprawdzić elektroniczny urobek z nocy i wydać żołnierzom nowe zadania.

Chyba nie szło mu to najlepiej. Zaniedbywał się w obowiązkach. Uważałem Siergieja za wojskowego nieudacznika. W każdej innej roli niż łowca dup i balangowicz, wydawał mi się być fałszywy. Gdzieś około 20 czerwca został odwołany do Świętoszowa. Miał tam pilnować pułk czołgów Armii Radzieckiej stacjonującej w Polsce. Dowódca tego pułku był zaprzyjaźniony z pułkownikiem Bartoszewiczem.

Wedle relacji Pliski, oficer przyjeżdżał kilkakrotnie w Karkonosze. W 1972 r. przyjechał po raz ostatni. Został zwolniony ze służby. Jakiś czas wałęsał się po Kaukazie. Coś mu odbiło. Podawał się za Jezusa Chrystusa, który zmartwychwstał. Uznano go za wariata i zamknięto w „psychuszce”. Jego zmiennik nie umiał grać na pianinie…

W ten sposób Halina, figlując i męcząc bohaterskiego przedstawiciela sojuszniczej armii, wniosła niepodważalny wkład w obronę Praskiej Wiosny. Gdy to opowiadam przychodzi mi na myśl, aby, zachowując wszystkie proporcje, porównać poświęcenie Haliny z kochanką Napoleona. Bo panie zawsze były bardziej patriotyczne od panów. Królowa Jadwiga, Emilia Plater, pani Walewska… Ba, ale kurduplowaty cesarz Francuzów nie umiał grać na pianinie. Był zbyt słabowitego zdrowia, aby brać swoją bogdankę na ręce i targać do komnaty. A Siergiej przypominał żubra białowieskiego, mogącego, nie bez szans, startować w konkursie siłaczy.

Trzeba przyznać, że panie takie jak Halina, miały konkurencję w miłośnikach spirytualiów. Oto już 19 sierpnia 1968 r. po trasie przemarszu jednostek Armii Soieckiej do Czechosłowacji przejechał gazik rozstawiając patrole. Ich zadaniem było regulowanie ruchem w czasie przemarszu wojsk. Siedziałem wówczas w restauracji „Karkonosze”. Drobniak kazał mi obserwować reakcję narodu na interwencję. A gdzież mogłem lepiej wykonać powierzone zadanie jak nie w knajpie? Strawestuję Stanisława Grochowiaka i wyznam, że gdy naród pił, pije i będzie pił, ja patriotyczne piłem, piję i będę pił razem z narodem.

Niejednokrotnie widziałem jak w społeczeństwie bije ogromne internacjonalistyczne serce. Teraz także widziałem. Raz po raz któryś z gorzałeczników, osobników przestrzennie zagubionych, wychodził na skrzyżowanie „Iwana truć”. Z setką alkoholu, podchodził do „regulowszczyka” mrucząc do ucha szczęśliwemu żołnierzowi zachętę do wypicia za przyjaźń polsko-radziecką. Takiego toastu żaden krasnoarmiejec nie mógł odmówić. Niektórzy wytrzymywali nawet po osiem kolejek. Słabsi walili się na mordę już po piątej setce. Znowu przyjeżdżał gazik. Żołnierze wrzucali nieprzytomnego kolegę na samochód. Stawiano nowy patrol itd.

Nigdy nie doszedłem, czy alkoholiczne towarzystwo z „Karkonoszy” robiło to dla sportu, z miłości do wojska, satysfakcji, że ktoś skopie tyłki Pepikom, czy też z nienawiści do Sowietów. Bo przecież byli i tacy, którzy na czołgi, idące w kierunku Harrahova, rzucali kwiaty. Bałem się, aby jakiś zaćpany rycerz zemsty, w odwecie za Katyń nie przypieprzył w tanki koktajlem Mołotowa i czołgi zamiast na Pragę nie skręciłyby na Warszawę.

Trzeba przyznać, że inwazja na Czechosłowację zemocjonowała naród. Rzucano, częstowano, a dziwki dawały krasnoarmiejcom za darmo. Syfilis również. Zabawnie było obserwować statecznych generałów sowieckich odwiedzających rejony urzędowania pań nieciężkich obyczajów i ściągających z dup swoich oficerów, wywlekających ich z krzaków i tłumaczących im, że przyszła pora na poważne sprawy, chodzi o uratowanie socjalizmu w bratniej Czechosłowacji i nie czas myśleć o pierdoleniu.

Żal mi było generałów. Gdyby byli młodsi na pewno nie odmówiliby naszym damom. Ale w ich wieku… Jedynie, co im jeszcze stawało, to śmierć przed oczyma. Nie znali naszych południowych sąsiadów. Nie wiedzieli, że Czesi nie będą umierać w imię obalenia komunizmu. Wolą pójść na piwo…

Takie sceny wyrzeźbiły wyraźną ścieżkę w mojej duszy. Dość powiedzieć, że do dziś mam w uszach gwar gawiedzi, turkot czołgowych gąsienic i pomstowanie czerwonoarmiejców na generałów odrywających ich od roboty..

Kontakty z Czechosłowakami nie powinny dziwić. Do moich obowiązków należało spotykanie się z sąsiadami. Pod warunkiem zameldowania o spotkaniu przełożonym. Tym razem zapomniałem zameldować. Któryś z braci Czechów mnie podkablował. Czy to dziwne? Nie. Chrystus miał 12 apostołów, choć zlustrowano jedynie Judasza. Ale Jezusa zdradzili wszyscy uczniowie. Piotr trzykrotnie się go zaparł. Reszta, z wyjątkiem kobiet, uciekła. Zlustrowany Judasz stanowił 8 procent z 12. Z prostych wyliczeń wynikało, że około 560 milionów ludzi na świecie jest kapusiami, wśród nich kilkoro nawet inteligentnych. Nie łudziłem się, że uda mi się z nimi nie spotykać.

PS

Część dalszych losów mjr. Siergieja w książce „Rendez-vous z generałem Petelickim”

OPERACJA „DUNAJ” – przygotowania

Byłem wówczas zastępcą do spraw politycznych dowódcy Górskiego Batalionu WOP w Szklarskiej Porębie płk. Zdzisława Drobniaka. Już od dłuższego czasu wiewiórki szeptały, ze coś się, nie tylko w kraju, święci.

W marcu 1967 r. Warszawa zarządziła zbiorowe czytanie „Trybuny Ludu” i „Żołnierza Wolności”, strasznie upierdliwych dzienników. Dla odtrutki posługiwałem się też „Polityką” i „Tygodnikiem Powszechnym”, niewątpliwie najlepszymi pismami między Łabą a Władywostokiem, a na domiar złego pomogłem koledze pochodzenia żydowskiego wyłgać się z rąk WSW. Dlaczego to zrobiłem? Bo czułem się osobiście znieważony cudzą krzywdą. Oficerowie zapamiętali afront. Zbliżał się termin wyprawy na Czechosłowację. Szykowaliśmy się, by pomóc braciom Czechom obronić socjalizm. Tłumaczyłem Drobniakowi, który kierował przygotowaniami batalionu do zabezpieczenia porządku na wypadek przemarszu wojsk Układu Warszawskiego przez Góry Izerskie i Karkonosze i bardzo się tym przejmował:

– O rany!  Pułkowniku! Co nas obchodzą bracia Czechosłowacy? Przecież oni mają długie tradycje siania zamieszania. Już w 1415 r., po spaleniu na stosie w Konstancji Jana heretyka Husa, wybuchły krwawe wojny husyckie. Poza tym są nam winni kilkaset hektarów za przekazanie im Tkaczy, a i wcześniej mają sporo makaronu za uszami. Przypomnę jedynie, ze 23 stycznia 1919 r. Czesi zdyskontowali osłabienie Polaków i na rozkaz premiera Karla Kramara oraz prezydenta Tomasa Masaryka zaatakowali skutecznie nasz Śląsk Cieszyński (mieszkało tam 55 % Polaków, 27 % Czechów i 18 % Niemców) i ot tak „na dzień dobry” wyrżnęli wszystkich rannych i personel polskiego szpitala… Po prawie dwudziestu latach (2 października 1939 r.), wykorzystując zaangażowanie „wujka Adolfa” w przywoływaniu Czechów do porządku, odebraliśmy to, „co było nasze” i jeszcze kawałek. Teraz nadarza nam się ponowna okazja…

– No to, co z tego?

Byłem młody. Mówiłem dużo. Myślałem, że to lepsze jest od milczenia. Poleciałem monologiem wewnętrznym:

– A chociażby i to, że to oni później wymyślili szmatławą postać niedojdy i cwaniaczka – Szwejka, a Bohumil Hrabal wygłówkował mrowie piwożłopów i multum innych nieudaczników, i tylko jeden u nich porządny człowiek – pułkownik Emil Zapotek, ale i on prawdę powiedziawszy świnia, bo jako oficer, pułkownik, pragnie dorabiać ludzką twarz czemuś tak doskonałemu jak socjalizm, i Czesi nie chcą nam oddać ziemi za Tkacze, a to my wykoncypowaliśmy Pana Wołodyjowskiego i to my, budując monumenty, czcimy powstania narodowe… A oni, co? Co mają czcić?… I ja się zastanawiam, dlaczego jeszcze nie stawiamy pomników grabarzom? Przecież oni mają równie wielkie zasługi jak powstańcy, naharowali się grzebiąc poległych… i to my mieliśmy Zawiszę Czarnego z Grabowa i bohaterskich obrońców Warszawy, i bohaterów spod Lenino oraz Monte Cassino, a oni poddali się Niemcom bez jednego wystrzału…

– Co to zmienia?

– To, że my walczyliśmy w Powstaniu, aż nas wybito i kamień na kamieniu został z Warszawy, a oni poczekali i ocalili Pragę… Ale, ale, trzeba Czechosłowakom przyznać, że są uprzejmi. Chcą się nam podlizywać. Każdego turystę polskiego, napotkanego na „Drodze Przyjaźni” witają okrzykiem: „Cześć pracy!”. I część Polaków odbiera to, jako zawołanie: „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się!” I rzuca się na braci Czechosłowaków z pięściami. A teraz ten wichrzyciel Aleksander Dubcek…

Z mojej strony było to bezrozumne bajdurzenie i Drobniak nie dał mi dokończyć. Zmierzył mnie z góry na dół i z dołu do góry, popatrzył tak na mnie jakoś osobliwie, jakby widział mnie po raz pierwszy i powiedział abym spierdalał ze swymi aberracyjnymi poglądami.

Pułkownik nie potrafił być zabawny nawet wtedy, gdy przychodziła na to pora. A ja uważałem, że dla prawdziwych marksistów nie może być nic zabawniejszego niż Praska Wiosna. Dziwne, ale ilekroć próbowałem potrząsnąć drzewem prawdy, zawsze na moją głowę leciały obelgi i nienawiść. Ja się z tego cieszyłem. Sądziłem, że ludzie nienawidzą tylko tych, których kochają, słusznie utrzymując, że reszta niewarta jest ich energii. Ale cóż, zdarzają się wyjątki – to altruistyczni politycy i empatyczni wojskowi. Kto wie, może w głowie Drobniaka kiełkowała już myśl, aby sprzedać mnie do brygady zanim narobię mu większego kłopotu? Czekał tylko na okazję.

W czerwcu, lipcu 1968 r. spotykałem się w pobliżu strażnicy Przesieka z oficerami czechosłowackimi. Przekazałem im to i owo. Między innymi informację o ruchach wojsk sowieckich czających się na północnych stokach Grzbietu Wysokiego Gór Izerskich i mających lufy czołgów skierowane na południe. Miałem dobre, wielokrotnie sprawdzone informacje.

Byłem w ciągłym ruchu. Jeździłem po Górach Izerskich i Karkonoszach. Rozmawiałem z zainteresowanymi wyprawą. Byłem przewodnikiem silnej ekipy polsko-sowieckiej. W jej skład wchodził pułkownik Kukliński ze Sztabu Generalnego WP, szef sztabu i oficer rozpoznawczy jednej z dywizji AR, przygotowanej do wejścia na teren Czechosłowacji, a stacjonującej na Pogórzu Izerskim oraz Nikołaj Plisko ze sztabu Północnej Grupy Wojska Armii Radzieckiej w Legnicy.

Już od połowy zimy 1968 r. za strażnicą Kamieńczyk, od strony granicy, kilku żołnierzy AR postawiło namiot. Trudno go było zauważyć. Wśród karłowatych świerków rosnących na zboczach Kamiennikach, teraz okrytych, szadzią, wyglądających jak gęsie piórka, namiot sowiecki przypominał igloo Eskimosów. Żołnierze sowieccy urzędowali w nim dzień i noc. Mieli tam zgromadzony sprzęt przy pomocy, którego można było podsłuchiwać, co dzieje się w całym kosmosie, a nie tylko w Czechosłowacji. Cdn.

Więcej w książce „Niespokojna granica” cbwydawnictwo@home.pl

PS

P.T. Internautów i Czytelników Expressu Bydgoskiego, na którego łamach ukazał się nekrolog o zgonie Henryka Piecucha uprzejmie informuję, że:

Wiadomość o mojej śmierci jest nieco przesadzona.

                                                                               Henryk Piecuch

 

 

WAŁĘSA, WAJDA, GŁOWACKI, LEBENBAUM I ROSENBUSCH

Cierpliwie, niczym niedźwiedź na łososia czekam na film A. Wajdy o L. Wałęsie. Przyznam, że doniesienia medialne o ciągłych korektach, w być może gotowym dziele Mistrza, skłaniają do refleksji. A jeszcze sprzeczki filmowca z autorem scenariusza – J. Głowackim. Ale niech tam… winien jest oczywiście Wałęsa… Jego ciągłe wypowiedzi skłaniają do zadumy, a reżysera do zmian. Niektórzy próbują analizować uczenie enuncjacje Historycznego Lecha. „Próżny to trud. Bezsilne złorzeczenia”. Każdy, kto choć liznął życiorysu eksprezydenta wie, że zrozumieć Wałęsę nie jest łatwo i, że za pozornie skomplikowanymi wypowiedziami kryje po prostu… głupota. Odkryła to już w latach 80. O. Fallaci. Jedna sprzeczka Wajdy z Głowacki ma i dobrą stronę – będzie ksiązka Głowackiego o pisaniu scenariusza. 

Ostrząc sztuczne kły na te dzieła staram się przypomnieć minione dzieje. Było przecież wiele mało znanych kombinacji operacyjnych związanych z postaciami wymienionymi w tytule tego blogu, których, chyba nie uświadczycie w dziełach Wajdy i Głowackiego. Wybaczcie, że ciągle wracam do ogranego tematu i przypominam Wałęsę, Wajdę, Głowackiego, Lemenbauma i Rosenbuscha…

            Zaczynam od Lebenbaum. Za granicą kręcił się koło niego inny mój przyjaciel z czasów sudeckich – Adam Rosenbusch. Był to pracownik archiwum Radia Wolna Europa. W czasach peerelowskich, jako ratownik Grupy Sudeckiej GOPR miał kontakty ze zwiadowcami WOP. M.in. “opiekował” się nim mjr Leon Knapiński, a jako pilot wycieczek zagranicznych miał kontakt z oficerami podległymi pod Departamenty III, II i I. Potem wywiad zainstalował go, jako uciekiniera (via Jugosławia) w RFN i “wyrobił” mu dojścia do RWE. W Monachium Rosenbusch użyźniał cipkę pewnej damy, którą Lebenbaum puknął kilka razy jeszcze w czasach łódzkich. Dama, będąca wrzaskliwą pracownicą RWE, pozyskała ściśle tajną instrukcję dotyczącą ochrony obiektu. Instrukcję Rosenbusch oddał zaprzyjaźnionemu wopiście. Ten przekazał dokument oficerowi kontrwywiadu pilotującemu współpracownika. Tak się składało, że w tym czasie zintegrowane wokół KGB służby planowały akcję przestraszenia dyrekcji RWE. Chciano dać sygnał “S” i innym dysydentom, że specsłużby dużo mogą. Instrukcja umożliwiła słynnemu “Carlosowi”, czyli Iliczowi Ramirezowi Sanchezowi bezpieczne wejście na terem RWE. 21 lutego 1981 r. “Carlos” podłożył ładunki wybuchowe pod jeden z budynków i zdetonował. Na szczęście nie było już w nim ludzi.  Gdyby byli, wyglądaliby jak żaby w mikserze. Szkody sfotografował Rosenbusch. Zdjęcia i instrukcja trafiły do mnie (przekazałem je IPN). Lubiłem się z nim spotykać. Wspominaliśmy dawne czasy i przyjaciół, przywoził mi z Niemiec ciekawe książki o górach. Za prezydentury Wałęsy Rosenbusch, jako “opozycjonista” otrzymał intratne koncesje na różne dziwne przedsięwzięcia. Miał mieszkanie przy ulicy Zgoda, co ułatwiało m.in. zajmowaniem się handlem bronią. Planował wykup budynków na ulicy Frascati, aby mieć bliżej do Sejmu. Oprócz Polski dysponował mieszkaniami w Niemczech, na Słowacji i w Kazachstanie. Miał kontakty w Rosji i w państwach WNP. Był wydawcą i miał być posłem. Nagle coś nie wyszło. Chyba Wałęsa nie miał pojęcia, jacy ludzie podszywają się pod kombatanctwo. 

            Lebenbaum nie ograniczał się do dostarczania mediom zachodnim materiałów o walce “S”, gloryfikujących Wałęsę i innych opozycjonistów. Współpracował z RWE i organizował transporty do kraju z pomocą charytatywną i nie tylko. Taka działalność drażniła ambicję generałów.  Kiszczak postanowił coś z tym zrobić. Zlecił to zadanie Pożodze. Generał nakazał opracować kombinację operacyjną. Jej elementem było porwanie z Zachodu dyrektora Rozgłośni Polskiej RWE Najdera lub Lebenbauma. Po przywiezieniu figurantów do kraju planowano dodać im do towarzystwa kilku opozycjonistów i oskarżyć o terroryzm, a Wałęsę o jego popieranie. Wiem, że Najder i Lebenbaum nie mieli pojęcia, jaką rolę odgrywają agenci kręcący się przy zagranicznych strukturach “S”, w tym “Minim”, „Raja” i “Regina”. Ci agenci był jak wiatraki, z którymi walczył Don Kichote z Manczy – dumni, głupi i cyniczni, tępi i niemoralni. Byli jednak cholernie sprytni i niebezpieczni. Aby uśpić tak zwane BHP “S”, bezpieka od czasu do czasu podrzucała na spalenie jakiegoś nieważnego agenta. Podobno Wałęsa i inni działacze byli zachwyceni takimi sukcesami.

            Zastanawiam się, z kim mógłbym porównać Lebeubauma. Jedyne, co przychodzi mi na myśl, to Janusz Głowacki. Jedyny celebryta wśród współczesnych literatów. W twórczości autor Antygony w Nowym Jorku jest, moim zdaniem, skrzyżowaniem Witolda Gombrowicza i Sławomira Mrożka z Michelem Houellebecqiem, a poza tym do złudzenia przypomina Lebenbauma. Ta sama życzliwość, ale niepozbawiona ironii, filozoficznej zadumy i uszczypliwości. Głowacki napisał powieść, w której pozornie zmasakrował Jerzego Kosińskiego. Piszę pozornie, bo zza dramatycznych przeżyć autora Malowanego ptaka, z dużą maestrią przedstawionych na kartach Good night, Dżerzi, wychynęła, przynajmniej dla mnie, twarz Wałęsy z okresu prezydentury. Do takiego stwierdzenia upoważnia mnie porównywalny mechanizm mozolnego wspinania się na szczyty i brutalnego ściągania z Olimpu na ziemię. I mimo zupełnie rożnych realiów metoda jest podobna. Różnica jest jedna: Kosiński w wyniku ataków popełnił samobójstwo. Wałęsa jest twardszy – walczy. Bije się skutecznie. Piórem, internetem, pyskówkami w telewizji i przed sądem. Często wygrywa. A  Glowacki? Napisał scenariusz dla Andrzeja Wajdy. Film ma być o Wałęsie. Modlę się, aby dożyć czasów, gdy będę mógł film obejrzeć. Uważam, że Wajda, potrafiący dostrzec piękno w brzydocie polityki, zdoła połączyć doświadczenie autorytaryzmu Jaruzelskiego z dźwiękiem spadającego z gałęzi jabłka i nałożyć na to wszystko postać Wałęsy. O filmie krążą legendy…

Pierwotnie miał to być produkt Hollywoodzki. Na początku lat 90., Wałęsa dostał milion dolarów za zgodę na powstanie filmu. I coś nie wyszło. W 2001 r. Jeden z producentów w hollywood Roman Harte, ten sam, który zaoferował Wałęsie milion USD, zgłosił się do mnie, abym napisał koncepcję noweli filmowej. Konsultantem był prof. Paczkowski. Napisałem. Profesor wniósł uwagi. Uwzględniłem je. Harte osobiście przyjechał i odebrał poprawiony tekst. I zniknął. Widocznie coś znowu nie wyszło. Może Amerykanie stracili zainteresowanie Wałęsą, Polską, a nawet Europą. Może agenci CIA, których przedstawiłem w szkicu, byli nie tak wspaniali, a SB i KGB nie tak krwawe, jak wyobrażenia Amerykanów. Ani Paczkowski, ani ja nie dostaliśmy za pracę ani centa.

W wypadku Kosińskiego Głowacki zastanawiał się Dlaczego? Dlaczego? I sam odpowiada: – Dlatego, że Ameryka niczego takiego przed nim nie widziała. W przypadku Wałęsy sprawa wydaje się być jeszcze prostsza. Homo sapiens to taki stwór, który po osiągnięciu sukcesu swoim działaniem sam prosi się o nieszczęście. I to jest przypadek Wałęsy. Na pytanie: dlaczego Wałęsa? Bon mot mógłby brzmieć tak: Dlatego, że nie tylko Ameryka, ale i cały świat niczego takiego przed nim nie widział. I już nie zobaczy.       

            Chciałem zdeszyfrować Wałęsę. Wedle mojej oceny, Wałęsa jest fenomenem i nawet banda diabłów nie dałaby mu rady. Dlatego powtarzam – tacy ludzie rodzą się raz na milion albo raz na sto milionów lat. Gdyby Wałęsy nie było, należałoby go wymyślić. I to powinno wystarczyć za komentarz. Nawet, jeżeli Wałęsa był draniem, bądź jego wybory życiowe i zawodowe obsadziły go w drańskiej roli, to bez niego nie byłoby III RP w takim kształcie, jak obecnie. Przez pół wieku o tym marzyłem. Dlatego nie dziwcie się, że wykorzystywałem każdą okazję, aby się czegoś o nim dowiedzieć. Węszyłem za wiadomościami o Wodzu nie tylko na diabelskim kołowrocie życia, ale nawet na szpitalnych korytarzach. A dlaczego nie całe społeczeństwo jest wdzięczne Wałęsie? U nas wdzięczność to uczucie nieznane. Przekonał się o tym nie tylko Wódz, ale ostatnio także Jerzy Owsiak, człowiek, który uratował pośrednio wielu ludzi. Zastanawialiście się kiedyś, ile czasu trwa wdzięczność, a ile mściwość i zazdrość? Praktyka dowodzi, że wdzięczność trwa krócej. No cóż, gust społeczeństwa nigdy nie wyprzedza geniuszy. Zawsze wlecze się za nim kulejąc. Dla miernot geniusz jest czymś niewybaczalnym.

 

Więcej na ten temat w książce: Tajna historia mojego życia. Wałęsa i… Kryptonim „Bolek”. Operacje tajnych służb MON i MSW

WYBORY 04 CZERWCA A OFICEROWIE SŁUŻB SPECJALNYCH

Po 4 czerwca 1989 r. pozornie wydawało się, że prawda o społeczeństwie spadła na esbeków z elegancją żelbetonowego bloku, a peerelowskie służby specjalne osiągnęły dno. Ale tak jedynie się wydawało. Niektórzy zaradni oficerowie udowodnili, że dno może być także twardym gruntem. Najinteligentniejsi funkcjonariusze już dawno zrozumieli, ze prawdę narzuca się innemu człowiekowi siłą samej prawdy, a nie przemocą prawa, przymusu ekonomicznego lub działalnością operacyjną. Czekali tylko okazji, aby pomaszerować pod nowymi sztandarami.

Wściekacie się, bo bulwersuje was oddanie nadzoru nad służbami specjalnymi III RP w ręce kramarzy z kiszczakowskiego zaciągu! Jednak, dlaczego mieć za złe kramarzom, że są tym, czym są? Przecież już dawno technika i dolary zmanierowały służby specjalne. Mówicie, że trudno to wytłumaczyć. Może należy pamiętać, że ci, którzy rozumieją tylko to, co da się wytłumaczyć, nic nie rozumieją. Specsłużby są jak magia, czarna i biała. W związku z tym w bezpiece oficerowie dzielili się na pod- i nadludzi. Kontrwywiad stanowił magię czarną – podludzi, którzy nie byli wolni od stosowania brutalnych metod, niekiedy tortur. Natomiast magię białą reprezentował wywiad z zaradnymi asami na czele. Jedni i drudzy nigdy nie szczędzili krwi. Oczywiście, nie własnej. 

Oni pierwsi zrozumieli, co jest warunkiem sukcesu. Jednym z zaradnych był ówczesny podpułkownik Sławomir Petelicki, który szybko zrozumiał, że warunkiem sukcesu jest upór, bo skrajna wrażliwość niesie w sobie tylko porażkę. Petelicki i spółka chcieli żyć w innym świecie, w którym cierpienie jest bezsensowne, a szczęście obowiązkowe. Rozważałem też, dlaczego Petelicki z komilitonami, stanowiącymi arystokrację polskiego szpiegostwa, z przyszłymi generałami Gromosławem Czempińskim, Henrykiem Jasikiem, Wiktorem Fonfarą, Marianem Zacharskim, płk Aleksandrem Makowskim i innymi, nazywanych czasami franciszkanami bezpieki (od nazwiska min. Franciszka Szlachcica – przyp. H.P.), a uznanymi przez ministra Kiszczaka za beztalencia, którzy mieli aspiracje orłami być, sokole loty mieć, są aż tak dyskretni w ujawnianiu dawnych tajemnic resortu?

Oni, którzy gnali do kariery jak wicher po łanie zboża, dla których socraj był czymś tak oczywistym jak Związek Radziecki, słońce albo powietrze, pierwsi zczłowieczeli i dostrzegli, że system dogorywał. Chybko porzucili komunizm, socjalizm i marksizm a schwyciwszy źdźbło czasu zmian wzięli je do siebie i postanowili przejść z filmu czarno-białego na obraz kolorowy. Zaczęli szermować takimi pojęciami jak honor, godność, Polska, niepodległość, Bóg, ojczyzna, moralność, wiara…

Ci mężowie, w swoich życiorysach mają interesujące fakty, które byłyby cudowne gdyby nie to, że nie są prawdziwe. W okamgnieniu zapomnieli, że wylęgli się ze Służby Wywiadu i Kontrwywiadu i przyrzekli sobie, że prędzej piekło zlodowacieje niż wrócą do bronienia socraju! Błyskawicznie przepoczwarczyli się w ugłaskane króliczki, które naczelne władze III RP bez wahania przytuliły do piersi awansując ich oraz nagradzając wysokimi stanowiskami.

Będąc najinteligentniejszymi z inteligentnych, wyraźniej niż inni funkcjonariusze widzieli wylęganie się demokracji. W przededniu powstania III RP znowu uwierzyli, że świat ma dla nich coś lepszego do zaoferowania niż praca za frajerską pensję do emerytury lub do śmierci. Nie mylili się. I wówczas powiedzieli sobie: skoro czas przeszły przestał dla nas istnieć; teraźniejszość cieknie jak woda z dziurawego wiadra, a o przyszłości szkoda gadać, to trzeba postawić na innego konia. Wyrzekli się własnych przekonań, bo zmieniła się strategia Polski i geopolityka świata. Ich idea przegrała.

Boleli nad tym okrutnie, – ale byli bardzo dzielni i nie dali tego poznać po sobie. Potrafili przekuć klęskę w sukces. Błyskawicznie przesiedli się ze swoich zdezelowanych polonezów, fiatów i wartburgów na luksusowe modele samochodów zachodnich. Pomógł im Lech Wałęsa, który, wygenerowawszy Tadeusza Mazowieckiego i Leszka Balcerowicza, polityków antydemagogicznych i antypopulistycznych niezwłocznie sięgnął do komunistycznych kadr szpiegowskich. Nadał niektórym oficerom MSW stopnie generalskie. Znowu byli w awangardzie. To była elita elit metapeerelowskiego wywiadu. Zdawało im się, że są aniołami transformacji w MSW. Baczyli by nikt nie sypał piasku w tryby przemian. Zachowali się z klasą. Reszta służb specjalnych III RP została za tymi funkcjonariuszami o kilka drinków z tyłu. Oni trzymali bank i rozdawali karty. Uważali, że nikt nie powinien mieć do nich o to pretensji

Co prawda ich długoletni guru, Wojciech Jaruzelski, jeszcze w 1987 r. wspominał, jakim wstrząsem była dla niego śmierć Stalina i przekonywał, że generalissimus uczynił wiele dla sprawy socjalizmu, w tym Polski i, że …dystans historyczny pozwoli spojrzeć na postać Stalina spokojnie, bez obciążeń świeżymi jeszcze emocjami, to wymienieni oficerowie już Jaruzelskiemu nie wierzyli. Byli zbyt zdolni, zbyt pragmatyczni, zbyt przezorni, aby dłużej akceptować stalinowskie zachcianki perfidnego, wrednego, obłudnego, zakochanego w sobie „dwupaku generalskiego” Jaruzelski – Koszczak. Bo żeby w przededniu rozpadu komunizmu wychwalać Stalina, żeby coś takiego powiedzieć, trzeba być czeterogwiazdkowym generałem. To był system „Ge-Ge”. Generalissimus (Stalin) & generał (Jaruzelski). Żaden zwyczajny człowiek nie mógł być aż takim idiotą! Przecież już następca Stalina Nikita Chruszczow wiedział, czym był Stalin i stalinizm. Nie darmo, za czasów Chruszczowa rehabilitowano ponad 20 milionów osób. Większości pośmiertnie. Bo co innego założenia komunizmu w ujęciu Marksa, a co innego stalinizm! Znam inteligentów uważających, że komunizm to byłaby dobra rzecz, gdyby ludzie nie byli tacy, jacy są. Kłania się tu myśl prof. Leszka Kołakowskiego, że dobro i zło, sprawiedliwość i krzywda obecne są w świecie tylko przez nas samych.

W tej sytuacji konwersja dobrym momencie nie mogła być zła. Po 1989 r. żołnierze pierwszego rzutu partii, bezkompromisowo walczący w obronie socraju na tajnym froncie, rzucili się w objęcia Kościoła.

Nie, nie upatrywali w Kościele zbawienia. Upatrywali stanowisk. I dostali je. Jednym z najgorętszych konwertytów był Petelicki. Śmiało odwoływał się do chrześcijańskich tradycji Polski i Europy, których nie znał nawet z widzenia. Zawsze zdołał znaleźć kilka składnych słów by zrobić wrażenie patrioty i człowieka zaangażowanego w to, co robi i przekonać, że najbliższe mu są wartości chrześcijańskie, które wyssał z mlekiem matki. Zanurkowawszy w ramionach gen. bp. S.L. Głodzia podpułkownik być może zapomniał, że tradycje chrześcijańskie już dawno odeszły od Ewangelii, że to, oprócz niezaprzeczalnych pozytywów, również krucjaty, inkwizycje, pogromy, palenie na stosie, m.in. Jana Husa, Joanny d’Arc czy Giordana Bruna. To tortury i procesy o czary. To wojny religijne i  prześladowania Żydów, oskarżanie ich, jako narodu bogobójców.  A może o tym pamiętał i dlatego nie miał problemów z udzieleniem sobie rozgrzeszenia za to, co robił? 

Dziś, patrząc na postaci generałów z bezpieczniackimi rodowodami można pomyśleć, że to najspokojniejsi, najprzyzwoitsi, etyczni, moralni ludzie. Tacy, którym można bez obawy dać się ogolić brzytwą. I jedynie niedowiarkowie mogą sugerować, że można przy tym stracić głowę. I jeszcze jedna rzecz przemawia na korzyść byłych esbeków – oni naprawdę umieją pisać! Potrafią smażyć nie tylko donosy. Również książki. No, nie wszyscy. Petelicki na szczęście nie potrafił. Ale przeczytajcie dzieła Zacharskiego, a sami zobaczycie. Ostatnio jeden z nich, płk Makowski, dał się poznać, jako autor zadziwiającej pracy Tropiąc Bin Ladena. Opisał w niej część swoich przygód. Chyba szczerze. Jedynie gdzieniegdzie wzbogacił relację dobrym słowem. Ten oficer, podobnie jak Zacharski, potrafili napisać sakramencko dobre książki. Chryste! Z takimi zdolnościami powinni pracować dla CIA i wymyślać kody nie do złamania przez talibów i ferajnę Władimira Putina.  

Myślę, że znając Zachód, wiedząc, jak ludzie mogą, a nie jak muszą żyć, w chwili, gdy Gorbaczow polecił Jaruzelskiemu zmajstrować z Peerelu coś jakby laboratorium dla pierestrojki esbecy pierwsi przejrzeli na oczy. Gdy nadarzyła się okazja, postawili na nową rzeczywistość. Kombinując wykombinowali dobrze. I nie zawiedli się. Dzięki nowej władzy, a przede wszystkim dzięki Wałęsie mogli orłami być, sokole loty mieć. Więc dlaczego nie ujawnili wszystkiego? Czyżby uznali, że nie warto przeciążać mózgów rodaków?  Przecież zostawszy celebrytami mieli tysiące okazji, aby wytrącić oręż wściekłym lustratorom, używającym lustracji jak górale ciupag, do rozkwaszania głów przeciwnikom politycznym. A celebryta to współczesny alchemik – twierdzi Krzysztof Varga, – który z gówna robi złoto. Więc dlaczego…?   

 

Więcej w książce Rendez-vous z generałem Petelickim

LECH WAŁĘSA contra BOGDAN BORUSEWICZ

Opowiadanie prawdy jest największym dowcipem na świecie.       

                                                                       George B. Shaw

 

Zbulwersowały mnie doniesienia medialne o wzięciu się za łby L. Wałęsy z B. Borusewiczem, czyli, jakby powiedzieli specjaliści z niegdysiejszych służb specjalnych: „robol” skoczył do gardła „jajogłoweniu”. Bijatykę na słowa sprowokowała swoim niemądrym wystąpieniem Henryka Krzywonos, której – tak mniemam – zaszkodziła medialna sława zdobyta dzięki… nie, nie występowi w latach 80., a dzięki dzięki wspaniałemu, ale incydentalnemu i koniunkturalnemu wystąpieniu w 30 lat po wybuchu „Solidarności”, w czasie którego zaatakowała… Jarosława Kaczyńskiego.

W tym momencie nie sposób nie postawić pytania, czy nie była to aby opóźniona o  lata realizacja  kombinacji operacyjnych, opracowanych w MSW w latach 80.?  Kombinacji zakładających tak zwane lipowanie (w żargonie MSW preparowanie fałszywych wiadomości) na temat działaczy „Solidarności”, zmierzających do skłócenia przywódców związku.

Ty przypominam tylko, nieznacznie zmienione to, co pisałem w „Tajnej historii mojego życia…”                     

            W 1980 r. na początku był wielki gniew. Wprawdzie z telewizora błyskało, że sytuacja jest dobra, ale nie beznadziejna, bo krowy były tłuste, a wieprze zadowolone, tylko ludzie, nie wiedzieć, dlaczego, świń nie utożsamiali z trzodą chlewną, a z komitetami partyjnymi i z SB 14 sierpnia 1980 r. Wałęsa stanął przed murem, który ludzie bez powodzenia usiłowali przebić głową. Wałęsa – jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli – „wirtualnie go przeskoczył”. I zaraz po tym ucichł klangor żurawi stoczniowych i rozległy się okrzyki wzywające do rewolty.

W ślad za tym zabulgotało Trójmiasto. Potem zafurkotał cały Peerel. Pomyślałem, że natężonego ambicją znanego prowodyra Lecha Wałęsę, wraz z gronem doradców, którzy wprowadzali robotników w sposób zwykły w świat niezwykły, czeka trudne zadanie. Trzeba przekonać masy, że warto się bić. Bo może nie skończy się to tak, jak w czerwcu i październiku 1956 r., w marcu 1968 r., w grudniu 1970 r., w czerwcu 1976 r.? Wychowany na Polakach-doprzodowych myślałem, że zobaczę sukces Polaków-zwyklaków, tak jak własne uszy bez zwierciadła. Ciekaw byłem, czy robotnicy, wsparci inteligencją, którą można utożsamiać z dawną szlachtą, poradzą sobie lepiej. Nie wiem czy doradcy cytowali Wałęsie słowa Zygmunta Krasińskiego: Jeden tylko, jeden cud: / Z szlachtą polską polski lud, / Jak dwa chóry – jednio pienie!  Wiem, że Krzysztof Pomian pisał: “Solidarność” nie mogłaby się pojawić, osiągnąć swych celów, ani zaspokoić oczekiwań, jakie się w niej pokłada, bez udziału inteligencji.

            W powojniu połączenie “roboli” z jajogłowymi było nowością w awanturach z władzą. Do tej pory obie klasy walczyły oddzielnie. Robotnicy pięściami, intelektualiści – rozumem. Przypuszczałem, że doradcy będą musieli przekonać masy, jak przejść od kościoła komunizmu do kościoła kapitalistycznego. Gdyby w sierpniu 1980 r. doradcy powiedzieli ludziom prawdę, w jaki sposób zamierzają ich urządzić, nikt by za nimi nie poszedł. Musieli łgać. Można to było osiągnąć tylko w jeden sposób. Trzeba było, aby ludzie uwierzyli, że mają do czynienia z wybitnym przywódcą, z kimś na kształt Boga, który ich poprowadzi do ziemi obiecanej. Należało takiego kandydata znaleźć. I choć aspirowało wielu wybrano Wałęsę, bo, jak twierdziły masy – Wałęsa miał w sobie to coś, co umysł ludzki rozjaśnia i do klękania skłania. Działał jak hipnotyzer. Przerabiał człowieka w medium. Boskość Wałęsy miała się dokonywać poprzez opanowanie tłumów. Tak jak boskość Castro, Kim Ir Sena, a nawet Lenina. Udało się. To doradcy, media i służby specjalne są temu winne. Wciągając do zabawy krajowe i zagraniczne ośrodki propagandowe, sprawili, iż masy myślały, że:

            Lech Wałęsa to osoba niebywale sympatyczna

            Lech Wałęsa to osoba nieprzeciętnie inteligentna

            Lech Wałęsa to osoba niezwykle utalentowana

            Lech Wałęsa to osoba niespotykanie miła

            Lech Wałęsa to osoba prawdziwie szczera

            Lech Wałęsa to osoba wyjątkowo błyskotliwa

            Lech Wałęsa to osoba bardzo przyjacielska

            Lech Wałęsa to osoba zniewalająco urodziwa

            Lech Wałęsa to osoba całkowicie bezinteresowna

            Lech Wałęsa to osoba niesłychanie dowcipna

            Lech Wałęsa to osoba nad wyraz skromna

            Lech Wałęsa to osoba dająca się lubić

            Lech Wałęsa to osoba zdolna poprowadzić do zwycięstwa.

            Żaden z tych sloganów nie był prawdziwy – z wyjątkiem ostatniego. Ale ludzie uwierzyli. Okazało, że masy wierzą nie w to, co widzą, a w to, w co chcą wierzyć. Nie wiem, jak to się stało. Czasem nie można powiedzieć prosto, o co chodzi, w ogóle nie można tego wyrazić w zdaniach mających sens logiczny. Wydawało mi się, że Wałęsa, który przez całe życie, aż do sierpnia 1980 r., rzucał kamienie z upoważnienia, choćby i B. Borusewicza, choć raz chciałby coś zrobić bez pozwolenia. I zrobił, i mówił: Nie wiem, czy jestem przywódcą, ale gdy tłum milczy, rozumiem, co chciałby powiedzieć, i sam to mówię. A z okazji trzydziestej rocznicy Sierpnia ‘80 skromnie zauważył:…Ja tylko walczyłem o możliwości. Wywalczyłem ją i przekazałem narodowi to zwycięstwo. Ja mogłem być jeszcze lepszy niż Castro, Kim Ir Sen czy nawet Lenin. Ja to potrafię, mogłem wodzem być. Przyznaję, III RP bez Wałęsy byłaby tylko olbrzymią dziurą w przestrzeni, jak staw Moneta pozbawiony lilii.

            Leszek Kołakowski powiedział kiedyś, że wielki człowiek to taki, który nikogo innego nie przypomina. I Wałęsa taki jest.

                                               ***

            Przez 45 lat Polska przypominała bilard. Kijem, trzymanym przez Kreml była partia. Kulami społeczeństwo. Szturchane przez kij kule zgodnie toczyły się w pożądanym kierunku. Aż przyszedł sierpień 1980 r. i jedna kula zaczęła podskakiwać przeciwko kijowi. Za nią poszły inne. Tak pojawiła się nowa gwiazda i nowa siła – Lech Wałęsa i “Solidarność”. Ich mit tworzył się na naszych oczach. Było to zagrożenie dla stworzonych przez Stalina układów. No i stało się. Nastał grudzień 1981 r. Zima była ostra. Mróz zmroził ziemię. Ściął rzeki. Gen. Jaruzelski zrobił coś gorszego. Ogłosił stan wojenny i zaczął wybijać kule. Ale nie wybił wszystkich. Panna “S” straciła dziewictwo dopiero za sprawą Wałęsy, który w czasie prezydentury wmontował związek we władzę. Jego wrogowie uważają, że tego nie powinien robić. Prawdziwi rewolucjoniści powinni patrzeć sobie prosto w oczy. Jeżeli nic tam nie widzą, powinni szczerze o tym porozmawiać i kolektywnie ustalić strategię.

Wódz tego nie zrobił. Uważał, że wie lepiej, co jest dla Polski dobre. Po latach idee „S” są nadal uwodzicielskie, lecz martwe niczym oko śniętego dorsza. Mają same zalety i jedną wadę – nie żyją. W 1989 r. Wałęsa, mający dziwną, pozaludzką siłę spojrzenia w przyszłość, miał do wyboru alternatywę: albo państwo, albo związek. Wybrał państwo. Zachowanie Wodza wskazuje, że im więcej ludzi było koło niego, tym większą samotność odczuwał. Gdy rozciągał parasol związkowy nad rządem, spadek realnych dochodów społeczeństwa przekroczył 25 proc. Żeby nie mówić o cenie transformacji, trajlowano o zwycięstwie nad komuną i agentach. Ale czy było lepsze wyjście? Jak przejść od praktycznego rozumu komunistycznego, który mimo całego absurdalizmu tak długo kręcił się po świecie i reprodukował, wiedział u nas tylko Balcerowicz. Ale i on, prawdę mówiąc, sprawę spieprzył.

            Aby scharakteryzować Peerel, uciekam się do sparafrazowania wypowiedzi Thomasa Bernharda. Wygląda to tak: Żyliśmy w tępych czasach. Nasz demonizm to był ustawiczny komunistyczny karcer, w którym głupota i bezwzględność stały się codzienną potrzebą. Państwo było tworem, któremu z góry sądzona była klęska, lud zaś skazany był na bezczynność i debilizm. Wałęsa postanowił z tym walczyć. Można go za to kochać albo nienawidzić. Nie da się przejść obok niego obojętnie. Już Hegel twierdził, że wielkie postaci historyczne w najważniejszych momentach nie pojawiają się przypadkowo. Niestety, z chwilą przyssania się Wałęsy do prezydentury było gorzej. Wódz dopuścił do tego, że III RP zamieniła się w krainę rozhisteryzowanych bab i wrzeszczących kombatantów. I tak jest do dziś.

            Na usprawiedliwienie można powiedzieć, że nie mając wykształcenia, praktyki ani wzorców postępowania Wałęsa musiał stosować metodę prób i błędów. Tak, może i był słabo wykształcony, ale dzięki nieomylnemu instynktowi zrozumiał, na czym polega niesprawiedliwość socraju i postanowił to zmienić. Porwał się na coś, czego nikt inny przedtem nie zrobił. Postawił przed sobą ambitny cel: doprowadzenie do normalności porąbanej przez Stalina Polski.

W czym tkwi tajemnica sukcesów Wałęsy? Może w tym, że do czasów prezydentury ludzie nie wyczuwali w nim żadnego fałszu, żadnej wyższości, odmienności, dźwięku szlachetnego kruszcu cechującego intelektualistów. Z takiego poziomu pospolitości, szarości i zwykłości prości ludzie lepiej słyszą, co się do nich mówi. Pamiętam taki obrazek w stoczni: Wałęsa otoczony tłumem. Trajkocze jak karabin maszynowy lub wróżbita objaśniający sny. Mówi i gestykuluje. Przekonuje do wytrwania. Jego mowa ciała przypominała gestykulację szamanów syberyjskich bądź kapłanów wudu, wprowadzających tłumy w trans. Słuchający go ludzie nie mieli pojęcia czy słyszą głosy onomatopeiczne czy wieszczenia nawiedzonego trybuna ludowego chcącego ich kłamstwem zachęcić do boju. Nie mieli pojęcia czy to jawa metafizyczna, czy oniryczne widzenie świata.

Wałęsa potrafił mówić językiem podwórka, bazaru, warsztatu elektryka, baru mlecznego, autobusu, hotelu robotniczego, tramwaju czy portowej knajpy. Miał w sobie to, co Amerykanie nazywają street smart – język ulicy. Był to jego język. Nie musiał udawać. Była w nim odrobina cynizmu i cwaniactwa, robotniczej godności i strachu przed Panem Bogiem. Nie było hipokryzji i lęku przed rządzącymi. Jeżeli prawdą jest, że język jest zwierciadłem duszy, to język Wałęsy układał za niego słowa i myślał za niego. Słowa Wałęsy odciskały się w wyobraźni tłumów. Niczym Pan Twardowski „śmieszył, tumanił, przestraszał”. Bez takiej zachęty nie byłoby buntu mas. A bunt to dostojeństwo niewolnika. Gdy jednak w czasie prezydentury wydawało mu się, że upodobnił się do Chrystusa, stał się cyniczny, arogancki i zarozumiały, stracił wszystko. Gdy spadł ze stołka, znowu zrozumiał, że powinien pokpiwać z własnych wzruszeń i dokonań. Jest żywym trupem politycznym, który jeszcze chodzi. I taki Wałęsa znowu jest urokliwy i rozbrajający, ucapiający ludzi za serca.

            Jego wrogowie zauważyli, że w kulturze biblijnej na początku było słowo, w komunizmie – CzeKa (później NKWD), a u podstaw niepokalanego poczęcia IV RP legł agent. I przypuścili atak. On widział las. Jego rywale, w tym H. Krzywonos tylko pojedyncze drzewa. Wódz jest oskarżany nie tylko o agenturalność, ale także o to, że dopuścił, by dawni agenci zajmowali stanowiska umożliwiające im spenetrowanie i kontrolowanie części życia III RP – sektora bankowego, PZU, ZUS itp. W Peerelu Wałęsę uważano za destruktora i pasożyta socjalizmu. Oficjalnie mówiono, że to megaloman, bluźniercą i wariat, ale po kątach szeptano, że to może polityczny geniusz, który przyczynił się do obalenia Gierka i Kani. Dowodem na to są chociażby protokoły Biura Politycznego KC PZPR. W 74 protokołach (od 14 sierpnia 1980 r. do 20 grudnia 1981 r.) Wałęsą zajmowano się 72 razy, odsądzając go od czci i wiary, podczas gdy innymi opozycjonistami “S” razem wziętymi jedynie 19 razy (Borusewiczem – 1 raz, Bujakiem – 8, Gwiazdą – 6 i Walentynowicz – 4 razy. Krzywonos nie wymieniono ani razu). Czy Wałęsę martwiło to “wyróżnienie? Chyba nie. Stygmatyzująca łatka “wroga nr 1. socraju” stała się dla niego czymś pożądanym. Stanowiła argument do walki z wrogami wewnętrznymi. I H. Krzywonos, swoim niemądrym wystąpieniem usiłuje mu to odebrać, w tym miejscu pozostaje tylko postawić pytanie: dlaczego, wiedząc jaka jest rzekoma prawda milczała o tym przez kilka dziesiątków lat? 

            Aby wyjaśnić niejasności najnowszej historii, w tym ocenić zachowania ważnych osób, pożądane jest pozbycie się wszelkich tajemnic. Alternatywa jest taka: albo ukrywanie, albo jawność. Nie ma innej opcji. Jawność, poszanowanie praw człowieka i wolność wypowiedzi. Po spełnieniu tych warunków zobaczymy, kto jest bohaterem, a kto świnią. Każde społeczeństwo dzieli się na policjantów, złodziei, okradanych i manipulowanych. Rzecz jest tylko w proporcji.

            Więcej na ten temat w książce Tajna historia mojego życia. Wałęsa i … Kryptonim „Bolek”. Operacje tajnych służb MON i MSW.

Tylko do nabycia w wydawnictwie

 e-mail: cbwydawnictwo@home.pl

księgarnia internetowa: WWW.cbwydawnictwo.home.pl

 

WAŁĘSA, WUDU, GROTOWSKI, FILM I… BEZPIEKA

W „Newsweeku” (19/2013) ukazał się interesujący artykuł Dawida Karpiuka o filmie rozpoczynającym festiwal Palanete+ Doc. Myślę, że film Bartka Konopki i Piotra Rosołowskiego „Sztuka znikania” wzbudzi spore zainteresowania, a to ze względy na temat: religią wudu w kontekście Wałęsy, Grotowskiego, egzotycznej scenerii polsko-haitańskiej i …bezpieki.

Główny wątek osnuty jest na dziwnym osobniku, kapłanie wudu Amonie Fremonie, który jest magiem tajemniczej religii. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo tajemniczych religii są setki, gdyby nie fakt, ze Freon ma polskie korzenie. Przed laty fakt ten skłonił MSW do zainteresowania się wudu. Zajmował się tym Departament III Służby Bezpieczeństwa oraz departamenty I i II, a także Biuro Paszportów ze Służby Wywiadu i Kontrwywiadu. Bezpieka wpadła na trop Amona dzięki kontroli korespondencji teatru Grotowskiego. Niestety w filmie pominięto wątek związany ze służbami specjalnym. A chyba szkoda, bo to ciekawy trop.

Dlaczego? Nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć.

Przed laty, zainteresowany Teatrem Źródeł usiłowałem coś na temat rozpracowania Grotowskiego i jego teatru napisać. Wziąłem na spytki płk. Marcelego Wieczorka, który pod płaszczykiem dyplomaty kupował w Nowym Jorku i Chicago najnowsze technologie kluczowego przemysłu USA, zbierał materiały wywiadowcze, a łącząc zainteresowania prywatne (zen, joga, parapsychologia, tajemnice zombi, wudu, Hare Kryszna) interesował się różnymi dziwnymi sprawami będącymi przedmiotem badań CIA, również ja poświęciłem parapsychologii nieco uwagi.

Wieczorka nęciły sprawy mesjanizmu, parapsychologii, szamanizmu, wudu, kaznodziejstwa, grup religijnych, sekt itp. Pułkownik “zaprzyjaźnił” się nawet z generałami N. Twingiem i W.B. Smithem (ich zdjęcia publikowałem w „Tajnej historii Polski”), mającym służbowo podobne zainteresowania. Pułkownik powiedział mi, że wokół Wałęsy były jakieś kombinacje operacyjne z wykorzystaniem Jerzego Grotowskiego. Ten swoisty mag teatru polskiego był romantykiem przepuszczonym przez Młodą Polskę i nic dziwnego, że od początku międzynarodowej działalności budził zainteresowanie I, II, i III Departamentów MSW. Wieczorek twierdził, że w ramach “Teatru Źródeł” zainspirowano Grotowskiego do zaproszenia do Polski grupy Sain Solei. Było to łatwe przedsięwzięcie. Teatr Laboratorium Grotowskiego był na polecenie Szlachcica solidnie zinfiltowany i wedle pułkownika roiło się w nim od kapusi.

Na początku Grotowskim zajmowała się bezpieka w Opolu, a następnie we Wrocławiu. Twórcę otoczono wianuszkiem agentów i urządzeń technicznych rejestrujących mowę i wizję. Gdy nastał etap Wałęsy, Biuro Paszportowe otrzymało od Pożogi polecenie nie stawiania teatrowi przeszkód w kontaktach zagranicznych. Teatr zaprosił Haitańczyków do Polski

Po przyjeździe gości z Amonem Fremontem z wioski Cazale, kapłanem wudu o polskich korzeniach, zamierzano Fremonta wprowadzić w krąg Wałęsy. Z kierownictwa resortu zajmował się tym zastępca dyrektora “dwójki” płk Henryk Lewandowski. Jednym z wykonawców kombinacji był Wieczorek, który nie chciał się na ten temat rozwodzić. Mówił, że wszystko opisał w swoich liczących ok. 700 str. wspomnieniach, a resztę ujawni w biograficznym filmie kręconym przez Ignacego Szczepańskiego (którego byłem konsultantem).

Bezpieka prowadziła w latach 70.  i 80. długofalową grę z grupą religijną Hare Kryszna. Kiszczak był jednak zdanie, że ze względu na kościelne powiązania „Solidarności”, a w szczególności Wałęsy, nie da się połączyć operacji przeciwko tej grupie religijnej z “Solidarnością”. Postawiono na wudu i Fremonta (decydowały polskie korzenie kapłana). Chciałem się tymi sprawami zająć po wydaniu wspomnień Wieczorka i skończeniu filmu.

Nie wykonałem postanowienia tak, jak nie urzeczywistniłem 99 proc. innych planów. Pułkownik, leczony na przepuklinę, zmarł nagle na udar mózgu. Jego syn, który odziedziczył archiwum ojca, wkrótce po jego śmierci wpadł pod samochód i zginął na miejscu. Zbiory pułkownika, obejmujące różne szpargały, taśmy i zdjęcia, zdematerializowały się, podobnie jak i przygotowane do druku wspomnienia. Przez pewien czas interesował się tym IPN. Nie wiem też, czy w materiale roboczym kręconym przez Szczepańskiego są jakieś wątki dotyczące Fremona. Ograniczyłem się wiec do lakonicznego zasygnalizowania sprawy Amona Fremona w książce Tajna historia mojego życia. Wałęsa i… Kryptonim „Bolek”. Operacje tajnych służb MON i MSW (wydawnictwo CB, Warszawa 2012).

RENDEZ-VOUS Z GENERAŁEM PETELICKIM

Skończyłem. Po napisaniu rekwiem za duszę generała Sławomira Petelickiego zacząłem się zastanawiać, że być może, jego życie wybornie nadawałoby się na szpiegowską powieść, w której konfabulacja nie była by niczym brzydkim. Napisałem początek. Wyglądał tak:

            Ja! Generał jednogwiezdkowy!, uważając, że dobre obyczaje parcieją w zastraszającym tempie, na gwiazdkę zażyczyłem sobie szczura. Miałem nadzieję na inspirujące słowa do książki traktującej o wychowaniu rodzaju ludzkiego. Ot lat prowadziłem dziennik, ale, znając obyczaje Firmy, nigdy nie pisałem, o czym pisze. Jestem bowiem kolekcjonerem relikwii i wszystkiego tego, co dotyczy wywiadu i kontrwywiadu.

Z relikwii mam słoik z zapeklowaną kaszą manną, spuszczaną przez Boga codziennie Izraelitom w czasie ich czterdziestoletniej rejterady z niewoli egipskiej przez pustynie Synaj; butelkę wina z Kanny Galilejskiej, drzazgę z kopii włóczni św. Maurycego ofiarowanej w Gnieźnie w 1000 r. przez cesarza Ottona III Bolesławowi Chrobremu i fiolkę z kroplą krwi Jana Pawła II. Ot, takie fanaberie zramolałego zgreda zbliżającego się do siedemdziesiątki.

Jeżeli chodzi o strawy związane z wywiadem, to najlepszą relikwią jest ja sam. Wiedząc, że przyszedłem z niebytu i niedługo do niebytu wrócę chcę opisać to, co przeżyłem. Co widziałem? Co przeczytałem? Co mu opowiedzieli mi inni?

            Mijalem swój styl, nieliche doświadczenie i byłem szczwany niczym Makiawelli. Wielokrotnie spadałem ze schodów i innych ponderabiliów. Jednak w przeciwieństwie do Oskara Matzeratha rosłem. W szerz, w głąb, wzdłuż, politycznie i towarzysko. Teraz jestem dojrzały, a raczej przejrzały. Cierpię. Uważam społeczeństwo za byt czasowy. Kiedyś mnie nie było. I znowu nie będzie.

W dobie poprawności politycznej, szalejącego feminizmu i poglądów profesorki Magdaleny Środy muszę nieco polipować i napisać tak: nigdy nie zaakceptowałem szerzącej się w Kraju Pieroga i Zalewajki ksenofobii, wszeteczeństwa, antysemityzmu i klerykalizmu. Odrazą napawa mnie państwo wyznaniowe. Aberracją nazywam walkę z aborcją, alkoholem, narkotykami, hazardem, gejami i lesbijkami. Jestem pewien, że epoka lustracyjna z przełomu tysiącleci będzie negatywnie oceniana jak wypędzenie Żydów w latach 1967-1968, aatak na Irak i Afganistan z pierwszej dekady 2010 r. będzie porównywany z wyprawą na Czechosłowację z roku 1968, albo jeszcze gorzej, zaś wojna polsko-polska, rozpętana przez Jarosława Kaczyńskiego po katastrofie smoleńskiej (10.04.2010) i hołubiona przez Donalda Tuska et consortes będzie trwała na wieki wieków. Amen. 

            W miarę przybywania lat coraz częściej waliłem głową w ścianę. Myślałem, że to pomoże zapomnieć. Coraz częściej wierszuję za Egonem Bondym: Najgorzej jest rano i wieczorem / i w dzień / Kiedy śpię można wytrzymać. Czasem w głowie zakołata mu wers Jeana Didiera: Cóż tedy czyni szczur, gdy się obudzi? Węszy.

Poszedłem tym tropem. Spędziłem na tropieniu całe życie. Tylko niekiedy śniło mu się, że dożyłem siedemdziesiątki. I stało się. Dożyłem. Udało mu się przeżyć 90 x 365 + 18 zachodów słońca. Powiedzieć o sobie, że jest wiekowy nie jest żadną przesadą.

            Poznałem jak strasznie jest być starym, stetryczałem i nudnym. Przekonałem się, że każdy kolejny krok w starość jest krokiem w jeszcze większą samotność. Wierząc w teorię Darwina zastanawiałem się, czy Bóg ewoluował w podobny sposób jak żywe organizmy? Roztrząsając problemy egzystencjalne szukałem odpowiedzi na pytania: czy wśród narodów przeważa orientacja, nekrofilna czy biofilna? Czy na losy świata większy wpływ wywierają religie czy służby specjalne? Czy diabły wywierają zły wpływ na polityków, a blondynki ze skrzydłami mają płeć i mogą manipulować rządzącymi? Czy Królowa Polski zna język polski, a Kościół pragnie w Kraju Pieroga i Zalewajki zbudować fundamentalizm religijny? Nie mam wątpliwości, że ortodoksyjni fanatycy ze wszystkich opcji politycznych łakną fundamentalizmu jak pijak alkoholu.

            Analizując własne życie w kontekście odpowiedzi na te i podobne pytania nasunęły mi myśl, że jedyne, co mi jeszcze pozostało do zrobienia to opisać swoje dzieje. W przedkroku starości rozanieliła mnie informacja, że Kraj Pieroga i Zalewajki dał światu Papieża Polaka. Z dokonań Jana Pawła II najbardziej spodobała mu się klerykalna poezja z domieszką ludowej grafomanii oraz uruchomienie przez papieża masowej produkcja świętych. Gdy było męczeństwo do beatyfikacji nie był już potrzebny żaden cud, ale i ten – jak donoszą watykaniści – się znalazł. Widzę w tym podświadomą tęsknotę za politeizmem. W swojej pysze upatruję szansy na otrzymanie rozgrzeszenia. A może nawet na coś więcej. Gdybym wierzył, chciałbym iść do piekła. Bo niebo jest dla nudziarzy. 

            Tak, miałem życie polegające na improwizacji. Podobne do ewolucji nierządzącej się logiką tylko przypadkiem. Czy często się myliłem? Tak. Ale nigdy nie poprawiałem błędu. Szedłem za pomyłką. Ciągle do przodu. Nemezis wpędziła mnie wielokrotnie w sytuacje ekstremalne. Mogli w nich przeżyć jedynie skrajnie skrajni skurwysyni.

 

Margaret Thatcher

Po śmierci byłej premier Wielkiej Brytanii zwanej „Żelazną Damą” rozgorzała w Polsce dyskusja, czy należy uczcić ją pomnikiem, nazwą skweru lub ulicy, a może jednym i drugim i trzecim?

Przypatrzmy się, co takiego „Żelazna Dama” uczyniła dla Polski, Anglii i świata.

M. Thatcher była niewątpliwie antykomunistą, ale była równocześnie zauroczona Gorbaczowem. Czy Gorbaczow ją także pokochał? Jako kobietę na pewno nie. Gensek miał znacznie lepszy gust.

Jakie było polityczne kredo „Żelaznej Damy”? Można o tym przeczytać w jej książce Lata na Downing Steet. Wspomnienia z okresu pełnienia funkcji premiera rządu Zjednoczonego Królestwa. Przy okazji warto zwrócić uwagę, jak wielką estymę okazuje Polsce Zjednoczone Królestwo.

Gorbaczow jest w książce Thatcher wymieniany 61 razy, Wałęsa 3 razy w nieistotnym kontekście. Raz, że Thatcher zamierza się spotkać z Wałęsą, drugi raz, że ofiarowała mu wędkę, a trzeci raz, że w jego towarzystwie: zjadła najlepszą dziczyznę  jaką kiedykolwiek miałam okazję jeść. Ani słowa o roli odegranej przez  „Solidarność” i Wałęsę w rozbiciu świata dwubiegunowego (media donoszą, że ma być opublikowany jej tajny dziennik, może tam odda sprawiedliwość Polsce i Polakom?).

Wałęsa zapamiętał wędkę. Dziś, wspominając Thatcher, jest cały w skowronkach. Czy taką postawę można racjonalnie wytłumaczyć? Można, ale chyba nie warto. Nie warto zawile tłumaczyć czegoś, co można wytłumaczyć głupotą.

Niezależnie od zasług dla własnego kraju uważam Thatcher za jedną z najbardziej bezwzględnych postaci politycznych końca XX wieku (oczywiście świata zachodniego). Może i w XXI wieku taki polityk powinien pojawić się w Polsce?

„Żelazna Dama”  była w swoim wnętrzu przeżarta rdzą, a serce miała z kamienia. Nie było w niej cienia empatii dla innego człowieka. No, może z wyjątkiem królowej, Reagana i Gorbaczowa. Nie ma we mnie do związków zawodowych tak nabożnego stosunku jak Hindusów do Gangesu, ale to, co Thatcher zrobiła z górnikami…? A co z Fanklandami?… A może miała rację? Może do związkowców należy systematycznie pałować? Może głodującym w ramach protestu należy pozwalać umierać? Może należy odwojowywać siłą to, co w inny sposób nie da się uzyskać…? Może rządzący III RP powinni wziąć przykład z „Żelaznej Damy”…?

Mało kto w Polsce również wie, że  Margaret Thatcher doszła do władzy w partii w wyniku spisku. W podobny sposób władzę w Sowietach zdobyli Chruszczow i Breżniew, a u nas Gierek, Kania i Jaruzelski.

Pomnik za wędkę? Hm, wydaje mi się to być zbytkiem altruizmu.

Ale nie wykluczone, że jestem w błędzie. Że pomnik postawimy. Może nie tak wielki jak Chrystusowi i Janowi Pawłowi II, ale zawsze. Bo, co pomnik to pomnik!    

 

EUTANAZJA

Myślę, że moje przygody upoważniają mnie do zabrania głosu w sprawie eutanazji. Dlaczego? Oto przerobiony fragment mojej książki Tajna historia mojego życia.

Przed laty otrzymałem dziwny telefon. Zdyszany męski głos informował, że jest pustelnikiem i chce mnie zobaczyć. Nie cierpię zdyszanych mężczyzn. Ale przepadem za anachoretami. Poszedłem do wskazanej kawiarni. Zaczęło się od kawy, a skończyło źle. Mój rozmówca był bezbarwny. Nie warto go opisywać. Wystarczy, że wyjdziecie na ulicę, a zaraz otoczy was tłum takich postaci. Od przeciętności odróżniała go tylko twarz, obrośnięta brodawkami jak dno łodzi ostrygami. Powiedział, że czytał moje książki i że niepotrzebnie ujawniam mechanizmy działania służb. Przyznałem mu rację. Tłumaczyłem, że jestem starym człowiekiem i choć, jak twierdzi Houellebecq, jedynym przywilejem ludzi starych jest prawo do tego, aby wszyscy dali im święty spokój, to ja wstydzę się tego, bo starość jest passe.

            Uważałem się za alfę i omegę ostrożności. Nie zauważyłem, jak filut dosypał mi czegoś do kawy. Dziś widzę aferę inaczej. Osoba, którą uznałem za szajbusa, była profesjonalistą. Za takie pomyłki się płaci. Ancymonek chciał mi zaszkodzić. Moje serce stanęło. Straciłem przytomność. Byłem w śpiączce jak po ukąszeniu muchy tse-tse. Dzwony z Notr Dam by mnie nie obudziły. Przypuszczam, że przyczyną zawału był wywar z korzenia tojadu mordownika. Ożywiano mnie różnymi sposobami. Skuteczne były elektrowstrząsy. Serce ruszyło. Po tygodniu odzyskałem przytomność. Powiedziano mi, że miałem 10 procent szans na przeżycie. Z przygody wyszedłem lekko poparzony. Nie minął rok, a lekarze doszli do wniosku, że moje serce wymaga remontu. Chcieli w nim pogrzebać. Nie protestowałem. Uważam, że przeciwko medykom i grabarzom sprzeciw jest bezcelowy. Rozcięto mnie od kostki do grdyki. Otworzono mi klatkę piersiową i majstrowano dwanaście godzin. Były komplikacje. Założono cztery by-pasy. Długo nie mogłem dojść do siebie. Byłem kawałkiem żywego mięsa w czystej pościeli. Tym razem miałem ponoć 25 procent szans. Leżałem tylko 2 miesiące i wypisano mnie do domu…

            Nie był to koniec przygód. Wkrótce miałem dwa udary mózgu i w odstępie dwóch lat przeżyłem dwie śmierci kliniczne, zakończone częściowym paraliżem. Bardzo się dziwiłem, że przez ileś tam godzin nie żyłem. W tych wypadkach szanse przeżycia bez powikłań były dziesięcioprocentowe. Byłem optymistą. Zawsze byłem wierny maksymie S. Lema, aby być dobrej myśli, bo, po co być złej. Wiedziałem, że żyje się samemu i umiera się samemu. Następnie złożyłem wizytę w Centrum Onkologii. Ulokowano mnie w trzynastce. Było wystarczająco wcześnie, aby lekarze uznali, że mam 50 procent szans na. Specjaliści wykonali mi bezpłatny lifting facjaty, w której czyhał złośliwy nowotwór. Wycięto mi z czoła30 centymetrówkwadratowych skóry. Mózgu nie trzeba było ruszać. Były przerzuty. Poradził sobie z nimi ciekły azot. Dziwne, ale dopiero na onkologii zauważyłem, że problemy ontologiczne świata są szalenie złożone. Wszelkie ich uproszczania daje rezultaty opłakane. Onkologia, z widokiem straszliwie pokiereszowanych ludzi sama skłaniała do szukania rozwiązań egzystencjalnych. Nie wiem, dlaczego, ale bez przerwy w moim mózgu kiełkowały myśli Anzelma z Canterbyry wedle, których, w pojęciu istoty doskonałej tkwi konieczność jej istnienia i że zatem samo pojęcie Boga jest dowodem, że Bóg istnieje. Trudno powiedzieć, jaka była przyczyna przygody z nowotworem. Nie jest to ważne. Liczy się, co innego. Myślę, a można mi wierzyć, gdyż praktykowałem na własnej skórze, że współczesna medycyna z nowotworami potrafi sobie poradzić.

            Następna wizyta w szpitalu omal nie zakończyła się katastrofą. Było tak. Wracałem po spotkaniu z prof. Piotrem Wieczorkiewiczem. Knuliśmy różne spiski. Tym razem nie chodziło o nic wielkiego. Chcieliśmy jedynie wyjaśnić sprawę zabójstwa gen. Papały i obalić rząd. Szedłem przez park. Podszedł do mnie facet, wielki jak pomnik Chrystusa Króla w Świebodzinie i zapytał, która godzina. Jegomość wyglądał na drwala dżentelmena. Spojrzałem na zegarek. On w tym czasie wyciągnął z rękawa jakiś przedmiot i zdzieli mnie przez łeb. Gdy się ocknąłem zobaczyłem, że jestem w parku. “No dobrze, dobrze, ale, co tu robi królowa angielska?” – Pomyślałem. Gdy na dobre odzyskałem przytomność faceta, który, przypuszczam, nie był dżentelmenem, już nie było. O wypadku nie powiadomiłem policji, ani prokuratury. Pracujący w tych instytucjach urzędnicy reagują nerwowo na zgłaszane przestępstwa. Zlekceważyłem sprawę. Do lecznicy pojechałem, gdy ból głowy stawał się trudny do wytrzymania. Było za późno na farmakologię. Trzeba było użyć noża i piły do kości. Wyobrażałem sobie, co to znaczy. Widziałem ludzi – roślinki. Z moich przygód z medycyną ta była najgorsza. 5 procent szans, że ujdę z życiem, ale tylko 2 procent, że wykręcę się bez szwanku. Głupi ma zawsze szczęście. Załapałem się na te dwa proc. Trafiłem na znakomity zespół neurochirurgów szpitala wojskowego przy ulicy Szaserów w Warszawie. Fachowi medycy usiłowali wyciągnąć krwiaka nie uszkadzając za bardzo głowy. Wyciągali szelmę łyżeczkami niczym lody z kubeczka waflowego. Przy okazji usunięto mi z mózgu część niepotrzebnych informacji. Krwiak zachował się nikczemnie. Pękł w czasie operacji. Fachowy opis wyglądał tak: Ewakuacja krwiaka z trepanacji otworowej. Zabieg operacyjny powikłany ogniskowym uszkodzeniem mózgu w lewej okolicy czołowo-ciemieniowej z akumulacją płynu w miejsce uszkodzenia, afazją oraz niedowładem połowicznym prawostronnym. Przez pół roku karmiono mnie antybiotykami i wszystkim tym, co nauka wymyśliła, aby takich wariatów jak ja utrzymywać przy życiu.

            Trepanacja czaszki i czyszczenie mózgu nie jest niczym zabawnym. Cerebrum ma 100 mld neuronów, a między nimi mnóstwo połączeń. Muszą produkować biliony różnych stanów samoświadomości. A ja nie wiedziałem, czym jest samoświadomość, nie mówiąc już o nad- czy o podświadomości. Zastanawiałem się, czy świadomość była wcześniejsza od materii, z której, w wyniku Wielkiego Wybuchu powstał świat? A może wieloświat? Po zabiegu w mojej głowie tkwiły dwie rury. Coś w nich bulgotało. Maszyny, do których byłem podłączony, warczały. Miałem błyskawice w głowie. Czułem, jak miliony haczyków, przebijając mi czaszkę, złowiły wielkiego krwiaka i ciągnąc go jak wędkarz wędkę, usiłują go wywlec i złomować. W zakamarkach mózgu tkwiła świadomość, że dla nauki homo sapiens to zwierzę o rozbudowanych funkcjach psychicznych i emocjonalnych posługujących się mową, ale nie mogłem się tymi odczuciami podzielić z lekarzami. Byłem w anabiozie – stanie odwracalnego, przejściowego, ale maksymalnego ograniczenia funkcji życiowych organizmu. Straciłem mowę. Nie mogłem się też poruszać. Pisać także nie mogłem. Byłem sparaliżowany. Moje IQ było zredukowane do zera. Jednym słowem, totalna afazja ruchowa, czuciowa, amnestyczna. Dzień i noc karmiono mnie kroplówkami. Gdy odzyskałem zdolność myślenie, co trwało nie dłużej niż rok, każdego ranka dziwiłem się, że jeszcze nie umarłem. Nie ma to większego znaczenia, bo tak czy inaczej wszystko skończy się albo w trzaskającym ogniu, albo w grobie trawą zarośniętym.

            Gdy odzyskałem pełną świadomość nie mogłem ruszyć ani ręką, ani nogą. Nie mogłem powiedzieć słowa. Ale mogłem obserwować, co się dzieje. Bliskość ewidentnego odejścia uczy pokory. Wiedziałem, że nie oszukam śmierci. Choćbym nie wiem jak się starał. Nikt za mnie nie umrze. Muszę to zrobić sam. Nie da się wierzgać przeciwko wyrokom fatum. I pomimo, że mózg, obok serca jest moim ulubionym organem i oba szlag trafił, nie stresowałem się, bo w koło wdziałem zbyt wiele osób skancerowanych, rozbebeszonych, których przygody z losem nie mogły zakończyć się happy endem, ludzi leżących w śpiączce (często od miesięcy). Obserwowałem lekarzy zastanawiających się, czy już niektórych nie odłączyć od maszyn podtrzymujących życie. Mnie nie odłączono. Mogę snuć ten tekst. Miesiące rehabilitacji ruchowej. Oglądanie pokiereszowanych ludzi, walczących o każdy dzień życia nauczyło mnie respektu dla ludzkiego bólu. Zrozumiałem, że moje dolegliwości są niczym przy cierpieniu innych. Byłem żywym trupem wśród żywych ludzi. Cięższa była rehabilitacja mózgu. Próby czytania, pisania i czegoś tam jeszcze. Nie znałem liter, nazw dni tygodnia ani miesięcy. Nie potrafiłem dodawać i odejmować, dzielić ani mnożyć. Nie wiedziałem, co to jest czas, sekunda, minuta, godzina i doba.  Myliły mi się pojęcia, słowa i języki. Starałem się mówić po polsku. Wychodził bełkot. Usiłowałem pisać. Wychodziły joysowskie słowa-gromy. To było coś pośredniego pomiędzy pijackimi powidokami, a tajemnicą śmierci. Musiałem krok po kroku wyciągać pojedyncze litery alfabetu zachomikowane w zakamarkach gęstej, lepkiej kory mózgowej. Zapisałem las papieru w przeróżnych językach, zanim nauczyłem się, jako tako alfabetu łacińskiego. Po roku potrafiłem się już podpisać. Gdy mogłem poruszać rękami, sięgnąłem po komputer. To ułatwiało powrót do życia. Wpadłem na wariacki pomysł. Chciałem napisać książkę. Próbowałem sklecać słowa. Przeszkadzały dziwy pamięci. Nie pamiętałem dzieł, które przed operacją mogłem recytować na wyrywki i odwrotnie, książki, które tylko pobieżnie przejrzałem jawiły mi się przed oczami w całej wspaniałości. Prześladował mnie niemiły pech. Do tego, co mówiłem i pisałem, wkradały się bezwiednie słowa rosyjskie, czeskie, niemieckie, angielskie, francuskie, a nawet węgierskie, hebrajskie i łacińskie. Czasami były to pojedyncze wyrażenia. Czasami przysłowia. A czasami zakodowane w pamięci cytaty. Mimowolnie przenosiłem je na dysk komputera. Mój mózg poniósł straty. Pamięć jest podobna do starej owcy, która nawet jak żre, to mleka nie daje i może doprowadzić bacę do bankructwa. Mimo, że Pan Bóg kazał zburzyć wieżę Babel zastanawiałem się, czy Stwórca zna wszystkie języki świata? Pewnie zna. Bo jakżeby inaczej mógł wysłuchać próśb do niego kierowanych. Operacja uczyniła mnie bablistą. Języki mi się poplątały. Drażniło to pewnego purystę językowego. Przy każdej okazji wytykał mi chęć imponowania innym. Tłumaczyłem, że to nie sprawa ambicji, a kalectwa. Nie pomagało. W końcu powiedziałem mu: Panie! Mówię przelotnie siedmioma językami, ale panu powiem po francusku: Au revoir, adie i spierdalaj z mojego blogu! – No tak – skwitował moje słowa – Żydzi są nomadami. Muszą znać wiele języków. 

            Pisałem i myślałem, że jeżeli się uda, będzie to dowód, że można wyjść z beznadziejnej sytuacji. Śmierć nie zna się na żartach. Jest największym plagiatem świata. Dotyczy wszystkich. Pocieszałem się Białoszewskim: Nie bój się nic /Bo życie nic nie znaczy /Bo śmierć jak rydz /Zdrowa dla umieraczy. Przecież trzy razy umierałem. Byłem martwy jak zwiędnięty liść. Przy zawale, przy operacji serca i trepanacji czaszki. Serce stawało i nie chciało ruszyć. Krew w żyłach nie krążyła. Mózg? Chyba jeszcze pracował na głębokich rezerwach. Bo coś tam z tego zapamiętałem. Coś mi się śni. Coś się majaczy. Nie potrafię wyjaśnić tych procesów. Stąd zainteresowania fizyką, metafizyką oraz magią. Stąd czytanie wspomnień ludzi, którzy przeżyli śmierć kliniczną. Większość opowieści dotyczyła momentu utraty świadomości. Wówczas pojawiał im się przed oczami skrót ich życia. U mnie było inaczej. Widziałem jedynie fragmenty. Były to incydenty, które kiedyś przeżyłem. Za pierwszym razem była to panorama Kaukazu widziana ze szczytu Elbrusa. Drugi powidok był ciekawszy i zupełnie dla mnie niezrozumiały. Oto w czasie operacji serca wydawało mi się, że siedzę na lampie umieszczonej nad stołem operacyjnym i obserwuję operatorów. Po skończonym zabiegu odfrunąłem do nieba, gdzie czekał mnie dalszy ciąg przygód czekających na opisanie (po odzyskaniu przytomności skonfrontowałem swoje odczucia z lekarzami. Dziwili się skąd znam szczegóły operacji). Trzeci seans był najbardziej banalny. Jeszcze raz przeżyłem scenę, gdy na Międzyodrzu dezerter AR wygarnął do mnie serię z kałasznikowa (vide: THP). Wiem, że choroba i śmierć są końcem życia. Amen. Exitus.     

            Czy, ujawniając te przeżycia jestem megalomanem? Czy to, aby nie fanfaronada a nawet ekshibicjonizm? Czy popełniam faux-pas? Zwierzać się publicznie z choroby mózgu, serca i nowotworu (Boh trojcu lubit)?  Tylko, że tu nie o mnie chodzi. Chciałem pokazać ludziom dotkniętym różnymi przypadkami, że możliwy jest powrót z samego dna. Trzeba jedynie chcieć i wierzyć, że się uda. Ale równocześnie mam świadomość przegranej. Wiem, że nigdy nie osiągnę dawnej sprawności. Chudłem. Teraz, przy wzroście186 cm, ważę60 kg. Wyglądam jak minimum socjalne. Gdy zejdę do czterdziestu, to po raz ostatni zmienię m.p. (miejsce postoju) przenosząc się do Abrahama. Nie przeraża mnie to, choć smuci fakt, że rano nie włączę komputera by przeczytać obsobaczające mnie e-maile. Patrząc na swoje życie myślę, że gdyby była taka możliwość, żeby w ogóle nie być, to ja bym na to przystał. Wolałbym nie być. Obrazy, które widziałem w czasie śmierci klinicznych i przejścia, których doświadczyłem upoważniają mnie do opowiedzenia się za eutanazją. 

PS

Informacje o książce pod adresem:

cbzasieczny@wp.pl

cbydanicto@home.pl

KRÓTKA HISTORIA PEERELU

Myślę, że nawet mądrym ludziom trudno sobie dziś wyobrazić jakby Polska wyglądała gdyby nie Unia Europejska. Amnezja nie boli. Ale może boleć. Przypomnijcie sobie jak żyło się w czasach rządów B. Bieruta et consortes. Jest na ten temat ogromna literatura. Myślę, że z okazji dyskusji nad projektowanym ogłoszeniem roku 2013  rokiem Edwarda Gierka i gloryfikacją, przez niektórych polityków  gen. Jaruzelskiego (choć on sam tego nie chce i nie potrzebuje),  nie od rzeczy będzie przypomnieć najkrótszą historię Polski.

Było tak: po zakończeniu drugiej wojny światowej i sprzedaniu nas przez Zachód Stalinowi (zob. konferencja w Jałcie 4-11 luty 1945 r.), Bolesław Bierut ksywa „Tomasz” z  towarzyszami, ale na spółkę z Sowietami, zbudowali na terenie ogołoconego z kapitalizmu kraju barak – opresyjny system polityczny. Otoczyli barak zasiekami z drutu kolczastego, zamknęli na kłódkę, a wyrżnąwszy niepokornych (jakieś 30 tys. osób) postanowili resztę narodu jedynie wykastrować. Wprowadzili komunistyczny reżym stalinowski. Zapędzili społeczeństwo, w śród którego ¼ stanowili analfabeci, do szkół, ale równocześnie zabronili Polakom śmiać się z wzniesionej budowli i myśleć o wolności. „Tomasz” dyrygował narodem w myśl  partytury pisanej przez generalissimusa  Stalina, który zmarł 5 marca 1953 r. Wówczas to przyszła noblistka Wisława Szymborska upiła się z dwóch powodów: po pierwsze, ze smutku, że będzie musiała coś na ten temat napisać i po drugie, z radości, że w Kraju Pieroga i Zalewajki skończył się stalinizm.

Trzy lata i siedem dni po utrupieniu Stalina odszedł Bierut. Szeptano, że nie odszedł dobrowolnie. Następcy „Tomasza”  próbowali system stalinowski zdekonstruować. 21 października 1956 r. rządy w PZPR objął Władysław Gomułka ksywa „Wiesław” znacznie oświecając stalinizm. Szef partii porzucił mordowanie niepokornych, kazał zlikwidować zasieki, a drut kolczasty oddać do zamrażalki, bo może się jeszcze przydać. „Wiesław”, na wszelki wypadek zostawił kłódki oraz część zakazów, a rozpoczynając budowę siermiężnego socjalizmu zagnał rodaków do pracy za minimum wynagrodzenia. W 1967 r. wypędził z Kraju Pieroga i Zalewajki tych nielicznych Żydów, którym udało się jakimś cudem przetrwać niemiecki Holokaust. W 1968 r. dołączył Front Polski, powstały na bazie Śląskiego Okręgu Wojskowego do Sił Zbrojnych Układu Warszawskiego, który pouczał braci Czechosłowaków, że nade wszystko należy miłować i słuchać Wielkiego Brata, a dwa lata później przekonał komilitonów, w tym gen. Jaruzelskiego, że narodowi należy dać nauczkę i nakazał postrzelać trochę do niepokornego społeczeństwa. „Wiesław” dyrygował narodem w myśl  partytury pisanej przez Moskwę.

W grudniu 1970 r. „Wiesława”, który spóźnił się nieco z wyciąganiem drutu z zamrażalki, nie bez pomocy Moskwy, zluzował Edward Gierek ksywa „Edward”, „Śląski Książei „Sztygar z Katowicusiłując uchylić narodowi drzwi na Zachód. „Edward” był facetem tak inteligentnym jak przyjaciel Putina Gerard Depardieu lub Brigitte Bardot – miłośniczka słoni metasowieckich. Gierek, który reprezentował tych pięćdziesiąt procent rodaków, którzy nie splamili się przeczytaniem ani jednej książki, wyrzucił kłódki i zredukował część zakazów. Nie był zwolennikiem nadmiernych represji, ale w 1976 r. przetrzepał nieco skórę robotnikom Ursusa i Radomia, zaakceptował „ścieżki zdrowia” (kolektywne bicie zatrzymanych przez MO), wprowadził bony towarowe (kartki na żywność i nie tylko) i podał komendę do wprowadzenia do Konstytucji PRL obowiązku jeszcze większego sławienia Sowietów oraz nakazał zintensyfikowanie  budowy rozwiniętego społeczeństwa socjalistycznego w Kraju Pieroga i Zalewajki. Zezwolił też na umiarkowane śmianie się ze stalinizmu, ale nie z niego samego, jego konfratrów i przede wszystkim z Wielkiego Brata, któremu cały czas oddawał bałwochwalcze hołdy, miedzy innymi nadając (1974 r.) gensekowi gen. L. Breżniewowi Krzyż Wielki Orderu Virtuti Militari, rozważał możliwość podarowania gensekowi Damy z łasiczką  Leonarda da Vinci itp. „Śląski Książe” dyrygował narodem w myśl partytury pisanej przez Breżniewa.

  W grudniu 1980 r. generał Wojciech Jaruzelski ksywa „Wojciech Szabelka z towarzyszami (na wyraźne przyzwolenie Sowietów) zmusili „Sztygara z Katowic” do abdykacji „ze względu na stan zdrowia”. Tu anegdotka: „Towarzyszu Edwardzie, jak wasze zdrowie?” „Nie wiem. Nie czytałem jeszcze dzisiejszych gazet”.  W1981 r. po objęciu funkcji premiera i stanowiska pierwszego sekretarza KC PZPR Jaruzelski wydał Kiszczakowi  prikaz do wyciągnięcia zasiek z lodówki. Na szczęście drut okazał się skorodowany. Wykorzystało to społeczeństwo tworząc „Solidarność”, która zmroziła Jaruzelskiego. Generał był wówczas cały oblodzony. Wyglądał jakby połknął olbrzymi sopel lodu. To wówczas figlarze ukuli hasło: Wracaj Edziu do koryta! Lepszy złodziej niż bandyta!. Na szczęście Jaruzelski w drugiej połowie lat 80. zreflektował się. Spostrzegłszy, że źle się bawi, począł zachodzić w głowę i szukać wyjścia z sytuacji patowej. W mózgu generała wylęgła się straszna dla komunistów myśl o Okrągłym Stole. To wówczas Norman Davies użył określenia, że Jaruzelski jest Janem Chrzcicielem pierestrojki. ”

  To TT   Wojciech Szabelka” w ostatniej fazie swoich rządów dyrygował narodem w myśl partytury pisanej przez Gorbaczowa, jednak, przy wydatnej pomocy „Solidarności” udała mu się sztuka całkowitego zdekonstruowania  socraju.

Co by jednak nie powiedzieć o Petrelu, był to, może z wyjątkiem okresu bierutowskiego, najweselszy barak w demoludach. 4 czerwca 1989 r. naród przejął losy Polski i Polaków w swoje ręce. Jednak świętem niepodległości ogłosiliśmy dzień 11 listopada, związany z II RP. I wszystko potoczyło się tak jak zawsze. Szkoda, że nikomu nie wpadło do głowy, by uhonorować datę 4 czerwca 1989 r. Datę, która dała asumpt narodom europejskim do zerwania więzów komunizmu.