CZASZKA, GRANIT, CENTRALA, NIEBO, AMETYSTOWY BATALION I RAJSKI CZAN

Gdyby najkrócej określić to, co właściwie wciąż ciągnie mnie w góry, to jest to – przyjemność. Przyjemność pojawia się wtedy, gdy nie myśli się jedynie o wejściu na wierzchołek, ale gdy np. idąc po lodowcu, człowiek zaśpiewa, zaśmieje się, czy zrobi komuś jakiś kawał. Jest też w górach tyle piękna i w tylu postaciach, że trudno to wyrazić. Jest to urlop od spraw codziennych i oddalenie się od nich, choć nie oznacza to ucieczki, a tylko potrzebny względem nich dystans.

                                                                                                                          Wanda Rutkiewicz

Kop w górę, pająki w słoikach i snajperka Wanda

Na biurku klawiatura. Na krześle dupa. Moja.
A wyżej sufit i tam wiszą wspomnienia. Pajęczyna myśli. W czaszce? Szkoda gadać, w czaszce łupie. Majdruję te strzępy, tnę nożyczkami AI, żeby weszły w ten cholerny Raptularz. Z powały zdejmuję Osiecką, lekko skrzywioną: „…wspinaczki i rozpędzone tętno oszalałej krwi… na gaz, na pełny gaz!”
         Tia, gaz. Sześćdziesiąt lat temu. Kopas w dupę od firmy. Trzeci już służbowy. Gładki, pionowy – awans pod górę, do kurortu. Oni myśleli, że nagroda, ja wiedziałem swoje.

         Na Orlu to ja byłem słońce. Księżyc, wiatr, mgła i deszcz. Samotny bóg nad czterdziestoma szwejkami. Nad głową czyste niebo, żadnego szefa. A w Batalionie? Masz babo placek. Batalion Górski WOP. Dwustu surowych rekrutów do przekucia w siepaczy i chmara zwierzchności. Chmara? Nie, kupa. Kupa to jest słowo klucz.

Główny kopiec w tej kupie robił major Zbigniew Drobniak. Stara szkoła Informacji Wojskowej. Przesiąknięty tą zbrodniczą, sejmową formacją do szpiku kości. Ja miałem uczyć szwejków łapać dywersantów, strzelać w łby terrorystom, a w sprawach zarządzania – ruki pa szwam.

         Ręce przy szwach i morda w kubeł. Rusycyzmy? A jakże. Wojtek Jaruzelski wskoczył wyżej w Sztabie, chciał się przypodobać Moskwie, to nam, kadrze, przypieprzył coroczne egzaminy z rosyjskiego. No i wsiąkło. Skorupka nasiąkła za młodu, teraz śmierdzi.

         Mieszkałem w stuletniej, niemieckiej chałupie na cztery rodziny. Kroków do lasu: dwadzieścia. Do strzelnicy: trzydzieści. Do batalionu: pięćdziesiąt. Blisko do wszystkiego, za blisko. W chacie meblościanka, wersalka, jamnik, cztery krzesła i… apokalipsa. Sto słojów laboratoryjnych. W słoikach izerskie robactwo: pająki, ślimaki, pełzające dziwadła. Do tego cetnary kamulców. Kryształy górskie, ametysty, opale, gnaty ziemi. Moje obrazy, moje rzeźby, szkło ołowiowe prosto z huty.

         Dla Joli – mojej żony – to była czarna rozpacz i jasna cholera. Ani zamieść, ani odkurzyć, bo wszędzie eksponaty. No i ten Steć. Tadeusz Steć. Przewodnicka sława, kumpel z Górzyńca. Przyprowadzał te swoje wycieczki, tę stonkę z kurortu, prosto do mojego pokoju. Pokazywał palcem: „Patrzcie, jakie dziwy z Karkonoszy”. Indywidualna stonka też lazła drzwiami i oknami.

         Żeby uspokoić Jolę, zrobiłem ognisko. Spaliłem część własnych obrazów i rzeźb. Dym poszedł w niebo. Książek nie ruszyłem, chociaż jeszcze nic nie wydałem, ale pisałem, pisałem jak wściekły, jak jasna cholera.

         Dla świętego spokoju wysmażyłem na kartonie tabliczkę:
„Uwaga! Zły pies. Złe dzieci, a gospodarz wcale nie lepszy. Kotu także nie należy ufać”.

         I wtedy zjechała delegacja z Wrocławskiego Klubu Wysokogórskiego. Wanda Rutkiewicz, Bogdan Jankowski, Jaś Franczuk.
Wanda staje przed kartonem, mruży oczy:
– Co za kretyn to napisał?
– To nie kretyn – Jaś jej wchodzi w słowo, bo wiedział, co hoduję w skalniaku na Orlu. Patrzy na mnie: – Masz spluwę?
Nie czeka na tak czy nie.
– Masz. Chodźcie, postrzelamy. Założyłem się z Wandą, kto lepszy. Na zajęciach z wojska szczekała, że jest snajperem.

No to idziemy. Ciekawe, jak te wielkie asy od czakanów poradzą sobie z ordynarną tetetką. Bogdan? Bogdan z trudem zaliczył kulochwyt. Strach w oczach. A Wanda? O kurna. Wanda wybiła 25 na 30 punktów. Skopała Jasiowi tyłek, przegoniła go o całe sześć oczek. Franczuk machnął ręką, zaczął zbierać mosiężne łuski z ziemi, jak dzieciak jagody.

         Jola alpinistów nie trawiła (oprócz Michalskiego), więc zwiała na plotki do sąsiadki. Tam, w gęstym dymie babskich narad, knuły sabotaż. Jak ukrócić to moje zbieractwo, tę moją twórczość, bo przecież nie tylko o słoiki szło. Nie tylko.

         Rano telefon. Dzwoni Władek Czyszczoń. Pika w słuchawce, trzeszczy. Sygnalizuje przyjazd. Jego i…

Czarny oolong ze strzelnicy i Dawid z potężnym dyszlem

…Ludwika Kiczury też. Zatrzymają się u nas. Plan: huta, ogień, będziemy majdrować kryształowe formy. I tak na okrągło, kołowrotek życia.

Siedzimy przy jamniku. Ciasno. Jasiek Franczuk – dusza człowiek – rzuca: „Zrobię herbatę”. Poszedł do kuchni, garami tłucze. Bogdan w tym czasie wykłada karty na stół. Wrocław wspinaczkowy planuje Himalaje. Ambitnie. Cel: lodowiec Baltoro. Karakorum. Środek piekła, jedyna droga piesza do serca najwyższych gór. A wokół cztery potwory, same ośmiotysięczniki: K2, Broad Peak, Gasherbrum I, Gasherbrum II. No, ale siły trzeba mierzyć na zamiary. Jak ich te giganty przerosną, to wezmą pik Baltoro Kangri. Też nie ułomek, 7312 metrów nad poziomem morza. W sam raz, żeby zamarznąć.

Wchodzi Jasiek. Niesie czaj i paruje. Płyn czarny jak smoła, gęsty. Łykam. Jezus Maria. Smakuje jak szpitalny rosół doprawiony prochem strzelniczym.
– Co to jest, na Boga? – krztusi się Bogdan.
– Mój specjał – Jasiek szczerzy zęby, tajemnica państwowa. – Baza to herbata oolong. Ulung.

Okazało się, co to za baza. Jasiek wrzucił do czajnika te mosiężne łuski, co je nazbierał na strzelnicy. Przepłukał wrzątkiem proch z ołowiem i podał jako rarytas. Awantura, krzyk, taternicy mało go nie zagryźli. Jasiek musiał salwować się ucieczką na pole, w izerską mgłę.

Gdy kurz opadł, Wanda wyłożyła prawdziwy powód najazdu.
– Wiemy, że masz stosunki ze Steciem…
– Stosunki? – aż mnie zatkało. – Wypraszam sobie. Żadne stosunki nie wchodzą w rachubę. Najwyżej konfraterskie zbratanie. Męskie, sudeckie.
– Dobra, niech będzie zbratanie. Czy to zbratanie pozwoli ci wyłudzić od niego książkę „Baltoro ein Himalaya-buch” profesora Dyhrenfurtha?

Patrzę na nią.
– Wando, skąd wiesz, że Tadek to ma?
– Pokazywał na wykładzie. Jedyny egzemplarz w Polsce. Błagałam, żeby pożyczył na parę dni. Odmówił. Jak pies.

Znałem Stecia. Święta prawda. Prezenty brał chętnie, pasjami, ale ze swoich łupów nie oddałby ani kartki. Pies z kością to przy nim wolontariusz.

Rano goście poszli na przełaj, prosto do chatki pod Śmielcem. A ja? W gazik, ryk silnika i do Cieplic, na ulicę Orlą.
Pukanie. Otwiera Tadek. Mętnie patrzy na świat. Król sudeckich gejów nie znosił poranków. Spał do południa, bo prelekcje dla „stonki” i kursantów zaczynał wieczorami.
– Co cię sprowadza o tak barbarzyńskiej porze? – mruczy.
– Masz Baltoro.
– Mam.
– Sprzedasz?
– Nie.
– Dlaczego?
– Bo nie.

Krótka piłka. Ale ja miałem asa w rękawie.
– Tadziu, mam propozycję. Zamiana. Za Baltoro dam ci miniaturkę Dawida. Brąz, kopia Michała Anioła. Słuchaj, ma fiuta jak dyszel od Wielkiego Wozu.

Steć wziął figurkę w łapę. Obejrzał z bliska, z profilu, od dołu. Zachwyt w oczach. Kupiony.
– Machniom – powiada.
– Machniom – mówię.

Dawid ze swoim potężnym dyszlem został w Cieplicach, a książka o Baltoro pojechała do Szklarskiej Poręby. Potem do Wrocławia. Wanda mało nie zemglała ze szczęścia.

Tacy byli ludzie gór. Pełna fraternizacja. Wczoraj na „pan”, dzisiaj po imieniu, jutro na jednej linie. Na Orlu, w tamtych moich czasach, gościłem całą elitę. Rutkiewicz, Zawada, Piotrowski, Jankowski, Burchard… Długa lista. Wanda wtedy jeszcze nie śniła o Evereście. Poznałem ją, gdy dopiero raczkowała na skałkach w Rudawach Janowickich. Butna już była. Silna sylwetka po siatkówce i lekkoatletyce, ciało jak struna. Piękna kobieta, ale zawodnik ostry, bez litości. Zaprzyjaźniliśmy się szybko. Bez podtekstów łóżkowych, czysta lina. Teraz, z perspektywy lat, trochę żałuję… Ale Wandy faceci nie obchodzili. Tylko skała, kamień, lód. Czym wyżej, tym bardziej zapominała o świecie. Aż dokopała się do dachu świata.

Cudownie było patrzeć, jak odlatywała na wspinie. Kozica. Skakała po trudnych drogach na Sokoliku, a w zimie – wariatka – łoiła zaśnieżone urwiska Śnieżnych Kotłów. Sudecki poligon. Przygotowanie do wyroku w górach wysokich. Marzyła o tym od pierwszego dotknięcia granitu.

I na tym Orlu Wanda potrafiła zawstydzić starych wyjadaczy. Szliśmy na Granicznik. Była tam taka skalna rysa, nikt nie mógł jej ugryźć. Każdy wymiękał. A przyszła zdobywczyni Everestu? Po prostu wbiła tam dłonie, zaklinowała na siłę i szła do góry. Kaleczyła mięso do kości. Na granicie zostały czerwone ślady, żywa krew. Od tamtego dnia to jest „Krwawa Rysa”. Na Krogulcu pierwsze drogi też wytyczał Zawada i ona. „Zawadówka” i „Droga Wandy”.

Ciągle wracam do tego Everestu, może niepotrzebnie. Każdy wie, że 16 października 1978 roku stanęła tam jako pierwsza Europejka i druga kobieta na świecie. Fakt medialny. Ale mało kto pamięta, że dokładnie tego samego…

Papież na ziemi, Rutkiewicz na dachu i bezpieczniacki gust pułkownika

…dnia, gdy cała Polska przyklejona była do radyjek, bo Karol Wojtyła został papieżem. Wielkie halo. A że Wanda w tym samym momencie drapała się na dach świata, na Everest – to rodakom umknęło. Dopiero w siedemdziesiątym dziewiątym, na pielgrzymce w Polsce, Karol sam do niej rzekł: „Dobry Bóg tak chciał, że tego samego dnia weszliśmy tak wysoko”. Ładne. Papieskie.

Potem Wanda poszła w media. Sława, wywiady, papier, taśma filmowa. Pisała, kręciła, goniła czas. „Nanga Parbat 85”, „Requiem”, „Ludzie na Baltoro”, „Na jednej linie”. Z kronikarskiego obowiązku w tym moim Raptularzu muszę wyliczyć te jej skalne trofea. Osiem sztuk ośmiotysięczników. K2, Everest, Nanga Parbat, Annapurna, Czo Oju, Gaszerbrumy dwa i Sziszapangma.

A w dziewięćdziesiątym umyśliła sobie Koronę Himalajów. Wszystkie czternaście szczytów. Chciała być trzecia na świecie, po Messnerze i Kukuczce. I pierwsza baba. I to w jakim tempie – brakujące osiem gór w kilkanaście miesięcy! Wariactwo. Szaleństwo.

Nie dopięła. Została na Kanczendzondze. Majowy poranek, godzina 3:30, rok dziewięćdziesiąty tragicznym drugim. Wyszli z Carlosem Carsolio z „czwórki”, z ośmiu tysięcy metrów. Carlos gnał jak koń, a Wanda słaba, chora, żołądek jej wysiadał. On wszedł, wracał i spotkał ją o dwudziestej wieczorem na 8200 metrach. I to był koniec filmu. Ostatni kadr. Nikt jej więcej nie widział.

Bez sił, wymioty, brzuch pęka, bez żarcia, bez śpiwora, bez namiotu. A ona? Nie zawraca. Wykopie jamę w śniegu, przenocuje i rano pójdzie sama na szczyt. Ekstremum. Dla mnie – niewykonalne. Głęboki śnieg, wiatr szarpiący płuca, ciało odmawiające posłuszeństwa. Trzynaście maja uznali ją za zaginioną. Cztery lata później za zmarłą. Ciała nie ma. Zguba dla świata, łup dla gór.

Dopiero w dwa tysiące dwudziestym pierwszym sejmowy cyrk na Wiejskiej w Warszawie raczył uchwalić Rok Wandy Rutkiewicz. No, to akurat jedno z mądrzejszych pociągnięć tego naszego parlamentarnego teatrzyku.

Ale wracajmy w Izery i Kamiennej. Moja sielanka na stanowisku dowódcy kompanii w Szklarskiej Porębie trwała krótko. Wiadomo – jak dobrze idzie, to zaraz dostaniesz kopniaka. No i dostałem. Awans na zastępcę dowódcy batalionu.

Przedtem był tam pułkownik Marian Krzyżosiak – wielki przyrodnik, sportowiec, gość z pasją. A po nim nastał… pułkownik Zdzisław Drobniak. Ten sam. Ochrona przyrody? Sport? Góry? Wolne żarty, Drobniaka to gówno obchodziło. Ale muszę mu oddać jedno: lojalnie nie przeszkadzał. Jako jego zastępca miałem luźniejszą smycz. Mogłem majdrować przy swoim hobby, rozkręcać klub, chronić te nasze izerskie i Karkonoskie krzaki. Zakładaliśmy grupy ochrony przyrody po strażnicach, robiliśmy pokazy taternickie w Szklarskiej Porębie dla stonki. Do dziś sam nie wiem: bardziej mnie jarały te skały czy granica? Żeniłem jedno z drugim, jak potrafiłem.

I tak, idzie cotygodniowy obchód włości. Koniec rajdu. Maszerujemy ze Stanisławem Fornalem, szefem sztabu, grzecznie z tyłu. Jak dwie owieczki za starym baranem. Drobniak przystaje przy głównej bramie. Siada na murku. Zadumał się, kurza twarz, jak Mickiewicz na Judahu skale. Rozdziawia gębę – jak wąż, co ma zaraz połknąć żabę – macha ręką w stronę Karkonoszy, które zasłaniały nam cały horyzont, i powiada:
– Popatrz, Henryku, jaka piękna panorama. Warto przybliżyć naszym zuchom urok tych gór. No, Henryku, zrób coś z tym widokiem!

A głos miał wtedy taki delikatny… Jakby cheerleaderka zużywała ostatnią parę rajtuz. Nie ryczał, nie warczał, nie strzelał rozkazami z biodra. Cudo niepojęte. Łagogolnie namawiał na zrobienie czegoś unikatowego, jedynego w swoim rodzaju.

A weź tu zgadnij, co taki marksistowski esteta ma na myśli. Drobniak miał gust typowo informacyjny, bezpieczniacki, ka-be-wiacki. Coś jak pseudosłodycz starej prostytutki. No to spekulowałem. Kombinowałem w łepetynie, co ten pułkownik tam sobie roi. W końcu wygłówkowałem. Zrobię dokładnie to, czego chciał, co mu się marzyło w tej jego ubeckiej duszy, a co rozkazał z tą swoją dziwną łagodnością. Pomysł miałem gotowy, kiełkował mi pod czaszką od dawna. Ale morda w kubeł, nie pisnąłem ani słowa. Bałem się, że mnie wyśmieją te wojskowe mądrale. Musiałem narysować plany, porobić szkice i skonsultować cały ten cyrk z moim przyjacielem, Tadeuszem…

Wściekłe abstrakcje w Dolinie Krasnoludków i pancerny dywanik u „Kobry”

…Nodzyńskim. Zapomnianym artystą po krakowskiej ASP. Malował pejzaże, portrety, mistrz. Niewiele ustępował samemu Hofmanowi, Wlastimilowi, co to też w Szklarskiej Poręby siedział na swoim terytorium. Tadeusz miał urokliwą żonę. Chyba mnie lubiła, tolerowała w każdym razie. Nawet nie pisnęła, gdyśmy się z Tadkiem zamykali na całą noc w nieczynnej hali sportowej. Dolina Krasnoludków.

Ciemno, pusto. Osuszamy kilka flaszek, robota idzie. Szykujemy dzieła na wspólną wystawę. Organizuje to Wanda Lachowiczowa. Niepowtarzalna kobieta, szefowa kultury w kurorcie, wielka społecznica. Wystaw było kilka. Moje obrazy? Wściekłe abstrakcje. Krzyk koloru. Do tego rzeźby, zdjęcia, formy z kryształu z huty w Szklarskiej albo w Piechowicach. No i wielki plan, szkice panoramy Karkonoszy, którą umyśliłem sobie zbudować.

I oczywiście znalazł się jakiś marksistowski palant. Albo inny czerwony mędrzec. Wpisał się do księgi pamiątkowej: że moje prace obrażają ustrój. Że dekadencja. Że szkło ma się nijak do sztuki socjalistycznej. A makieta panoramy to aberracja, o jakiej się filozofom nie śniło. Burżuj, kułak, wróg ludu. Inny „życzliwy” – bo u nas życzliwych nigdy nie brakowało – pobiegł z tą księgą prosto do brygady. Do pułkownika Krzysztofiaka. Ksywa „Kobra”. Zastępca dowódcy Łużyckiej Brygady WOP do spraw politycznych. Prawdziwy, niekłamany czołgista, pancerniak z frontu. Ludzie gadali, że jego wojenne przygody posłużyły za kanwę do serialu o czterech pancernych i psie.

No i wzywa mnie ten Szarik na dywanik. Żołnierka żołnierką, nawet ta frontowa, ale czołg gustu plastycznego nie wyrabia. „Kobra” uważał inaczej. Zrugał mnie serdecznie, po żołniersku, słowami powszechnie uznanymi za obelżywe. Dla niego front załatwiał wszystko: odwagę, etykę, moralność i smak. Na koniec pieprznął pięścią:
– Jeżeli, poruczniku, zbudujecie coś tak wariackiego, wyślę was do Barcinka albo do Sieniawki. Tam psychiatrzy wybiją wam z łba te głupie pomysły.

Myślałem swoje. Uważałem, że pułkownikowi odwaga pomyliła się z odważnikiem, skoro wierzy w te swoje bzdury. Ale gęba na kłódkę. Nie ze strachu – odwagi miałem wtedy aż nadto – ale po co martwić starego żołnierza.

Po dywaniku od razu ruszyłem z kopyta. Budujemy. Trzeba było „sposobem operacyjnym” zdobyć materiał. No i żywą siłę. O ludzi się nie martwiłem. O to w wojsku najłatwiej. Nie wiedziałem tylko, czy naszym zuchom to się spodoba. Poborowi zamiast na przepustki mieli spędzać niedziele z łopatami, dygając ciężkie głazy. Przed kompanią piechoty górskiej postawiłem sprawę po męsku. Alternatywa była prosta: albo praca na świeżym powietrzu, albo szorowanie kibli na błysk.

Wszyscy wybrali projekt. Kto by chciał siedzieć w kiblu. Zawsze uważałem, że znoszenie niewyobrażalnych ciężarów to jest niezbywalny przywilej wopisty – od szeregowca do generała. A kible? Ktoś je musiał czyścić. Jak nie było ochotników, braliśmy poborowych z urzędu.

Ubzdurałem sobie tę panoramę, żeby ludzie, nawet w największą mgłę, mogli obcować z Górami Olbrzymimi – tak przecież drzewiej o Karkonoszach pisano. Razem z Nodzyńskim rozrysowaliśmy kilka wersji dzieła. Miało to ręce i nogi. Baza: średniowieczny sztych mistrza grafiki, który wyłudziłem na trzy dni od Stecia (ten facet miał w swoich zbiorach wszystko, co możliwe i niemożliwe w Sudetach). Szkice wyszły nam piękniejsze niż rzeczywistość. Bo ta prawdziwa panorama wiecznie tonęła w chmurach. Gęsta, Karkonoska mgła nadchodziła falami. Wtedy niewidoczne góry wyglądały jak rozszalałe, wzburzone morze albo spieniona rzeka Kamienna po oberwaniu chmury. Jak człowiek w to zanurkował, to czuł się, jakby płynął wśród bałwanów.

Ta mgła nie pojawiła się przypadkiem. Cały ten wariacki pomysł stał na jednym założeniu: jeśli prawdziwe góry znikną w chmurach, ludzie zawsze będą mogli popatrzeć na moją miniaturę.

Gdy panorama stanęła gotowa, nieraz słyszałem, jak…

Ostra salwa nad Doliną Szczęścia i nogi długie jak angielska mila

…przechodzący obok batalionu turyści mówili: „A któż to wybudował? Przeciwko czemu chciał zaprotestować?”
Banda pięknoduchów. Protestować? Ja tu po prostu walczyłem z betonem.

Ale wróćmy do dowódcy. Szkoda, że nie możecie ujrzeć jego gęby, kiedy oglądał te nasze plany. Oczy smutne, twarz zazwyczaj ponura jak listopad w Izerach, a tu nagle – ryp! Uśmiech szeroki jak zapora w Pilichowicach. Cud nad Wisłą, a raczej nad Kamienną. Uśmiechu szefa Ametystowego Batalionu jednak nie zobaczycie. Drobniak umarł w latach siedemdziesiątych i – z kronikarskiego obowiązku donoszę – nadal nie żyje.

Ale pogrzeb miał klawy. Piękny. Tłum ludu, wieńce, patos. Pluton honorowy rąbnął salwę ostrą amunicją. Dlaczego ostrą? Bo ślepej akurat nie było na stanie, wojsko, wiadomo. Trumnę spuszczają do dołu, kryształowa cisza górskiego poranka, a tu nagle ryk. Zawodzenie, szloch, babska histeria. Płakały kobiety, którym Drobniak za życia zrobił… dobrze. No, niektóre wręcz połykały łzy z żalu. Chłopy stali smutni, zmęczeni tą celebracją, i pewnie kombinowali w łepetynach, jak by tu w drodze powrotnej z cmentarza zajechać do „Karkonoszy” albo innej knajpy. Odsmutnić się trzeba było. A sam cmentarz? Leżał w Dolinie Szczęścia. Wyborny dowcipas musiał to wymyślić. Stawiam na Stecia, on miał to poczucie absurdu. Chociaż w socjalizmie nie takie nazwy przechodziły przez urzędnicze gardła.

Plan przeszedł. Dowódca klepnął, dał wolną rękę. Z Nodzyńskim od razu na grunt. Pod południowym płotem batalionu, tam gdzie ogród stykał się ze strzelnicą, było małe podwyższenie. Dziesięć metrów szerokie, pięćdziesiąt długie. Idealne. Wbiliśmy patyki, oznaczyliśmy zarys naszej makiety. Karkonosze w miniaturze.

Potem w gazik i prosto do monopolowego. Kupiłem trzy połówki czystej. Logistyka operacyjna. Jedną osuszyliśmy z Tadkiem na placu budowy, dla natchnienia i lepszego wzroku. Dwie pozostałe poszły jako suweniry dla ludzi z przemysłu. Jedna dla dyrektora Jeleniogórskich Kopalni Surowców Mineralnych, druga dla kierownika kamieniołomów w Michałowicach. I machina ruszyła. Pod batalion zaczęły zajeżdżać potężne ciężarówy. Wywrotki pełne rumoszu kwarcowego i granitu. Niejako przy okazji, nocą i sposobem gospodarczym, wyrwaliśmy całe dno z nieczynnego basenu w Dolinie Krasnoludków. Piękne, foremne bloki granitowe. Ziemię na podsypkę mieliśmy na miejscu – zgarnialiśmy górę, która zamykała zachodni skraj jednostki. Szef sztabu, major Fornal (też stary frontowy wyjadacz), aż zacierał ręce z uciechy. Przy okazji naszej zabawy powiększył sobie plac garażowy dla wojskowych gruzów.

Tak wyrosła panorama jak marzenie. I tak narodziła się legenda: „Ametystowy batalion”.

Żeby sprawdzić sytuację na froncie, wziąłem lornetkę i pognałem na sam szczyt Śnieżki. Przez godzinę gapiłem się na zachód i południe. Oko mi bielało od wypatrywania. Nic. Żadnego śladu dywersantów z NATO. Imperializm spał. Po powrocie do jednostki od razu zmieniłem profil działalności. Moja kompania piechoty górskiej, szkolona dotąd do walki z dywersją, dostała nowy przydział. Wojska rakietowe typu: łopata-ziemia.

Na dowódcę tego ziemnego cyrku wyznaczyłem porucznika Mirosława Banacha. Znaliśmy się jeszcze z oficerskiej budy. Zresztą i tak etatowo dowodził tą kompanią, więc sprawiedliwości stało się zadość. Lubiłem gościa, uparty był jak poganiacz mułów. Kiedyś na mistrzostwach WOP-u skopał mi tyłek w biegu na osiemset metrów. Tak zostaliśmy przyjaciółmi. Wszyscy zachodzili w głowę, jak ten kurdupel to zrobił, a Banach po prostu jechał na koksie. Miał dziewczynę, pielęgniarkę Halinę. Szprycowała go glukozą przed startem, a może i czymś mocniejszym.

Potem się z nią ożenił. Potem rozwiódł. Wziął drugą, też ładną, ale coś nie sztymowało. Machnął ręką, wziął drugi rozwód i znowu ożenił się z Haliną. A to szprycowanie – z tego co wiem – zostało mu do dzisiaj. Lubiłem tę Halinę. Fajna kumpelka, no i te jej nogi… Długie jak angielska mila. Jak na nią patrzyłem, to wiedziałem, że Salvador Dali miał świętą rację, mówiąc, że kobieta to boskie narzędzie do ogłupiania facetów. Banach bez Haliny był jak kret bez kretowiska. Ślepy i bezradny. Czasem mu zazdrościłem. No, wejść w komitywę z takimi nogami to musiała być czysta, zmysłowa przyjemność. Ale nie byłem hedonistą. Uważałem, pewnie naiwnie i niesłusznie, że uwiedzenie żony…

Sto kilo ametystu na Szrenicy i himalajskie asy dygające cement

…uwiedzenie żony podwławadnego jest nikczemnością, a przełożonego – zwykłym, służbowym obowiązkiem. Takie tam mądrości z koszar.

Ale robota Banachowi paliła się w rękach. A raczej jego podwładnym, tym zuchom od łopaty. Panorama pod tym jego światłym dowództwem puchła, rosła w oczach. Konstrukcja monumentalna. Na wschodzie zaczynała się grzecznie u podstawy Grzbietu Lasockiego, na zachodzie kończyła na strażnicy Jakuszyce. Wszystko jak w naturze, tylko mniejsze. Wyraźne, dominujące piki: Śnieżka, Mały Szyszak, Wielki Szyszak, Łabski Szczyt, Szrenica i Mumlawski Wierch.

Nieproporcjonalnie dużo miejsca – bo tak nam dyktowało serce – poświęciliśmy Śnieżnym Kotłom. Wielki Kocioł dostał żleb wyłożony kryształkami kwarcu. Świeciło to w słońcu aż miło. Mały Kocioł dostał żyłę z prawdziwego bazaltu. A szczyt Szrenicy? O, to był majstersztyk. Ozdobiliśmy go olbrzymim głazem granitowym, gęsto inkrustowanym ametystami. Nazbieraliśmy tego fioletowego dobra sporo podczas naszych dawnych wypraw z Woźnicą. Banach uparty jak osioł poupychał te minerały wszędzie tam, gdzie w prawdziwych góryrach spodziewał się ich występowania. I właśnie od tych kamulców, od tego fioletu świecącego w izersko karkonoskiej mgle, ukułem tę dumną nazwę: „Ametystowy Batalion”. Jedyny taki pododdział w całej wojskowej nomenklaturze, który pisało się wielką literą. Z honorem.

Banach miał do pomocy porucznika Marka Wójsa. Dowódca plutonu, sprawny oficer. Sprawny do wszystkiego, do tańca i do różańca, a zwłaszcza do kombinowania. Z tartaku, gdzie kazał swoim ludziom harować, żeby napełniać czarne, nielegalne kasy batalionu, przytargał dwie grube, solidne dechy. Od razu wrzuciliśmy je na pakę i wywieźliśmy do Chatki pod Śmielcem. Razem z wrocławskim klubem wysokogórskim próbowaliśmy ten stary bunkier doprowadzić do jako takiego stanu.

Urobiłem dyrektora Karkonoskiego Parku Narodowego. Podpisał glejt, wydzierżawił Chatkę pod Śmielcem Sudeckiemu Klubowi na wieczne użytkowanie. Mało tego, dorzucił ze swoich zapasów dwa metry sześcienne desek podłogowych. Potem podszedłem kierownika budowy nowego schroniska na Śnieżce. Ten też pękł. Dał wory cementu, beczki lepiku, rolki papy. Wszystko okazyjnie wyłudzone, zdobyczne, nasze.

Sto kilo ametystu na Szrenicy i himalajskie asy dygające cement

Logistyką i transportem zajął się porucznik Wójs. Cudownie było patrzeć, jak ten wojskowy sadysta obładowywał plecy tragarzy. A tragarzy mieliśmy z najwyższej półki. Elita. Gwiazdy. Wójs podjeżdżał Starem 6×6 na drugą Drogę Sudecką, wywalał te moje zdobyte dobra na ziemię, a dalej – trzy kilometry wąską, stromą, górską ścieżką pod górę. I kto to nosił? Wanda Rutkiewicz. Krzysztof Wielicki. Bogdan Jankowski. Wielici himalaiści dygali cement. Marek z jakąś taką szczególną, sado-masochistyczną atencją traktował Wandę. Zawsze, bez mrugnięcia okiem, kładł na jej nosiłki dwa pełne wory cementu. I szła. Nie marudziła. Charakter.

Wtedy też do Szklarskiej Poręby zjechała Wanda razem z Hanną Wiktorowską – sekretarzem Klubu Wysokogórskiego (zaraz potem przemianowali to na Polski Związek Alpinizmu). Obie panie wpadły do mnie z oficjalną wizytą. Poprowadziłem je pod płot, pokazałem naszą Panoramę Karkonoszy. Gapiły się z gębami otwartymi z zachwytu. Szczególnie ta Śnieżka im zaimponowała – zwieńczona stukiłowym głazem z osiemdziesięcioprocentową domieszką fioletowego ametystu.

Wanda nagle zamilkła. Zadumała się, popatrzyła wzdłuż siatki i powiada:
– Henryku, masz jeszcze wolne miejsce pod płotem, od wschodniej strony. Nie uważasz, że pasowałyby tu dwa kopce? Symboliczne. Krzyżna Góra i Sokolik. Przecież obie te formacje idealnie widać ze szczytu Śnieżki i ze Śnieżnych Kotłów. Ja tam zaczynałam przygodę z liną i kamieniem. Ty też tam przecież wiecznie wisiałeś na rękach.

Zrozumiałem. Przyszła zdobywczyni Everestu miała potworny sentyment do tych skałek w Rudawach Janowickich. Tam były jej korzenie. Powiedziałem, że przemyślę, rozważę, a tymczasem zaproponowałem wycieczkę na prawdziwą Śnieżkę.

Niestety, planów Wandy nie zrealizowałem. Przenieśli mnie do sztabu Łużycznej Brygady WOP w Lubaniu. Panorama została niedokończona (wedle mojego tajnego wzoru W = V + V, o którym zaraz opowiem).

A potem przyszły inne czasy. Początek lat dziewięćdziesiątych. Nowa Polska, nowe porządki. Oprowadzałem generała Sławomira Petelickiego po Górach Izerskich i Karkonoszach. Twórcę GROM-u. Chodziliśmy ścieżkami, a za kulisami tych tajnych służb…

 

Wzór na cycki Violetty Villas i strach przed kosmicznym dyszlem

 

Stoimy nad Śnieżnymi Kotłami. Droga Przyjaźni, wiatr łeb urywa. Patrzymy w dół, w tę otchłań, w te pionowe ściany. Gadamy o początkach łojenia w Kotłach. O Wandzie.
– Znałeś Rutkiewicz? – pyta Sławek Petelicki, szef przyszłego GROM-u. Oczy ma bystre, nawykłe do prześwietlania ludzi.
– Znałem – mówię. – Od samych początków. Od lat sześćdziesiątych, jak jeszcze raczkowała w granicie.

Szczerość w rozmowach z byłymi esbekami i ludźmi z resortu to zazwyczaj bezdenna głupota, czysty samobój, ale jemu opowiedziałem wszystko. O Wandzie i o całym tym naszym sudeckim świecie. Wyłożyłem kawę na ławę:
– Popatrz, Sławku. Gdyby nie te karkonoskie zaprawy, gdyby nie Sokoliki i Orle, nie byłoby pierwszej Europejki na Evereście, szczycie świata. Wanda stąd wyrosła. Stąd też poszli w świat najlepsi: Wielicki, Zawada, Jankowski i Pietkiewicz z Jeleniej Góry. Karkonoski miąższ.

I wtedy pokazałem przyszłemu generałowi dwie charakterystyczne górki na horyzoncie. Pogoda była żyleta, kryształ, widoczność na kilometry. Mogłem moją teorię podeprzeć żywym terenem. Mundurowi – wiadomo, każdy z nas miał słabość do spódniczek, Sławek też święty nie był. Pokazuję palcem na majaczące w dali Sokole Góry i wykładam mu mój autorski wzór: W = V + V.
– Patrz tam, Sławku. Widzisz? Za Jesienią Górą. Te dwa piki wypiętrzone jak cycki Violetty Villas? To jest właśnie W = V + V. Mój prywatny żargon, skałolazy to podchwyciły. W jak Wanda, a V + V to ta nasza sławna, biuściasta piosenkarka. Prosta matematyka terenu. Najpierw te dwa cycki w Rudawach Janowickich, potem Śnieżne Kotły, a na koniec – ryp! – Mount Everest.

A teras słowo o dwóch damach i o yeti.

Dzisiaj, gdy minęło tyle, tyle lat, siedzę przy tej klawiaturze. Ja, który na tym padole dla ludzi nic dobrego nie zrobiłem i nie robię. Stary wopista. Zamiast jednak narzekać na pospolitość skrzeczącej rzeczywistości, coraz częściej uciekam myślami w górę. Kombinuję, jak by tu skutecznie pomóc Panu Bogu chmurki popychać nad Karkonoszami. I marzę, żeby znowu spotkać ludzi, z którymi spotkać się warto. Te nieprzeciętne istoty. Jestem więcej niż pewny, że w niebie, w tej całej niebieskiej hierarchii, siedzą wysoko dwie damy. Jeśli niebo ma być rajem – takim, o jakim tak pięknie i kwieciście klaruje Biblia – to musi tam być miejsce dla Hani i dla Wandy. Ich ziemskie dokonania były znamienite. A mnie zaszczyciły swoją przyjaźnią.

I w ramach mojej prywatnej ekspiacji za obecne nicnierobienie, przesuwają mi się przed oczami ci wszyscy ludzie Gór. Osobistość szczególna: Hanna Wiktorowska. Na Everest wprawdzie nie wlazła, ale Karkonosze, Izery i całe Himalaje miała w małym palcu. Trzęsła tym całym taternickim towarzystwem jako sekretarz związku. Ale zostawmy na chwilę te ich wielkie wyczyny, te medale i palce odmrożone w lodzie. Powiedzmy o ich zwykłym, babskim życiu. I o ich osobliwych kwalifikacjach przemytniczych! Bo miały te dziewczyny bezgraniczny, wręcz empatyczny szacunek do wszystkiego, co żyje.

Oto dwa zwyczajne obrazki z tamtych lat.

Obrazek pierwszy. Wanda i Hania drapią się na Śnieżkę. Śliczna Wanda – sam Michał Anioł, gdyby żył w naszych czasach, wziąłby ją na modelkę do jakiegoś niebiańskiego fresku. I Hania – wysmukła jak karkonoski świerk, dyskretna, elegancka. Idzie Hania, sunie wyprostowana przez Równię pod Śnieżką. Na „stonkę”, na tych kurortowych turystów, patrzy z góry. Bo wielka była, do dwóch metrów wzrostu brakowało jej niewiele, tyle samo co i mnie. Mija Śląski Dom, zaczyna się ostre podejście pod sam szczyt. I widzę, że im wyżej, tym bardziej Hania się zgina, pochyla ku ziemi, niemal nosuje kamienie.
– Haniu! – wołam za nią. – Zmęczona jesteś? Słabo?
– Skąd! – fuka na mnie. – Ależ skąd, orzesz ty poruczniku… Obawiam się tylko, żeby Duch Karkonoszy nie przyłożył mi przypadkiem po łbie tym dyszlem. Tym, co go wyrwałeś Dawidowi z Wielkiego Wozu, a który wisi teraz nad Pecem!

Obrazek drugi.

 

Cegły na nosiłkach, czarny kruk pod kurtką i ursynowskie wieżowce

Remontujemy tę nieszczęsną Chatkę pod Śmielcem. Pospolite ruszenie: koło wrocławskie i nasz Sudecki Klub Wysokogórski. Zorganizowałem drugą dostawę gabarytów. Star 6×6 ryczy, sapie, wtacza się na drugą Drogę Sudecką. Wywalam na glebę materiały budowlane „zdobyte sposobem operacyjnym”. W tym wory z cementem, każdy po pięćdziesiąt kilo żywej wagi.

Bogdan Jankowski – jak to on, logistyk od siedmiu boleści – przytargał z Wrocławia świeżą porcję „niewolników” do dygania pod górę. W ekipie znowu ona, Wanda Rutkiewicz. I Wielicki, i Jaś Franczuk. Jurek Pietkiewicz, Jerzy Woźnica, Waldek Michalski – wszyscy zwijają się w tym karkonoskim ukropie jak wściekli. Przylazł nawet Jerzy Kolankowski, pierwszy prezes Koła Sudeckiego Klubu Wysokogórskiego. Celebryci na budowie.

A dalej – wiadomo. Wąska, kamienna ścieżka ostro w pion. Ładujemy ten cały kram na drewniane nosiłki. Podchodzi Wanda. Sylwetka sprężysta, wzrok stalowy.
– Daj cement – mówi krótko.
Kładę ten pięćdziesięciokilowy kloc na jej nosiłki. Patrzę z ukradka, czy pod tym wojskowym ciężarem nie ugną się nogi przyszłej królowej Everestu. A ona mierzy mnie wzrokiem, bezczelna, i żąda:
– Dorzuć jeszcze kilka cegieł. Mało mi.

Charakter, mówię wam. Baba z granitu.

Po tym całym dygactwie siedzimy wreszcie w kurniku, w chatce. Pijemy czaj. Jasiek Franczuk już z nami nie pogada – został na zawsze w szczelinie lodowca na Kunyan Chhish. Zamarzł w tamtym swoim świecie. Herbata tym razem zwykła, oolongowa, bez posmaku prochu ze strzelnicy. Wanda – która wiedziała wszystko o wszystkim, co kiedykolwiek napisano o skałach i lodzie – wyciąga z plecaka potężną cegłę. Piąty, chyba ostatni tom monumentalnego dzieła Saysse-Tobiczyka: „Himalaje-Karakorum”. I gadamy przez te zakurzone kartki do późnej nocy. A skoro świt – ryp, pobudka i znowu remont. Jurek Pietkiewicz rozstawia towarzystwo po kątach, rozdziela robotę. Nie ma co gadać: gdyby nie te połączone siły Wrocławia i Jeleniej Góry, z Chatki pod Śmielcem nie zostałyby dzisiaj nawet fundamenty. Rozebrałaby ją mgła i turyści.

A teraz obiecane zdania o tych specyficznych, babskich kwalifikacjach przemytniczych. Było tak. Wanda Rutkiewicz przytachała ze szczytu Everestu mały kamyk dla papieża Wojtyły. Łup z dachu świata. Ale spod tego himalajskiego kolosa zgarnęła coś jeszcze – maleńkiego, nepalskiego szczeniaka. Prezent od Szerpów. Piesek był czarny jak nocne niebo nad Orlem, a może jak najczarniejszy izerski kruk. Ślepia mu błyszczały niczym czarny onyks – kamień magów, czarnoksiężników i wopistów.

Piesek przyleciał z Wandą do Warszawy i na Okęciu zaczął się cyrk z celnikami. Procedury, kwarantanny, paragrafy. Wanda blada ze strachu, że jej tę psinkę uśpią, a ją samą zamkną w kiciu. I wtedy do akcji wkracza Hania Wiktorowska. Ubrana w wielką, nepalską kurtę, bez mrugnięcia okiem zgarnia czarną kuleczkę pod pachę, pod materiał i spokojnie, z dumnie podniesioną głową, maszeruje przez linię odprawy. Celnicy albo nie zauważyli, albo – co bardziej pewne – nie chcieli zauważyć tej napuchniętej kurty. Bo Wandę i Hanię lubili wszyscy. Nawet ci celni szpiedzy i wopiści na etatach.

Po udanym przemycie zorganizowaliśmy chrzest tej czarnej, futrzanej kulki. Świadkowałem tej uroczystości, a jakże. Psinka dostała imię: Yeti. Matka chrzestna: oczywiście Hania. I ten mały Yeti odwdzięczał się Hani za ten przemyt niesamowitą, psią radością. Kiedy Wanda znikała na swoje kilkumiesięczne, szalone wyprawy w Himalaje, Yetunia – jak pieszczotliwie mawiała na nią Hania – zawsze lądowała w domu Hani i Jurka Wiktorowskich.

Zresztą nie tylko psy mogły liczyć na ten ich gościnny azyl. Alpinistki, taternicy, bezdomne asy skały – wszyscy tam lądowali. Obżeraliśmy tych Wiktorowskich niemiłosiernie, czysta szarańcza. Sam też tam nieraz biesiadowałem na krzywy ryj.

W siedemdziesiątym drugim Wanda przeniosła się z Wrocławia do Warszawy. Ja zrobiłem to samo w siedemdziesiątym ósmym. Mieszkaliśmy rzut beretem od siebie. Ona Wilanów, ja Ursynów. Ona na dziewiątym piętrze blokowiska przy Sobieskiego, ja na Szolc-Rogozińskiego, na dwunastym. Trzy piętra wyżej mieszkałem od niej! Ale to ona weszła te kilkaset metrów wyżej, na sam szczyt świata, na Everest. Nie mogłem jej dorównać z tego mojego ursynowskiego balkonu. Wyższej górki w bloku już nie było.

Ilekroć odwiedzałem tę słynną himalaistkę w jej m2 na Sobieskiego, Yetunia zawsze siedziała na jej kolanach. Przyklejona. U Wiktorowskich to samo – pies nie odstępował Hani na krok.

Mam taki zapis, notatkę z wizyty u Rutkiewicz:
Siedzi Wanda w fotelu, na kolanach czarny Yeti. Przeglądamy zdjęcia z wyprawy na Everest. Slajdy, kolory, blask. I jest to jedno ujęcie: Wanda stoi na samym szczycie. Wznosi czekan wysoko nad głowę, oburącz. Jak ksiądz monstrancję na procesji.

 

Centrala niebo, niebiańska pułapka i rajska herbata z ołowiem

 

Z czekana dyndają dwie flagi. Nasza, biało-czerwona, i ta ząbkowana, nepalska. Wanda na slajdzie stoi, a pod nią cała planeta. Potem ta dziewczyna odgrzebuje ze śniegu kamyk – prezent dla Karola Wojtyły.

Yetunia też patrzy na zdjęcie. Szczeka. Radośnie tak, po psiemu. Lubi te wspomnienia, sukcesy swojej pani. Na widok fotek Hani Wiktorowskiej robi to samo. Może to jej psie serduszko wyczuwa dobrych ludzi? Tych, którym tak wiele, no, wszystko zawdzięcza.

Zadzwonię. Dziś. Do nieba. Na centralę.
Zapytam. Jak ci tam, Wando? Minął dzień? Czy masz pod stopami te błękitne chmury, czy tylko karkonoską mgłę? Czy księżyc daje w tym waszym niebie jakiś rozkoszny cień? A słońce? Wciąż ogrzewa twoją dobrą, czułą twarz? Masz tam drzewa, Wando? Jakieś świerki chociaż? A anioły? Masz?

Zadzwonię. Tak, dziś. Zapytam o ptaki. Czy śpiewają? I najważniejsze: ile waży tęsknota? Za czym? Za Karkonoszami, za naszym Granicznikiem, za tą cholerną „Krwawą Rysą”. Masz tam, Wando, słodkie, oniryczne sny?

Zadzwonię. Bo wciąż wierzę. W to połączenie dusz, przez te wszystkie warstwy chmur. Chociaż pamiątki drogie, te nasze słoiki, te rzeźby, Dawidy z brązu – wszystko już dawno przykrył złowrogi kurz zapomnienia. Zadzwonię. Chcę cię jeszcze raz usłyszeć. Bo czuję serca bicie. Szybkie, rozpędzone, jak u oszalałego rekruta. Tak. My. Niebo. Ziemia. Dusza. To wciąż jest nasze człowiecze życie, nic innego nie mamy.

I znowu. Znowu to samo. Nadciąga ta izerska fantasmagoria.
Wando. Himalaistko. Moja niegdysiejsza przyjaciółko spod płotu batalionu. Doceniam to. Że poświęciłaś mi wtedy swój czas, temu narajanemu porucznikowi. Dałeś mi coś, czego już nie odzyskam. Nigdy.

Ale dlaczego? No powiedz, dlaczego tak nagle? Po cichu. Zgasło to twoje góry kochające serce? Tak nagle. W tym śniegu na 8200. Ostygły twoje ręce, te co tak mocno trzymały czekan. I mózg ostygł. Usta zamilkły. A te wszystkowidzące oczy na góry już nie spoglądają. Nie śmieją się. Z ufnością, z empatią. Koniec filmu.

Ten świat bez ciebie, anielska Wando, zrobił się potwornie mały. Taki maczkowy. Taki szary, bezbarwny, jak ursynowski beton w listopadzie. I nagle – bez znaczenia. Pusty jakiś. Smutny. Pełen bólów, strzykania w kościach i cierpienia. Myślisz, że nie wiem? Ludzi ogarnia tęsknica. Całe gromady twoich dawnych przyjaciół tulą cię w myślach. I próbują. Bardzo próbują pogodzić się z tym cholernym bólem. Oddychać bez ciebie, choć powietrze rzadkie, jak w wyższych obozach.

Moja karkonoska przyjaciółko. Czy jest ci tam chociaż dobrze w tym pysznym, ale lodowatym lodzie Kanczendzongi? Masz teraz mnóstwo czasu. Mieszkanie w chmurach, jasny błękit, wietrzenie głowy. Ale na głowie – znam cię – ciągle masz mnóstwo ważnych, ludzkich spraw. Związek, wyprawy, pozwolenia. A na to wszystko – jedno tylko wieczne, pozaziemskie życie.

Skoro wszystko wiesz lepiej, bo patrzysz z lotu ptaka, z tego swojego niebiańskiego dziewiątego piętra, to powiedz: czemu mi tak jakoś jest? Że tylko siąść na tym wojskowym murku i płakać?

Anielska Wando. Może ty nie wiesz, ale ja tu na dole wcale nie jestem szczęśliwy. Zwłaszcza gdy mi głowę suszysz tymi dawnymi wspomnieniami. Ślesz mi z zaświatów te ułudy, omamy, połajanki. Czy to jest, kurna, jakieś pranie duszy starego porucznika? Gdy tylko chcę zboczyć z górskiej drogi, pójść w boczny las, ty już tam na mnie czekasz. Zastawiłaś tę swoją niebiańską pułapkę na nędzę takiego piecucha jak ja. Siejesz wątpliwości, gderasz od samego rana. A jak jest naprawdę źle – to jeszcze sen odbierasz. Wiercisz mi dziurę w brzuchu z sumiennością kata z Informacji Wojskowej.

Czekaj! Niech ja cię tylko dorwę w tych twoich zaświatach. Demiurg mi pomoże, pogadam z nim, zna sprawę od podszewki. On od wieków wie, że masz u mnie dług. Wielki.

Dużą. Rajską. Sudecką herbatę.
Z oolongiem.
I z pistoletowymi łuskami na samym dnie.

 

PS Jest to kolejny fragment mojej książki pt. Raptularz znaleziony pod wycieraczką 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.