…nie ma żadnej historii, są tylko życia ludzi. Historię tworzą małe wydarzenia, pojedyncze ludzkie czasy, ludzkie ciała, ich przemijanie, ich choroby, ich miłości. Historię tworzy życie codzienne, przedmioty, czynności, o których już niewiele wiemy, bo ta wielka Historia tego po prostu nie zapisuje. Ale to jest przecież istotą życia.
Olga Tokarczuk
Oniryczny ból gadziego mózgu
Śniłem koszmar ostateczny. Dwa strzały w tył głowy, skrzyżowanie ulic Mickiewicza i Czackiego. Bruno Schulz ginie, bo esesman Karl Günther musiał wyrównać żydowskie porachunki z Felixem Landauem. „On zabił mojego Żyda, ja zabiłem jego Żyda” – niosło się echem po udręczonej nocy.
Moja dusza płakała, ogarnięta lękiem, który szybko przeszedł w paranoję współczesną. Sparafrazujmy tu klasyka: „Czym muchy w rękach rozbrykanych parlamentarzystów, tym my we władzy bezwzględnych Grup Trzymających Władzę”. Ot tak, dla zabawy, tłuką nas plagami. Podobno uchodźcy i ideologia LGBT są dziś gorsi niż dżuma i Covid-19 razem wzięte.
W tym onirycznym widzie Kraj Pieroga i Zalewajki bohatersko walczył ze wszystkim: z aborcją, alkoholem, hazardem, gejami i cyklistami. Ekologię i sąsiadów mieliśmy – jako naród – w głębokim powitaniu. Pomyślałem, że Pan Bóg tworząc świat musiał mieć pierwszorzędne poczucie humoru. Gdyby go nie miał, nie zmajdrowałby polityków, „Bandy czworga”, „Dobrej zmiany” czy Donalda Tyska i Jarosława Kaczyńskiego.
Na koniec dopadło mnie najgorsze choróbsko: dziecięca łatwowierność. Uwierzyłem telewizyjnym gadającym głowom, że ci dwaj panowie na zmianę poprowadzą nas ku świetlanej przyszłości! Na szczęście mój gadzi mózg przypomniał mi, że już to przerabialiśmy za Gomułki i Jaruzelskiego. Kończyło się zwykle strzelaniem do ludzi.
Obudziłem się w przedostatnim roku drugiej dekady trzeciego tysiąclecia jako dziewięćdziesięciolatek z demencją. Moje lodowisko życia stało się śliskie, mózg rzeszotowaty, a pospolitość parszywa. Rząd, Parlament i Wy wszyscy możecie mnie szanownie pocałować tam, gdzie radził Bohumil Hrabal.
Walnę w Was Gogolem: „Jeden tam tylko porządny człowiek – prokurator, ale i ten, prawdę mówiąc, świnia”. Na ten splin raczę się narodowym koktajlem z octu, musztardy, jabola i denaturatu z autowidolem. Jako mężczyznę interesują mnie już tylko trzy rzeczy: życie, miłość i śmierć.
Diabelski bilans dożywotniego szpiega
Głęboko nie zgadzam się z Cyceronem, że godne jest tylko rozmyślanie o śmierci. Mnie wciąż rozpraszały uciechy doczesne, deflorowanie branek i dobre uczty.
Te piękne elementy splatają się zresztą idealnie w polityce i służbach specjalnych, gdzie miłość zastąpiono seksizmem, a życie ordynarnym hedonizmem. Skoro w chrześcijaństwie na początku było Słowo, a w komunizmie NKWD, to u podstaw naszej świętej III RP musiał leżeć jakiś zagubiony agent. Świat obfituje w głupców jak drzewo w liście, a moje życie okazało się wystarczająco długie, by zgłupieć, lecz za krótkie, by cokolwiek pojąć.
W czasach transformacji bezpieka generała Kiszczaka rozpuszczała plotki, że jestem synem rabina z Bielska-Białej, wnukiem ajatollacha Chomeiniego i Julii Pastrani – najbrzydszej kobiety świata według Darwina. To jawne przecenianie moich walorów! Po ajatollachu odziedziczyłem wszak tylko miłość do ludzkości, a po Julii zniewalającą urodę.
Przez te wszystkie reżimy musiałem żonglować życiorysami. Ku uciesze wrogów wyznam prawdę z 55 swojej biografii: byłem szpiegiem wybranym, z wywiadowczą krwią w żyłach. Najpierw szpiegowałem dla Związku Sowieckiego, potem dla Niemiec. W ramach reparacji Niemcy oddali mnie Izraelowi, Izrael Anglii, Anglia Ameryce. Na Manhattanie było cudnie, ale Amerykanie kopnęli mnie z powrotem do Anglii, ci do Izraela, Izrael do Niemiec, a Niemcy chcieli do Sowietów – ale pech, Związek Sowiecki szlag trafił, a Putin mnie nie chciał.
I tak 06.06.06, w imieniny roku diabła, kultywując angielską zasadę, że tylko dżentelmen bierze się za beznadziejne sprawy, siadłem do komputera pписать ten raptularz. Życie dostałem inkrustowane seksem, pachnącym wszystkimi kontynentami. Gdy się w proch obrócę, 1/3 moich popiołów ma trafić do urny zatopionej w Bałtyku, 1/3 w Śnieżne Kotły, a ostatnia część na cmentarz gminny. Resztę czasu zabrała mi wojna hybrydowa czwartej generacji – drony, cyberataki, dezinformacja i propaganda, w której Rosjanie są mistrzami. Podobno jedynym ratunkiem jest Wojskowa Obrona Terytorialna. Ale co ja tam wiem, czas na drzemkę.
Od konia trojańskiego do unijnego koryta
W Kraju Pieroga i Zalewajki obrona terytorialna to odległa pieśń kozła. Każda wojna to w gruncie rzeczy gra w zabijanie. Ale z wojen najbardziej podoba mi się trojańska. Miała chociaż sens – poszło o kobietę. Grecy walczyli o zbezczeszczony honor rogacza Menelaosa i piękną Helenę, którą zwędził Parys.
Homer w Iliadzie i Odysei stworzył piękne mity, choć jako grecki cwaniak puszczał oko do czytelnika, sugerując między wierszami, że z cnotą Heleny i usychającej z tęsknoty Penelopy bywało bardzo różnie.
Sam Odyseusz, architekt drewnianego konia, wracał do domu przez dziesięć lat. Po drodze łupił miasta, tarzał się z jednookim Cyklopem, jadał ludzinę u Lajstrygonów i – jako facet z jajami – regularnie zdradzał żonę, płodząc syna z czarodziejką Kirke i marnując lata u nimfy Kalypso.
Wieki później jego dzieło twórczo kontynuowała Armia Czerwona. Nie dość, że złupiła pół Europy, starła się z Hitlerem i uszczknęła połowę naszego terytorium, to jeszcze spłodziła tylu synów, że gdyby ich zebrać, sformowaliby armię zdolną pobić USA.
Wspominanie o przyprawianiu rogów i nielojalności ma tu głęboki sens. Pisanie o polityce w kontekście służb specjalnych wymaga wszak precyzyjnego rozpoznania mechanizmów zdrady. Trzeba tylko uważać, by nie przekroczyć niewidzialnej granicy dzielącej nawiedzonych od idiotów.
Weźmy moment, gdy Zachód oddał nas w pacht Stalinowi. Generalissimus, majstrując w 1943 roku plan „niepokalanego poczęcia Peerelu”, stworzył Sowieckie Imperium Zewnętrzne, w którym funkcjonariusze tajnych służb okazali się jego najwierniejszymi synami.
Porównując dawne Imperium Zła z dzisiejszym supermocarstwem widzę, że Amerykanie, tak jak niegdyś Sowieci, uwielbiają niszczyć inne narody. Różnica jest czysto estetyczna: bolszewicy nawracali rzeźnickim nożem, a Amerykanie wolą inteligentne bomby i walizki dolarów, co testowali w Wietnamie, Iraku czy Afganistanie. Co więcej, Rosjanie po skończonej robocie nie grzebią ofiar. Amerykanie natomiast przychodzą na pobojowisko jak anioły i rozdają wdowom zapomogi, ślepcom szklane oczy, kalekom protezy, po czym budują McDonald’sy.
Komuna Paryska trwała siedemdziesiąt dni, Sowiecka – siedemdziesiąt lat. Ciekawe, ile potrwa Komuna Europejska.
Jako niespotykanie spokojny człowiek tylko kilka razy w życiu, w strasznej godzinie kaca, strzelałem do własnego odbicia w lustrze, wrzeszcząc: „Och! Henryk! Jak ja nienawidzę twojej wielokulturowej mordy!”. Jak bonie dydy, niech mi kobiece piersi wyrosną, jeśli kłamię!
Moim ulubionym zajęciem na stare lata jest siedzenie na zydlu pod prysznicem z flaszką i naradzanie się z nią. Roztrząsając historię z perspektywy siedzenia, widzę ciągłość dziejów: Archimedes siedział w wannie, Diogenes w beczce, Stalin na Kremlu, Wałęsa na papirusach bezpieki, Kaczyński na Żoliborzu, Tusk w kancelarii, a ja – w Tworkach.
O alkoholu wiem wszystko. Znajomi mówią, że przebywanie ze mną przypomina piknik u podnóża wulkanu na kwadrans przed erupcją. Wyznaję prostą zasadę: jak kraść to miliony, jak „szpachlować” to z tuzinem lasek. Będąc tak strasznie polskim i wielkim, ślęczę przed komputerem ponury jak Morze Północne podczas sztormu, składam literki i marzę o tym, jak zrobić dobrze prawdziwym patriotom i nowatorsko zginąć za ojczyznę.
Państwo młotkiem pisane i grenlandzkie reformy
Mimo mojej bezpretensjonalnej, bagiennej urody i spolegliwego charakteru, ludzie wciąż chętnie dają mi się golić brzytwą. Moje książki działają na zestresowane dusze równie skutecznie jak koci ogon na zapalenie gardła. Przekonałem się o tym, gdy grupa rozwścieczonych komunistek raczyła spalić moją autobiografię. Pocieszyłem się wtedy, że te szczere wyznania musiały mieć w sobie wyjątkowo dużo ciepła, skoro tak dobrze napalono nimi w piecu.
Od lat koryguję życiorysy fabrykowane przez służby specjalne. Oficerowie rozpuszczają plotki, jakobym był większym rozpustnikiem niż wszyscy rządzący Krajem Pieroga i Zalewajki razem wzięci. Przecież to fizycznie niewykonalne! Odpowiadam im krótko: przeceniacie moje skromne możliwości. Jednak gwoli prawdzie, od „dobrej zmiany” wziąłem co nieco. Po prezydentach odziedziczyłem niezrównane skłonności do manipulacji, po premierach ciągoty do rozmijania się z prawdą, urodę po pośle Terleckim, a genialną inteligencję po przydupasie wicepremiera o wdzięcznej ksywie „Caryca”.
Poza tym jestem tylko skromnym kronikarzem. Moją największą wadą jest brak rozróżnienia między tym, co na dany temat można powiedzieć, a tym, co wolno oficjalnie ogłosić. Żyjemy w państwie, w którym absolutnie ciemne, kryminalne sprawy – dające się bez trudu wyjaśnić – z zasady nigdy nie są wyjaśniane. To spędza mi sen z powiek.
Z rozliczaniem władzy nigdy nie było u nas idealnie, ale gdy nastała „dobra zmiana”, zmontowano modelowe państwo aferalne. Przepisy pomyślano tak, aby ułatwić życie tchórzom, kłamcom i hochsztaplerom. Pamiętajmy jednak: ze stu kotów nigdy nie stworzy się konia, a ze stu niekonstytucyjnych ustaw nie stworzy się sprawiedliwego systemu.
W normalnym kraju prezydent broni Konstytucji, parlament tworzy dobre prawo, rząd rządzi legalnie, a służby i policja łapią bandytów.
U nas? Pleniącą się korupcję bezczelnie zastąpiono nowym hasłem: „nic na siłę, wszystko młotkiem”. Hipokryzja bezwstydnie zluzowała dobre obyczaje, a transparentność wymieniono na stopnie tajności. Jak to możliwe, że pozwolono wyborcom za pomocą zwykłej kartki do głosowania zbudować tę groteskową pseudo demokrację?
Władza ustawodawcza jest dziś zdolna uchwalić każde, nawet najbardziej spektakularne głupstwo z mocą ustawy. Przez lata była to wyłączna zasługa Prezesa. On to, wyznając marksistowską zasadę, że tylko człowiek szlachetny może znaleźć szlachetnego, wyszukał prokuratora stanu wojennego Stanisława Piotrowicza, uczynił go nadzorcą Sejmu, a potem wsadził do Trybunału Konstytucyjnego. Od tego czasu władza wykonawcza dba wyłącznie o własnych aparatczyków.
A jak jest w nowej tuskolandzie? Obiecana reforma wymiaru sprawiedliwości wlecze się wolniej niż lodowce na Grenlandii, a trójpodział władzy odłożono ad Kalendas Graecas.
Mimo świętej zasady, by nigdy nie kłócić się z głupcami – albowiem ludzie mogą nie dostrzec różnicy – z każdym słowem powiększam liczbę wrogów. Aby ich ostatecznie rozwścieczyć, przedstawiam ten Raptularz: polityczno-pornograficzną baśń o walce dobra ze złem. Z góry uprzedzam, że wygrywa zło.
Wobec despotów rządzących nami od tysiąca lat wszyscy jesteśmy doskonale równi – mianowicie równi zeru. W swojej pisaninie jestem jak wóz drabiniasty, który święcie wierzy, że jest mercedesem. Powiecie zapewne, że jestem cool: made in USA, zdiełano w CCCP.
Kuszenie Chrystusa na targu zmarłych marzeń
Nie napisałem tego Raptularza dlatego, że znam odpowiedzi na wielkie pytania. Nie znam ich! Przynoszę Wam jednak prawdziwe historie i wcale się tego nie wstydzę.
Historia – ta zbiorowa pamięć ludzkości – to jedna wielka, krwawa anegdotka. To trwający od wieków, rozpaczliwy spektakl wykaraskiwania się człowieka z totalnego obłędu.
Uwielbiam opowiadać historię poprzez jej spektakularne katastrofy. Jak pisał Umberto Eco: kilku sankiulotów napada na Bastylię i bęc – mamy rewolucję francuską; kilka tysięcy nieudaczników szturmuje Pałac Zimowy i dostajemy bolszewików; ktoś strzela do arcyksięcia i nagle alianci nie mogą bez siebie żyć… Aż wreszcie 18 czerwca 1949 roku pewna kobieta na warszawskim Żoliborzu rodzi bliźniaków… Każda lekcja historii uczy nas wyłącznie tego, że niczego nas nie nauczyła. Jutrzejsze katastrofy niewinnie i w ciszy kiełkują już dzisiaj.
Jako dzieciak wiedziałem, że Józef Stalin i Adolf Hitler zapowiadali się na artystów, ale po prostu nie wyszło im w życiu. Władcy Kraju Pieroga i Zalewajki nie mieli na szczęście aż takich ciągot estetycznych. W PRL-u chcieli być po prostu obrońcami ludu i po trochu bandytami – często jednym i drugim naraz.
A w Wolnej Polsce? Toż to totalni niewydarzeńcy! Mameje, rozmemłańcy, ciemięgi i safanduły zgrywające się na wielkich patriotów. Pod wodzą Prezesa wymyślili „Historię Narodową”, która ma się do prawdziwej historii tak, jak astrologia do astronomii. Przypomina to zwalczanie kanibalizmu poprzez humanitarne zjedzenie kanibali.
A Donald Tusk? Wymyślił „ciepłą wodę w kranie”. I tak, w zestawieniu z resztą, trzeba mu oddać, że to jakiś postęp.
W demokracji winę za ten cyrk ponoszą sami wyborcy. Każdy rząd, zanim zacznie na dobre rządzić, najpierw musi się przecież wygodnie urządzić. Gdy kolesie mają ochotę na gruby grosz, zakładają partię lub koalicję i tak majdrują prawo, by pozwalało na absolutne bezprawie. Satrapowaci możnowładcy rwą sukno Rzeczypospolitej jak świąteczny placek. Strach się bać, bo oni wkrótce „s żyru biesiatsa” – po prostu zwariują od tego tłustego jadła! Diabelski instynkt władzy trwa w człowieku znacznie dłużej niż instynkt seksualny.
Zbliżają się wybory, a my wciąż jesteśmy narodem filistrów, którzy nie rozumieją, że rząd obietnicami stoi tylko do momentu, gdy lud go nie obali.
Podobno jesteśmy chrześcijanami, ale nosimy w sobie więcej hipokryzji niż rozsądku. Diabeł kusił Chrystusa, obiecując mu wszystkie królestwa świata w zamian za pokłon. Jezus nie dał się nabrać.
A my? My lecimy na każdą obietnicę. Od powojnia trwa dojenie społeczeństwa. Łotry paradują w biało-czerwonych pelerynkach, zapominając, że dobrze wychowany człowiek nie wkłada rąk do kieszeni własnej ojczyzny. Już święty Augustyn pouczał: „Robić wszystko wolno, ale nie wszystko wypada”. Elity w Kraju Pieroga i Zalewajki potrafią okraść nawet gołego… z jego ostatnich marzeń.
Sezon na gnomów i przepis na duszonego polityka
Zarówno za jednych, jak i za drugich rządów Kraj Pieroga i Zalewajki – gdzie każdy miał być każdym, a wszystko wszystkim – błyskawicznie przekształcił się w rządy nielicznych nad zbyt wieloma, w imieniu wyjątkowo małych ludzi. A że trutnie żywią się miodem, w urzędach i spółkach skarbu państwa zaroiło się od brudnych gnomów. Wyrastają jak trujące grzyby po deszczu, czyhając na łupy wedle nowych, niezrozumiałych praw, nad którymi sam diabeł czuwa. Gdyby szatan sądził, że zdoła pisowców lub tuskowców uczynić gorszymi, byłby niepoprawnym optymistą.
Przy korycie PiS i PO – partii o jaskrawo leninowskiej strukturze – tłok jest dziś większy niż w kolejce na Kasprowy Wierch. Obowiązuje święta zasada: swój do swego, po wasze! Do słownika bezczelnie wprowadzono nowe słowo: „naszość”. Pojęcie równie paskudne jak hieny, które dzielą między sobą strefy żerowania. Korupcja pożera kolejne komórki obu tych obozów, a ich lizusi, którym w myśleniu najbardziej przeszkadzają własne głowy, popychają kraj ku budowie państwa policyjnego.
Gołym okiem widać w tym szaleństwo Nietzschego, epilepsję Dostojewskiego i syfilis Schopenhauera, Napoleona czy Lenina razem wziętych. George Orwell i Franz Kafka moglifby u naszych liderów brać korepetycje z urządzania ludziom piekła.
Dlaczego wielcy politycy Wolnej Polski, mając dwie półkule mózgowe, dwie ręce i dwa półdupki, są święcie przekonani, że do rządzenia wystarczy zaprząc tylko jedną część z każdej pary? Głupota stała się dominującą formą używania umysłu.
Zamiast majstrować przy utrudnianiu rozwodów, powinni wprowadzić ustawę o przymusowych rozwodach – przynajmniej miłość by nikomu nie ostygła! Czy oni naprawdę nie czytali Moby Dicka i nie wiedzą, że siedząc w brzuchu wieloryba, można go precyzyjnie opisać od zewnątrz? Pchają się do władzy niczym Nike z Samotraki, tyle że ich Pegazem nie jest skrzydlaty rumak, a zwykły, uparty osioł.
Nasi współcześni dygnitarze drżą o swoją skórę znacznie bardziej niż ich poprzednicy. Ogradzają się od suwerena barierkami, zasiekami, murami i hordami tajniaków. Te urzędy wyglądają jak obozy koncentracyjne! To czyste spełnienie marzeń generała Franciszka Szlachcica z 1970 roku, który kazał Pożodze tworzyć obozy dla niepokornych robotników. Różnica polega na tym, że dawniej obozy budowano, by magazynować ludzi, a dzisiaj władcy budują je, by chronić własne tyłki przed petentami. Gdyby rządzili dobrze, lud nie myślałby o ich zabijaniu.
Oniriada. Wiem od Rolanda Topora,
jak przyrządzić polityka.
Wypatroszyć.
Jeśli był z ikrą – usunąć móżdżek,
by nie nawarzył piwa.
Wytrzeć,
ostrożnie uczesać,
nie uszkadzając skóry.
Umyć,
by prezentował się apetycznie.
Dusić w oskomie.
Grubego polityka dusić cztery godziny,
chudego – trzy.
Podawać na półmisku,
wyłożonym polisą ubezpieczeniową,
przybranym bilonem,
dowodami osobistymi i kwieciem.
Gwizdać przy tym z podziwu.
Polityka to ani ziębi, ani grzeje,
ale nam zrobi doskonale.
Może przy konsumpcji
doczekamy wreszcie czasów,
gdy w Kraju Pieroga i Zalewajki
człowiek będzie znowu
człowieka znaczył.