PROSTACKI ZAPIS PIERWSZEJ DEKADY PEERELU

Wobec ataku Wikipedii na mnie, mającego wszelkie znamiona hejtu w którym tandeciarsko zmieniono mój życiorys (zobacz: mój blog z 19 listopada 20205 r. pt. „Otwarty list do Wikipedii”), poczuwam się do obowiązku wyjaśnić PT Czytelnikom o czym taktuje, przynajmniej 50 procent, ze stu moich opublikowanych książek. Oto bardzo skrótowy zapis tego wszystkiego czym się zajmowałem od przeszło pół wieku. 

         Jak było?

         8 maja 1945 r. Europa zawyła z radości. Na naszym kontynencie skończyła się wojna.  Był powód do radości. Czy dla wszystkich?

         Nie!

         Byliśmy w gronie zwycięzców.

         Tak. Wygraliśmy wojnę. Przegraliśmy pokój.

         Niemcy przegrały wojnę. Wygrały pokój.

         Dzięki zdradzie Zachodu trafiliśmy w strefę wpływów sowieckich.          Pierwsza powojenna dekada Kraju Pieroga i Zalewajki była twardym stalinizmem. Polską rządził, zimny jak syberyjski mróz Józef Stalin. Generalalissimus, niczym car Piotr I Wielki nie znał litości. Zarówno car jak i Stalin skazali na śmierć własnych synów.  

         Suzeren mianował na Wisłą swego namiestnika. Był nim Bolesław Bierut, stary agenta NKWD, dziwkarz i kawał drania.

          Bolek Jebaka – jak go określał generał Włodzimierz Sokorski – aż do śmierci imperatora nigdy mu się nie sprzeciwił. Rządził z pomocą starych i świeżych, wyhodowanych już na własnej piersi komunistów. Jak to wyglądało?

         Mniej więcej tak:      

         Kształtowanie się władzy komunistów w Polsce 1944 – 1952

         Świat bardzo długo nie mógł uwierzyć w twierdzenia niektórych historyków, że komunizm światowy pochłonął w sunie blisko sto milionów ofiar. Dziś, już na szczęście dla nikogo rozsądnego nie ulega wątpliwości, że komunizm, obok faszyzmu był najbardziej zbrodniczym systemem w dziejach ludzkości.

         Polska, jako jedno z pierwszych dużych europejskich państw doświadczyła “dobrodziejstw” tego systemu, przyniesionemu do nas na bagnetach Armii Czerwonej. Tym niemniej również w naszym kraju musieli być ludzie, którzy system komunistyczny zaakceptowali i zrobili wiele aby władzę zdobyć, a zdobytą utrwalić.

         Tacy ludzie się znaleźli. Byli to głównie, rekrutujący się z niedoszlachtowanych w Sowietach członków KPP. Jedni, jak J. Bernan, H. Minc, S. Radkiewicz, A. Zawadzki, R. Zambrowski, L. Kasaman, S. Wierblowski, E. Szyr, T. Daniszewski, A. Alster itp. przybyli bezpośrednio z ojczyzny komunizmu, czyli ze Związku Radzieckiego, zwani także szarymi szynelami (jako że większość z nich przybyła do polski z armią Berlinga). Inni, jak B. Bierut, W. Gomułka, M. Rola-Żymierski, F. Jóźwiak, M. Moczar, z całą PPR oczekiwali w kraju i, oczywiście przy pomocy Armii Czerwonej oraz PSZ powstałych w ZSRR [tzw. armia Berlinga] i specoddziałów, z których następnie utworzono twardy trzon resortu bezpieczeństwa, zaczęli budować nowy komunistyczny porządek. Co by jednak o nich nie powiedzieć, zarówno jedni jak i drudzy mają swoje korzenie w Moskwie, a ich czyny były całkowicie zależne od J. Stalina. To bowiem generalissimus w drugiej połowie lat 40. rozdawał karty nie tylko w Polsce, ale także w Europie, a nawet na świecie.

         Dlatego, śledząc najnowszą historię Polski, trudno uznać, lansowany przez niektórych polityków, a nawet historyków pogląd, że PRL (a więc także dzisiejsza RP) zawdzięcza swój kształt polskim komunistom, bo gdyby nie oni, nie tylko nie mielibyśmy korzystnych granic zachodnich, ale łatwo moglibyśmy stać się po wojnie 17 republiką Związku Sowieckiego.

         Takie poglądy rodzą się w umysłach ludzi niebiorących pod uwagę prostych, i dziś powszechnie znanych faktów historycznych. U podstaw których legły zbrodnie i monumentalne szwindle. Komunistom nie wystarczało bowiem, że walczyli z opozycją niepodległościową, oni nierzadko sięgali także do własnych szeregów.

         Oto przykład takiego działania. Na początku było słowo generalissimusa i jego zgoda na utworzenie w okupowanej Polsce partii komunistycznej, którą dla niepoznaki nazwie się robotniczą. 27 grudnia 1941 r. z lotniska pod Wiaźmą wylatuje do Polski grupa inicjatywna w składzie: Marceli Nowotko, Bolesław Mołojec, Paweł Finder, Czesław Skoniecki, Pinkus Kartin i Maria Rutkiewicz. 5 stycznia 1942 r w warszawskim mieszkaniu Aleksandra Rydygiera powołano PPR wyłaniając „trójkę kierowniczą” – Nowotko, Mołojec, Finder.

28 listopada 1942 rozpoczęto wyrzynanie, zaczynając od M. Nowotki (w dalszej kolejności zostali zlikwidowani: B. Mołojec, Z. Mołojec, P. Finder, M. Fornalska, J. Krasicki, „Marysia” [łączniczka Z. Mołojca], „Krysia” [łączniczka B. Mołojca, „Adasie” [łącznicy Z. Mołojca], E. Bonisławski, rodzina Mołojców [nie cała] i kilkadziesiąt innych osób. Wyrzynaniu w Warszawie towarzyszyło życzliwe zainteresowanie Moskwy.

         Z tego obrazu wyłaniają się trzy ewentualne motywy działania: albo walki frakcyjne, które po wojnie odżyły jako starcia puławian z natolińczykami, które w drugiej połowie lat 40. zaowocowało tzw. odchyleniem prawicowo-nacjonalistycznym, a po roku 1954 skutkowały podziałem na Chamów i Żydów; albo żądza władzy Mołojców, ale nie tylko, co podkreślają działacze partyjni i ich historycy; albo oba motywy razem wzbogacone rozgrywkami wywiadów sowieckich – policyjnego (NKWD), wojskowego (GRU) i kominternowskiego.

         Mordercze gry, także we własnych szeregach, to byłaby jedna charakterystyczna cecha polskich, acz nie tylko, komunistów. Inną, znacznie poważniejszą zbrodnią była likwidacja podziemia niepodległościowego.

         Zaczęło jeszcze przed zakończeniem drugiej wojny światowej. Podziemie Polskie pacyfikowano metodycznie siłami przyszłego Wielkiego Brata. Jako pierwsi poszli pod nóż akowcy i inne ugrupowania niepodległościowe. Już w 1944 r. rozpoczęto z nimi zbrojną, bezkompromisową walkę. Początkowo prowadziła ją Armia Czerwona, ale wnet dołączyli do niej komuniści rodzimego chowu i ich filary – bezpieka i wojsko. Wprawdzie akowcy stanowili pod koniec wojny niespełna 2 procent dorosłej ludności Polski, ale ze względu na reprezentowany potencjał intelektualny, moralny i organizacyjny, zostali nie bez racji, uznani za największe zagrożenie dla nowych porządków, zaprowadzanych w kraju przez wysłanników Stalina.

         W październiku 1944 r. pojawiły się plakaty “AK – zapluty karzeł reakcji”. W 1947 r. Hilary Minc ogłasza słynną “bitwę o handel”, która była hasłem wzywającym do rozprawy z mieszczaństwem. Następnie przyszła kolej na chłopstwo, które zaproszono do kolektywizacji. Najpóźniej rozprawiono się z inteligencją, która w większości wypadków, w jakimś niezrozumiałym samobójczym geście, najdłużej i najgorliwiej popierała stalinizm.

Historycy spierają się o imponderabilia, ale faktów nie zmienią. Dokończenie tego, czego nie zdążyli zrobić najeźdźcy z 1 i 17 września 1939 r. przypadło w udziale polskim służbom specjalnym, wspieranym intensywnie, do 1948 r. przez wojsko.

         Nad sprawnym wyrzynaniem opozycji, głównie żołnierzy Armii Krajowej, do maja 1945 r. czuwał generał Iwan Sierow. Od wiosny 1946 r. zadanie dobicia ruchów niepodległościowych w Polsce przejęły resort Radkiewicza, nadzorowany przez doradców radzieckich i Główny Zarząd Informacji Wojska Polskiego, stworzony i kierowany przez oficerów Armii Czerwonej oraz organa prokuratury wojskowej i cywilnej, sądy wojskowe, specjalne i cywilne, Milicja Obywatelska, służba więzienna, Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Komisja Specjalna do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym.

         Dużym ułatwieniem dla służb sowieckich rozpracowujących polskie podziemie niepodległościowe była akcja Burza. Ujawnienie się struktur konspiracyjnych Armii Krajowej, po ogłoszeniu mobilizacji i przystąpieniu do regularnej walki z Niemcami, pozwoliło radzieckim służbom specjalnym na zinfiltrowanie szeregów akowskich. Nie wszystkich żołnierzy podziemia akowskiego zastrzelono, aresztowano czy wywieziono do Związku Radzieckiego. Kilka tysięcy osób wcielono do 1. i 2. Armii Wojska Polskiego. Pozostałych usiłowano objąć kontrolą operacyjną. Jak podaje profesor E. Duraczyński, generał Sierow w raporcie z 22 października 1944 r. adresowanym na ręce Berii, meldował, że w samym Lublinie jego służba ma stu czternastu agentów wywodzących się z polskich szeregów. Jest bardzo prawdopodobne, że po umocnieniu się bezpieki dużą część agentury NKWD, tkwiącej w środowiskach niepodległościowych, została przekazana podopiecznym Radkiewicza. W ten sposób bezpieka już na starcie dysponowała sporymi atutami w walce z przeciwnikiem politycznym. Wytyczono cele taktyczne i strategiczne. Taktyczne sprowadzały się do rozbicia przeciwnika. Należało to zrobić jednym mocnym uderzeniem. Postawiono na dwa resorty siłowe – ministerstwo obrony i bezpiekę.

         Trzecią, niezmiernie paskudą cechą polskich komunistów, było bezwzględne posłuszeństwo Moskwie. Tak było nie tylko ze słynnym Manifestem 22 lipca zwanym także Lipcowym, uchodzącym za fundamentalny dokument Peerelu, ale i z wieloma innymi aktami prawnymi i przede wszystkim z decyzjami politycznymi.

         Przecież od dawna nie było tajemnicą, że u powstania Manifestu legły stalinowskie szwindle. A desygnowanie przez Stalina, do komitetu tak miernych działaczy w osobach E. Osóbki-Morawskiego, W. Wasilewskiej, A. Witosa, S. Janusza, M. Roli-Żymierskiego, Z. Berlinga, S. Kotka-Agroszewskiego, J.S. Hanemana, J. Czechowskiego, S. Radkiewicza, B. Drobnera, J.M. Grubeckiego, E. Sommersteina, S. Skrzeszewskiego, W. Rzymowskiego, S. Jędrychowskiego świadczyło wyraźnie, że generalissimus zdawał się mówić Polakom: „patrzcie kmiotki jakich dupków wyznaczyłem aby wami rządzili”. Stalin mógł sobie na to pozwolić po desygnowaniu na kierowników resortów siłowych, ewidentnym agentów NKWD – J.S. Radkiewicza i M. Żymierskiego, co z marszu zapewniało sowieckim służbom specjalnym pełną kontrolę nad całym życiem przyszłej PRL.

         Ale Manifest 22 lipca, to chyba oczywiste, nie był początkiem Peerelu.

Początek był znacznie wcześniej. Wówczas, gdy J. Stalin wymyślił nazwę – Związek Patriotów Polskich (ZPP). A potem nakazał aby Związek został zorganizowany.

         W ramach tego planu zorganizowano 1 Dywizja Piechoty im. T. Kościuszki. Potem Stalin zatwierdził Radę Wojenną Armii Polskiej (Z. Berling, K. Świerczewski i A. Zawadzki). Potem Centralne Biuro Komunistów Polskich. Potem w Moskwie generalissimus podjął szereg innych decyzji uzależniających PRL od Związku Sowieckiego, przyjmowanych przez polskich komunistów z największą pokorą i oddaniem.

         Oto jeden z takich dokumentów świadczący, że o składzie władz polskich decydował Kreml. To list W. Wasilewskiej do J. Stalina, do „Drogiego Józefa Wissarionowicza”, z propozycją składu personalnego Narodowego Komitetu Wolnej Polski. List poprzedzony pismem przewodnim „opiekuna” NKWD, który „towarzyszył”, z woli J. Stalina, wszystkim poczynaniom zmierzającym do wcielenia woli generalissimusa w sprawie przyszłej Polski. Ten facet, to gen. NKWD G. Żukow. Wynotujmy proponowane przez Wasilewską nazwiska: Z. Berling, K. Świerczewski, W. Sokorski, M. Mietkowski, A. Witos, W. Stahl, B. Drobner, E. Sommerstein, ks. F. Kubsz, L. Chwistek, J. Parnas, S. Grubecki, S. Jędrychowski, M. Skotnicki, W. Wasilewska. Razem z listem J. Stalin otrzymał pismo komisarza bezpieczeństwa państwowego z informacją o osobach rekomendowanych przez Wasilewską.

         Tak, gdzie się nie dotknąć, u zarania Peerelu leżą: J. Stalin, NKWD, „Patrioci Polscy”… dopiero potem Manifest, także zresztą opracowany, wydrukowany i zatwierdzony w Moskwie. Nie trzeba dodawać, że Manifest PKWN miał charakter propagandowo – dezinformacyjny, a umowa pomiędzy PKWN a rządem ZSRS sankcjonowała fakt, że najwyższą władzę na terenach przyszłej Peerel stanowiło dowództwo Armii Czerwonej na czele z J. Stalinem.

         W historiografii przedmiotu wiadomo jest, że o ile ulubioną metodą sprawowania rządów przez generalissimusa były podziały (patrz powyższy podział na krajowców i tzw. szare szynele) to, wskazując dla nich wspólnego wroga – ludzi niekochających komunistów – doprowadzał, że zarówno krajowcy jak i szare szynele, niezależnie od wyznawanej orientacji bolszewickiej i ich reprezentanci w służbach specjalnych zgodnie współzawodniczyły w niszczeniu wskazanych przez Stalina wrogów. Rywalizujących o palmę pierwszeństwa w niszczeniu wrogów, znowu da się podzielić na dwie grupy. Tym razem podział nie przebiega wedle niuansów ideologicznych, a sprowadza się do wykorzystywania szarych komórek.

         Pierwsza grupa, chyba znacznie bardziej niebezpieczna i zbrodnicza, gdyż stanowiąca mózg oligarchii miała ręce czyściutkie. Jej najwybitniejszymi przedstawicielami byli m.im. B. Bierut, W. Gomułka, J. Berman, H. Minc, A. Zawadzki, F. Jóźwiak, S. Radkiewicz, M. Spychalski, M. Rola-Żymierski, M. Moczar.

         Druga grupa – gorliwi wykonawcy poleceń decydentów z grupy pierwszej – o wiele liczniejsza, mająca ręce umazane krwią, była na pozór znacznie bezpieczniejsza. Człowiek już na pierwszy rzut oka wiedział z kim ma do czynienia, mógł się bronić. Zasadniczy skład tej grupy stanowiła obsada resortów siłowych wzmacniana elitami organizacji paramilitarnych, aktywistami partii najsłuszniejszej i partii sojuszniczych oraz tzw. bezpartyjną swołoczą.

         Pomiędzy tymi podstawowymi grupami, stanowiącymi trzon tzw. władzy ludowej usadowiła się, niejako okrakiem podgrupa pośrednia. Jej liderzy rekrutowali się głównie z bezpieki i GZI WP. Niewątpliwie na utrwalenie zasługują tu takie postaci jak: R. Romkowski, M. Mietkowski, L. Bristigierowa, J. Różański, A. Fejgin, J. Ptasiński, K. Świetlik, A. Alster, W. Lewikowski, J. Hibner, L. Andrzejewski, J. Burgin, J. Czaplicki, M. Drzewiecki, T. Duda, H. Duliasz, A. Dusza, J. Dziemidok, F. Grzybowski, A. Krzysztoporski, T. Mikuś, Z. Okręt, W. Pożoga, W. Spychaj-Sobczyński, K. Straszewski, J. Zabawski, W. Ciastoń, K. Górecki, T. Walichnowski, A. Humer i cała kierownicza kadra GZI WP wspominana w licznych książkach historycznych.

         Obok wspomnianych wyżej decyzji czysto politycznych podejmowanych przez Stalina szły równolegle odpowiednie zarządzenia umożliwiające przyszłym władzom Peerelu wywiązywanie się z zadań nakładanych przez Wielkiego Brata. Trzeba przyznać, że kosztowało to Moskwę sporo. Np. nie licząc sprzętu i umundurowania, Stalin nakazał odkomenderować do PSZ w ZSRR ponad 21 tys. oficerów, którzy objęli większość najważniejszych stanowisk w armii gen. Berlinga, a resort bezpieczeństwa wzmocnić ok. 1000 doradców z NKWD.

         Trzeba również przyznać, że o ile generalissimus przykładał niekiedy znacznie mniejszą wagę do niektórych marginalnych decyzji politycznych związanych z PRL, to nad wyraz serio traktował decyzje związane z obu resortami siłowymi. Szczególna rola w tym względzie przypadła utworzonemu w październiku 1943 r. w Biełomucie koło Moskwy Polskiemu Samodzielnemu Batalionowi Specjalnemu (PSBS), w którym przeszkolono ponad 1400 żołnierzy zrzucanych następnie na tereny Polski.

         Duże zasługi w wyrzynaniu opozycji niepodległościowej położyli żołnierze, utworzonej przez PPR  AL, którzy okazali się nadzwyczaj przydatni dla NKWD, albowiem mieli znakomicie rozpracowane struktury Polskiego Państwa Podziemnego i jego sił zbrojnych.

         Rywalizacja o względy sowieckich mocodawców, którzy rozdawali stanowiska i zaszczyty w tworzących się strukturach Peerelu, doprowadzała do karykaturalnych wynaturzeń, niewymaganych nawet przez bolszewików (zob. donos J. Sztachelskiego do B. Bieruta o zgrupowaniach żołnierzy AK, przekazany następnie Sielowowi i Berii). Organizowano swoiste wyścigi do stanowisk. Można tu wspomnieć o grupie założycielskiej bezpieki, dowodzonej przez kpt. Kazimierza Sidora, która otrzymawszy drogą radiową cynk o wynikach rozmów toczonych w Moskwie w dniach 16 maja do 18 lipca 1944 r. (które doprowadziły do powstania PKWN i jego 13 resortów) zameldowała się w Chełmie w celu objęcia stanowisk w RBP dwa dni przed janczarami S. Radkiewicza.

         Pierwszymi jednostkami RBP były: Kontrwywiad – kierowany przez R. Romkowskiego, Wydział Personalny – dowodzony przez oficera NKWD Mikołaja Orechwe i Sekretariat – zarządzany przez Juliana Konara. Niestety, resort rozwijał się bardzo dynamicznie, tworząc struktury terenowe, w czym ogromna zasługa oficerów sowieckich – doradców, odkomenderowanych bądź „upolaczonych”. Pierwszym oficjalnym doradcą sowieckim RBP był ppłk NKWD Bielajew, zaś ppłk NKWD Szklarenko został mianowany łącznikiem pomiędzy kierownikiem resortu Radkiewiczem a siłami NKWD działającymi na terenie Polski.       W pierwszej dekadzie Peerelu pieczę nad „sprawami Polski” cały czas miał wytrawny enkawudysta Iwan Sierow, prawa ręka Ł. Berii (następnie samego N.S. Chruszczowa).

         Po przekształceniu PKWN w Rząd Tymczasowy (RT) Rzeczypospolitej Polskiej, co nastąpiło mocą uchwały KRN z 31 grudnia 1944 r. dotychczasowe resorty przemianowano na ministerstwa. W ten sposób RBP stał się MBP zaś kompetencje kierowania RBP/MBP z rąk KRN/RT coraz wyraźniej zaczęło przejmować Biuro Polityczne KC PPR/PZPR. Wyrażało się to początkowo w podejmowaniu uchwał BP KC PPR dotyczących MBP by następnie, po utworzeniu dwu stałych Komisji Biura Politycznego – ds. Bezpieczeństwa Publicznego (KBPds.BP) oraz wojskowej, dojść do bezpośredniego dyrygowania ministerstwem bezpieczeństwa oraz MON.

         Przewodnictwo obu komisji objął B. Bierut, który po wyeliminowaniu W. Gomułki stał się niepodzielnym namiestnikiem Kremla w Peerelu. Od tego czasu partia najważniejsza, aż do 1990 r. nigdy nie „odpuściła” bezpieki czy wojska (tzw. resorty siłowe).

Apogeum rozwoju MBP przypada na 1952 r., kiedy to w centrali ministerstwa pracowało 2559 funkcjonariuszy operacyjnych i 4636 nieoperacyjnych. W wojewódzkich i powiatowych urzędach bezpieczeństwa publicznego walczyło z wrogami socjalizmu 13983 funkcjonariuszy operacyjnych oraz 11576 nieoperacyjnych, mających mocne oparcie w 24659 „żołnierzach partii”, czyli funkcjonariuszach bezpieki z terenowych ogniw aparatu bezpieczeństwa publicznego.

         Do największych akcji bezpieki, wspieranych siłami MON i oczywiście służbami specjalnymi Związku sowieckiego, oprócz oczywiście walki o zdobycie władzy dla partii, należą niewątpliwie sprawy związane z fałszowaniem referendum, wyborami oraz gry wywiadowcze, zwłaszcza z Delegaturą Zagraniczną WiN, znaną pod nazwą V Komenda WiN, z Ośrodkiem Narodowym w Bergu oraz z Ukraińcami (OUN/UPA), gry będące niczym innym, jak gigantycznymi prowokacjami (zob.: Akcje specjalne; książkę, za którą już w 2002 roku sąd pod przewodnictwem sędziny Anny Wujec zafundował mi wyrok roku więzienia [co prawda w „zawiasach”] i wszelkie możliwe i niemożliwe kary finansowe).       

         W podsumowaniu można stwierdzić, że komuniści polscy, w porozumieniu, a raczej pod dyktando Stalina, zdecydowali się prowadzić szalenie zbrodniczą politykę w stosunku do własnego narodu. Świadczą o tym liczby. I tak, aby wedle niepełnych danych, zabić latach 1944-1947 zabić około 30 tysięcy członków podziemia niepodległościowego i aresztować 150-200 tys. osób z tej samej grupy, zmobilizowano 47 pułków piechoty, 2 brygady artylerii ciężkiej, 18 pułków artylerii lekkiej, 5 samodzielnych dywizjonów artylerii ciężkiej, 5 pułków czołgów, 3 pułki artylerii pancernej, 3 pułki kawalerii oraz 1 pułk saperów. Oprócz tego nie bez znaczenia były siły Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego (2 pułki, 14 batalionów operacyjnych, 18 batalionów ochrony, 13 kompanii konwojowych), Wojsk Ochrony Pogranicza, Urzędu Bezpieczeństwa, Milicji Obywatelskiej (52 808 funkcjonariuszy) i ORMO (ok. 100 tys.). Cała ta armia strzelała, mordowała, zabijała, aresztowała. Wykonywano także akcje o charakterze ochronno-obronnym. Jednak przy systematycznym fałszowaniu doniesień, rozkazów, sprawozdań, analiz, wyjaśnień i wszelkiej innej dokumentacji, dziś, po latach, nadzwyczaj trudno ustalić prawdę, znaleźć winnych, oddać sprawiedliwość niewinnym.

         Jedno jest pewne – mitem jest szukanie usprawiedliwień dla zbrodni komunistów w Polsce, tak jak mitem jest poszukiwanie tzw. polskiej drogi do socjalizmu. Droga, którą szła Peerel w pierwszej powojennej dekadzie od “A” do “Z” była wymyślona w Moskwie. Tak jak zabobonem jest przekonanie, że bez polskich komunistów Polska byłaby 17 republiką Związku Sowieckiego. Kształt powojennej Polski był bowiem ściśle zależny od planów generalissimusa, który podyktował światu wolę. Świat nie na to zgodził, nie bacząc na zasługi i ogrom poświęcenie naszego narodu w wojnie przeciwko Niemcom.

         Na zakończenie dodam jeszcze, że także mitem jest poszukiwanie obecnie dla Kraju Pieroga i Zalewajki tzw. trzeciej drogi. Dzisiejsza Polska stoi przed alternatywą: albo demokracja liberalna albo budowanie systemu mogącego doprowadzić do rządów totalitarnych.

         PS

         W tym miejscu muszę się zastanowić czy obecnie sytuacja nie przypomina tej z w czesnego powojnia? Mam tu na myśli nie tylko ekspansywną politykę Władimira Putina.

         Wydaje mi się, że W. Putin jest skrzyżowaniem rządów Piotra I i Katarzyny II Wielkiej.

         Dzisiejszego władcę Rosji poznałem przelotnie pod koniec 1980 r. w Dreźnie. Był w tedy w stopniu lejtnanta KGB i sprawiał wrażenie inteligentnego oficera. W najczarniejszych snach nie przypuszczałem, że w ciągu zaledwie kilku lat wyroście z niego watażka będący postrachem nie tylko Europy, ale i świata.

         Tymczasem po rozpadzie w 1990 r. świata dwubiegunowego, wystarczyły trzy dekady aby glob stał się trzybiegunowy, aby światem rządziły trzy mocarstwa: Stany Zjednoczone, Chiny i Rosja.

         Niewątpliwie największa rola przypada tu USA, obecnie kierowanym przez prawdziwego buraka. Można z niego „wyprodukować” cukier i wówczas świat wejdzie w erę słodkiej stabilizacji, ale można zamienić go w trującą paszę, którą pożywią się Rosja z Chinami.

         Co to może oznaczać?…

         Może będzie lepiej. Może będzie gorzej. Może jeszcze nie dziś. Może pewnego dnia.          Azali jakoś to będzie. Bo jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było. 

STAN WOJENNY & WRZASKACZE

Wybił mi pan zęby i odbił nerki.

To dla pana dobra, bo jakby przyszedł [pst]… toby wybił panu obojczyk. Wybrałem mniejsze zło.

                                                                                                       Sławomir Mrożek

 

Kolejna rocznica stanu wojennego przed nami. Kolejna szklanka koktajlu “Łza bolszewika” przede mną [200 g denaturatu, 200 g piwa “tyskie” & woda kolońska do smaku]. Z telewizora dochodzą wrzaski wojowników, tych co to obalili komunę. Wszystko to łagodzi straszną godzinę kaca i przypomina grę w szachy, w której po skończonej partii i król i pionki powędrują do tego samego pudełka.

         Wsłuchuję się we wrzaski. Nadal pobrzmiewają w nich echa głębokiego przekonania, że w grudniu 1981 r. tylko cudem uniknęliśmy zbrojnej interwencji sojuszników z Układu Warszawskiego.

         Wrzaskaczom nie przeszkadza, że jest to konstrukcja a la Wojciech Jaruzelski & Czesław Kiszczak, zmajdrowana wedle recepty: zdiełano iz CCCP. (Zobacz: Tezy do analizy służb specjalnych w: H. Piecuch Strzały do po papieża i narodu 13 V 1981 * 13 XII 1981 str. 225 – 238).

         Ogłupiając ludzi od 44 lat wrzaskacze, tępe lewicowo-prawicowe knury, ani się zająkną, że skoro przez bez mała ćwierć wieku nie znaleziono nawet jednego wiarygodnego kwitu wskazującego, że interwencja była realna, to coś z ich tezą jest nie tak.

         Przyjmuję, że na postawę czegoś lub kogoś składają się trzy elementy: emocje, gotowość do działania i wiedza. U wrzaskaczy emocje są duże, a nawet wielkie, Gotowość do działania – taka sobie, zaś wiedza – żadna.

         Ale liczba 44 i tak jest dobra, bo przecież gdyby stan wojenny się nie udał to… Przecież mordy fizyczne i psychiczne wspierają się wzajemnie.

         Azali istnieją setki dowodów świadczących o czymś wręcz przeciwnym. W końcu sam Jaruzelski przyznał, że sojusznicy chyba nie chcieli wejść. A że zrobił to nie w Polsce, a w USA to już zupełnie inna sprawa. Możliwe, że Generał nie lubi III ani w perspektywie IV RP? Wielokrotnie pisałem na łamach Tajnej historii Polski i szczekałem w mediach, omawiając i pokazując dowody, że zagrożenie było w sferze propagandowej, medialnej, nie militarnej.

          Ale wrzaskacze swoje wiedzą. Ich nie przekonają żadne argumenty. Ich prawda o zagrożeniu interwencją ma się tak do prawdy historycznej jak dupa Maryni do Zaczarowanej Dorożki.

         Z drugiej jednak strony dupa Maryni ma więcej wspólnego z Zaczarowaną Dorożką niż wrzaskacze, ktorzy nie chcą dostrzec zagrożenia które, kto wie, czy nie byłoby dla nas bardziej dotkliwe niż interwencja militarna.

         Więc jak to jest Piecuch? Czy “Łza bolszewika” nie porąbała ci mózgu? Było zagrożenie, czy nie było?

         Jestem pogodzony z faktem, że wiem mało bo może jestem głupi. Mówienie o czym tak trudnym jak to, o czym jest ten spicz z jakąkolwiek pewnością zakrawałoby na arogancję. Większość populacji nie rozumiała i nadal nie rozumie, co sie w przededniu ogłoszenia stanu wojennego naprawdę działo. I nawet nie miała pojęcia, że nie rozumie.

         Ale zagrożenie było i to bardzo realne. Tylko że pomiędzy zagrożeniem, a realizacją zagrożeń jest wieka różnica. Sprawa ta jest prosta jak konstrukcja sierpa i młota.

         Sierpem były decyzja Politbiura, z wielkim przyjacielem Polski i Polaków, nagrodzonym Orderem Virtuti Militari, Leonidem Breżniewem, a młotem – ropa i gaz, nie mówiąc już o innych drobnostkach [pełne uzależnienie funkcjonowania państwa od woli i łaski suzerena]. Wystarczyło przecież kiwnięcie palcem przez Lońkę, a kurki z ropą i gazem zostałyby błyskawicznie zakręcone. I Kraj Pieroga i Zalewajki, przy bardzo mroźnej zimie 1981/82, byłby trupem jak Atlantyda. Twierdzicie, że to bzdury, że Zachód by pomógł… 

         Być może by i pomógł. Tak jak pomógł we wrześniu 1939 r., gdy Polsce złożyła wizytę przyjacielska spółka Hitler & Stalin, lub jak pomógł nam w 1945 r, gdy Stalin, stając się jednoosobowym właścicielem spółki, przejął nas pod swoją kuratelę.

         I jeszcze jedna uwaga, oto wiele się mówi, że W. Jaruzelski kilkakrotnie prosił Związek Sowiecki o pomoc militarną. Prawda to czy fałsz? Toż to fałsz jak jasna cholera!!! Ale równocześnie Generał słał na Kreml prośbę za prośbą, petycję za petycją, umyślnego za umyślnym, błagając o pomoc.

         A jednak “Łza…” zrobiła swoje! Nie! Nie ma w tym stwierdzeniu nic nielogicznego. Generał bowiem błagał o pomoc gospodarczą, ekonomiczną… I pomoc została przyobiecana. I Sowieci słowa dotrzymali, ale dopiero po wprowadzeniu stanu wojennego. Kurki nie zostały zakręcone, a MSW otrzymało m.in. granaty łzawiące, ciepłą bieliznę i sporo wódki.

         Oceniając z perspektywy czasu można chyba powiedzieć, że stan wojenny nie tylko dokompromitował w Kraju Pieroga i Zalewajki tzw. realny socjalizm, ale był także zapowiedzią końca Imperium Zła. Imperim podgryzane z jednej strony ekonomicznie przez R, Reagana, a z drugiej ideologicznie przez Jana Pawła II, weszło w apogeum niewydolności ekonomicznej i rozpadło się implozyjnie.

         I stało się to, co się stało. Wyzwoliwszy się spod kurateli Jednych Braci zaraz wpadliśmy w objęcia drugich. Pytacie mnie czy jest różnica między braćmi? Jest. Ci pierwsi byli bardziej pazerni i bezwzględni. Ci drudzy są lepiej ubrani i może nawet mądrzejsi.

         Choć co tej hipotezy można mieć uzasadnione wątpliwości. Jest przecież zaoceaniczny Donald… rzucające w przestrzeń obiecanki, zmienne puste słowa, stanowiący najtańszy narkotyk na ogłupianie światowej tłuszczy. Tak więc, pozbądźcie się iluzji, że gdyby było w 1981 roku, ale i teraz inaczej byłoby lepiej.

         W tym momencie zamilknę, bo kto nie zrozumie mojego milczenia nie zrozumie też moich słów. Oddam głos człowiekowi, który wie, kim byli ludzie mający wpływ na podejmowane decyzje dotyczące Kraju Pieroga i Zalewajki w 1981 roku.  

         Z okazji pisania książek w oparciu o rozmowy z I zastępcą ministra Czesława Kiszczaka, szefem Służby Wywiadu i Kontrwywiadu, generałem dywizji Władysławem Pożogą poprosiłem generała o zwięzłe charakterystyki najważniejszych generałów ostatniej dekady Peerelu.

         Pożoga spełnił moją prośbę. Wyrwał z zeszytu kartkę papieru i odręcznie napisał tekst, który nawet mnie, choć nigdy nie byłem entuzjastą „dwupaku generalskiego” mocno zbulwersował.

         Oto elukubracja niegdysiejszego zausznika obu generałów. Gen. Cz. Kiszczak służalczy wobec przełożonych zwłaszcza do tych którzy mieli decydujący głos na jego dalszą karierę. Zdolny wykonać każde zadanie, aby pozyskać uznanie i względy przełożonych. W stosunku do współpracowników bezwzględny w wykonawstwie jego pole ceń przeciwstawiających się natychmiast usuwa. Żądny władzy, mściwy wobec osób krytycznie oceniających jego działania. Wyjątkowo zapobiegliwy w materialnym urządzaniu siebie i rodziny.

         Gen. W. Jaruzelski przez cały okres kariery nie przebierał w środkach w dążeniu osiągnięcia najwyższych stanowisk w państwie. Wyjątkowo mściwy, uwielbia pochlebstwa, zamknięty w sobie, pozujący na uczciwego, podejrzymy wobec najbliższego otoczenia. Uwielbia prze- prowadzenie częstych zmian na szczeblach partyjno-rządowych posługując się donosami w stosunku do najbliższych współpracowników uważanych za swoich przeciwników.

 HASŁO BLOGU: Trzeba dobrze uważać, aby nie przekroczyć tej niewidzialnej granicy dzielącej nawiedzonych od idiotów.      

MOJA WALKA Z WIKIPEDIĄ

Jak wschodzące słońce odbiera blask gwiazdom, tak ja odbieram siłę zarówno kobietom, jak i mężczyznom, którzy mnie nienawidzą. Liczni wrogowie, którzy patrzycie na mnie złym okiem, kiedy nadchodzę – wy, którzy mnie nienawidzicie – odbieram wam waszą siłę tak, jak wschodzące słońce odbiera siłę snowi śpiącego.

                                                                                                                         Anastasia Greywolf

Otwarty list do Wikipedii

8 marca 2025 powiadomiłem Wikipedię (e-mail; PDF) o zastrzeżeniach, jakie wzbudził tekst zatytułowany „Życiorys”, a poświęcony mojej osobie. Pytałem: dlaczego zmieniono mój życiorys w Wikipedii? Nadmieniłem, że poprzedni tekst, opracowany przez autora podpisanego „Banach” (autor nie jest mi znany) nosił wszelkie cechy zbliżone do prawdy. Nie znalazłem w nim żadnych wyraźnych błędnych czy zmanipulowanych informacji. Nowy życiorys (niepodpisany) natomiast roi się od błędów merytorycznych i nosi wszelkie cechy wandalizujące z wyraźną sugestią oczerniającą z przewagą hejtu. Oczekiwałem wyjaśnień.         Otrzymałem je. Były podpisane: Andrzej Kamil Rybicki. Korespondent, nie czytając mojego tekstu (podobno ze „względów bezpieczeństwa”) pouczył, że: „Aby zapewnić możliwie najwyższą rzetelność artykułu zasady zobowiązują wikipedystów do korzystania ze wszystkich dostępnych publikacji na dany temat. I tylko publikacji. Informacji nigdzie niepublikowanch w Wikipedii zamieszczać nie wolno (a już zamieszczone należy sukcesywnie usuwać)”. Pan K. Rybicki jednak nie przekazał mojego listu z prośbą o sprostowanie fałszywych treści komuś, kto otworzy PDF i ma kompetencje Wikipedii, aby zareagować na mój list.

         Niemniej jednak dziękuję i za to. Nowy tekst Wikipedii niekiedy mija się wyraźnie z prawdą. Poprzedni tekst był uzupełniany (nie wiem przez kogo). Jeżeli uzupełnienia były niewystarczające, można je było łatwo dostosować do wymagań stawianych przed autorami przez Wikipedię, m.in. korzystając z zamieszczonego w Wikipedii w dziale „Publikacje” wykazu kilkudziesięciu moich książek, a także kilkuset publikacji na mój temat i na temat moich książek zamieszczanych w książkach i innych publikacjach renomowanych autorów, pisarzy i dziennikarzy czy wydawców, ale także w portalach internetowych lub mediach społecznościowych (m.in.: J. Kurtyki, G. Motyki, A. Zybertowicza, A. Paczkowskiego, S. Cenckiewicza, P. Gontarczyka, A. Zasiecznego, S. Wolaka, A. Frukacza, A. Urbańczyka, B. Skaradzińskiego, A. Brychta, S. Krowickiego, Z. Najdera, M. Szymańskiego, P. Burcharda, M. Millera czy Zbigniewa Damskiego).   

         Czy osoby zarządzające Wikipedią zdają sobie sprawę z tego, że hejt na mnie, w latach 1996-2008, będący wynikiem fałszywych informacji medialnych skutkował kilkoma zamachami na mnie, w tym pięciokrotnym podpaleniem bloku, w którym mieszkałem, próbą oblania mnie jakąś żrącą substancją itp. (patrz m.in.: Powiadomienie prokuratora i sądu; recenzja S. Szałapaka; praca magisterska Dzieje SBK w świetle dokumentów Marka Sokołowskiego napisana w Uniwersytecie Warszawski pod kierownictwem prof. Pawła Wieczorkiewicza (wydana jako e-book). Wydarzenia te opisałem w książkach: Tłuste koty wymiaru sprawiedliwości i… oraz w Procesie… czy w innych pracach z liczącego 18 tomów cyklu: Tajna historia Polski). Już odebrałem kilkadziesiąt telefonów od hejterów z groźbą dokończenia „roboty” z przełomu wieków.

         Nowy tekst ogłoszony w Wikiepedii jest o tyle bulwersujący, że wielu autorów, m.in. J. Kurtyka, G. Motyka, A.  Zasieczny, A. Urbańczyk, S. Szałapak, S. Wolak, M. Miller, Z. Najder, S. Cenckiewicz, P. Gontarczyk, B. Urbankowski, M. Wójtowicz-Podhorski, P. Kowal w różnych przypisach, a niekiedy także publikacjach mnie poświęconych (nie mając pojęcia, że tekst mojego życiorysy w Wikipedii, do którego nie miałem większych zastrzeżeń, może być z dnia na dzień zmieniony na tekst, który muszę uznać za hejt) zamiast cytować moje CV powoływało się na stary tekst z Wikipedii. Także na moim bilecie wizytowym jest odwołanie się do Wikipedii. Rozumiem, że każdy ma prawo pisać co mu w „duszy gra”, ale preparowanie mojego życiorysu w kierunku hejtu i zamieszczanie go w szanowanej encyklopedii Internetowej to chyba przesada. Konstruktywna krytyka, potrzebna każdemu autorowi, to przecież nie to samo co podawanie nieprawdziwych informacji służących szkalowaniu dobrego imienia autora. Prosiłem o sprostowanie. I co? I nic. Odesłano mnie na Berdyczów. W tym miejscu sprostowanie łgarstw zamieszczonych w Wikipedii:

WIKIPEDIA: Henryk Piecuch (ur. 4 grudnia 1939[1]) – polski pisarz, emerytowany pułkownik Wojsk Ochrony Pogranicza.

PIECUCH: Henryk Piecuch (ur. 4 grudnia 1939 r. w Bielsku Białej) – polski pisarz i dziennikarz, pułkownik WOP i Straży Granicznej w stanie spoczynku. Patrz m.in.: „Siły Zbrojne Rzeczypospolitej Polskiej. Książeczka Wojskowa” seria HJ nr 42589; „Legitymacja emeryta-rencisty Straży Granicznej” seria AA nr 0001286; A. Zasieczny Polowanie na pułkownika… s. 33-40; Z. Damski Pasje nasze czyli sposób na życie, s. 120-129; T. Miecik i J. Machaj Kto jest kto na Ursynowie i Natolinie, s. 81-82. Moje obszerne dossier, jak również moich oskarżycielek przedstawił M. Sokołowski w pracy magisterskiej (patrz: Dzieje SBK w świetle dokumentów s. 94-97).

WIKIPEDIA: Należał do (sic! – H.P.) Wojsk Ochrony Pogranicza, na emeryturę odszedł w stopniu pułkownika[2][3]. Wraz z Jerzym Bronisławskim, Janem Litanem, Marianem Reniakiem i Marianem Cimoszewiczem.

PIECUCH: Przedstawianie mnie razem z oficerami pełniącymi służbę w formacjach uznanych przez Sejm RP za formacje zbrodnicze (patrz: Uchwała Sejmu RP z dnia 16 listopada 1994 r. w sprawie zbrodniczych działań aparatu bezpieczeństwa w latach 1944 -1956) jest niesprawiedliwe i nosi znamiona celowego pomówienia. Nie znałem J. Bronisławskiego, J. Litana i M. Cimoszewicza, o dwóch ostatnich nigdy nawet nie słyszałem. Po sprawdzeniu w Internecie zorientowałem się, że byli to funkcjonariusze Informacji WP, a także UB. Z tymi formacjami nie miałem nic wspólnego prócz tego, że często o nich pisałem, nieraz bardzo krytycznie. Biorąc pod uwagę ich wiek, musieli przejść na emeryturę znacznie wcześniej ode mnie. Przedstawiającego się jako pułkownik M. Reniak (właśc. Marian Józef Strużyński) znałem prawie 40 lat jako pisarza, dziennikarza i emerytowanego funkcjonariusz WU MBP i SB MSW. Kiedy jednak na początku lat dziewięćdziesiątych dowiedziałem się całej prawdy o jego działalności, zaproponowałem mu 2 lata na napisanie prawdziwej książki o swoich dokonaniach (zob. Tajna historia Polski. Czas generałów, s. 29). Gdy Reniak książki nie napisał, w Akcjach specjalnych s. 268-279 ujawniłem, że nigdy nie był pułkownikiem, a ukadrowionym agentem WU MBP, a następnie kadrowym funkcjonariuszem MSW w stopniu porucznika. Na emeryturę przeszedł w 1964 r. (ja 30 lat później), zaś jego dokonania przyczyniły się do śmierci wielu ludzi. Awans na stopień kapitana otrzymał już na emeryturze w 1987 r.

         WIKIPEDIA: … należy do grupy autorów serii „Labirynt”, skupiającej pracowników Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, Wojsk Ochrony Pogranicza, wywiadu lub kontrwywiadu wojskowego, którzy zajmowali się literaturą jeszcze w służbie czynnej lub po przejściu w stan spoczynku[3].

         PIECUCH: Nie wiem, czy w Wydawnictwie MON była grupa autorów serii „Labirynt”. Jeżeli nawet była, to ja do niej nie należałem. Wyd. MON wydało 6 moich książek. W tym dwie Czas szpiegów oraz Portret szpiega w serii „Labirynt”. Wydawnictwu najpierw przedkładałem ofertę, potem konspekt, a po jego akceptacji – maszynopis. Sprawą wydawcy było, do jakiej serii rzeczoną pozycję zakwalifikuje. A. Zasieczny we wstępie do Tajnej historii Polski. Requiem dla generała pisze, że napisany w 1982 r. i wydany w nakładzie 160 000 egz. Portret szpiega był gotową instrukcją dla opozycji, w jaki sposób sporządzić tajnopis do łączności konspiracyjnej. Zaś w 1984 r. Piecuch wydaje (w nakładzie 200 00 egz.) Czas szpiegów, a następnie w Czytelniku 7 rozmów z generałem…, w których zawarł ostrzeżenia dla „Solidarności”, iż bezpieka prowadzi gry operacyjne przeciw przeciwnikom politycznym. (Patrz: A. Zasieczny w: H. Piecuch Requiem dla generała s. 11-13).  

         WIKIPEDIA: Stał się znany dzięki napisaniu wywiadu-rzeki Siedem rozmów z generałem dywizji Władysławem Pożogą. W latach 90. XX wieku napisał serię książek poświęconych działalności służb specjalnych PRL[4]. Swoje książki pisze w pierwszej osobie[5] (bzdura – HP). Jego działalność pisarska jest krytykowana (kiedy, przez kogo? – HP). Zdaniem środowisk opozycyjnych (jakich, kiedy? – HP) wywiad z Władysławem Pożogą stanowił dzieło propagandowe, mające na celu przedstawić działalność służb bezpieczeństwa w PRL w korzystniejszym świetle[4].

 

         PIECUCH: Przed napisaniem 7 rozmów z generałem… moje książki były wydawane w 100 – 200 tysiącach egzemplarzy, a 7 rozmów… tylko w 50 tys.

  1. Kurtyka pisze: „Sądzę, iż Autor (z racji swoich ówczesnych uwikłań) był jedyną osobą, która mogła uzyskać stosunkowo szeroki wgląd w materiały archiwalne, w znacznej części po dziś objęte klauzulą tajności (np. dokument Rozpracowanie operacyjne sprawy kryptonim „Cezary” z kwietnia 1954 r,), i przed którą w miarę szczerze mogli otworzyć się byli funkcjonariusze MBP (wiedzący o bliskich kontaktach Piecucha z Brystygierową i Pożogą). Możliwość tę Autor uczciwie i bezwzględnie wykorzystał, z pewnością inaczej niż wyobrażali to sobie jego rozmówcy. Zawodowy historyk otrzymuje więc w Książce H. Piecucha opracowane relacje, których uzyskać w inny sposób nie byłby w stanie. Dzięki nim uchwycone też zostały atmosfera i układy personalne w MBP, MSW i WSW, niemożliwe do odtworzenia na podstawie samych dokumentów”. (Patrz: J. Kurtyka Zeszyty historyczne WiN-u nr 9, s, 303).

 

         WIKIPEDIA: Negatywną opinię o twórczości Piecucha wyraził historyk Andrzej Paczkowski, który wypomniał mu mieszanie fragmentów fabularyzowanych z dokumentalnymi, błędy merytoryczne i manipulacje (np. przywoływanie instrukcji Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego z lat 50. do ilustrowania działań w latach 70. i 80.)[4][6]. Problemy z wiarygodnością książek Piecucha wyraził również literaturoznawca Paweł Kaczyński[7]

 

         PIECUCH: Prawda jest inna, wyjaśniałem to wielokrotnie, m.in. w książce Portret z kanalią, w której polemika z A. Paczkowskim zajmuje 18 stron. Tekst w Wikipedii zasadza się na prostej manipulacji: oto autor mojego życiorysu przytacza wyrwany z kontekstu wstępu Od wydawcy autorstwa A. Paczkowskiego (zob.: Akcje specjalne, s. 19) fragment nie bacząc, że kilka wierszy przed tym profesor Paczkowski napisał: „Droga, jaką Autor prowadzi czytelnika jest drogą w ślepy zaułek. Ale jest to droga ciekawa, pełna ekscytujących wydarzeń, śladów ludzkich słabostek skomplikowanych gier.  I opisana łatwym – niemal lotnym – piórem dobrze przygotowanego Autora”.

         Prawdziwie o moich książkach pisali także inni     liczni autorzy (niekiedy nie szczędząc uwag lub wątpliwości, ale nie hejtu). Wspomina o tym A. Zasieczny (patrz: A. Zasieczny w: H. Piecuch Krucjata generałów, s. 12-18) publikując fragmenty tekstów poświęconych moim książkom takich dziennikarzy i pisarzy jak: Bogdan Skaradziński w „Tygodniku Solidarność”, Anna Mikolajczyk w „Westerplatte”, Antoni Mondrowski w „Megaronie”, Janusz Kurtyka w „Zeszytach Historycznych WiN-u” i książce „Z dziejów agonii i podboju”, MB w „Gazecie Wyborczej”, Janusz Skowroński w „Przeglądzie Lubańskim”, Andrzej Brycht w „Świecie Książki”, Stanisław Krowicki w „Myśli Polskiej z książką”, Andrzej Frukacz w „Dzienniku Związkowym (USA – H.P.) czy Ignacy Rutkiewicz w „Wizji publicznej” nr 12/60/”. 

          W latach 1980-2025 napisałem sto książek, z których część była poświęcona służbom specjalnym. Powoływali się na nie różni autorzy, także zagraniczni, np. w biografii R. Reagana jest tylko wymienionych dwóch Polaków, L. Wałęsa i ja (patrz: P. Kengor  The crusader: Ronald Reagan and the fall of communism, s. 290, 408). Fragmenty moich książek były publikowane także w prasie. M.in. w tygodniku „Polityka” wyjątki z 7 Rozmów z generałem… publikował red. Marian Turski. W„Dzienniku Związkowym” (USA) red. Wojciech Białasiewicz ogłosił kilka rozdziałów różnych książek z wydawanej przez wydawnictwo CB serii „Tajna historia Polski”. Inne fragmenty ogłoszone były m.in. w „Granicy”, „Szpilkach”, a także w kwartalniku „Zeszyty Historyczne” wydawanym przez Instytut Literacki w Paryżu. Jak piszą autorzy strony internetowej (https://lubimyczytac.pl): „ Po przeanalizowaniu 48 moich książek (Piecuch – H.P.) pisze książki: kryminał, sensacja, thriller, literatura piękna, powieść historyczna, biografia, autobiografia, pamiętnik, reportaż, publicystyka literacka, eseje, historia, nauki społeczne (psychologia, socjologia itd.), poezja, militaria, wojskowość”. Takiej gamy gatunków literackich nie można napisać tylko w pierwszej osobie. Wynika to również z recenzji S. Szałapaka patrz: https://www.biblioteka.michalowice.pl

 

         WIKIPEDIA: podrozdział: „Proces z członkiniami Samodzielnego Batalionu Kobiecego im. Emilii Plater …”

 

         PIECUCH: ten fragment Wikipedii powtarzający zmanipulowane i kłamliwe treści z książki Olgi Wiechnik (zob.: O. Wiechnik Platerówki? Boże broń!, s. 256 i nas.) muszę uznać za obrzydliwy hejt  , tyle w nim kłamstw i dezinformacji (patrz Proces. Kłamstwa, mity, dezinformacje i konfabulacje, s.5-267)

         Na fakt manipulacji i kłamstw w moim procesie zwraca uwagę J. Kurtyka, pisząc: „W czasie towarzyszącej procesowi kampanii prasowej, Autora starano się przedstawić jako ignoranta, który rzekomo pisze o jakowymś etatowym batalionie prostytutek. Niestety, nawet luminarze nauki historycznej nie oparli się pokusie pouczania Piecucha, iż etat Armii Czerwonej nie przewidywał polowych burdeli. Tymczasem Piecuch pisze o dramatycznym losie kobiet, które dostały się w bezwzględne tryby sowieckiej rzeczywistości łagrowej a później wojennej”.(Patrz: J. Kurtyka, dz. cyt., s. 301).

         O tym procesie, toczącym się w latach 1996 – 2011, tak pisał w pracy magisterskiej M. Sokołowski: „Proces toczył się w atmosferze medialnej nagonki na autora i braku elementarnych zasad równego traktowania stron. Jego przebieg i blokowanie prawa do obrony przez oskarżonego jest przykładem defektu systemu prawnego III RP i tak naprawdę wymaga wnikliwego zbadania wszystkich niuansów z nim związanych”. Zaś w portalu „Tania książka” czytamy m.in. „Był to być może pierwszy proces polityczny w III RP, w którym kłamstwa zostały uznane za niepodważalną prawdę, a sąd całkowicie odrzucił dowody obrony w postaci ukrywanych w archiwum KC byłej PZPR dokumentów z lat 40. XX wieku, publikowane w prasie relacje kombatantek 1. SBK oraz opinie renomowanych historyków, m.in. prof. P. Wieczorkiewicza i prof. J. Kurtyki. Kłamstwa i mity oskarżycielek H. Piecuch, zatwardziałych komunistek i oficerów służących w 1. SBK, powtórzyła bez słowa komentarza w swojej książce O. Wiechnik”.

         Szeroko o procesie wytoczonym mi w 1996 r. przez cztery funkcyjne funkcjonariuszki 1. SBK: L. Bibrowską, A. Żurawską, I. Sztachelską i K. Jodkowską, z których dwie pierwsze, już po wojnie, będąc w składzie sądu popełniły „justizmord” (morderstwo sądowe), pisali m.in.: M. Sokołowski w książce Dzieje SBK w świetle dokumentów, A. Zasieczny w Polowaniu na pułkownika… i J. Kurtyka w Zeszytach Historycznych WiN-u.  

         W portalu Książnicy Karkonoskiej (https://bibioteka jelenia-gora.pl) czytamy, że książka Tłuste koty wymiaru sprawiedliwości „… dotyczy nie tylko szeroko rozumianego wymiaru sprawiedliwości czy 1. Samodzielnego Batalionu Kobiecego im. Emilii Plater. Jest to swojego rodzaju podsumowanie twórczości pisarza, którego dziesięć książek ze stu jego autorstwa trafiło na listy bestsellerów. W tym miejscu proponuję przeprowadzić eksperyment: stworzyć leksykon ze słowami oraz wszelkimi formami tych słów (włączając w to neologizmy), których Piecuch użył w swojej twórczości. Na początek wystarczy setna książka pisarza. Okaże się wtedy, że ten leksykon będzie zawierał bardzo dużo haseł. I kto wie, czy Piecuch nie wygrałby konkursu w tej konkurencji. „Bo chodzi o to, by język giętki…” Warto też przeprowadzić inną analizę – analizę gatunków literackich, ale przede wszystkim dziennikarskich, stosowanych przez pisarza, zaczynając od „Tłustych kotów…”. Są to: reportaż literacki – dzieło reportażysty oraz notatka reporterska czy podpis pod zdjęcie, wywiad…; esej, artykuł polemiczny, memuar, literackie impresje, strumienie świadomości itp. itd. Tak, przyjrzyjmy się stylowi oraz wielogatunkowości prozy Henryka Piecucha – rozsmakujmy się w tym kunszcie literackim”.

          Konstruktywna krytyka, potrzebna każdemu autorowi, to przecież nie to samo, co podawanie nieprawdziwych informacje ocierających się o hejt. I tak: 

  1. Nazwa „Plateranki” na nazwanie żołnierek 1. SBK jest prawidłowa, zgodna z normami języka polskiego (patrz: Proces. Kłamstwa, mity, dezinformacje i konfabulacje).
  2. Wypowiedź mojej relantki, zanotowana w czasie II Zlotu żołnierek 1. SBK, skarżącej się, że w czasie służby ona i jej koleżanki były molestowane seksualnie, co jest kompatybilne m.in. z raportami I. Sztachelskiej i L. Bibrowskiej, zastępczyń dowódcy 1. SBK do spraw polityczno-wychowawczych (patrz: M. Sokołowski, dz. cyt. Aneksy 41-59). Wypowiedź mojej informatorki była starannie weryfikowana. Wielokrotnie wspominałem o tym na swoim blogu internetowym oraz w różnych publikacjach i książkach, także najnowszych (np. w Procesie… i Tłustych kotach wymiaru sprawiedliwości,) w których zamieściłem obszerny materiał ilustrujący moje ustalenia w sprawie 1. SBK, m.in. fragmenty dokumentów, książek, zdjęć, rysunków, aneksów i nie tylko. Bibliografia Procesu… liczy 28, a Tłustych kotłów… 106 pozycji, nie licząc tytułów prasowych i wydawnictw periodycznych).
  3. W języku polskim kojarzyć można wszystko z wszystkim. Np. M. Szymańskiemu nazwa „Platerówki” kojarzy się z „tirówkami”. M. Szymański wyjaśniał to m.in. sądowi oraz w cyklu felietonów Tyrady zza lady zamieszczanych w gazecie „Południe – Głos Mokotowa, Ursynowa i Wilanowa”.
  4. Mojego przypisu wyjaśniającego w Akcjach specjalnych, iż nie „podzielam poglądów swojej relantki” oraz dlaczego zamieściłem wypowiedź relantki nie było jedynie w liczącym 200 egz. wydaniu sondażowym (była tam jedynie errata załączona na luźnej kartce). W wydaniu podstawowym przypis już był. Patrz: A. Zasieczny Polowanie na pułkownika….
  5. A. Zasieczny, pisarz, dziennikarz, redaktor ok. 1000 książek, właściciel wydawnictwa CB, które wydało 500 pozycji książkowych, niczego nie powielał z Akcji specjalnych. A. Zasieczny Polowanie na pułkownika… napisał na podstawie znajomości raportów I. Sztachelskiej i L. Bibrowskiej, materiałów archiwalnych, książek, materiałów prasowych i telewizyjnych, ale przede wszystkim na podstawie uczestnictwa w każdej rozprawie, których w latach 1996 – 2011 było kilkanaście.

         W portalu Ceneo.pl Henryk Piecuch, nieznany mi autor pisze o mojej ostatniej książce m.in.: „Tłuste koty wymiaru sprawiedliwości i… są setną książką Henryka Piecucha, w której jak w zwierciadle odbija się historia Polski Ludowej ale i pierwszych dekad III RP. Autor jest ostrym krytykiem Peerelu i życzliwym, acz złośliwym obserwatorem Polski współczesnej. Od lat domaga się ujawnienia pełnej prawdy o naszej najnowszej historii. Szczególnie interesują go sprawy utajone, których najwięcej wiąże się z działalnością polityków, służb specjalnych, wymiaru sprawiedliwości, Kościoła, czarnej propagandy i mediów. H. Piecuch, na przykładzie własnego procesu pokazuje, że w okresie transformacji ustrojowej tzw. samooczyszczenie się niektórych środowisk, ważnych dla funkcjonowania demokracji jest mitem. Zblatowanie tzw. szeroko rozumianego wymiaru sprawiedliwości z władzą wykonawczą, służbami specjalnymi i mediami doprowadziło do tego do czego doprowadziło. Manipulacje, dezinformacje, prowokacje i przede wszystkim pranie mózgów społeczeństwa widoczne jest jeszcze dziś. Autor Tłustych kotów… marząc, aby w Polsce prawo zawsze prawo znaczyło, a sprawiedliwość – sprawiedliwość, twierdzi że obecnie w Kraju Pieroga i Zalewajki sytuacja jest dobra, ale nie beznadziejna.
Autor przeznacza honorarium za książkę na pomoc dla powodzian.

         Piecuch domaga się ujawnienia pełnej prawdy o naszej najnowszej historii, szczególnie w kontekście spraw utajonych związanych z politykami, służbami specjalnymi, wymiarem sprawiedliwości, Kościołem oraz mediami.

         Dla kogo jest ta książka?

  • Osoby zainteresowane historią Polski Ludowej i III RP
  • Miłośnicy biografii i literatury faktu
  • Krytycy polityczni i społeczni

*   Studenci kierunków humanistycznych i społecznych
Co zyskasz dzięki tej publikacji?

  • Głębsze zrozumienie historii:Poznaj nieujawnione aspekty historii Polski, które mają wpływ na współczesność.
  • Krytyczna analiza:Zdobądź wiedzę na temat zblatowania wymiaru sprawiedliwości z władzą wykonawczą i mediami.
  • Refleksja nad demokracją:Zastanów się nad mitami związanymi z samooczyszczeniem się instytucji w okresie transformacji ustrojowej.
  • Wnikliwe obserwacje: Odkryj złośliwe, ale trafne spostrzeżenia autora na temat współczesnej Polski.

         Kluczowe tematy i obszary

  • Historia Polski Ludowej
  • Transformacja ustrojowa w Polsce
  • Rola mediów i służb specjalnych
  • Manipulacje i dezinformacje w społeczeństwie
  • Polityka i wymiar sprawiedliwości”

 

CZY TE KILKA FAKTÓW Z MOJEGO ŻYCIORYSU SĄ WYSTARCZAJĄCYM POWODEM, BY KIEROWNICTWO WIKIPEDII UZNAŁO, ŻE NIE WYPADA MANIPULOWAĆ MOIM ŻYCIORYSEM?

MOJE GÓRY CZYLI

Góry (definicja AL.) to wyniosłości terenu o znacznej wysokości względnej, charakteryzujące się stromymi stokami i wyraźnie odgraniczone od otaczającego terenu. Mogą to być pojedyncze szczyty lub pasma górskie. 

         ***

         Słowo góra ma 351 synonimów podzielonych na 21 grup znaczeniowych. W odniesieniu do gór (zob. definicja AL.) – 18, a w odniesieniu do sprawowania władzy tylko 14 grup. W tym miejscu zacznę od ostatniego odniesienia.

         Zainspirowany Franzem Kafką pozwalam sobie na strawestowanie wersu wielkiego pisarza z cyklu Rozważań o grzechu, cierpieniu, nadziei i słusznej drodze.

         Nie wiem co zainspirowało Kafkę do napisania rzeczonej przypowieści. Mnie zainspirował prezydent USA Donald John Trump.         Prezydent USA w drugiej kadencji prezydentury jest o wiele bardziej napuszony niż w pierwszej. Sądzi, że zrobił duże postępy w dobru, albowiem jako zawsze nęcący przedmiot czuje się widocznie narażony na wciąż nowe pokusy czyhające z całkiem nieznanych mu dotychczas kierunków. Słuszne jest jednak to wyjaśnienie, że wstąpił w niego diabeł i nachodzi mnóstwo mniejszych, aby służyć dużemu. Te mniejsze diabłu to chociażby Władimir. Putin czy Benjamin Netanjahu. Oni zaczynają grać Trumpowi na nosie. Czekam aż prezydent USA się na nich zdenerwuje. Może uderzy pięścią w walizkę i przywoła ich do szeregu. To byłaby muzyka dla moich uszu.

         A teraz pozwólcie mi przeskoczyć od Kafki i Trumpa do zupełnie innego tematu.

         *** 

         Góry od najdawniejszych dziejów fascynowały człowieka. Mnie także. W Górach Izerskich usytuowałem swoje Macondo. Ale na początek niech idą Tatry. No to ad rem.

         Dlaczego góry fascynują? Na to pytanie najtrudniej odpowiedzieć. Najlakoniczniejszej odpowiedzi udzielają taternicy twierdząc, że „góry po prostą są. I to powinno wystarczyć”.

         Ale, przecież wszyscy muszą być górołazami, dlatego…

 ***

  Może twórcy kultury znają odpowiedź. Poszukajmy odpowiedzi w poezji, prozie, malarstwie i muzyce.  

         Przed wiekami trudno dostępne, dzikie szczyty kojarzyły się w umysłach ludzi z tym, co tajemnicze, groźne, nadzmysłowe – z bóstwami. U wszystkich prawie ludów i w różnorodnych religiach spotyka się “święte góry”. Z tego okresu przetrwały do naszych czasów różnego rodzaju mity. Grecy mieli Olimp i Parnas, Turcy Ararat, Rusini Uszbę, Japończycy Fudżi-jamę, a Tybetańczycy górę gór – Czomolungmę czyli Mount Everest, najwyższy szczyt świata. Również w Polsce na Ślęży, Raduni, Łysej Górze czy Śnieżce odkryto reszki kultów świadczące, że szczyty te były obiektem kultu pogańsko-religijnego. Dla starożytnych dziki krajobraz górski był w wyraźnej opozycji do kanonów antycznego piękna.

         ***   

         Musiały jednak minąć stulecia zanim ludzie dostrzegli w górach oprócz obiektów kultu także głębsze wartości. Hasła powrotu do natury, do przyrody nietkniętej cywilizacją nasiliły się już od połowy XVIII w. Jej prekursorem był J.J. Rousseau wyznaczając przyrodzie ważną rolę w dziele kulturalnego (duchowego) i fizycznego kształtowania człowieka. Nieoceniony wkład w rozwój zainteresowania górami odegrała filozofia oświecenia i związany z nią postęp w naukach przyrodniczych. W góry najpierw ruszyli uczeni a dopiero później artyści.

         W Polsce taką prawidłowość możemy prześledzić na podstawie poznania Tatr, zwanych wówczas także Krapak, Krępek i Karpak.        Ciekawym zjawiskiem jest, że Tatr nie usakralizowały prapolskie obrzędy pomimo, że te góry jak żadne inne z gór polskich nadawały się do różnych kultów. Ale i tak nasze najwyższe góry mają  wyjątkowe miejsce w kulturze polskiej. Możemy to prześledzić w poezji, prozie, malarstwie i muzyce.

         Trzeba jednak wyraźnie podkreślić, że o ile w poezji i malarstwie twórczość tatrzańska dorównywała czołowym osiągnięcia europejskim w tej dziedzinie, to proza i muzyka była znacznie słabsze. 

         ***

         Tatry są najwyższą grupą górską w łuku Karpat z najwyższym szczytem Gierlachem (2655 m npm). Zajmują powierzchnię około 700 km kwadr. Piata część znajduje się w obecnych granicach Polski (najwyższy szczyt Rysy – 2499 m npm), a nad stolicą Tatr polskich – Zakopanym dominuje masyw Giewontu.

         Pierwszym twórcą, który w wierszowanym utworze wspominał o Tatrach  był Adam Schroeter. O Krępaku wspomina również Jan Kochanowski. O Tarach śpiewają w swej pieśni konfederaci barscy:

         Moc innych wiatrów od boskich Tatrów

         Wszystko obali, Polskę ocali.

         ***

         Wszystko to były jednak informacje podawane niejako przy okazji. Pierwszym Polakiem przybyłym w Tatry z zamiarem ich poznania i naukowego zbadania był Stanisław Staszic (1804-1805), który w pracy O ziemiorodztwie i Karpatów i innych gór i równin Polski przetarł szlaki pod turystykę  tatrzańską i przyczyniły się do powstania tak zwanej literatury tatrzańskiej.

         Przykład Staszica zachęcił tych “lubowników krajowidoków”, których nie odstraszały trudy dalekich podróży. Popularne było Morskie Oko, ale ruch był niewielki (około 10 osób rocznie).

         Jednak dopiero romantyzm w pełni docenił piękno Tart. Mickiewicz wymienia Krępak w Pani Twardowskiej i wspomina Tarty w dramacie o konfederatach barskich, a Słowacki wprowadza “Góry Karpackie”, ale są to jednak prace przyczynkarskie.

         ***

         Tatrami na poważnie zajął się Seweryn Goszczyński, poeta, publicysta, uczestnik Powstania Listopadowego, konspirator, łączący sprawy narodowe z Tarami, który od 1832 r. mieszkał kilka miesięcy w Łopusznej, poznawał tatry i pisał Dziennik podróży do Tatrów. Ten rok należy uznać za przełomowy dla polskiej literatury tatrzańskiej. Goszczyński jest także autorem Sobótki – fragmentu nie ukończonego poematu Kościelisko oraz kilka innych utworów.

         Romantyk Goszczyński był pełen podziwu dla miejscowej ludności. W Dzienniku… pisał:

         Tatry straciłyby niezawodnie połowę swego uroku  bez swoich mieszkańców.

         Półtora wieku później myśl poety twórczo rozwinął ks. prof. Józef Tischner w fascynującej pracy o dużym zabarwieniu humorystycznym, pisanej gwarą góralską pt. Historia filozofii po góralski. Profesor, nawiązując do tezy o wielkim wkładzie filozofii w dzieło poznania gór, pisze m.in.:

         Na pocątku wsęndy byli górole,

         a dopiero pote porobiyli sie Turcy i Zydzi.

         Gorole byli tyz pirsymi “filozofami”.

         “Filozof” –  to jest pedziane po grecku.

         Znacy telo co: “mędrol”. A to jest pedziane

         po grecku dla niepoznaki. Niby, po co mo

         fto wiedzieć, jak było na początku?

         Ale Grecy to nie byli Gracy, ino górole,

         co udawali greka. Bo na początku nie było

         Grekółw, ino wsędy byli górole.

         ***  

         W trzy lata po Goszczynskim przybył na Podhale Wincenty Pol, który odnalazł nowe spojrzenie na góry. Wzywając do poznawania górskiej przyrody pisał:

         W góry! w góry, miły bracie!

         Tam swoboda czeka na cię.

         Na szałase do pasterzy,

         Gdzie ze źródła woda bieży;

         Gdzie się serce z sercem mierzy

          I w swobodę człowiek wierzy.

         ***

         Drugą przełomową datą w literaturze tatrzańskiej jest rok 1873. Wiąże się to z powstałą wówczas organizacją Towarzystwo Tatrzańskie, które poszerzyło krąg ludzi znających Tatry z autopsji. Wielu turystów chwytało za pióro. Wielką rolę odegrał Adam Asnyk rozprawiający się zdecydowanie z romantycznym odczuwaniem natury. Poeta – pozytywista postuluje zmianę stosunku do gór i ludzi Pohala. Pisał:

         Że Tarom trzeba bydła, a nie strusi

         Że zapatrzone w niebo wiejskie bębny

         Piękne są – tworząc harmonię pastuszą,

         Do której trzeba dostroić się duszą.

         W twórczości tego twórcy na szczególną uwag zasługuje pięć sonetów pt. Morskie Oko oraz Noc pod Wysoką, w którym zarys oglądanego nocą szczytu poeta porównał do ogromnego gmachu obudowanego rusztowaniami. Asnyk tak to opisuje:

         Zostało jedno wielkie rusztowanie,

         Zbitych granitów grzbiety rozpostarte

         O ile dla Asnyka twórczość związana z Tarami stanowi tylko epizod, to dla Kazimierza Przerwy Tetmajera twórczość tatrzańska stała się najgłębszym przeżyciem. Widzimy to we fragmencie Widoku ze Świnicy do Doliny Wierchcichej, w którym poeta wyznaje:

         Patrzę ze szczytu w dół: pode mną

         przepaść rozwarła paszczę ciemną –

         Patrzę w dolinę, w dal:

         i jakaś dziwna mię pochwyca

         bez brzegu i bez dna tęsknica,

         Niewysłowiony żal (…)

         ***

         Wielka poezja tatrzańska dopiero z Tetmajerem wkroczyła do Tatr. Nikt przedtem oni po nim nie potrafił tak scalić wrażeń słuchowo wzrokowych w swoisty stop malarsko-muzyczny. On pierwszy wprowadził region tatrzański do literatury ogólnopolskiej.

         Podobne motywy podjął również poeta okresu Młodej Polski, dramaturg, prozaik, tłumacz  z literatury greckiej, angielskiej, francuskiej, niemieckiej i skandynawskiej profesor literatury porównawczej Jan Kasprowicz (1860 – 1926), który nie był wolny od symbolizmu. Tatry poznał pod koniec XIX wieku i wielokrotnie do nich wracał. Mieszkał również w Poroninie i w Harendzie koło Zakopanego. Wiele jego utworów powstało – jak sam podkreślał  “w obliczu Tatr”.W jednym ze swoich fundamentalnych dzieł pt. Księga  ubogich, w skład których wchodzi 42 wiersze i Uzupełnienie poeta po długotrwałych poszukiwaniach, po okresach “wadzenia się z Bogiem” i zarzuceniu wątków zbójnickich Janosika i Napierskiego, w miarę poznawania Tar powraca do opisywania ludzi zwykłych, szarych. Równocześnie daje wyraz swojej tęsknocie za umiłowanymi górami. Świadczy o tym już tytułowy utwór Witajcie, kochane góry, który pragnę szerzej zanalizować.

         W wierszy tym uwagę zwraca oryginalne ujęcie podmiotu lirycznego, po raz pierwszy w poezji tatrzańskiej tak wyraźnie zaakcentowanego. Podmiot liryczny zwraca się do przeszłości ale i chwili obecnej. W odróżnieniu od innych twórców, a także wczesnych utworów samego Kasprowicza podmiot liryczny wiersza  wolny jest od cierpień i wyraża radość. Poeta pisząc:

         Witajcie, kochane góry,

         O witaj, droga ma rzeko!

         I oto znów jestem z wami,

         A byłem tak daleko!

Daje do zrozumienia. Że ucieka od cywilizacji w nieskażoną przyrodę, w góry.

         Opisując krajobraz tatrzański ale, w odróżnieniu od wcześniejszych utworów – przyjazny człowiekowi, twórca wyznaje, że nadsłuchuje i rozumie przyrodę. Opowiada o tym w takich słowach:

         Że słyszę, jak szumisz, ty wodo,

         Szeroko i głęboko.

         Tak! chodzę i patrzę, i słucham –

         Zastanawiając się co się zmieniło podmiot liryczny dostrzega zmiany. Zwraca uwagę na przemijanie świata. Zmieniają się i umierają ludzie i przyroda. Mówi o tym fragment wywołujący zadumę, ale bez epatowania tragicznością:

         Nic, jeno w chacie przydrożnej

         Zmarł mój przyjaciel leciwy

         I uschły dwie wierzby na rowem,

         Strażniczki wiosennej niwy.

         Eksponując uczucie miłości człowieka do pejzażu tatrzańskiego poeta unika operowania symbolami. Opisuje świat środkami realistycznymi. Warto zwrócić uwagę na rolę zdań pytających i wykrzyknikowych, np.:

         O jakże tu miło! jak miło! –

         I śledzę, czy coś się tu może

         od kiedyś nie zmieniło?

Te słowa świadczą o zaangażowaniu podmiotu lirycznego.

         Jeżeli chodzi o budowę wiersza to jest ona tradycyjna, klarowna z rymami i podzielona na strofy. Początek i koniec utworu zamykają dwie identyczne czterowierszowe zwrotki.

         *** 

         Na uwagę zasługuje fakt, że choć tematyka tatrzańska okresu modernizmu i Młodej Polski stała się obowiązująca dla młodych poetów, to w ogromniej większości powielali oni dorobek Tetmajera i Kasprowicza. Ich wpływom oparli się jedynie tacy twórcy jak Żuławski, Miciński i Staff. Szczególnie ten ostatni, zafascynowany pięknem krajobrazu tatrzańskiego daje wizję gór będących tłem i areną “igrzysk olbrzymów”.

         Charakteryzując ten okres twórczości tatrzańskiej, zakończony definitywnie w roku 1918 należy podkreślić, że wybitnie malarskie przedstawianie poezji Tetmajera, symbolizm i “codzienność” spojrzenia na Tatry Kasprowicza i dionizyjska pochwała gór w utworach Staffa wydatnie wzbogaciła ten okres  w literaturze polskiej.

         ***

         Okres dwudziestolecia międzywojenne nie przyniósł w literaturze tatrzańskiej rewelacji. Wielcy twórcy, tacy jak Jarosław Iwaszkiewicz, Maria Pwlikowska-Jasnorzewska czy Juliam Przyboś, choć poświecili Tatrom znaczące utwory, to niejako czynili to na marginesie swojej “poważnej” twórczości. Z tego okresu warte odnotowania jest, obok kontynuacji poczucia tradycji nowatorstwo formalne. Oto przykład wiersza Morskie Oko Adama Bieleckiego:

         800 m długości

         400 m szerokości

         Słoneczna atramentowa głębia.

         Trzeba przyznać, że takim utworem trudno się zachwycać. Zaś nowatorstwo Przybosia obrazuje taki fragment:

         w oczach przewraca się obnażona ziemia

         do góry dnem krajobrazu

         niebo strącając w przepaść.

         ***

         W tym okresie w literaturze tatrzańskiej zapisali się również taternicy. Nie był to poezja najwyższego lotu, była jednak oryginalna. Wymienić tu należy Mariusza Zaruskiego, Ferdynanda Goetela, Rafała Malczewskiego (również wybitny malarz) i Jana Józefa Szczepańskiego.

         W Najnowszych latach poeci polscy, łącznie z noblistami Czesławem Miłoszem i Wisławą Szymborską nie byli zainteresowani literaturą tatrzańską, choć ta ostatnia bardzo chętnie odwiedzała Tatry.

         ***

          Aby mieć wyobrażenie o wartości poezji tatrzańskiej należy ją porównać z poezją ogólnopolską. Na tym tle, mimo, że można tu wymienić dziesiątki poetów i setki utworów twórczość miłośników gór prezentuje się  skromnie. Do czołówki można zaliczyć jedynie Tetmajera, Kasprowicza, Micińskiego i Przybosia. Ale i tak wpływ poezji tatrzańskiej na poezję polską był zauważalny.

         ***

         Również proza tatrzańska nie zanotowała wybitnych dzieł, które na trwałe wzbogaciły  kulturę wysoką, aczkolwiek wiele utworów zasługuje na poświęcenie im baczniejszej uwagi ze względu na tematykę dotyczącą ludzi gór i majestatu przyrody. Po Tatrach  chodzili  Kasprowicz, Jalu Kurek i Iwaszkiewicz, Tetmajer i Karłowicz, który u stóp Kościelca znalazł swoją mogiłę. Stefan Żeromski w Zakopanym szukał pierwowzorów literacki do Ludzi bezdomnym.

         Z Tarami był związany Jan Alfred Szczepański i Stanisław Witkiewicz (1851 – 1915), malarz, krytych  i prozaik,  człowiek o niezwykle barwnym życiorysie, ojciec Stanisława Ignacego Witkiewicza. Młodość spędził w Tomsku, studiował w Petersburgu i Monachium. Po powrocie do polski oddał się pracy malarskiej, ilustratorskiej i krytycznej. W 1990 r. osiadł w Zakopanym, a 18 lat później wyjechał do Lovran, gdzie zmarł.

         Jest Witkiewicz autorem licznych prac krytycznych ogłaszanych w “Wędrowcu”, w tym fundamentalnym szkicu o Panu Tadeuszu Adama Mickiewicza, w której zwraca uwagę na pisanie obrazami. Uważając taką metodę za istotną wartość literatury rozwinął ją w utworze pt. Na przełęczy. Wrażenia i obrazy z Tatr, w której zawarł nowatorski sposób “malowania słowem” (pierwodruk w  “Tygodniku Ilustrowanym). W powieści tej, będącej relacją z wycieczki górskiej Witkiewicz połączył z opisami krajobrazu tatrzańskiego oraz refleksją nad życiem, charakterem i mową górali, budownictwem oraz ich sztuką zdobniczą. Podmiot literacki umiejętnie łączy tu socjologiczny dokumentaryzm z literacka kreacją, a “plastykę obrazowania” autor zawarł nie tylko w słowach ale i malarstwie, grafice i rysunkach dołączonych do tekstu ściśle literackiego.

         Ambicją autora Na przełęczy było przetopić naturę na czysty blask światła i barwy w duchu impresjonizmu. Wystąpiło to szczególnie w ukazywaniu pejzażu górskiego w mgłach,  przez które przenika światło, w wodzie, która gdzieś się śpieszy, powietrzu unoszącym specyficzne zapachy i ogniu, którego trudno zapomnieć. Podmiot literacki dał tu, obok innych refleksji znakomity portret Sabały, a w warstwie refleksyjnej heroizował uzdolnienia artystyczne górali, przedstawił poglądy na architekturę, sztukę zdobniczą i mowę górali upatrując w ludowym stylu góralskim źródło odrodzenia kultury narodowej.

         Oto kilka przykładów słownego malowania przyrody Tatr w ujęciu Witkiewicza:

         W powietrzu unosił się zapach rozgrzanych mchów, traw i kwiatów polnych.

         Albo:

         Ta woda wesoła, wściekła, pieniąca się, jasna i przeźroczysta, która gdzieś śpieszy, dokądś pędzi, z tajemniczym pośpiechem, zdaje się być żywą i obarczoną świadomością swego życia i celów.

         Lub malownicze, obrazowe “uczłowieczenie          ognia:

         Ogień, przy którym się przespało, przegwarzyło lub przemyślało noc całą, zdaje się być istotą żywą, czującą; odchodząc go, odwraca się człowiek, aby spojrzeć jeszcze raz, jak na jednego z towarzyszy, którego się z musu opuszcza…

         Mamy tu również przykłady perfekcyjnej personifikacji, wyrażającej się chociażby w takim fragmencie:

         Kosodrzewina rozkładała szeroko grube golenie i zwisała nad rozpadlinami ciemną zielenią; czy: Smrek jest smutny, ceny, wyczekujący, jak gdyby nadsłuchiwał, jak gdyby czegoś się spodziewał (…). Chwila to dziwna, w której smrek przypomina twarz zawsze smutną i ponurą, na której na mgnienie wybłyska uśmiech radośny i jasny.

         W utworze Na przełęczy podstawowym kryterium autora była zgodność estetyczna sztuki z naturą, prawdą i moralnością. Witkiewicz chyba w pełni zasłużył na miano  “ewangelisty Tatr” jakim obdarzyli go współcześni mu twórcy, głosił konieczność konsekwencji wobec przyjmowanych przez artystę założeń formalnych, bo Tatry – ten krajobraz doskonały, objawiający cenne wartości wzbudza afirmację życia i potęguje wolnościowe dążenia społeczeństwa.

         ***

         Atmosfera żadnych gór na świecie nie sprzyjała do tego stopnia powstawaniu poezji, prozy, obrazów i muzyki, co właśnie dzikie i osobliwe Tatry. Dlatego obraz fascynacji górami, ograniczony do poezji i prozy, a więc działań czysto literacki byłby daleko niepełny bez uwzględnienia malarstwa i muzyki.

          Malarze zapewne odczuwali góry podobnie do współczesnym im poetów i prozaików. Jednak przed nimi, obok kolorystycznych, piętrzyły się inne trudności niż w wypadku twórców operujących wyłącznie słowem. Jak bowiem na maleńkim spłachetku płótna, niewielkiej desce lub kartce papieru oddać łamliwą materię skalnej grani? W jaki sposób zaznaczyć niezmierzoną perspektywę, majestat szczytów, mgłę i zamieć, krystaliczną czystość górskiego poranka lub głęboką ciszę, itp.?

         ***

         Trzeba przyznać, że artyści poradzili sobie znakomicie z tymi trudnościami. Jednym z pierwszych polskich malarzy Tatr był Jan Niepomucen Głowacki rysując delikatne i oszczędne pejzaże górskie.

         Tatry obrali za temat swoich prac Wojciech Gerson, Aleksander Kotcis, Leon Wyczółkowski, Władysław Ślewiński, Jan Stanisławski, Zofia Stryjeńska, Władysław Skoczylas, Tadeusz Makowski, Tadeusz Kulisiewicz, Antoni Kenar czy Rafał Malczewski i inni. Ci malarze, aczkolwiek natchnieni tatrzańskim pejzażem i sztuką ludową byli dalecy od  imitacji natury lub stylizacji kultury ludowej. Wręcz przeciwnie, każdy z wymienionych wniósł swój własny wkład w interpretację tego fascynującego zakątka Polski, wzbogacając naszą kulturę narodową.

         Jednym z najoryginalniejszych twórców, ale ciągle niedocenianym był Rafał Malczewski, syn jednego z najwybitniejszych malarzy polskich Jacka Malczewskiego.

         Rafał Malczewski (1892 – 1965), malarz, rysownik, pisarz, felietonista, taternik i narciarz, znakomity popularyzator Tatr wypracował własny styl przedstawiania pejzażu górskiego. Możemy to prześledzić na podstawie jego dzieła Góral z owcami.  (slajd z intern obrazu)

         Ten obraz ma wyraźnie zaznaczone trzy plany. Na pierwszym widzimy postać górala z fujarką, zapewne juhasa i stado pasących się owiec. Drugi plan stanowi fragment wysokogórskiej hala, chatka, być może bacówka na tle turni. Trzeci plan to malowniczo rozświetlona panorama górska  i błękitne niebo. Kompozycja obrazu, po wyraźnym trójkącie oddzielającym poszczególne plany uzupełniona jest w prawym dolnym rogu fragmentem wody, zapewne jednego z licznych stawów tatrzańskich. Zwraca uwagę oryginalna kolorystyka pozwalająca uwypuklić najważniejsze fragmenty dzieła. Malarz posłużył się tu ostrymi, nieprzetrawionymi na palecie farbami olejnymi.

         W tym jednym dziele artysta zawarł tyle informacji, które dobremu poecie wystarczyłyby na pokaźny poemat, a prozaikowi na powieść.

         ***

         Jeszcze przed innymi trudnościami stanęli muzycy nawiązujący do pejzażu tatrzańskiego. Musieli rozwiązać problem: w jaki sposób przedstawić to, co widzialne na dźwięki słyszalne. Wśród wielu kompozytorów biorących na warsztat ten temat jednym z najwybitniejszych był Stanisław Moniuszko (1819 – 1822), kompozytor, dyrygent i pedagog, twórca 9 oper, 3 baletów, 6 operetek, 5 kantat, 1 Mszy, 3 uwertur koncertowych i wielu utworów kameralnych.

         Moniuszko to kompozytor pięknych melodii i bel canta, który, nawiązując do folkloru polskiego wprowadza charakterystyczną dla naszego kręgu kulturowego rytmikę tańców: mazura, krakowiaka i poloneza, a  prostota języka muzycznego łączy się z wysokimi walorami artystycznymi. Część tej twórczości, głównie opery i balet znana jest co najmniej na 4 kontynentach.

         Jednym z największych osiągnięć Moniuszki jest czteroaktowa opera Hala do libretta Włodzimierza Wolskiego. Kompozytor wspiął się na najwyższy kunszt muzyczny rozsławiający jego imię na całym świecie. Szczególnie przejmująco brzmią partie Halki i Jontka, który w arii Szumią jodły na gór szczycie, wypowiadając swój żal do Hanki, nie tylko w słowach nawiązuje do pejzaży Tatr. Słyszymy w tej arii szum halnego wichru a wyobraźnia pod wpływem muzyki dyktuje tam wizję dramatu, którym kończy się opera.

PRZYPOMNIENIE

Dziś przypominam, lekko unacześniony fragment Desperata 2. Tak się bowiem składa, że książka napisana kilkanaście lat temu nadal jest aktualna.

   ***

   WPROWADZENIE I

   Jestem tak znudzony ludzkością i światem, że nic nie jest w stanie mnie zainteresować, chyba że znajdę co najmniej dwa morderstwa na stronie lub przeczytam o jakich potwornościach rodem z nieznanych przestrzeni.

                                                                                                                         Howard Phillips Lovecraft

   Robert Skidelsky twierdzi. że wszechświat jest jak zegar dążący do równowagi. A ludzie są jak atomy, które krążą tak długo, aż znajdą własne miejsce w strukturze świata.

   Jako indywidualny atom krążę już 86 lat wokół Słońca, tego najważniejszego zegara – klepsydry, wypełnionego wodorem zamienianym w hel, a swojego miejsca jeszcze nie znalazłem. Czy słyszeliście kiedyś o schizofrenii półkarskomaszynopisowej? Nie? No to posłyszycie. Azaliż poczuwam się do obowiązku zasygnalizować P.T. Czytelnikom kilku wyjaśnień odnośnie do Desperata 2.

   ***

   Biskup Ignacy Krasicki pisał: Stara czapla, jak to bywa, /Trochę ślepa, trochę krzywa, /Gdy już ryb łowić nie mogła, /Na taki się koncept wzmogła. Chcąc znaleźć indywidualne ekwilibrium i wzmóc się na koncept czapli czytałem książki i dokumenty tak tajne, że przed czytaniem należało je spalić. Słuchałem i podsłuchiwałem działaczy różnej proweniencji – persony, których w żadnym wypadku podsłuchiwać nie należało. Wiem, ze to nieetyczne, niemoralne i nieładne, ale jakże przyjemne.

   Poznawałem polityków i oficerów wspaniałych, dobrych i tak delikatnych jak puch aniołów, ale także ewidentnych skurwysynów, bezgranicznie, bez względu na fakty historyczne zakochanych w Wielkim Sowieckim Bracie i nie tylko. Ale jakiż jest sens z opisywania aniołów? Fascynowali mnie skurwysyńscy działacze polityczni i oficerowie tajnych służb. Dzieliłem ich na stalinowców i antystalinowców. Prymitywni stalinowcy byli idiotami – prawie takimi samymi, jak antystalinowscy, którzy nie chcieli uznać faktu, że wojna skończyła się w maju 1945 r., a Zachód miał w głębokim poważaniu takiego alianta jak Polska, nie ujmie się za nami, tak jak w 1939 r. ludzie zachodu nigdy nie będą „chcieli umierać za Gdańsk”.

   Bralem na spytki optymistów pesymistów, osobników pasywnych i ekspansywnych, zachowawczych i progresywnych, odważnych i tchórzliwych. Wśród nich najważniejsi byli generałowie: W. Jaruzelski, F. Siwicki, Cz. Kiszczak, M. Janiszewski, W. Pożoga, E. Buła i E. Poradko oraz kilka setek oficerów resortów siłowych oraz innych polityków, intelektualistów i patointelektualistów. O nich chcę wspomnieć. Ci ostatni rajcowali mnie najbardziej, gdyż wedle Aldousa Huxleya – intelektualista to osoba, która odkryła coś bardziej interesującego niż seks.         Wierny słowom noblisty, że „spisane będą czyny i rozmowy” kronikowałem i mógłbym powtórzyć za Izzakiem Bablem: „Kronika tych codziennych zbrodni dławi mnie bez wytchnienia na podobieństwo wady serca”.

   W okresie Peerelu rozlazła nam się Polska i oklapła w głuchym aplauzie pospolitości. Ale po wyborze kardynała Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową opozycja demokratyczna i papież usiłowali wlać w społeczeństwo trochę optymizmu.

   Aby opisać maleńki epizod wojenno-powojenny odwołuję się do zmurszałej pamięci. W kolejną rocznicę zakończenia drugiej „światówki” nie od rzeczy będzie przypomnieć kilka faktów, co nie nowe, ale, wobec propagandy, działającej na zasadzie wahadła – od skrajności do skrajności, nie zawsze i i nie wszędzie funkcjonujące w powszechnym obiegu. Bo, jak twierdzi Emmanuel Levinas: Prawdziwe życia jest gdzie indziej, ale my jesteśmy tutaj. Dlatego uważam, że historię co jakiś czas warto weryfikować rozumem.                           Od Arystotelesa wiem, że świat składa się z liczb zaś fikcja jest jakimś rodzajem prawdy. A że świat jest inkluzywny wybaczcie tedy, że i tu też będzie trochę cyfr. Przypomnę prawdy kiedyś powszechnie znane, ale niekiedy zapoznane, często niekochane i przeważnie zmanipulowane.

   Po 1990 r. wahadło propagandowe przychyliło się w drugą stronę. To co było dobre w Peerelu jest złe w III RP i odwrotnie. Wobec tego gdzie leży prawda? Czy pośrodku? Nie! Prawda leży tam, gdzie leży. Jednak pytania o prawdę stawiać można, i trzeba. Takie pytanie należy stawiać szczególnie przy grach wywiadów.

W Peerelu były to gry służb wschodnich kontra zachodnich. W tych grach jest coś na rzeczy. Oto jak donosi „Gazeta Wyborcza” z 14.02.2020: W latach 50. XX w. siły amerykańskie planowały zrzucenie bomby atomowej na Polskę. (Z załączonej mapki wynika, że chodzi o Elbląg, Katowice, Nową Hutę i Krosno). Z tego wniosek: całej prawdy o opisywanych w Desperacie 2 wydarzeniach do dziś nie zna nikt. Bez dostępu do archiwaliów zachodnich (głównie francuskich, brytyjskich i amerykańskich) i sowieckich można napisać jedynie prace przyczynkarskie. Czy więc dzieje Zenona Górala to jedna wielka ściema? Nie. Przygody porucznika oddają jedynie klimat, w jakich przyszło żyć i funkcjonować ludziom zagubionym i bezwiednie wplątanym w przerażające zbrodnie, ale chcących zachować minimum uczciwości.

   ***

   Było apogeum systemu stalinowskiego. W Kraju Pieroga i Zalewajki rozpanoszył się monumentalny, ponury, niezmierzony i absurdalny komunizm.      Prowokacja goniła prowokację. Nikt nie dbał o przedstawianie dowodów. Wytyczne rządzących przyjmowano jak dogmat. Ludzie mieli tylko jeden obowiązek – wierzyć w to, co stwierdziła partia i w to, co ustalił Urząd Bezpieczeństwa.

   Wyobraźcie sobie, że skołowana łepetyna porucznika Górala puchła od tych informacji, na siłę tłoczonych mu do mózgu.

   WPROWADZENIE II

Pewne rozważania nasuwają podejrzenie, iż czas albo w ogóle nie istnieje, albo jest pojęciem bardzo mglistym i niewyraźnym. Bo oto jedna jego część przeminęła i już jej nie ma, podczas gdy inna dopiero będzie i jeszcze jej nie ma.         Arystoteles

   To była „Pierwsza Solidarność”. Liczyła 10 milionów członków. Mitem założycielskim związku były słowa papieża Jana Pawła II: Niech zstąpi Duch Twój! I odnowi oblicze ziemi… Tej ziemi. I to był mit kompensacyjny, za którym czaiła się myśl, że jeżeli społeczeństwo pozostawi polskie sprawy w rękach władz komunistycznych, będzie to największa w dziejach świata abdykacja od dążeń wolnościowych. Papież wykrzyczał to głośno. Bo odnowić ziemi nie można było szeptem. Ancien regime był w odwrocie.

   ***

   Tłum coraz bezczelniej pyskował, wspominając mroczne sprawy minione. Pyskowanie podsycał Kościół, głównie proboszczowski, mimo że hierarchia rzymsko-katolicka miała coraz lepsze stosunki z reżimem gen. Wojciecha Jaruzelskiego, zaś generał Czesław Kiszczak był zakolegowany z sekretarzem episkopatu Polski biskupem Bronisławem Dąbrowskim. Było to nałożnictwo do kwadratu. Sterujący polskim Kościołem kardynał Stefan Wyszyński uważał tych generałów za postaci ambiwalentne: bezwzględne, ale też wrażliwe, po trosze za charyzmatyczne, a po trosze za psychopatyczne.

   Wydaje się, że o ile przy Jaruzelskim Wyszyński miał rację stuprocentową, to w wypadku Kiszczaka adekwatną była jedynie pierwsza i ostatnia cecha. Cz. Kiszczak, specjalista frymarczenia, przybierając minę Chrystusa frasobliwego pełnił przy Jaruzelskim rolę anioła stróża, odpędzał od generała złe, antysocjalistyczne duchy.

   ***

  1. Jaruzelski postępował zgodnie z prawem. Jeżeli nie było potrzebnego prawa, nakazywał je stworzyć. Czasami je antydatowano. Tak było w wypadku stanu wojennego. Generał wydał rozkaz o jego wprowadzeniu w południe 12 grudnia 1981 r., a Rada Państwa „zaklepała” to dopiero 13 grudnia w nocy. Ale być może generał traktował przykazy Kremla jak dogmaty tak, jak fundamentaliści traktują Dziesięć Przykazań – jako nieomylne prawa wykute w kamieniu.

    Jeżeli o mnie chodzi, to bardziej niż sowieckie dogmaty przemawiały słowa poety, że czucie i wiara silniej mówi do mnie niż mędrca szkiełko i oko. Dlatego za lejtmotyw postępowania przekładałem Bal w operze J. Tuwima, a nie Historię WKP (b).

    Nie można też wykluczyć, że W. Jaruzelski miał w tyle głowy chęć dogadania się ze społeczeństwem, tylko bał się Moskwy.

    Natomiast jego minister spaw wewnętrznych polegał na sile. ZOMO miało pałki jak dyszle u wozu drabiniastego, którymi okładało głowy i ramiona tępaków niekochających socjalizmu

   ***

   Ancien regime starał się postępować z Kościołem jak z jajkiem, co hierarchia skwapliwie wykorzystywała. Mimo to kapłani nadal ginęli. Ks. Jerzego Popiełuszkę utopiono w zalewie na Wiśle koło Włocławka, ks. Stanisław Suchowolec zginął w pożarze we własnym pokoju. Śmierć ks. Sylwestra Zycha upozorowano upojeniem alkoholowym, a ks. Stefanowi Niedzielakowi po prostu skręcono kark. Skazano wprawdzie 4 zabójców Popiełuszki, ale żadnego z tych ewidentnych morderstw nie wyjaśniono dogłębnie. Ile w tych zgonach było udziału tzw. nieznanych sprawców, a ile przypadku? Ciężko ustalić.

   Dość powiedzieć, że „nieznanych sprawców” często można powiązać ze służbami specjalnymi. Tak było. Tak jest. I tak będzie.

   ***  

   W okresie Pierwszej Solidarności coraz śmielej przypominano pakt Ribbentrop – Mołotow (oraz tajne protokoły do paktu), wojnę z Niemcami i uderzenie Sowietów z 17 września 1939 r., które doszlachtowało Polskę.

   Obaj ludojady szczerząc kanibalskie kły emanowali jakąś telluryczną siłą prowadząc ludzi ścieżką zbrodni. Na pakcie Hitler – Stalin oba państwa zyskiwały militarnie i gospodarczo. Pierwszym „łupem” paktu stała się Polska. Co bardziej krewcy solidarnościowcy zapominając o zdradzie Francji i Anglii oraz o konferencji jałtańskiej z udziałem Roosevelta, Churchilla i Stalina, w czasie której zapadła decyzja oddania Polski w pacht Sowietom, licząc na militarną pomoc Zachodu, chcieli się natychmiast bić z Sowietami.

   Słynna była fraza zgłoszona na oficjalnym forum związku przez jakiegoś bubka: „Jak >Solidarność< uderzy pięścią w stół, to kremlowskie kuranty zagrają Mazurka Dąbrowskiego”. To dudkowate, ale i tromtadrackie jęczenie wyglądało jak teatr kukiełkowy, w którym jakiś gwałtownik wystawił fircykowatą sztukę „Zamach na komunizm”.

   ***

   Niektóre oszołomy, drwiąc z rozsądku chciały doprowadzić do „upustu polskiej krwi”, która oczyści naród z komunistycznych złogów. Mówiono: „Przypomnijmy sobie, żeśmy z harnasiów”. Inni tęsknili za budową szubienic. Ślady takich poglądów można do dziś spotkać w naprawdę dobrych dziełach literackich i w wypowiedziach zdegenerowanych polityków. Nie można też wykluczyć inspiracji służb. Takie fortele cechowały głównie Departamenty III i IV MSW, Służbę Wywiadu i Kontrwywiadu i Biuro Studiów. Specjaliści z tych komórek podrzucali oszołomom z „Solidarność” różne frykasy, pozwalające zaistnieć gwałtownikom i postponować umiarkowane skrzydło związku, któremu przewodził Lech Wałęsa.

   ***

   Gwałtownikom z przekąsem wtórują przeciwnicy takich rozwiązań. Przypominając okres stalinowski, sugerują, że zwolennicy rozwiązań siłowych nie spoczną, aż doprowadzą do sytuacji, w której polskie miasta będą wyglądały tak jak Warszawa po powstaniu.

   Kościół w erze gen. Wojciecha Jaruzelskiego tonował te buńczuczne nastroje. A dziś? Koń, jaki jest każdy widzi. A jak nie widzi, to wystarczy popatrzeć na abp Sławoja Leszka Głódzia i innych hierarchów.  

   ***

   Osoby wykształcone i „gramotne” w historii wskazywały też na różne cezury rozpoczęcia i zakończenia II wojny światowej. Dla Polski datą rozpoczęcia wojny był 1 wrześnie 1939 r., dla Stanów Zjednoczonych 7 grudnia 1941 r. (napaść Japonii na Pearl Harbor), a dla Sowietów 22 czerwca 1941 r. (agresja Niemiec na ZSRR) jako początek tzw. Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Tylko, że nie była to Wielka Wojna Ojczyźniana! Była to wojna między dwoma faszystowskimi reżimami, hitlerowskim i stalinowskim. Zaś zakończenie działań? Dla nas i dla Europy dniem zakończenie wojny był 8 maja 1945 r., dla Sowietów 9 maja, a dla świata 2 września 1945 r. (kapitulacja Japonii).

   ***

   Siły polskie w przededniu wojny liczyły 950 tys. żołnierzy, Niemiec – 1 mln 850 tys., Sowietów 1mln 500 tys. Dzięki niezdecydowaniu i niemrawości zachodnich aliantów (liczących 6 mln 840 tys. żołnierzy wobec 3 mln 350 tysięcy żołnierzy Niemieć i Sowietów) Hitler, oprócz Polski mógł spokojnie zająć Danię, Norwegię, Francję, Belgię i Holandię i kosztem 50 tys. zabitych żołnierzy zająć większą część Europy.

   Fuhrer powiększył też terytorium III Rzeszy niemal o 2 mln kilometrów kwadratowych i zdublował potencjał gospodarczy państwa. Zrabował przy tym ok. 400 ton złota, które wymienił następnie w bankach szwajcarskich, będących dla Fuhrera gigantyczną pralnią pieniędzy.

   Trwająca 35 dni wojna z Polską kosztowała III Rzeszę 17 tys. zabitych żołnierzy. Straty Polskie wynosiły odpowiednio: 70 tys. zabitych, 138 tys. rannych i 420 tys. wziętych do niewoli. Było to odwrócenie zasad taktycznych mówiących, że atakujący ponoszą trzykrotnie większe straty niż obrońcy.

   Dla porównania: Stalin w rozpoczętej 30 listopada 1939 roku wojnie z Finlandią (której armia liczyła 35 tys. żołnierzy wspartych 110 tys. Gwardią Obywatelską) rzucił w pierwszym rzucie 450 tys. żołnierzy tracąc 127 tys. zabitych i 265 tys. rannych. Straty Finów były odpowiednio – 26 tys. osób zabitych i 40 tys. rannych.

   To dzięki Paktowi Stalin mógł zaatakować i okupować część Polski i Finlandii, zająć państwa bałtyckie oraz Besarabię, stanowiącą wtedy część Rumunii.

   A my? A my walczyliśmy dzielnie i patriotycznie z hasłem na ustach: Bóg, Honor i Ojczyzna. Wystawieni do wiatru przez sojuszników zachodnich, wzięci w kleszcze dwóch ludojadów, ciała daliśmy jak zawsze.

   ***

   Skoro w modzie jest historia alternatywna, pogdybajmy nieco. Gdybyśmy przewidzieli, że Zachód zachowa się tak, jak się zachował, moglibyśmy w 1939 r. dogadać się z Hitlerem. Zwolennikiem takiej kontrowersyjnej hipotezy był m.in. prof. Paweł Wieczorkiewicz. Zgoda, Rzeczpospolita byłaby wówczas tak skurwiona jak Francja Vichy marszałka Petaina, Węgry Miklosa Horthy’ego, Rumunia króla Michała, Słowacja księdza Józefa Tiso czy Bułgaria cara Borysa III. Tak, zgoda, moglibyśmy się sprostytuować tak jak inni. Ale się nie skurwiliśmy. Tylko co z tego? Tylko…

   ***

   W drugiej wojnie światowej straty wymienionych państw razem wzięte były bez porównania mniejsze niż straty polskie. A my, na domiar złego, zafundowaliśmy sobie jeszcze kosztem 250 tys. zabitych i prawie doszczętnym zniszczeniem miasta powstanie warszawskie. Więc gdyby polityka rządu II Rzeczypospolitej była inna, może i nasze straty byłyby mniejsze?

   ***

   Inwazję Hitlera na Europę poprzedził anszlus Austrii w marcu 1938 r. i Układ Monachijski (Francja, Wielka Brytania, Niemcy i Włochy) z września tegoż roku dający prawo do zajęcia 1/5 Czechosłowacji przez Trzecią Rzeszę.  Daladier (premier Francji) na widok tłumów witających go w Paryżu: Przyszli skuć mi mordę?. Mylił się. Tłum wrzeszczał: „Niech żyje Francja! Niech żyje Anglia”. Kultura francuska jest wielka. Kto wie, czy nie największa w Europie. Ale tłuszcza nadsekwańska jest prymitywna. Kto wie, czy nie najprymitywniejsza na naszym kontynencie? Churchill: Mieli do wyboru wojnę lub hańbę, wybrali hańbę, a wojnę będą mieli i tak.  

   ***

   Maria Dąbrowska skarży się w Dziennikach: Paradoks naszych czasów: osłanianie tajemnicą tego, co powinno być ludziom wiadome, i bezwstydne odsłanianie tego, co powinno być osłaniane pewną dyskrecją. Wyprawę Hitlera na naszych południowych sąsiadów wykorzystała Polska wkraczając 2 października 1938 r. na Zaolzie. I to jest polski grzech główny, taki, który wystarcza za wszystkie siedem. Tylko przez moment staliśmy się hieną ekspansji Trzeciej Rzeszy. W. Churchill, komentując udział Polski w zagarnięciu Czechosłowacji, powiedział, że Niemcy nie byli jednymi szakalami. Słowa premiera Wielkiej Brytanii jakby czekały aż Polacy je zrozumieją. Wobec agresji Trzeciej Rzeszy Zachód milczał. Goebbels w dzienniku pod datą 22 września 1938 r. zanotował: Presja Londynu i Paryża jest coraz silniejsza. Tamtejsza prasa traktuje już Pragę jak gówno.To jest ta wielokrotnie wysławiana solidarność demokracji!. Warto te słowa potraktować poważnie.

   ***

   Ale historia była, jaka była. Historia jest niczym innym jak tylko niekończącą się interpretacją rzeczywistych i wyobrażonych wydarzeń z przeszłości, która – jak pisze Olga Tokarczuk – pozwala nam dostrzec w niej sensy niegdyś niewidoczne. Przeto pozwólcie na jeszcze jedno gdybnięcie. Gdyby nie agresja ze Wschodu, moglibyśmy bić się do końca świata, a nawet dłużej. A wówczas te patafiany z Zachodu być może przypomniałyby sobie, że są spadkobiercami D’Artagana, marszałka Napoleona czy admirała Nelsona i wykorzystując przewagę liczebną, skopaliby tyłki armii Hitlera, która na froncie zachodnim była słaba jak małe piwo.

   Mogłoby tak być. Może błędem było nieuznanie przez rząd RP, że agresja sowiecka była wypowiedzeniem Polsce wojny?

   ***

   W Polsce Stalin, dobijając nas, zyskał blisko dwa lata na przygotowanie się do wojny na Europejskim Teatrze Działań (które w większości zmarnował). Zadowolił się też w porównaniu z Hitlerem skromniejszymi łupami, zyskując 460 tys. km kw. i 23 mln nowych poddanych, których część wyekspediował na Syberię, a część po prostu kazał zabić (wiosną 1940 r. w Katyniu, Kalininie, Charkowie, Kijowie i Mińsku zamordowano 21 768 jeńców wojennych, obywateli Polski). Była to zbrodnia, nawet jak na skalę wojny, gigantyczna. A świat? Świat, mimo, że sprawa była od początku wiadoma, milczał przez bez mała pół wieku.

   ***

   Po 8 maja 1945 r. przez dwie pierwsze dekady na Zachodzie i Wschodzie działalność służb opierano na siatkach wywiadowczych. Niektóre siatki były bardzo liczne. Prym w nich wiedli oficerowie służb specjalnych. Sporo do powiedzenia mieli agenci, także kapturowi (nieświadomi), np. w trwającej 5 lat grze, w historiografii widniejącej jako gra w V Główny Zarząd WiN, brało udział ponad 200 funkcjonariuszy bezpieki i około 3 tys. osób, niekiedy zupełnie nieświadomych w co się bawią.

   W latach 70. stopniowo przechodzono na indywidualnych agentów.

Wrogie siatki szpiegowskie, ale i pojedynczy szpiedzy bardzo chętnie biorą się za łby. Mają to po prostu, od czasów Sun Zi, we krwi. Metody służb są stare jak świat. Zmieniają się tylko środki techniczne i obiekty zainteresowań.

   ***

   Panta rei. Życie też. Ludzie, tak chętnie zwani nieśmiertelnymi, czasami także umierają. W 1953 r. odszedł Stalin. Odszedł naturalnie albo utrupiony przez Berię. W 3 lata później w Moskwie opuścił ten padół Bierut, który do tej cezury budził strach, „jednym gestem wywyższał lub skazywał na nieistnienie”. Podobno zaraził się panującą na Kremlu epidemią zapalenia płuc. Od tej pory jego wielkość była równa zeru. Wielkie nic.

   ***

    W Polsce upadł stalinizm i rozpoczęła się pierwsza „odnowa”. W 1956 r. ponowne do władzy, niczym deus ex machina doszedł Władysław Gomułka ps. „Wiesław”. Tak to pamiętam: partia z okazji intronizacji Gomułki zwołała wiec na Placu Defilad w Warszawie. Przyszło 400 000 tysięcy upodlonych przez stalinizm ludzi. Przyszli głupcy i mądrzy, biedni i bogaci, pijani od piwa i wina patykiem pisanego, pijani od propagandy. “Wiesław” sypał frazesami przeplatanych zeschniętymi epigramami, tymi podstawowymi składnikami każdego przemówienia polityków, generałów i propagandystów.

    W wystąpieniu Gomułki słychać było zaśpiew ortodoksyjnego komunizmu, a od mówcy bił taki żar, że towarzysze na trybunie i pierwsze rzędy ciżby klęczącej u jego stóp odsuwały się od niego aby nie ulec poparzeniom. I aplauz jako echo tego pustosłowia. Tak rodził się zbiorowy amok, drugiego po Bierucie wodza. I zakończenie „Wiesława”: Dość wiecowania i manifestacji, czas przejść do codziennej pracy.

   ***

   Dawne MBP, teraz przemianowane na MSW i KdsBP, natychmiast przystąpiły do codziennej pracy. Tak samo postąpiono z Informacją WP, teraz przemianowaną na WSW. Ta praca była nie tak agresywna jak w stalinizmie, ale i tak przerażała, porażała i zarażała tłuszczę do obrony socjalizmu.        Czasy ery „Wiesława” różniły się od stalinizmu tym, że osłabły związki z Sowietami i teraz już nie rozstrzeliwano ludzi bez sądu, a aresztowanych nie przykuwano już kajdankami do taboretów przyśrubowanych do podłogi. Teraz przykuwano ich do kaloryferów.

   Sądy w Kraju Pieroga i Zalewajki niewątpliwie znały już łacinką zasadę audiatur et altera pars (należy wysłuchać drugiej strony) ale jej nie przestrzegały i nadal nie przestrzegają.

   ***

   Wywiady przeszły do głębszej konspiracji. Jednak po mianowaniu gen. Czesława Kiszczaka (ksywa CzeKiszczak) szefem resortu spraw wewnętrznych służby specjalne na powrót zacieśniły stosunki z KGB i GRU, zabierając się do masowych kombinacji operacyjnych przeciwko opozycji demokratycznej. Szło na to ok. 80 procent funduszy MSW.       O ile wywiad nadal opierał się na jednostkach, to w kontrwywiadzie punkt ciężkości przeniósł się na pracę zespołową.

   ***

   Niezrażona tym „Solidarność”, od początku solidnie uagenturniona (w czym duża zasługa szefa Służby Bezpieczeństwa gen. Władysława Ciastonia i szefa Służby Wywiadu i Kontrwywiadu gen. Władysława Pożogi) antycypowała nadejście Eldorada, gdy tylko związek zdoła dorobić socjalistycznej mordzie ludzką twarz. Podobało mi się to. Usiłowałem zwrócić uwagę, na niebezpieczeństwa takiej zabawy.

   ***

   W połowie 1981 roku zebrałem zapiski w książkę. Liczyła 800 stron. Nadałem jej tytuł Desperat. Ośmielony sytuacją, ale nie na tyle, aby samemu ryzykować ujawnianie prawdy, zaniosłem manuskrypt zaprzyjaźnionemu cenzorowi i przyjacielowi w dowództwie Wojsk Ochrony Pogranicza pułkownikowi Alfonsowi Nowakowi, który był równocześnie jednym z cenzorów Sztabu Generalnego WP.

   Znający mnie co nieco płk A. Nowak tekst przyjął z obrzydzeniem. Już po pierwszych stronach zaczął rwać włosy z głowy i wykrzykiwać: Czyś ty, chłopie, zwariował! Napisałeś to tak, jakby cię granatem od pługa oderwało. Potem wziął czerwony długopis i skreślił ¾ maszynopisu i dał tekst do cenzury komilitonom z MSW i GUKPPiW z Mysiej (Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk mieszczący się w budynku prze ulicy Mysiej w Warszawie). Ci cenzorzy mieli jeszcze ostrzejsze długopisy.

   – Bój się Boga! Alku, scienkowałeś manuskrypt o 600 stron, to chociaż powiedz cenzorom – prosiłem pułkownika – aby byli dla książki łaskawi. Nie byli.

   ***

   Zebrałem resztówkę. Usłuszniłem tekst zgodnie z życzeniem cenzorów i zaniosłem do następnego przyjaciela Krzysztofa Bęgowskiego (obecnie Anna Grodzka, z którą przyjaźnię się do dziś) kierującego Studencką Oficyną Wydawniczą „Alma-Press”.

   – Coś mi tu przyniósł? – zapytał Bęgowski.

   Odpowiedziałem, że komunistyczną w formie i socjalistyczną w treści książkę szpiegowską, która udaje powieść, ale powieścią nie jest. Jest zapisem tego, co zdołałem ustalić śledząc czyny i rozmowy.

   Uprzedziłem także Krzysztofa, że lekce sobie ważę upływ czasu między poszczególnymi akcjami, bo uważam, iż czas płynie nielinearnie, nie ma ciągłości ani kierunku. To raczej luźny zbiór chwil. A każda jest pierwszą i ma na imię Teraz.

   Nie ukrywałem też, że tam gdzie nie miałem wiarygodnych faktów konfabulowałem troszeczkę, ale nigdy nie było to wyssane z palca. Każdej opisanej rzeczy przyglądałem się z bliska i przepuszczałem przez swoją – być może – spaczoną wyobraźnię.

   Skancerowana książka, wyglądająca jak Mickiewiczowski szkielet „bez serc, bez ducha” albo jak merlin z utwory E. Hemingwaya Stary człowiek i morze ukazała się na początku 1987 roku. W zasadzie niezmieniony został jedynie tytuł książki, a jednak stutysięczny nakład rozszedł się w ciągu kilkudziesięciu dni.

   ***

   Zwiotczały moralnie, 4 grudnia 2019 roku, po ukończeniu 960 miesięcy życia na 15 minut rzuciłem picie, seks oraz zainteresowanie polityką i służbami specjalnymi. To był najgorszy kwadrans w moim życiu.

   Azaliż po przespaniu się, zmieniłem zdanie. Dlaczego? Bo uważam, że brednie i kłamstwa polityków stanowiące punkt wyjścia dla głupiej tłuszczy, która dostrzega nie to, co widzi, ale to, co rządzący każą jej widzieć, hamują Polskę w rozwoju. Wolałbym, aby rządy sprawowała grupa dżentelmenów niż sutenerów. Rządy Peerelu, ale i następne, przypominały Kronosa zjadającego własne dzieci, co, w skrajnych przypadkach, doprowadzało do buntów i, aby opanować sytuację trzeba było strzelać do społeczeństwa. A tak, przy okazji, po czym poznać, że polityk kłamie? Po tym, że otwiera usta.

   Sytuację wykorzystują służby specjalne, kupując np. Pegasusa. Ale, że to ustrojstwo okazuję się chwilowo łagodniejszym krytykiem literackim niż dawny KC PZPR, pomyślałem, że może się uda powiedzieć to, co nie udało mi się ogłosić pół wieku temu.

WPROWADZENIE III                       

   Na początku moich dociekać pewne dziwne zjawisko, nazwane przez Carla Junga synchronią, sprawiło, że zetknęłam się z najbardziej niesamowitym (…). Nagle i niespodziewanie, dokładnie w odpowiednim miejscu i czasie, pojawia się jakiś kluczowy przedmiot lub informacja, jak gdyby wszystkim sterował jakiś dżin (…).Jego relacja całkowicie zmienia pojęcie o historii… Virginia Fellows

   Bohater Desperata 2, porucznik Zenon Góral jest postacią złożona z kilku moich konfratrów. Funkcjonariusze wywiadu francuskiego: Yvonne Bassaler, Andre Robineau, mjr Humm, konsul Rene Bardet jak i oficerowie Henryk Pachówka – rozpracowujący szpiegów francuskich, oraz Henryk Wendrowski – prominentny żołnierz AK, a następnie MBP, MWS i dyplomata, dość szemrana postać. Wacław Ptasiński, Damian Kozak, Zbigniew Skoczylas i Ryszard Bartoszewicz – dowódcy strażnic Orle, Przesieka i Kamieńczyk, Jerzy Polak – zwiadowca Górskiego Batalionu w Szklarskiej Porębie, szef grupy zwiadu w Karpaczu, Tadeusz Steć – król przewodników i gejów sudeckich są postaciami kontrowersyjnymi, ale jak najbardziej autentycznymi. Za wyjątkiem oficerów francuskich, znalem wszystkich. Pozostali bohaterowie również mają odpowiedniki w rzeczywistości, ale z różnych względów zmieniłem ich nazwiska i niektóre szczegóły mogące pomóc w ich identyfikacji.

   ***

   Opisane wydarzenia, w szczególności działalność wywiadu francuskiego, akcje sabotażowe w Elblągu w Zakładach Mechanicznych im. gen. Karola Świerczewskiego i w piechowickiej „Karelmie” zwanej przez tubylców „Dynamitką” są zasygnalizowane tylko fragmentarycznie, bo nigdy nie zostały w pełni wyjaśnione i do dzisiaj nie wiadomo czy były to rzeczywiste akcje sabotażowe, czy też gry bezpieki, które wymknęły się spod kontroli.

   W Elblągu, być może Nemezis, bogini przeznaczenia, kobieta bez winy i wstydu sprawiła, że w nocy z 16 na 17 lipca 1949 r. spłonęła hala „turbinowa”. Hala miała wymiary: 210 m długości, 56 m i 23 m wysokości i 222 tys. m sześciennych kubatury. Było w niej 166 obrabiarek i wiele innych maszyn,15 tys. stalowych łopatek do 5. turbin i sporo innego prawie gotowego sprzętu przygotowanego do transportu. Za wyjątkiem drewnianego poszycia dachu wszystko było metalowe, a paliło się niczym stosy, na których w średniowieczu palono czarownice.

   Stopione było nawet szło okienne. Zniszczenia były ogromne. Do oceny przyczyn pożaru nie dopuszczono fachowców. Wszystko wzięła na siebie bezpieka. Jak w ukropie uwijał się ppłk Jozef Światło, zastępca Dyrektora Departamentu X płk. Anatola Fejgina.

   Łowcy szpiegów z Urzędu Bezpieczeństwa zwęszyli szanse powiększenia łupów. W stan oskarżenia postawiono 150 osób, które z sabotażem miały tyle wspólnego, co wilki z gwiazdami. Wydano trzy wyroki śmierci (w ramach prawa łaski zamieniono je na dożywocie), a kilkadziesiąt ludzi skazano na długoterminowe więzienie. Jeden z podejrzanych, Henryk Zając, który mógł coś wiedzieć na temat manipulacji władz, niedługo po aresztowaniu został znaleziony martwy w celi pełnej więźniów.

   Orzeczono samobójstwo. Sekcji zwłok ani dokładnego śledztwa nie przeprowadzono. Pikanterii dodaje fakt, że jeden z więźniów obecnych przy wyprowadzaniu się ofiary w zaświaty stwierdził, że Zając umierając krzyczał: -Ja nie chcę umierać.

   Mimo to ludzie uwierzyli w zamach samobójczy i w to, co mówili rządzący. Bo tak już jest, że na ogół ludzie ufają władzy, która mówi, co mówi. W samobójstwa podejrzanych tłuszcza też wierzy jak najbardziej. System był prosty: władza (czyt. propaganda) mówiła to, co „ustaliła” bezpieka i inne służby specjalne oraz tzw. wymiar sprawiedliwości. A bezpieka „ustalała” to, co żądała władza.

         Natomiast wszelkie inne służby robiły tak samo. „Ustalały” to, czego żądała władza. Wiele wskazuje na to, że nie jest to jeszcze epoka miniona. Mnie spotkało to samo w pół wieku później. Oskarżono mnie i skazano prawomocnym, a jakże! wyrokiem sądu o to żem napisał prawdę. A ta prawda bardzo się nie spowodowała rządzącym. Opisałe to w książkach: Tłuste koty wymiaru sprawiedliwości oraz Proces. Kłamstwa, mity, dezinformacje i konfabulacje.   

         O pierwszej książce recenzent portalu motyleksiazkowe.pl napisał: „ Tłuste koty wymiaru sprawiedliwości i… są setną książką Henryka Piecucha, w której jak w zwierciadle odbija się historia Polski Ludowej ale i pierwszych dekad III RP. Autor jest ostrym krytykiem Peerelu i życzliwym, acz złośliwym obserwatorem Polski współczesnej. Od lat domaga się ujawnienia pełnej prawdy o naszej najnowszej historii. Szczególnie interesują go sprawy utajone, których najwięcej wiąże się z działalnością polityków, służb specjalnych, wymiaru sprawiedliwości, Kościoła, czarnej propagandy i mediów.
    H. Piecuch, na przykładzie własnego procesu pokazuje, że w okresie transformacji ustrojowej tzw. samooczyszczenie się niektórych środowisk, ważnych dla funkcjonowania demokracji jest mitem. Zblatowanie tzw. szeroko rozumianego wymiaru sprawiedliwości z władzą wykonawczą, służbami specjalnymi i mediami doprowadziło do tego do czego doprowadziło. Manipulacje, dezinformacje, prowokacje i przede wszystkim pranie mózgów społeczeństwa widoczne jest jeszcze dziś.

Autor Tłustych kotów… marząc, aby w Polsce prawo zawsze prawo znaczyło, a sprawiedliwość  – sprawiedliwość, twierdzi że obecnie w Kraju Pieroga i Zalewajki sytuacja jest dobra, ale nie beznadziejna”.     Zaś o Procesie… A. Zasieczny, wydawca, pisarz i dziennikarz na portalu Profinfo.pl pisał tak: „Autor na przykładzie 1. Samodzielnego Batalionu Kobiecego im. E. Plater ukazuje początki Polskich Sił Zbrojnych formowanych od 1943 roku w Związku Sowieckim znanych pod nazwa Armii gen. Berlinga oraz stosunki międzyludzkie panujące w tej armii; w szczególności dotyczy to traktowania żołnierek 1. SBK. W 1966 roku ukazała się słynna książka H. Piecucha pt. „Akcje specjalne. Od Bieruta do Ochaba”, w której autor m.in. przytoczył pełną goryczy wypowiedź na powyższy temat byłej żołnierki 1. SBK. Na autora książki natychmiast rzuciły się z wściekłym atakiem medialno-politycznym kombatantki z tego batalionu, które pełniły w nim funkcje oficerów politycznych i dowódców kompanii, zarzucając mu zniesławienie i szarganie dobrego imienia kobiet żołnierek owego batalionu. Cztery kombatantki – wszystkie bez wyjątku zatwardziałe komunistki – wystąpiły do sądu z prywatnym aktem oskarżenie wobec autora, który zamieścił w książce wypowiedź ich koleżanki z batalionu. Oskarżycielki zabiegały o poparcie swoich roszczeń w Kancelarii Prezydenta RP, w ministerstwach obrony i sprawiedliwości i w innych instytucjach, a u władzy był wówczas Sojusz Lewicy Demokratycznej, czyli postkomuniści. Ta kampania przyniosła efekt w postaci wystąpienia z oskarżeniem przeciwko H. Piecuchowi – w imieniu Państwa Polskiego – osławionego prokuratora J. Regulskiego. Przystąpił on do procesu przeciwko H. Piecuchowi argumentując to tym, że książką „Akcje specjalne” pisarz naruszył „interes społeczny”. To pojęcie istnieje w polskim prawie, ale nie wiadomo, co oznacza, bo nie jest nigdzie zdefiniowane. Prokurator posłużył się nim, aby zamknąć usta niepokornemu autorowi, który w swoich książkach ujawniał zbrodnie komunistyczne i wpływ tajnych służb na wydarzenia z najnowszej historii Polski. W efekcie w 2001 roku Sąd III RP, po mającym skandaliczny przebieg, naruszającym wielokrotnie prawa oskarżonego procesie uznał go za winnego i skazał na karę więzienia w zawieszeniu i kary finansowe. Był to być może pierwszy proces polityczny w III RP, w którym kłamstwa zostały uznane za niepodważalną prawdę, a sąd całkowicie odrzucił dowody obrony w postaci ukrywanych w archiwum KC byłej PZPR dokumentów z lat 40. XX wieku, publikowane w prasie relacje kombatantek 1. SBK oraz opinie renomowanych historyków, m.in. prof. P. Wieczorkiewicza i prof. J. Kurtyki. Kłamstwa i mity oskarżycielek H. Piecuch, zatwardziałych komunistek i oficerów służących w 1. SBK, powtórzyła bez słowa komentarza w swojej książce O.Wiechnik”. Od siebie dodam, że dwie z oskarżycielek – L. Bibrowska i A. Żurawska, już po zakończeniu wojny, będąc w składzie sądu popełniły tzw. justizmord podpisując wyroki śmierci na oficerów AK, a trzecie z nich, Irena Sztachelska miała już wyrok Sądu Polskiego Państwa Podziemnego za zdradę Narodu Polskiego.

   ***

   W wypadku H. Zająca o samobójstwie ofiary orzekł „szef” wymiaru sprawiedliwości Peerelu minister Henryk Świątkowski, zaś „hersztem” był minister bezpieczeństwa publicznego gen. Stanisław Radkiewicz otoczony kastą brutalistów resortowych. W moim wypadku w sprawę wmieszały się: kancelaria prezydenta A. Kwaśniewskiego, MON, ministerstwo sprawiedliwości, prokuratura, parlamentarna grupa kobiet, rożne ugrupowania kombatanckie, głównie postkomunistyczne, no i biskup Sławoj Leszek Głódź..

   *** 

   Zbrodnia służb specjalnych popełniana w majestacie władzy, która nie jest postrzegana jako zbrodnia, to zbrodnia doskonała. „Wyjaśniacze” tych zbrodni nie potrafią rozwiązać żadnej z tych spraw bez stworzenia dziesięciu innych problemów i niewiadomych, które mają jeden cel – unikanie prawdy. Daje to znakomitą okazję pisarzom do spekulacji: jak było? Ale znakomicie zaciemnia fakty.

   Chciałbym wiedzieć, kto rozkazywał „szefowi” oraz „hersztowi” przy sprawie elbląskiej. Można domniemywać, że potężny to musiał być naczelnik, skoro był władny zlecić co najmniej dwom resortom – sprawiedliwości i bezpieczeństwa, aby zapadło takie, a nie inne rozstrzygnięcie.

   Czy był to prezydent Bolesław Bierut? Miał przecież na „szefa” i „herszta” pierwszorzędne haki, tak zresztą jak na wszystkich innych. A jak nie miał, to kazał dorobić. Wszyscy musieli jeść mu z ręki.

   Tu anegdotka. Do Bieruta, będącego jednocześnie przewodniczącym Komisji Biura Politycznego KC PZPR ds. Bezpieczeństwa Publicznego, przychodzi jego prawa ręka, czyli Jakub Berman i pyta, komu dać medal za „załatwienie” sprawy elbląskiej? B. Bierut rzuca trzy nazwiska: Grzegorz Korczyński, Michał Rola-Żymierski i Józef Cyrankiewicz. J. Berman na to: pierwszy to alkoholik, drugi złodziej, a trzeci bije żonę. Wot durak – komentuje Bierut – innych działaczy nie mamy.  

   A „Szef” przy sprawie elbląskiej, broniąc się postępował jak ten kucharz z bajki Kryłowa, który wstydził kota („herszta) pożerającego skradzionego kurczaka: A Waśka słuszajet da jest (a kocur wysłuchuje tego wszystkiego o swoim bezeceństwie, wcinając z apetytem kurczaka).

   ***

   W Piechowicach było trochę inaczej. Na zapleczu „Dynamitki”, na obszarze kilkunastu hektarów było rozmieszczonych kilkadziesiąt niemieckich, solidnie zabezpieczonych wielkich żelbetonowych piętrowych bunkrów z materiałami wybuchowymi, wielkokalibrowymi pociskami artyleryjskimi i bombami głębinowymi. Był to rejon specjalny ciągnący się od południowo-wschodniej strony Piechowic, aż po północno-zachodni Sobieszowa. W tym obiekcie był też, wyraźnie oddzielony, specjalny bunkier z dokumentacją. Prawdopodobnie dotyczącą tajnych broni Hitlera.

   ***

   Z początkiem lat pięćdziesiątych polskie i sowieckie służby specjalne sprawujące nadzór nad zakładem wyznaczyły odpowiednią ekipę i zaczęto opróżniać pierwsze bunkry. Dzień w dzień formowano samochodowe transporty specjalne. Ładunki wywożono do lasu w kierunku zachodnim. W połowie drogi z Piechowic do Szklarskiej Poręby, koło nieistniejącej już opuszczonej leśniczówki, samochody przejeżdżały przez drewniany most na rzece Kamiennej i po około 2 km, w zalesionej dolinie niedaleko Michałowic i Śnieżnych Kotłów, transporty rozładowywano, a ładunki detonowano. Powstawały widoczne do dziś leje o głębokości ponad dwudziestu metrów. Miejscowa ludność nadała temu rejonowi nazwę „Sowieckie Doły”.

Ten nieskomplikowany proceder trwał około pół roku. Gdy zaczęto dobierać się do specjalnego bunkra, nastąpił wybuch. Słup dymu nad „Karelmą” widziany był nawet z Jeleniej Góry.    Szczątki ciał i niedopałki szpargałów rozrzucone były w promieniu kilku kilometrów. Słyszałem wybuch. Widziałem dym zakrywający niebo nad Piechowicami i Sobieszowem. W „Karelmie” służby specjalne nie miały już nic do roboty. Podejrzani wysadzili się sami. Ogień spopielił dokumentację. Chodziły słuchy, że hieny ludzkie ściągały z leżących na polach urwanych rąk obrączki, a T. Steć miał się pożywić jakąś nadpaloną dokumentacją, którą ponoć zhandlował Niemcom. Takie pogłoski rozgłaszał m.in. Leszek Krzeptowski, fotograf i przewodnik sudecki z Piechowic, ponoć wrogi przyjaciel Stecia. Znając obu panów napisałem „ponoć”, bo choć fraternizacja mogła wyglądać tak jak wyglądała, to było dla mnie jasne, że była to konfraternia pozorna, gdyż jeden o drugim zbyt dużo wiedział, aby przyjaźń mogła być tym, co się pod tym pojęciem kryje.

   Tu wspomnę, że choć kruk krukowi oka nie wydzióbie, to bardzo lubi, by ktoś inny to zrobił.   Właśnie temu służą plotki, a obecnie tak modny hejt.

   *** 

   Nikt z wyznaczonej ekipy nie przeżył wybuchu. Zabitych pochowano uroczyście na miejscowym cmentarzu w zbiorowej mogile. Opowiadano, że zginęło pół setki ludzi. Służby przyznały się do dwunastu trupów.

   Również śmierć kpt. Polaka oraz poszukiwania skarbów poniemieckich miały miejsce i po dziś dzień nie zostały w pełni wyjaśnione. Aby się o tym przekonać, wystarczy zajrzeć do meldunków dziennych MSW, Sztabu Generalnego WP i Dowództwa WOP. Przestudiować około 500 tomów akt dotyczących wywiadu francuskiego, do 1990 r. znajdujących się w Biurze „C” MSW czy obszerną dokumentację z poszukiwania skarbów, m.in. z wielkiej akcji poszukiwawczej w Sudetach Zachodnich.

   Operację sudecką zarządzili generałowie: Wojciech Jaruzelski, Florian Siwicki i Czesław Kiszczak. Powołano specjalny pododdział wojskowy wyposażony w sprzęt saperski, dynamit, trotyl, a nawet dwa czołgi. Pododdział był dowodzony przez pułkownika Bogdana Chrobota, a nadzorowany przez szefa WSW gen. Edwarda Poradkę. Ryto i kopano. Odkrywano i wysadzano skały i drzewa. Odpryski skal bryzgały wokoło. Świerki wylatywały w górę jakby niebo chciały przedziurawić. Rujnowano przyrodę. Także na terenie Karkonoskiego Parku Narodowego. Echo po wybuchach z rejonu Dużego Stawu i z Kozackiej Doliny niosło się aż do Jeleniej Góry. Muflony, jelenie, rysie, lisy i wszelkie stworzenia żywe wiały na czeską stronę. Wrony zdublowały wysokość lotów i krakały niemożebnie jakby apokalipsę chciały obwieścić.

   ***

   Znaleziono wówczas tzw. skarb Piastów Śląskich, składający się ze złotych, srebrnych i wykonanych z brązu monet. Skarby archeologiczne, w myśl prawa, powinny trafiać do placówek muzealnych. Ale nie trafiły. Generałowie W. Jaruzelski i Cz. Kiszczak powzięli decyzję, aby skarb przehandlować na Zachód metodami właściwymi służbom specjalnym. Tak się też stało. Była to tajna, nie pierwsza ani nie ostatnia, państwowa kontrabanda.

Zainteresowani mogą też śledzić dzisiejsze doniesienia medialne o poszukiwaniach tzw. złotego pociągu. Częściowo z udziałem wojska.

   ***

   Prawdą natomiast jest, że Sowieci wywieźli z terenów dzisiejszej Polski i z sowieckiej strefy okupacyjnej w Niemczech w powojennych latach m.in. wszystkie fabryki zbrojeniowe, a poza tym: 60 tys. fortepianów, 46 tys. radioodbiorników, 190 tys. dywanów, 940 tys. sztuk mebli, 265 tys. zegarów ściennych i stołowych, 74 wagony z materiałami budowlanymi,1,2 miliona płaszczy męskich i damskich itp., w sumie 400 tys. wagonów, 2885 całych fabryk, 96 elektrowni i 300 ton tlenku uranu potrzebnego do produkcji broni atomowej itp.

   A były jeszcze trofea indywidualne milionów żołnierzy Armii Czerwonej. Sam marszałek Gieorgij Żukow zgromadził dobytek z trudem mieszczący się w 7 wagonach, Były tam m.in. cenne meble i 55 bezcennych obrazów. Skórki norek, soboli, małp, lisów, fok, karakuły. Bele materiałów i 44 kosztowne dywany. 7 skrzyń z porcelaną i kryształami. Za jedną z najpilniejszych spraw J. Stalin z Ł. Berią uznali uruchomienie kopalni uranu w Polsce, Czechosłowacji i na terenie sowieckiej strefy okupacyjnej. Uran był potrzebny Stalinowi do produkcji pierwszej sowieckiej bomby atomowej. Widziałem to na własne oczy.

O czym donosiłem JP II do Watykanu

Myślę, że w przededniu wydarzeń 13 grudnia 1981 r., wydarzeń już historycznych (o czym wielu ludzi już zapomniało) dobrze by było przypomnieć sobie, że były osoby (Ja – osoba! Ha, ha, ha!!!!!!!!!), które miały inny ogląd sytuacji niż oficjalna propaganda, której gawiedź dawała (i część daje nadal) wiarę.

         Już w Wolnej Polsce za ten raport i parę innych rzeczy służby specjalne (etcetera) szarpały mnie za nogawki spodni (podziurkowanych w wyniku oblania „osoby!!!” kwasem), a sąd III RP, pod wpływem „wygłówkowanego” przez służby specjalne i metakonunistycznych polityków pretekstem przepieprzył mi wyrok (zob.: „Proces. Kłamstwa, mity, dezinformacje i konfabulacje” oraz „Tłuste Koty wymiaru sprawiedliwości”).

         Ja – osoba (sic) widziałem tamte wydarzenia tak:: 

 

Niektóre tezy do analizy stopnia zagrożenia Polski interwencją sił zbrojnych państw-stron Układu Warszawskiego pod koniec II połowy 1981 r.

Analizując stopień zagrożenia Polski (pod koniec II połowy 1981 r.) interwencją wojsk UW należy brać pod uwagę 3 aspekty:

  1. polityczny
  2. militarny
  3. służb specjalnych

1.1. Do chwili obecnej, w żadnym z państw (ZSRR./Rosja , CSRS/Czechy/Słowacja i NRD/Niemcy) nie ujawniono dokumentu jednoznacznie wskazującego, że podjęto decyzję o interwencji w Polsce.

1.2. Materiały ujawnione do tej pory wręcz wykluczają, by taki dokument kiedykolwiek przygotowano.

2.1. W sferze militarnej (w ZSRR, CSRS i NRD) podjęto działania związane z przebazowaniem wybranych jednostek (zgromadzono nad granicą z PRL niewielkie [procentowo] siły własnych wojsk, przedsięwzięto działania zmierzające do rozwinięcia szpitali wojskowych, punktów mobilizacyjnych itp.) mogące wskazywać na pozorne przygotowania do interwencji. Jednak dokładniejsza analiza tych przedsięwzięć (nadanie im wyraźnie demonstracyjnego charakteru, nagłaśnianie spraw związanych z przygotowaniem punktów medycznych czy mobilizacyjnych, częste zmiany miejsca postoju przez poszczególne związki taktyczne etc.) wskazuje wyraźnie, że prowadzono działania pozoracyjne, psychologiczne, obliczone na wywołanie efektu propagandowego.

2.2. Wykonano wprawdzie niektóre dokumenty sztabowe (głównie na szczeblach taktycznych), z których wynika, że wytypowane wojska UW mogły wejść na teren PRL, ale była to normalna, rutynowa praktyka obowiązująca prawie w każdych ćwiczeniach tak z wojskami, jaki aplikacyjnych.

2.3. W dostępnych dokumentach (wojsk ZSRR, CSRS i NRD) nie ma opracowanych wariantów pełnej neutralizacji WP, co przy działaniach interwencyjnych stanowi o powodzeniu całego przedsięwzięcia.

2.4. Prowadząc tego typu działania demonstracyjne, siły interwencyjne pozbawiały się z góry najważniejszego elementu – zaskoczenia.

2.5. Niektóre przedsięwzięcia typu wojskowego i policyjnego (rozwijanie punktów medycznych, gromadzenie zapasów środków opatrunkowych i lekarstw oraz środków i sprzętu do walki z tłumem itp.) wskazują wyraźnie, że były to elementy przygotowań do udzielenia wsparcia siłom MON i MSW PRL przygotowującym się do wprowadzenia stanu wojennego, a nie sposobieniem własnych wojsk do interwencji.

2.6. Przeciwko interwencji wskazują ponadto następujące fakty:

– siły UW zgromadzone nad granicą PRL pod koniec II połowy 1981 r. były porównywalne (liczebność, uzbrojenie, zdolność wykonywania zadań przez poszczególne związki taktyczne itp) z siłami użytymi w czasie najazdu na CSRS w 1968 r. co, zważywszy wielkość terytorium, liczbę ludności, siłę armii Polski i CSRS, wydaję się być dalece niewystarczające do przeprowadzenia skutecznej interwencji; 

– zarówno w CSRS jak i w NRD nie wzmocniono ani nie rozwinięto (w stopniu pozwalającym na skuteczne przeprowadzenie operacji opanowania tak dużego państwa jak Polska) jednostek AR stacjonujących na terytoriach tych państw (co uczyniono np. w 1968 r., w czasie przygotowań do najazdu na CSRS);

– zgromadzone nad granicą PRL wojska UW ani razu nie zajęły pełnych podstaw wyjściowych, z których można przeprowadzić skuteczną interwencję (świadczą o tym m.in. doniesienia zwiadu WOP);

– między siłami UW (wytypowanymi do rzekomej interwencji) nie uzgodniono zasad współdziałania taktycznego, operacyjnego i strategicznego na wypadek wejścia do Polski (brak na ten podstawowy temat jakichkolwiek dokumentów);

– w jednostkach MON oraz wojskach MSW (NJW MSW, WOP) nie przeprowadzono przygotowań wskazujących na zagrożenie interwencją, mimo, że dowódcy poszczególnych jednostek domagali się wyraźnych wskazówek, co należy robić w takiej sytuacji;

– w meldunkach z poszczególnych brygad WOP (ze szczególnym uwzględnieniem doniesień zwiadu WOP) brak jakichkolwiek sygnałów o zagrożeniu, mimo że służby WOP miały codzienny roboczy styk ze stroną sąsiednią.

2.7. Dostępne materiały dotyczące przygotowań wybranych jednostek wojskowych ZSRR, CSRS i NRD nie uzasadniają tezy, że były to działania wystarczające do przeprowadzenia interwencji. 

3.1. Nie ma żadnego dokumentu służb specjalnych PRL wskazującego na istnienie zagrożenia interwencją sił UW.

3.2. Zarówno oficerowie grupy „Wisła” (działającej na terytorium ZSRR) jak i ich odpowiednicy w CSRS i NRD nie sygnalizowali realnego zagrożenie interwencją.

3.3. Agentura służb specjalnych ZSRR, CSRS, NRD (i innych państw UW) działająca na terenie PRL nie została przestawiona (ani nawet nie była przygotowywana) na działania w warunkach opanowania terytorium Polski przez wojska interwencyjne.

3.4. Doniesienia wywiadu MSW i MON z placówek dyplomatycznych państw zachodnich akredytowanych w Polsce nie wskazywały, by w tym czasie służby tajne tych państw poważnie liczyły się z interwencją sił UW w PRL.

3.5. Doniesienia wywiadu MSW i MON z terenu państw zachodnich również nie wskazywały na możliwość interwencji.

 

WNIOSEK:

Położenie i działania sił UW nad granicą Polski pod koniec II połowy 1981 r. wykluczały groźbę bezpośredniej interwencji. Należy jednak stwierdzić, że siły te (wydzielone wojska ZSRR, CSRS i NRD) były gotowe do udzielenia pomocy materiałowej, medycznej, a nawet bezpośredniego wsparcia jednostkom MON i MSW realizującym rozkaz o wprowadzeniu stanu wojennego na terytorium PRL.

PORTRET Z KANALIĄ; RZECZ TAKŻE O MIŁOŚCI

Jady pedalsko-pedofilskiego towarzystwa i niespełnione miłostki dopadły mnie dosyć wcześnie. Od czasu do czasu muszę o tym powspominać. Tym razem wracam do swojej książki Portret z kanalią. Świat podpułkownika J. Światły, czyli randka z nieboszczykiem. Wybaczcie, ale muszę zahaczyć o podpułkownika Światłę, pewnego Wielebnego, z którym, niestety, miałem do czynienie oraz o mojego przyjaciela Tadeusza Stecia, no i jak zawsze – o służby specjalne.

Mój ksiądz dobrodziej był solidnie pogrubionym pyknikiem o charakterystycznej opuchniętej facjacie, potrójnymi kręgami pod oczyma oraz wyzywającym spojrzeniu. Sprawiał wrażenie, że zawsze wiedział, czego chce, ale dał się lubić. Wieść gminna niosła, że był homoseksualistą i pedofilem, uczestnikiem balang wyprawianych przez niedoszłego księdza, przewodnika ze znakiem jakości Q i króla pedałów sudeckich Tadeusza Stecia. Tak ksiądz jak i Steć byli facetami o specyficznym chodzie i na milę można było poznać w nich gejów. Znajomi szeptali, że to klasyczni mizogini. W pedofilskich imprezach uczestniczyli znani intelektualiści i literaci. Jarosław Iwaszkiewicz utrwalił to w notce Dziennika (zapis z 30 marca 1960). To dość ekshibicjonistyczny zapis o miłości pedofilskiej. Mógłbym wiele na ten temat powiedzieć, bo ta i inne historie były wykorzystywane przez tajne służby… 

Ale dla mnie, miłośnika psów, ważne było i to, że  „Iwaszkiewicz wielkim pisarzem był”. Tu taki zapis pisarza (26 stycznia 1966 r.), również o miłości: Okropnie pokochałem małego Tropika. Hania pyta się, co ty widzisz w tym psie? Jak to co? Pokochał mnie i będzie kochał do końca mojego czy swojego życia, nie będzie się żenił ani rozwodził, nie będzie naciągał mnie na pieniądze, nie będzie pisał książek i szukał protekcji, nie obszczeka mnie wśród innych piesków, nie będzie miał ambicji, które przerosną jego uczucia, a najwyżej będzie się napierał kawałka serca. Czyż to nie najlepszy przyjaciel?

Przez moment znalazłem się w ekskluzywnym, ale niezbyt moralnym towarzystwie. Nie, nie przebywałem w nim długo. Nie zdążyłem się chyba zbytnio zatruć. O homoseksualistach mówiło się sporo, ale o pedofilach… raczej się nie słyszało. To pojęcie nie było modne. Ludzie mówili, że dupa to dupa. Obojętnie czy małolatki, małolata czy dorosłego. Znacznie później dowiedziałem się, że środowisko gejowskie od lat czterdziestych było rozpracowywane przez służby specjalne, m.in. przez moich znajomych, byłego, frenetycznie pospolitego oficera Informacji WP, a następnie porucznika WOP Damiana Kozaka i płk Marcelego Wieczorka, ale nie tylko. Zresztą w samej Firmie poznałem kilku nietypowych gejów na eksponowanych stanowiskach, którzy byli obojnakami.

Zawsze miałem wokół siebie kilku przyjaciół, którzy, podobnie jak ja, nie byli w najlepszym socjalistycznym gatunku. Byli tacy sobie. Niektórzy nieco trzpiotowaci. I oficerowie służb specjalnych mieli z nas pociechę. Pisząc na nas meldunki, pracowali na awanse. D. Kozak, wiedzący o mojej przyjaźni z przewodnikiem, aby mnie pocieszyć, a trochę zasmucić, z uśmiechem szerokim jak Brama Brandenburska, ale dużo, dużo później tłumaczył mi, że Steć nie lubił kobiet i od lat pięćdziesiątych wyłącznie „obracał” chłopców. Chociaż… Chociaż była taka jedna, która usiłowała go uwieść i udomowić, a on ją prosił, aby trzymała swoje ręce z dala od jego rozporka. Grupa, do której rzucił mnie klerykalizm mojej matki, nie lubiła kobiet i kombinowała z inną miłością. Mama nie domyślała się, o co Wielebnemu i jego komilitonom chodzi. Ojciec tak.

Jak kulka zaplątana w gąszczu srebrnych liści. Miałem niespełna piętnaście lat i byłem pod urokiem Ireny Kramer. Chodziliśmy razem do szkoły i związaliśmy się ze sobą tak jak można się związać w tym wieku. Po wyjeździe Irenki moje uczucia przerzuciłem na Walę Jałgejczuk. Na inne koleżanki patrzyłem jak na stado pingwinów. Ją tylko widziałem. Byłem niczym kulka zaplątana w gąszczu srebrnych liści. A ona była nasiąknięta zapachem konwalii i chryzantem. Wala była swobodną miłością, naturalną jak oddech. Od jej widoku rano zapalało się słońce, a wieczorem iskrzyły gwiazdy. Do dziś czuję smak jej głosu. Brzmiał tak jakbym w ustach miał watę cukrową.

Ta przygoda była znacznie poważniejsze niż z Ireną. To była śmieszna platoniczna miłość kochana zanadto. Czułem się ocalony przed życiem. Nie wiedziałem jeszcze, że miłość, to utrata godności. Nie ocala. Często boli. Ale wówczas byłem w siódmym niebie. Byłem uskrzydlony. Bujałem w chmurach. Wznosiłem się jak Ikar. Trwało to i trwało… Ta pierwsza miłość była jak wejście do dżungli bez maczety. Szybko zrozumiałem, że to nie romantycy wymyślili nieszczęśliwą miłość. To miłość wymyśliła romantyków. Spłoszyła mnie byle papuga.

Było tak: zauważyłem, że Wala, która do pewnego czasu mała chęć wyrżnięcia wszystkich chłopców oprócz mnie, rozgląda się, czy czasem któryś z tego rżnięcia nie ocalał. Niestety, jeden ocalał. Myślałem, że moja dziewczyna widzi we mnie coś więcej niż czubek góry lodowej, coś, co było dobrze ukryte, może nawet głębiej niż dno dna i zrozumie, że nie warto się oglądać za innymi. Więc zamiast walczyć oraz dać absztyfikantowi po pysku, zostawiłem decyzję ukochanej. Skończyło się na czarnej polewce. Świat się dla mnie skończył. Po rozstaniu z Walą czekało mnie jeszcze sporo niespodzianek. Nic istotnego z nich nie wynikało. Musiałem ułożyć sobie projekt życia zredukowanego. Na długo zapomniałem…

Zapomniałem, kim byłem. Zapomniałem, kim jestem. Zapomniałem, kim będę. Zapomniałem, że gaśnie mój świat. Zapomniałem, że zniknę. Spadłem z chmur niczym Ikar. Nie byłem nawet zerem. Zero jest cyfrą. Ja byłem kropką. Samotną. Nie byłem nawet literą. I zdawało mi się, że na moim tanim zegarku czas drożeje z sekundy na sekundę. A czas nie jest walutą miłości. A śmierci. Amen.

Najtrudniej dotrzeć do samego siebie, a zrozumieć kobietę nie jest w stanie nawet złota rybka. Nie znając pouczeń Marka Aureliusza, że nie należy gniewać się na bieg wypadków, bo ich to nic nie obchodzi, sięgnąłem po Iliadę Homera i Z sercem zgryzotą przeżartym, stroniąc od wszelkich ludzi wybrałem się nad rzekę Kamienną. Zarzuciłem wędkę. Złowiłem złotą rybkę. Za zwrócenie wolności obiecała spełnić moje życzenie. Zażądałem wszystkich ryb z Kamiennej. „Może miałbyś inne życzenie” – zaproponowała rybka. Chciałbym zrozumieć kobietę – powiedziałem. „To jednak wyłowię ci te ryby, co do jednej. Zrozumieć kobietę? To ponad moje siły”.

W chwili, gdy to piszę zrozumiałem, że ja nic o Wali nie wiedziałem. Byłem dyskretny. O nic nie pytałem. Chciałem jeno milczeć patrząc w jej oczy. Nawet nie zauważyłem, że już ją nudzę. To była niemożliwa miłość. Z przetrąconym grzbietem czołgałem się dalej. A może najlepiej byłoby zwariować? A może puścić sprawę w niepamięć? Nie potrafiłem. Aż w końcu zrozumiałem, że wszystko przemija. Znika. Nawet słowa zaklęć. Nawet dane zgromadzone na twardym dysku komputera. Jeżeli nie będą przekopiowywane co ileś tam lat – znikną. Tak jak zniknie wyżej podpisany. Ale nie przejmujcie się. Wy także znikniecie.

Kosza dostałem ze swojej winy. Z dziewczynami nigdy nie szło mi najlepiej. W tej dziedzinie nie byłem chwacki. Nie pozwalała mi na to wrodzona nieśmiałości. O ile w sporcie w każdej, nawet beznadziejnej sytuacji potrafiłem iść przebojem, a na bieżni czy w basenie potrafiłem wojować o każdą sekundę, na wspinaczce uparcie walczyłem o każdy metr ściany, którą chciałem pokonać a w żeglarstwie o stopę wody pod kilem, to w sytuacji sam na sam z dziewczyną, poza którą świata nie widziałem, baraniałem kompletnie, zamieniałem się w słup soli niczym żona Lota.

Mijały lata i pomyślałem, że pora się ożenić. Domyślałem się wprawdzie, że nie jest to atrakcyjna propozycja dla kobiet, którym małżeństwo proponowałem, ale nic na to nie mogłem poradzić. Brakowało mi pawiego ogona, którym mógłbym zaimponować. Nie będąc łowcą i łamaczem dziewczęcych serc ponosiłem porażkę za porażką. Nie, o żadnym seksie nie mogło być nawet mowy. Było to w czasach, w których dziewczyny ceniły cnotę (dziś wiem, ze nie wszystkie) a chłopcy byli kumplami (dziś wiem, że nie wszyscy), a nie kochankami.

Jak to wyrazić? Nie wiem? Słowami nie da się opowiedzieć, czym miłość jest. Uważam wysiłki tysięcy artystów usiłujących dopaść tematu miłości i małżeństwa za przedsięwzięcia spartolone. Szukanie wzorców na miłość w literaturze to przedsięwzięcie beznadziejne. Miłość można rozpoznać tylko własnym sercem. A jeżeli chodzi o małżeństwo? Cóż, uważam, że jest w tym sporo zawracania głowy. Prawdziwemu mężczyźnie wystarczy niania. Ale, jak już się zdarzy zalegalizowany związek, to także małżeństwo, podobnie jak kalectwo, należy znosić cierpliwie.

Więc gdy ksiądz dobrodziej w towarzystwie Stecia zaczął dobierać się do mnie poskarżyłem się tacie. Ojciec w mojej obecności przeprowadził męską rozmowę z kapłanem i przewodnikiem. Nie, nie dal im po pysku jak się spodziewałem. Rozmowa była spokojna. Argumentem był pistolet Mauser C96. Ot tego czasu straciłem społeczną funkcję ministranta. Zraziło mnie to do Kościoła. Mam nadzieję, że nigdy nie obraziłem i nie obrażę Pana Boga. Z Kościołem to inna sprawa. Skoro Kościół hołubi takie postaci jak mój katabas, albo inny pedofil czy abp Józef Wesołowski, to nie może unikać krytyki. Rozumiałem, że Stwórca, mając na głowie pięć miliardów ludzi (dziś – może osiem)  ma poważniejsze zmartwienia i zostawił mnie w spokoju.

Ciągle jednak miałem z Bogiem problem. Czasami dotykał mnie promień wypuszczony przez Niego i nie wiedziałem, co zrobić. Czy uda się kiedyś komuś zajrzeć w źrenicę Boga? Bez Boga się chyba nie da? Przez długie lata dźwięczały mi w oczach słowa kuzyna. Mówił: „Bóg istnieje – słowo honoru”. 

Czy wierzę? Czasem tak mi się zdaje. Jednak bardziej właściwie będzie posłużenie się tu myślą prof. Leszka Kołakowskiego: Nie będę odpowiadał na pytanie, czy wierzę w Boga, bo myślę sobie, że Pan Bóg już to wie. I dalej: Kto mówi, że Boga nie ma i jest wesoło, sobie kłamie. Więc chciałem wiedzieć, kim jest człowiek. Czytam: Trudno być dobrym człowiekiem, to Pittakos. Człowiek człowiekowi wilkiem – Plaut. Ludzie są gorsi od najokrutniejszych zwierząt – Morales.

Reklama katabasa i udany pościg za spódniczkami. Z obcowania z Wielebnym, który, jak mi się dzisiaj wydaje, był facetem swarliwym i z papierową dupą, wysnułem wniosek, że człowiek tym różni się od innych istot na ziemi, Tej Ziemi, że potrafi na dobro odpowiedzieć złem. Jednak ksiądz dobrodziej nie byłby sobą, by nie robić mi reklamy. W czasie mszy, z ambony drwiny ze mnie stroił, dworował bezkarnie, sardoniczne kawałki opowiadał. W końcu ogłosił, że jestem opętany przez złego i należy mnie egzorcyzmować. Obiecywał mamie, że za pięćset złotych załatwi egzorcystę. Ojciec nie wyraził zgody. Poczubił się tylko trochę z katabasem, który okazał się niezgorszym strachajłą (tchórzem).

Reklama kapłana przetrwała długo. Nawet jak podpisałem z wojskiem kontakt na dożywocie i na trzy lata zamknęły się za mną bramy kętrzyńskiej Oficerskiej Szkoły WOP, a na pierwszy urlop do domu przyjechałem dopiero po roku, ludzie ciągle napastowali matkę, że niedawno widziano mnie w Szklarskiej Porębie Dolnej jak deflorowałem miejscową dziewicę. Gdy te wici dotarły do mnie, odpisałem wielebnemu prosząc go, aby warcholił dalej, by częściej o mnie wspominał, a wówczas wdzięczność moja do niego granic nie będzie znała. Darmowa reklama, jaką mi robił, ogłaszając z ambony, że dla niewiast jestem mniej zawodny od innych zawodników ułatwia mi poszukiwanie kandydatek do miziania.

    A przecież życie w OS WOP nie było usłane hurysami. Życie podchorążych było wypełnione od pobudki do capstrzyku. Nie było czasu nawet myśleć, czy człowiek jest szczęśliwy, czy nie. I pewnie Rokossowskiemu o to chodziło. I choć marszałek w 1956 r. wycofał się na z góry upatrzone pozycje w Sowietach, jego metody długo jeszcze obowiązywały w szkołach oficerskich. Niewiastami zacząłem się interesować na poważnie dopiero po skończeniu podchorążówki. Chcąc odrobić stracony czas, rzuciłem się niczym najgorszy hultaj w pościg za spódniczkami. Czyhając na cnotę białek (kobiet) ścigałem je na Wybrzeżu i w Karkonoszach, w stolicy, we wsiach i w miastach, na górskich wertepach i na nadmorskich plażach.

W końcu jedną dopadłem. Usidliłem ją w Szczecinie. Miała na imię Jola. I wówczas przyśniła mi się Walentyna. We śnie widziałem jak ona odchodzi. Budzę się szczęśliwy, że nie zostałem z tą kobietą. Bo Jola to było to! Była lepsza niż Coca- Cola. Była dla mnie hożą białogłową. Była ledwie dosłyszalną muzyką na granicy dźwięku. Powiedziałem jej, że Żołnierz dziewczynie nie skłamie. I ona mi uwierzyła. A mnie wstyd były nie dotrzymać słowa. Więcej na ten temat nie napiszę. Nie chcę zapeszyć.  Jola do dziś jest moją żoną. I jest dla mnie kobietą mającą w sobie cząstkę wszechświata. Nie wiem, dlaczego pozwoliła się doścignąć. Może za wolno biegała? Może się zagapiła? A może czekała na mnie? Czy to było złe? Czy to było dobre? Jak należy określić takie doświadczenia? Myślę, że wolno tu użyć biblijnych słów: cuneta valde bona (wszystko jest bardzo dobre). Nie zmienia to faktu, że całe życie byłem samotnym królem bylejakości, lekkomyślnym wesołkiem, egzaltowanym głupkiem, a dobrze się czułem jedynie w górach i na morzu, zaś moje życie przypominało thriller z elementami komediowymi.

 

 

04.09.2025

Dziesięć lat temu w książce Lot nad szpiegowskim gniazdem. Tropem tajnych służb pisałem w epilogu. Dziś jest jeszcze gorzej. No to przypominam tamten tekst: Człowiek, proszę państwa to nie jest udana rzecz. Człowiek to jest taka rzecz, która lubi mordować. Marek Edelman. Będąc na bieżąco z całym gównem tego świata coraz częściej słyszę głosy, że prezydent W. Putin zwariował. Nic bardziej błędnego. On jedynie zgłupiał. To się zdarza. Tak, mądrzy, inteligentni ludzie, szczególnie po dopadnięciu władzy absolutnej, głupieją absolutnie. Niestety, odwrotne procesy zachodzą bardzo rzadko i nie dotyczą Putina.        Pod koniec lat 80. Putin, pod przykryciem dyplomaty, był starszym lejtnantem KGB urzędującym w Dreźnie, by po dziesięciu latach zostać szefem Federalnej Służby Bezpieczeństwa – sukcesorki KGB.

Spotkałem go w Dreźnie dwa czy trzy razy przy różnych okazjach. Robił dobre wrażenie. Był oczytany ponadprzeciętnie. Chytry jak rosyjska dusza. Był kordialny, jowialny, pachniał konfidencjonalnością. Zdawało się, że pragnie wyprzedzić swój czas. Z takich ludzi wyrastają albo myśliciele albo wielcy bandyci. Obserwując to, co Putin robi dziś obawiam się, że zachodzi drugi człon tej alternatywy. Przykro patrzeć na lwa, który nie tylko szczeka, ale stara się jeszcze gryźć.

W Dreźnie koledzy KGB  nadali mu ksywę „Krótki Putin”, która obowiązywała do czasu, aż został szefem FSB Rosji. W ksywie nie było złośliwości a jedynie aluzja do jego wzrostu i uznanie dla jego kompetencji wywiadowczych. Obecnie, w Moskwie i Petersburgu  opozycja rosyjska nadała prezydentowi kryptonim „Lil”. Od liliputa. Mówi się, że Putin, aczkolwiek chce wzorować się na Stalinie ma charakter liliputa…Władający Rosją prezydent to pojętny, zmyślny, twórczy i bystry uczeń Andropowa i Kriuczkowa. Ma geny Stalina, a gębę Chruszczowa i Breżniewa. W jego żyłach buzuje krew krewkiego kagiebowca i trudno pojąć, co mu w duszy gra.                                             

Wydaje się, że współczesna Rosja nie jest jednak krajem totalitarnym a jedynie autorytarnym. W. Putin buduje demokracje w specyficznym carsko-bizantyjskim stylu, opartą o tajne służby, wojsko, cerkiew i oligarchów.

Do prezydenta Rosji pasują słowa Onufrego Zagłoby: Zdechnę ja i pchły moje, ale Rosja będzie Rosją wielką, której wszyscy będą się bać. Jestem przekonany, że autorytaryzm putinowski coraz bardziej gnije i w końcu sami Rosjanie opamiętają się… Ale co Putin ze swoją ferajną narozrabia to narozrabia. Boć to przecież gigant zła…

Jedno jest pewne,  w 2014 r. Putin zakończył wakacje Europy od historii. Nie można wykluczyć, że prezydent Rosji, zazdroszcząc poprzednikom sukcesów, postanowił na razie rozruszać… Ukraińców. Gdyby miał na nosie okulary lustrzane, można by w nich ujrzeć Krym i Gruzję. Może Putin czytał dzienniki dr. Josepha Goebbelsa. Znając język niemiecki, miał taką możliwość znacznie wcześniej niż wydobyto tekst na światło dziennie i ogłoszono w 18 woluminach. Manuskrypt dzienników przeleżakował wiele lat w archiwum sowieckich służb specjalnych. Może uderzyło go takie zdanie ministra propagandy III Rzeszy: Nie spodziewamy się po monarchach Europy zbyt wiele. Oni widzą w nas parweniuszy i sądzą, bez względu na to, jaką władzę mamy, że można nas traktować z góry. Trzeba ich od czasu walnąć w szczękę, aby oprzytomnieli.

No i walnął. Zaatakował punktowo. Każdego dnia potarza europejczykom slogan Chruszczowa: Czy wam się to podoba, czy nie, historia jest po naszej stronie. My was pogrzebiemy. Maksymalnie wykorzystuje służby specjalne. Polityka prezydenta bardzo podoba się Rosjanom. Popiera go 85 procent rodaków. Dlaczego? Bo Rosjanie jeszcze nie wiedzą, że znacznie lepiej jest mieszkać w miłym kraju a nie w potężnym. Potęga doprowadza ludzi do szaleństwa.

Pochwała wojny. W ciągu pięciu i pół tysiąca lat tylko 292 lata było okresem powszechnego pokoju. W 14550 konfliktach wojennych zginęło około 1240 milionów ludzi. Dalszy kilkaset milionów było skutecznie zniechęconych do życia. Tylko w XX wieku były dwie wojny światowe i ponad 200 wojen lokalnych i nie tylko lokalnych. Współczesne media codziennie informują o konfliktach międzynarodowych i wewnętrznych.Wojny, czyli zorganizowane ludobójstwo, zabijanie ludzi przez ludzi, to wręcz sposób istnienie człowieka. Do najstarszych zawodów ludzkości należą szpiedzy, kurwy i wojownicy, zwani, w zależności od sytuacji rycerzami, bohaterami, patriotami lub… zbrodniarzami, ludobójcami…

Przyczyny wojen bywają różne. Od najbardziej absurdalnych, jak woja trojańska, która wybuchła  po ucieczce żony króla z gachem, po chęć powiększeni przestrzeni życiowej i panowanie nad światem (druga wojna światowa), nierównomierny podział świata w wypadku rozpadu systemu kolonialnego itp.

 Zastanówmy się co pcha ludzi do wojen? Odpowiedz wydaje się prosta. To agresja. Jej ojcem jest duch ludzki. Niekiedy eros. To agresja powoduję zbrodnie i zdrady, rodzi kłamstwa i perfidie, wyzwala żądzę posiadania, mordu, panowania i zniewalania innych. To agresja przywdziewająca szaty patriotyzmu, heroizmu, bohaterstwa i poświęcenia, a ukrywając prawdę zmusza ludzi do wzajemnego wyrzynania się. Wydaje się, że jednym z wielkich przywódców, który cechy te najlepiej uosabia jest prezydent Rosji W. Putin. A dokąd zmierza świat? Nie będę się wymądrzał. Oddaję głos byłemu kierownikowi Sztokholmskiego Instytutu Badań Nad Pokojem Frankowi Bernaby’emu: Sądzę, że dryfujemy ku katastrofie nie z powodu ignorancji lub dążeń polityków, lecz z powodów właściwych samej istocie człowieka.

Europa przytomnieje bardzo, bardzo wolno, ale przytomnieje U naszego wschodniego sąsiada od wieków przeważają ciągotki nacjonalistyczne. Rosja i Rosjanie w głębokim poważaniu mają przyszłość, wzruszają się  i płaczą za Imperium. A widok spłakanych rodaków wycisnąłby nawet łzy z Kaliguli, a co dopiero z prezydenta Rosji. Więc Putin rozmienia łzy narodu na drobne i powstaje wielki deszcz wzruszeń imperialnych. Człowiek post-radziecki tęskni do przeszłości i śni o odbudowaniu „Spłakanego Imperium”. Człowiek rosyjski jest zdolny do niespotykanych wyrzeczeń. Prezydent  jako człowiek inteligentny, jako były szef FSR, rozumie dobrze duszę rodaków. Napadając zbrojnie na Krym, chciał osuszyć spłakane oczy Rosjan. Zachód zaakceptował anszlus Krymu, ale oficjalnie z tym się nie pogodził. I tu władca Rosji popełnił pierwszy błąd. Gdyby był konsekwentny, to po zaborze Krymu powinien był zająć zbrojnie Ukrainę wschodnią i południową. Zachód byłby zszokowany.

Zatrzymanie zbrojnego podboju Ukrainy i postawienie na uzbrojonych po zęby „zielonych ludzików” było kolejnym błędem Putina, który ma wprawdzie odwagę i zdecydowanie lwa, ale brak mu doświadczenia Lenina i Stalina. Prezydent zapomniał, że puszczenie samopas terrorystów operujących na wschodzie Ukrainy, oprócz korzyści politycznych może przyczynić się do skutków katastrofalnych. Katastrofą było zestrzelenie cywilnego samolotu. Nieokiełznane czeredy bandytów grasujących pod patronatem Rosji zmusiły Moskwę do zajęcia pozycji obronnych, do tłumaczenia czynów, których wytłumaczyć się nie dać.

 Do tej pory było tak, że świat ślepł i głuchł, kiedy zbliżał się Putin – car. Tak było już po aneksji Krymu. Teraz sytuacja się zmieniła. Zachód ochłonął. Zestrzelenie samolotu zbudziło z letargu USA i czołowe państwa Europy – Niemcy, Wielką Brytanię i Francję i reanimowało NATO. Skutkiem agresji Putina może być nawet zmiana doktryny obronnej paktu, dostosowanie jej do wymagań wojny czwartej generacji. Zachód zmienia się za wolno. Jednak coraz widoczniejsze są trendy antyrosyjskie. Antyrosyjskość Europy  wynika z antyrosyjskości Rosjan. Putinowi może się marzy pełzająca interwencja. Więc na razie nauczyciele uczą dzieci liczyć: jeden zabity Ukrainiec plus drugi zabity Ukrainiec to dwóch zabitych Ukraińców…

Ale może Putin  na początek chce jedynie sfinlandyzować Ukrainę… Może…? On przecież dobrze wie, że Rosji nie zagraża NATO lub Unia Europejska. Prezydent Rosji wie, że za chwilę groźni będą Chińczycy. Już są groźni fundamentaliści islamscy…

Jednego Moskwa może być pewna – Zachód nigdy nie zdecyduje się „umierać za Ukrainę”. Zachodni mężowie pokrzyczą, ponarzekają i uznają status quo… Tak zwany demokratyczny świat, będący festiwalem miernoty i przeciętności nie ma gotowej odpowiedzi na pytanie: kto po Putinie? Nie rozważając nawet takiej alternatywy Zachód pozwala marzyć Putinowi o restauracji Imperium. Tak zwana demokracja zachodnia, która jest formą religii polegającej na oddawaniu czci szakalom przez osłów, ciągle żyje złudzeniami. Zapłacimy za to wszyscy, gdy okaże się, że złudzenia zostaną utracone.

W sprawie Rosji żywię się informacjami telewizyjnymi. Ekran parska militaryzmem, katastrofizmem, onanizmem… Nie wiadomo czy ogłuchnąć, czy oślepnąć, czy defekować? Więc zwracam uwagę na coraz śmieszniejszą główkę prezydenta Rosji. To żyjąca iluzjami główka wymarłego gada, która już nie jest w stanie przewidzieć jak się skończy jego panowanie. Putim poszedł o jeden most za daleko. Kiedy nastąpi deziluzja i prezydent uświadomi sobie, że dla niego nie ma dobrego wyjścia? Z jednej strony grozi mu „rosyjski majdan”, czyli – jak to nieraz w Rosji bywało – straszny rosyjski bunt, bezmyślny i bezlitosny, a z drugiej czają się jeszcze groźniejsi przeciwnicy, uważający że prezydent jest… za łagodny, że, gdyby był stanowczy, mógł już opanować całą Ukrainę… Zabójstwo Niemcowa pod kremlowskim murem jest wyraźnym ostrzeżeniem dla Putina – „uważaj Wadymirze Władymirowiczu. My jeszcze istniejemy. Siejemy przerażenie. A serca mamy z kamienia. Więc maszeruj śmiało do przodu, bo…” Wszystko wskazuje na to, że za tymi zbirami czai się jakaś grupa rekrutująca się z armii, dla których żywiołem jest wojna. Armii niezadowolonej, że w otoczeniu prezydenta brylują odwieczni wrogowie wojskowych, czyli przedstawiciele służb specjalnych… Wszystko wskazuje na to, że Putin już nie ma wyboru. Może powtarza za Nietzschem: Takim jestem, takim być chcę: was niech diabli wezmą! Uf! Gdybym był Rumunem, Mołdawianinem, Bułgarem, Białorusinem, Grekiem, Austriakiem, Łotyszem, Estończykiem, Litwinem, mieszkańcem Bałkanów, a nawet Turkiem zaczynałbym się bać. Dziś światem rządzą wirtualne kapitały, a nie rakiety z głowicami nuklearnymi wspartymi lotniskowcami, czołgami i wszystkim, co strzela. W tym tkwi szansa naszego wschodniego sąsiada, ale i Rosji. Jeżeli świat zachodni nie chce zniknąć jak Atlantyda, musi coś z tym fantem zrobić.

Konflikt na Ukrainie jest niczym innym jak początkiem ery „zmagań czwartej generacji” określanej skrótem 4 GW (Fourth Generation Warfare) – czyli kulturowo-cywilizacyjnych konfliktów wykraczających poza ramy państwa narodowego i historyczną triadę gen. von Clausewitza: rząd-armia-naród. Zda się nie rozumieć tego nawet były szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego gen. Stanisław Koziej, który powoli wykreowuje się na najmądrzejszego generała III RP. Trudno powiedzieć, czy nieprzemyślany atak Putina na sąsiadów zapoczątkuje drastyczne zmiany na świecie? Czym może się charakteryzować XXI wiek? Czy dojdzie do wielkiej depopulacji i powstania całkowicie nowej cywilizacji, czy…?

 

CO ODRÓŻNIA SUDECKIEGO GRAFOMANA OD ERNESTA HEMINGWAYA?

Czyli życiopisanina ancymonka z cyklu: niemy powiedział głuchemu, a ślepy widział jak szczerbaty obgryzał włosy łysemu, który truł o „złotym pociągu” i nawijał o literaturze, mniej więcej tak: 

 

         Od stu lat jednym z moich ulubionych pisarzy był i jest Ernest Hemingway. Nieważne, że był on agentem NKWD. Nieważne, że za jednego z głównych bohaterów powieści Komu bije dzwon czyli generała Golza wybrał najpaskudniejszego oficera Kraju Pieroga i Zalewajki generała Karola Świerczewskiego, którego paskudny babsztyl, literatka sowiecka i polska, członkini ZPP i ortodoksyjna działaczka komunistyczna, acz majorka WP Janina Broniewska awansowała do grona postaci Którzy się kulom nie kłaniali. Nieważne, że tu i ówdzie słyszę szczekaninę iż dzieła E. H. to przereklamowane starocie. Ważne, że E. H. zrewolucjonizował prozę i jest nadal powszechnie czytany, co zdarza się jedynie tylko najlepszym twórcom (vide: ciągłe wznowienia jego książek).

         Ale spokojnie! Nie zamierzam grafomanić o tym wybitnym i wiecznie świeżym pisarzu. Chcę tylko…

         Zresztą sami przeczytajcie.

         Ernest Hemingway przeżył wąglik, malarię, zapalenie płuc, czerwonką bakteryjną, raka skory, zapalenie wątroby, anemię, cukrzycę, nadciśnienie, dwie katastrofy lotnicze, pęknięcie nerki, pęknięcie śledzony, pęknięcie kręgu, pęknięcie czaszki i znacznie więcej.

         Napisał 10 pełnometrażowych książek (6 powieści, 2 zbiory opowiadań i tyleż samo zbiorów reportaży) i, w ramach konkursu na najkrótszą książkę, machnął jedną powieść składającą się z 6 słów: Na sprzedaż: niemowlęce buty, nieużywane. Za Człowieka i morze dostał Nagrodę Nobla. Tyle przeżył, a ostatecznie popełnił samobójstwo.

         ***

          Ja załapałem się tylko na wywar z tojadu mordownika, który skutkował rozległym zawałem serca. Następnie przeżyłem: trzy śmierci kliniczne i jeden zamach strzelecki w wykonaniu strzelca – fuszera, a także nie do końca udaną akcję oblania kwasem oraz operację na otwartym sercu i wszczepienie 4 bypassów; 3-krotne zapalenie płuc i tylko jedną trepanację czaszki skutkującą wyciągnięciem z mojego czerepu 7-centymetrowego krwiaka. Potem zanotowałem 3-krotne operacje przegonienia złośliwego nowotworu skóry: 5-krotne podpalanie mieszkania; 2-krotny wstrząs czaszki będących skutkiem niechcianych lotów ze skał w różnych górach świata, no i znacznie więcej. Na swoim ciele mam tylko 270 śladów po szyciu skóry jednak chyba nie uda mi się dociągnąć do 300 szwów. Napisałem 100 książek i skrócił sześciowyrazówkę E.H. do 4. słów: Sprzedam pionową działkę budowlaną. Zamiast nagród otrzymałem od Ojczyzny, która o mnie nie zapomniała wyrok sądowy za pisanie prawdy. Azali samobójstwo, wobec braku w katolickim Kraju Pieroga i Zalewajki szans na zgodę na eutanazję mam ciągle jeszcze przed sobą.

DZIŚ REPETYCJE Z HISTORII

Pozwalam sobie przekazać PT Czytelnikom mój wykład wygłoszony niegdyś w ramach grafomańskiego wykładania historii filozofii z podtekstami historycznymi na WUML- u w Zgorzelcu i Lubaniu. Wykład ten był moją czarnym rozpaczą i sporym nieszczęściem albowiem ktoś mnie zakapował do dowódcy brygady, a był nim niejaki „Żurek”. A był to pułkownik, który mogły popełnić łatwo samobójstwo skacząc z poziomu własnego EGO na poziom swojego IQ.      

W tym miejscu, mniej więcej raz na dziesięć lat, zamiast zajmować się codziennymi pierdołami wyciągam czaszkę z spod kołdry aby zająć się na poważnie historią Kraju Pieroga i Zalewajki. Łudzę się, że może uda mi się kogoś tym tematem zainteresować? Przecież bitwa, o której chcę przypomnieć była w historii Kraju Pieroga i Zalewajka jedna z najpoważniejszych spraw, a rocznica bitwy się zbliża.

         Biorąc pod uwagę to wszystko, co się wydarzyło w dniu zaprzysiężenie świeżego prezydenta III RP JE Karola Nawrockiego zdaję sobie sprawę z tego, że obojętnie co zrobię

Będzie wiotczało

Będzie zawodziło

Będzie trudniej

Wstawać i chodzić

Będzie łamało

Niedomagało

Aż w końcu

Słowem stanie

Się ciało

I zacznie się wszystko od nowa.

         A że nikt mi tak nie dokopie jak samo życie no to wezmę pod uwagę, że każdą dupę można posadzić na tronie, ale nie każda głowa godna jest korony. Jak będzie tym razem? Zobaczymy. A teraz przypominam wypociny niepoprawnego historycznego grafomana, albowiem bitwa warszawska jest jednym z nielicznych naszych sukcesów z których wszystkie pokolenia Naszego Plenienia mogą być dumni.

 

 

          Wprowadzenie, czyli hipoteza robocza.

Uważam, że Bitwa Warszawska, zwana niekiedy “Cudem nad Wisłą” była jedną z 18 najważniejszych bitew świata. Wprawdzie w historiografii dziejów wojen, w tym wielkich bitew, mamy do czynienia z ogromną liczbą ich rangowania. Są więc klasyfikacje dziesięciu, pięćdziesięciu, stu, a nawet więcej ważnych bitew w dziejach świata.

         Ale ja wybieram klasyfikację stworzoną przez Edwarda S. Creasy’ea, autora listy piętnastu bitew, które zaważyły na losach świata. Listę uzupełnioną przez brytyjskiego polityka, dyplomatę i pisarza Edgara V. D’Abernona, o trzy inne bitwy.

         Obaj historycy, za podstawę umieszczenia na swojej liści uznali takie bitwy, których odwrotny przebieg mógłby zmielić losy świata, sprawić, że historia wyglądałaby dziś zupełnie inaczej.

                   Oto wybór Creasny’nea:

  1. bitwa pod Maratonem [12 września 490 p.n.e.]
  2. wyprawa sycylijska [porażka Aten w wojnie z Syrakuzami; 413 p.n.e.]
  3. bitwa pod Arbel [331 p.n.e.]
  4. bitwa pod Metaurusem [207 p.n.e.]
  5. bitwa w Lesie Teutoburskim [9]
  6. bitwa na Polach Katalaunijskich [Calons-sur-Marne; 7 września 451]
  7. bitwa pod Tourus [25 października 732]
  8. bitwa pod Hastings [14 października 1066]
  9. oblężenie Orleanu [ 1429]
  10. klęska hiszpańskiej armady [1588]
  11. bitwa pod Belenheim [13 sierpnia 1704]
  12. bitwa pod Połtawą [8 lipca 1709]
  13. kapitulacja armii angielskiej pod Saratogą [1777]
  14. bitwa pod Valmy [1792]
  15. bitwa pod Waterloo [18 czerwca 1815].

Teraz uzupełnienia D’Abernona:

  1. bitwa pod Sedanem
  2. bitwa pod Marną [5 – 9 września 1914]
  3. Bitwa Warszawska 15 sierpnia 1920

 

         Nie ukrywam, że mój wybór takiej, a nie innej klasyfikacji, jest subiektywny, a zadecydowało – umieszczenie wśród osiemnastu najważniejszych bitew świata Bitwy Warszawskiej, której nazwę, ze względu na szacunek, piszę wielką literą.

         Oczywiście, samo umieszczenie bitwy na liście, nawet najbardziej szanowanych autorytetów, nie jest jeszcze żadnym dowodem, że Bitwa Warszawska rzeczywiście, w wypadku innego jej przebiegu, zmieniłaby losy Polski, Europy, świata.

          Sytuacja geopolityczna Polski po zakończeniu pierwszej wojny światowej 

         W wyniku pierwszej wojny światowej, 23 czerwca 1919 r. zwycięskie mocarstwa podpisują w Wersalu pod Paryżem traktat zwany Wersalskim. Ustaleniami traktatowymi dokonano wiele zmian w Europie. Ustalając w miarę precyzyjnie nowy podział na Zachodzie, łącznie z precyzyjnym określeniem granic, pozostawiono równocześni wiele nierozstrzygniętych spraw na Wschodzie. Takie postawienie sprawy zachęcało niewątpliwie Rosję Bolszewicką, do ekspansji nowej ideologii w kierunku Europy Zachodniej i wymuszania niektórych rozstrzygnięć siłą militarną, szczególnie na sąsiadach.  

         Niewątpliwie największym przegranym okazały się Niemcy, które zostały zmuszone do bezwarunkowego uznania suwerenności Belgii, Polski, Czechosłowacji i Austrii oraz do wycofania się z traktatu z Brześcia Litewskiego oraz traktatu bukareszteńskiego. Ponadto utraciły 71 tys. km² terytorium [około 13% ze stanu sprzed wojny]. Alzacja i Lotaryngia wróciły do Francji, okręg Saary znalazł się pod kontrolą Ligi Narodów na okres 15 lat. Belgia otrzymała niewielki okręg Eupen-et-Malmédy oraz Moresnet. W 1920 r. odbył się plebiscyt w środkowym i północnym Szlezwiku, po którym ta ostatnia część połączyła się z Danią.

         Sporo zyskała Polska, do której włączono jedną trzecią część Górnego Śląska oraz Wielkopolskę i niewielkie okręgi na Pojezierzu Mazurskim. Litwa otrzymała port w Kłajpedzie a Gdańsk stał się Wolnym Miastem. Podlegającym Polskiej jurysdykcji w zakresie polityki zagranicznej. Ponadto Rzesza została pozbawiona całego swojego imperium kolonialnego, które zostało podzielone głównie pomiędzy Anglię i Francję.

 

         Jednak jednym z najważniejszych skutków politycznych I wojny światowej były rewolucje w Rosji 1917 roku. Szczególnie rewolta bolszewicka w październiku, prowadzona pod kierownictwem Włodzimierza I. Lenina oraz Lwa Trockiego, wstrząsnęła całym światem i stała się ogromnym wyzwaniem dla mocarstw zachodnich. Świat zachodni stanął nagle oko w oko z „czerwonym zagrożeniem”, a próby wspomożenia pragnących utrzymać dotychczasowy system władzy „białych” spełzły na niczym.

         Prawdą jest jednak, że Rosja wyszła z wojny z dużymi stratami terytorialnymi oraz ludzkimi. Zamieszanie panujące wewnątrz kraju pozwoliło na odzyskanie niepodległości przez Finlandię, oraz republiki bałtyckie. Do Rumunii przyłączono Besarabię. Na krótki okres powstały państwa na Kaukazie, takie jak: Gruzja, Armenia i Azerbejdżan. Do niepokojów doszło w Środkowej Azji [m.in. ruch basmaczy].

         Niestety, rozprzestrzenianie się “czerwonego zagrożenia” nie ograniczyło się tylko do Rosji. Komuniści i socjaliści chwycili za broń w wielu innych krajach, m.in. na Węgrzech czy w Finlandii. Przegranym okazały się też  Austro-Węgry, które pod wpływem sił odśrodkowych rozpadły się kompletnie na samodzielne organizmy państwowe [Austrii, Węgier; w skład Królestwa SHS weszły Chorwacja, Serbia, Bośnia i Hercegowina, Słowenia oraz Czarnogóra; Czechosłowacja; Polska odzyskała Galicję; południowy Tyrol oraz rejon Triestu przypadły Włochom]. Złudne stały się nadzieje Wilsona, który myślał o utrzymaniu w całości tego państwa [chociaż uszczuplonego] jako przeciwwagi Niemiec w rejonie Europy Środkowej.

         Bardzo osłabiona wyszła z wojny Turcja, która utraciła Irak, Syrię, Palestynę, Arabię i Jordanię – większość z tych terytoriów stała się mandatami Francji i Anglii sprawowanymi z ramienia Ligi Narodów. W rezultacie postępujących przemian społecznych w latach 20. nastąpił upadek sułtanatu, w którego miejsce powstać miało nowoczesne, świeckie państwo tureckie, którego twórcą był Mustafa Kemal Atatürk. Pierwsza wojna światowa mimo że toczyła się głównie w Europie, wpłynęła także na sytuację geopolityczną na całym świecie. Ludność Azji i Afryki stanowiła źródło taniej siły roboczej oraz „mięsa armatniego” [np. Francja wcieliła do swojej armii 70 tys. Algierczyków i Murzynów z Zachodniej Afryki, Brytyjczycy wykorzystywali pracę ok. miliona hinduskich żołnierzy i pracowników], regiony te były także nieocenionym źródłem rozmaitych surowców, bez których machina wojenna nie mogła działać.

         Na tym tle sytuacja geopolityczna Polski rysowała się nie najgorzej. Być może, byłaby to sytuacja całkiem dobra, gdyby nie sąsiedzi.  Szczególnie rewolta bolszewicka w październiku, prowadzona, szczególnie Rosja, w której “czerwoni” akurat kończyli doszlachtowywać “białych”. Polsce nie było “po drodze” ani z jednymi, ani z drugimi.

         Z zachodniej strony, potężnym zagrożeniem dla Polski były Niemcy, mające sporo powodów do niezadowolenie, chociażby ze względu na utratę ważnych terytoriów z jednej strony, a z drugiej zmuszone do płacenia ogromnej kontrybucji oraz wykonania szeregu postanowień zwycięzców ograniczających normalny rozwój państwa.

         Z drugiej, wschodniej strony – czaił się nie mniej groźny wróg. Był nim bolszewizm. Był to wróg tym groźniejszy, że o ile, przynajmniej w trzeciej dekadzie XX wieku Niemcy były na tyle osłabione, że Polsce nie groziła bezpośrednia agresja, to ze strony Sowieckiej taka możliwość była stale aktualna.

         Geneza i ekspansja komunizmu

         Niewątpliwie największym zagrożeniem dla Polski w pierwszych latach po pierwszej wojnie światowej była ekspansja rosyjskiego komunizmu – ideologii, którą polityk brazylijski Attlee Clement nazwał nieślubnym dzieckiem Karola Marksa i Katarzyny Wielkiej. Jednak nazwa komunizm pochodzi od łacińskiego słowa communis co znaczy wspólny, powszechny, ogólny.  Ideologia ta narodziła się w połowie XIX wieku. Jej twórcami byli Karol Marks i Fryderyk Engels. W teorii marksistowskiej miała to być najwyższa, bezklasowa forma organizacji społecznej, następująca po kapitalizmie. Później została ona zmodyfikowana przez Włodzimierza Lenina. Inna nazwa ideologii to marksizm – leninizm, zwana też bolszewizmem, stąd np. wojna polsko – bolszewicka. 

         Ideologia komunistyczna, miała charakter utopijny; zawierała postulat radykalnego równouprawnienia, obejmującego nie tylko równość wobec prawa, ale również status społeczny, a nawet życie kulturalne. Głosiła ideę autentycznej wspólnoty i braterstwa ludzi, przezwyciężającej indywidualizm, czemu miało sprzyjać zniesienie własności prywatnej Komuniści podkreślali klasowy podział społeczeństwa kapitalistycznego, a według nich, najważniejsza i najbardziej pokrzywdzona grupa społeczna – klasa robotnicza, miała odgrywać główną rolę w przyszłym komunistycznym społeczeństwie. Tak narodziła się teoria proletariatu. Ideologia komunistyczna odrzucała nie tylko religię, ale także ukształtowane w Europie Zachodniej koncepcje wolności, prawa i demokracji, dowodząc ich klasowych uwarunkowań. Własność prywatną miano zastąpić własnością kolektywną . Stosunki społeczne maiła regulować jedna z fundamentalnych zasad komunizmu: ”od każdego według jego zdolności każdemu według jego potrzeb”.  Jedynym skutecznym sposobem zmiany rządów miała być rewolucja. Według komunistów kapitaliści dobrowolnie nie zrzekną się swojej własności, dlatego konieczne będzie zastosowanie siły. Komuniści nie ograniczali się do rozpowszechniania swojej ideologii jedynie w Rosji. W dalszej perspektywie planowali podbić świat. Podjęli w tej sprawie konkretne działania militarne. Na drodze tego podboju stała Polska. Było sprawą oczywistą, że w tej sytuacji musi dojść do starcia.

         Przygotowania obu stron do wojny

         Dynamiczny rozwój sytuacji po zakończeniu wojny sprawił, że trudno mówić o jakichkolwiek większych przygotowaniach obu stron do wojny. Będąca w stanie wojennego uniesienia Armia Czerwona, opromieniona sławą pogromcy białych, podjudzana przez czerwonych komisarzy, zaślepiona ideologią, z marszu ruszyła do realizacji wielkiego celu – budowy światowego komunizmu.

         W znacznie gorszej sytuacji była Polska, budująca dopiero zręby państwowości, tworząca nie tylko podstawy gospodarki ale i armii. Wydawało się, że stoimy na z góry straconej pozycji.

         Przyczyny i wybuch wojny polsko – bolszewickiej oraz początkowy     przebieg działań frontowych.

         Można się doszukiwać wielu powodów przyczyn wybuchu wojny polsko – bolszewickiej. Wydaje się jednak, że najkonkretniej ujął ten problem wódz sowiecki – W.I. Lenin, który w dyrektywie z 29 listopada 1918 roku nakazał Armii Czerwonej, aby przeniosła idee rewolucji komunistycznej na zachód tak, aby “… zatopić bagnet Armii Czerwonej w Europie”.       A skoro pierwszą i chyba najgłówniejszą przeszkodą na tej drodze przenoszenia ognia komunizmu była Polska,. Bolszewicy postanowili sprawę rozwiązać z marszu. Doszło do wojny.

         Armia Czerwona, której głównodowodzącym był Sergiej Kamieniew nacierała siłami ugrupowanymi w dwa związki operacyjne:Front Zachodni Michaiła Tuchaczewskiego oraz

Front Południowo-Zachodni Aleksandra Jegorowa. Wojska obu frontów, początkowo oddzielone były Armia Czerwona olbrzymim kompleksem bagien poleskich , co praktycznie uniemożliwiało współdziałanie i było bardzo korzystne dla Wojska Polskiego.  W miarę ich postępu w kierunku zachodnim, luka operacyjna w centrum ugrupowania, poszerzała się jeszcze bardziej. Następowało to wbrew dyspozycjom Naczelnego Dowództwa Armii Czerwonej z 3 i 11 sierpnia, nakazującym przesunięcie znacznych sił Frontu Południowo-Zachodniego z małopolskiego i wołyńskiego obszaru działań wojennych na kierunek warszawski.

         Prawe skrzydło wojsk Tuchaczewskiego  otrzymało zadanie opanowania obszaru Grudziądza i Torunia oraz forsowania Wisły na odcinku od Dobrzynia po Włocławek. Centrum sił Tuchaczewskiego skierowane zostało na Modlin  i na Warszawę. Główne siły Frontu Południowo-Zachodniego znajdowały się natomiast nad rzeką Strypą i szły na Lwów.

         Większość sił Frontu Zachodniego posuwała się zatem w kierunku północno-zachodnim – na północ od Warszawy, a gros sił Frontu Południowo-Zachodniego w kierunku południowo-zachodnim – na Lwów. Tym sposobem, wobec nieskoordynowania działań bojowych i trudności z łącznością Armia Czerwona traciła znacznie na swojej sile i wchodziła w sprytnie założoną przez dowództwo Sił Polskich, pułapkę operacyjną.     Siły Polskie, prowadzące tzw. działania odwrotowe, ugrupowano w trzy Fronty:  pierwszy – Front Północny, dowodzony przez generała Józefa Hallera; drugi – Front Środkowy,  dowodzony przez generała Edwarda Rydza-Śmigłego; i trzeci – Front Południowy,  pod dowództwem generała Wacława Iwaszkiewicza.

         Jednak w ostatnich dniach działań odwrotowych, w toku walk obronnych, prowadzonych już na przedpolach Warszawy, kiedy ważyły się nie tylko losy bitwy, wojny, Polski, a nawet świata, tworzone zostały w rejonie rzeki Wieprz  dwie grupy uderzeniowe podporządkowane osobiście marszałkowi Józefowi Piłsudskiemu.

Pierwsza grupa uderzeniowa ześrodkowała się w rejonie Dęblina. To przy tej grupie  umieścił swoje stanowisko dowodzenia sam Marszałek.         

         Polska koncepcja rozegrania decydującego starcia

         Wobec postępującej nawały sowieckiej, sytuacja Sił Polskich stawała się coraz dramatyczniejsza. Wprawdzie działania odwrotowe osłabiły nieco przeciwnika, ale większe szanse na zwycięstwo dawał szaleńczy atak Armii Czerwonej, prowadzony niejako na dwóch różnych kierunkach. Nic dziwnego, że Polacy zdecydowali się wykorzystać okazję i wydać walną bitwę, już na przedpolach Warszawy. Celem bitwy miało być rozbicie przeciwnika. Tak doszło do słynnej Bitwy Warszawskiej, zwanej także Cudem nad Wisłą.

         W nocy z 5 na 6 sierpnia 1920 roku w Belwederze opracowywano ogólną koncepcję rozegrania bitwy. W rozważaniach powrócono do idei, które od końca lipca nurtowały umysły całego polskiego kierownictwa wojskowego. Zamierzano częścią sił zatrzymać uderzenie rosyjskie przed Warszawą, a na prawym skrzydle odtworzyć odwody operacyjne i uderzyć nimi na południową flankę przeciwnika.   6 sierpnia nad ranem marszałek Piłsudski wybrał ostatecznie rejon koncentracji wojsk do przeciwuderzenia. Z zaproponowanych przez szefa Sztabu Generalnego, Tadeusza Rozwadowskiego okolic Garwolina lub Wieprza, Marszałek zdecydował się na to drugie miejsce. Postanowił przesunąć grupę uderzeniową na południe, poza linię rzeki Wieprz i wykonać głęboki manewr nie tylko na skrzydła rosyjskiego Frontu Zachodniego, ale także na jego tyły. 6 sierpnia po południu został wydany rozkaz nr 8358/III, który uruchamiał realizację planu operacji.

         W nocy z 8 na 9 sierpnia gen. Tadeusz Rozwadowski opracował rozkaz operacyjny specjalny nr 10 000, będący ostateczną modyfikacją planu bitwy warszawskiej. Zakładał on dodatkowe wzmocnienie Frontu Północnego i nakładał na 5 Armię gen. Sikorskiego poza zadaniami defensywnymi, również zadania ofensywne. 12 sierpnia Józef Piłsudski opuścił Warszawę i udał się do Kwatery Głównej w Puławach. Przed wyjazdem złożył na ręce premiera Witosa dymisję z funkcji Naczelnika Państwa i Naczelnego Wodza. W liście do premiera zaznaczał, że jego zdaniem, skoro rozmowy pokojowe z bolszewikami nic nie dały, Polska musi liczyć na pomoc krajów Ententy, a te uzależniają ją od odejścia Marszałka. Witos jednak dymisji nie przyjął.

         Przebieg Bitwy Warszawskiej – “Cud nad Wisłą”

         W toku walk możemy wyróżnić trzy charakterystyczne fazy bitwy:

  • a/ bój na przedmościu Warszawskim

         b/ walki nad Wkrą

         c/ manewr znad Wieprza, który miał decydujące o zwycięstwie znaczenie.

         13 sierpnia, w pierwszym dniu Bitwy Warszawskiej, nastąpiło gwałtowne natarcie dwóch sowieckich związków taktycznych, jednej dywizji z 3 Armii Łazarewicza i jednej z 16 Armii Sołłohuba. Nacierały one na Warszawę z kierunku północno-wschodniego uderzając pod Radzyminem. Udało im się przełamać obronę 11 Dywizji pułkownika Bolesława Jaźwińskiego i zdobyły Radzymin. Następnie jedna z nich ruszyła na Pragę, a druga skręciła w prawo – na Nieporęt i Jabłonną. Rozpoczęła się dramatyczna walka pod Radzyminem, która w polskiej legendzie mylnie uznawana jest niekiedy za „Bitwę Warszawską”.

         Niepowodzenie to skłoniło dowódcę polskiego Frontu Północnego do wydania dyspozycji wcześniejszego rozpoczęcia działań zaczepnych przez 5 Armię generała Sikorskiego z obszaru Modlina, by tym samym odciążyć 1 Armię osłaniającą Warszawę. W dniu następnym zacięte walki wywiązały się już wzdłuż wschodnich i południowo-wschodnich umocnień przedmościa warszawskiego – na odcinku od Wiązowny po rejon Radzymina. Siły polskie stawiały zacięty opór, a nacierające wojska sowieckie nie uzyskały poważniejszych sukcesów.

            15 sierpnia  natarcie odwodowych dywizji polskich [10 Dywizji generała Żeligowskiego i 1 Dywizji Litewsko-Białoruskiej generała Jana Rządkowskiego], po całodziennych  bojach przyniosło duży sukces. Odzyskany został Radzymin i polskie oddziały wróciły na pozycje utracone przed dwoma dniami. 16 sierpnia na liniach bojowych przedmościa warszawskiego toczyły się nadal intensywne walki, ale sytuacja wojsk polskich ulegała częściowej poprawie.

W strefie Modlina działania zbrojne początkowa nie dawały również wyraźnego rozstrzygnięcia. 5 Armia generała Sikorskiego, która na rozkaz dowódcy Frontu Północnego przeszła 14 sierpnia do natarcia w kierunku Nasielska, czyniła postępy. Były to jednak sukcesy o znaczeniu lokalnym.

          16 sierpnia, uderzenie armii Sikorskiego, wyprowadzone z południowo-wschodnich fortów Modlina i znad Wkry, doprowadziło do opanowania Nasielska. Dało możliwość kontynuowania pomyślnych działań na Serock i Pułtusk.

Na lewym skrzydle frontu polskiego natomiast sytuacja układała się niepomyślnie. Sowieci parli na Płock, Włocławek i Brodnicę, a w rejonie Nieszawy rozpoczęły już forsowanie Wisły. Twierdza Modlin stała się głównym punktem obrony 5. Armii generała Władysława Sikorskiego na linii Wkry.   Pod wpływem  wiadomości napływających z rejonu Warszawy oraz Włocławka i Brodnicy, naczelny wódz Wojska Polskiego zdecydował się rozpocząć manewr zaczepny znad dolnego Wieprza.

            16 sierpnia 1920 rozpoczęło się kontruderzenie. Dywizje grupy uderzeniowej, mające  przewagę nad słabnącymi siłami sowieckimi, ruszyły szerokim frontem, by już w drugim dniu natarcia dotrzeć do szosy Warszawa-Brześć. Rokowało to wyjście na tyły przeciwnika.  Prawe skrzydło natarcia osłaniała 3 Dywizja Piechoty Legionów maszerująca na Włodawę i Brześć. Pod Warszawą wojska Armii Czerwonej zostały związane zwrotem zaczepnym sił polskich przedmościa, wspartych czołgami i atakującymi w kierunku na Mińsk Mazowiecki. Postępy uzyskane już w pierwszym dniu natarcia były znaczne. 3 Dywizja Piechoty Legionów zajęła Włodawę. 1 Dywizja Piechoty Legionów odcinek Wisznice-Wohyń, a 21 Dywizja Piechoty Górskiej oraz dywizje wielkopolskie 14 i 16 osiągnęły rubież rzeki Wilgi, zajęły Garwolin i wysunęły patrole pod Wiązowną. 2 Dywizja Piechoty Legionów, przerzucona z zachodniego brzegu Wisły, przejęła rolę odwodu grupy uderzeniowej.17 sierpnia siły polskie osiągnęły linię Biała Podlaska-Międzyrzec-Siedlce-Kałuszyn-Mińsk Mazowiecki.

         Klęska Rosji, zwycięstwo Polski

         W tym samym czasie reszta wojsk polskich przeszła do kontrofensywy na całej długości frontu. 5 Armia znad Wkry uderzyła na XV i III Armie bolszewickie. Wskutek wspomnianego wyżej braku łączności z dowództwem i zmęczenia żołnierzy, większa część wojsk sowieckich przeszła do nieskoordynowanego odwrotu. Część sił sowieckich, 3 korpus kawalerii Gaj-Chana (dwie dywizje) oraz część 4 i 15 armii (6 dywizji) nie mogąc się przebić na wschód 24 sierpnia 1920 roku przekroczyła granicę niemiecką i została internowana na terytorium Prus Wschodnich.

         Zwycięstwo Wojsk Polskich było pełne. Chyba najlepiej ocenił je Jan Paweł II  mówiąc: “Wiecie, że urodziłem się w roku 1920, w maju, w tym czasie, kiedy bolszewicy szli na Warszawę. I dlatego noszę w sobie od urodzenia wielki dług w stosunku do tych, którzy wówczas podjęli walkę z najeźdźcą i zwyciężyli, płacąc za to swoim życiem.   W tedy w 1920 roku komunizm jawił się jako bardzo mocny i groźny. Już wtedy w 1920 roku zdawało się, że komuniści podbiją Polskę i pójdą dalej do Europy Zachodniej, że zawojują świat. W rzeczywistości wówczas do tego nie doszło. “Cud nad Wisła”, zwycięstwo marszałka Piłsudskiego w bitwie z Armią Czerwoną, zatrzymało te sowieckie zakusy.”

         Zwycięstwo w Bitwie Warszawskiej nie kończyło jednak wojny. Z różnych powodów nie udało się wprowadzić w życie koncepcji marszałka Piłsudskiego. Coraz głośniejsze stawały się głosy domagające się zakończenia wojny. Rozmowy prowadzone w tej sprawie, najpierw w Mińsku, a następnie w Rydze szły dość opornie. Dopiero 18 marca 1921 roku podpisano traktat pokojowy, w wyniku którego ustalono  linię graniczną z Rosją oraz Ukrainą Sowiecką oraz poczyniono szereg innych ustaleń.  Traktat ten zapewniał Polsce względny spokój ze Strony Sowieckiej, aż do jej kolejnej agresji w dniu 17 września 1939 roku.

         Ocena i znaczenie Bitwy Warszawskiej

         Bitwę Warszawską  można oceniać w wielu płaszczyznach. Na użytek tej pracy wybieram oceny w sferach:

         a/ militarnej;

         b/ gospodarczej;

         d/ politycznej.

         Ad. a.  Polska wyszła z wojny z bolszewikami wzmocniona militarnie. Nie chodzi tu jedynie o łupy wojenne, które wedle Traktatu Ryskiego nie były zbyt wielkie. O wiele ważniejsze wydaje się by ć doświadczenie zdobyte w walce, a także przemyślenia dotyczące niektórych koncepcji prowadzenie działań bojowych, zastosowania odpowiednich manewrów oraz umiejętne wykorzystanie błędów przeciwnika.

         Ważnym i chyba niedocenianym elementem działań militarnych było zdobycie szyfrów nieprzyjaciela, dzięki czemu działania i zamiary sowieckie stały się bardziej czytelne. Pozwoliło to w Bitwie Warszawskiej maksymalnie wykorzystać wszystkie możliwe atuty, zaskoczyć wroga niespodziewanym manewrem, wciągnąć w pułapkę, rozbić, a następnie zmusić do nieskoordynowanego odwrotu..

         Ad. 2. Gospodarczo Bitwa Warszawska nie przyniosła ewidentnych korzyści. Wschodnia część kraju, aż do linii Wisły, w wyniku barbarzyńskich działań sowieckich została praktycznie zrujnowana. Ludność poniosła ogromne straty, których nie zdołano odbudować przez całe dwudziestolecie niepodległości.

         Niewątpliwym plusem było zapewnienie możliwości spokojnej odbudowy kraju i umacniania państwowości.

         Ad.3. W sferze politycznej korzyści były chyba największe. Aczkolwiek i tu, nie udało się uzyskać podstawowego celu marszałka – zbudowania państwa federacyjnego lub przynajmniej odsunięcia Rosji sowieckiej od naszych wschodnich granic poprzez stworzenie kordonu wolnych państw – Ukrainy, Białorusi czy Litwy. Na to trzeba było jeszcze czekać  siedemdziesiąt lat.

         Znaczenie Bitwy Warszawskie dla Polski i świata.

         O randze zwycięstwa w Bitwie Warszawskiej świadczą m.in. słowa W. Lenina, który tak skwitował klęskę pod Warszawą: “Jeszcze kilka dni zwycięskiej ofensywy Armii Czerwonej, a nie tylko Warszawa byłaby zdobyta […] lecz rozbity byłby pokój wersalski.”

         Już z tych słów wodza sowieckiego widać wyraźnie, że to Polska stanęła na drodze pochodu bolszewizmu na Zachód, nie dopuściła do połączenia się sił rewolucji rosyjskiej z niemiecką, a przez to uratowała nie tylko siebie, nie tylko Europę Zachodnią ale i świat od zalewu barbarzyństwa.

         Dlatego trudno chyba przecenić znaczenie “Cudu nad Wisłą”. Można też powiedzieć, że Bitwa Warszawska powinna zostać zaliczona do najważniejszych bitew w dziejach świata.

         Wnioski

         1  Bitwa Warszawska miała rozstrzygające znaczenie dla losów wojny polski –         bolszewickiej.

  1. O losach bitwy przesądziły:

a/ umiejętności marszałka Piłsudskiego i jego zespołu;

         b/  błędy dowództwa sowieckiego;

         c/ sprzyjające okoliczności [np. pozyskanie szyfrów umożliwiających poznanie          zamiarów przeciwnika].

  1. Zwycięstwo nie zostało w pełni wykorzystane przez Polskę. Prawie nigdy nam się to nie udawało. No, może z wyjątkiem powstania wielkopolskiego oraz bezkrwawej rewolucji roku 1989.
  2. Gdyby Bitwa Warszawska miała inny przebieg, a zwycięstwo przepadłoby sowietom, świat wyglądałby dziś zapewne inaczej. Komunizm zapewne opanowałby już w latach trzydziestych Europę, a może i świat. Wydaje się jednak mało prawdopodobne, aby mógł przetrwać dłużej w wersji sowieckiej.
  3. Jeżeli prawdziwe są powyższe przesłanki to moja robocza hipoteza o zaliczeniu Bitwy Warszawskiej do osiemnastu najważniejszych bitew w dziejach świata jest weryfikowalna i chyba uzasadniona.