SIĘ NAPISAŁO

         (Wersja robocza, bez korekty) Zaczynam od dygresji. Była godzina 3.45 rano gdy z powietrza, morza i lądu z terenów Rosji i Białorusi ruszyły na Ukrainę wojska rosyjskie aby mordować kobiety i dzieci i nie tylko. Prości żołnierze rosyjscy chcieli odebrać Ukraińcom wolność, choć sami jej także nie mieli. Więc od 24.02.2022 mamy wojnę rosyjsko-ukraińską. A ja, nieszczęsny, wieszcząc o Putinie i myśląc że do szczęścia i osiągnięcia swoich imperialnych celów wystarczy mu wojna 4 generacji, pomyliłem się ździebko. Nie doceniłem drania. A on poszedł na skróty. Gdy obejmował władzę w Rosji był nadzieją nie tylko Rosjan, ale i świata. Teraz stał się potworem obłąkanym i bezlitosnym psychopata. Myślałem, że Putin jest bardziej finezyjny. Mania totalitarnej władzy spętała Putinowi mózg. Ale z psychopatami tak bywa. Bo psychopata to człowiek o słabo rozwiniętych reakcjach emocjonalnych, chłodnym spojrzeniu, natomiast posiadający duże umiejętności w manipulowaniu umysłami otaczających go osób. W tym Putin jest mistrzem. Zbudował totalitarną propagandę i postawił na zbrojenia. Wystarczyło dwie dekady by wziął społeczeństwo za twarz. Dziś ma całkowicie bezwolne i kłamliwe media oraz wymiar sprawiedliwości i resorty siłowe z którymi robi co chce. Ma także poparcie ogłupionego społeczeństwa. Nieliczni, którzy się sprzeciwiają lądują na długi lata za kratami.

         Wśród psychopatów znajdziemy seryjnych morderców,  gangsterów, terrorystów czy przywódców sekt. Putim połączył te wszystkie wredne cechy w jedno. Ta tragiczna skaza psychiczna spętała niegdyś mózgi Hitlerowi, Mussoliniemu, Kadafiemu czy Saddamowi. Jak oni skończyli?! Mam nadzieję, że również Putin skończy tak samo. Ale, w tym psychopatycznym towarzystwie współczesnych ludojadów to normalka. A u nas: Wojna! Wojna! Wojna! Wrzeszczy Janusz Kowalski…. i atakuje Donalda Tuska. Krzyczy: „łapać złodzieja”. Kowalski to prawdziwy Janusz. Nie od rzeczy będzie przypomnieć mu słowa Winstona Churchilla, który po napadzie Hitlera na Czechosłowacje w 1938 roku i skurwieniu się państw zachodnich powiedział: „Mieli do wyboru wojnę lub hańbę, wybrali hańbę, a wojnę będą mieli i tak”.

         Donald Tusk, oceniając dziś postawę Niemiec, Węgier i Włoch w sprawie sankcji na Rosję mówi: „Rządy, które blokowały decyzję (w sprawie sankcji na Rosję – H.P.) okryły się hańbą”.

         No to kto tu jest złodziejem panie Kowalski? Na szczęście prawie wszystkie Polki i Polacy są zjednoczeni w sprawie napaści Rosji na Ukrainę. Wielu ludzi, w tym rząd z premierem Mateuszem Morawieckim, także prezydent Andrzej Duda robią więcej niż niektórzy przywódcy innych państw. Tylko Węgry zachowuj się wrednie. My pomagamy jak możemy. Putinowi udało się zjednoczyć podzieloną na dwa plemiona Polskę. Zastanawiam się jedynie, czy długo wytrwamy w tej empatycznej, altruistycznej postawie? Dla mnie pewnym zgrzytem, przykrą niespodzianką był brak wicepremiera Jarosława Kaczyńskiego wśród polityków, robiących co w ich mocy by wspierać walczącą Ukrainę, Przecież Kaczyński w rządzie Morawieckiego odpowiada za nasze bezpieczeństwo. I gdy premier głośno mówi, że następnym państwem po Ukrainie może być Polska Kaczyński znika jak kamfora. W trzecim dniu wojny putinowcy zaangażowali do walki, także przeciwko ludności cywilnej Urainy większą liczbę terrorystów i dywersantów. Ukraińcy taktują ich bardzo humanitarnie. To przypomniało mi, że gdy przed sześćdziesięcioma laty, jako dowódca kompanii piechoty górskiej prowadziłem zajęcia ze szkolenia przeciw dywersyjno-terrorystycznego, na pierwszych zajęciach mówiłem podwładnym: „Chłopcy, dobry terrorysta lub dywersant to martwy terrorysta czy dywersant”. Czyżby Ukraińcom nikt tego nie powiedział? Tu koniec dygresji. Zanurzam się w Historię.  

         Narada dziewięciu partii komunistycznych i robotniczych zorganizowana na polecenie Stalina w Szklarskiej Porębie od 22 do 27 września 1947 roku była prawdziwym trzęsienie ziemi dla kotliny jeleniogórskiej. Przewodniczący poszczególnych delegacji mówili to, co powinni mówić, bo referat programowy, obowiązujących wszystkich wygłosił Żdanow. Brzmiało to tak jakby w jednej klatce zamknięto krokodyle i gołębie. Krokodylami była delegacja sowiecka a gołębiami reszta.

         Dla Karkonoszy i Gór Izerskich było to tsunami. Dla tajnych, widnych i dwupłciowych służb specjalnych była to czarna rozpacz i jasna cholera, a dla Gomułki narada stanowiła kolejny ćwiek do drewniane jesionki. 

         ***

                 Pomysłodawcą tzw. Kominformu czyli Biura Informacyjnego Partii Komunistycznych i Robotniczych był Josip Broz Tito, który z okazji pobytu w 1945 w Moskwie zaproponował utworzenie tego tworu. Tito rzucił myśl.

                 Stalin dwa lata później myśl złapał, a realizował, na polecenie generalissimusa, Władysław Gomułka.

                 Więc „Wiesław”, który tak czy inaczej na polityce stalinowskiej znal się już drobiazgowo, ale nie przenikliwie gadał w Szklarskiej Porębie trzy po trzy. Nie przypadło to do gustu delegacji sowieckiej, ale wódz PPR nie zwrócił na to uwagi.

                 Myślał i pitolił, smęcił i narzekał, mendził i bajdurzył. Zapomniał biedak, że aby myśleć trzeba mieć mózg, a aby brechać należy rozumieć poszczególne wyrażenie. No i wyszło to, co wyszło.

                 Czy w tyradzie Gomułki była egzageracja? Trudno powiedzieć. Dość, że Bierut przyjął to z niesmakiem. Berman z oburzeniem. Natomiast Stalin po raz trzeci zapamiętał.

                 Tito i Gomułka na tej imprezie wyszli jak Zabłocki na mydle.

        Tito z „wiernego syna ludu” awansował w rok po naradzie na „psa łańcuchowego imperializmu”. Ale po śmierci Stalina stał się „wybitnym mężem stanu”.          Gomułka trafił trochę gorzej. Z wybitnego rewolucjonisty stał się z dnia na dzień „Łysolem”, przywódcą odchylenia prawicowo-nacjonalistycznego i klientem obiektu MBP „Spacer”.   Czyżby „Wiesław” stracił rozum iż popełnił takie nieostrożności?

                 Jednak nie zapominajmy nigdy – pisał Kierkegaard – że nie każdy, kto nie stracił rozumu tym samym dowodzi, że go posiadał.

                 Cóż, Gomułka sam dla siebie stał się kłopotem. Od tego czasu, aż do 1956 roku, nie starczało mu już czasu na zajmowanie się czymś innym jak rozpamiętywaniem przeszłości.

                 5 rudnia 2021 roku, prawie 75 lat po naradzie w Szklarskiej Porębie rząd „dobrej zmiany”, z premierem Mateuszem Morawieckim, i jego pierwszym nadzorcą czyli „Ojcem Ojczyzny” („OO”) zaprosił do Warszawy grupę szemranych, karmionych szpakami polityków, wybitnych homofonów i putinowskich eurosceptyków. Ferajnie tej zamarzyło się zmajdrowanie w Europie coś na kształt niegdysiejszego Kominformu a rebours. „”OO” w czasie libacji zorganizowanej w Pałacu na Wodzie w Łazienkach Królewskich objawił się zebranym w cudownym admonicji. W wygłoszonym diatrybie poleciał czystym Gomułką. Tym samym zasłużył na aplauz Marine Le Pen, białogłowy udającej dzierlatkę, damy nie tyle paskudnej, co wrednej.

                 Le Pen, nie piernicząc się, nie certoląc się, a rozpaskudzając się na całego przypomniała, że Ukraina powinna byś strefą wpływu Rosji Putinowskiej. A domyśle – może i dobrze by było, aby i Kraj Pieroga i Zalewajki był taką strefą.       Był przecież nieodległy czas, że tak było. Polska w latach 1945-1989 była strefą wpływów sowieckim. Może więc tej prukwie paryskiej przypadło do gustu stalinowskie porzekadło, któremu hołduje Putin wcale tego nie kryjąc: „Kurica nie ptica, Polsza nie zagranica”.

                 W ten to sposób „Ojciec Ojczyzny” zamienił siekierkę na kijek. .Zamiast mężem stanu okazał się naiwniakiem politycznym. Nie przeszkadzało mu to dudlić o Marine, przez mała pół godziny. Można by odnieść wrażenie, iż jest to nie tylko wyznanie wiary ale i duby smalone. Takie odi et amo. Nienawidzę i kocham. Ale niewykluczone, że było to tylko dworowanie z paryskiej nacjonalistki. Takiej Joanny d’Arc a rebours. 

                 Wódz PIS, znający historię Kraju Pieroga i Zalewajki z widzenia, najwidoczniej nie doczytał, że „Wiesław”, który w Szklarskiej Porębie nieśmiało sprzeciwiał się Stalinowi optując nie za internacjonalizmem, a za budową namiastki państwa narodowego z ogromniastymi naleciałościami nacjonalistycznymi, zrobił tym samym spory krok na drodze do obiektu „Spacer”.

                 No to teraz wers George Saundersa: Czy zastanawialiście się kiedyś – pisze pisarz – tak jak ja, „dlaczego świat jest tak zjebany, skoro ludzie są generalnie tacy kochani?”. Owszem. Przyznam Saundersowi rację. Dokądkolwiek pójdziemy, ludzie na pierwszy rzut oka są mili i szczerzy i wierzą jak się zdaje w to co my: w odpowiedzialność, altruizm, prawdę, empatię. Ale na drugi ogląd?…

                 Wystarczy włączyć telewizor, a zaleje nas fala gwałtów, mordów, zazdrości, nienawiści, homofonii.        W Sejfach chciałem opowiedzieć o osobnikach dobrych, ale także o ludziach, którzy z sardonicznym rechotem radośnie wydeptują ścieżki podłości. Ba, sami o tym piszą lub zostawiają ślady swojego barbarzyńskiego postępowania w dokumentach, których nie zdążono zniszczeć.

                 Pobyt W. Gomułki w obiekcie „Spacer” nie poszedł na marne. „Wiesław” wyciągnął z pobytu jedną naukę, zrozumiał, że pewnych przeszkód, w tym Stalina i Bieruta, nie pokona – muszą poumierać.

                  Po cezurze 1956 roku odbił się od dna i królował Krajowi Pieroga i Zalewajki aż do grudnia 1970 roku. Roku fatalnego. Zakończonego zbójeckim rozkazem „Wiesława” o konieczności strzelania do społeczeństwa.

                 Piętno wydania tego plugawego rozkazu ciągnęło się za Gomułką do końca jego dni. A i obecnie jest czasem przypominane przez pamiętliwych historyków.

                 Śmierć generalissimusa niewiele „Wiesławowi” pomogła. Dopiero utrupienie Bieruta uwolnień go z izolacji. Gomułka stał się ojcem chrzestnym „polskiej drogi do socjalizmu”, która skończyła się w 1971 r spuszczeniem Gomułki w niebyt polityczny.          Po tej cezurze „Wiesław”, wolny od rozgrywek partyjnych, mógł biedzić się nad opracowaniem pamiętników, które dociągnął tylko do końca drugiej światówki. Szkoda tylko, że Gomułce nie starczyło odwagi by zająć się najważniejszymi sprawami, w których miał niepośledni udział.

                 Gospodarzem narady w Szklarskiej Porębie de iure był był Władysław Gomułka, a de facto, wyposażony w kostyczne poczucie humoru Hilary Minc. Mincowi pomagali Jakub Berman, Aleksander Zawadzki i Stanisław Radkiewicz, mający przy sonie zauszników – „Lunę”, Anatola Fejgina, Adama Humera, „Jurodiwego” oraz późniejszego herosa oceanów, Leonida Telige. Najwyższą instancję stanowili reprezentanci WKP (b)  Gieorgij Malenkow i Andriej Żdanow. Ten ostatni wygłosił z pomocą sałaty słownej nie mającej niczego wspólnego z ludzkim językiem dęte, wybalonowane, wytragizowane, wykrzyczane przemówienie programowe.

                 Ludzie, znający skądinąd Żdanowa i słuchając go teraz, w Szklarskiej Porębie chyba zastanawiali się czy Bóg obdarował go mową tylko po to, aby mógł ukrywać swoje myśli. Przecież ten funkcjonariusz Stalina był na tyle inteligentny, że nie mógł uwierzyć w to, co mówił. Ale mówił, mówił, mówił. Jakby Żdanow nie znał tureckiego przysłowia, że lepiej posłuchać sto razy, pomyśleć tysiąc razy, a powiedzieć tylko raz.

                 Była to typowa lekcja martwego języka. Mimo to gospodarze i inni uczestnicy narady w czasie spiczu Żdanowa, przygniecieni ciężarem pustych słów wciskali się panicznie w najciemniejsze kąty niczym koty do piwnicy. Przy każdym okrzyku wysłannika Stalina oczy słuchaczy rozjeżdżały się na boki jak łyżwy i już do siebie nie wracały. Czaił się w ich strach.

                 Żdanow, człowiek inteligentny inaczej, starał się swoim wystąpieniem wytworzyć odpowiedni nastrój. Ale nastrojowości w tym spiczu było mniej niż w desce do prasowania. Słowa stalinisty brzmiały jak halny wicher na cmentarzysku w Dolinie Szczęścia. Z tej doliny, broniącego dostępu do Wysokiego Grzbietu Gór Izerskich rozciągał się niesamowity widok na panoramę Karkonoszy. W wyniku narady powołano Biuro Informacyjne zwane też Kominformem. Dla świata oznaczało to początek zimnej wojny. Potem było już tylko gorzej i gorzej.

                 To wówczas pewien nadgorliwy aptekarz udekorował wystawę portretami Malenkowa i Żdanowa. Biedak zapomniał, że nadgorliwość szkodzi i, że wcześniej na witrynie umieścił napis: „świeże pijawki” (pijawki do upuszczania krwi sprzedawano w aptekach – przyp. H.P.). Aptekarza zwinięto. Nikt nigdy już go w Szklarskiej Porębie nie widział.

                 Miejsce na naradę było dobre. Blisko Wiednia, Berlina i Pragi. W niedotkniętej działaniami wojennymi Szklarskiej Porębie były dwa olbrzymie gmachy przeznaczone do wypoczynku osób związanych z MON. Jeden pod Szrenicą, a drugi w cieniu Wysokiego Kamienia. Były też trzy ohydne gmaszyska podległe MBP, a następnie MSW. Dwa w Dolinie Krasnoludków i jeden w Górach Izerskich. Niedaleko, bo w pobliżu Leśnej usytuowano w zamku Czocha, enklawę dla prominentów resortu obrony narodowej i nie tylko, a w pobliskim Barcinku czaiło się sanatorium nie sanatorium, szpital nie szpital dla biednych umysłów w ciężkim stanie. W tej placówce leczono i przerabiano nadwyrężone mózgi funkcjonariuszy tajnych służb w sprawne narzędzia przydane w różnych kombinacjach operacyjnych. Czasami trafiali tam politycy z którymi nie wiedziano co począć, a których nie chciano anihilować.

                 Zbiry Werwolfu, dla których wojna się jeszcze nie skończyła i nadal grasowali po Dolnych Śląsku zwęszyły swoją szansa zorganizowania akcji na wielką skalę. Taka wojna w świecie logiki jest absurdem. Ale czy żyjemy w świecie logiki? Więc werwoltowcy postanowiono zatruć ujęcie wody dostarczanej do budynków w Dolinie Krasnoludków. Mieszkała tam większość uczestników narady. Obrady odbywały się w budynku głównym przypominający remizę strażacką skrzyżowaną z meczetem. Werwolftowcy zaplanowali wszystko staranie. To były nieprzeciętne zbiry. Aby ich scharakteryzować sparafrazuję książkę Dana Raviva i Yossiego Melmana A każdy szpieg to książę. Pełna historia wywiadu izraelskiego: Zlikwidowanie kogoś przychodziło im łatwiej niż mafii w Nowym Jorku. Wszędzie gdzie się pokazali zaprowadzali okrutne prawo dżungli. Pod każdą szerokością geograficzną rozgrywały się za ich sprawą sceny, które w powszechnym odczuciu są w najwyższym stopniu szokujące – mordy, akcje terrorystyczne i odwetowe. Życie ludzkie nie miało dla nich żadnego znaczenia. Było po prostu tanie.     

                 Sprawę zamachu storpedował czysty przypadek. Oto człowiek, który miał ukraść arszenik z huty szkła kryształowego został zastrzelony przez strażnika. Złodziej uwiódł kiedyś strażnikowi żonę. I rogacz się zemścił. Strzał strażnika ugrobił nie tylko przyprawiacza rogów, ale pogrzebał także plany Werwolfu. Sprawa zamachu spaliła na panewce. Z okazji narady szklarskoporębiańskiej Stalin zawiesił solidną kulę u nóg europejskich partii komunistycznych i robotniczych. Mocno podpadł także Władysław Gomułka, na którego oko miał już Józef Światło, ksywa „Kogut”, wykonujący polecenia Bieruta. Rozmawiałem z wieloma uczestnikami gier rozgrywanych na terenie Sudetów. Nieraz długo czekałem, aż byli oficerowie zapomną o tym, że stracili pamięć. Oni nieraz pamiętali rzeczy, które w sprawozdaniach mogły się nigdy nie zdarzyć, nie być uwzględnione, ale w miarę, gdy je sobie przypominali, zdarzały się. To były prawdziwe wojny – przekonywali. – Na szczęście Bóg zawsze stał po stronie silniejszy batalionów, czyli nas.

                 Nigdy nie potrafiłem zrozumieć rządzących polityków i ich pomocników, nie tylko mundurowych, arbitralnie narzucających swoją wolę innym. Ba, ale ja niekoniecznie nawet spełniłem polecenie Sokratesa, aby poznać samego siebie. Wykonanie rekomendacji filozofa greckiego było dla mnie trudniejsze niż zrozumienie wszystkich innych ludzi, więc pocieszam się myślą Oskara Wilde’a, że tylko płytcy ludzie znają siebie. Nie wiem tedy dlaczego w zapiskach wykonanych z tej okazji umieściłem cytat z Emila Ciorana: „W wojnie trojańskiej tyle samo wrogów jest po jednej co po drugiej stronie. Oto Słuszna wizja, do której ludzie nowocześni nie są zdolni, bo pragną, by <racja> była po jednej tylko stronie. Homer był o niebo bardziej obiektywny”. A cóż może być bardziej piękniejszego niż niebo homerowskie? Czy Cioran ma rację? Może ma, a może nie ma. Pamięć o przeszłości. Wielka przepaść. Coś tam majaczy na dnie. Jakiej drobiny – zastanawiał się niegdyś Kapuściński składając kongenialne książki. – Jakieś punkty. Drgania. Gdzieniegdzie. Zniekształcone. Zamazane. Nieczytelne.

                 Chcę to wszystko wyciągnąć z moich interlokutorów.    Z okazji narady w Szklarskiej Porębie pełnym lizusostwem wykazali się „Luna” Bristygierowa i „Jurodiwy”. Bristygerowa obstawiała Żdanowa, a Światło Malenkowa.

                 Adam Humer opowiedział mi taką anegdotkę: Oto po powrocie ze Szklarskiej Poręby „Luna” pierwsze kroki skierowała do gabinetu w gmachu przy ulicy Koszykowej. Potem udała się do tajnej willi pomieszczonej w rejonie Saskiej Kępy. Weszła do swojego gabinetu i zauważyła Światłe podejrzanie kręcącego w pobliżu sejfu z tajnymi materiałami dotyczącymi przygotowania do popularyzacji ustaleń narady w Szklarskiej Porębie. 

                 – Co tu, pułkowniku, robicie? – zapytała wkurzona.

                 – Czekam na autobus, kochana! – odpowiedział Światło.

                 – Ach tak, to w porządku – powiedziała „Luna” wychodząc.

                 Ale na korytarzu pomyślała: jakiż u diabła może być autobus w mojej willi? Zawróciła. Ostrożnie zajrzała do gabinetu. Światły nie było.

                 Pewnie już odjechał – pomyślała.

         ***

         Rano skończyłem bój z Sejfami Bierut & Bermana i … będącą rozprawą z ancien tegime polskiego stalinizmu. Tak jak wszystkie poprzednie pozycje mogłem ją napisać lepiej, ale nie zdołałem. Mimo przeczytania wielu prac i książek, mimo przeprowadzenia setek rozmów z najrozmaitszymi osobami na temat Bieruta ciągle mi czegoś w sylwetce byłego prezydenta brakowało. Czegoś, co jest w jego obrazie w sposób najbardziej zasadniczy niewytłumaczalne. Być może, aby zrozumieć zagadkę Bieruta należałoby zdefiniować naturę zła i psychopatii boć i u nas osobników z takimi cechami nie sieją. Rodzą się sami, jak robactwo.

         Próby przedstawienia byłego prezydenta, ale i dzisiejszego Putina jako szaleńca, psychopaty i zboczeńca są podświadomym zabiegiem zdystansowania się od tego typu postaci, niemożnością przyznania, że zło, jakie ucieleśniał Bolesław Bierut, a obecnie Putin może tkwić w każdym z nas, tyle, że w różnym stopniu i natężeniu. Zło jest bowiem, zwykle ukrytą i tłumioną, częścią natury ludzkiej. Więc tu jeszcze Zygmunt Krasiński piszący do Adama Sołtana: „Że kiepsko na tym świecie, to nie sekret, im więcej dni przeżywam, tym smutniej mi się robi, tym wszystko bardzie pośmiewiskiem mi się zdaje. Co napotkam szlachetnych i dzielnych, to byli zawsze w opuszczeniu, w braku nadziei i wszelakiej słodyczy. Widziałem dużo błaznów szczęśliwych, dużo łajdaków potężnych i przekonałem się, że ten tylko może na tej ziemi spokojne mieć serce, kto taki podły, że przystaje na zło, lub taki głupi i niedołężny, że złego nie czuje. Addio”.

         Stalinizm Polski skończył się melancholijną katastrofą. Państwo przypominało merlina złowionego przez starego rybaka z utworu Ernesta Hemingwaya. Przypomnijmy fragment zakończeni Starego człowieka i morze: „Tego dnia na tarasie siedziała grupka turystów, Jedna z kobiet, patrząc na wodę, zobaczyła między pustymi puszkami po piwie i martwymi barakudami długi biały szkielet zakończony ogromnym ogonem, który dźwigał się i kołysał na falach przypływu, gdy wschodni wiatr wzdymał ciężkie morze za wejściem do przystani.

         – Co to takiego? – zapytała kelnera wskazując długi szkielet wielkiej ryby, który był teraz już tylko odpadkiem, czekającym, by zabrał go odpływ.

         – Tiburon – odpowiedział kelner. To rekin… – Zamierzał wyjaśnić, co się zdarzyło.

         – Nie wiedziałam, że rekiny mają takie śliczne ukształtowane ogony.

         – Ja też nie wiedziałam – rzekł jej towarzysz”.

         Czy Kraj Pieroga i Zalewajki, po wypaleniu się „dobrej zmiany” będzie wyglądał tak, jak szkielet marlina przyholowany do przestani praz starego rybaka? Czy tłuste koty ogryzą Polskę? Przecież to jasne – gdy w państwie wije gniazdo prywata i głupota to nadciąga narodowa tragedia. Jednak ta druga cecha – głupota jest gorsza od prywaty. Nawet najbiedniejszy kraj może wytrzymać złodziejstwo, ale najbogatszy nie przetrzyma głupoty.

         Po przeczytaniu maszynopisu Sejfów Bieruta & Bermana i…, mój komiliton sudecki, Adam Solarz, zarzucając mi nadmiernie rozbudowane ego powiedział: „Henryk! Gdyby twój wzrost był tak wielki jak twoje ego, mógłbyś na kolanach Sidolem Księżyc czyścić”.   Wydawca, Andrzej Zasieczny wściekał się, że książka jest za grubaśna!!! Jednocześnie zarzuca, że czegoś nie dopisałem, czegoś nie wyjaśniłem, coś prześlepiłem, a Bieruta, Gomułkę i Bermana oraz ich akolitów potraktowałem zbyt łagodnie. Natomiast mój niegdysiejszy efemeryczny przełożony, ale przyjaciel do dziś, pułkownik Ryszard Bartoszewicz, któremu jak widać cniło się w Leśnej oznajmił mi krótko, po żołniersku, bo Rysiek, oprócz tego, że pochłania sto książek na miesiąc jest przede wszystkim dożywotnim żołnierzem Wojsk Ochrony Pogranicza. Bartoszewicz powiedział: „Henryk! Znowu odleciałeś! Miałeś szanse zostać czasopisem WOP. Ale nie zostałeś. Odfrunąłeś od tematu na którym się znasz”. Cała trójka, całe szczęście, że tylko telefonicznie, znęca się nad moją niepoprawnością językową nagminnie łamiącą zasady puryzmu językowego. To w tym miejscu anegdota starego Żyda z Podkarpacia, sąsiada Władysława Gomułki, który zawsze miał 500 procent racji, nawet gdy odpoczywał w obiekcie „Spacer” w Miedzeszynie: Jeżeli dwóch kłóci się, a jeden ma rzetelnych 55 procent racji, to bardzo dobrze i nie ma co się szarpać. A kto ma 60 procent racji? To ślicznie, to wielkie szczęście i niech Panu Bogu dziękuje! A co by powiedzieć o 75 procent racji? Mądrzy ludzie powiadają, że to bardzo podejrzane. No, a co o 100 procent? Taki, co mówi, że ma 100 procent racji, to paskudny gwałtownik, straszny rabuśnik, największy łajdak

         Nie wykluczam, że Solarz i Zasieczny oraz Bartoszewicz mają rację. Oni zawsze mają po sto procent racji. Ale mój gen przekory każe mi w moich przyjaciół walnąć cytatem z Michała Sambora, przytaczanym już pół wieku temu przez M. Wańkowicza w jego Karafce… Puryzm oświecony – pisze Sambor – nie uznaje żadnego absolutu czystości czy poprawności językowej. Poprawność językowa jest niczym więcej tylko konwencją, a konwencje są po to, by pisarz miał co łamać. Są one tymi skostniałymi, które Beksonowski „elan” twórczy zmiata. Ale – i tu sedno rzeczy – im ściślejsze są te konwencje , tym większego trzeba rozpędu , by je owocnie łamać, im większy stawiają opór, tym większe zwycięstwo w ich łamaniu. Powiedziałem przyjaciołom, że szanuję ich zdanie, ale pozostanę przy swoim zdaniu, nie zmienię się, bo lituję się nad sobą, bo jest nad czym. Więc co z „Wiesławem”? Kim był Władysław Gomułka? Chciałem to opowiedzieć w następnej, 90.  Już książce zatytułowanej Tłuste koty i…

         Sejfy zamknąłem ale nadal zastanawiam się jakby tu odlotowo i finezyjnie zażyć z mańki kunsztownie nieposzlakowanych „Tomasza”, „Jakuba” i „Wiesława”. Jakby ich oszkapić, wystawić ich tyłem do wiatru adekwatnie do ich niepodważalnych zasług dla zmajdrowania z Kraju Piroga i Zalewajki socraju. W zapale medytacyjnym na gwałt dopadł mnie głos „Ojca Ojczyzny”. Gos spadł na mnie tak jak cegła na głowę Adama Solarza w Wangu – drewnianym koście w dawnych Bierutowicach. Adaś pozbierał się szybko w sanatorium w Cieplicach. Ma tam towarzystwo i je rurki… Nie, nie z kremem, jeno z kabanosami. Ja, niestety, nie mogłem. Nie miałem towarzystwa, ani rurek, ani kabanosów.

         Lekarz kwalifikujący pacjentów do sanatoryjnych ekscesów powiedział, że może mnie skierować, owszem, ale do prosektorium. Jestem bowiem beznadziejnym przypadkiem degradacji fizycznej, a po przeczytaniu manuskryptu Sejfów również umysłowej. Co miałem robić? Zająłem się głosem, który pacnął mnie w łepetynę. Azali glos „Ojca Ojczyzny” to nie jakaś tam wypowiedź hetki-pętelki, a glos tęgiego, mamuciego, gargantuicznie niebosiężnego męża, drugiego, obok Donalda Tuska męża stanu, stanu powojnia polskiego.          Głos „OO” perorującego o tłustych kotach przepojony był okrutnym patriotyzmem i obłędną sympatią do towarzyszy z własnej kliki. Ział takoż empatią i szaloną, nieludzką, infernalną miłością do Innego. Ten glos uśpił mnie do imentu.          Więc onirycznie przyśnił mi się Król Lew i jego hieny. Tak byłem zafascynowany Lwią Ziemią, że popieprzyło mi się to z dziejami Kraju Pieroga i Zalewajki. Nie jest wykluczone, że trwałbym w takim strasznym stania do dziś, gdybym nie zderzy się z wypowiedzą Susan Sontag dotyczącą snu. Rozumiem, dlaczego większość ludzi – pisze Sontag w Dobroczyńcy – przypisuje nikle znaczenie swoim snom. Są dla nich zbyt lekkie, a ludzie na ogół utożsamiają się z tym, co ma ciężar. Łzy są poważne; można je zbierać w słoiku. Ale sen, podobnie jak uśmiech, to czyste powietrze. Sny i uśmiechy prędko przemijają. Cóż jednak, jeżeli twarz przeminie, a przetrwa uśmiech? No dobrze. Gos „Ojca Ojczyzny” głosem „Ojca Ojczyzny”, a co z Zasiecznym? I tak źle i tak niedobrze. Nie znam wszystkich faktów dotyczących polskiego stalinizmu. Nie wiem wszystkiego. Stalina nigdy nie wiedziałem.     A kto nie zna faktów nie może znać prawdy. Więc w Sejfach B. Bieruta & J. Bermana i… napisałem tylko to, co wiedziałem. Jednak w Tłustych Kotach i… napiszę więcej. Koty i Lwia Ziemia, która do złudzenia przypomina mi moją kochaną ojczyznę – Kraj Pieroga i Zalewajki są bowiem moim żywiołem.

         Po skończeniu osiemdziesięciu lat nie oglądam już i nie słucham polityków, bo staram się żyć zdrowo.         Tylko niekiedy czytuję piękne i smutne listy byłych skazańców. To listy pachnące krwią. I wówczas szlag mnie trafia na Bieruta, Bermana, Gomułkę et consortes. I obawiam się aby czas i niepamięć nie zaćmiły ich dokonań.          Nie mogę wykluczyć, że któryś z polityków, wysferzywszy się ponad swoją klasę może mieć chrapkę wskrzesić rządy barbarii… I natychmiast osmętnica, czająca się w zaroślach ogrodu wychynęła z ukrycia. Po piorunochronie gramoli się do mojej dziupli ślepiąc się w jaki sposób majdruję epilog do Sejfów Bieruta i Bermana.

         Ta demonica słowiańska, jawiąca się w postaci białego widma niczym Biała Dama z zamku Czocha stanowi personifikację stanu chorobliwego zadumania i utęsknienia. To moja chandrowata, melancholijna, chmurna smętnica, którą zdążyłem polubić, żyjąca nieutulonym żalem, skazana bez ratunku na nicość, marząca żeby zostać na świecie choćby jego cieniem, chodzi przez łąki i moczary, po trzęsawiskach i rozłogach, po zapomnianych dawno drogach michałowickich… Chodzi po polach, smutek wieje, a teraz wściubia się do mnie… Nagle komputera błysk. Adam Solarz przysłał fragment Pamiętnika cesarzowej Katarzyny II jej własną ręką spisane.  To ociupka książki pod tym samym tytułem. Carycę, owszem, znam, ale nie rosyjską, a naszą, rodzimą, poselską. Więc byłem ciekawy cóż tak zauroczyło Towarzysza Druha. Zawołania „towarzysz” używam tu w zrozumieniu rycerskim, obecnym jeszcze w średniowieczu, a nie w wersji zwulgaryzowanej przez ZPP i partię przewodnią. Towarzysz Druh, słusznie domniemając, że z moim pomyślunkiem bywa rożnie, boć mój zasób słów jest równie ubogi jak u antyszczepionkowców, wykłada „kawę na ławę” wyjaśniając: „Biedzisz się bazgraczu grafomański nad epilogiem, a na półce masz pamiętnik carycy, książki z której twój przyjaciel, acz bandyta – jak sam piszesz – Władimir Władimirowicz Putin czerpie wzór w jaki sposób postępować z Krajem Pieroga i Zalewajki. Jeżeli wkluczysz ten kawałek do epilogu swojej nieszczęsnej książki moje szczęście będzie wielkie, a ty uratujesz swoją dupę”. Ha! Putin! Ha! Wladimir Wladimirowicz! Im bardzie odżegnuję się on od granicy polsko-białoruskiej tym bardziej tam jest. Spełniam polecenie Towarzysza Druha. Wkluczam. „Istnieją rożne narody, a raczej rożne narody mają różnego ducha. Jedne można podbić i przesiedlić w celu zagarnięcia ich ziem, a świat nie podniesie wrzasku – to Male narody, plemiona. A innych można uczynić małym wysiłkiem niewolników i będą chętnie lizali rękę Pana – to narody podlej duszy, od kolebki niegodne samostanowienia, w wielkich obszarach Azji roztopią się bez śladu. Z trzecimi wreszcie nie można zrobić, ani tego, ani tego, przynajmniej nie od razu – to Polacy. Nie można zaanektować ich państwa, bo trzeba byłoby dzielić się z Prusami, Austrią, Turcją i Bóg wie jeszcze z kim; narzuca to europejska równowaga sił. Po drugie nie można tego zrobić od ręki, gdyż są to znakomici żołnierze, a cały naród gdy otwarcie zagrożony, przypomina wściekłego wilka w nagonce. Zbyt dużo by to kosztowało, należy więc zdemoralizować ich do szpiku kości. Trzeba… rozłożyć ten naród od wewnątrz, zabić jego moralność… Jeśli nie da się zeń uczynić trupa, należy przynajmniej sprawić, żeby był jako chory ropiejący i gnijący w łożu… Trzeba mu wszczepić zarazę, wywołać dziedziczny trąd, wieczną anarchię i niezgodę… Trzeba nauczyć brata donoszenia na brata, a syna skakania do gardła ojcu. Trzeba ich skłócać tak, aby się podzielili i szarpali, zawsze gdzieś szukając arbitra. Trzeba ogłupić i zdeprawować, zniszczyć ducha, doprowadzić do tego, by przestali wierzyć w cokolwiek oprócz mamony i pajdy chleba. Będą oni walczyć długo, bardzo długo, nasze prochy przepadną, ale przyjdzie czas gdy sami sprzedadzą swój kraj, sprzedadzą go jak najgorszą dziwkę. My rozpoczniemy ten proces Panin! Korupcja „milczących psów”, którzy będą nimi rządzić. Bogactwem i głodem, które biednych podjudzą przeciw możnym, tych drugich zaś napełnią takim strachem i podłością, że uczynią wszystko dla zachowania swojego bogactwa. Zepsujemy ich kultem prywaty, złodziejstwa, rozpusty, wszelaką demoralizacją i wiodącym ku niej alkoholem. Stworzymy tam nową oligarchę, która będzie okradać własny naród nie tylko z godności i siły, leczo prostu ze wszystkiego, głosząc przy tym, że wszystko co czyni, czyni dla dobra ojczyzny i obywateli. Niższe szczeble tych krwiopijców będą uzależnione od wyższych w nierozerwalnej strukturze formalnej i nieformalnej piramidy. Trzeba będzie starać się, by w piramidę wpasowany był każdy zdolny i inteligentny człowiek, by ze chciwiał w niej i spodlał. Niedopasowanych szaleńców, nieuleczalnych fanatyków, nałogowych wichrzycieli i każdą inną wartościową jednostkę wyeliminujemy operacyjnie. Zadanie to jest wielkie Panin, lecz i efekty będą wielkie. Polska zniknie w samych Polakach! Wtedy właśnie, gdy będzie wydawało się im, że mają wolność. Ale ja tego nie doczekam Panin, zaczniemy jednak ten proces”.

         W kluczyłem i przesłałem Solarzowi dziesiątą, rozszerzoną wersję maszynopisu z takim komentarzem: A ty, Adamie, nic nie widzisz? Nie widzisz, Towarzyszu Druhu, że cała książka Sejfy Bieruta & Bermana i… jest nie o sejfach Bieruta & Bermana, bo to tylko pretekst. Ta 89 moja książka jest łopatologiczną antycypacją tego, co Kraj Pieroga i Zalewajki może czekać jeżeli się nie obudzimy, a o czym od XVIII wieku wieszczyła caryca?      Napisałem Sejfy… bo wierzę Isaiahowi Berlinowi, że niewiele jest rzeczy, które wyrządziły światu tyle szkód, co przekonania różnych jednostek czy grup (plemion, państw, narodów lub kościołów), że tylko oni lub one są wyłącznymi posiadaczami prawdy – zwłaszcza jeżeli chodzi o to, jak żyć, czym być lub co robić – i że ci, którzy się różnią, nie tyko błądzą, ale są dzikusami roznoszącymi różne zarazki, lub szaleńcami, zoofiliami współżyjącymi z krowami, terrorystami, toteż trzeba ich skować lub unicestwić. Jest to straszliwą i niebezpieczną arogancją, że tylko oni mają rację, że posiadają magiczne oko, którym widzą prawdę, i że inni, jeżeli są odmiennego zdania, nie mają i nie mogą mieć racji. I dalej, wymądrzając się niemożebnie moralizowałem, że zgadzam się z tym, co napisał Gladstone, że nie można walczyć przyszłością i że historia uczy – a powiedział to jakiś inny mędrzec –  iż historia niczego nie uczy. Ja jednak uważam, z przeszłości można się nauczyć unikania beznadziei i tego, o czym mówił C. G. Jung, że człowiek przyzwyczaja się do wszystkiego, jeżeli tylko osiągnie właściwy stopień uległości. Ale z drugiej strony, a zauważył to już Ryszard Kapuściński, historia coraz częściej i z coraz bardziej nieubłaganą bezwzględnością wyrzuca wszystko na śmietnik. Wedle mojego gustu społeczeństwo Kraju Pieroga i Zalewajki jest już bardzo blisko tego o czym mówi Jung. To zupełnie możliwe, że nasze dzieje, majdrowane obecnie przez „dobrą zmianę” wylądują na pieprzniku dziejów i trzeba będzie historie napisać na nowo. Wierzę Jungowi Historia jest strukturą dynamiczną złożoną z sensów i nonsensów.

         W miarę upływu lat czuję się coraz bardziej nawarstwioną przeszłością. Ale nadal nie mogę przekroczyć własnego cienia. Żyję w Michałowicach. To dobra gmina. Sadzą tu duże drzew. Więcej niż wycinają. Drzewa dają spokój. Ratują przed jazgotem świata. To ostatni przyjaciele, obrońcy człowieka. Chodzę wolno. Ostrożnie. Jakbym się obawiał, że chwilę wejdę na minę albo, co gorsze, na polityka. Spoglądam w niebo. Niebo takie niebieskie jak szafir. I nagła myśl. Wspominam polityka, którego niegdyś spotkałam. Był lejtnantem. Chyba mądrym. Takie odniosłem wrażenie. Opisałem to w książce Kim jest Putin? A teraz niegdysiejszy lejtnant jest wściekłym prezydentem, bandytą i ludojadem. Chce zamienić światu niebieską barwę nieba na kolor czerwony.

         Niekiedy spotykam michałowiczan. Czasami z pieskami i dziećmi. Dużo u nas piesków. Te pieski jakiej takie wspaniale zdziecinniałe. Więc co mi pozostało?  Szykować się do ewakuacji. Pewnie wyląduję w czarnej dziurze. Może w czarnej dziurze jest niebo? Może piekło? Może nicość? Tak, pewnie nicość. Nie było mnie przed 4 grudnia 1939 roku. Nie będzie mnie po 202… roku. Zastanawiam się też, bo kretyńskie myśli coraz częściej nawiedzając mój rzeszotowiejący mózg, co po mnie zostanie. Chyba jednak nicość… Uspokojony tym, że moje grzechy, ale także moje dobre uczynki okryje czas i niepamięć uwierzyłem, że Voltaire miał rację. Odejdę z tego równie głupiego świata jak ten, jaki zastałem przy urodzeniu, więc tak, na wszelki wypadek, aby nie kłopotać grzebiących, wybrałem dla siebie epitafium. Sparafrazowałem moją ulubioną poetkę Wisławę Szymborską. Tu leży ancymonek michałowicki. To drapichrust taki a taki. Dał się gminie okrutnie we znaki. Zmarł bardzo późno, ale lepiej już późno niż wcale. No to in saecula saeculorm amen.

         Myśląc, że skończyłem Sejfy…, których, oczywiście, nie skończyłem. Włączyłem TVP info aby obejrzeć najnowsze informacje z kraju i ze świata, „dobre czy złe, ale zawsze fałszywe”. Po sekundzie przeszedłem na tzw. wolne media. Wolne od czego? Wolne „do” i wolne „od”. Więc pomyślałem, że we współczesnym świecie medialnym nastąpiła całkowita dewaluacja dat, nazwisk, danych, relacji, faktów.       W narastającym i gęstniejącym potoku informacji wszystko się zaciera, traci znaczenie, wypada z pamięci. I wówczas, towarzysz Druh, Adam Solarz, dźgnie mnie po oczach mailem, zawierającym oczko słów: „Dziadersie Drogi! Powiedz zuchom broniącym granicy Polski z Białorusią co sądzisz o stosowaniu metody push-back. Pozdrawia cię serdecznie Wielka Niedźwiedzica orlańska”. Winnetou powiedziałby, że to metoda haniebna. Ja także tak uważam. I dodam, specjalnie dla żołnierzy i strażników granicznych: Po 38 latach noszenia munduru żołnierskiego nie mieszczą mi się w głowie podobne zachowania. Honor żołnierski zobowiązuje. Nie warto nim frymarczyć. Honor jest jak drugie nazwisko człowieka. Jak widać, podeptać go nie jest trudno. Niektórym z was, słusznie broniących naszej granicy, to się, niestety, udaję… Ale, rozumiem, w Kraju Pieroga i Zalewajki za dużo wydaję się praw ograniczający społeczeństwo, a za mało daje się przykładów. Więc pomyślcie: Co będzie jak zmieni się władza? Jak przyjdą ludzie przestrzegający prawa i konwencji? A to się stanie tak, jak po nocy nastaje świt. Co wówczas będzie z wami? Tłuste koty się obronią. Ale wy…? Sytuacja robi się niebezpieczna. Nad granicę polsko-białoruską ściąga coraz więcej zbrojnych. Nie, nie wierzę aby duet kanibali Putin & Łukaszenko dążył do otwartego konfliktu, wystarczy im Ukraina, ale… Wystarczy by z jednej czy drugiej strony padł pojedynczy strzał.Droga strona odpowie serią z kałasznikowa. Z przeciwnej zagra ręczny karabin maszynowy. Rywale uruchomią wielokalibrowy karabin maszynowy. I pójdzie w ruch wszystko to, co amie mają najlepszego… I nowy Donbas gotowy!

         Drodzy Czytelnicy blogu, pozwólcie mi tu na kilka słów osobistych refleksji skierowanych do tych, co z narażaniem życia bronią granicy. Tak, tych, co bronią granicy serdecznie pozdrawiam, Życzę wam wszystkiego najlepszego. Przede wszystkim spokojnej służby. Obawiam się jednak, że to życzenie na zaś. Dopóki bowiem Białorusią będzie trząsł duet kanibali spokoju na granicy nie będziecie mieli… Ale, na miłość Boską, nie strasznie ziomali, że nie dacie rady. Dacie! Spokojnie. Nie straszcie kobiet i mężczyzn, że grozi im zagłada. To nieprawda. Społeczeństwo nie ma powodu aby się bać. Pora zrozumieć, że sytuacja nad granicą z Białorusią jest podsycana nie tylko przez stronę białoruską, ale także przez naszych przywódców, ludzi „Bez serc. Bez ducha”, którym chodzi o nic innego, jak tylko o słupki poparcia.  Oni dobrze wiedzą, że zastrachany człowiek uwierzy we wszystko, co mówi władza. Ale kanibale nie są nieśmiertelni! Historia przełomu wieków pokazuję, że dyktatorzy żyją krócej niż inni ludzie. Świadczy o tym przykłady Hitlera, Ceausescu, Saddama czy Husajna. Natomiast dla tych, którzy zaaplikowani wam nakaz postępowania wedle nieludzkiej metody push-back i dla tych, którzy ją bezmyślnie wykonują też mam życzenia. Nie, nie życzę im abyście stawali przed sądem. Nie życzę im paskudnego hejtu, który im się słusznie należy. Życzę im jedynie, aby odzyskali rozum i aby w każdą noc poprzedzającą Dzień Dziecka i Mikołaja śniły im się Dzieci z Michałowa. I tu przypowieść Jeremiasza: „A chodząc za marnością, marnymi się stali”.

         Niedawno spoglądnąłem na zapiski w kalendarzu stuletnim. Był 4 grudnia 2021 roku. Skończyłem 82 lata. Zachwycają mnie reformy służby zdrowia, edukacji, finansów i sprawiedliwości oraz ciurkiem się lejące zmiany dotyczące naszej przeszłości. Dzięki „dobrej zmianie” i Polskiemu Ładowi mogłem precyzyjnie wynotować: tomografia komputerowa mózgu – koniec 2022 roku; koronarografia – 3 lata; spotkanie z okulistą – 4 lata, z onkologiem – 5 lat, a operacja biodra będzie możliwa za lat siedem. Poprosiłem w rejestracji o gwarancję na piśmie, że dożyję 2027 roku. Gwarancji nie dostałem. Oświadczono mi, że muszę wierzyć na słowo ministrowi zdrowia.

         Ech! Jak Boga kocham! Chce się żyć! Da mi to możliwość, przynajmniej dwukrotnego wzięcia udziału w glosowaniu do parlamentu. I wezmę udział. I będę głosował. Oczywiście, na „dobrą zmianę” i Polski Ład. Jak bonie Dydy, tak zrobię.

         Bóg się wprawdzie do mnie nie odezwał. Podobnie jak minister zdrowia. Za to czytelnicy pytają jak sobie wyobrażam najbliższą przyszłość? Co mam odpowiedzieć? Skoro nie mogę sobie nawet wyobrazić jak za kilka lat będzie wyglądała nasza przeszłość.

         Nadchodzi noc. Zaglądam do Immanuela Kanta: „Dwie rzeczy napełniają umysł coraz to nowym wzmagającym się podziwem i czcią, im częściej i trwalej się nad nimi zastanawiam: niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie”. Interpretuję słowa filozofa wedle recepty Leszka Kołakowskiego. Prawo moralne we mnie tak samo nie zostało przeze mnie stworzone, jak niebo gwiaździste nade mną, że jedno jak i drugie jest gotowe już, gdy ja na świat przychodzę. Tak samo nie mogę zmienić prawa moralnego, które jest we mnie, jak gwiazd i galaktyk, a nawet Wielką Niedźwiedzicę, którą widzę.  Czy więc mogę prawo moralne odrzucić? Mogę, ale unieważnić go nie mogę, ono jest bez względu na to, czy mi się to podoba i czy wiem o nim. Mogę go jednak gwałcić, a nie mogę gwałcić kosmosu. Metoda push-back na pewno gwałci prawo moralne. Tak, zło stosowania tej metody polega na tym, że zachwianiu ulegają zasady moralne: zło przestaje być złem, a dobro – dobrem. I to zarówno u rozkazodawców jak i u wykonawców.

         O północy wychodzę do ogrodu aby napawać się życiem we współczesnej pospolitości. Przez jarmarczną gwiazdopatrznie szukam na niebie Wielkiego Wozu. Znalazłem. Wóz przydzwonił mi dyszlem w ponad osiemdziesięciodwuletni czerep tak fikuśnie, że zrozumiałem „komu bije dzwon” i kto się kryje pod kryptonimem „Orzel Bialy”. Zrozumiałem, że współczesność to relatywizm postmodernistyczny. To także dramaturgia współczesnej egzystencji, i za Schopenhauerem powtarzam, że swoje życie mogę ująć jako niepotrzebny epizod zakłócający błogi spokój nicości. I tak doszedłem do wniosku, że cokolwiek bym sądził na temat przeszłości i dnia dzisiejszego, muszę być przygotowany na zmianę swych poglądów już jutro.  A mimo to jestem szczęśliwy. Co mnie uszczęśliwia? Trzy słowa wnuczek do mnie skierowane: „Dziadku! Kochamy cię”. A wówczas wszystkie barwy, kształty, smaki i dźwięki życia są do mojej dyspozycji.

         Chciałem na powyższym akapicie skończyć Sejfy, gdy otrzymałem list z prośbą abym go ogłosił w książce. Była to parafraza, niegdyś znanego każdemu dziecku Polskiemu wiersza Władysława Bełzy. List był krótki, szesnastosłowny, ale podpisany: Kto ty jesteś? Polak wspaniały. Jaki znak twój?„Orzeł Biały”. i postscriptum: Jestem z Wami. Pegasus.

                Książka Tajne sejfy B. Bieruta i J. Bermana. Urok dobrej zmiany i czar „Polskiego Ładu” ukaże się pod koniec marca 2022 r. nakładem Wydawnictwa CB; nr telefonu: 510-210-234

 

 

Służby specjalne!

W kraju Pieroga i Zalewajki od powojnia afera goni aferę. Dziś są to afery nawet większe niż wczoraj. W wielu sferach, przekrętach, skandalach, szwindlach, oszustwach, szalbierstwach, machlojkach czy przekrętach biorą udział funkcjonariusze służb specjalnych.

         Jeżeli państwo ma funkcjonować normalnie reforma służb wydaje się być koniecznością.

         Charles Bukowski pisał: „Człowieku, jeśli chce pan mieszać łapą w nocniku pełnym gówna i udawać, że tak pachną bzy, to rób se pan to sam! Ja jestem zbyt zmęczony i nie mam na to ochoty”.

         Biorąc serio Bukowskiego zastanawiam się, czy Grupa Trzymająca Władzę [GTW] zechce potraktować poważnie sprawę służb specjalnych i przeprowadzi zapowiadaną od lat gruntowną reorganizację struktur odpowiedzialnych za bezpieczeństwo państwa.  Gdyby taka wola polityczna była, służby specjalne czekałaby prawdziwa rewolucja.

         Wsłuchując się jednak w doniesienia medialne, w których politycy, zapewniając o dobrych chęciach wykazują zwykłą przy omawianiu tego tematu agnorancję [ignorancja & arogancja] mam co do tego poważne wątpliwości.

         Może więc być tak, że wieszcząc o dobrych chęciach, zrobią jak zawsze i wyjdzie jak zwykle. Przecież dotychczasowe reformy służb przypominają zapchaną toaletę: spuszczamy i spuszczamy, a gówno i tak wypływa.

         Od tysiąca lat, w każdej książce, w każdym tekście przygotowanym do druku staram się przekonać decydentów o konieczności zrobienia generalnego porządku ze służbami specjalnymi.

         Dlaczego?

         Bo służby specjalne igrają naszym losem pod pretekstem, że nas chronią. Gdy wywiady się rozrastają, kurczą się zarazem swobody obywatelskie.

         Tymczasem władcy rządzący polską od czasów Peerelu udając, że reformują służby kupują im coraz to nowocześniejsze i kosztowniejsze zabawki. Ostatnio jest to program cybernetyczny nabyty od Izraela za grube miliony. Uzbrojone w ten sposób służby zamiast bać o bezpieczeństwo państwa dają o bezpieczeństwo GTW.

          Co na to społeczeństwo? Prawie wszyscy, bez protestu i cienia refleksji, gotowi są wydawać wielkie sumy na służby specjalne. Jest to możliwe, bo kierownicy tych służb po mistrzowsku opanowali sztukę szerzenia nienawiści, strachu i podejrzeń wobec faktycznych i urojonych zagrożeń. Aby daleko nie szukać wystarczy wspomnieć A. Macierewicza.

         Tak, nie da się ukryć, że i dziś, łapsy wszelkiego autoramentu, walcząc o profity i zaszczyty, zadziwiająco łatwo przekonują władze o własnej niezbędności. Zblatowani z wymiarem sprawiedliwości potrafią sprytnie usługiwać decydentom, stwarzając wrażenie gwaranta bezpieczeństwa.

         Społeczeństwo musi wreszcie zrozumieć, że obecnie już nikt nie działa tajnie dla ideologii, nikt nie brudzi sobie rąk ze względów uczuciowych, patriotycznych. W szpiegowskiej ferajnie prawie zawsze chodzi o pieniądze, bardzo duże pieniądze. Czasami także o zemstę. ONI Was straszą przekonując: „Pamiętajcie! I uważajcie! Ciągle istniejemy! Siejemy przerażenie” [vide: zaprzęgnięcie do dorożki służb specjalnych skrzydlatego konia – Pegasusa]!

         Dlaczego?

         „Ponieważ jesteśmy fachowcami ze służb specjalnych, uzbrojonymi we wszystko to, co ludzkość wymyśliła na nasze potrzeby, działamy tajnie, a serca mamy z kamienia”.

         Jeszcze w 2006 ogłosiłem kilka tez dotyczących reformy tajnych służb. Przypominając niektóre, pozwalam sobie wprowadzić do nich korekty i uzupełnienia. Nie od dziś wiadomo, że służby specjalne nie były, nie są i nie zechcą zostać państwem w państwie. Zawsze jednak bardzo chętnie starają się o “opiekę” GTW lub osób, które mają szansę zostać GTW. 

         Służby pomagają władze zdobyć, utrącić niewygodne osoby, przeprowadzić wybrane geszefty itp. W tym celu stosują metody pozaprawne, a nawet bezprawne, prowadzące nie tylko do szantażu, korupcji etc., ale także do rozwoju mafii.

         Politycy muszą w końcu zrozumieć, że służby specjalne to nie zabawki, z pomocą których GTW może rozgrywać gierki politykierskie. Służby specjalne to zbyt poważna sprawa by je powierzać jedynie agnorantom w rodzaju A. Macierewicza lub innym domorosłym specjalistom. Tu potrzebny jest przełom, który zagwarantuje, że nawet w wypadku zmiany rządu, a nawet opcji politycznej, służby specjalne nie będą angażowane do politykierskich machlojek. Do tej pory ze służbami specjalnymi sprzęgnięta była telewizja publiczna.  Jeżeli na być dobrze to nie może być taj jak jest.

         Oto robocza propozycja przebudowy służb specjalnych:

  1. Struktury:
  2. ABW podporządkować MSWiA;
  3. AW podporządkować MSZ;
  4. kontrwywiad wojskowy podporządkować MON;
  5. wywiad wojskowy podporządkować BBN;
  6. CBA podporządkować Ministerstwu Finansów;
  7. Służbę Ochrony Państwa (dawny BOR) podporządkować BBN.
  8. Kadry:
  9. rozpocząć od opcji zerowej;
  10. postawić na młodych, dobrze wykształconych ludzi;
  11. nie bać się wprowadzić większej liczby kobiet;
  12. na urzędy koordynatora – szefa służb specjalnych oraz BBN mianować osoby spoza czynnych polityków i funkcjonariuszy. Osoby te niekoniecznie muszą się znać na metodologii służb [od tego będą zatrudnieni specjaliści]. Muszą jednak, znać się na mechanizmach władzy, polityce międzynarodowej, mieć rozpoznanie w różnych środowiskach ze szczególnym uwzględnieniem środowiska naukowego itp.

III. Uwagi uzupełniające:

         a/  struktury:  powyższe zmiany wymagają podniesienia rangi ministrów spraw wewnętrznych, spraw zagranicznych i finansów. Być może resortami powinni kierować ministrowie w randze wicepremierów.

         Koniecznym też wydaje się być generalne przeprofilowanie BBN i nadania mu znacznie większej wagi. Równocześnie należy zmniejszyć rangę szefów ABW, AW, kontrwywiadu i wywiadu wojskowego, SOP i CBA.

         Wystarczy jeżeli tymi służbami będą kierować funkcjonariusze-specjaliści, nie politycy, w randze odpowiadającej np. dyrektorowi  departamentu poważnego ministerstwa. Na tych stanowiskach należy jednak zapewnić kadencyjność, co uchroni szefów przed utratą stanowiska w wypadku zmiany rządu lub innych zawirowań politycznych.   

         b/ kadry: wedle mojej oceny dobrą kandydatką na koordynatora służb specjalnych, ze względu na perfekcyjną znajomość mechanizmów władzy, wydaje się być prof. Andrzej Zybertowicz, prof. Antoni Dudek lub Bartłomiej Sienkiewicz, a na szefa SOP Piotr Naimski, Sławomir Cenckiewicz lub Sylwester Wolak, którzy są chyba jednymi z najlepszych znawców zagrożeń RP, nie tylko militarnych lub terrorystycznych, ale przede wszystkim energetyczno-paliwowych.

         c/ kontrola: nawet przy pełnej reorganizacji służb specjalnych kluczową sprawą jest zapewnienie ciągłej i merytorycznej kontroli. W naszych warunkach może to być jedynie Sejmowa Komisja ds Służb Specjalnych, którą należy uzupełnić o zespół ekspertów – naukowców, wyposażyć w znacznie większe uprawnienia kontrolne oraz zastrzec, że przewodniczącym komisji musi być poseł partii opozycyjnej.

         Tu jeszcze słówko o mediach publicznych. Trzeba je odpolitycznić. Gwarantem odpolitycznienia powinni być szefowie.

Moim zdaniem dobrymi kandydatami są; TVP – Barbara Stanisławczyk; radio – Piotr Kraśko; KRRiT – Tomasz Terlikowski.

         Pamiętajmy! Karły rosną w każdej epoce!

DWIE DAMY I YETI

Po Sudetach Zachodnich chodziłem odkąd mama z tatą przywieźli mnie do Górzyńca, a następnie do Piechowic. Do Szklarskiej Poręby przywiozłem się sam. Pokochałem te góry. Głównie Karkonosze i Góry Izerskie, szczególnie Orle..

                 Dziś, gdy minęło tyle, tyle lat i ja, który na tym padole dla ludzi nic dobrego nie zrobiłem i nie robię, zamiast narzekać na pospolitość coraz częściej myślami wybiegam jakby tu skutecznie pomagać Panu Bogu chmurki popychać i spotkać się z ludźmi, z którymi się spotkać warto, bo są to osoby nieprzeciętne.

                 Myślę, że jest więcej niż pewne, że w niebie, oprócz wielu szlachetnych postaci są z pewnością damy, o których chcę wspomnieć i, co ważniejsze, zajmują w hierarchii niebieskiej niepoślednie miejsca.

                 Wierzę bowiem głęboko, że o ile niebo ma być rajem i tym wszystkim, o którym tak pięknie klaruje Biblia, musi w nim być miejsce dla Hani i Wandy, których dokonania ziemskie są znamienite, a które zaszczyciły mnie swoją przyjaźnią.

                 ***

                 I w ramach ekspiacji za nicnierobienie jawią mi się przed oczami ludzie Gór, których znałem i szanowałem. Jest ich legion. Przede wszystkim rodzina.     Dalej są wśród nich tacy, jak Wanda Rutkiewicz, Bogdan Jankowski, Andrzej Zawada, Jurek Pietkiewicz, Tadeusz Piotrowski, którzy nie tylko Mount Everest mają za sobą,

                 Osobistością szczególną wśród ludzi wielkich gór jest Hanna Wiktorowska. Ona wprawdzie na pik Everestu się nie wdrapała, ale inne górki, łącznie z Karkonoszami, Górami Izerskimi i Himalajami miała w kieszeni.

                 Ale nie o taternicko-alpinistycznych wyczynach Hani Wiktorowskiej i  Wandy Rutkiewicz chciałem teraz wspomnieć, a o ich zwykłym życiu i także o osobliwych kwalifikacjach przemytniczych wskazujących na ich bezgranicznym i empatycznym szacunku do wszystkiego co żyje.

                 ***

                 Dwa zwyczajne obrazki.

                 Pierwszy. Wdrapuje się Hania na najwyższy szczyt Karkonoszy – Śnieżkę. Wysmukła jak karkonoskie świerki i dyskretnie elegancka. Idzie Hania. Idzie wyprostowana po Równi pod Śnieżką spoglądając na „stonkę” z wysoka, albowiem do dwóch metrów wysokości brakuje jej niewielki kawałek. Mija Śląski Dom i zaczyna podejście na szczyt. W miarę zdobywania góry pochyla się coraz niżej…

                 – Haniu! zmęczona jesteś?

                 – Skąd! Ależ skąd, orzesz ty…. Obawiam się tylko, aby Duch Karkonoszy nie przyłożył mi po głowie dyszlem wyrwanym z Wielkiego Wozu, który wisi nad Pecem.

                 Obrazek drugi. Remontujemy Chatkę pod Śmielcem. Kolo wrocławskie i Sudeckie Klubu Wysokogórskiego. Starem 6×6 przywiozłem na drugą Drogę Sudecką „zdobyte sposobem” materiały budowlane, m.in. kilka worków cementu w workach po 50 kg. Bogdan Jankowski przytargał z Wrocławia „niewolników” do transportu. Dalej, pod gorę prowadził wąska ścieżka. Ładujemy na nosiłki materiały. Podchodzi Wanda. „Daj cement”- mówi. Spełniam życzenie i patrzę czy pod ciężarem nie ugną się pod przyszłą zdobywczynią Everestu nogi. A ona: „Dorzuć jeszcze kilka cegieł” – żąda.

                 ***

                 Tu o osobliwych kwalifikacjach przemytniczych obu pań. Było tak. Wanda Rutkiewicz przywiozła ze szczytu Mount Everestu kamyk dla papieża Jana Pawła II, a spod olbrzyma himalajskiego maleńkiego nepalskiego szczeniaczka.

                 Piesek był czarny jak nocne niebo na Orlu, a może jak najczarniejszy kruk, o ślepkach błyszczących niczym czarny onyks, kamień magów i czarnoksiężników.

                 Piesek przyleciał z Wandą do Warszawie i tu był był kłopot z celnikami.   Hania ubrana w nepalską kurtkę schowała psinkę pod pazuchę i spokojnie przeszła przez odprawę, ku przerażeniu Wandy, obawiającej się że pieska uśpią, a Hania powędruje do kicia.

                 Skończyło się dobrze. Celnicy nie zauważyli lub nie chcieli nic zauważyć. Wanda z Hanią byli lubiani chyba przez wszystkich ludzi. Również przez celników i wopistów.

                 ***

                 Po przylocie zorganizowano chrzest psinki – małej czarnej kuleczki. Otrzymała nazwę Yeti. Matką chrzestną była, oczywiście, Hania. Yeti odwdzięczał się Hani za opiekę wspaniałą radością.

                 W czasie częstych, kilkumiesięcznych wypraw Wandy Yetunia – jak na niego mówiła Hania – zawsze znajdował przytulisku w domu Hani i Jurka Wiktorowskich.

                 Ale nie tylko zwierzaki mogły liczyć na gościnę w ich domu. Również alpinistki i alpiniści. Obżeraliśmy ich niemiłosiernie. Sam także korzystałem z ich gościny. A ilekroć bywałem u słynnej alpinistki w blokowcu przy ulicy Sobieskiego w Warszawie nigdy nie widziałem Yetuni inaczej niż na kolanach gospodyni.

                 Podobinie było u Wiktorowskich. Yetunia nie odstępowała Hani.

                 ***

                 Siedzi Wanda na fotelu z Yetują na kolanach. Przeglądamy zdjęcia z wyprawy na Everest. Oto Wanda na szczycie, Wznosi czekan nad głowę jak ksiądz monstrancję. Z czekana dyndają dwie fagi. Polska i Nepalska. Potem himalaistka odgrzebuję ze śniegu kamyk – prezent dla Jana Pawła II.

                 Yetunia także ogląda. Szczeka radośnie. Lubi wspomnienia sukcesów swojej pani. Podobnie zachowuję się na widok zdjęć Hani. Może psim serduszkiem wyczuwa dobrych ludzi, którym tak wiele zawdzięcza.

                 ***

                 Uchwałą Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 14 października 2021 r, rok 2022  ustanowiono Rokiem Wandy Rutkiewicz.

SIĘ ZAPISAŁO

Znowu napisało się kilkaset stron.

         Wydawca AGENTA PR Sylwester Wolak, porzucił na moment bieszczadzkie szlaki i ulubionego kota by napisać następującą „zajawkę” dla hurtowni: Gwałtowna wymiana ognia i… Moja walka. Opowieść o facecie – notorycznym rebeliancie o sercu jak kolczasta opuncja jest 88 książką Henryka Piecucha. Autor, pisząc o Peerelu przedstawia sytuację w erze „dobrej zmiany”. Czerpiąc z wyżyn kultury, nawiązując do mitologii greckiej i rzymskiej; rozległego kontekstu Starego i Nowego Testamentu, Koranu i Tory; na różne sposoby do światowego dorobku literatury, ale i muzyki klasycznej i malarstwa, do dziedzin mniej wzniosłych, potocznych, aż po rozmowy żołnierzy i polityków, ofiar i katów: dowcipne, ale częściej dramatyczne – ukazuje, w jakim kierunku zmierza współczesny świat.

W Gwałtownej wymianie ognia i…Piecuch przedstawia skomplikowaną grę wywiadów, ale trzeba podkreślić, iż tak naprawdę nie jest to sensu stricte sensacyjna powieść szpiegowska, ale swojego rodzaju reportaż. Moja walka jest książką o miłości, wierności i kłamstwie, o polityce władzy i władzy polityków, o ludziach i osobie ludzkiej, o papieżu i Panu Bogu i trzech największych grach wywiadu.

         Pisarz w wątkach fabularnych, retrospekcjach i opisach stara się likwidować białe plamy polskiej historii, stara się przezwyciężać stereotypy i mity historyczne, jakie wciąż pokutują w naszym społeczeństwie. Piecuch upomina się o właściwą – sprawiedliwą pamięć dla tych Polaków, którzy przeżywszy nazizm, stalinizm w końcu znaleźli się pod panowaniem „dobrej zmiany”.

Pierwszoosobowy narrator niesie w sobie wiele wątków autobiograficznych. Jest dobrze wykształcony, ale salonowej ogłady nie wyzbył się nawet na froncie. Jest wysportowany i przyciąga do siebie najpiękniejsze kobiety, a walcząc z różnymi wywiadami staje się podwójnym agentem.

      Chyba mało kto zdaje sobie sprawę z takiej gry wywiadów. Taka wiedza jest odległa od obowiązujących – modnych stereotypów. Poza tym w PRL-u była to tajna wiedza, a w III Rzeczypospolitej prawie nikt jej nie wydobył na światło dzienne. Jeśli chodzi o „mody” na fakty historyczne, Zachód najpierw był zły, a następnie dobry. Natomiast Sowiety – odwrotnie.

  1. Piecuch zdaje się nam uświadamiać, że ocena nie może być tak jednoznaczna, szczególnie jeśli chodzi o służby specjalne. Wciąż przecież trwa brutalna dyskusja, że polski majątek został wyprzedany.

      Książka na swój sposób niesie dużą dawkę humoru; dominuje sarkazm, sporo też jest ironii. Główny bohater, który jednocześnie jest narratorem, w tych trudnych czasach musi przecież ratować się – dystansując się do rzeczywistości. 

Czy Gwałtowna wymiana ognia i… kończy się po hollywoodzku – happy endem? I tak, i nie. Autor nie rozstrzyga tego. Czytelnik sam musi wybrać.

      *********

         A teraz z innej beczki, z nowej książki, która się pisze od 25 lat:

         Oto Wisława Szymborska, która jeszcze Nagrodę Nobla miała przed sobą. Ta czarowna białogłowa, błękitna jak kwiat tojadu mordownika, urokliwa niczym obraz Modiglianiego wali tak jak pisze. A pisze szczerze, z prostotą, zrozumiale, jasno i w żywe oczy.          W. Szymborska, jak rzadko kolory twórca wiedziała, że rozum składa się z prawd, które trzeba powiedzieć i z prawd, które trzeba przemilczeć. Więc poetyzuję o rzeczach wielkich i wspaniałych takich, jak obraz Mleczarka albo inaczej Dziewczyna z dzbanem mleka Jana Vermera, ale także o schyłku wieku, torturach, nienawiści i sprawach drobnych, codziennych, nawet o małpach i kotach…

         Może smutek uczył poetkę, że ona służy do życia, do patrzenia i do zapisywania spostrzeżeń w sposób jaki nikomu innemu nie jest dany.

         ***

         Toż to przecie jedna z naszych najwybitniejszych poetek w historii. A może i Europy? A może i świata? Ona uczyła się od życia jak znosić to życie i o tym jest jej poezja.

         Będąc ozdobą literatury Kraju Pieroga i Zalewajki Szymborska nie owija niczego w bawełnę. Nie usprawiedliwia się jak Anatol Fejgin na przykład, że ideologia ją omotała, a dwupak zniewolił. Nie, nic z tego. 

         Tak o poetce pisze, też poeta, Tomasz Jastrun w książce, Dom pisarzy w czasie zarazy: „Wisława Szymborska, która w raz z Kornelem Filipowiczem, Andrzejem Kijowskim i pięćdziesięcioma innymi członkami krakowskiego oddziału Związku Literatów Polskich podpisała list domagający się kary śmierci dla czterech księży kurii krakowskiej oskarżonych o szpiegostwo na rzecz USA, tak po latach tłumaczyła się ze swego podpisu: Jeżeli tam jest mój podpis, to znaczy po prostu, że tam byłam. Nikt na takich zebraniach nie mógł się wyłamać”.

         No ale, Wisława, chyba zrozumiała nauki Tadeusza Kotarbińskiego twierdzącego, że jeśli nie możesz co chcesz, chciej co możesz. No to zaczęła pisać tak jak nie pisał przed nią jeszcze nikt inny. To zaowocowało Nagrodą Nobla.

         Być może Szymborska, posiadaczka jakiegoś, danego tylko największym poetom genu, wyczuwała ogólny metamitologiczny, odwieczny sens egzystencji człowieka uwikłanego w nierozwiązywalne, powtarzalne problemy ontologicznej natury. Wnikając w mity i odszyfrowując ich sens, pokazując porażające perpetuum mobile życia, pisała tak jak pisała. Potrafiła w kropli wody dopatrzyć się sensu całego Wszechświata.   

         ***

         Gdy dziś, siedząc przed lustrem z butelczyną whisky i pałaszując pajdą chleba ze smalcem przypominam sobie co kiedyś wyczyniali ze społeczeństwem panowie towarzysze, poliwodzi pieprzeni, narwańcy w ataku paroksyzmu, szaleni władcy Kraju Pieroga i Zalewajki niemogący usiedzieć spokojnie, i to nie tylko Bierut z Bermanem, ale i parweniusz Gomułką, a i niecny Gierek, i koncyliacyjny Kania, i towarzysz pancerny Jaruzelski i inne niedojadki, pazerne na władze jak jasna cholera, to szpilka mi się w kieszeni otwiera.

         Z tej szóstki, która jest liczbą diabelską, tylko Stanisław Kania był najmniej szkodliwy dla Kraju Pieroga i Zalewajki. Kania mógłby być dorzecznym politykiem peerelowskim, ale był nieco alkoholiczny, pieczołowicie obchodzący się z winami mozelskimi.

         Obciąża go także spolegliwe uleganie fanaberiom Breżniewa i wypromowanie Władysława Pożogi na pierwszego zastępcę generała Kiszczaka.

         ***

         6 września 1980 roku Stanisławowi Kani powierzono funkcję I sekretarza Komitetu Centralnego PZPR (po Edwardzie Gierku). Dla pospólstwa partyjnego, czeredy ze Stronnictwa Demokratycznego i Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego jak i dla bezpartyjnej swołoczy wybór Kani był niespodzianką. Powszechnie stawiano na generała Jaruzelskiego.

         Generał Władysław Pożoga, krótko przez wyborem zapytał ówczesnego szefa I Głównego Zarządu KGB Władimira Kriuczkowa: dlaczego Kania, a nie Jaruzelski?

         Usłyszał: „Jeszcze nie czas na towarzysza Jaruzelskiego. Na niego przyjdzie jeszcze pora”.

         ***

         Pora na generała Jaruzelskiego Ksywa „Wojciech Szbelka” przyszła 18 października 1981 roku.

         12 grudnia 1981 roku o godzinie 14.00 Wojciech Jaruzelski poruczył generałom: Czesławowi Kiszczakowi i Florianowi Siwickiemu aby uruchomili operacje stanu wojennego.

         Operacja miała na celu zniszczenie „Solidarności” i wzięcie społeczeństwa w pacht.

         Generałowie rozkaz wykonali niezwłocznie. Zmobilizowano prawe trzy miliony osób.

         Niemrawo czające się wojska na alarmowych stanowiskach bojowych wojska ruszyły na dziesięciomilionową „Solidarność” aby ratować socjalizm.

         W tej sytuacji stan wojenny musiał się udać. Sowieci nie musieli zbrojnie ratować generałów. Społeczeństwo było przerażone. Ludzie byli wściekli. Niektórzy płakali. Pocieszającym było tylko to, że to Polacy napadli na Polaków, a nie Sowieci!

         Oficjalnie przyjęło się datować stan wojenny na 13 grudnia 1981 rok.

         ***

         Wymienione wcześniej persony, po dojściu do władzy natychmiast zapominały, że chcąc rządzić społeczeństwem, nie powinni gnać ludzi przed sobą, ale sprawić, by naród podążał za nimi.

         Jednak przez pół wieku było to pobożne życzenie. Przecież już M. Bułhakow stwierdził, że każda władza jest gwałtem zadawanym człowiekowi.

         ***

         A gdy w dodatku jawią mi się przed oczyma biesiady z poetą Tadeuszem Kubiakiem i redaktorem Sławomirem Orłowskim, i zjawiskową profesorką Marią Turlejską to nie mogę się oprzeć by nie zacytować fragmentu prozy Milana Kundery:

         „Pan: Taki Kubuś będzie mnie uczył! Będzie mi tłumaczył, czy ja, jego pan, mam racją, czy nie!

         Kubuś: Nie jestem żaden <taki Kubuś>. Przypominam panu, że nazwał mnie pan swoim przyjacielem.

         Pan: Będziesz moim przyjacielem, kiedy zechcę. A kiedy zechcę, byś był <takim Kubusiem>, będziesz <takim Kubusiem>. Bo tak jest zapisane w górze. Tak, w górze jest zapisane, że jestem twoim panem. A teraz życzę sobie, byś zrezygnował ze swojego zakończenia tej historii. Nie podoba się ono ani mnie, ani pani de La Pommerarye, którą wielce szanuję bo ma fantastyczną dupę…”.

         ***

         Tak. Zatracając się we wspomnieniach domniemywam, że Turlejska miała taką pupę. A panowie, i to nie tylko rządzący Polską dwupak Bierut & Berman usiłowali be zgody społeczeństwa Kraj Pieroga i Zalewajki przerabiać w państwo wasalne.

         Byli skuteczni, bo ludzie się bali. Trwało to bardzo długo. Trwało to do czasu aż przyszedł mąż i powiedział aby ludzie przestali się bać.

         ***

         Ale tak w ogóle to trudno jest mówić o kraju, z którego zniknęły takie pojęcia, jak prawda, honor, dobro, wstyd, empatia.

         Trudno się cieszyć z kraju, w którym króluje nieuctwo, prostactwo, chamstwo, brutalność, łgarstwo itp.

         Te cechy, niegdyś potępiane – teraz występują jawnie. Ba, są uznawane za normę albo- wywyższane,

 

Z OKAZJI 12 PAŹDZIERNIKA I SKASOWANEGO ŚWIĘTA WP WARTO PRZYPOMNIEĆ KILKA FAKTÓW

W latach 1944-1945 440 tysięcy żołnierzy WP wyzwalało Polskę i dobijało Niemców na terenach III Rzeszy. To było Wojsko Polskie (nazwa używana zamiennie z: Siły Zbrojne Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej; nazwa: Ludowe Wojsko Polskie, używana powszechnie w propagandzie od 1952 roku, była nazwą nieoficjalną).

       Aby się przekonać o wkładzie WP w wyzwalanie kraju wystarczy obejrzeć cmentarze. I Armii WP w Siekierkach i II Armii WP w Zgorzelcu i wiele innych, rozrzuconych po całym kraju.

       Żołnierze WP, którzy przyszli ze wschodu nie mieli Melchiora Wańkowicza, którzy z bitwy pod Monte Casino zrobił historię znaną na całym świecie. Kiczowata mizeria, a nawet draństwo propagandy peerelowskiej raczej do tradycji tych żołnierzy zniechęcała.

       Po 1989 roku nastała moda na negowanie dokonań żołnierzy 1 i 2 Armii Wojska Polskiego.

       A jaka jest prawda?

       ***    

       Na szczęście była, głównie w Sztabie Generalnym, spora grupa oficerów mniej znanych. Wydawali się być głupcami na własne życzenie. Nie byli głupcami. Sprawiali tylko takie wrażenie, bo tak wypadało. Pracowali niczym muły. Ich zasługą było, że WP było drugą armią w Układzie Warszawskim.

       Głupcami byli ich przełożeni. Tak jak teraz.

       Niekochana bitwa

       Retrospekcja. Po 17 września 1939 r. i napaści Sowietów na Polskę duża część Polaków została wywieziona na Sybir. Gen. Władysławowi Andersowi udało się wyprowadzić część z nich na Bliski Wschód. Mogli ginąć w cieplejszym klimacie. Pozostali Polacy musieli wierzyć w to, co chciał Stalin i być zadowolonymi, że mogą u boku Armii Czerwonej bić Niemców.

       Ci, co nie chcieli wierzyć w kłamstwa, przestawali żyć. Nie wiemy nawet gdzie są ich groby. Nigdy nie udało się ustalić ile osób musiało rozstać się z tym światem, gdyż odmówiło złożenia przysięgi o dochowaniu wierności Związkowi Sowieckiemu.

         ***

         Niektórzy na własną rękę kombinowali, w jaki sposób urwać się spod kurateli NKWD panoszącego się w PSZ w ZSRR pod postacią Informacji WP. W czasie bitwy pod Lenino zdeterminowana część żołnierzy I Dywizji im. T. Kościuszki wybrała przejście na stronę Niemców.       Wybór między Hitlerem a Stalinem nie był żadnym wyborem. Ocenia się, że na stronę Niemców przeszło od 400 do 600 żołnierzy. Ich los jest mało znany.

          Niemcy starali się zdyskontować fakt dezercji propagandowo.

         Oto najkrótsze opowiadanie z książki Gwałtowna wymiana ognią z której pochodzi ten teks (książka ukaże się w listopadzie nakładem wydawnictwa Agent PR, tel: 12 631 32 50). W Gwałtownej… są zamieszone m.in. wypowiedzi tych, którzy przetrzymali Syberię. Większość walczyła. Część zaczęła już po Lenino. Potem były inne bitwy: Studzianki, Warszawa, Wał Pomorski, krwawe forsowanie Odry i Nysy Łużyckiej, Berlin. Część doszła aż nad nad Łabę.

         Części dopisało szczęście. Przeżyli. Powrócili. Niektórzy jeszcze żyją. Są zdegustowani sposobem w jaki ich potraktowano po 1989 roku.

         Jedna z relacji: Stara kobieta. Pięć tygodni w bydlęcym wagonie. Wracała z niemowlęciem. Osesek nie wytrzymał. Zmarł. Kobieta mówi tylko dziesięć słów.

         – Chciałam syna pochować. Wiozłam go w walizce. Ktoś ją ukradł.

         A przecież bitwa pod Lenino zasługuje na uwagę

         Wprawdzie opisano ją na wiele sposobów. Literatura na ten temat waży kilka ton. Ale do całej prawdy jeszcze jest daleko. Bitwa była elementem w planach Stalina zmierzających do dalszego osłabienia „żywiołu polskiego”.

         Kierowanie dywizją ze strony dowódcy 33 Armii gen. Wasilija N. Gordowa, któremu podporządkowano Polską Dywizję było, z wojskowego punktu widzenia skandaliczne, a ludzkiego – nieludzkie.         Natomiast z punktu widzenia Stalina być może było dobre.

         ***

         Dowódca dywizji gen. Z. Berling na potężnym kacu. Obrzucający w duchu „mięsem” (zob. Wspomnienia) dowódcę 33 armii gen. Gordowa, ale na polu walki bojący się pisnąć słówko przeciwko zbójeckim poleceniom tegoż Gordowa.

         Wszystko to sprawiło, że żołnierze 1 Dywizji Piechoty im. T. Kościuszki zrozumieli jak wygląda piekło. I słowa Z. Berlinga, poniewczasie: „…można zadać sobie w tej sprawie tylko dwa pytania: czy Gordow był zbrodniczym głupcem, czy też głupim zbrodniarzem”. W tych warunkach zarówno Gordow jak i Berling musieli wiedzieć, że wykonanie zadania jest absolutnie niemożliwe. Więc dlaczego posłano ludzi na rzeź?

         ****

  1. Berling ruszył całym impetem. Słowa Gordowa do Berlinga, kwitujące szaleńcze natarcie kościuszkowców: „Gratuluję wam natarcia waszej dywizji. Jak długo wojuję, takiego uderzenia dawno nie widziałem. Pozdrówcie waszych żołnierzy”.

         Nie wiem, czy gen. Berling polecenie wykonał. Nawet, jeżeli wykonał wielu jego podwładnych nie mogło słów pochwały Gordowa usłyszeć. Leżeli doskonale martwi, z twarzą w błocie nad brzegiem bagnistej Miereii.

         Insynuacje pod adresem Gordowa. Z. Berlinga: „oby wielka choroba stoczyła twoje jądra synu hieny i szakala i obyś gnił do śmierci i nie mógł skonać”.

         I gen. Wojciecha Bewziuka: „Bodaj sukinsyn srał drutem kolczastym do końca życia!”.  I to robienie bohaterów na siłę. Cudowne zmartwychwstanie Juliusza Hibnera, którego podwładni zostawili rannego na polu walki meldując do sztabu, że zginął, odznaczonego „pośmiertnie” Krzyżem Kawalerskim Orderu Virtuti Militaru i Orderem Lenina oraz nadaniem mu tytułu Bohatera Związku Radzieckiego.

         ***

         Inne ponure sprawy związane z bitwą pod Lenino, o których tak opowiada Adam Bromberg: „nasi sowieccy sąsiedzi wcale się nie ruszyli. Trudniej jednak wyjaśnić, dlaczego nie udzielili nam nawet wsparcia artyleryjskiego. Większość naszych czołgów ugrzęzła w błotach, na które sowiecki zwiad jakoś nie zwrócił uwagi, a idąc sami, ściągaliśmy na siebie ogień wszystkich dział i karabinów maszynowych wroga, których siła ognia okazała się znacznie większa od tej, jaką nam podano. Ludzie padali jak pokosy, ale Berlingowi zabrakło odwagi, żeby powstrzymać natarcie. Niektóre kompanie doszły do niemieckich okopów, ale nie osiągnęliśmy nic, a straciliśmy 500 zabitych, 1800 rannych, 700 zaginionych (!) – jedną trzecią dywizji, Dostaliśmy za to gratulacje i skrzynie odznaczeń, włącznie z trzema gwiazdami Bohatera Związku Radzieckiego za bohaterską śmierć. Jedna przypadła fizylierce – spłonęła w ciężarówce, ratując dokumenty sztabu, który wykazał zupełną nieudolność; druga Julkowi Hibnerowi, dąbrowszczakowi, który poprowadził swój batalion najdalej i upadł ogłuszony eksplozją, a jego żołnierze go zostawili i powiedzieli, że zginął: trzecia Adamowi Wysockiemu, który poszedł naprzód i zaginął z całym oddziałem, a zaraz po tym, jak został pośmiertnie bohaterem, przemówił przez niemieckie radio i nadsyłał nam ulotki z osobistym podpisem zachęcające do przechodzenia na niemiecką stronę”.

 

My, naród młociarzy udajemy, że Polacy-zwyklacy byli zawsze w porządku.

Nie jest to nieprawda, bo igrzyska olimpijskie! I młoty górą! A może nie nieprawda. W stalinizmie rządziły sierpy i młoty. W 1956 r. sierpy wyjechały na wschód. Zostały same młoty. Tak jest do dziś. Przecież nie da się z kury zrobić orła…

         Często nie zdajemy sobie sprawy, że mieszkamy w kraju, którego 1/3 powierzchni to tereny przez stulecia należące do innego państwa; że druga wojna pozbawiła nas nie tylko wielokulturowości, ale także złudzeń jak wspaniałym narodem jesteśmy; że komunizm usiłował nam zabrać duszę, co na szczęście się nie udało, m.in. dzięki Kościołowi. Bo tak jak nie byłoby Izraela bez judaizmu, a Rosji bez prawosławia tak Polski bez Kościoła.

         ***

         Na księżycu czarnym wiszę, patrząc w gwiazd gasnącą ciszę więc machając rękami jak gimnastyk na rozgrzewce myślę, że czas zdemaskować narodowe mity.

         Władysław Bartoszewski mówi w “Die Wellt”, że w czasie okupacji niemieckiej: Jeśli ktoś się bał, to nie Niemców. Gdy niemiecki oficer zobaczył mnie na ulicy i nie miał rozkazu aresztowania, nie musiałem się go obawiać. Ale gdy sąsiad Polak zauważył, że kupiłem więcej chleba niż normalnie, wtedy musiałem się bać.  Zaś Cezary Michalski w programie u Elizy Michalik przypomina, że w czasie Powstania Warszawskiego niektórzy cywile bardziej się bali akowców niż Niemców.

         Nasza nowożytna, zorganizowana państwowość powstała na początku XVI wieku. Mieliśmy wówczas sukcesy. Jednak szlachecki system republiko-monarchiczny opanowany przez „tłuste koty” zaczął się rozpadać zanim państwo okrzepło. To doprowadziło do zaborów. Ale pomysł roznegliżowania Rzeczypospolitej nie wylągł się w głowach wrogich władców. Pomysł rozbiorów powstał w głowach les philosophes, od których ideę kupili monarchowie.

         Od tego czasu zajmowaliśmy się cierpiętnictwem, kłótniami i wzniecaniem przegranych powstań. Nasza wspólnota narodowa jest odświętna, żałobna, cmentarna. Datowana od porażki do porażki. A ród ludzki nie ceni porażki. Przegrane wyzwalają popędy sadystyczne.   Powstanie kościuszkowskie (1794) przyczyniło się do likwidacji państwa w III rozbiorze, ale generała Kościuszkę awansowaliśmy do rangi bohatera narodowego, a konfederata (1792) generała Henryka Dąbrowskiego wpakowaliśmy do Mazurka Dąbrowskiego. Powstanie listopadowe (1830-1831) doprowadziło do zniknięcia półautonomicznej namiastki Polski.

         Powstanie styczniowe (1863-1864) skończyło się rusyfikacją i likwidacją ostatnich polskich instytucji, a wybuchło z powodu zagrożenia dla konspiratorów.

         Powstanie Warszawskie (1944), zwane największą bitwą II wojny światowej, spowodowało całkowite zniszczenie miasta i przyniosło prawie 200 tysięcy ofiar.

         Pasjonując się zabobonami zapominamy, że mit polityczny jest afabulacją, deformacją lub interpretacją, obiektywnie podważalnej, rzeczywistości. Ale jako opowieść legendarna pełni funkcję wyjaśniającą, dostarczając kluczy do zrozumienia teraźniejszości, tworząc siatkę podporządkowując niepokojący chaos faktów i wydarzeń.

         A mitów ci u nas dostatek.

         Bo: wojny tureckie, kozackie i szwedzkie (Trylogia). Konfederacja Barska, Kościuszko i Legiony, Listopad i Styczeń, sybiracy i wygnańcy. Pierwsze odzyskanie niepodległości, ale zaraz Wrzesień, “nóż w plecy” i Katyń, Monte Cassino, obozy, Gułag i rozstrzeliwania (literatura martyrologiczna). Potem polskie miesiące: Czerwiec i Październik, Sierpień i Grudzień, drugie odzyskanie niepodległości…

         Jeżeli chodzi o mity, nasz charakter jest niczym sztorm wokół przylądka Horn. Wszystko błyskawicznie ulega zbrązowieniu, zmarmurzeniu. Emocjonalny ładunek matecznika archetypów czasami budzi niepokój. Może eksplodować w rękach demagogów sprowadzając nieszczęścia.

         Żaden inny naród nie miał tylu nieudanych powstań i klęsk. Ciągle odwołujemy się do martyrologii. Hołdujemy conradowskim fanaberiom, że trzeba być wiernym przegranej sprawie. Mając do wyboru Lalkę albo Trylogię wybieramy Sienkiewicza.

         Nie uznając pozytywnego bilansu ostatniego trzydziestolecia przekonujemy, że historia odnotowuje przypadki, kiedy rzeczywistymi zwycięzcami są pokonani.

         Zawołanie Gloria victis – chwała zwyciężonym, dobre na dzień zaduszny lub wszystkich świętych, nie pcha kraju w kierunku progresywności. Wrogowie nowoczesnego państwa tęsknią za lamentowaniem, krwawiącym sercem, desperacją, kwileniem, uskarżaniem się, odchodzeniem od zmysłów, spazmowaniem, kwękaniem, marudzeniem, biadaniem, jęczeniem.

         To orgia prostactwa. Indywidua, nadużywając niebezpiecznych narkotyków – alkoholu i chrześcijaństwa nie zdają sobie sprawy z własnej wulgarności, której szczytem jest to, że nie wstydzą się nazywać Prawdziwymi Polakami.

         Na takie dictum de omni et de nulle (twierdzenie o wszystkim i o niczym) może skutkować powiedzenia Przecława Smolika – Przywdziej kontusz, rycz “Polska”… i  urżnij się zdrowo. Chęć przybliżenia raju na ziemi prowadzi do ustanowienia piekła.          Pompowanie narodowego mistycyzmu –  mówi Eustachy Rylski –  jakąś tanią transcendencją  bardzo bolesnej kraksy komunikacyjnej, wynikającej z kompleksów, frustracji, nonszalancji, braku wyobraźni, podwórkowej brawury i podręcznikowej wręcz niekompetencji, jest nonsensem. Jesteśmy narodem parafialnych megalomanów. Nasz naród do szczęścia nie potrzebuje sukcesów. Nasz naród do życia potrzebuje nieszczęścia.

         Tu pod klawisze ciśnie się wers Krasińskiego: Gdy narodu duch otruty – to dopiero ból bólów. Wiele mówiąc o Biblii nie uznajemy słów Księgi: I przekują swoje miecze na lemiesze (Iz. 2,4 i Mi  4,3) wysyłamy za pożyczone pieniądze naszych zuchów do Afganistanu, gdzie tubylcy wcale nas nie chcą i spiorą nam tyłki, że hej! Już to czynią. Już zrejterowali. Pół setki naszych zuchów powróciło na ziemię ojców w trumnach. Prawdziwi Polacy akceptuje taki scenariusz. Świadczą o tym ich wystąpienia. 

         W sprawach historycznych uderza amnezja elit. Zakłamuje się historię. Nawet rozsądni politycy, ale także ludzie mądrzy, często sprawiają wrażenie ignorantów, dyletantów i niedouków.

         Mloty nie zawsze chcą zrozumieć, iż im większą wagę narody przykładają do swoich dziejów, do narodu, traktując historię niczym fetysz, tym okrutniej się zachowują. Widać to na granicy z Białorusią.         Jest to toksyczne stanowisko. Tym bardziej, że na początku trzeciej dekady XXI wieku nad światem zawisł miecz Damoklesa w postaci kryzysu covidowego. Wprawdzie może on (w sprzyjających warunkach) sprawić, że ukształtuje się naród europejski. Ale nie można też wykluczyć nieszczęścia – umacniania się państw narodowych, opartych na dzikim nacjonalizmie znajdującym silne oparcie w Kościele antysoborowym bądź w islamie. Przekonują o tym dzieje Niemiec, Rosji, niektórych państw arabskich.

         Polak Wieczny Dureń – by użyć określenia Aleksandra Małachowskiego – węszący wszędzie działanie tajemniczych sił,  łaszący się do kleru, wymachujący sztandarem narodowym z wypisanymi na nim hasłami: Bóg! Honor! Ojczyzna! wierzący w zabobony i ideologie czarnosecinną jest na najlepszej drodze do zbudowania z Kraju Pieroga i Zalewajki modelowego ciemnogrodu europejskiego. Mit Powstania Warszawskiego sprawił, że ówczesny prezydent Warszawy Lech Kaczyński wyasygnował duże środki, aby wybudować pomnik chwały  narodu, którego nie załamała klęska – wspaniałe muzeum. Nie starczyło mu już wyobraźni, aby upamiętnić wydarzenia 1989 r., dzięki którym Polska wybiła się na niepodległość i jest dziś bezpieczna jak nigdy.

         Przeczytajcie opis powstania widziany oczami zwykłych ludzi. Miasto waliło się na oczach jego mieszkańców jak zużyte dekoracje teatralne. Nie było dokąd uciekać. Znikąd nie było ratunku. Nie tak to miało być. Tego nie obiecywali wodzowie powstania. Przeczytajcie książkę Mirona Białoszewskiego. Przed wojną Warszawa liczyła 1 300 000 mieszkańców, przed powstaniem – 900 000,  a po powstaniu jedynie 150 000.  Przyjrzyjmy się faktom. Powstanie, trwające od godziny 17.00 1 sierpnia 1944 r. do 2 października 1944 r., wywołane przez Komendę Główną AK,  zaakceptowane przez Delegata Rządu, upoważnionego do podjęcia takiej decyzji przez rząd RP na uchodźstwie, nie osiągnęło celu.

         W tych warunkach nie mogło! Klęska była kolosalna (straty powstańców: 10 tys. zabitych, 7 tys. zaginionych, 5 tys. ciężko rannych, do niewoli poszło 16 tys.; zginęło 150-200 tys. osób cywilnych; zniszczono ok. 70 procent majątku miasta). Straty osobowe blisko dziesięciokrotnie przekraczają uszczerbki doznane przez ludność Polski spowodowane przez 45 lat komuny!

         Wobec zmasowanej tromtadracji (dotyczącej powstania), trwającej przeszło 70 lat, mało kto wie, że w momencie wybuchu walk byli wśród powstańców trzeźwi dowódcy, którzy widząc, że nie ma najmniejszych szans na zwycięstwo postanowili zrezygnować z fabrykowania bohaterów a ratować siłę żywą.

         W sytuacji, gdy mniej więcej co dziesiąty powstaniec spośród tych, którzy w monecie godziny “W” przystąpili do akcji, miał broń długą, nie mówiąc o broni ciężkiej, której nie było wcale, nierealne było opanowanie 268 strategicznych celów (lotniska, mosty, budynki o znaczeniu militarnym itp.), a bez ich opanowania powstanie z góry przeznaczone było na zagładę. Nic więc dziwnego, że w kilka godzin po rozpoczęciu walk opuściło stolicę prawie czwarta część tych, którzy stawili się na zbiórkach przed godziną “W”. Opuszczano Żoliborz, Ochotę i Mokotów, ale także Wolę i Śródmieście. Powstanie na Pradze zakończyło się 3 sierpnia (z tej okazji napisałem ten tekst).

         Jakże ironicznie brzmi rozkaz komendanta Okręgu Warszawskiego AK płk. Antoniego Chruściela “Montera” do komendanta głównego AK gen. Tadeusza Komorowskiego “Bora” z 3 sierpnia 1944 r., że: Zamierzam ożywić działania (…) zwłaszcza tam, gdzie są niemrawe. Każę wywiesić flagi narodowe jako widomą oznakę, że dana dzielnica walczy.     

         Czapki z głów przed ludnością stolicy. Bo waleczność to piękna cecha. Ale ważniejszy jest rozum. I dlatego – bezpardonowy sąd dla organizatorów barbarzyńskiego dreszczowiska, nie mającego odpowiednika w dziejach świata!!!

         Zbyt łatwo rozgrzeszamy się zrządzeniem losu. Mówimy: Los może wszystko! Robi, co chce! Spójrzmy, jak nasze skłonności do martyrologii, cierpiętnictwa, masochizmu i męczeństwa widzi Bohumil Hrabal: To właśnie jest interesujące u Polaków, że chociaż zawsze przegrywają, to jednak uważają się za zwycięzców, ponieważ przeklinają – i dlatego są wierzący – tego, kto ich pokonał; To Bóg musi zemścić się na nim za to, że przegrali wszystkie bitwy i wojny. Na tym polega piękno Chopina. Zresztą piękno to nie jest to słowo, to przecież padół łez. Chopin… Jak tylko zacznie grać, już chce się człowiekowi beczeć, i nawet te mazurki to coś takiego, że tańczy się przy nich mniej więcej tak, jak Nerudzie z tą śliczną panną, która skoczyła na chwilę do domu, bo umarła jej mamusia

         Czy takimi rezultatami można się szczycić? Hanna Kral przekonuje, że świat polega na tym, że jedni ludzie chcą zabić drugich ludzi, a ci  drudzy ludzie starają się nie być zabici. Ekipa kierująca Polskim Państwem Podziemnym musiała sobie zdawać sprawę z tego, że wywołując powstanie popiera de facto ludojadów –  Stalina i  Hitlera.

         Ci ludzie wiedzieli, jaki jest stosunek Stalina do Polski i Polaków.

         Było przecież po pakcie Mołotow – Ribbentrop. Nie było tajemnicą, że w czasie wielkiego terroru w Sowietach poddano eksterminacji 600-tysięczną grupę Polaków. Polacy ginęli czterdzieści razy częściej niż przedstawiciele innych narodów. Była to największa czystka etniczne międzywojnia. Decyzję o wybuchu powstania podjęto, gdy było już po Teheranie i różnych pociągnięciach generalissimusa, w tym po zerwaniu stosunków z rządem RP na uchodźstwie.

         W Sowietach działały już ZPP i Polskie Siły Zbrojne. A PKWN świadczył, że Sowieci, odrzucając plan ortodoksów z byłej KPP utworzenia z Polski 17-tej republiki radzieckiej mieli własny plan. Stalin wyrażał się tak jasno, że rozum przyzwoitych ludzi wzdragał się przed zrozumieniem jego słów.

         Czy decyzja rządu RP na emigracji była rezultatem zaślepienia politycznego? A może spowodowana była działalnością agentów sowieckich, od których roiło się w Londynie? Można się zastanawiać, że skoro u nas martyrologia znaczy więcej niż filozofia, a zabobony więcej niż socjologia, to czy można mieć pretensje do polityków i wojskowych, że wysłali naród na rzeź a miasto skazali na zagładę?          Dla polskich polityków w Londynie taka decyzja była prosta. Dla społeczeństwa tragiczna. Decydenci zawsze mogą powiedzieć: nigdzie nie jest powiedziane, że wszystko musi mieć szczęśliwe zakończenie. Nie zawsze jest tak, że dobrzy dostają to, na co zasłużyli, a źli zostają ukarani i wszystko toczy się w najlepszy możliwy sposób w najlepszym ze światów. Jeśli ktoś tak myśli, to ulega iluzji.

         Aby scharakteryzować Kraj Pieroga i Zalewajki uciekam się do sparafrazowania wypowiedzi Thomasa Bernharda. Wygląda to tak: Żyliśmy w tępych czasach. Nasz demonizm to był ustawiczny komunistyczny karcer, w którym głupota i bezwzględność stały się codzienną potrzebą. Państwo było tworem, któremu z góry sądzona była klęska, lud zaś skazany był na bezczynność i debilizm.

         Pamiętajcie: w kulturze biblijnej na początku było słowo, w komunizmie – CzeKa (później NKWD), a u podstaw niepokalanego poczęcia RP legł agent. A teraz „dobra zmiana”. Jeżeli uda się „nowy ład” to reżym przypuścili kolejny atak. Bo strojące się w piórka wybitnych opozycjonistów z okresu PRL „tłuste koty” widzi tylko las, mając w głębokim poważaniu pojedyncze drzewa.

         Kątem mózgu dostrzegam, że „strojnisie” kłamią jak nijaka marszałkini. A przecież dowodem na to kto był kim w Peerelu są chociażby protokoły Biura Politycznego KC  PZPR. W 74 protokołach  (od  14 sierpnia 1980 r. do 20 grudnia 1981 r.)  Wałęsą zajmowano się 72 razy, odsądzając go od czci i wiary, podczas gdy innymi opozycjonistami “S” razem wziętymi jedynie 19 razy (Borusewiczem – 1 raz, Bujakiem – 8,  Gwiazdą – 6  i Walentynowicz –  4 razy).

         Aby wyjaśnić niejasności najnowszej historii, w tym ocenić zachowania ważnych osób, pożądane jest pozbycie się wszelkich tajemnic. Alternatywa jest taka: albo ukrywanie, albo pełna jawność. Nie ma innej opcji. Jawność, poszanowanie praw człowieka i wolność wypowiedzi. Po spełnieniu tych warunków zobaczymy, kto jest bohaterem, a kto świnią. Każde społeczeństwo dzieli się na policjantów, złodziei, okradanych i manipulowanych.

         Rzecz jest tylko w proporcji. Nie napisałem tego tekstu, by mówić o własnym życiu. Pisząc o sobie, piszę także o was.

Fragment książki

Anatol pułkownik Fejgin. Bandyta czy ofiara ideologii?

      – Znacie wy, towarzyszu Fejginie, W. I. Lenina? 

      – Wydaje mi się, że znam.

      – Mimo to pozwolę sobie przytoczyć wam kilka cytatów waszego ukochanego wodza, którego naczelnym hasłem było: „Wszędzie trzeba koniecznie i bezwzględnie dusić tych smutnych i histerycznych awanturników”. „Trzeba podsycać energię i masowość terroru”. W Leninie, tak samo jak i w Stalinie grała dusza poezji. Iljicz tak o tym mówi: „Ja jeszcze w Krasnojarsku zacząłem tworzyć wiersze: <W Suszu u podnóża Sajana…>, ale niestety oprócz pierwszej linijki nic więcej nie stworzyłem”.  O logice klasowych stosunków miłosnych: „Żądania <wolnej miłości> radzę całkowicie odrzucić. Okazuje się to żądaniem nie proletariackim, ale burżuazyjnym. Rzecz nie w tym, co Wy chcecie przez to subiektywnie rozumieć. Istota tkwi w obiektywnej logice klasowych stosunku miłosnych. […] jeżeli już koniecznie chcecie, to przelotna-więź namiętność może być brudna, a może też być czysta (…).

         ***

         Ciekawie, co na takie ujęcie miłości przez Lenina miała do powiedzenie jego żona Nadieżda Krupska. Kobieta wzdęta i nadęta, cierpiąca na wytrzeszcz oczu, ale na swój sposób sympatyczna, a w miłości tolerancyjna jak jasna cholera.

      Nie, nie była moskiewską Valerią Messaliną, trzecią żoną Klaudiusza władcy Imperium Romanum, prawnuczką Marka Antoniusza, zbrodniczą nimfomanką do której zawistnicy i nienawistnicy ośmielają się ją porównywać.

      Nic z tych rzeczy. Nadieżda była zwykłą rosyjską kobietą. Wychodząc za Lenina całe życie poświęciła rewolucji. Była fantastycznie fantastyczna. Oczywiście, że rąbnięta. Ale, co za klasa!         Była prawowitą żoną, ale tolerowała kochankę męża, Inesse Armand. Mało tego, przyjęła Inessę jako dublerkę w łóżku z Iljiczem Ulianowem, którą Lenin pouczał, że „lepiej przeciwstawić mieszczańsko-imteligencko-chłopski związek małżeński bez miłości  – proletariackiemu małżeństwu z miłości”. Zaś kochanka skarżyła się wodzowi rewolucji: „Chcieli wysłać mnie jeszcze  sto wiorst na na północ do wsi Kojdy. Ale po pierwsze, tam zupełnie nie ma polityków, a po drugie, jak mówią, cała wieś zarażona jest syfiłem, a mnie się to jakoś nie uśmiecha”.

      Nadieżda do Marii Iljiczyny: „A jednak mi żal, że nie jestem mężczyzną, bobym się dziesięć razy więcej łajdaczyła. A krótko  przed śmiercią powiedziała, że jakby się jeszcze raz urodziła toby się tysiąc razy więcej puszczała.

      ***

      Zastanawiając się na komentarzem do Nadieżdy i Włodzimierza Leninów natrafiam na wiersz Jana Andrzeja Morsztyna. Poeta w utworze Małżeństwo pisze: „Sameś skurwysyn, kurwa twoja żona, / Tak się ty diabłu godzi jak i ona: / Gracie oboje, oboje pijecie, / Wzajemnie kradniecie, wzajemnie się bijecie. / Gdybyście tak równi i tak siebie godni / Jak wiecheć zadku: czemu tak niezgodni?

      ***

      Jeżeli chodzi o moje z danie w „tym temacie”, to uważam, że kobiety mają prawo do swoistej dzikiej wolności, niczym koty.         Nadieżda była milion razy sympatyczniejsza niż Lenin. Podobnie żona Fejgina, Anna.

     

      No może Anna nie była milion, ale tysiąc razy sympatyczniejsza niż Anatol, to pewne.

     

      Od Włodzimierza Sokorskiego dowiedziałem się, że pułkownik Fejgim „wyfasował” Annę, którą następnie udomowił z 1. Samodzielnego Bataliony Kobiecego im. E. Plater. W Polskich Silach Zbrojnych ma terenie ZSRR więcej takich „fasowników” było, bo to i Świerczewski, a i sam Sokorski brali na okresowe „udomowienie” co ładniejsze Plateranki, a i inni także brali.

      O jednym z nich, szefie Wydziału Informacji 1 Dywizji WP, przekształconym  1.04.1944 roku w Wydział Informacji Armii Polskiej w ZSRR Wojska Polskiego (od 29. 07. 1944 r. – 1. Armia Wojska Polskiego) majorze, a następnie pułkowniku Piotrze Kożuszce Fejgin nadmienił mimochodem, o czym jeszcze wspomnę..

      O ile jednak większość „tłustych armijnych kotów” po wojnie puszczała „branki” samopas, to Fejgin postąpił szlachetniej. Udomowił Annę na stale.

      Skądinąd wiedziałem, że pułkownik przed związaniem się z Anną miał również legalną żonę i dzieci. Nie chciał jednak na ten temat mówić.

         ***

         20 lat po ostatnim spotkaniu z pułkownikiem Fejginem mogłem nieco uzupełnić ten fragment życiorysu byłego dyrektora Departamentu X MBP. Poniżej fragment wywiadu przeprowadzonego przez Krystynę Naszkowską z synem Fejgina Piotrem:

      Krystyna Naszkowska: – Poszła (matka Piotra, Anna – H.P.) do I Dywizji?

      Piotr Fejgin: – Tak, do kobiecego batalionu. I natychmiast się rozchorowała. Opowiadała mi, że bardzo się martwiła, że zostanie zdemobilizowana, bo chore nie nadają się do wojska. W końcu wyzdrowiała, ale w tym czasie babski batalion poszedł dalej, bo front już się przesunął. („Babski batalion” czyli 1. Samodzielny Batalion Kobiecy im. E. Plater, wbrew fałszywej historiografii rozpowszechnianej w Peerelu nie był utworzony przez płk. Berlina. 1 SBK powstał na mocy decyzji Stalina [Uchwała PAKO z dnie 10 sierpnia 1943 r.] i nie brał udziału w żadnej bitwie czy potyczce 2 wojny światowej – red.). Dali ją do jakiej służby rachunkowej. Miała obliczać ile benzyny potrzeba na samochody, które jeżdżą. Aż któregoś dnia powiedziano jej, że potrzebne są osoby, które potrafią czytać i pisać, bo nie wszystkie dziewczyny umiały, niektóre pochodziły z bardzo niewykształconych rodzin. I tak trafiła do działu politycznego, uczyła rosyjskich oficerów polskiego, taka to była robota. Tam poznała ojca, który był oficerem politycznym.           

  1. N. – A historia ojca?
  2. F. – Został komunistą jakby na przekor swemu ojcu. Mój dziadek Fejgin był jednym z dostawców skór dla rosyjskiej armii carskiej. Zaopatrywał armię w buty, był też przedstawicielem Baty na imperium rosyjskie. Bardzo bogaty człowiek, własnymi rękami doszedł do wszystkiego. Dorobił się wielu fabryk, które miał rozrzucone po całej Rosji, także Ne terenach, gdzie po 1918 roku powstała Polska. Po wybuchu rewolucji oskubano go z rosyjskich fabryk […]. Mój ojciec urodził się już w Warszawie, dziadek miał spory dom i jakieś zakłady. Nadal posiadał duże pieniądze i prowadził „naganny” tryb życia […]. Najstarsza córka dziadka przystała do ruchu komunistycznego i wciągnęła w to mojego ojca […]. Ojciec jeszcze przed wojną siedział w więzieniu, nie wiem, dwa albo trzy razy. Ileś razy uciekł po prostu. Dostał przepustkę z więzienia na leczenie, choroba była sfingowana i został na wolności, ukrywał się. Jeździł na zachodnią Ukrainę, zbierał pieniądze dla partii, rożne takie rzeczy robił. Był w Związku Młodzieży Komunistycznej Warszawa Śródmieście; z tej działalności znal się z Jakubem Bermanem i wieloma innymi ludźmi, którzy w PRL stali się bardzo ważni. Kiedy wybuchła wojna ojciec był na Ukrainie, trafił do Lwowa. I tak urodził się mój brat z innego małżeństwa.
  3. N. – Miał żonę przed twoją mamą?
  4. F. – Tak jest. Gdy wybuchła wojna niemiecko-sowiecka w czerwcu 1941 roku, ojciec pracował w jakiejś fabryce zbrojeniowej chyba jako buchalter. Był komunistą ale Rosjanie nie mieli zaufania do polskich komunistów i nie dawali im broni. Potem trafił do batalionu budującego zabezpieczenia dla obrony przeciwczołgowej. Niemcy jednak posuwali się tak szybko, że batalion uciekł, zanim cokolwiek zbudował. W końcu odnalazł rodzinę i razem zostali skierowani do Kazachstanu, gdzie trafili do kołchozu. Bo jego rodzina – matka, ojciec, młodsza siostra i jego pierwsza żona z dwuletnim dzieckiem, pierwszym synem mojego ojca – trafiła w 1940 roku do warszawskiego getta. Dziadek w czasie nalotu w 19439 roku złamał nogę, nie mógł chodzić, więc został w getcie z siostrą mojego ojca, która miała się nim opiekować, póki nie wyzdrowieje. Nic więcej nie wiem o ich losach. A babcia i pierwsza żona ojca z dzieckiem wyszły z getta i dotarły do Lwowa. Obie umiały pływać, więc przeprawiły się wpław przez Bug, babcia jako lepsza pływaczka miała na plecach dziecko.
  5. N. – To uli miałeś braci?
  6. F. – Dwóch przyrodnich. Pierwszy nie przeżył wojny, drugi, młodszy, Olek zamarł w 2013 roku w Izraelu. Dotarły więc do Lwowa, potem odnalazły się z moim ojcem i wylądowały razem z mim w Kazachstanie w kołchozie. Ojciec był tam buchalterem, liczył owce […]. W końcu ojciec poszedł do I Dywizji, a kobiety z Olkiem zostały przeniesione do Kujbyszewa i siedziały tam do końca wojny.
  7. N. – Co się stało z pierwszą żoną ojca?
  8. F. – Rozwiedli się. Ona potem wyszła za mąż, mieszkała w Warszawie.
  9. N. – A ty miałeś kontakt z bratem?
  10. F. – Żadnego. Podobno drugi mąż jego matki był niesłychanie zazdrosny, więc mój ojciec widywał się z Olkiem jedynie na mieście albo w swoim gabinecie w pracy. Olek został usynowiony przez tego drugiego męża, to była procedura z zatarciem przeszłości.
  11. N. – To kiedy się dowiedziałeś, że masz brata?
  12. F. – Czwartego listopada 1971 roku. Wyjechałem z Polski 5 listopada 1971 roku, pociągiem do Świnoujścia. Później niż większość marcowych emigrantów, bo wcześniej mnie nie wypuszczali. A kiedy było już jasne, że 5 listopada wyjeżdżam, przez trzy tygodnie chodziłem na bani – żegnałem przyjaciół i kolegów. Ostatniego wieczoru wróciłem do domu dość późno. „Napij się herbatki” – powiedzieli rodzice. Byłem Malo przytomny, a tu ojciec mi podaje kolorową pocztówkę. „To nie do mnie – mówię – to do ciebie pocztówka”. On na to, że na pocztowce jest adres i że pod tym adresem odnajdę swojego brata. Matka siedziała jak mur, milczała, a ojciec tłumaczył, że nic mi nie mówił o moim bracie, bo drugi mąż był zazdrosny, nie pozwalał się kontaktować, spotykać, a poza tym on nie chciał robić przykrości mamie. Wtedy mama dostała furii. Dosłownie. O mało go nie utłukła. To nie była wielka kobieta, ale rzuciła się na niego, krzyczała, że zasłania się nią, a tak naprawdę on sam nie pozwalał nam na kontakt […].
  13. N. – masz o to żal do rodziców?
  14. F. – A jak myślisz/ Zostałem obrabowany.

      ***

      W tym miejscu wracam do wodza rewolucji: „Europa to w istocie psie gówno. Głupi naród – Czesi i Szwaby”. „Już kilka dni sterczymy w tej przeklętej Genewie. Nudna dziura, ale nic się nie poradzi. Paryż – paskudna dziura”. „Naszą notę w sprawie odrodzenia konferencji genueńskiej należy sporządzić w najbardziej zuchwałym i szyderczym tonie, tak żeby w Genui odczuli to jako policzek. Najmocniejsze wrażenie można wywrzeć tylko arcyzuchwalstwem. Nie można przepuścić takiej okazji”.

         ***

         Francowata uczciwość, której nie udało mi się pozbyć nawet w czasie kilkunastoletniego obcowania z komunistami, politykami i służbami specjalnym, którzy etyczność uważają za aberracje znowu skłania mnie do dygresjowania.

      W sto lat po pouczeniach Wielkiego Lenina podstawcie sobie, proszę, zamiast Genewy Brukselę i Unie Europejską w jej rozlicznymi enklawami. Zobaczcie jak na żądania i sugestie Unii Europejskiej (rządzonej, co dla każdego Polskiego Patrioty nie powinno być tajemnicą pod dyktando „Szwabów”) kompetentnie i godnie odpowiada rząd Kraju Pieroga i Zalewajki.

      Tak, nauka Wodza Rewolucji nie poszła w las. W kraju Pieroga i Zalewajki pierwszy podchwycił ją minister Zbigniew Ziobro et cosortes i rozpowszechnił.

      Za ministrem sprawiedliwości prokuratorem generalnym poszli inni. Tylko targowiczanie są przeciwni.   

      Zobaczcie jakie „przekazy dnia” płyną ze sztabu „Ojca Ojczyzny”? I to jest dobre, a nawet świetne, bo jest arcyzuchwałe. Z powodzeniem zapędzamy w kozi róg parszywych eurobiurokratów unijnych i rodzimych inteligencików.

         Brukselczycy wiją się w bezsilnej złości. Mało tego, ośmielają się grozić naszemu dumnemu Narodowi. Durnowata hiszpańska hetera, której sędziowski mózg zaszpuntowało europejskie lewactwo, na prośbę „głupich Czechów”, zapominając o Somosierże i 3. Pułku Szwoleżerów Gwardii Cesarskiej, a także o XIII Brygadzie Międzynarodowej im. Jarosława Dąbrowskiego pragnie nas naciąć na niebotyczne odszkodowania w sprawie „dziury w Turoszowie”.        „Dziura” jest nasza. My ją kochamy. Nie damy jej zasypać. A nasi prześladowcy niech pocałują się w to miejsce, w które radził Bohumil Hrabal.

         Strachy to na Lachy. My, „dumni Polacy”, swój honor mamy! I nic to, że może nas to kosztować krocie. Nie raz już rezygnowaliśmy ze śmierdzących pieniędzy zrzekając się reparacji wojennych od Niemców czy rezygnując z Planu Marshalla.

         Co prawda do rezygnacji z tego szmalu przymusił nas kiedyś Stalin. Ale nie chce mi się wierzyć, aby tym razem w strawę wplątał się mój przyjaciel, wielce sobie ceniący nauki Lenina, Władimir Putin. On tylko inspiruje co mamy robić i antycypuje, co zrobimy.   

         ***

      Darujcie, znowu powrót do wodza rewolucji. „Pewnie powiecie, że Niemcy nie dadzą wagonu. Mogę się założyć, że dadzą. Mało to w Genewie durniów do takich celów”. „U nas znów deszcze”. O Kobie (J. Stalin – H.P.): „Czy nie pamiętacie nazwiska Koby? Pozdrowienie. Ulianow”. […] „Wielka prośba: dowiedzcie się nazwiska Koby”. O terrorze: „Tow. Zinowiew! Dopiero dziś dowiedzieliśmy się w KC w Pitrze robotnicy chcą odpowiedzieć na zabójstwo Włodarskiego masowym terrorem i że wyście ich powstrzymali. Protestuję stanowczo! Kompromitujemy się: grozimy w rezolucjach sowdepu masowym terrorem, a kiedy przyjdzie co do czego, hamujemy inicjatywę rewolucyjnych mas, zupełnie prawidłową. To nie-moż-li-we! Trzeba podsycać energię i masowość terroru […]. Koniecznie zastosować bezlitosny, masowy terror wobec kułaków, popów i białogwardzistów. Podejrzanych zamknąć w obozie koncentracyjnym za miastem. Telegrafujcie o wykonaniu […]. Trzeba wytężyć wszystkie siły, wprowadzić natychmiast masowy terror, rozstrzelać i wywieźć setki prostytutek rozpijających żołnierzy, byłych oficerów itp. Ani minuty zwłoki… Rozstrzeliwać, nie pytając nikogo i nie dopuszczając do idiotycznej zwłoki”. „Nie jest zupełnie jasne, kogo właściwie zabijać. Prostytutki rozpijające żołnierzy i byłych oficerów?  Czy prostytutki rozpijające żołnierzy, a już oddzielnie – byłych oficerów? I do kogo strzelać, a kogo wywozić? Czy wywozić już po rozstrzelaniu? (…)  bądźcie przykładnie bezwzględni”. „Jeżeli nie zostaną podjęte heroiczne działania, to ja osobiście będę przeprowadzał w Radzie Obrony  i w KC nie tylko aresztowanie wszystkich odpowiedzialnych osób, ale i egzekucje.  Niedopuszczalna jest bezczynność i niedbalstwo”. O rewolucji: „Drodzy towarzysze! Zmuszony jestem zgodnie z sumieniem stwierdzić, że wasza rezolucja jest tak politycznie nieudolna i tak głupia, że wywołuje mdłości. Tak postępują tylko rozkapryszone panienki i głupi rosyjscy inteligenci. Przepraszam za szczere wyrażenie swego zdania; przyjmijcie komunistyczne pozdrowienia od mającego nadzieję, że otrzymacie nauczkę w postaci więzienia za bezczynność. […] Nie można nie aresztować, celem zapobieżenia spiskom, całej tej gawiedzi z kręgów kadeckich.

 

      Byłoby wręcz karygodne nie aresztować jej. Lepiej żeby dziesiątki i setki inteligentów przesiedziały dzionki i tygodnie. Dalibóg, lepiej

 

      Intelektualne siły robotników i chłopów rosną i krzepną w walce o obalenie burżuazji i jej popleczników, lokajów kapitalizmu uważających się za mózgi narodu. W istocie to nie mózg, a gówno”. O publikacjach: Jeśli po wydaniu sowieckiej książki nie ma jej w bibliotece, trzeba żebyście Wy (i my) z absolutną dokładnością wiedzieli, kogo posadzić. […] Dlaczego to się zatrzymało (chodzi o druk Lenina – H.P.)? Przecież dawałem 2-3 dni! Na miłość boską, przynajmniej posadźcie kogoś do więzienia. […] Gazetom damy dyrektywy, by już jutro zaczęły ich na setki sposobów i ze wszystkich sił wyśmiewać i tępić przynajmniej raz na tydzień w ciągu dwóch miesięcy. […] Według mnie, potrzebny jest tajny okólnik przeciw oszczercom rzucającym szkalujące oskarżenia pod placykiem krytyki”. Dostałem książkę S. Masłowa. „Widać wyraźnie, że to na wskroś burżuazyjna, paskudna książczyna, ogłupiająca <uczonym> kłamstwem. Tylko dureń albo złośliwy sabotażysta mógł przepuścić taką książkę”. Nie potrafimy jeszcze publicznie osądzać ohydnej wstrętniej pisaniny. Za to trzeba powiesić cały Narkomjust na śmierdzących powrozach. Nie straciłem jeszcze nadziei, że i nas kiedyś wszystkich za to słusznie powieszą”. O ekonomii bolszewickiej: „Tichwiński (chemik, profesor, rozstrzelany  w 1921 roku  – H.P,) nieprzypadkowo został aresztowany: chemia i kontrrewolucja nie wykluczają się nawzajem. […] Sprzeciwiłem się stanowczo marnotrawieniu ziemniaków na spirytus. Spirytus można i trzeba robić z torfu. Trzeba rozwinąć tę produkcję spirytusu z torfu. […] Powiadomić Instytut Naukowo-Żywniościowy, że w ciągu 3 miesięcy powinny zostać dostarczone dokładne i wyczerpujące dane o praktycznych osiągnięciach w produkcji cukru z trocin. […] Czy przypadkiem Wasz Narkomjust nie śpi? Tu potrzebny jest szereg procesów pokazowych z zastosowaniem surowych kar. Narkomjust, jak się wydaje, nie rozumie, że nowa ekonomiczna polityka wymaga nowych sposobów, nowej surowości kar. Z komunistycznym pozdrowieniem. Lenin”.

      ***

      – Co wy na to, towarzyszu pułkowniku Fejginie?

      – Według Lenina dyktatura proletariatu, walcząc o cele nadrzędne, musi prowadzić wszystkie formy walki i stosować każdy środek prowadzący do urzeczywistnie­nia celu nadrzędnego. Przeczytajcie, panie Piecuch, Rozważania nad pierwszym dziesięcioksięgiem historii Rzymu Liwiusza. Znajdziecie O Niccolo Machiavellego taki passus: „Kiedy chodzi bowiem o ocalenie ojczyzny, nie wolno kierować się tym, co słuszne lub niesłuszne, litościwe lub okrutne, chwalebne lub sromotne. Nade wszystko inne zważać należy wtedy na to, aby zapewnić jej przetrwanie i uratować jej wolność”.

      I o tym mówi Lenin. A o cukrze z trocin czy o spirytusie z torfu to przecież przedni humor. Co zaś do Hitlera, to fuchrer wykorzystał przekazanych mu przez Stalina komunistów do walki na swoim terenie z Komuni­styczną Partią Niemiec. Było to tragedią, taką jak rozstrzelanie KPP. Ale ta zbrodnia nie obciąża Lenina, a Stalina.

         ***

         Ubolewam że Fejgin nie dożył „dobrej zmiany”. Nie ulega wątpliwości, że radowałby się iż Daniel Obajtek odkupił od niemieckiego koncernu Polska Press. Tak, Obajtek, genialny ignorant, czyli osoba niezaznajomiona z pewnymi dziedzinami znanymi czytelnikom, za to obeznana z innymi rzeczami, o których czetnicy nie maja pojęcia. A „Teraz Polska” jest silniejsza niż kiedykolwiek była, Dziennikarze prasy lokalnej mogą swobodnie pisać prawdę i tylko prawdę…

         Tak, dziennikarze, wedle Jacka Kuronia to „wyjątkowo parszywa banda”.  Czają są po obu stronach barykady. Jak jedna klika pójdzie w odstawkę, natychmiast znajdzie się druga hurma, stale gotowa zażarcie walczyć o „nową sprawę”, „nowy ład”, itp., ale może lepiej powiedzieć – „za żarcie”. Tak, to kolumny, absolwenci Uniwersytetu Obmowy.

         ***

         Domniemywam, że jeszcze bardzie ucieszyłby eks-dyrektora Departamentu X MBP działalność Zbigniewa Ziobry wprowadzającego tak potrzebną Krajowi Pieroga i Zalewajki politykę zaostrzania kar. Manipulacje kodeksowe w epoce „dobrej zmiany” są tak skuteczne jak leczenie anginy przy pomocy kociego ogona tak przydatne jak hulajnoga do podróży na Marsa.

         Anatol pułkownik Fejgin był zdania, że naród trzeba podzielić na dwie części. Pierwszą, obrzydliwą tłuszczę opozycyjną należy zapudłować, a drugą, prawdziwie patriotyczną, wyznaczyć do pilnowania części pierwszej.

         ***

         Jeżeli chodzi o mnie, to nie ukrywam, że popieram „dobrą zmianę”, „Ojca Ojczyzny” i „Nowy Ład” premiera M. Morawieckiego.

 

         Chciałem te sympatie utrwalić.

 

         Opisać Kraj Pieroga i Zalewajki na tle Wielkiej Brytanii, Niemiec i Rosji. Napisałem Wielką wymianę ognia. Wyszło, że Wielka Brytania kojarzy mi się z królową Wiktorią i pedałami, Niemcy z Hitlerem i niczym więcej, Rosja z zawracaniem biegu rzek, Leninem i Putinem, a Polska z wieloczęściowymi Dziadami

         Adam Mickiewicz Mickiewiczem był i po nocach mi się śnił, ale i tak Dziady zostały przebite m.in. przez udane geszefty z mediami „zdrowego materialnie” D. Obajtka, oraz ekscytujące plany ministrów P. Czarnka, M. Kamińskiego i  Z. Ziobry.

         Wiem, sny czasami ziszczają się, no to marzę, aby zdanie z „przekazów” Lenina o „śmierdzących powrozach”, także się ziściło. A więc uważajcie ministrowie – sumienie mówię niekiedy przez sen.

         No to wracam do sprawozdania z rozmów z A. Fejginem.

 

 

 

Się napisało

Fragment pierwszy: miłość: Za oknem słońce się śmieje./ O wielkiej miłości śpiewa. / Migają wspomnienia i drzewa./ Niebo pogodę sieje./ Nie ma już ptaków ni ludzi./ Grzeje się ziemia i czeka./ Może ten sen mnie obudzi… Pół wieku temu na stawiałem Wala Jałgejczuk. Na inne koleżanki patrzyłem jak na stado pingwinów. Ją tylko widziałem. Byłem niczym kulka zaplątana w gąszczu srebrnych liści. A ona była nasiąknięta zapachem róż, konwalii i lilii. Róże hiszpańskie feudalne, niesłychanie seksualne zdawały się przyciągać zgoła coś innego. Wala była swobodną, radosną miłością platoniczną. Naturalną jak oddech. Od jej widoku rano zapalało się słońce, a wieczorem iskrzyły gwiazdy. Do dziś czuję smak jej głosu. Brzmiał tak jakbym w ustach miał watę cukrową. To była śmieszna miłość kochana zanadto. Czułem się ocalony przed życiem. Nie wiedziałem jeszcze, że miłość, to utrata godności. Nie ocala. Często boli. Ale wówczas byłem w siódmym niebie. Byłem uskrzydlony. Bujałem w chmurach. Wznosiłem się jak Ikar. Trwało to i trwało…

Ta pierwsza miłość była jak wejście do dżungli bez maczety. Spłoszyła mnie byle papuga. Było tak: zauważyłem, że Wala, która do pewnego czasu mała chęć wyrżnięcia wszystkich chłopców oprócz mnie, rozgląda się, czy czasem któryś z tego rżnięcia nie ocalał. Niestety, jeden ocalał. Myślałem, że moja dziewczyna widzi we mnie coś więcej niż czubek góry lodowej, coś co było dobrze ukryte, może nawet głębiej niż dno dna i zrozumie, że nie warto się oglądać za innymi. Więc zamiast walczyć oraz dać absztyfikantowi po pysku, zostawiłem decyzję ukochanej. Skończyło się na czarnej polewce.

Świat się dla mnie skończył. Po rozstaniu z Walą czekało mnie jeszcze sporo niespodzianek. Nic istotnego z nich nie wynikało. Musiałem ułożyć sobie projekt życia zredukowanego. Na długo zapomniałem… Zapomniałem, kim byłem. Zapomniałem, kim jestem. Zapomniałem, kim będę. Zapomniałem, że gaśnie mój świat. Zapomniałem, że zniknę. Spadłem z chmur niczym Ikar. Nie byłem nawet zerem. Zero jest cyfrą. Ja byłem kropką. Samotną. Nie byłem nawet literą. I zdawało mi się, że na moim tanim zegarku czas drożeje z sekundy na sekundę. A czas nie jest walutą miłości. A śmierci. Amen.

Najtrudniej dotrzeć do samego siebie, a zrozumieć kobietę nie jest w stanie nawet złota rybka. Nie znając pouczeń Marka Aureliusza, że nie należy gniewać się na bieg wypadków, bo ich to nic nie obchodzi, sięgnąłem po Iliadę Homera i Z sercem zgryzotą przeżartym, stroniąc od wszelkich ludzi wybrałem się nad rzekę Kamienną. Zarzuciłem wędkę. Złowiłem złotą rybkę. Za zwrócenie wolności obiecała spełnić moje życzenie. Zażądałem wszystkich ryb z Kamiennej. „Może miałbyś inne życzenie” – zaproponowała rybka. Chciałbym zrozumieć kobietę – powiedziałem. „To jednak wyłowię ci te ryby, co do jednej. Zrozumieć kobietę? To ponad moje siły”.

W chwili, gdy to piszę zrozumiałem, że ja nic o Wali nie wiedziałem. Byłem dyskretny. O nic nie pytałem. Chciałem jeno milczeć patrząc w jej oczy. Nawet nie zauważyłem, że już ją nudzę. To była niemożliwa miłość. Z przetrąconym grzbietem czołgałem się dalej. A może najlepiej byłoby zwariować? A może puścić sprawę w niepamięć? Nie potrafiłem. Z nogami jak ciężkie czarne trumny zrozumiałem, że wszystko przemija. Nawet najdłuższa żmija. Znika. Nawet słowa zaklęć. Tak jak zniknę ja sam. Ale nie przejmujcie się. Wy także znikniecie. Kosza dostałem ze swojej winy. Z dziewczynami nigdy nie szło mi najlepiej. Nie pozwalała mi na to wrodzona nieśmiałości. O ile w sporcie w każdej, nawet beznadziejnej sytuacji potrafiłem iść przebojem, a na bieżni czy w basenie potrafiłem wojować o każdą sekundę, na wspinaczce walczyłem o każdy metr ściany, a w żeglarstwie o stopę wody pod kilem, to w sytuacji sam na sam z dziewczyną, poza którą świata nie widziałem, baraniałem kompletnie, zamieniałem się w słup soli niczym żona Lota.

Mijały lata i pomyślałem, że pora się ożenić. Domyślałem się wprawdzie, że nie jest to atrakcyjna propozycja dla kobiet, którym małżeństwo proponowałem, ale nic na to nie mogłem poradzić. Brakowało mi pawiego ogona, którym mógłbym zaimponować. Nie będąc łowcą i łamaczem dziewczęcych serc ponosiłem porażkę za porażką. Nie, o żadnym seksie nie mogło być nawet mowy. Było to w czasach, w których dziewczyny ceniły cnotę (dziś wiem, ze nie wszystkie) a chłopcy byli kumplami (dziś wiem, że nie wszyscy), a nie kochankami.

       Jak to wyrazić? Nie wiem? Słowami nie da się wyrazić czym miłość jest. Wysiłki ludzi usiłujących dopaść temat ukochania to przedsięwzięcie spartolone. Szukanie wzorców na miłość w literaturze i sztuce jest beznadziejne.

       Miłość można rozpoznać tylko własnym sercem.

          Drugi fragment. Opis ogrodu: Koniec lipca. Południe. Gaśnie kosiarka w sąsiedzkim ogrodzie. Ale robi się zimno. Lato przechodzi jakieś dolegliwości. Włóczę się po cudownej gminie. Tu stary pies, tam jeszcze starszy kot mnie obojętnie minie. Ciepły wiatr wodzi mnie za nos. Każdym oddechem błogosławię swój niedorzeczny głupi los. Mówię do siebie: Przytul się do stworzenia. Obejmij brata psa, brata kota. Podnieś wypadłe z gniazda pisklę.  Potem siadam przy oknie. Oglądam świat. Jestem na amen związany z przyrodą. Jestem jej cząstką. W pewnym sensie jestem – jakby to powiedzieć – tworem panteistycznym. Czując się zatem cząstką przyrody, integralną, w naszym systemie filozofii i religii, muszę powiedzieć – być może bluźnierczo – że czuję się cząstką Boga.   

         Wieczorem przerzucam kartki Okna, czarownej książki Anny Arno. Przyznaję rację autorce: Dobrze mieć okna. Bez okien człowiek wariuje. Widzi tyko to, co ma w sobie. Co zobaczył niegdyś? Co się zapisało w pamięci? Kto by pomyślał, że to takie ważne? Bo „Jest patos wielkich uczuć, patos szczerozłoty; i jest patos blagierski: środek na wymioty”. Przez okno zaglądają białe, ciężkie kulki kwiatów hortensji. Dalej trzy czereśnie pobłyskują karminowymi owocami. Gałęzie obsadzone ptakami. Wrony wronią. Udają paniska. Siedzą najwyżej. Atakują każdego kto się do nich zbliży. Siebie też atakują. Są zachłanne na czereśnie niczym „Tatuś Dyrektor” na szmal podatników. Potem para dzikich gołębi. Skromna. Szara.  Niżej szpaki. Stado. Może sto, może tysiąc. Niepoliczalne, nieokazałe, ale szpakują. Najniżej wróbluje plebs wróbelkowy. Czereda rozświergotana. Ascetyczna. Najfajniejsza. Też niepoliczalna. Wróbelki ruchliwe niczym feministki na demonstracji. W locie chwytają czereśnie strącane przez nieobyczajne wrony. A skoro ten ptaszek to i K. I. Gałczyński: „Wróbelek jest mała ptaszyna, / wróbelek istotka niewielka, / on brzydką stonogę pochłania, / lecz nikt nie popiera wróbelka. / Więc wołam: Czyż nikt nie pamięta, / że wróbelek jest druh nasz szczery?! / Kochajcie wróbelka dziewczęta, / Kochajcie do jasnej cholery!”. Kochajcie też „To” i „Owo”.

         Po południowej stronie ogrodu stulone do siebie trzy świerki. Bronią się przez nacierającymi tujami. Pod tujami bieli się kilka kwiatów tykwy. Północ zamykają brzozy. Majestatyczne jak wieża Eiflla. Wabią aby się do nich przytulić. Pod ich białą skórą szemrze woda, albo już soki. Na czubku modrzewia sroki kończą budowę spóźnionego gniazda. Hałasują pry tym niemożebnie, niczym policjanci rozpędzający nielegalną demonstrację kobiet.

         W górze pierzaste chmury. Może anioły gubią puch? W dole trawy umajone tysiącami szarotek, maków, rumianków, witek macierzanki, mleczy, ślimaków, żuczków. różnością małych żyjątek. Ta kwietna łąka żyje. Dzieli się sprawiedliwie z mchami, niczym PiS z opozycją, A złotowłosy, bielistki, widłoząby, to kobierce splecionych łodyżek, olbrzymy dla owadów, nieme podłoże dla stóp, pazurków kotków, psa Fabiego i raciczek owcy sąsiadów, która mnie czasami nachodzi. Na ich terytoria wchodzą nieśmiałe paprocie i rzodkiewnik pospolity, najsmutniejsza roślina na świecie. Mszaki są jedną z najstarszych grup roślin we wszechświecie. To jedne z pierwszych kolonizatorskich, zuchwałych pomysłów roślin na to, jak zagarnąć dla siebie pustą do tej pory Ziemię. Są rośliny pazerne i bierne. Drapieżne i bezwzględne. Są też sprytne niczym „Ojciec Ojczyzny”. Są silne jak „tłuste koty” i słabe niczym rachityczne kochanki, albo jak katalog typów psychologicznych.

         Spoglądając na mchy, na ogród, na wszystko co w nim żyje i kwitnie jawią mi się przed oczami wspomnienia erotycznych zabaw na łonie natury z kręgu kultury grecko-rzymskiej, której jesteśmy spadkobiercami. Pod czaszkę wciskają się, miłosne igraszki greckich bogów z boginiami, nimfami, ale i ze zwykłymi niewiastami. Wspominam list jakiegoś seksisty do mojego przyjaciela profesora Ł. Luczaja, który obok pisania zajmuję się także tworzeniem kwietnych łąk, sprzedaje nasiona z zamówieniem „Tylko żeby te kwiatki kwitły, bo ja potrzebuję taką łąkę, żeby się laska od razu rozebrała i rozłożyła nogi”. Tak, mech to gotowe łoże. Nic dodać, nic ująć. Gdy nie ma laski – pisze Luczaj – idź do brzozy „wsuniesz członka między spękaną, omszałą korę starej brzozy […]”. Ale z ptakiem takie „To” i „Owo” to absolutnie nie to!!!

         Słońce kapiąc z nieba ucieka. Z ogrodu bucha zapach jaśminu i tojadu mordownika. Gdy księżyc, zatłuczony meteorytami, cały w kraterach wychyla dziobatą twarz zza ramion gałęzi sosny i zagląda w me okno, ja przez liście tulipanowca widzę przebłyskujący w poświacie księżycowej czerwony dach sadyby Holendra i szary Ani i Jacka Popków. Z lewej kawałek muru najbliższych sąsiadów z widocznym zaciekami. Na tynki muru napierają mchy i porosty. Tofik Dorotki szczeka po polsku, a psica Holendra po flamandzku.

         Przez otwarte drzwi balkonowe dolatuje szum pszczół, trzmieli, much i os szykujących wieczorną ucztę. Osy mają gniazdo na lampie zewnętrznej. W budce na srebrnym świerku zagnieździły się jeżyki. Na drzewa wspinają się wiewiórki i układają się w dziupli do snu. Poręczy balkonu upatrzył sobie zdezorientowany bażant. Może wystraszyli go myśliwi strzelający do wszystkiego, co wystaje ponad trawę. Bażant zerknął ciekawie przez otwarte drzwi, ale nie złożył mi wizyty. Zmieniły go dwie synogarlice tureckie. Bardzo ze mną zaprzyjaźniona. Pod czereśniami przycupnęły kotki. Osiemnastoletnia Leni i pięciolatka Mara. Zwabiło je świergotanie wróbli. Mara jest ruda jak moja niedoszła kochanka. Leni czarna niczym nocne niebo na Orlu, z oczami jak onyks – symbol siły, mądrości i niezależności. Kotka jest kocim matuzalemem, podobnie jak ja – człowieczym. Widząc to wrony zaskrzeczały grubiańsko, jak „tłuste koty” przed kamerami Kurwizji.

         Gdy z nad pobliskich bagien dochodzi wieczorny klangor żurawi, a w jeszcze bliższych stawach zaczynają kumkać żaby i noc na dobre zwycięża dzień, spod altany wypełzają trzy jeże, te swoiste kaktusy w królestwie zwierząt i udają się na polowanie. Bo wszystko co żyje, żeby żyć zjada cudze życie, Karta dań każdego stworzenia to swoisty nekrolog drugiego życia. Rozglądam się za sową. Powinna już tu być. Wedle Georga Hegla „Sowa Minerwy wylatuje z zapadającym zmierzchem”. Za plecami zawodzi telewizor LG. Dochodzi mnie głos „Ojca Ojczyzny”. Słyszę, że jest dobrze. Będzie jeszcze lepiej i że czniany Czechów z ich skandalicznymi żądaniami w sprawie kopalni w Turoszowie. A Sowa Minerwy poucza, że gdy się dzieje coś złego, jesteśmy na tyle mądrzy, by to dostrzec, dopiero wtedy, gdy jest za późno i nic już nie można zrobić.  

         Tak, Anna Arno ma rację. Dobrze mieć mieć okno. Siadywać przy nim i myśleć, że myślisz. Bo gryzipiórku, skończyłeś już 86 książkę. Nie musisz być już skupiony. Nie musisz na nic reagować. Nie musisz niczego zapamiętywać. Nie doskwiera ci brak rozumu. Umysł do niczego nie jest ci już potrzebny. Twój mózg po dwóch udarach i trepanacji, twoje serce uzbrojone w bajpasy i wątroba oraz płuca z popękanymi pęcherzykami funkcjonują normalnie. Nowotwór sprawił, że medycy wykonali ci darmowy lifting facjaty. Może jeszcze jakaś laska. przeoczona i nie ucnotliwiona  przez ministra P. Czarnka cię zauważy?     Poza tym pełny spokój. Cisza. Prawie szczęście. Nirwana cnotliwego, szczęśliwego człowieka spoglądającego przez okno. Ale gdyby się trafiła jakaś atrakcyjna brzanka, to powiedziałbym: Dolny otwór, brzanko, otwórz niespodzianie /Niech zobaczę twe nagie ciało przy ścianie! /Taka cisza, że nie poznać świata – jeden tylko ptak przy mej brzozie lata, więc „To” i „Owo” + mód by się spełniło.

         Och! Dopóki jeszcze gdzieś szczekają psy, warto żyć! Warto czekać!         

 

ANATOL PUŁKOWNIK FEJGIN Zbrodniarz czy ofiara ideologii?

[Z pułkownikiem Anatolem Fejginem, byłym zastępcą szefa Informacji Wolska Polskiego i eks-dyrektorem Departamentu X MPB prowadziłem intensywne rozmowy w latach osiemdziesiątych i sporadyczne do końca XX wieku]. Tu fragment:

       …Nasza rozmowa coraz częściej staje się chaotyczna. Gospo­darz skacze z tematu na temat, tam, gdzie trzeba, podpiera się prawem. Są sprawy, o których mówi bardzo niechętnie. Są i takie, które go wyraźnie denerwują, drażnią. Należy do nich sprawa przyjaźni. Szczególnie z Bermanem i stosunku do Lenina. Nie wypiera się znajomości z Bermanem inspiracji Leninem świecącego jasnym blaskiem.

       Z opowieści pułkownika wynika, że przed wojną nie siedzieli z Bermanem w jednej celi. Mijali się w więzieniach połączeni tylko ideą leninowską, której służyli. W dalszym planie był Stalin.

       Po wojnie było odwrotnie. Świecę Lenina przykryto workiem, a Stalina, po trupach wydźwignięto na gigantyczny pomnik. Ale może lepiej powiedzieć, że on sam się wydźwignął.

       Tak, Jozef Stalin szedł po trupach. Między innymi po trupach polskich komunistów z KPP.  Generalissimusa z pomnika zrzucił Nikita Chruszczow. Znowu odkryto twórcę rewolucji bolszewickiej, który stał się „Leninem wiecznie żywym”.

       Polscy komuniści walczyli z całym światem. Walili na oślep. Języki obracały im jak ostrza w sieczkarni szatkując wszystko co państwowe. Ręce latały jak skrzydła wiatraków zabijając niekiedy prowokatorów.

       ***

       Przed wojną Fejgin zahaczał przeciwników tylko przypadkowo. Tłukł ich, ale bez zaciętości. Bez zbędnych osobistych intencji. Po światowce robiło to już z większym entuzjazmem. Zarówno przed jak i po wojnie zapłacił za to więzieniem.

       Przed, dostał dwanaście lat za komunizm.

       Po, tak samo – dwanaście za to samo, ale nie takie samo.

       Nigdy nie odbył całego wyroku.

       Ale siedział wystarczająco długo, aby pozna smak czarnego więziennego chleba. Mimo to, po wojnie z upodobaniem pakowa ludzi ludzi za kraty.

       Czy bił? Uważam, że nie bił. Nie musiał. Od tego miał ludzi. Takich prymitywnych kołków – jak sam mówi. On im tylko wskazywał, od których nieszczęśników należy wydobyć przyznanie się, często do niepopełnionych win. I „kołki” zawsze wiedziały jak to osiągnąć.

       Ale w rozmowach z Anatolem pułkownikiem Fejginem, nie o bicie mi chodzi, nie o niego samego nawet. W dyskursie z dozgonnym komunistą chciałem zrozumieć w jaki sposób wydarzenie historyczne wpływają na dzień dzisiejszy? Oraz czy rozpatrując przeszłość można antycypować przyszłość.

       Taki J. Berman na przykład? Niby był, a jeżeli chodzi o oficjalne stanowiska i dokumenty, jakby go nie było.

       ***

       Syn Fejgina, Piotr, w interesującej rozmowie z Krystyną Naszkowską, nie daje odpowiedzi na interesującą kwestię, a na pytanie, dziennikarki „Czy ojciec bił? Czy wyrywał paznokcie? Odpowiada nie wprost: Mówi: „Tak. Takie pytania.  Świadek – kobieta potwierdza, że bił. Wtedy adwokat ojca, Krzysztof Łada-Bieńkowski spytał, czy na Sali jest oskarżony. „Jest”. „To proszę wskazać”. I ta osoba pokazała na sali na byłego dyrektora Departamentu Śledczego MBP Józefa Różańskiego. „Czy świadek jest pewna, że to jest on?” „Tak jestem pewna”, Na to Bieńkowski: „Proszę o zanotowanie, że świadek wskazuje nie tę osobę, którą pomawia”.    

       ***   

       – Byłem z Bermanem po imieniu – mówi Fejgin – nawet wówczas, gdy stawał się drugą osobą w państwie. Nieformalnie – drugą osobą. Uważam, że był najinteligentniejszą osobą w socjecie pierwszej dekady Peerelu, ale oficjalnie – nigdy nie piastował najwyższych godności, za wyjątkiem członkostwa w Biurze Politycznym. O każdej porze dnia i nocy miałem do niego dostęp. Do Bieruta mogłem również chodzić. Nie korzystałem z tego przywileju. Zawsze czekałem na wezwanie. Przedwojenni komuniści szanowali się:

      – Prawdziwych przedwojennych komunistów wyciął Stalin. Wspominaliśmy przecież o tym. Wy nie protestowaliście. Czy te mordy, to nie było czasem przygotowanie w myśl zasady, że przed decydującą walką trzeba oczyścić własne szeregi. Nie wiadomo do końca czego naprawdę chciał Stalin. Być może tylko rozwoju swojego imperium. Dlatego później sprzymierzył się z Niemcami, tnąc komunistów, mało tego – wydając niemieckich komunistów Hitlerowi.

      – Likwidacja kierownictwa KPP była dramatem polskich komunistów. Nie o wszystkim jednak wiedzieliśmy. Byliśmy wychowani na Leninie…

      – Znacie wy Lenina, towarzyszu Fejgin?

      – Wydaje mi się, że znam.

      – Mimo to pozwolę sobie przytoczyć wam kilka cytatów waszego ukochanego wodza. O poezji: „Ja jeszcze w Krasnojarsku zacząłem tworzyć wiersze: <W Suszu u podnóża Sajana…>, ale niestety oprócz pierwszej linijki nic więcej nie stworzyłem”.  O logice klasowych stosunków miłosnych: „Żądania <wolnej miłości> radzę całkowicie odrzucić. Okazuje się to żądaniem nie proletariackim, ale burżuazyjnym. Rzecz nie w tym, co Wy chcecie przez to subiektywnie rozumieć. Istota tkwi w obiektywnej logice klasowych stosunku miłosnych. […] jeżeli już koniecznie chcecie, to przelotna-więź namiętność może być brudna, a może też być czysta (…).

         ***

         Ciekawie, co na takie ujęcie miłości przez Lenina miała do powiedzenie jego żona Nadieżda Krupska. Kobieta wzdęta i nadęta, cierpiąca na wytrzeszcz oczu, ale na swój sposób sympatyczna, a w miłości tolerancyjna jak jasna cholera.

      Nie, nie była moskiewską Valerią Messaliną, trzecią żoną Klaudiusza władcy Imperium Romanum, prawnuczką Marka Antoniusza, zbrodniczą nimfomanką do której zawistnicy i nienawistnicy ośmielają się ją porównywać.

      Nic z tych rzeczy. Nadieżda była zwykłą rosyjską kobietą. Wychodząc za Lenina całe życie poświęciła rewolucji. Była fantastycznie fantastyczna. Oczywiście, że rąbnięta. Ale, co za klasa!         Była prawowitą żoną, ale tolerowała kochankę męża, Inesse Armand. Malo tego, przyjęła Inessę jako dublerkę w łóżku z Iljiczem Ulianowem.

      Tylko krótko przed śmiercią powiedziała, że jakby się jeszcze raz urodziła toby się tysiąc razy więcej łajdaczyła.

      ***

      Jeżeli chodzi o moje z danie w „tym temacie”, to uważam, że kobiety mają prawo do swoistej dzikiej wolności, niczym koty.         Nadieżda była milion razy sympatyczniejsza niż Lenin. Podobnie żona Fejgina, Anna.

      No może Anna nie była milion, ale tysiąc razy sympatyczniejsza niż Anatol, to pewne.

         ***

         No wracam do wodza rewolucji: „U nas znów deszcze”. O Kobie (J. Stalin – H.P.): „Czy nie pamiętacie nazwiska Koby? Pozdrowienie. Ulianow”. […] „Wielka prośba: dowiedzcie się nazwiska Koby”. O terrorze: „Tow. Zinowiew! Dopiero dziś dowiedzieliśmy się w KC w Pitrze robotnicy chcą odpowiedzieć na zabójstwo Włodarskiego masowym terrorem i że wyście ich powstrzymali. Protestuję stanowczo! Kompromitujemy się: grozimy w rezolucjach sowdepu masowym terrorem, a kiedy przyjdzie co do czego, hamujemy inicjatywę rewolucyjnych mas, zupełnie prawidłową. To nie-moż-li-we! Trzeba podsycać energię i masowość terroru […]. Koniecznie zastosować bezlitosny, masowy terror wobec kułaków, popów i białogwardzistów. Podejrzanych zamknąć w obozie koncentracyjnym za miastem. Telegrafujcie o wykonaniu […]. Trzeba wytężyć wszystkie siły, wprowadzić natychmiast masowy terror, rozstrzelać i wywieźć setki prostytutek rozpijających żołnierzy, byłych oficerów itp. Ani minuty zwłoki… Rozstrzeliwać, nie pytając nikogo i nie dopuszczając do idiotycznej zwłoki”. O rewolucji: „Drodzy towarzysze! Zmuszony jestem zgodnie z sumieniem stwierdzić, że wasza rezolucja jest tak politycznie nieudolna i tak głupia, że wywołuje mdłości. Tak postępują tylko rozkapryszone panienki i głupi rosyjscy inteligenci. Przepraszam za szczere wyrażenie swego zdania; przyjmijcie komunistyczne pozdrowienia od mającego nadzieję, że otrzymacie nauczkę w postaci więzienia za bezczynność. […] Nie można nie aresztować, celem zapobieżenia spiskom, całej tej gawiedzi z kręgów kadeckich.

 

      Byłoby wręcz karygodne nie aresztować jej. Lepiej żeby dziesiątki i setki inteligentów przesiedziały dzionki i tygodnie. Dalibóg, lepiej

 

      Intelektualne siły robotników i chłopów rosną i krzepną w walce o obalenie burżuazji i jej popleczników, lokajów kapitalizmu uważających się za mózgi narodu. W istocie to nie mózg, a gówno”. O publikacjach: „Według mnie, potrzebny jest tajny okólnik przeciw oszczercom rzucającym szkalujące oskarżenia pod płaszczykiem krytyki. […] Jeśli po wydaniu sowieckiej książki nie ma jej w bibliotece, trzeba żebyście Wy (i my) z absolutną dokładnością wiedzieli, kogo posadzić. […] Dlaczego to się zatrzymało (chodzi o druk Lenina – H.P.)? Przecież dawałem 2-3 dni! Na miłość boską, przynajmniej posadźcie kogoś do więzienia. […] Gazetom damy dyrektywy, by już jutro zaczęły ich na setki sposobów i ze wszystkich sił wyśmiewać i tępić przynajmniej raz na tydzień w ciągu dwóch miesięcy. […] Nie potrafimy jeszcze publicznie osądzać ohydnej wstrętniej pisaniny. Za to trzeba powiesić cały Narkomjust na śmierdzących powrozach. Nie straciłem jeszcze nadziei, że i nas kiedyś wszystkich za to słusznie powieszą”. O ekonomii bolszewickiej: „Tichwiński (chemik, profesor, rozstrzelany  w 1921 roku  – H.P,) nieprzypadkowo został aresztowany: chemia i kontrrewolucja nie wykluczają się nawzajem. […] Sprzeciwiłem się stanowczo marnotrawieniu ziemniaków na spirytus. Spirytus można i trzeba robić z torfu. Trzeba rozwinąć tę produkcję spirytusu z torfu. […] Powiadomić Instytut Naukowo-Żywniościowy, że w ciągu 3 miesięcy powinny zostać dostarczone dokładne i wyczerpujące dane o praktycznych osiągnięciach w produkcji cukru z trocin. […] Czy przypadkiem Wasz Narkomjust nie śpi? Tu potrzebny jest szereg procesów pokazowych z zastosowaniem surowych kar. Narkomjust, jak się wydaje, nie rozumie, że nowa ekonomiczna polityka wymaga nowych sposobów, nowej surowości kar. Z komunistycznym pozdrowieniem. Lenin”.

      ***

      Co wy na to, towarzyszu pułkowniku Fejgin?

      – Według Lenina dyktatura proletariatu, walcząc o cele nadrzędne, musi prowadzić wszystkie formy walki i stosować każdy środek prowadzący do urzeczywistnie­nia celu nadrzędnego. Przeczytajcie, panie Piecuch, Rozważania nad pierwszym dziesięcioksięgiem historii Rzymu Liwiusza. Znajdziecie O Niccolo Machiavellego taki passus: „Kiedy chodzi bowiem o ocalenie ojczyzny, nie wolno kierować się tym, co słuszne lub niesłuszne, litościwe lub okrutne, chwalebne lub sromotne. Nade wszystko inne zważać należy wtedy na to, aby zapewnić jej przetrwanie i uratować jej wolność”.

      I o tym mówi Lenin. A o cukrze z trocin czy o spirytusie z torfu to przecież przedni humor. Co zaś do Hitlera, to fuchrer wykorzystał przekazanych mu przez Stalina komunistów do walki na swoim terenie z Komuni­styczną Partią Niemiec. Było to tragedią, taką jak rozstrzelanie KPP. Ale ta zbrodnia nie obciąża Lenina, a Stalina.

         ***

         Ubolewam że Fejgin nie dożył „dobrej zmiany”. Nie ulega wątpliwości, że radowałby się iż Daniel Obajtek odkupił od niemieckiego koncernu Polska Press. A „Teraz Polska” jest silniejsza niż kiedykolwiek była, Dziennikarze prasy lokalnej mogą swobodnie pisać prawdę i tylko prawdę…

         Tak, dziennikarze, wedle Jacka Kuronia to „wyjątkowo parszywa banda”.  Czają są po obu stronach barykady. Jak jedna klika pójdzie w odstawkę, natychmiast znajdzie się druga hurma, stale gotowa zażarcie walczyć o „nową sprawę”, „nowy ład”, itp., ale może lepiej powiedzieć – „za żarcie”.

         Domniemywam, że jeszcze bardzie ucieszyłby eks-dyrektora Departamentu X MBP działalność Zbigniewa Ziobry wprowadzającego tak potrzebną Krajowi Pieroga i Zalewajki politykę zaostrzania kar. Manipulacje kodeksowe w epoce „dobrej zmiany” są tak przydatne jak hulajnoga do podróży na Marsa.

         Anatol pułkownik Fejgin był zdania, że naród trzeba podzielić na dwie części. Pierwszą, obrzydliwą tłuszczę opozycyjną należy zapudłować, a drugą, prawdziwie patriotyczną, wyznaczyć do pilnowania części pierwszej.

         Jeżeli chodzi o mnie, to nie ukrywam, że popierając „nową zmianę” „Ojca Ojczyzny”, „Nowy Ład” premiera M. Morawieckiego, udane geszefty z mediami D. Obajtka oraz ministra Z. Ziobrę marzę, aby zdanie z „przekazów” Lenina o „śmierdzących powrozach”, także się ziściło.

         No to wracam do sprawozdania z rozmów z A. Fejginem.

SIĘ ZAPISAŁO

„Kto zabił. Desperat 2”

Trwało to dużo lat

Byłaś moją ojczyzną bo zabrakło innej.

                        Czesław Miłosz

Powoli poznawałem, co znaczy UPA i OUN. Do tej pory nie wierzyłem w tak skrajny nacjonalizm.

Teraz uwierzyłem.

Po tym, co widziałem w czasie wojny, nie sądziłem, że mogę zobaczyć więcej.

Teraz zobaczyłem.

Ogarniała mnie żądza odwetu. Uczyliśmy się odpłacać pięknym za nadobne. Jednak w mojej duszy tkwiło coś, co nie pozwalało przechodzić obojętnie obok tego, co widziałem. Musiałem o tym pomówić. Znałem tylko jednego człowieka, gotowego mnie wysłuchać.

                               ***

Wróciliśmy z akcji. Rozlokowałem ludzi w kwaterach. Dopilnowałem, aby wystawiono właściwe ubezpieczenie. Złożyłem wizytę Szamkowi.

Zdzichu siedział na łóżku, przykryty pierzyną i pilnikiem odpiłowywał czubki pocisków. Poobijane ściany, koślawe meble i żarówka wisząca na gołym drucie sugerowały długie dzieje upadku chałupy, którą Szamek wybrał na swoją rezydencję.

– Co robisz wariacie? – krzyknąłem oburzony.

– To, co widzisz. Wyręczam zakłady zbrojeniowe. Przygotowuję bardziej skuteczne naboje.

– Dum-dum jest zabronione. Konwencje genewskie zabraniają.

– Konwencje zabraniają dużo rzeczy. Tylko co z tego?

– Jeżeli wszyscy będziemy je łamać, będzie źle.

– Gorzej już być nie może.

– Mylisz się.

Nie zwrócił uwagi na moje słowa. Nie przerywając pracy, kontynuował rozważania:

– Mówisz „konwencje”. A czy nasi przeciwnicy z UPA ich przestrzegają?

Musiałem zaprzeczyć.

– A więc widzisz. Nie przestrzegają. Czyż nie strzelają do kobiet, dzieci, starców, a nawet rannych? Czyż nie wciągają nas w zasadzki najbardziej niedozwolonymi metodami?

                               ***

Co miałem odpowiedzieć? Bąknąłem coś o szlachetności i rycerskich tradycjach.

– Bajesz, stareńki – przerwał mi. – Genewa ze swoimi konwencjami jest daleko. Tu są Bieszczady. Obowiązują inne obyczaje, a raczej ich brak. Może kiedyś ktoś, jakiś Gerhard, napisze o szlachetnej walce, jaką tu toczyliśmy. Kłamca, gdy jest potrzebny, zawsze się znajdzie. A na razie jest jak jest. Wdepnęliśmy w parszywą sytuację. To jest jedno wielkie gówno.

– Szamek, dlaczego ludzie tak postępują?

– Jak? Zabijając się nawzajem? Kto wie, może jest nas za dużo.

– Nie o to chodzi. Chcę wiedzieć dlaczego w człowieku tkwi diabeł, nakazujący czynić zło. Ktoś złamie ci palec…

– Chcesz wiedzieć dlaczego ja mu pragnę złamać w odwecie dwa? Po prostu muszę mieć z tego jakiś zysk.

– Ty mu dwa, a on ci cztery.

– To ja mu złamię rękę.

– A on tobie obie ręce.

– To ja mu na dodatek nogę.

– A on ci urwie głowę.

– To moja rodzina lub znajomi utłuką jego i jego rodzinę lub znajomych.

– Można się tak bardzo długo bawić. Ludzi jest przecież sporo. No i są jeszcze politycy. Oni nie walczą. Ale lubią, gdy inni się masakrują. Można nawzajem pięknie wyprawiać się do nieba, albo do piekła. Dlaczego? I przekonają, że to dla ojczyzny.

– Kochany, to są filozoficzne rozważania. Jestem żołnierzem. To nie na mój rozum. Poza tym nic mnie takie dywagacje nie obchodzą. Chodzę po lesie i strzelam do wszystkiego, co się rusza. Tak mi kazano. Staram się to robić najlepiej, jak potrafię. Nie z gorliwości – a dlatego, że w przeciwnym razie nie pożyję długo. Poza tym ktoś, kto wojuje tak jak my, nie ma prawa do własnych poglądów, musi mieć tylko takie, jak jego przełożeni. Po co więc obciążać mózg sprawami, na które nie mamy wpływu? Po co szukać nieistniejącej odpowiedzi na najbardziej abstrakcyjne pytanie „dlaczego”? Jest jak jest, czyli źle. Lepiej napijmy się.

– A masz co?                                        

Podał mi manierkę. Pociągnąłem łyk płynu o smaku wapna do bielenia ścian i zapytałem:

– Znasz coś gorszego od ciepłego bimbru?

– Tak, życie.

– Teraz ty filozofujesz. Lepiej chodźmy do baru. Przyjmiemy trochę piwa i cięższego paliwa. W powrotnej drodze zobaczymy gwiazdy. Zrobi nam się cieplej na duszy. Może nawet zobaczymy w sobie prawo moralne, o którym mimochodem wspomina Kant, a my, jakże często o nim zapominamy.

– Co ten skurwiel powiedział?

                               ***

Znałem ten fragment na pamięć. Zacytowałem: „Dwie rzeczy spełniają umysł coraz to nowym i rosnącym podziwem i pełnym pokory szacunkiem, im częściej i trwalej zastanawiamy się nad niemi: Gwiazdami okryte niebo nade mną i prawo moralne we mnie. Nie potrzebuję ich szukać i domyślać się tylko jako spowitych w ciemnościach lub leżących poza granicami mego widnokręgu w nadzmysłowej sferze; widzę je przed sobą i łączę bezpośrednio z świadomością mego istnienia”.

                               ***

Szamek skończył piłować ostatni pocisk. Załadował amunicję do magazynka. Sprawdził zabezpieczenie. Zarzucił pepeszę na plecy i był gotów stawić czoła bufetowej.

Bezskutecznie podkochiwała się w niej połowa garnizonu. Druga połowa, najstarsze frontowe repy, nie kochała się już w nikim. Oni mogli jedynie walczyć. Czynili to z zaangażowaniem i ze specyficzną zaciętością młodych janczarów komunistycznych.

Tak, młodych, bo choć byli ludźmi starszymi, to równocześnie janczarami komunistycznymi byli młodymi.

Każdy dowódca wiedział, że z takim wojskiem można góry przewracać. Nikt nie wątpił w zwycięstwo. Było ono wyłącznie kwestią czasu. A nasz czas w Bieszczadach znaczyły spalone wioski, ludzkie dramaty i setki trupów.

                               ***

Wędrowaliśmy przez zaciemnioną miejscowość. Drewniane chałupy o załzawionych szybach ale łatwe do podpalenia, oblepiały błotnistą drogę, tworząc po obu stronach czarne, nieprzyjemne ściany. W ich załamaniach czaiła się śmierć.

Przeciwnik nie przebierał w środkach. Z równym powodzeniem posługiwał się bronią palną, jak i nożami, siekierami, pałkami czy pętlami.

Wszystkie chwyty były dozwolone. Niektórym nie wystarczało już zwykłe zabijanie, rozsmakowali się w wyrafinowanym zadawaniu śmierci.

W historiografii ten zakątek Planety Ziemia nosi nazwę Trójkąta Śmierci. Tu, z każdego zakątka ciekła krew. Miejscowa ludność bała się. UPA, która zakłóciła jej spokój na wiele lat. My zakłóciliśmy spokój UPA.

Tubylcy bali się jednych i drugich. Mieli ku temu wystarczające powody. W nocy przychodziły oddziały UPA. W dzień patrole UB. Trzeba było się tłumaczyć. Kto robił to źle, był martwy.

                               ***

Wiatr od gór oczyścił gęste od mgły i dymów powietrze. Znowu było czym oddychać. Szamek szedł powolnym, rozkołysanym krokiem, wydawało się – bez celu, zatopiony w marzeniach.

Z takiego stanu mogła go wyrwać jedynie dziewczyna lub strzelanina. Strzelaniny mieliśmy powyżej uszu. Były naszym chlebem powszednim. Z dziewczynami było gorzej. Myślałem o białogłowach.

Dziewczyn godnych uwagi było jak na lekarstwo. Wpadały w nasze ręce raczej rzadko. Nawet myślenie o nich było kłopotliwe z powodu ciągłej strzelaniny. Właśnie zaterkotał karabin karabin maszynowy.

Kule bzykały nad naszymi głowami. Pryskające błoto zalepiło mi oczy, wystawiając na łup nieznanych strzelców. Czym prędzej dałem susa pod najbliższą ścianę. Przetarłem prawe oko, aby móc prowadzić ogień. Lewe musiało wykazać więcej cierpliwości, nie było na razie potrzebne.

                               ***

Wszystko trwało kilkanaście sekund za długo, aby coś zostało mi przed celownikiem. Nim zacząłem grzać ze swojej pepeszy po najbliższych oknach i ścianach, Szamek już zmieniał drugi magazynek. Jak zwykle okazał się szybszy ode mnie.

Nie udało nam się upolować żadnego przeciwnika. Po naszej strzelaninie pozostało kilka wybitych szyb i sporo drzazg odłupanych od pamiętających lepsze czasy bieszczadzkich chałup.

– Tu zniknęli – Szamek pokazywał wąskie przejście pomiędzy opłotkami.

Podbiegłem kilka kroków we wskazanym kierunku. W odległości pięćdziesięciu metrów widok zagradzała ciemna ściana lasu.

– Idziemy? – zapytał mój towarzysz.

– Do lasu?

– Nie, do baru. Przez dwóch parszywych bandziorów nie będę sobie zakłócał tak dobrze zaczętego wieczoru.

– Idź sam i poczekaj na mnie. Muszę zameldować o wydarzeniu.

                               ***

Na drodze zaroiło się od patroli. Oficer dyżurny, usłyszawszy naszą małą wojnę, wysłał dyżurny pluton do pomocy. Powiedziałem im, że to bezcelowe. Mimo to poszli jeszcze kawałek i z najbliższej odległości ostrzelali pierwsze rzędy drzew. Przepłoszyli jedynie ptaki, sarny i dziki.

Nikt im nie odpowiedział.

                               ***

W sztabie panował ożywiony ruch. Z Warszawy dano znak, że ważna osoba złoży wizytę w naszym garnizonie. Szykowano pokazową akcję, mającą wstrząsnąć przeciwnikiem i sumieniami miejscowej ludności, wahającej się jeszcze, po czyjej stronie się opowiedzieć.

Adiutant dowódcy, któremu chciałem przekazać relację o wydarzeniu, powiadomił mnie, abym zgłosił się do przełożonego.

Błyskawiczny rachunek sumienia nie wypadł na moją niekorzyść.

                               ***

Dowódca pułku, zamiłowany szachista, siedział nad rozstawionymi na szachownicy figurami, wyglądającymi jak rozwinięte bataliony przed decydującym starciem, którego żołnierze nagle znieruchomieli, rozważając czy warto umierać w taki dzień i w tyle miesięcy po wojnie.

– Chciałem z wami mówić, poruczniku. W ostatniej akcji wpadło nam w ręce archiwum nieprzyjaciela. Było tam kilka filmów. Nasz fotograf zrobił z nich odbitki. Trzeba je dostarczyć do naszych batalionów, aby ludzie je sobie obejrzeli. Dobrze wiedzieć, z kim możemy się spotkać.

Zdjęć było ze trzydzieści. Przeglądałem je wolno. Obce, nieprzyjemne twarze. Nagle drgnąłem. Ta twarz wydała mi się znajoma.

Nawet gdybym zapomniał rysów tego człowieka, co nie mogło się zdarzyć, gdyż od czasu do czasu śnił mi się jako wyrzut sumienia po tym, co mu uczyniłem, to czarna opaska na oku powiedziała wszystko.

                               ***

Dowódca, bystry obserwator, zauważył moje podniecenie. Zapytał:

– Znacie kogoś z nich?

– Tak, tego tu – podałem wybrane zdjęcie.

– To wasz przyjaciel?

Pytanie to przypomniało mi niedawne kłopoty i niemiły pobyt w areszcie. Czyżby moi wrogowie jeszcze nie dali za wygraną?

– Zadałem wam pytanie, poruczniku! – przypomniał oficer.

– Przyjaciel? Nie. Za mocno powiedziane. Ale faktem jest, że ten człowiek uratował mi życie. Mnie i moim jedenastu ludziom.

– W jaki sposób to uczynił?

Opowiedziałem o pobycie w karnej kompanii, wyrwaniu się z okrążenia i dalszych przygodach. Major nie przerywał, słuchał z ciekawością. Gdy skończyłem, powiedział:

– Ten człowiek znowu działa w pobliżu nas. Jak wytłumaczycie, że w ostatnim okresie wszystkie akcje prowadzone przez wasz pluton trafiają w próżnię? Już dawno nie odnieśliście żadnego sukcesu.

                               ***

Zrozumiałem, że szkoda słów, aby mu mówić o jednookim. Był za tępy, aby cokolwiek pojąć. Musiałem sam załatwić sprawę.

– Te zdjęcia to prawda czy lipa? – zapytałem.

– Prawda. Wykonujcie zadanie!

Zabrałem fotografie. Odmeldowałem się. Wyszedłem przed sztab.

A że źle życzą mi tylko przyjaciele i wrogowie, zaś reszta trzyma ze mną, to pomyślałem, że przed akcją dobrze będzie się wzmocnić.

Ruszyłem do baru.

                               ***

Polska knajpa jest zjawiskiem znacznie bardziej godnym uwagi niż polskie służby specjalne. Po drodze spotkałem najstarszego żołnierza w moim plutonie, jedynego czterdziestolatka w kompanii, jeszcze przedwojennego oficera. Namierzony przez Smiersz w akcji „Burza” zdołał zachować życie.

W Wojsku Polskim zrobiono go nawet kapralem.

Przekonany, że niektóre owoce dojrzewają gnijąc uczył się od nich. Był zdania, że starość się Panu Bogu nie udała. Był też swoistym rekordzistą, niezwyczajnym nawet jak na ludową armię. Pięć razy degradowano go za fantazję w walce, w tym trzy razy do szeregowca, i pięć razy awansowano, też za fantazję w walce.

Ale nigdy już nie otrzymał stopnia oficerskiego. Miał parszywe pochodzenie. Jeszcze gorsze od mojego. Mimo to – tak uważałem – był materiałem na człowieka.

                               ***

Kapral był dotknięty kretynizmem, swoistym rodzajem boskiego natchnienia. Ział świętym ogniem oburzenia na przełożonych i polityków za wydawanie głupich, albo bardzo głupich poleceń i rozkazów oraz na kucharzy, odmawiających mu repety przy obiedzie.

Przyjaźniłem się z nim. Ucieszony ze spotkania, zaproponowałem kieliszek.

– Potrzebuję twojej rady – wyjaśniłem.

– Nie udzielam już rad. Wprawdzie niektórzy jeszcze mnie o nie proszą, ale i tak nikt ich nie słucha. Osły chciałyby, żebym sam stosował się do rad, które niegdyś udzielałem innym, azali to niemożliwe, ponieważ ja już jestem inny – odpowiedział przekraczając próg knajpy.

                               ***

Ponura speluna pasowała do tego ponurego zakątka świata, o którym nawet pan Bóg zapomniał. W przeciwnym razie nie mógłby patrzeć na to, co się na tej ziemi wyprawia.

Nad barkiem wisiało hasło: „Bądź sobą, wybierz perłę”. Dwóch mocno skaleczonych osobników krążyło na czworaka koło przewróconego stolika. Pewnie szukali swojej towarzyszki, która z nimi balowała, ale zauważywszy, że ten duet ma już dość przysiadła się do innej ferajny.

Postronnym obserwatorom mogło się wydawać, że skaleczeni wiodą życie przypodłogowe.

                               ***

Kapral rozejrzał się po pomieszczeniu. Wzrok jego spoczął na kilku dziewczynach okupujących dwa stoliki. Rzucił im przeciągłe spojrzenie w nadziei na jakieś zdarzenie.

Ale nie trwało to długo. Pewnie przypomniał sobie, że większość rzeczy, jakie mogą się mężczyźnie zdarzyć, ma już za sobą. Wrócił do rzeczywistości, rozejrzał się za flaszką. Spostrzegłem Szamka. Dosiedliśmy się.

Piliśmy w milczeniu. Poziom perły w litrowej butelce opadał niczym barometr zwiastujący zbliżanie się huraganu.

– Hej, chłopcy, dosyć tego! – powiedziała bufetowa, podchodząc do naszego stolika. – Zaraz zamykamy.

– Nie bądź taka nieużyta! Daj jeszcze buteleczkę – poprosił Szamek.

– Obrócimy ją szybko – obiecał kapral obrzucając ją przeciągłym spojrzeniem, ale moralnie obojętnym.

– I trzeba będzie osła, aby was zawlókł do domu – bufetowa pozostała nieugięta.

                               ***

Szamek nie dawał za wygraną. Wymógł na dziewczynie, aby zaprosiła nas do siebie. Po godzinie wyszliśmy przed bar. Stanowiliśmy dobraną paczkę. Można nas było określić mianem aspołecznej ferajny. Cóż, jaka rzeczywistość taki Moulin Rouge.

Mimo nocy było dosyć jasno. Człapaliśmy po mokrym miasteczku brodząc w kałużach i błotnistej breji. Buty raz po raz osuwały się po wyboistych koleinach. Gdzieś na końcu miejscowości szczekały psy. Po łemkowsku, oczywiście. Jeszcze dalej pobrzmiewała niezbyt intensywna strzelanina.

Spojrzałem na brnącą obok mnie dziewczynę. Księżyc odbijał się w jej oczach. Były elipsowate, zielone, jakby się napiła likieru miętowego. I powinny być ładne.

Łagodne, dobre, ciepłe oczy sennej łani. Ta kobieta, jak żadna inna, nadawała się na księżycową kochankę. Tak, gdyby nie okoliczności, w których przyszło nam żyć.

                               ***

Białogłowa na szczęście mieszkała blisko. Stara z zewnątrz buda kryła w sobie przyjemną niespodziankę. Wnętrze było urządzone z przepychem, jakiego nie powstydziłby się niejeden salon w stolicy. Na ścianach wisiały kopersztychy starych mistrzów. Zauważyłem nawet miedzioryt Albrechta Durera. Kultura od progu zwalała z nóg.

Już w przedpokoju było tak czysto, że aż odstręczająco. Zezuliśmy buty i zostawiliśmy je w pobliżu progu. Znalazły się kapcie dla całej trójki. Powinienem się był zastanowić, skąd i po co tyle bamboszy w tym domu, skoro dziewczyna mieszkała sama.

Ale nie zastanawiałem się. Miewam takie zaćmienia, gdy znajduję się w towarzystwie kogoś, kto ma oczy jak gwiazdy i figurę, do której trudno coś dodać czy ująć.

Dostaliśmy cwibak z bakaliami i francuski koniak w kryształowych kieliszkach. Kapral wlał swoją porcję do gardła jak wiejski prostak, choć w jego żyłach płynęła błękitna krew. Otrzymał też staranne wychowanie. Ale czniał je. Frontowa wojaczka przekonała go do lekceważenia zasad dobrego wychowania.

Gospodyni przyniosła patefon i zaproponowała tańce. Przyssała się do Szamka wlokąc go w najbardziej ciemny kąt pokoju, do którego z trudem docierało światło świec w srebrnych lichtarzach. Potem przyszła kolej na mnie.

Po Ordonce był Fogg. Gdy ze zdartej płyty doleciał charkot czerwonych maków już nikt nie tańczył.

                               ***

Wolno sączyłem koniak, rozmyślając o czekających mnie rano wyprawach, aby dostarczyć fotografie do rozrzuconych po górach batalionów. Znowu pomyślałem o jednookim. Czy wiedział, że tu jestem? Jeżeli tak, to zapewne zechce na mnie zapolować.

Tylko kapral zdawał się być wolny od wszelkich trosk dnia codziennego. Leżał na brzuchu w erotycznej pozycji na pokrytej cielęcą skórą kozetce, mrucząc w takt znanego przedwojennego przeboju. Głos Mieczysława Fogga dochodzący z płyty mieszał się z jego pijackimi jękami, brzęczeniem, gwizdaniem, trzaskaniem, furczeniem, mlaskaniem.

Gdy igła patefonu dobiegła do końca płyty, dziewczyna niechętnie wypuściła swoje łupy. Dolała koniaku i nagle zasmucona usiadła pod oknem. Zapytałem, co ją gnębi.

                               ***

Niespodziewanie zaniosła się płaczem. Nikt z nas nie przeszkadzał jej. Ostatecznie kobiety również mają prawo do nieskrępowanego wyrażania swoich uczuć. Dawno wywalczyły namiastkę emancypacji. Na razie do płaczu. Ale nie rezygnują, walczą o dalsze poszerzenie praw.

Oddaliśmy się drugiemu ulubionemu zajęciu po wojowaniu, czyli piciu. Po kwadransie gospodyni doszła do normalnej „rozrywkowej” formy, ale i tak widać było, że coś ją gryzie. Koniak i dopalające się świece skłaniały do zwierzeń.

– No co jest, siostro? – zapytał Szamek.

– Pochodzę niedaleko stąd – zaczęła.

– To jeszcze nie grzech – przerwał podoficer. – Ja pochodzę z daleka i wcale się nie martwię tym, że nie mogę tam wrócić. Nie mogę i nie chcę.

Wiedziałem, że jego rodzinny dom był na wschodzie. Oddalony o dwieście kilometrów stad. Od granicy, którą, po zwycięskiej dla nas wojnie arbitralnie wyznaczył Stalin. Kapral miał tam niegdyś mająteczek. Dwa tysiące hektarów.

                               ***

Choć nikt z nas nie przepadał za sentymentalnymi opowiastkami romantycznych panienek, pozwoliliśmy bufetowej wyżalić się. Zrobiło się jakoś ckliwie.

Rychło się jednak okazało, że nasza gospodyni bynajmniej na miano romantycznej panienki nie zasługuje. Była srodze doświadczoną przez los pragmatyczką. Jej eksperiencję kształtowała wojna, a po wojnie nadal nosiła patriotyczną koszulkę z duchem Konrada.

– W tym roku odwiedziłam rodzinny dom.

– Też to będę musiał kiedyś zrobić – wtrącił Szamek. – Wyszedłem z chałupy w 1941 roku. I zapomniałem się pożegnać. Gnębi mnie to do dziś.

                               ***

Milczałem. Na ten temat nie miałem nic do powiedzenia. Polowałem na moment, kiedy będę mógł opuścić towarzystwo, nie okazując się niegrzecznym.

Od niechcenia przerzucałem album ze starymi fotografiami. Jego właścicielka musiała pochodzić z dobrej rodziny. Widać to było ze zdjęć. Powozy, stroje, zagraniczne wyprawy, chyba nawet Paryż. Dlaczego taka kobieta zadaje się z takimi ponurakami, jak my? – przemknęło mi przez myśl. Czyżby się nas bała?

                               ***

Przed oczami stanęła mi scena sprzed końca wojny, ale już na terenie Niemiec. Pluton żołnierzy – dwudziestu kilku samców spragnionych kobiety. Samotna, bezbronna, młoda kobieta z dzieckiem na ręku. Niemka. Postraszyli ją, że zabiją dziecko, gdy ich nie zaspokoi.

Jej zgoda.

Długa kolejka do parszywej przyjemności. Przy którymś tam kolejnym kliencie kobieta leżąca jak kloc drewna, bez siły. Niezadowolenie korzystającego. Pomysł: dwie łopaty od węgla podłożone pod jej pośladki i dwóch najbliższych z kolejki „pompujących”, aby używający miał większą przyjemność. I nasze z Szamkiem nadejście, złapanie za pistolety. Rozpalone twarze tych, którzy nie zdążyli jeszcze skorzystać i tępa obojętność tych po akcie.

Tamci nie sięgnęli po broń. Powiadomieni żandarmi nie chcieli interweniować.

– Co tam jedna baba więcej czy mniej? Zresztą nic jej się nie stało. Najwyżej znielubi tę robotę – odpowiedział ich dowódca na nasze żądanie ukarania winnych.

                               ***

Nagle przestałem myśleć o minionych sprawach, wróciłem do dnia dzisiejszego. Na ostatniej stronie albumu leżało kilka nieprzyklejonych zdjęć, na jednym z nich…

Poznałem swojego okaleczonego jeńca. Ten człowiek wyraźnie mnie prześladował. Był do mnie przyklejony jak guma do żucia do podeszwy buta. Co za zbieg okoliczności? A może to celowa robota? Zauważyłem, że gospodyni bacznie mnie obserwuje.

                               ***

Z obojętną miną odłożyłem album, upiłem koniaku. Cień rozczarowania przemknął po twarzy bufetowej. Na szczęście nie musiałem nic mówić. Moi współtowarzysze zdawali się być lepiej wychowani ode mnie, bawili damę.

– I co, domu nie było? – wtrącił kapral.

– Jeszcze był. Właśnie kończył się palić.

– O, przepraszam – podoficer przypomniał sobie o lepszych manierach.

– Nie musisz przepraszać. Nie o dom chodziło – powiedziała gospodyni.

                               ***

 Bufetowa wspominała na głos:

– Do dziś boję się zamknąć oczy. Widok, jaki mi się jawi, jest nie do zniesienia. Ojciec z matką leżeli na podwórzu rozcięci siekierą ciesielską na połówki. Wzdłuż. Ale najokrutniejszym widokiem było dziecko. Nadziane na zostawioną zapewne specjalnie jedyną w płocie sztachetę.

Kobiet przerwała, jakby zastanawiając się, czy ma dokończyć wspomnienia.

Zaprawieni w żołnierskim okrucieństwie ludzie milczeli jak rażeni piorunem.

Dopiero po dłuższej chwili narratorka powiedziała dwa straszliwie okrutne zdania:.

– To była moja córeczka. Jej oczka patrzyły na mnie szeroko otwarte.

                               ***

Kobieta zerwała się gwałtownie z fotela i wybiegła do sąsiedniego pokoju. Kryształowy kieliszek wolno toczył się po perskim dywanie. Z sąsiedniego pomieszczenia dochodziło szlochanie. Tak przejmującego nigdy nie słyszałem. Zerwaliśmy się na równe nogi i trwali w bezruchu.

– O, kurwa! – powiedział Szamek. – Nie wytrzymam. Zbieramy chłopców i idziemy.

– Możesz na mnie liczyć – wyraził gotowość kapral.

Twarze pałały. Oczy rzucały złe błyski. Byli gotowi mordować i mścić się.   

Oto, co mogą słowa.

                               ***

Zastanawiałem się, jak ich powstrzymać, gdy w drzwiach pojawiła się gospodyni. Po jej twarzy ściekały kropelki łez, ale nie rozmazywały makijażu. Tusz był dobry.

Miałem ochotę podejść i scałować te łzy. Coś mnie jednak powstrzymało. Każdy gest przy dramacie tej kobiety mógł się wydać kabotyński.

– Przepraszam was, chłopcy – zmusiła nas do zajęcia miejsc, dolewając koniaku. – Przepraszam i dziękuję, że jesteście ze mną. Muszę tkwić wśród ludzi, aby nie zwariować. Zostańmy przyjaciółmi.

Mimo, że żołnierz w ładnej kobiecie nigdy nie szuka przyjaźni a kochanki, kiwnęliśmy głowami na znak zgody.

                               ***

Bufetowa zaskoczyła nas po raz kolejny. Zmieniła płytę. Z patefonu popłynęła szybka południowoamerykańska melodia. Kobieta rzuciła się w dziki pląs.

 Po kilku minutach opadła wyczerpana na kozetkę dysząc ciężko, niczym zziajany bernardyn w upalny dzień. Na ten widok też poczułem się zmęczony.

Czułem, że nie wszystko jest w porządku. W opowieści wyczułem jakiś nieuchwytny fałsz. Jakieś udawanie. Czyżby to była gra? Jeżeli tak, to była to gra najwyższego lotu, której nie powstydziła by się nawet Mieczysława Ćwiklińska..

Wstałem i pożegnałem się.

Gospodyni zadowoliła się uszczuplonym łupem, odprowadziła mnie na próg, podała rękę, nadstawiła policzek. Pocałowałem ją delikatnie, charytatywnie.

 

Oniriada

Marzenia senne przekazują wiedzę o tajemnicach życia wewnętrznego i odsłaniają przed snącym utajone elementy jego osobowości.

Przez pół nocy nielegalnie uwalniałem w całej wsi psy przykute łańcuchami do bud. Zdenerwowało to kmiotków. Ścigali mnie z widłami i siekierami. Rejterując znalazłem schronienie w pustostanie służącym dzikim gołębiom. Po drabinie wdrapałem się na strych. Położyłem się płasko na zafajdanych przez ptactwo deskach. Przez dziury w dachu obserwowałem niebo. Gołębie przyjęły mnie gościnnie. a prześladowcy przeoczyli kryjówkę. Może dlatego, że byłem bliżej Boga. Ogarnęła mnie pustka wszechświata, w którym, być może, znane naukowcom uniwersalne prawa fizyki tacą znaczenie. Pustka to nie to samo, co nicość. Początek wszechświata, zbudowanego w 68 procentach z ciemnej energii, o której nie wiemy nic więcej prócz tego, że ona istnieje; w 27 procentach z ciemnej materii, o której wiemy niewiele więcej i tylko 5 procentach z tego, co wiemy, bo to jest zwykła materia, z której zbudowane są gwiazdy, Ziemia i my sami. Początek ukryty jest o 14 mld lat świetlnych od nas. Mój anioł stróż, ten bezpłciowy ptak darował mi nożyczki, bym mógł w przyszłości przykrawać swoje aspiracje do spokojnego życia, w której miłość i empatia zastąpią filozofowanie i wojowanie. No to przykrawam już teraz. Leżę koło dawno przebrzmiałej miłości. Nic to, że nie skonsumowanej. Słynne non possumus kardynała Stefana Wyszyńskiego, przydatne tu do wyrażenie tego, co mi w platońskiej duszy grało. Szukam gorących źródeł naszej miłości i rozważam, czy kobiety mają duszę. Okazuje się, że nie mają. Tak ustalono w 585 r na synodzie w Macon. Z tego nie ma wyjścia. Zrozumiałem, że miłość jest czasowym obłędem, na który lekarstwem jest małżeństwo lub, jak w moim przypadku, odizolowanie pacjenta od czynników chorobotwórczych. I miłość, niby mara, znika. Rozproszyła się jak mgła na Kasprowym bo miłość i modlitwa są nieopisywalne. Nie da się ich opisać ani słowami, ani gestem, ani niczym innym. Teraz leżę obok siebie. Egotysta i narcyz o kiepskim guście. A mogłem koło bufetowej o zielonych oczach. Gdybym się zabrał do tego z innej strony. Otwieram puszkę z Pandorą. Jest to patent Kiszczaka, który był wprawdzie nieco głupszy od Feliksa Dzierżyńskiego, twórcy Czeka (czerezwyczajka), ale o niebo mądrzejszy od feldmarszałka armii ugandyjskiej i dyktatora Ugandy Idiego Amina, o którym historycy pisali, że brakowało mu szarych komórek, a z którym Kiszczaka porównywali jego konfratrzy. Zauważam, że Kiszczak komórek szarych miał w nadmiarze, ale jaki z nich robił użytek, to już inna sprawa. Kiszczak, oprócz Pandory uganiał się za skarbami III Rzeszy. Wówczas przypominał gnoma, karłowatego chochlika zamieszkującego wnętrze ziemi i sprawiającego specjalny nadzór nad podziemnymi skarbami. Były minister nagminnie mylił Pondorę z puszką Pandory. Razem z Pandorą wylatują bezrozumne stwory. Może to zombi? Tak, to one. Mają paskudne twarze. Brzydkie charaktery. Wyskakują z puszki i bełkocą. Gwarą cyborgów przytaczają rozkaz. Chcą mnie anihilować. Muszę zabić ich pierwszy. To wojna po wojnie. Po wojnie w Bieszczadach, a szczególnie po akcji „Wisła” zostały tylko popioły, i tylko czasem błyśnie wśród popiołów łza raniąca oko, albo pragnienie by zresetować pamięć. Ciekawe, jaką intelektualiści nadadzą nazwę temu, co teraz robimy? No, ale czniam intelektualistów, bo zoczyłem w Warszawie pod wieszcza pomnikiem, pod którym spotykał się „Kuroń z niejakim Michnikiem” Bolka Nasielskiego trzymającego w rękach jedną ze stu milionów rolek papieru toaletowego inkrustowanego portretem jego konfrata – Jerzego Urbana. Bolek! Dlaczego kazałeś to wydrukować? Bierz rolkę i spierdalaj do Jurka. On ci wyjaśni. Lecę. Eks-rzecznik rządu Jaruzelskiego śmieje się. Adwersarze wycierają sobie moim nazwiskiem gęby. Teraz mogą wycierać także dupy. Ich gęby i dupy są nierozróżnialne. Masz tu zszywkę „Nie” i zapieprzaj na ulicę Broniwoja wymienić „Urbanówkę” na „Testament Józefa Piłsudskiego” w opracowaniu Cieślikowskiego, któremu pomagałeś w tym niecnym procederze. Mieszkanie pułkownika. Niedaleko Komendy Głównej MO i mój dymiący mózg po spotkaniu z Urbanem. Pukanie do drzwi. To zombi UB krzyczy Cieślikowski. Salwuję się ucieczką przez okno. Spadam z 6 piętra. Ubeckie zombi dopadają mnie. Anihilują. Pakują do grobu. Żywię się ziemią pod ziemią. Jak dżdżownica. Wydaję pod ziemią „Czerwoną Krowę” i powtarzam Hrabalowe, że ten świat jest piękny do obłędu. Nie żeby taki był, ale ja go takim widzę. Cdn.