Jestem tak znudzony ludzkością i światem, że nic nie jest w stanie mnie zainteresować, chyba że znajdę co najmniej dwa morderstwa na stronie lub przeczytam o jakich potwornościach rodem z nieznanych przestrzeni.
Howard Phillips Lovecraft
Robert Skidelsky twierdzi, że wszechświat jest jak zegar dążący do równowagi. A ludzie są jak atomy, które krążą tak długo, aż znajdą własne miejsce w strukturze świata.
Jako indywidualny atom krążę już 87 lat wokół Słońca, tego najważniejszego zegara – klepsydry, wypełnionego wodorem zamienianym w hel, a swojego miejsca jeszcze nie znalazłem. Czy słyszeliście kiedyś o schizofrenii półkarskomaszynopisowej? Nie? No to posłyszycie.
Poczuwam się do obowiązku zasygnalizować P.T. Czytelnikom kilku wyjaśnień odnośnie książki pt. Kto zabił? Desperat 2, w którym opisałem jak było. Jak będzie opowiadam w następnej książce pt. Miałem kiedyś przyjaciół, która ukaże się, albo i nie, nakładem Oficyny Wydawniczej CB.
***
Biskup Ignacy Krasicki pisał:
Stara czapla, jak to bywa,
Trochę ślepa, trochę krzywa,
Gdy już ryb łowić nie mogła,
Na taki się koncept wzmogła.
Chcąc znaleźć indywidualne equilibrium, wzmóc się na koncept czapli czytałem książki i dokumenty tak tajne, że przed czytaniem należało je spalić. Ale nie paliłem. Słuchałem i podsłuchiwałem działaczy różnej proweniencji – persony, których w żadnym wypadku podsłuchiwać nie należało. Wiem, ze to nieetyczne, niemoralne i nieładne, ale jakże przyjemne.
Poznawałem polityków i oficerów wspaniałych, dobrych i tak delikatnych jak puch aniołów, ale także ewidentnych skurwysynów, bezgranicznie, bez względu na fakty historyczne zakochanych w Wielkim Sowieckim Bracie, a teraz w Rosji. Zauroczenie nie przeszło im do dziś.
***
Jest to o tyle ważne, że światem w trzeciej dziesiątce XXI wieku rządzi prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump. Ten polityk rozpoczyna światowe awantury raz za razem. Władca USA, teraz udający Boga, moim zdaniem jest bardziej podobny do cesarza Kaliguli niż do Stwórcy.
To przecież rzymski cesarz, pogniewawszy się na Posejdona, wedle mitologii greckiej – władcy mórz, oceanów, trzęsień ziemi i koni wypowiedział greckiemu bogowi wojnę i rozkazał swojej armii nacierać z mieczami na Morze Śródziemne.
W 2026 r., D. Trump, którego armia ma nie tylko miecze, ale i rakiety, nakazał zaatakować tylko Iran, a przy okazji rozpętał w Kotle Bliskowschodnim awanturę na niespotykaną skalę. O wiele większą niż wojna Kaliguli z Morzem Śródziemnym.
Wódz Stanów Zjednoczonych zapomniał jak widać, że Kaliguli już od 24 stycznia 41 r. nie ma, a Morze Śródziemne ma się dobrze. Myślę, że podobnie będzie z wojną na Bliskim Wschodzie. O D. Trumpie świat rychło zapomni, zaś Iran nadal będzie nadal lokalnym mocarstwem.
***
Ale, ale jakiż jest sens z opisywania aniołów?
Fascynowali minie skurwysyńscy działacze polityczni i oficerowie tajnych służb. Dzieliłem ich na stalinowców i antystalinowców. Prymitywni stalinowcy byli pożytecznymi idiotami. Prawie takimi samymi, jak antystalinowscy, którzy nie chcieli uznać faktu, że wojna skończyła się w maju 1945 r. Wówczas to Zachód, a w szczególności USA miał w głębokim poważaniu takiego alianta jak Polska i nie ujmie się za nami także w XXI wieku, bo tak jak w 1939 r. ludzie zachodu nigdy nie będą „chcieli umierać za Gdańsk”. Ostatnio cichutko, aby nie urazić D. Trumpa przebąkuje o tym, też Donald, premier Tusk.
***
Bralem więc na spytki optymistów i pesymistów, osobników pasywnych i ekspansywnych, zachowawczych i progresywnych, odważnych i tchórzliwych. Wśród nich najważniejsi byli generałowie: W. Jaruzelski, F. Siwicki, Cz. Kiszczak, M. Janiszewski, W. Pożoga, E. Buła i E. Poradko oraz kilka setek oficerów resortów siłowych oraz innych polityków, intelektualistów i patointelektualistów.
O nich chcę wspomnieć. Ci ostatni rajcowali mnie najbardziej, gdyż wedle Aldousa Huxleya intelektualista to osoba, która odkryła coś bardziej interesującego niż seks.
***
Wierny słowom noblisty, że „spisane będą czyny i rozmowy” kronikowałem i mógłbym powtórzyć za Izaakiem Bablem: „Kronika tych codziennych zbrodni dławi mnie bez wytchnienia na podobieństwo wady serca”.
W okresie Peerelu rozlazła nam się Polska i oklapła w głuchym aplauzie pospolitości. Ale po wyborze kardynała Karola Wojtyły na stolicę Piotrową opozycja demokratyczna i papież usiłowali wlać w społeczeństwo trochę optymizmu.
Aby opisać maleńki epizod wojenno-powojenny odwołuję się do zmurszałej pamięci. W 75 rocznicę zakończenia drugiej „światówki” nie od rzeczy będzie przypomnieć również kilka faktów, co nie nowe, ale, wobec propagandy, działającej na zasadzie wahadła, od skrajności do skrajności, nie zawsze i i nie wszędzie funkcjonujące w powszechnym obiegu. Bo, jak twierdzi Emmanuel Levinas: Prawdziwe życia jest gdzie indziej, ale my jesteśmy tutaj. Dlatego uważam, że historię co jakiś czas warto weryfikować rozumem.
***
Od Arystotelesa wiem, że świat składa się z liczb zaś fikcja jest jakimś rodzajem prawdy. A że świat jest inkluzywny wybaczcie tedy, że i tu też będzie trochę cyfr. Przypomnę prawdy kiedyś powszechnie znane, ale niekiedy zapoznane, często niekochane i przeważnie zmanipulowane.
Tu uwaga: czy opowiadacz tej historii – por. Góral mógł znać prawdę o peerelowskiej pospolitości? Nie mógł. Tak samo jak nie znał jej i nie zna autor książki pt. Kto Zabił? Desperat 2.
Po 1990 r. wahadło propagandowe przychyliło się w drugą stronę. To co było dobre w Peerelu jest złe w III RP i odwrotnie.
Wobec tego gdzie leży prawda? Czy pośrodku?
Nie! Prawda leży tam, gdzie leżała i leży. Jednak pytania o prawdę stawiać można, i trzeba. Takie pytanie należy stawiać szczególnie przy grach wywiadów.
***
W Peerelu były to gry służb wschodnich kontra zachodnich. W tych grach jest coś na rzeczy. Oto jak donosi „Gazeta Wyborcza” z 14.02.2020: W latach 50. XX w. siły amerykańskie planowały zrzucenie bomb atomowych na Polskę. (Z załączonej mapki wynika, że chodzi o Elbląg, Katowice, Nową Hutę i Krosno. Wiem coś o tym, gdyż przebąkiwano o tym w podchorążówce i w Wojskowej Akademii Politycznej w której pobierałem nauk nie tylko o tym „jak kochać Związek Sowiecki).
Z tego wniosek: całej prawdy o opisywanych w Desperacie 2 wydarzeniach do dziś nie zna nikt. Bez dostępu do archiwaliów zachodnich (głównie francuskich, brytyjskich i amerykańskich) i sowieckich można napisać jedynie prace przyczynkarskie.
Czy więc dzieje Zenona Górala to jedna wielka ściema? Nie. Przygody porucznika oddają jedynie klimat, w jakich przyszło żyć i funkcjonować ludziom zagubionym i bezwiednie wplątanym w przerażające zbrodnie, ale chcących zachować minimum uczciwości.
***
Po „światowce” Polska, na mocy porozumień aliantów, zdradzona przez Zachód weszła w apogeum systemu stalinowskiego. W Kraju Pieroga i Zalewajki rozpanoszył się monumentalny, ponury, niezmierzony i absurdalny komunizm. Prowokacja goniła prowokacje. Nikt nie dbał o przedstawianie dowodów. Wytyczne rządzących przyjmowano jak dogmat. Ludzie mieli tylko jeden obowiązek – wierzyć w to, co stwierdziła partia i w to, co ustalił Urząd Bezpieczeństwa.
Wyobraźcie sobie, że skołowana łepetyna porucznika Górala puchła od tych informacji, na siłę tłoczonych mu do mózgu.
***
Na zakończenie tego fragmentu informuję, że poglądy porucznika Zenona Górala są o lata świetlne odległe od poglądów autora.
Tako rzecze Arystoteles: Pewne rozważania nasuwają podejrzenie, iż czas albo w ogóle nie istnieje, albo jest pojęciem bardzo mglistym i niewyraźnym. Bo oto jedna jego część przeminęła i już jej nie ma, podczas gdy inna dopiero będzie i jeszcze jej nie ma.
***
To była „Pierwsza Solidarność”. Liczyła 10 milionów członków. Mitem założycielskim związku były słowa papieża Jana Pawła II: Niech zstąpi Duch Twój! I odnowi oblicze ziemi… tej ziemi.
To był mit kompensacyjny, za którym czaiła się myśl: jeżeli społeczeństwo pozostawi polskie sprawy w rękach władz komunistycznych, będzie to największa w dziejach świata abdykacja od dążeń wolnościowych.
Papież JP II wykrzyczał to głośno.
Bo odnowić ziemię nie można było mówić szeptem.
Ancien regime był w odwrocie.
***
Tłum coraz bezczelniej pyskował, wspominając mroczne sprawy minione. Pyskowanie podsycał Kościół. Głównie proboszczowski. Mimo że hierarchia rzymsko-katolicka miała coraz lepsze stosunki z reżimem gen. Wojciecha Jaruzelskiego, zaś generał Czesław Kiszczak był zakolegowany z sekretarzem episkopatu Polski biskupem Bronisławem Dąbrowskim. Cz. Kiszczak coś dla B. Dąbrowskiego, biskup coś dla Ancien regime. Było to nałożnictwo do kwadratu.
Sterujący polskim Kościołem kardynał Stefan Wyszyński uważał tych generałów za postaci ambiwalentne: bezwzględne, ale też wrażliwe, po trosze za charyzmatyczne, a po trosze za psychopatyczne.
Wydaje się, że o ile przy W. Jaruzelskim S. Wyszyński miał rację stuprocentową, to w wypadku ministra MSW adekwatną była jedynie pierwsza i ostatnia cecha. Cz. Kiszczak, specjalista frymarczenia, przybierając minę Chrystusa frasobliwego pełnił przy W. Jaruzelskim rolę anioła stróża, odpędzał od generała złe, antysocjalistyczne duchy.
***
- Jaruzelski postępował zgodnie z prawem. Jeżeli nie było potrzebnego prawa, nakazywał je stworzyć. I stwarzano. Czasami je nawet antydatowano. Tak było w wypadku stanu wojennego.
Generał wydał rozkaz o jego wprowadzeniu „wojny z narodem” w południe 12 grudnia 1981 r., a Rada Państwa „zaklepała” to dopiero 13 grudnia w nocy.
Ale być może generał traktował przykazy Kremla jak dogmaty tak, jak fundamentaliści chrześcijańscy traktują Dziesięć Przykazań – jako nieomylne prawa wykute w kamieniu.
Jeżeli o mnie chodzi, to bardziej niż sowieckie dogmaty przemawiały słowa poety, że czucie i wiara silniej mówi do mnie niż mędrca szkiełko i oko. Dlatego za lejtmotyw postępowania przekładałem Bal w operze J. Tuwima, a nie Historię WKP (b).
Nie można też wykluczyć, że W. Jaruzelski miał w tyle głowy chęć dogadania się ze społeczeństwem. Ale bał się Moskwy. Być może. Mimo wielogodzinnych rozmów z I prezydentem Wolnej Polski nie udało mi się tego ustalić.
Natomiast jego minister spaw wewnętrznych polegał tylko na sile. Liczące pół miliona członków ZOMO miało pałki jak dyszle Wielkiego Wozu. Tymi pałami okładano głowy i ramiona tępaków niekochających socjalizmu. Tak, to byli członkowie prima sort (zob.: fallus).
***
Ancien regime starał się postępować z Kościołem jak z jajkiem, co hierarchia skwapliwie wykorzystywała. Mimo to kapłani nadal ginęli. Ks. Jerzego Popiełuszkę utopiono w zalewie na Wiśle koło Włocławka, ks. Stanisław Suchowolec zginął w pożarze we własnym pokoju. Śmierć ks. Sylwestra Zycha upozorowano upojeniem alkoholowym, a ks. Stefanowi Niedzielakowi po prostu skręcono kark.
Skazano wprawdzie 4 zabójców Popiełuszki, ale żadnego z tych ewidentnych morderstw nie wyjaśniono dogłębnie. Ile w tych zgonach było udziału tzw. nieznanych sprawców, a ile przypadku? Ciężko ustalić.
Dość powiedzieć, że „nieznanych sprawców” często można powiązać ze służbami specjalnymi. Tak było. Tak jest. I tak będzie.
***
W okresie Pierwszej Solidarności coraz śmielej przypominano pakt Ribbentrop – Mołotow (oraz tajne protokoły do paktu), wojnę z Niemcami i uderzenie Sowietów z 17 września 1939 r., które doszlachtowało Polskę.
Obaj ludojady szczerząc kanibalskie kły emanowali jakąś telluryczną siłą prowadząc ludzi ścieżką zbrodni. Na pakcie Hitler – Stalin oba państwa zyskiwały militarnie i gospodarczo.
Pierwszym „łupem” paktu stała się Polska. Co bardziej krewcy solidarnościowcy zapominając o zdradzie Francji i Anglii oraz o konferencji jałtańskiej z udziałem Roosevelta, Churchilla i Stalina, w czasie której zapadła decyzja oddania Polski w pacht Sowietom, licząc na militarną pomoc Zachodu, chcieli się natychmiast bić z Sowietami.
Słynna była fraza zgłoszona na oficjalnym forum związku przez jakiegoś bubka: „Jak >Solidarność< uderzy pięścią w stół, to kremlowskie kuranty zagrają Mazurka Dąbrowskiego”.
To dudkowate, ale i tromtadrackie jęczenie wyglądało jak teatr kukiełkowy, w którym jakiś gwałtownik wystawił fircykowatą sztukę „Zamach na komunizm”.
***
Niektóre oszołomy, drwiąc z rozsądku chciały doprowadzić do „upustu polskiej krwi”, która oczyści naród z komunistycznych złogów. Mówiono: „Przypomnijmy sobie, żeśmy z harnasiów”. Inni tęsknili za budową szubienic.
Ślady takich poglądów można do dziś spotkać w naprawdę dobrych dziełach literackich i w wypowiedziach zdegenerowanych polityków.
Nie można też wykluczyć inspiracji służb. Takie fortele cechowały głównie Departamenty III i IV MSW, Służbę Wywiadu i Kontrwywiadu, Biuro Studiów oraz zwiadu WOP. Nie od rzeczy będzie wspomnieć w tym miejscu o służbach Sowieckich, których sukcesorem są teraz służby rosyjskie, co widać do dziś w Kraju Pieroga i Zalewajki na każdym kroku.
Specjaliści z tych komórek podrzucali oszołomom z „Solidarność” różne frykasy, pozwalające zaistnieć gwałtownikom i postponować umiarkowane skrzydło związku, któremu przewodził Lech Wałęsa.
***
Gwałtownikom z przekąsem wtórują przeciwnicy takich rozwiązań. Przypominając okres stalinowski, sugerują, że zwolennicy rozwiązań siłowych nie spoczną, aż doprowadzą do sytuacji, w której polskie miasta będą wyglądały tak jak Warszawa po powstaniu warszawskim.
Kościół w erze gen. Wojciecha Jaruzelskiego tonował te buńczuczne nastroje. A dziś? Koń, jaki jest każdy widzi. A jak nie widzi, to wystarczy popatrzeć na abp Sławoja Leszka Głódzia i innych hierarchów.
***
Osoby wykształcone i „gramotne” w historii wskazywały też na różne cezury rozpoczęcia i zakończenia II wojny światowej. Dla Polski datą rozpoczęcia wojny był 1 wrześnie 1939 r., dla Stanów Zjednoczonych 7 grudnia 1941 r. (napaść Japonii na Pearl Harbor), a dla Sowietów 22 czerwca 1941 r. (agresja Niemiec na ZSRR) jako początek tzw. Wielkiej Wojny Ojczyźnianej.
Tylko, że nie była to Wielka Wojna Ojczyźniana! Była to wojna między dwoma faszystowskimi reżimami, hitlerowskim i stalinowskim.
Zaś zakończenie działań? Dla nas i dla Europy dniem zakończenie wojny był 8 maja 1945 r., dla Sowietów 9 maja, a dla świata 2 września 1945 r. (kapitulacja Japonii).
***
Siły polskie w przededniu wojny liczyły 950 tys. żołnierzy, Niemiec – 1 mln 850 tys., Sowietów 1mln 500 tys. Dzięki niezdecydowaniu i niemrawości zachodnich aliantów (liczących 6 mln 840 tys. żołnierzy wobec 3 mln 350 tysięcy żołnierzy Niemieć i Sowietów) Hitler, oprócz Polski mógł spokojnie zająć Danię, Norwegię, Francję, Belgię i Holandię i kosztem 50 tys. zabitych żołnierzy zająć większą część Europy.
Fuhrer powiększył też terytorium III Rzeszy niemal o 2 mln kilometrów kwadratowych i zdublował potencjał gospodarczy państwa. Zrabował przy tym ok. 400 ton złota, które wymienił następnie w bankach szwajcarskich. Ta banki dla Fuhrera były gigantyczną pralnią pieniędzy.
Trwająca 35 dni wojna z Polską kosztowała III Rzeszę 17 tys. zabitych żołnierzy.
Straty Polskie wynosiły odpowiednio: 70 tys. zabitych, 138 tys. rannych i 420 tys. wziętych do niewoli. Było to odwrócenie zasad taktycznych mówiących, że atakujący ponoszą trzykrotnie większe straty niż obrońcy.
Dla porównania: Stalin w rozpoczętej 30 listopada 1939 roku wojnie z Finlandią (której armia liczyła 35 tys. żołnierzy wspartych 110 tys. Gwardią Obywatelską) rzucił w pierwszym rzucie 450 tys. żołnierzy tracąc 127 tys. zabitych i 265 tys. rannych. Straty Finów były odpowiednio – 26 tys. osób zabitych i 40 tys. rannych.
To dzięki Paktowi Stalin mógł zaatakować i okupować część Polski i Finlandii, zająć państwa bałtyckie oraz Bezarabię, stanowiącą wtedy część Rumunii.
A my? A my walczyliśmy dzielnie i patriotycznie z hasłem na ustach: Bóg, Honor i Ojczyzna. Wystawieni do wiatru przez sojuszników zachodnich, wzięci w kleszcze dwóch ludojadów, ciała daliśmy jak zawsze.
***
Skoro w modzie jest historia alternatywna, pogdybajmy nieco. Gdybyśmy przewidzieli, że Zachód zachowa się tak, jak się zachował, moglibyśmy w 1939 r. dogadać się z Hitlerem. Zwolennikiem takiej kontrowersyjnej hipotezy był m.in. mój przyjaciel profesor Paweł Wieczorkiewicz.
Zgoda, Rzeczpospolita byłaby wówczas tak skurwiona jak Francja Vichy marszałka Petaina, Węgry Miklosa Horthy’ego, Rumunia króla Michała, Słowacja księdza Józefa Tiso czy Bułgaria cara Borysa III.
Tak, zgoda, moglibyśmy się sprostytuować tak jak inni. Ale się nie skurwiliśmy. Tylko co z tego? Tylko… Może jedynie dzisiejsze oszołomy i „zatwardziali patrioci” nie mogłyby drzeć pysków o niezłomności Polski i pouczać Polaków jak pojmować miłość ojczyzny.
***
W drugiej wojnie światowej straty wymienionych państw razem wzięte były bez porównania mniejsze niż straty polskie. A my, na domiar złego, zafundowaliśmy sobie jeszcze kosztem 250 tys, zabitych i prawie doszczętnym zniszczeniem miasta powstanie warszawskie.
Więc gdyby polityka rządu II Rzeczypospolitej była inna, może i nasze straty byłyby mniejsze?
***
Inwazję Hitlera na Europę poprzedził anszlus Austrii w marcu 1938 r. i układ Monachijski (Francja, Wielka Brytania, Niemcy i Włochy) z września tegoż roku dający prawo do zajęcie 1/5 Czechosłowacji przez Trzecią Rzeszę. E. Daladier (premier Francji) na widok tłumów witających go w Paryżu: Przyszli skuć mi mordę?. Mylił się. Tłum wrzeszczał: „Niech żyje Francja! Niech żyje Anglia”.
Kultura Francuska jest wielka. Kto wie, czy nie największa w Europie. Ale tłuszcza nadsekwańska jest prymitywna. Kto wie, czy nie najprymitywniejsza na naszym kontynencie? Churchill: Mieli do wyboru wojnę lub hańbę, wybrali hańbę, a wojnę będą mieli i tak.
***
Maria Dąbrowska skarży się w Dziennikach: Paradoks naszych czasów: osłanianie tajemnicą tego, co powinno być ludziom wiadome, i bezwstydne odsłanianie tego, co powinno być osłaniane pewną dyskrecją. Sowa pisarki są aktualne do dziś.
Wyprawę Hitlera na naszych południowych sąsiadów wykorzystała Polska wkraczając 2 października 1938 r. na Zaolzie. I to jest Polski grzech główny, taki, który wystarcza za wszystkie siedem.
Tylko przez moment staliśmy się hieną ekspansji Trzeciej Rzeszy.
- Churchill, komentując udział Polski w zagarnięciu Czechosłowacji, powiedział, że Niemcy nie byli jednymi szakalami. Słowa premiera Wielkiej Brytanii jakby czekały aż Polacy je zrozumieją.
Wobec agresji Trzeciej Rzeszy Zachód milczał. Goebbels w dzienniku pod datą 22 września 1938 r. zanotował: Presja Londynu i Paryża jest coraz silniejsza. Tamtejsza prasa traktuje już Pragę jak gówno. To jest ta wielokrotnie wysławiana solidarność demokracji!. Warto te słowa potraktować poważnie.
***
Ale historia była, jaka była. Historia jest niczym innym jak tylko niekończącą się interpretacją rzeczywistych i wyobrażonych wydarzeń z przeszłości, która – jak pisze Olga Tokarczuk – pozwala nam dostrzec w niej sensy niegdyś niewidoczne. Przeto pozwólcie na jeszcze jedno gdybnięcie.
Gdyby nie agresja ze Wschodu, moglibyśmy bić się do końca świata, a nawet dłużej. A wówczas te patafiany z Zachodu być może przypomniałyby sobie, że są spadkobiercami D’Artagana, marszałka Napoleona czy admirała Nelsona i wykorzystując przewagę liczebną, skopaliby tyłki armii Hitlera, która na froncie zachodnim była słaba jak mały piwo.
Mogłoby tak być.
Może błędem było nie uznanie przez rząd RP, że agresja sowiecka była wypowiedzeniem Polsce wojny?
***
W Polsce Stalin, dobijając nas, zyskał blisko dwa lata na przygotowanie się do wojny na Europejskim Teatrze Działań (które w większości zmarnował). Zadowolił się też w porównaniu z Hitlerem skromniejszymi łupami, zyskując 460 tys. km kw. i 23 mln nowych poddanych, których część wyekspediował na Syberię, a część po prostu kazał zabić (wiosną 1940 r. w Katyniu, Kalininie, Charkowie, Kijowie i Miński zamordowano 21 768 jeńców wojennych, obywateli Polski).
Była to zbrodnia, nawet jak na skalę wojny, gigantyczna. A Świat? Świat, mimo, że sprawa była od początku wiadoma, milczał przez bez mała pół wieku.
***
Po 8 maja 1945 r. przez dwie pierwsze dekady na Zachodzie i Wschodzie działalność służb opierano na siatkach wywiadowczych. Niektóre siatki były bardzo liczne. Prym w nich wiedli oficerowie służb specjalnych.
Sporo do powiedzenia mieli agenci, także kapturowi (nieświadomi), np. w trwającej 5 lat grze, w historiografii widniejącej jako gra w V Główny Zarząd WiN, brało udział ponad 200 funkcjonariuszy bezpieki i około 3 tys. osób, niekiedy zupełnie nieświadomych w co się bawią.
W latach 70. stopniowo przechodzono na indywidualnych agentów.
Wrogie siatki szpiegowskie, ale i pojedynczy szpiedzy bardzo chętnie biorą się za łby. Mają to po prostu, od czasów Sun Zi, we krwi. Metody służb są stare jak świat. Zmieniają się tylko środki techniczne i obiekty zainteresowań.
***
Panta rei. Życie też. Ludzie, tak chętnie zwani nieśmiertelnymi, czasami także umierają. W 1953 r. odszedł Stalin. Odszedł naturalnie albo utrupiony przez Berię.
W 3 lata później w Moskwie opuścił ten padół Bierut, który do tej cezury budził strach, „jednym gestem wywyższał lub skazywał na nieistnienie”. Podobno zaraził się panującą na Kremlu epidemią zapalenia płuc. Od tej pory jego wielkość była równa zeru. Wielkie nic. Skomentowałem to w książce pt. Urok <dobrej zmiany>. Czar polskiego ładu. Tajne sejfy B. Bieruta i J. Bermana.
***
W Polsce upadł stalinizm i rozpoczęła się pierwsza „odnowa”. W 1956 r. ponowne do władzy, niczym deus ex machina doszedł Władysław Gomułka ps. „Wiesław”. Tak to pamiętam: partia z okazji intronizacji Gomułki zwołała wiec na Placu Defilad w Warszawie. Przyszło 400 000 tysięcy upodlonych przez stalinizm ludzi. Przyszli głupcy i mądrzy, biedni i bogaci, pijani od piwa i wina patykiem pisanego, pijani od propagandy. “Wiesław” sypał frazesami przeplatanych zeschniętymi epigramami, tymi podstawowymi składnikami każdego przemówienia polityków, generałów i propagandystów.
W wystąpieniu Gomułki słychać było zaśpiew ortodoksyjnego komunizmu, a od mowcy bił taki żar, że towarzysze na trybunie i pierwsze rzędy ciżby klęczącej u jego stóp odsuwały się od niego aby nie ulec poparzeniom.
W Kraju Pieroga i Zalewajki promieniował aplauz jako echo tego pustosłowia. Tak rodził się zbiorowy amok, drugiego po Bierucie wodza. I zakończenie „Wiesława”: Dość wiecowania i manifestacji, czas przejść do codziennej pracy.
***
Dawne MBP, teraz przemianowane na MSW i KdsBP, natychmiast przystąpiły do codziennej pracy. Tak samo postąpiono z Informacją WP, teraz przemianowaną na WSW. Ta praca była nie tak agresywna jak w stalinizmie, ale i tak przerażała, porażała i zarażała tłuszcze do obrony socjalizmu.
Czasy ery „Wiesława” różniły się od stalinizmu tym, że osłabły związki z Sowietami i teraz już nie rozstrzeliwano ludzi bez sądu, a aresztowanych nie przykuwano już kajdankami do taboretów przyśrubowanych do podłogi. Teraz przykuwano ich do kaloryferów.
Sądy w Kraju Pieroga i Zalewajki niewątpliwie znały już łacinką zasadę audiatur et altera pars (należy wysłuchać drugiej strony) ale jej nie przestrzegały i nadal nie przestrzegają. Przekonałem się o tym na własnej skórze dostawszy się w macki sędziny Anny Wujec oraz łapska prokuratora Regulskiego, o którym powiedzieć, że to kanalia, to nic nie powiedzieć .
***
Wywiady przeszły do głębszej konspiracji. Jednak po mianowaniu gen. Czesława Kiszczaka (ksywa CzeKiszczak) szefem resortu spraw wewnętrznych służby specjalne na powrót zacieśniły stosunki z KGB i GRU, zabierając się do masowych kombinacji operacyjnych przeciwko opozycji demokratycznej. Szło na to ok. 80 procent funduszy MSW.
O ile wywiad nadal opierał się na jednostkach, to w kontrwywiadzie punkt ciężkości przeniósł się na pracę zespołową.
***
Niezrażona tym „Solidarność”, od początku solidnie uagenturniona (w czym duża zasługa szefa Służby Bezpieczeństwa gen. Władysława Ciastonia i szefa Służby Wywiadu i Kontrwywiadu gen. Władysława Pożogi) antycypowała nadejście Eldorada, gdy tylko związek zdoła dorobić socjalistycznej mordzie ludzką twarz. Podobało mi się to. Usiłowałem zwrócić uwagę, na niebezpieczeństwa takiej zabawy.
***
W połowie 1981 roku zebrałem zapiski w książkę. Liczyła 800 stron. Nadałem jej tytuł Desperat. Ośmielony sytuacją, ale nie na tyle, aby samemu ryzykować ujawnianie prawdy, zaniosłem manuskrypt zaprzyjaźnionemu cenzorowi i przyjacielowi w dowództwie Wojsk Ochrony Pogranicza pułkownikowi Alfonsowi Nowakowi, który był równocześnie jednym z cenzorów Sztabu Generalnego WP.
Znający mnie co nieco płk A. Nowak tekst przyjął z obrzydzeniem. Już po pierwszych stronach zaczął rwać włosy z głowy i wykrzykiwać: Czyś ty, chłopie, zwariował! Napisałeś to tak, jakby cię granatem od pługa oderwało.
Potem wziął czerwony długopis i skreślił ¾ maszynopisu i dał tekst do cenzury komilitonom z MSW i GUKPPiW z Mysiej (Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk mieszczący się w budynku prze ulicy Mysiej w Warszawie). Ci cenzorzy mieli jeszcze ostrzejsze długopisy.
– Bój się Boga! Alku, scienkowałeś manuskrypt o 600 stron, to chociaż powiedz cenzorom – prosiłem pułkownika – aby byli dla książki łaskawi.
Nie byli.
***
Zebrałem resztówkę. Usłuszniłem tekst zgodnie z życzeniem cenzorów i zaniosłem do następnego przyjaciela Krzysztofa Bęgowskiego (dziś Anna Grodzka, z którą przyjaźnię się do dziś) kierującego Studencką Oficyną Wydawniczą „Alma-Press”.
– Coś mi tu przyniósł? – zapytał Bęgowski.
Odpowiedziałem, że komunistyczną w formie i socjalistyczną w treści książkę szpiegowską, która udaje powieść, ale powieścią nie jest. Jest zapisem tego, co zdołałem ustalić śledząc czyny i rozmowy.
Uprzedziłem także Krzysztofa, że lekce sobie ważę upływ czasu między poszczególnymi akcjami, bo uważam, iż czas płynie nielinearnie, nie ma ciągłości ani kierunku. To raczej luźny zbiór chwil. A każda jest pierwszą i ma na imię Teraz.
Nie ukrywałem też, że tam gdzie nie miałem wiarygodnych faktów konfabulowałem troszeczkę, ale nigdy nie było to wyssane z palca. Każdej opisanej rzeczy przyglądałem się z bliska i przepuszczałem przez swoją – być może – spaczoną wyobraźnię.
Skancerowana książka, wyglądająca jak Mickiewiczowski szkielet „bez serc, bez ducha” lub opis szkieletu marlina u Ernesta Hemingwaya ze Starego człowieka i morza ukazała się na początku 1987 roku. W zasadzie niezmieniony został jedynie tytuł książki, a jednak stutysięczny nakład rozszedł się w ciągu kilkudziesięciu dni.
***
Zwiotczały moralnie, 4 grudnia 2019 roku, po ukończeni 960 miesięcy życia na 15 minut rzuciłem picie, seks oraz zainteresowanie polityką i służbami specjalnymi. To był najgorszy kwadrans w moim życiu.
Azaliż po przespaniu się, zmieniłem zdanie. Dlaczego? Bo uważam, że brednie i kłamstwa polityków stanowiące punkt wyjścia dla głupiej tłuszczy, która dostrzega nie to, co widzi, ale to, co rządzący każą jej widzieć, hamują Polskę w rozwoju.
Wolałbym, aby rządy sprawowała grupa dżentelmenów niż sutenerów. Rządy Peerelu, ale i następne, przypominały Kronosa zjadającego własne dzieci. A to, w skrajnych przypadkach, doprowadzało do buntów i, aby opanować sytuację trzeba było strzelać do społeczeństwa.
A tak, przy okazji, po czym poznać, że polityk kłamie? Po tym, że otwiera usta.
Sytuację wykorzystują służby specjalne, kupując np. Pegasusa. Ale, że to ustrojstwo okazuję się chwilowo łagodniejszym krytykiem literackim niż dawny KC PZPR, pomyślałem, że może się uda powiedzieć to, co nie udało mi się ogłosić pół wieku temu. Virginia Fellows napisała: Na początku moich dociekać pewne dziwne zjawisko, nazwane przez Carla Junga synchronią, sprawiło, że zetknęłam się z najbardziej niesamowitym (…). Nagle i niespodziewania, dokładnie w odpowiednim miejscu i czasie, pojawia się jakiś kluczowy przedmiot lub informacja, jak gdyby wszystkim sterował jakiś dżin (…).Jego relacja całkowicie zmienia pojęcie o historii…
Może dlatego bohatera Kto zapił Desperat 2, porucznik Zenon Góral jest postacią złożona z kilku moich konfratrów. Funkcjonariusze wywiadu francuskiego Yvonne Bassaler, Andre Robineau, mjr Humm, konsul Rene Bardet jak i oficerowie Henryk Pachówka – rozpracowujący szpiegów francuskich, oraz Henryk Wendrowski – prominentny żołnierz AK, a następnie MBP, MWS i dyplomata, dość szemrana postać. Wacław Ptasiński, Damian Kozak, Zbigniew Skoczylas i Ryszard Bartoszewicz – dowódcy strażnic Orle, Przesieka i Kamieńczyk, Jerzy Polak – zwiadowca Górskiego Batalionu w Szklarskiej Porębie, szef grupy zwiadu w Karpaczu, Tadeusz Steć – król przewodników i gejów sudeckich są postaciami kontrowersyjnymi, ale jak najbardziej autentycznymi.
Za wyjątkiem oficerów francuskich, znalem wszystkich. Pozostali bohaterowie również mają odpowiedniki w rzeczywistości, ale z różnych względów zmieniłem ich nazwiska i niektóre szczegóły mogące pomóc w ich identyfikacji.
PS są to nieco podrasowane, bo uaktualnione fragmenty książki Kto zabił? Desperat 2.