Archiwa kategorii: Bez kategorii

SIĘ NAPISAŁO

Gdy patrzę na naszych rządzących wywodzących się z prostej linii z czwartorzędnych niegdysiejszych działaczy „Solidarności”, gdy widzę te pałace, które sobie pobudowali, te limuzyny którymi się poruszają, te apanaże które biorą z kasy państwowej, te butne, paskudne, brudne słowa którymi obrzucają tych, co na nich pracują to mi się igła w kieszeni otwiera.  Zacznę tedy parafrazą Marka Twaina: Sójka ma równie mało zasad moralnych, co członkowie naszych władz. Sójka kłamie, sojka kradnie, sójka oszukuje, sójka zdradza i w czterech wypadkach na pięć cofa najuroczystsze przyrzeczenia. Niegdyś z cyklu: „Tajna historia mojego życia” się popełniło książkę „WAŁESA I… KRYPTONIM „BOLEK”. OPERACJA TAJNYCH SŁUŻB MON I MSW”  [wydawnictwo CB Andrzej Zasieczny, tel. 510210234, e-majl: biro@cbwydawnictwo.pl ]. Oto jeden z podrozdziałów:

            Kościół św. Anny słynie nie tylko z pięknego położenia. To również jedno z centrów życia kulturalnego, a w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych także politycznego stolicy. W podziemiach i wieży przykościelnej i odbywały sie spotkania z ludźmi kultury, którzy albo nie mogli, albo nie chcieli uczestniczyć w oficjalnym życiu. Byłem uczestnikiem tych spotkań. Po Okrągłym Stole nieodżałowanej pamięci Stefan Melak organizował spotkania z czytelnikami. Niekiedy wychodziłem poza temat książek i wygłaszałem odczyt na zaproponowany przez Melaka temat. Właśnie w czasie jednej z takich imprez na sali ujrzałem Annę Walentynowicz, którą  poznałem we wczesnych  latach siedemdziesiątych. Po spotkaniu poszliśmy gdzieś na herbatę i pani Ania mocno na mnie natarła za to, co dotychczas napisałem o  Wałęsie. – Gloryfikuje pan “Bolka” – powiedziała. – A ja go znam. To przeciętny facet, chory z próżności. Arogancki, niepoważny, niewyobrażalnie pyszny i zarozumiały. I jest ”Bolkiem”. – No to co z tego?  Każdy ma jakieś wady – odpowiedziałem. Jak każdy gamoń, nie skojarzyłem o co chodzi. Miałem na myśli list J. Milewskiego, w którym nazwisko Wałęsy kodowano  kryptonimem “Bolek”. Dziwiło mnie to trochę, bo dotychczas osoby odpowiedzialne w “S” za łączność nazwisko Wałęsy kodowały jako “UU”, sądząc naiwnie, że specjaliści z Biura Szyfrów MSW nie znają angielskiego, w którym “W” nazywa się double ju. – Musimy porozmawiać. Nie może pan pisać nieprawdy o Wałęsie. Nie może pan stawiać mu pomnika, skoro na to nie zasługuje – usłyszałem. – Jeżeli pan pozwoli, odwiedzę pana. Wówczas pogadamy otwarcie.

            Zaprosiłem panią Walentynowicz do siebie. Po kilku tygodniach do drzwi mojego mieszkania  na 12 piętrze bloku na Ursynowie zapukała pani Anna. Otworzyłem drzwi. Stała przede mną niewysoka,  niepozorna kobieta. Lata walki zrobiły swoje, aliści miała tę samą co niegdyś uduchowioną twarz, a w oczach troskę o losy świata. Wiedziałem, że jest osobą, która nie może się nie modlić i liczyłem, że wartości chrześcijańskie, które oboje wyznawaliśmy dopomogą nam w dorozumieniu się także w kwestii oceny Wałęsy. Walentynowicz niewiele się zmieniła od czasów, gdy okazała się niezłomnym uparciuchem w czasie sierpniowych strajków 1980 r. Wspólnie z Aliną Pieńkowską okazały sie krnąbrne wobec  Wałęsy, który odgrywał rolę “wielkiego pilota” wydarzeń. Obie były desperatkami. Zmusiły lidera do zmiany decyzji oraz kontynuowania strajku. Nie pamiętam, kto jej nadał przydomek “Sumienie <S>”. Chyba stało się to później. Jednak tamten moment do dziś tkwi w mojej pamięci.

            Bez wstępnych uprzejmości Walentynowicz, z rozbrajającą prostotą i dziecinną ufnością,  wyłożyła swoją teorię na temat roli Wałęsy w czasie rewolty 1970 r. i o dekadę późniejszych wydarzeń. Było to diametralnie różne od tego, co  sądziłem o eks-prezydencie. Zresztą nie widziałem początku strajku. Do Trójmiasta przybyłem nieco później, ze Szczecina, który znałem znacznie lepiej. W obu miastach miałem kolegów z obu stron. Korzystałem z pomocy zwiadowców WOP, ale i z członków „Solidarności”, których znalem z dawnych, jeszcze szczecińskich czasów. Znałem także komendantów WUSW. W Szczecinie gen. Jarosława Wernikowskiego i gen. Jerzego Andrzejewskiego w Gdańsku. O ile jednak ceniłem  Wernikowskiego to z Andrzejewskim żyłem na wojennej stopie. Pamiętam pierwsze spotkanie. Przekazałem generałowi pozdrowienia od płk. Majewskiego,  który wiedząc, że wybieram się do Trójmiasta o to prosił. Obaj oficerowie, jeszcze w czasach gdy byli funkcjonariuszami BP realizowali różne “akcje dochodowe”. Komendant popatrzył na mnie jak wąż na żabę. Wymieniliśmy jakieś zdawkowe nieuprzejmości. Miało to ten skutek, że przy następnych wizytach w WUSW napotykałem na  trudności w otrzymywaniu materiałów dotyczących spraw o których chciałem pisać. Odniosłem wrażenie, że kindersztuba Andrzejewskiego w porównaniu z Wernikowskim ma się tak jak esprit podwórkowego grajka do Krzysztofa Pendereckiego.

            Z pobieżnych obserwacji  wynikało, że od początku rewolty dochodziło do niesnasek między Gdańskiem i Szczecinem. Szczecinianie czuli się młodszym bratem Trójmiasta. Gdańszczanie nie mogli wybaczyć szczecinianom, że ci ubiegli ich o dzień w podpisaniu porozumienia z rządem. Wałęsa się pieklił. Mówił: To świństwo. Jak się mówiło, że solidarnie, to powinno być solidarnie do końca. Były i ostrzejsze głosy. Ktoś komentował, że postępek szczecinian to: Nóż w plecy “Solidarności”.  Wyraźnie rysowała się, podsycana przez specsłużby wojna Trójmiasta ze Szczecinem. Gdańsk to był Wałęsa i tylko Wałęsa. Szczecin to Jurczyk i nikt inny. Obaj aktywiści starali się sprawiać wrażenie, że są jak papieże w Kościele (w latach 1378 – 1408 w Watykanie i w Avignon Kościołem władała dwójka papieży) taka świętość od nich biła. Nie bardzo było jednak wiadomo, który z działaczy  “S” kreuje funkcję papieża awiniońskiego a który watykańskiego. W końcu masy, media i specsłużby opowiedziały się za Wałęsą. Jurczyk został zmarginalizowany. A wówczas w Gdańsku zamustrowałem się w Kaszubskiej Brygadzie WOP.  Chciałem zobaczyć w jaki sposób strajki wpływają na poziom pełnienia służby przez WOP. Wopiści mieli dobre kontakty w portach i stoczniach. Nie było problemu w swobodnym poruszaniu się. Widziałem kwiat reporterów polskich próbujących “dać świadectwo prawdzie”. Nie znałem ich osobiście. Czytywałem ich reportaże aby się czegoś nauczyć od mistrzów. Była tam Małgorzata Szejnert, był Ryszard Kapuściński, Wojciech Giełżyński, Ernest Skalski, Mariusz Ziomecki i inni. Ich plonem była pasjonująca książka Osiemnaście długich dni (wydana w serii Ekspres Reporterów, KAW 1980). Nie mogłem nawet marzyć, że napiszę coś podobnego, pomimo współpracy z tą serią. Zresztą w Gdańsku bawiłem krótko. Szybko odwołano mnie do Warszawy i zabroniono pisać cokolwiek na temat strajku. Dopiero później gen. Jura zmienił zdanie polecając redakcji skwitowanie rewolty, o czym już wspominałem. A teraz, na Ursynowie siedziałem z bohaterką tamtych wydarzeń. – Pani Aniu, nienawidzi pani Wałęsy. Dlaczego? Nienawiść rozgrzewa serce, ale mrozi umysł. Nie otrzymałem odpowiedzi, ale i tak zapowiadała się pasjonująca konfrontacja tego, co wiedziałem z relacją jednej z najaktywniejszych  uczestniczek wydarzeń lat 80. Zapytałem o wspomniany “nóż” i o niesnaski między Wałęsą, a Jurczykiem. Zastanawiałem się ile było w tych niesnaskach działalności agenturalnej, a ile polityki związku? Wiedziałem z czyjej inspiracji przewodniczący “S” ze Szczecina mógł, w rozmowie z autorami książki Szczecin. Grudzień, sierpień, grudzień Małgorzatą Szejnert i Tomaszem Zalewskim oskarżyć Wałęsę o zdradę. Oto zapis reporterów: Wałęsa zdradza interesy klasy robotniczej! – Jurczyk podnosi głos, prawie krzyczy. – Jak tak dalej pójdzie, ta polityka ustępstw, zaprosimy w końcu ich dwóch, Wałęsę i Wądołowskiego (uczestnik wydarzeń z 1970 r. w Szczecinie i rewolty lat 80., wiceprzewodniczący regionu i komisji krajowej “S”), do nas do stoczni – niech się tłumaczą przed załogami!  Pani Ania nie chciała na ten temat rozmawiać wekslując rozmowę na Wałęsę. Oskarżała go o zdradę, która niczym zadra tkwiła w jej duszy. Jak każdy zarozumialec, coś tam bąkałem pod nosem. Tłumaczyłem, że oskarżenia niesłuszne bolą najbardziej. Powołując się na psychikę ludzi będących w strajkowym stresie przekonywałem, że każdy może różnie widzieć te same wydarzenia, różnie je oceniać, rozmaicie interpretować. Psychologia opisuje takie zjawiska. Na podparcie tych słów  wyciągnąłem kserokopię dedykacji Wałęsy dla Gierka (na książce Droga nadziei) i zacytowałem kawałek: Co do Pańskiej sugestii i zaprzeczenia, że byłem człowiekiem Kowalczyka (SB) oświadczam panu i zrobię to publicznie jak będzie trzeba, iż nigdy nie byłem i nigdy na nikogo nie donosiłem do SB. Prawdą natomiast jest iż po pamiętnym “pomożecie”, którego ja byłem współautorem, kilkakrotnie przeprowadzano ze mną przesłuchania w komisariacie i wiele ze mnie wyciągnięto, ale tylko w kontekście politycznym a nie donosicielskim (…).  W sierpniu 1980 r. ludzie Kowalczyka próbowali wydostać mnie ze stoczni pod pretekstem ważnych rozmów z Panem. Ja się zgodziłem. Oni Panu zameldowali myśląc iż uda im się mnie zastraszyć lub szantażować (tak przypuszczam). Natomiast ja po paru dniach zwłoki wzmacniając strajk, wyprosiłem tych panów ze stoczni. Tak to nie po raz pierwszy i myślę że nie ostatni rozegrałem partię pokiera.   

            Walentynowicz szybko sprowadziła mnie na ziemię. – Panie Henryku! Albo prawda, albo psychologizowanie – powiedziała. – Widzi pan, strajk sierpniowy to była dla nas najpoważniejsza w życiu sprawa. Myśmy już wówczas powiedzieli sobie: jeśli nie teraz, to kiedy? jeśli nie my, to kto? Nikt inny tego zrobić nie może. A nie można tego nie zrobić. Tyle razy już zaczynano. My również. W 1970 r.  też zaczynaliśmy. Biliśmy się jak powstańcy Spartakusa. Przegrywaliśmy jak zawsze. Okłamywano nas stale. Obiecywano złote góry. My opłakiwaliśmy zabitych. Władze urządzały fety. Tym razem powiedzieliśmy – dość tego! Jeśli tego nie zrobimy, to będzie wielkie świństwo. A  “Bolek” chciał zakończyć strajk po uzyskaniu od dyrekcji zapewnienia, że sytuacja się poprawi, że uzyskamy podwyżkę płac, że przyjmą mnie i jego do pracy, że w zakładzie powstaną  związki zawodowe na starych, ale poprawionych  zasadach. Wałęsa w gruncie rzeczy jest leniwy. A lenie zawsze wolą zwalić robotę na kogoś innego. Tak było i tym razem. Władze stoczni chciały poprzestać na obiecankach. No to my z Aliną  powiedziałyśmy “Bolkowi”: Stop, kolego! Chcemy czegoś więcej. OK? I w te pędy pobiegłyśmy na bramę, aby zatrzymać wychodzących robotników, z których część już wyszła. I Wałęsa, o dziwo! zrozumiał o co nam chodzi.

            Nie mogłem zaprzeczyć słowom pani Ani. Bełkotałem o dalekowzroczności Wodza. Mówiłem, że w 1980 r. liczyło się doświadczenie.  Bo tak w życiu jest, że dziewczyna będzie zawsze pamiętała pierwszego chłopca, rzeźnik pierwszą zaszlachtowaną świnię, agent pierwszego zdradzonego przyjaciela, a rewolucjonista  przegraną. Nie można wykluczyć, że Wałęsa w sierpniu miał przed oczami grudzień ’70 i stąd powściągliwe kunktatorstwo. Dopiero niedawno Wałęsa, w rozmowie z Magdaleną Rigamonti (Newsweek, 21-27. 11. 2011) wyjaśnił: Niebiosa mi pomagały. Podejmowałem jakąś decyzję i okazywała się fenomenalna. Na przykład o przerwie w strajku. Bo przecież w tym pierwszym komitecie byli ludzie podstawieni, nasłani. Nie panowałem nad nimi. Kiedy po dwóch dniach poddaliśmy strajk, to ci podstawieni pouciekali. I wtedy dobrałem swoich ludzi, m.in. Walentynowicz, Gwiazdów, i dzięki temu mogłem dalej prowadzić walkę. Kto chce, niech wierzy. Ja nie potrafię się do tego passusu ustosunkować. Nie wiem ile prawdy musi pozostać, a ile należy ściąć, aby opowieść była do przyjęcia. Trudno rozeznać kiedy Wałęsę ogarnął wieczny niepokój samouwielbienia. Wszystko wskazuje, że stało się to wówczas, gdy Wódz, który jeszcze nie wiedział, że jest wodzem przełamał się pod wpływem Pińkowskiej oraz Walentynowicz i odwołał odwołanie strajku postanawiając walczyć o wszystko.    

            Walentynowicz kontynuowała: – Ciągle nas prowokowano. Pamiętam takiego kadrowca. Agenta bezpieki, jak nic. On przemawiał na strajku. Kajał się. Był w tym obrzydliwy. Nie wytrzymałam. Wskoczyłam na platformę i powiedziałam, że ten skurwysyn wyrzucił mnie z pracy, gnębił nas całe lata.  Musiałam go potem bronić, aby go ludzie nie rozszarpali. I jeszcze jedno. Wałęsa bardzo często znikał nam z oczu. Nie wiedzieliśmy, gdzie jest. Pomyśleliśmy tak: jeżeli nie ma go z nami, a robiliśmy przecież coś dobrego, to może jest gdzie indziej i robi coś złego. Nas, wiedzących czego chcemy, było na początku mało. Byłam ja i Alina. Był A. Gwiazda. Najlepiej przygotowany do tego, co zamierzamy zrobić. Był B. Lis, K. Wyszkowski, B. Borusewicz, L. Kaczyński i ten okropny dyletant Wałęsa. Straszliwie sprytny. Wyczuwający nastroje tłumu. Potrafiący na poczekaniu, w zależności od sytuacji,  zmienić zdanie. Nie tracił kontaktu z ludźmi. Miał jakiś szatański instynkt rasowego populisty. Tłum mu wierzył. Szedł za nim. A nie za znacznie mądrzejszym, lepiej przygotowanym, mającym dużą wiedzę Gwiazdą. – Tak, jeżeli chodzi o radykalizm, zaciekłość, ekstremizm Wałęsa przy Gwieździe był niczym księgowy przy Alu Caponie – przyznałem. Moja rozmówczyni była w transie, ciągnęła: – Wałęsa  podczas głosowania  potrafił mierzyć czas trwania oklasków dla niego i jego konkurentów. Z takim typem Gwiazda nie miał szans. Tak zaczął się Sierpień ‚ 80. Na początku o mało nie storpedowany przez “Bolka”. Wałęsa uważał, że możemy się obejść bez pomocy innych. Bez pomocy świata. Jemu wystarczą doradcy. Mylił się bardzo. Chciał nam narzucić swoją wolę. Było coś dziwnego w jego postępowaniu. Wierząc w swoją szczęśliwą gwiazdę i kontakty, o których nic konkretnego nie wiedzieliśmy, ale się ich domyślaliśmy, dążył do arbitralnych rozstrzygnięć wedle swego widzimisię. Myśmy dążyli do rozszerzenia skali konfliktu. On do jego zwężania. Myśmy chcieli wciągnąć świat do naszej walki. On przekonywał, że to jest niepotrzebne. I tu mylił się jeszcze bardziej. Naszą szansą było rozchwianie świata w taki sposób, aby świat wsparł naszą walkę, aby nam pomógł. Wierzyliśmy, że nam się to uda. Przecież gdybyśmy byli osamotnieni, wcześniej czy później komuna by nas wydusiła.        

            Walentynowicz mnie nie przekonała. Zbulwersowałem się też  stosunkiem “Sumienia Solidarności“ do KOR-u. Wedle mnie był to stosunek bardzo wrogi. Podejrzewałem nawet wpływ ks. Jankowskiego, który uważał, że KOR to Żydzi, a Żydzi to wszystko zło o czym świadczą Protokoły Mędrców Syjonu. Zdziwiłem się, że Danuta Wałęsowa inaczej  ocenia działalność Walentynowicz pisząc: Uważam, że pani Ania  była narzędziem w rękach części, jeśli można tak określić, grupy warszawskiej. Po strajku u niej w domu mieszkał Kuroń. Odbywały się tam poufne narady tej grupy. Ona potrzebowała autorytetu, więc go znalazła. Strajk wybuchł oczywiście z powodu zwolnienia pani Ani z pracy w stoczni. Ale strajk jej nie wyniósł. Wyniósł Wałęsę. Oni, wystawiając panią Anię przeciwko mojemu mężowi, potraktowali ją instrumentalnie. A ona poczuła, że jednak coś może, ma jakiś wpływ. Wydaje się, że w ten sposób zrobili jej krzywdę. Można zadać pytanie, gdzie byłby dzisiaj Wałęsa, gdyby nie “grupa warszawska”? Czy bez intelektualistów, mających w większości rodowód z KOR-u możliwe byłoby powstanie “Solidarności”? No tak, był jeszcze Kościół! Ale czy Kościół był wstanie zbudować Wolne Związki Zawodowe?  W przymierzu z Kościołem można było co najwyżej zbudować sodalicję mariańską. Kościół nie mógł organizować strajków, manifestacji, wznosić barykad. Mógł te działania jedynie popierać. I Kościół to robił bardzo aktywnie.

            A wówczas  mówiłem pani Ani: przestudiowałem może tysiąc, może dwa tysiące różnych dokumentów służb specjalnych i  partyjnych. W żadnym z nich nie znalazłem śladów, że Wałęsa uległ namowom władz i sprzeniewierzył się ideom “S”. Jeżeli pani nie wierzy mnie, to może uwierzy pani przedstawicielom Kościoła.  Mam tu 40 tajnych dokumentów zawierających relacje z posiedzeń Komisji Wspólnej przedstawicieli rządu i Episkopatu. I co z nich wynika? Oto sprawa Wałęsy była omawiana aż 44 razy. Każdorazowo wysocy przedstawiciele Kościoła wstawiali się właśnie za Wałęsą, a nie za innymi przedstawicielami opozycji. Po razie, ale na marginesie istotnych spraw wymieniono nazwiska Bujaka i Frasyniuka i raz Jurczyka w kontekście jego przemówienia (sierpień 1980 r.), w którym oświadczył on: …że ma zapewnienie Kościoła, że nie będzie interwencji radzieckiej  Zniesmaczyło to władze straszące naród Układem Warszawskim. Moje słowa ściekały po pani Ani jak woda po kaczce.

            W późniejszym okresie było mnóstwo wizyt. W czasie prawie każdej bytności w Warszawie Walentynowicz starała się wpaść na Ursynów. Zaglądała do mnie  także wówczas, gdy przeniosłem się pod Warszawę lub do szpitala. Nieraz panią Annę, która gdzieś od lat dziewięćdziesiątych nie ruszała się bez koleżanki i współpracownicy Janiny Matusiewicz-Mirer (zginęła również w  katastrofie samolotu w Smoleńsku), podwozili do mnie jej i moi koledzy. Ale bywało, że nie bardzo już zdrowa Walentynowicz wsiadała do  kolejki WKD, przejeżdżała kilka przystanków, a później wędrowała pieszo półtora kilometra do mojej sadyby. Bardzo mnie te wizyty cieszyły, ale było mi głupio, że musiała się fatygować. Walentynowicz  telefonicznie uprzedzała o wizycie. Tak było i ostatnim razem. 9 kwietnia 2010 r.  informowała, że jest w Warszawie, jutro jedzie z prezydentem i całą delegacją do Smoleńska, ale po powrocie wpadnie, by wszystko opowiedzieć.

 

SIĘ NAPISAŁO

Przekleństwem Kraju Pieroga i Zalewajki było, jest i będzie legalne oszustwo, łamanie prawa, bezkarne złodziejstwo, szpiegostwo i donosicielstwo.

         Henryk Piecuch

 

(Oto epilog z „Noża” zob. poprzedni blog). Opisana w Bilecie do piekła gra zaczęła się dla mnie kilka lata wcześniej. Dość szybko kontrwywiad MSW wpadł na trop grupy wywiadowczo-przemytniczej działającej w południowo-zachodniej części Kraju Pieroga i Zalewajki. W ścisłym kierownictwie kontrwywiadu zapadła decyzja, aby rozpracować grupę od wewnątrz i zlikwidować całą siatkę. Rozpoczęła się żmudna robota, zakrojona na dużą skalę, obejmująca rozległy teren.

Minister spraw wewnętrznych generał Mieczysław Moczar wraz z ministrem drugiego resortu siłowego, generałem Wojciechem Jaruzelskim byli zaabsorbowani realizacją przykazania sekretarza Komitetu Centralnego PZPR Władysława Gomułki, aby dać popalić osobom pochodzenia żydowskiego. „Mietek” nie miał głowy do zajmowania się jakimiś aferami szpiegowsko-przemytniczymi.

Chwilowo interesował mnie fenomen tzw. przywódcy narodu polskiego Władysława Gomułki „Wiesława”. Polski gensek miał żonę Żydówkę, być może trochę ksantypowatą, jak twierdzili wtajemniczeni, ale żeby z tego powodu ulegać szowinistyczno-nacjonalistycznym ciągotkom?

Co prawda nie każdy, kto ma Ksantypę za żonę, musi być koniecznie Sokratesem, ale jakiś logiczny powód takiego stanowiska Gomułki musiał być. Może więc Sowieci?

Nie rozwikłałem tego problemu do dziś.

***

Minister M. Moczar wyznaczył do prowadzenia gry z wywiadami swego zastępcę generała Franciszka Szlachcica. Ten z kolei uważał się za prawdziwego Polaka i nawet w niektórych wersjach swojego życiorysu podawał, że ma pochodzenie antysemickie. Wiceminister nie chciał dopuścić, aby Kraj Pieroga i Zalewajki wpadł w łapy szpiegowsko-żydowskiej masonerii, więc dał sygnał swoim pretorianom z kontrwywiadu do rozpoczęcie kilku szpiegowskich gier z wrogimi wywiadami. Pretorianie uznali, że potrzebują więcej ludzi do czarnej roboty i poprosili ministra o wzmocnienie własnych kadr oficerami z innych formacji.

  1. Szlachcic był jak piorun, sam oświetlał sobie drogę. Pomyślał chwilkę, bo myślenie było jego specjalnością i doszedł do wniosku, że generał Jerzy Fonkowicz, zajmujący się również sprawami WOP, nie wystarczy. Nie przystoi takiemu wysokiemu funkcjonariuszowi uganianie się za jakimiś agentami szpiegowsko-przemytniczymi. Zresztą Fonkowicz, ze względu na niesłuszne pochodzenie, był już przeznaczony do odstawki.

Franciszek zadzwonił więc do dowódcy WOP i poprosił o oddelegowanie do bezpieki oficera znającego południowo-zachodnią granicę kraju, najlepiej ze zwiadu.

Padło na mnie. Wylądowałem w stolicy.

***

Dziś już nie bardzo pamiętam, ile wody upłynęło w Wiśle, gdy dostałem polecenie, które dałoby się streścić w dziesięciu słowach: „Wejść do grupy. Rozpoznać ją. Zdobyć dowody i ustalić współpracowników”. Spakowałem manatki i pojechałem do Szczecina. Kolega z centrali odprowadził mnie do oszklonych drzwi portowej knajpy.

– To tych trzech przy barze – powiedział. – Dalej radź sobie sam. Powodzenia! – usłyszałem, czując lekkie klepnięcie w ramię.

Od tego momentu przez wiele dni, tygodni i miesięcy, razem z tuzinem komilitonów, takich jak ja wyrobników kontrwywiadu, realizowałem opracowany przez specjalistów MSW plan kontrwywiadowczej centrali. W wyniku naszej operacji przestała istnieć siatka wywiadowczo-przemytnicza. W wywiadach zachodnich przybyło vacatów.

Starałem się zapamiętać każdy dzień, każdy epizod.

                                                                       ***

(No i komentarz autora książki) Sine era et studio. Nie od dziś wiadomo, że historia stała się pożądanym towarem potrzebnym władzom do różnych manipulacji. Wszystko, co się wydarzyło, wpływa na wszystko, co może się wydarzyć. Na podstawie przeszłości da się ocenić teraźniejszość. Jak na dłoni widać to było w okresie zimnej wojny.

Niedawno przeczytałem w „Gazecie Wyborczej” (27.05.2020) o dziewięciu wielkich białych kulach stojących na ogrodzonym polu w miejscowości Bad Albling pod Monachium i podobnej instalacji w Galbingen. Urządzenia te są uszami wywiadu niemieckiego (Federalnej Służby Wywiadowczej; BND). Wznieśli je Amerykanie w latach pięćdziesiątych. Po ustaniu działań zimnowojennych Narodowa Agencja Bezpieczeństwa USA sprezentowała obie instalacje BND. „Uszy” pozwalają kontrolować rozmowy telefoniczne na całym świecie i inwigilować łączność radiową. Pamiętam bezzwłoczną odpowiedź resortów siłowych Peerelu na instalacje amerykańskie.

Oto z inicjatywy sowieckiej i pod nadzorem NKWD i GRU nad Nysą Łużycką i Odrą zbudowano sieć jednostek mających dawać skuteczny „odpór” poczynaniom NATO. W odpowiedzi na rozmieszczenie w RFN amerykańskich rakiet balistycznych średniego zasięgu (operacyjnych) Lance, a następnie Pershing nad Nysą Łużycką i Odrą rozmieszczono m.in. dywizjony rakiet Paktu Warszawskiego. Jednostek stacjonujących na terenie Polski było sto razy więcej niż amerykańskich, ale wyposażone były w tysiąc razy gorszy sprzęt.

Tylko w samym Zgorzelcu i okolicach były: pułk obrony przeciwlotniczej z 11 Dywizji Pancernej, skadrowana brygada chemików, dywizjon rakietowy, pododdział radiokontrwywiadu z potężnymi zagłuszarkami radiowych rozgłośni zachodnich, głównie Wolnej Europy, batalion WOP dowodzony przez mjr. R. Bartoszewicza, Oddział Tresury Psów Służbowych (OTPS), duży Graniczny Punkt Kontroli, obejmujący przejście kolejowe, ruch kołowy i pieszy, 8 strażnic WOP oraz batalion rozpoznania radioelektronicznego podległy dowództwu Śląskiego Okręgu Wojskowego, zwany „amerykanami”. Długo myślałem, że nazwa ta łączyła się z amerykańskimi instalacjami w NRF. Z błędu wyprowadził mnie dowódca batalionu WOP.

– Kiedyś przyjechali do mnie płk Cz. Żmuda z Dowództwa WOP i płk R. Przylaskowski z Łużyckiej Brygady WOP. Pułkownicy kontrolowali batalion i OTPS – powiedział Bartoszewicz. – Spacerując w pobliżu kojców dla psów, spotkali żołnierza z batalionu ŚOW, wyglądającego dość nietypowo. Zawołali go. Przelaskowski skarcił go, że jest ciamajdowatym wojakiem, a Żmuda dodał: „Macie żołnierzu mundur złachany, trzymacie łapy w kieszeni, wyglądacie jak Szwejk amerykański”.

Zatrzymany, będący doktorem inżynierem, odpowiedział, że woli być ciamajdowatym Szwejkiem amerykańskim w złachanym mundurze niż pułkownikiem nadzorującym psy. Żmuda myślał, że jego słowa były obraźliwe. Było przeciwnie. Wybuchła straszna awantura, a żołnierze, na pohybel Żmudzie, ten ekskluzywny batalion nazywali od tej pory „amerykanami”.

Po 1990 roku jednostki polskie w ramach radosnej twórczości rozformowano, natomiast Amerykanie swoje urządzenie przekazali Niemcom.

Dekadę temu poprosiłem zaprzyjaźnione osoby o wytypowanie po trzech najsprawniejszych i trzech najsłabszych (w danych warunkach społeczno-politycznych) ministrów obu resortów siłowych (MON & MBP/MSW) od 1945 do 2010 roku. W tej miniankiecie udział wzięło po 50 osób reprezentujących: polityków (z wszystkich opcji politycznych), naukowców (historycy, politolodzy, socjolodzy), dziennikarzy i pisarzy oraz dwie grupy oficerów tych resortów (w rezerwie i służbie czynnej). Razem 250 osób. Oto wyniki:

MON, najsprawniejsi ministrowie: 1. W. Jaruzelski – 32% ocen pozytywnych i 23% negatywnych; 2. R. Sikorski – 22% ocen pozytywnych i 15% negatywnych; 3. J. Szmajdziński – 21% ocen pozytywnych i 11% negatywnych. Najsłabsi: 1. A. Szczygło – 33% ocen negatywnych i 16% pozytywnych; M. Żymierski – 31% ocen negatywnych i 9% pozytywnych; 3. Klich – 26% ocen negatywnych i 17% pozytywnych.

MBP/MSWiA. Najsprawniejsi: 1. K. Kozłowski – 26% ocen pozytywnych i 24% negatywnych; 2. L. Miller – 18% ocen pozytywnych i 17% negatywnych; 3. A. Milczanowski – 16% ocen pozytywnych i 6% negatywnych. Najsłabsi: 1. S. Radkiewicz – 32% ocen negatywnych i 5 % pozytywnych ; 2. A. Macierewicz – 25% ocen negatywnych i 11% pozytywnych; 3. Cz. Kiszczak – 19% ocen negatywnych i 15% pozytywnych.

Uwagi metodologiczne: każdy z respondentów mógł wytypować po trzy osoby w każdej grupie. Za pierwsze miejsce przyznawałem 3 punkty; za drugie – 2 punkty i za trzecie – 1 punkt. Maksymalna liczba punktów możliwych do uzyskania wynosiła 750 (5 ´ 50 ´ 3). Procent uzyskanych punktów w stosunku do liczby maksymalnej stanowił o miejscu kandydata.

Przyznam, że byłym zaskoczony wynikami ankiety (w której nie brałem udziału, nie chcąc sugerować się otrzymywanymi odpowiedziami). Jestem zaskoczony także strachem respondentów (większość zgodziła się odpowiedzieć na moją prośbę dopiero po zapewnieniu pełnej anonimowości i obietnicy zniszczenia wszelkich zapisków dotyczących udzielanych odpowiedzi).

Jeszcze bardziej zbulwersowała mnie słaba znajomość spraw personalnych, związanych z najnowszą historią Polski w grupie polityków, dziennikarzy i pisarzy. Przecież te osoby, oceniając to, co było w naszej historii, w dużej mierze kształtują świadomość polityczną społeczeństwa. W jakiż więc sposób mogą to robić, nie znając przeszłości?

W tym miejscu kłania się K. Marks ze swoim: „Nie wiedzą o tym, ale to robią”. A przecież w wolnej Polsce wszyscy mamy prawo wybierać. Mnie dzień wyborów jawi się tak: Wiatr wyje potępieńczo jak bestia pragnąca urodzić samego szatana, czyli kolejną Grupę Trzymającą Władzę. Psy szczekają na przykrótkich partyjnych smyczach i nawet dach z bożego przybytku odpada kawałek po kawałku. Ciemny lud, kupiwszy populizm marzy o skopaniu dup oligarchom i powszechnej urawniłowce.

Co więc robić? Iść głosować! Myśleć! Bo to nie boli! Ale pamiętać, że nawet kretyn znajdzie większego kretyna, który na niego zagłosuje.

 

SIĘ NAPISAŁO

… jest pod niebem taki kraj, że każdy kretyn mający ptasi móżdżek i zbyt słabe ręce do pchania taczek, w którym każdy łajdak, zanim zdążył innym podstawić nogę i sam wpaść pyskiem w błoto, uważa się za człowieka skrzywdzonego przez historię? Czy pani wie, że jest taki kraj, w którym złodziej staje przed sądem i skazują go, on z braku argumentów krzyczy: Jestem Polakiem! Czy pani wie, że jest taki kraj, który powinien mieć w herbie zamiast orła rozwścieczonego indyka z tubą wazeliny w szponach, na tle dwu nahajek  i bielonego klozetu z serduszkiem? Kraj, w którym słowo „polityka” od wieków równoznaczne jest ze słowem „oszustwo”.

                                                       Marek Hłasko  

Oto fragment „Od autora” powieści Bilet do piekła. Tajemnica „Zachęty” (wyd. CB, tel. 510-210-234, e-mail: biuro@wydawnictwo.pl ).

Dzięki Warszawskiemu Oddziałowi Funduszu Ochrony Zdrowia marzec 2020 roku miałem spędzić w Ciechocinku w sanatorium „Zdrowie”. Obiekt należy do Sp. z o.o. Sp.k, której prezesuje Dariusz Król, menedżer jakich mało, jakiego nie uświadczysz nie tylko we władzach państwowych, ale i w tzw. terenie.

Ciechocinek jest urokliwym, szczęśliwym miastem, a „Zdrowie” jego ozdobą. Położone w bezpośrednim sąsiedztwie Parku Zdrojowego oraz sławnej na całą Europę fontanny „Grzybek” cieszy oczy przyjezdnych. Do robiących wrażenie trzech tężni solankowych jest 1777 podwójnych kroków, do lasu pełnego wiewiórek jeszcze bliżej. Tylko do królowej polskich rzek Wisły – dwa kilometry z hakiem.

Do tężni trzeba iść na zachód, a do rzeki, meandrującej po polskiej krainie, na wschód. Przy tężniach powietrze jest słońcem, a słońce powietrzem. Do tężni chodziłem dwa razy dziennie, a do rzeki poszedłem tylko raz.

***

Patrzę w zwierciadło Wisły. Chwilę się sobie przyglądam i woń jakaś dopada mnie nieczysta. Rozważam, czy tylko dlatego, że do niedawna z tego kierunku mógł przyjść Wielki Brat miasto odwróciło się do rzeki rufą? Tego nie udało mi się ustalić. Rozgryzłem natomiast inną ciekawostkę. Ale po kolei.

Z okna swego pokoju na IV piętrze zauważyłem wiekową sosnę. Jej pień okalała gustowna, ale skromna, metalowa ławeczka z informacją, że siadywała na niej Mieczysława Ćwiklińska. Kto nie wie, jakiej klasy to była aktorka, niech spada na drzewo. Ale, broń Boże, nie na sosnę Ćwiklińskiej.

Prawie każdego dnia siadywałem na ławeczce  Ćwiklińskiej. Obserwowałem kuracjuszy. Niektórzy byli starzy i bardzo starzy. Tacy jak ja.

***

Zabójcza wiosna. Świeci słońce. Świat powoli wchodzi w stadium agonii koronawirusowej. Siedzę na ławeczce. Przysiada się do mnie prezes Król. Rozmawiamy o koronawirusie. Cieszymy się, że nasze władze, w odróżnieniu od rządzących w innych państwach, są należycie przygotowane.

Sprzętu ochronnego przed zarażeniem ci u nas w bród, hierarchowie postulują zwiększenie częstotliwości odprawiania mszy, nakazując owieczkom modły w intencji wyproszenia z naszego kraju koronawirusa, a służby specjalne w pełniej gotowości czuwając nad bezpieczeństwem obywateli.

Jednak w moim łbie kłębią się niewesołe myśli. Zastanawiam się, kim są ludzie władzy i popierający ich ludzie kościoła, ale nie tylko. Gadzi mózg sugeruje, że rodzi się nowy człowiek, nowy gatunek, jakiego nigdy dotąd w demokracjach nie było. Gatunek niewiarygodnie brutalny, kłamliwy, tępy, nacechowany złośliwością. Gatunek w równym stopniu niszczący gospodarkę, jak i kulturę, polaryzujący społeczeństwo, nie odpuszczający nawet koniom w cieszących się światową sławą stadninach, m.in. w Janowie Podlaskim.

***

Tymczasem na wieść o zagrożeniu środki dezynfekujące znikały ze sklepów jak kamfora. W sklepach, nawet w moim ulubionym Rossmannie, wywiało z półek mydło, proszki do prania, a nawet żel do czyszczenia kibli, nie mówiąc o spirytusie salicylowym.

W pierwszym tygodniu po pojawienia się koronawirusa maseczki na twarz sprzedawano po trzy złote sztuka. W drugim dniu już po dziesięć, a w trzecim po ćwierć stówy. Zgromadzone zapasy środków zabezpieczających personel medyczny przed zarażeniem znikły w ciągu tygodnia.

Rządzący nie śpiąc, nie jedząc, rozpoczęli radosną krzątaninę propagandową i narzucanie społeczeństwu mnóstwa przepisów, często niekonstytucyjnych. Przy okazji władza zwalczał głosy rozsądku, krytykujące np. zakaz wstępu do lasów i parków.

***

Przypomniałem sobie, że „czarna śmierć” (1346-1353) zabiła 50 mln ludzi, „trzecia” pandemia dżumy (1855) pochłonęła 12 mln istnień, a grypa hiszpanka (1918-1920) zaraziła 500 mln ludzi i zabiła 50 mln. Zastanawiałem się, ile ludzi zabije COVID-19.

***

Z Chin, Włoch, Hiszpanii, Francji dochodziły coraz bardziej dramatyczne wieści. Wspominając przeżyte „dżumy” – nazizm, stalinizm, stan wojenny, czyli totalitaryzmy – dodałem, że żadne zło, na które marksiści ponoć znaleźli lekarstwo, ogłaszając budowę socraju, nie może być gorsze niż sam totalitaryzm. Więc w obecnym ancien regime, powoli zmierzającym w kierunku władzy autorytarnej, także nie mam ochoty umierać i będę walczył. Ale jeżeli mój bój z koronawirusem jest przegrany, chcę przyzwoicie skończyć w wolnym kraju.

***

Dariusz Król nie podzielił mojego pesymizmu. Jako odpowiedzialny za „Zdrowie” musiał być człowiekiem rozważnym, dlatego każdy defetyzm był mu obcy.             Na zakończenie rozmowy wskazał na budynek sąsiadujący z głównym gmachem „Zdrowia”, mówiąc, że jest to „Zachęta”, najstarszy budynek medyczny w regionie, który udało mu się pozyskać dla powiększenia „Zdrowia”. Niedawno zakończono remont. Są tam niezupełnie spenetrowane piwnice, a wiedząc o moich zainteresowaniach różnymi ciekawostkami namawiał, abym zwiedził „Zachętę”. Prezes nie potrzebował powtarzać mi tego dwa razy. W te pędy pognałem do „Zachęty”.

***

W nie do końca wyremontowanej piwnicy jedna z cegieł sprawiała wrażenie, jakby ktoś coś przy niej majstrował. Podważyłem ją delikatnie. Cegła maskowała niewielką skrytkę. Był w niej tylko maszynopis książki. Podpisany, zszyty i porządnie oprawiony w dziwną skórę.

Tekst był napisany z pozycji „męskiej szowinistycznej świni”. Język autora był impulsywny, trudny do okiełzania czy kontrolowania. Ta polszczyzna to nie był jeden język. Autor używał języka zubeczonego, nakrochmalonego peerelowską nowomową i wojskowym żargonem, nierzadkie były wtręty rodem z grypsery więziennej i gwar partyzanckich. Dało się zauważyć, że była też znana od dziecka gwara kielecka i że memuarysta podlegał ciśnieniom rozmaitych czynników pozajęzykowych, zarówno politycznych, jak i obyczajowych.

***

Znałem autora. Przed laty razem wojowaliśmy w Wojskach Ochrony Pogranicza. On potem był w zwiadzie, a następnie w Urzędzie Bezpieczeństwa, potem w Służbie Wywiadu i Kontrwywiadu MSW i na koniec znowu trafił do zwiadu WOP. Wtedy mieszkaliśmy drzwi w drzwi w wielkim mrówkowcu na Ursynowie w Warszawie. Autor wykładał też doraźnie w Centrum Wyszkolenia MSW w Legionowie, Akademii Spraw Wewnętrznych w Warszawie i w szkole wywiadu w Starych Kiejkutach.

Działania absolwentów tych uczelni niekiedy zahaczały o dżumę lub walkę z nią, zaś niektórzy funkcjonariusze przypominali szczury roznoszące zarazę. Zadzwoniłem do konfratra. Usłyszałem zdyszany, zmęczony, bulgotliwy głos, tak jakby ktoś spuszczał wodę z wanny. Głos dochodzący jakby spod ziemi.

Rozmówca powiedział, że mnie pamięta i że jest w szpitalu. Ma dużo czasu, ale sił mało. Mięśnie słabną, mózg mu głupieje. Jednak i z głupim mózgiem można rozmyślać i odpowiadać na głupie pytania. A jako że przez całe życie wiatr wiał mu w twarz, a deszcz siekł w plecy, więc jest znudzony i rozgląda się wokół, czy została mu jeszcze jakaś szansa zaistnienia, którą mógłby wykorzystać. No to możemy pogadać o „starych Polakach”. Po namyśle dodał, że w 1989 r. jego świat się zawalił. Do tej cezury wierzył, że każdy ma rację, kto wierzy w swoją rację, tylko ten nie ma racji, kto w nic nie wierzy. I nagle zrozumiał, że służył nie tak dobrej sprawie, jak mu wpajano. W wieku 68 lat otrzymał stopień majora i został przeniesiony w stan spoczynku. Teraz ma 96 lat i jest prawie umierający.

Mój rozmówca zaznaczył, że maszynopis jest jego pierwszym i ostatnim dziełem. Był pesymistą, uważał, że żyjemy w najgorszym ze światów. Chciał to wyartykułować na swoim przykładzie. Ja byłem optymistą, obawiałem się, że jego sąd może być prawdziwy. Swoje dzieło napisał przed laty w Ciechocinku w „Zachęcie”, następnie z okazji pobytu w tym mieście jeszcze ze dwa razy do niego zaglądał, coś tam poprawiał i schował w skrytce wykonanej własnoręcznie.

– Chciałem opisać sprawy uchodzące za nieprzyzwoite, a o których wiemy, że istnieją. Zamierzałem podać czytelnikom wszystko – jak leci. Tylko że nie zawsze leciało tak, jak sobie to wymarzyłem. Wolałem wstydliwe sprawy pomijać, a było ich sporo. I wiele mnie kosztowało, żeby to wszystko zapomnieć. Milczenie jest przecież prawdą. Tylko, że prawdą niemą. Więc rację będą mieli ci, którzy mówią – wyznał.

Autor słynący z milczkowatości tu, w manuskrypcie, jest wręcz wielosłowny. Być może przytłoczony nadmiarem zadań służbowych postanowił odłożyć wydanie wspomnień na czas późniejszy. Zachowując się jak małe dziecko, które hałasuje na pogrzebie, zamierzał maszynopis uzupełnić. Chciał usłusznić niektóre fragmenty zgodnie z zaleceniem partii i rządu.

Gdy czas emerytury nadszedł, zajął się wnuczętami i, z sukcesami, rozgrywkami brydżowymi pochłaniającymi do szesnastu godzin dziennie, więc o maszynopisie zapomniał.

***

Teraz, gdy mu o nim przypomniałem, zezwolił, abym go wydał, ale pod przybranym nazwiskiem.

– Może być nawet Zenon Góral, jak bohater niektórych twoich książek. Daj mi też stopień porucznika, którym byłem przez 30 lat – poprosił. – Moje prawdziwe nazwisko nic nikomu nie powie. Może natomiast zniesławić moją rodzinę. Wiem przecież, że treść wspomnień jest kontrowersyjna. No to jak? Wydasz?

– Postaram się. Wydam to pod tytułem Bilet do piekła.

Na zakończenie dawny kolega z żołnierskiej służby, sprostytuowany kilkuletnią pracą w bezpiece, poprosił, abym, gdy uznam to za niezbędne, dodał od siebie kilka słów.

Powiedziałem mu, że nie wydaje mi się, aby jego maszynopis był arcydziełem, na podobieństwo człowieka, który też zresztą arcydziełem nie jest, dlatego swoje wtręty poprzedzę łacińską frazą: sine era et studio, co znaczy: bez gniewu i bez upodobania; bezstronnie i obiektywnie. Rozmówca wyraził zgodę, a kończąc zapytał, co u mnie słychać.

– To samo co u ciebie… Jaruzelski nie żyje, Kiszczak nie żyje, Pożoga nie żyje… Możemy tylko powspominać – odpowiedziałem.

– Już niedługo.

Profetyczne słowa.

***

Po kilku dniach zadzwoniłem do szpitala. Kobiecy głos poinformował mnie, że mój komiliton zmarł w nocy na chorobę zwaną przez epidemiologów „przyjaciółką starych ludzi”, czyli na zapalenie płuc spowodowane koronawirusem.

***

Po dokładnym zapoznaniu się z maszynopisem zrozumiałem, że przeceniłem swoje możliwości. W zasadzie każdy większy akapit, pisany z pozycji zwiadowcy-kontrwywiadowcy i na powrót – zwiadowcy WOP – wymagałby komentarza. Na to nie byłoby mnie stać.

Ale tekst, który za wiedzą autora zachomikowałem, korcił. Dobrze odmalowywał zbójeckie obyczaje panujące w służbach specjalnych na tamtym etapie, a także obrazował stan umysłów oraz świadomość funkcjonariuszy i agentów.

Przypuszczałem, że autor miał świadomość, iż czytelnicy, znając co nieco historię, zrozumieją ukryte w tekście nawiązania oraz aluzje. Stąd też niektóre fragmenty zapisywał w „cudzysłowie” wierząc, że nikt rozumny nie będzie próbował na podstawie jego tekstów utożsamiać świata przedstawionego ze światem rzeczywistym. Dlatego przedstawiam tekst tak, jak go znalazłem, a tylko w kilku wypadkach dorzucam swoje refleksje.

Sporządziłem też wykaz wyrażeń żargonowych, który zamieszczam na końcu książki.

***

20 marca, z ponadtrzymiesięcznym opóźnieniem w stosunku do sytuacji w Chinach, w Kraju Pieroga i Zalewajki zaczęto wprowadzać w życie część wirtualnych ustaleń o których wspominałem prezesowi Królowi.

Zarządzeniem ministra zdrowia prof. Łukasza Szumowskiego wszystkim kuracjuszom nakazano opuścić Ciechocinek. W ten sposób z budynku izolowanego, bezpiecznego, w którym nad zdrowiem kuracjuszy czuwali lekarze i pielęgniarki, i z miasta, w którym nie było ani jednego zakażenia, wylądowałem w Warszewie, gdzie zakażonych były setki osób, a wykruszająca się służba zdrowia, z powodu braków środków ochrony, pracowała na najwyższych obrotach przy poważnym zagrożeniu życia i zdrowia.

***

Na początku lat dziewięćdziesiątych wydałem, na postawie rozmów z gen. W. Pożogą i innym prominentami Peerelu, książkę Pożoga. Wojciech Jaruzelski tego nigdy nie powie, w której opisałem drobne draństewka ancien reqime. Generał Jaruzelski odpowiedział na publikację własną książką Stan wojenny. Dlaczego… Oczywiście moje nazwisko generałowi nie przeszło przez usta. Natomiast na oficjalnej stronie prezydent RP nazwał mnie „hochsztaplerem piszącym książki pornograficzne”. Odpisałem JE prezydentowi, najuprzejmiej jak umiałem, że pojęcie „hochsztapler” jest kategorią ocenną i generał, jako mój szef i najwyższy zwierzchnik od 1960 r. do 22 grudnia 1991 r., ma prawo tak mnie oceniać.

Odnośnie części drugiej stwierdzenia generała wyjaśniłem, że wobec niedostępności najważniejszych archiwaliów opisałem tylko to, czego byłym świadkiem, co mi powiedzieli najważniejsi prominenci Peerelu, w tym sam W. Jaruzelski i co uzyskałem „sposobem” z różnych archiwów. Więc jeżeli generał czyny reżimu, któremu przewodził przez cale lata, uzna za pornografię polityczną, to ja się z tym w pełni zgadzam i dodam, że przecież nic gorszego Kraju Pieroga i Zalewajki spotkać nie może. No i tu się myliłem. Mogło. Udowodnił to Jarosław Kaczyński z towarzyszami.

  1. Jaruzelski grał rolę mocnego człowieka. Po przejściu na emeryturę odczuwał wyrzuty sumienia. A co robi niemoralny przywódca? Zwołuje konferencję prasową i obiecuje zbudować Eldorado.

***

W grudniu 1981 r. w stanie wojennym internowano 15 tysięcy osób i to było dla władzy kłopotliwe, bo trzeba było zapewnić noclegi i wyżywienie, zaś dla internowanych sytuacja była taka sobie. W marcu 2020 r., bez ogłaszania stanu klęski żywiołowej, internowano 30 milionów i to było dla władzy dobre, a dla ludzi niekoniecznie, bo musieli o wszystko troszczyć się sami. I można się zastanawiać, co dla ludzi było bardziej dolegliwe: wronizm gen. Jaruzelskiego czy pisizm dr. J. Kaczyńskiego?

Prezes PiS, przy pomocy premiera, prezydenta i ministra zdrowia nakazał grać z narodem w pici-polo i wrzeszczeć: „Niech żyje dobra zmiana”. Jedno nie ulega dla mnie wątpliwości: u Jarosława Kaczyńskiego N. Machiavelli mógłby brać korepetycje.

***

Czym więc zakończę to przedsłowie? Oczywiście, fragmentem Dżumy A. Camusa: Wiedział bowiem to, czego nie wiedział ten radosny tłum i co można przeczytać w książkach, że bakcyl dżumy nigdy nie umiera i nie znika, że może przez dziesiątki lat pozostać uśpiony w meblach i bieliźnie, że czeka cierpliwie w kufrach, chustkach i w papierach, i że nadejdzie być może dzień, kiedy na nieszczęście ludzi i dla ich nauki dżuma obudzi swe szczury i pośle je, by umierały w szczęśliwym mieście. CDN

Feministkom do sztambucha!!! SIĘ NAPISAŁO

Nóż. Requiem dla szpiega” – Agencja Wydawnicza CB. Tel: 510-210-234 

Niepamięć w służbach specjalnych odgrywa ważną rolę – uczą specjaliści, a nauka sowiecka nie zaprzecza. Miałem się o tym przekonać w najbliższych tygodniach. Moim przełożonym był naczelnik Wydziału Niemieckiego w Departamencie Kontrwywiadu MSW Lucjan Literek. Oficer ten, z silne rozwiniętym węchem antykateksji, o urodzie botticellowskiego pedała, miał stopień pułkownika.

         W Firmie takich osobników było nie więcej niż pięć procent. Nie wiadomo dlaczego hołubił ich minister Czesław Kiszczak. Na tej podstawie złośliwcy przypuszczali, że minister jest obeznany z dwoma płciami, a kto wie, może i z trzema? Doszukiwano się w tym przyczyny zarządzenia przez szefa resortu akcji „Hiacynt” polegającej na ewidencji wszystkich homoseksualistów i zakładaniu im specjalnej dokumentacji, tzw. różowych kart. To cytat z Adama Hanuszkiewicza: „Życie jest jak transwestyta, wszystko pięknie, pięknie i nagle chuj!”.    

         Pułkownik Literek bez nauki zgłębił wszystkie nauki. Do wszystkiego dochodził własnym rozumem. Miał aspirację bycia tym, kim nie był. Ciągle coś albo kogoś udawał albo grał. Gdyby nie był tym, kim był, byłby wielkim aktorem. Mógłby grać Hamleta, króla Leara i menela spod budki z piwem. Lucjan Literek był niekwestionowanym mistrzem łgarstw patologicznych i innych kłamstw wszelakich. Nawet wpisy w dowodzie miał sfałszowane. Podawał: wzrost 195 cm, waga 65 kg. W rzeczywistości wzrost był o 5 cm za wielki, waga o 5 kg za mała. I tu profetycznie zanotowałem w pamięci słowa Jorge Luisa Borgesa: „…podjął próbę ostatniego kłamstwa. >Wasz okropny grzech nie pozwala wam ujrzeć mojego blasku…< – zaczął mówić. Nie słuchali i przebili go włóczniami”.

Pułkownik od pozostałych naczelników, zazwyczaj pogrubionych facetów o żabich proporcjach, różnił się zażyłością z Kiszczakiem, niekompetencją i nietypowym wyglądem. Był cienki jak opłatek. Był najchudszym z ludzi, jakich ktokolwiek kiedykolwiek gdziekolwiek widział. Nawet foremny Pożoga wyglądał przy nim jak pyknikowaty krasnal ogrodowy przy wysmukłej topoli.

  1. Literek nazwisko miał również adekwatne do tego, co lubił najbardziej – trąbienie. Trąbił alkohol jak wóz asenizacyjny gnojowicę. Miał rozszerzenie na język i zwężenie na móżdżek. Czuł się starszy od samego siebie i w związku z tym miał się za mędrca. Był zachwycająco brzydki oraz piękny. Okropnie bałwaniasty i chytry zarazem. Jednym słowem był taki głupi, na jakiego wyglądał. Ta koincydencja sprawiła, że był to lichy przypadek rozumu. Aspiracja służbowe Literka oparta była na rodowodzie. Sięgała czasów Informacji WP i WSW. Wówczas to obyczaje były inne niż w erze Jaruzelskiego. Kopanie i bicie nahajkami w dupę i pięty oraz skakanie po żebrach, aby z figurantów wyszła prawdziwa natura człowiecza, było codzienną praktyką. Pułkownik wyraźnie tęsknił za minionym okresem. Czasami chciał być nobliwy, ale skurwysyństwo miał wypisane na gębie. Upoważniała go do tego znajomości z generałem Kiszczakiem.

         Pułkownik nie miał nawet rodziny, bo był poślubiony ojczyźnie. Jego niepodważalną zaletą było oddawanie ministrowi znacznych usług przy różnych geszeftach, prowadzonych z biznesmenami państw arabskich i żydowskich oraz z hierarchami kościelnymi. To, że Literek zdołał przejąć władzę nad Wydziałem Niemieckim, nie było zadym cudem. Podejrzewałem, że Bóg wyposażył go w nieprzeciętną smykałkę do szemranych interesów. Był boskim pachciarzem. Przypominał facetów szpakami karmionymi. Był czujny jak pies podwójny.    Ilekroć o nim myślałem, w czerepie jawił mi się cytat w Witkacego: „…ty wanrygo, ty chałpudro, ty skwaszony wodrołaju, ty chliporzygu odwantrobiony, ty wszawy bum…”.  

                                               ***

W Firmie co trzecia osoba była kobietą. Były dziewczyny, brzanki, gąski, kobietki, kokietki, panienki, panny, paniusie, podfruwajki, sikorki, magnifiki, Penelopy, żony, żonki, żonusie, bogdanki, baby, babsztyle, matrony, stateczne damy i kapłanki resortowego ogniska. Nie były somnabuliczkami. Wyręczały mężczyzn nie tylko w papierkowej robocie. Umysł kobiet jest logiczny, a rozum inteligentny. To banał, że funkcjonariuszki tajnych służb traktują pracę operacyjną poważniej niż mężczyźni, ale banał prawdziwy. Nic dziwnego, że białogłowy górowały nad mężczyznami wyobraźnią, rozwagą, rzeczowością, bystrością, sprytem i intelektem. A takie chłopiska, jak Literek wolą rzeczy proste. Rozum wywołuje u nich zawiść, strach i nienawiść.

Leży przede mną książka Amaryllis Fox „Tajne życie. Kobiety w służbie CIA”. To dobrze opowiedziana grafomańska historyjka dla sentymentalno-patriotycznych kabotynów rozkochanych w Stanach Zjednoczonych, ale na tyle dyskretna, że Fox, opisując obyczaje szefów i kolegów CIA, stosunków męsko-damskich nie stawia na ostrzu noża. Tylko gdzie niegdzie autorka sygnalizuje, że w czasie szkolenia „Oglądamy filmy w multipleksach, jemy naleśniki w Cracker Barrel, czasami – z reguły – uprawiamy seks”. Albo, że już w czasie realizacji odpowiedzialnych zadań operacyjnych  kolega męża Fox  „…wysłał mi zdjęcie swojego penisa”. A. Fox uznaje to za normę i nie skarży się na seksizm mężczyzn i przedmiotowe taktowanie kobiet w tzw. Farmie  CIA (wydaje się, że tłumacz książki Grzegorz Kulesza ma niejakie trudności z opanowaniem żargonu obowiązującego w służbach specjalnych), tym niemiej wymowa książki jest jednoznaczna. Kobiety w służbach specjalnych, pomimo odnoszenia niezaprzeczalnych sukcesów także w działalności operacyjnej, o których mężczyźni mogliby jedynie marzyć, to i tak mają przechlapane. Może nie w takim stopniu jak w służbach tzw. demoludów, ale zawsze. No to jak było o nas?

Niewiasty były niezrównane w typowaniu i werbowaniu agentury. Wychodziło im to znakomicie. Były dokładne, dobrze przygotowane do takich akcji i skuteczne. Najchętniej „łowiły” agentów na materiałach kompromitujących. Szczególnie imponujące wyniki „łowczynie” agentów osiągały w środowiskach pedalskich i pedofilskich. Ich „łupem” padało 90 procent pedofilów i około połowy gejów przydatnych Firmie. Można to sprawdzić w tak zwanych różowych kartkach (osoby ustalone przez Firmę jako homoseksualne, na polecenie Cz. Kiszczaka miały założone oddzielną dokumentację operacyjną znajdującą się w gestii Departamentu III i IV). Niekiedy środkiem do werbunku agentów były pieniądze lub wykorzystanie ego figuranta. Uważając, że w Kraju Pieroga i Zalewajki jest coraz mniej wariatów dających się nabrać na patriotyzm, damy chętnie rezygnowały z tego sposobu, mimo że metoda ta była preferowana przez przełożonych.

Wprawdzie wśród funkcjonariuszek nie było Sokratesów, ale wśród mężczyzn też ich nie było. Kobiety Firmy w większości posiadły umiejętność ręcznego i maszynowego pisania bez błędów stylistycznych i ortograficznych oraz czytania ze zrozumieniem. Te umiejętności nie zawsze były zaletą płci brzydkiej. W Kraju Pieroga i Zalewajki połowa ludzi nie przeczytała ani jednej książki. A z tych czytających tylko co tysięczna osoba potrafi myśleć. Jednak żadna białogłowa nie doczekała się funkcji chociażby wiceministra. Owszem, było kilka kobiet dyrektorek departamentów. Ale tylko jedna, płk Julia Brystigierowa ps. „Luna” kierowała departamentem operacyjnym. Ba, ta dama, ze względu na umiejętności, mogła z powodzeniem zastąpić każdego ministra. Zrozumiał to na swoje nieszczęście Władysław Gomułka upierając się, aby skierować „Lunę” do jednego z najtrudniejszych resortów.

                                               ***

Również w Służbie Wywiadu i Kontrwywiadu białogłowy były widoczne. W samym wydziale niemieckim naczelnik miał ich pod sobą co najmniej tuzin. Wyrażenia „pod sobą” nie należy brać literalnie. Pułkownik nigdy nie przyjął do wiadomości, że kobiety bez mężczyzn więdną, a mężczyźnie bez kobiet – głupieją. L. Literek bał się oficerek jak ognia. Chyba nie miał żadnego życia seksualnego. Nie dlatego, że był monstrualnie brzydki, a dlatego, że nie chciał takiego życia mieć.

Tajemnicą poliszynela było, że nie „przeleciał” żadnej podwładnej. A było to w resorcie bardzo popularne, bez mała obowiązkowe zajęcie. Naczelnik był z jakichś przyczyn niewyżyty płciowo. Pewnie dlatego był, jaki był. Ale nie, nie był pedałem. Może prawdą jest, że wielkie, ale i najmniejsze idee mające za cel szkodzenie ludziom są wyznawane przez osobników zahamowanych płciowo, podobnych do Literka? Może z tego powodu nienawidził mnie bardziej niż ja jego? 

         „Przelatywanie” dam z wyższych pięter było honorem każdego oficera. Jest na to tysiące dowodów. Najmniejszy z nich wiązał się z samym wyposażeniem poszczególnych pomieszczeń. Weźmy np. biurka. Im większa szarża, tym blat tego mebla był większy. Bo biurko w Firmie nie tylko do czynności urzędowych służyło. Do ekscesów seksualnych również. Mimo że najważniejsze gabinety i pokoje odpoczynkowe były wyposażone w kanapy czy wersalki, wężykowcy mieli biurka wyposażone w blaty- giganty. Blaty jak pastwiska. Aby rżniętej i rżniętemu było wygodniej. Dlaczego uprawianie miłości na biurku było bardziej fascynującej niż na kanapie? A Bóg raczy wiedzieć.

                                     ***   

 Zgadzałem się, że Bóg powierzył ten honor Polakom. Tylko że Polacy nosić go nie umieli. Honor leży na nas jak siodło na krowie. Damy z „góry”, niekłamane ludzice, ze śladami dawnej urody, aliści nieco młodsze od Mostu Poniatowskiego i nie tak zardzewiałe, miały za mężów wojowników pamiętających bitwę pod Lenino, rzeź pod Studziankami, zdobywanie Wału Pomorskiego i forsowanie Nysy Łużyckiej. Mizianie się z takimi „staruszkami” było dla ludzic z góry poniżające. Bez mała byłoby kazirodztwem. Korzystając z przywilejów starszeństwa w hierarchii służbowej, damy wybierały młodszych i przystojniejszych oficerów, mających z kopulacji co najmniej doktoraty.

         Chyba nie mają racji dzisiejsze feministki, że w przeszłości tylko one podlegały molestowaniu. A era MeToo to nic innego jak pic na wodę i fotomontaż. Mizoginizm i mizoandryzm był, jest i będzie. I to we wszystkich kulturach. Jest stary jak świat. Mnie szczęśliwie ludzice pomijały. Byłem za wiekowy jak na ich gusty. „Zwitkaczony”, owszem byłem, ale nie pasowałem, by „kretyńskim być motylkiem”. Moja aparycja przypominała pachołka do cumowanie statków.    Pamiętam, że tylko raz, z okazji resortowego bankietu dla uczczenia rocznicy Wielkiej Rewolucji Socjalistycznej, zostałem przydybany przez „wysokopiętrową”.

         Byłem zmęczony wyborową. Wyszedłem na dziedziniec zaczerpnąć świeżego powietrza. Było ciemno jak w dupie Konia Trojańskiego. Dama podeszła niepostrzeżenie. Zawlokła mnie do swego gabinetu. Też była skaleczona boską obrazą. Z grymasem pożądania, a raczej głodu seksualnego, widocznym czasami na pyskach ogrodowych krasnoludków, wariacko pożądała miłości. W amoku, mając siłę smoka wawelskiego, cisnęła mną jak piłką na blat biurka. Pozbyła sie majtek i kazała figlować wdzięcząc się strasznie. Miała sflaczały tyłek i obwisłe cycki. Trzy otwory, którymi niewiasta może się pochwalić i do których warto włożyć fiuta, też nie były więcej warte. Nie wiem, co było w niej bardziej paskudne? Wnętrze czy wygląd?

         Dama, a raczej baboton chyba przebodźcowała moje pożądanie. Nie sprostałem oczekiwaniom. Mój fallus wisiał bezczynnie przypominając kawałek wyeksploatowanego węża strażackiego, w którym już dawno nie było wody. Kapłanka resortowego ogniska do końca służby wyrzucała mi zbezczeszczenie honoru oficerskiego. Twierdziła, że pług, którym się nie orze, rdzewieje i że dałem plamę. Pocieszałem się, że na Słońcu też są plamy.

                                               ***          .

Nasz naczelnik wysyłał podległe oficerki na takie akcje, które rokowały, że funkcjonariuszki w nich uczestniczące „muszą dać dupy”. Najzłośliwsi oficerowie wydziału, wśród których było dwóch absolwentów filozofii KUL-u (Katolicki Uniwersytet Lubelski), rozpowszechniali plotki, że Literek jako marksista, nie chciał naśladować chrześcijańskiego filozofa Orygenesa, twórcy teorii o preegzystencji dusz, który w akcie samokastracji uczynił się eunuchem. Naczelnik Wydziału Niemieckiego przechytrzył starochrześcijańskiego myśliciela. Nie chcąc samodzielnie wykonywać operacji na własnym fallusie, napisał raport do ministra Kiszczaka, prosząc generała o poddanie go zabiegowi kastracji. I minister spełnił jego prośbę. Jeżeli w tym wyznaniu zwietrzycie konfesję resortowego przygłupa, to nie będę protestował. W resorcie można było wypatrzyć sporo różnej maści naczelników. Było ich w samej Służbie Wywiadu i Kontrwywiadu kilkudziesięciu. Wyznaczenie na to stanowisko uprawniało nominata do pomiatania ludźmi. Więc naczelnicy deptali podwładnych jakby to była kapusta przeznaczona do kiszenia. Udeptani, w przeważającej mierze, z małymi wyjątkami, byli o niebo kompetentniejsi od przełożonych. Resort był pełny takich porządnych oficerów. Można ich było poznać po tym, że świństwa robili bardzo nieudolnie. Stawali się podli stopniowo i stanowili kolektyw solidnych rzemieślników bez krztyny geniuszu.

         Byli jacy byli. Ale na ogół gorsi. Naczelnicy wraz ze swoimi oficerami byli robolami Firmy. Na nich trzymało się ministerstwo. Większość funkcyjnych oficerów podejmowało rozsądne decyzje i mówiło do rzeczy. Niektóre słowa wyostrzały się nawet w ustach tępaków. Mój naczelnik pułkownik L. Literek, nominat ministra, został skierowany do resortu w ramach tzw. desantu aniołów z WSW, należał do wyjątków bez odprysku geniuszu. Paraliżował go respekt przed sobą. Mogłem tylko ubolewać nad niedorozwojem własnego umysłu, że przed akcją, do której mnie zaprzężono, jeszcze tego nie rozgryzłem. Cała ta hałastra naczelników nawet sobie nie wyobrażała, że ich podwładni mogą mieć inne zdanie niż oni. Bo tylko oni kierowali bezpośrednio oficerami. Wyższe szarże rzadko zniżały się do bezpośredniego stawiania zadań. Od tego mieli naczelników.

                                               ***   

  1. Literek miał biało-żółte, jakby wyrzeźbione ze słoniowej kości oblicze. Łysą niczym bilardowa kula czaszkę. Oczy ukrywał za grubymi szkłami krótkowidza. Nie na tyle jednak grubymi, aby podwładni nie widzieli jego spojrzenia, wiecznie zagubionego w przestrzeni. Mój szef odznaczał się cechami rasowego pracownika kontrwywiadu. Nadymał się jak żaba na liściu nenufaru. Pysznił się swoją niekompetencją. Gryzł w pupę każdego, kto na drabince kariery miał szansę stanąć o szczebelek wyżej. Był pewny siebie i apodyktyczny. Głęboko wierzył, że zawsze ma rację. Starał się robić wrażenie, że wszystko już przemyślał i rozstrzygnął. Jego twarz nie była twarzą, raczej potwarzą, ponurym ryjem, który śnił mi się długo. Obserwując jego sposób kierowania wydziałem, przerobiłem zdanie Schopenhauera. Brzmiało ono tak: dobry styl dowodzenia polega nie na monologowaniu, a na tym, że ma się coś do powiedzenia. Literek miał do powiedzenie tylko frazesy z cyklu: „ja rzucam myśl, a wy ją łapcie”. Była to przeraźliwa nicość intelektualna, totalna pustynia. Wysłuchałem i zaznałem mulistości i odruchu wymiotnego. Wydawało się, że naczelnik wysłuchuje li tylko z grzeczności tego, co mówią inni. Podległym oficerom wyjaśniał prawie wszystko, a to znaczyło, że niczego nie wyjaśniał. Obwieszczał wszem i wobec swe ostatnie sądy, obowiązujące podwładnych i przydatne do danej sprawy jak hulajnoga do podróży na Księżyc. Był najbardziej monstrualną i żałosną istotą na świecie.

 

SIĘ ZAPISAŁO

Pełne słońce. Gwarna ulica upstrzona plakatami wyborczyni i narodem chętnym do głosowania. Nagle zoczyłem Diogenesa z zapaloną latarnią. Zagadnąłem go czego szuka.

         – CZŁOWIEKA SZUKAM!

         – Beznadziejna sprawa, Diogenesie. Dawno, dawno temu znałem innych poszukiwaczy. Szperali w narodzie i znajdowali. Zaprzyjaźniali się z tymi, których wyszperali. Potem prali im mózgi i wykorzystywali do manipulacji, machinacji finansowych, albo do czegoś jeszcze gorszego. Jeszcze potem dbali, aby niczego z przeszłości figuranci nie pamiętali. Jak to wyglądało? Opisałem w powieści Nóż. Requiem dla szpiega. W tym miejscu kolejny fragment.

         ***

         W przeddzień zabiegu pozwolono mi na spotkanie z Ambroziewiczem i Głodnickim. Głodnicki był przygaszony, otępiały, mówił niewiele. Karmiono go tabletkami, aplikując po czterdzieści sztuk dziennie. Za to Ambroziewicz tryskał humorem. Śmiał się i dowcipkował. Również łykał tabletki. Zapewne inne. Było to zresztą widać.

         – Zenek – przywitał mnie wesoło. – Były już wyprawy po rakiety, włamania do garaży, całe stada alfonsów i dziwek, teraz jeszcze trafiła nam się ta grupa dzikusów niemieckich. Jak ty to robisz, że zawsze znajdziesz tak boskie miejsce i tak urocze towarzystwo, na które się natykamy. Może cierpisz na brak emocji?

         – Nie.

         – To przyjmij do wiadomości, że my również nie cierpimy i zabieraj nas stąd. A może my cię nudzimy?

         Powiedziałem o czekającym ich zabiegach. Rozmówca nie był tym zachwycony, choć nie wyjaśniłem, na czym operacja ma polegać. Nie warto było go straszyć.

         Piątego dnia od przyjazdu profesor zaprosił mnie na salę operacyjną. Na stole leżał Głodnicki. Od jego głowy odchodziło tyle przewodów, że chyba sam Bóg w swój najlepszy dzień miałby spore trudności, aby się w nich połapać. Pan Bóg może miałby kłopoty, ale nie niemieccy psychiatrzy…

         Lobotomię wykonywano pod miejscowym znieczuleniem, aby profesor Poppe mógł rozmawiając z pacjentami, ocenić stopień dezorientacji operowanego i uznać, czy należy dalej prowadzić niszczenie włókienek nerwowych w płatach czołowych mózgu.

         Operowało dwóch chirurgów, choć główną rolę odgrywał profesor. Była też grupa pomocników przypominających średniowieczną hordę tatarską wymachującą różnymi przyborami. Zielonooka stała z boku, trzymając arkusz z przygotowanymi pytaniami. Czułem się jak płuco pacjenta po wypaleniu paczki papierosów Ekstra mocnych. Po wstrzyknięciu środka znieczulającego profesor popukał w czoło Głodnickiego chirurgicznym narzędziem przypominającym rzeźbiarskie dłutko do precyzyjnej snycerki i zapytał:

         – Nic nie czujesz przyjacielu, prawda?

         Głowa Głodnickiego tkwiła w niklowanych obejmach. Nie mógł się ruszyć. Mógł jednak mówić, język miał wolny. Rzucał trochę zelżywościami.

         Poppe nie czekając na odpowiedź przystąpił do zabiegu. Trepanem przez pięć minut przebijał się do wnętrza czaszki pacjenta, aby dotrzeć do błony włóknistej okrywającej mozg. Postępował jak rzeźbiarz odrzucający zbędne kawałki materiału.  Potem wziął do ręki skalpel. Teraz profesor przypominał małpę z brzytwą.

         Przed moimi oczami jawiły się obrazy z dziecinnych lat opisane piórem Henryka Sienkiewicza. Zamiast kliniki w Waldheim był to więzienny loch krzyżackiego zamku w Szczytnie. Zamiast Poppego widziałem Zygfryda de Lówe. Zamiast trepanu „na oko Juranda poczęły spadać wielkie, płonące krople smoły”.

         Po przebiciu kości Poppe haczykiem podobnym do tego, jakim dentyści grzebią w zębie w poszukiwaniu próchnicy, myszkował w mózgu Głodnickiego. Wreszcie wziął do ręki strzykawkę z dziesięciocentymetrową igłą i delikatnie wprowadził ją w otwór wydłubany w czaszce operowanego.

         Ten zabieg sprawił, że mózg pacjenta zgłupiał, ale dało się z tym żyć. Może nawet lepiej niż z bystrym umysłem. Operowany zapomniał to, co zapomnieć miał. Nie miał już zmartwień komplikujących mu życie. Pozbył się strachu o przyszłość.

I pomyślałem, że taki zabieg, gdyby go rozpowszechnić na potencjalnych wyborców, mógłby być marzeniem polityków.

         I pocieszyłem się, że to, co było, już nie jest. A to, co będzie, jeszcze nie jest. I antycypowałem, że być może w niedalekiej przyszłości zabiegi takie jak lobotomia i pokrewne zastąpi sztuczna inteligencja, która radykalnie wyeliminuje człowieka z dominującej pozycji na planecie zwanej Ziemia. Przecie już dziś Homo sapiens jest nie bardzo sapiens. O ile wobec zwierząt ludzie zachowują się jak naziści, to wobec bliźnich postępujemy niczym komuniści. Trudno powiedzieć, co jest gorsze. Zapominamy, że jesteśmy otoczeni nie-ludzką inteligencją roślinną i zwierzęcą, którą niszczymy z całą bezwzględnością.  

                                               ***

Widziałem to wszystko. Atoli przed oczyma miałem inny obraz i inne słowa: „Przyrzeczono ci, iż wyjdziesz wolny, i wyjdziesz, ale nie będziesz mógł oskarżać zakonu, gdyż język, którym przeciw niemu bluźniłeś będzie ci odjęty”.

         Teraz nastąpił kulminacyjny moment zabiegu, profesor zadawał pytania i po usłyszeniu odpowiedzi leciutko naciskał tłoczek strzykawki wypełnionej przeźroczystym płynem, czystym spirytusem, służącym do niszczenia szarych komórek.

         – Kto cię zwerbował, przyjacielu? – Poppe odczytywał pytanie z kartki trzymanej przez zielonooką przed jego oczami.

         – Kapitan Klaus  – odpowiedział ponuro Głodnicki.

         Profesor wstrzyknął mu kropelkę spirytusu do mózgu i pacjent na powtórzone pytanie nie mógł sobie przypomnieć właściwej odpowiedzi.

         – Gdzie się spotykaliście?

         – W różnych miejscach.

         – Konkretnie.

         – W porcie – słyszałem głos operowanego i widziałem ruch delikatnych palców niedoszłego pianisty.

                                               ***

Operacja trwała dwie godziny. Zespół profesora był niesamowicie zgrany. Medycy wyglądali jakby byli insektami ludzkich rozmiarów, którzy dopadli swoją ofiarę. Nie padły żadne niepotrzebne słowa. Niemiecka perfekcja święciła pełny tryumf.

         Na drugi dzień Poppe pogrzebał trepanem i strzykawką w mózgu Ambroziewicza. Dzięki zespołowi z kliniki w Waldheim obaj agenci wycofani z gry nie stanowili żadnego zagrożenia dla obozu socjalistycznego. Przeżyli wprawdzie przygodę z wywiadami, ale byli ciałami bez duszy, jak zombi.

         W czasie pożegnalnej kolacji rozważałem, czy posiadane przeze mnie informacje nie stanowiły takiego zagrożenia? Był to dla mnie okres ciężki od wspomnień. Bałem się.

                                               ***

Oniriada

Odwiedził mnie duchy. Były to zjawy normalne, choć przybrały postać jakby żywcem ściągniętą z „Krzyku” Edvarda Muncha. Nie dałem się nabrać na maskaradę. Od razu wyczaiłem, że pierwszą postacią jest duch byłego zastępcy Fejgina Józef Światło vel Izak Fleischfarb, a drugą autor Pożegnania z bronią. Miałem do Hemingwaya kilka pytań. Zaatakowałem: Fuj! Noblista! A agent sowiecki. Nie fuj, a obowiązek patriotyczny. Chcesz w papę? Słyszałem o bokserskiej karierze pisarza. W mordę dostać nie chciałem. Zapytałem: dlaczego pod postacią Golza w Komu bije dzwon sportretowałeś Świerczewskiego, a nie Komara, będącego znacznie bystrzejszym umysłem? On w Hiszpanii był tak tajny, ze nic o nim nie wiedziałem. No, lecę. Piszę nową książkę, Stary człowiek i jeszcze może. Światło klasnął w dłonie i sprowadził ducha „Miszy”. Tak go przedstawił. To Wolf, Markus, „Misza”. Szef wywiadu STASI. Zastępca ministra Mielkiego. Ale jest od niego sto razy mądrzejszy. Tak jak u was Pożoga od Kiszczaka. Markus jest znakomitszym komunistą niż wszyscy peerelowscy komuniści razem wzięci. Ma pierwszorzędne kontakty nie tylko z Kiszczakiem. Zna wszystkich ministrów resortu. Od Radkiewicza do Macierewicza. Bywał w Polsce. Przyjaźnił się z ministrami, mimo że uważa ich za durniów. Zna wszelkie łajdactwa MSW lepiej niż Jaruzelski. Miałem do Wolfa tylko dwa pytania: Czy lobotomia zawsze jest skuteczna? Czy STASI brała udział w zamachu na Jana Pawła II? Na pierwsze pytanie „Misza” odpowiedział twierdząco. Na drugie zaczął kręcić. Powiedział, że jego służba na mocy rozkazu Andropowa przejęła część peerelowskiej agentury w Watykanie zakładanej jeszcze przez jego komilitona Artura Rittera-Jastrzębskiego. Że należało zapewnić osłonę propagandową zleceniodawcom zamachu. I jego służba się do tego włączyła. To Sowieci? Andropow? Breżniew? – spytałem, a raczej stwierdziłem. Kiwnął głową i wyartykułował: Myślę, że tak. „Misza!” Zdarza się, że myśl, po opuszczeniu głowy nie ma dokąd powrócić. Nie boisz się? Boję – wyznał. I dlatego z zagranicznych najmimordów, będących na usługach metasowietów, to ty najgłośniej pyskujesz? Zgadza się? Wolf nie odpowiedział. Obrócił się na pięcie i odfrunął. W jego ślady poszybował Światło. Nie zdążyłem go spytać, czy nie lęka się, że w USA dopadnie go Wieczorek albo jakiś inny wysłannik Firmy? Nie musiałem go pytać. Wiedziałem. Światło bał się tylko siebie. Świtało.   Cdn.       

SIĘ ZAPISAŁO

28 czerwca na wybory prezydenckie się pójdzie. Z tej okazji przypomniałem sobie z czym kojarzę niegdysiejszych prezydentów Wolnej Polski.

         – L. Wałęsę z wprowadzeniem do polityki Kraju Pieroga i Zalewajki schizofrenii bezobjawowej (zabukowałem wizyty w gabinecie psychiatrycznym);

         – A. Kwaśniewskiego z bólu goleni (nabyłem laskę);

         – L. Kaczyńskiego z powiedzenia: „Spieprzaj dziadu!” (spieprzyłem);

         – B. Komorowskiego z czekoladowego orła (mniam, mniam);

         – A. Dudę z ostrego cienia mgły i z faktu, że grupki figlarzy zmieniają w jego nazwisku jedną literę. (zgadnijcie jaką?).

         I nic to, bo obserwując skrzecząca pospolitość przed obecnymi wyborami nie trudno dość do wniosku, że osobnikom biorących udział w tych zabawach przydałoby się zaaplikować kilka elektrowstrząsów. Czym to się je? Opisałem w NOŻU (wyd. CB; tel. 510-210-234). Tu jedynie mały fragment.

         ***

         Swego czasu bohater Noża…, porucznik Góral gościł w enerdowskiej wariatoklinice kierowanej przez sławnego profesora niemieckiego Wilhelma Poppe. Oto krztyna jego przygód:

         Znałem zakusy profesora, aby mnie poczęstować elektrowstrząsami. Moja wiedza na temat tego zabiegu była mizerna. Gdzieś wyczytałem, że Amerykanie zamiast leczyć Hemingwaya z depresji doprowadzili go na skraj załamania nerwowego i w konsekwencji do samobójstwa. To wzbudziło mój niepokój.

         Również w Warszawie słyszałem różne plotki na ten temat. Ale że nie ma rzeczy tak złej, która nie miałaby czegoś dobrego, postanowiłem spróbować elektrowstrząsów. Lobotomię z góry wykluczyłem. W myśl niektórych teorii, także naukowych, byłem cyborgiem. Może nie tak doskonałym jak Luke Skywalker, ale zawsze. Z okazji eksmitowania krwiaka z mojej czaszki do mózgu wszczepiono mi niewielki implant ułatwiający mówienie i ograniczający trzęsienie rąk. Dlatego wiedziałem, jak może smakować lobotomia.

         Ale nie bez znaczenia dla podjęcia takiej decyzji było brzemię odpowiedzialności za ludzi, których przywiozłem do kliniki. Czekało ich leczenie przy pomocy różnych metod. Poza tym takie doświadczenie mogło być przydatne w pracy operacyjnej z agenturą i nie tylko, bo w perspektywie planowałem, wzorem innych wywiadowców, zająć się pisaniem książek. Ale przedtem musiałem się upewnić, czy to niebezpieczny eksperyment. Zagadnąłem asystentkę profesora Ewę, co o tym sądzi.

         Zielonooka była chyba uprzedzona przez Poppego o próbie, której miałem być poddany. Bagatelizując sprawę odparła, że jest to normalna metoda leczenia stosowana w psychiatrii. Nie stanowi żadnego zagrożenia dla pacjenta. Pod warunkiem, że jest stosowana przez fachowców, a nie szarlatanów z CIA. Uważając szarlatanów STASI za sto razy gorszych od CIA chciałem jeszcze zapytać o szczegóły eksperymentu, ale rozmowę przerwał nam profesor. Wszedł do gabinetu zamykając ciężkie dębowe drzwi w taki sposób jakby obawiał się, że są ze szkła i może je uszkodzić.

         – Zabieram twojego gościa, Ewo – powiedział. – Kapitan Góral chciał poznać smak elektrowstrząsów. Proszę ze mną, kapitanie.

         – Ale nie będzie ze mną tak jak z Hemingwayem, profesorze? – zastrzegłem się.

         – Proszę być spokojny. Amerykanie przedobrzyli z noblistą. Zaaplikowali mu wstrząsy, które mogłyby zabić nawet słonia. Zamiast leczyć autora  Komu bije dzwon doprowadzili go do skrajnej depresji. Błąd. Wierzę, że wynikający z niewiedzy. Chociaż.., chociaż można snuć rożne hipotezy… U nas jest to niemożliwe. Zaaplikujemy panu najmniejszą dawkę. Chcemy jedynie zademonstrować, jak działa taka kuracja. Przekonałem pana? Na pańskie życzenie w każdej chwili przerwiemy badanie.

         – Wspomniał pan, pułkowniku, o różnych hipotezach dotyczących amerykańskiego noblisty. Mógłby pan powiedzieć o tym coś bliższego? Tak się składa, że cenię pisarstwo Hemingwaya. To mistrz celnego przekazu. Autor Zielonych wzgórz Afryki posługuję się słowem z chirurgiczną precyzją, tak jak pan skalpelem.

         Tym porównaniem zrobiłem profesorowi przyjemność. Zamrugał oczami jak gwiazdy, poklepał mnie po plecach i wyjawił swoje podejrzenia w stosunku po psychiatrów zza ocean.

         – Nie można wykluczyć, że w sprawę leczenia Hemingwaya wmieszały się służby specjalne. Konkretnie FBI. Potężny szef FBI John Edgar Hoover nie cierpiał noblisty. Wiedział, ze pisarz szpiegował dla Amerykanów jak i dla Rosjan. Dla OSS (Biuro Służb Strategicznych, poprzedniczka CIA – red.) autor Pożegnania z bronią był oferentem. Do współpracy z NKWD zwerbował go Jacob Golos, agent Kremla działający w USA. Ludzie Hoovera, których o nie takie akcję można posądzić, mogli skłonić lekarzy, aby byli uprzejmi kilkakrotnie przekroczyć dawki elektrowstrząsów aplikowane pisarzowi. I lekarze byli uprzejmi.

         W tym, co mówił profesor słychać było nie tylko błędy ortograficzne, ale i faktograficzne. Poppe nie przejmował się tym ani trochę. Wedle niego wyjaśnienia miały uspokajający charakter. Profesor skończył łgać i zabrał mnie do sąsiedniego pomieszczenia. Zobaczyłem na środku pokoju dziwaczne urządzenie będące skrzyżowaniem krzesła elektrycznego z krzyżem pokutnym.

         – Proszę siadać – zaprosił mnie profesor i nacisnął jakiś przycisk przy maleńkim pulpicie stojącym obok głównego sprzętu.

                                               ***

Po chwili do pokoju weszła pielęgniarka z asystentką. Siostrzyca wyglądała trochę zdzirowato, jakby właśnie udusiła szczeniaka, ale uznała, że to za mało i rozgląda się za jakąś nową ofiarą. Pierwsze, co u niej zauważyłem, to ręce. Szponiaste jak u harpi wielkiej. Mogące popieścić albo poszarpać. Potem przyjrzałem się jej twarzy. Rysowała się na niej historia precyzyjnych zabiegów chirurgii plastycznej. Nie pomógł makijaż. Była solidnie wypacykowana, prawie otynkowana jakimś brązowym paskudztwem mającym udawać opaleniznę. Karminowa szminka i fioletowy cień do powiek nadawały jej diaboliczny wygląd. Pomyślałem, że ta kobieta wypowiedziała wojnę starości. Ale choćby nie wiem jak się starała, musi ją przegrać.

         Asystentka popychała szpitalny wózek z różnymi pudełkami przypominającymi przenośne centralki telefoniczne. Odbiegało od nich mnóstwo przewodów zakończonych wtyczkami, przyciskami i opaskami.

         Profesor skierował na mnie spojrzenie swych przejrzystych oczu, które niczym reflektory w samochodzie zawodowego mordercy mają za zadanie sparaliżować ofiarę, aby stała się łatwym łupem. Na ułamek sekundy na jego twarzy pojawił się blady uśmiech. Na pulpicie, jak wezwanie do podpisania cyrografu, leżała pusta kartka papieru. Obok czaił się długopis gotowy do podpisania zgody na badanie. 

         Wolałem się nie przyglądać profesorowi. Podpisałem zgodę. Mój wzrok spoczął na urwisowatej asystentce pielęgniarki. Był to wiotki kawałek młodego dobrze skrojonego ciała. Miała włosy jak ze złota. Na szyi wisiał w tym samym kolorze wisiorek z podobizną Ericha Honeckera, sekretarza Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec. Chyba nie była głupia, coś jednak przeszkadzało jej być mądrą.

Można było patrzeć na nią bez bólu. Wyglądała na trzpiotkę, na dziewczynę wesołą i ciekawą życia, ale niezbyt pewną siebie, jak nowy pudel w domu, w którym niezbyt lubią pieski.

                                               ***

         Zdążyłem jeszcze pomyśleć, że dobrze byłoby przelecieć to młode niemieckie ciałko i posłusznie zająłem wskazane miejsce. Pielęgniarka przysznurowała mnie do krzyżo-fotela. Przymocowała mi do rąk, nóg i skroni elektrody informując, że mogę zamknąć oczy.

         Skóra na jej rękach była stara, obwisła jakby jej było za dużo. Nie posłuchałem jej. Obawiałem się, że gdy zakryję patrzałki, w moim mózgu pojawi się wizja łap siostrzycy. Wolałem obserwować co ze mną zrobią. Ale i tak niewiele mogłem zobaczyć. Moja głowa tkwiła w udatnym urządzeniu niczym w imadle. Do pokoju wszedł Hoffman z zielonooką. Poczułem się weselej.

         – Jest pan gotów? – zapytał profesor.

         Chciałem skinąć głową. Nie mogłem. Nie mogłem ruszyć ani ręką, ani nogą, również przymocowanymi do urządzenia. Czułem się jak Chrystus ukrzyżowany na Golgocie. Nie było to wesołe. Oddychałem przez wpół otwarte usta tak cicho, jak schowany w szafie na bieliznę kochanek mężatki po niespodziewanym, wcześniejszym powrocie męża z delegacji.

         Profesor powtórzył pytanie. Jeżeli nie chciałem wyjść na błazna, musiałem odpowiedzieć.

         – Tak. Jestem gotów – powiedziałem. W moim głosie nie było entuzjazmu.

Usłyszałem:

         – Gotowe. Zaczynamy.

         Pielęgniarka włożyła wtyczkę do gniazdka i wdusiła jakiś przycisk w swojej centralce.

                                                        ***

         Przed oczami przeleciał mi mamuci błysk. Przez chwilę miałem wrażenie jakby sufit zwalił mi się na głowę. Zacząłem drżeć na całym ciele niczym osika na wietrze. Gdybym nie był przywiązany, telepałoby mną gorzej niż w czasie jazdy autobusem po gminnych drogach.

         Po czterech sekundach profesor zafundował mi jeszcze jeden wstrząs, a po dalszych czterech jeszcze jeden i jeszcze.

         Nie czułem, że z ust pociekła mi ślina, którą asystentka pielęgniarki wyciera flanelową ściereczką.

         Nie pamiętam, ile czasu spędziłem w gabinecie od elektrowstrząsów. Pamiętam jedynie Ewę prowadzącą mnie do pokoju. Ona coś tam paplała. Ale nie do mnie. Do siebie. Chyba nie zwariowała? Po chwili spostrzegłem, że miała w uchu słuchawkę i składała profesorowi relacje o moim stanie.

         Byłem grzeczny jak niemowlę. Dałem się ułożyć na tapczanie i spróbowałem zastosować się do rady asystentki, aby zasnąć.

         Sen nie przychodził. Mijały godziny. Pod wieczór znowu zaproszono mnie na kolację. Przedtem jednak zdołałem się przemóc, aby pójść do łazienki i spróbować doprowadzić się do ludzkiego wyglądu. Przekonałem się, że rozprawiać o walce byków, a znaleźć się na arenie to nie to samo.

         Stanąłem przed lustrem. Z odbicia spoglądały na mnie podkrążone oczy odcinające się od nieogolonej japy. Jej kolor przypominał niedopieczony naleśnik. W dodatku łysiałem jak przetarta na łokciach marynarka, a skóra na twarzy była pofałdowana niczym miech akordeonu. Zacząłem sobie wyobrażać, w jakim stanie są zamknięci pacjenci profesora.

         Moje myśli zazwyczaj przychodziły z nieznanego i w nieznane odchodziły, ale teraz  powędrowały do Ernesta Hemingwaya. Noblista, po kilkakrotnym leczeniu depresji elektrowstrząsami, wybrał ulubioną strzelbę. Wymierzył w swoją głowę i pociągnął za język spustowy.

                                               ***   

         Nie smakowała mi kolacja w towarzystwie Niemców, mimo zestawu potraw mogących zadowolić najwybredniejszego smakosza. W tym lokalu i przy tych biesiadnikach każde danie pachniało śmiercią lub czymś jeszcze gorszym – odczłowieczeniem.

         – Polubiłeś elektrowstrząsy? – zapytał Klaus.

         – Hm.

         – Dobrze, że tego nie lubisz. Pamiętaj, że każdy człowiek w naszym fachu musi nauczyć się pewnych rzeczy bardzo dobrze, dlatego że lubi to robić. Musi też umieć robić dobrze coś, czego nienawidzi. Dopiero wtedy jest człowiekiem w pełni przystosowanym do pracy w służbach specjalnych. Nasza przyszłość wiąże się z postępem medycyny i techniki. Musimy się nauczyć wpływać na ludzi. Postęp w tej dziedzinie jest trudny. Ale możliwy dzięki takim ludziom jak profesor Poppe i jego zespół.

         Niemiec łgał koncertowo. Był za bystry, aby wierzyć w to, co mówił.

         – W państwach naszego obozu obowiązuje ścisła specjalizacja nie tylko w handlu, polityce, kulturze czy gospodarce. Również nasze służby podzieliły się zadaniami. Wy na przykład specjalizujecie się w operacjach na otwartym sercu. Nas interesują szare komórki – wtrącił drugi łgarz, profesor. – Wie pan coś na temat tych operacji?

         – Prawdę mówiąc, niewiele oprócz tego, że prace w tej dziedzinie zaczęto jeszcze pod koniec lat czterdziestych, a pierwszymi pacjentami byli więźniowie.

         – Niemcy?

         – Nie tylko. Operacje wykonywano również na wrogach ojczyzny. Na polskich więźniach politycznych. Przeważnie akowcach. Choć byli i inni, głównie ludzie niezdolni do pokochania komunizmu.

         Moja odpowiedź zadowoliła wszystkich.

         – Jaką dawkę mi pan zaaplikował profesorze?

         – Najniższą ze skutecznych. Cztery razy po sto pięćdziesiąt wolt, przez sekundę.

         – Mniejszych nie można?

         – Można, ale są nieskuteczne. Nie poczułby pan jak to smakuje.

                                               ***

         Piliśmy wino rozmawiając wesoło. Panowała prawie biesiadna atmosfera. Pod koniec kolacji największe powodzenie miał smirnoff. Mimo wielkich dawek ciężkiego paliwa duchy ludzi, którzy oddali życie w czasie prowadzonych w klinice eksperymentów, mających wzbogacić skarbiec światowej psychiatrii, nie nawiedzały nikogo. Profesor zwrócił się do mnie z uprzejmą propozycją:

         – Jeżeli zechce pan jutro jeszcze raz spróbować, to możemy zwiększyć dawkę. Nie widzę przeciwwskazań.

         – Żyję za długo, aby się dać zabić w tak głupi sposób.

         Omówiliśmy też, niejako przy okazji, mój udział w eksperymencie, który miał być przeprowadzony na Ambroziewiczu i Głodnickim. Chodziło o skasowanie w ich mozgach pewnych informacji, nabytych w kontaktach z różnymi zaprzyjaźnionymi wywiadami. (cdn.)

 

NÓŻ to niewielki scyzoryk (patrz.: okładka) Czytajcie! Polecajcie znajomym!

SIĘ NAPISAŁO

NÓŻ /Fragment powieści, wydawnictwo CB tel: 510-210-234 /

 

         /W mojej ojczyźnie karki się zgina /Przed każdą władzą /

         /parafraza wiersza Antoniego Słonimskiego/

         Po dwudziestu latach pracy w Firmie wiedziałem, że zajęć nigdy nam nie zabraknie. Wciąż pojawiały się nowe teorie, kto jest wrogiem, a kto sojusznikiem. Stale majdrowano nowe listy podejrzanych i wykonywano świeże dokumenty równie prawdziwe jak doniesienia, że Mojżesz zawarł pakt z kosmitami, Hitler kochał Żydów, a Stalin wprowadził w Polsce demokrację. To się nigdy nie skończy. I nie ma powodu, by się skończyło. Specjaliści uzupełnili piąte przykazanie.

         Dla pracowników służb specjalnych brzmiało ono tak: „Nie zabijaj niepotrzebnie. Jeżeli jednak musisz zabić – nie wahaj się. Zrób to szybko i nie zostawiaj śladu”.

         Kontakty ze specjalistami zawsze wzbudzały mój głęboki niesmak. Ale w pewnych sytuacjach nie mogłem ich uniknąć.

                                               ***

         Do sekretariatu szefa Służby Wywiadu i Kontrwywiadu wpadłem w ostatniej chwili, tuż przed odprawą. Sekretarka przywitała mnie gderaniem:

         – Znowu się gdzieś włóczysz, zamiast siedzieć pod telefonem!

         – Wiem, wiem, dobry oficer nigdy nie powinien być tam, gdzie go potrzebują. Powinien znajdować się tam, gdzie może wykazać, jak bardzo jest potrzebny, czyli antyszambrować pod drzwiami przełożonego – przerwałem jej. – A ty, kochaneczko, nie chcesz zrozumieć, że ja mam stale dwa problemy. Pierwszy to ja sam. Drugi to szefowie. I ten pierwszy nie zawsze chce uznać tego drugiego. No, ale, kto nigdy nie nazwał szefa żałosnym chujkiem, niech pierwszy rzuci kamieniem?

         – Zobaczysz, ten twój niewyparzony jęzor zaprowadzi cię kiedyś tam, dokąd powinieneś trafić, czyli do pierdla. Twój naczelnik cię szuka…                                                                                   ***

Dopiero od niedawna byłem w Warszawie. Było to miasto jak muszla. Nieustannie szumiało. W dniach stanu wojennego nie było w nim radości. Znacznie łatwiej było znaleźć miejsce nadające się do rozpaczy. Ale i tak się cieszyłem. Wierzyłem Rimbaudowi twierdzącemu, że pobyt w tym samym miejscu zawsze będzie uważał za nieszczęście. Zresztą, we wszystkich miastach Polski było podobnie.  

         Przeniesiono mnie do centrali ze Szczecina. Służbę zaczynałem w zwiadzie Pomorskiej Brygady WOP. Miałem sukcesy operacyjne. Chwalono mnie i nagradzano za dobrą robotę. Powieszono mnie nawet na tablicy „Ludzie Doro”. Co prawda oficer WSW czuwający nad moją duszą uważał, że powinienem wisieć na czyś zgoła innym, i miał rację.

         Wkrótce się przekonałem, ze takie pochwały są odskocznią do przygany. Przydarzały mi się degradacje. Nie walczyłem z degradatorami. Czekałem. Glowa w piasek. Dupa na zewnątrz, nastawiona do bicia. Ale głowa? Głowa spokojna.

                                               ***

         Wiele razy byłem na dnie. Powtarzałem sobie wtedy w moim ulubionym języku Koń izdoch, poredieł mój wołos, i za oknem szalona grust’ i pieczał (Koń zdechł, włosy mi się przerzedziły, a za oknem szalony smutek i żal). Nie bałem się upadku. Sto kilkadziesiąt miesięcy byłem kapitanem. W epoce Edwarda Gierka udało mi się przyczynić do zapudłowania Johanesa Wenzela, agenta BND (Bundesnachrichtendienst, Federalna Służba Wywiadowcza (Informacyjna). Szpieg rozpracowywał przemysł stoczniowy na Wybrzeżu i zespół portowy Szczecin – Świnoujście. Mianowano mnie za to majorem.

         Agent nie posiedział u nas długo. Wstawił się za nim do I sekretarza KC PZPR kanclerz RFN Willy Brandt. Chociaż odpowiedzialny za sprawy wywiadu wiceminister Mirosław Milewski chciał szpiega powiesić, a szef kontrwywiadu Władysław Pożoga tylko przehandlować z wywiadem zachodnioniemieckim za marki, to minister Stanisław Kowalczyk kazał go oddać Niemcom za darmo.

         Ponoć jako wopowski „łowca” szpiegów zapowiadałem się znakomicie. Zaproponowano mi przejście do kontrwywiadu MSW. Zgodziłem się. Musiałem. Tak jak i inni mundurowi byłem niewolnikiem zależnym od kaprysu przełożonych. Nie wiedziałem, że czeka mnie poniewierka. Na Wybrzeżu krzyżowały się szlaki wielu wywiadów. Szpiedzy wrogich służb mnożyli się jak na drożdżach. Miałem większe możliwości działania. Brałem udział w kilku kombinacjach operacyjnych.

                                               *** 

Moje oczy widziały zbyt wiele rzeczy naraz, mimo to uważałem, że chyba dam radę. Tym bardziej, że sprawy, w których brałem udział były proste. Zachodnioniemieckie BND jak i wschodnioniemieckie STASI (Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego Niemieckiej Republiki Demokratycznej, Ministerium für Staatssicherheit [MfS] – naczelny organ bezpieczeństwa NRD) były zainteresowane naszym przemysłem okrętowym i innymi zakładami, konkurencyjnym dla stoczni niemieckich.

         Oba państwa niemieckie nasyłały na Wybrzeże swoich agentów. Były akcje sabotażowe. Werbowano stoczniowców i portowców. Podchodzono pod zwiad WOP, mający swoje interesy w stoczniach i portach. Myślałem, że wystarczy pojechać gdzie trzeba. Powęszyć za kim trzeba. Ewentualnie zastrzelić jakiegoś sukinsyna, aby politycy go nie oddali za friko, bo on zawsze może wrócić i dalej prowadzić krecią robotę,

         Sytuacje wykorzystywały służby państw arabskich, rozpracowujących Zespół Portowy Szczecin – Świnoujście, ważny dla handlu bronią, narkotykami. Był to też punkt rozdziału terrorystów arabskich. Jedni udawali się na wypoczynek w różnych kurortach tzw. demoludów, a drudzy wyruszali na akcje bandyckie wykorzystując statki różnych bander.

         W Świnoujściu była silna baza okrętów sowieckich. Oficerowie KGB i GRU czuli się na Wybrzeżu lepiej niż w bazie Floty Bałtyckiej w Kaliningradzie. Szczecin i Trójmiasto było naszpikowane agentami sowieckimi bardziej niż Warszawa czy inne ważne dla Polski metropolie. Kawałek portu, łącznie z nabrzeżami dzierżawiono Czechosłowakom. Nasi południowi sąsiedzi robili tam co chcieli. Niektórzy zachowywali się jak rasowe kurwy. Wspierając terrorystów arabskich, handlowali bronią, narkotykami i materiałami wybuchowymi i, jak zawsze, nie płacili.   

         Na Arabów polował Mossad. Na BND nasz kontrwywiad. A KGB & GRU miało oko na jednych, drugich i trzecich. Wszystko to kisiło się w sowieckim sosie przygotowywanym przez przyjaciela Jurija Andropowa, rezydenta KGB w Warszawie gen. dyw. Witalija Pawłowa.

                                               *** 

         Oficerowie Służby Wywiadu i Kontrwywiadu, WSW oraz Zarządu Zwiadu WOP wiedzieli o tych podchodach. Powtarzali jak mantrę: Jest tak, bo tak być musi. Musi być tak, bo tak jest. Przyjmowali to do wiadomości. Musieli czuwać, żeby innym nie pozwolić zasnąć.

         Poeta Andrzej Mandalian pisał: „Śpij, majorze /świt niedaleko /widzisz: /księżyc zaciąga wartę; /szósty rok już nie śpi Bezpieka (…)”. Wśród tego typu towarzystwa nie miałem zbyt wielu szczerych przyjaciół. W resorcie także nie było na szczerość i przyjaźń dużego popytu. Chyba nie istnieje nic takiego jak szczerość. Przecież tak na dobrą sprawę nic o sobie nie wiemy.

                                               ***

         W MSW klasą dla siebie stał się generał Władysław Pożoga. Był twardy jak biurko, przy którym zazwyczaj siadywał. Był jak „lawa, z wierzchu zimna, twarda, sucha i plugawa”, lecz w tym co robił, zdobywając, utrwalając, a następnie rozwalając tzw. władzę ludową, działał z takim wewnętrznym ogniem, że sparzyć się można było.

         Gdy Pożoga został pierwszym zastępcą ministra przydzielono mu osobistego kierowcę, sierżanta Teofila Ciemnego. Nadzwyczaj niesubordynowanego podoficera. Generał często go po Gombrowiczowsku karczował: – Sierżancie! Ciemny ciemniaku! Tak, jesteście ciemniakiem Ciemny! Nie potraficie przeczytać najprostszej instrukcji ze zrozumieniem! I wyjednał u Cz. Kiszczaka awans Ciemniaka do stopnia chorążego.

         Szef Służby Wywiadu i Kontrwywiadu posiadał zbyt dobrą albo zbyt złą opinię; tylko nigdy taką, na jaką zasługiwał. Potrafił z wdziękiem hipopotama wyjaśniać E. Gierkowi i S. Kani sprawy już im znane, zdobywając szybko renomę mądrego człowieka, ale także bez szemrania wcielać w czyn najbardziej bzdurne rozkazy ministra. Tak, Pożoga jaki był to był, ale wyglądał przynajmniej jak żywy. 

          Z drugiej zaś strony w oczach W. Jaruzelskiego i Cz. Kiszczaka (którzy „zrobili” Pożogę pierwszym zastępcą ministra) zasłużył on na miano niezbyt rozgarniętego tępaka, ale pożytecznego, bo zdolnego bez wahania wykonać każde łajdactwo Firmy, rządu i partii.

  1. Pożoga, człowiek ambitny i jak wszyscy ludzie małego wzrostu konkretny, wiedzący, że to, co jest, jest, a to, czego nie ma, to nie ma, nie mógł się pogodzić z tym, że jego służba musi dawać Wielkiemu Bratu wszystko, co ma, a Wielki Brat Służbie Wywiadu i Kontrwywiadu wszystko, co chce.

         W przypływie desperacji W. Pożoga, biorąc swój cień za oznakę wielkości, rozmawiał czasem z gen. Cz. Kiszczakiem o wrogiej penetracji Wybrzeża przez różne wywiady. Rzucając ministrowi miedziane myśli przekonywał go, że jeżeli nie pokażemy zębów sojusznikom, oni nas zjedzą z korzeniami. Pożoga nie brał pod uwagę, że Sowieci zjedli nas już znacznie wcześniej, bo w 1945 roku.

                                               ***

         Szef resortu przepoczwarczając MSW w stalinizm w wersji light cierpiał, jak wielu generałów, na manię wielkości. Zapominając przy tym, że jest to choroba karłów. Mianowany na fotel ministra osiągnął duchową ślepotę. Widział tylko to, co chciał widzieć. Wydawał polecenia przy jak najmniejszym zaangażowaniu umysłu. Jego notka biograficzna godna jest barona Munhausena. Do Związku Bojowników o Wolność i Demokrację został przyjęty dzięki rekomendacji generała Władysława Jury, w której łgarstwo ściga się o lepsze z lizusostwem. Na takie kłamstwa nawet słońce się dąsało przykrywając się chmurami. Medal „Za Ofiarność i Odwagę” Kiszczak kupił na targu staroci, a odznaczenia resortowe przyznawał sam sobie. Inne przywileje i zaszczyty wyżebrał u Jaruzelskiego, na którego miał sporego haka.

         Zdobyta w Moskwie erudycja operacyjna pozwalała mu pouczać podwładnych, aby przypadkiem nie otwierali „puszki z Pandorą” (jeszcze o tym będzie). Po wysłuchaniu takiej lekcji niektórzy oficerowie twierdzili, że pięć minut słuchania szefa resortu wystarczy, by zidiocieć na rok. Wiem, że zabrzmi to niewiarygodnie, ale minister najlepsze stosunki miał z hierarchami kościoła, szczególnie z konfratrem Bronisławem Dąbrowskim, biskupem, sekretarzem Episkopatu Polski. Pozostałych duchownych szef resortu nazywał katabasami i nakazywał podwładnym niszczyć wszelkimi możliwymi sposobami, także operacyjnymi.   

         Cz. Kiszczak był tytanem inteligencji i intuicji oraz gigantem dedukcji. Potrafił ze śladów na śniegu zgadnąć, czy człowiek, który ślad pozostawił, jest zwolennikiem socjalizmu, czy szpiegiem, czy jest rudy, czy łysy, ale w sprawach operacyjnych nie miał własnego zdania. Jednak zdanie innych funkcjonariuszy nie liczyło się bez jego podpisu. Więc dał Pożodze wolną rękę w sprawie BND i Mossadu, ale kategorycznie zabronił rozpracowywania STASI. Nie mówiąc już o służbach Wielkiego Brata.

         Z KGB i GRU łączyło nas braterstwo. Brata się nie wybiera. Brata się ma. W resorcie traktowano brata jak świętą krowę. Nie do ruszenia. Tak, Wielki Brat był jak te buchadła (bomby) zrzucone z wrażego samolotu na Warszawę w 1918 r. – Podpisaliśmy zobowiązanie o nierozpracowywaniu sojuszników w ramach obozu. Tego się trzymamy – oznajmił swemu pierwszemu zastępcy Cz. Kiszczak.

         W każdej porządnej Firmie istnieje Ład i Chaos, jako też Bajzel i Porządek. W Firmie rządzonej przez Kiszczaka nie było ani jednego, ani drugiego, ani trzeciego czy czwartego. Był burdel. Minister wykazał daleko idący sceptycyzm w sprawie przeszkadzania Arabom w ich panoszeniu się w Polsce.

         Zausznika gen. Jaruzelskiego nie obchodziło, że od czasów „Solidarności” wszyscy nasi sojusznicy penetrowali Polskę. Najagresywniej czynili to Sowieci i enerdowcy. Czechosłowacy, Węgrzy, Bułgarzy czy Rumuni niewiele im ustępowali. Terytorium Kraju Pieroga i Zalewajki upodobały sobie nawet tajne służby Kuby, dowodzone przez przyjaciela gen. Pożogi Raula Castro.

         Obserwując pospolitość widziałem wyraźnie, że w resorcie do najważniejszych figur nigdy nie dotarły nawoływania Immanuela Kanta, aby ludzie mieli odwagę posługiwania się rozumem. Zrozumiałem, że już dawno powinienem był zatracić umiejętność odróżniania talentu od beztalencia, cnoty od hipokryzji i kłamstwa od prawdy. Odczuwałem to coraz wyraźniej, ale jeszcze się do tego nie przyzwyczaiłem.

         Smutna postawa moich adwersarzy wlewała w moją duszę uprzejmość i pogodę. Wybaczyłem starym szczecińskim wrogom, miałem już nowych, warszawskich. Z dawnych nadodrzańskich gróźb – jak z ugotowanych ryb – powyjmowałem już ości. Nowe, nadwiślańskie pogróżki dopiero inwentaryzowałem. Zawsze wybaczałem wrogom. Nigdy nie zapominałem ich nazwisk. 

                                               ***  

         Wprawdzie BND nie cierpiało STASI i vice versa, ale podejrzewałem, że w wypadku stoczni i portów Niemcy dogadują się poza plecami Rosjan i naszego kontrwywiadu. Sowietom było to nie w smak. Może planowali dać Niemcom nauczkę?

         Jeżeli chodzi o naszych zachodnich sąsiadów, podzielałem zdanie Churchilla, że to rzutki naród. Rzuca się do gardła albo do nóg.                                           ***  

         Osiemdziesiąt procent produkowanych na Wybrzeżu statków szło do Kraju Rad. Każda akcja sabotażowa opóźniała dostawy statków dla floty Wielkiego Brata. Floty, która u nas zamawiała kutry rybackie i inne statki tak zbudowane, by u siebie w ciągu dwóch tygodni przerobić je na okręty – stawiacze min. Różnica między statkiem a okrętem jest taka, jak między moździerzem kuchennym a moździerzem wojskowym.

         Sabotaże? Tak było w przypadku wlania odrdzewiacza do zbiornika paliwa statku przygotowanego do próby morskiej. Ta akcja przyczyniła się do zatarcia silnika. Opóźniło to przekazanie statku ZSRR o pół roku. Tak było w przypadku wywołania pożaru na budowanej jednostce. Pociągnęło to za sobą śmierć spawaczy itp. Udało mi się wyjaśnić kilka takich spraw.

                                               ***

         Współpraca BND i STASI nie uszła uwagi konsulów ZSRR z Gdańska i Szczecina, którzy zasygnalizowali gen. Pożodze problem i nakazali ukrócić dogadywanie się służb niemieckich i pętających się wśród nich agentów arabskich.

         NRF i NRD zjednoczenie miały jeszcze przed sobą, jednak ich służby już dbały o wspólne interesy ekonomiczne obu państw niemieckich.

         Otrzymałem zadanie powęszenia. Rozkaz brzmiał jak zepsute mleko, ale udało mi się zdobyć dowody szpiegowskiej działalności BND i STASI. Antycypowałem możliwości dogadywania się Mossadu z BND w celu ataku na wypoczywających w naszym kraju terrorystów arabskich.

         Zrobiłem jeszcze coś ponadto. Przy okazji przyczyniłem się do zabicia kilku ludzi. Przeszkadzali w grze. Anihilacje upozorowano przypadkami. Ktoś się powiesił w celi. Ktoś wpadł pod samochód. Ktoś wypadł z pociągu. Ktoś popełnił niechciane samobójstwo. Wprawdzie samobójstwo nie ma logiki, a tylko dramaturgię, ale ludzie w nie najłatwiej wierzyli. Dostałem za to Srebrny Krzyż Zasługi.

         Mimo że miałem rację likwidując szkodników, moje działanie, tak jak i całych służb, było nieskuteczne. Nie minęło kilka lat i doszło do zjednoczenia Niemiec.

                                               ***

         Pokajałem się jak Babinicz za to, że był Kmicicem, to w nagrodę za szczęśliwe rozwikłanie kilku zagadek związanych z działalnością nie tylko wrogich, ale i sojuszniczych wywiadów minister S. Kowalczyk nakazał z oficera starszego zrobić mnie oficerem młodszym.

         Zdjęto mi dwa paski z pagonów, a do osamotnionej gwiazdki dodano jeszcze trzy gwiazdy. Zrozumiałem, że jeżeli chodzi o awanse, to jestem w czarnej dupie. ale dobrze mi tam było. Znowu zostałem kapitanem. A co to jest oficer młodszy? To jest stan, w którym człowiek jest pewien, że może jeszcze zrozumieć to, co się dzieje na świecie. A starszy? Oficer starszy niczego już zrozumieć nie jest w stanie. Marzy tylko, by się naćpać, nachłeptać boskiej obrazy, rzucić znajomą dupę na tapczan i porozmawiać z nią o młodych latach.

                                                                           CDN

SIĘ NAPISAŁO

18 maja przypada 100 rocznica urodzin Karola Wojtyły. Jest to dobra okazja przytoczyć fragment przygotowywanej do druku powieści.

 

         Sine era et studio: Skoro bohater Biletu do piekła, obok spaw związanych ze służbami specjalnymi wspomniał także papieża JP II, to chciałbym w książce nieśmiało wyznać, że znając, ale tylko z widzenia, historię Kraju Pieroga i Zalewajki nie mogłem się w naszych dziejach doszukać autorytetu, któremu mógłbym w pełni zaufać. Szukałem więc faceta, który, swoimi czynami wypełniałby w stu procentach to, co się kryje pod pojęciem „autorytetu idealnego”.

         Długo sądziłem, że stosunkowo najbliższy tego ideału był kard. Karol Wojtyła, który zostawszy papieżem przybrał miano Jana Pawła II.  I wówczas przypomniałem sobie powiedzenie Nikołaja Gogola o prokuratorze i pomyślałem, że nawet Jezus Chrystus nie był idealny, bo przychodziły mu do głowy pretensje do ojca.

         Dziś czytając, z jeden strony mdlące hagiografie o papieżu, w których do miana epokowego wydarzenia urastają słynne wadowickie kremówki, a z drugiej – ciężkostrawne  horrory o stosunku JP II do kobiet, aborcji,  antykoncepcji, pedofilii, „produkcji” świętych i biskupów o marnej i bardzo marnej proweniencji, mam nieodparte wrażenie, że na prawdziwą biografie kard. K. Wojtyły przyjdzie poczekać aż otworzą się archiwa Watykanu.  Sam też nie jestem bez winy. Pisząc raporty, o których za chwile, ani mi przez myśl nie przeszło, aby umieścić w nich informacja o grupie pedofilów z udziałem intelektualistów, m.in. J. Iwaszkiewicza, H. Krzeczkowskiegi, T. Stecia i pewnego duchownego, działającej od lat pięćdziesiątych. Byłem świadkiem tego niecnego procederu. Powinienem o tym chociaż słówkiem wspomnieć. Z różnych względów nie zrobiłem tego. Może podobnie postępowali inni informatorzy papieża. Może więc JP II nic o paskudnych czynach z udziałem osoby duchownej nie wiedział?  

         No, ale nic to. JP II, obojętnie, co by dziś o Wojtyle powiedziano, był i pozostał moim najwybitniejszym autorytetem, przynajmniej w dziedzinie walki z systemem bolszewickim. Tylko, że w miarę procesu starzenia się i poznawania nowych szczegółów życia papieża moje wspomnienia o nim kurczą się jak koszule uszytego z tandetnego materiału.

         W tym miejscu, ogarnięty nostalgią, tą neuralgią wspomnień, przyszła pora przyznać się do dwóch niecnych uczynków wybranych z miliona paskudztw jakie obciążają moje sumienie. Z chwilą objęcia tronu w stolicy apostolskiej przez kard. Karola Wojtyłę wpadłem na dziki pomysł by dostarczać JP II niektóre wiadomości z Polski, do których, jako dziennikarz zaprzyjaźniony ze służbami specjalnym miałem jako taki dostęp. Byłem gotów zaprzyjaźnić się z Belzebubem, a nawet z generałami, by wyciągać interesujące kwity z archiwów służb specjalnych wojska i bezpieki.

         Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Byłem oficerem WOP, a uznawszy pojęcie „zabezpieczanie granicy państwowej”    za typową peryfrazę wolałem robić coś znacznie paskudniejszego. Przyznam, że miałem kłopoty z „zaliczaniem” tzw. prac społecznych i nie bacząc na to, do czego zostałem powołany i na to, co nakazywała partia, rząd i przełożeni, a co, jak podawano w „Życiu Warszawy” wiązało się z  „powstrzymywania odwetowych zapędów awanturniczych sił zimnowojennych” skupiłem się na czymś innym. Mając w łepetynie sprawdzoną przez pokolenia myśl, że „pod latarnią jest najciemniej”, z zachowaniem pełnej konspiracji, nawet przed własną rodziną, zacząłem pisać raporty dla JP II. Wysyłałem je z różnych miast Polski.

         Nie wiem, czy te elukubracje dochodziły do adresata. I tu dochodzę do drugiego niecnego uczynku. Po pewnym czasie do procederu wciągnąłem Annę Walentynowicz, znaną mi jeszcze z czasów strajku w 1970 r. Pani Anna, miała dobre kontakty w krakowskim środowisku osób duchownych i zgodziła się „robić” za kuriera raportów kierowanych na ręce obecnego kard. Stanisława Dziwisza, wówczas najbliższego współpracownika JP II. W czasie pobytu w Warszawie działaczka „Solidarności” odwiedzała mnie na Ursynowie, gdzie mieszkałem od 1980 roku, a później w Michałowicach. Ostatni raport: Tezy do analizy działań służb specjalnych III RP skończyłem w czerwcu 2004 r. Pani Ania wysłała go nieco później razem z materiałami innych autorów.

         Po drodze spotkała mnie inna przygoda związania z niecnym procederem nieuprawnionego pisania raportów do JP II. Oto w początku lat dziewięćdziesiątych jakiś kapuś, chyba niebacznie pozostawiony w Watykanie (mino, że tylko ostatni raport był podpisany moim imieniem i nazwiskiem) domyślił się kto jest autorem tych elukubracji. Zostałem wezwany do MSW i oskarżony o szpiegostwo, bo donosiłem głowie państwa watykańskiego o tajemnicach państwowych.

         Odpowiedziałem, że Jan Paweł II nie jest dla mnie tylko głową państwa, a czymś znacznie ważniejszym, bo przywódcą duchowym półtora miliarda chrześcijan, a tym samym i moim.

         Sprawa przycichła. Oficjalnie więcej do tego tematu nie wracano. Tym niemniej, do dziś, od czasu do czasu jakiś kundel, z grecka – sykofant, z rzymska – delator, a po polsku zwyczajny kapuś oskarża mnie o związki ze służbami specjalnymi donosząc publicznie, że byłem szpiegiem, a to, że byłem tylko generałem NKWD czy funkcjonariuszem bezpieki wojskowej. Spuszczam na kundli zasłonę milczenia. Głupota jest bowiem także formą używania umysłu i jako taka jest niezbywalnym prawem człowieka. Tym bardziej, że teraz głupota stała się znacznie mniej interesująca. Dzięki mediom rozprzestrzenia się w jednej chwili i u wszystkich jest taka sama. Nie zmienia to faktu, że życie pośród głupców jest znacznie trudniejsze niż życie z dzikimi zwierzętami. In saecula saeculorum. Amen.

 

 

SIĘ NAPISAŁO

Tym razem fragment „Noża”, powieści znalezionej pod wycieraczką. [poznajecie, kto ten fortel wymyślił pierwszy? Nie! To szkoda]. No więc „Nóż” (Agencja Wydawnicza CB Andrzej Zasieczny, Warszawa 2019, tel. 510-210-234).

Długie doświadczenie nauczyło mnie sprawdzać i oceniać każdą sytuację. Gdy zdarzy się coś nieoczekiwanego, nie trać czasu, nie zastanawiaj się, jak do tego doszło i dlaczego, nie żałuj, nie zgaduj, czyja to wina, nie zastanawiaj się, jak następnym razem uniknąć podobnego błędu. Wszystko to można załatwić później, jeśli się przeżyje. Najpierw należy dokonać oceny, przeanalizować sytuację, rozpoznać plusy i minusy, odpowiednio się zachować. Dzięki temu może udać się przeżyć i zająć resztą.                                                   

                                                                 Lee Child

    – Wiesz, kogo i gdzie szukać? – zapytała Jola.

    – Nie mam pojęcia.

    – Jak sobie poradzisz?

    – Przypadkiem znam faceta, który jest dobrze poinformowany.

    – To twój niefortunny pomocnik z garażu?

    Skinąłem głową. Rozejrzałem się za taksówką.

                                             ***

Niebuszewo. W latach osiemdziesiątych tej dzielnicy Szczecina daleko było do miana reprezentacyjnej. Pewnie kiedyś, za czasów niemieckich, taką była. A przecież Niebuszewo należało do najmniej zniszczonych przez wojnę sektorów miasta. W kręgach zbliżonych do resortu, ale nie tylko, panowało przekonanie, że za degenerację dzielnicy odpowiadają Żydzi. Zaraz po wojnie to właśnie oni obsiedli Niebuszewo i zdewastowali. Na szczęście Żydów pozbyto się w 1968 r.    

    Z takimi żydożerczymi teoriami można się spotykać do dziś. Głosiciele tych bzdur nie dopuszczają myśli, że czterdzieści lat Peerelu zrobiło swoje. I jest jak jest. Dużo starych domów przy każdej ulicy. Zaniedbany park, który mógłby być ozdobą każdego miasta, a jest raczej ubikacją. Wszędzie walające się śmieci. Bezład. Brudne szyby. W oknach od lat nieprane firanki. W domach starzy ludzie niechętnie opuszczający swoje pomieszczenia. Chodzili wolno. Poruszali się ostrożnie, jakby w obawie, że za chwilę wejdą na minę.

    Melina Głodnickiego, o której wiedziałem wszystko od Ambroziewicza, mogła zniechęcić do wizyty tam nawet człowieka o mniejszym poczuciu estetyki niż moje.

    Mała klitka na poddaszu czwartego piętra ohydnej, przypominającej chlew, obdrapanej i zaśmieconej kamienicy. Na piętrze uwił sobie legowisko jakiś łazęga. Schody zapewne od roku, a może i dłużej, nie widziały szczotki, proszku i wody.

Prawdę powiedziawszy, nie ogarniała mnie skowytliwa tęsknota za tą wizytą. Jednak musiałem się przemóc.

    Najpierw obejrzałem sobie wszystko dokładnie. Potem wykopałem łazęgę. Dałem mu pięć złotych i poprosiłem, aby poszedł na piwo. Ustawiłem Jolę na półpiętrze, mówiąc:

    – Słuchaj, sojuszniczko, jeżeli jeszcze chcesz mnie zobaczyć żywego, a przypuszczam, że o tym właśnie marzysz…

    – Zarozumialec – wpadła mi w słowo.

    Nie zwracając na przytyk uwagi kontynuowałem:

    – W takim razie bądź uprzejma po piętnastu minutach od tej chwili pokonać te cztery kondygnacje. Pofatyguj się na poddasze. Są tam tylko jedne drzwi. Nim je otworzysz, weź w garść pistolet i trzymaj go mocno. Potem kopnij drzwi i nim ktokolwiek zdąży powiedzieć słowo, strzelaj.

    – Do kogo? – zapytała rzeczowo.

    – Do tego, kto ci pierwszy wyjdzie na powitanie.

    – Przecież to możesz być ty.

    – Nie. Jeżeli mi się uda, załatwię sprawę w pięć minut i wówczas nie będziesz musiała trudzić nóżek wędrowaniem po tej ruderze.

    – A jeżeli ci się nie uda?

    – Wówczas będzie mi potrzebna pomoc takiej dzielnej funkcjonariuszki, jak ty. Gdy Zdzisio nie będzie sam, mogę mieć kłopoty.

    – Zawsze musisz się wygłupiać.

    – Zawsze – potwierdziłem.

                                             ***

Zatrzymałem się pod drzwiami. Nasłuchiwałem. Z drugiej strony nie dochodził żaden dźwięk. A jednak byłem pewny, że w środku zastanę tego, kogo szukam. Tacy faceci, podobnie jak i jego sąsiedzi, nigdy nie wstają przed dziesiątą. Śpią do południe. Ożywiają się w nocy, by popracować. Spojrzałem na zegarek. Była dziewiąta pięćdziesiąt dziewięć. O dziesiątej wziąłem dwa kroki rozpędu i barkiem rąbnąłem w drzwi. Były zamknięte. Zawiasy okazały się marne.

    Z trudem łapiąc równowagę, zatrzymałem się krok za progiem, odurzony ciepłokwaśnym odorem dochodzącym z wnętrza. Było to coś pośredniego między zapachem tanich win, a wonią wytwórni dorszy w letni upał. Mój wzrok powoli przyzwyczajał się do półmroku. Głodnicki nie był sam. Z głębi nory podniosła się postać przypominająca syberyjskiego niedźwiedzia.

                                             ***

Nie wiem dlaczego, ale zawsze wydawało mi się, że poradzę sobie z przeciwnikiem ważącym dwa razy więcej ode mnie. Człowiek, który ruszył mi na spotkanie, musiał się tego domyślić. Jego nieszczęściem było zbyt wolne myślenie i spowolnione ruchy. Nim zdążył przyjąć pozycję bokserską, palnąłem go w głowę kolbą tetetki.

    Czasami wolałem używać pistoletu, jako młotka. Nie chciałem strzelać i budzić połowę kamienicy. Dotąd w żadną głowę nie musiałem walić dwa razy. Teraz pierwsze uderzenie nie zrobiło na uderzonym większego wrażenia. Dopiero drugim ciosem, w który włożyłem wszystkie siły i umiejętności miałem przyjemność go znokautować.

    „Młotek” przyćmił na moment „niedźwiedzia”. Zastygł w malowniczym półprzysiadzie, jakby czając się do skoku. Wiedziałem, że nie zdoła go wykonać, a przeciwnie, zaraz padnie ogłuszony. Wydawało się, że wyłączyłem mu prąd. Ale on należał do tego gatunku, który trudno ogłuszyć.

    Z drugiej strony wiedziałem, że nie ma ludzi wytrzymałych na wszystko. To tylko kwestia uderzenia. A przecież uderzyłem dobrze. Zostawiłem go losowi. Oczekując innego ataku, chwyciłem pistolet za kolbę i odbezpieczyłem broń. Żaden atak nie nastąpił. Usłyszałem pełny wyrzutu głos. Poznałem, że należy do mojego wczorajszego towarzysza Zdzisława Głodnickiego.

    – Ładnie traktujesz przyjaciół.

    – Przyjaciół, którzy walą swoich przyjaciół po głowie, nie traktuję jak przyjaciół – wyjaśniłem już na początku, aby nie było nieporozumień.

                                             ***

Mój jednodniowy komiliton próbował się do mnie zbliżyć. Nie miałem ochoty na walkę w zwarciu. W ogóle nie miałem ochoty na walkę. Jeżeli ktoś trzyma w ręku pistolet, niezwykle rzadko odczuwa przyjemność we wzajemnym okładaniu się pięściami z facetem ważącym o pół cetnara więcej od niego. Był prosty sposób uniknięcia bijatyki. Wykorzystałem go, bo nie miałem wyboru. Musiałem trochę pochałasować. Najpierw jednak, jako że zawsze we mnie zwycięża dusza humanisty, ostrzegłem Głodnickiego:

    – Stój! Z tej odległości nie spudłuję.

    Uprzedzony nie posłuchał. Zawahałem się, w jaką część ciała go postrzelić. Wybrałem nogę. Chciałem, aby w najbliższym czasie nie składał nikomu wizyt. Strzeliłem tylko raz. Zawsze uchodziłem za dobrego strzelca. Mimo półmroku z tak bliskiej odległości nie mogłem chybić. Głodnicki zajęczał z bólu. A potem zaczął krzyczeć. Aczkolwiek nie byłem pewny, czy w jego okrzyku nie było więcej złości niż bólu.

    Uspokoiłem go słowami marszałka: – „Czego tak krzyczysz, to tylko noga! Innemu głowę urwało i nie krzyczy”. – I zaraz dodałem pojednawczo: – A teraz, skoro zrozumiałeś, że nie żartuję, możemy porozmawiać.

    – A więc nie jesteś gliną? – jak mówiłeś – stwierdził ranny.

    – Jestem.

    – Nieprawda. Oni nie strzelają do bezbronnych.

    – Masz złe informacje. Jak widzisz, ja strzelam – powiedziałem. – Wczoraj dostałem nauczkę. Po prostu spartaczyłem robotę. Muszę to naprawić.

    – Uważasz, że poproszenie mnie o pomoc było niesłuszne?

    – Tak właśnie uważam. Moim niesłusznym pociągnięciem było zaprzyjaźnienie się z tobą i pójście w nocy do garażu z takim typem jak ty.

    – A więc domyśliłeś się.

                                             ***

Zdziwiła mnie łatwość, z jaką Głodnicki się poddał. Jakieś czerwone światełko zapaliło się w moim mózgu, ostrzegając o niebezpieczeństwie. Lata służby zrobiły swoje, wyrabiając nawyk instynktowego wyczuwania zagrożenia. Kątem oka spostrzegłem, że znowu sfuszerowałem robotę.

    Partner Głodnickiego nie został uderzony precyzyjnie, udawał tylko, że stracił przytomność na dłużej. W rzeczywistości wyciągał już rękę po taboret. Nie miałem wątpliwości, na czyjej głowie zechce wypróbować jego trwałość. Wierny zasadzie, by bez ostrzeżenia nie bić nawet najpodlejszego przeciwnika, nie powtórzyłem uderzenia kolbą, choć naturalnie, pistolet trzymałem w pogotowiu. Zamiast bić, zapytałem go:

    – Przyjacielu, masz dzieci?

    Zrozumiałem, z jak niepoprawnym draniem przyszło mi mieć do czynienia. Niesłychane, on naprawdę uważał mnie za głupka. Nie odpowiedział, udając, że nadal jest nieprzytomny.

    Zbliżyłem się na krok do niego, a potem wymierzyłem mu kopniaka w krocze. Oprzytomniał od razu. Zwinął się z bólu. Od tej chwili był spokojny i grzeczny jak lew karmiony kartoflami.

    – Zdzichu, powiedz mu, że nie przywykłem żartować w sprawach poważnych – poleciłem Głodnickiemu i dodałem: – Naprawdę przybyłem do was, aby porozmawiać o nadzwyczaj poważnych sprawach. Wierzcie mi.

                                             ***

Chyba uwierzyli. Ale nie okazali entuzjazmu. Nie mieli również ochoty na dyskusję. Zamiast wyjaśnień usłyszałem prośbę Głodnickiego:

    – Mogę sobie zrobić opatrunek? Wykrwawię się.

    – Wystarczy, jeśli założysz opaskę uciskową na udo – zezwoliłem. Po pięciu minutach rozmówcy byli bardziej skłonni do zwierzeń.

    Roztoczyłem przed nimi perspektywę, co ich czeka, gdy nie otrzymam odpowiedzi. Moja oratorska mowa spełniła zadanie. Teraz liczyłem na ich szczerość. Nie zawiodłem się.

    Zainteresowany opowieściami Głodnickiego nie zwróciłem uwagi na upływający czas. Zapomniałem o Bednarskiej i prośbie, jaką jej przedłożyłem. Byłem nieuważny. Nie usłyszałem, gdy podeszła pod drzwi, które uprzednio wstawiłem w uszkodzoną futrynę.

    – Tak, to ja cię zaprawiłem – tłumaczył Głodnicki.

    – Czym?

    – Pończochą wypełnioną piaskiem.

    – Sam to wymyśliłeś?

    – Tak mi kazał Mullerowski.

    – Skąd wiedział o mojej wizycie?

    – Nie mam pojęcia.

    – Kto go ostrzegł, że się nim interesuję?

    – Nie mam pojęcia.

    – Obawiam się, Zdzichu, że znowu będę musiał ci przyłożyć. – Lufa mojego pistoletu skierowała się w jego stronę. – O ile nie przypomnisz sobie szczegółów, będzie ci potrzebna opaska na drugie udo.

    – Coś ty, Zenek?! – wykrzyknął przestraszony. – Powiem wszystko. Jak Boga kocham! Powiem. Wyznam wszyściutko. Szczerze. Jak na spowiedzi.

                                                   ***

Zadziwiające, ile próżności siedzi w człowieku. Próżności potrafiącej zgubić każdego. Władza demoralizuje. Teraz miałem nad swoimi przeciwnikami władzę absolutną. Czy jestem zdemoralizowany absolutnie? Wiedziałem, ile dolarów można dostać za dziesięć kilogramów heroiny wyduszonych z duetu, któremu złożyłem wizytę. Wiedziałem też, że narkotyk w wypadku trafienia do rąk milicji natychmiast zostanie zniszczony. Chyba że…

    Akurat rozważałem, jak pięknie można by żyć na Zachodzie za taką sumkę. Nie rozważyłem wszystkiego. Miałem o tym właśnie pomyśleć, gdy rozległ się ogłuszający huk walących się drzwi. W progu ukazała się Bednarska z pistoletem w ręku.

    – O, Boże, jeszcze jeden mocny ze spluwą – wykrzyknął Głodnicki. Dopiero po chwili spostrzegł błąd w ocenie płci, dorzucając ze zdenerwowaniem: – Na Boga! Toż to baba!

    – Cóż to, Jolu, rozpoczynasz trzecią wojnę światową? – zapytałem niewinnie.

    Rzuciła się na mnie z furią. Z tego, co zrozumiałem z jej słów, padających z szybkością seri z karabinu maszynowego, miała do mnie pretensję że żyję. W dodatku jestem cały i zdrów. A ona nie ma powodów, aby mnie ratować.

    – Kochanie, nie szalej! Bądź uprzejma swój pistolecik kierować w stronę gospodarzy tego lokalu. Nie w moją głowę.

    – Mogłeś mnie uprzedzić, że załatwiłeś sprawę.

    – Zapomniałem.

    – I co? Śpiewają?

    Podeszła do leżącego. Trąciła go czubkiem pantofelka, a zwracając się do mnie spytała:

    – Co się stało naszemu przyjacielowi? Żyrandol spadł mu na głowę?

    – Głodnicki to rozsądny facet – stwierdziłem. – Obiecał wszystko powiedzieć.

                                             ***

Moje myśli znowu wróciły do Joli. Bez względu na to, co robiła, była niezaprzeczalnie piękna, mimo nieprzeniknionej buzi i niezmiennie czujnych, złośliwie przymrużonych oczu. Była dobra i czuła. Choć w tej chwili na taką nie wyglądała. Wyglądała natomiast na osobę inteligentną.

    Tak na dobrą sprawę nigdy nic mnie nie obchodziło, czy brzanka jest inteligentna, czy nie, ale kiedy usiłuje sprawiać wrażenie inteligentnej, jest to dla mnie nie do zniesienia. W tym wypadku Jola niczego nie udawała. Rzeczywiście była inteligentna.  

    Połączyło nas łóżko i wspólnie wykonywane zadanie. Było jak u hrabiego Fredry, „dymał, rąbał, chędożył”. To co robiliśmy być może było moralną pornografią.

    Moja kochanka, będąca taką udoskonaloną żoną, nie sprawiała wrażenia bycia demonem seksu. Ona była nim. Czy mogłem jej wierzyć na sto procent, skoro na sto procent nie wierzyłem nawet sobie?

    Jola zdradza swych partnerów. Potem ich porzuca. Znów wraca. Kluczy pomiędzy nimi. Wykańcza nerwowo – tłumaczyłem sobie – a sama nie jest z nikim związana. W gruncie rzeczy w żaden romans, ani w żadne małżeństwo nie angażuje się głębiej. Wszystkie przeżycia, nawet najdramatyczniejsze spływają po niej jak woda po gęsi.

                                             ***

Oniriada

Mieszkałem w ekswiosce. Wobica się wabiła. Śniłem, że mój mózg w wyniku kilku kontuzji poniósł straty. Pamiętałem: pamięć jest podobna do starej owcy, która nawet jak żre, to mleka nie daje i może bacę doprowadzić do bankructwa. Mimo że Pan Bóg kazał zburzyć wieżę Babel, zastanawiałem się, czy Stwórca zna wszystkie języki świata? Pewnie zna. Bo jakżeby inaczej mógł wysłuchać próśb do niego kierowanych. Operacje na otwartym mózgu uczyniły mnie biblistą. Ale języki mi się poplątały. Drażniło to purystę językowego, homofoba i antysemitę modelowego, filozofa z grubej mąki, pułkownika magistra Ucia. Gęba latała mu jak pytel we młynie. Przy każdej okazji wytykał mi chęć imponowania innym. Tłumaczyłem mu, że to nie sprawa ambicji, a kalectwa. Nie pomagało. W końcu powiedziałem mu: Uciu drogi! Mówię siedmioma językami, ale tobie powiem po francusku: Au revour, adie i po polsku – spierdalaj z moich oczu i po angielsku goodbye. Uć tak skwitował moją prośbę: Żydzi są nomadami. Muszą znać wiele języków. A ty? Nie dość, że jesteś żydkiem, to jeszcze pedałem, a może i pedofilem jak prałat Jankowski. Nie udawaj, że nie wiesz, że Żydzi porywają chłopców na macę. Tak jak w Kielcach w 1946 r. Tam porwano Henia Błaszczyka. Na szczęście chłopcu udało się uciec. A pedały? Oni są także pedofilami. Należało Uciowi dać w papę. Wyciągnąłem łapy. Ale on zwęszył niebezpieczeństwo. Stał się koncyliacyjny. Przecież znałeś Henia Jankowskiego. No nie? Jakiś czort mnie pokusił, aby sobie przypomnieć okoliczności tej znajomości. Dwukrotnie odwiedziłem prałata. Wizyty były krótkie. Zawsze w towarzystwie zwiadowców Kaszubskiej Brygady WOP. Był megalomanem. Ale czy pedofilem? Nie interesowała mnie jego gejowska orientacja. Szef księży św. Brygidy był przystojnym mężczyzną. Elegancko przezentował się w nienagannych garniturach. Nawet biskupi w zlotych szatkach wyglądali przy Jankowskim jak ubodzy krewni. Dla geja prałat byłby znakomitym kandydatem do sparowania się. Kandydatów do dmuchania było na Wybrzeżu bez liku. Nie było potrzeby nikogo gwałcić. Ale dzieci? To co innego. Ksiądz był wyorderowany. Obwieszony medalami, odznaczeniami i innymi symbolami dostojności. Przy każdym kroku wielebnego medale dzwoniły o siebie jak dzwonki ministrantów w czasie mszy. Pomyślałem, że gdyby wpadł do wody, poszedłby na dno. Zwiadowcy WOP mieli służbowe interesy z prałatem. Chodziło o jakieś towary słane do kościoła i ich bezcłowe odprawy portowe. Zwiadowcy byli władni załatwić to bezboleśnie z celnikami. Mieli swoje sposoby. Dysponowali dyskretnymi, pozaodprawowanymi przejściami granicznymi. Tymi przejściami zjeżdżaly tiry wyładowane darami z Zachodu i kierowały się z stronę kościoła św. Brygidy. Z darów słanych ks. Jankowskiemu z Zachodu korzystało mnóstwo ludzi. Nawet mundurowi. Prałat nie był skąpy. Chwalono go za to. A pedofilia? Wydaje się, że była to wersja rozpowszechniana sposobem agenturalnym przez jakiś wydział SB. Sen był jak jawa. Tezę płk. mgr. Ucia należało redefiniować, ale w taki sposób, aby żaden hominid, nawet z gatunku takich jak Uć, czyli Homo sapiens Linnaeus, nie był władny ocenić kto, co, kiedy i jak.  Zamierzałem dać mu w papę. Niestety, obudziłem się.

13 GRUDNIA ROKU PAMIETNEGO

Się Napisało

Niestety, Bóg, który Polskę przez tak długie wieki otaczał blaskiem potęgi i chwały, pozwolił nagle, by Krajem Pieroga i Zalewajka rządziła banda chuliganów. Dwudziestu trzech generałów i oficerów zebranych w reprezentacyjnym salonie MON, dla których gen. Jaruzelski był bóstwem świadomym, czego chce i po co, powiedziało sobie: my tylko jesteśmy dobrym towarzystwem…

Blisko połowa społeczeństwa polskiego uwierzyła im. Tymczasem WRON była tworem pozakonstytucyjnym o charakterze junty wojskowej. Dla niektórych aktywistów partyjnych była herbertowskimi „kochanymi zwierzątkami”, ale dla Polaków-zwyklaków WRON była bandą chuliganów iskających grzbiet społeczeństwa w poszukiwaniu zdrajców, którym nie podobał się socjalizm.                                              

W składzie WRON znalazło się 18 generałów, 3 pułkowników i 2 podpułkowników. W większości były to trupy moralne, acz ze sporą wiedzą wojskową. Wronowcy byli przekonani, że sprawy gospodarcze i polityczne można załatwić rozkazem wojskowym. Gen. Jaruzelski, uważając, że ludzie w większości nie są dobrzy, a członkowie „Solidarności” wręcz źli, ogłosił stan wojenny dla całego kraju.

Wówczas poczułem się coraz mniejszy. Mały, maluteńki. I razem z innymi przystąpiłem do wykonywania rozkazów. I pomyślałem, że jeszcze kilka miesięcy i zniknę z powierzchni ziemi. Tej ziemi.

W nocy z 12 na 13 grudnia 1981 r. z pustego nieba nad szarą Polską prószył nieśpiesznie śnieg. Na zimowe ulice miast i miasteczek wyruszyły milicyjne suki. Wyrajały się z nich „trójki” esbecko-żołniersko-milicyjne. Wpadały do mieszkań działaczy „Solidarności”, ściągając brutalnie z żon, kochanek i kochanków aktywistów związkowych, pakując ich do „pierdli”, a następnie przewożąc do przygotowanych naprędce obozów dla internowanych. Wkrótce 15 tys. „wichrzycieli” znalazło się pod kluczem, a na zabicie 9 górników w kopalni „Wujek” nie trzeba było używać dużo amunicji.

Z leśnych rejonów alarmowych z chrzęstem gąsienic wypełzały transportery opancerzone oraz czołgi i duktami, a później na przełaj, przez pola i zagajniki, podążały, aby straszyć „Solidarność”. Niektóre tanki, jak T-34, pamiętały jeszcze czasy chwały oręża LWP: bitwę pod Lenino i Studziankami, i Wał Pomorski, i forsowanie Odry i Nysy Łużyckiej, i park Tiergarten w Berlinie, a niektóre nawet Łabę. Okręty zablokowały porty, a samoloty przestrzeń powietrzną… Po ulicach krążyły samochody ciężarowe wypełnione wojskiem, wypluwając w wyznaczonych miejsca patrole zaopatrzone w kałasznikowy i koksowniki. WSW zorganizowała dwa albo trzy fikcyjne zamachy na szefa WRON (do dziś niewyjaśnione). Około dwa miliony zbrojnych – żołnierzy, milicji, Służby Bezpieczeństwa, ORMO i doraźnie zmobilizowanego tałatajstwa – ruszyło bronić socjalizmu jak niepodległości. Byłem wśród nich.

Zmarznięta ziemia jęczała. Tratowana gąsienicami sprzętu pancernego trzeszczała jak dziecięca grzechotka. Z domów dochodziło zgrzytanie zębów i płacz dzieci, bo generał, sztywny jak sztacheta w płocie, pozbawił je „Teleranka”. Zamiast bajek szef WRON co godzinę powtarzał to samo przemówienie mające pompować do mózgów rodaków zdania dawno zdewaluowane, zdewastowane, sparszywiałe, w które nikt już nie wierzył. Było to telewizyjne wystąpienie nagrane znacznie wcześniej w zapasowym studiu telewizyjnym, zorganizowanym w jednostce wojskowej przy alei Żwirki i Wigury w Warszawie. To przemówienie z dużą dawką cynizmu, nadęte pychą i naszpikowane ostrzeżeniami, że wspólnota socjalistyczna jest zagrożona, do mnie nie przemawiało. Nie lubię ludzi obojętnych na prawdę.

Jaruzelski chciał być w tym przemówieniu jak tygrys Miłoszowy, machający ogonem i wyskakujący poecie z wiersza. Ale w tym momencie generał jawił się społeczeństwu, jako żałosny, zależny od Moskwy namiestnik, mogący, co najwyżej, straszyć naród jeszcze większym złem. Nie przeszkadzało to jednak akolitom szefa WRON otoczyć go nimbem niezdrowej świętości. I generał nie uwierzył społeczeństwu a poplecznikom. Przypisywana mu wielkość zatkała go jak korek, odcięła od myślenia, sprawiła, że Jaruzelski zakorkował kraj od pomocy Zachodu na dziesięć lat. Można się jeno zastanawiać, dlaczego generał o ugruntowanej pozycji politycznej robił z siebie idiotę na oczach nie tyko milionów rodaków, ale i świata?

„Wojciech Szabelka” nadzoruje swoje dzieło i uzbraja Kraj Pieroga i Zalewajki. Tak, w tę grudniową noc przez okno w budynku Urzędu Rady Ministrów oświetlony zimnym blaskiem księżyca generał przyglądał się swemu dziełu. Jego stopień wojskowy od tej chwili był pisany wielkimi literami. Generałowi nie przeszkadzał trzaskający mróz, który nosy sinił i uszy zakręcał. Stał niewzruszony. Stał, przyglądając się szadzi na okolicznych drzewach, iskrzących się jak ognie bengalskie w reflektorach przejeżdżających samochodów z wojskiem, wozów pancernych i milicyjnych suk. Z twarzy Jaruzelskiego promieniował nieziemski patriotyzm, dobroć i umiłowanie ojczyzny socjalistycznej. Subtelne ziemiańsko-generalskie zmysły upajały się słowami wypowiedzianymi przez telefon 12 grudnia 1981 r. o godzinie 14.00 do ministra spraw wewnętrznych gen. Czesława Kiszczaka: „Nie mamy wyjścia, uruchamiaj operację”. W sekundę później te same słowa usłyszał gen. F. Siwicki…

       Z przyzwoitych polskich domów emanowała wściekłość. Dolatywały bluzgi. Morderstwo jest morderstwem. W XX wieku morderstwa się zdemokratyzowały. Ale są pojedyncze morderstwa liczące się za tysiące. Takim morderstwem był „skok na naród”. Ale nie wszyscy myśleli w ten sposób. W duszach aktywistów PZPR i ZSL huczała radość, że generał zrobił to, co wcześniej obiecywał. Jedynie z serc „betonów” partyjnych powiało smutkiem i przygnębieniem. Zdawali sobie sprawę, że generał wygrał. W tej sytuacji nie mógł przegrać.

W czasie rządów Jaruzelskiego (1981–1989), mimo że byliśmy bankrutem Europy, zamówiono w Związku Sowieckim 40 samolotów myśliwsko-bombowych Su-22, 12 ciężkich śmigłowców bojowych Mi-24, nowy przeciwokrętowy rakietowy system obrony wybrzeża „Rubież”, 4 okręty rakietowe, okręt podwodny Orzeł, 12 myśliwców MiG-29 (planowano nabyć 24 myśliwce)… Mając władzę absolutną, szef WRON był powściągliwy jak angielski dżentelmen. Był też osobą niezwykle taktowną i grzeczną. Gdy go Jerzy Urban przez pomyłkę pocałował rano w rękę, Jaruzelski, aby nie robić przykrości rzecznikowi, do końca dnia udawał kobietę. Jaruzelski sprawiał wrażenie papierowego, cnego (zacnego) żołnierzyka z piosenki Bułata Okudżawy i najpracowitszego człowieka z wszystkich wielkich postaci Peerelu. Po objęciu stanowiska premiera i funkcji I sekretarza KC PZPR żył jak mnich w Tybecie. Miał wprawdzie żonę, męczącą nudziarę, zapatrzoną w swoją dawno minioną urodę i nie dziwcie się, że nie wychodził z gabinetu przez osiemnaście godzin na dobę, nie chcąc wracać do domu.

Nałogów nie miał. Ani kawy, ani alkoholu, ani tytoniu, ani, co nie daj Boże, narkotyków, ani nawet cieleśnie nie grzeszył, bo seksu nie zażywał. Żadnych skoków w bok… Żadnych molestowań… Od czasu ślubu nikt nie słyszał, aby generał pozwalał sobie na jakieś męskie ekstrawagancje. Tylko ciemięga (uciążliwa praca) nad doskonaleniem ciżby (tłumu) polskiej. Zniesmaczył tym Rakowskiego ubolewającego, że gdyby Jaruzelski miał kochankę, to kraj odniósłby z tego wiele korzyści… Gdy skończył dziewięćdziesiąt lat i na dodatek był chory, żona oskarżyła go, że jest niedopieszczona, że mąż więcej uwagi poświęca gosposi i zagroziła rozwodem… A on słabł z minuty na minutę. Nikł w oczach jak śnieg na wiosnę. Jeszcze chciał, tak jak zawsze, żyć przyszłością, ale od rana budziła go przeszłość. Kapała z radia, telewizji, prasy, rozmów z prokuratorami, sędziami…

Co mu pozostało? Wspominanie przeszłości, kiedy to wierząc, że człowiek, który nie czyta, nie ma przewagi nad tym, który nie umie czytać, generał przez dziewięć godzin czytał meldunki i donosy, które jak pies w pysku przynosił mu zausznik szefa Służby Wywiadu i Kontrwywiadu, a przez drugą połowę doby obmyślał kolejne manewry gospodarcze, doprecyzowywał pisane przez pułkownika Kuklińskiego, a od listopada 1981 r. przez majora Wiesława Górnickiego, artykuły i przemówienia oraz zarządzenia wygenerowane przez szefa gabinetu premiera gen. Michała Janiszewskiego. Ten generał akurat nie należał do najgłupszych na dworze Jaruzelskiego, ale także podsuwał szefowi rzeczy urągające rozumowi. W 1981 r. zza Jaruzelskiego, niestety, wychynął Kiszczak. Cdn.