Czy Stanisław Mikołajczyk naprawdę wywiódł w pole wszechpotężną bezpiekę, uciekając z komunistycznego raju w amerykańskiej ciężarówce i brytyjskim statku? Oficjalna historia, piórami szacownych profesorów, karmi nas hollywoodzką opowieścią o sprytnych dyplomatach z CIA i gapiowatych milicjantach. Czas włożyć kij w to profesorskie mrowisko i zajrzeć za kulisy teatru, w którym sznurki pociągało UB pod dyktando samego Józefa Stalina. Zapraszam na przedpremierowy pokaz jednego z rozdziałów nadchodzącego „Raptularza”. Będzie ostro, bez znieczulenia i – przede wszystkim – bez bólu zębów. Odsłaniam karty w trzynastu odsłonach, zwieńczonych surrealistyczną oniriadą, z której dowiecie się, co łączy ucieczkę premiera z… legendarnym granatnikiem komendanta głównego policji. Czytajcie, zanim bezpieka (alby nowy Wielki Brat) każe to skasować!
UCIECZKA KONTROLOWANA, CZYLI AMERYKAŃSKI SENSACE COOL MADE IN USSR
Dylemat uciekiniera, czyli jak nie zostać kolejnym pomnikiem
Prawie osiemdziesiąt lat temu, 20 października 1947 roku o godzinie 18:30, Stanisław Mikołajczyk – prezes PSL, były premier rządu na emigracji i człowiek, który naiwnie wierzył, że z komunistami można grać w szachy – spakował manatki i rozpoczął swoją wielką rejteradę z Polski Ludowej. Od tamtego momentu historycy, politycy i dziennikarze toczą uroczy spór. Czy ten desperacki krok był genialnym suwerennym manewrem, który zmylił czujność wszechpotężnej bezpieki? Czy może wręcz przeciwnie – subtelną inspiracją płynącą prosto z gabinetu Józefa Stalina, wykonaną rękami nadwiślańskich rzemieślników z Urzędu Bezpieczeństwa?
Mikołajczyk zapewne doskonale wiedział, że Stalin walcząc o rangę swojego imperium bezwzględnie grał polskimi komunistami. Raz ich wyrzynał, kiedy indziej dowartościowywał mirażem, że cokolwiek od nich zależy. Prezes PSL przejrzał też zapewne krajowych towarzyszy, którzy z marksistowskim mesjanizmem udawali przed samymi sobą, że rządzą krajem.
Byli w tym udawaniu zresztą genialni. Za cenę osobistych upokorzeń, których nie szczędził mu ogarnięty leninowską bezwzględnością Władysław Gomułka, Mikołajczyk wszedł do tej gry bez ani jednego asa w rękawie. Wiedział przecież, że na mityczny Zachód liczyć nie może. Polska została sprzedana w Jałcie na pniu, z pełnym dobrodziejstwem inwentarza.
Zaryzykował i przegrał. Walczył o wolność dla swojej partii i chłopów, choć zapewne nie znał uroczej maksymy Stalina: „wolne chłopstwo to koniec naszej władzy; dzień bez terroru jest niebezpieczny, dwa dni bez terroru oznaczają śmierć partii”.
Z tym terrorem spotykał się na co dzień, co skrupulatnie odnotowywał jego słynny Diariusz. Jak twierdził płk M. Wieczorek, pamiętnik ten był życzliwie prowadzony w dwóch egzemplarzach – jeden dla szefa, drugi bezpośrednio dla bezpieki. Nad wszystkim czuwała Maria Hulewiczowa, zaufana sekretarka, a później żona płk. Janusza Przymanowskiego (tego od Czterech pancernych i psa, co idealnie pasuje do tej filmowej intrygi).
Mikołajczyk stanowczo zbyt długo łudził się, że postanowienia Wielkiej Trójki będą zrealizowane. Liczył na wolne wybory. Zapomniał o starej mądrości: „Nieważne, kto jak głosuje, ważne, kto i jak liczy głosy”. Gdy pętla się zacisnęła, stanął przed dylematem: śmierć w kraju czy życie na Zachodzie?
Wybrał życie. Nie chciał na siłę powiększać i tak już gęstego panteonu narodowych męczenników.
Literackie fikcje i historyczne analogie
Dwa miesiące po udanym zwiewaniu z kraju, Mikołajczyk postanowił zarobić na swojej historii i zaczął publikować w ponad stu amerykańskich dziennikach swoje wspomnienia, wydane później jako The Rape of Poland („Gwałt na Polsce”). Rozdział o ucieczce to czysta poezja… fikcji.
Cały opis został zmyślony od A do Z i przypominał tandetną powieść szpiegowską z kiosku Ruchu, pisaną w socrealistycznym, ciężkim stylu, a nie relację poważnego dyplomaty. Rozumiemy, że w roku 1948 polityk musiał kłamać, by chronić tych, którzy zostali w kraju. Ale po grzyba licytował się z autorami wagonowych kryminałów? Ryzykowny chwyt. Polityk złapany na tak bezczelnym kłamstwie stawia pod znakiem zapytania całą resztę swoich wywodów.
Czy były premier do końca życia w ogóle wiedział, jak wyglądała prawda o jego ucieczce? Przecież jego rejterada posłużyła reżimowi do ostatecznej rozprawy z PSL i uwięzienia tysięcy wiernych działaczy. Pozwoliła też wewnętrznej grupie kolaborantów – Niećce, Wycechowi, Banachowi – przejąć stery partii i wodzić ją na sznurku komunistów.
O czym myślał Mikołajczyk, dekując się między skrzyniami w amerykańskiej ciężarówce? Może przed oczami stawała mu inna ucieczka, z nocy z 17 na 18 września 1939 roku, gdy marszałek Edward Rydz-Śmigły zostawiał wojsko i kraj na pastwę Hitlera i Stalina?
Prezes PSL robił dokładnie to samo, zostawiając chłopów na łasce Bieruta. W swojej książce patetycznie tłumaczył, że ucieka, by być „głosem tych, którzy muszą milczeć i tych, których przeznaczono na zagładę”.
Ładne hasło. Szkoda, że ułożone w bezpiecznym, zachodnim fotelu.
Perfekcyjni nauczyciele i współczesne cyrki
Peerelowscy Kaligulowie nie byliby sobą, gdyby ucieczki prezesa nie rozegrali propagandowo. Pod tym względem dzisiejsze sejmowe komisje śledcze, rewelacje z billboardami czy szukanie dziadków w Wehrmachcie to przy tamtych metodach przedszkole. Dzisiejsza „Grupa Trzymająca Władzę” – niezależnie od opcji – mogłaby u ekipy Bieruta brać drogie korepetycje. Tamci mieli wybitnych nauczycieli z NKWD. Lekcji fałszowania wyborów i referendum „3xTAK” udzielał osobiście przysłany przez Stalina płk Aron Pałkin. Bolszewickiego porządku pilnował tysięczny kontyngent doradców sowieckich w MBP oraz ponad 21 tysięcy oficerów Armii Czerwonej. Wspierali ich tzw. „upolaczeni ruscy” – obywatele ZSRR udający rodowitych Polaków z dziada pradziada.
Wybory sfałszowano już zgrabnie własnymi rękami. Wielka w tym zasługa krwawej Luny, czyli płk Julii Brystigerowej, która osobiście traciła zdrowie nad instrukcjami zakładania teczek obserwacyjnych na obwody wyborcze.
Jak widać, gra teczkami to żaden wymysł III czy IV RP – to stara, sprawdzona ubecka szkoła. Zaraz po ucieczce wydano broszurę Przyczyny ucieczki Mikołajczyka. Zatajony dokument. Rewelacyjne zeznania. Czytamy tam marksistowską socjotechnikę w najczystszej postaci: „Naród polski nie przebaczy nigdy zdrajcom, którzy poszli na obcą służbę przeciw własnej Ojczyźnie… Do tego spisu przybyło dziś imię Mikołajczyka. Pokryje je wieczna niesława”.
Gdy dziś słuchamy niektórych sejmowych oratorów lecących skrótami myślowymi w telewizji, wystarczy w ich przemówieniach słowo „hitlerowski” lub „sowiecki” zamienić na dowolne aktualne hasło, by zrozumieć, skąd czerpią wzorce do oskarżania konkurentów o agenturalność.
Jedno w sprawie Mikołajczyka jest pewne: w tej grze karty rozdawały służby co najmniej czterech państw: USA, Wielkiej Brytanii, ZSRR i PRL.
Amerykańskie SOS i rezydenci CIA
W popeerelowskich archiwach panuje radosna twórczość – niezwykle trudno oddzielić prawdę od dokumentów spreparowanych wyłącznie po to, by dezinformować. Prawdziwe operacje służb zawsze maskowano potężną wrzawą. Sejm powołał Specjalną Komisję pod przewodnictwem Zenona Kliszki, wieloletniego totumfackiego Gomułki. Komisja z właściwym sobie patosem ustaliła, że Mikołajczyk dopuścił się zdrady i skazał się na „wieczną banicję z łona społeczności polskiej”. Wysoki Sejm posłusznie odebrał mu mandat, rząd pozbawił go obywatelstwa, a krajowe PSL stało się zimnym trupem, idącym na dno szybciej niż Titanic.
Oficjalny, propagandowy kit władz PRL można włożyć między bajki, choć patrząc na niektóre numery dzisiejszego cyrku politycznego, te sztuczki brzmią niepokojąco znajomo.
Zupełnie inną opowieść zaserwował nam jednak ambasador USA Stanton Griffis, który dziesięć lat później ujawnił tajne sprawozdanie. Choć Ameryka i Wielka Brytania traktowały już wtedy Polskę jako daleką, zamordystyczną prowincję Stalina, Mikołajczykowi postanowiono pomóc. Odrzucono jednak brutalnie jego prośbę, by wraz z nim ewakuować jego przyjaciółkę i sekretarkę, Marię Hulewiczową. Widocznie w limuzynie zabrakło miejsc.
Gdy w piątek 17 października o 17:45 prezes PSL wysłał rozpaczliwe SOS do II sekretarza ambasady USA Williama Blake’a, machina ruszyła. W dyplomatycznym żargonie „II sekretarz” oznacza zazwyczaj rezydenta służb specjalnych – w tym przypadku CIA. I sekretarz George Andrews natychmiast odwiedził przerażonego prezesa, który trząsł się jak galareta na wieść, że 27 października Sejm pozbawi go immunitetu i skaże na ubeckie piwnice.
Ambasador Griffis zebrał naradę wojenno-dyplomatyczną i przygotował dla zaszczutego ludowca trzy urocze warianty ewakuacji.
Trumna, czeski błąd i morska bryza
Amerykańscy stratedzy wykazali się iście hollywoodzką fantazją. Wariant pierwszy: wywiezienie Mikołajczyka w trumnie w konwoju transportującym zwłoki 102 amerykańskich pilotów poległych w Polsce. Wariant drugi: pieszy rajd przez Czechosłowację tajnymi kanałami CIA. Wariant trzeci: przerzut do Gdańska i blindowanie (ukrycie pod pokładem) na brytyjskim statku towarowym Baltavia, którego kapitan żył w wielkiej przyjaźni z wujkiem Samem.
Mikołajczyk odrzucił trumnę – uznał, że w razie wpadki polityczny nieboszczyk w prawdziwym grobowcu wyglądałby wybitnie nieestetycznie i kompromitująco. Czeskich szlaków też się bał. I to był prawdopodobnie jedyny moment w jego karierze, kiedy zadziałała u niego genialna intuicja.
Akcję wywozu ciał Amerykanów nadzorował bowiem głęboko zakamuflowany as bezpieki, ppor. Henryk Pachówka (późniejszy as wywiadu MSW). Z kolei oba kanały w Czechosłowacji były tak szczelne, że UB kontrolowało je od A do Z, urządzając tam regularne polowania na uciekinierów w ramach gry operacyjnej z zachodnimi wywiadami.
Bezpieka pozwalała czasem komuś przejść na Zachód, ale byli to zazwyczaj agenci wykorzystywani „kapturowo” – nieświadomi, że grają rolę wystawionych figurantów w operacjach typu „Cezary” (V Komenda WiN). Wybór statku Baltavia wydawał się więc Mikołajczykowi szczęśliwym trafieniem. Problem w tym, że w jego najbliższym otoczeniu kręciło się co najmniej dwóch agentów UB, a sam statek był pod lupą służb. Historycy, tacy jak Kersten czy Roszkowski, pisali o tym przyczynkarsko. Profesor Andrzej Paczkowski w swojej kompetentnej biografii Stanisław Mikołajczyk, czyli klęska realisty próbuje bronić tezy o racjonalnym graniu prezesa, ale fakty są bezwzględne.
Sprawa Mikołajczyka ważyła się na linii Warszawa-Moskwa. Już 8 czerwca 1947 roku Jakub Berman na Biurze Politycznym PPR zgłosił konieczność ostatecznego „rozwiązania problemu”, a wytycznych z Moskwy udzielał sam Wiaczesław Mołotow.
Hollywoodzki mit i węgierski scenariusz
Wspomniani profesorowie bezkrytycznie kupili wersję ambasadora Griffisa o ucieczce. Do dziś powtarzają bajki o ciężarówce wyładowanej skrzyniami charge d’affaires zaadresowanymi do Londynu. Z zachwytem opisują dziewięć kontroli drogowych, w czasie których milicjanci dali się rzekomo omamić amerykańskim uśmiechem, oraz sprytne odwrócenie uwagi wartownika WOP blokującego statek. Paczkowski przytacza notatkę mjr. Karola Więckowskiego z Departamentu V MBP, by udowodnić, że ucieczka była „czysta” i bezpieka o niej nie wiedziała. Naprawdę wierzą, że UB dało sobie wykręcić taki numer przed samym nosem?
Mikołajczyk po prostu przez lata wierzył, że z komunistami można podpisać kompromis, który nie skończy się poddaństwem. Otrzeźwiał dopiero wtedy, gdy zobaczył, co dzieje się w sąsiednich demoludach. Tam rozszalałe reżimy przestały patyczkować się z drobnicą i wzięły się za wyrzynanie elit opozycyjnych. Na Węgrzech zniknął przywódca rolników Béla Kovács. W Rumunii uwięziono Iuliu Maniu. W Albanii rozstrzelano szesnastu liderów opozycji, a w Bułgarii skazano na śmierć Nikołę Petkowa.
Mikołajczyk musiał zrozumieć, że w tej części Europy Pan Bóg na jakiś czas wyłączył telefon.
Co ciekawe, chcąc przypodobać się nowym panom, prezes PSL poparł wcześniej wniosek szefa MON i sowieckiego agenta Michała Roli-Żymierskiego o pozbawienie obywatelstwa polskich oficerów walczących na Zachodzie, złośliwie dopytując, dlaczego na liście brakuje generała Andersa!
Karma wraca szybko. Gdy „dwa wiarygodne źródła” doniosły mu, że pętla zaciska się na jego własnej szyi, spakował walizki.
Archiwa IPN milczą o tożsamości tych źródeł, zachodnie udają, że nie wiedzą, a moskiewskie są zamknięte na cztery spusty. Pozostaje zapytać samych ubeków.
Spowiedź ubeckich dygnitarzy
Aby poznać kulisy tej tragifarsy, autor tekstu postanowił indagować samych „inżynierów ubeckich dusz”. Na spytki zostali wzięci: gen. Stanisław Radkiewicz (minister bezpieczeństwa), gen. Władysław Pożoga (szef służby wywiadu i kontrwywiadu), płk Anatol Fejgin (Dyrektor Departamentu X MBP), ppłk Adam Humer (wicekról Departamentu Śledczego) oraz płk Witold Sienkiewicz. Panowie ci z cynicznym uśmiechem na starych twarzach wspominali, że wyszedł im wtedy „niezły numer”. Okpili i prezesa, i całe CIA.
Radkiewicz bez ogródek przyznał: Bierut z Bermanem chcieli iść na skróty. Marzył im się pokazowy proces, tortury i publiczne powieszenie Mikołajczyka za rzekomą współpracę z podziemiem (WiN). Materiały były gotowe. Sytuację zmienił jednak niespodziewany telefon od samego Józefa Stalina. Generalissimus osobiście rozkazał Bierutowi przeprowadzić akcję tak, by Mikołajczyk cały i zdrowy znalazł się na Zachodzie.
Bierut był wściekły, ubecy też. Szybko jednak zrozumieli, że z tej operacyjnej kombinacji można wycisnąć gigantyczne korzyści. Jak wspomina Fejgin: o powrocie Mikołajczyka do Polski decydował Stalin, więc o jego wyjeździe też musiał decydować Stalin. Skoro Churchill przysłał go do Warszawy na mocy międzynarodowych ustaleń, to zamordowanie go w ubeckich kazamatach wywołałoby zbyt wielki międzynarodowy smród. Postanowiono więc „zabawić się z Anglosasami”.
Pozwolono im wywieźć polityka, którym bezpieka od dawna manipulowała. Wywiad USA odniósł pozorny sukces, odtrąbił triumf w pamiętnikach, a prawda była prozaiczna: Jakub Berman nakazał bezpiece przeprowadzić z Mikołajczykiem „rozmowę profilaktyczną”. Cel? Przestraszyć go tak mocno, by sam zaczął uciekać. Zadanie to dostał nie kto inny, jak krwawy spec od łamania ludzkich charakterów – ppłk Adam Humer.
Seans strachu u pułkownika Humera
Gomułka i jego akolici przez trzy lata systematycznie wykańczali Mikołajczyka, robiąc to z dziką satysfakcją. „Wiesław” po prostu chorobliwie zazdrościł prezesowi PSL wszystkiego: sławy, inteligencji i poparcia społecznego. Nie musiał znać planów operacyjnych Moskwy – on po prostu z pasją oczyszczał przedpole, nie wiedząc, że jego własne dni na szczycie też są policzone.
Stalin słusznie zauważył: „Gdyby w Polsce nie było Mikołajczyka, trzeba by go było stworzyć”. Martwy lider byłby niebezpiecznym symbolem. Żywy uciekinier na zachodnim garnuszku stawał się w oczach zmanipulowanego społeczeństwa zwykłym tchórzem. To był majstersztyk socjotechniki.
Adam Humer rozegrał tę partię genialnie. Jak sam wspominał, bezpieka deptała opozycji po piętach dzień i noc. Przed wyborami masowo aresztowano działaczy PSL i WiN. Atmosfera strachu gęstniała z każdą godziną. Gdy Radkiewicz dał zielone światło, Humer dostał precyzyjne instruktaże od Romkowskiego i cenne „koleżeńskie” uwagi od Julii Brystigerowej. Wezwał Mikołajczyka na przesłuchanie w charakterze świadka w sprawie WiN. Hasło „WiN” działało wtedy paraliżująco.
Aby były wicepremier TRJN odpowiednio skruszał, Humer kazał mu gnić przez kilka godzin pod drzwiami swojego gabinetu. Gdy przerażony polityk wszedł do środka, ubecki śledczy zasypał go lawiną pytań, dając jasno do zrozumienia, że jego teczka jest już kompletna i czeka na podpis kata. Rozmowa była potajemnie nagrywana, a szefostwo MBP piało z zachwytu. Humer wykonał plan w dwustu procentach. Przerażona elita PSL dostała ostateczny i decydujący impuls do natychmiastowej ucieczki z kraju.
Dwa wywiady w jednym łóżku
Pułkownik Witold Sienkiewicz po latach przytomnie analizował sprawę: w świecie służb specjalnych interesy wrogich mocarstw bywają zadziwiająco zbieżne. CIA mogło wiedzieć o grze UB, ale Mikołajczyk na emigracji był dla nich wygodniejszy niż Mikołajczyk w warszawskim grobie.
Sienkiewicz bez ogródek porównuje tę akcję do słynnej ewakuacji płk. Ryszarda Kuklińskiego z listopada 1981 roku. W obu przypadkach wschodnie i zachodnie służby kręciły własne lody propagandowe i operacyjne na jednym wydarzeniu.
Generał Pożoga dodaje z dumą, że w ślad za Mikołajczykiem bezpieka wysłała na Zachód swojego superagenta o pseudonimie „Carmen”, który koncertowo skłócił i rozbił całą londyńską emigrację. Pożoga ubolewa jedynie, że większość twardych dowodów i teczek z tamtego okresu została bezmyślnie spalona na rozkaz Franciszka Szlachcica.
Tymczasem profesor Paczkowski niezmiennie broni honoru uciekiniera, upierając się przy braku papierów potwierdzających operację UB. Twierdzi, że rozesłanie listów gończych i panika po zniknięciu prezesa świadczą o kompletnym zaskoczeniu komunistów. Według niego trasę ucieczki bezpieka odkryła dopiero po aresztowaniu w Czechosłowacji porzuconej sekretarki, Marii Hulewiczowej.
Piękna, romantyczna wersja. Szkoda, że kompletnie naiwna. Komunistyczny cel propagandowy osiągnięto bezbłędnie: Mikołajczyka pokazano jako dezertera, który zostawił swoich towarzyszy na pożarcie UB, a sam popija amerykańskie miody.
Szofer – geniusz kierownicy na ubeckim etacie
Pułkownik Marceli Wieczorek rzuca na sprawę zupełnie nowe światło. Pod koniec 1979 roku, po śmierci Marii Hulewiczowej, do MSW zgłosił się jej były mąż – pułkownik Janusz Przymanowski. Zaproponował układ: jeśli resort pozwoli mu przejrzeć akta zmarłej żony, on w zamian napisze „dobrą książkę, w dobrym stylu, dobrze o resorcie”. Klasyczny układ handlowy w PRL.
Przeglądając te materiały, Wieczorek odkrył szokującą prawdę zapisaną w dokumentach operacyjnych. To wcale nie seans strachu u Humera ostatecznie złamał prezesa. Zrobiła to najbliższa mu osoba – jego własna sekretarka, która poddała mu myśl o natychmiastowym wianiu z kraju.
Mikołajczyk uciekł za pełną wiedzą bezpieki, a amerykańscy dyplomaci dali się podejść jak dzieci. Kluczową postacią w tej układance był osobisty kierowca premiera. W swoich pamiętnikach Mikołajczyk z zachwytem opisywał swojego szofera jako „geniusza kierownicy”, który potrafił w genialny sposób zgubić każdą ubecką ogon-obstawę. Biedny, naiwny prezes. Nie domyślał się, że te brawurowe rajdy i ucieczki przed samochodami bezpieki były od A do Z reżyserowane i planowane na Koszykowej. Każdy ruch, każde słowo i każda decyzja prezesa, spisane posłuszną ręką jego „ulubionego geniusza kierownicy”, systematycznie i bez opóźnień trafiały na biurka oficerów MBP.
Aniołowie stróże w milicyjnych mundurach
Meldunki szofera lądowały w centrali regularnie. Pułkownik Wieczorek bezlitośnie drwi z wersji Griffisa i ustaleń Paczkowskiego. Prezes PSL miał pełne prawo kłamać we wspomnieniach, by ratować twarz, a Paczkowski pisał to, na co pozwalały mu mocno wypatroszone i wyczyszczone akta IPN.
A ambasador USA? Czy ktoś poważny oczekuje, że dyplomata przyzna w raporcie, iż prowincjonalna, komunistyczna bezpieka ograła CIA jak amatorów? Amerykanie wolą mit o brawurowym ocaleniu polityka przed gilotyną. Polacy chętnie to kupują, bo od zawsze bardziej wierzyli Amerykanom niż Sowietom. Zwłaszcza teraz, gdy po utrupieniu ZSRR, USA stały się naszym kolejnym Wielkim Bratem.
Analiza operacyjna pokazuje jasno: przygotowań do tej ucieczki mógł nie zauważyć jedynie wyjątkowy kretyn.
Po pierwsze: Mikołajczyk nie miał szans dotrzeć do amerykańskiej ciężarówki niezauważony, skoro za kółkiem siedział agent bezpieki. Po drugie: słynne dziewięć kontroli drogowych na trasie do Gdańska to nie był popis milicyjnej niekompetencji. Ciężarówkę zatrzymywali ubecy przebrani w mundury MO. Pilnowali po prostu, by ich cenny ładunek dotarł na Wybrzeże w całości i bez przygód ze strony przypadkowych bandytów.
Po trzecie: blindowanie na statek Baltavia za pomocą małej łódeczki przy ówczesnym reżimie ochrony granic przez WOP było technicznie niemożliwe. Chyba że wopiści dostali wcześniejszy, ustny rozkaz patrzenia w gwiazdy.
Po czwarte: Baltavia była znanym kanałem brytyjskich służb, w których kluczową rolę grał Kim Philby – jeden z najwybitniejszych kretów NKWD na Zachodzie.
Bezpieka nie tylko kontrolowała ucieczkę, ale czule odpędzała od prezesa wszelkie złe duchy. Hulewiczowa, która namówiła go do drogi, mogła działać nieświadomie, zainspirowana „kapturowo” przez podstawionego oficera.
Gdy Wieczorek pod koniec lat 80. ponownie zajrzał do teczek sprawy, były one już dramatycznie odchudzone. Celowe niszczenie akt w celach dezinformacyjnych to przecież resortowa tradycja po każdej zmianie ekipy rządzącej.
Płonące szafy i portowy teatr
W ostatniej dekadzie PRL pierwsza fala wielkiego palenia dokumentów ruszyła w 1985 roku, gdy ekipa gen. Wojciecha Jaruzelskiego zaczęła dyskretnie mrugać okiem w stronę opozycji. Funkcjonariusze, instynktownie wyczuwając pismo nosem, woleli niszczyć najbardziej kompromitujące materiały na własną rękę.
Pełną parą, już na oficjalny rozkaz z góry, akcja niszczenia ruszyła w trakcie poufnych rozmów w Zawracie, Magdalence oraz w willi MSW w Konstancinie.
Palono wszystko: od bieżących śladów z lat osiemdziesiątych po niewygodne archiwalia z lat czterdziestych, by wejść w nową III RP z czystym, białym kontem.
Wszystko wskazuje na to, że Humer był jednym z „wiarygodnych źródeł”, które miały napędzić stracha Mikołajczykowi, a drugą rolę odegrała odpowiednio zmanipulowana Hulewiczowa.
Rzekome przygotowania do pokazu procesowego, o których pisze prof. Paczkowski, były po prostu montowaniem idealnego straszaka. Notatka mjr. Więckowskiego o „zaskoczeniu” bezpieki to klasyczna podkładka operacyjna służąca do dyscyplinowania podwładnych. Zbieranie haków na własnych ludzi i pozorowanie wpadek było świetnym argumentem, by zmuszać ubeckich urzędników do bezwzględności w brutalnych akcjach. Cała wrzawa propagandowa i Komisja Kliszki miały uwiarygodnić legendę o brawurowej ucieczce twardziela, by naród uwierzył, że prezes zwiał sam. Gomułka o niczym nie wiedział, bo w tamtym czasie „Wiesław” był już polityczną Atlantydą – trupem na politycznym urlopie, z którego zdaniem nikt w Moskwie się nie liczył.
Teoria, że w gdańskim porcie „odwrócono uwagę” żołnierza WOP, brzmi jak żart. Statków z krajów kapitalistycznych nigdy nie pilnował pojedynczy, gapiowaty żołnierz. Teren portu był zaryglowany na cztery spusty, a prezes PSL – polityk sprawny inaczej – nie przeszedłby metra bez zgody góry.
Co najważniejsze: za ten rzekomy sabotaż nikt z portowej obsady nie został ukarany ani nie trafił pod ścianę, co w tamtych czasach przy prawdziwej wpadce było rzeczą niemożliwą.
Finał gry, czyli cool made in USA, zdiełano w SSSR
W najbliższym otoczeniu Mikołajczyka od początku działała agentura UB, co bezspornie wynika z zachowanych okruchów materiałów archiwalnych. Dlatego prezes mógł tak widowiskowo „urywać się” oficjalnej obserwacji.
Bezpieka, kontrolując każdy centymetr trasy, bez problemu sprawiła, że ucieczka przy pomocy amerykańskich dyplomatów zakończyła się pełnym sukcesem. Doskonale podsumował to komunistyczny minister spraw zagranicznych Zygmunt Modzelewski. Wręczając ambasadorowi Griffisowi oficjalną notę uznającą pracownika ambasady USA Williama Blake’a za personę non grata, bezczelnie obiecał przekazać twarde dowody na to, że Mikołajczyk wyjechał z Warszawy bezpośrednio samochodem ambasady amerykańskiej.
Modzelewski wiedział, co mówi, a Griffis natychmiast zrozumiał aluzję, proponując dyplomatyczne zawieszenie broni w tej kłopotliwej sprawie.
Można przytaczać setki pośrednich dowodów na to, że była to ucieczka kontrolowana. A oficjalne dokumenty i rozkazy na piśmie? Tych po prostu nie ma i nigdy nie było. W tamtych czasach nie sporządzano protokołów ani notatek z tak delikatnych i tajnych kombinacji operacyjnych. Najważniejsze ustalenia zapadały podczas poufnych rozmów w Moskwie, a rozkazy wydawano wyłącznie ustnie.
Wykonawcy jednak zostawiają ślady, a na starość – rozpuszczają języki. Mikołajczyk miał gigantyczne szczęście, że w Moskwie zapadła taka, a nie inna decyzja. Były premier zapewne do końca swoich dni na emigracji święcie wierzył, że oszukał system, nie mając pojęcia, iż z rąk nadwiślańskich Kaligulów wyrwał go osobiście… towarzysz Józef Stalin.
Cała ta słynna „afera Mikołajczyka” i jego wielka ucieczka sprawiają po latach jedno, niezatarte wrażenie: to produkt wybitnie cool, made in USA, ale z dumną pieczątką zdiełano w SSSR.
ONIRIADA
Położyłem się. Sen miałem twardy niczym granatnik generała. Nagle pojawił się zwid, że głupka spotkał głupek . I zrozumiałem jaka jest różnica między strzelbą Czechowa, a granatnikiem komendanta
głównego Policji generała Szymczaka, a jaka między prawdą o ucieczce Mikołajczyka, a tym co o tej rejteradzie opowiadają uczeni i dziennikarze.