O! Kraju Pieroga i Zalewajki! O! Rzeczypospolito Pieroga i Zalewajki. O Ojczyzno moja! To była makabryczna historia, choć zaczęła się jak sielska bajka z czasów, gdy pobożne życzenia miały jeszcze jakikolwiek sens.
Na najwyższą grzędę Rzeczypospolitej wskoczył Pierwszy Wódz. Zapragnął on rzeczy sprzecznej z człowieczą naturą. Wygłówkował, że otaczająca go rzeczywistość ma natychmiast zacząć nadążać za jego własną wyobraźnią. Narajany Demiurg sprawił, że na jedną, mikrosekundę ten eksperyment się udał. Życie Rzeczypospolitej, Kraju Pieroga i Zalewajki stało się nagle tak spokojne, syte, miłe i mdło sympatyczne, że przeciętny obywatel dostał od tego peerelowskiej fiksacji.
Sielanka osiągnęła poziom, przy którym normalny człowiek nie mógł wytrzymać minuty dłużej bez rzucenia kurewstwem. Niestety, Wódz – historyczny kapral o imieniu Lech i konspiracyjnym kryptonimie Bolek – posiadał niebotyczny feler. Potrafił niczym Kozakiewicz przeskoczyć płot, ale za nic w świecie nie potrafił przesadzić ograniczeń swojej wyobraźni.
Gdy chrześcijańskie mdłości od nadmiaru słodyczy minęły, do oszołomionej Rzeczpospolitej Pieroga i Zalewajki ( RPiZ) zbiegli się kolejni Wodzowie z równie dziwacznymi pomysłami. Zazdroszcząc poprzednikowi zaczęli realizować na żywym organizmie państwa wszystko to, co szepnęły im zwidy, tęcze, nocne koszmary, a nawet widmo Brockenu. I, o dziwo, znowu się wszystko spełniało. Tyle, że a rebours.
Codzienność w krainie nad Wisłą z dnia na dzień stała się tępa, podła, okrutna i tak widowiskowo paskudna, że obywatelom z tęsknoty za dawnym luksusem pękały serca.
Żyć się nie dało, ale zastrzelić się też było szkoda.
Znowu nie szło wytrzymać. Tym razem w drugą, głęboko depresyjną stronę. W efekcie narodowego paraliżu wszystko przestało działać. Nic już nie chciało się spełniać w prawdziwym życiu. Polakom prawo do marzeń przysługiwało wyłącznie pod kołdrą, w ramach ściśle tajnej i nieopodatkowanej wyobraźni, wykluczającej jednak LGBT.
Aż tu nagle, po latach wielkiej smuty i powszechnego zniechęcenia, na horyzoncie objawił się Nowy Wybawca. Człowiek z dyplomem doktora i dwuczłonowymi personaliami: Karol Nawrocki & Bator, łowca mieszkań, miłośnik boksu i „kibolskich ustawek”. Gdy nikt nie patrzył zaczerniał papier pod pseudonimem Batyr. Ów Wódz wyprowadził prawy prosty w stół i zadekretował autorytarnie umęczonemu suwerenowi misję mrożącą krew w żyłach: od teraz będzie „normalnie”.
Suweren, pozbawiony złudzeń i przerażony perspektywą normalności, skrzyknął się rach-ciach. Tłuszcza uznała że woli własne stare, znane błotko i ciepłą wodę w kranie. Zorganizowano lokalny Majdan z hasłem wykopania doktora z jego rewolucyjnym ładem tam, gdzie cytryna dojrzewa i pieprz rośnie. Nie po to przecież Polak tyle lat cierpiał, znosił potulnie niemieckie plucie w twarz i Katyń, i rzeź wołyńską, i socraj żeby mu teraz jacyś wodzowie przyrządzali normalność.
Gdy bitewny kurz i dym z płonących opon wreszcie opadły tam „gdzie woda czysta i łąki zielone”, na gruzach naszej małej stabilizacji niespodziewanie wyrosła nowa, świeża empusa. Ta nowożytna, krwiożercza zmora – skrzyżowanie wampa z urzędnikiem państwowym znowu zaczęła dyktować własne warunki gry.
A ja? Cóż, jak na kronikarza przystało, zamiast z nowiuśką empusą walczyć, pokornie przyjąłem posadę jej osobistego proroka. W końcu ktoś musi opisać ten cyrk, zanim zwisną sznury, zamkną namiot i zaaresztują dyrektora.
TAKO RZECZE AUTOR
Dzieciństwo, młodość i dojrzałość przetrawiłem w PRL-u. Byłem głupi. Słuchałem. Obserwowałem. Kombinowałem, na czym polegał systemowy bandytyzm socraju.
Pod koniec XX wieku, płynnie przechodząc w stan nadstarości – stan znacznie klarowniejszy i wyraźniejszy niż dymne bieszczadzkie chałupy – próbuję pojąć, na czym polega szwindel rządzenia krajem demokratycznym.
Wniosek? Identyczny: czysta głupota.
Zarówno kiedyś, jak i dziś: absurd, ględy, ciemnota, chamstwo, ćwikowatość czy jawny debilizm nie stanowią najmniejszej przeszkody w zajmowaniu najwyższych stołków. Nasz wieloświat jest niekoherentny. Bóg, stwarzając człowieka, wyposażył go w dobro i zło, mądrość i głupotę. No i w ten nieszczęsny grzech pychy. Nie ma ucieczki przed gombrowiczowską gębą i pupą. Filozofowie tłumaczą to zawiłym bełkotem, a przecież nie wolno rzeczy prostych wyjaśniać za pomocą argumentów trudniejszych. Mądrych przekonywać nie trzeba. Głupców – nie warto.
I tak oto zacząłem majdrować przy swoim Raptularzu. W rubryce „zawód” wpisuję: „życie”. W rubryce „obecne zajęcie” widnieje bezwzględne: „umieranie”. Dlaczego? Czasem trzymają się mnie takie fanaberie. W tym wypadku uległem Kurtowi Vonnegutowi i jego Kociej kołysce. Zresztą, dalej będzie już tylko gorzej. Literackie inspiracje będą się wlec za mną jak pusta blaszanka uwiązana do kociego ogona.
Wprowadzam tu pojęcia raczej nieznane szerokiemu ogółowi: empusy i metanoje bezpieki. Się napisało, trudno.
W życiu i pisaniu kieruję się brutalną zasadą Trumana Capote’a ze Śniadania u Tiffany’ego: „Rób co chcesz, bylebyś nie został tchórzem, kłamcą, emocjonalnym oszustem, dziwką; wolałabym mieć raka niż nieszczere serce. Rak może cię wykończyć, nieszczerość zrobi to na pewno”.
Co to za stwory? Empusy bezpieki to nie tylko etatowi siepacze z MBP, MSW czy MON. To także cała kasta polityków, partyjnych aparatczyków PZPR, oraz usłużnych naukowców, pisarzy i poetów. Ich zadaniem było i jest systematyczne pranie mózgów narodowi, by Grupa Trzymająca Władzę (GTW) mogła spać spokojnie.
Z kolei metanoje to te same empusy, które z sobie tylko wiadomych powodów przeszły na drugą stronę mocy. Do najwybitniejszych zaliczam Kołakowskiego, Baumana, Woroszylskiego, Andrzejewskiego, Miłosza czy Szymborską. Przeszli transmutację i to jest w nich najbardziej fascynujące. Myślę o nich, a pod czaszkę mojego – wypranego przez socraj, ale i przez medyków – mózgu wtarabaniają się pomysły ab hoc et ab hac, skacząc ruchem najaranego konika szachowego z tematu na temat. Taki Stanisław Ciosek na przykład…
Te opowieści bywają chaotyczne, niezborne i astygmatyczne sprawiające wrażenie, że majdrował je facet w pijanym widzie.
Zastanawiam się czasem, czy moi przyjaciele tęsknią za PRL-em Zdaje się, że jest znacznie gorzej – oni po nim płaczą. W Raptularzu regularnie wywołuję do tablicy moich komilitonów: Wandę Rutkiewicz, Ryszarda Bartoszewicza, Jerzego Kolankowskiego, Tadeusza Stecia, Władysława Pożogę, Marcelego Wieczorka, Stanisława Cioska czy Adama Solarza. Tematy o nich podrzuca mi sam diabeł, zakamuflowany pod postacią telewizji narodowej. Szukam na to odtrutki.
Spać mi nie dają zwłaszcza Ciosek i Pożoga. Mój Boże… Może za wcześnie mianowałem ich pełnoprawnymi metanojami? Może to tylko hybrydy – w połowie nawróceni, w połowie uwaleni bezpieką? Może Hegel ukąsił ich nieco lżej niż innych ortodoksyjnych komunistów, z którymi tarzali się przez pół wieku? Może po rozpadzie dwubiegunowego świata po prostu uciekli na lepszą stronę mocy? Ciosek był chyba inteligentniejszy a Pożoga skuteczniejszy.
Bartoszewicz i Solarz (harcmistrz z Jeleniej Góry, miłośnik Wielkiej Niedźwiedzicy) zachowali umysł nieskalany popapraństwem. Z pewnością zrozumieją to interview w lot! Ale to Steć był najbardziej scalony i zamroczony terenami, które wciąż wracają do mnie w nocnych majakach, mirażach i zwidach.
Mam dziką chęć o tym opowiedzieć, stąd w tekście „oniriady”.
Jak bowiem opowiedzieć o mojej bezgranicznej fascynacji Górami Olbrzymimi czy Izerskimi? Jak oddać szmer Izery albo huk spienionej Kamiennej po burzy? Jak ubrać w Słowa łomot halnego i hurgot lawin? Jak pokazać grozę piorunów walących w bazaltową grzędę Śnieżnych Kotłów i majestat samego Ducha Gór?
No i jak opowiedzieć o barbarzyństwie myśliwych, gdy – jak pisał William Blake – „Błąkająca się sarna po lesie / Ludzkiej Duszy niepokój niesie”?
Wierzę, że myślący czytelnicy potraktują ten Raptularz jako antidotum na totalną indoktrynację. Hołduję tu brutalnej zasadzie, którą za Olgą Tokarczuk powtarzam jak mantrę:
Nie piszę książek dla idiotów.
Oczywiście nie mogę wykluczyć, że systemowi „pracze” zmieszają mnie za to z błotem. Ale ja przecież uwielbiam taplać się w błotku! Sam o mokradłach i bagnach pisałem niegdyś z entuzjazmem godnym lepszej sprawy. O moczarach nie tylko słyszałem – ja je doskonale znałem. Opisywałem przecież generała Mieczysława Moczara i słynne hasło głoszone przez jego wiernych klakierów: „Kto nie z Mieciem, tego zmieciem!”.
Wbrew malkontentom, w Rzeczpospolitej Pieroga i Zalewajki (RPiZ) wydaje się rocznie 37 000 tytułów. To całkiem spory poligon. Zdradzę Wam, że w Czytelników będę regularnie ciskał fragmentami tajnych „kwitów”. Papiery zdobyte moim własnym „sposobem” opatruję autorskim komentarzem. Te dokumenty mają demaskować, a nie gmatwać. Mają pokazać, jakimi metodami władza urabia społeczeństwo. Ten proceder przecież nigdy się nie skończył.
„Dobra zmiana” do tych peerelowskich obtłuczeń dorzuciła narodowi nowe, paskudne wybroczyny, dzięki którym GTW czuje się całkowicie bezkarna. Czy współczesne empusy ogryzą dzisiejszą Polskę do kości? Czy nasz kraj po wypaleniu się tej władzy będzie wyglądał jak nędzny szkielet marlina z utworu Hemingwaya Stary człowiek i morze?
To oczywiste – gdy w państwie gniazdo wije prywatna chciwość i bezbrzeżna głupota, nadciąga narodowa tragedia. Przy czym głupota jest o wiele groźniejsza. Najbiedniejszy kraj przetrwa złodziejstwo. Najbogatszy nie przetrzyma debilizmu.
Masakrując bezczelnie Jorge L. Borgesa, podsumuję to tak: czyn pojedynczego człowieka należy w jakiś sposób do całej ludzkości. Nie ma chyba niesprawiedliwości w tym, że grzech nieposłuszeństwa w rajskim ogrodzie rzuca plamę na nas wszystkich. Ani w tym, że ukrzyżowanie jednego Żyda wystarcza, by ludzkość zbawić. Ani w tym, że tragiczna śmierć prezydencka miała stać się zwiastunem narodzin nadludzkiej postaci „Ojca Ojczyzny” – dziewiczego Zaratustry RPiZ. Kto wie, czy Schopenhauer nie miał racji? Na samo wspomnienie tego, co zapisałem, świerki w moim ogrodzie zaczynają szaleć. Kiwają się ze strachu niczym potulni ministrowie przed toruńskim Tatką Dyrektorem.
Czy boję się zarzutów, że brak mi patriotyzmu?
Owszem. Ale patriotą chyba jednak jestem – szczególnie dziś, gdy prawdziwy patriota to człowiek zmuszony bronić Ojczyzny przed własnym rządem i nierządem. Na czele państwa stoi Karol Nawrocki, który rzekomo wszystko może. Obok kręci się były premier Mateusz Morawiecki, który tradycyjnie kłamie, ale już nic nie może. A nad nimi unosi się wieczny duch „Ojca Ojczyzny” – szeregowego posła, który kłamie równie bezczelnie, za to wciąż wszystko może.
Choć właściwie już nie chce móc, bo zwyczajnie pęka ze strachu, że hakownicy wreszcie odpalą na niego ukryte „kwity”. Zawołam więc prosto w twarz:
Hej, empusy! Zróbcie coś pożytecznego dla kraju – odsuńcie się od koryta!
A te całe służby specjalne trzeba po prostu rozpieprzyć w drobny mak i zbudować od nowa!
A jeśli GTW nie posłucha? Tedy podeprę się Bułatem Okudżawą: A jeżeli wszystko na nic? Jeżeli znów będzie jak przedtem? To niech Bóg mi wybaczy, a syn niech mnie osądzi – że niepotrzebnie, a może całkiem na próżno, rozwinąłem w tym Raptularzu szczęśliwe skrzydła nadziei.
Przez całe życie czułem się jak pekińczyk rżnięty przez słonia. Ta egzegeza głupoty rządzących nie wiedzieć czemu potwornie mnie rajcowała. Cieszyłem się, to fakt. Cieszyłem się, bo zrozumiałem, że Dobry Bóg, stwarzając świat, zakreślił wyraźne granice dla wszystkiego. Nawet dla ludzkiej mądrości. Nie ustanowił natomiast żadnej granicy dla głupoty.
Duchu Święty! Czy to aby uczciwe? Wpadło mi pod czerep, że grzech pychy otworzył wrota powszechnego chaosu. Gdy to pojąłem, miałem prawo przypuszczać, że dopadł mnie wreszcie zbawienny promyk z latarni Diogenesa. Szkoda tylko, że do kompletu nie dostałem jego kija. Kija mi brakowało. Masom zresztą też. Nasze społeczeństwo opanował totalny bezczyn, drętwota i bezpieczny eskapizm. Mieszkańców Kraju Pieroga i Zalewajki niezwykle rzadko rozpalał żar zmian. Mieliśmy Poznański Czerwiec ’56, rewoltę na Wybrzeżu w 1970 roku i wielki zryw Solidarności AD 1980, ale… po każdym buncie natychmiast dopadał nas marazm. Co prawda dziewięć lat później podobno wybiliśmy się na niepodległość, podobno Lech Wałęsa osobiście obalił komunę – podobno… Gdyby jednak nie globalny rozpad dwubiegunowego świata, zobaczylibyśmy tę wolność jak świnia niebo.
Mimo wszystko u progu lat 90. odnieśliśmy sukces – wybraliśmy swoich władców. Niestety, zadowalając się mityczną „ciepłą wodą w kranie”, szybko spoczęliśmy na laurach. To pozwoliło władzy na bezgraniczną pychę. Z każdą kolejną kadencją rządzący stawali się coraz bardziej aroganccy, megalomańscy i mitomańscy.
I tak zostało do dziś.
Bierność i otępienie tłumu idealnie służą utrzymaniu tego status quo. Władcy faryzejsko powtarzają: „Macie przecież kartę wyborczą, decydujcie”. Jednocześnie bezczelne kłamstwo nie schodzi im z warg. Oszustwo i kabotyństwo stały się oficjalnym synonimem współczesnego polityka.
W RPiZ karta wyborcza w gruncie rzeczy nic nie znaczy. Nigdy nie była realnym batem na rządzących. Przecież wyborcy są dokładnie tacy sami jak inteligencja, z której rekrutuje się wierchuszka. A nasza inteligencja bywa ordynarnie sprzedajna. Dlatego władcy mogą traktować obywateli jak zidiociałe popychadła, potrzebne wyłącznie raz na kilka lat do wrzucenia głosu.
Ha! Cóż… Myślę, że wszyscy powinniśmy prędzej czy później przeczytać Faraona, aby wreszcie pojąć prostą prawdę: ten, kto kontroluje informację, ten manipuluje tłumem.
Gdy naród to wreszcie zrozumie, będzie można z czystym sumieniem skopać tyłki rządzącym. Ograniczyć im immunitety do niezbędnego minimum, a parlamentarzystów opiłować o połowę i być pewnym jednego: skoro udało nam się przeżyć gomułkowskich docentów, to z palcem w nosie przeżyjemy pisowskich profesorów i platformerskich, niepokalanych demokratów.
PS 1. Pracując od pół wieku nad Raptularzem, muszę zmajstrować kawałek blachy na swoją żelazną dupę. Stąd oświadczam: osoby wymienione jako „grupa trzymająca władzę”, „politycy”, „służby specjalne” czy „dziennikarze” – a opisane negatywnie, nawet z użyciem obelżywości – mogą czuć się urażone tylko wtedy, gdy same potwierdzą, że moje sugestie dotyczą imiennie właśnie ich. Nie było bowiem moją intencją obrażanie kiedykolwiek, kogokolwiek i o cokolwiek.
PS 2. Jest to początkowy fragment przygotowywanej książki pod roboczym tytułem: MIAŁEM KIEDYŚ PRZYJACIÓŁ. RAPTULARZ ZNALEZIONY POD WYCIERACZKĄ.