WAŁĘSA I…

Gdyby Lech Wałęsa był tak wysoki jak jego ego mógłby na kolanach Księżyc sidolem czyścić. Były pierwszy prezydent III RP (po obaleniu gen. W. Jaruzelskiego) nie może usiedzieć spokojnie. Od czasu do czasu wynajduje jakiś pretekst aby przypomnieć o swoim istnieniu. Ostatnio poinformował w serwisie społecznościowym, że przed laty przekazał „tysiące dolarów na rzecz specjalistycznej instytucji ochrony zdrowia, której siedziba mieści się w budynku gdańskiej „Solidarności”. W ramach podziękowań na budynku zamieszczono tablicę, informującą o donacji. „Po paru latach zdemontowano tablicę, jak się wydaje bezpowrotnie”. Niegdysiejszy lider „Solidarności” i mierny prezydent nie ukrywa oburzenia takim obrotem zdarzeń. We wpisie skierował stanowcze żądanie do osób odpowiedzialnych za usunięcie tablicy, będącej dowodem jego hojności .”Żądam przywrócenia na miejsce tablicy albo zwrotu ofiarowanych tysięcy dolarów z odsetkami dodanymi od daty usunięcia tablicy” – napisał.           L.W. napisał co napisał, a ja przypominam fragment tego, co kiedyś także o nim napisałem:

          BOLEK I “BOLEK”, CZYLI TAJEMNICA TAJEMNIC

                                              Spójrzcie, jaka wciąż sprawna,

                                              jak dobrze się trzyma

                                              w naszym stuleciu nienawiść.

                                              Jak lekko bierze wysokie przeszkody.

                                              Jakie to łatwe dla niej – skoczyć, dopaść.  

                                                                                                       Wisława Szymborska   

         Gdy byłem młodszy i wrażliwszy, ojciec mój dał mi pewną radę, że…  C’era una volta, tak, był sobie raz kawał drewna. Nie było to drewno najlepszej jakości. Mimo to zapotrzebowanie społeczne sprawiło, że masy – inteligenci i robotnicy, że media i specsłużby wystrugały z niego postać mieniącą się wszystkimi kolorami tęczy. Tak stworzono Wałęsę. No, to tu kolejne wprowadzenie do Wodza (Lecha Wałęsy – HP). Powtarzam – postać to tak barwna, jak kontrowersyjna. Jedni mówią, że słynny „Bolek” to kryptonim konspiracyjny “S” z lat 80. lub służb specjalnych z dwóch ostatnich dekad Peerelu. Inni, że jest tworem mediów. Inni, że jest wynikiem zapotrzebowania społecznego, osób stadnych, zawsze gotowych za kimś iść. Inni, że stworzyli go doradcy, którym był potrzebny ludowy przywódca, aby porwać tłumy. Jeszcze inni dopatrują się wpływów mocy anielskich. Sam Wałęsa mówi, że posądzający go o niecne sprawy, mają takie pojęcie o jego walce i zwycięstwach, jak kaczki o prawie i sprawiedliwości. Jego wrogowie skradają się ku niemu niczym koty, aby go pożreć i za pomocą fałszywek pozbawić solidarnościowej legendy. Ale Wałęsa ma wyrok sądowy poświadczający jego nieagenturalność. W III RP sądy są omnipotentne (vide: Proces. Kłamstwa, mity, dezinformacje i konfabulacje – HP). Mądre, niezależnie i niezawisłe a rebours. Omnipotentne niekiedy także od logiki i rozumu. Dysponują wszechwładzą, mają moc rozstrzygania spraw historycznych. Wydaje się, że po wyborach 7. kadencji Sejmu, kiedy ministrem sprawiedliwości został mianowany Jarosław Gowin, człowiek wściekle inteligentny dr filozofii, także on połamie sobie zęby na Temidzie Kraju Pieroga i Zalewajki. Ale ja mu tego nie życzę.       Wałęsa ma także świadectwa moralności wystawione przez mądrych ludzi. Takich jak Jaruzelski i Kiszczak. Wódz wojował z nimi przez całą dekadę, albo i dłużej. Przekonuje, że pokonał generałów w walce. Wydarł ich reżimowi władzę. Obalił komunę, mimo że generałowie co rusz faulowali brutalnie. I mimo, że Jaruzelski w 1970 r. nakazał strzelać do takich jak on, a w grudniu 1981 r. wydał rozkaz hordom aby ruszyły na naród, to on, Lech Wałęsa, publicznie podał rękę Jaruzelskiemu. I wówczas przypominał bacę, który zatrudnił hordę wilków, aby pilnowały jego owieczek pasących się pod lasem. Bo Wałęsa jest w stanie każdemu wybaczyć jeżeli mu się to opłaca. A durnie, którym nie wybacza, nie bardzo go obchodzą. Jaka jest prawda o micie Wodza? Czyżby wszyscy mieli rację? Albo nikt jej nie miał? Nie można wykluczyć, że każdy z wymienionych czynników miał wpływ na kształtowanie się mitu. Jednak nie można nie widzieć, że przywódca i lider „S” zrodził się samorzutnie, w odpowiedzi na zapotrzebowanie geopolityczne. U nas, w krainie Jana III Sobieskiego, Kopernika i Chopina, na burzyciela jałtańskiego porządku wybraliśmy robotnika-zwyklaka, który okazał się niezwykły. Prawie całkowicie zapomnieliśmy o Ronaldzie Reaganie, Michaile Gorbaczowie i Janie Pawle II, którego Imperium Zła chciało zmieść z tego świata (vide: Strzały do Papieża i narodu). Rola którą ci mężowie odegrali w obaleniu świata dwubiegunowego jest trudna do przecenienia. W sąsiedniej Czechosłowacji, w krainie Szwejka, wybór padł na inteligentnego Vaclava Havla, którego życiowym leitmotivem było: Prawda i miłość musi zwyciężyć nad kłamstwem i nienawiścią.  Co by tu jednak nie napisać, to i tak warto wiedzieć, że gdyby nie było Wałęsy, należałoby go stworzyć. W przedrewoltowym tumulcie specsłużby były w stanie tego dokonać. Być może wada Wodza tkwi w tym, że jako prezydent zajął się konstruowaniem Koloseum, w którym funkcję gladiatorów pełniły elity. Prezydentura potrzebna była Wałęsie jak rybie narty. To przecież on, chyba nie bez podpowiedzi Kaczyńskich, sprawił, że politycy, niczym tytani w starożytnej Grecji, wykorzystują do rozstrzygania sporów mównicę sejmową. Jeden z nich Kaczyński – Kronos obalił swego ojca Wałęsę – Uranosa. Uzbrojeni w demagogię, pomówienia i kłamstwa tytani – politycy polaryzują społeczeństwo. Pytanie brzmi: kiedy się znajdzie jakiś Zeus i skasuje to szemrane towarzystwo? Taką rolę mogłaby odegrać kartka wyborcza. Niestety, jeżeli chodzi o zaangażowanie, społeczeństwo polskie jest zbyt indyferentne. Bez czujności wyborców politycy idą w szkodę. Idą zmiany. Awantury wokół ACTA świadczą, ze coś się rusza. Coś się budzi. Na razie w najmłodszym pokoleniu. ACTA to dzieło szatana i wielkich korporacji. Zaś wolność to niezbywalne prawa człowieka. Po jednej i drugiej stronie jest wiele patologii. Wolność to brak przeszkód, ograniczeń, nacisków, cudzej ingerencji, przymusu itp. Twórcy ACTA nie chcą uznać, że internet to myślenie i wolność. A myśli i wolność okuć się nie dają (acz takie próby bywają częste). Natomiast protestujący muszą brać pod uwagę biblijne: Nie kradnij (Mt 19, 18). Co na ten temat ma do powiedzenia Wałęsa? Jest za, a nawet przeciw. Był przeciw cenzurze. Walczył o wolność. Mówi, że nie może być tak jak jest. Coraz więcej ludzi, rozdrażnionych arogancją władzy podświadomie tęskni za społeczeństwem obywatelskim. Pomaga internet. Wiele wskazuje, że zdanie z Manifestu Komunistycznego znowu wróci do łask: Chcemy was teraz zniszczyć i przywłaszczyć sobie wszystko, co do was należy. Świadczą o tym hasła: Jesteśmy anonimowi! Imię nasze Legion! Nie wybaczamy! Nie zapominamy! Nadchodzimy! Może młode pokolenie, zamiast arogancji władzy zechce zbudować agorę. Można by wówczas demokratycznie rozstrzygać problemy wynikłe w procesie modernizacji państwa. To ostatnia szansa Wodza. Wkręcić się na doradcę walczących.  Dostać rolę współczesnego Sokratesa. Jest w tym dobry. Jako internauta jest rozpoznawalny. W tym tkwi jego największa tajemnica. Z takich ludzi wyrastają albo genialni przywódcy, albo wielcy tyrani. Podążając za takimi osobnikami, ludzie podejmują rewolucyjne działania i budują schody do piekła. Tacy przywódcy powtarzają tłumom: kupą, mości panowie! Kupą! Tylko kupą! Bo kupy nikt nie ruszy. Nikt nie zwycięży. Być może koniec XX wieku był w Polsce ostatnim okresem, w którym istniało zapotrzebowanie na takie postaci. Wałęsa potrafił radykalizować politykę opozycji, ale i absurdalizować politykę władz. Nawet dziś miło na niego patrzeć, jak z Heglowsko – Marksistowsko – Nietzscheańską podejrzliwością przygląda się świętym eremitom z PiS-u, peeselowskim Kaligulom albo platformerskim Neronkom i eseldowskim komsomolcom ostrzegając, aby nie potłuścieli w dymie kadzideł. Chyba bez specjalnego wstrętu przygląda się, jak jego niedawni uczniowie podrzynają gardła rywalom prącym do władzy. Bo – przypomina zapominalskim – istnieje zasadnicza różnica między demokracją i dyktaturą. W demokracji durnie mają prawo głosować. W dyktaturze oni rządzą. I jest ni w pis, ni w peo. Słowa Wałęsy przypominają ryk dzikiego lwa, którego nie sposób opisać. Można jedynie powiedzieć, że się słyszało, jak lew zaryczał. Wałęsa w krzyku był i jest wielki. Wałęsa z książek, mediów i opowieści jest bliżej ludzi. Jest człowiekiem ze skazą, z widocznym rdzawym defektem. Ale w książkach brak rozwinięcia środkowego rozdziału. Opracowania gry “S” z bezpieką. W tych latach Wałęsa był chyba największy. Ten odważniak wszedł do historii na czołowym miejscu. Nikt go nie zdoła z pomnika zrzucić Ale pozłotkę warto z niego ściągnąć tak jak ściągnięto ją z prałata Henryka Jankowskiego. Wówczas znowu zbliży się do ludzi. W czasie prezydentury Wałęsa nie docenił kilku sił, m.in. nacjonalizmu i pieniądza, oraz związków religii z polityką. Jako człowiek wiary nie wziął pod uwagę, że ilekroć polityka miesza się z Bogiem, otwiera to drogę do piekła. Stąd, mimo jego klerykalizmu, który prezentuje publicznie, jego kłopoty z o. dyrektorem Rydzykiem.      Nigdy nie spełniał kryterium rasowego agenta. Wałęsa mówi, że argumenty wymyślone i podsunięte przez esbecję były chętnie podejmowane przez takich ludzi, jak Kaczyński, Macierewicz, Wyszkowski, Gwiazda czy Walentynowicz. Wrony kraczą kolektywnie. Orzeł szybuje sam – przekonuje, a w Mojej III RP snuje przypuszczenia, że tooni bardziej pasowali władzy. Nie jest to zgodne z prawdą. I jest to okazja, aby w skrócie przypomnieć, jak było. Specjaliści resortu od początku “S” analizowali, który z działaczy byłby najlepszy, z punku widzenia MSW, na funkcji szefa związku. Gwiazdę odrzucili. Bo za mądry. Annę Walentynowicz, bo za głupia.  Kaczyńskich nikt nie brał pod uwagę. Wybrano rozwiązanie pośrednie. Wałęsa ze swoim charakterem i minimalistycznym wykształceniem nie uchodził w świetle analiz za szczyt intelektu. Padło na niego. Analitycy nie wzięli pod uwagę cech Wałęsy, które pozwoliły mu osiągnąć to, co osiągnął. Zlekceważyli przyrodzoną niektórym osobom dążności do realizacji marzeń. Masz psa, marzysz o kocie. Masz rower, chcesz mieć samochód. Wałęsa miał stanowisko przy warsztacie. Marzył o zostaniu majstrem, którym go nie mianowano. No to został związkowcem. Potem prezydentem. I w tym miejscu można zacytować M. Saltykowa-Szczedrina: Bez nauki zgłębił wszystkie nauki. Genialna natura, powiadam wam. Nauki mu nie potrzeba, bo do wszystkiego dochodzi własnym rozumem. Takie kariery się zdarzają, gdy czasy są wyjątkowe. Ale nim do tego doszło, na przeciwległym krańcu kraju od Trójmiasta doszło do manipulacji służb specjalnych. Oto garść faktów świadczących o ich inspiratorskiej roli. Zaczęło się we wschodnich regionach kraju. Były tam zakłady zbrojeniowe, podwójnie infiltrowane przez służby MSW i MON, nie mówiąc już o GRU i KGB. W tych zakładach uagenturnienie najważniejszych stanowisk przekraczało 15 procent.     Nagle naród zrozumiał, że pospolitość Peerelu jest nie do wytrzymania, że wszystko się zawęża, robi się ciemne, sformatowane, zjustowane i socraj zdycha. Nie wiadomo, dlaczego w tych ośrodkach zrodził się protest. Jaki był w tych działaniach udział agentury bezpieki? Jaki wojskowych i sowieckich służb specjalnych? Jaki zwykłego przypadku lub kretyńskich działań partyjno-rządowych? Dlaczego fala strajków przeniosła się na Wybrzeże, by następnie rozlać się po kraju?  Przypadek to? A może manipulacja służb? Może zadecydowały oba czynniki? Jedno nie ulega wątpliwości – Trójmiasto było najlepiej przygotowane do rozniecenia nastrojów niezadowolenia i rewoltowania mas. Tu była najsilniejsza, mająca doświadczenie zdobyte w 1970 r., opozycja. W jej skład wchodzili robotnicy i intelektualiści. Tu zalążek buntu tlił się od czasów poprzedniej rewolty. Tu byli ludzie zdolni pokierować buntem mas. W Warszawie też buzowały nastroje niezadowolenia. Ale w garach mieszali intelektualiści. A ci, wiadomo! Zawsze zatrzymywali się na granicy czynu. Na ulice nie wychodzili! Strajków nie organizowali! Za kamienie nie chwytali! Większych burd nie wywoływali! Najwyżej jakiś list wysmażyli. Dlaczego nagle naród zmądrzał i postanowił połączyć siły? Na takie pytanie nie da się odpowiedzieć bez zaglądania do “kwitów” służb lub archiwum Pana Boga. Z pozostałych w Biurze „C” MSW śladowych dokumentów wynika, że już w początkowym etapie sprawa zaczynała się wymykać spod kontroli władz. Agentura nie była w stanie opanować sytuacji. Zniknęli agenci szybkopiórni, a z guzdrałami ciężko było opanować żywiołowy ruch. Funkcjonariusze na etatach niejawnych potracili głowy. Oficerowie obiektowi bezradnie rozkładali ręce. Nawet posłuszni współpracownicy zaczynali mieć w głębokim poważaniu wieszczenia funkcjonariuszy, że jak narażą się specsłużbą, to zostanie z nich gówno i pazury. 14 sierpnia 1980 r. do ataku przystąpił Wałęsa. Objął kierownictwo Komitetu Strajkowego Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Dlaczego on? Przecież od 1970 r. przez 10 lat o Wałęsie było prawie cicho. U progu lat 80. liczył się KOR, nie Wałęsa. Przyznając sobie prawo do zdziwienia, dlaczego tak się stało, zastanawiam się i spekuluję, czy z Wałęsą nie jest tak, jak z Krzysztofem Kolumbem, który nie wiadomo co by jeszcze nie odkrył, gdyby na jego drodze nie stanęła Ameryka. Czy gdyby nie doradcy z Mazowieckim i Geremkiem na czele, były przewodniczący “S”, inspirowany przez służby, nie odkryłby na przykład ludzkiej twarzy socjalizmu. 

         Pewne światło na sprawę rzuca „burza mózgów” w MSW od czasów Szlachcica był to rutynowy element działalności Firmy. Zbierało się szerokie kierownictwo – minister, wiceministrowie, dyrektorzy departamentów, sekretarz KZ PZPR (niekiedy dopraszano dla zreferowania omawianego tematu kogoś mądrzejszego, jakiegoś specjalistę). Po objęciu przez Wałęsę kierownictwa Komitetu Strajkowego oceniano, kto będzie najwygodniejszym dla władz przywódcą strajkowym. Można by przyjąć, że gdyby nie Wałęsa, “burza mózgów” straciłaby w resorcie rację bytu. Analizowano psychologiczne cechy kandydatów. Rozważano co resort może zyskać na ryzykownej grze. Na początku wykluczono sytuację, w której uda się przeforsować na przywódcę jakiegoś zakamuflowanego oficera lub sprawdzonego agenta. Służby specjalne nie miały takiego kandydata!!! I jest to koronny argument, że Wałęsa nie mógł być “Bolkiem”. Kadry były słabością peerelowskich służb. Po doświadczeniach 1970 r. zaplanowano niektóre czynności. Ale nie przygotowano przedsięwzięć operacyjnych, w tym agentury. Przygotowano kadry dla ZOMO. W kilku brygadach WOP utworzono specjalne pododdziały w sile batalionu, szkolące rekrutów dla MO. Nie przewidywano, że protesty społeczne i strajki będą miały aż tak ogromny zasięg. Kilkakrotnie jako dziennikarz obserwowałem akcje pacyfikacyjne ZOMO. Mundurowi ustawiali się naprzeciw manifestantów. Na sygnał dowodzącego zomowcy zaczynali tłuc pałami w plastykowe tarcze, które dzwoniły jak w Wielki Piątek kołatki pokutne. Jednak kołatki nie były groźne. ZOMO było. Szczególnie gdy ruszyło na demonstrantów, tłukąc ogromnymi niczym kłonice pałami już nie w tarcze, ale ludzi.

         Tym razem podczas „burzy mózgów” wiele do powiedzenia miał Pożoga (vide: Pożoga. W. Jaruzelski tego nigdy nie powie). Generał miał doświadczenie. Znał sytuację, ludzi i agenturę. Zwykle pracował od 7.00 do 23.00. Z krótką przerwą na obiad. Pewnie dlatego był tym, kim był. W przedrewolucyjnej sytuacji z jednej strony karierę robili autentyczni robotnicy z Wałęsą, Frasyniukiem, Bujakiem, Walentynowicz, a z drugiej wypływali funkcjonariusze z Kiszczakiem, Pożogą i Dankowskim. A intelektualiści? Oni mieli ustaloną pozycję rewizjonistów. Jednak rewizjonistami nikt się nie przejmował. Wystarczyło bowiem zaoferować im lepsze stanowiska. Dać paszport, aby mogli pobuszować za granicą. Ostatecznie zamknąć do kryminału. Innych opozycjonistów, m.in. Moczulskiego, Najdera, Macierewicza (którego MSW ukierunkowano na Amerykę Łacińską – HP) czy Kaczyńskich także nie brano poważnie pod uwagę. Wśród przeciwników realnego socjalizmu władze najbardziej obawiały się Kościoła i chyba KOR-u. Na KOR skuteczne było zaostrzane prawo i wymiar sprawiedliwości, idący na pasku polityków i specsłużb. Aby uspokoić hierarchów, wystarczył generał Kiszczak. Zaprzyjaźnił się z kim trzeba. Wydał kilka zezwoleń na budowę świątyń. Zwiększył pulę przydziału paszportów. I był spokój. A jak koś z Kościoła próbował wierzgać, to minister miał w odwodzie Departament IV. Ci chłopcy nie byli od dogadywania się. Byli od organizowania prowokacji, bicia i zabijania (vide: Krucjata generałów)

          Intelektualiści zorientowawszy się w szansach, jakie daje rewolta na Wybrzeżu, ściągali do Trójmiasta jak wieloryby do kryla. Brylowali korowcy. Dołączali do robotników. Doradzali, choć nie zawsze zgodnie ze zdrowym rozsądkiem. W MSW wypracowano decyzję taktyczną. Skoro strajkujący chcą Wałęsę to niech zostanie. Nie przeszkadzamy. Wałęsa ma poparcie ludzi. Nie ma doświadczenia. Nie umie manipulować masami. Zobaczymy, co zrobi, jak sobie poradzi. Będziemy obserwować. Będziemy mu dyskretnie pomagać. Dbać, by nie zbaczał z kursu, nie urwał się z haczyka. Będziemy go inspirować. To nie może być trudne. To prostak. Nie połapie się, co jest grane. A jak się połapie? To będzie za późno. Nie będzie się mógł wycofać. Będzie nasz. Wałęsa musi przegrać. Jak się zbiesi można go zamknąć. Postanowiono wzmocnić agenturę w stoczni. Takie zadania stawiano na każdej odprawie. Zielone światło otrzymały działania kapturowe. Pamiętano grudzień 1970 r. Wówczas 50 oficerów bezpieki, w większości podwładnych Pożogi, wiodło kiedy chciało, jak chciało i gdzie chciało, dwutysięczny tłum (widziałem to na własne oczy – HP). Ale rewolty nie można zaplanować, zadekretować. Rewolta rodzi się spontanicznie. Zapomniano o tym. Gdy tłum przekroczył pięć tysięcy, sytuacja wymknęła się spod kontroli. Trzeba było zabijać.

         MSW popełniło błąd. Nie doceniono intelektualistów. KOR już mocno siedział w stoczni. Były także inne struktury. Zignorowano jajogłowych. Zbagatelizowano rolę Kościoła, jednoznacznie opowiadającego się za strajkującymi. Gdy się w tym połapano, nie było szans na przeciwdziałania. Intelektualiści zawarli sztamę z robotnikami. Kościół zapewniał nie tylko opiekę duchową, ale także materialną. Strajkujący zrozumieli, że bez Kościoła i mózgów jajogłowych wszystko skończy się tak jak zawsze. Układ robotników z intelektualistami udało się rozbić dopiero Wałęsie w czasie prezydentury. W drugiej połowie sierpnia 1980 r. sprawy, wedle MSW, zaczęły toczyć się w niebezpiecznym dla władzy kierunku. 16 sierpnia 1980 r., w odpowiedzi na agenturalne doniesienia o przygotowywanych 21 postulatach strajkowych, w MSW kontynuowano rozważania: zostawić Wałęsę czy zastosować zatrzymanie? Mądrym najtrudniej zrozumieć, że ludzie uważani za głupców czasami mają rację.

          Z udziałem agentury kapturowej rozpowszechniano informację o dwuznacznej roli Wałęsy. Podstawę dezinformacji stanowiły dwie wersje o wejściu elektryka na teren stoczni. Prawdziwa, czyli skok przez płot. Oraz fałszywa – przywiezienie motorówką Marynarki Wojennej. Kilka razy “świadkowie” szeptali, że widzieli Wałęsę w takich miejscach, gdzie on nie mógł być. Jakie jest moje zdanie? Sądzę, że Wałęsa dotarł do muru. I mur tam był. Ludzie często widzą to, co chcą zobaczyć. Część świadków opowiada, że w momencie przewożenia Wałęsy do stoczni, obok motorówki pojawił się okręt podwodny. Jest to operacyjna konstrukcja typu “szły dwie osoby, jedna do pracy, a druga w T-shircie”. Rozpatrując agenturalne uwikłania, trzeba uwzględnić psychologiczny mechanizm stosowany przez specsłużby. Wystarczy coś wymyślić i często to powtarzać, aby ludzie uwierzyli. Polega to na wmawianiu ludziom wspomnień dotyczących zdarzeń, w których nie uczestniczyli. Manipulant – oficer lub agent zdobywa zaufanie figuranta. Następnie zarzuca przynętę sugerując, że podobne wydarzenie mogło mieć miejsce. Ofiara zaczyna o tym myśleć. W ten sposób oswaja się z tym, co jeszcze przed chwilą było jej obce. Potem manipulujący dorzuca kilka nieistotnych szczegółów związanych z życiem figuranta. To przyspiesza konfabulację. Można też rzucić na “rynek medialny” jakiś celowo dobrany dokument. Od tego momentu manipulujący nie musi już robić niczego. Figurant sam dokończy dzieła. Coraz silniej będzie obstawał przy prawdziwości “przeżycia”. Gdy do tego dodamy “wsparcie” fałszywkami lub alokucją jakiegoś medioty – sukces murowany. Tę metodę stosują Kaczyński i Macierewicz przy próbie wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej a niegdyś, z pomocą tej metody złapano w sieć Walentynowicz. Ona by nie poszła na żadne układy z bezpieką. Postanowiono wykorzystać jej uczciwość w inny sposób. Jest to możliwe w wypadku osób prawych, którym w głowie się nie mieści, że mogłyby być manipulowane. Nawet nieświadomie. Myślę, że w tym wypadku decydującą rolę odegrały spreparowane na Wałęsę materiały oraz “kwity”, że ona sama ma być otruta. Strategia z pozorowanym truciem lub z innymi rzekomymi sposobami pozbywania się niewygodnych figurantów ma długą tradycję. Jest ulubioną metodą działania służb. W Peerelu można wymienić z pięćdziesiąt “lipnych” zamachów. W tym, co najmniej pięć na Jaruzelskiego. W wypadku Walentynowicz były to dobrze wykonane dokumenty. Widziałem niektóre z nich. Rozmawiałem z oficerami, którzy je wykonywali. Powiedziałem o tym zainteresowanej. Nie uwierzyła mi. Walentynowicz wierzyła w fałszywki bezpieki tak jak ludzie wierzą w czarownice. Co napisane, podpisane i opieczętowane – to święte. Ciągle do tego wracała. Ja tylko mówiłem, a pani Ania przedstawiała kserokopie. Mógłbym to skomentować twierdzeniem łacińskim Verba volant, seripta mament, słowa ulatują, pismo zostaje. I nie było ważne, czy kserokopie były fałszywkami czy nie. Być może również Wałęsa uległ takiemu otumanieniu. Przestraszył się. Duża część zabobonów dotyczących upaprania w agenturalne zaszłości Wałęsy, jak również rzekomych zamachów nie tylko na byłego prezydenta, ale i. na Walentynowicz, Michnika, Kuklińskiego zasadzała się na tym mechanizmie psychologicznym. Wystarczy przygotować grunt, a ludzie “przypominają” sobie niemal wszystko. Jest na ten temat naukowa literatura, chociażby książka Elizabeth Lofths. Uważam, że w latach osiemdziesiątych ciekawsza od tego typu gier była rola konsulatów ZSRR w Gdańsku i Szczecinie oraz kontrrazwiedki jednostek Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej, współpracującej m.in. ze zwiadowcami z Pomorskiej i Kaszubskiej Brygad WOP, ale nie tylko, bo również z WSW Marynarki Wojennej i WSW WOPK.  WSW poprzez rozpracowywanie kadry zawodowej i jej rodzin oraz pracowników cywilnych stanowiły ważny element uprawiania kreciej roboty w strukturach opozycyjnych. Figuranci nie mieli doświadczenia w walce z tajnymi służbami i ich agenturą. Wyjeżdżając do Trójmiasta, Szczecina i innych nadgranicznych miast, mówiłem przyjaciołom kręcącym się wokół opozycji, aby nie bali się ujawnionych złych ludzi. Rozpoznany agent nie jest niebezpieczny. Nie trzeba go demaskować, palić. Wystarczy uważać, co się przy podejrzanym mówi i czyni. Bać się trzeba ludzi obojętnych. Dzięki nim popełniane są największe zbrodnie. Na takich ludziach żerują oficerowie służb. A na ripostę, że już to przerabiali w 1970 r. i są odporni na prowokacje, podpowiadałem, że wprawdzie doświadczenie powiększa naszą mądrość, nie zmniejsza jednak naszej głupoty.

********************

Był to fragment książki Tajna historia mojego życia. Wałęsa i… Kryptonim <Bolek>. Operacja tajnych służb MON i MSW wydanej przez wydawnictwo CB w 2012 r. Więcej na ten temat także w książkach tego wydawnictwa: Krucjata generałów; Pożoga. W. Jaruzelski tego nigdy nie powie oraz Strzały do Papieża i Narodu 13 V 1981 – 13 XIII 1981.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.