Wszystkie wpisy, których autorem jest henryk_piecuch

TAK BYŁO

Jestem tak znudzony ludzkością i światem, że nic nie jest w stanie mnie zainteresować, chyba że znajdę co najmniej dwa morderstwa na stronie lub przeczytam o jakich potwornościach rodem z nieznanych przestrzeni.

                                                                                                                         Howard Phillips Lovecraft

   Robert Skidelsky twierdzi, że wszechświat jest jak zegar dążący do równowagi. A ludzie są jak atomy, które krążą tak długo, aż znajdą własne miejsce w strukturze świata.

   Jako indywidualny atom krążę już 87 lat wokół Słońca, tego najważniejszego zegara – klepsydry, wypełnionego wodorem zamienianym w hel, a swojego miejsca jeszcze nie znalazłem. Czy słyszeliście kiedyś o schizofrenii półkarskomaszynopisowej? Nie? No to posłyszycie.

   Poczuwam się do obowiązku zasygnalizować P.T. Czytelnikom kilku wyjaśnień odnośnie książki pt. Kto zabił? Desperat 2, w którym opisałem jak było. Jak będzie opowiadam w następnej książce pt. Miałem kiedyś przyjaciół, która ukaże się, albo i nie, nakładem Oficyny Wydawniczej CB.

   ***

   Biskup Ignacy Krasicki pisał:

Stara czapla, jak to bywa,

Trochę ślepa, trochę krzywa,

Gdy już ryb łowić nie mogła,

Na taki się koncept wzmogła.

    Chcąc znaleźć indywidualne equilibrium, wzmóc się na koncept czapli czytałem książki i dokumenty tak tajne, że przed czytaniem należało je spalić. Ale nie paliłem. Słuchałem i podsłuchiwałem działaczy różnej proweniencji – persony, których w żadnym wypadku podsłuchiwać nie należało. Wiem, ze to nieetyczne, niemoralne i nieładne, ale jakże przyjemne.

   Poznawałem polityków i oficerów wspaniałych, dobrych i tak delikatnych jak puch aniołów, ale także ewidentnych skurwysynów, bezgranicznie, bez względu na fakty historyczne zakochanych w Wielkim Sowieckim Bracie, a teraz w Rosji. Zauroczenie nie przeszło im do dziś.

   ***

   Jest to o tyle ważne, że światem w trzeciej dziesiątce XXI wieku rządzi prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump. Ten polityk rozpoczyna światowe awantury raz za razem. Władca USA, teraz udający Boga, moim zdaniem jest bardziej podobny do cesarza Kaliguli niż do Stwórcy.

   To przecież rzymski cesarz, pogniewawszy się na Posejdona, wedle mitologii greckiej – władcy mórz, oceanów, trzęsień ziemi i koni wypowiedział greckiemu bogowi wojnę i rozkazał swojej armii nacierać z mieczami na Morze Śródziemne.

   W 2026 r., D. Trump, którego armia ma nie tylko miecze, ale i rakiety, nakazał zaatakować tylko Iran, a przy okazji rozpętał w Kotle Bliskowschodnim awanturę na niespotykaną skalę. O wiele większą niż wojna Kaliguli z Morzem Śródziemnym.

   Wódz Stanów Zjednoczonych zapomniał jak widać, że Kaliguli już od 24 stycznia 41 r. nie ma, a Morze Śródziemne ma się dobrze.       Myślę, że podobnie będzie z wojną na Bliskim Wschodzie. O D. Trumpie świat rychło zapomni, zaś Iran nadal będzie nadal lokalnym mocarstwem.

   ***

   Ale, ale jakiż jest sens z opisywania aniołów?

   Fascynowali minie skurwysyńscy działacze polityczni i oficerowie tajnych służb. Dzieliłem ich na stalinowców i antystalinowców.          Prymitywni stalinowcy byli pożytecznymi idiotami. Prawie takimi samymi, jak antystalinowscy, którzy nie chcieli uznać faktu, że wojna skończyła się w maju 1945 r. Wówczas to Zachód, a w szczególności USA miał w głębokim poważaniu takiego alianta jak Polska i nie ujmie się za nami także w XXI wieku, bo tak jak w 1939 r. ludzie zachodu nigdy nie będą „chcieli umierać za Gdańsk”. Ostatnio cichutko, aby nie urazić D. Trumpa przebąkuje o tym, też Donald, premier Tusk.

   ***

   Bralem więc na spytki optymistów i pesymistów, osobników pasywnych i ekspansywnych, zachowawczych i progresywnych, odważnych i tchórzliwych. Wśród nich najważniejsi byli generałowie: W. Jaruzelski, F. Siwicki, Cz. Kiszczak, M. Janiszewski, W. Pożoga, E. Buła i E. Poradko oraz kilka setek oficerów resortów siłowych oraz innych polityków, intelektualistów i patointelektualistów.

   O nich chcę wspomnieć. Ci ostatni rajcowali mnie najbardziej, gdyż wedle Aldousa Huxleya intelektualista to osoba, która odkryła coś bardziej interesującego niż seks.

   ***

   Wierny słowom noblisty, że „spisane będą czyny i rozmowy” kronikowałem i mógłbym powtórzyć za Izaakiem Bablem: „Kronika tych codziennych zbrodni dławi mnie bez wytchnienia na podobieństwo wady serca”.

   W okresie Peerelu rozlazła nam się Polska i oklapła w głuchym aplauzie pospolitości. Ale po wyborze kardynała Karola Wojtyły na stolicę Piotrową opozycja demokratyczna i papież usiłowali wlać w społeczeństwo trochę optymizmu.

   Aby opisać maleńki epizod wojenno-powojenny odwołuję się do zmurszałej pamięci. W 75 rocznicę zakończenia drugiej „światówki” nie od rzeczy będzie przypomnieć również kilka faktów, co nie nowe, ale, wobec propagandy, działającej na zasadzie wahadła, od skrajności do skrajności, nie zawsze i i nie wszędzie funkcjonujące w powszechnym obiegu. Bo, jak twierdzi  Emmanuel Levinas: Prawdziwe życia jest gdzie indziej, ale my jesteśmy tutaj. Dlatego uważam, że historię co jakiś czas warto weryfikować rozumem.

   ***

   Od Arystotelesa wiem, że świat składa się z liczb zaś fikcja jest jakimś rodzajem prawdy. A że świat jest inkluzywny wybaczcie tedy, że i tu też będzie trochę cyfr. Przypomnę prawdy kiedyś powszechnie znane, ale niekiedy zapoznane, często niekochane i przeważnie zmanipulowane.

   Tu uwaga: czy opowiadacz tej historii – por. Góral mógł znać prawdę o peerelowskiej pospolitości? Nie mógł. Tak samo jak nie znał jej i nie zna autor książki pt. Kto Zabił? Desperat 2.

   Po 1990 r. wahadło propagandowe przychyliło się w drugą stronę. To co było dobre w Peerelu jest złe w III RP i odwrotnie.

   Wobec tego gdzie leży prawda? Czy pośrodku?

Nie! Prawda leży tam, gdzie leżała i leży. Jednak pytania o prawdę stawiać można, i trzeba. Takie pytanie należy stawiać szczególnie przy grach wywiadów.

***

W Peerelu były to gry służb wschodnich kontra zachodnich. W tych grach jest coś na rzeczy. Oto jak donosi „Gazeta Wyborcza” z 14.02.2020: W latach 50. XX w. siły amerykańskie planowały zrzucenie bomb atomowych na Polskę. (Z załączonej mapki wynika, że chodzi o Elbląg, Katowice, Nową Hutę i Krosno. Wiem coś o tym, gdyż przebąkiwano o tym w podchorążówce i w Wojskowej Akademii Politycznej w której pobierałem nauk nie tylko o tym „jak kochać Związek Sowiecki). 

   Z tego wniosek: całej prawdy o opisywanych w Desperacie 2 wydarzeniach do dziś nie zna nikt. Bez dostępu do archiwaliów zachodnich (głównie francuskich, brytyjskich i amerykańskich) i sowieckich można napisać jedynie prace przyczynkarskie.         

   Czy więc dzieje Zenona Górala to jedna wielka ściema?  Nie. Przygody porucznika oddają jedynie klimat, w jakich przyszło żyć i funkcjonować ludziom zagubionym i bezwiednie wplątanym w przerażające zbrodnie, ale chcących zachować minimum uczciwości.

   ***

   Po „światowce” Polska, na mocy porozumień aliantów, zdradzona przez Zachód  weszła w apogeum systemu stalinowskiego. W Kraju Pieroga i Zalewajki rozpanoszył się monumentalny, ponury, niezmierzony i absurdalny komunizm.         Prowokacja goniła prowokacje. Nikt nie dbał o przedstawianie dowodów. Wytyczne rządzących przyjmowano jak dogmat. Ludzie mieli tylko jeden obowiązek – wierzyć w to, co stwierdziła partia i w to, co ustalił Urząd Bezpieczeństwa.

   Wyobraźcie sobie, że skołowana łepetyna porucznika Górala puchła od tych informacji, na siłę tłoczonych mu do mózgu.

   ***

   Na zakończenie tego fragmentu informuję, że poglądy porucznika Zenona Górala są o lata świetlne odległe od poglądów autora.   

   Tako rzecze Arystoteles: Pewne rozważania nasuwają podejrzenie, iż czas albo w ogóle nie istnieje, albo jest pojęciem bardzo mglistym i niewyraźnym. Bo oto jedna jego część przeminęła i już jej nie ma, podczas gdy inna dopiero będzie i jeszcze jej nie ma.                                                                   

   ***

   To była „Pierwsza Solidarność”. Liczyła 10 milionów członków. Mitem założycielskim związku były słowa papieża Jana Pawła II: Niech zstąpi Duch Twój! I odnowi oblicze ziemi… tej ziemi.

   To był mit kompensacyjny, za którym czaiła się myśl:  jeżeli społeczeństwo pozostawi polskie sprawy w rękach władz komunistycznych, będzie to największa w dziejach świata abdykacja od dążeń wolnościowych.

   Papież JP II wykrzyczał to głośno.

   Bo odnowić ziemię nie można było mówić szeptem.

   Ancien regime był w odwrocie.

   ***

   Tłum coraz bezczelniej pyskował, wspominając mroczne sprawy minione. Pyskowanie podsycał Kościół. Głównie proboszczowski. Mimo że hierarchia rzymsko-katolicka miała coraz lepsze stosunki z reżimem gen. Wojciecha Jaruzelskiego, zaś generał Czesław Kiszczak był zakolegowany z sekretarzem episkopatu Polski biskupem Bronisławem Dąbrowskim. Cz. Kiszczak coś dla B. Dąbrowskiego, biskup coś dla Ancien regime. Było to nałożnictwo do kwadratu.

   Sterujący polskim Kościołem kardynał Stefan Wyszyński uważał tych generałów za postaci ambiwalentne: bezwzględne, ale też wrażliwe, po trosze za charyzmatyczne, a po trosze za psychopatyczne.

   Wydaje się, że o ile przy W. Jaruzelskim S. Wyszyński miał rację stuprocentową, to w wypadku ministra MSW adekwatną była jedynie pierwsza i ostatnia cecha. Cz. Kiszczak, specjalista frymarczenia, przybierając minę Chrystusa frasobliwego pełnił przy W. Jaruzelskim rolę anioła stróża, odpędzał od generała złe, antysocjalistyczne duchy.

   ***

  1. Jaruzelski postępował zgodnie z prawem. Jeżeli nie było potrzebnego prawa, nakazywał je stworzyć. I stwarzano. Czasami je nawet antydatowano. Tak było w wypadku stanu wojennego.

    Generał wydał rozkaz o jego wprowadzeniu „wojny z narodem” w południe 12 grudnia 1981 r., a Rada Państwa „zaklepała” to dopiero 13 grudnia w nocy.

    Ale być może generał traktował przykazy Kremla jak dogmaty tak, jak fundamentaliści chrześcijańscy traktują Dziesięć Przykazań – jako nieomylne prawa wykute w kamieniu.  

    Jeżeli o mnie chodzi, to bardziej niż sowieckie dogmaty przemawiały słowa poety, że czucie i wiara silniej mówi do mnie niż mędrca szkiełko i oko. Dlatego za lejtmotyw postępowania przekładałem Bal w operze J. Tuwima, a nie Historię WKP (b)

    Nie można też wykluczyć, że W. Jaruzelski miał w tyle głowy chęć dogadania się ze społeczeństwem. Ale bał się Moskwy. Być może. Mimo wielogodzinnych rozmów z I prezydentem Wolnej Polski nie udało mi się tego ustalić.

    Natomiast jego minister spaw wewnętrznych polegał tylko na sile. Liczące pół miliona członków ZOMO miało pałki jak dyszle Wielkiego Wozu. Tymi pałami okładano głowy i ramiona tępaków niekochających socjalizmu. Tak, to byli członkowie prima sort (zob.: fallus).

   ***

   Ancien regime starał się postępować z Kościołem jak z jajkiem, co hierarchia skwapliwie wykorzystywała. Mimo to kapłani nadal ginęli. Ks. Jerzego Popiełuszkę utopiono w zalewie na Wiśle koło Włocławka, ks. Stanisław Suchowolec zginął w pożarze we własnym pokoju. Śmierć ks. Sylwestra Zycha upozorowano upojeniem alkoholowym, a ks. Stefanowi Niedzielakowi po prostu skręcono kark.

   Skazano wprawdzie 4 zabójców Popiełuszki, ale żadnego z tych ewidentnych morderstw nie wyjaśniono dogłębnie. Ile w tych zgonach było udziału tzw. nieznanych sprawców, a ile przypadku? Ciężko ustalić.

   Dość powiedzieć, że „nieznanych sprawców” często można powiązać ze służbami specjalnymi. Tak było. Tak jest. I tak będzie.

   ***     

   W okresie Pierwszej Solidarności coraz śmielej przypominano pakt Ribbentrop – Mołotow (oraz tajne protokoły do paktu), wojnę z Niemcami i uderzenie Sowietów z 17 września 1939 r., które doszlachtowało Polskę.

   Obaj ludojady szczerząc kanibalskie kły emanowali jakąś telluryczną siłą prowadząc ludzi ścieżką zbrodni. Na pakcie Hitler – Stalin oba państwa zyskiwały militarnie i gospodarczo.

   Pierwszym „łupem” paktu stała się Polska. Co bardziej krewcy solidarnościowcy zapominając o zdradzie Francji i Anglii oraz o konferencji jałtańskiej z udziałem Roosevelta, Churchilla i Stalina, w czasie której zapadła decyzja oddania Polski w pacht Sowietom, licząc na militarną pomoc Zachodu, chcieli się natychmiast bić z Sowietami.

   Słynna była fraza zgłoszona na oficjalnym forum związku przez jakiegoś bubka: „Jak >Solidarność< uderzy pięścią w stół, to kremlowskie kuranty zagrają Mazurka Dąbrowskiego”.

   To dudkowate, ale i tromtadrackie jęczenie wyglądało jak teatr kukiełkowy, w którym jakiś gwałtownik wystawił fircykowatą sztukę „Zamach na komunizm”.

   ***

   Niektóre oszołomy, drwiąc z rozsądku chciały doprowadzić do „upustu polskiej krwi”, która oczyści naród z komunistycznych złogów. Mówiono: „Przypomnijmy sobie, żeśmy z harnasiów”. Inni tęsknili za budową szubienic.

Ślady takich poglądów można do dziś spotkać w naprawdę dobrych dziełach literackich i w wypowiedziach zdegenerowanych polityków.

   Nie można też wykluczyć inspiracji służb. Takie fortele cechowały głównie Departamenty III i IV MSW, Służbę Wywiadu i Kontrwywiadu, Biuro Studiów oraz zwiadu WOP. Nie od rzeczy będzie wspomnieć w tym miejscu o służbach Sowieckich, których sukcesorem są teraz służby rosyjskie, co widać do dziś w Kraju Pieroga i Zalewajki na każdym kroku.

   Specjaliści z tych komórek podrzucali oszołomom z „Solidarność” różne frykasy, pozwalające zaistnieć gwałtownikom i postponować umiarkowane skrzydło związku, któremu przewodził Lech Wałęsa.

   ***

   Gwałtownikom z przekąsem wtórują przeciwnicy takich rozwiązań. Przypominając okres stalinowski, sugerują, że zwolennicy rozwiązań siłowych nie spoczną, aż doprowadzą do sytuacji, w której polskie miasta będą wyglądały tak jak Warszawa po powstaniu warszawskim.

   Kościół w erze gen. Wojciecha Jaruzelskiego tonował te buńczuczne nastroje. A dziś? Koń, jaki jest każdy widzi. A jak nie widzi, to wystarczy popatrzeć na abp Sławoja Leszka Głódzia i innych hierarchów.  

   ***

   Osoby wykształcone i „gramotne” w historii wskazywały też na różne cezury rozpoczęcia i zakończenia II wojny światowej. Dla Polski datą rozpoczęcia wojny był 1 wrześnie 1939 r., dla Stanów Zjednoczonych 7 grudnia 1941 r. (napaść Japonii na Pearl Harbor), a dla Sowietów 22 czerwca 1941 r. (agresja Niemiec na ZSRR) jako początek tzw. Wielkiej Wojny Ojczyźnianej.

   Tylko, że nie była to Wielka Wojna Ojczyźniana! Była to wojna między dwoma faszystowskimi reżimami, hitlerowskim i stalinowskim.  

   Zaś zakończenie działań? Dla nas i dla Europy dniem zakończenie wojny był 8 maja 1945 r., dla Sowietów 9 maja, a dla świata 2 września 1945 r. (kapitulacja Japonii).

   *** 

   Siły polskie w przededniu wojny liczyły 950 tys. żołnierzy, Niemiec – 1 mln 850 tys., Sowietów 1mln 500 tys. Dzięki niezdecydowaniu i niemrawości zachodnich aliantów (liczących 6 mln 840 tys. żołnierzy wobec 3 mln 350 tysięcy żołnierzy Niemieć i Sowietów) Hitler, oprócz Polski mógł spokojnie zająć Danię, Norwegię, Francję, Belgię i Holandię i kosztem 50 tys. zabitych żołnierzy zająć większą część Europy.

   Fuhrer powiększył też terytorium III Rzeszy niemal o 2 mln kilometrów kwadratowych i zdublował potencjał gospodarczy państwa. Zrabował przy tym ok. 400 ton złota, które wymienił następnie w bankach szwajcarskich. Ta banki dla Fuhrera były gigantyczną pralnią pieniędzy.

   Trwająca 35 dni wojna z Polską kosztowała III Rzeszę 17 tys. zabitych żołnierzy.

   Straty Polskie wynosiły odpowiednio: 70 tys. zabitych, 138 tys. rannych i 420 tys. wziętych do niewoli. Było to odwrócenie zasad taktycznych mówiących, że atakujący ponoszą trzykrotnie większe straty niż obrońcy.

   Dla porównania: Stalin w rozpoczętej 30 listopada 1939 roku wojnie z Finlandią (której armia liczyła 35 tys. żołnierzy wspartych 110 tys. Gwardią Obywatelską) rzucił w pierwszym rzucie 450 tys. żołnierzy tracąc 127 tys. zabitych i 265 tys. rannych. Straty Finów były odpowiednio – 26 tys. osób zabitych i 40 tys. rannych.

   To dzięki Paktowi Stalin mógł zaatakować i okupować część Polski i Finlandii, zająć państwa bałtyckie oraz Bezarabię, stanowiącą wtedy część Rumunii.

   A my? A my walczyliśmy dzielnie i patriotycznie z hasłem na ustach: Bóg, Honor i Ojczyzna. Wystawieni do wiatru przez sojuszników zachodnich, wzięci w kleszcze dwóch ludojadów, ciała daliśmy jak zawsze.

   ***

   Skoro w modzie jest historia alternatywna, pogdybajmy nieco. Gdybyśmy przewidzieli, że Zachód zachowa się tak, jak się zachował, moglibyśmy w 1939 r. dogadać się z Hitlerem. Zwolennikiem takiej kontrowersyjnej hipotezy był m.in. mój przyjaciel profesor Paweł Wieczorkiewicz.

   Zgoda, Rzeczpospolita byłaby wówczas tak skurwiona jak Francja Vichy marszałka Petaina, Węgry Miklosa Horthy’ego, Rumunia króla Michała, Słowacja księdza Józefa Tiso czy Bułgaria cara Borysa III.

   Tak, zgoda, moglibyśmy się sprostytuować tak jak inni. Ale się nie skurwiliśmy. Tylko co z tego? Tylko… Może jedynie dzisiejsze oszołomy i „zatwardziali patrioci” nie mogłyby drzeć pysków o niezłomności Polski i pouczać Polaków jak pojmować miłość ojczyzny.

   ***

   W drugiej wojnie światowej straty wymienionych państw razem wzięte były bez porównania mniejsze niż straty polskie. A my, na domiar złego, zafundowaliśmy sobie jeszcze kosztem 250 tys, zabitych i prawie doszczętnym zniszczeniem miasta powstanie warszawskie.

   Więc gdyby polityka rządu II Rzeczypospolitej była inna, może i nasze straty byłyby mniejsze?

   ***

   Inwazję Hitlera na Europę poprzedził anszlus Austrii w marcu 1938 r. i układ Monachijski (Francja, Wielka Brytania, Niemcy i Włochy) z września tegoż roku dający prawo do zajęcie 1/5 Czechosłowacji przez Trzecią Rzeszę. E. Daladier (premier Francji) na widok tłumów witających go w Paryżu: Przyszli skuć mi mordę?. Mylił się. Tłum wrzeszczał: „Niech żyje Francja! Niech żyje Anglia”.

   Kultura Francuska jest wielka. Kto wie, czy nie największa w Europie. Ale tłuszcza nadsekwańska jest prymitywna. Kto wie, czy nie najprymitywniejsza na naszym kontynencie? Churchill: Mieli do wyboru wojnę lub hańbę, wybrali hańbę, a wojnę będą mieli i tak.         

   ***

   Maria Dąbrowska skarży się w Dziennikach: Paradoks naszych czasów: osłanianie tajemnicą tego, co powinno być ludziom wiadome, i bezwstydne odsłanianie tego, co powinno być osłaniane pewną dyskrecją. Sowa pisarki są aktualne do dziś.

   Wyprawę Hitlera na naszych południowych sąsiadów wykorzystała Polska wkraczając 2 października 1938 r. na Zaolzie. I to jest Polski grzech główny, taki, który wystarcza za wszystkie siedem.

   Tylko przez moment staliśmy się hieną ekspansji Trzeciej Rzeszy. 

  1. Churchill, komentując udział Polski w zagarnięciu Czechosłowacji, powiedział, że Niemcy nie byli jednymi szakalami. Słowa premiera Wielkiej Brytanii jakby czekały aż Polacy je zrozumieją.

   Wobec agresji Trzeciej Rzeszy Zachód milczał. Goebbels w dzienniku pod datą 22 września 1938 r. zanotował: Presja Londynu i Paryża jest coraz silniejsza. Tamtejsza prasa traktuje już Pragę jak gówno. To jest ta wielokrotnie wysławiana solidarność demokracji!. Warto te słowa potraktować poważnie.

   ***

   Ale historia była, jaka była. Historia jest niczym innym jak tylko niekończącą się interpretacją rzeczywistych i wyobrażonych wydarzeń z przeszłości, która – jak pisze Olga Tokarczuk – pozwala nam dostrzec w niej sensy niegdyś niewidoczne. Przeto pozwólcie na jeszcze jedno gdybnięcie.

   Gdyby nie agresja ze Wschodu, moglibyśmy bić się do końca świata, a nawet dłużej. A wówczas te patafiany z Zachodu być może przypomniałyby sobie, że są spadkobiercami D’Artagana, marszałka Napoleona czy admirała Nelsona i wykorzystując przewagę liczebną, skopaliby tyłki armii Hitlera, która na froncie zachodnim była słaba jak mały piwo.

   Mogłoby tak być.

   Może błędem było nie uznanie przez rząd RP, że agresja sowiecka była wypowiedzeniem Polsce wojny? 

   ***

   W Polsce Stalin, dobijając nas, zyskał blisko dwa lata na przygotowanie się do wojny na Europejskim Teatrze Działań (które w większości zmarnował). Zadowolił się też w porównaniu z Hitlerem skromniejszymi łupami, zyskując 460 tys. km kw. i 23 mln nowych poddanych, których część wyekspediował na Syberię, a część po prostu kazał zabić (wiosną 1940 r. w Katyniu, Kalininie, Charkowie, Kijowie i Miński zamordowano 21 768 jeńców wojennych, obywateli Polski).

   Była to zbrodnia, nawet jak na skalę wojny, gigantyczna. A Świat? Świat, mimo, że sprawa była od początku wiadoma, milczał przez bez mała pół wieku.  

   ***

   Po 8 maja 1945 r. przez dwie pierwsze dekady na Zachodzie i Wschodzie działalność służb opierano na siatkach wywiadowczych. Niektóre siatki były bardzo liczne. Prym w nich wiedli oficerowie służb specjalnych.

   Sporo do powiedzenia mieli agenci, także kapturowi (nieświadomi), np. w trwającej 5 lat grze, w historiografii widniejącej jako gra w V Główny Zarząd WiN, brało udział ponad 200 funkcjonariuszy bezpieki i około 3 tys. osób, niekiedy zupełnie nieświadomych w co się bawią.

   W latach 70. stopniowo przechodzono na indywidualnych agentów.

Wrogie siatki szpiegowskie, ale i pojedynczy szpiedzy bardzo chętnie biorą się za łby. Mają to po prostu, od czasów Sun Zi, we krwi. Metody służb są stare jak świat. Zmieniają się tylko środki techniczne i obiekty zainteresowań.

   ***

   Panta rei. Życie też. Ludzie, tak chętnie zwani nieśmiertelnymi, czasami także umierają. W 1953 r. odszedł Stalin. Odszedł naturalnie albo utrupiony przez Berię.

   W 3 lata później w Moskwie opuścił ten padół Bierut, który do tej cezury budził strach, „jednym gestem wywyższał lub skazywał na nieistnienie”. Podobno zaraził się panującą na Kremlu epidemią zapalenia płuc. Od tej pory jego wielkość była równa zeru. Wielkie nic. Skomentowałem to w książce pt. Urok <dobrej zmiany>. Czar polskiego ładu. Tajne sejfy B. Bieruta i J. Bermana.

   ***

    W Polsce upadł stalinizm i rozpoczęła się pierwsza „odnowa”. W 1956 r. ponowne do władzy, niczym deus ex machina doszedł Władysław Gomułka ps. „Wiesław”. Tak to pamiętam: partia z okazji intronizacji Gomułki zwołała wiec na Placu Defilad w Warszawie. Przyszło 400 000 tysięcy upodlonych przez stalinizm ludzi. Przyszli głupcy i mądrzy, biedni i bogaci, pijani od piwa i wina patykiem pisanego, pijani od propagandy. “Wiesław” sypał frazesami przeplatanych zeschniętymi epigramami, tymi podstawowymi składnikami każdego przemówienia polityków, generałów i propagandystów.

    W wystąpieniu Gomułki słychać było zaśpiew ortodoksyjnego komunizmu, a od mowcy bił taki żar, że towarzysze na trybunie i pierwsze rzędy ciżby klęczącej u jego stóp odsuwały się od niego aby nie ulec poparzeniom.

   W Kraju Pieroga i Zalewajki promieniował aplauz jako echo tego pustosłowia. Tak rodził się zbiorowy amok, drugiego po Bierucie wodza. I zakończenie „Wiesława”: Dość wiecowania i manifestacji, czas przejść do codziennej pracy.

   ***

   Dawne MBP, teraz przemianowane na MSW i KdsBP, natychmiast przystąpiły do codziennej pracy. Tak samo postąpiono z Informacją WP, teraz przemianowaną na WSW. Ta praca była nie tak agresywna jak w stalinizmie, ale i tak przerażała, porażała i zarażała tłuszcze do obrony socjalizmu.

   Czasy ery „Wiesława” różniły się od stalinizmu tym, że osłabły związki z Sowietami i teraz już nie rozstrzeliwano ludzi bez sądu, a aresztowanych nie przykuwano już kajdankami do taboretów przyśrubowanych do podłogi. Teraz przykuwano ich do kaloryferów.

   Sądy w Kraju Pieroga i Zalewajki niewątpliwie znały już łacinką zasadę audiatur et altera pars (należy wysłuchać drugiej strony) ale jej nie przestrzegały i nadal nie przestrzegają. Przekonałem się o tym na własnej skórze dostawszy się w macki sędziny Anny Wujec oraz łapska prokuratora Regulskiego, o którym powiedzieć, że to kanalia, to nic nie powiedzieć .

   ***

   Wywiady przeszły do głębszej konspiracji. Jednak po mianowaniu gen. Czesława Kiszczaka (ksywa CzeKiszczak) szefem resortu spraw wewnętrznych służby specjalne na powrót zacieśniły stosunki z KGB i GRU, zabierając się do masowych kombinacji operacyjnych przeciwko opozycji demokratycznej. Szło na to ok. 80 procent funduszy MSW.

   O ile wywiad nadal opierał się na jednostkach, to w kontrwywiadzie punkt ciężkości przeniósł się na pracę zespołową.

   ***

   Niezrażona tym „Solidarność”, od początku solidnie uagenturniona (w czym duża zasługa szefa Służby Bezpieczeństwa gen. Władysława Ciastonia i szefa Służby Wywiadu i Kontrwywiadu gen. Władysława Pożogi) antycypowała nadejście Eldorada, gdy tylko związek zdoła dorobić socjalistycznej mordzie ludzką twarz. Podobało mi się to. Usiłowałem zwrócić uwagę, na niebezpieczeństwa takiej zabawy. 

   ***

   W połowie 1981 roku zebrałem zapiski w książkę. Liczyła 800 stron. Nadałem jej tytuł Desperat. Ośmielony sytuacją, ale nie na tyle, aby samemu ryzykować ujawnianie prawdy, zaniosłem manuskrypt zaprzyjaźnionemu cenzorowi i przyjacielowi w dowództwie Wojsk Ochrony Pogranicza pułkownikowi Alfonsowi Nowakowi, który był równocześnie jednym z cenzorów Sztabu Generalnego WP.

   Znający mnie co nieco płk A. Nowak tekst przyjął z obrzydzeniem. Już po pierwszych stronach zaczął rwać włosy z głowy i wykrzykiwać: Czyś ty, chłopie, zwariował! Napisałeś to tak, jakby cię granatem od pługa oderwało.

Potem wziął czerwony długopis i skreślił ¾ maszynopisu i dał tekst do cenzury komilitonom z MSW i GUKPPiW z Mysiej (Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk mieszczący się w budynku prze ulicy Mysiej w Warszawie). Ci cenzorzy mieli jeszcze ostrzejsze długopisy.

   – Bój się Boga! Alku, scienkowałeś manuskrypt o 600 stron, to chociaż powiedz cenzorom – prosiłem pułkownika – aby byli dla książki łaskawi.

   Nie byli.

   ***

   Zebrałem resztówkę. Usłuszniłem tekst zgodnie z życzeniem cenzorów i zaniosłem do następnego przyjaciela Krzysztofa Bęgowskiego (dziś Anna Grodzka, z którą przyjaźnię się do dziś) kierującego Studencką Oficyną Wydawniczą „Alma-Press”.

   – Coś mi tu przyniósł? – zapytał Bęgowski.

   Odpowiedziałem, że komunistyczną w formie i socjalistyczną w treści książkę szpiegowską, która udaje powieść, ale powieścią nie jest. Jest zapisem tego, co zdołałem ustalić śledząc czyny i rozmowy.

   Uprzedziłem także Krzysztofa, że lekce sobie ważę upływ czasu między poszczególnymi akcjami, bo uważam, iż czas płynie nielinearnie, nie ma ciągłości ani kierunku. To raczej luźny zbiór chwil. A każda jest pierwszą i ma na imię Teraz. 

   Nie ukrywałem też, że tam gdzie nie miałem wiarygodnych faktów konfabulowałem troszeczkę, ale nigdy nie było to wyssane z palca. Każdej opisanej rzeczy przyglądałem się z bliska i przepuszczałem przez swoją – być może – spaczoną wyobraźnię. 

   Skancerowana książka, wyglądająca jak Mickiewiczowski szkielet „bez serc, bez ducha” lub opis szkieletu marlina u Ernesta Hemingwaya ze Starego człowieka i morza ukazała się na początku 1987 roku. W zasadzie niezmieniony został jedynie tytuł książki, a jednak stutysięczny nakład rozszedł się w ciągu kilkudziesięciu dni.

   ***

   Zwiotczały moralnie, 4 grudnia 2019 roku, po ukończeni 960 miesięcy życia na 15 minut rzuciłem picie, seks oraz zainteresowanie polityką i służbami specjalnymi. To był najgorszy kwadrans w moim życiu.

   Azaliż po przespaniu się, zmieniłem zdanie. Dlaczego? Bo uważam, że brednie i kłamstwa polityków stanowiące punkt wyjścia dla głupiej tłuszczy, która dostrzega nie to, co widzi, ale to, co rządzący każą jej widzieć, hamują Polskę w rozwoju.

   Wolałbym, aby rządy sprawowała grupa dżentelmenów niż sutenerów. Rządy Peerelu, ale i następne, przypominały Kronosa zjadającego własne dzieci. A to, w skrajnych przypadkach, doprowadzało do buntów i, aby opanować sytuację trzeba było strzelać do społeczeństwa.

   A tak, przy okazji, po czym poznać, że polityk kłamie? Po tym, że otwiera usta. 

   Sytuację wykorzystują służby specjalne, kupując np. Pegasusa. Ale, że to ustrojstwo okazuję się chwilowo łagodniejszym krytykiem literackim niż dawny KC PZPR, pomyślałem, że może się uda powiedzieć to, co nie udało mi się ogłosić pół wieku temu. Virginia Fellows napisała: Na początku moich dociekać pewne dziwne zjawisko, nazwane przez Carla Junga synchronią, sprawiło, że zetknęłam się z najbardziej niesamowitym (…). Nagle i niespodziewania, dokładnie w odpowiednim miejscu i czasie, pojawia się jakiś kluczowy przedmiot lub informacja, jak gdyby wszystkim sterował jakiś dżin (…).Jego relacja całkowicie zmienia pojęcie o historii…                                                                                                        

   Może dlatego bohatera Kto zapił Desperat 2, porucznik Zenon Góral jest postacią złożona z kilku moich konfratrów. Funkcjonariusze wywiadu francuskiego Yvonne Bassaler, Andre Robineau, mjr Humm, konsul Rene Bardet jak i oficerowie Henryk Pachówka – rozpracowujący szpiegów francuskich, oraz Henryk Wendrowski – prominentny żołnierz AK, a następnie MBP, MWS i dyplomata, dość szemrana postać. Wacław Ptasiński, Damian Kozak, Zbigniew Skoczylas i Ryszard Bartoszewicz – dowódcy strażnic Orle, Przesieka i Kamieńczyk, Jerzy Polak – zwiadowca Górskiego Batalionu w Szklarskiej Porębie, szef grupy zwiadu w Karpaczu, Tadeusz Steć – król przewodników i gejów sudeckich są postaciami kontrowersyjnymi, ale jak najbardziej autentycznymi.

   Za wyjątkiem oficerów francuskich, znalem wszystkich. Pozostali bohaterowie również mają odpowiedniki w rzeczywistości, ale z różnych względów zmieniłem ich nazwiska i niektóre szczegóły mogące pomóc w ich identyfikacji.

 

         PS są to nieco podrasowane, bo uaktualnione fragmenty książki Kto zabił? Desperat 2.

CZY TO JEST JESZCZE AKTUALNE?

Herodot z Halikarnasu napisał: …muszę podać, co się opowiada, ale bynajmniej nie jestem zobowiązany w to wierzyć… no to podaję fragment tego, co mi się zapisało w Locie nad szpiegowskim gniazdem: W 1978 r. służbowo przeniesiono mnie do Warszawy. Jako kierownik działu wojskowego a następnie zastępca i redaktor naczelny współredagowałem tygodnik „Granica”. Z tej okazji bywałem w niektórych komórkach Sztabu Generalnego WP zajmujących się służbami tajnymi, widnymi i trójpłciowymi (hetero-, homo- i biseksualnymi), a wywiadowcze decorum w tej komórce Wojska Polskiego było dość powszechne. W tej najważniejszej komórce LWP fascynowały mnie dwie postaci, leninowca generała Bolesława Chochy, w latach 1968 — 1973 szefa Sztabu Generalnego WP, powszechnie uznawanego za jednego z najzdolniejszych generałów, uczłowieczonego przez alkohol, i genialnego szpiega pułkownika Ryszarda Kuklińskiego, uczłowieczonego poprzez zdradę. Temu ostatniemu poświęciłem książkę As CIA, ale…

Od urodzenia, a może jeszcze wcześniej, nęcił mnie wywiad i kontrwywiad. Nie, nie, nie byłem praktykiem. Aż tak naiwny nie jestem, by dobrowolnie nakładać sobie drugie chomąto. Wystarczyło, że już chadzałem w jednym, wojskowym. Jeżeli chodzi o Firmę (służby specjalne), to byłem jedynie teoretykiem, obserwatorem i — w miarę dostępu do materiałów tajnych — kronikarzem.

Uważałem, że oficerowie departamentów związanych z wywiadem i kontrwywiadem, niewątpliwie najinteligentniejsi w Firmie, posiedli potężną wiedzę. Dzięki temu mogli prowadzić socjologiczne analizy i na długo przez innymi snuć prognozy, w jakim kierunku kraj zmierza. I stosownie do tego ustawić się w życiu.

Oficerowie ci mieli ułatwione zadanie. Przez lata rozpowszechniania mitu tajności, w społeczeństwie powstało przekonanie, że służby o wszystkim i o każdym wiedzą wszystko, a nawet więcej. Dlatego lepiej nie popadać z nimi w konflikt, a już skrajną głupotą jest się nimi interesować.

Jeżeli chodzi o umiejętności dokonywania analiz i snucia długoterminowych prognoz, dokąd zmierza świat, to najwięcej durniów było z armii i partii. Armię usprawiedliwia fakt, że antycypowanie przyszłości nie było jej zadaniem. Zadaniem LWP było szkolenie żołnierzy do obrony socjalistycznej ojczyzny i przygotowywania planów, jak w przypadku wojny skopać tyłki agresorom z NATO. Pod tym względem oficerowie LWP byli perfekcyjnie przygotowani.

Ale partia powinna antycypować przyszłość w pierwszej kolejności. Gen. Jaruzelski po objęciu władzy absolutnej był świadomy, że zbudował dyktaturę złagodzoną przez bałagan. Dowód — powołanie w drugiej połowie lat osiemdziesiątych słynnego, ale mało znanego „zespołu trzech”, o którym jeszcze wspomnę…

Regułą było, że im bliżej do kolejnych zakrętów (1948, 1956, 1970, 1976, 1981 i najwięcej w 1989 r. w okresie Okrągłego Stołu), tym ruchy w departamentach wywiadowczym i kontrwywiadowczym były większe. Nie popełnicie chyba błędu, jeżeli również pod koniec 2015 r. zaobserwujecie niezdrową krzątaninę służb specjalnych…

Warszawka i „warszawka” nie wystarczały mi, bo życie było gdzie indziej. Więc odwiedzałem, chyba najczęściej, rozrzucone po terenie całego kraju obiekty Służby Wywiadu i Kontrwywiadu MSW, które jeszcze wcześniej, bo w 1963 r., sam budowałem, nadzorując około półtysięczną grupę żołnierzy zaangażowanych do tych prac.

Dostałem wówczas od dowódcy WOP rozkaz udania się do dyrektora generalnego MSW gen. Wacława Komara, który polecił, abym ze swej grupy wyznaczył ekipę odpowiednio dobranych fachowców, która wykona remonty mieszkań byłym politykom i wysokim funkcjonariuszom resortu. Byli na tej liście janczarzy Stalina, między innymi Berman, Radkiewicz, Romkowski, Brystygierowa, Fejgin, Humer, czyli osoby cyniczne, ale ponadprzeciętnie kreatywne i obsesyjnie zajmujące się propagowaniem komunizmu, jednak już w wersji nieco złagodzonej, Chruszczowowskiej, a następnie Breżniewowskiej. To  te osoby, zdobywszy przy pomocy Armii Czerwonej władzę w Kraju Pieroga i Zalewajki, mianowały Polaków obywatelami. Zaś obywatel to — wedle Hugona Steinhausa — taki, co się obywa bez wszystkiego. To janczarzy komunizmu sprawili, że Polacy aż do 4 czerwca 1989 r. chodzili z głową w chmurach i nogami w błocie. Ja zaś, niepomny tego, co wybrańcy gen. Komara czynili w czasie stalinizmu polskiego, w celu ustalenia zakresu prac odwiedzałem wskazane osoby. Trudno uwierzyć, ale na obliczach „wybrańców” malowało się samo dobro, samo dobro… Ułatwiło mi to późniejsze rozmowy.

Wytypowani przez gen. Komara funkcjonariusze partii i resortu, nawet odsunięci od stanowisk, nie zgłupieli jak inni z ich bractwa. Nadal byli ludźmi inteligentnymi. Ale chyba nie dlatego byłem przez nich traktowany jak swój człowiek. Oni inteligencję do komunizmu mieli zapisaną w genach. Z ich słów ciągle przebijała totalna troska o człowieka, która kiedyś doprowadziła do okrutnej „dobroci”, czyli zbudowania w Polsce stalinizmu. Na początku lat sześćdziesiątych uosabiałem dla nich korzystny, bo bezpłatny interes. Wykonując rozkaz dowódcy WOP, byłem maleńkim trybikiem systemu. To, co wówczas robiłem, u niektórych rodaków budziło zawiść, a dziś jedynie obrzydzenie.

Dla przeciwwagi odwiedzałem także domy wariatów. Aby nie zwariować, dla zdrowia psychicznego, ale nie tylko, bo również po to, aby się czegoś dowiedzieć o prawdziwym życiu, zaglądałem do szpitala dla psychicznie chorych w Tworkach. Było tam sporo ciekawych osób oraz bardzo ładny, zdziczały i zdewastowany park, wyglądem podobny do tego, co z Krajem Pieroga i Zalewajki wyprawiały rządzące elity. W budynkach MON i MSW było wielu psychopatycznych oficerów. Królował oportunizm, koniunkturalizm i niewiarygodne donosicielstwo, zmuszając do maskowania poglądów. Prawdziwe życie nigdy nie gościło w tych gmachach. Odwrotnie było w Tworkach. Tam nikt niczego nigdy nie udawał.

Aby zrozumieć resorty siłowe, sam rozum nie wystarczy. Trzeba jeszcze znać fakty, i to nie tylko te udokumentowane w zbiorze IPN, liczącym blisko 230 kilometrów, „kwity” Biura „C” MSW (zawierającym wszystko to, czym zajmowały się MBP, KdsBP i MSW; w latach 1988-1990 część dokumentów zniszczono) ale także te, nigdzie niezapisane, tkwiące jedynie w głowach oficerów. Funkcjonariusze postępowali w myśl swoiście pojętej sztuki, czasami sztukmistrzostwa, właściwej tylko tajnym służbom. Czasami budziło to grozę, a czasami zabobonny strach przed wdepnięciem w błoto.

W Firmie przysłuchiwałem się erystycznym dysputom różnych gremiów związanych z wywiadem, kontrwywiadem, agenturą i zwykłymi szpiclami, zbałwanionymi doszczętnie, którymi pozostaną sobą do końca życia, albo i dłużej. Przecież nie wszystkie bałwany topnieją na wiosnę. W Tworkach, oprócz podziwiania przyrody, szukałem ludzi, którzy zazwyczaj milczą, ale przy których można zmądrzeć. Najchętniej rozmawiałem z Sokratesem i innymi filozofami. Starali się ze mnie zrobić głupka.

W ministerstwach więcej było niezbornych kłamców i zadziwiających miglanców, ale także nielichych łapserdaków, których jedynym zajęciem było wzniecanie harmidru na użytek polityków. Ich podstawowym pragnieniem było: najeść się, popić, „zarwać” jakąś dupę i przycisnąć ją do tapczanu. W Tworkach można się było natknąć na weredyków mówiących przełożonym prawdę w oczy. Podejrzewałem, że większość dlatego znalazła się w tej lecznicy. Wizyty w MSW i MON pozwoliły mi poznać niemało polityków, generałów i oficerów szarż znakomitych. Musiałem oczy mrużyć — taki od ich stanowisk i epoletów bił blask. Byli to osobnicy z ekskluzywnej półki, zajmujący się sprawami, o których krążą mity, wymysły i klechdy. W niektórych wypadkach był to czysty ekshibicjonizm ideologiczny, tym wstydliwszy, że zamaskowany pozorami prawdy. Byli to perfekcyjni łgarze o zaskorupiałym języku. Przy nich sławny baron Karl Friedrich Hieronymus, Freiherr von Münchhausen byłby drobnym zmyślaczem.

Zaintrygowany tym, co Bóg robił poza Stworzeniem, szukałem odpowiedzi na wielkie pytania Szekspira i Kanta. Byłem patologicznie infantylny i wierzyłem, że uda mi się uzyskać odpowiedź na pytanie: co funkcjonariusze myślą o wielkich, ponadczasowych problemach Wiliama Szekspira (Być albo nie być?) i Immanuela Kanta (1. Co mogę wiedzieć? 2. Co powinienem robić? 3. Czego mogę się spodziewać?). Kabotyńsko obwarowałem się Schopenhauerem, Kantem i Marksem, wszystko podlałem sokratejskim sosem i myślałem, że myślę. Dzięki przyjaźni z naczelnym psychiatrą MSW majorem Jerzym Bartoszewskim udało mi się także porozmawiać z kilkoma pacjentami szpitala w Tworkach. Były wśród nich osoby mające kiedyś ścisły styk z polityką i z tajnymi służbami. Ich poglądy i sposób zachowania tylko w niewielkim stopniu różniły się od tego, co obserwowałem w rozlewającej się pospolitości. Miło się z nimi rozmawiało o stworzeniu świata, platonicznym antysemityzmie czy o nieszkodliwej odrazie do systemu w ujęciu rewizjonistów partyjnych. A rewizjoniści uważali się za liberałów. Byli przeciwni kneblowi. Uważali, że wystarczy kaganiec. Dla pacjentów jak i dla mnie było jasne, ze jeżeli odraza byłaby szkodliwa, system już dawno szlag by trafił. Tak, pacjenci szpitala tworkowskiego mówili mi o wiele więcej i chyba szczerzej, niż gdyby chodziło o nabranie zwykłego frajera lub lekarza. W MON i MSW wytrzeszczałem gały na wszystko, co mnie interesowało. Nie podzielałem biblijnej zasady głoszonej przez św. Mateusza: I jeśli twoje oko jest dla ciebie powodem grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie! Lepiej jest dla ciebie jednookim wejść do życia, niż z dwojgiem oczu być wrzuconym do piekła ognistego. (Mt 18,9). Słuchałem.

Podniecające było oglądanie, jak to się kręci, omamia, wulgaryzuje, banalizuje, myli… W wojsku i Firmie słowo „dziękuję” było odświętne zaś „k…” — powszechne. Była to wspaniała prostytucja umysłowa, porywająca furia działania. Kukły medialne — politycy, biznesmeni, naukowcy, oficerowie tajnych służb i dziennikarze chciwymi rękami szarpali żywe mięso społeczeństwa. Pierwszą ofiarą na ołtarzu tych indywiduów była prawda. Zelżywości były mi w zasadzie obce, ale po wizytach w resortach siłowych i spotkaniach z politykami nie potrafiłem sklecić nawet najprostszego zdania, by nie posiłkować się „skrzydlatym” słowem. Oglądam też wywiady Moniki Olejnik, Elizy Michalik czy Justyny Pochanke — orlic medialnych. Orlice w pocie czoła usiłują wyrwać z gardeł oficerów G. Czempińskiego, M. Dukaczewskiego lub A. Makowskiego odrobinę prawdy. Nieraz to się udaje, bo to rozmówcy inteligentni. Gdy jednak na fotelu przed orlicami zasiadają politycy, między innymi tacy jak M. Wróbel, B. Kempa czy M. Mastalerek człowiek robi oczy kwadratowe i ma wrażenie, że usiadł gołą pupą na rozgrzebanym mrowisku, takie szczypanie przeciwników politycznych odchodzi, a głupota leje się jak Niagara.                 Wbrew mniemaniom ministerstwa i szpitale psychiatryczne mają wiele wspólnego. Chciałem o tym napisać książkę, która nie ulegałaby terrorowi podobania się. Jestem pewny, że sporo osób jest zainteresowanych funkcjonowaniem i życiem oficerów służb specjalnych, ich związkami z polityką i ich wpływem na społeczeństwo, jednak wstydzą się do tego przyznać.  Być może odstrasza ich od tej tematyki jazgot dziennikarzy i pisarzy, którzy w każdym działaniu tajnym doszukują się drugiego dna i sensacji na miarę początków rozwalania komunizmu lub zapobiegania III wojnie, jak to było w wypadku szpiegów CIA, ppłk. J. Światły i płk. R. Kuklińskiego…

A tymczasem sprawa jest prozaiczna. Służby specjalne są podręcznym orężem polityków. Służą rządzącym, nie społeczeństwu — to pewnik. Chociaż…, chociaż pewniki też bywają dyskusyjne. A że każdy z nas na co dzień otoczony jest działaniami wygenerowanymi przez polityków, wszystko może się zdarzyć. Każdy może być przedmiotem zainteresowania tajnych służb. Nie każdy musi o tym wiedzieć. Ba, większość ludzi o tym nie wie. Przecież służby tajne nie tylko z nazwy są tajne. Obserwując zwyczaje decydentów w służbach specjalnych, można sądzić, że oni z chęcią utajniliby nawet prognozy pogody. Jeżeli uznać, że biznes robiony przez polityków ze społeczeństwem jest korzystny dla obu stron, to geszeft przynosi obfitsze profity tylko jednej stronie. Godzi się przeto pamiętać, że żaden wielki geszeft związany z Peerelem jak i III RP nie mógł się odbyć bez udziału oficerów, niekoniecznie jawnie związanych z tajnymi służbami. Ci funkcjonariusze byli wszędzie. Szczególną aktywność wykazywali w okresie transformacji. Było to możliwe, bo w okres transformacji wkroczyliśmy bez rozpoznania podstaw własnego życia. Przyjęliśmy nowe modele egzystencji, nie rozliczywszy się z przeszłością i nie bardzo wiedząc, jak ma wyglądać przyszłość. Nierozliczenie służb specjalnych i szeroko rozumianego wymiaru sprawiedliwości (sądownictwo i prokuratura) mści się do dziś. Henryk Elzenberg już dawno przypominał, że są na świecie bandyci i święci. Ale święci obracają się w ramach, które wyznaczają bandyci. Więc czy warto psioczyć? Przecież dupki sprawujące władzę są wszędzie, więc dopóki można narzekać, to jeszcze nie można narzekać.

Wolno postawić hipotezę, że rozsiadanie się byłych funkcjonariuszy służb specjalnych w gospodarce, polityce i nie tyko nie jest niekorzystne. W tajnych komórkach MBP, MSW i MON, w których prawda i rzetelność nigdy nie były cnotą, fabrykowano dokumenty prawdziwe albo prawdopodobne, a niekiedy jawnie fałszywe. Odwiedzając te instytucje, miało się wrażenie przebywania w środku świetlówki mającej na celu nie oświetlanie dziejów, a ich zaciemnianie. Mniej więcej od 1985 r. w tych instytucjach ruszyła produkcja specyficznych „kwitów”, które pozwalają oficerom służb PRL jeszcze dziś sięgać na półki, na których stoją najsmaczniejsze konfitury. Można domniemywać, że byłych funkcjonariuszy lub ich potomków jest jeszcze sporo. Ci funkcjonariusze są wybornymi fachowcami. Jeżeli się jednak zdecydowali działać uczciwie dla III RP, to chwała im.

Ale są i tacy, którzy państwo mają w tzw. głębokim poważaniu. Przyklejając się do polityków, do gospodarki widzą jeno własny interes lub interes obcych mocodawców. Przeto raz po raz wybuchają afery, których nikt nigdy nie rozliczył do końca, w których zazwyczaj nawet nie wiadomo, o co chodzi. A jak nie wiadomo, to znaczy, że chodzi o pieniądze, o geszefty… a nie można wykluczyć, że czasami o zdradę… Więc mamy a to aferę Żelazo, a to iskrzenie w „Solidarności” i oskarżanie związku, że brał dolary od  CIA, a to FOZZ, a to moskiewską pożyczkę, a to aferę Telegrafu, a to szwindel ze spółką Srebrna, a to aferę z rzekomą działalnością szpiegowską premiera Józefa Oleksego, a to aferę Rywina, a to aferę z markami branymi od niemieckiej CDU przez polityków z Kongresu Liberalno-Demokratycznego ujawnioną w maju 2014 r. przez Pawła Piskorskiego, rozpoczynającego kampanię wyborczą, a to aferę z podsłuchami lub z rzekomo sfałszowanymi wyborami samorządowymi, a to sprawę SKOK-ów, podsłuchów byłych szefów służb specjalnych i nie tylko byłych…

Większość donosów oparta jest o „kwity” made in służby specjalne wyprodukowane w latach osiemdziesiątych, również na podstawie doniesień agentów tkwiących w strukturach „Solidarności”… Wszystko to w imię rozgrywek politycznych, a nie prawdy. Część „kwitów”, tych starszych, jest w Rosji. Niekiedy coś stamtąd wypływa, podgrzewając atmosferę. W polityce jest rzeczą bardzo niebezpieczną przeoczyć coś, co się dzieje naprawdę. Ale chyba jeszcze niebezpieczniej jest dostrzec coś, co nie istnieje. Nawiasem mówiąc, płk Marceli Wieczorek, zwany Markiem, uważał, że „Solidarność” zrobiła znacznie mniej dla Kraju Pieroga i Zalewajki niż Wspólnota Anonimowych Alkoholików. Po prostu w drugim związku było znacznie mniej agentów SB i różnych innych służb. Marek mógł sobie na to pozwolić. Był homo tweetus, człowiekiem ćwierkającym. A że u każdego w rękawie siedzi jakiś głupiec, to czytając elukubracje dotyczące tajnych służb i ich działalności, odnosi się wrażenie, że w niektórych elitach rozpanoszyli się półinteligenci. Zapominamy, że już Gombrowicz twierdził, że: Niczego nie dokażemy, babrząc się wzajemnie i wymyślając sobie od hipokrytów, głupców i niedołęgów. W medialnej wrzawie ludzie głupieją. A głupota przekraczająca pewne granice staje się publicznym zagrożeniem, bo gdyby wszystkim głupcom zawiesić dzwoneczki na szyjach, powstałby taki hałas, że ludzie mądrzy musieliby nosić watę w uszach. Trudno poznać, czy potęga wyfilozofowanych przez polityków antynomii jest większa lub mniejsza niż sprzeczności w dokumentach wygenerowanych przez służby specjalne…

Niestety, ja też byłem fałszerzem, również fałszowałem. Uważam, że najnowszej historii Polski nie da się napisać na podstawie li tylko dokumentów zgromadzonych w IPN. W Instytucie jest zaledwie około 30 proc. dokumentów wytworzonych w MBP i MSW. Ponadto wiele z tych dokumentów fałszywie przedstawia opisywane sytuacje. Oficerowie sporządzający poszczególne „kwity” musieli to robić, ale nie zawsze i nie w każdym wypadku świadomie kłamali, pisząc nieprawdę. Wykonawcy byli uzależnieni od wielu czynników. Przede wszystkim mieli na uwadze dobro operacyjne. W zależności od rozwoju poszczególnych gier i kombinacji operacyjnych wykonywali odpowiednie dokumenty. Nie bez znaczenia były także notatki i jawne „fałszywki” przygotowywane pod kątem procesowym oraz duże ilości pism wykonywanych i nierejestrowanych „ku pamięci” (pro memoria) itp. Ponadto oficerowie musieli spełniać wolę przełożonych. Ci, w zależności od szczebla w hierarchii służbowej, wymuszali na wykonawcach takie dokumenty, które stawiały ich pracę w korzystnym świetle. Zdarzało się, że walcząc o stanowiska lub inne dobra, musieli komuś podłożyć świnię. Nawet swojemu szefowi. W takim wypadku tylko szaleniec mógłby występować wprost. Łatwiej przecież zwrócić uwagę wyższemu przełożonemu jakimś donosikiem, atakiem personalnym… Polecali więc podwładnym sporządzanie odpowiednich „kwitów”, założenie podsłuchu itp. Zarówno w MSW jak i w MON podsłuchiwanie było powszechne. Specem od organizowania podsłuchów w obu resortach był pułkownik Artur Gotówko (który po przejściu z MON do MSW zajmował wiele odpowiedzialnych stanowisk m.in. był zastępcą szefa specjalnego, ściśle tajnego zespołu operacyjnego, a do jego zadań należało: rozpracowanie wytypowanych przez ministra Kiszczaka funkcjonariuszy partyjnych szczebla centralnego i wojewódzkiego; urzędników administracji centralnej i wojewódzkiej; posłów i urzędników Sejmu PRL; funkcjonariuszy Najwyższej Izby Kontroli; Zjednoczenia Patriotycznego „Grunwald” oraz masonerii). Jako szef Wydziału Ochrony Fizycznej i Kontrwywiadowczej Ministra Obrony Narodowej zakładał podsłuchy generałom: Jaruzelskiemu, Janiszewskiemu, Siwickiemu i nie tylko. Jako zastępca specjalnego Zespołu Operacyjnego Departament III MSW, na polecenie gen. Kiszczaka podsłuchiwał gen. Pożogę i M. Rakowskiego, A. Kwaśniewskiego i L. Millera… 

Nie od rzeczy była także chęć nienarażania się na pytanie: „Co wy tam robicie, że u was jest tak, jak jest, a nie tak, jak być powinno?” Poza tym każdy funkcjonariusz miał wszczepionego w mózg, chyba bezwiednie, własnego cenzora. Do rzadkości należały wypadki, aby jakiś wykonawca nie spełnił woli przełożonego. Ta zasada obowiązywała na każdym szczeblu. W latach osiemdziesiątych — aż do W. Jaruzelskiego. Generał już nie musiał niczego fałszować. No, może przemówienia i odezwy do narodu, w których nie mógł napisać prawdy… Brałem udział w tym procederze. Oto jeden przykład.

W czasie strajków w 1976 r. byłem majorem, instruktorem propagandy w Łużyckiej Brygadzie WOP, ochraniającej południowo-zachodnią granicę z NRD i CSRS. Codziennie pisałem meldunki o sytuacji, które szyfrogramem wysyłano do dowództwa WOP w Warszawie. Zgodnie z prawdą podałem, że w kilkunastu zakładach na terenie służbowej działalności brygady wybuchły strajki. Zakłady podlegały Zjednoczeniu Przemysłu Bawełnianego. Po kilku minutach zadzwonił płk Cz. Żmuda, ówczesny sekretarz Komitetu Partyjnego WOP (późniejszy szef gabinetu ministra Kiszczaka).

Dialog tak zapisałem w dzienniku:

— Co wy tam, k…, myślicie, majorze! Jakie k…, strajki?

-— Takie otrzymałem informacje.

— Od kogo? Od jakiegoś zasrańca…

— Od zastępcy dyrektora do spraw technicznych, ale jak pułkownik chce, może być zasrańcem…

Telefon zamilkł na pięć minut. Rozkoszowałem się ciszą. A potem otrzymałem solidne opierdol i na koniec:

— Łżesz, majorze. Wyciągnę konsekwencje…

Przestraszyłem się. Nie miałem jeszcze pełnej emerytury. Zameldowałem pojednawczo:

— Ten dyrektor siedzi koło mnie. Chce pułkownik z nim porozmawiać?

Żmuda nie chciał. Kazał zmienić treść meldunku. Zamiast „strajki” miałem napisać „niewielkie przerwy w pracy”.

Pamiętam, jakby to było dziś, że z obrzydzeniem, ale wykonałem polecenie. Może powinienem na ten temat milczeć, bo milczenie przystoi mędrcom, a co dopiero głupcom!

Pierwszy wielki geszeft dotyczący okresu transformacji można datować jeszcze przez wyborami 4 czerwca 1989 r. Działalność tajnych służb wysługujących się politykom to choroba zakaźna. Jest na nią tylko jedno lekarstwo — jawność. Dolegliwości sekretne polityków leczy się tylko ujawnieniem mechanizmów pozwalających na bezkarne kantowanie społeczeństwa. Nie jest to prosta sprawa, ale nie beznadziejna. Niektórych byłych funkcjonariuszy trudno odkleić od osób obracających milionami. Gdy do tego dodać postawę niektórych mediów i sprzedajnych dziennikarzy, uzurpujących sobie prawo do bycia czwartą władzą, którzy zamiast ujawniać geszefty, przestępstwa, a nawet zbrodnie zaciemniają obraz, sprawiając że sprawy się komplikują. A jak trafi się uczciwy dziennikarz… Kryminał-biznesmeni i polityko-przestępcy nie żartują. Przekonał się o tym Jarosław Ziętara, który w 1992 r. zniknął bezśladowo. Krótko przed zniknięciem Ziętara odwiedził mnie na Ursynowie. Pogadaliśmy o powstających w marcu 1989 r. kantorach wymiany walut na granicy. Dziennikarz wspominał, że jest to być może temat na książkę reporterską. Po zaginięciu Ziętary byłem w tej sprawie przesłuchiwany na komendzie policji przy ulicy Malczewskiego w Warszawie.     W nocy poprzedzającej podpisanie (przez premiera M. Rakowskiego) decyzji rządowej kantory wyrastały na granicy zachodniej niczym grzyby po deszczu. Chodziło o granicę państwa. W sprawę były zaangażowane trzy brygady WOP – Pomorska, Lubuska i Łużycka. Nie obyło się to bez zwiadu WOP. Aby wiedzieć kto, co i jak wysłałem umyślnego do Szczecina, Krosna i Lubania. Umyślnym był kierownik działu wojskowego „Granicy” Mirosław Cielemęcki (pracował następnie jako kierownik działu biznesowego w redakcji „Wprost” a także w innych mediach. W 2011 r., mimo że pływał dobrze, utonął niespodziewanie w Egipcie; od tego momentu przestałem chodzić na basen)… Z Zientarą pogadaliśmy jeszcze o tym i owym… I ja, aby się dowiedzieć co i jak, dzwoniłem do swych komilitonów, dowódców brygad, pułkowników Henryka Grzybowskiego, Andrzeja Żurka i Józefa Galińskiego. Materiał Cielemęckiego, w którym skupił się na działalności pewnego dżentelmena rozpoczynającego wielką karierę biznesową, potem polityczną, potem kryminalną a potem nijaką, zatrzymała cenzura. Cielemęcki napisał więc tekst, w którym opuścił nazwiska i meritum sprawy. Ten gniot zadowolił i cenzurę z ulicy Mysiej, i ze Sztabu Generalnego, i nawet naszych przełożonych oraz kolegów z granicy zachodniej. Kilka lat później, gdy po raz ostatni rozmawiałem z Cielemęckim, zwierzył mi się, że chce wrócić do zatrzymanego tekstu i zapytał, czy przypadkiem go nie zachowałem. Odpowiedziałem, że gdybym  był Raymondem Chandlerem, tekst by ocalał. Ale że nie jest sławnym twórcą, jego artykuł wylądował w koszu. Trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że sprawa z kantorami dała, być może, początek czemuś znacznie większemu. Postanowiłem to pozostawić umysłom znacznie bardziej dociekliwym…

W każdej chwili mogą was dopaść białe kitle. A szpitale psychiatryczne? Mój Boże! Nie znacie dnia ani godziny… W każdym momencie, z takich lub innych powodów, mogą się u was zjawić białe kitle z kaftanami mającymi bardzo długie rękawy, tak jak to się przytrafiło pewnemu majorowi SB z Wrocławia, który w latach osiemdziesiątych za dużo gadał o tym, że wtedy kasa państwowa ziała pustką, więc generałowie zorganizowali akcję poszukiwania skarbu III Rzeszy. Zaangażowany do akcji poszukiwawczej, dowodzonej przez płk. Bogdana Chrobota, major Stanisław Siorek z wrocławskiej SB wykazywał niezdrowy entuzjazm. Mjr Siorek, zapominając, że wszystkie nieszczęścia człowieka biorą się stąd, że nie może usiedzieć we własnym pokoju i pcha palce między drzwi, badał sprawy związane z procederami poszukiwania skarbów przez ekipę MON. Taka gorliwość była ostatnią rzeczą, jakiej życzyłby sobie minister Kiszczak, który w latach sześćdziesiątych był szefem Zarządu WSW Śląskiego Okręgu Wojskowego. To z tego okresu pochodzą liczne „haki” zgromadzone przez jego ówczesnego szefa gen. Teodora Kufla (Kiszczak był od 1967 r. zastępcą Kufla, a w 1979 r. wygryzł go ze stanowiska, zostając szefem WSW, a następnie ministrem spraw wewnętrznych). „Haki” dotyczyły jakiejś willi, ohydnej prywaty i tego, że Kiszczak, podobnie jak i jego pryncypał W. Jaruzelski, nie ma matury, a ma wyższe wykształcenie. Ale to przecież nie grzech. Wielu ludzi jest bez matur. Józef Hen, wybitny pisarz, też nie miał matury, a Tadeusz Różewicz, przez szereg lat „murowany” kandydat do nagrody Nobla, który wniósł świeży powiew do poezji światowej, miał tylko małą maturę. Obu twórców rozpracowywały służby podległe Kuflowi i „dwupakowi generałów”. Henowi dostało się za swoje w roku 1968, a Różewiczowi przez cały czas trwania Peerelu, ze szczególnym uwzględnieniem przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Wówczas to bezpieka wrocławska była autorką licznych opracowań wskazujących na szkodliwą działalność poety. W Sztokholmie, używając technik operacyjnych, oskarżano poetę o antysemityzm, a w kraju rozsyłano obrzydliwe paszkwile, gdzie tylko było można. Nawet do jednostek WOP. Wyglądający jak krasnal ogrodowy gen. Kufel lubował się w zbieraniu takich szpargałów również na swoich byłych podwładnych. Kiedyś, w ulubionej przez oficerów tajnych służb kawiarni „Mozaika”, w obecności płk. Gotówki generał dał mi kilka anonimów na Cz. Kiszczaka. W czasie spotkania z W. Jaruzelskim wręczyłem mu donosy. Generał nie raczył ich skomentować. Powiedział tylko, że niektóre z tych materiałów mają paszkwilancki charakter. Jaruzelski wie to, bo anonimy docierały także do niego… Kufel nie przewidział, że zbierając haki, stał się obiektem polowań innych „łowców”. Oto, jak donosił CIA R. Kukliński w meldunku z 15 lipca 1981 r.:  gen. bryg. Teodor Kufel (pełnił obowiązki szefa Polskiej Misji Wojskowej w Berlinie Zachodnim – H.P.) został wezwany dyscyplinarnie z Berlina. Toczy się przeciwko niemu śledztwo i nie jest wykluczone, że zostanie on ukarany za przekroczenie uprawnień i nadużycia „gospodarcze”. Chodziło o to, że Kufel w sposób właściwy dla tajnych służb załatwił na Zachodzie fotel dentystyczny dla żony i przeszmuglował go do kraju. W Warszawie podwładni Kiszczaka dołożyli do tego komplet gdańskich mebli zabranych ze służbowego gabinetu. Zwolniono Kufla z wojska, mimo że generał „trofea” zwrócił. Sprawy nie było. Obiecał siedzieć cicho. Słowa dotrzymał aż do 1990 r.  Gorzej trafił mjr Siorek. Pewnego dnia w jego mieszkaniu pojawiły się białe kitle. Sprawnie zakutali gospodarza w kamizelkę z długimi rękawami, które zawiązali na plecach ofiary i powieźli w świat, aby nasycić go wyrobami farmakologicznymi. Był tam częstowany elektrowstrząsami i czymś tam jeszcze. Po wyjściu ze szpitala Siorka, którego znałem jeszcze z czasów służby na Orlu i w żadnym wypadku nie dałbym się mu ogolić brzytwą, zwolniono ze służby w MSW. Był jeszcze przez chwilę medialną gwiazdą poszukiwaczy skarbów. Jako okaz zdrowia umarł niespodziewanie.

Dziś jest tak samo, tylko jeszcze bardziej. Gdy się weźmie pod uwagę, że w 2013 r. różne służby specjalne III RP zażądały od operatorów ponad 2 miliony bilingów z telefonów, co oznacza, że interesowano się właścicielami tych komórek, gdy co krok jesteśmy monitorowani, śledzeni, podsłuchiwani, nagrywani i fotografowani, a tajne służby mogą zrobić z tym materiałem, co chcą, a z człowiekiem wszystko, czego zapragną politycy, sprawa przestaje być zabawna. Może można by nad tym przejść do porządku, gdyby służbom chodziło o bezpieczeństwo państwa. Tak jednak nie jest. Skojarzmy fakty: bilingi i inne bezprawne działania nie pozwoliły naszym służbom wpaść na trop afery z podsłuchiwaniem najważniejszych osób w państwie! Dopiero doniesienia medialne zmusiły prokuraturę i ABW do zajęcia się tą sprawą… Tajne służby raz po raz rozpuszczają jakieś informacje, że dzięki takiemu, a nie innemu działaniu zapobiegły, uchroniły, zneutralizowały wrogie knowania, ale nie podają żadnych konkretów, zasłaniając się bezpieczeństwem państwa. Doświadczenie uczy, że takie tłumaczenia służb to pic na wodę fotomontaż. Albo się zapobiegło przestępczym czynom i wówczas jest po zabawie — można i należy to ujawnić, uczulając społeczeństwo na groźby. Albo się zapobiegło wirtualnie i wówczas ludzie muszą takie informacje traktować jako mydlenie oczu.

Dzięki Snowdenowi, który oddał nieocenione usługi tajnym służbom Rosji i Chin, wiemy, że NSA (Agencja Bezpieczeństwa Narodowego USA) codziennie rejestruje 20 miliardów połączeń telefonicznych oraz internetowych. Zastanówcie się: dlaczego takie działania ujawniające tajemnice dotyczą tylko USA? Dlaczego tak zwana afera podsłuchowa w III RP dotyczy tylko najlepszego sojusznika Amerykanów w Europie — obozu rządzącego? W III RP liczba rejestrowań bilingów i podsłuchów jest niczym czarna dziura. Nikt tego nie ewidencjonuje i nie kontroluje. Jest to istotne, bo o ile peerelowskie służby specjalne były niezłą imitacją NKWD/KGB i GRU, to dzisiaj, służby specjalne III RP są repliką CIA, która niewiele ustępuje służbom sowieckim, a w pewnych operacjach nawet je przewyższa. Aby się o tym przekonać, wystarczy powiedzieć, że NKWD i KGB budowało Gułag na swoim terytorium. Amerykanie tajne więzienia rozmieszczają w państwach sojuszniczych. Od dawna historia tajnych służb była swoistą odmianą pornografii. Dziś jest nią tym bardziej.  Amerykanie podsłuchują przyjaciół i wrogów, a Rosjanie jeszcze bardziej. Oficerowie rosyjskiej SWR czyli Służby Wywiadu Zagranicznego, umieszczając w newralgicznych miejscach służb USA swoich „kretów”, nie muszą się sami fatygować, by wiedzieć, co w trawie piszczy. A w III RP. Cóż, w Kraju Pieroga i Zalewajki nigdy nie wytępiono agentów sowieckich. Biorąc pod uwagę fakt, że służby III RP są, przynajmniej w pewnym sensie, kontynuacją Służby Wywiadu i Kontrwywiadu MSW i SB oraz WSW i Oddziału II Sztabu Generalnego WP, warto się zapoznać, jakie te służby były? Kto w nich pracował? Komu służyły? Jakimi wartościami kierowali się oficerowie? Jak żyli i biesiadowali oraz jakie metody operacyjne stosowali?

Pisząc Lot… zdałem się na intuicję. Tu lekka parafraza wiersza Daemones Cz. Miłosza: Zbliża się pora wyznania./ Oto się prawda odsłania/ I moje życie skłamane/ Światu ma być pokazane. Całe życie spędziłem w towarzystwie słów, ale nigdy nie udało mi się znaleźć słowa właściwego, które byłoby zdolne poruszyć serce bliźniego. Dlatego wyciskam słowa niczym malarz farbę z tubki. Traktuję to pisanie jak worek, do którego wszystko można wrzucić. Namalowane obrazy są prawdziwe. Ale jest to mój subiektywny obraz. Tak obrazy postrzegałem lub tak mi się zdawało, że je postrzegam

**********

Książka ukazała się wprawdzie w 2017 r.( nakładem warszawskiego wydawnictwa CB) ale nadal, biorąc po uwagę to, co wyprawiają parlamentarzyści, służby specjalne i tzw. wymiar sprawiedliwości w Kraju Pieroga i Zalewajki chyba nadal aktualna. 

 

 

DZIŚ O ZELŻYWOŚCIACH, KTÓRE BYŁY, SĄ I CHYBA BĘDĄ NADAL UŻYWANE

Zauroczony językiem polityków, ale nie tylko, przypominam co mnie spotkało w czasie procesu z tzw. Platerankami. Pretekstem niech będzie rozmowa z dziennikarzem, pisarzem i poetą Stanisławem Szałapakiem. Opublikowałem ją w książce Tłuste koty wymiaru sprawiedliwości i….  Wyd.: Agent PR Wydawnictwo Naukowe, Kraków 2025.

 

  1. Szałapak: – Oskarżyciel posiłkowy Ryszard Berus, ale i prokurator Janusz Regulski, oprócz leżenie i porównywania cię do zbrodniarzy Eichmanna i Stalina zarzucają ci stosowanie wulgaryzmów. Odpowiedziałeś im na to?

         – Nie. Zacytowałem im jedynie Szwejka, bohatera Jarosław Haszka: „Życie to nie jest szkoła dobrych manier. Ludzie, którzy zżymają się na wulgarne słowa, to tchórze, którzy boją się prawdziwego życia. Publicznie pomstują, ale po kryjomu chodzą po publicznych ubikacjach i z wypiekami na twarzy czytają nieprzyzwoite napisy na ścianach”.   

         – Sędzina Anna Wujec w wydanym wyroku stwierdza: „Trudno wyobrazić sobie aby kobieta już nie młoda używała tak wulgarnych wyrażeń i pomawiała zarówno siebie jak i koleżanki – towarzyszki…”. Co ty na to? Czy to jest prawdziwa konstatacja? A jeżeli tak, to czy jest sprawiedliwa?

         – Przewodnicząca składu sędziowskiego Sędzina Sądu Rejonowego Anna Wujec napisała to w wydanym wyroku. W tym sensie jej konstatacja jest dosłownie prawdziwa.

         Sędzina naprawdę tak powiedziała i napisała.        Powtarzała to zresztą kilkakrotnie. A czy jest to osąd sprawiedliwy? Napisałem uprzednio, że uważam wyrok za niesprawiedliwy. Analizując wyrok jawił mi się przed oczami efekt Dunninga-Krugera mówiący o człowieku wierzącym, że wie wszystko i nikt nie jest od niego mądrzejszy. Taki człowiek nie wie, że nie wie, więc wie, że wie.      Nie mając wpływu na wyobraźnie sędziny Anny Wujec mogę tylko posłużyć się przykładami z życia.

         Charles Bukowski (O pisaniu): Dajmy sobie swobodę i prawo do błędu, histerii i żalu. Nie wygładzajmy krawędzi, dopóki nie otrzymamy kuli, która toczy się zgrabnie jak w kuglarskiej sztuce. Wszystko może się zdarzyć – ksiądz ginie od kuli w wychodku, świry wciągają herę bez zahamowań; zapisują twój numer; twoja żona ucieka z jakimś idiotą, który nigdy nie czytał Kafki; ludzie godzinami przechodzą obok rozjechanego kota z czaszką przyklejoną flakami do chodnika; kwiaty rosną w dymie; dzieci umierają w wieku 9 i 97 lat, muchy rozbijają się o siatkowe drzwi…

         – Jestem ciekaw, jakie przykłady teraz wybierzesz? – zapytał Stanisław Szałapak.

         – Uważam że jeżeli Bozia dała mi dwoje oczu i dwoje uszu, a tyko jeden język to powinienem więcej patrzeć i więcej słuchać niż pytlować. Interesuje mnie proza żywa. Biadając nad swoją beznadziejną nadzieją iż odkryję coś w języku nowego szukam pocieszenia w Internecie.

         – Czego szukasz w tym medium?

         – W Internecie fruwają różne ciekawostki. Na przykład takie: Przewodnicząca klubu parlamentarnego Lewicy Anna Maria Żukowska, niekłamana dama, wykształcona ponad własną inteligencję, potrafiąca otwierać zębami kapsle od piwa, empatyczna i wrażliwa na krzywdę ludzką w takich sowach odniosła się do marszałka Sejmu: „trzeba spokoju i cierpliwości, żeby walcząc o dobro, nie wprowadzić więcej zła” i dokończyła: „Wypierdalaj z tym spokojem”. Jestem zdania, że jeżeli inteligentna kobieta mówi „wypierdalać”, to nie należy wdawać się w dyskusję, tylko grzecznie zapytać kiedy i jak szybko, jak daleko i dokąd?

         Lata spędzone wśród oficerów resortów siłowych nauczyły mnie zwracać uwagę na wszystko, również na słownictwo, którym także przesiąkłem. Azaliż to nie dotyczy tylko sfery militarnej. Także największej klasy intelektualiści niekiedy słyną z „barwnego” języka.       Przepamiętane. W tym miejscu ostrzeżenie dla poprawnościowców językowych. Zbulwersowany fragmentem wyroku: „Jednak w przekonaniu Sądu rozmowa nie mogła mieć takiej treści jak to przedstawił H. Piecuch w swojej książce. Trudno wyobrazić sobie aby kobieta już nie młoda używała tak wulgarnych wyrażeń…” Przekonania i wyobrażenia mogą być rożne. Trudno jednak uznać aby przekonania i wyobrażenia,  nie oparte dowodami, a nawet wbrew dowodom, dały asumpt do wydania sprawiedliwego wyroku. Taki wyrok musi być niesprawiedliwy.     O ile Słownik polskich przekleństw i wulgaryzmów Macieja Grochowskiego zawiera ponad dwa tysiące przykładów, to przeciętny „miłośnik” zelżywości operuje, co najwyżej dziesięcioma przykładami uznanymi za przekleństwa, wulgaryzmy czy wyzwiska.

         Moja informatorka użyła trzy takie wyrażenia. Poniższe fragmenty także obrazuje „język żywy” nie tylko polskiej ulicy. Zastanawiałem się jak je ładnie nazwać. Kiedyś z ekranu komputera myknęło określenie rosyjskie – kryłatyje słowa. Wiem, że „skrzydlate słowa” są w naszej pospolitości gęstsze niż rodzynki w cieście. Definicja tego terminu, wedle Henryka Markiewicza i Andrzeja Romanowskiego mówi, że są to „rozpowszechnione i często przytaczane wypowiedzenia, których autorstwo lub pochodzenie można ustalić”.

         Na określenie słów użytych w tym rozdziale bardziej stosowne byłoby zapewne posłużenie się pracami Macieja Grochowskiego lub Macieja Widawskiego, który tak pisze o słowach powszechnie uważanych za wulgarne, nieprzyzwoite lub wręcz „świńskie”: „Panuje obiegowy pogląd, że ich używanie świadczy o ubóstwie myśli i wyobraźni. Być może jest tak w istocie. Niejeden dwunóg człekokształtny posługuje się nimi zamiast wyrazów bogatszych w treść, z tej prostej przyczyny, że nie ma ów dwunóg żadnych treści do zakomunikowania. Niektórzy, wszakże, osiągają w przeklinaniu zawrotne szczyty wirtuozerii […]. Zwykłym śmiertelnikom te językowe świństwa bywają potrzebne jako ozdobniki – o nieco wątpliwym pięknie to prawda – by wypowiedzieć się barwniej. Są jak szczypta pieprzu dodana do potrawy by lepiej smakowała”. Osobiście gdy używam w jakimś tekście zelżywości stawiam pierwszą literę i wykropkowuję resztę (aczkolwiek dopuszczam, by czytelnik zastępował słowo „k…” wyrażeniem „kurde balans, mawiał Jaruzelek”; określenie to wprowadził do języka pułkownik Artur Gotówko w mojej książce Byłem Gorylem Jaruzelskiego – przyp. HP).  Azaliż, gdy cytuję dokument, czyjś tekst lub wypowiedź nie mam w zwyczaju cenzorować niczego. Tu, za Melchiorem Wańkowiczem bronię tylko obywatelstwa słowa „dupa” i czasownika „pieprzyć”.

„Dupa jest jedną z najbardziej inteligentnych części ciała – przekonywał Stary Żubr – która wie, że się taktownie milczy w towarzystwie”. A jakby czytelnikowi było mało zacytuję wierszyk autorstwa Goeffreya Chaucera, w którym „ucałowana dupa” jest bohaterką Opowieści młynarza, jednej z XIV-wiecznych Opowieści kanterberyjskich:

Człowiek się rodzi i z dupy wychodzi
Człowiek się żeni i na dupę wchodzi
Człowiek umiera na dupie leży
Wszystko na świecie od dupy zależy!
O dupo, coś porodziła Cezara i Piasta
Cześć, tobie dupo, i basta!

         Jeszcze mało? No to na zakończenie tego fragmentu, cienkiego jak dupa węża, przywołam wiersz (za Monika/@Monika87581374):
 Na dupie świat stoi,
Wokół dupy kręci,
Dupa nas zniesmacza,
Ale i wciąż nęci.
Szkoła nas upupia,
Udupi nieraz życie,
Dupę z głową łączy
Kręgosłup należycie.
Dupą można świecić,
Gdy braknie przykładu,
Zabrać się do czegoś
Można też od zadu.
Dupę można skopać
Lub się nią odwrócić,
O dupę Maryni
Można się pokłócić.
Dupą można podbić świat
Do góry go nią odwrócić
Ze wstydem z dupy spaść
Lub kogoś z dupy zrzucić.
Jesień średniowiecza
Można z dupy zrobić
Lub “dupkiem żołędnym”
Dać się przyozdobić
Usiąść nią w pokrzywy
Lub orzechy łupać.
Może być wołowa,
Blada, niezła dupa
Można mieć coś w dupie,
Z dupą iść do kina,
Zjechać na niej z góry,
Za dupę się trzymać.
Dupy można dawać,
Na dupie se “siędziesz”,
Gdzie byś się rozejrzał,
Zawsze z tyłu będzie.
Nie zawracaj dupy,
Bo ci złoję rzyć.
Choć stara zębów nie ma,
Bez niej ciężko żyć.
A jeśli wyglądasz,
Jak dupa zza krzaka,
Wyżej dupy nie podskoczysz,
Nie zgrywaj chojraka.
Dupa rządzi światem,
Na starość szaleje,
Więc już nie truj, chodź,
W trzy dupy się schlejem!             

         To teraz o czasowniku „pieprzyć”.       Także za Melchiorem Wańkowiczem cytującym wykład ogniomistrza w baterii działek przeciwpancernych we Włoszech (Karafka la Fotainea): Odpieprzacie zawór, przepieprzacie lufę wyciorem, wpieprzacie pocisk , przypieprzacie iglicę, zapieprzacie zawór, napieprzacie na cel, wypieprzacie pocisk, podpieprzacie drugim i czołg – rozpieprzony. Jak spieprzycie to już was porucznik opieprzy. Zrozumiano.

   Widzisz więc, Staszku, że Berus z Regulskim mówiący do mnie tak jakby pies szczekał, a także sądy z oskarżycielkami ujadającymi na mnie żem napisał, dosłownie cytując informatorkę, iż: „ Twórcom batalionu chodziło o to, aby różne ważne kutasy miały dupy na miejscu, na zawołanie i do wyboru” wpisali się na listę megalomańskich purystów językowych. Oczywiście, mogli to zrobić. Każdemu wolno wyrażać taki pogląd jaki uważa za słuszny. Jeśli ten, który czyta – pisał Wiesław Górnicki – jest tak grubego dowcipu, iż nie może pojąć tego, co przeczytał, to już nie pismo winno. Więc wydawanie na takiej podstawie wyroku skazującego uważam za zbyteczną uprzejmość w stosunku do purystów. 

         – Sprawdzałeś, kim są pierwsi lepsi wirtuozi wojskowi?

         – W wojsku byli to generałowie, Eugeniusz Molczyk i Józef Kamiński. Tak, ten sam, który z taką emfazą wypowiadał się na mój temat w czasie procesu zarzucając mi używanie wulgarnego języka w podrozdziale o Platerankach. W czasie głośnej afery posłuchowej kliknąłem Google. Internet aż huczał. Z głośników płynęły słowa z podsłuchanych rozmów ministra spraw wewnętrznych Bartłomieja Sienkiewicza (B.S.) z prezesem NBP Markiem Belką (M.B.).          Nawet mój psi przyjaciel, golden retriever „Kesi” był wyraźnie zdegustowany. Jego oczy zdawały się mówić: Przeczytaj Palancie w „Gazecie Wyborczej” (28-29 czerwca 2014) słowa prof. Marcina Króla! No to czytam: „Kim jest ten, kto podsłuchuje? Pierwsza odpowiedź – świnią. Druga – donosicielem. Trzecia – człowiekiem, który za parę groszy zrobi wszystko, czyli człowiekiem podłym i pozbawionym zasad moralnych. Czwarta – szantażystą”.         Rzucam raczej do siebie niż do psa: profesor zapomniał o piątej możliwości, afera podsłuchowa może być dziełem tajnych służb. To zaś wywraca całą konstrukcję uczonego do góry nogami.         Szpiedzy to zawód. Ich praca polega również na podsłuchiwaniu. „Kesi”, nie zwracając uwagi na moje wątpliwości podsuwa wypowiedź Ewy Milewicz: „A jeśli za tymi nagraniami stoją tylko tubylcy, to znaczy, że do upadku rządu nie potrzeba większości konstytucyjnej, ale kilku bandziorów”.

         – Dałeś za wygraną?

         – Ależ skąd. Z kontekstu wyrywam niczym pióra z gęsi niektóre skrzydlate słowa obecna w aferze:

         B.S. Podstawowe pytanie Polaka brzmi:  co ja z tego, kurwa, mam? (…). A nie, że ma wypierdolonego orlika przed oknami, bo ma w dupie tego orlika, podobnie ma tę autostradę w dupie (…). To chuj, dupa i kamieni kupa….

         M.B. Lotnisko im. Reymonta w Łodzi. Malutkie lotnisko, chuj wie, komu potrzebne, ale jest. (…) Młody Tusk, się okazuje, jest zatrudniony w firmie, kurwa, nie wiadomo, jakiej (…). On ma tych problemów typu, tam wiesz, Smoleńsk, kurwa, jakieś pierdoły…

         – Och! Aj! Ech! Toż to prawdziwy skandal! Język mówi nimi zamiast oni nim. Ci dżentelmeni, mimo, że nad wyraz inteligentni, nawet prawdziwej wiązanki nie umieją sformułować! Pamiętam, że w kraju podniósł się niesłychany rwetes.

         Proponuję abyś teraz zobaczył jak rozmawiają koneserzy „skrzydlatych sów”, jak rozmawia lud.   Egzemplifikacja I.

          Letni poranek. Leżę na łóżku. Patrzę przez otwarte okno. Obserwuję dwóch dekarzy na dachu sąsiedniego budynku. Rozmawiają. Słyszę ich dialog. Potwierdza się maksyma: „Iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają!”. Wygląda to tak: 

         – Masz, k…, dupę? – pyta pierwszy drugiego. 

         – Mam, k…, pierdoloną przyjaciółkę – odpowiada drugi.

         – Ile, k…,  ma lat?

         – Tyle, k…, co ja.

         – To znaczy, k…, ile?

         – K…, trzydzieści siedem.

         – Ja, k…, mam żonę. Ma trzydziestkę, k…. Uważam, że to, k…, stara p… dupa.

         No to teraz Epilog

         Twoja opowieść może się skończyć dobrze albo źle

         Jak ktoś mądry powiedział

         a są jeszcze tacy

         wszystko zależy od tego

         w którym miejscu się przerwie.

                                              Wisława Szymborska

         Wybaczcie staremu zgredowi, żem napisał ten niezbyt wesoły kolaż. Dlaczego to zrobiłem? Mój nieżyjący już, bo go zamordowano, przyjaciel – Tadeusz Steć mawiał, że porządni adwersarze (politycy i polityczki, funkcjonariusze i funkcjonariuszki służb widnych, ciemnych i dwupłciowych, kombatanci i kombatantki, dziennikarze i dziennikarki, pisarze i pisarki itp.) to rzecz równie rzadka jak hipopotam na Grenlandii.

         Te wszystkie listy, filmy, artykuły, stanowiska, wyrazy oburzenie wysyłane na oficjalnych na pismach firmowych różnych ważnych ministerstw, nawet kancelarii prezydenta czy Sejmu pewnie miały jakiś wpływ na sądy i wyroki. Byłoby dziwne, gdyby nie miały. Zauważyła to już Komisja Etyki TVP S.A. stwierdzając: „wyemitowanie reportażu zajmującego się sprawą, w której toczy się postępowanie sądowe, mogło być uznane za próbę wpływu na opinię sądu przed wydaniem wyroku”.

         Tako rzecze Rej Mikołaj (Sentencje o życiu):

         Jako pies, milczkiem gdy kąsa, nie szczeka,

         Także pochlebca, co by wyłgał, czeka.

         Widzę patologizację polityki, mediów i szeroko rozumianego wymiaru sprawiedliwości, ale ciekawiło mnie, dlaczego autorka Platerówki?… , pisząc o 1. SBK im. E. Plater, o życiu setek kobiet – żołnierek, o ich niewesołym losie poświęciła tyle miejsca niewielkiemu fragmentowi Akcji specjalnych.

         Na zakończenie myślę, co powiedzieć Oldze Wiechnik? Podeprę się Robertem Burtonem i powiem, że do wszystkich tych win: barbaryzmów, ludowego dialektu, improwizowanego stylu, tautologii, głupkowatych imitacji, rapsodii poskładanej z resztek zebranych z kloacznych dołów z ekskrementami innych autorów, do lejących się ciurkiem brewerii i głupot, braku artyzmu, pomysłowości, poglądów, dowcipu, wiedzy, do cierpkości, złośliwości, konfabulacji, absurdów, bezczelności, plotkarstwa, do kiepskiej kompozycji, niestrawionego materiału, zadufania, ordynarności, jałowości, monotonii i ironii, do wszystkiego się przyznaję (chociaż z pewną przesadą).

         Więc chyba nie podobna, żebyś myślała, pani Olgo Wiechnik, o mnie gorzej, niż ja myślę o sobie.

         Tak na dobrą sprawę, to nic nie wiem o tej pisarce, o Oldze Wiechnik. Wiadomości internetowe na jej temat są raczej skąpe. Pasują do wielu osób. Jeżeli autorka Paleterówki?… istnieje w realu to najwidoczniej T. Steć miał rację.

         Jeżeli natomiast jakiś figlarz zajmujący się sztuczną inteligencją stworzył taką pisarko-dziennikarkę, to należałoby się zastanowić, dlaczego wlał w nią aż tyle nienawiści?

         Jak widać z załączonego wyżej obrazka miałem w życiu szczęście. Zdarzali mi się adwersarze porządni i mniej porządni. Nie ranguję ich. Nie czepiam się adwersarzy, bo ich szanuję.

         No, nie wszystkich.     To nie powinno dziwić. Prawdą człowieka jest to, co czyni go człowiekiem. Już Max Planck stwierdził, że prawda nigdy nie zwycięża. To tylko jej przeciwnicy wymierają. A to, co propaganda głosiła o prawdzie, tajnych służbach i tzw. wymiarze sprawiedliwości to nie była prawda. To były prawdule.

 Oryginalny sąd na temat prawdy zaprezentował Emil Cioran, przekonując: „Może się zdarzyć, iż w jednej i tej samej sprawie, na temat tego samego faktu będę zmieniał pogląd dziesięć; dwadzieścia, trzydzieści razy w ciągu dnia. I pomyśleć, że za każdym razem ośmielam się, niby ostatni z oszustów, wypowiadać słowo <prawda>!”

         Józef Piłsudski (Myśli, mowy i rozkazy): Siła bez wolności i sprawiedliwości jest tylko przemocą i tyranią. Sprawiedliwość i wolność bez siły jest gadulstwem i dzieciństwem.

***

Biorę sąd marszałka ale także filozofa i eseisty pod uwagę, jednak ośmielę się wnieść korekty. Ustalanie historii służb specjalnych, ale również wymiaru sprawiedliwości w ostatnim siedemdziesięcioleciu w oparciu o materiały IPN przypomina próby zmierzenia dynamiki wzrostu liczby gapowiczów w metrze warszawskim z okna samolotu lecącego nad biegunem południowym.

 Marek Hłasko (Piękni dwudziestoletni): Wymiar sprawiedliwości nie polega na pytaniu, kto jest winien, a kto nie; chodzi o to, aby mieć winnego. Wiem co piszę. Egocentycznie i megalomańsko przerabiałem to na własnej skórze. Teraz wypowiadam z siebie stare czasy. Zalegają we mnie jak niedopita kawa, w której topią się muchy. Propagandyści zawsze, wszędzie i przy każdej okazji uprawiają płatną miłość polityki. Tak było. Tak jest i chyba tak będzie. Jest to prawda tak stara, że, jak twierdzi Stanisław Jerzy Lec, ludzkość jej już nie pamięta.         Co mam z tym zrobić? Biorę akordeon. Gram. Podśpiewuję swoją parafrazę parafrazy (LyneFind) tekstu „Chryzantem”. Idzie to tak:

Jako propagandysta    

Pod pociąg się podłożę
                  Ale nie przejedzie mnie
                  Bo, k.., jedzie po innym torze

Chryzantemy złociste
W półlitrówce po czystej
Stoją na fortepianie
I nie podlewa ich, k…, nikt

Będąc propagandysta

Zdradziłeś „wymiarze” mnie
Rzucę się w morskie fale
Ale nie utopię się
Bo, k…, pływam doskonale

Chryzantemy złociste
W półlitrówce po czystej
Stoją na fortepianie
I nie podlewa ich, k…, nikt

Zdradziłeś „wymiarze” mnie
Rzucę się z wysokości
Ale nie połamię się
Bo, jako propagandysta

Mam, k… gumowe kości

Chryzantemy złociste
W półlitrówce po czystej
Stoją na fortepianie
I nie podlewa ich, k…, nikt

Zdradziłeś „wymiarze” mnie
Pistolet sobie kupię
Ale nie zastrzelę się
Bo, k…, mam „wasz wymiar” w dupie

Chryzantemy złociste
W półlitrówce po czystej
Stoją na fortepianie
I nie podlewa ich, k…, nikt

Chryzantemy złociste
W półlitrówce po czystej
Stoją na fortepianie
I nie podlewa ich, k…, nikt.

Lecę po następną butelkę.

                  Na zakończenie tego wpisu, pochodząca również  z Tłustych kotów „Inwokacja” Polsko! Ojczyzno moja! Kraju, w którym:

        – coś autorytarnego śmierdzi, a nikt nie wie co. Prezydent nie wie. Premier nie wie. Ministrowie i posłowie nie wiedzą. To ja mam wiedzieć?;

                – aliści prezydentów ci u nas dostatek. A co jeden to lepszy. Jak się zapisali w annałach historii:

        JE Lech Wałęsa: Nie chcem, ale muszem;

         JE Aleksander Kwaśniewski: święty goleń, wprowadzenie Polski do NATO i Unii Europejskiej oraz Konstytucją, która dała prezydentowi za mało władzy aby mógł rządzić krajem, ale wystarczająco wiele, aby mógł przeszkadzać premierowi w rządzeniu;

         JE Lecz Kaczyński: powiedzeniem „spieprzaj dziadu!”;

        JE Bronisław Komorowski: orłem czekoladowym i bezsensownym referendum;

         JE Andrzej Duda: pauzami dłuższymi niż utwór 4’33” Johna Cage’a oraz wyręczaniem wymiaru sprawiedliwości; 

         JE Karol Nawrocki: jeszcze nie wiem czym się zapisze. Ale nie mam wątpliwości że będzie to coś równie oryginalnego jak słynne „ustawki”. Na razie sądzi, że jest królem.

         – ludzie kochają uchodźców, a na bramach wieszają tablice: „Uwaga! Złe psy!”;

         – w czasie różnych klęsk żywiołowych większość społeczeństwa pomaga jak może, ale łotry nie wahają się kraść, rabować i zarabiać na nieszczęściu innych;      

         – wszystko jest płatne, najtańsze jest oddychanie, a najdroższe usługi kościelne;

        – ziemia tu i ówdzie zapada się, a w otchłań wpadają nawet cmentarze;     

                 – ludzie kombinują jak rządzących złodziei powiesić za nogi na przydrożnych latarniach jednak na poduszkach haftują portrety przywódców;

                 – z akordeonu mogę wydobyć jedynie marsz ku czci zawołania: gloria victis i parafrazę chryzantem;

         – obywatele krzyczą na siebie bez przerwy, a ludzie są tak agresywni, że psy, nawet pitbulteriery boją się wychodzić na ulice.

         Wierząc Wolterowi twierdzącemu, że: „Historia wielkich wydarzeń na tym świecie zaledwie jest historią jego zbrodni” zapisałem się do „potężnego obozu zdrady narodowej” i zmajstrowałem Tłuste koty wymiaru sprawiedliwości i…

         To „i” jest bardzo ważne, oznacza różne patologie, a nie tylko wynaturzenia wymiaru sprawiedliwości.

         PS

         Honorarium za Tłuste koty… przeznaczyłem na pomoc dla powodzian.

 

 

 

OSTATNI RAPORT DLA JP II

Po mianowaniu kardynała Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową rozpocząłem pisanie do Watykanu tajnych doniesień w formie raportów. Mottem przewodnim tych doniesień był 2. list św. Pawła do Kryntian [1,13]: Nie piszemy Wam bowiem nic innego, jak tylko to, co czytacie i co też rozumiecie, a spodziewam się, że całkowicie zrozumiecie.

         W tym miejscu pozwalam sobie przypomnieć mój ostatni raport przesłany za pośrednictwem Anny Walentynowicz do papieża Jana Pawła III z początku 2025 r.

         To „przypomnienie” piszę w okresie gdy w Kraju Pieroga i Zalewajki rozgorzała ostra dyskusję pomiędzy SEJF-em wywalczonym z Unii Europejskiej przez premiera Donalda Tuska a SEJF O% prezydenta Karola Nawrockiego & Prezesa Adama Glapińskiego. Obie wysokie dyskutujące strony & LUD pozostały przy swoich stanowiskach. Niczym żaba, gdy konia kują próbuje podstawić swoją nogę i ja także podstawiam swoją.  

         Razem z raportem wysłałem do Watykanu dwie swoje książki, wydane w 2002 i 2004 r.: V atakuje. 18 minut, które wstrząsnęły Ameryką oraz Wojna Boga. Co by było, gdyby…? W tych książkach zawarłem analizy i prognozy wojny 4 GW (Fourth Genertion Warfare – teraz wojna hybrydowa), przestrzegając przed terroryzmem.

         Jeżeli myślicie iż coś w metodologii tych działań się zmieniło, to pora wyprowadzić Was z błędu. Zmieniły się personalia, nie metody, no i, oczywiście, system oraz rządzący. A i terroryzm w Kraju Pieroga i Zalewajki już jest, bo jak pisał Feliks Koneczny: „Nikt nie uniknie historii, nawet gdyby się bardzo starał”.

         Dziś wszystko wskazuje na to, że po rozpoczęciu przez Rosję inwazji na Ukrainę i aktywnej pomocy Polski wschodniemu sąsiadowi „odmrożono” część agentury zakonspirowanej jeszcze w latach osiemdziesiątych przez generała Witalija Pawłowa [patrz PS nr 2].

         Po traumatycznych przeżyciach z procesem sądowym, kiedy to oskarżony przez trzy zbrodniarki, byłe komunistki 1. Samodzielnego Batalionu Kobiet w ZSRR rzucił się na mnie szeroko rozumiany wymiar sprawiedliwości poparty „wszystkimi świętymi” z kręgu rządzących. To szemrane postaci, od sejmowej grupy kobiet po ministra sprawiedliwości, prominentów MON i Urzędu kombatantów, abp S. L. Głodzia aż po sekretariat prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, bo „ojczyzna nie zapomina o pisarzu, który marzył o pisaniu prawdy”. [Zobacz: Proces. Kłamstwa, mity, dezinformacje i konfabulacje].

         Aby zadbać z jednej strony o blachę na swoją żelazną dupę, a z drugiej być wierny Herodotowi z Halikarnasu pouczającego, że: …muszę podać, co się opowiada, ale bynajmniej nie jestem zobowiązany w to wierzyć, posłużę się więc fragmentem z Piotra Szulkina:

         Król Ubu: Weźmy na przykład grówno. Spływa do rzeki, rzekami do morza. W morzu gronem odżywiają się ryby. Zaś ryby zjadane są przez narody. Czyż nie jest to zdrada interesu narodowego? Czyż zgoda, aby naszym grównem żywiły się obce narody, nie jest zdradą naszej racji stanu! Weźmy nasze grówno w nasze ręce!

         Lud: Och. Nasze grówno nam ucieka!

         Merdenpot: Tak, tak. Ja, jako uczony, mówię Wan, że z grówna bogactwo narodu może powstać.

          

 

TEZY DO ANALIZY DZIAŁAŃ SŁUŻB SPECJALNYCH III RP

         i niektóre propozycje ich ewentualnego wykorzystania

                                                                         

         Przedmiotem kultu narodowego nie może być tylko samo cierpienie. W drodze swej instynkt twórczy narodu znajduje ujście w apoteozie czynu i wielkości. Bez czci dla wielkości nie ma potęgi państwa.

                                                                                                                                            Ignacy Mościcki

  1. Uwagi wstępne
  2. Hipotezy
  3. Ocena służb specjalnych pod względem kadrowym na tle celów strategicznych służb specjalnych III RP
  4. Prognozy i wnioski
  5. Ocena możliwości wykonania zadań ustawowych służb specjalnych III RP

        

         1.1. W tezach nie uwzględniono powszechnie dostępnych dokumentów normatywnych dotyczących służb specjalnych obu resortów siłowych [MSW/MSWiA oraz MON];

         1.2. Rozpatruje się jedynie rzeczywiste działania taktyczne i operacyjne służb specjalnych, a nie oficjalne stanowiska prezentowane przez szefów tych służb, w których można doszukać się prób wybielania bądź dezinformowania opinii publicznej celem ukrycia prawdy, a w szczególności służebnej roli służb w stosunku do elit politycznych [bez względu na reprezentowaną przez polityków opcję]; 

         1.3. Tezy oparto na:

                  – dostępnych dokumentach służb specjalnych;

                  – materiałach publikowanych oficjalnie;

                  – wypowiedziach funkcjonariuszy [czynnych i w rezerwie];

                  – analizie metod stosowanych przez służby specjalne;

                  – innych źródłach autora.

 

         2.1. Działalność służb specjalnych zawsze implikują względy polityczne;

         2.2. Służby specjalne III RP zbyt często nie działają zgodnie z obowiązkami ustawowymi;

         2.3. Służby specjalne III RP służą głównie elitom „trzymającym władzę” ;

         2.4. Służby specjalne III RP nadal „twórczo” kontynuują tradycje peerelowskich służb specjalnych;

         2.5. Służby specjalne III RP, kontynuując tradycje peerelowskich służb specjalnych nadzwyczaj chętnie posługują się archiwaliami, które niekoniecznie znajdują się w miejscach do tego przeznaczonych, tzn. w archiwach ;

         2.6. Służby specjalne III RP prowadzą oddzielną politykę w:

  1. stosunku do polityków;
  2. stosunku do Kościoła;

         2.7. W relacjach: służby specjalne – politycy [i odwrotnie] od lat wykorzystywane są trzy elementy:

  1. pieniądze;
  2. żądza władzy;
  3. antysemityzm, seksizm i inne fobie.

         2.7. Głównej przyczyny słabości służb specjalnych III RP upatrywać należy:

         – w braku weryfikacji po 1990 r. w wojskowych służbach specjalnych;

         – w nieprecyzyjnej, niekompetentnej weryfikacji przeprowadzonej po 1990 r. w MSW;

         – niewłaściwym systemie rekrutacyjnym kadr.

         – dużej możliwości wpływania na pracę służb specjalnych III RP ze strony obcych wywiadów, głównie metasowieckich, ale nie tylko;

         – instrumentalnym wykorzystywaniu służb specjalnych przez polityków;

         – w chaosie organizacyjnym i wyraźnych trudnościach kierownictwa poszczególnych służb z opanowaniem działalności operacyjno-logistycznej podległych komórek, co skutkuje:

  1. możliwością prowadzenia przez niektórych funkcjonariuszy niekontrolowanych działań pozaprawnych;
  2. możliwością prowadzenia działań operacyjnych w sferze stricte politycznej [popierających lub zwalczających niektóre partie i ugrupowania polityczne];
  3. upolitycznieniem poszczególnych funkcjonariuszy służb specjalnych.

 

         3.1. Analizując cele strategiczne służb specjalnych III RP po 1990 r. widać wyraźnie, iż niezależnie od okresu, zawsze biorą one pod uwagę dwa podstawowe warianty:

  1. gdy w „elitach trzymających władzę” dominują postpeerelczycy, prym w służbach wiodą byli kadrowi pracownicy peerelowskich służb specjalnych;
  2. gdy w „elitach…” przewagę uzyskują metasolidarnościowcy, do głosu dochodzą m.in. byli agenci służb peerelowskich [niewykluczone, że wykorzystywani kapturowo];

         3.2. Realizacja celów strategicznych służb specjalnych III RP jest możliwa dzięki:

  1. ustaleniom zawartym przy Okrągłym Stole;
  2. pozornej reorganizacji służb specjalnych na początku okresu transformacji ustrojowej;
  3. pozornej weryfikacji kadr prowadzonej w MSW, w czasie której jedną z kluczowych ról odgrywał były dyrektor gabinetu ministra spraw wewnętrznych [uprzednio sekretarz KP WOP] płk Czesław Żmuda;
  4. zrezygnowania z jakiejkolwiek weryfikacji w wojskowych służbach specjalnych;
  5. przeprowadzaniu pozorowanych zmian zwanych szumnie reorganizacją służb specjalnych;
  6. aberracyjnym chronieniu po 1990 r. peerelowskich służb wywiadowczych obu resortów siłowych, przypisywanie im działań na rzecz bezpieczeństwa III RP itp.;
  7. nie przyjmowanie do wiadomości, iż peerelowskie służby specjalne [w tym 100 procent wywiadu], działające w systemie zintegrowanych służb specjalnych bloku sowieckiego, nie broniły interesów państwa Polskiego, a zawsze kierowały się tzw. internacjonalizmem, co sprowadzało się do wykonywania zadań na rzecz Związku Sowieckiego [zob. m.in. zakupy dokonane przez agenta M. Zacharskiego w USA];

         3.3. Błędy wymienione w p.3.2. pozwoliły na uaktywnienie „cichej wojny” pomiędzy UOP/ABW a WSI, prowadzonej na wzór bojów pomiędzy Urzędem Bezpieczeństwa a Informacją WP [lata 1945-1954] oraz pomiędzy Służbą Bezpieczeństwa a WSW & Zarząd II Sztabu Generalnego WP [lata 1957-1981]. Wojna ta prowadzona jest w dominującym zakresie w oparciu o zasoby archiwalne wyprowadzone z oficjalnego obiegu obu resortów siłowych i jest wprost proporcjonalna do:

         – walk frakcyjnych rozgrywanych w łonie partii „trzymającej władzę;

         – walk poszczególnych partii, z którymi sympatyzują szeroko rozumiane kierownictwa służb specjalnych;

         3.4. Niezwykle ważnym elementem tych rozgrywek mogą się stać materiały gromadzone [w ramach tzw. integracji służb specjalnych byłych „demoludów”] przez sowieckie służby specjalne [NKWD/KGB & GRU], które pozwalają agenturze Rosji rozdawać karty w niektórych rozgrywkach w III RP. Dotyczy to zarówno p. 2.5.a jak i 2.5.b. W wypadku p. 2.5.a. może to mieć wpływ na:

         – strategiczną politykę państwa;

         – taktykę biznesową [finanse, gospodarka itp.];

         – sprawy kadrowe;

         3.5. Należy brać pod uwagę fakt, że na początku lat 90. najlepsze kadry z kiszczakowo-jaruzelskich służb specjalnych  „oddelegowano” do tworzonych [na mocy porozumień okrągłostołowych] nowych struktur gospodarczo-biznesowych:

  1. z dużą dozą prawdopodobieństwa można przyjąć, że w tych strukturach znalazło się ok. 75-85 % specjalistów z wojskowych służb specjalnych i ok. 65-75 % z MSW;
  2. wedle niepełnej oceny [brak wiarygodnych danych] w ok. 85-95 % liczących się strukturach finansowo-biznesowo-administracyjnych [aż do szczebla rządowego] znaleźli się byli funkcjonariusze peerelowskich służb specjalnych obu resortów siłowych [ten proceder nadal jest kontynuowany, a nawet udoskonalany];
  3. wśród wymienionych w p. 3.4.b funkcjonariuszy można przyjąć, iż zaledwie 5-10 % uplasowano na tzw. etatach niejawnych;
  4. należy zakładać, że wśród wymienionych w p. 3.4.b funkcjonariuszy znajduje się co najmniej 25-35 % agentów obcych wywiadów;
  5. należy pamiętać, że b. pracownicy służb specjalnych, nawet po oficjalnym rozstaniu się ze służbami, w sprzyjającym momencie mogą być „przywołani” i zadaniowani przez byłych przełożonych;
  6. wedle rachunku prawdopodobieństwa oraz analizy metod działania, jak i znajomości stopnia zinfiltrowania peerelowskich służb specjalnych przez obce wywiady wolno przyjąć, iż procentowy skład obcej agentury w strukturach kadr kiszczakowo-jaruzelskich „oddelegowanych” do służby w III RP jest następujący:

         – metasowieckie służby specjalne [Rosja & Białoruś,] 55-65 %

         – niemieckie służby specjalne 15-25 %

         – izraelskie służby specjalne 5-15 %

         – amerykańskie służby specjalne 5-10 %

         – inne [francuskie, brytyjskie, ukraińskie itp.] 10-15%;  

         3.6. Błędy wymienione w pp. 3.2a-d pozwoliły na początku lat 90. na „zmajstrowanie” służb specjalnych III RP z odpadów kadr kiszczakowo-jaruzelskich wspartych tragicznie małymi i równie niekompetentnymi działaczami tzw. opozycji konstruktywnej [koncesjonowanej] naszpikowanej agenturą [niekoniecznie peerelowskich], być może, w niektórych wypadkach, wykorzystywaną kapturowo;

         3.7. Pełne zinfiltrowanie kadr peerelowskich służb specjalnych [głównie wywiadowczych] przez sowieckie służby specjalne pozwoliło zapewne rosyjskim służbom specjalnym na wprowadzenie w newralgiczne struktury kadr służb specjalnych III RP agentury [doraźnej, perspektywicznej, wpływu itp.], z której część najprawdopodobniej zamrożono;

         3.8. Należy brać pod uwagę fakt, że o ile realizacja celów służb specjalnych w stosunku do polityków [p.2.5.a] jest ogólnie dostępna dla kierownictwa służb to w stosunku do Kościoła [p.2.5.b] zarówno cele jak i poszczególne przedsięwzięcia są ściśle zakamuflowane i dostępne jedynie dla najbardziej zaufanych osób, w tym niekoniecznie zajmujących oficjalne stanowiska w ABW, AW bądź WSI. Jest to możliwe, albowiem oficjalne ogłoszenie o zniszczeniu operacyjnych materiałów archiwalnych dot. Kościoła nie jest prawdziwe. Komplet tych materiałów znajduje się w dyspozycji rosyjskich służb specjalnych. Także znaczna część najważniejszych dokumentów została „zabezpieczona” w prywatnych kolekcjach niektórych prominentów peerelowskich, niekoniecznie związanych oficjalnie ze służbami specjalnymi;

         4.1. Należy założyć, iż służby specjalne PRL oraz III RP nigdy nie zamierzały i nie zmierzają do przejścia władzy w państwie.

         4.2. Służby specjalne zawsze czyniły wszystko, by mieć jedynie realny wpływ na „elity trzymające władzę”. W tym celu:

  1. otaczały agenturą rządzących;
  2. metodami operacyjnymi inspirowały decydentów obsadzających kadrowo poszczególne stanowiska [do szczebla premierów włącznie], „podsuwając” im rzekomo niezawodnych kandydatów nawet na stanowiska ministrów itp.;
  3. mimo wszystko, wpływ służb specjalnych na decyzje polityków nigdy nie był i nie jest decydujący;

         4.3. Służby specjalne zawsze ułatwiały i ułatwiają „elitom trzymającym władzę” zdobywanie środków na finansowanie kampanii politycznych. Czynią to poprzez:

  1. tworzenie tzw. czarnych kas;
  2. inspirowanie, a nawet zmuszanie [z szantażem włącznie] poszczególnych biznesmenów do „świadczenia usług”, głównie finansowych na rzecz „elit trzymających władzę” lub elit zamierzających władzę przechwycić;
  3. 4. W przededniu wyborów parlamentarnych i prawdopodobnej zmiany opcji „elit trzymających władzę” służby specjalne będą [już to robią] wykonywać kroki operacyjne celem uplasowania swoich ludzi w przyszłych elitach, które w wyniku wyborów zdobędą władzę. W tym celu:
  4. „zasilają” partie liderujące, w świeże, ale zinfiltrowane kadry;
  5. oferują wytypowanym politykom swoją pomoc;
  6. prowadzą szeroko zakrojoną pracę dezinformacyjną, zasilając konkurujących ze sobą polityków w kompromitujące materiały, prawdziwe, bądź spreparowane. Z częstym wykorzystywaniem metody kapturowej;
  7. przygotowują agenturę do objęcia nowych stanowisk w administracji państwowej itp.

         4.5. Równocześnie służby specjalne III RP, w czasie rządów SLD tak szczodrze doposażone w metapeerelowskie kadry, najprawdopodobniej planując perspektywicznie, liczą się z przejściowym taktycznym oddaniem władzy przez ugrupowania metapeerelowskie [głównie SLD & PSL] i pozwoleniem na utworzenie rządu przez obóz ugrupowań prawicowych, analizują możliwości zbudowania silnej opozycji z koalicjantem (ami) z perspektywą obalenia rządu i doprowadzenia do przedterminowych wyborów, a tym samym ponownego zdobycie władzy przez ugrupowania związane z SLD [w tym z SdPl], jeszcze przed zakończeniem kadencji przyszłego parlamentu [ocenia się, że istnieje 25-35 % szans wybrania tego wariantu];

         4.6. Silnymi punktami grupy metapeerelowskiej w służbach specjalnych III RP są:

  1. scentralizowane, acz nie mające umocowania prawnego, struktury organizacyjne;
  2. skupienie w swoich rękach kluczowych stanowisk w newralgicznych strukturach służb specjalnych, co przy niechęci „elit trzymających władzę” do radykalnego rozwiązania problemu służb specjalnych [nawet mimo pozornych czystek prowadzonych przez nowe ekipy] pozwala na zachowanie stanu posiadania wystarczającego do realizacji planów strategicznych;
  3. uplasowanie [wyprowadzonej z oficjalnej ewidencji ABW i WSI] agentury w kluczowych miejscach gospodarki państwowej i prywatnej, przede wszystkim w strukturach finansowych;
  4. wykorzystywanie agentury do inspirowania pożądanych działań w szeregach przeciwników politycznych, prowadzenia dezinformacji i dezintegracji;
  5. umacnianie szeregów organizacyjnych poprzez umiejętne wykorzystywanie nieskutecznych, bo nieskoordynowanych, nieudokumentowanych [czasami celowo inspirowanych], bardzo ogólnikowych [bez określenia konkretnych celów], a więc łatwych do odparcia ataków na własne szeregi ze strony przeciwników;
  6. posiadanie monopolu na najważniejsze informacje;
  7. posiadanie zdecydowanej przewagi w mediach co pozwala na forsowanie własnych programów i prowadzenie indoktrynacji za pomocą metod socjotechnicznych.

         4.7. Należy rozważyć stworzenie mechanizmów prawnych uniemożliwiających wysokim funkcjonariuszom służb specjalnych przechodzenie po zakończeniu służby do polityki [w tym szczególnie do władz ustawodawczych] oraz na wysokie szczeble administracji państwowej. Byli funkcjonariusze służb specjalnych zarówno jako działacze partii politycznych jak i przedstawiciele administracji państwowej są narażeni na zbyt wiele pokus do prowadzenia działań pozaprawnych. Mogą np. sięgać nie tylko po metody pracy właściwe jedynie służbom specjalnym, ale przede wszystkim wykorzystywać znane sobie dokumenty operacyjne, a nawet agenturalne, nie wspominając już o kontaktach z obcymi służbami specjalnymi.

         4.8. W obecnym systemie prawnym służby specjalne, poprzez wydawanie tzw. certyfikatów dopuszczenia do prac tajnych [od decyzji odmownej nie ma odwołania], mogą utrącić każdego kandydata na stanowisko państwowo-administracyjne. Tym samym służby specjalne mają praktycznie niewidoczny, ale decydujący wpływ na politykę kadrowa państwa. W przeszłości, głównie od drugiej połowy lat 60. było to praktykowane przez grupę tzw. moczarowców, eliminujących w ten sposób wielu przeciwników politycznych. Aby wyeliminować wpływ służb specjalnych na dobór kadr w ważnych strukturach państwa i administracji koniecznym jest ukrócenie tego procederu. Jest to możliwe poprzez stworzenie odpowiednich mechanizmów prawnych odbierających służbom specjalnych rozstrzygający głos w sprawach dopuszczania do prac tajnych.

         5.1. Biorąc powyższe pod uwagę wolno twierdzić, iż w obecnym kształcie zarówno ABW & AW jak i WSI nie są w stanie należycie wykonywać postawionych przed nimi zadań ustawowych;

         5.2. Analizując dokonania służb specjalnych III RP widać wyraźnie, że jakakolwiek reorganizacja tych służb nie da żadnych gwarancji zbudowania właściwie funkcjonujących, zdolnych do wykonania podstawowych zadań, w pełni suwerennych służb;

         5.3. W tej sytuacji jedynym rozsądnym wyjściem jest zbudowanie służb specjalnych od podstaw. W tym celu należy:

  1. odrzucić bezpodstawne twierdzenia, jakoby budowa służb specjalnych od podstaw, zagrażała bezpieczeństwu państwa;
  2. powołać parlamentarną komisję w celu wyłonienia komitetu i powierzenie mu organizacji służb specjalnych, wolnych od naleciałości peerelowskich, kombatanckich i jakichkolwiek innych;
  3. budowę nowych służb oprzeć na osobach młodych, nie uwikłanych w przeszłość kombatancką;
  4. tak zbudowane służby specjalne uwolnić od nacisków politycznych;

         5.4. Warunkiem sine qua non stworzenia profesjonalnych służb specjalnych, zdolnych do zapewnienia bezpieczeństwa wewnętrznego i zewnętrznego III RP jest znalezienie consensusu politycznego większości elit w Parlamencie.

         5.5. Odrębnego potraktowania wymaga ustalenie perspektyw działania służb specjalnych III RP w stosunku do p. 2.5.b. Ma to związek z materiałami archiwalnymi znajdującymi się poza oficjalnym obiegiem w kraju, jak i z zasobami zgromadzonymi przez rosyjskie służby specjalne. W skład tych materiałów wchodzą m.in.

  1. dokumentacje z rutynowych przedsięwzięć operacyjnych podejmowanych przez peerelowskie służby specjalne przeciwko Kościołowi [teczka na każdego księdza];
  2. materiałów dezinformacyjnych sporządzanych m.in. we współpracy z sowieckimi, enerdowskimi i czechosłowackimi służbami specjalnymi;

         5.6. W związku z p. 5.5.b, po odejściu Ojca Świętego, należy się liczyć z możliwością zaatakowania Kościoła poprzez wykorzystania przez rosyjskie służby specjalne [oraz agenturę tych służb w Polsce] materiałów zgromadzonych w ramach przygotowywanych prowokacji przeciwko ówczesnemu kard. K. Wojtyle [m.in. zestaw materiałów dezinformacyjnych związanych z tzw. aferą Czerwonej Oberży];

     

         6.1. Przez „elity trzymające władzę” należy rozumieć ścisłe kierownictwo partii rządzącej [bez względu na wyznawaną opcję polityczną], wsparte pojedynczymi osobami z partii ewentualnych koalicjantów;

         6.2. Świadczy o tym m.in. wypowiedź L. Millera: „Wielu myśli, że kupili sobie milczenie i że ich tajemnice spoczywają w archiwach MSW. Ale być może nie wszystko znajduje się na Rakowieckiej”. Cytat za „Wprost” z dnia 27 grudnia 1992 r.

         6.3.   31 lipca 1981 r. Sejm PRL zatwierdził kandydaturę gen. Cz. Kiszczaka na stanowisko ministra spraw wewnętrznych. Jednym z wielu zadań generała było ukrócenie „wojny” pomiędzy służbami specjalnymi obu resortów siłowych. Nowy minister zaczął urzędowanie od dyscyplinowania podwładnych, ściągania zaufanych osób z wojska i reorganizacji resortu. Kiszczak dyscyplinowanie osiągał poprzez karanie, degradowanie i wyrzucanie niewygodnych funkcjonariuszy. Byłoby to bardzo słuszne postępowanie, gdyby eliminowano z resortu funkcjonariuszy brutalnych, nieprzestrzegających prawa, hołdujących metodom pozaprawnym, skompromitowanym itp. Niestety, nie były to kryteria zauważane przez świeżego ministra. Kiszczakowi chodziło – jak się wydaje – o oczyszczenie przedpola dla swoich zaufańców z WSW, którzy zajmowali opróżnione fotele i rychło zapracowali na miano desantu aniołów z WSW. Takie postępowanie również nie byłoby niczym dziwnym, gdyby z WSW ściągnięto wybitnych fachowców służb specjalnych, a nie nieudaczników dbających o umocnienie sitwy, kariery zawodowe, łowców zaszczytów i nie tylko. Ba, ale jak można było z WSW ściągać uczciwych fachowców, skoro ich tam nigdy nie było.     Prace reorganizacyjne nad resortem [który na pewno wymagał zmian, ale nie takich] rozłożono na dłuższy okres. Analiza przemeblowywania resortu wskazuje, że gen. Kiszczak, wprowadzając nowe struktury wzorował się na byłym MBP, GZI WP i przede wszystkim na modelu sowieckim. Powstał stwór trudny do kierowania, w którym były możliwości jeszcze szerszego niż do tej pory, posługiwania się metodami pozaprawnymi. Wiele pociągnięć organizacyjnych wewnątrz resortu wskazuje, że nowemu ministrowi właśnie o to chodziło. Sam generał również chętnie posługiwał się takimi metodami, a najbardziej spektakularnym tego przejawem była sprawa związana z morderstwem Grzegorza Przemyka. Było to również widoczne, choć w bardziej zawoalowanej formie przy morderstwie ks. Jerzego Popiełuszki.    Reorganizację zaczęto od utworzenia służb [kierowanych przez wiceministrów] i nowych departamentów. Z kolei w poszczególnych departamentach przystąpiono do organizowania tajnych struktur przeznaczonych do realizacji zadań specjalnych. Przykładem takiego działania może być Zespół Operacyjny Departamentu III MSW. Analiza reformy służb specjalnych III RP, dokonana przez Z. Siemiątkowskiego wskazuje na wiele podobieństw metodologicznych z reformą Kiszczaka.

         6.4 Wedle szacunkowych wyliczeń, liczba współpracowników i innych aktywów rosyjskich [w tym także białoruskich] służb specjalnych w Polsce jest następująca:

  1. a) agenci: – w latach 1981-1989 KGB miało w Polsce rezydentury w każdym wojewódzkim mieście, co daje 49 jednostek plus centrala. Każda jednostka dysponowała (średnio) minimum 10 rezydentami, którymi kierował kadrowy pracownik wywiadu. Każdy rezydent miał na kontakcie (średnio) około 10 agentów. W sumie daje to około 50 kadrowych pracowników KGB (obecnie jednej ze służb rosyjskich), 500 rezydentów (którymi mogą być np. repatrianci, przedstawiciele różnych instytucji rosyjskich działających w Polsce, doświadczeni, sprawdzeni w działaniu agenci rekrutujący się chociażby z byłych studentów uczelni ZSRR, pracowników zatrudnionych na budowach b. Związku Radzieckiego itp.) i 5000 agentów. Jest to zapewne niezbędne minimum stanu posiadania rosyjskich służb specjalnych w Polsce, które chociażby ze względu na nasze mocne zaangażowanie w NATO i członkostwo w UE sprawę traktują nadzwyczaj poważnie, albowiem ich analitycy sowieccy już dawno przewidzieli, że wcześniej czy później Polska znajdzie się w strukturach obronnych Zachodu;
  2. b) teczki: – posiadanie teczki, nawet na Łubiance, nie oznacza jeszcze, że dana osoba była, jest lub musi być w przyszłości agentem, informatorem itp. Taka teczka może czasami świadczyć o czymś zgoła przeciwnym. Wedle niesprawdzonych informacji (pochodzących tylko z jednego źródła -„zaprzyjaźnionego” z autorem podpułkownika KGB, wcześniej GRU) pod koniec lat osiemdziesiątych w archiwach Łubianki znajdowało się około miliona teczek obywateli Polskich. Były to dokumenty, w sporadycznych wypadkach sięgające jeszcze czasów przedwojennych. Takie teczki mieli zarówno komuniści, jak i antykomuniści. Chociaż tych ostatnich było znacznie mniej. Antykomunistów w ZSRR należy szukać w ziemi, nie w archiwach. Teczki zakładano na osoby, które w jakiś sposób, nawet mimowolny, weszły w kontakt z instytucjami sowieckimi. Po akcji czyszczenia dokumentacji (były takie nie tylko w Polsce) pozostawiono około pół miliona teczek dotyczących spraw polskich. Na ten zbiór składają się:

         – „łupy” grupy KGB w Polsce (przedtem funkcjonariuszy gen. Iwana Sierowa i innych doradców NKWD w MBP, ok. 1000 oficerów NKWD), głównie otrzymywane w sposób legalny. Autorowi wiadomo, że np. Departament IV MSW przekazał materiały dotyczące Kościoła (w tym kilkadziesiąt tysięcy klatek mikrofilmowych dotyczących wszystkich księży w Polsce, z których każdy miał oddzielną teczkę w Departamencie IV). Wolno przypuszczać, że w podobny sposób potraktowały sojuszników pozostałe departamenty. Na pewno uczyniły to Departamenty I, II, III i V w stosunku do opozycjonistów (chociażby w ramach współpracy z rezydenturą KGB w latach 1980-1989);

         – wyselekcjonowane materiały dotyczące obywateli PRL – byłych studentów uczelni sowieckich (bez uczelni wojskowych. Te materiały znajdują się w gestii GRU);

         – wyselekcjonowane materiały dotyczące obywateli PRL – byłych pracowników zatrudnionych na budowach b. ZSRR;

         – wyselekcjonowane materiały dotyczące obywateli PRL utrzymujących kontakty z Rosjanami (rodzinne, towarzyskie, służbowe).

         W tym zbiorze nigdy nie było teczek dotyczących agentury. Jak dotąd, świat nie zna żadnego wypadku przedostanie się na zewnątrz materiałów dotyczących agentury NKWD/KGB, chyba, że Firma sama zadecyduje o „przecieku”. Owszem, były pojedyncze wpadki, ale nie pochodziły one z kartoteki a z mózgów osób, które zdradziły Imperium. Zważywszy liczbę osób zatrudnionych w sowieckich służbach specjalnych zdrajców było jednak bardzo mało. Jakieś 5-10 procent tego co w Peerel.

         6.5.. Wedle inf. autora, w latach 80., wśród ok. 9 tys. dziennikarzy, służby specjalne MSW [departamenty I, II, III i V] dysponowały  500 rezydentami, z których każdy obsługiwał 10-12 agentów. Po 1990 r. ocenia się, że w prasie, radiu i TV pracowało[uje] ok. 1200-1500 osób związanych w przeszłości ze służbami specjalnymi PRL i ok. 20-40 osób związanych ze służbami b. ZSRR.

 

         PS 1.

         Dobrym przykładem dla dokonania porównań działań służb specjalnych III RP do pracy kiszczakowo-jaruzelskich służb specjalnych z lat 80. jest zanalizowanie stworzonej przez gen. Kiszczaka specjalnej, ściśle tajnej struktury w łonie SB wzorowanej na Departamencie X byłego MBP. Dokument ten ogłosiłem w książce Byłem gorylem Jaruzelskiego [Wyd. Reporter, Warszawa 1993] oraz powtórzyłem w W. Jaruzelski. Ból władzy [Wyd. CB, Warszawa 2001]. 

 

         PS 2. W czasie jednej z ostatnich moich rozmów z generałem W. Pożogą zapytałem byłego szefa Wywiadu i Kontrwywiadu iloma agentami dysponował generał Witali Pawłow (rezydent KGB w Polsce) i co się stało z jego delatorami po skończonej misji Pawłowa w Warszawie.  Gen. Pożoga przypomniał mi, że był instrukcyjny zakaz interesowania się agentami państw sojuszniczych więc MSW oraz WSW nie mają na ten temat żadnych informacji. Można natomiast postawić hipotezę na podstawie znajomości służb sowieckich, że było ich kilka tysięcy. A co się z nimi stało? Bóg raczy wiedzieć. Przyciśnięty generał przyznał, że najprawdopodobniej znaczna część agentury KGB i GRU została „zamrożona” już na początku lat osiemdziesiątych.  Dokonałem [patrz raport: p 6.4 a, b] szacunkowych wyliczeń i przestawiłem byłemu I zastępcy ministra Cz. Kiszczaka. General oświadczył, że moje wyliczenie jest być może bliskie prawdy. Natomiast zakonspirowani agenci, czekając na sygnał „odmrożenia” nie będą prowadzić pracy typowo wywiadowczej ale będą się starali robić kariery w miejscu zatrudnienia i typować ludzi na wypadek pojęcia aktywnych działań np. terrorystycznych czy rozpoznawczych. Takie „zamrożenie” może trwać kilka lub kilkanaście lat.           

 

         PS 3. Z niedowierzaniem czytałem materiał pt. „Wywiadowca” [„Newsweek” 13.06.2004] o „odkryciu nieznanej wcześniej historykom struktury: Agenturalnego Wywiadu Operacyjnego”. Żenująca ignorancja!!!! Mylenie pojęć, zapominanie, że owa tajemnicza struktura znana jest już nie tylko historykom, ale zwykłym zjadaczom chleba co najmniej od 2. wojny światowej.

 

ZNOWU O BOMBIE ATOMOWEJ…

P.T. Czytelnicy!

Jesteście przecież dość bystrzy

By pojąć własną głupotę

A że niczego w życiu nie należy się bać

Należy wszystko zrozumieć.

I jeszcze jedno

Ktokolwiek wierzy

W sprawiedliwość na świecie

Ten jest fałszywie poinformowany.

Stańcie się więc rewidentem ludzkiej głupoty

Mojej także!

A teraz czytajcie, bo niegdysiejszy myśliciel Kierkegaard stwierdził, że „życie zrozumieć można, tylko patrząc wstecz, lecz przeżyć je trzeba, patrząc w przód”.

         ***

         Co jakiś czas wracają mrzonki, a nawet poważne spekulacje o tym, że dobrze byłoby aby Kraj Pieroga i Zalewajki (KPiZ) miał bombkę atomową. Wiem to od otoczenia Jego Ekscelencji Pana Prezydenta doktora Karola Nawrockiego.

          Te mrzonki są tak samo atrakcyjne jak tęsknota za kolonoskopią.

         ***

         Przy okazji wspomnę, że niegdysiejsza Ukraina też miała „bombkę”, a nawet kilka, które dziś, w obliczu agresji Rosji, byłyby jak znalazł.

         Ale Ukraina dała się nabrać na „gwarancje” mocarstw zachodnich – USA i Anglii, no i, oczywiście, a jakże, także Rosji…

         I dupa zimna!!!!!!!!!!!!!!!

         Jest jak jest.

         ***

         Zastanawialiście się kiedyś ile są warte tzw. „gwarancje”, nawet najpoważniejszych państw? Wierzycie w papierowe „gwarancje”?

         Naprawdę wierzycie, np. w artykuł 5. Traktatu o NATO?

         Czy wydarzenia Kraju Pieroga i Zalewajki z „gwarancjami” z czasów II wojny światowej, a teraz Ukrainy z iluzorycznymi gwarancjami w zamian za oddanie drugiego w Europie arsenału nuklearnego wschodniemu sąsiadowi nic Wam nie mówi?

         ***

         I nagle rozpostarło się wokół mnie królestwo z tego świata- kraina głupoty.

         A głupota przecież nie wynika z braku wiedzy, a rozumu. I tylko rozumu!

         ***

         Azaliż było tak:

         W planach zdobycia „bombki” dla KPiZ miałem swój skromny udział. A że od niemowlęcia miałem niewybredne nawyki niekiedy w swoich publikacjach przypominałem jak to wyglądało.

         Mając świadomość, że niewybredne nawyki nie są niczym zdrożnym, gdyż człowiek pozbawiony złych nawyków może mieć gorsze wracam do tego tematu po raz kolejny.

         ***

         Niegdyś sporo rabanu medialnego narobiło doniesienie wiceministra MON Tomasza Szatkowskiego, że w ministerstwie obrony rozważane są konkretnie kroki  zmierzające do dostępu III RP do broni nuklearnej.

         Różni domorośli, ale nie tylko, eksperci, ale także mądrzy ludzie wypowiadali się na ten temat ocieniając bąknięcie wiceministra jak najgorzej. 

         Jedynie niezawodny w propagowaniu głupot Jacek Sasin, polihistor i prominentny aparatczyk PIS, zawsze gotowy do poparcia czegoś idiotycznego, tym razem wykazał dość zdrowego rozsądku aby stwierdzić, że sprawa nie jest przecież nowa.

         Już na początku lat 90. Odnowiony Kraj Pieroga i Zalewajki planował zakupić od Ukrainy jedną lub parę głowic nuklearnych.          Gorącym zwolennikiem tego pomysłu był ówczesny  minister obrony narodowej Jan Parys, który przekonał prezydenta Wałęsę aby wyłożył milion dolarów na ten cel.

         ***

         Sprawę, jak zwykle, majdrowały służby specjalne ostro zaprzyjaźnione ze służbami ukraińskimi.

         Znałem niektórych funkcjonariuszy z widzenia, a niektórych nawet dobrze. Nie chcę wymieniać żadnych nazwisk. Gdy to kiedyś czyniłem pisząc o nich, a nawet gardłując w telewizji i radiu, moi przyjaciele ginęli jak muchy. Ich niespodziewanych, ale zawsze tragicznych śmierci nie udało się wyjaśnić do dziś.

         ***

         W sprawie zakupu arsenału jądrowego u sąsiada na początku wszystko było na dobrej drodze. Bałagan na Ukrainie był wszechpotężny. Jakieś sto razy większy niż w KPiZ.

         Błyskawicznie doszło do obgadania najważniejszych spraw. Transakcja była jak najbardziej możliwa, bo kontrahenci byli dobrymi znajomymi jeszcze z czasów gdy oba państwa podlegały jurysdykcji sowieckiej.

         Ale nagle sprawa transakcji spaliła na panewce.

         O co poszło? Nie wiadomo.

         A Jak nie wiadomo, to chodzi oczywiście o pieniądze.

         ***

         Ukraińcy zgodzili się na milion dolarów za głowice, ale zażądali dodatkowo 300 tys. USD na łapówki  dla polityków, generałów i celników zamieszanych w geszeft.

         ***

         Znany z wielkiej uczciwości prezydent Wałęsa odmówił finansowania łapówki.

         Sprawa się ryła.

         ***

         Nie mieliśmy broni atomowej, ale mieliśmy wolną drogę do wstąpienia do NATO i Unii Europejskiej. Nie muszę dodawać, że gdyby transakcja się udała byłoby to niemożliwe.

         Kto stał za sprawą tej kombinacji operacyjnej? Nie bardzo wiadomo. Wolno przypuszczać, że byli to peerelowscy generałowie którzy otoczyli L. Wałęsę ciaśniej niż urokliwe sekretarki dawnego reżimu.

         Generałom nie należy się dziwić. Musieli mieć zakarbowane w pamięci, że był w Peerelu czas gdy Wojsko Polskie zwane „Ludowym” mogło użyć 90 ładunków jądrowych realizując plan natarcia na Zachód w ramach naszego Nadmorskiego Kierunku Operacyjnego.

         Mieliśmy przecież dwie Brygady Rakiet Operacyjno-Taktycznych (BROT w Bolesławcu i Orzyszu).

         ***

         Rakiety były zdolne do przenoszenia ładunków jądrowych. Nie mieliśmy natomiast samych głowic. Ale, głowice były w pobliżu.

         W Świętoszowie koło Bolesława stacjonował sowiecki pułk czołgów strzegący magazynów z głowicami nuklearnymi. Z dowódcą sowieckiego pułku czołgów zakolegowany był dowódca Łużyckiej Brygady Wojsk Ochrony Pogranicza z Lubania, pułkownik Ryszard Bartoszewicz, który do dziś wypiera się, że wiedział o głowicach nuklearnych zachomikowany w specjalnych bunkrach.

         Pułkownikowi można chyba wierzyć. Ja także bunkry widziałem, a co w nich było nie miałem pojęcia.

         O arsenale jądrowym rozmieszczonym na ziemiach polskich musiało jednak wiedzieć kierownictwo ministerstwa obrony narodowej z generałami Jaruzelskim, Siwickim, Molczykiem itp.

  BROT w Orzyszu miał być zaopatrywany w głowice zmagazynowane w Kaliningradzie.

         ***

         O operacji zaczepnej frontu nadmorskiego WP pisałem w kontekście sprawy płk. R. Kuklińskiego w książce: As CIA i…. W kręgu donosów, mitów i faktów o Ryszardzie pułkowniku Kuklińskim. Tu maleńki fragment tej książki z niewielkimi zmianami:

… Ciekawe jest, dlaczego R. Kukliński po uchyleniu wyroku śmierci i pełnej rehabilitacji (była w tym duża zasługa Leszka Millera i prokuratury naciągającej prawo polskie niczym gumę w prezerwatywie), w czasie odwiedzin Polski nie chciał się spotkać nie tylko z dawnymi kolegami ze Sztabu Generalnego WP, ale także z oficerami z żeglarskiego klubu „Atol”, którego był członkiem i z którymi jachtem „Legia” odbywał wiele rejsów po Bałtyku i Morzu Północnym. Byli to oficerowie: Mieczysław Dachowski, Stanisław Radaj, Edward Rogala, Wiesław Witkow, Włodzimierz Bauer.

         To była wytworna paczka pułkowników Sztabu Generalnego WP i wilków morskich. Byłem z nimi zakolegowany na morzu i w gabinetach sztabu generalnego.

         ***

         Tak, to byli oficerowie purytańscy. Purytanin na purytaninie siedział. Bratali się jeno jako żeglarze. Dodatkowo misje wywiadowcze ułatwiały zbratanie. 

         Słuchali jedynie szefa Sztabu Generalnego WP. ale przykład z karności brali od najwyższego wodza generała Wojciecha Jaruzelskiego, któremu nadworny goryl generała pułkownik Artur Gotówko nadał ksywę „Wojciech Szabelka”. 

         Najwyższy przełożony wszystkich żołnierzy, a gdy został I Sekretarzem przewodniej partii także reszty Polaków. Generał słuchał jedynie Moskwy. Gdy Breżniew rozkazał Jaruzelskiemu: „Skacz”, to generał  pytał tyko: „Na kogo?”

         ***

         I W. Jaruzelski skakał bez wahania. W 1970 r. skoczył tylko na społeczeństwo Wybrzeża, a w jedenaście lat później na cały naród.

         I to było dobre!

         Dla kogo dobre?

         Tego dylematu nie rozstrzygnięto do dziś.

         Rozważania trwają.

 

CZĘŚĆ MIAŁA WEJŚĆ DO „NIESPOKOJNEJ GRANICY” ALBO „AMETYSTOWEGO BATALIONU”. ALE NIE WESZŁO! WESZŁO DO INNEJ

Książka musi mieć coś, czego ja nie potrafię do końca zrozumieć, azali coś, co potrafię zrozumieć, ani trochę mnie nie interesuje. Tak jest i tym razem.

Przez wiele lat byłem zainspirowany słowami Ernesta Hemingwaya użytymi przez noblistę jako „słowo wstępne” w Zielonych wzgórzach Afryki:W przeciwieństwie do wielu powieści żadna z postaci ani epizodów w tej książce nie jest zmyślona. Każdemu kto nie znajduje w niej dostatecznego wątku miłosnego, wolno przy czytaniu podstawić taki wątek miłosny, jaki on czy ona może mieć w danej chwili. Autor spróbował napisać absolutnie prawdziwą książkę, aby przekonać się,  czy obraz kraju i zarys wydarzeń  życia, jeżeli są przedstawione prawdziwie, mogą współzawodniczyć z dziełem wyobraźni.

W taki sposób zacząłem książkę o generale Sławomirze Petelickim: Była sobie raz, na obrzeżach dzisiejszego Kraju Pieroga i Zalewajki smutna kraina, najsmutniejsza z krain, tak smutna, że zapomniała skąd wzięła się jej nazwa. Gdy na nią popatrzeć z pobliskiego Samolotu, albo z Krogulca przypominała orła. I kraina została Orlem. Jej historia wygląda niczym diaboliczna baśń. Przez kilka lat byłem jej cząstką.            

Wiem, że pisanina moja nie odda nawet setnej części tego, co widziałem, słyszałem, czego byłem świadkiem, w czym brałem udział. Ten bezgramatyczny, bezstylistyczny, bezbarwny, bezzapachowy, żołniersko-poligonowy język jest za ubogi, za krótki, zbyt poskręcany, zakałapućkany, zaruszczony, zaangliczony, zbezczeszczony, zgermanizowany, zuliczony, zubeczony, zewsiony, splugawiony, zwojskowiony…

Czy takim językiem można opowiedzieć coś interesującego? Ale z drugiej strony, jeżeli przez półwieku nazywano mnie wariatem i oszołomem, uważam, że wreszcie na te określenia zapracowałem. Bo wariat to ktoś taki, kto opowiada coś, czego jeszcze nikt inny nie przeżył i nie opowiedział, a wielu nie potrafi tego zrozumieć. A, tak rzeczywiście uważan, lepiej jest chyba przeżyć przeciętne życie w nieprzeciętny sposób, niż na odwrót. Bo życie to pociąg ekspresowy w jedną stronę. Czy ta książka, której wyimki tu przedstawia jest autobiografią? Nie! Wierzę Heinrichowi Heinemu, że nie ma prawdziwej autobiografii, bo człowiek zawsze kłamie, kiedy mówi o sobie samym.

Zawsze chętnie chodziłem do cyrku w nadziei, że ujrzę lwy i niedźwiedzie walczące o szczątki rozszarpanego tresera lub chociażby konia ciągnącego amazonkę, która uderza rytmicznie głową o krawędź areny z nogą uwięzioną w strzemieniu.

Nie zobaczyłem takich scen. Może dlatego wysłuchiwałem ludzi opowiadających, co potrafią robić służby specjalne. Różnica polega na tym, że w cyrku dramaty rozgrywają się przypadkowo i zawsze przez pomyłkę i zawsze jawnie. Natomiast w specsłużbach wydarzenia są starannie maskowane, ale precyzyjnie zaplanowane.          Obcując z oficerami tych służb widać wyraźnie jak wielu z nich ma cechy rasistów, seksistów, mizoginów bądź innych frustratów. Trzeba żelaznej odporności, aby w tej sytuacji uniknąć rozszczepienia umysłu, czyli paranoi lub zaburzeń umysłu, dawniej także – paranoi. Szczególnie ta ostatnia, charakteryzująca się między innymi manią prześladowczą jest niebezpieczna, może bowiem spowodować targnięcie się na własne życie.

Zbyt wielu moich znajomych, parających się tajnymi działaniami popełniło samobójstwa bym o tym zapomniał. Latami atakował mnie kicz propagandowo-polityczny mający udowodnić, że świat jest inny niż jest i że służby specjalne z dramatami nie mają nic wspólnego. A przecież zadaniem piszącego jest wątpienie i prowokacja, nie udowadnianie, że świat, w tym świat służb specjalnych, jest piękny, efektowny i pachnący jak fiołki wonne, hiacynty lub kocimiętka Faassena.

    Dlatego poważyłem się skreślić kilka słów o miłości i wierności wyznawanym zasadom, o polityce i alkoholu, o walce z życiem i śmiercią, bo są to sprawy – tak uważam – niepodlegające przeterminowaniu.

Moją wyobraźnię i wrażliwość, a raczej jej brak, kształtowały góry, woda i miejsca, w które mnie rzucano w czasie 37-letniej służby w Wojskach Ochrony Pogranicza (WOP) i Straży Granicznej.  No i ludzie, od których zależały moje losy lub, których los zależał ode mnie i ludzie, z którymi się stykałem przy różnych okazjach.

Góry – głównie Tatry i Sudety. Ale także Kaukaz i Hindukusz. Woda – jeziora i morza. Góry i morza to jedne takie miejsca gdzie kręte szlaki ludzkiego umysłu prostują poskręcane myśli. Ale tak naprawdę dlaczego się wspinałem, żeglowałem nie potrafię wyjaśnić? Po prostu nie wiem. Podobno dla niektórych ludzi wspinaczka i żeglarstwo jest konieczne. Tak jak konieczne jest oddychanie, jedzenie, miłość. Bo powietrze, jedzenie i miłość istnieją, aczkolwiek to ostatnie nie jest takie pewne.

A miejsca? Ha! Byłem żołnierzem. Obowiązywały mnie rozkazy. Szybko nudziłem się przełożonym. Wprost bito się o mnie. Jedni chcieli pozbyć się mnie. Drudzy marzyli, aby mnie nie przyjąć. Ja nie miałem nic do gadania. Będąc kawalerem rzadko zagrzewałem gdzieś dłużej miejsce.

    Po skończeniu Oficerskiej Szkoły WOP wylądowałem w Szczecinie w Szkole Podoficerskiej Pomorskiej Brygady WOP. Jako zastępca dowódcy kompanii brałem udział w odbudowie Zamku Szczecińskiego. Następnie w Kołbaskowie nie robiłem nic specjalnego, ograniczają się do dawania podwładnym w dupę. Następnie w Warszawie, gdzie jako dowódca specjalnej grupy żołnierzy WOP budowałem obiekty w stolicy, a także porządkowałem ruiny Zamku Warszawskiego. No i znowu w Kołbaskowie.

Potem były oparte jedną stroną o Izerę Orle w Górach Izerskich i Szklarska Poręba, przepołowiona przez Kamienną na część karkonoską i izerską oraz Lubań okolony przez Kwisę.

W 1979 r. wróciłem do Warszawy stając się ni to psem, ni to wydrą, czyli dziennikarzem, w dodatku wojskowym. Wymyśliłem wówczas nie spiskową tajną teorię spiskową.

Zakłada ona, że kto wierzy w spiski, jest idiotą, a kto nie wierzy, jest jedynie kretynem. Żmijowatą rolę w mojej teorii odgrywają służby specjalne. To zaś, że służby mogą odgrywać wredną rolę, jest winą kobiet, które rodzą dzieci. Z ich potomstwa wyrastają funkcjonariusze służb specjalnych. Jest to rozumowanie tak logiczne, jak teoria, że przyczyną katastrofy smoleńskiej był zamach, za którym stali Bronisław Komorowski, Donald Tusk i mój niegdysiejszy przyjaciel lejtnant Władimir Putin. Gdy go poznałem był zaledwie lejtnantem i sprawia wrażenie inteligentnego, a nie wariata i zbrodniarza, którym stal się po zdobyciu władzy absolutnej.

W naszej formacji wopowskiej, a po transformacji ustrojowej także Straży Granicznej kwitło koleżeństwo. Stale go rozwijaliśmy dzięki staraniom partii, dowództw jednostek, WSW, nadzorców politycznych (w WOP oficerów politycznych, a w Starzy Granicznej kapelanów), no i, oczywiście, alkoholu. Od szeregowego do generała tkwiliśmy w niekwestionowanej wierze w wyższość ustroju socjalistycznego nad kapitalistycznym (obecnie – demokracji, nad zamordyzmem) ufając każdemu i jednocześnie stale spodziewając się, że ktoś, jakiś zwykły kapuś albo jedynie sygnalista, wystawi nas do wiatru. Napisze na nas donos lub zamelduje przełożonym, że gdy nadużyjemy spoglądamy na wschód (dziś – na zachód) i głupio się uśmiechamy. Poza tym bez krztyny alkoholu trudno byłoby przeciętnym śmiertelnikom zrozumieć niektóre decyzje, niegdysiejszych ale także obecnych rządzących.

    Ja, zwykły pesel, także piłem. Uważam bowiem, że alkohol niszczy komórki mózgowe. Ale tylko te słabe. Zostają tylko elitarne. Więc alkohol pity nawet w dużych ilościach nie szkodzi. Istnieją wprawdzie ludzie niepodzielający moich poglądów, szermujący poglądami o wyższości abstynencji nad ludźmi używających alkoholu w celu wpuszczenia do swojej duszy baśniowego nastroju. No i Bóg z nimi. Nie wierzę im, przecież również famulusi Boga na ziemi piją wznosząc publicznie kielichy z nielichym trunkiem. Tak, nie wierzą abstynentom jeszcze z innego powodu. Otóż abstynenci nie piją bo się boją. Boją się, że po pijaku powiedzą o sobie coś, czego inni nie powinni wiedzieć.

Na początku tzw. kariery wojskowej moją pasją, oprócz gór i żeglarstwa, były skarby i zamki. Wspominałem już, że Szczecinie  razem ze swoimi podwładnymi odbudowywałem Zamek Szczeciński, a w Warszawie – Zamek Królewski. Na Dolnym Śląsku myszkowałem po pałacach, które szczęśliwie przetrwały zawieruchę wojennej, ale nie przetrwały przekazania ich w gestię PGR. Pałace już w latach 50. były dokumentnie zdewastowane.  

Miałem nadzieję znaleźć coś ekstra. Niestety, Niemcy, Sowieci, szabrownicy i PGR-y nie zostawili mojemu pokoleniu nic, absolutnie nic, co stanowiłoby jakąkolwiek wartość. Z zamku szczecińskiego zachomikowałem kawałek odłupanego tynku, z warszawskiego ułomek cegły, a ze zrujnowanych pałaców zdjęcia. Buszowanie nie poszło jednak na marne. Pozwoliło mi wzbogacić polską historiografię o nową teorię dotyczących potopów przewalających się przez Kraj Pieroga i Zalewajki. Wedle mnie, dla kultury polskiej istotne były cztery potopy: Szwedzki, Niemiecki, Sowiecki i Pegeerowski. 

Od najmłodszych lat goniłem za cycatkami. Pod koniec 1963 r. jedną złapałem. Była łagodną gęsią domową o oczach niewiniątka, które mnie zachwyciły. Miała na imię Jola. Ożeniłem się. Jola może nie była tak piękna jak aktorka Gina Lollobrigida czy nartostrada ze Szrenicy, ale za to biegała najwolniej. Poza tym była opiekuńcza, miła i sympatyczna. Nigdy nie przyszło mi na myśl, aby, wzorem niektórych kolegów, celebrytów i prominentów, wymieniać ją na nowy model. Jesteśmy razem do dziś. Jola chyba kilka razy uratowała mi życie. Nie wiem, czy robiła to z miłości, czy z obawy bycia wdową.

Małżeństwo, nawet w socjalizmie robi z mężczyzn różne rzeczy. Ja się ustatkowałem. Tak jak większość żonatych ludzi, chciałem być przyzwoitym, dyskretnym, mądrym i kreatywnym człowiekiem, przyjacielskim, a nawet dobrym obywatelem i patriotą. Uważając, że życie jest fantastycznie ciekawe, ale krótkie jak przeciąg, opowiadałem to, co wiedziałem i widziałem.

    To się nie mogło podobać. Szczególnie entuzjastycznie oceniali moje postępowanie kolejni dowódcy WOP, generałowie Eugeniusz Dostojewski, Mieczysław Dębicki, Czesław Stopiński i Feliks Stramik. Ci generałowie mieli w sobie wiele miłości. Do siebie. I pomimo, że na ich twarzach nieustannie gościło zatroskanie o losy socraju, żaden z nich nie zrobił mi nigdy krzywdy. Może czasami dąsali się niczym Achilles w swoim namiocie, a niekiedy byli nieco upierdliwi, ale brałem to z dobrodziejstwem inwentarza. Mam dla swoich niegdysiejszych dowódców wiele serdecznych uczuć. Bez przerwy dziękuję Bogu, że przydzielając mi szefów był dla mnie tak szczodry.

    Również komendanci główni Straży Granicznej pałali do mnie nieukrywanym afektem. Szczególnie wzruszający był nominat „Kiblowego Opozycjonisty” w stopniu podpułkownika. Uwielbiał mantyczyć. Cechowały go ciągłe dąsy i fumy. Fukał, że oficerom przeszkadzają jego fochy. O granicy miał takie pojęcie, jak jeleń o rykowisku. Wiedział kiedy zaryczeć. Wiedział też kiedy siedzieć jak trusia. Była z tego kupa śmiechu. Z przewagą kupy. Ten agnorant, objąwszy stanowisko, rychło zapomniał, że i na fotelu komendanta Straży Granicznej siedzi się na własnej dupie.

Nigdy nie ukrywałem drażliwych spraw. Nie chciałem tego zrobić, ale w inny sposób nie byłem w stanie sobie poradzić. Nie chcę używać wielkich kwantyfikatorów, podobnie jak staram się nie generalizować. Dlatego bądźcie uprzejmi, czytając sądy ocenne poprzedzać je słowem „chyba”, a do opisów z użyciem liczby mnogiej, np. „generałowie”, „oficerowie”, „służby specjalne” podstawiać tylko te osoby, które się do tego opisu poczuwają, a nie wszystkich tych, których te pojęcia oznaczają. Moje grafomaństwo nie rości sobie pretensji do miana literatury czytanej powszechnie. Bo czytelników, których jeszcze niedawno nie można było oderwać od książek, już nie ma. Tacy czytelnicy już byli. I przy takiej polityce rządu Tuskomocarstwa, czy, nie daj Boże, powrotu „Dobrej zmiany” Kaczyńskiego, już nie będzie. Gdyby to zależało ode mnie robiłbym wszystko, aby te ekipy rządziły jak najkrócej. Ale jednocześnie dbałbym o to, żeby na podmianę nie przyszły łotry z dawnej ferajny Jarosława Kaczyńskiego. W Kraju Pieroga i Zalewajki bardzo często rządzą bowiem małe zasrańce. Nic mnie z nimi nie łączy, oprócz tego, że być może pochodzimy od jednej małpy. Tak, im bardziej poznaję ludzi, tym bardziej rozumiem dlaczego Noe na Arkę wziął tylko zwierzęta. 

Więc gdy czytam kolejne zaczernione kartki, ogarnia mnie tęsknica, splin i jest mi smutno na sercu, a często i niżej. Poza tym gdy usłyszałem, że „diabeł nie utrudnia życia tym, którzy są już jego”, w końcu zrozumiałem, dlaczego łotry polityczne wszelkiej proweniencji zawsze bardzo dobrze prosperują, a szarzy ludzie cierpią. Więc przypominam i uzupełniam niektóre wydarzenia opisane w Tajnej historii Polski (THP), pewnym postaciom zmieniam płeć. Dotyczy to „Owcy”; gdy ją ogawędzałem „Owca” jeszcze żyła i nie chciała, aby ją ktoś zidentyfikował; niestety, niedawno „Owca” odeszła; zapewne trafiła do nieba, gdzie będzie nieosiągalna dla ziemskich lustratorów.       Pomstuję więc na swoją nieudolność, gadulstwo, niemożność znalezienia potrzebnego słowa i zachowania dyskrecji. Czy tęsknie za czasami peerelowskimi? Nie. To były okropne lata. Jednak było tam sporo dobrych historyjek. Przed oczami jawią mi się tamte czasy, miejsca, wydarzenia i ludzie. Usiłuję to opowiedzieć, jakby to było wczoraj. O niektórych opowiadam w książce Miałem kiedyś przyjaciół.

Henry Miller pisał: Czy nam się to podoba, czy nie, nastają czasy, kiedy niektórzy przedstawiciele naszej rasy sami proszą się o zagładę, i zostają zgładzeni, choćby z dobroci, przyzwoitości i szacunku dla przyszłych pokoleń. Nastają czasy, kiedy pewni łajdacy nie zasługują na nic lepszego, niż żeby rzucić ich na pożarcie lwom. Niekiedy prawdziwi zdrajcy rasy muszą zostać obdarci ze swoich niegodziwych praw i przywilejów, muszą zostać pozbawienie swojej ohydnej, bezprawnej własności i wypędzeni jak psy.              

         Przed laty w ”Rewizji nadzwyczajnej” nieżyjący już pisarze i reporterzy Dariusz Baliszewski i Cezary Chlebowski apelowali do osób myślących, że nadszedł czas przypominania o funkcjonariuszach zasłużonych w zdobyciu i utrwaleniu władzy ludowej. O oficerach resortów siłowych gustujących w zabójstwach, torturach, aresztach wydobywczych czy innych łajdactwach.

         Wprawdzie od tamtego czasu napisałem kilkadziesiąt książek i ogawędzałem tego czy owego. Jednak to nie było spełnianie telewizyjnego wezwania cenionych przeze mnie pisarzy.     Znałem apelantów. Byli moimi przyjaciółmi. Podobnie jak znałem niektórych ludzi, o których myśleli – tak mniemam – Baliszewski & Chlebowski.

         To bezpieczniacka konfraternia, skupiona w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego (MBP), Komitecie do Spraw Bezpieczeństwa Publicznego (Kds.BP) czy Ministerstwie Spraw Wewnętrznych (MSW) jawiła się przeciętnemu zjadaczowi chleba jako przykład niczym niekontrolowanej barbarii. Próbowałem wielokrotnie sportretować niektórych funkcjonariuszy, o których najprawdopodobniej myśleli moi komilitoni.

         Ale, Bóg mi świadkiem, nie wychodziło to najlepiej. Nigdy nie mogłem się zdobyć aby najaktywniejszych bezpieczniackich mundurowców przedstawić en bloc i to w pełnej krasie. Chociaż pisarz, poeta, dziennikarz Sławomir Kryska, który, jako redaktor miesięcznika „Poezja” był moim społecznym (koleżeńskim) konsultantem tekstów piosenek (pisanych dla różnych zespołów w ramach chałtury), opracowując na zlecenie Polskiego Towarzystwa Literatury Sensacyjnej i Rozrywkowej tekst folderu pt. Henryk Piecuch wydrukował (bez mojej zgody) następujący fragment (książki wydanej pod pseudonimem w drugim obiegu pt. My stalinowcy): „Od szefa Głównego Zarządu Informacji WP dostałem tylko kilka razy z mordę. Od jego zastępcy Dymitra Woźniesieńskiego nie dostałem nic. Usłyszałem na pocieszenie, że ma za czyste buty, aby skopać tak brudny pysk jak mój. Kto wie jak było naprawdę. Może nie chciał się męczyć, wyglądał na znużonego. Zresztą inni bili znacznie lepiej od niego. To byli prawdziwi artyści w tym fachu”. Folder, wydany w nakładzie 3 tys. egzemplarzy trafił przypadkiem w ręce generała Władysława Jury, nadzorującego redakcję „Granicy” gdzie byłem zastępcą redaktora naczelnego. Miałem pewne kłopoty. Była afera. Wyparłem się wszystkiego. Tłumaczyłem generałowi, że to nie jest mój tekst, a do publikacji doszło przez pomyłkę. W. Jura zażądał konfrontacji z autorem folderu. S. Kryska uprzedzony o aferze potwierdził moją wersję. Dostałem tylko roczny zakaz pisania. Na szczęście był to już schyłek Peerelu. Wkrótce komunizm szlag trafił. Zresztą kłamstwa w mojej twórczości, jak również kłopoty, tak kiedyś, jak i dziś zawsze były moją specjalnością. Zawsze pozwalałem ludziom trwać w błędzie przy ocenie mojej osoby. Jeżeli ma się mózg, to najwyraźniej dobrze jest go używać. Przynajmniej od czasu do czasu. Już jako dziecko w mówiłem sobie, że najlepiej będzie pozwolić gawiedzi trwać w błędzie. Tak jest do teraz. Niech pospólstwo myśli o mnie co chce. Nie zajmuję się tym. Staram się o dobrą energię, taką, że wilki polujące na mnie same zaczną wracać do swojego hejciarskiego lasu. No bo przecież kto przy zdrowych zmysłach za lejtmotyw swojego postępowania napisałby taką frazę: „Nie boję się, że mnie podepczą. Podeptana trawa staję się ścieżką. Warto nią kroczyć”. Życzliwi przestrzegali mnie nieraz abym w swoim postępowaniu nie starał się iść pod prąd. Odpowiadałem, że nawet samoloty startują pod wiatr, a nie z wiatrem.       

         A teraz? Stary jestem. Mam mało czasu. Muszę się spieszyć z sądami. Wiem, że w życiu chodzi o dwie rzeczy – żeby mieć wiele do powiedzenia i potrafić to zachować dla siebie. Mimo to podejmę ostatnią próbę odgrzania przeszłości. Nie wiem kto jest najbardziej zasłużony w zdobyciu i utrwaleniu władzy ludowej. Ale wiem jedno, w akapicie Henry Millera przytoczonym na wstępie jest coś na rzeczy. Ta myśl wystrzeliła w mojej głowie jak korek od szampana. Na wykładach z socjologii w Akademii Wojskowej, ale także z historii słyszałem, że „najważniejsi są ludzie”. Wspominał o tym także towarzysz Włodzimierz Lenin. A polski półhrabek i sowiecki czekista Feliks Dzierżyński stawał w Moskwie na moście, spluwał na rzekę i patrząc na płynące Moskwą trupy będące dziełem jego podwładnych uczenie konstatował: panta rhei. Oczywiście, wszystko płynie i znika. Czas i niepamięć sprawiają, że wszystko się zaciera. Trudno nie zgodzić się z tym poglądem. Tym bardziej, że już dawno dowiedziałem się, że wszystkiemu winni są ludzie. Ślady specyficznie ludzkich działań bezpieki można znaleźć w archiwach i… cmentarzach. Tu prośba do P.T. Szanownych Czytelników tego fragmentu: gdy przeczytacie o „wiecznie żywym Leninie”, którego teorie legły u podstaw podziału świata na dwa bieguny, Zachodni i Sowiecki, świata, który częściowo rozpadł się w 1990 r., pozdrówcie Donalda Trumpa, Władimira Putina i Xi Jinpinga, którzy majdrują świat trójbiegunowy na czele ze Stanami Zjednoczonym, Rosją i Chinami. Pozdrówcie ich serdecznie, „Bo życie takie jest psia mać, że trzeba każdego w mordę lać”… Więc pamiętajcie i o tym, że to nie miłość, piękno, sprawiedliwość i poszanowanie ludzi obroni świat przed katastrofą. To musi być skuteczny odstrzał debili chcących podzielić świat na strefę wpływów USA, Rosji i Chin.  

         Szanując nauki socjologów i historyków, przeglądnąłem tysiące dokumentów dotyczących pra­cowników bezpieki i nie tylko. Były to „kwity” przejrzyste niczym alpejskie lodowce. Ceniąc wskazówki naukowców, przyjrzałem się działalności funkcjonariuszy przez pryzmat tego, co robili, jakie i czyje rozkazy wykonywali, o czym mówili sami i co o nich mówili inni. W ten sposób do mojego notesu reporterskiego trafiły nowe kierunki spiskowej historii obowiązujące w Peerelu: za wczesnego Gomułki- formalizm; za Bieruta- ubizm; średni Gomułka to iluzjonizm, późny – represjonizm. Gierek to neorepresjonizm, a Jaruzelski oświecona dyktatura oligurii pezetperowskiej. Te kierunki mogły się dynamicznie rozwijać, głównie dzięki bezpiece.

         Azali bezpieka to przede wszystkim jej oddani funkcjonariusze. W różnym czasie woks populi różnie o bezpieczniakach mówił. Prawie nigdy dobrze. No, chyba, że propagandyści i komunizujący intelektualiści zaś obecni postkomuniści. Atoli tych ostatnich można uznać za trochę pomylonych. A że objawy lekkiego obłąkania nie podlegają karze, nie warto znęcać się nawet nad zupełnie normalnymi polihistorami. W różnym czasie i z różnym nasileniem różni autorzy, podając rzekomo zrozumienie tzw. „faktów naukowych”, podkreślali, że wszystkiemu winni są Żydzi, którzy opanowali bezpiekę, aby zniszczyć prawdziwych Polaków. Niektórzy autorzy zapominali przy tym, że tzw. „fakty naukowe” to oksymoron. Wierzę, że tzw. mądrość życiowa to wiedzieć co ważne, a wybierać najważniejsze. Nauka przecież niczego nie udowadnia. Nauka podaje hipotezy i je bada. One obowiązują dotąd, dopóki ich ktoś nie sfalsyfikuje. A jeżeli komuś uda się skutecznie jakąś hipotezę podważyć, to nikt się nie obraża, tylko zabawa zaczyna się toczyć od nowa. Z Żydami takoż.

         Autorzy, jak np. generał Mieczysław Moczar, pragnąc poczuć się lżej, bo sam uwikłany był w przerażające zbrodnie, nigdy nie podawał konkretnych liczb ani faktów świadczących, że to właśnie obce nacje opanowały najważniejsze fotele w gma­chach przy Koszykowej i Rakowieckiej. Nie przeszkadzało to „różnym autorom” traktować mitów o zażydzeniu bezpieki jako prawdy objawionej. A skądinąd wiadomo, że prawdy objawione są właściwe religiom, a nie naukom. Postanowiłem tedy na własną rękę szukać prawdy. Przed laty udało mi się dotrzeć do archiwalnych dokumentów personalnych bezpieki. Zacząłem liczyć. W byłym Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego, Komitecie do Spraw Bezpieczeństwa Publicznego i Ministerstwie Spraw Wewnętrznych do roku 1978 na stanowiskach ministra, wiceministrów, dyrektorów departamentów, zastępców dyrektorów departamentów i naczelników wydziałów (równo­ rzędnych) pracowało 1079 osób. Z tego pracowników narodowości żydowskiej było 183, rosyjskiej – 16, ukraińskiej – 14, białoruskiej – 11, ormiańskiej – l i litewskiej – l. (z tych 183 funkcjonariuszy narodowości żydowskiej tylko siedmiu: Romkowski, Mietkowski, Brystygierowa, Różański, Fejgin, Czaplicki i Światło, było znienawidzonych, gdyż szczególnie niszczyło ludzi nie kochających komunistów). Tak więc statystyka obala mit o zażydzeniu bezpieki. Jeśli ktoś nie wierzy matematyce, twierdząc za Disrealim, że są trzy rodzaje kłamstw: kłamstwa, okropne kłamstwa i statystyki, to niech raczy przejrzeć podaną poniżej obszerną listę osób zajmujących kierownicze stanowiska w bezpiece.

         Tak, moi komilitoni Dariusz Baliszewski i Cezary Chlebowski animowali mnie do wspomnień i pisania, ale Tłuste koty bezpieki jak i Alfabet bezpieki powstały także w skutek zainspirowania Abecadłem Kisiela Stefana Kisielewskiego i Alfabetem Jerzego Urbana. Tłuste koty pisałem przez czterdzieści lat. Incydentalnie. Z okazji majdrowanych kolejnych książek wybierałem niektóre wątki biograficzne i odkładałam na półkę. „Lądowały” na niej sprawy, które wywarły na mnie kasandryczne wrażenie i skłoniły do rozważań filozoficznych. Były to rzeczy o przeludnieniu i seksie, o rozbrojeniu świata oraz manifesty o zagrożeniu jakie niesie ocieplenie klimatu i kwestia praw zwierząt, no i wreszcie o terroryzmie oraz wojnie trzeciej generacji czyli wojnie hybrydowej. Nadmieniałem o przeludnieniu w historii ludzkości bo populacja ludzka na przestrzeni lat liczy ok. 66 miliardów istnień. Wspominałem nieśmiało, że liczba 66 jest liczbą diabelską, a Lucyfer to przecież upadły anioł, zaś produkcja ludzi, z wyjątkiem Europy, rośnie w postępie geometrycznym. Ludzie bowiem kochają rżnąć się na potęgę. Na szczęście w dziejach nie było dnia ani godziny bez wojny. W nawałnicach wojennych co sekundę utrupia się jakiegoś człowieka. Jest dobrze. Nie grozi nam przeludnienie. Lodowce topnieją z minuty na minutę podnosząc poziom oceanów i mórz. I też jest świetnie. Ocieplenie nie da rady wyprażyć ziemię na wiór. A, że corocznie ubija się pięćdziesiąt miliardów kur i brojlerów, to…

         Raz w roku, dręczony myślotokiem przeglądałem grubochmurne ponure wieści leżakujące na „lądowisku” szarych komórek. Przestałem jeść mięso i nabiał, ale co zrobić z resztą zagadnień lądujących na „lądowisku”? Pociłem się całym swoim jestestwem. Głowa ciążyła mi ku podłodze. Zrozumiałem iż nie jestem w stanie rozwiązać nierozwiązywalne. Muszę ograniczyć się jeno do Kraju Pieroga i Zalewajki. Idąc na skróty postawiłem dodatkowe pytanie o rolę w tym wszystkim funkcjonariuszy bezpieki. Wszak to oficerowie, wczoraj, dziś i jutro dostarczają głównego pożywienia rządzącym przygotowujących menu dla plebsu, który ich wybiera. Z kilkunastu tysięcy wybrałem kilkadziesiąt nazwisk.

         Czy więc Tłuste koty są estetycznym wybrykiem starego dziadersa? Uważam, że nie są. Każdy rozdział książki składa się z faktów i opowieści. W faktach podaję, zgodnie z urzędowymi aktami, personalia oraz pierwsze i ostatnie stanowisko zajmowane w resorcie. Poszczególnych zapisów nie wzbogacam ani dobrym, ani złym słowem. W opowieściach niektóre sylwetki podpieram subiektywną charakterystyką wedle własnego widzimisię. Chcecie to wierzcie w moje opowieści. Dla sceptyków mam taką informacje. Niels Bohr, wielki człowiek od wielkiej fizyki, ojciec i matka mechaniki kwantowej zapytany kiedyś, czy wierzy, że podkowa, którą umieścił nad wejście do domu, przynosi mu szczęście – odpowiedział: „Naturalnie, że nie. Ale powiedziano mi, że podkowa działa nawet wtedy, gdy się w nią nie wierzy”. I już dziś idą takie czasy, że ludzie będą szaleni. Tak, tak, żyjemy w świecie, w którym pogrzeb jest ważniejszy od zmarłego, wesele jest ważniejsze niż miłość, wygląd ważniejszy od intelektu. Żyjemy w kulturze opakować, która gardzi zawartością. Dlatego jeżeli gawiedź zobaczy kogoś przy zdrowych zmysłach to powstanie przeciwko niemu, mówiąc mu, że jest szalony, gdyż nie jest taki, jak wszyscy. Tak, tak, jak tak patrzę na otaczającą mnie gawiedź to mi nawet siebie nie jest żal.

         – Źle wyglądasz – powiedział mi jeden z komilitonów.

         – Niestrawność – wyjaśniłem.

         – Co ci dolega?

         – Życie.

PROSTACKI ZAPIS PIERWSZEJ DEKADY PEERELU

Wobec ataku Wikipedii na mnie, mającego wszelkie znamiona hejtu w którym tandeciarsko zmieniono mój życiorys (zobacz: mój blog z 19 listopada 20205 r. pt. „Otwarty list do Wikipedii”), poczuwam się do obowiązku wyjaśnić PT Czytelnikom o czym taktuje, przynajmniej 50 procent, ze stu moich opublikowanych książek. Oto bardzo skrótowy zapis tego wszystkiego czym się zajmowałem od przeszło pół wieku

         Jak było?

         8 maja 1945 r. Europa zawyła z radości. Na naszym kontynencie skończyła się wojna.  Był powód do radości. Czy dla wszystkich?

         Nie!

         Byliśmy w gronie zwycięzców.

         Tak. Wygraliśmy wojnę. Przegraliśmy pokój.

         Niemcy przegrały wojnę. Wygrały pokój.

         Dzięki zdradzie Zachodu trafiliśmy w strefę wpływów sowieckich.          Pierwsza powojenna dekada Kraju Pieroga i Zalewajki była twardym stalinizmem. Polską rządził, zimny jak syberyjski mróz Józef Stalin. Generalalissimus, niczym car Piotr I Wielki nie znał litości. Zarówno car jak i Stalin skazali na śmierć własnych synów.  

         Suzeren mianował na Wisłą swego namiestnika. Był nim Bolesław Bierut, stary agenta NKWD, dziwkarz i kawał drania.

          Bolek Jebaka – jak go określał generał Włodzimierz Sokorski – aż do śmierci imperatora nigdy mu się nie sprzeciwił. Rządził z pomocą starych i świeżych, wyhodowanych już na własnej piersi komunistów. Jak to wyglądało?

         Mniej więcej tak:      

         Kształtowanie się władzy komunistów w Polsce 1944 – 1952

         Świat bardzo długo nie mógł uwierzyć w twierdzenia niektórych historyków, że komunizm światowy pochłonął w sunie blisko sto milionów ofiar. Dziś, już na szczęście dla nikogo rozsądnego nie ulega wątpliwości, że komunizm, obok faszyzmu był najbardziej zbrodniczym systemem w dziejach ludzkości.

         Polska, jako jedno z pierwszych dużych europejskich państw doświadczyła “dobrodziejstw” tego systemu, przyniesionemu do nas na bagnetach Armii Czerwonej. Tym niemniej również w naszym kraju musieli być ludzie, którzy system komunistyczny zaakceptowali i zrobili wiele aby władzę zdobyć, a zdobytą utrwalić.

         Tacy ludzie się znaleźli. Byli to głównie, rekrutujący się z niedoszlachtowanych w Sowietach członków KPP. Jedni, jak J. Bernan, H. Minc, S. Radkiewicz, A. Zawadzki, R. Zambrowski, L. Kasaman, S. Wierblowski, E. Szyr, T. Daniszewski, A. Alster itp. przybyli bezpośrednio z ojczyzny komunizmu, czyli ze Związku Radzieckiego, zwani także szarymi szynelami (jako że większość z nich przybyła do polski z armią Berlinga). Inni, jak B. Bierut, W. Gomułka, M. Rola-Żymierski, F. Jóźwiak, M. Moczar, z całą PPR oczekiwali w kraju i, oczywiście przy pomocy Armii Czerwonej oraz PSZ powstałych w ZSRR [tzw. armia Berlinga] i specoddziałów, z których następnie utworzono twardy trzon resortu bezpieczeństwa, zaczęli budować nowy komunistyczny porządek. Co by jednak o nich nie powiedzieć, zarówno jedni jak i drudzy mają swoje korzenie w Moskwie, a ich czyny były całkowicie zależne od J. Stalina. To bowiem generalissimus w drugiej połowie lat 40. rozdawał karty nie tylko w Polsce, ale także w Europie, a nawet na świecie.

         Dlatego, śledząc najnowszą historię Polski, trudno uznać, lansowany przez niektórych polityków, a nawet historyków pogląd, że PRL (a więc także dzisiejsza RP) zawdzięcza swój kształt polskim komunistom, bo gdyby nie oni, nie tylko nie mielibyśmy korzystnych granic zachodnich, ale łatwo moglibyśmy stać się po wojnie 17 republiką Związku Sowieckiego.

         Takie poglądy rodzą się w umysłach ludzi niebiorących pod uwagę prostych, i dziś powszechnie znanych faktów historycznych. U podstaw których legły zbrodnie i monumentalne szwindle. Komunistom nie wystarczało bowiem, że walczyli z opozycją niepodległościową, oni nierzadko sięgali także do własnych szeregów.

         Oto przykład takiego działania. Na początku było słowo generalissimusa i jego zgoda na utworzenie w okupowanej Polsce partii komunistycznej, którą dla niepoznaki nazwie się robotniczą. 27 grudnia 1941 r. z lotniska pod Wiaźmą wylatuje do Polski grupa inicjatywna w składzie: Marceli Nowotko, Bolesław Mołojec, Paweł Finder, Czesław Skoniecki, Pinkus Kartin i Maria Rutkiewicz. 5 stycznia 1942 r w warszawskim mieszkaniu Aleksandra Rydygiera powołano PPR wyłaniając „trójkę kierowniczą” – Nowotko, Mołojec, Finder.

28 listopada 1942 rozpoczęto wyrzynanie, zaczynając od M. Nowotki (w dalszej kolejności zostali zlikwidowani: B. Mołojec, Z. Mołojec, P. Finder, M. Fornalska, J. Krasicki, „Marysia” [łączniczka Z. Mołojca], „Krysia” [łączniczka B. Mołojca, „Adasie” [łącznicy Z. Mołojca], E. Bonisławski, rodzina Mołojców [nie cała] i kilkadziesiąt innych osób. Wyrzynaniu w Warszawie towarzyszyło życzliwe zainteresowanie Moskwy.

         Z tego obrazu wyłaniają się trzy ewentualne motywy działania: albo walki frakcyjne, które po wojnie odżyły jako starcia puławian z natolińczykami, które w drugiej połowie lat 40. zaowocowało tzw. odchyleniem prawicowo-nacjonalistycznym, a po roku 1954 skutkowały podziałem na Chamów i Żydów; albo żądza władzy Mołojców, ale nie tylko, co podkreślają działacze partyjni i ich historycy; albo oba motywy razem wzbogacone rozgrywkami wywiadów sowieckich – policyjnego (NKWD), wojskowego (GRU) i kominternowskiego.

         Mordercze gry, także we własnych szeregach, to byłaby jedna charakterystyczna cecha polskich, acz nie tylko, komunistów. Inną, znacznie poważniejszą zbrodnią była likwidacja podziemia niepodległościowego.

         Zaczęło jeszcze przed zakończeniem drugiej wojny światowej. Podziemie Polskie pacyfikowano metodycznie siłami przyszłego Wielkiego Brata. Jako pierwsi poszli pod nóż akowcy i inne ugrupowania niepodległościowe. Już w 1944 r. rozpoczęto z nimi zbrojną, bezkompromisową walkę. Początkowo prowadziła ją Armia Czerwona, ale wnet dołączyli do niej komuniści rodzimego chowu i ich filary – bezpieka i wojsko. Wprawdzie akowcy stanowili pod koniec wojny niespełna 2 procent dorosłej ludności Polski, ale ze względu na reprezentowany potencjał intelektualny, moralny i organizacyjny, zostali nie bez racji, uznani za największe zagrożenie dla nowych porządków, zaprowadzanych w kraju przez wysłanników Stalina.

         W październiku 1944 r. pojawiły się plakaty “AK – zapluty karzeł reakcji”. W 1947 r. Hilary Minc ogłasza słynną “bitwę o handel”, która była hasłem wzywającym do rozprawy z mieszczaństwem. Następnie przyszła kolej na chłopstwo, które zaproszono do kolektywizacji. Najpóźniej rozprawiono się z inteligencją, która w większości wypadków, w jakimś niezrozumiałym samobójczym geście, najdłużej i najgorliwiej popierała stalinizm.

Historycy spierają się o imponderabilia, ale faktów nie zmienią. Dokończenie tego, czego nie zdążyli zrobić najeźdźcy z 1 i 17 września 1939 r. przypadło w udziale polskim służbom specjalnym, wspieranym intensywnie, do 1948 r. przez wojsko.

         Nad sprawnym wyrzynaniem opozycji, głównie żołnierzy Armii Krajowej, do maja 1945 r. czuwał generał Iwan Sierow. Od wiosny 1946 r. zadanie dobicia ruchów niepodległościowych w Polsce przejęły resort Radkiewicza, nadzorowany przez doradców radzieckich i Główny Zarząd Informacji Wojska Polskiego, stworzony i kierowany przez oficerów Armii Czerwonej oraz organa prokuratury wojskowej i cywilnej, sądy wojskowe, specjalne i cywilne, Milicja Obywatelska, służba więzienna, Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Komisja Specjalna do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym.

         Dużym ułatwieniem dla służb sowieckich rozpracowujących polskie podziemie niepodległościowe była akcja Burza. Ujawnienie się struktur konspiracyjnych Armii Krajowej, po ogłoszeniu mobilizacji i przystąpieniu do regularnej walki z Niemcami, pozwoliło radzieckim służbom specjalnym na zinfiltrowanie szeregów akowskich. Nie wszystkich żołnierzy podziemia akowskiego zastrzelono, aresztowano czy wywieziono do Związku Radzieckiego. Kilka tysięcy osób wcielono do 1. i 2. Armii Wojska Polskiego. Pozostałych usiłowano objąć kontrolą operacyjną. Jak podaje profesor E. Duraczyński, generał Sierow w raporcie z 22 października 1944 r. adresowanym na ręce Berii, meldował, że w samym Lublinie jego służba ma stu czternastu agentów wywodzących się z polskich szeregów. Jest bardzo prawdopodobne, że po umocnieniu się bezpieki dużą część agentury NKWD, tkwiącej w środowiskach niepodległościowych, została przekazana podopiecznym Radkiewicza. W ten sposób bezpieka już na starcie dysponowała sporymi atutami w walce z przeciwnikiem politycznym. Wytyczono cele taktyczne i strategiczne. Taktyczne sprowadzały się do rozbicia przeciwnika. Należało to zrobić jednym mocnym uderzeniem. Postawiono na dwa resorty siłowe – ministerstwo obrony i bezpiekę.

         Trzecią, niezmiernie paskudą cechą polskich komunistów, było bezwzględne posłuszeństwo Moskwie. Tak było nie tylko ze słynnym Manifestem 22 lipca zwanym także Lipcowym, uchodzącym za fundamentalny dokument Peerelu, ale i z wieloma innymi aktami prawnymi i przede wszystkim z decyzjami politycznymi.

         Przecież od dawna nie było tajemnicą, że u powstania Manifestu legły stalinowskie szwindle. A desygnowanie przez Stalina, do komitetu tak miernych działaczy w osobach E. Osóbki-Morawskiego, W. Wasilewskiej, A. Witosa, S. Janusza, M. Roli-Żymierskiego, Z. Berlinga, S. Kotka-Agroszewskiego, J.S. Hanemana, J. Czechowskiego, S. Radkiewicza, B. Drobnera, J.M. Grubeckiego, E. Sommersteina, S. Skrzeszewskiego, W. Rzymowskiego, S. Jędrychowskiego świadczyło wyraźnie, że generalissimus zdawał się mówić Polakom: „patrzcie kmiotki jakich dupków wyznaczyłem aby wami rządzili”. Stalin mógł sobie na to pozwolić po desygnowaniu na kierowników resortów siłowych, ewidentnym agentów NKWD – J.S. Radkiewicza i M. Żymierskiego, co z marszu zapewniało sowieckim służbom specjalnym pełną kontrolę nad całym życiem przyszłej PRL.

         Ale Manifest 22 lipca, to chyba oczywiste, nie był początkiem Peerelu.

Początek był znacznie wcześniej. Wówczas, gdy J. Stalin wymyślił nazwę – Związek Patriotów Polskich (ZPP). A potem nakazał aby Związek został zorganizowany.

         W ramach tego planu zorganizowano 1 Dywizja Piechoty im. T. Kościuszki. Potem Stalin zatwierdził Radę Wojenną Armii Polskiej (Z. Berling, K. Świerczewski i A. Zawadzki). Potem Centralne Biuro Komunistów Polskich. Potem w Moskwie generalissimus podjął szereg innych decyzji uzależniających PRL od Związku Sowieckiego, przyjmowanych przez polskich komunistów z największą pokorą i oddaniem.

         Oto jeden z takich dokumentów świadczący, że o składzie władz polskich decydował Kreml. To list W. Wasilewskiej do J. Stalina, do „Drogiego Józefa Wissarionowicza”, z propozycją składu personalnego Narodowego Komitetu Wolnej Polski. List poprzedzony pismem przewodnim „opiekuna” NKWD, który „towarzyszył”, z woli J. Stalina, wszystkim poczynaniom zmierzającym do wcielenia woli generalissimusa w sprawie przyszłej Polski. Ten facet, to gen. NKWD G. Żukow. Wynotujmy proponowane przez Wasilewską nazwiska: Z. Berling, K. Świerczewski, W. Sokorski, M. Mietkowski, A. Witos, W. Stahl, B. Drobner, E. Sommerstein, ks. F. Kubsz, L. Chwistek, J. Parnas, S. Grubecki, S. Jędrychowski, M. Skotnicki, W. Wasilewska. Razem z listem J. Stalin otrzymał pismo komisarza bezpieczeństwa państwowego z informacją o osobach rekomendowanych przez Wasilewską.

         Tak, gdzie się nie dotknąć, u zarania Peerelu leżą: J. Stalin, NKWD, „Patrioci Polscy”… dopiero potem Manifest, także zresztą opracowany, wydrukowany i zatwierdzony w Moskwie. Nie trzeba dodawać, że Manifest PKWN miał charakter propagandowo – dezinformacyjny, a umowa pomiędzy PKWN a rządem ZSRS sankcjonowała fakt, że najwyższą władzę na terenach przyszłej Peerel stanowiło dowództwo Armii Czerwonej na czele z J. Stalinem.

         W historiografii przedmiotu wiadomo jest, że o ile ulubioną metodą sprawowania rządów przez generalissimusa były podziały (patrz powyższy podział na krajowców i tzw. szare szynele) to, wskazując dla nich wspólnego wroga – ludzi niekochających komunistów – doprowadzał, że zarówno krajowcy jak i szare szynele, niezależnie od wyznawanej orientacji bolszewickiej i ich reprezentanci w służbach specjalnych zgodnie współzawodniczyły w niszczeniu wskazanych przez Stalina wrogów. Rywalizujących o palmę pierwszeństwa w niszczeniu wrogów, znowu da się podzielić na dwie grupy. Tym razem podział nie przebiega wedle niuansów ideologicznych, a sprowadza się do wykorzystywania szarych komórek.

         Pierwsza grupa, chyba znacznie bardziej niebezpieczna i zbrodnicza, gdyż stanowiąca mózg oligarchii miała ręce czyściutkie. Jej najwybitniejszymi przedstawicielami byli m.im. B. Bierut, W. Gomułka, J. Berman, H. Minc, A. Zawadzki, F. Jóźwiak, S. Radkiewicz, M. Spychalski, M. Rola-Żymierski, M. Moczar.

         Druga grupa – gorliwi wykonawcy poleceń decydentów z grupy pierwszej – o wiele liczniejsza, mająca ręce umazane krwią, była na pozór znacznie bezpieczniejsza. Człowiek już na pierwszy rzut oka wiedział z kim ma do czynienia, mógł się bronić. Zasadniczy skład tej grupy stanowiła obsada resortów siłowych wzmacniana elitami organizacji paramilitarnych, aktywistami partii najsłuszniejszej i partii sojuszniczych oraz tzw. bezpartyjną swołoczą.

         Pomiędzy tymi podstawowymi grupami, stanowiącymi trzon tzw. władzy ludowej usadowiła się, niejako okrakiem podgrupa pośrednia. Jej liderzy rekrutowali się głównie z bezpieki i GZI WP. Niewątpliwie na utrwalenie zasługują tu takie postaci jak: R. Romkowski, M. Mietkowski, L. Bristigierowa, J. Różański, A. Fejgin, J. Ptasiński, K. Świetlik, A. Alster, W. Lewikowski, J. Hibner, L. Andrzejewski, J. Burgin, J. Czaplicki, M. Drzewiecki, T. Duda, H. Duliasz, A. Dusza, J. Dziemidok, F. Grzybowski, A. Krzysztoporski, T. Mikuś, Z. Okręt, W. Pożoga, W. Spychaj-Sobczyński, K. Straszewski, J. Zabawski, W. Ciastoń, K. Górecki, T. Walichnowski, A. Humer i cała kierownicza kadra GZI WP wspominana w licznych książkach historycznych.

         Obok wspomnianych wyżej decyzji czysto politycznych podejmowanych przez Stalina szły równolegle odpowiednie zarządzenia umożliwiające przyszłym władzom Peerelu wywiązywanie się z zadań nakładanych przez Wielkiego Brata. Trzeba przyznać, że kosztowało to Moskwę sporo. Np. nie licząc sprzętu i umundurowania, Stalin nakazał odkomenderować do PSZ w ZSRR ponad 21 tys. oficerów, którzy objęli większość najważniejszych stanowisk w armii gen. Berlinga, a resort bezpieczeństwa wzmocnić ok. 1000 doradców z NKWD.

         Trzeba również przyznać, że o ile generalissimus przykładał niekiedy znacznie mniejszą wagę do niektórych marginalnych decyzji politycznych związanych z PRL, to nad wyraz serio traktował decyzje związane z obu resortami siłowymi. Szczególna rola w tym względzie przypadła utworzonemu w październiku 1943 r. w Biełomucie koło Moskwy Polskiemu Samodzielnemu Batalionowi Specjalnemu (PSBS), w którym przeszkolono ponad 1400 żołnierzy zrzucanych następnie na tereny Polski.

         Duże zasługi w wyrzynaniu opozycji niepodległościowej położyli żołnierze, utworzonej przez PPR  AL, którzy okazali się nadzwyczaj przydatni dla NKWD, albowiem mieli znakomicie rozpracowane struktury Polskiego Państwa Podziemnego i jego sił zbrojnych.

         Rywalizacja o względy sowieckich mocodawców, którzy rozdawali stanowiska i zaszczyty w tworzących się strukturach Peerelu, doprowadzała do karykaturalnych wynaturzeń, niewymaganych nawet przez bolszewików (zob. donos J. Sztachelskiego do B. Bieruta o zgrupowaniach żołnierzy AK, przekazany następnie Sielowowi i Berii). Organizowano swoiste wyścigi do stanowisk. Można tu wspomnieć o grupie założycielskiej bezpieki, dowodzonej przez kpt. Kazimierza Sidora, która otrzymawszy drogą radiową cynk o wynikach rozmów toczonych w Moskwie w dniach 16 maja do 18 lipca 1944 r. (które doprowadziły do powstania PKWN i jego 13 resortów) zameldowała się w Chełmie w celu objęcia stanowisk w RBP dwa dni przed janczarami S. Radkiewicza.

         Pierwszymi jednostkami RBP były: Kontrwywiad – kierowany przez R. Romkowskiego, Wydział Personalny – dowodzony przez oficera NKWD Mikołaja Orechwe i Sekretariat – zarządzany przez Juliana Konara. Niestety, resort rozwijał się bardzo dynamicznie, tworząc struktury terenowe, w czym ogromna zasługa oficerów sowieckich – doradców, odkomenderowanych bądź „upolaczonych”. Pierwszym oficjalnym doradcą sowieckim RBP był ppłk NKWD Bielajew, zaś ppłk NKWD Szklarenko został mianowany łącznikiem pomiędzy kierownikiem resortu Radkiewiczem a siłami NKWD działającymi na terenie Polski.       W pierwszej dekadzie Peerelu pieczę nad „sprawami Polski” cały czas miał wytrawny enkawudysta Iwan Sierow, prawa ręka Ł. Berii (następnie samego N.S. Chruszczowa).

         Po przekształceniu PKWN w Rząd Tymczasowy (RT) Rzeczypospolitej Polskiej, co nastąpiło mocą uchwały KRN z 31 grudnia 1944 r. dotychczasowe resorty przemianowano na ministerstwa. W ten sposób RBP stał się MBP zaś kompetencje kierowania RBP/MBP z rąk KRN/RT coraz wyraźniej zaczęło przejmować Biuro Polityczne KC PPR/PZPR. Wyrażało się to początkowo w podejmowaniu uchwał BP KC PPR dotyczących MBP by następnie, po utworzeniu dwu stałych Komisji Biura Politycznego – ds. Bezpieczeństwa Publicznego (KBPds.BP) oraz wojskowej, dojść do bezpośredniego dyrygowania ministerstwem bezpieczeństwa oraz MON.

         Przewodnictwo obu komisji objął B. Bierut, który po wyeliminowaniu W. Gomułki stał się niepodzielnym namiestnikiem Kremla w Peerelu. Od tego czasu partia najważniejsza, aż do 1990 r. nigdy nie „odpuściła” bezpieki czy wojska (tzw. resorty siłowe).

Apogeum rozwoju MBP przypada na 1952 r., kiedy to w centrali ministerstwa pracowało 2559 funkcjonariuszy operacyjnych i 4636 nieoperacyjnych. W wojewódzkich i powiatowych urzędach bezpieczeństwa publicznego walczyło z wrogami socjalizmu 13983 funkcjonariuszy operacyjnych oraz 11576 nieoperacyjnych, mających mocne oparcie w 24659 „żołnierzach partii”, czyli funkcjonariuszach bezpieki z terenowych ogniw aparatu bezpieczeństwa publicznego.

         Do największych akcji bezpieki, wspieranych siłami MON i oczywiście służbami specjalnymi Związku sowieckiego, oprócz oczywiście walki o zdobycie władzy dla partii, należą niewątpliwie sprawy związane z fałszowaniem referendum, wyborami oraz gry wywiadowcze, zwłaszcza z Delegaturą Zagraniczną WiN, znaną pod nazwą V Komenda WiN, z Ośrodkiem Narodowym w Bergu oraz z Ukraińcami (OUN/UPA), gry będące niczym innym, jak gigantycznymi prowokacjami (zob.: Akcje specjalne; książkę, za którą już w 2002 roku sąd pod przewodnictwem sędziny Anny Wujec zafundował mi wyrok roku więzienia [co prawda w „zawiasach”] i wszelkie możliwe i niemożliwe kary finansowe).       

         W podsumowaniu można stwierdzić, że komuniści polscy, w porozumieniu, a raczej pod dyktando Stalina, zdecydowali się prowadzić szalenie zbrodniczą politykę w stosunku do własnego narodu. Świadczą o tym liczby. I tak, aby wedle niepełnych danych, zabić latach 1944-1947 zabić około 30 tysięcy członków podziemia niepodległościowego i aresztować 150-200 tys. osób z tej samej grupy, zmobilizowano 47 pułków piechoty, 2 brygady artylerii ciężkiej, 18 pułków artylerii lekkiej, 5 samodzielnych dywizjonów artylerii ciężkiej, 5 pułków czołgów, 3 pułki artylerii pancernej, 3 pułki kawalerii oraz 1 pułk saperów. Oprócz tego nie bez znaczenia były siły Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego (2 pułki, 14 batalionów operacyjnych, 18 batalionów ochrony, 13 kompanii konwojowych), Wojsk Ochrony Pogranicza, Urzędu Bezpieczeństwa, Milicji Obywatelskiej (52 808 funkcjonariuszy) i ORMO (ok. 100 tys.). Cała ta armia strzelała, mordowała, zabijała, aresztowała. Wykonywano także akcje o charakterze ochronno-obronnym. Jednak przy systematycznym fałszowaniu doniesień, rozkazów, sprawozdań, analiz, wyjaśnień i wszelkiej innej dokumentacji, dziś, po latach, nadzwyczaj trudno ustalić prawdę, znaleźć winnych, oddać sprawiedliwość niewinnym.

         Jedno jest pewne – mitem jest szukanie usprawiedliwień dla zbrodni komunistów w Polsce, tak jak mitem jest poszukiwanie tzw. polskiej drogi do socjalizmu. Droga, którą szła Peerel w pierwszej powojennej dekadzie od “A” do “Z” była wymyślona w Moskwie. Tak jak zabobonem jest przekonanie, że bez polskich komunistów Polska byłaby 17 republiką Związku Sowieckiego. Kształt powojennej Polski był bowiem ściśle zależny od planów generalissimusa, który podyktował światu wolę. Świat nie na to zgodził, nie bacząc na zasługi i ogrom poświęcenie naszego narodu w wojnie przeciwko Niemcom.

         Na zakończenie dodam jeszcze, że także mitem jest poszukiwanie obecnie dla Kraju Pieroga i Zalewajki tzw. trzeciej drogi. Dzisiejsza Polska stoi przed alternatywą: albo demokracja liberalna albo budowanie systemu mogącego doprowadzić do rządów totalitarnych.

         PS

         W tym miejscu muszę się zastanowić czy obecnie sytuacja nie przypomina tej z w czesnego powojnia? Mam tu na myśli nie tylko ekspansywną politykę Władimira Putina.

         Wydaje mi się, że W. Putin jest skrzyżowaniem rządów Piotra I i Katarzyny II Wielkiej.

         Dzisiejszego władcę Rosji poznałem przelotnie pod koniec 1980 r. w Dreźnie. Był w tedy w stopniu lejtnanta KGB i sprawiał wrażenie inteligentnego oficera. W najczarniejszych snach nie przypuszczałem, że w ciągu zaledwie kilku lat wyroście z niego watażka będący postrachem nie tylko Europy, ale i świata.

         Tymczasem po rozpadzie w 1990 r. świata dwubiegunowego, wystarczyły trzy dekady aby glob stał się trzybiegunowy, aby światem rządziły trzy mocarstwa: Stany Zjednoczone, Chiny i Rosja.

         Niewątpliwie największa rola przypada tu USA, obecnie kierowanym przez prawdziwego buraka. Można z niego „wyprodukować” cukier i wówczas świat wejdzie w erę słodkiej stabilizacji, ale można zamienić go w trującą paszę, którą pożywią się Rosja z Chinami.

         Co to może oznaczać?…

         Może będzie lepiej. Może będzie gorzej. Może jeszcze nie dziś. Może pewnego dnia.          Azali jakoś to będzie. Bo jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było. 

STAN WOJENNY & WRZASKACZE

Wybił mi pan zęby i odbił nerki.

To dla pana dobra, bo jakby przyszedł [pst]… toby wybił panu obojczyk. Wybrałem mniejsze zło.

                                                                                                       Sławomir Mrożek

 

Kolejna rocznica stanu wojennego przed nami. Kolejna szklanka koktajlu “Łza bolszewika” przede mną [200 g denaturatu, 200 g piwa “tyskie” & woda kolońska do smaku]. Z telewizora dochodzą wrzaski wojowników, tych co to obalili komunę. Wszystko to łagodzi straszną godzinę kaca i przypomina grę w szachy, w której po skończonej partii i król i pionki powędrują do tego samego pudełka.

         Wsłuchuję się we wrzaski. Nadal pobrzmiewają w nich echa głębokiego przekonania, że w grudniu 1981 r. tylko cudem uniknęliśmy zbrojnej interwencji sojuszników z Układu Warszawskiego.

         Wrzaskaczom nie przeszkadza, że jest to konstrukcja a la Wojciech Jaruzelski & Czesław Kiszczak, zmajdrowana wedle recepty: zdiełano iz CCCP. (Zobacz: Tezy do analizy służb specjalnych w: H. Piecuch Strzały do po papieża i narodu 13 V 1981 * 13 XII 1981 str. 225 – 238).

         Ogłupiając ludzi od 44 lat wrzaskacze, tępe lewicowo-prawicowe knury, ani się zająkną, że skoro przez bez mała ćwierć wieku nie znaleziono nawet jednego wiarygodnego kwitu wskazującego, że interwencja była realna, to coś z ich tezą jest nie tak.

         Przyjmuję, że na postawę czegoś lub kogoś składają się trzy elementy: emocje, gotowość do działania i wiedza. U wrzaskaczy emocje są duże, a nawet wielkie, Gotowość do działania – taka sobie, zaś wiedza – żadna.

         Ale liczba 44 i tak jest dobra, bo przecież gdyby stan wojenny się nie udał to… Przecież mordy fizyczne i psychiczne wspierają się wzajemnie.

         Azali istnieją setki dowodów świadczących o czymś wręcz przeciwnym. W końcu sam Jaruzelski przyznał, że sojusznicy chyba nie chcieli wejść. A że zrobił to nie w Polsce, a w USA to już zupełnie inna sprawa. Możliwe, że Generał nie lubi III ani w perspektywie IV RP? Wielokrotnie pisałem na łamach Tajnej historii Polski i szczekałem w mediach, omawiając i pokazując dowody, że zagrożenie było w sferze propagandowej, medialnej, nie militarnej.

          Ale wrzaskacze swoje wiedzą. Ich nie przekonają żadne argumenty. Ich prawda o zagrożeniu interwencją ma się tak do prawdy historycznej jak dupa Maryni do Zaczarowanej Dorożki.

         Z drugiej jednak strony dupa Maryni ma więcej wspólnego z Zaczarowaną Dorożką niż wrzaskacze, ktorzy nie chcą dostrzec zagrożenia które, kto wie, czy nie byłoby dla nas bardziej dotkliwe niż interwencja militarna.

         Więc jak to jest Piecuch? Czy “Łza bolszewika” nie porąbała ci mózgu? Było zagrożenie, czy nie było?

         Jestem pogodzony z faktem, że wiem mało bo może jestem głupi. Mówienie o czym tak trudnym jak to, o czym jest ten spicz z jakąkolwiek pewnością zakrawałoby na arogancję. Większość populacji nie rozumiała i nadal nie rozumie, co sie w przededniu ogłoszenia stanu wojennego naprawdę działo. I nawet nie miała pojęcia, że nie rozumie.

         Ale zagrożenie było i to bardzo realne. Tylko że pomiędzy zagrożeniem, a realizacją zagrożeń jest wieka różnica. Sprawa ta jest prosta jak konstrukcja sierpa i młota.

         Sierpem były decyzja Politbiura, z wielkim przyjacielem Polski i Polaków, nagrodzonym Orderem Virtuti Militari, Leonidem Breżniewem, a młotem – ropa i gaz, nie mówiąc już o innych drobnostkach [pełne uzależnienie funkcjonowania państwa od woli i łaski suzerena]. Wystarczyło przecież kiwnięcie palcem przez Lońkę, a kurki z ropą i gazem zostałyby błyskawicznie zakręcone. I Kraj Pieroga i Zalewajki, przy bardzo mroźnej zimie 1981/82, byłby trupem jak Atlantyda. Twierdzicie, że to bzdury, że Zachód by pomógł… 

         Być może by i pomógł. Tak jak pomógł we wrześniu 1939 r., gdy Polsce złożyła wizytę przyjacielska spółka Hitler & Stalin, lub jak pomógł nam w 1945 r, gdy Stalin, stając się jednoosobowym właścicielem spółki, przejął nas pod swoją kuratelę.

         I jeszcze jedna uwaga, oto wiele się mówi, że W. Jaruzelski kilkakrotnie prosił Związek Sowiecki o pomoc militarną. Prawda to czy fałsz? Toż to fałsz jak jasna cholera!!! Ale równocześnie Generał słał na Kreml prośbę za prośbą, petycję za petycją, umyślnego za umyślnym, błagając o pomoc.

         A jednak “Łza…” zrobiła swoje! Nie! Nie ma w tym stwierdzeniu nic nielogicznego. Generał bowiem błagał o pomoc gospodarczą, ekonomiczną… I pomoc została przyobiecana. I Sowieci słowa dotrzymali, ale dopiero po wprowadzeniu stanu wojennego. Kurki nie zostały zakręcone, a MSW otrzymało m.in. granaty łzawiące, ciepłą bieliznę i sporo wódki.

         Oceniając z perspektywy czasu można chyba powiedzieć, że stan wojenny nie tylko dokompromitował w Kraju Pieroga i Zalewajki tzw. realny socjalizm, ale był także zapowiedzią końca Imperium Zła. Imperim podgryzane z jednej strony ekonomicznie przez R, Reagana, a z drugiej ideologicznie przez Jana Pawła II, weszło w apogeum niewydolności ekonomicznej i rozpadło się implozyjnie.

         I stało się to, co się stało. Wyzwoliwszy się spod kurateli Jednych Braci zaraz wpadliśmy w objęcia drugich. Pytacie mnie czy jest różnica między braćmi? Jest. Ci pierwsi byli bardziej pazerni i bezwzględni. Ci drudzy są lepiej ubrani i może nawet mądrzejsi.

         Choć co tej hipotezy można mieć uzasadnione wątpliwości. Jest przecież zaoceaniczny Donald… rzucające w przestrzeń obiecanki, zmienne puste słowa, stanowiący najtańszy narkotyk na ogłupianie światowej tłuszczy. Tak więc, pozbądźcie się iluzji, że gdyby było w 1981 roku, ale i teraz inaczej byłoby lepiej.

         W tym momencie zamilknę, bo kto nie zrozumie mojego milczenia nie zrozumie też moich słów. Oddam głos człowiekowi, który wie, kim byli ludzie mający wpływ na podejmowane decyzje dotyczące Kraju Pieroga i Zalewajki w 1981 roku.  

         Z okazji pisania książek w oparciu o rozmowy z I zastępcą ministra Czesława Kiszczaka, szefem Służby Wywiadu i Kontrwywiadu, generałem dywizji Władysławem Pożogą poprosiłem generała o zwięzłe charakterystyki najważniejszych generałów ostatniej dekady Peerelu.

         Pożoga spełnił moją prośbę. Wyrwał z zeszytu kartkę papieru i odręcznie napisał tekst, który nawet mnie, choć nigdy nie byłem entuzjastą „dwupaku generalskiego” mocno zbulwersował.

         Oto elukubracja niegdysiejszego zausznika obu generałów. Gen. Cz. Kiszczak służalczy wobec przełożonych zwłaszcza do tych którzy mieli decydujący głos na jego dalszą karierę. Zdolny wykonać każde zadanie, aby pozyskać uznanie i względy przełożonych. W stosunku do współpracowników bezwzględny w wykonawstwie jego pole ceń przeciwstawiających się natychmiast usuwa. Żądny władzy, mściwy wobec osób krytycznie oceniających jego działania. Wyjątkowo zapobiegliwy w materialnym urządzaniu siebie i rodziny.

         Gen. W. Jaruzelski przez cały okres kariery nie przebierał w środkach w dążeniu osiągnięcia najwyższych stanowisk w państwie. Wyjątkowo mściwy, uwielbia pochlebstwa, zamknięty w sobie, pozujący na uczciwego, podejrzymy wobec najbliższego otoczenia. Uwielbia prze- prowadzenie częstych zmian na szczeblach partyjno-rządowych posługując się donosami w stosunku do najbliższych współpracowników uważanych za swoich przeciwników.

 HASŁO BLOGU: Trzeba dobrze uważać, aby nie przekroczyć tej niewidzialnej granicy dzielącej nawiedzonych od idiotów.      

MOJA WALKA Z WIKIPEDIĄ

Jak wschodzące słońce odbiera blask gwiazdom, tak ja odbieram siłę zarówno kobietom, jak i mężczyznom, którzy mnie nienawidzą. Liczni wrogowie, którzy patrzycie na mnie złym okiem, kiedy nadchodzę – wy, którzy mnie nienawidzicie – odbieram wam waszą siłę tak, jak wschodzące słońce odbiera siłę snowi śpiącego.

                                                                                                                         Anastasia Greywolf

Otwarty list do Wikipedii

8 marca 2025 powiadomiłem Wikipedię (e-mail; PDF) o zastrzeżeniach, jakie wzbudził tekst zatytułowany „Życiorys”, a poświęcony mojej osobie. Pytałem: dlaczego zmieniono mój życiorys w Wikipedii? Nadmieniłem, że poprzedni tekst, opracowany przez autora podpisanego „Banach” (autor nie jest mi znany) nosił wszelkie cechy zbliżone do prawdy. Nie znalazłem w nim żadnych wyraźnych błędnych czy zmanipulowanych informacji. Nowy życiorys (niepodpisany) natomiast roi się od błędów merytorycznych i nosi wszelkie cechy wandalizujące z wyraźną sugestią oczerniającą z przewagą hejtu. Oczekiwałem wyjaśnień.         Otrzymałem je. Były podpisane: Andrzej Kamil Rybicki. Korespondent, nie czytając mojego tekstu (podobno ze „względów bezpieczeństwa”) pouczył, że: „Aby zapewnić możliwie najwyższą rzetelność artykułu zasady zobowiązują wikipedystów do korzystania ze wszystkich dostępnych publikacji na dany temat. I tylko publikacji. Informacji nigdzie niepublikowanch w Wikipedii zamieszczać nie wolno (a już zamieszczone należy sukcesywnie usuwać)”. Pan K. Rybicki jednak nie przekazał mojego listu z prośbą o sprostowanie fałszywych treści komuś, kto otworzy PDF i ma kompetencje Wikipedii, aby zareagować na mój list.

         Niemniej jednak dziękuję i za to. Nowy tekst Wikipedii niekiedy mija się wyraźnie z prawdą. Poprzedni tekst był uzupełniany (nie wiem przez kogo). Jeżeli uzupełnienia były niewystarczające, można je było łatwo dostosować do wymagań stawianych przed autorami przez Wikipedię, m.in. korzystając z zamieszczonego w Wikipedii w dziale „Publikacje” wykazu kilkudziesięciu moich książek, a także kilkuset publikacji na mój temat i na temat moich książek zamieszczanych w książkach i innych publikacjach renomowanych autorów, pisarzy i dziennikarzy czy wydawców, ale także w portalach internetowych lub mediach społecznościowych (m.in.: J. Kurtyki, G. Motyki, A. Zybertowicza, A. Paczkowskiego, S. Cenckiewicza, P. Gontarczyka, A. Zasiecznego, S. Wolaka, A. Frukacza, A. Urbańczyka, B. Skaradzińskiego, A. Brychta, S. Krowickiego, Z. Najdera, M. Szymańskiego, P. Burcharda, M. Millera czy Zbigniewa Damskiego).   

         Czy osoby zarządzające Wikipedią zdają sobie sprawę z tego, że hejt na mnie, w latach 1996-2008, będący wynikiem fałszywych informacji medialnych skutkował kilkoma zamachami na mnie, w tym pięciokrotnym podpaleniem bloku, w którym mieszkałem, próbą oblania mnie jakąś żrącą substancją itp. (patrz m.in.: Powiadomienie prokuratora i sądu; recenzja S. Szałapaka; praca magisterska Dzieje SBK w świetle dokumentów Marka Sokołowskiego napisana w Uniwersytecie Warszawski pod kierownictwem prof. Pawła Wieczorkiewicza (wydana jako e-book). Wydarzenia te opisałem w książkach: Tłuste koty wymiaru sprawiedliwości i… oraz w Procesie… czy w innych pracach z liczącego 18 tomów cyklu: Tajna historia Polski). Już odebrałem kilkadziesiąt telefonów od hejterów z groźbą dokończenia „roboty” z przełomu wieków.

         Nowy tekst ogłoszony w Wikiepedii jest o tyle bulwersujący, że wielu autorów, m.in. J. Kurtyka, G. Motyka, A.  Zasieczny, A. Urbańczyk, S. Szałapak, S. Wolak, M. Miller, Z. Najder, S. Cenckiewicz, P. Gontarczyk, B. Urbankowski, M. Wójtowicz-Podhorski, P. Kowal w różnych przypisach, a niekiedy także publikacjach mnie poświęconych (nie mając pojęcia, że tekst mojego życiorysy w Wikipedii, do którego nie miałem większych zastrzeżeń, może być z dnia na dzień zmieniony na tekst, który muszę uznać za hejt) zamiast cytować moje CV powoływało się na stary tekst z Wikipedii. Także na moim bilecie wizytowym jest odwołanie się do Wikipedii. Rozumiem, że każdy ma prawo pisać co mu w „duszy gra”, ale preparowanie mojego życiorysu w kierunku hejtu i zamieszczanie go w szanowanej encyklopedii Internetowej to chyba przesada. Konstruktywna krytyka, potrzebna każdemu autorowi, to przecież nie to samo co podawanie nieprawdziwych informacji służących szkalowaniu dobrego imienia autora. Prosiłem o sprostowanie. I co? I nic. Odesłano mnie na Berdyczów. W tym miejscu sprostowanie łgarstw zamieszczonych w Wikipedii:

WIKIPEDIA: Henryk Piecuch (ur. 4 grudnia 1939[1]) – polski pisarz, emerytowany pułkownik Wojsk Ochrony Pogranicza.

PIECUCH: Henryk Piecuch (ur. 4 grudnia 1939 r. w Bielsku Białej) – polski pisarz i dziennikarz, pułkownik WOP i Straży Granicznej w stanie spoczynku. Patrz m.in.: „Siły Zbrojne Rzeczypospolitej Polskiej. Książeczka Wojskowa” seria HJ nr 42589; „Legitymacja emeryta-rencisty Straży Granicznej” seria AA nr 0001286; A. Zasieczny Polowanie na pułkownika… s. 33-40; Z. Damski Pasje nasze czyli sposób na życie, s. 120-129; T. Miecik i J. Machaj Kto jest kto na Ursynowie i Natolinie, s. 81-82. Moje obszerne dossier, jak również moich oskarżycielek przedstawił M. Sokołowski w pracy magisterskiej (patrz: Dzieje SBK w świetle dokumentów s. 94-97).

WIKIPEDIA: Należał do (sic! – H.P.) Wojsk Ochrony Pogranicza, na emeryturę odszedł w stopniu pułkownika[2][3]. Wraz z Jerzym BronisławskimJanem LitanemMarianem Reniakiem i Marianem Cimoszewiczem.

PIECUCH: Przedstawianie mnie razem z oficerami pełniącymi służbę w formacjach uznanych przez Sejm RP za formacje zbrodnicze (patrz: Uchwała Sejmu RP z dnia 16 listopada 1994 r. w sprawie zbrodniczych działań aparatu bezpieczeństwa w latach 1944 -1956) jest niesprawiedliwe i nosi znamiona celowego pomówienia. Nie znałem J. Bronisławskiego, J. Litana i M. Cimoszewicza, o dwóch ostatnich nigdy nawet nie słyszałem. Po sprawdzeniu w Internecie zorientowałem się, że byli to funkcjonariusze Informacji WP, a także UB. Z tymi formacjami nie miałem nic wspólnego prócz tego, że często o nich pisałem, nieraz bardzo krytycznie. Biorąc pod uwagę ich wiek, musieli przejść na emeryturę znacznie wcześniej ode mnie. Przedstawiającego się jako pułkownik M. Reniak (właśc. Marian Józef Strużyński) znałem prawie 40 lat jako pisarza, dziennikarza i emerytowanego funkcjonariusz WU MBP i SB MSW. Kiedy jednak na początku lat dziewięćdziesiątych dowiedziałem się całej prawdy o jego działalności, zaproponowałem mu 2 lata na napisanie prawdziwej książki o swoich dokonaniach (zob. Tajna historia Polski. Czas generałów, s. 29). Gdy Reniak książki nie napisał, w Akcjach specjalnych s. 268-279 ujawniłem, że nigdy nie był pułkownikiem, a ukadrowionym agentem WU MBP, a następnie kadrowym funkcjonariuszem MSW w stopniu porucznika. Na emeryturę przeszedł w 1964 r. (ja 30 lat później), zaś jego dokonania przyczyniły się do śmierci wielu ludzi. Awans na stopień kapitana otrzymał już na emeryturze w 1987 r.

         WIKIPEDIA: … należy do grupy autorów serii „Labirynt”, skupiającej pracowników Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, Wojsk Ochrony Pogranicza, wywiadu lub kontrwywiadu wojskowego, którzy zajmowali się literaturą jeszcze w służbie czynnej lub po przejściu w stan spoczynku[3].

         PIECUCH: Nie wiem, czy w Wydawnictwie MON była grupa autorów serii „Labirynt”. Jeżeli nawet była, to ja do niej nie należałem. Wyd. MON wydało 6 moich książek. W tym dwie Czas szpiegów oraz Portret szpiega w serii „Labirynt”. Wydawnictwu najpierw przedkładałem ofertę, potem konspekt, a po jego akceptacji – maszynopis. Sprawą wydawcy było, do jakiej serii rzeczoną pozycję zakwalifikuje. A. Zasieczny we wstępie do Tajnej historii Polski. Requiem dla generała pisze, że napisany w 1982 r. i wydany w nakładzie 160 000 egz. Portret szpiega był gotową instrukcją dla opozycji, w jaki sposób sporządzić tajnopis do łączności konspiracyjnej. Zaś w 1984 r. Piecuch wydaje (w nakładzie 200 00 egz.) Czas szpiegów, a następnie w Czytelniku 7 rozmów z generałem…, w których zawarł ostrzeżenia dla „Solidarności”, iż bezpieka prowadzi gry operacyjne przeciw przeciwnikom politycznym. (Patrz: A. Zasieczny w: H. Piecuch Requiem dla generała s. 11-13).  

         WIKIPEDIA: Stał się znany dzięki napisaniu wywiadu-rzeki Siedem rozmów z generałem dywizji Władysławem Pożogą. W latach 90. XX wieku napisał serię książek poświęconych działalności służb specjalnych PRL[4]. Swoje książki pisze w pierwszej osobie[5] (bzdura – HP). Jego działalność pisarska jest krytykowana (kiedy, przez kogo? – HP). Zdaniem środowisk opozycyjnych (jakich, kiedy? – HP) wywiad z Władysławem Pożogą stanowił dzieło propagandowe, mające na celu przedstawić działalność służb bezpieczeństwa w PRL w korzystniejszym świetle[4].

 

         PIECUCH: Przed napisaniem 7 rozmów z generałem… moje książki były wydawane w 100 – 200 tysiącach egzemplarzy, a 7 rozmów… tylko w 50 tys.

  1. Kurtyka pisze: „Sądzę, iż Autor (z racji swoich ówczesnych uwikłań) był jedyną osobą, która mogła uzyskać stosunkowo szeroki wgląd w materiały archiwalne, w znacznej części po dziś objęte klauzulą tajności (np. dokument Rozpracowanie operacyjne sprawy kryptonim „Cezary” z kwietnia 1954 r,), i przed którą w miarę szczerze mogli otworzyć się byli funkcjonariusze MBP (wiedzący o bliskich kontaktach Piecucha z Brystygierową i Pożogą). Możliwość tę Autor uczciwie i bezwzględnie wykorzystał, z pewnością inaczej niż wyobrażali to sobie jego rozmówcy. Zawodowy historyk otrzymuje więc w Książce H. Piecucha opracowane relacje, których uzyskać w inny sposób nie byłby w stanie. Dzięki nim uchwycone też zostały atmosfera i układy personalne w MBP, MSW i WSW, niemożliwe do odtworzenia na podstawie samych dokumentów”. (Patrz: J. Kurtyka Zeszyty historyczne WiN-u nr 9, s, 303).

 

         WIKIPEDIA: Negatywną opinię o twórczości Piecucha wyraził historyk Andrzej Paczkowski, który wypomniał mu mieszanie fragmentów fabularyzowanych z dokumentalnymi, błędy merytoryczne i manipulacje (np. przywoływanie instrukcji Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego z lat 50. do ilustrowania działań w latach 70. i 80.)[4][6]. Problemy z wiarygodnością książek Piecucha wyraził również literaturoznawca Paweł Kaczyński[7]

 

         PIECUCH: Prawda jest inna, wyjaśniałem to wielokrotnie, m.in. w książce Portret z kanalią, w której polemika z A. Paczkowskim zajmuje 18 stron. Tekst w Wikipedii zasadza się na prostej manipulacji: oto autor mojego życiorysu przytacza wyrwany z kontekstu wstępu Od wydawcy autorstwa A. Paczkowskiego (zob.: Akcje specjalne, s. 19) fragment nie bacząc, że kilka wierszy przed tym profesor Paczkowski napisał: „Droga, jaką Autor prowadzi czytelnika jest drogą w ślepy zaułek. Ale jest to droga ciekawa, pełna ekscytujących wydarzeń, śladów ludzkich słabostek skomplikowanych gier.  I opisana łatwym – niemal lotnym – piórem dobrze przygotowanego Autora”.

         Prawdziwie o moich książkach pisali także inni     liczni autorzy (niekiedy nie szczędząc uwag lub wątpliwości, ale nie hejtu). Wspomina o tym A. Zasieczny (patrz: A. Zasieczny w: H. Piecuch Krucjata generałów, s. 12-18) publikując fragmenty tekstów poświęconych moim książkom takich dziennikarzy i pisarzy jak: Bogdan Skaradziński w „Tygodniku Solidarność”, Anna Mikolajczyk w „Westerplatte”, Antoni Mondrowski w „Megaronie”, Janusz Kurtyka w „Zeszytach Historycznych WiN-u” i książce „Z dziejów agonii i podboju”, MB w „Gazecie Wyborczej”, Janusz Skowroński w „Przeglądzie Lubańskim”, Andrzej Brycht w „Świecie Książki”, Stanisław Krowicki w „Myśli Polskiej z książką”, Andrzej Frukacz w „Dzienniku Związkowym (USA – H.P.) czy Ignacy Rutkiewicz w „Wizji publicznej” nr 12/60/”. 

          W latach 1980-2025 napisałem sto książek, z których część była poświęcona służbom specjalnym. Powoływali się na nie różni autorzy, także zagraniczni, np. w biografii R. Reagana jest tylko wymienionych dwóch Polaków, L. Wałęsa i ja (patrz: P. Kengor  The crusader: Ronald Reagan and the fall of communism, s. 290, 408). Fragmenty moich książek były publikowane także w prasie. M.in. w tygodniku „Polityka” wyjątki z 7 Rozmów z generałem… publikował red. Marian Turski. W„Dzienniku Związkowym” (USA) red. Wojciech Białasiewicz ogłosił kilka rozdziałów różnych książek z wydawanej przez wydawnictwo CB serii „Tajna historia Polski”. Inne fragmenty ogłoszone były m.in. w „Granicy”, „Szpilkach”, a także w kwartalniku „Zeszyty Historyczne” wydawanym przez Instytut Literacki w Paryżu. Jak piszą autorzy strony internetowej (https://lubimyczytac.pl): „ Po przeanalizowaniu 48 moich książek (Piecuch – H.P.) pisze książki: kryminał, sensacja, thriller, literatura piękna, powieść historyczna, biografia, autobiografia, pamiętnik, reportaż, publicystyka literacka, eseje, historia, nauki społeczne (psychologia, socjologia itd.), poezja, militaria, wojskowość”. Takiej gamy gatunków literackich nie można napisać tylko w pierwszej osobie. Wynika to również z recenzji S. Szałapaka patrz: https://www.biblioteka.michalowice.pl

 

         WIKIPEDIA: podrozdział: „Proces z członkiniami Samodzielnego Batalionu Kobiecego im. Emilii Plater …

 

         PIECUCH: ten fragment Wikipedii powtarzający zmanipulowane i kłamliwe treści z książki Olgi Wiechnik (zob.: O. Wiechnik Platerówki? Boże broń!, s. 256 i nas.) muszę uznać za obrzydliwy hejt  , tyle w nim kłamstw i dezinformacji (patrz Proces. Kłamstwa, mity, dezinformacje i konfabulacje, s.5-267)

         Na fakt manipulacji i kłamstw w moim procesie zwraca uwagę J. Kurtyka, pisząc: „W czasie towarzyszącej procesowi kampanii prasowej, Autora starano się przedstawić jako ignoranta, który rzekomo pisze o jakowymś etatowym batalionie prostytutek. Niestety, nawet luminarze nauki historycznej nie oparli się pokusie pouczania Piecucha, iż etat Armii Czerwonej nie przewidywał polowych burdeli. Tymczasem Piecuch pisze o dramatycznym losie kobiet, które dostały się w bezwzględne tryby sowieckiej rzeczywistości łagrowej a później wojennej”.(Patrz: J. Kurtyka, dz. cyt., s. 301).

         O tym procesie, toczącym się w latach 1996 – 2011, tak pisał w pracy magisterskiej M. Sokołowski: „Proces toczył się w atmosferze medialnej nagonki na autora i braku elementarnych zasad równego traktowania stron. Jego przebieg i blokowanie prawa do obrony przez oskarżonego jest przykładem defektu systemu prawnego III RP i tak naprawdę wymaga wnikliwego zbadania wszystkich niuansów z nim związanych”. Zaś w portalu „Tania książka” czytamy m.in. „Był to być może pierwszy proces polityczny w III RP, w którym kłamstwa zostały uznane za niepodważalną prawdę, a sąd całkowicie odrzucił dowody obrony w postaci ukrywanych w archiwum KC byłej PZPR dokumentów z lat 40. XX wieku, publikowane w prasie relacje kombatantek 1. SBK oraz opinie renomowanych historyków, m.in. prof. P. Wieczorkiewicza i prof. J. Kurtyki. Kłamstwa i mity oskarżycielek H. Piecuch, zatwardziałych komunistek i oficerów służących w 1. SBK, powtórzyła bez słowa komentarza w swojej książce O. Wiechnik”.

         Szeroko o procesie wytoczonym mi w 1996 r. przez cztery funkcyjne funkcjonariuszki 1. SBK: L. Bibrowską, A. Żurawską, I. Sztachelską i K. Jodkowską, z których dwie pierwsze, już po wojnie, będąc w składzie sądu popełniły „justizmord” (morderstwo sądowe), pisali m.in.: M. Sokołowski w książce Dzieje SBK w świetle dokumentów, A. Zasieczny w Polowaniu na pułkownika… i J. Kurtyka w Zeszytach Historycznych WiN-u.  

         W portalu Książnicy Karkonoskiej (https://bibioteka jelenia-gora.pl) czytamy, że książka Tłuste koty wymiaru sprawiedliwości „… dotyczy nie tylko szeroko rozumianego wymiaru sprawiedliwości czy 1. Samodzielnego Batalionu Kobiecego im. Emilii Plater. Jest to swojego rodzaju podsumowanie twórczości pisarza, którego dziesięć książek ze stu jego autorstwa trafiło na listy bestsellerów. W tym miejscu proponuję przeprowadzić eksperyment: stworzyć leksykon ze słowami oraz wszelkimi formami tych słów (włączając w to neologizmy), których Piecuch użył w swojej twórczości. Na początek wystarczy setna książka pisarza. Okaże się wtedy, że ten leksykon będzie zawierał bardzo dużo haseł. I kto wie, czy Piecuch nie wygrałby konkursu w tej konkurencji. „Bo chodzi o to, by język giętki…” Warto też przeprowadzić inną analizę – analizę gatunków literackich, ale przede wszystkim dziennikarskich, stosowanych przez pisarza, zaczynając od „Tłustych kotów…”. Są to: reportaż literacki – dzieło reportażysty oraz notatka reporterska czy podpis pod zdjęcie, wywiad…; esej, artykuł polemiczny, memuar, literackie impresje, strumienie świadomości itp. itd. Tak, przyjrzyjmy się stylowi oraz wielogatunkowości prozy Henryka Piecucha – rozsmakujmy się w tym kunszcie literackim”.

          Konstruktywna krytyka, potrzebna każdemu autorowi, to przecież nie to samo, co podawanie nieprawdziwych informacje ocierających się o hejt. I tak: 

  1. Nazwa „Plateranki” na nazwanie żołnierek 1. SBK jest prawidłowa, zgodna z normami języka polskiego (patrz: Proces. Kłamstwa, mity, dezinformacje i konfabulacje).
  2. Wypowiedź mojej relantki, zanotowana w czasie II Zlotu żołnierek 1. SBK, skarżącej się, że w czasie służby ona i jej koleżanki były molestowane seksualnie, co jest kompatybilne m.in. z raportami I. Sztachelskiej i L. Bibrowskiej, zastępczyń dowódcy 1. SBK do spraw polityczno-wychowawczych (patrz: M. Sokołowski, dz. cyt. Aneksy 41-59). Wypowiedź mojej informatorki była starannie weryfikowana. Wielokrotnie wspominałem o tym na swoim blogu internetowym oraz w różnych publikacjach i książkach, także najnowszych (np. w Procesie… i Tłustych kotach wymiaru sprawiedliwości,) w których zamieściłem obszerny materiał ilustrujący moje ustalenia w sprawie 1. SBK, m.in. fragmenty dokumentów, książek, zdjęć, rysunków, aneksów i nie tylko. Bibliografia Procesu… liczy 28, a Tłustych kotłów… 106 pozycji, nie licząc tytułów prasowych i wydawnictw periodycznych).
  3. W języku polskim kojarzyć można wszystko z wszystkim. Np. M. Szymańskiemu nazwa „Platerówki” kojarzy się z „tirówkami”. M. Szymański wyjaśniał to m.in. sądowi oraz w cyklu felietonów Tyrady zza lady zamieszczanych w gazecie „Południe – Głos Mokotowa, Ursynowa i Wilanowa”.
  4. Mojego przypisu wyjaśniającego w Akcjach specjalnych, iż nie „podzielam poglądów swojej relantki” oraz dlaczego zamieściłem wypowiedź relantki nie było jedynie w liczącym 200 egz. wydaniu sondażowym (była tam jedynie errata załączona na luźnej kartce). W wydaniu podstawowym przypis już był. Patrz: A. Zasieczny Polowanie na pułkownika….
  5. A. Zasieczny, pisarz, dziennikarz, redaktor ok. 1000 książek, właściciel wydawnictwa CB, które wydało 500 pozycji książkowych, niczego nie powielał z Akcji specjalnych. A. Zasieczny Polowanie na pułkownika… napisał na podstawie znajomości raportów I. Sztachelskiej i L. Bibrowskiej, materiałów archiwalnych, książek, materiałów prasowych i telewizyjnych, ale przede wszystkim na podstawie uczestnictwa w każdej rozprawie, których w latach 1996 – 2011 było kilkanaście.

         W portalu Ceneo.pl Henryk Piecuch, nieznany mi autor pisze o mojej ostatniej książce m.in.: „Tłuste koty wymiaru sprawiedliwości i… są setną książką Henryka Piecucha, w której jak w zwierciadle odbija się historia Polski Ludowej ale i pierwszych dekad III RP. Autor jest ostrym krytykiem Peerelu i życzliwym, acz złośliwym obserwatorem Polski współczesnej. Od lat domaga się ujawnienia pełnej prawdy o naszej najnowszej historii. Szczególnie interesują go sprawy utajone, których najwięcej wiąże się z działalnością polityków, służb specjalnych, wymiaru sprawiedliwości, Kościoła, czarnej propagandy i mediów. H. Piecuch, na przykładzie własnego procesu pokazuje, że w okresie transformacji ustrojowej tzw. samooczyszczenie się niektórych środowisk, ważnych dla funkcjonowania demokracji jest mitem. Zblatowanie tzw. szeroko rozumianego wymiaru sprawiedliwości z władzą wykonawczą, służbami specjalnymi i mediami doprowadziło do tego do czego doprowadziło. Manipulacje, dezinformacje, prowokacje i przede wszystkim pranie mózgów społeczeństwa widoczne jest jeszcze dziś. Autor Tłustych kotów… marząc, aby w Polsce prawo zawsze prawo znaczyło, a sprawiedliwość – sprawiedliwość, twierdzi że obecnie w Kraju Pieroga i Zalewajki sytuacja jest dobra, ale nie beznadziejna.
Autor przeznacza honorarium za książkę na pomoc dla powodzian.

         Piecuch domaga się ujawnienia pełnej prawdy o naszej najnowszej historii, szczególnie w kontekście spraw utajonych związanych z politykami, służbami specjalnymi, wymiarem sprawiedliwości, Kościołem oraz mediami.

         Dla kogo jest ta książka?

  • Osoby zainteresowane historią Polski Ludowej i III RP
  • Miłośnicy biografii i literatury faktu
  • Krytycy polityczni i społeczni

*   Studenci kierunków humanistycznych i społecznych
Co zyskasz dzięki tej publikacji?

  • Głębsze zrozumienie historii:Poznaj nieujawnione aspekty historii Polski, które mają wpływ na współczesność.
  • Krytyczna analiza:Zdobądź wiedzę na temat zblatowania wymiaru sprawiedliwości z władzą wykonawczą i mediami.
  • Refleksja nad demokracją:Zastanów się nad mitami związanymi z samooczyszczeniem się instytucji w okresie transformacji ustrojowej.
  • Wnikliwe obserwacje: Odkryj złośliwe, ale trafne spostrzeżenia autora na temat współczesnej Polski.

         Kluczowe tematy i obszary

  • Historia Polski Ludowej
  • Transformacja ustrojowa w Polsce
  • Rola mediów i służb specjalnych
  • Manipulacje i dezinformacje w społeczeństwie
  • Polityka i wymiar sprawiedliwości”

 

CZY TE KILKA FAKTÓW Z MOJEGO ŻYCIORYSU SĄ WYSTARCZAJĄCYM POWODEM, BY KIEROWNICTWO WIKIPEDII UZNAŁO, ŻE NIE WYPADA MANIPULOWAĆ MOIM ŻYCIORYSEM?