CZY TO JEST JESZCZE AKTUALNE?

Herodot z Halikarnasu napisał: …muszę podać, co się opowiada, ale bynajmniej nie jestem zobowiązany w to wierzyć… no to podaję fragment tego, co mi się zapisało w Locie nad szpiegowskim gniazdem: W 1978 r. służbowo przeniesiono mnie do Warszawy. Jako kierownik działu wojskowego a następnie zastępca i redaktor naczelny współredagowałem tygodnik „Granica”. Z tej okazji bywałem w niektórych komórkach Sztabu Generalnego WP zajmujących się służbami tajnymi, widnymi i trójpłciowymi (hetero-, homo- i biseksualnymi), a wywiadowcze decorum w tej komórce Wojska Polskiego było dość powszechne. W tej najważniejszej komórce LWP fascynowały mnie dwie postaci, leninowca generała Bolesława Chochy, w latach 1968 — 1973 szefa Sztabu Generalnego WP, powszechnie uznawanego za jednego z najzdolniejszych generałów, uczłowieczonego przez alkohol, i genialnego szpiega pułkownika Ryszarda Kuklińskiego, uczłowieczonego poprzez zdradę. Temu ostatniemu poświęciłem książkę As CIA, ale…

Od urodzenia, a może jeszcze wcześniej, nęcił mnie wywiad i kontrwywiad. Nie, nie, nie byłem praktykiem. Aż tak naiwny nie jestem, by dobrowolnie nakładać sobie drugie chomąto. Wystarczyło, że już chadzałem w jednym, wojskowym. Jeżeli chodzi o Firmę (służby specjalne), to byłem jedynie teoretykiem, obserwatorem i — w miarę dostępu do materiałów tajnych — kronikarzem.

Uważałem, że oficerowie departamentów związanych z wywiadem i kontrwywiadem, niewątpliwie najinteligentniejsi w Firmie, posiedli potężną wiedzę. Dzięki temu mogli prowadzić socjologiczne analizy i na długo przez innymi snuć prognozy, w jakim kierunku kraj zmierza. I stosownie do tego ustawić się w życiu.

Oficerowie ci mieli ułatwione zadanie. Przez lata rozpowszechniania mitu tajności, w społeczeństwie powstało przekonanie, że służby o wszystkim i o każdym wiedzą wszystko, a nawet więcej. Dlatego lepiej nie popadać z nimi w konflikt, a już skrajną głupotą jest się nimi interesować.

Jeżeli chodzi o umiejętności dokonywania analiz i snucia długoterminowych prognoz, dokąd zmierza świat, to najwięcej durniów było z armii i partii. Armię usprawiedliwia fakt, że antycypowanie przyszłości nie było jej zadaniem. Zadaniem LWP było szkolenie żołnierzy do obrony socjalistycznej ojczyzny i przygotowywania planów, jak w przypadku wojny skopać tyłki agresorom z NATO. Pod tym względem oficerowie LWP byli perfekcyjnie przygotowani.

Ale partia powinna antycypować przyszłość w pierwszej kolejności. Gen. Jaruzelski po objęciu władzy absolutnej był świadomy, że zbudował dyktaturę złagodzoną przez bałagan. Dowód — powołanie w drugiej połowie lat osiemdziesiątych słynnego, ale mało znanego „zespołu trzech”, o którym jeszcze wspomnę…

Regułą było, że im bliżej do kolejnych zakrętów (1948, 1956, 1970, 1976, 1981 i najwięcej w 1989 r. w okresie Okrągłego Stołu), tym ruchy w departamentach wywiadowczym i kontrwywiadowczym były większe. Nie popełnicie chyba błędu, jeżeli również pod koniec 2015 r. zaobserwujecie niezdrową krzątaninę służb specjalnych…

Warszawka i „warszawka” nie wystarczały mi, bo życie było gdzie indziej. Więc odwiedzałem, chyba najczęściej, rozrzucone po terenie całego kraju obiekty Służby Wywiadu i Kontrwywiadu MSW, które jeszcze wcześniej, bo w 1963 r., sam budowałem, nadzorując około półtysięczną grupę żołnierzy zaangażowanych do tych prac.

Dostałem wówczas od dowódcy WOP rozkaz udania się do dyrektora generalnego MSW gen. Wacława Komara, który polecił, abym ze swej grupy wyznaczył ekipę odpowiednio dobranych fachowców, która wykona remonty mieszkań byłym politykom i wysokim funkcjonariuszom resortu. Byli na tej liście janczarzy Stalina, między innymi Berman, Radkiewicz, Romkowski, Brystygierowa, Fejgin, Humer, czyli osoby cyniczne, ale ponadprzeciętnie kreatywne i obsesyjnie zajmujące się propagowaniem komunizmu, jednak już w wersji nieco złagodzonej, Chruszczowowskiej, a następnie Breżniewowskiej. To  te osoby, zdobywszy przy pomocy Armii Czerwonej władzę w Kraju Pieroga i Zalewajki, mianowały Polaków obywatelami. Zaś obywatel to — wedle Hugona Steinhausa — taki, co się obywa bez wszystkiego. To janczarzy komunizmu sprawili, że Polacy aż do 4 czerwca 1989 r. chodzili z głową w chmurach i nogami w błocie. Ja zaś, niepomny tego, co wybrańcy gen. Komara czynili w czasie stalinizmu polskiego, w celu ustalenia zakresu prac odwiedzałem wskazane osoby. Trudno uwierzyć, ale na obliczach „wybrańców” malowało się samo dobro, samo dobro… Ułatwiło mi to późniejsze rozmowy.

Wytypowani przez gen. Komara funkcjonariusze partii i resortu, nawet odsunięci od stanowisk, nie zgłupieli jak inni z ich bractwa. Nadal byli ludźmi inteligentnymi. Ale chyba nie dlatego byłem przez nich traktowany jak swój człowiek. Oni inteligencję do komunizmu mieli zapisaną w genach. Z ich słów ciągle przebijała totalna troska o człowieka, która kiedyś doprowadziła do okrutnej „dobroci”, czyli zbudowania w Polsce stalinizmu. Na początku lat sześćdziesiątych uosabiałem dla nich korzystny, bo bezpłatny interes. Wykonując rozkaz dowódcy WOP, byłem maleńkim trybikiem systemu. To, co wówczas robiłem, u niektórych rodaków budziło zawiść, a dziś jedynie obrzydzenie.

Dla przeciwwagi odwiedzałem także domy wariatów. Aby nie zwariować, dla zdrowia psychicznego, ale nie tylko, bo również po to, aby się czegoś dowiedzieć o prawdziwym życiu, zaglądałem do szpitala dla psychicznie chorych w Tworkach. Było tam sporo ciekawych osób oraz bardzo ładny, zdziczały i zdewastowany park, wyglądem podobny do tego, co z Krajem Pieroga i Zalewajki wyprawiały rządzące elity. W budynkach MON i MSW było wielu psychopatycznych oficerów. Królował oportunizm, koniunkturalizm i niewiarygodne donosicielstwo, zmuszając do maskowania poglądów. Prawdziwe życie nigdy nie gościło w tych gmachach. Odwrotnie było w Tworkach. Tam nikt niczego nigdy nie udawał.

Aby zrozumieć resorty siłowe, sam rozum nie wystarczy. Trzeba jeszcze znać fakty, i to nie tylko te udokumentowane w zbiorze IPN, liczącym blisko 230 kilometrów, „kwity” Biura „C” MSW (zawierającym wszystko to, czym zajmowały się MBP, KdsBP i MSW; w latach 1988-1990 część dokumentów zniszczono) ale także te, nigdzie niezapisane, tkwiące jedynie w głowach oficerów. Funkcjonariusze postępowali w myśl swoiście pojętej sztuki, czasami sztukmistrzostwa, właściwej tylko tajnym służbom. Czasami budziło to grozę, a czasami zabobonny strach przed wdepnięciem w błoto.

W Firmie przysłuchiwałem się erystycznym dysputom różnych gremiów związanych z wywiadem, kontrwywiadem, agenturą i zwykłymi szpiclami, zbałwanionymi doszczętnie, którymi pozostaną sobą do końca życia, albo i dłużej. Przecież nie wszystkie bałwany topnieją na wiosnę. W Tworkach, oprócz podziwiania przyrody, szukałem ludzi, którzy zazwyczaj milczą, ale przy których można zmądrzeć. Najchętniej rozmawiałem z Sokratesem i innymi filozofami. Starali się ze mnie zrobić głupka.

W ministerstwach więcej było niezbornych kłamców i zadziwiających miglanców, ale także nielichych łapserdaków, których jedynym zajęciem było wzniecanie harmidru na użytek polityków. Ich podstawowym pragnieniem było: najeść się, popić, „zarwać” jakąś dupę i przycisnąć ją do tapczanu. W Tworkach można się było natknąć na weredyków mówiących przełożonym prawdę w oczy. Podejrzewałem, że większość dlatego znalazła się w tej lecznicy. Wizyty w MSW i MON pozwoliły mi poznać niemało polityków, generałów i oficerów szarż znakomitych. Musiałem oczy mrużyć — taki od ich stanowisk i epoletów bił blask. Byli to osobnicy z ekskluzywnej półki, zajmujący się sprawami, o których krążą mity, wymysły i klechdy. W niektórych wypadkach był to czysty ekshibicjonizm ideologiczny, tym wstydliwszy, że zamaskowany pozorami prawdy. Byli to perfekcyjni łgarze o zaskorupiałym języku. Przy nich sławny baron Karl Friedrich Hieronymus, Freiherr von Münchhausen byłby drobnym zmyślaczem.

Zaintrygowany tym, co Bóg robił poza Stworzeniem, szukałem odpowiedzi na wielkie pytania Szekspira i Kanta. Byłem patologicznie infantylny i wierzyłem, że uda mi się uzyskać odpowiedź na pytanie: co funkcjonariusze myślą o wielkich, ponadczasowych problemach Wiliama Szekspira (Być albo nie być?) i Immanuela Kanta (1. Co mogę wiedzieć? 2. Co powinienem robić? 3. Czego mogę się spodziewać?). Kabotyńsko obwarowałem się Schopenhauerem, Kantem i Marksem, wszystko podlałem sokratejskim sosem i myślałem, że myślę. Dzięki przyjaźni z naczelnym psychiatrą MSW majorem Jerzym Bartoszewskim udało mi się także porozmawiać z kilkoma pacjentami szpitala w Tworkach. Były wśród nich osoby mające kiedyś ścisły styk z polityką i z tajnymi służbami. Ich poglądy i sposób zachowania tylko w niewielkim stopniu różniły się od tego, co obserwowałem w rozlewającej się pospolitości. Miło się z nimi rozmawiało o stworzeniu świata, platonicznym antysemityzmie czy o nieszkodliwej odrazie do systemu w ujęciu rewizjonistów partyjnych. A rewizjoniści uważali się za liberałów. Byli przeciwni kneblowi. Uważali, że wystarczy kaganiec. Dla pacjentów jak i dla mnie było jasne, ze jeżeli odraza byłaby szkodliwa, system już dawno szlag by trafił. Tak, pacjenci szpitala tworkowskiego mówili mi o wiele więcej i chyba szczerzej, niż gdyby chodziło o nabranie zwykłego frajera lub lekarza. W MON i MSW wytrzeszczałem gały na wszystko, co mnie interesowało. Nie podzielałem biblijnej zasady głoszonej przez św. Mateusza: I jeśli twoje oko jest dla ciebie powodem grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie! Lepiej jest dla ciebie jednookim wejść do życia, niż z dwojgiem oczu być wrzuconym do piekła ognistego. (Mt 18,9). Słuchałem.

Podniecające było oglądanie, jak to się kręci, omamia, wulgaryzuje, banalizuje, myli… W wojsku i Firmie słowo „dziękuję” było odświętne zaś „k…” — powszechne. Była to wspaniała prostytucja umysłowa, porywająca furia działania. Kukły medialne — politycy, biznesmeni, naukowcy, oficerowie tajnych służb i dziennikarze chciwymi rękami szarpali żywe mięso społeczeństwa. Pierwszą ofiarą na ołtarzu tych indywiduów była prawda. Zelżywości były mi w zasadzie obce, ale po wizytach w resortach siłowych i spotkaniach z politykami nie potrafiłem sklecić nawet najprostszego zdania, by nie posiłkować się „skrzydlatym” słowem. Oglądam też wywiady Moniki Olejnik, Elizy Michalik czy Justyny Pochanke — orlic medialnych. Orlice w pocie czoła usiłują wyrwać z gardeł oficerów G. Czempińskiego, M. Dukaczewskiego lub A. Makowskiego odrobinę prawdy. Nieraz to się udaje, bo to rozmówcy inteligentni. Gdy jednak na fotelu przed orlicami zasiadają politycy, między innymi tacy jak M. Wróbel, B. Kempa czy M. Mastalerek człowiek robi oczy kwadratowe i ma wrażenie, że usiadł gołą pupą na rozgrzebanym mrowisku, takie szczypanie przeciwników politycznych odchodzi, a głupota leje się jak Niagara.                 Wbrew mniemaniom ministerstwa i szpitale psychiatryczne mają wiele wspólnego. Chciałem o tym napisać książkę, która nie ulegałaby terrorowi podobania się. Jestem pewny, że sporo osób jest zainteresowanych funkcjonowaniem i życiem oficerów służb specjalnych, ich związkami z polityką i ich wpływem na społeczeństwo, jednak wstydzą się do tego przyznać.  Być może odstrasza ich od tej tematyki jazgot dziennikarzy i pisarzy, którzy w każdym działaniu tajnym doszukują się drugiego dna i sensacji na miarę początków rozwalania komunizmu lub zapobiegania III wojnie, jak to było w wypadku szpiegów CIA, ppłk. J. Światły i płk. R. Kuklińskiego…

A tymczasem sprawa jest prozaiczna. Służby specjalne są podręcznym orężem polityków. Służą rządzącym, nie społeczeństwu — to pewnik. Chociaż…, chociaż pewniki też bywają dyskusyjne. A że każdy z nas na co dzień otoczony jest działaniami wygenerowanymi przez polityków, wszystko może się zdarzyć. Każdy może być przedmiotem zainteresowania tajnych służb. Nie każdy musi o tym wiedzieć. Ba, większość ludzi o tym nie wie. Przecież służby tajne nie tylko z nazwy są tajne. Obserwując zwyczaje decydentów w służbach specjalnych, można sądzić, że oni z chęcią utajniliby nawet prognozy pogody. Jeżeli uznać, że biznes robiony przez polityków ze społeczeństwem jest korzystny dla obu stron, to geszeft przynosi obfitsze profity tylko jednej stronie. Godzi się przeto pamiętać, że żaden wielki geszeft związany z Peerelem jak i III RP nie mógł się odbyć bez udziału oficerów, niekoniecznie jawnie związanych z tajnymi służbami. Ci funkcjonariusze byli wszędzie. Szczególną aktywność wykazywali w okresie transformacji. Było to możliwe, bo w okres transformacji wkroczyliśmy bez rozpoznania podstaw własnego życia. Przyjęliśmy nowe modele egzystencji, nie rozliczywszy się z przeszłością i nie bardzo wiedząc, jak ma wyglądać przyszłość. Nierozliczenie służb specjalnych i szeroko rozumianego wymiaru sprawiedliwości (sądownictwo i prokuratura) mści się do dziś. Henryk Elzenberg już dawno przypominał, że są na świecie bandyci i święci. Ale święci obracają się w ramach, które wyznaczają bandyci. Więc czy warto psioczyć? Przecież dupki sprawujące władzę są wszędzie, więc dopóki można narzekać, to jeszcze nie można narzekać.

Wolno postawić hipotezę, że rozsiadanie się byłych funkcjonariuszy służb specjalnych w gospodarce, polityce i nie tyko nie jest niekorzystne. W tajnych komórkach MBP, MSW i MON, w których prawda i rzetelność nigdy nie były cnotą, fabrykowano dokumenty prawdziwe albo prawdopodobne, a niekiedy jawnie fałszywe. Odwiedzając te instytucje, miało się wrażenie przebywania w środku świetlówki mającej na celu nie oświetlanie dziejów, a ich zaciemnianie. Mniej więcej od 1985 r. w tych instytucjach ruszyła produkcja specyficznych „kwitów”, które pozwalają oficerom służb PRL jeszcze dziś sięgać na półki, na których stoją najsmaczniejsze konfitury. Można domniemywać, że byłych funkcjonariuszy lub ich potomków jest jeszcze sporo. Ci funkcjonariusze są wybornymi fachowcami. Jeżeli się jednak zdecydowali działać uczciwie dla III RP, to chwała im.

Ale są i tacy, którzy państwo mają w tzw. głębokim poważaniu. Przyklejając się do polityków, do gospodarki widzą jeno własny interes lub interes obcych mocodawców. Przeto raz po raz wybuchają afery, których nikt nigdy nie rozliczył do końca, w których zazwyczaj nawet nie wiadomo, o co chodzi. A jak nie wiadomo, to znaczy, że chodzi o pieniądze, o geszefty… a nie można wykluczyć, że czasami o zdradę… Więc mamy a to aferę Żelazo, a to iskrzenie w „Solidarności” i oskarżanie związku, że brał dolary od  CIA, a to FOZZ, a to moskiewską pożyczkę, a to aferę Telegrafu, a to szwindel ze spółką Srebrna, a to aferę z rzekomą działalnością szpiegowską premiera Józefa Oleksego, a to aferę Rywina, a to aferę z markami branymi od niemieckiej CDU przez polityków z Kongresu Liberalno-Demokratycznego ujawnioną w maju 2014 r. przez Pawła Piskorskiego, rozpoczynającego kampanię wyborczą, a to aferę z podsłuchami lub z rzekomo sfałszowanymi wyborami samorządowymi, a to sprawę SKOK-ów, podsłuchów byłych szefów służb specjalnych i nie tylko byłych…

Większość donosów oparta jest o „kwity” made in służby specjalne wyprodukowane w latach osiemdziesiątych, również na podstawie doniesień agentów tkwiących w strukturach „Solidarności”… Wszystko to w imię rozgrywek politycznych, a nie prawdy. Część „kwitów”, tych starszych, jest w Rosji. Niekiedy coś stamtąd wypływa, podgrzewając atmosferę. W polityce jest rzeczą bardzo niebezpieczną przeoczyć coś, co się dzieje naprawdę. Ale chyba jeszcze niebezpieczniej jest dostrzec coś, co nie istnieje. Nawiasem mówiąc, płk Marceli Wieczorek, zwany Markiem, uważał, że „Solidarność” zrobiła znacznie mniej dla Kraju Pieroga i Zalewajki niż Wspólnota Anonimowych Alkoholików. Po prostu w drugim związku było znacznie mniej agentów SB i różnych innych służb. Marek mógł sobie na to pozwolić. Był homo tweetus, człowiekiem ćwierkającym. A że u każdego w rękawie siedzi jakiś głupiec, to czytając elukubracje dotyczące tajnych służb i ich działalności, odnosi się wrażenie, że w niektórych elitach rozpanoszyli się półinteligenci. Zapominamy, że już Gombrowicz twierdził, że: Niczego nie dokażemy, babrząc się wzajemnie i wymyślając sobie od hipokrytów, głupców i niedołęgów. W medialnej wrzawie ludzie głupieją. A głupota przekraczająca pewne granice staje się publicznym zagrożeniem, bo gdyby wszystkim głupcom zawiesić dzwoneczki na szyjach, powstałby taki hałas, że ludzie mądrzy musieliby nosić watę w uszach. Trudno poznać, czy potęga wyfilozofowanych przez polityków antynomii jest większa lub mniejsza niż sprzeczności w dokumentach wygenerowanych przez służby specjalne…

Niestety, ja też byłem fałszerzem, również fałszowałem. Uważam, że najnowszej historii Polski nie da się napisać na podstawie li tylko dokumentów zgromadzonych w IPN. W Instytucie jest zaledwie około 30 proc. dokumentów wytworzonych w MBP i MSW. Ponadto wiele z tych dokumentów fałszywie przedstawia opisywane sytuacje. Oficerowie sporządzający poszczególne „kwity” musieli to robić, ale nie zawsze i nie w każdym wypadku świadomie kłamali, pisząc nieprawdę. Wykonawcy byli uzależnieni od wielu czynników. Przede wszystkim mieli na uwadze dobro operacyjne. W zależności od rozwoju poszczególnych gier i kombinacji operacyjnych wykonywali odpowiednie dokumenty. Nie bez znaczenia były także notatki i jawne „fałszywki” przygotowywane pod kątem procesowym oraz duże ilości pism wykonywanych i nierejestrowanych „ku pamięci” (pro memoria) itp. Ponadto oficerowie musieli spełniać wolę przełożonych. Ci, w zależności od szczebla w hierarchii służbowej, wymuszali na wykonawcach takie dokumenty, które stawiały ich pracę w korzystnym świetle. Zdarzało się, że walcząc o stanowiska lub inne dobra, musieli komuś podłożyć świnię. Nawet swojemu szefowi. W takim wypadku tylko szaleniec mógłby występować wprost. Łatwiej przecież zwrócić uwagę wyższemu przełożonemu jakimś donosikiem, atakiem personalnym… Polecali więc podwładnym sporządzanie odpowiednich „kwitów”, założenie podsłuchu itp. Zarówno w MSW jak i w MON podsłuchiwanie było powszechne. Specem od organizowania podsłuchów w obu resortach był pułkownik Artur Gotówko (który po przejściu z MON do MSW zajmował wiele odpowiedzialnych stanowisk m.in. był zastępcą szefa specjalnego, ściśle tajnego zespołu operacyjnego, a do jego zadań należało: rozpracowanie wytypowanych przez ministra Kiszczaka funkcjonariuszy partyjnych szczebla centralnego i wojewódzkiego; urzędników administracji centralnej i wojewódzkiej; posłów i urzędników Sejmu PRL; funkcjonariuszy Najwyższej Izby Kontroli; Zjednoczenia Patriotycznego „Grunwald” oraz masonerii). Jako szef Wydziału Ochrony Fizycznej i Kontrwywiadowczej Ministra Obrony Narodowej zakładał podsłuchy generałom: Jaruzelskiemu, Janiszewskiemu, Siwickiemu i nie tylko. Jako zastępca specjalnego Zespołu Operacyjnego Departament III MSW, na polecenie gen. Kiszczaka podsłuchiwał gen. Pożogę i M. Rakowskiego, A. Kwaśniewskiego i L. Millera… 

Nie od rzeczy była także chęć nienarażania się na pytanie: „Co wy tam robicie, że u was jest tak, jak jest, a nie tak, jak być powinno?” Poza tym każdy funkcjonariusz miał wszczepionego w mózg, chyba bezwiednie, własnego cenzora. Do rzadkości należały wypadki, aby jakiś wykonawca nie spełnił woli przełożonego. Ta zasada obowiązywała na każdym szczeblu. W latach osiemdziesiątych — aż do W. Jaruzelskiego. Generał już nie musiał niczego fałszować. No, może przemówienia i odezwy do narodu, w których nie mógł napisać prawdy… Brałem udział w tym procederze. Oto jeden przykład.

W czasie strajków w 1976 r. byłem majorem, instruktorem propagandy w Łużyckiej Brygadzie WOP, ochraniającej południowo-zachodnią granicę z NRD i CSRS. Codziennie pisałem meldunki o sytuacji, które szyfrogramem wysyłano do dowództwa WOP w Warszawie. Zgodnie z prawdą podałem, że w kilkunastu zakładach na terenie służbowej działalności brygady wybuchły strajki. Zakłady podlegały Zjednoczeniu Przemysłu Bawełnianego. Po kilku minutach zadzwonił płk Cz. Żmuda, ówczesny sekretarz Komitetu Partyjnego WOP (późniejszy szef gabinetu ministra Kiszczaka).

Dialog tak zapisałem w dzienniku:

— Co wy tam, k…, myślicie, majorze! Jakie k…, strajki?

-— Takie otrzymałem informacje.

— Od kogo? Od jakiegoś zasrańca…

— Od zastępcy dyrektora do spraw technicznych, ale jak pułkownik chce, może być zasrańcem…

Telefon zamilkł na pięć minut. Rozkoszowałem się ciszą. A potem otrzymałem solidne opierdol i na koniec:

— Łżesz, majorze. Wyciągnę konsekwencje…

Przestraszyłem się. Nie miałem jeszcze pełnej emerytury. Zameldowałem pojednawczo:

— Ten dyrektor siedzi koło mnie. Chce pułkownik z nim porozmawiać?

Żmuda nie chciał. Kazał zmienić treść meldunku. Zamiast „strajki” miałem napisać „niewielkie przerwy w pracy”.

Pamiętam, jakby to było dziś, że z obrzydzeniem, ale wykonałem polecenie. Może powinienem na ten temat milczeć, bo milczenie przystoi mędrcom, a co dopiero głupcom!

Pierwszy wielki geszeft dotyczący okresu transformacji można datować jeszcze przez wyborami 4 czerwca 1989 r. Działalność tajnych służb wysługujących się politykom to choroba zakaźna. Jest na nią tylko jedno lekarstwo — jawność. Dolegliwości sekretne polityków leczy się tylko ujawnieniem mechanizmów pozwalających na bezkarne kantowanie społeczeństwa. Nie jest to prosta sprawa, ale nie beznadziejna. Niektórych byłych funkcjonariuszy trudno odkleić od osób obracających milionami. Gdy do tego dodać postawę niektórych mediów i sprzedajnych dziennikarzy, uzurpujących sobie prawo do bycia czwartą władzą, którzy zamiast ujawniać geszefty, przestępstwa, a nawet zbrodnie zaciemniają obraz, sprawiając że sprawy się komplikują. A jak trafi się uczciwy dziennikarz… Kryminał-biznesmeni i polityko-przestępcy nie żartują. Przekonał się o tym Jarosław Ziętara, który w 1992 r. zniknął bezśladowo. Krótko przed zniknięciem Ziętara odwiedził mnie na Ursynowie. Pogadaliśmy o powstających w marcu 1989 r. kantorach wymiany walut na granicy. Dziennikarz wspominał, że jest to być może temat na książkę reporterską. Po zaginięciu Ziętary byłem w tej sprawie przesłuchiwany na komendzie policji przy ulicy Malczewskiego w Warszawie.     W nocy poprzedzającej podpisanie (przez premiera M. Rakowskiego) decyzji rządowej kantory wyrastały na granicy zachodniej niczym grzyby po deszczu. Chodziło o granicę państwa. W sprawę były zaangażowane trzy brygady WOP – Pomorska, Lubuska i Łużycka. Nie obyło się to bez zwiadu WOP. Aby wiedzieć kto, co i jak wysłałem umyślnego do Szczecina, Krosna i Lubania. Umyślnym był kierownik działu wojskowego „Granicy” Mirosław Cielemęcki (pracował następnie jako kierownik działu biznesowego w redakcji „Wprost” a także w innych mediach. W 2011 r., mimo że pływał dobrze, utonął niespodziewanie w Egipcie; od tego momentu przestałem chodzić na basen)… Z Zientarą pogadaliśmy jeszcze o tym i owym… I ja, aby się dowiedzieć co i jak, dzwoniłem do swych komilitonów, dowódców brygad, pułkowników Henryka Grzybowskiego, Andrzeja Żurka i Józefa Galińskiego. Materiał Cielemęckiego, w którym skupił się na działalności pewnego dżentelmena rozpoczynającego wielką karierę biznesową, potem polityczną, potem kryminalną a potem nijaką, zatrzymała cenzura. Cielemęcki napisał więc tekst, w którym opuścił nazwiska i meritum sprawy. Ten gniot zadowolił i cenzurę z ulicy Mysiej, i ze Sztabu Generalnego, i nawet naszych przełożonych oraz kolegów z granicy zachodniej. Kilka lat później, gdy po raz ostatni rozmawiałem z Cielemęckim, zwierzył mi się, że chce wrócić do zatrzymanego tekstu i zapytał, czy przypadkiem go nie zachowałem. Odpowiedziałem, że gdybym  był Raymondem Chandlerem, tekst by ocalał. Ale że nie jest sławnym twórcą, jego artykuł wylądował w koszu. Trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że sprawa z kantorami dała, być może, początek czemuś znacznie większemu. Postanowiłem to pozostawić umysłom znacznie bardziej dociekliwym…

W każdej chwili mogą was dopaść białe kitle. A szpitale psychiatryczne? Mój Boże! Nie znacie dnia ani godziny… W każdym momencie, z takich lub innych powodów, mogą się u was zjawić białe kitle z kaftanami mającymi bardzo długie rękawy, tak jak to się przytrafiło pewnemu majorowi SB z Wrocławia, który w latach osiemdziesiątych za dużo gadał o tym, że wtedy kasa państwowa ziała pustką, więc generałowie zorganizowali akcję poszukiwania skarbu III Rzeszy. Zaangażowany do akcji poszukiwawczej, dowodzonej przez płk. Bogdana Chrobota, major Stanisław Siorek z wrocławskiej SB wykazywał niezdrowy entuzjazm. Mjr Siorek, zapominając, że wszystkie nieszczęścia człowieka biorą się stąd, że nie może usiedzieć we własnym pokoju i pcha palce między drzwi, badał sprawy związane z procederami poszukiwania skarbów przez ekipę MON. Taka gorliwość była ostatnią rzeczą, jakiej życzyłby sobie minister Kiszczak, który w latach sześćdziesiątych był szefem Zarządu WSW Śląskiego Okręgu Wojskowego. To z tego okresu pochodzą liczne „haki” zgromadzone przez jego ówczesnego szefa gen. Teodora Kufla (Kiszczak był od 1967 r. zastępcą Kufla, a w 1979 r. wygryzł go ze stanowiska, zostając szefem WSW, a następnie ministrem spraw wewnętrznych). „Haki” dotyczyły jakiejś willi, ohydnej prywaty i tego, że Kiszczak, podobnie jak i jego pryncypał W. Jaruzelski, nie ma matury, a ma wyższe wykształcenie. Ale to przecież nie grzech. Wielu ludzi jest bez matur. Józef Hen, wybitny pisarz, też nie miał matury, a Tadeusz Różewicz, przez szereg lat „murowany” kandydat do nagrody Nobla, który wniósł świeży powiew do poezji światowej, miał tylko małą maturę. Obu twórców rozpracowywały służby podległe Kuflowi i „dwupakowi generałów”. Henowi dostało się za swoje w roku 1968, a Różewiczowi przez cały czas trwania Peerelu, ze szczególnym uwzględnieniem przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Wówczas to bezpieka wrocławska była autorką licznych opracowań wskazujących na szkodliwą działalność poety. W Sztokholmie, używając technik operacyjnych, oskarżano poetę o antysemityzm, a w kraju rozsyłano obrzydliwe paszkwile, gdzie tylko było można. Nawet do jednostek WOP. Wyglądający jak krasnal ogrodowy gen. Kufel lubował się w zbieraniu takich szpargałów również na swoich byłych podwładnych. Kiedyś, w ulubionej przez oficerów tajnych służb kawiarni „Mozaika”, w obecności płk. Gotówki generał dał mi kilka anonimów na Cz. Kiszczaka. W czasie spotkania z W. Jaruzelskim wręczyłem mu donosy. Generał nie raczył ich skomentować. Powiedział tylko, że niektóre z tych materiałów mają paszkwilancki charakter. Jaruzelski wie to, bo anonimy docierały także do niego… Kufel nie przewidział, że zbierając haki, stał się obiektem polowań innych „łowców”. Oto, jak donosił CIA R. Kukliński w meldunku z 15 lipca 1981 r.:  gen. bryg. Teodor Kufel (pełnił obowiązki szefa Polskiej Misji Wojskowej w Berlinie Zachodnim – H.P.) został wezwany dyscyplinarnie z Berlina. Toczy się przeciwko niemu śledztwo i nie jest wykluczone, że zostanie on ukarany za przekroczenie uprawnień i nadużycia „gospodarcze”. Chodziło o to, że Kufel w sposób właściwy dla tajnych służb załatwił na Zachodzie fotel dentystyczny dla żony i przeszmuglował go do kraju. W Warszawie podwładni Kiszczaka dołożyli do tego komplet gdańskich mebli zabranych ze służbowego gabinetu. Zwolniono Kufla z wojska, mimo że generał „trofea” zwrócił. Sprawy nie było. Obiecał siedzieć cicho. Słowa dotrzymał aż do 1990 r.  Gorzej trafił mjr Siorek. Pewnego dnia w jego mieszkaniu pojawiły się białe kitle. Sprawnie zakutali gospodarza w kamizelkę z długimi rękawami, które zawiązali na plecach ofiary i powieźli w świat, aby nasycić go wyrobami farmakologicznymi. Był tam częstowany elektrowstrząsami i czymś tam jeszcze. Po wyjściu ze szpitala Siorka, którego znałem jeszcze z czasów służby na Orlu i w żadnym wypadku nie dałbym się mu ogolić brzytwą, zwolniono ze służby w MSW. Był jeszcze przez chwilę medialną gwiazdą poszukiwaczy skarbów. Jako okaz zdrowia umarł niespodziewanie.

Dziś jest tak samo, tylko jeszcze bardziej. Gdy się weźmie pod uwagę, że w 2013 r. różne służby specjalne III RP zażądały od operatorów ponad 2 miliony bilingów z telefonów, co oznacza, że interesowano się właścicielami tych komórek, gdy co krok jesteśmy monitorowani, śledzeni, podsłuchiwani, nagrywani i fotografowani, a tajne służby mogą zrobić z tym materiałem, co chcą, a z człowiekiem wszystko, czego zapragną politycy, sprawa przestaje być zabawna. Może można by nad tym przejść do porządku, gdyby służbom chodziło o bezpieczeństwo państwa. Tak jednak nie jest. Skojarzmy fakty: bilingi i inne bezprawne działania nie pozwoliły naszym służbom wpaść na trop afery z podsłuchiwaniem najważniejszych osób w państwie! Dopiero doniesienia medialne zmusiły prokuraturę i ABW do zajęcia się tą sprawą… Tajne służby raz po raz rozpuszczają jakieś informacje, że dzięki takiemu, a nie innemu działaniu zapobiegły, uchroniły, zneutralizowały wrogie knowania, ale nie podają żadnych konkretów, zasłaniając się bezpieczeństwem państwa. Doświadczenie uczy, że takie tłumaczenia służb to pic na wodę fotomontaż. Albo się zapobiegło przestępczym czynom i wówczas jest po zabawie — można i należy to ujawnić, uczulając społeczeństwo na groźby. Albo się zapobiegło wirtualnie i wówczas ludzie muszą takie informacje traktować jako mydlenie oczu.

Dzięki Snowdenowi, który oddał nieocenione usługi tajnym służbom Rosji i Chin, wiemy, że NSA (Agencja Bezpieczeństwa Narodowego USA) codziennie rejestruje 20 miliardów połączeń telefonicznych oraz internetowych. Zastanówcie się: dlaczego takie działania ujawniające tajemnice dotyczą tylko USA? Dlaczego tak zwana afera podsłuchowa w III RP dotyczy tylko najlepszego sojusznika Amerykanów w Europie — obozu rządzącego? W III RP liczba rejestrowań bilingów i podsłuchów jest niczym czarna dziura. Nikt tego nie ewidencjonuje i nie kontroluje. Jest to istotne, bo o ile peerelowskie służby specjalne były niezłą imitacją NKWD/KGB i GRU, to dzisiaj, służby specjalne III RP są repliką CIA, która niewiele ustępuje służbom sowieckim, a w pewnych operacjach nawet je przewyższa. Aby się o tym przekonać, wystarczy powiedzieć, że NKWD i KGB budowało Gułag na swoim terytorium. Amerykanie tajne więzienia rozmieszczają w państwach sojuszniczych. Od dawna historia tajnych służb była swoistą odmianą pornografii. Dziś jest nią tym bardziej.  Amerykanie podsłuchują przyjaciół i wrogów, a Rosjanie jeszcze bardziej. Oficerowie rosyjskiej SWR czyli Służby Wywiadu Zagranicznego, umieszczając w newralgicznych miejscach służb USA swoich „kretów”, nie muszą się sami fatygować, by wiedzieć, co w trawie piszczy. A w III RP. Cóż, w Kraju Pieroga i Zalewajki nigdy nie wytępiono agentów sowieckich. Biorąc pod uwagę fakt, że służby III RP są, przynajmniej w pewnym sensie, kontynuacją Służby Wywiadu i Kontrwywiadu MSW i SB oraz WSW i Oddziału II Sztabu Generalnego WP, warto się zapoznać, jakie te służby były? Kto w nich pracował? Komu służyły? Jakimi wartościami kierowali się oficerowie? Jak żyli i biesiadowali oraz jakie metody operacyjne stosowali?

Pisząc Lot… zdałem się na intuicję. Tu lekka parafraza wiersza Daemones Cz. Miłosza: Zbliża się pora wyznania./ Oto się prawda odsłania/ I moje życie skłamane/ Światu ma być pokazane. Całe życie spędziłem w towarzystwie słów, ale nigdy nie udało mi się znaleźć słowa właściwego, które byłoby zdolne poruszyć serce bliźniego. Dlatego wyciskam słowa niczym malarz farbę z tubki. Traktuję to pisanie jak worek, do którego wszystko można wrzucić. Namalowane obrazy są prawdziwe. Ale jest to mój subiektywny obraz. Tak obrazy postrzegałem lub tak mi się zdawało, że je postrzegam

**********

Książka ukazała się wprawdzie w 2017 r.( nakładem warszawskiego wydawnictwa CB) ale nadal, biorąc po uwagę to, co wyprawiają parlamentarzyści, służby specjalne i tzw. wymiar sprawiedliwości w Kraju Pieroga i Zalewajki chyba nadal aktualna. 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.