Henry Miller pisał: Czy nam się to podoba, czy nie, nastają czasy, kiedy niektórzy przedstawiciele naszej rasy sami proszą się o zagładę, i zostają zgładzeni, choćby z dobroci, przyzwoitości i szacunku dla przyszłych pokoleń. Nastają czasy, kiedy pewni łajdacy nie zasługują na nic lepszego, niż żeby rzucić ich na pożarcie lwom. Niekiedy prawdziwi zdrajcy rasy muszą zostać obdarci ze swoich niegodziwych praw i przywilejów, muszą zostać pozbawienie swojej ohydnej, bezprawnej własności i wypędzeni jak psy.
Przed laty w ”Rewizji nadzwyczajnej” nieżyjący już pisarze i reporterzy Dariusz Baliszewski i Cezary Chlebowski apelowali do osób myślących, że nadszedł czas przypominania o funkcjonariuszach zasłużonych w zdobyciu i utrwaleniu władzy ludowej. O oficerach resortów siłowych gustujących w zabójstwach, torturach, aresztach wydobywczych czy innych łajdactwach.
Wprawdzie od tamtego czasu napisałem kilkadziesiąt książek i ogawędzałem tego czy owego. Jednak to nie było spełnianie telewizyjnego wezwania cenionych przeze mnie pisarzy. Znałem apelantów. Byli moimi przyjaciółmi. Podobnie jak znałem niektórych ludzi, o których myśleli – tak mniemam – Baliszewski & Chlebowski.
To bezpieczniacka konfraternia, skupiona w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego (MBP), Komitecie do Spraw Bezpieczeństwa Publicznego (Kds.BP) czy Ministerstwie Spraw Wewnętrznych (MSW) jawiła się przeciętnemu zjadaczowi chleba jako przykład niczym niekontrolowanej barbarii. Próbowałem wielokrotnie sportretować niektórych funkcjonariuszy, o których najprawdopodobniej myśleli moi komilitoni.
Ale, Bóg mi świadkiem, nie wychodziło to najlepiej. Nigdy nie mogłem się zdobyć aby najaktywniejszych bezpieczniackich mundurowców przedstawić en bloc i to w pełnej krasie. Chociaż pisarz, poeta, dziennikarz Sławomir Kryska, który, jako redaktor miesięcznika „Poezja” był moim społecznym (koleżeńskim) konsultantem tekstów piosenek (pisanych dla różnych zespołów w ramach chałtury), opracowując na zlecenie Polskiego Towarzystwa Literatury Sensacyjnej i Rozrywkowej tekst folderu pt. Henryk Piecuch wydrukował (bez mojej zgody) następujący fragment (książki wydanej pod pseudonimem w drugim obiegu pt. My stalinowcy): „Od szefa Głównego Zarządu Informacji WP dostałem tylko kilka razy z mordę. Od jego zastępcy Dymitra Woźniesieńskiego nie dostałem nic. Usłyszałem na pocieszenie, że ma za czyste buty, aby skopać tak brudny pysk jak mój. Kto wie jak było naprawdę. Może nie chciał się męczyć, wyglądał na znużonego. Zresztą inni bili znacznie lepiej od niego. To byli prawdziwi artyści w tym fachu”. Folder, wydany w nakładzie 3 tys. egzemplarzy trafił przypadkiem w ręce generała Władysława Jury, nadzorującego redakcję „Granicy” gdzie byłem zastępcą redaktora naczelnego. Miałem pewne kłopoty. Była afera. Wyparłem się wszystkiego. Tłumaczyłem generałowi, że to nie jest mój tekst, a do publikacji doszło przez pomyłkę. W. Jura zażądał konfrontacji z autorem folderu. S. Kryska uprzedzony o aferze potwierdził moją wersję. Dostałem tylko roczny zakaz pisania. Na szczęście był to już schyłek Peerelu. Wkrótce komunizm szlag trafił. Zresztą kłamstwa w mojej twórczości, jak również kłopoty, tak kiedyś, jak i dziś zawsze były moją specjalnością. Zawsze pozwalałem ludziom trwać w błędzie przy ocenie mojej osoby. Jeżeli ma się mózg, to najwyraźniej dobrze jest go używać. Przynajmniej od czasu do czasu. Już jako dziecko w mówiłem sobie, że najlepiej będzie pozwolić gawiedzi trwać w błędzie. Tak jest do teraz. Niech pospólstwo myśli o mnie co chce. Nie zajmuję się tym. Staram się o dobrą energię, taką, że wilki polujące na mnie same zaczną wracać do swojego hejciarskiego lasu. No bo przecież kto przy zdrowych zmysłach za lejtmotyw swojego postępowania napisałby taką frazę: „Nie boję się, że mnie podepczą. Podeptana trawa staję się ścieżką. Warto nią kroczyć”. Życzliwi przestrzegali mnie nieraz abym w swoim postępowaniu nie starał się iść pod prąd. Odpowiadałem, że nawet samoloty startują pod wiatr, a nie z wiatrem.
A teraz? Stary jestem. Mam mało czasu. Muszę się spieszyć z sądami. Wiem, że w życiu chodzi o dwie rzeczy – żeby mieć wiele do powiedzenia i potrafić to zachować dla siebie. Mimo to podejmę ostatnią próbę odgrzania przeszłości. Nie wiem kto jest najbardziej zasłużony w zdobyciu i utrwaleniu władzy ludowej. Ale wiem jedno, w akapicie Henry Millera przytoczonym na wstępie jest coś na rzeczy. Ta myśl wystrzeliła w mojej głowie jak korek od szampana. Na wykładach z socjologii w Akademii Wojskowej, ale także z historii słyszałem, że „najważniejsi są ludzie”. Wspominał o tym także towarzysz Włodzimierz Lenin. A polski półhrabek i sowiecki czekista Feliks Dzierżyński stawał w Moskwie na moście, spluwał na rzekę i patrząc na płynące Moskwą trupy będące dziełem jego podwładnych uczenie konstatował: panta rhei. Oczywiście, wszystko płynie i znika. Czas i niepamięć sprawiają, że wszystko się zaciera. Trudno nie zgodzić się z tym poglądem. Tym bardziej, że już dawno dowiedziałem się, że wszystkiemu winni są ludzie. Ślady specyficznie ludzkich działań bezpieki można znaleźć w archiwach i… cmentarzach. Tu prośba do P.T. Szanownych Czytelników tego fragmentu: gdy przeczytacie o „wiecznie żywym Leninie”, którego teorie legły u podstaw podziału świata na dwa bieguny, Zachodni i Sowiecki, świata, który częściowo rozpadł się w 1990 r., pozdrówcie Donalda Trumpa, Władimira Putina i Xi Jinpinga, którzy majdrują świat trójbiegunowy na czele ze Stanami Zjednoczonym, Rosją i Chinami. Pozdrówcie ich serdecznie, „Bo życie takie jest psia mać, że trzeba każdego w mordę lać”… Więc pamiętajcie i o tym, że to nie miłość, piękno, sprawiedliwość i poszanowanie ludzi obroni świat przed katastrofą. To musi być skuteczny odstrzał debili chcących podzielić świat na strefę wpływów USA, Rosji i Chin.
Szanując nauki socjologów i historyków, przeglądnąłem tysiące dokumentów dotyczących pracowników bezpieki i nie tylko. Były to „kwity” przejrzyste niczym alpejskie lodowce. Ceniąc wskazówki naukowców, przyjrzałem się działalności funkcjonariuszy przez pryzmat tego, co robili, jakie i czyje rozkazy wykonywali, o czym mówili sami i co o nich mówili inni. W ten sposób do mojego notesu reporterskiego trafiły nowe kierunki spiskowej historii obowiązujące w Peerelu: za wczesnego Gomułki- formalizm; za Bieruta- ubizm; średni Gomułka to iluzjonizm, późny – represjonizm. Gierek to neorepresjonizm, a Jaruzelski oświecona dyktatura oligurii pezetperowskiej. Te kierunki mogły się dynamicznie rozwijać, głównie dzięki bezpiece.
Azali bezpieka to przede wszystkim jej oddani funkcjonariusze. W różnym czasie woks populi różnie o bezpieczniakach mówił. Prawie nigdy dobrze. No, chyba, że propagandyści i komunizujący intelektualiści zaś obecni postkomuniści. Atoli tych ostatnich można uznać za trochę pomylonych. A że objawy lekkiego obłąkania nie podlegają karze, nie warto znęcać się nawet nad zupełnie normalnymi polihistorami. W różnym czasie i z różnym nasileniem różni autorzy, podając rzekomo zrozumienie tzw. „faktów naukowych”, podkreślali, że wszystkiemu winni są Żydzi, którzy opanowali bezpiekę, aby zniszczyć prawdziwych Polaków. Niektórzy autorzy zapominali przy tym, że tzw. „fakty naukowe” to oksymoron. Wierzę, że tzw. mądrość życiowa to wiedzieć co ważne, a wybierać najważniejsze. Nauka przecież niczego nie udowadnia. Nauka podaje hipotezy i je bada. One obowiązują dotąd, dopóki ich ktoś nie sfalsyfikuje. A jeżeli komuś uda się skutecznie jakąś hipotezę podważyć, to nikt się nie obraża, tylko zabawa zaczyna się toczyć od nowa. Z Żydami takoż.
Autorzy, jak np. generał Mieczysław Moczar, pragnąc poczuć się lżej, bo sam uwikłany był w przerażające zbrodnie, nigdy nie podawał konkretnych liczb ani faktów świadczących, że to właśnie obce nacje opanowały najważniejsze fotele w gmachach przy Koszykowej i Rakowieckiej. Nie przeszkadzało to „różnym autorom” traktować mitów o zażydzeniu bezpieki jako prawdy objawionej. A skądinąd wiadomo, że prawdy objawione są właściwe religiom, a nie naukom. Postanowiłem tedy na własną rękę szukać prawdy. Przed laty udało mi się dotrzeć do archiwalnych dokumentów personalnych bezpieki. Zacząłem liczyć. W byłym Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego, Komitecie do Spraw Bezpieczeństwa Publicznego i Ministerstwie Spraw Wewnętrznych do roku 1978 na stanowiskach ministra, wiceministrów, dyrektorów departamentów, zastępców dyrektorów departamentów i naczelników wydziałów (równo rzędnych) pracowało 1079 osób. Z tego pracowników narodowości żydowskiej było 183, rosyjskiej – 16, ukraińskiej – 14, białoruskiej – 11, ormiańskiej – l i litewskiej – l. (z tych 183 funkcjonariuszy narodowości żydowskiej tylko siedmiu: Romkowski, Mietkowski, Brystygierowa, Różański, Fejgin, Czaplicki i Światło, było znienawidzonych, gdyż szczególnie niszczyło ludzi nie kochających komunistów). Tak więc statystyka obala mit o zażydzeniu bezpieki. Jeśli ktoś nie wierzy matematyce, twierdząc za Disrealim, że są trzy rodzaje kłamstw: kłamstwa, okropne kłamstwa i statystyki, to niech raczy przejrzeć podaną poniżej obszerną listę osób zajmujących kierownicze stanowiska w bezpiece.
Tak, moi komilitoni Dariusz Baliszewski i Cezary Chlebowski animowali mnie do wspomnień i pisania, ale Tłuste koty bezpieki jak i Alfabet bezpieki powstały także w skutek zainspirowania Abecadłem Kisiela Stefana Kisielewskiego i Alfabetem Jerzego Urbana. Tłuste koty pisałem przez czterdzieści lat. Incydentalnie. Z okazji majdrowanych kolejnych książek wybierałem niektóre wątki biograficzne i odkładałam na półkę. „Lądowały” na niej sprawy, które wywarły na mnie kasandryczne wrażenie i skłoniły do rozważań filozoficznych. Były to rzeczy o przeludnieniu i seksie, o rozbrojeniu świata oraz manifesty o zagrożeniu jakie niesie ocieplenie klimatu i kwestia praw zwierząt, no i wreszcie o terroryzmie oraz wojnie trzeciej generacji czyli wojnie hybrydowej. Nadmieniałem o przeludnieniu w historii ludzkości bo populacja ludzka na przestrzeni lat liczy ok. 66 miliardów istnień. Wspominałem nieśmiało, że liczba 66 jest liczbą diabelską, a Lucyfer to przecież upadły anioł, zaś produkcja ludzi, z wyjątkiem Europy, rośnie w postępie geometrycznym. Ludzie bowiem kochają rżnąć się na potęgę. Na szczęście w dziejach nie było dnia ani godziny bez wojny. W nawałnicach wojennych co sekundę utrupia się jakiegoś człowieka. Jest dobrze. Nie grozi nam przeludnienie. Lodowce topnieją z minuty na minutę podnosząc poziom oceanów i mórz. I też jest świetnie. Ocieplenie nie da rady wyprażyć ziemię na wiór. A, że corocznie ubija się pięćdziesiąt miliardów kur i brojlerów, to…
Raz w roku, dręczony myślotokiem przeglądałem grubochmurne ponure wieści leżakujące na „lądowisku” szarych komórek. Przestałem jeść mięso i nabiał, ale co zrobić z resztą zagadnień lądujących na „lądowisku”? Pociłem się całym swoim jestestwem. Głowa ciążyła mi ku podłodze. Zrozumiałem iż nie jestem w stanie rozwiązać nierozwiązywalne. Muszę ograniczyć się jeno do Kraju Pieroga i Zalewajki. Idąc na skróty postawiłem dodatkowe pytanie o rolę w tym wszystkim funkcjonariuszy bezpieki. Wszak to oficerowie, wczoraj, dziś i jutro dostarczają głównego pożywienia rządzącym przygotowujących menu dla plebsu, który ich wybiera. Z kilkunastu tysięcy wybrałem kilkadziesiąt nazwisk.
Czy więc Tłuste koty są estetycznym wybrykiem starego dziadersa? Uważam, że nie są. Każdy rozdział książki składa się z faktów i opowieści. W faktach podaję, zgodnie z urzędowymi aktami, personalia oraz pierwsze i ostatnie stanowisko zajmowane w resorcie. Poszczególnych zapisów nie wzbogacam ani dobrym, ani złym słowem. W opowieściach niektóre sylwetki podpieram subiektywną charakterystyką wedle własnego widzimisię. Chcecie to wierzcie w moje opowieści. Dla sceptyków mam taką informacje. Niels Bohr, wielki człowiek od wielkiej fizyki, ojciec i matka mechaniki kwantowej zapytany kiedyś, czy wierzy, że podkowa, którą umieścił nad wejście do domu, przynosi mu szczęście – odpowiedział: „Naturalnie, że nie. Ale powiedziano mi, że podkowa działa nawet wtedy, gdy się w nią nie wierzy”. I już dziś idą takie czasy, że ludzie będą szaleni. Tak, tak, żyjemy w świecie, w którym pogrzeb jest ważniejszy od zmarłego, wesele jest ważniejsze niż miłość, wygląd ważniejszy od intelektu. Żyjemy w kulturze opakować, która gardzi zawartością. Dlatego jeżeli gawiedź zobaczy kogoś przy zdrowych zmysłach to powstanie przeciwko niemu, mówiąc mu, że jest szalony, gdyż nie jest taki, jak wszyscy. Tak, tak, jak tak patrzę na otaczającą mnie gawiedź to mi nawet siebie nie jest żal.
– Źle wyglądasz – powiedział mi jeden z komilitonów.
– Niestrawność – wyjaśniłem.
– Co ci dolega?
– Życie.