W ŁAPACH SMIERSZU I INFORMACJI WP

Przyglądając się naszej pospolitości dostrzegam, że w przemówieniach-orędziach J. Kaczyńskiego podmiot nie zgadza się z orzeczeniem i nie jest to tylko wykładnia gramatyczna. Ostrzegam, że sytuacja w Kraju Pieroga i Zalewajki łatwo może przerodzić się w to, co znamy z przełomu XVIII i XIX wieku  pod nazwą wojen wandejskich! A więc JE Ojcze Ojczyzny Prezesie PiS, wicepremierze i szefie Komitetu ds. Bezpieczeństwa Jarosławie Kaczyński Kochany – paskudnie się bawisz!!! A teraz następny kawałek: Kto zabił? Desperata 2. Być może dostrzeżecie w książce sytuacje mogące się łatwo powtórzyć tu i tera. No to ad rem: Po raz pierwszy stanąłem przed sądem polowym. Wkrótce zobaczyłem karną kompanię. Informacja WP nie była zadowolona z takiego obrotu sprawy. Uważano widocznie, że zasłużyłem na kulkę, ale wyrok sądu polowego musiała respektować. Dowódca kompanii otrzymał odpowiedni instruktaż. Wiedział sporo o mnie i moich zwyczajach. Pierwsze słowa, jakie usłyszałem po przyjściu do karnej kompanii, brzmiały:

– Stopień, imię i nazwisko.

– Porucznik Zenon Góral.

– Lubicie wódkę?

– Tak jest.

– Jaką wódkę znacie?

– Znam dwa rodzaje wódki: dobrą i bardzo dobrą.

Powiedziałem krótkie zdanie rozwinięte, bo pamiętałem szkolną naukę, aby odpowiadać całymi zdaniami.

– To od dziś zapomnijcie, że coś takiego jak wódka w ogóle istnieje. Zrozumiano?

– Tak jest! Już zapomniałem, panie kapitanie.

– Zawsze tak łżecie?

– Nie. Tylko w rozmowie z przełożonymi.

Zamiast reprymendy kapitan się tylko uśmiechnął. Potem porozmawialiśmy szczerze o życiu i wojnie. Kapitan był dwa razy starszy ode mnie. Kilka razy odniósł rany. Miał wielką jajowatą głowę i ostry, sterczący jak dziób messerschmitta nos, wyłupiaste oczy przykryte grubymi szkłami krótkowidza, obwisły podbródek i zapadnięte policzki. Wydał mi się sympatyczny. Obejrzał mnie dokładnie oczami, w które nieraz zaglądało nieszczęście. Potarł w roztargnieniu brodę – jak człowiek zastanawiający się, czy nie powinien się ogolić – i zrobił mnie dowódcą plutonu.

– Dlaczego ja?

– Bo masz talent, synu. Bo widzisz, w życiu istnieją sprawy ważne i mniej ważne, pilne i niepilne, z sensem i bez sensu. Nasza jest ważna, ale bez sensu. Ale jeżeli chcemy uratować nasze dupy, musimy sprawić, aby miała sens. A do tego potrzebuję ludzi takich jak ty.                                    

Oprócz talentu miałem jeszcze dwadzieścia kilka lat. Byłem w kwiecie wieku. Podczas wojny pospiesznie dojrzałem, ale nadal niechętnie zabijałem ludzi. Poza tym dosyć miałem dowodzenia innymi. Bałem się odpowiedzialności za innych. Marzyła mi się rola wolnego strzelca. W karnej kompanii było takich kilku. Pewnie dlatego powiedziałem:

– Nie nadaję się na pozytywnego bohatera.

Popatrzył na mnie zdziwiony, jakby z żalem, że nie mogę zrozumieć prostych spraw i wyjaśnił:

– Pozytywnych bohaterów nie musi się tworzyć. Wystarczy ich mianować…

Wszystko to przelatywało mi błyskawicznie przez mózg. Rozmyślania przerwał łącznik. Kazał zameldować się do dowódcy kompanii. Nie chciało mi się wstać, ale musiałem. Szamek zapytał:

– Dokąd idziesz?

– Poszukać wodza. Stęsknił się za mną.

– Może ma jakieś pomyślniejsze wiadomości, może coś wymyśli.

– Na pewno, że pójdziemy do nieba.

– Na ten spacer chciałbym iść w większym towarzystwie. Złożę wizytę zabitym, może mają granaty, nie są im już potrzebne.

Drogę na stanowisko dowódcy przebywałem już wielokrotnie. Za każdym razem wyglądała inaczej. Przybywało lejów po pociskach, połamanych drzew i trupów. Śmierć stała się obiegową monetą wojny.  Początkowo grzebaliśmy zabitych. Teraz już nie. Nie miał kto tego robić. Pozostali przy życiu, zmęczeni, apatyczni, niezdolni do czegokolwiek, czekali na śmierć. Ale chyba nie bali się. Wiedzieli, że ze strachu przed śmiercią można nawet stracić tchnienie i ducha wyzionąć. A duchy, w myśl teorii Heinricha Heinego, boją się równie mocno jak my. Dla żołnierza to byłby dyshonor. Kapitan, którego zawsze traktowałem z należytą atencją po raz pierwszy nie wstał, gdy składałem meldunek. Leżał na boku i był zajęty umieraniem. Popatrzył na mnie i słuchał, jakby nie bardzo wiedział, o co chodzi. Dopiero po dłuższej chwili powiedział cichym głosem:

– Jesteś ostatnim oficerem w mojej grupie.

– Przedostatnim – sprostowałem. – Ty jesteś ostatnim. Dowodzisz przecież.

– Mylisz się, ja już się nie liczę. Popatrz.

                                      ***

Spojrzałem na jego dłoń, którą oderwał od brzucha. Czerwone kropelki krwi błyszczały na niej jak rosa w porannym słońcu.

– Brzuch? – zapytałem.

Kiwnął głową. Próbował nadrabiać miną. Tylko oczy, zimne, szare, lekko zamglone nie miały w sobie nic dziecinnego. Te oczy długo patrzyły na wojnę, widziały wiele śmierci. Pouczał nas zawsze, że prawdziwy żołnierz powinien się kierować dwoma uczuciami: oczarowaniem walką i strachem, że przed śmiercią nie zdąży zabić tylu wrogów, ilu powinien. Teraz jego twarz przypominała buzię dziecka, któremu odebrano ulubioną zabawkę bo zrozumiał, że nie zdąży wyprawić na tamten świat tylu wrogów ilu by chciał. Sądziłem, że lekkomyślnie, jak zawsze, wystawił się na strzał. .Aby go pocieszyć, próbowałem żartować.

– Kto cię prosił, abyś stawał na drodze lecących pocisków? Kule tego nie lubią – powiedziałem.

– To nie kula. To odłamek szrapnela.

Taka rana w naszych warunkach oznaczała koniec wojaczki i życia. Kapitan też to zapewne wiedział. Ale mimo to próbowałem go pocieszać.

– Nie śpiesz się tak z umieraniem. Przetrzymamy jakoś. To nielogiczne, aby umierać tak blisko od Berlina.

– To, co się tu dzieje, jest również nielogiczne. Ale zostawmy to.

Powiedział to posępnie z zimowym tonem, w którym było słychać śnieżyce, płacz wiatru i bólu. Odpoczął chwilę i wydał ostatni rozkaz:

– Przejmujesz dowodzenie! Jeżeli dotrwacie do nocy, jedyną waszą szansą jest uderzyć na fryców.

– Tyle razy próbowaliśmy. Tylko ludzie szybciej giną.

– To nie ma znaczenia. I tak zginą. Jutro, najwyżej pojutrze. Lepiej zginąć w walce, niż leżeć i czekać jak owca na zarżnięcie, jak ja.

– Nie mamy nic do stracenie oprócz życia. Spróbujemy.

– Trzeba wykonać żołnierski obowiązek do końca. Właśnie przyszedł na to czas. Wiesz jak bardzo nienawidzę wojny. Walczyłem, by przyczynić się choć trochę do jej końca. Tak, nienawidzę wojny i polityków, których głupota, łatwowierność, chciwość i ambicja doprowadziły do sytuacji, w której wojny nie dało się uniknąć.

Kapitana szanowali jego żołnierze. Za osobiste zaangażowanie w to, co robił i czułość dla ludzi. Za nieustanne oscylowanie między sprzecznościami wojny, między ochroną życia podwładnych, a obowiązkiem żołnierskim nakazującym często iść w łapy śmierci. Był jednym z tych dowódców, którzy prowadząc ludzi do ataku nie wysyłał podwładnych przodem. Mówił: „Hej, chłopcy! Za mną! Musimy skopać wrogom dupy!”. Teraz zamilkł. Mówienie sprawiało mu widoczną trudność. Zbierał myśli i siły. Dopiero po chwili dokończył niespodziewanie: 

– Ale kiedy już mamy tę wojnę, możecie zrobić tylko jedną rzecz. Musicie ją wygrać. Niestety, już beze mnie.

Spojrzałem na niego uważnie, aby zorientować się, czy wierzy w to, co mówi. Już dawno wiedziałem, że o obowiązku można mówić wówczas, gdy nic człowiekowi nie grozi, gdy jesteśmy bezpieczni. Takie ględzenie jest dobre na zajęciach, spotkaniach i wówczas, gdy innych wysyłamy na śmierć. Teraz zrozumiałem, że można o tym mówić również wówczas, gdy nic nam już nie może pomóc.

– Dobrze. Zrobię to. Spróbujemy jeszcze raz i jeszcze… A co z tobą?

– Mam pistolet i dwa granaty. Gdy dopisze mi szczęście, zabiorę w swoją ostatnią drogę kilku fryców dla towarzystwa.

– Opatrzyć ci brzuch?

– Po co? Aby więcej bolało? Gdy się nie ruszam, jest dobrze.

– Wykrwawisz się.

– To najlżejsza śmierć.

Coś się we mnie buntowało. Chciałem coś zrobić. Nie wiedziałem co. Nie byłem jeszcze przyzwyczajony, żeby nie pomagać ludziom wymagającym pomocy. Tylko co zrobić? Odejść, aby nie patrzeć na kapitana, z którego uchodziło życie? Wróciłem do Szamka. Rzuciłem się bezwładnie obok niego na leśne poszycie, jak człowiek pogodzony z własnym losem. Nie wiem, jak długo leżałem w odrętwieniu, zapomniawszy o zmęczeniu, bólu i głodzie. Było mi dobrze. Nagle zrobiło się mroczno i jeszcze posępniej, mimo że do zachodu słońca brakowało jeszcze godziny. Byliśmy głodni. Do picia mieliśmy deszcz. Szamek, do którego obowiązku należała aprowizacja naszej grupki oświadczył, że na kolację musimy się obejść niczym. Pocieszyłem go, że takie nic da się prędko przygotować i będzie wyjątkowo lekkostrawne.

Do monotonnego huku strzelającej artylerii dołączył nowy głos. Przyszła burza z piorunami, wyrwała mnie z letargu. Chmury rozpuściły deszczowe włosy sięgające koron drzew. Krople wody dopiero po kilku minutach zaczęły spadać na nasze twarze, przynosząc orzeźwienie. Zdecydowałem się spróbować jeszcze raz.  Przełamując niechęć wstałem, poprawiłem pistolet i granaty.

– A ty dokąd? – zapytał Szamek. – Zatęskniłeś za spacerem?

– Za lepszym towarzystwem. Pójdę po języka.

– Zwariowałeś! Po co ci on?

– W nocy mam zamiar pożegnać to parszywe miejsce. Chcę wyprowadzić oddział z kotła.

– Mam iść z tobą?

Wolałem pójść sam. Burza ułatwiła mi zadanie. Poczołgałem się w kierunku stanowisk Niemców. Czekałem na okazję. Fryce również nie czuli się najlepiej w tym lesie. Nie bardzo wiedzieli, gdzie się znajdujemy. Pozbijani w grupki, ubezpieczeni dyżurną bronią maszynową, czekali nie wiadomo na co. Przecież i wśród nich nie było już entuzjastów wierzących w wygranie wojny. Chcieli tylko przeżyć. Nie tęskno im było pchać się pod nasze lufy. Zorientowałem się, że wyjęcie choć jednego z nich jest niemożliwe. Musiałem cierpliwie czekać. Po godzinie przywieziono szkopom spóźniony obiad. Zupę. Jej zapach dobiegał do mojego stanowiska, skręcając mi kiszki i powodując ciągły napływ śliny do ust. Byłem głodny. Ostatnie porcje chleba zjedliśmy dwa dni temu. Do picia mieliśmy deszczówkę. Smakowała jak najsłodszy nektar.

Już chciałem odejść, aby nie drażnić uczucia głodu, gdy pomyślałem, że być może po posiłku któryś z żołnierzy odejdzie od grupy za swoją potrzebą. To była moja szansa. Nie myliłem się. Po dalszych kilkudziesięciu minutach oczekiwania usłyszałem trzask łamanych gałęzi, a potem zobaczyłem niewielkiego żołnierza Wehrmachtu idącego w moim kierunku. Miał może metr siedemdziesiąt centymetrów wzrostu i dwadzieścia kilka lat. Na wycofanie się było za późno. Zaczaiłem się za grubym pniem sosny. Niemiec doszedł do mojego drzewa, na szczęście zatrzymał się z przeciwnej strony, odpiął pas i spuścił spodnie. Nie mogłem pozwolić na resztę; nie chciałem, aby śmierdział w czasie transportu. Puknąłem go w głowę granatem z drewnianą rączką. Capnąłem za kołnierz i powlokłem do swoich żołnierzy. Wolno kapiące krople dostały gwałtownego przyśpieszenia. Deszcz zacinał coraz mocniej. W artylerzystów jakby piorun strzelił. Pracowali na zdwojonych obrotach. My zbieraliśmy plon ich pracy. Taszczyłem swojego jeńca z trudnością. Na szczęście nie był zbyt tłusty i ciężki – znak, że w Wehrmachcie nie przelewało się w ostatnim okresie. W połowie drogi jeniec zaczął się ruszać, a potem wierzgać nogami, usiłując kopnąć mnie w twarz. Puknąłem go drugi raz tym samym granatem i już bez przeszkód dotarłem do Szamka.

– Przyniosłeś mi buty, jak widzę – przywitał mnie podwładny i uwolnił fryca od obuwia. – Są w sam raz – cieszył się przymierzając buty.

Niemiec nie ruszał się. Udawał martwego. Szamek walnął go ręką po twarzy, aby wróciło mu życie. Gdy to nic nie dało, bez żalu poświęcił deszczówkę zbieraną w rozciągniętą pałatkę na wieczorny posiłek, To poskutkowało. Jeniec otworzył oczy. Miał chytrą twarz o złych rysach. Wyczytałem w nich, że jej właściciel wyraźnie tęsknił za jakimś świństwem. Aby mu to wyperswadować, przypomniałem puknięcia w głowę i zapytałem, czy wie, za co dostał. Niepotrzebnie przeszedłem na język Goethego, bo jeniec znał polski. Potrząsnął przecząco głową.

– Pierwszy raz dostałeś, abyś był grzeczny, a drugi raz za to, że nie nosisz hełmu. A teraz możesz dostać po raz trzeci, jeżeli nie będziesz mówił prawdy. Zadamy ci kilka pytań. Odpowiesz – będziesz żył. Nie odpowiesz – spotka cię przykrość.

– Nie strasz go! Frycuś będzie grzeczny. No nie? – powiedział Szamek przeciągając koło jego szyi zdobycznym bagnetem i kłując go szpicem lekko w policzek.

Żołnierz próbował zerwać się na nogi. Nie zdążył, nadział się czołem na ostrze bagnetu podstawionego przez Szamka. Taki bagnet, zwany niegdyś mizerykordią jest dobrym argumentem za pomocą którego prawdziwy żołnierz przypominał pojmanemu wrogowi, że jest śmiertelny. Niemiec nareszcie zrozumiał, w jak trudnej jest sytuacji. Nie chciał umierać. Wolał mówić, ale próbował się wykręcić nieprawdą. Przyłapawszy go raz i drugi na kłamstwie, zwróciłem mu uwagę, że nie mamy czasu. Gdy to nie poskutkowało powiedziałem Szamkowi, aby na początek wyjął mu oko.

Jeniec stal się jednookim. Rozmawiałem z nim w trzy oczy. Wkrótce wiedziałem, co chciałem. Informacji nie mogłem sprawdzić, ale ufałem w miłość Niemca do drugiego oka. Zapewne nie chciał go stracić w tak głupi sposób i to pod koniec wojny. Po godzinie miałem opracowany plan. Poszedłem do kapitana. Nie chciałem go zostawić na pastwę Niemców. Gdy stanąłem nad nim z pistoletem, próbował się jeszcze uśmiechnąć. Mimo bólu powiedział:

– Nie rób tak parszywej miny. Nie musisz tego robić. To jeszcze nie koniec świata.

– Dla mnie nie. Dla tych, których zabito, koniec.

– Dla mnie też koniec.

Nie przyszedłem, aby go, pocieszać. Był żołnierzem, rozumiał sytuację.

– Nie musisz mnie zabijać – poprosił. – Urządzimy to inaczej. Zamocuj w ziemi pod moim ciałem granat i przywiąż zawleczkę do munduru w taki sposób, aby zrobić szkopom niespodziankę. Gdy stracę przytomność i odwrócą mnie, aby zobaczyć czy nie żyję, odbezpieczą granat i pójdą do piekła..

Zrobiłem, co kazał i odszedłem bez słowa. Życzył mi powodzenia. Wiatr wołał nas na wędrówkę. Zebrałem pozostałych przy życiu ludzi. Byli wśród nich ciężko ranni. Chyba zrozumieli, co do nich należy. Gdy odchodziłem od nich, aby jeszcze porozmawiać z jeńcem, usłyszałem za sobą kilka dźwięków, powstających przy strzałach z najbliższej odległości. Z tyłu głowy miałem porzekadłu: „Bardziej boli zły sąsiad niźli rany”. Mój plan był prosty. Jeden z nas musiał zakraść się w pobliże punktu amunicyjnego, w którym Niemcy zgromadzili duże zapasy min, granatów, naboi, gdyż rano szykowali się do decydującej rozprawy z nami, i  próbować wysadzić wszystko w powietrze.

Gdyby się udało, wybuch powinien zaskoczyć przeciwnika i choć na parę minut zmniejszyć jego czujność. Chciałem to wykorzystać na wyrwanie się z okrążenia. Miałem prawo przypuszczać, że nikt nie będzie nas ścigał. Lasy bowiem były duże, a na ich obrzeżach czaiły się zarówno nasze jak i niemieckie siły, z przewagą tych ostatnich. O dwudziestej drugiej pozdejmowałem ubezpieczenie. Zapytałem, kto pójdzie na ochotnika wysadzić punkt amunicyjny. Nikt się nie zgłosił. Wyznaczyłem ostatniego żywego człowieka ze swojego plutonu zdolnego do takiej zabawy. Przed opuszczeniem grupy Szamek odwołał mnie na bok.

– Chcesz mi dać w mordę? – odezwałem się pierwszy.

– Nie. Na twoim miejscu zrobiłbym to samo.

– Więc czego chcesz, do diabła?

Podał mi zdjęcie dziewczyny, o której tyle razy rozmawialiśmy. Było wymięte, wskutek wielokrotnego oglądania, jak kawałek irchy.

– Weź to. Jeżeli przeżyjesz, odeślij je. Na drugiej stronie napisałem adres. Dołącz list, ale sam go napisz.

– Co mam napisać? O twojej miłości czy bohaterstwie?

– Napisz jej prawdę. Napisz jej, jak bardzo żałowałem, że nie zdążyłem jej zerżnąć.

Odszedł kilka kroków i oddał mocz. Był gotów do wykonania zadania. Odwrócił się, ale w mroku nocy i tak nie widziałem jego twarzy. Nie wiedziałem więc, czy chciał jeszcze coś powiedzieć. W ostatnim momencie rozmyślił się i bez słowa ruszył w kierunku Niemców. Usiadłem, czekając na wybuch. Myślałem o wojnie i kochaniu. To racja, że przed bitwą i miłością dobrze jest opróżniać pęcherz.

Najpierw usłyszałem pojedynczą serię z broni maszynowej. Po chwili las rozświetlił się blaskiem, któremu towarzyszył przeciągły huk, jakby w niebie przestawiano meble, nie dbając o uszy sąsiadów na ziemi. A potem niespodziewanie zapadła cisza. Podniosłem się i powiedziałem swoim, że na nas już czas. Szliśmy gęsiego, popychając przed sobą uwiązanego na sznurku jeńca. Spełniał rolę przewodnika i tarczy. Wiedział, w kogo trafi pierwszy strzał, dlatego wolał unikać swoich. Z całego serca życzyłem mu, aby mu się to udało. Ruszyłem trzeci z kolei, mając wszystko i wszystkich na oku. Cisza nie trwała długo. Przerwał ją pojedynczy strzał. Zawtórował mu drugi. W odpowiedzi ktoś pociągnął serię z broni maszynowej. Ktoś inny też dał znać, że czuwa. Powoli włączyły się wszystkie środki ogniowe znajdujące się w promieniu kilku kilometrów. Las rozbrzmiewał kanonadą jak na początku bitwy, kiedy ludzie, nie zmęczeni jeszcze, byli pełni entuzjazmu. W powietrzu bzykały pociski smugowe niczym robaczki świętojańskie, rozrywały się granaty i pociski artyleryjskie. Szliśmy przez to piekło nie strzelając, ale nie dbając o przesadną ostrożność. Nie było na to czasu ani potrzeby. Raz po raz któryś z nas obrywał przez przypadek i zostawał. Tak musiało być.

Wreszcie wszystko pozostało za nami. Nie napotkaliśmy Niemców. Maszerowaliśmy, utrzymując jednostajne tempo, ciągle przez las, który zdawał się nie mieć początku, ni końca. Gdy zaczęło świtać, nakazałem postój. Moi ludzie, zobojętniali, padali pokotem na ziemię. Zwyczajnie, tam gdzie kto stał. Tylko prowadzący jeńca nie zmienił pozycji. Trzymał pepeszę, której lufa była wycelowaną w głowę Niemca. Sprawdziłem stan żywych. Razem z przewodnikiem zostało nas dwunastu. Niektórzy byli ranni. Należało się nimi zająć. Musiałem to zrobić sam. Właśnie kończyłem opatrywać ostatniego kontuzjowanego, gdy usłyszałem zbliżające się pojedyncze kroki. Wziąłem nóż i poszedłem na spotkanie nieznajomego. Nie musiałem nikogo zabijać, wracał Szamek. Był zmęczony po wykonaniu zadania. Nasze spotkanie graniczyło z cudem. Wprawdzie wiedział od jeńca, jaką drogą pójdziemy, ale nie przypuszczałem, że nas znajdzie w tym lesie i że będzie mu się chciało dołączyć do grupy. Samotnie miał większe szanse przetrwania.

– Cieszę się, że jesteś. Nie lubię pisać listów – przywitałem go.

Uśmiechnął się w odpowiedzi. Dziwne, nie było po mm widać tego, co przeszedł. Mało tego, przyniósł kilka paczek sucharów będących w naszych warunkach na wagę życia.

– Ilu zostało? – zapytał.

– Tuzin.

– Z Niemcem?

– On jest trzynasty.

– To źle dla niego? Zabijesz go? – Popatrzył mi w oczy.

– Dotrzymał słowa – wyprowadził nas. Ja też dotrzymam, będzie żył.

– Bez oczu i języka, aby nas nie sypnął? Czytałem „Krzyżaków”. Czy tak?

Szamek wziął mi zapewne za złe drastyczne zmuszenie jeńca do współpracy zaraz po jego złowieniu.

– Nie jestem zbójem. Musiałem tak zrobić. Odpowiadałem za ludzi. Musiałem mu udowodnić, że nie żartuję.

– Co dalej?

– Wciąż jeszcze nie lubię zabijać ludzi. Puszczę go. Niech idzie w swoją stronę.

– Może sprowadzić na nas nieszczęście, przywlec nam na łeb zgraję swoich kompanów.

– Może może? Ale chyba nie zrobi tego po tym, co przeszedł i widział. Zapewne też chce żyć. W pewnych warunkach ludzie zdolni są do porzucenia wszystkich ideałów. Szkop zadekuje się. Przeczeka najgorsze. Będzie unikał swoich i naszych. A po wojnie będzie cieszył się wolnością.

– A my?

– Wrócimy do swoich.

– Aby znowu iść na rozpoznanie walką. Dziwne, ale nie spieszy mi się do tego.

– Szamek, jesteśmy żołnierzami – przypomniałem.

Jakby to w tej sytuacji miało jakiekolwiek znaczenie.

– Desperat, życie jest piękne. Koniec wojny blisko. Las duży. Może by w nim trochę posiedzieć? To zdrowsze niż wojowanie – kusił.

– Musimy robić swoje – powiedziałem, podchodząc do jeńca.

– Jesteś cyniczny, a równocześnie naiwny. Rozumiesz wszystko, a równocześnie nie rozumiesz niczego. To cię może kiedyś drogo kosztować – tłumaczył Szamek.

– A mimo wszystko zrobię to, co powinienem.

– Jesteś idiotą i największym skurwysynem, jakiego znam – usłyszałem. – A jednak cię lubię. I pójdę z tobą – dodał ciszej.

Niemiec z niepokojem obserwował moje ruchy. Gdy wyjąłem nóż, usiłował krzyknąć. Ale nie zdążył. Nie leżało w moim zwyczaju pozwalanie takim typom na zrobienie czegokolwiek wbrew mojej woli. Zakryłem mu dłonią usta, tłumiąc krzyk. Pilnujący go człowiek zamknął oczy. Nie wiedział, co chciałem zrobić. Przeciąłem sznurek krępujący ręce jeńca i powiedziałem, zwalniając mu usta:

– Żegnaj, frycu. Zrobiłeś swoje. Obiecałem ci życie.

– I dziękuję za buty – dodał Szamek.

Powoli przerażenie, malujące się na twarzy Niemca, ustępowało miejsca zdumieniu.

– Jak to, nie zabijesz mnie? Darujesz mi życie? – wyszeptał, dotykając ręką opaski na oku, wykonanej z kawałka koszuli.

Nie tłumaczyłem mu, że jest sam sobie winien, i że od początku nie chciałem go krzywdzić, bo i tak by nie uwierzył. Nie powiedziałem mu nic więcej. Klepnąłem go tylko w ramię i pchnąłem przed siebie. Nie miał trudności z wyborem kierunku marszu. Każdy był dobry, gdyż oddalał go od nas, i jednocześnie każdy zły, bo wiódł w nieznane. Gdy wpadnie w ręce swoich, uznają go za dezertera i rozstrzelają. Gdy spotka naszych potraktują go jak szpiega i też rozstrzelają. Jedynym ratunkiem dla niego było uniknięcie spotkania z kimkolwiek. Szamek podzielił suchary. Ktoś przyniósł wodę z pobliskiego strumyka. Po raz pierwszy od trzech dni miałem coś w ustach. Gdy zjadłem, powróciło zmęczenie. Oczy paliły, a ciało było jak z drewna, nieposłuszne woli. Mimo to wstałem, zebrałem swoją dwunastkę i powlekliśmy się przed siebie. Szukałem gęstego lasu. Najlepiej dzikiej kniei. Po godzinie znaleźliśmy taką. Weszliśmy w ciszę ciszy, w zieloną zieleń. Zaszyliśmy się w niej jak wilki. Spaliśmy. Śniliśmy o końcu wojny. Obudziła nas kanonada.     Artylerzyści wymieniali ostatnie strzały na dobranoc. Miało to dla nas pewne znaczenie, pozwalało zorientować się, w jakim miejscu się znajdujemy. Byliśmy w środku walczących stron. Należało dowiedzieć się, która jest nasza. Po dwóch dniach przedzierania się przez las meldowałem dowódcy swój powrót. Był jednym z tych straszliwie spostrzegawczych facetów, stale mających za złe wszystko to, co robili jego podopieczni. Gdy skończyłem, powiedział:

– A więc wróciliście. Żywi. Kto by pomyślał?!

Pokręcił głową niezadowolony i dodał:.

– Poszło sprawozdanie o waszej bohaterskiej śmierci. Był rozkaz z dywizji, odczytany przed frontem.

– Przykro mi, że zawiedliśmy kolektyw, nie dając się zabić.

Dowódca nie zwrócił uwagi na moje słowa. Rozważał widocznie, co ma uczynić dalej. Był jednym z tych ludzi, którzy nigdy nie powinni się byli urodzić, a umrzeć też nie chcieli. Myślałem o jedzeniu i odpoczynku. Zostawiłem inne zmartwienia przełożonym. Otrzymaliśmy wzmocnione porcje obiadu i dwadzieścia cztery godziny na odpoczynek. Spałem dwadzieścia godzin. Cztery poświęciłem na rozmyślanie. Do końca pobytu w karnej kompanii zostało nam czternaście dni. Czy nas odeślą z powrotem do niej? Podobne myśli nurtowały Szamka, bo pod koniec owej wypoczynkowej doby zapytał:

– Co ci stary powiedział?

– Że nasz powrót przyprawia go o ból głowy.

– Ma przez nas bezsenne noce?

– I złe sny. Musi wysłać nowe sprawozdanie z przykrą informacją o naszym powrocie. Wolałby nas wpakować do gablotki egzotycznych okazów żołnierzy, którzy dali się zabić. I wkurwia się, że się tam zmieścić nie chcemy.

– Co z nami zrobią?

– Zobaczymy.

Nasza ciekawość nie była wystawiona na ciężką próbę. Gdy przyszedł łącznik z powiadomieniem, abym zgłosił się do dowódcy, zrozumiałem, że podarowana doba była potrzebna nie nam, a przełożonemu, niezdecydowanemu co z nami zrobić. Na szczęście samo życie podpowiedziało rozwiązanie. Któryś z naszych pododdziałów złowił dziesięciu Niemców. Podjęto decyzję, aby odstawić ich do sztabu. Wypoczęty i odświeżony zameldowałem się przełożonemu. Spojrzał na mnie ze wstrętem. Jego gęste, krzaczaste brwi zwisały nad zapadniętymi policzkami jak bocianie gniazdo na starym żaglowcu. Zapytał:

– Jesteście, poruczniku, pewni swoich ludzi?

– Jestem.

– Można im powierzyć odpowiedzialną misję?

– Można.

– Odprowadzicie jeńców do sztabu armii.

– Tak jest! Kiedy mam to uczynić?

– Natychmiast. I pamiętajcie: odpowiadacie za to głową.

Nie uważałem wprawdzie, aby dziesięciu byle jakich hitlerowskich zbirów było warte tyle, co ja, ale nie chciałem dyskutować z przełożonym. Odmeldowałem się regulaminowo. Wydałem odpowiednie polecenia. Pobraliśmy amunicję. Pokwitowałem profosowi odbiór jeńców. Pamiętając, że krótkie mowy pamięta się najdłużej wygłosiłem trzydziestosekundowy „spicz” do fryców, jak powinni się zachowywać i ruszyliśmy zostawiając za sobą macierzysty oddział. Tym samym zdjęliśmy kłopot z głowy jego dowódcy. Odeszliśmy w samą porę. Właśnie rozpoczynano przygotowania do kolejnego natarcia i jego organizatorzy uważnie rozglądali się za ochotnikami na pierwszą linię. Na szczęście byliśmy już poza zasięgiem ich władzy. Myślałem, że jakoś to będzie. Szliśmy przez pasmo wzgórz ku gasnącym blaskom na zachodzie, skąd dochodziła przeciągła kanonada. Przypomniałem sobie słowa wieszcza Adama: Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie,/ Ja z synowcem na czele, i jakoś to będzie. Chodziliśmy tak od sześciu dni, odmierzając życie krokami wzdłuż wrogiego kraju, wciąż podążając za słońcem i sztabem armii niczym wędrowne ptaki lecące na wyraj. Ptaki szukając swych gniazd ptaszyły świergotliwie, a my szukaliśmy jedynie szansy przeżycia. Unikaliśmy ludzi, którzy wydali nam wojnę. Wbrew Niemcom cało przeszliśmy przez piekło. Czasami ich spostrzegaliśmy przed sobą. Wtedy zaszywaliśmy się głębiej w lasy, aby przeczekać. Plan nasz był prosty: przeżyć czternaście dni i wrócić do normalnego pododdziału. Szansą było prowadzenie jeńców. Dowódca nie określił czasu, w jakim mieliśmy wykonać zadanie. Doszliśmy do wniosku, że powinniśmy to zrobić w ciągu dwóch tygodni.

    Więc krążyliśmy po lesie bezwiednie, we dnie i w nocy. Początkowo prowadził nas anioł stróż. Szczęśliwie unikaliśmy kłopotów. Niestety, w siódmym dniu anioł zaspał. Zatrzymała nas Informacja WP grasująca razem ze Smierszem. Którzy tylko czyhali na takich jak my. Powoli wpadaliśmy w czeluść tego sowieckiego kontrwywiadu znanego w historiografii jako „śmierć szponom”.

Na domiar złego tą złowrogą komórką sowiecką dowodziła Natasza Murawiowa. Natasza wprawdzie urodziła się na Litwie jako „niemowlę płci żeńskiej”, ale wyrósł z niej temperamentny rudy babus w stopniu kapitana o wyglądzie mocno pogrubionej choleryczki. Obce jej były jakiekolwiek człecze uczucia. Stało się jasne, że opuścił nas anioł stróż, ale nie Informacja WP i Smiersz. Zauważyłem, że Natasza miała duże, smutne, lekko zamglone oczy i układne maniery kobiety mającej za sobą przejście przez wiele łóżek. Na stopień kapitana należało sobie zasłużyć. A kobiety w wojsku mają znacznie cięższe życie niż mężczyźni. Cdn. (Kto zabił. Desperat 2)

[książka jest do nabycia w wydawnictwie; kontakt: e-mail:  s.wolak@agentpr.pl lub telef.: 12 631-32-50; 502-149-666;].

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *