CO WIDZI TRUPA WYSZKLONA ŹRENICA. WCZORAJ KOCHANA DZIŚ ZAPOMNIANA. GEOMETRIA BŁOTA, CZYLI STACJA RASZYNKA I MIEREJA

Ziemia stygnie w geometrycznym ładzie, a ptak na chmurze martwy cień swój kładzie.
                                                         
Lucjan Szenwald

 

Geometria gówna i purpurowe burze

 

Rosja, jak przychodzi, to przychodzi wielka. Chociaż jej ludzie marni, słabi, to ona sama nadciąga monumentalna i nie jest w stanie znieść obok siebie niczego, co nie jest Rosją. Wszystko więc w tę Rosję zamienia – to znaczy, nie owijajmy w bawełnę, w gówno. Żeby wszystko wokół stało się tak samo jednolite i bezwonne jak ta państwowa masa. Szczepan Twardoch ujął to kiedyś z właściwą sobie, śląską substancją, grzebiąc patykiem w wielkiej geometrii Wschodu, gdzie każda indywidualność musi zostać starta na papkę. Prawdziwy triumf kolektywizmu, w którym – jak trafnie prorokował Orwell w Folwarku Zwierzęcem – „wszystkie zwierzęta są równe”, z tym małym zastrzeżeniem, że ostatecznie lądują w tym samym, wspólnym korycie nicości.

To była doprawdy groteskowa, podszyta prowincjonalnym dramatem historia. W dawnych czasach, kiedy marzenia miały jeszcze niefortunną skłonność do spełniania się, żył sobie Wódz. Przybył ze śląskiej Katangi, niosąc pod czaszką ambicje tak spuchnięte, że ledwo mieściły się w granicach powiatu. Pragnął, by rzeczywistość potulnie lizała mu rękę i spełniała każdą fanaberię rozpasanej wyobraźni. I stało się. Życie spłynęło błogim, sytym spokojem. Zrobiło się tak potwornie miło, tak mdło i sympatycznie, że naród zaczął dusić się od tego nadmiaru cukru w cukrze. Klasyczny, wieprzowy dobrobyt, w którym – cytując klasyka – „zwierzęta pracowały nie szczędząc sił, ale ich praca była radosna”. Do czasu, aż cukier zamienił się w zakalec. Nie szło wytrzymać tej powszechnej, ubezwłasnowolniającej zgody. Norman Mailer napisałby zapewne, że „amerykański” – przepraszam, polski – „sen zaczął gnić od środka, nim ktokolwiek zdążył się z niego obudzić”. Wódz jednak, uwięziony w klatce własnego formatu, nie potrafił zmienić trajektorii swoich snów. Wtedy do głosu doszła tłuszcza. Zmęczona tą sielanką, zażądała Generała.

Generał, człowiek czynu o mentalności koszarowego taboretu, również zapragnął odbić swój wewnętrzny świat w materii państwowej. Zmajstrował więc „drużynę ckm spod Lenino”. Był niczym orwellowski Napoleon – wieprz o skłonnościach autorytarnych, który zamiast do dyskusji, wolał tresować psy do obrony własnego stołka. Wówczas dotychczasowa miękkość skarlała w tępą, podłą i koszarową codzienność. Świat stał się paskudny, ordynarny, wyciosany z jednego kawałka państwowego drewna. Znów nie szło wytrzymać.

Aż wreszcie nadeszły czasy nowoczesne – epoka jałowa, w której wszelkie życzenia straciły swoją sprawczą moc. Nic się już nie spełniało. Pragnienia stały się jedynie prywatnym, cichym luksusem uprawianym wstydliwie pod kołdrą. I wtedy Nemezis, złośliwa bogini o poczuciu humoru wiejskiego ekonoma, przysłała Krajowi Pieroga i Zalewajki nowego Wodza. Świeżego jak poranna prasa, rześkiego i pełnego misji. „Rodacy! Polki i Polacy! Teraz będzie lepiej!” – ogłosił, po czym z wprawą chirurga-amatora rozciął naród na dwie idealnie nienawidzące się połowy. Wskrzesił dawny podział z czasów drużyny ckm spod Lenino, tyle że a rebours, obracając wektory na drugą stronę tej samej monety. Od tamtej pory, zupełnie jak na zrewidowanym folwarku, obowiązywało nowe, uaktualnione przykazanie: „Cztery nogi dobrze, dwie nogi… jeszcze lepiej, byle nasza noga była na wierzchu”. Gombrowiczowskie upupienie zyskało newline narodowy sztandar, a podszyta kompleksem niższości gęba stała się naszym oficjalnym profilem.

Całe życie, zaliczony do zaplutych karłów reakcji, byłem po gombrowiczowsku upupiony. Nie mając porządnego wykształcenia, nie mogłem wszorbować się po trepkowsku do elity władzy. Zabrakło mi genetycznego sprytu orwellowskich świń, które jako jedyne na folwarku potrafiły czytać i pisać. W czasie gdy mój mózg funkcjonował jeszcze jako tako, nie było Collegium Humanum ani zondacrypto. Nie mam więc ani ekspresowego doktoratu, ani pożyczek w kryptowalutach. Nie mogę w związku z tym pyszczyć w cyrku przy ulicy Wiejskiej w stolicy środkowoeuropejskiego Kraju Pieroga i Zalewajki, ani nawet uczestniczyć w eleganckich aferach finansowych. Z braku ukończonego przyzwoitego przedszkola (bo wojenne się nie liczy), trudno mieć szerokie horyzonty. Uczelnie wojskowe to wszak nie to samo co uniwersytety – tam uczy się formowania czwórek, a nie wolnomyślicielstwa. Zostałem więc mułem ogólnowojskowym – taki ubogi krewny pracowitego i naiwnego konia Boksera z powieści Orwella, który potrafił tylko powtarzać: „Będę pracował jeszcze ciężej!” – a od połowy ostatniej dekady XX wieku stałem się socjomasą budżetową, ostatnio nawet dziadersem w stanie głęboko schyłkowym.

Od tego czasu moim ulubionym zajęciem jest taplanie się w błocie. A że moczary polityczne ostatecznie mi się znudziły, wybrałem się na bagna Raszynki, niepomny przestróg Jiříego Kolářa, który szeptał zza czeskiej granicy: „Zacznij myśleć, a będziesz bardziej groźny niż jakikolwiek czyn”. Próbowałem. Starałem się bardzo sprostać tej groźbie czeskiego poety, lecz materia stawiała opór. Słońce kołowało na zachodzie, wstępując w fazę purpurowego szaleństwa. Jak pisał Bolesław Leśmian: „W purpurze złota i w złocie purpury/ Słońce się pławi na skraju chmury…” Królewskie, nabrzmiałe, biblijne, wypływało z brzegów nieba niczym prognoza pogody dla grzeszników: z możliwością burz i przelotnych napadów duszności. To niebo nie płonęło, ono ostrzegało przed kolejną gwałtowną zmianą dekoracji, przed nowym cyrkiem na Kapitolu. Czy w tej onirycznej, gęstej zawiesinie można w ogóle uprawiać luksus racjonalizmu? Przecież w folwarcznej rzeczywistości myślenie ma najniższy priorytet – tam „prawda” zmienia się co dekret, a wieprze w garniturach i tak przekonają cię, że czarne jest białe.

Podchodzę do szyby. „Nad okienkiem księżyc. Pod okienkiem wicher. Bezlistne topole srebrzyste i ciche”. Gdy w latach minionych uprawiałem płatną miłość polityki, widziałem z bliska, jak bezlistne empusy propagandy – te medialne harpie o twarzach spikerów z wieczornych wiadomości, wykapany Squealer (Krzykała) z Folwarku Zwierzęcego, potrafiący dowieść, że redukcja racji żywnościowych to w istocie niespotykany wzrost dobrobytu – dwoiły się i troiły, by urządzić społeczeństwu totalną, bezpłatną amputację zdrowego rozsądku. Ja jednak szukałem wyłącznie świętego spokoju. W głowie, niczym natrętna mucha, bzyczał mi cytat z Agnieszki Osieckiej: „Co pomyśli, to wymyśli, potem mu się jeszcze przyśni / bo to taka jest, widzicie, smutna sprawa… (…) / po tym życiu, po przepiciu i te pe / odczuwamy trochę kaca / że co było, to nie wraca, / jak ten kochaś, który zginął w sinej mgle”.

 

Wychodzę za bramę

 

Wiatr szarpie połami kapoty, jakby chciał mnie stąd wywiać w jakąś lepszą, mniej jadowitą przestrzeń. Idę drogą. Stary, wyleniały kot i jeszcze starszy, ledwo powłóczący łapami pies mijają mnie z godnością upadłych arystokratów. Te zwierzęta były niegdyś ludźmi – jestem tego pewien. Niestety, żyjąc zbyt długo w tym społeczeństwie, doszczętnie straciły wiarę w gatunek ludzki. Przy reinkarnacji dokonały więc jedynego słusznego, higienicznego wyboru: porzuciły garnitury i etaty na rzecz sierści, zyskując wreszcie upragnioną autonomię. Przynajmniej one uniknęły losu orwellowskiego Boksera i nie dały się przerobić na klej przez lokalnych kacyków.

Na ściernisku po kukurydzy, wśród suchych, połamanych kikutów, dwa żurawie odprawiają swój powolny rytuał. Gołębie u sąsiada otrzepują skrzydła, jakby zrzucały z siebie ciężar minionej nocy, a nad resztkami konających bagien Raszynki szybują ostatnie bociany, kreśląc na niebie figury geometryczne, których sens dawno zapomniano. Lucjan Szenwald ująłby to pewnie w klasyczny żal, pisząc o tym, jak „ziemia stygnie w geometrycznym ładzie, a ptak na chmurze martwy cień swój kładzie”. Mijam świerki – proste, grzeczne, skrojone pod linijkę państwowego estety, które w swoich zielonych wnętrzach chowają ptaki śpiewające falsetującym tenorem. Głosy te gładko przechodzą w alt, tworząc polifonię cichej rezygnacji. W tym zamieraniu jest jednak cień nadziei, że te biedne stworzenia, uwięzione w polskim krajobrazie, zdołają jeszcze kiedyś złapać czysty oddech.

Wkraczam na świeżo oddaną drogę. To architektoniczne cudo łączy obwodnicę mojej dumnej gminy z dwoma jeziorkami, które wykopano przed dekadą na dawnych bagnach. To był prawdziwy majstersztyk. Raszynka, niegdyś kapryśna, pełna malowniczych zakoli i dzikiego błota, została dziś brutalnie wyprostowana, wyfaszynowana, ujęta w karby betonowej dyscypliny. I to jest majstersztyk a rebours.

Tak, do jeziorek prowadzi luksusowa droga. Tłuszcza może nogi moczyć, nie wysiadając z samochodu. Co prawda wykonano obok biegnącą przy samej rzeczce, wyasfaltowaną, szeroką – jakby dla lektyk – ścieżkę rowerową, a z drugiej strony jeziorek wstydliwie ukryto także ścieżki dla pieszych. Oprawiono je wyszlifowanymi zagranicznymi kamieniami i ozdobiono większymi kamulcami, umajonymi żelaznymi rogami. Mają one przypominać gawiedzi, że do tego zakątka kiedyś ściągały rogacze i inna zwierzyna. Kamulce, a jakże, także mają zagraniczny rodowód. Pochodzą z państwa leżącego za Bałtykiem. W tę asfaltowo-betonową arterię wpompowano tyle cementu, że z powodzeniem można by z niego wznieść drugi Pałac Kultury. Oczywiście już nie imienia Józefa Stalina, bo to niemodne, ale na przykład – Donalda Trumpa. Pasowałby tu idealnie: monumentalny, przaśny i całkowicie zbędny.

Melchior Wańkowicz, gdyby żył i oglądał to unijno-samorządowe eldorado, bez wątpienia powtórzyłby swój słynny werdykt z Wojny i pióra, przypominając, jak to u nas chętnie buduje się pomniki własnej bufonady za publiczny grosz: „Bo to jest wielki, narodowy bigos polski, w którym wszystko się upichci: i cnota, i łajdactwo, i głupota, byle tylko tłusto było i na pokaz!” Pod czaszką błyska mi natrętna myśl: czy te betonowe mózgi, które urzędują w gabinetach wyfaszynowanych tandetną boazerią, biorą w ogóle pod uwagę prawa natury? Przecież oni, gdyby mogli, niebo by swoim wyborcom przychylili i Księżyc by Trumpowi porwali, a potem przywlekli go nad tę betonową arterię, przytwierdzając kotwicami do stalowych rogów. Przez zaledwie dwie dekady udało się całkowicie zeszpecić krajobraz, do niedawna wyglądający tak, jakby stworzył go Jackson Pollock, i zamienić go w coś, co jako żywo przypomina Kostkę Rubika.

To wszystko skłoniło mnie do melancholijnej refleksji nad tym, które grupy społeczne są najbardziej podatne na pranie empusowych mózgów. Czy vox populi i Jacek Kurski mają świętą rację, twierdząc z cynicznym uśmiechem, że „ciemny lud wszystko kupi”? Każdą ciemną polityczną tandetę, byle była głośna i tania?

Wyjmuję kajet. Zapisuję neologizmy, próbując złapać ten uciekający, Schulzowski klimat powolnego rozkładu formy. Masakrując bezlitośnie Jorge Luisa Borgesa, skreśliłem na kolanie taką oto myśl: Czyn pojedynczego człowieka należy w jakiś sposób do całej ludzkości. Dlatego nie ma chyba niesprawiedliwości w tym, że jedno małe nieposłuszeństwo w pewnym rajskim ogrodzie rzuca wieczną plamę na wszystkich ludzi. Ani w tym, że ukrzyżowanie jednego Żyda wystarcza, by ludzkość hurtowo zbawić. Ani w tym, że tragiczna śmierć prezydenta w katastrofie samolotowej staje się wystarczającym powodem, by empusy szemranej partii rządziły krajem albo i nie – ale przy okazji prały mózgi nie tylko swoim wiernym dupolizom, lecz całemu, bezbronnemu społeczeństwu.

Więc dlaczego nie? Dlaczego w mojej gminie, uznawanej za „prima sort”, w której jest wszystko, co potrzebne do luksusowego życia, nie miałyby czaić się te wybetonowane i wyfaszynowane polityczną poprawnością główki? Moja gmina, kiedyś stanowiąca ogród Warszawy, powoli przeinacza się w osiedle domków jednorodzinnych, których właściciele zafascynowani są kostką Bauma. Behaton wprost poraża moje stetryczałe patrzałki. Jednak w promieniu dwóch kilometrów mam wszystko, czego mi potrzeba. Dwa supermarkety, ośrodek zdrowia, przystanek WKD i wygodne, wyasfaltowane ulice z luksusowymi chodnikami. Są też dwie siłownie na wolnym powietrzu, przedszkole, szkoła i biblioteka, unikająca jak ognia moich książek – widać lokalne bibliotekarki również przeszły kurs orwellowskiego dwójmyślenia i uznały Piecucha za literaturę zbyt wywrotową jak na standardy gminy „prima sort”. Kto wie, czy stary Arthur Schopenhauer nie miał racji, pisząc o świecie jako woli i wyobrażeniu?

Czuję, że są we mnie – i we wszystkich moich bohaterach – wszystkie ludzkie typy. Łącznie z najgorszymi dupolizami obecnego Wodza. Bagna Raszynki, okaleczone i uregulowane, stanowią dziś kwintesencję uporządkowanego na aktualną modę ogrodu rajskiego – a jednocześnie piekła, w którym skaczą sobie do gardła polityczni komedianci.

Na samo wspomnienie tego, co do tej pory zdołałem nabazgrać w moim Raptularzu, czereśnie w ogrodzie zaczynają nagle szaleć. Szumią wściekle, targane nagłym, wewnętrznym niepokojem. Zginają się niemal do samej ziemi, niczym karkonoskie świerki w najdzikszych porywach halnego wiatru. Bruno Schulz zapłakałby nad tą deformacją, a Gombrowicz doprawiłby jej gębę. A ja? Co ja mogę? Ścibolę literki Raptularza i maluję w wyobraźni pejzaż, którego już nigdy nie zobaczę.

Tylko piechowicki cis stoi majestatycznie jak Aerofłot lub Donald Tusk – niewzruszony niczym aktualny Wódz przed obliczem suwerena. To żywy pomnik obojętności, ignorujący wiatry historii i drobne swary śmiertelników. Wychodzę do słońca, które bezczelnie zalewa ten nasz prowincjonalny teatr cieni. Spotykam sąsiadkę, Anię, spacerującą ze swoją bokserką. Proponuję jej natychmiastowy spacer nad jeziorka i szczątki bagien Raszynki – wszak nie ma lepszego miejsca na sekcję zwłok naszej codzienności. Gdzie jesteś pokuso / i gdzie Twoje prawo / że każesz być lustrem / błękitnym niebem / i raszyńskim stawom?

Ania to zjawiskowa i charakterna białogłowa, zawsze o nienagannej aparycji. Jej elegancja ma w sobie coś z geometrycznego szaleństwa. Ona nawet pod prysznic zmienia kreację na bardziej seksowną, niczym młody, piękny dzielnicowy, który – wedle nieśmiertelnego porzekadła – „wybrał się na motorze w dezabilu po cywilu”. To olśniewająca sąsiadka, lekarka, która już dwa razy uratowała mi życie. Kobieta instytucja, potrafiąca nawet o trzeciej w nocy przelecieć przez ogród do mojego domu, by uspokoić moje uciekające z osierdzia serce, posztukowane w wyniku dziesięciogodzinnej operacji przeprowadzonej przez zacnych i wysoce kompetentnych kardiochirurgów szpitala MSW. Klasyczny przykład tego, co Maria Anna Potocka opisuje w Dyktaturze kobiet jako postfeministyczny ideał władzy absolutnej – kobieta, która nie musi walczyć o równouprawnienie, bo z wyżyn swojej inteligencji i profesjonalizmu traktuje mężczyzn z pobłażliwą troską, jak istoty z gruntu pośledniejsze, wymagające permanentnej reanimacji.

Własny ogród Ani przypomina najlepsze dzieła Vincenta van Gogh, Gustava Klimta czy Claude’a Moneta. W tej botanicznej gęstwinie można usłyszeć, oprócz świergotu ptaków, wysublimowaną muzykę Antonio Vivaldiego lub Oliviera Messiaena. Ania wie wszystko o ludzkich słabościach, a z historią – także tą światową – jest za pan brat. Prawdziwa kapłanka wiedzy w świecie powszechnej ignorancji.

Idziemy pod rękę, a Ania błyszczy i promienieje niczym złocista kula niebiańska, niczym monumentalne słońce zawieszone nad bagnami Raszynki. Dzieli tę przestrzeń z powracającymi bocianami, które z niedowierzaniem kręcą głowami na widok tego, co stało się z ich ulubioną krainą. Ta kosmiczna harmonia staje się jawna, gdy w ostatnich, konających blaskach dnia na purpurowy nieboskłon wchodzi Wielka Niedźwiedzica. Ciągnie za sobą, przywiązany gwiezdnym ogonem, potężny dyszel Wielkiego Wozu, a za tym dyszlem – Wóz cały, wyładowany po brzegi migotliwym, różnorodnym gwiazdozbiorem, który sypie się na nas jak gwiezdny pył. Jak pisał Bolesław Leśmian: „A niebo było pełne gwiazd i pełne chłodu,/ I noc pachniała maciejką i powiewem wschodu…”

Lekarka, jako istota z gruntu mistyczna, lubi także zimne światło księżyca. Patrząc na nią, trawestuję Tadeusza Micińskiego: Na księżycu czarnym wisi / patrząc w gwiazd gasnących cisşe.

 

Nie ma co. Cała Ania. Srebrna, niedostępna, a jednocześnie na wskroś tutejsza

 

To znana w sołectwie, ale i daleko poza jego granicami, medyczka i społeczniczka. Jej życie to fascynująca konstrukcja: dwie zupełnie różne opowieści w jednej, przedzielone wyraźną halokliną pośrodku. Z jednej strony to chłodna, profesjonalna pomoc medyczna niesiona takim życiowym niewydarzeńcom i marzycielom jak ja. Z drugiej – chaotyczne szumy, zlepy, ciągi działalności społecznej, jakby to określił Miron Białoszewski w swoim kawiarnianym natchnieniu.

Zaś samą halokliną, tą warstwą graniczną, jest po prostu jej głęboka miłość do ludzi, która towarzyszy jej na każdym kroku. Nie był to jednak żaden wyrafinowany safizm, tylko miłość zwykła, najbardziej powszechna, staroświecko heteroseksualna. Choć, jak przypomina nam Anne Carson  w swoich esejach o Safonie, każda miłość z natury jest słodko-gorzkim paradoksem trwania na granicy paradoksalnego braku – a Ania potrafi ten brak zagospodarować z precyzją ordynatora oddziału. Zresztą, żeby było jasne, Ania nie ma zupełnie nic do miłości homoseksualnej. Homoseksualista toć nie wilkołak, w pełnię księżyca nie wyje, nikomu niegroźny, a i estetycznie często przewyższa przeciętnego reprezentanta tutejszego elektoratu.

I oto wyłaniają się jeziorka z kaczkami i łabędziami. Idziemy sobie pomalutku w tę krainę gdzie cisza i błogość i ta wyfaszynowana Raszynka nie razi, bo za nią czai się skromna część bagien, której jakimś cudem udało się ocaleć przed bezwzględną industrializacją i adaptacją na nowoczesne „tereny wypoczynkowe dla świata pracy”. Patrzę na to błoto i nagle coś strzela mi do łba. Kaprys pamięci, literackie skrzywienie. Zaczynam porównywać te żałosne resztki nadraszyńskiego bagiennego krajobrazu do widoku, jaki ujrzałem przed laty w czasie podróży wojskowo-historycznej szlakiem bitwy pod Lenino.

Przed moi patrzałkami, niczym w onirycznym kinie, jawią się nagle rzeka Miereja i tamtejsze mokradła. I Oni – chłopcy, żołnierze 1. Dywizji Piechoty, bezwzględnie wessani przez białoruskie błoto. Widzę sowieckiego generała Gordowa, który zza biurka, palcem umazanym w machorce, wybrał dla Polaków ten samobójczy kierunek natarcia. I Berlinga widzę, na gigantycznym, dziejowym kacu, pchającego całe bataliony w bezdenne, czarne błoto. Melchior Wańkowicz w swoim reportażowym geniuszu ująłby to krótko: „To nie była walka, to było widowisko zaplanowane przez rzeźników, gdzie polska krew miała zaświadczyć o nowym porządku”.

Mózg, ten nieproszony archiwista, każe mi natychmiast przypomnieć wypowiedź Adama Bromberga, któremu jakimś cudem udało się przeżyć tamte dwa koszmarne, październikowe dni 1943 roku. Słowa te do dziś świdrują moje szare komórki: „Nasi sowieccy sąsiedzi wcale się nie ruszyli. Trudniej jednak wyjaśnić, dlaczego nie udzielili nam nawet wsparcia artyleryjskiego. Większość naszych czołgów ugrzęzła w błotach, na które sowiecki zwiad jakoś nie zwrócił uwagi, a idąc sami, ściągaliśmy na siebie ogień wszystkich dział i karabinów maszynowych wroga, których siła ognia okazała się znacznie większa od tej, jaką nam podano. Ludzie padali jak pokosy, ale Berlingowi zabrakło odwagi, żeby powstrzymać natarcie. Niektóre kompanie doszły do niemieckich okopów, ale nie osiągnęliśmy nic. Straciliśmy 500 zabitych, 1800 rannych, 700 zaginionych – jedna trzecia dywizji. Dostaliśmy za to gratulacje i skrzynie odznaczeń, włącznie z trzema gwiazdami Bohatera Związku Radzieckiego za bohaterską śmierć. Jedna przypadła fizylierce – spłonęła w ciężarówce, ratując dokumenty sztabu, który wykazał zupełną nieudolność; druga przypadła Julkowi Hibnerowi, dąbrowszczakowi, który poprowadził swój batalion najdalej i upadł ogłuszony eksplozją, a jego żołnierze go zostawili i powiedzieli, że zginął; trzecia została nadana Adamowi Wysockiemu, który poszedł naprzód i zaginął z całym oddziałem, a zaraz po tym, jak został pośmiertnie bohaterem, przemówił przez niemieckie radio i nadsyłał nam ulotki z osobistym podpisem zachęcające do przechodzenia na niemiecką stronę”.

Tracę kontakt z rzeczywistością.

Zapominam, gdzie jestem i z kim jestem. Prowincjonalna ulica znika, ustępując miejsca wojennej makabrze. Głośno, na cały głos, zaczynam powtarzać siarczyste insynuacje gen. Berlinga pod adresem Gordowa:

  • Oby wielka choroba stoczyła twoje jądra, synu hieny i szakala, i obyś gnił do śmierci i nie mógł skonać!

A zaraz potem dorzucam równie kwiecisty cytat z gen. Bewziuka:

  • Bodaj sukinsyn srał drutem kolczastym do końca życia!
  • Co ty tam mamroczesz? — pyta moja piękna towarzyszka, wyrywając mnie z tej historycznej transzy.

Wyjasniam jej pokrótce, skąd te anatomiczne klątwy.

  • Świnia, dupku! — skwitowała pieszczotliwie, z właściwym lekarzom pragmatyzmem. Zgodnie z diagnozą Potockiej, rzuciła na mnie to swoje chłodne, postfeministyczne spojrzenie, w którym mieściła się cała litość nad skarlałą męską skłonnością do martyrologii. – Toż to monumentalne grafomaństwo dla sentymentalnych kabotynów. Co ty właściwie przez to chciałeś powiedzieć? – pyta i nie czekając na odpowiedź, kontynuuje swoją diagnozę: – Myślę, że jesteś… no, dość znośnym prowincjonalnym pisarzem. Niektóre twoje książki można czytać bez nagłego bólu w zębach, ale niektóre leżą na półkach ciężkie jak ołów w podeszwie nurka. Jednak w sprawach stosowania tych twoich literackich zelżywości jesteś takim wariatem, że aż skóra cierpnie.
  • Nie będę się z tobą handryczył, Aniu. Co do tego „wariata” to masz pełną rację. Mam nawet na to urzędowe papiery, twarde kwity. Przez trzy tygodnie rezydowałem przecież w słynnej wariatoklinice w Tworkach. Może to właśnie tam, w cieniu tworkowskich drzew, pisałem swoje własne „fragmenty” – tak urwane i niekompletne, że nawet sama Anne Carson uznałaby je za godną kontynuację Safony.

– I jak tam jest? — pyta z nagłym błyskiem w oku.

– Doskonale. Głosy dzisiejszych polityków, grafomania niespełnionych poetów i ta nieznośna polityczna poprawność do murów kliniki nie dochodzą. Norman Mailer napisałby pewnie, że to „jedyne miejsce, gdzie człowiek o zdrowych zmysłach może schronić się przed wszechobecnym, państwowym szaleństwem”. Sławomir Mrożek skwitowałby to pewnie z właściwym sobie, lodowatym uśmiechem, pisząc, że w świecie, gdzie obłąkanie stało się oficjalną doktryną państwową, wariatkowo pozostaje jedynym azylem dla logiki, a portier na tworkowskiej bramie to najważniejszy strażnik resztek naszej suwerenności. Cisza, spokój, stan bliski czystemu szczęściu. Nie ma to jak wariaci! A dlaczego zacytowałem ci te wojskowe bluzgi? Chciałem tylko sprawdzić, jak ty, akrybiczna, precyzyjna lekarka, zareagujesz na taki, coraz bardziej powszechny, ale jednak specyficzny język. Powiem ci w sekrecie, że mój osobisty argot, mimo że uwojskowiony, kształtowała wielka literatura: wyrafinowana poezja, pikantne „momenty” w Panu Tadeuszu, ale i brutalizm Rafała Wojaczka czy knajpiany autentyzm Charlesa Bukowskiego.

– Mickiewicza znam, ze szkoły – odpowiada z rozbrajającą szczerością. – Jednak o twórczości pozostałych dżentelmenów nic nie wiem. Nigdy w życiu o nich nie słyszałam.

Świat znowu zapada się w prowincjonalną ciszę, a Bolesław Leśmian uśmiecha się ironicznie zza najbliższego, sztucznie wyregulowanego krzaka. Będąc głęboko przekonanym, że obcowanie z Anią psuje staroświecką „moralność pani Dulskiej”, ale za to znakomicie wyrabia herbertowski smak i poczucie pionu, postanawiam ostrożnie uchylić drzwi jej skomplikowanej wyobraźni. Wyjaśniam mój wybuch. Ilekroć patrzę na ten nasz zmasakrowany, nadraszyński krajobraz bagienny, stają mi przed oczami oni — żołnierze 1. Dywizji Piechoty. Leżeli doskonale martwi, zastygli w szarym błocie nad brzegiem bagnistej Mierei. Lucjan Szenwald w swoich przedśmiertnych, frontowych strofach na próżno próbowałby zakląć tę tragedię w wysokie tony pieśni o bohaterach, choć to przecież on sam pisał w uniesieniu:

„Chlupocze Miereja po bagnie. Śpią martwi.
W okopy wcisnęli się żywi.
I bagnet prześwieca przez bagnet…”

Rzeczywistość jednak nie miała w sobie nic z mitu – pachniała wyłącznie wilgotną ziemią i tanią machorką. I wtedy zawsze tłucze mi się po głowie ta jedna myśl: co widzi trupia, wyszkolona źrenica? Czy śmierć ma tam twarz Stalina, czy może ordynarnej, sowieckiej pieczątki?

Marzy mi się utemperowanie tej naszej lokalnej społeczniczki, zwłaszcza w kwestii jej naiwnych poglądów na wielką światówkę. Pod czaszką jednak przezornie i ostrzegawczo brzęczą mi słowa przypisywane Dantemu Alighieri: „Chcesz ujarzmić kobietę i szukasz z nią zgody, / A czyś kiedyś próbował kręcić kule z wody?”. No i dobrze. Ustępuję. Nie udało mi się ukręcić lodowych kul z raszyńskiej wody. No to zaczynam gadać sam do siebie, przeżuwając w myślach tekst Bromberga.

Ta nasza wieczna, narodowa skłonność to robienia bohaterów na siłę, ta fabryka mitów z kiepskiego surowca! Weźmy to cudowne zmartwychwstanie Juliusza Hibnera: podwładni zostawili go rannego w chaszczach na polu walki, po czym czmychnęli do sztabu, meldując posłusznie, że zginął jak bohater Melchior Wańkowicz, gdyby to spisywał, pewnie podsumowałby to swoim soczystym, reporterskim: „W polskiej legendzie najłatwiej awansuje się pośmiertnie, nawet jeśli delikwent wciąż oddycha”. Sztab machnął papier, odznaczono go „pośmiertnie” Orderem Virtuti Militari, Orderem Lenina oraz nadaniem mu tytułu Bohatera Związku Radzieckiego. A chłop żył i musiał potem dźgać ten swój własny, radziecki pomnik grobowy.

Nawet radziecki encyklopedysta poszedł na skróty, bo Wysockich pod Lenino było przecież dwóch. Jeden był rzeczywistym, cichym bohaterem. Drugi… był takim sobie, mało ciekawym, szemranym typem. Myślę jednak z ironią, że nikt z żołnierzy spod Lenino nie zostanie ostatecznie zapomniany. Spokojnie. Wszyscy wejdą do statystyki. Urzędowa, orwellowska maszyna zmieli ich nazwiska na bezosobowe cyfry, zacierając ślad po tym, kto był ofiarą, a kto zwykłym uciekaniem.

W czasie tej nieszczęsnej bitwy zdeterminowana część żołnierzy Dywizji im. Tadeusza Kościuszki wybrała jedyne logiczne, choć tragiczne wyjście: przejście na stronę Niemców. Historycy oceniają, że było to od 400 do 600 chłopa. Ich późniejszy los ginie w mrokach niepamięci. Niemcy oczywiście starali się zdyskontować ten fakt propagandowo, robiąc z nich gwiazdy frontowych gadzinówek. A przecież ten wybór między Hitlerem a Stalinem nie był żadnym wyborem – to była jedynie zmiana rzeźnika w tym samym obozie koncentracyjnym.

Z mojej skromnej analizy wynika jasno: bitwa pod Lenino była precyzyjnym elementem w makabrycznych planach Stalina. Generalissimus zamierzał, tuż po zbrodni katyńskiej, metodycznie osłabiać krnąbrny „żywioł polski”. Dokładnie ten sam mechanizm zadziałał później, gdy zatrzymano ofensywę Armii Czerwonej przed samą Warszawą, co pozwoliło Niemcom na spokojne, metodyczne wyrżnięcie powstańców warszawskich i obrócenie miasta wraz z ludnością cywilną w perzynę.

Kierowanie 1. Dywizją Piechoty przez dowódcę sowieckiej 33. Armii, gen. Wasilija Gordowa, któremu kościuszkowców bezdusznie podporządkowano, było z wojskowego punktu widzenia ordynarnym skandalem, a z ludzkiego – czystym barbarzyństwem. Natomiast z punktu widzenia Kremla? Było genialne. Realizowało pozawojskowe, długofalowe cele generalissimusa. Przecież z perspektywy historii nieważne było, czy gigantyczne piramidy były w ogóle potrzebne Egiptowi. Ważne było tylko to, by absolutna wola faraona została zrealizowana. W wypadku bitwy pod Lenino faraonem był, co oczywiste, Józef Stalin. Wszystko to sprawiło, że oszukani żołnierze Kościuszki na własnej skórze zrozumieli, jak wygląda piekło. Stąd te gorzkie, poniewczasie rzucone słowa Berlinga: „…można zadać sobie w tej sprawie tylko dwa pytania: czy Gordow był zbrodniczym głupcem, czy też głupim zbrodniarzem”. W tamtych realiach zarówno Gordow, jak i Berling musieli doskonale wiedzieć, że wykonanie postawionego zadania jest absolutnie niemożliwe. Więc dlaczego, do diabła, posłano tych ludzi na rzeź?

Mimo to Zygmunt Berling ruszył z całym impetem, topiąc ludzi w bagnie. Słowa Gordowa do Berlinga, kwitujące to szaleńcze natarcie, brzmią jak ponury, koszarowy żart: „Gratuluję wam natarcia waszej dywizji. Jak długo wojuję, takiego uderzenia dawno nie widziałem. Pozdrówcie waszych żołnierzy”. Nie wiem, czy gen. Berling ten rozkaz pozdrowienia wykonał. Nawet jeżeli bardzo chciał, większość jego podwładnych nie mogła już tych słów carskiej pochwały usłyszeć. Leżeli głęboko w Mierei. Lucjan Szenwald, gdyby dane mu było przeżyć ten dzień, musiałby zderzyć swój rewolucyjny romantyzm z widokiem ciał bezwładnie ugrzęzłych w białoruskiej mazi, gdzie śmierć nie wybierała ideologii, a jedynie żądała mięsa armatniego.

Przypominają mi się inne słowa. Wspomnienia Janiny Kubicy, spisane w rozmowie z M. Sokołowskim: „Z 1. SBK zabrali mnie do batalionu sanitarnego. Byłam pod Lenino. Lenino to był koszmar. O szóstej zaczęła się tzw. podgatowka. Okazało się, że nie było to tak, jak powinno. Pamiętam – zaczęli przywozić rannych, i ci sami żołnierze zaczęli krzyczeć, że »to po nas nasi bili«. Nasza artyleria. My wiemy – może inaczej, tam dowódcą był Ruski. Najpierw zaczęła artyleria. Nasi żołnierze poszli do przodu, a oni zamiast ogień dział przerzucić dalej, strzelali w to samo miejsce. »Siostro! Siostro!« – mówili do mnie – »to nasi po nas bili«. Niemcy z góry, a ci ze skrzydeł”.

Największym dramatem bitwy pod Lenino, tragedią tych wszystkich słów Bromberga czy Kubicy, był fakt, że ta rzeź nie miała swojego Wańkowicza. Ten reportażysta, ten czarodziej słowa i tytan syntezy, potrafił rozsławić krwawe Monte Cassino bardziej niż tysiące suchych, urzędowych dokumentów. Wańkowicz potrafił dostrzec w bitewnym chaosie tę iskrę brawury i „bujność polską”, pisząc w Bitwie o Monte Cassino, że „idą linie szczupłe, poszarpane, w słońcu skąpane, idą ponuro i niezłomnie”. Norman Mailer napisałby zapewne, że „wielkie bitwy potrzebują wielkich kronikarzy, by krew nie zmieniła się w zwykły atrament na marginesie historii”. A przecież siły żywe pod Lenino były relatywnie porównywalne z armią spod Monte Cassino. Teren, owszem, na włoskich wzgórzach był trudniejszy, lecz straty bojowe w białoruskim błocie okazały się przerażająco bliskie tamtym z południa. Obie te bitwy nie miały większego strategicznego znaczenia w wielkiej machinie światowego konfliktu. Jednak żołnierzom spod Lenino, ubranym w radzieckie szynele z orzełkiem bez korony, było fizycznie znacznie bliżej do granic Polski niż tym, którzy umierali wśród włoskich maków.

Podkreślam to z całą mocą: bitwa pod Lenino zasługuje na naszą uwagę. Nie może jej bezdusznie zaćmić czas i urzędowa niepamięć. Ale do pełnej, nagiej prawdy wciąż nam daleko. Ci, którym dopisało to niebywałe szczęście i zdołali przeżyć, po tej całej światówce wracali do domu. Jedni z bronią w ręku, by dalej tłuc Niemca, a drudzy – tak jak inni moi bohaterowie z dziennika – cudem przetrzymali piekło Syberii. Przeżyli. Powrócili na tę naszą skażoną ziemię.

Oto jedna z tych nielicznych, lodowatych relacji. Starsza kobieta. Pięć koszmarnych tygodni w bydlęcym wagonie. Wracała z niemowlęciem na ręku. Osesek nie wytrzymał transportu. Zmarł z głodu i zimna. Ta kobieta po latach potrafiła wypowiedzieć tylko trzynaście słów, które ważą więcej niż cała nasza narodowa literatura:

 

„Chciałam syna pochować w polskiej ziemi. Wiozłam go w walizce. Ktoś ją ukradł.”

 

Bolesław Leśmian, mistrz zaglądania w nicość, zapłakałby nad tą walizką, widząc w niej ostateczny symbol polskiego losu – potworny, pusty i odarty z wszelkiej metafizyki. Bruno Schulz opisałby ją zapewne jako naczynie pełne skradzionych, niespełnionych istnień, porzucone na jakiejś zapomnianej przez Boga, bocznej linii czasu i zapomnianej bocznicy kolejowej. W tej jednej, skradzionej walizce zamknął się cały nasz dziejowy absurd – tam, gdzie nawet śmierć i żałoba padają ofiarą pospolitego, brutalnego szabru.

W PRL-u, dokładnie tak samo jak i dziś, fałszowano stale, namiętnie i prawie wszystko. Prawda zawsze była towarem deficytowym, reglamentowanym przez aktualnie panujących urzędników. Klasyczne Ministerstwo Prawdy w wydaniu prowincjonalnym, gdzie urzędowe kłamstwo stało się fundamentem państwowości. Robiono to fałszowanie rzeczywistości szczególnie nieudolnie, z topornością godną wiejskiego kowala. W tej partaninie i estetycznej tandecie od zawsze celowała bezpieka – ci etatowi kanciarze historii, którzy z prania mózgów uczynili sztukę narodową, choć ich własne narzędzia intelektualne nigdy nie wykroczyły poza format gumowej pałki i sfałszowanego protokołu.

O ile dawni propagandyści partyjni, wykształceni jako tako na uniwersytetach marksizmu-leninizmu, zwracali jeszcze jakąś uwagę na pozory prawdopodobieństwa tego, co tam w swoich gabinetach majstrowali, o tyle w resorcie spraw wewnętrznych było zupełnie inaczej. Tam, przy produkcji ordynarnych fałszywek i tworzeniu „łże-kwitów”, zatrudniano wyjątkowe niedouki – tak zwane fejginowskie kołki. Ale pracowały tam również kobiety, w tym te, które niegdyś z rozmysłem odkomenderowano do cenzury, czyli byłe, bojowe żołnierki z 1. Samodzielnego Batalionu Kobiecego. Kurt Vonnegut zauważyłby pewnie, że wysyłanie personelu bojowego do uciszania słów to najprostszy sposób, by z literatury zrobić poligon, na którym pierwszą ofiarą zawsze pada prawda. Zdarza się.

Było dokładnie tak, jak mawiała Małgorzata Zwierzchowska: „Co się polepszy, to się popieprzy. Co się zbuduje, to się zrujnuje. Co się ustali, to się obali. Polak musi mieć łeb i dupę ze stali”. Witold Gombrowicz dopisałby do tego traktat o wiecznej niedojrzałości formy. Zbyt często bowiem w naszym malowniczym Kraju Pieroga i Zalewajki państwowy żłób obsadzały zwykłe, ordynarne prosiaki. To był – i jest – system głęboko patogeniczny. Melchior Wańkowicz podsumowałby to pewnie bez owijania w bawełnę: „Cóż po potędze państwa, gdy przy korycie wciąż te same ryje, tylko ordery zmieniają barwy”. Ale, bądźmy uczciwi, nie byłoby przecież tych wszystkich świń przy korycie, gdyby nie potulne barany tłoczące się karnie przy urnach wyborczych. Nie ma co się czarować, na tej szerokości geograficznej tylko wariaci są jeszcze cokolwiek warci. Są jak owe vonnegutowskie maszyny do pisania, które jako jedyne w całym biurze odmawiają stukania pod dyktando szefa.

A jak to wygląda dzisiaj? No cóż, klasyk uczy: „Koń jaki jest, każdy widzi”. Dzisiejsza stajnia Augiasza ma tylko nowych, lepiej ubranych stajennych.

 

I oto nadchodzi wielka, duszna zjawa

 

Władza, zwłaszcza ta o chorobliwych zapędach autorytarnych, wywiera na swoich „poddanych” nieustanną, ciężką presję. Poprzez metodyczne zwiększanie kontroli, poprzez kamery, paragrafy i urzędowy nadzór, chce zmusić nas, tych „maluczkich”, byśmy skapitulowali. Byśmy potulnie zaakceptowali ten narzucony stan rzeczy, uznali go za naturalny, nieuchronny i ostateczny. Krajobraz gęstnieje, mgła z bagnisk Raszynki wchodzi do naszych mieszkań, paraliżuje wolę, zamienia obywateli w cienie snujące się wokół komend.

Bo główny problem polega nie na tym – żeby sparafrazować celną myśl Stefana Kisielewskiego – że jako naród jesteśmy głęboko w dupie. Problem, prawdziwy dramat polega na tym, że my zaczynamy się w niej całkiem wygodnie urządzać. Kupujemy miękkie fotele, wieszamy firanki i udajemy, że ten widok z okna to całkiem znośna panorama.

Po czarnym 17 września 1939 roku gigantyczna część Polaków została bezlitośnie wywieziona na nieludzki Sybir. Generałowi Władysławowi Andersowi udało się jakimś cudem wyprowadzić część tych nieszczęśników na Bliski Wschód. Mieli chociaż ten ponury komfort, że mogli umierać w znacznie cieplejszym klimacie, pod palmami, z dala od wiecznej zmarzliny. Pozostali na miejscu Polacy musieli potulnie wierzyć we wszystko, co tylko wymyślił kremlowski generalissimus. Co więcej, musieli demonstrować głośne zadowolenie, że pod opiekuńczym okiem Armii Czerwonej mogą bohatersko bić Niemców.

Ci, którzy nie wykazali entuzjazmu i odmawiali wiary w te ordynarne kłamstwa, po prostu błyskawicznie przestawali żyć. Znikali z powierzchni ziemi. Do dziś nie wiemy nawet, gdzie rozsypano ich kości i gdzie znajdują się ich bezimienne groby. Nigdy nie udało się precyzyjnie ustalić, ile osób musiało przedwcześnie rozstać się z tym światem tylko dlatego, że odmówiło złożenia przysięgi o dochowaniu wierności Związkowi Sowieckiemu. Niektórzy, bardziej obrotni, na własną rękę kombinowali nocami, w jaki sposób zerwać się, urwać spod kurateli wszechwładnego NKWD. Aparat ten panoszył się przecież bezczelnie w Polskich Siłach Zbrojnych w ZSRR, ukryty pod złowrogą postacią Informacji Wojskowej.

Mimo to, obiektywnie rzecz biorąc, walka w szeregach armii tworzonej w ZSRR pozwalała licznym szczęśliwcom ocalić fizycznie głowę przed kulą w potylicę. Większość tych prostych chłopaków zapewne widziała na końcu tej drogi wolną, wyśnioną Polskę. Norman Mailer, analizując iluzje ludzi rzuconych w tryby wielkiej historii, zauważył, że „armie maszerują nie na rozkaz wodzów, ale napędzane własnym głodem mitu, który na końcu okazuje się zwykłą pułapką na myszy”. Mało kto dopuszczał do siebie tę trzeźwą, przerażającą myśl, że ta cała wolność to jedynie ordynarna, frontowa fatamorgana. Z drugiej zaś strony, znając doskonale psychikę peerelowskich komunistów, można z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, że dla nich even ta krwawa fatamorgana stalinowska miała swój urok – dawała miłe, ciepłe złudzenie, że coś jednak od nich zależało. Że brali udział w wielkiej grze, a nie byli tylko kukiełkami w teatrze jednego aktora.

Na dobry początek ostatecznego rozwiązywania „sprawy polskiej”, wiosną 1940 roku, Józef Stalin kazał po prostu rozstrzelać 21 857 uznanych za niereformowalnych i nienadających się do resocjalizacji na bolszewizm polskich jeńców wojennych. W Katyniu, Charkowie, Miednoje. Ponad dwadzieścia jeden tysięcy istnień startych w pył przez nieludzką, urzędową decyzję. Vonnegut napisałby krótko, patrząc na te masowe mogiły: Zdarza się. Byli to ludzie wzięci w niewolę po słynnej, zdradzieckiej wyprawie Armii Czerwonej rozpoczętej 17 września 1939 roku. Wśród współczesnych badaczy wciąż nie ma pełnej zgody co do ostatecznej liczby zamordowanych – w dokumentach podaje się inne, jeszcze bardziej zatrważające szacunki, sięgające nawet 25 700 osób. Zaraz potem, jakby dla zatarcia krwi na rękach, demiurg-generalissimus stworzył politycznie Wandę Wasilewską. Melchior Wańkowicz podsumowałby ten proces bezlitośnie, zauważając w swych powojennych pismach, że „gdy rzeźnik potrzebuje pieśni pochwalnej, nie szuka poety, lecz tworzy sobie urzędnika z piórem umazanym w cudzej krwi”. Po latach wciąż nie do końca wiadomo, czy w tym ideologicznym procesie twórczym brały udział jakieś głębsze, prywatne podteksty łóżkowe, czy była to tylko czysta, nieludzka inżynieria społeczna.

I tak to się wszystko nieszczęśliwie zaczęło, by po dekadach kłamstw skończyć się dopiero w przełomowym 1989 roku wielkim, chaotycznym powstaniem Wolnej Polski.

Uf! Oj! Uj! Hm! Uch! Co za korowód mar, co za narodowy taniec chochołów! „A trupa wyszklona źrenica / Patrzy w głąb wieków – i wieków pyta…” (Juliusz Słowacki, Król-Duch). Wprawdzie cała oficjalna propaganda peerelowska przez lata gorliwie pouczała nas, że nasz naród nie wydał z własnego łona żadnego oficjalnego naśladowcy Vidkuna Quislinga, to jednak mniejszych drani, domorosłych janczarów sprowadzających na naszą nieszczęsną ziemię czy to krwawe oddziały NKWD, czy to inne, podobne plagi, mieliśmy pod dostatkiem. W swoim proroczym, genialnym szkicu Na probostwie w Wyszkowie Stefan Żeromski pisał słowa, które powinny być wypalone żelazem na bramie każdego urzędu: „Kto na ziemię ojczystą, choćby grzeszną i złą, wroga odwiecznego naprowadził, zdeptał ją, stratował, spalił, złupił rękoma cudzoziemskiego żołdactwa, ten się wyzuł Ojczyzny. […] Na ziemi polskiej nie ma dla tych ludzi już ani tyle miejsca, ile zajmą stopy człowieka, ani tyle, ile zajmie mogiła.”

 

Onirjada

I oto nadchodzi wielka, duszna zjawa,
Władza o chorobliwych zapędach, niosąca kamery i paragrafy,
idzie przez bagniska Raszynki,
by urządzić nas w tej wielkiej, narodowej dupie.
A my kupujemy miękkie fotele, wieszamy firanki,
udając, że widok z okna to całkiem znośna panorama.
Słońce kołuje na zachodzie w purpurowym szaleństwie,
jakby Bolesław Leśmian dopisywał ostatnią, bezwzględną rymowankę
do naszego wspólnego, polskiego grobowca.
Ziemia stygnie w geometrycznym ładzie,
a nad resztkami konających moczarów
Wielka Niedźwiedzica ciągnie za gwiezdny ogon
cały ten nasz nieszczęsny, połamany Wóz.
Bagna Raszynki ostatecznie milkną,
wciągając w swoje przepastne, oniryczne gardło
resztki naszych prowincjonalnych mrzonek.
Forma pęka, czas się rozchodzi w szwach,
a Bruno Schulz z cichym westchnieniem, na palcach,
zamyka swój stary, cynamonowy sklep.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.