Gdyby można było spojrzeć na świat bez żadnej ochrony, uczciwie i odważnie – pękłoby nam serce.
Olga Tokarczuk
Anatomia barana i zapach krwi na Mokotowie
Miejsce akcji: Kawiarnia „Czytelnika”.
Didaskalia: W powietrzu unosi się ciężki zapach drogiej kawy i taniej sensacji.
Wydawca, dr Sylwester Wolak, bawi się w snajpera. Strzela we mnie nazwiskami: Lipiński, Kowalski, Kaleta, Paczkowski. Twierdzi, że ostatni chwalcy PRL-u marzą tylko o tym, by wdeptać mnie w błoto. Poprawiam mankiety i odpowiadam mu Witkacym: „Dla przeciętnych kretynów zawsze będę blagierem, pornografem i megalomanem, który nagle uderzył w ton moralizatora”.
Chcą mnie powalać socjalizmem, żeby ich własne sumienia poczuły się lżej. Walę więc w wydawcę Gombrowiczem prosto między oczy: lękam się tych felietoników, które usiłują dorosnąć mi do pięty, by zatopić w niej złośliwe zęby. Sąd głupca ma przecież kolosalne znaczenie – bo głupcowi na imię Milion!
– No tak, przejdź do konkretów – nudzi koncyliacyjnie Wolak.
– Wybacz, znowu zacznę od Gombrowicza: „Nie wiem, czy nie będzie nadużyciem, jeśli znów otworzę księgę wspomnień moich…”
– Nie kryguj się! Leć z tym! – ożywia się dr Sylwester. – Masz zapiski, taśmy, wycinki. Nawet jak coś zmyślasz, niech wygląda na bezwzględną prawdę!
Wolak jest w szampańskim nastroju. Jego ukochana kotka przeszła cesarskie cięcie za pięćset złotych. Miot: cztery sztuki. Próbuje mi wcisnąć jedno kocię. Odmawiam z godnością. Mam trzy dachowice i siedem przybłęd w ogrodzie, które skutecznie doprowadzają moją emeryturę do bankructwa przez hurtowe ilości chrupków Dreamies Mega Pack.
Poczułem się głupio. Jak woda w rybie, jak wieloryb w brzuchu Jonasza, albo jak „Bolek” w czułych objęciach Wałęsy. Wydawcy się jednak nie odmawia. Wydawcę się hołubi i dokarmia – zwłaszcza gdy jest się niewydarzonym grafomanem. Proponuję mu więc jagnię w sosie koperkowym à la Raymond Chandler w mojej podwarszawskiej sadybie.
Wychodzimy na Wiejską. Trwa tradycyjna narodowa zabawa w chowanego policji z demonstrantami. Flagami biało-czerwonymi na długich kijach manifestanci machają glinom przed nosami, krzycząc, by ci natychmiast ewakuowali się na „Dołek”. Policja hojnie dawkuje pałki teleskopowe, ale gaz oszczędza – pewnie na posłanki. Posłanki zresztą i tak wolą biegać po studiach telewizyjnych i licytować się, która została mocniej pobita.
– Zrywamy się, zanim nas dopadną – rzuca trzeźwo Wolak. – Czym pojedziemy? Masz samochód?
– Nie mam. Miałem rower, ale ukradli. Pojedziemy luksusem – WKD.
Spacer na Centralną zajmuje nam pół godziny, a potem kwadrans i jesteśmy w Michałowicach. Wolak natychmiast zatapia się w manuskrypcie dla „Agenta PR”, a ja zamieniam się w kulinarnego mordercę według przepisu Marka Cricka: kilogram chudej jagnięciny, cebula w paseczki, marchewka w zapałkę, koper, listek, pieprz, sól, bulion z kury, masło, mąka, żółtko, śmietanka i cytryna. Dopiłem łyskacza (bezdusznie, bez wody), zgasiłem papierosa bezpośrednio na desce do krojenia i zacząłem gapić się na samotnego karalucha, który bezskutecznie próbował wydostać się ze zlewu. Do pełni szczęścia potrzebowałem stolika u Magdy Gessler, tuzina stówek i fantastycznej blondyny. A co miałem? Udziec barani i absolutne zero.
Didaskalia: Kuchnia w Michałowicach płynnie zamienia się w prosektorium. Burbon zaczyna działać.
Złapałem to baranie ścierwo. Było wilgotne i zimne jak uścisk dłoni patomorfologa. Nóż poszedł w ruch – pociąłem trupa na kawałki. Skoro poczułem już chłód ostrza w ręku, z czystego rozpędu posiekałem cebulę i marchewkowe patyczki. Żaden warzywny świadek się nie ruszał. Wszystko wylądowało w rondlu z koperkiem i kurzym bulionem. Na pełen gaz. Niech się dusi.
Po półtorej godziny i kolejnej szklaneczce burbona baran wreszcie zmiękł. Podobnie jak ja. Wyjąłem trupa z jarzyn i przykryłem go szczelnie, żeby zwłoki nie wyschły. Nadal trzymałem w ręku nóż, ale na szczęście w okolicy nie było słychać syren policyjnych. Odcedziłem płyn. Wbiłem masło z mąką, a tłuczkiem pracowicie wybiłem wszystkie grudy, bo los poskąpił mi profesjonalnej trzepaczki. Sos perkoce. Żółtko zmieszane ze śmietanką wylądowało w środku – uważałem chirurgicznie, by nie zrobić z tego pospolitej jajecznicy. Mogłem podawać, ale zapowiedziana kudłata blondynka się nie pojawiła. Była cwańsza, niż przypuszczałem.
– Skończ to gotowanie – rzucił z pokoju Wolak. – Siadaj do komputera. Krzesło, dupa, sufit i pisz tekst zakończenia.
Moja suka Kesi, golden retriever, patrzy na mnie z głębokim wyrzutem i zdaje się dopowiadać: „Jesteś ze mną skoligacony. Otwórz swój dziennik i wal wydawcę po oczach. A na wspomnienie Dreya zawyj – ale nie do księżyca, tylko do wymiaru sprawiedliwości”.
Sięgam głęboko pod czaszkę. Wspomnienia. Ulica Broniwoja w Warszawie, szóste piętro. Tuż obok Komendy Głównej Milicji. Gospodarz ma tam pokój i nieograniczony, wręcz intymny dostęp do archiwum. Typowa kawalerka z czasów „już nie Gomułka, ale jeszcze nie pełny Gierek”. Kuchnia ciemna jak sumienie ubecji, za to pokój jasny, zawalony książkami, teczkami i… znaczkami pocztowymi.
Gospodarz: pułkownik Zbigniew Cieślikowski na emeryturze, filar Związku Filatelistów. Za cenne walory serwowane osobiście Kiszczakowi dostał pół etatu w Komisji Historycznej Służby Wywiadu i Kontrwywiadu oraz glejt na wszelakie archiwa. W życiorysie ma AK, wojsko, straż pożarną, aparatczykostwo w Komitecie Wojewódzkim i etat śledczego w resorcie. Potrafił wydobyć z figurantów wszystko: co zrobili, co zamierzali zrobić i co naprawdę myślą, kiedy śpią. Jego książka o generale Ostoi-Zagórskim była zamknięta i doskonała jak jajko, ale stała się też przedmiotem perfidnej manipulacji w stanie wojennym.
Cieślikowski zbierał wszystkie szpargały, łącznie z przedwojennymi kwitami na węgiel. Twierdził, że w kontrwywiadzie nawet brudny świstek ma znaczenie. Nie zbierał tylko traktorów z Ursusa ani statków ze Stoczni Lenina. Emerytowany pułkownik nie znosił kombatanckich zwierzeń:
– Wspomnienia są jak zapomniane blizny. Kto się z nimi obnosi, budzi tylko śmiech i litość. Tyle teraz tego nowego, kombatanckiego miotu z solidarnościowego nadania. I ciągle pączkują nowe.
– „Najdzielniejsi giną pierwsi” – rzucam z mostu.
– Hemingway?
– Tak. Ernest.
– Chcesz wiedzieć, kto ich tam naprawdę posyłał? – pyta pułkownik, mrużąc oczy.
– Chętnie.
Salwa w kawiarni i banalność zła
Łażąc za byłymi ubekami, słuchając ich suchych raportów, knajackich donosów i pijackiej wesołości, człowiek błyskawicznie traci resztki radości życia. Późna jesień, siąpi obrzydliwy kapuśniaczek, a bliźni warczą na siebie w tramwajach jak wściekłe psy. Wracałem właśnie od plutonowego Aleksandra Dreya. Szumiało mi w głowie. Krążyłem wokół Królikarni. Drzewa bujały się na wietrze jak ortodoksyjni Żydzi przed Ścianą Płaczu. Szumiało mi od tego, co usłyszałem.
Drey do 1951 roku wykonał osobiście około trzystu wyroków śmierci w więzieniach na Mokotowie. Trzysta ołowianych pocisków w ludzkich czaszkach. Chciałem wiedzieć, czy strzelał z ukrycia, czy patrząc ofierze prosto w oczy.
Ani tak, ani tak. Humanitaryzm władzy ludowej wyglądał następująco: skazańcowi zawiązywano oczy, prowadzono do ohydnej budy w rogu więziennego dziedzińca, a kat podchodził z nienacka i z odległości trzech dziesięciu centymetrów walił z pistoletu TT prosto w potylicę. Taki dystans był niezbędny, żeby pistolet nie ubrudził się krwią i mózgiem – czyszczenie broni było przecież potwornie pracochłonne, a lufa musiała nienagannie błyszczeć na resortowych przeglądach. Drey nigdy nie poprawiał strzału. Był profesjonalistą. Zaoszczędził skarbowi państwa mnóstwo amunicji, którą tak bezmyślnie marnowali inni, pospolici fuszerzy.
Miejsce akcji: Kawiarnia „Nowy Świat”.
Didaskalia: Zamawiam dwie kawy. Drey prosi o śmietankę i cztery łyżeczki cukru. Twierdzi, że obsesyjnie dba o zdrowie, bo nabiał skutecznie neutralizuje szkodliwą kofeinę. Pije łapczywie, jakby to był jego ostatni darmowy napój.
Patrzę w oczy Dreya. Są szare, absolutnie nijakie, patrzące prosto na mnie, ale jakby zupełnie niewidzące człowieka. Ręce mu nie drżą. Znamionują precyzyjnego, zimnego strzelca.
– Byłem dowódcą plutonu egzekucyjnego – rzuca Drey między jednym a drugim siorbnięciem.
– Sam pan nie strzelał?
– Czasami pluton był jednoosobowy. Na dziesięć wyroków, dziewięć wykonywałem osobiście.
– Więc kto strzelał?
– Ja.
– A w oficjalnych dokumentach wpisywano dumne słowo „pluton”?
– Tak.
– I kto podpisywał się pod tym jako dowódca?
– Ja.
Wysączył kawę do ostatniej kropli. Ja swojej nawet nie tknąłem, nagle straciłem apetyt. Drey popatrzył na moją nienaruszoną filiżankę z autentycznym, niemal dziecięcym żalem. Facet mówił skrajnie krótkimi zdaniami. Najdłuższe miało sześć słów. Najkrótsze – dwa słowa. Jego najdłuższa odpowiedź brzmiała jak sucha salwa egzekucyjna, a najkrótsza – jak pojedynczy, precyzyjny strzał w potylicę. Nie miał zielonego pojęcia, gdzie leżą zmasakrowane ciała jego ofiar. Szczerze dziwił się, że w wolnej Polsce kogokolwiek to jeszcze interesuje.
Znowu szumiało mi w głowie. Doszedłem do wniosku, że kat jest absolutnie równy ludożercy – obaj zabijają bliźnich wyłącznie po to, żeby mieć co jeść. Ludzie autentycznie uczciwi nigdy nie najmują się na katów, w ostateczności zostają bezwzględnymi śledczymi. To właśnie ci drudzy, w mrocznych latach stalinowskich, dostarczali codziennej, krwawej pracy takim rzemieślnikom jak Drey. Ten passus oczywiście nie dotyczy mojego sąsiada Cieślikowskiego. On „obrabiał” swoich figurantów znacznie później, bo w latach siedemdziesiątych. Praca lżejsza, manicure nienaruszony.
Pamiętając złowieszcze słowa George’a Orwella, że kto rządzi przeszłością, ten w pełni kontroluje przyszłość, energicznie wyciągam swój reporterski notatnik. Piętnastego września 1947 roku, w wyniku ohydnej zdrady w Nysie, bezpieka aresztowała Hieronima Dekutowskiego „Zaporę” wraz z sześcioma wiernymi towarzyszami oraz Władysławem Siłą-Nowickim. Szybki proces, oczywisty wyrok. Mordowano ich metodycznie, po kolei, dokładnie co piętnaście minut: zaczęto punktualnie o 19.00 od „Zapory”, skończono o 20.30 na Wasilewskim „Białym”. Siła-Nowicki cudem wyprosił dożywocie u samego Bieruta. Przesiedział w celi śmierci sto dwanaście koszmarnych dni, nasłuchując kroków na korytarzu.
Po powrocie do domu wyciągam na biurko trzy wielkie księgi, próbując rozpaczliwie zrozumieć, dlaczego ludzkie zło jest tak przerażająco banalne, a Drey ma krew o temperaturze ciekłego azotu. Księgi te od wieków znają ostateczną odpowiedź na fundamentalne pytania Szekspira: Biblia, Koran i Talmud. Wszystkie trzy to zresztą kapitalnie napisane, klasyczne reportaże z wyraźnymi elementami science-fiction. Dlaczego zło jest banalne? Odpowiedź brzmi: bo po prostu jest!
I tu pojawia się klucz do skomplikowanej duszy generała Konrada Świetlika. Ten facet akurat osobiście nie zrywał ludziom paznokci i nie strzelał w tył głowy – był na to zdecydowanie zbyt leniwy. Ogrodnik, psiakrew, z zamiłowania! „Niech go jacyś czarci w dymach rozszarpią!” – jak pisał klasyk. Świetlik najpierw dowodził KBW, a potem jako wiceminister nadzorował osławiony Departament III MBP. Odwiedził mnie kiedyś bezczelnie w redakcji, protekcjonalnie domagając się druku artykułu o „sprawiedliwym komuniście”. Niedługo potem wybrałem się do niego z rewizytą do luksusowego apartamentu przy ulicy Wiśniowej w Warszawie. Ta ulica nie należała do miłych. Do lat osiemdziesiątych była wręcz gęsto zaludniona przez emerytowanych, dziaderskich ubowców. Aliści ja węszyłem tam zupełnie inny temat. Już dawno przestałem przecież wierzyć w bajki, że istnieją jacyś sprawiedliwi komuniści.
Na moje pytania Świetlik błyskawicznie wybałuszył oczy, gęba zaczerwieniła mu się z wściekłości i zaczął wyglądać jak gruba ryba bezradnie topiąca się na suchym powietrzu. Poczekałem spokojnie, zgodnie z genialną radą Seneki. Generał zaryczał w końcu jak pijany szewc, który rąbnął się ciężkim młotkiem prosto w palec. Ostatecznie udobruchałem go i przeszliśmy do konkretów.
Zaczęła się słynna gra operacyjna „Cezary” i mały puczyk w Katowicach. Ja brutalnie kontratakuję, Świetlik marksistowsko kluczy:
- PIECUCH: Kto konkretnie wymyślił tę prowokacyjną grę z Londyńską Delegaturą?
• ŚWIETLIK: Nie mogę powiedzieć. Ścisła tajemnica operacyjna (uśmiecha się przy tym jak stary acz wyleniały lis).
• PIECUCH: Kto i dlaczego nadał tej obrzydliwej grze akurat kryptonim „Cezary”?
• ŚWIETLIK: Jeszcze nie nadszedł odpowiedni czas, aby o tym głośno mówić. - PIECUCH: Dlaczego przy wyrafinowanej grze z obcym wywiadem bez mrugnienia powieką posłużono się ordynarną prowokacją wobec własnych, bezbronnych obywateli?
• ŚWIETLIK (wiercąc się nerwowo na krześle): Nie chcę i nie będę o tym mówił!
• PIECUCH: Ale to Pan osobiście akceptował powieszenie dziewięciu niewinnych osób już po całkowitym zakończeniu gry.
• ŚWIETLIK: Niczego nie akceptowałem! I szczerze dziwię się, że w ogóle jeszcze z panem rozmawiam.
Konkurs na najgłupszego generała
Bez twardych dowodów na stole dalsza rozmowa z tym człowiekiem traciła jakikolwiek sens. Szukając ostatecznego klucza do Świetlika, trafiłem w końcu do luksusowego domu Szlachciców przy ulicy Szarotki. Gospodyni była niezwykle miła, gospodarz wesoły, podano wyborną kawę i ciastka własnego, domowego wypieku. Franciszek Szlachcic serdecznie nie znosił swojego dawnego, partyjnego przełożonego. Posadził mnie ostentacyjnie w fotelu, na którym osobiście siedział Stanisław Kania tuż przed swoją słynną, grudniową wyprawą w 1970 roku do Katowic po Edwarda Gierka. Czy to był klasyczny pucz? Raczej mały, generalski puczyk. Organizowali go w pełnym porozumieniu: Kania, Babiuch, Jaruzelski i Szlachcic. Wykorzystali po prostu fakt, że „białodomowi głupcy” z KC bezmyślnie wyprowadzili zdesperowanych ludzi na ulice.
Pokazuję gospodarzowi ściśle tajną notatkę Pro memoria generała Władysława Pożogi z 20 grudnia 1970 roku. Pożoga pisał tam czarno na białym, że Szlachcic w Gdańsku, słysząc o zatrzymaniu pięciuset robotników, wpadł w furię i kazał milicji natychmiast zaaresztować przynajmniej cztery tysiące osób! Domagał się terroru na taką skalę, która błyskawicznie „uspokoi awanturników”, a dla zatrzymanych kazał zorganizować obóz koncentracyjny pod gołym niebem, w głębokim lesie pod wojskową strażą. Pożoga meldował wyżej, że tego zbrodniczego rozkazu nie wykonał, bo zakrawał on na ordynarną prowokację.
Szlachcic czyta tekst. Na moment całkowicie traci mowę. Po chwili patrzy na mnie wilkiem i syczy przez zęby:
– Wyprowadzić ludzi na ulicę jest wyjątkowo łatwo. Zapędzić ich z powrotem do domów o wiele trudniej.
– Więc trzeba było po prostu trochę postrzelać? – pytam bezczelnie.
– To była nasza wspólna, narodowa tragedia – słyszę w odpowiedzi, ale za grosz mu nie wierzę.
Czwórka spiskowców stała wygodnie z boku, perfekcyjnie pozorując moralny sprzeciw. A naiwni ludzie uwierzyli w piękne, peerelowskie mity: że Jaruzelski był wtedy odsunięty od decyzji, że Szlachcic jedynie organizował zapasowe stanowisko dowodzenia, a Gierek o niczym nie wiedział. Ostatecznie osadzili Edwarda na stołku, Ojczyzna została po raz kolejny „uratowana”, można było bezpiecznie przystąpić do dzielenia tłustych, ministerialnych stanowisk.
Didaskalia: Szlachcic był głęboko przekonany, że uczy się wyłącznie na własnych błędach. Rozmowa płynnie schodzi na najgrubsze ryby komunistycznej bezpieki.
- PIECUCH: Chciałem poważnie porozmawiać o krwawej, pierwszej dekadzie PRL…
• SZLACHCIC: Doskonale znam ten cały „Zapis pierwszej dekady” Krystyny Turlejskiej. Potwornie brzydka baba, a jej książka jest jeszcze bardziej paszkwilancka i paskudna. Turlejska nieustannie kojarzy mi się ze Światłą. Klasycznym zdrajcą i uciekinierem.
Były minister spraw wewnętrznych mówił chętnie wszystko, co wiedział, a jeszcze chętniej to, czego nie wiedział. Odwiedził raz słynnego Stanisława Lema. Pisarz, kompletnie nie wiedząc, czego ten ubowy generał od niego chce, uraczył go złośliwie głęboką opowieścią Philipa Chesterfielda: „Istnieją trzy kategorie ludzi: ci, co uczą się z własnego doświadczenia – to mędrcy; ci, co uczą się z doświadczenia innych – to szczęśliwcy; ci, co nie uczą się ani z własnych, ani z cudzych – to skończeni kretyni”.
– Przerażająco dużo wiedział ten cały Światło – kontynuował Szlachcic. – To fascynujące, że w swojej słynnej paplaninie dla Amerykanów, tak głośno nagłaśnianej przez Nowaka-Jeziorańskiego na falach Radia Wolna Europa, nigdy nawet nie bąknął o generale Fieldorfie „Nilu”. Światło osobiście przesłuchiwał dowództwo WiN, miał swoje sprawdzone, ubeckie metody, po których ludziom natychmiast wracał rozum. Bierut i Sierow wyjątkowo go poważali, a to była przecież pospolita, kanalizacyjna kanalia. On już nam nic nie powie, bo zdechł w USA, ale wciąż żyje przecież generał Świetlik. On nadzorował aż trzy wielkie gry operacyjne, rozmawiał z najważniejszymi figurantami. Och! Jakże on pięknie i profesjonalnie umiał na przesłuchaniach strzelić człowieka w mordę! Gra z Delegaturą to była zaledwie część większej całości. Dochodziła do tego tajna sprawa Bergu i gra z Ukraińcami, bezwzględnie sterowana z Moskwy przez ich człowieka, bodajże Wyszyńskiego.
Szlachcic, chcąc mnie wkupić w swoje łaski, daje mi cenny odpis protokołu Centralnej Komisji Kontroli Partyjnej z tajnego przesłuchania Świetlika. Okazja do jego bolesnego użycia nadarza się nadzwyczaj szybko. Świetlik wpada nagle do mojej redakcji, awanturując się od progu, że bezczelnie zniesławiłem jego generalski honor w mojej książce „Spotkania z Fejginem”. Czerwony na twarzy żąda natychmiastowych sprostowań.
Zamiast dyskusji, spokojnie włączam magnetofon z nagraniem zeznań jego własnego, dawnego podwładnego.
- PIECUCH: A to nagranie to też perfidne kłamstwo? (pokazuję mu prosto przed nos czarny papier od Szlachcica). Nadzorował pan brutalne sprawy Kościoła, osobiście maczał pan palce w bezprawnym uwięzieniu kardynała Stefana Wyszyńskiego. Bez pana te stalinowskie spektakle straciłyby przecież cały swój urok.
• ŚWIETLIK (blednąc): Skąd pan to, do cholery, ma?! Tego przecież nie ma w oficjalnym protokole!
• PIECUCH: Doskonale wiem, że dokładaliście wszelkich starań, aby nie zostawiać po sobie kompromitujących materiałów. Ale czyniliście to, generale, nadzwyczaj niechlujnie. Poza tym w realnym życiu nie ma takich wygodnych klawiszy jak: przewiń, cofnij, zatrzymaj czy usuń. Są także inne, ciekawsze materiały. Fejgin i Luna Brystigierowa sporo przed śmiercią na pana powiedzieli.
Didaskalia: Generał momentalnie milknie. Więc obaj milczymy. Doskonale wiem, że w wywiadzie głęboka cisza też jest jednoznaczną odpowiedzią. Gospodarz bije się w duchu z myślami. W końcu, przerażony, usiłuje podjąć pertraktacje.
- ŚWIETLIK: Proponuję panu dżentelmeński układ: odpowiem szczerze na wszystkie pytania o grach operacyjnych, ale w zamian całkowicie rezygnuje pan z drażliwego tematu Kościoła. Kościołem zajmowałem się przecież wyłącznie incydentalnie.
Przyjąłem ten układ z uśmiechem, ale oczywiście za grosz mu nie uwierzyłem.
Platoniczna miłość i instrukcja pacyfikacji narodu
W 1980 roku bardzo chciałem się przypodobać moim potężnym szefom z „Firmy”, a zwłaszcza generałowi Władysławowi Jurze, który nosił wdzięczną ksywę „WBO” – „Wielki Biały Ojciec”. On to osobiście podżyrował kiedyś całkowicie fałszywy życiorys Czesława Kiszczaka, potrzebny do wstąpienia wówczas jeszcze pułkownika do kombatanckiego ZBOWiD-u. Obaj nakłamali w tym oficjalnym biogramie tak bezczelnie, że nawet księżyc nad Warszawą się zawstydził. Gdy Kiszczak w nagrodę zasiedlił MSW, mianował „WBO” – tę istotę doszczętnie sfoflaszałą i intelektualnie przezroczystą – szefem Zarządu Politycznego WOP.
Z kolei generał Czesław Stopiński, ówczesny dowódca WOP, kazał Jurze osobiście pilnować naszej wojskowej redakcji pisma „Granica”. Chodziło o to, byśmy nie poszli w publicystyczne szkody i nie narobili bigosu przed Jaruzelskim i Kiszczakiem. Na tę dowódczą fuchę i drugą generalską gwiazdkę potwornie ostrzył sobie zęby szef sztabu, Feliks Stramik. Jakiś jego wierny przydupas doniósł Michałowi Janiszewskiemu, że kiedy w grudniu 1970 roku przyszło do krwawego strzelania do robotników na Wybrzeżu, Stopiński – wówczas dowódca Pomorskiej Brygady WOP – wprawdzie posłusznie wysłał wojsko do akcji, ale celowo nie dał żołnierzom ostrej amunicji, tylko ślepe naboje! Szef kancelarii premiera natychmiast doniósł swojemu pryncypałowi o tym „niecnym i humanitarnym” postępku Stopińskiego.
Z tą dokładnie chwilą los Stopińskiego był przesądzony. Jaruzelski brawurowo zabrał mu dwugwiazdkowy fotel, osadzając na nim lojalnego Stramika, z którym w powojennych latach spali na jednej sali w Rembertowie w czasie oficerskiego dokształtu. Stramik ekspresowo dostał drugą generalską gwiazdkę, a Stopiński jeszcze trochę pożył na marginesie, zanim ostatecznie „przestał palić na tym świecie”. Chciałem skrobnąć ostry artykuł o specyficznym języku żołnierskim i sparafrazować Gombrowicza, aby uderzyć w tę karuzelę kadrową mojej formacji. O cholera, znowu ten Gombrowicz!
Didaskalia: Gombrowiczowska parafraza wkracza prosto w gęste, koszarowe błoto.
Z redaktorem naczelnym „Granicy”, pułkownikiem Banasiakiem – oficerem, który na szczęście nigdy nie kurczył się do miejsc, które dawno przerosły go intelektualnie – uradziliśmy, że spełnię erotyczne marzenia Jury o teorii i napiszę o używaniu „marksistowsko-leninowskich zwrotów” w codziennym życiu wojska.
– Tylko pamiętaj, Henryku, bądź mądry i bez żadnych wygłupów – ostrzegał mnie Banasiak. – Bo mądrość to spacja między bodźcem a reakcją, a coś mi się zdaje, że z nadmierną gorliwością śledzisz politykę kadrową naszej formacji i nie tylko.
Pułkownik miał świętą rację. Nieraz musiał się potem gęsto tłumaczyć przed generałami za moje publicystyczne delikty.
Dużo wcześniej ogłosiłem wśród kolegów z redakcji prywatny, ściśle tajny konkurs na najgłupszego generała Ludowego Wojska Polskiego. Bezapelacyjnie, miażdżącą przewagą głosów wygrał właśnie Jura jako dumny nadzorca „Granicy”. Uznałem więc ironicznie, że muszę napisać coś wybitnie mądrego, by drastycznie poszerzyć jego ciasne horyzonty. Skoro szefowi wywiadu, Pożodze, wcisnąłem kiedyś bezczelnie „Idiotę” Dostojewskiego i on mi za to grzecznie podziękował, to Jurze wcisnę parafrazę z Gombrowicza. Brzmiała ona następująco: Słowo zmienia się diametralnie zależnie od jego użycia. Słowo „róża” może stać się potwornie niepachnące na ustach pretensjonalnego, głupiego mówcy, a słowo „gówno” brzmi doskonale wychowanie i wręcz salonowo w ustach świadomego ideologicznie żołnierza z koła młodzieży wojskowej.
Niestety, wojskowi czytają wszystko dosłownie. Jak widzą słowo wzniosłe – to myślą, że autor szlachetny; jak zelżywe – to że ordynarny cham. Tymczasem w autentycznej mowie żołnierskiej bezwzględnie dominują wyłącznie treści głęboko zelżywe. Dorzucam więc do akt autentyczny obrazek z moich tajnych zapisków. Występują: Komendant I (pułkownik), Komendant II (pułkownik) i wystraszony adiutant (kapral).
Komendant I wchodzi energicznie do sekretariatu Komendanta II:
– Jestem, kurwa, Komendant Pierwszy. Jest, kurwa, Komendant Drugi?
– Nie ma go w tej chwili, panie pułkowniku. Wyszedł pilnie na teren koszar.
– To go, kurwa, natychmiast poszukajcie. I niech, kurwa, szybko tu przyjdzie!
Adiutant cudem łapie go telefonicznie w oficerskim kasynie. Komendant II wchodzi zdyszany do gabinetu:
– Kurwa, jak się cieszę, że cię, kurwa, widzę!
– Ja też się, kurwa, potwornie cieszę.
– Wybacz, kurwa, ale moja żona ma dziś, kurwa, te swoje urodziny i muszę natychmiast lecieć do domu. Ale jak będziesz, kurwa, wracał, to się, kurwa, koniecznie spotkamy i pogadamy jak, kurwa, najlepsi przyjaciele, kurwa.
– No to, kurwa, cześć!
A potem dla odmiany bardzo chciałem napisać o prawdziwym, niezłomnym żołnierzu. Nie o takim sztucznym tworze z podręczników, „co się kulom nigdy nie kłaniał” (bo ten akurat kłaniał się nisko wyłącznie oficerom z NKWD). Mój żołnierz miał komunistyczną bezpiekę głęboko w dupie i życiorys tak potężny, przy którym z zazdrości bledną wszyscy podręcznikowi bohaterowie Wojska Polskiego. Miał jednak jedną zasadniczą, niewybaczalną w PRL wadę – rodowód z AK i antykomunistycznego WiN-u. Władza ludowa łaskawie mu to wybaczyła dopiero wtedy, gdy odsiedział swoje najlepsze lata w ciężkich więzieniach i na wyraźny rozkaz podziemia zaczął z bezpieką krótko, taktycznie kolaborować. Nikt w MSW nie miał zielonego pojęcia, że on pod tym płaszczykiem znowu ostro konspiruje. Oprócz jednej osoby – jego najbliższej przyjaciółki, Antoniny Komorowskiej. Tak, dokładnie z „tych” hrabiowskich Komorowskich. Antonina zaraziła kiedyś harcerstwem przyszłego prezydenta RP, ale niestety nie zdołała zrazić go do krwawego myślistwa, o czym piszę z głęboką niechęcią.
Dla mnie osobiście myśliwi to ludzie z ordynarnym temperamentem pospolitych morderców. Są po prostu tchórzliwie praworządni – nie zabijają innych ludzi tylko dlatego, że kodeks karny surowo tego zabrania. Rekompensują sobie te braki na bezbronnych jeleniach, żubrach i wszystkim, co żyje, a nie jest akurat Homo sapiens. Nie jestem może aż tak skrajnie radykalny jak słynna Janina Duszejko z powieści Olgi Tokarczuk, ale skrycie marzę o tym, by zwierzęta w lasach czasem brały krwawy rewanż na oprawcach.
Skoro Murzyni mszczą się dziś za wieki niewolnictwa, agresywne feministki tłuką męskie szowinistyczne świnie i głośno rozpaczają w mediach, że natura nie pozwala im obsikać muru na stojąco, zaś Żydzi nigdy nie wybaczą światu Holokaustu – to dlaczego, u diabła, zwierzęta mają milczeć?
Biznesy w kawiarni i donosicielski staż patriarchy
„Tosia” ma dwoje niezwykłych oczu. Jedno z jasnym blaskiem słońca – przeznaczone wyłącznie dla przyjaciół z antykomunistycznej opozycji i młodych harcerzy. Drugie z zimną poświatą księżyca – dla ustrojowych mend, które bezbłędnie rozpoznaje na kilometr, a w jej czystym sercu zawsze pięknie Chopin gra. Mężczyźni gapią się na nią maślanymi oczami jak głodny kot na świeżą szperkę. Ale nic z tego. Dlatego ja zawsze gorąco dziękuję bogini Nemezis za to, że Tosia zostawiła w mojej zmęczonej duszy cenne ziarenka autentycznej przyjaźni, nadziei i życiowej pasji.
Didaskalia: Wkracza wielka polityka, bezwzględna cenzura i sowieccy nadzorcy.
Tosia ma chorobliwie zazdrosnego męża, doktora weterynarii, który pasjami kolekcjonuje sztukę ludową i posiada w zbiorach oryginalne kłonice. Mam do tego wiejskiego przyrządu sporo należnej atencji i to właśnie skutecznie powstrzymuje mnie przed jakimkolwiek flirtem – doktor chętnie pokazuje swój ciężki drąg każdemu napalonemu bałamutowi. Tosia ma doktorat z biologii, oficjalny certyfikat hrabiowski pochodzący od samych Tatarów i nienaganną, światową kindersztubę. Pachnie naturalnym zapachem majowych łąk i kwitnących czereśni. Polubiłby ją natychmiast Adam Solarz, legendarny pasjonat harcerstwa.
Sypnę ją jednak teraz skrajnie nieelegancko: Antonina była przez lata bez pamięci zakochana (rzecz jasna platonicznie) w Józefie Telidze. Błagała starego pułkownika, by chociaż raz się do niej ciepło uśmiechnął. Ale on, dopóki umęczony Kraj był w potrzebie, zupełnie nie zwracał uwagi na kobiety. Teliga uważał cynicznie za Aleksandrem Dumasem-synem, że: „Kobieta to ostatnia rzecz, jaką Bóg stworzył w sobotę wieczorem; stąd też wyraźnie wyczuwa się w niej spore zmęczenie materiału”.
Józef, zamiast się czule uśmiechać, bezceremonialnie zaciągnął Tosię do głębokiej konspiracji przeciwko ancien régime. Tosia wykonywała najgorszą, czarną robotę: była genialną researcherką, składaczką i drukarzem podziemnego pisma „Żywią i bronią”. Przedrukowywali też regularnie ostre teksty z mojej „Czerwonej Krowy”, którą wydawałem na własny rachunek, przez długi czas kompletnie nie wiedząc, że w tym bagnie stoimy dokładnie po tej samej stronie barykady. Przy jej potężnym oczytaniu nawet literacki Tomasz Burton czułby się jak mały pikuś. Zna zdecydowanie więcej książek niż żywych ludzi. Sama mówi, że jest jej z tym nadzwyczaj dobrze.
Bez Tosi Teliga w strukturach byłby nikim, a tak stał się alfą i omegą Solidarności Rolników Indywidualnych w 1980 roku. Chciałem o nim pisać w redakcji w wielkim stylu Gombrowicza, a także Czesława Miłosza. Generał Jura skutecznie i brutalnie wybił mi to z głowy. Gombrowicz i Miłosz byli dla jego generalskiego mózgu wyłącznie „parszywymi sukinsynami i zdrajcami”, a w dodatku zgniły Zachód „unoblowił Miłosza na złość całej komunie”. Za samą próbę pisania o nich dostałem od Jury półroczny, bezwzględny zakaz publikacji. Pisałem więc do szuflady.
Głupich na tym świecie się nie sieje – rodzą się sami jako naturalne pokłosie dynamicznych ruchów frykcyjnych w ubeckiej pralni na brudnym worku z zakrwawioną bielizną. Podejrzewałem zresztą, że niektórzy nasi generałowie dokładnie tak właśnie zostali na ten świat poczęci.
W moje ręce wpada ściśle tajny dokument MSW z jasną instrukcją: rozpracować łączność podziemia z zagranicą, kontrolować sprzęt poligraficzny, a w wyższym etapie… budować własne, całkowicie fałszywe, kontrolowane struktury podziemne, by sprytnie przejmować dolary płynące z Zachodu. Podstawa sukcesu to masowy werbunek. Komunistyczna bezpieka brała się za pacyfikację dziesięciomilionowego związku zawodowego bez jakichkolwiek zbędnych emocji. Wybrali precyzyjnie pięćset do tysiąca osób w kraju i dwieście pięćdziesiąt za granicą. Chcieli mieć swojego agenta w każdej, nawet najmniejszej strukturze.
Miejsce akcji: Kawiarnia „Czytelnika”.
Didaskalia: Urządzenia podsłuchowe SB zainstalowane w stolikach działają bez najmniejszego zarzutu.
Niezwykle miłymi i częstymi gośćmi w naszej „Firmie” byli radziecki generał Witalij Pawłow i hiszpańscy prymusi z KGB. Sowieci nie musieli wcale węszyć na własną rękę w Warszawie – wszystko dostawali od naszych usłużnych ubowców na tacy w skondensowanej, pięknej formie operacyjnych notatek i mikrofilmów. Faceci Pawłowa byli klasycznymi, twardymi nadzorcami. Poświęciłem aż dziesięć lat życia na badanie tej ponurej gry. Pawłow z góry traktował wszystkich niższych rangą Polaków, zachowywał się zawsze tak, jakby połknął pruski kij. Latami później, już z Moskwy, chciał się ze mną na starość zaprzyjaźnić, wydzwaniał uparcie, ale ja wolałem towarzystwo Lebenbauma czy Teligi.
Oficerowie operacyjni „Firmy” mówili mi chętnie i dużo, bo polecał mnie sam I zastępca Kiszczaka – potężny szef Służby Wywiadu i Kontrwywiadu. Generał Władysław Pożoga wynosił z Biura „C” dosłownie to, co chciał. Dał mi na piśmie oficjalną zgodę Kiszczaka na bezgraniczne korzystanie z odtajnionych, najgłębszych kwitów.
Wciąż nie wiemy w tym kraju, co robić, gdy materiały operacyjne jednoznacznie wskazują na szpiegostwo polityka z najwyższej półki (jak w późniejszej aferze premiera Józefa Oleksego). Kiedyś o wszystkim decydowała wyłącznie Moskwa. Pożoga pytał szefa KGB Kriuczkowa, dlaczego po kompromitacji Gierka przyszedł akurat słaby Kania, a nie silny Jaruzelski. Kriuczkow odparł mu ze stoickim spokojem: „Jaruzelski ma wielką szansę na zdecydowane, militarne działanie, ale musimy spokojnie poczekać na jego czas”.
Siedzę w „Czytelniku” z Józefem Lebenbaumem. Gada namiętnie o dawnych czasach, gdy bezpieka polowała na niego w szwedzkim Lundzie. Józek opowiada z uśmiechem kapitalną anegdotę: Przed cerkwią na Placu Czerwonym w Moskwie prawosławny patriarcha dostojnie daje wiernym dłoń do pocałowania. Jeden szary moskwianin nagle się ostentacyjnie wzdraga. „A ty co, synu?” – pyta oburzony duchowny. „Ja od 1930 roku jestem tajnym agentem NKWD i sumienie mi zabrania” – tłumaczy facet. „Całuj dłoń, durniu! Ja donoszę od 1920!”
– Ty też dałeś „Reginie”, znanemu agentowi bezpieki, trzy tysiące koron z własnej kieszeni po tym, jak cię tak pięknie wystawił – złośliwie i głośno przypominam Lebenbaumowi. Kaleta nie chciał cię pocałować w dłoń. Józek momentalnie milknie i czerwieni się po uszy.
W tym momencie zoczyłem Teligę z Tosią, dosiedli się do naszego stolika. Rozmawiamy szeptem o fizycznej likwidacji wrogów w wywiadzie. Teliga opowiada, że gdy szedł przed laty na niebezpieczną akcję, zawsze lojalnie uprzedzał swoich ludzi: „Jak będę zmuszony użyć pistoletu, to znaczy, że koncertowo sfuszerowałem robotę i macie mi natychmiast pomóc”. Na palcach jednej ręki mógł policzyć swoje wywiadowcze wpadki.
Wywiad między Renem a Dnieprem i kapitan Róg
Lebenbaum wtrąca tchórzliwie, że w demokratycznej i bezpiecznej Szwecji nikogo na szczęście nie likwidował. Tosia wyjaśnia mu cierpliwie, że Józefowi chodzi o krwawą wojnę z Niemcami, bo w PRL antykomunistyczna opozycja nikogo nie likwidowała – w przeciwieństwie do krwiożerczej bezpieki. I dziwnie, badawczo patrzy na Lebenbauma, sugerując jego głośną wpadkę z transportem podziemnego sprzętu, który szwedzki sąd mógłby z łatwością uznać za ordynarny terroryzm. Rozmowa przy kawie momentalnie się rwie.
Życiorys pułkownika Józefa Teligi to gotowy, hollywoodzki scenariusz na film sensacyjny, z którego komunistyczna cenzura wycięłaby absolutnie wszystko.
Teliga ma stopień pułkownika i jest z rocznika tysiąc dziewięćset czternastego. Poczuł smak realnej władzy w partyzantce, poznał gorycz podłej zdrady w maju 1942 roku, gdy brawurowo zwiał hitlerowcom z transportu. W Polsce Ludowej siedział w ciężkich więzieniach aż cztery razy. Ostatni raz sypnięto go w 1985 roku – Kiszczakowcy trzymali schorowanego starca przez dwanaście miesięcy na Rakowieckiej jako najstarszego więźnia politycznego w bloku wschodnim. Wyszedł na wolność na mocy amnestii, dokładnie dwie minuty przed upływem ostatecznego terminu. Mógłby się z dumą podpisać pod ostrymi słowami Ernesta Brylla: „Niech ten skundlony naród przypomni sobie, że jest z Harnasiów”.
Organizował wywiad w SZP, ZWZ i AK. Od 1943 roku był szefem elitarnej ekspozytury II Oddziału AK w Radomiu (pseudonim „Habdank”). Komuniści z AL, którym nieraz po ludzku pomagał, organizowali potem pospolite, bandyckie bojówki i bezczelnie denuncjowali AK-owców do NKWD. W 1945 roku jako „Sfinks” kieruje wywiadem WiN w Kielcach. Czarna seria jego aresztowań: luty 1947, czerwiec 1947, grudzień 1983, wrzesień 1985. W 1980 roku współtworzy od podstaw Solidarność Wiejską.
Hiszpańska ekspozytura wywiadu „Sosna” była śmiertelnie zagrożona, bo Maksymilian Szymański („Maks”) zaczął blisko współpracować z oficerem Gestapo, Paulem Fuchsem. „Maks” dostał zasłużoną czapę od Wojskowego Sądu Specjalnego dokładnie 25… grudnia 1942 roku, w samą Wigilię (kto nie wierzy, niech czyta „Jodłę” Borzobohatego). Teliga jako „Habdank” miał swoich wiernych agentów rozsianych między Renem a Dnieprem. To on osobiście posłał Anglikom precyzyjne namiary na bazę rakietową Peenemünde, ale „niewierni Tomasze znad Tamizy” koncertowo spaprali robotę – brytyjski zwiad lotniczy sfotografował niemieckie makiety i RAF bezmyślnie zbombardował fałszywe zakłady z drewna.
Jego meldunkami wywiadowczymi żywiły się potem całe dywizje Armii Czerwonej, co NKWD dobrze i mściwie zapamiętało. W październiku 1944 roku w Radomiu pojawił się agent NKWD Waldemar Róg, bezczelnie udający kapitana nadwywiadu AK. Wredny, niebezpieczny typ, ale udało się go sprytnie wykołować. W styczniu 1945 roku Teliga stanął oko w oko z pułkownikiem Pimienowem, prawą ręką kata Sierowa. Gruby, ponury sowiet z aparycją hycla i czarnymi oczami psa policyjnego. Spotkał się z nim trzy razy i uznał, że czwartego spotkania po prostu nie przeżyje. Nie był zwolennikiem głupiej tradycji Jana Husa, by dawać się bezsensownie palić na stosie za idee. Sowieckie służby najpierw strzelają w potylicę, a jak cudem nie trafią – dopiero wtedy pytają o przyjaźń.
Uciekając w popłochu z Radomia, wysłał pilne ostrzeżenie do generała Leopolda Okulickiego („Niedźwiadka”) do Milanówka, błagając, by ten pod żadnym pozorem nie wdawał się w jakiekolwiek konszachty z Sowietami, bo to ordynarny podstęp Sierowa. Generał młodego Teligi nie posłuchał. Zapłacił za ten błąd życiem w katowniach Łubianki.
Po Jałcie Teliga nie miał już żadnych złudzeń. Wiedział doskonale, że zachodni alianci sprzedali nas jak bydło. Po zakończeniu drugiej wojny nie wierzył w rychły wybuch trzeciej. Szybciej od innych zauważył stosowane przez komunistyczne władze bezwzględne reglamentacje idei, restrykcje poglądów i ideologiczne monopole. Widział, że w nowej rzeczywistości słowo nie trzymało się słowa, a sens sensu. Zrozumiał, że nadszedł ponury czas odprawiania egzorcyzmów ideologicznych nad zawładniętymi przez szatana – czyli wedle nowej władzy: parszywie urodzonymi akowcami.
O tych zamordowanych osobach w wolnej Polsce wiadomo dziś bardzo niewiele. Tylko tyle, że po prostu nie żyją. Teliga miał w Warszawie kilka mieszkań. Zawsze wynajmowanych na fałszywe nazwiska. Nigdy swoich własnych. Przeważnie były to skromne, jednoizbowe kawalerki z ciemną kuchnią i ciasną łazienką. Panowała w nich sterylna, wręcz laboratoryjna czystość i absolutne minimum mebli: tapczan bądź wysłużona wersalka, mini-meblościanka i kilka półek uginających się od mądrych książek. Mały stolik, przeważnie z dwoma krzesłami, czasem stary fotel.
Spotykaliśmy się u niego albo w kawiarniach – przeważnie w „Czytelniku” lub Horteksie, niekiedy w kasynie przy ulicy Mazowieckiej albo w restauracji Domu Wojska Polskiego. Czasami w tych rozmowach brała udział piękna Tosia. Robiłem pilnie notatki, czasem coś nagrywałem na ukryty magnetofon, ale ciągle namawiałem pułkownika i „Tosię” na spisanie pełnych wspomnień. Antonina napisała w końcu niewielką książeczkę o Józefie. On sam nie zdążył. Zmarł 24 grudnia 2007 roku. Odgrzebałem te wszystkie notatki dopiero na wiosnę 2021 roku.
Mimo głębokiego sceptycyzmu, z jakim oceniał sytuację polityczną, i mimo że był przeznaczony do tworzenia elitarnej, poakowskiej organizacji „NIE” generała Fieldorfa, do końca pozostał wierny żołnierskiej przysiędze.
Po aresztowaniach generałów Fieldorfa i Okulickiego w kraju dramatycznie brakowało autorytetów. Z czasem przyszła ryzykowna propozycja od pułkownika Jankowskiego. Teliga wdał się w ponowną przygodę z WiN-em, bo po prostu nie chciał zginać karku przed obcymi ze wschodu ani przed ich miejscowymi, polskimi namiestnikami.
Od samego początku był zdeklarowanym, śmiertelnym wrogiem władzy ludowej. Fakt otrzymania przez generała Okulickiego listu z ostrzeżeniem od Teligi potwierdził mu osobiście minister Adam Bień, tuż po swoim dramatycznym powrocie z moskiewskiego procesu szesnastu. Wedle zapisu Teligi, relacja Adama Bienia brzmiała wstrząsająco: „Ja chyba do śmierci nie pozbędę się tego potwornego poczucia winy. Myślę, że niechcący osobiście przyczyniłem się do męczeńskiej śmierci generała Okulickiego. Kiedy <Niedźwiadek> przyszedł na ostatnie posiedzenie Rady Jedności Narodowej, trzymał w ręku kopertę z listem. Powiedział, że otrzymał pismo od pułkownika gwardii Pimienowa sugerującego spotkanie z generałem Iwanowem (Sierowem). Wspomnął też o liście ostrzegawczym od wywiadu AK, otrzymanym za pośrednictwem dobrze mu znanej osoby (Teliga ze względu na bezpieczeństwo nie podał wtedy swoich danych). Odczytał list wywiadu na głos. Zaległa głęboka cisza.
Eskadry śmierci i wychowawcze klapsy u Pożogów
Przerwałem ją jako pierwszy. Powiedziałem: <Panie generale, nam, ludowcom i PPS-owi dają po dwa miejsca w tworzonym właśnie rządzie w Lublinie. My jesteśmy gotowi z tego skorzystać. Ten list ostrzegawczy, który pan generał ma w ręce, musieli napisać wstrętni endecy, aby za wszelką cenę storpedować rozmowy proponowane przez Sowietów. Dla nich w Rządzie Lubelskim po prostu nie ma miejsca. I oni, chcąc sparaliżować porozumienie, przysłali ten paszkwil do pana>. Generał Okulicki długo się wahał. W końcu zarządził demokratyczne głosowanie przez podniesienie ręki. Tylko dwie osoby nie podniosły rąk – narodowcy. <Niedźwiadek> popatrzył po zebranych i powiedział ze smutkiem: <No tak, jasne jest, że chcecie rozmawiać z Sowietami. Dobrze, będziemy rozmawiać. Ostrzegam was jednak panowie – ja już raz na moskiewskiej Lubiance siedziałem. Jeżeli znajdę się tam drugi raz, to już żywy stamtąd nie wyjdę>. Tak, tak, już chyba do śmierci nie pozbędę się tej winy”.
Teliga do końca żarliwie bronił honoru Armii Krajowej, ale w PRL za oręż już nie chwytał. Uważał, że największym możliwym hołdem złożonym poległym w drugiej wojnie światowej jest nie dopuścić za wszelką cenę do wybuchu trzeciej. Poza tym nie był typem romantycznego samobójcy. Nie gustował w pustych gestach. Nie walił bezmyślnie głową w mur tylko po to, by przekonać się, że mur istnieje. On doskonale wiedział, że mur istnieje i jest twardy.
Gdy nadszedł pamiętny sierpień 1980 roku i wybuchła „Solidarność”, bezbłędnie wyczuł dziejową szansę i natychmiast przystąpił do działania. Gdy zaczynał kolejną batalię o niepodległość, miał już na karku siedemdziesiąt sześć lat! A w 1986 roku, gdy go po raz ostatni wypuszczano z więzienia na Rakowieckiej, zaczynał już krzyżyk ósmy. Komunistyczne władze zamykały go stosunkowo rzadko, bo umiał się genialnie konspirować. Jest głęboko przekonany, że z rąk SB miał zginąć zamiast Piotra Bartoszcze. Ale ktoś w MSW czegoś nie dopilnował, ktoś w terenie za bardzo się pospieszył. Ostatecznie stary pułkownik wylądował bezpiecznie w więzieniu zamiast w przydrożnym rowie.
Chętni do wyprawienia go z tego świata niewiele mogli w tej sytuacji zrobić. Był już zbyt znany na Zachodzie, aby wykańczać go po cichu w celi. Zastanawiając się nad własnym, pogmatwanym życiem, Teliga ułożył filozoficzne równanie o czterech niewiadomych: Czy to, co moralne, musi być prawdziwe? Czy wyższy cel uświęca podłe kłamstwo? Czy to, co prawdziwe, musi być z gruntu dobre? Czy to, co dobre, musi być piękne? Jest dziś niezmiernie zadowolony, że udało mu się to całe piekło przeżyć. Ale pamięta doskonale o tych stu dwudziestu dwóch osobach skrytobójczo zamordowanych w latach dyktatury i kierowania resortem spraw wewnętrznych przez generała Czesława Kiszczaka.
– Byli również inni agenci blisko koło ciebie? – pytam pułkownika w „Czytelniku”. – To dziwne, że resort Kiszczaka nie sięgnął po stare, sprawdzone kadry z przedwojennej szkoły agentów celnych pułkownika Tomporskiego.
– Ależ sięgnięto, Henryku! – ożywia się Teliga. – Od samego początku kręcili się przy mnie różni podejrzani faceci. Nie miałem twardych dowodów, że to pospolici szpicle, ale jak się ma wywiadowczą wprawę, to zawsze można ich bezbłędnie poznać po charakterystycznym zapachu strachu i darmowej, ubeckiej wódki. Zresztą, po co ich było gonić? Bezpieka zaraz przysłałaby nowych, świeżych i całe rozpoznanie trzeba by zaczynać od nowa. A tak – przynajmniej dobrze znałem swoich „opiekunów”.
Potwierdzenie moich podejrzeń uzyskałem w czasie zjazdu w Poznaniu. Mimo że różni ludzie natarczywie indagowali mnie o trasę i sposób dojazdu, raczej z dawnego nawyku niż z przezorności, utrzymywałem to w ścisłej tajemnicy. I co? Reszta delegatów z mojego regionu – po dziesięciu na województwo – została przez bezpiekę elegancko wygarnięta prosto z poznańskiego dworca. W mieście rozwieszono plakaty-fałszywki, łatwe do rozpoznania, paskudnie szkalujące zatrzymanych. I tu następuje najlepsze: pierwszy z tej plakatowej fałszywki (bo zatrzymanych w końcu zwolniono, aby mogli uczestniczyć w zjeździe) zapytał mnie bezczelnie w czasie obrad, dlaczego na tych „obwieszczeniach” nie ma mojego nazwiska!
Zrozumiałem, że był to niezbyt finezyjny, raczej prostacki, ubecki chwyt, ale właśnie dlatego mógł być skuteczny. Bezpieka usiłowała perfidnie zrzucić na mnie podejrzenia za aresztowanie pozostałych delegatów. Ludzki intelekt w dzikim tłumie jest mocno ograniczony, ludzie od razu zaczęli tak prymitywnie rozumować: „Nie ma starego na liście, to znaczy, że nas ordynarnie sypnął!”.
– A ów pytacz, ten bezczelny facet z pierwszym nazwiskiem na fałszywkach, był certyfikowanym agentem?
– Trafiłeś w dziesiątkę, Henryku! To był szpicel z dawnych, najmroczniejszych lat stalinowskich. Kiedyś siedział we Wronkach. W jego celi znaleziono powieszonego pułkownika Lipińskiego. Władze, rzecz jasna, sugerowały samobójstwo z przyczyn osobistych. Ale wszyscy na więziennym korytarzu wiedzieli, że to było ordynarne morderstwo na zlecenie. Prześledziłem później losy mojego pytacza. Za „fatygę” przy Lipińskim odsiedział jedynie połowę śmiesznego wyroku za rozbój – cztery z ośmiu lat. Takie cudowne, chrześcijańskie złagodzenie kary można było w Peerelu uzyskać jedynie za nadzwyczajne, krwawe zasługi dla Ojczyzny!
- PIECUCH: Wiele słyszałem o specjalnych, tajnych grupach bezpieki przeznaczonych do cichej likwidacji wybitnych postaci z opozycji. Mam jednak poważne reporterskie wątpliwości, czy takie eskazdry śmierci rzeczywiście formalnie istniały w strukturach MSW. W żadnym oficjalnym dokumencie resortu nie natrafiłem na ich papierowy, urzędowy ślad.
• TELIGA: Ja wątpliwości nie mam żadnych, mój drogi Henryku. Co prawda oficjalnych dokumentów może i nie ma, bo tylko partacz i amator ślady za sobą zostawia, a tam działali przecież stuprocentowi profesjonaliści. Ale za to w całej Polsce są świeże groby. Grupy likwidacyjne tworzono na zimno, przy zielonych stolikach. Sam o tym przecież pisałeś. Ich szkoleniem i dyskretnym nadzorowaniem zajmował się generał Eligiusz Ruzłubirski. Powiem więcej: w wielu wypadkach grupy te składały się z samych prominentnych funkcjonariuszy MSW. Mam na przykład pewne dowody, że okrutnych zabójstw Piotra Bartoszcze i księdza Jerzego Popiełuszki dokonała dokładnie ta sama, uderzeniowa grupa z centrali, kierowana przez sławnego kapitana Grzegorza Piotrowskiego. Jest przecież znane zdjęcie z pogrzebu Bartoszcze. Można na nim bez trudu rozpoznać tego kapitana-mordercę. Zabójca przyszedł kulturalnie pożegnać swoją ofiarę, a może i przy okazji wybrać kolejną postać na swojej liście proskrypcyjnej.
• PIECUCH: Wedle mojego reporterskiego rozeznania, dla bezpieki byłeś sto razy groźniejszy i bardziej niebezpieczny niż młody Bartoszcze. Dlaczego ty, pułkowniku, wciąż żyjesz i spokojnie pijesz ze mną kawę? Dlaczego zabito akurat jego?
Modelowy terrorysta i szafy Kiszczaka
- TELIGA: Bo wtedy, gdy zapadały te wyroki na szczytach, ja już bezpiecznie i głośno siedziałem na Rakowieckiej, więc nie mogli mnie ot tak, po cichu sprzątnąć w rowie. Nawet gdyby mi się w więzieniu przytrafił jakiś nieszczęśliwy wypadek – nagłe poślizgnięcie na mydle pod prysznicem czy niespodziewany zawał serca – i tak nikt w kraju by w to nie uwierzył. Na Rakowieckiej byłem paradoksalnie o niebo bezpieczniejszy niż na wolności! Poza tym te zabójstwa nie były aktem indywidualnej, emocjonalnej zemsty sfrustrowanych ubeków. Podejmując decyzje o likwidacji wybranej osoby, kierowano się wyłącznie pragmatyczną, polityczną chęcią zastraszenia całych grup społecznych, którym nie odpowiadała władza ludowa i które – co najgorsze dla komuny – zasmakowały już wolności. Brutalnym terrorem usiłowano wbić ludzi z powrotem w ziemię.
• PIECUCH: I zastraszono skutecznie.
• TELIGA: Nie wszystkich, Henryku. Twojej „Tosi”, z którą się tak serdecznie przyjaźnisz, jakoś do dziś nie zastraszono.
• PIECUCH: Pewnie dlatego w „Firmie” powstał szatański pomysł, aby najbardziej niepokornych z was oskarżyć o klasyczny terroryzm. W tajnych raportach mówiono o was wprost: „wściekłe psy terroryzmu”. Słyszałeś coś o tym, pułkowniku?
• TELIGA: Nic nie wiem, aby ktokolwiek z naszego podziemia sięgał po tak paskudne, krwawe i z góry skompromitowane metody działania. Natomiast wcale nie dziwię się bezpiece. Oni od zawsze bardzo chętnie stosowali starą, wypróbowaną, złodziejską zasadę, aby w czasie ucieczki, po popełnieniu bezczelnego przestępstwa, samemu najgłośniej krzyczeć w tłumie: „Łapaj złodzieja!”.
Opisuję to wszystko, co opisuję, i chwilami odnoszę dziwne wrażenie, jakbym z uśmiechem częstował was skradzionymi z magazynu MSW cukierkami.
Didaskalia: Przenosimy się w czasie i przestrzeni. Michałowice. Zapach duszonej jagnięciny miesza się z zapachem kawy. Karaluch w zlewie chyba w końcu zdechł z nudów. Wolak wciąż wertuje papiery, a my z Teligą rozlewamy kolejną kolejkę.
- TELIGA: Nas oskarżano o próby organizowania krwawych akcji terrorystycznych. Tymczasem to bezpieka realnie i bezkarnie zabijała. Są na to trupy, Henryku! A potem w telewizji tłumaczono narodowi, że wielkoduszny generał Kiszczak basował sobie, iż osobiście chce znaleźć sprawców. Ścigano więc samych siebie, co musiało być dla tych panów niezwykle męczące. W wypadku księdza Popiełuszki resort w końcu doścignął samego siebie. Ale skazano tylko ręce, które bezpośrednio popełniły tę zbrodnię. Nie głowę. Głowa została w nienaruszonym spokoju do dziś i ma się świetnie na wysokiej, generalskiej emeryturze. Zabijano bez wyraźnych, logicznych powodów. Tylko dlatego, że ktoś śmiał myśleć inaczej. Takie są suche, przerażające fakta. Mordercy, mając w rękach władzę absolutną, zacierali ślady własnego przestępstwa, a o popełnienie zbrodni bezczelnie oskarżali swoje ofiary. To są metody stare jak świat, znane z najgorszych kart historii.
• PIECUCH: Wedle poufnych informacji kapitana Ryszarda R. z MSW, wybitny agent Departamentu III, Karol W., dwukrotnie usiłował cię, pułkowniku, skusić do bliskiego zainteresowania się bronią palną. Raz, na wyraźne polecenie swojego oficera obiektowego, w swojej luksusowej wiejskiej rezydencji, do której cię gościnnie zaprosił, „przypadkowo” pozostawił naładowany pistolet w pokoju, w którym spałeś. Innym razem, całkiem bezinteresownie, proponował ci skorzystanie z tajnego składu broni, który ponoć posiadał gdzieś w okolicach Szczebrzeszyna. Prawda to, generale, czy tylko mój wybujały pisarski wymysł?
• TELIGA: Święta prawda. Chcieli ze mnie za wszelką cenę zrobić bandytę z pistoletem w ręku, żeby mieć idealną podkładkę dla prasy. Możesz to wziąć pod uwagę w swojej książce, bazgraczu?
• PIECUCH: Generał Pożoga miał jednak pewne poważne, osobiste powody, aby z tobą wyrównać dawne rachunki. Czyż on kłamał?
• TELIGA: Pośrednio miał powody. Rodzinne, bardzo dawne, dawno przedawnione. Choć żaden to był powód, aby od razu zabijać człowieka. Widzisz, przed laty, w pewnej wojennej wyprawie, z którą miałem – przyznam – niewielki związek, ucierpieli rodzeni rodzice Pożogi. Nasz akowski oddział dostał jasny rozkaz dania moralnej nauczki Władysławowi Pożodze, wówczas młodemu, niezwykle wojującemu komuniście, zausznikowi niejakiego Spychaja-Sobczyńskiego, bezczelnika, rezydenta NKWD i majora bezpieki. W tej ekipie wyznaczonej do tej wychowawczej roboty był mój rodzony młodszy brat, Bogdan.
Bitni chłopcy poszli dzielnie do Sierżawy, złożyli niezapowiedzianą wizytę w domu Pożogów. Władysław, czując wywiadowczym nosem pismo nosem, wywiał na szczęście wcześniej pod opiekuńcze skrzydła Sobczyńskiego, który był wtedy wielkim szefem bezpieki w Rzeszowie. Bies prawdziwy! Nie zastawszy stalinowskiego janczarka w domu, dowódca grupy profilaktycznie polecił dać kilka wychowawczych klapsów jego rodzicom. Przywiązano więc starego Pożogę do drewnianej ławy i na gołą dupę wsypano mu kilka solidnych pasów, z uprzejmą prośą o przekazanie synowi stosownego ostrzeżenia. Ot, taka błahostka. Matki późniejszego generała, jako kobiety, oczywiście nie ruszano. Wojenna kindersztuba obowiązywała! To wszystko. Wiesz, w moich kręgach, w późniejszym okresie, nazwisko Pożogi łączono bezpośrednio z tajemniczym morderstwem znanego działacza PSL, Władysława Kojdera.
- PIECUCH: Nie znam tej konkretnej sprawy Kojdera, nie śledziłem jej dokładnie. Podobnie jak nie byłem w stanie fizycznie prześledzić setek, a może tysięcy innych zabójstw obciążających konto tej wspaniałej „Firmy”. Udało mi się jedynie dotrzeć do bardzo maleńkiego, mrocznego fragmentu historii tajnych służb. Wiem jednak na pewno, że Pożoga, przynajmniej w latach osiemdziesiątych, był już zdecydowanym przeciwnikiem fizycznego likwidowania jakichkolwiek osób.
• TELIGA: O cholera! Nagle nasz drogi generał zrobił się na starość taki wielki humanista? Chędogi burczymucha, psiakrew!
• PIECUCH: Ależ skąd, gdzie tam! Po prostu stał się pragmatyczny. Władysław Pożoga uważał czysto biznesowo, że z trupa nie będzie już żadnego operacyjnego pożytku. Martwy świadek nie mówi, ale i nie współpracuje. Być może dlatego postanowił dokuczyć ci w zupełnie inny, bardziej finezyjny sposób. Być może planowano z ciebie po prostu zrobić modelowego terrorystę, a nawet głównego organizatora terroryzmu w Polsce. Miałeś ku temu, jako stary akowiec, wszelkie teoretyczne kwalifikacje. Naprawdę nie czujesz się w głębi duszy wściekłym psem terroryzmu, pułkowniku?
• TELIGA: Nie, jakoś się nie czuję. Uważam natomiast, że jest to wizualnie bardzo ładna nazwa. W sam raz pasująca do tych wszystkich łobuzów z Rakowieckiej i z Białego Domu. To oni, za pomocą brutalnej siły wojskowej, trzynastego grudnia sterroryzowali bezbronny, cały naród.
Chłopski ruch i prawda poetów
- PIECUCH: W jaki sposób wpadłeś po raz drugi?
• TELIGA: W najzwyklejszy, klasyczny sposób na tym świecie. Wsypano mnie. Zdradzono bezczelnie w momencie, gdy się tego może najmniej spodziewałem. Wpadki, zdrady, ordynarne denuncjacje… Żyłem z tym w symbiozie od roku trzydziestego dziewiątego, więc się nawet specjalnie nie zdziwiłem. Taki fach.
• PIECUCH: Wiesz przynajmniej z imienia i nazwiska, kto to zrobił?
• TELIGA: Oczywiście, że wiem. Zrobiła to pani docent doktor Maria Lili Sz. Ona kręciła się intensywnie przy mnie od samego momentu powstania NSZZ RI „Solidarność”. Naiwnie myślałem, że ta szacowna pani interesuje się tymi sprawami czysto zawodowo. W końcu była uznanym socjologiem wsi.
• PIECUCH: I przy okazji etatową agentką bezpieki. Czy tak? I nie chciałeś jej po męsku urwać tego profesorskiego łba?
• TELIGA: Czy ja naprawdę, Henryku, wyglądam w tuoi oczach na krwawego, bezwzględnego opryszka? Mówisz, że była zwykłym agentem bezpieki. Ale ja do dziś mam głębokie wątpliwości, czy jedynie naszej krajowej bezpieki. Myślę, że grała na znacznie wyższym fortepianie – dla KGB. Pochodziła z niezwykle ciekawej rodziny i miała niesamowity, międzynarodowy życiorys. Dla NKWD rozpracowywała kiedyś z sukcesem całą rodzinę swego przyszłego męża. Miłość w czasach popiersi Stalina! Cuchnąca miłość.
• PIECUCH: Czy ta szacowna pani ma przypadkiem bliskie rodzinne powiązania z tym słynnym agentem KGB, którego wyrzucono kilka lat temu z Francji z wielkim hukiem za działalność wywiadowczą?
• TELIGA: Dokładnie tak, to ta sama urocza osoba. Ów radziecki agent, szpiegujący biednych Francuzów, był jej rodzonym szwagrem. Maria Lili miała i, głęboko podejrzewam, że ma nadal, bardzo dobre, wręcz intymne układy ze służbami specjalnymi nowej Rosji.
• PIECUCH: Pułkowniku drogi, w czasie wojny mieliście dla takich zdrajców i szpicli tylko jedną, szybką karę – czysty ołów w potylicę. Coście robili z takimi zdrajcami w stanie wojennym, gdy brakowało lasu?
• TELIGA: Nic. Dosłownie, kurwa, nic. Włos im z tej profesorskiej głowy nie spadł. A wielka szkoda, Henryku. Potwierdzą ci to zresztą z żalem inni opozycjoniści. Czasami nawet bardzo żałuję tej naszej chrześcijańskiej łagodności. Szczególnie gdy dziś włączam telewizor i patrzę na tych wszystkich dawnych agentów ulokowanych na najwyższych, demokratycznych stanowiskach państwowych. Przecież nie o taką Polskę, pełną szaf Kiszczaka, walczyliśmy w lasach.
Uważam, że wszystko, co zupełnie nic nie znaczy, brzmi na tym świecie o niebo ładniej.
Didaskalia: Wolak ostatecznie zasnął nad manuskryptem. Moja baranina wyszła idealnie, Raymond Chandler byłby dumny. Teliga patrzy w ciemne okno, gdzie nocny michałowicki wiatr goni liście jak bezpieka opozycję.
- PIECUCH: Spotykasz ich czasami na ulicach wolnej Warszawy?
• TELIGA: Żeby tylko spotykam, Henryku! Co włączę ten cholerny telewizor, to ich widzę na pierwszym planie! To są dla mnie wyjątkowo przykre, wręcz wymiotne spektakle. Ci faceci bez mrugnięcia okiem nadal bezczelnie kupczą Polską, tylko teraz w innych gabinetach. Spotkałem też niedawno wspomnianą panią docent. Normalnie, na ulicy. Zapytała mnie bezczelnie prosto w oczy, dlaczego jej tak ostentacyjnie unikam. Powiedziałem jej krótko i po żołniersku, co dokładnie myślę o jej dotychczasowym postępowaniu. I wiesz co? Zachowała się o niebo przyzwoiciej od tych wszystkich moralnych gwiazd, które codziennie występują w telewizyjnych okienkach. Po prostu cicho opuściła głowę i odeszła bez słowa. Tak, ale ona przynajmniej była inteligentna, rozumiała definicję wstydu.
• PIECUCH: Sądzisz, że Maria Lili miała w bezpiece jakiś specjalny, elitarny przydział operacyjny?
• TELIGA: Musiała mieć, nie ma cudów. O ile mi dobrze wiadomo z pewnych źródeł, zajmowały się nią równolegle dwa potężne departamenty: Trzeci, czuwający zazdrośnie nad tak zwaną nadbudową, rozpracowujący między innymi Polską Akademię Nauk, gdzie Lili oficjalnie pracowała, i Szósty, zajmujący się profesjonalnie duszami i inwentarzem naszych rolników. Bezpieka zleciła jej totalne penetrowanie spraw polskiej wsi. Lili nie przeszkodziło to jednak wcale zaprzyjaźnić się blisko z panią Górszczyk, rodzoną mamą Marzeny i teściową Wiesława Kęcików. Ich najprawdopodobniej również z czystym sumieniem wystawiła bezpiece na widelcu.
• PIECUCH: Za co właściwie aresztowano cię po raz ostatni? Co tym razem te mądre głowy z prokuratury wojskowej wpisały ci w akcie oskarżenia?
• TELIGA: Czy ostatni? A kto to może wiedzieć na tym dziwnym świecie, Henryku? Może jeszcze po mnie przyjdą! A zarzucano mi z wielkim patosem tworzenie nielegalnej, paramilitarnej organizacji.
• PIECUCH: I jak? To był chociaż w części prawdziwy zarzut?
• TELIGA: W pewnym sensie, czysto technicznym – tak, zarzut był prawdziwy. Ogólnopolski Komitet Oporu Rolników organizowałem przecież z pełną świadomością na starym, sprawdzonym wzorze akowskim, z wykorzystaniem znacznie bardziej precyzyjnych rozwiązań konspiracyjnych, przygotowanych przed laty dla organizacji „NIE” generała Fieldorfa. Wszystko to opierało się o ruch ludowy. Ale mam tu na uwadze ten prawdziwy, chłopski ruch ludowy, który się nigdy w historii nie dał sprostytuować, który nigdy nie poddał się żadnej komunie. Ruch ze swej natury najtrudniejszy do spacyfikowania dla miejskiej milicji. Rolnika nie można przecież ot tak wyrzucić dyscyplinarnie z pracy, jak robotnika wielkoprzemysłowego czy jakiegokolwiek innego urzędnika, mającego bytowe, miękkie podbrzusze zależne od państwowej kasy. Chłopa nie można tak po prostu odstawić od miski i wziąć głodem, bo on tę miskę sam sobie produkuje! Rolnik jest wprawdzie w swoich reakcjach znacznie bardziej powolny w działaniu niż robotnik z fabryki. Autentyczny chłop w długofalowej, partyzanckiej walce jest o wiele bardziej wytrwały, a przez to – śmiertelnie skuteczniejszy. To mi wybitnie odpowiadało. Chciałem zorganizować potężny ruch na wzór dawnej Polskiej Organizacji Wojskowej, z potężnym, dobrze zakonspirowanym zapleczem.
• PIECUCH: I co ci jeszcze, pułkowniku, na tym padole zostało do zrobienia?
• TELIGA: Tylko jedno, Henryku – acz nie jestem czasopisem jak ty, to chcę do samego końca ujawniać prawdę. O ludziach i ich prawdziwych, nierzadko plugawych czynach. Chcę po prostu, aby każdy żyjący drań w tym kraju miał pełną, udokumentowaną świadomość, że jest zwykłym draniem.
• PIECUCH: Żądasz od historii ich fizycznych głów?
Druga Jałta pod stołem globalnych lwów
- TELIGA: Ależ skąd! Ależ gdzie tam! Żądam jedynie i wyłącznie czystej prawdy. Ale patrząc na dzisiejszą Warszawę, być może żądam od ludzkości o wiele za wiele.
• PIECUCH: Zbigniew Herbert pisze w swoim genialnym wierszu: „i nie przebaczaj zaiste nie w twej mocy / przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie”. Czy to jest Twój ostateczny życiowy drogowskaz, pułkowniku?
• TELIGA: No tak, ale ten sam Herbert pisze również twardo: „Bądź wierny Idź”. Ale nie będę nikomu czapkować. A znowu nasza noblistka Wisława Szymborska ironizuje: „Niezła i sprawiedliwość na początek. / Potem już pędzi sama. (…) / Do nowych zadań w każdej chwili gotowa. / Jeżeli musi poczekać, poczeka”. Więc komu, kurwa, wierzyć na tym świecie, Henryku? Poetom czy suchym raportom wywiadu?
Didaskalia: Przejście montażowe. 30 lat później. Światło gwałtownie ciemnieje. Zapada głęboki, pijacki i oniryczny sen narratora. Przechodzimy w tryb pełnego surrealistycznego zapisu.
Krzesło, dupa, klawiatura i niebo, którego nie ma. W sensie materialnym niebo to widoczna z powierzchni Ziemi część atmosfery oraz otaczającej nas przestrzeni kosmicznej. W astronomii mianem sfery niebieskiej określa się abstrakcyjną, fikcyjną sferę o nieskończonym promieniu, na którą rzutuje się pozycje ciał niebieskich obserwowanych z Ziemi. Niebo nad Orlem zgasło jak ekran starego monitora kineskopowego. Nie było go. Została tylko czarna, cyfrowa próżnia. I nagle, zamiast gwiazd, na tym nieistniejącym firmamencie zaczął pisać automat. Bez pośpiechu. Zielonymi literami, jak na terminalu w Langley. Pojawił się Archanioł Gabriel w towarzystwie gwiazd Wielkiej Niedźwiedzicy. Gabriel jawił się zjawiskowo. Był monumentalny niczym spoczywający na dnie Północnego Atlantyku Titanic. Jedno skrzydło oparł o Granicznik, drugie o Izerskie Garby. Pupę ulokował na Samolocie. Za Gabrielem przybilokował, pod postacią Golema Lucyfer i siadł na Krogulcu. Podsłuchiwałem:
– Masz tu pismo z piekła z propozycją układu – zaproponował Lucyfer aniołowi.
– O! Czerpany papier! Czego traktat dotyczy?
– Nowego podziału Świata.
– A więc drugiej Jałty?
– Możesz to nazywać jak chcesz, ale to niczego nie zmieni. Nasi wysłannicy – USA i Chiny już majdrują glob. Opanowali technologie deepfake. Pozwala to na sianie chaosu na niespotykaną skalę, powstaje inteligentna broń, państwa wykorzystują systemy rozpoznawania twarzy do zwiększania nadzoru nad obywatelami. W Chinach rodzą się pierwsze dzieci ze zmodyfikowanym DNA. Dzięki inżynierii genetycznej możliwe staje się eliminowanie szkodliwych dla człowieka gatunków. AI dostaje możliwość manipulowania życiem…
– Miałeś kiedyś stanowisko archanioła, jednak się zbiesiłeś, chciałeś być równy Bogu, wyprowadziłeś trzecią część aniołów z raju niczym Morawiecki elity z PiS-u.
– Lepiej być władcą w piekle niż sługą w niebiosach.
– Mam tu procę, uważaj! Wiedz, że nowa Jałta nie przyjmuje reklamacji w walucie humanizmu. Waszyngton i Pekin nie potrzebują już map z papieru czerpanego. Dzielą świat za pomocą algorytmu, rzucając na stół kości, z których dawno obdarto mięso. A pod stołem żaba Władimir podbija stawkę, podtykając napuchniętą od jadu nogę, przekonany, że imperium buduje się ze strachu i rur z gazem. Filozofowie płaczą w kącie, jak popłuczyny po Georgu Sorelsonie.
Gdy tekst zgasł, nad świerkami Orla znowu błysnęła ta niebiańska pupa. Pośladki anioła, czyste i obojętne na globalny przetarg, wisiały nad nami jak ostateczne szyderstwo. USA wyciągało po nie rękę z dolarem, Chiny liczyły zysk w nanometrach, a Putin próbował podskoczyć na swojej jednej, żabiej nodze, żeby choć dotknąć tego boskiego marmuru. Było jasne, że gdy globalne lwy dzielą padlinę, żaba z bagna zawsze nadyma się najbardziej, wierząc, że her skrzek brzmi jak niegdysiejsze Imperium Zła.
Mówią, że historia lubi się powtarzać, ale to gówno prawda – ona po prostu tępieje i robi się coraz bardziej bezwzględna. Nad światem unosi się zapach nowej Jałty, tyle że zamiast cygar Churchilla i podagry Roosevelta, na stole leżą mikroprocesory i biliony dolarów. USA i Chiny siedzą przy wielkim, tekowym stole. Dwa potężne buldogi, które bez słowa, zimnymi ślepiami kroją mapę świata jak tort weselny. Waszyngton bierze kęs, Pekin przełyka kęs, a między nimi, pod stołem, kręci się on. Władimir.
Niczym ta przysłowiowa żaba z sudeckiego błota, która widząc, że kują konie, bezczelnie podtyka swoją nogę. Też chce być podkuta. Też chce ugrać parę okruchów z tego pańskiego stołu, choćby miał za to zapłacić ostatnią kopiejką i życiem ostatniego Iwana. Diabeł z mowy Laferrière’a patrzy na to z góry i bije brawo, bo wie, że w tym globalnym galimatiasie głupota reszty świata znów przerośnie wyobraźnię filozofów. A nad tym wszystkim leci anioł. Tyle że nie ten z barokowych fresków w wołczyńskim kościele, lśniący złotem i świętością. To anioł zmęczony, uciekinier z ziemskiego szafotu, który w locie zgubił aureolę.
Oniriada
Gabriel wisiał nad sudeckim lasem.
Skrzydła miał zszarzałe od pyłu węglowego i drukarskiej farby.
– Spójrz – szepnął mi, schylając się po aureolę – Widzisz te pośladki?
Były białe, marmurowe, czyste jak przedwojenny papier czerpany.
Pupa anioła lśniła w mroku nocy, bezwstydnie odwrócona do globalnych graczy.
To była jedyna czysta rzecz, jaka została na tym zadeptanym gruncie.
USA wyciągało po nią dłoń ubraną w giełdowy indeks,
Chiny mierzyły w te pośladki laserowym celownikiem nowej technologii,
A Putin… Putin próbował się tam po prostu wślizgnąć bez mydła.
„Bo w tym cały jest ambaras” – zaszumiał wiatr w świerkach –
„żeby anioł chciał naraz”.
Ale anioł nie chciał.
W lewym pośladku miał KO, w prawym PiS, w mózgu był Kraj Pieroga i Zalewajki a w środku czaiła się czarna dziura.
Kotłowali się tam nacjonaliści z prawicy i leniniści z lewicy.
Więc anioł spuścił z góry jedną, ciężką, niebiańską łzę,
Która spadła prosto do muszli ONZ-towskiego klozetu.
A ja spłukałem wodę. Nad całą tą nową Jałtą.
I wyruszyłem na tę moją biedną, zmęczoną Warszawkę.
W kawiarni „Czytelnik”, pośród oparów gęstej siekiery i Erosa,
Siedziałem wyłącznie z Teligą,
Choć stolik literacki udawał ostatni bastion wolnego słowa,
Kręciło się tam więcej tajniaków i resortowych oficerów,
Niż dzisiaj doktorów po korytarzach IPN-u.
Zupełnie inaczej niż u generałów,
Do Szlachcica i Świetlika pukałem prosto w prywatne progi.
Gdyby usiedli razem przy kawie, pogryźliby się na śmierć,
Rozszarpali na strzępy dawne, ustrojowe urazy.
Więc spowiadałem ich osobno w potężnych, ociekających władzą salonach,
Większych niż całe moje skromne, ursynowskie M3.
Pod kryształowymi żyrandolami dawnej kasty
Ściany upstrzone były bezczelnie cennymi obrazami,
„Wypożyczonymi” na wieczne nieoddanie z Muzeum Narodowego.
W cieniu zrabowanych płócien, z luksusowych stołów,
Wylewała się najczystsza ludzka żelżywość,
A Sławomir Mrożek szeptał mi zza węgła,
„Że jutro to także dziś, tylko cokolwiek dalej”.
Bo przecież ten Tuwimowski bal miał trwać wiecznie.
Był dziewiąty listopada, mroczny rok dziewięćdziesiąty drugi.
Spałem twardo na strychu strzeżonej willi przy Ikara 5,
Lecz w odróżnieniu od tamtych magnackich sadyb,
Ta jaskinia wodza uderzała ascetycznym chłodem,
Żadnego bizantyjskiego przepychu,
Tylko duszne, wysłużone meblościanki pamiętające Gomułkę.
I to przez ich pożółkły lak, przez pancerną szybę,
Przedarł się bezczelnie promień zazdrosnego księżyca.
Wybiła godzina duchów, literatów i agentów.
Konstanty Ildefons Gałczyński jęczał mi do ucha:
„Jakże ja na tamten brzeg uciekam, o jakże mi na tym brzegu duszno”.
Więc zacząłem bilokować jak szalony po warszawskich dachach,
Przez brudne lufciki z dziką satysfakcją podglądając
Geopolityczną pornografię i dyplomatyczny reset,
Gdy ambasadorzyca Stanów Zjednoczonych namiętnie miziała się
Z postawnym szefem ochrony ambasady Federacji Rosyjskiej.
Chwilę później mój wzrok padł pod goły tapczan,
Gdzie Mateusz Morawiecki, ukryty w głębokim mroku nocy,
Przepisywał kościelne działki na bitcoiny i kopał kryptowaluty,
W pocie czoła ukrywając wirtualne miliardy przed nosem skarbówki.
Znudzony tym cyrkiem wróciłem na swój stryszek,
Porwałem długopis i na czystym odwrocie Obwieszczenia WRON
Zacząłem z wściekłością grafomanić nocne paszkwile.
Tekst ociekał jadem, a rymy trzeszczały w szwach.
Jaruzelski krzyczał „cholerka”, zamykając Gierka,
Kiszczak zajeżdżał byki historii, marząc o premierowskiej glorii,
Kaczyński na ulicach wojował z bezbronnymi dziewczynami,
A Tusk pod swoim światłym przewodem rozpieprzał całą Unię.
Wtedy Roland Topor przypomniał mi przytomnie,
„Że człowiek bez sumienia to tylko zwierzę, które potrafi udawać nieżywego”.
Ja udawać nie zamierzałem.
Wystawiłem sobie własne świadectwo ostatecznego ubóstwa,
Odmawiając gasić na noc światła rozumu,
Tak obelżywie traktowanego batem przez każdą dobrą zmianę.
Kres, koniec, kropka, finał.
Światło gwałtownie strzela w oczy, surrealistyczny strych znika.
Wracają Michałowice, mój własny, bezpieczny dom.
Rano z trudem otwieram ciężkie, zmęczone powieki.
Jestem w swoim łóżku, a na prywatnym nakastliku,
Tuż obok niedopitej szklanki zimnej herbaty,
Leżą dokumenty i ta nieszczęsna dedykacja generała Jaruzelskiego.
Przez dłuższą chwilę autentycznie boję się odwrócić to cholerne obwieszczenie,
Żeby sprawdzić, co tam w nocy po pijanemu nabazgroliłem.
Strach ma wielkie oczy.
Zwłaszcza w wolnej Polsce.