Zapraszam Państwa na salę numer 7 Centralnego Szpitala Klinicznego MSW. To nie jest zwykła sala chorych. To elitarny pensjonat dla emerytowanych asów komunistycznego wywiadu i bezpieki. Miejsce urokliwe, choć z dość specyficzną statystyką – większość moich znamienitych współlokatorów, z generałami Moczarem i Kiszczakiem na czele, opuściła ten pokój wyłącznie nogami do przodu.
Przeżyłem tę salę tylko dlatego, że lekarze byli zajęci ratowaniem mojego serca, a kostucha najwyraźniej zgubiła okulary. Zamiast jednak leżeć potulnie pod kroplówką, postanowiłem zabawić się w spowiednika. Przed Wami sześć odcinków szpitalnego tinder-testu, opowieści o walizkach pełnych dolarów, rakietach kupowanych jak na bazarku i paryskich podpaleniach.
Wejdźcie na siódemkę. Tylko ostrożnie – ciśnienie skacze od samego czytania.
ECH SALA! SALA NUMER 7 – CZYLI JAK PRZEŻYĆ WŁASNY POGRZEB
Hotel „Pod Seryjnym Samobójcą” Pytają mnie czytelnicy, jak skłoniłem asów wywiadu do zwierzeń. Proste: wystarczyło dać się położyć w Centralnym Szpitalu Klinicznym MSW na sali nr 7. To urokliwe miejsce, taki lokalny Trójkąt Bermudzki dla komunistycznych generałów.
Zasada działania siódemki była prosta: wchodzisz z nadciśnieniem, wychodzisz w jesionowej jesionce. Leżał tu generał Moczar – i został „uśmiercony”. Leżał generał Kowalczyk – uśmiercony. Kiszczak, Pożoga, pułkownik Wieczorek? Wszyscy zaliczyli ten sam turnus z twardym lądowaniem na cmentarzu. Piękne to były pogrzeby, idealne na kombatanckie spotkania klasowe, ale osobiście na żadnym nie byłem. Dlaczego? Bo w tym czasie wciąż leżałem na siódemce, czekając, aż kostucha pomyli numery łóżek.
Tym razem dostałem przydział do pokoju trzyosobowego. Moim sąsiadem okazał się facet o wyraźnych brakach w anatomii – prawa noga nieobecna usprawiedliwiona, lewa mocno sfatygowana, potraktowana kiedyś jako ostrzeżenie, że kiepsko się bawi w piaskownicy służb specjalnych. Towarzysz niedoli przedstawił się jako Stanisław Kłos, pułkownik wywiadu, rezydent w Rzymie i Paryżu. Człowiek z bogatą przeszłością i zerową przyszłością, który planował spędzić rok na rehabilitacji. W jego wieku i branży planowanie na rok do przodu to przejaw skrajnego optymizmu.
Egzamin z nienawiści i rakieta z dyskontu
Szpitalne noce są długie, więc żeby nie zasnąć (i przy okazji sprawdzić, czy nie leżę z kapusiem), zaczęliśmy obwąchiwanie personalne. Standardowa zabawa na bezpieczniackim tinderze: „Kogo znasz i dlaczego go nie lubisz?”.
Na pierwszy ogień poszedł pułkownik Sokolak i bracia Pieterwasowie. Kłos aż rozkwitł. Wspomniał, jak to Władysław Pieterwas kupił w RFN amerykańską rakietę. Kupić rakietę na zachodnim poligonie to żaden wyczyn – ot, transakcja jak w warzywniaku. Prawdziwą bezczelnością było przewiezienie jej przez granicę na rympał. Potem pogadaliśmy o pułkowniku Sienkiewiczu i jego legendarnej, tytanowej głowie do alkoholu podczas spotkań w knajpie „Ambasador” – idealnym miejscu z widokiem na ambasadę USA, żeby amerykańscy koledzy z naprzeciwka widzieli, jak polski wywiad przepija państwowe pieniądze.
Ale prawdziwy test towarzyski zaczął się przy antypatiach. Kłos patrzył na mnie wzrokiem bazyliszka.
– Kiszczak? – rzuciłem. Kłos skinął z aprobatą. Wiadomo, stare asy uważały Kiszczaka za ignoranta. Jeden zero dla mnie.
– Milewski? – dorzuciłem. Kłos aż mruknął z zachwytu. Dwa zero.
– Pożoga? – zaryzykowałem na koniec. Trafiony zatopiony. Trzy do zera, zdałem egzamin na przyjaciela domu.
Skoro nienawidziliśmy tych samych ludzi, stałem się godny zaufania. Fakt, że cała ta galeria generałów była mi całkowicie obojętna i potrzebowałem ich tylko do pisania książek, zachowałem dla siebie.
Paryskie podpalenia i walizki bez dna
Gdy lody zostały przełamane, Kłos odpalił protokół „Tajna Kuchnia”. Słuchałem o uroczych, chłopackich planach podpalenia paryskiej siedziby Jerzego Giedroycia i „anihilacji” księcia, a także o genialnym systemie ekonomicznym PRL. Mechanizm był czystą poezją: braliśmy od zgniłego Zachodu potężne pożyczki w dolarach, po czym pakowaliśmy te same dolary w zachodnich komunistów (np. we Francuską Partię Komunistyczną), żeby rozwalali kapitalizm od środka. Kapitalista płacił za sznur, na którym wywiad go wieszał. Geniusz w czystej postaci.
Oczywiście, przy okazji tych transferów paru „patriotów” w Warszawie zauważyło, że dolary strasznie lepią się do rąk. Podobno premier Jaroszewicz wszystko to skrupulatnie zapisywał w swoim kajeciku – co pewnie zbiegiem okoliczności skończyło się dla niego tragicznie po latach.
Kłos z rozrzewnieniem wspominał czasy, gdy przez jego ręce przechodziły „góry złota i walizy dolarów”. Ile można upchnąć w jednej walizce? Opozycja w latach 80. cieszyła się z paczek po 10-50 tysięcy zielonych przesyłanych przez brukselskie biuro Solidarności, zresztą pod czujnym okiem bezpieki, która kontrolowała ten strumyczek. Kłos na wspomnienie takich sum tylko parskał śmiechem. Dla niego milion dolarów w podręcznym bagażu to był zwykły wtorek w Paryżu.
Prawda ekranu i mądrość etapu
W tym momencie szanowny Czytelnik zapewne puka się w czoło i krzyczy: „A gdzie są kwity?! Daj dowody, Piecuch!”.
No więc mam dla Was doskonałą wiadomość: kwitów nie ma i nigdy nie było. Miałem co prawda spisane numery rejestracyjne mercedesów, którymi pułkownik Doskoczyński woził dolary do Szwajcarii (za cichym przyzwoleniem generała Janiszewskiego), ale numery zmieniano częściej niż skarpetki, więc ślad zaginął. Nie znam banków, nie znam numerów kont, nie znam sum. Opieram się na bajkach starszych panów z siódemki.
Ale czy oni kłamali? Po co mieliby to robić na łożu śmierci? Prawdziwe, twarde „papirusy” ma Moskwa i do dzisiaj używa ich do przekonywania polityków w Rzymie czy Paryżu, że Rosja to wspaniały kraj. W peerelowskich archiwach znalazłem tylko jeden piękny ślad po „czarnych kasach” Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego z czasów stalinowskiego krwawca, gen. Romkowskiego. W protokole stało czarno na białym: „Przy przekazywaniu osobistym odpowiedzialnym towarzyszom z KC (Bierut, Berman, Gomułka) ob. Romkowski nie brał pokwitowań”. Miliony szły na piękne oczy i partyjną legitymację. Zero śladu. Z tym samym problemem borykają się zresztą dzisiejsi śledczy, próbujący rozliczyć geszefty współczesnych partii. Tradycja w narodzie nie ginie.
Na koniec zapytałem mojego jednonożnego przyjaciela Kłosa, czy pisze chociaż pamiętniki, żeby zostawić coś dla potomnych. Kłos spojrzał na mnie z głębokim, podręcznikowym wręcz politowaniem, pokręcił zdrowymi dłońmi i wyrecytował mi dekalog prawdziwego szpiega:
- Inteligentny człowiek nie pisze – inteligentny człowiek pamięta.
- Jeśli już coś napisał – to nie podpisuje.
- Jeśli podpisał – to niszczy.
- Jeśli nie zniszczył – to chowa tak, że sam diabeł nie znajdzie.
Dlaczego? Bo inteligentny człowiek to taki, który po prostu chce żyć i nie spędzić starości na cmentarnej paradzie. Ot, cała kreatywna ewolucja służb specjalnych w pigułce.
Zamiast kwiatów na pogrzebie, czyli epilog bez pokwitowania
I tak oto zamykamy ten sześcioodcinkowy seans szczerości przy szpitalnym stoliku nocnym. Pułkownik Kłos pewnie dalej masuje swoje zdrowe dłonie i tęskni za paryskim luksusem, a ja zostałem z tą całą wiedzą jak Himilsbach z angielskim.
Słyszę już ten chór oburzenia: „Gdzie są dowody, Piecuch?! Gdzie kwity?!”. No więc powtórzę to raz jeszcze, powoli, żeby dotarło nawet do dzisiejszych prokuratorów: kwitów nie ma. Prawdziwi fachowcy z tamtych lat nie zostawiali śladów, bo chcieli po prostu dożyć emerytury. Najgrubsze miliony z czarnych kas Bierut, Berman i Gomułka brali na piękne oczy, a sprawozdania z transferów na Zachód skrupulatnie gromadziła Moskwa, która do dziś trzyma za gardło niejednego zachodniego demokratę.
Ewolucja służb specjalnych polega na tym, że systemy się zmieniają, ale mechanizm pozostaje ten sam. Dzisiejsi geniusze polityczni próbujący rozliczać geszefty swoich poprzedników borykają się z dokładnie tym samym problemem: inteligentny człowiek nie pisze. Inteligentny człowiek pamięta.
A ja? Ja tylko spisałem to, co pamiętali inni. Śpijcie spokojnie. Jeśli dacie radę.