MARZEC ‘68

Jeżeli mam być szczery w tych nieszczerych zapiskach to muszę przyznać, że w 1968 r. rządy w MON i MSW przejęli generałowie: Wojciech Jaruzelski, Mieczysław Moczar i Franciszek Szlachcic, którzy za króla obrali Władysława Gomułkę ksywa „Wiesław”. Generałowie ci mieli bardzo jedwabisty stosunek do Polaków z obcymi naleciałościami, nie spełniającymi kryteriów Prawdziwych Polaków. Wizja tych generałów była płaska, powierzchowna, wredna i w dodatku całkowicie fałszywa, czemu dawali niejednokrotnie wyraz w słynnych „obiadach czwartkowych” (vide: Tajna historia Polski). Szczególnie węszono za osobami pochodzenia żydowskiego. W resortach siłowych królował antysemityzm. To była droga segregacjonistyczna i faszystowska. W WSW nakazano nawet zwracać uwagę na imiona podopiecznych, pod którymi mogli się skryć Żydzi.  Przekonywano, że Maurycy pochodzi od Mojżesza, Izydor od Izaaka, Edward od Arona, Jacek od Jakuba, Alfons od Adama, Henryk od Cwi…

Pod hasłem „Syjoniści do Syjonu” czyszczono od szeregowców po generałów. Posługując się taką swoistą sofistyką, można udowodnić wszystko. Nawet to, że Adam Mickiewicz jest dziadkiem Jankiela. Można się zastanawiać, czy było to kretyństwo, opętanie, czy zemsta za to, że Polacy pochodzenia żydowskiego, mieli w niektórych resortach np. w MBP (latach 1945 – 1956) wyraźną nadreprezentację. Jeżeli chodzi o resorty siłowe można w nich było znaleźć kretyństwo i zemstę. Antysemityzm i seksizm był na porządku dziennym. Wystarczyło, że jakaś kobieta założyła minispódniczkę a już  mówiono, że prosi się o gwałt. Wystarczyło, że ktoś miał garbaty nos a już był Żydem – syjonistą. Od 1967 roku były to najbardziej toksyczne ministerstwa. Ale i wcześniej był z tym problem. Wydano nawet odgórne zalecenie władz, by osoby pochodzenia żydowskiego zmieniały nazwiska na polskobrzmiące, bądź pozostały przy nazwiskach okupacyjnych. Po 1956 r. Europa powoli przechodziła na równouprawnienie etniczne. U nas zaczynał się proces odwrotny, którego apogeum stanowiły tzw. wypadki marcowe. Wiele lat później rozmawiałem na ten temat z licznymi inteligentnymi oficerami resortów siłowych i z kilkoma kretynami. Ich kretynizm krył o wiele groźniejszy defekt niż głupotę salonową. Byli i zostali antysemitami. Jedynie generał Jaruzelski wyraził żal za to, co robił.

Byłem zastępcą dowódcy Górskiego Batalionu WOP   Szklarskiej Porębie. W owym czasie odległość z tej miejscowości do Warszawy była większa niż z Ziemi do Księżyca, a stężenie  rozkazów wydawanych w stolicy, w miarę oddalania się od Warszawy wydatnie malało, ale nie dotyczyło to rasizmu i antysemityzmu. Tłuszcza ochoczo podchwyciła  temat. Rozmawiano kabotyńskim, faszystowskim językiem, w którym czaiła się nowomowa partyjna, zmieszana z parującym, świeżym gównem. Pamiętam dobrze ten czas. Trudno zrozumieć jak I sekretarzowi KC PZPR Gomułce i partii udało się przyciągnąć do antysemickiej retoryki młodzież, robotników i intelektualistów pozbawionych inteligencji. Jak Polska długa i szeroka organizowano wiece z poparciem polityki partii i rządu. Oficjele przychodzili na nie z całymi rodzinami, z którymi w innych okolicznościach zazwyczaj wstydzili się pokazywać. Niech was to nie dziwi. Wy byście się także wstydzili takich żon i dzieci.

Z Warszawy polecono nam zorganizować zbiorowe wysłuchanie mowy pierwszego sekretarza KC PZPR. Szef partii przewodniej, stworzywszy teorię socjalistycznego purytanizmu, który oznaczał – drżący lęk, że ktoś z mieszkańców Kraju Pieroga i Zalewajki może być szczęśliwy, teraz znęcał się nad zagrożeniem Polski. Władysław Gomułka ksywa „Wiesław” i „Gnom” przeszedł w  przemówieniu samego siebie. Postępował w myśl porzekadła: Sezamie otwórz się! I sezam „Gnomowi” otworzył się. I on zamknąć się nie mógł. Truł i truł przez kilka godzin niczym zaklinacz węży. Wystąpienie roiło się od zelżywości jak trupy od robaków. Padały określenia obrzydliwe. Gomułka chciał być ajatollahem partii. Smutkiem napawało to, że „Gnomowi” uwierzyło wielu, na pozór rozsądnych ludzi, którzy żywili się słowami Gomułki jak wampiry krwią. On im zastąpił cały regiment generalskich żab z Jaruzelskim, Moczarem i Szlachcicem  kumkających o syjonistycznym udręczeniu i niebezpieczeństwie. Warto przypomnieć, że o tych generałach mówiono: „Uważaj, gdy podajesz im dłoń, nie zapomnij później policzyć, czy aby zostało ci pięć palców”. 

Od słów przywódcy partii zatykały się uszy, bolały zęby, puchły stawy i zastanawiałem się jak „Gnomowi” oraz generałom udało się, w zaledwie 12 lat  po Auschwitz  wcisnąć rodakom takie gówno jak ideologię antysemicką. Dowódca batalionu pułkownik Drobniak kazał mi skomentować przemówienie i odpowiedzieć na pytania kadry i żołnierzy służby zasadniczej. Pytań nie było. Uważając rasizm i zoologiczny antysemityzm za zbrodnie przeciw rozumowi i będąc przekonanym, że po skończonej alokucji „Gnoma” wyskoczyła z jego ust głowa diabełka z piskiem i wywalonym jęzorem, zamiast komentarza kazałem  pootwierać drzwi i okna, aby wiatr halny wywiał duszne nacjonalistyczne oddechy, które spłynęły na nas wraz ze spiczem I sekretarza KC PZPR. Nie wszystkim się to podobało. Oj! nie podobało (więcej na ten temat w Niespokojnej granicy).

 

Czcicielom klęsk pod rozwagę!

Prezydentowi RP JE Bronisławowi Komorowskiemu oraz ministrowi prof. Tomaszowi Nałęczowi do sztambucha

Udajemy, że Polacy-zwyklacy byli zawsze w porządku. Nie jest to nieprawda. Trzeba demaskować narodowe mity.

Władysław Bartoszewski mówi w “Die Wellt”, że w czasie okupacji niemieckiej: Jeśli ktoś się bał, to nie Niemców. Gdy niemiecki oficer zobaczył mnie na ulicy i nie miał rozkazu aresztowania, nie musiałem się go obawiać. Ale gdy sąsiad Polak zauważył, że kupiłem więcej chleba niż normalnie, wtedy musiałem się bać.  Zaś Cezary Michalski w programie u Elizy Michalik przypomina, że w czasie Powstania Warszawskiego niektórzy cywile bardziej się bali akowców niż Niemców.

Nasza nowożytna, zorganizowana państwowość powstała na początku XVI wieku. Mieliśmy wówczas sukcesy. Jednak szlachecki system republiko-monarchiczny zaczął się rozpadać zanim państwo okrzepło. To doprowadziło do zaborów. Pomysł roznegliżowania Rzeczypospolitej nie wylągł się w głowach polityków. Pomysł rozbiorów powstał w głowach les philosophes, od  których ideę kupili monarchowie. Od tego czasu zajmowaliśmy się cierpiętnictwem, kłótniami i wzniecaniem przegranych powstań.  

Nasza wspólnota narodowa jest odświętna, żałobna, cmentarna. Datowana od porażki do porażki. A ród ludzki nie ceni porażki. Przegrane wyzwalają popędy sadystyczne

Powstanie kościuszkowskie (1794) przyczyniło się do likwidacji państwa w III rozbiorze, ale generała Kościuszkę awansowaliśmy do rangi bohatera narodowego, a konfederata (1792) generała Henryka Dąbrowskiego wpakowaliśmy do Mazurka Dąbrowskiego.

Powstanie listopadowe (1830-1831) doprowadziło do zniknięcia półautonomicznej namiastki Polski. Powstanie styczniowe (1863-1864) skończyło się rusyfikacją i likwidacją ostatnich polskich instytucji, a wybuchło z powodu zagrożenia dla konspiratorów.

Powstanie Warszawskie (1944), zwane  największą bitwą II wojny światowej, spowodowało całkowite zniszczenie miasta i przyniosło prawie 200 tysięcy ofiar. Pasjonując się zabobonami zapominamy, że mit polityczny jest afabulacją, deformacją lub interpretacją, obiektywnie podważalnej, rzeczywistości. Ale jako opowieść legendarna pełni funkcję wyjaśniającą, dostarczając kluczy do zrozumienia teraźniejszości, tworząc siatkę podporządkowując niepokojący chaos faktów i wydarzeń.

A mitów ci u nas dostatek. Bo: wojny tureckie, kozackie i szwedzkie (Trylogia). Konfederacja Barska, Kościuszko i Legiony, Listopad i Styczeń, sybiracy i wygnańcy. Pierwsze odzyskanie niepodległości, ale zaraz Wrzesień,  “nóż w plecy” i Katyń, Monte Cassino, obozy, Gułag i rozstrzeliwania (literatura martyrologiczna). Potem polskie miesiące: Czerwiec i Październik,   Sierpień i Grudzień, drugie odzyskanie niepodległości… Jeżeli chodzi o mity, nasz charakter jest niczym sztorm wokół przylądka Horn. I wszystko błyskawicznie ulega zbrązowieniu, zmarmurzeniu. Emocjonalny ładunek matecznika archetypów czasami budzi niepokój. Może eksplodować  w rękach demagogów sprowadzając nieszczęścia. Żaden inny naród nie miał tylu nieudanych powstań i klęsk.

Ciągle odwołujemy się do martyrologii. Hołdujemy conradowskim fanaberiom, że trzeba być wiernym przegranej sprawie. Mając do wyboru Lalkę albo Trylogię wybieramy Sienkiewicza. Nie uznając pozytywnego bilansu ostatniego dwudziestolecia przekonujemy, że historia odnotowuje przypadki, kiedy rzeczywistymi zwycięzcami są pokonani. Zawołanie Gloria victis – chwała zwyciężonym, dobre na dzień zaduszny lub wszystkich świętych, nie pcha kraju w kierunku nowoczesności. Wrogowie Wałęsy i nowoczesnego państwa tęsknią za lamentowaniem, krwawiącym sercem, desperacją, kwileniem, uskarżaniem się, odchodzeniem od zmysłów, spazmowaniem, kwękaniem, marudzeniem, biadaniem, jęczeniem.

To orgia prostactwa. Indywidua, nadużywając  niebezpiecznych narkotyków – alkoholu i chrześcijaństwa nie zdają sobie sprawy z własnej wulgarności, której szczytem jest to, że nie wstydzą się nazywać Prawdziwymi Polakami. Na takie dictum de omni et de nulle (twierdzenie o wszystkim i o niczym) może skutkować powiedzenia Przecława Smolika – Przywdziej kontusz, rycz “Polska”… i  urżnij się zdrowo. Chęć przybliżenia raju na ziemi prowadzi do ustanowienia piekła. Pompowanie narodowego mistycyzmu –  mówi Eustachy Rylski –  jakąś tanią transcendencją  bardzo bolesnej kraksy komunikacyjnej, wynikającej z kompleksów, frustracji, nonszalancji, braku wyobraźni, podwórkowej brawury i podręcznikowej wręcz niekompetencji, jest nonsensem. Jesteśmy narodem parafialnych megalomanów.

Nasz naród do szczęścia nie potrzebuje sukcesów. Nasz naród do życia potrzebuje nieszczęścia. Tu pod klawisze ciśnie się wers Krasińskiego: Gdy narodu duch otruty – to dopiero ból bólów. Wiele mówiąc o Biblii nie uznajemy słów Księgi: I przekują swoje miecze na lemiesze (Iz. 2,4 i Mi  4,3)  wysyłamy za pożyczone pieniądze naszych zuchów do Afganistanu, gdzie tubylcy wcale nas nie chcą i spiorą nam tyłki, że hej! Już to czynią. Już pół setki naszych zuchów powróciło na ziemię ojców w trumnach. Większość polityków akceptuje taki scenariusz. Świadczą o tym ich wystąpienia.

            W sprawach historycznych uderza amnezja elit. Zakłamuje się historię. Nawet  rozsądni politycy, ale także ludzie mądrzy, często sprawiają wrażenie ignorantów, dyletantów i niedouków. Ludzie nie zawsze chcą  zrozumieć, iż im większą wagę narody przykładają do swoich dziejów, do narodu, traktując historię niczym fetysz, tym okrutniej się zachowują. Jest to toksyczne stanowisko. Tym bardziej, że na początku drugiej dekady XXI wieku nad światem zawisł miecz Damoklesa w postaci kryzysu. Wprawdzie może on (w sprzyjających warunkach) sprawić, że ukształtuje się naród europejski. Ale nie można też wykluczyć nieszczęścia – umacniania się państw narodowych, opartych na dzikim nacjonalizmie znajdującym silne oparcie w Kościele antysoborowym bądź w islamie. Przekonują o tym dzieje Niemiec, Rosji, niektórych państw arabskich.

            Polak Wieczny Dureń – by użyć określenia Aleksandra Małachowskiego – węszący wszędzie działanie tajemniczych sił,  łaszący się do kleru, wymachujący sztandarem narodowym z wypisanymi na nim hasłami: Bóg! Honor! Ojczyzna! wierzący w zabobony i ideologie czarnosecinną jest na najlepszej drodze do zbudowania z Kraju Pieroga i Zalewajki modelowego ciemnogrodu europejskiego. Mit Powstania Warszawskiego sprawił, że ówczesny prezydent Warszawy Lech  Kaczyński wyasygnował duże środki, aby wybudować pomnik chwały  narodu, którego nie załamała klęska – wspaniałe muzeum. Nie starczyło mu już wyobraźni, aby upamiętnić wydarzenia 1989 r., dzięki którym Polska wybiła się na niepodległość i jest dziś bezpieczna jak nigdy. Można mieć żal także do Wałęsy, że niczego w tej sprawie nie zrobił.

            Przeczytajcie opis powstania widziany oczami zwykłych ludzi. Miasto waliło się na oczach jego mieszkańców jak zużyte dekoracje teatralne. Nie było dokąd uciekać. Znikąd nie było ratunku. Nie tak to miało być. Tego nie obiecywali wodzowie powstania.  Przeczytajcie książkę Mirona Białoszewskiego. Przed wojną Warszawa liczyła 1 300 000  mieszkańców,  przed powstaniem – 900 000,  a po powstaniu jedynie 150 000.  Przyjrzyjmy się faktom. Powstanie, trwające od godziny 17.00 1 sierpnia 1944 r. do  2 października 1944 r., wywołane przez Komendę Główną AK,  zaakceptowane przez Delegata Rządu, upoważnionego do podjęcia takiej decyzji przez rząd RP na uchodźstwie, nie osiągnęło celu. W tych warunkach nie mogło! Klęska była kolosalna (straty powstańców: 10 tys. zabitych, 7 tys. zaginionych, 5 tys. ciężko rannych, do niewoli poszło 16 tys.; zginęło 150-200 tys. osób cywilnych; zniszczono ok. 70 procent majątku miasta). Straty osobowe blisko dziesięciokrotnie przekraczają uszczerbki doznane przez ludność Polski spowodowane przez 45 lat komuny! Czapki z głów przed ludnością stolicy. Bo waleczność to piękna cecha. Ale ważniejszy jest rozum. I dlatego – bezpardonowy sąd dla organizatorów barbarzyńskiego dreszczowiska, nie mającego odpowiednika w dziejach świata!!!

            Zbyt łatwo rozgrzeszamy się zrządzeniem losu. Mówimy: Los może wszystko! Robi, co chce! Spójrzmy, jak nasze skłonności do martyrologii, cierpiętnictwa, masochizmu i męczeństwa widzi Bohumil Hrabal: To właśnie jest interesujące u Polaków, że chociaż zawsze przegrywają, to jednak uważają się za zwycięzców, ponieważ przeklinają – i dlatego są wierzący – tego, kto ich pokonał; To Bóg musi zemścić się na nim za to, że przegrali wszystkie bitwy i wojny. Na tym polega piękno Chopina. Zresztą piękno to nie jest to słowo, to przecież padół łez. Chopin… Jak tylko zacznie grać, już chce się człowiekowi beczeć, i nawet te mazurki to coś takiego, że tańczy się przy nich mniej więcej tak, jak Nerudzie z tą śliczną panną, która skoczyła na chwilę do domu, bo umarła jej mamusia

            Czy takimi rezultatami można się szczycić?

 

E. Gierek

Pozwólcie E. Gierkowi smażyć się w piekle

 

Z okazji dyskusji nad projektowanym ogłoszeniem roku 2013  rokiem Edwarda Gierka, nie od rzeczy będzie przypomnieć najkrótszą historię Polski.

Było tak: po zakończeniu drugiej wojny światowej, Bolesław Bierut ksywa „Tomasz” z  towarzyszami, ale na spółkę z Sowietami, zbudowali na terenie ogołoconego z kapitalizmu kraju barak. Otoczyli go zasiekami z drutu kolczastego, zamknęli na kłódkę, a wyrżnąwszy niepokornych wprowadzili komunistyczny reżym stalinowski i zabronili Polakom śmiać się z wzniesionej budowli. „Tomasz” dyrygował narodem, ale partyturę pisał Kreml.

21 października 1956 r. rządy w PZPR objął Władysław Gomułka ksywa „Wiesław”. Szef partii porzucił mordowanie niepokornych, kazał zlikwidować zasieki, a drut kolczasty oddać do zamrażalki, bo może się jeszcze przydać. „Wiesław”, na wszelki wypadek zostawił kłódki oraz część zakazów, a rozpoczynając budowę siermiężnego socjalizmu zagnał rodaków do pracy za minimum wynagrodzenia. W 1967 r. wypędził z Kraju Pieroga i Zalewajki tych nielicznych Żydów, którym udało się jakimś cudem przetrwać niemiecki Holokaust. W 1968 r. dołączył Front Polski, powstały na bazie Śląskiego Okręgu Wojskowego do Sił Zbrojnych Układu Warszawskiego, który pouczał braci Czechosłowaków, ze nade wszystko należy miłować i słuchać Wielkiego Brata, a dwa lata później przekonał komilitonów, że narodowi należy dać nauczkę i nakazał postrzelać trochę do niepokornego społeczeństwa. „Wiesław” dyrygował narodem, ale partyturę pisał Kreml.

W grudniu 1970 r. „Wiesława”, który spóźnił się z nieco z wyciąganiem drutu z zamrażalki, nie bez pomocy Moskwy, zluzował Edward Gierek ksywa „Śląski Książe”. Był to facet tak inteligentny, jak Gerard Depardieu lub Brigitte Bardot. Gierek, który reprezentował tych pięćdziesiąt procent rodaków, którzy nie splamili się przeczytaniem ani jednej książki, wyrzucił kłódki i zredukował część zakazów. Nie był zwolennikiem nadmiernych represji, ale w 1976 r. przetrzepał nieco skórę robotnikom Ursusa i Radomia, wprowadził bony towarowe (kartki na żywność i nie tylko) i podał komendę do wprowadzenia do Konstytucji PRL obowiązku jeszcze większego sławienia Sowietów oraz nakazał zintensyfikowanie  budowy rozwiniętego społeczeństwa socjalistycznego w Kraju Pieroga i Zalewajki. Zezwolił też na umiarkowane śmianie się ze stalinizmu, ale nie z niego samego, jego konfratrów i przede wszystkim z Wielkiego Brata, któremu cały czas oddawał służalcze hołdy, miedzy innymi nadając (1974 r.) gensekowi gen. L. Breżniewowi Krzyż Wielki Orderu Virtuti Militari. „Śląski Książe” dyrygował narodem, ale partyturę pisał Kreml.

”Ś”””

W 1980 r. generał Wojciech Jaruzelski ksywa „Wojciech Szabelka” (na wyraźne przyzwolenie Sowietów) wydał Kiszczakowi  prikaz do wyciągnięcia zasiek z lodówki. Na szczęście drut okazał się skorodowany. Wykorzystało to społeczeństwo tworząc „Solidarność”, która zmroziła Jaruzelskiego. Generał był wówczas cały oblodzony. Wyglądał jakby połknął olbrzymi sopel lodu. Nie wiedział co robić. Wahał się. W końcu powziął decyzję o rozwiązaniu problemu przy pomocy siły. To wówczas figlarze ukuli hasło: Wracaj Edziu do koryta! Lepszy złodziej niż bandyta!.

  To TT   „Wojciech Szabelka” dyrygował narodem, ale partyturę pisał Kreml.

Co by jednak nie powiedzieć o Petrelu, był to, może z wyjątkiem okresu bierutowskiego, najweselszy barak w demoludach. 4 czerwca 1989 r. naród przejął losy Polski i Polaków w swoje ręce. Jednak świętem niepodległości ogłosiliśmy dzień 11 listopada, związany z II RP. I wszystko potoczyło się tak jak zawsze. Szkoda, że nikomu nie wpadło do głowy, by uhonorować datę 4 czerwca 1989 r. Datę, która dała asumpt narodom europejskim do zerwania więzów komunizmu.   

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Stan Wojenny

Stan Wojenny

 

TAK BYŁO

12 grudnia 1981 r. o godzinie 9.00 w gabinecie premiera Jaruzelskiego, czyli w tzw. piątce – przybudówce do głównego budynku Urzędu Rady Ministrów w Alejach Ujazdowskich w Warszawie –  wyznaczyła sobie rendez-vous czwórka  generałów. Uznali oni, że czas wdrożyć, podpisany przez Kanię i Jaruzelskiego plan pod nazwą “Myśl przewodnia wprowadzenia na terytorium PRL stanu wojennego ze względu na bezpieczeństwo państwa”. Wszystko było przygotowane. Nawet przemówienie Jaruzelskiego. Nowe studio telewizyjne zlokalizowano w jednostce wojskowej przy ul. Żwirki i Wigury. Jednostka była specjalna o łobuzerskich tradycjach. Oprócz gospodarza w spotkaniu uczestniczyli generałowie: Siwicki, Kiszczak i Janiszewski stanowiący trzon tzw. Dyrektoriatu, o którym Dariusz Wilczak, w  książce Generalissimus tak pisze: Dyrektoriat podlegał rządowi, nie podlegając mu zarazem. Nie mógł podlegać, ponieważ musiałby podlegać sam sobie. Nie będąc rządem stanowił jednak prawo, które wykonywał rząd. Dyrektoriat był więc czymś w rodzaju nadrządu wykonującego polecenia rządu, czyli swoje własne polecenia. Tak naprawdę nikt dokładnie nie określił kompetencji Dyrektoriatu. Nie było to zresztą potrzebne. O tym, czym jest Dyrektoriat wiedział tylko Jaruzelski. To wystarczało. Trzygwiazdkowcy, nawet jeżeli wydają się niekiedy prostaccy, to wcale nie są głupkami. Od dawna nie wierzyli, że komunizm jest w stanie zapewnić szczęście ludzkości. Byli jednaki przekonani, że świat po Jałcie jest tak skonstruowany, że inaczej być nie może. Coraz częściej uświadamiali sobie, że swoisty pax romana (pokój rzymski), pokój narzucony Polsce w 1944 r. przez Sowiety i podtrzymywany siłą, już dawno zżarła rdza  i należy szukać nowych rozwiązań. Wiedzieli, że  jeżeli zechcą utrzymać władzę (a chcieli), to nie obejdzie się bez użycia przemocy i rozlewu krwi. Tylko na moment zapomnieli, że przemoc niszczy nie tylko ofiary, ale i tych, którzy się jej dopuszczają. Po meldunku Kiszczaka, że “wszystko jest dopięte na ostatni guzik”, Jaruzelski powiedział, że o ile termin godziny “G” (rozpoczęcie stanu wojennego) ma być dotrzymany, to decyzja  musi być podjęta przed godziną 14.00.

Gen. Siwicki popisał się myśleniem lateralnym i po raz kolejny zaproponował wpełzający stan wojenny. Było to możliwe przy zastosowaniu wcześniej opracowanych planów. Na co Kiszczak: O wiele prościej jest obciąć kotu ogon jednym cięciem niż w plasterkach. Sprzeczka ministrów trwała nie dłużej niż minutę. Decyzję podjął gen. Jaruzelski. Wybrał “jedno cięcie”. Stan wojenny, pomimo zgromadzenia trzech milionów zbrojnych żołnierzy partii, przypominał stukanie dziecinną piąstką  w ludzki czołg, by go zatrzymać w pędzie do wolności. Spotkanie było krótkie. Generałowie powrócili do swoich zajęć. Siwicki strzelił setkę czystej. Kiszczak dwie lampki koniaku i poszedł na spotkanie z rezydentem KGB gen. Pawłowem aby ustalić ostatnie szczegóły współpracy. Jaruzelski zadzwonił do Moskwy. Chciał zameldować Breżniewowi o podjętej decyzji. Nie uzyskał połączenia. Zadowolił się rozmową z głównym ideologiem,  przewodniczącym Komisji ds. Polskich KC KPZR Michaiłem Susłowem. Drugi telefon, “żołnierski”, był  lakoniczny, obejmował złożenie meldunku ministrowi obrony  narodowej Sowietów Ustinowowi. Moskwianie  poparli decyzję. Minutę przed  godziną 14.00 do Jaruzelskiego zadzwonił  Kiszczak pytając, czy ma rozpoczynać operację.

MRZONKI GENERŁA

W tym momencie Jaruzelskiemu, który zawsze uważał, że wyobraźnia jest ważniejsza od wiedzy, być może jawiło się dziesięć plag egipskich, które Breżniew spuszczałby na Peerel, gdyby on temu nie zapobiegł. Tak mogło być. To chyba wyobraźnia podsunęła szefowi WRON pomysł działania w sytuacji wyższej konieczności. I przywódca partii wykombinował, że stan wojenny może uzasadnić wyborem mniejszego zła. Trudno powiedzieć, czy generał miał świadomość, że wprowadzenie stanu wojennego będzie miało dalekosiężne, trudne do wyobrażenia skutki? Generał tylko na moment zapomniał, że już w XV wieku Paweł Włodkowic przekonywał, że nie jest dozwolone zmuszanie ludzi siłą do zmiany wiary,  bo …ten sposób jest z krzywdą bliźniego, a nie należy czynić rzeczy złych, aby wynikły dobre. Jaruzelski polecił Kiszczakowi: “Nie mamy wyjścia! Uruchamiaj operację!”. Minutę później o decyzji Jaruzelskiego dowiedział się Siwicki. W tak zwany teren poszedł, dla niewtajemniczonych, mało komunikatywny komunikat: “Synchronizacja”. Nie oznaczał nic wielkiego. Tylko to, że Wojciech Jaruzelski rozpoczął wojnę z narodem (plan “Synchronizacji” wraz z “tabelą sygnałów” i innymi dokumentami zamieściłem w Tajnej Historii Polski ).  Stan wojenny był sukcesem generałów. Okazało się, że w “Solidarności” tylko nieliczna grupka chciała walczyć. Polacy-zwyklacy w tym momencie mieli akurat co innego do roboty. Faryzeuszowsko zachował się wymiar sprawiedliwości. Sędziowie wydali zaocznie kilka wyroków śmierci i nie szczędzili drakońskich kar opozycjonistom. Jedyną grupą zawodową, która, po ogłoszeniu stanu wojennego nie dała dupy, byli… aktorzy. Zorganizowali bojkot telewizji. Bardzo zniesmaczyło to władzę.

W ten zgrzebny sposób  generał  rozwiązał konflikt władzy z “S”. Było to konflikt o prestiż utożsamiany z godnością człowieka. W takim konflikcie ten, który zabija, przegrywa. Ale nie było w decyzji generała większej aberracji. Bo jak uczył Marek Edelman: Człowiek jest bestią, mordercą. Żeby zapanować na ziemi, musiał wybić konkurentów do bycia ludźmi. Tak więc nasi przodkowie wyrżnęli wszystkich i to jest w naszej naturze. Myślę, że w tym momencie Bóg albo się zdrzemnął, albo zagapił. Ale nie wykluczone, że Pan Bóg dobrze wiedział, co robi. Z góry było przecież lepiej widać. Podzielony od 1945 r. świat stał twardo przy Jałcie i nie zamierzał umiędzynarodawiać konfliktu w Polsce. Na Zachód, tak jak w 1939 r., trudno było liczyć. Sytuacja w samej “S”  zmierzała w złym kierunku. Zwolennicy ewolucyjnych zmian z  Wałęsą i doradcami tracili większość na korzyść rewolucjonistów mówiących: żadnych kompromisów z władzą. Nie ma kompromisu między dobrem a złem. I argumentowali, że gdyby Chrystus szedł na kompromis, nie byłoby chrześcijaństwa. Grupy radykalizowały stanowiska. “S” groził implozyjny rozpad. To oznaczało wyprowadzenie ludzi na ulicę, rozpad  resortów siłowych.

RUSZONO NA NARÓD

O  godz. 15.00, 12 grudnia 1981 r., z gmachu MSW przy ulicy Rakowieckiej do podległych jednostek dotarł kodowany sygnał Ogłaszam hasło “Synchronizacja”.  Ten sygnał uruchomił 10 kryptonimów z 62, które znajdowały się w tabeli sygnałów oznaczających poszczególne działania na pierwsze dni stanu wojennego. Analogicznie postępowano w Sztabie Generalnym WP. Ruszyła machina. Około godz. 23.30 z posterunków, komend i koszar MO wyruszyło na trop działaczy “solidarnościowych” kilkanaście tysięcy patroli. Wałęsę  potraktowano niczym Ubu króla. Około godz. 2.00 w  jego mieszkaniu, zamiast funkcjonariuszy SB i MO, zjawili się wojewoda gdański Jerzy Kołodziejski i I sekretarz KW PZPR Tadeusz Fiszbach prosząc, by przewodniczący “S” był uprzejmy udać się do Warszawy na rozmowy z władzami. Wałęsa nie był uprzejmy. Odmówił. Goście wyszli i po konsultacji z Warszawą wrócili. Byli twardzi. Wałęsa, który zwykle odkładał na później wszystko, co tylko może być odłożone, tym razem nie odmówił. Skoro świt odleciał  samolotem do stolicy. Rozmowy się nie kleiły. Pod “opieką” esbeków obwożono go po kilku ośrodkach rządowych. W końcu umieszczono w Arłamowie. Było mu tam smutno. On, który całe życie bał się życiowej porażki bardziej niż piekła zrozumiał, że przegrał pierwszą bitwę. Łudził się nadzieją, że nie przegrał wojny. Całymi dniami analizował, jakie błędy popełnili jego przeciwnicy w “S” tylko po to, aby było mu jeszcze smutniej.

Do wojny z  “S” 12 grudnia 1981 r. wyruszyło sto procent sił MON i MSW. Stan pokojowy Sił Zbrojnych PRL w 1980 r. wynosił 394 500 oficerów i żołnierzy (stan wedle etatu wojennego – 610 000). Siły MSW to około 125 tys. funkcjonariuszy SB, MO i ZOMO (z jednostkami administracyjno-gospodarczymi i szkołami), WOP, Nadwiślańskie Jednostki Wojskowe MSW oraz prawie 300 tys. członków ORMO. Resorty siłowe powiększono poprzez mobilizację oraz wstrzymanie rocznika  (LWP, WOP i NJW MSW) podlegającego jesienią 1981 r. zwolnieniu do rezerwy. Ponadto w różnych resortach zmilitaryzowano około 1 360 000 osób. Pokaz siły sprawił, że władze zbezczelniały. Rządzący uważali, że skoro mają moc, to rozum nie jest już do niczego potrzebny. Politycy, również z Zachodu, wyrażali  podziw dla generała z powodu  perfekcyjnie przeprowadzonej operacji. Tylko tu i ówdzie odzywały się słabo słyszalne głosy, że to, co zrobiła WRON, to obrzydliwość. Chrystusowi stojącemu nad Rio de Janeiro opadły na moment rozłożone ramiona. Było jasne, że po ogłoszeniu stanu wojennego Peerel był krajem nieograniczonych możliwości. Zbliżała się klęska.

WAMPIRY GEN. JARUZELSKIEGO

Jestem zdania, że w dyskusjach nad historią, która jest śmietnikiem przypadków, należy oddzielać sferę faktów od mitów, zabobonów  i pobożnych życzeń. Zgadzam się, że w socraju tworzenie mitów, które odegrały ważną rolę w latach 80., szczególnie w okresie przygotowań do transformacji, było ważniejsze niż fakty. Ale największym zabobonem jest wrzawa  towarzysząca dojściu elity wojskowej do władzy. Jaruzelski wierzył w zabobony, ale ich nie przestrzegał. Był człowiekiem o kręgosłupie moralnym wątpliwej sztywności. Jego życiowy lejtmotyw polegał na tym, aby nie podążać konwencjonalną ścieżką od kołyski aż po grób. Wycieczki  na boki dawały mu radość i napędzały do działania. Był oportunistą i człowiekiem tej siły, która wiecznie dobra pragnąc, zło czyniła. Stąd  wyniesioną z domu  mentalność ziemiańską zamienił na przekonania komunistyczne. Przystępując do konfraterni moskiewskiej zachował się jak kanalia, ale po  półwieczu miał odwagę przyznać, że się pomylił. Odrzucił bolszewicki płaszcz. Doprowadził do Okrągłego Stołu. To wymagało silnego charakteru porównywalnego z mickiewiczowskim bohaterem “Pana Tadeusza” Jackiem Soplicą. Generałów, z których wykluli się reformatorzy partyjni (wszyscy generałowe byli członkami PZPR), do władzy wyniósł stan wojenny, który zawdzięczamy  kwartetowi lampasowców z Jaruzelskim na czele. Tak to widział Edward Gierek: Stan wojenny był ukoronowaniem marszu generała na szczyt władzy. Był wysoką ceną, jaką zapłaciło społeczeństwo, a my razem z nim, za generalski sen o “szpadzie”, za przerost ambicji i megalomanię. Potem już trwała tylko szamotanina o utrzymanie się na tym szczycie i powolny zjazd do “okrągłego stołu” oraz wyborów. Otrzymał (Jaruzelski – H.P.) wprawdzie fotel pierwszego prezydenta w III RP, ale za cenę takiego upokorzenia, jakiego nie zaznał nikt przedtem.

O ile Edward Gierek ugotował aspiracje wolnościowe społeczeństwa jak żabę, powolutku, to generał Jaruzelski ogłaszając stan wojenny uderzył w naród obuchem siekiery.

Generał  przyczynił się – jak sygnalizuje Sławomir Magala –  do jednej z najboleśniejszych zbrodni na polskim społeczeństwie, bo w konsekwencji (działania generała z lat 1967-1968 i 1981 -1989 – przyp. HP) setki tysięcy Polaków, które wnoszą wkład w światowy obrót wiedzą, czynią to na rachunek innych państw. Jaruzelski pozbawił nas sporej części klasy twórczej, bo upatrywał w tej klasie zagrożenia dla swojej klasy, czyli prorosyjskiej nomenklatury w Polsce.

Co było największą zbrodnią generała Jaruzelskiego ogłaszającego stan wojenny? Chyba

zniszczenie świadomości, że coś od ludzi zależy i doprowadzenie do głębokich podziałów. Więcej na ten temat w książce:  Tajna historia mojego życia. Wałęsa i…)


Witaj, świecie!

Blog 15.08.2012

 

            Po dłuższej niż zapowiadałem przewie wracam do pisania blogu. Na początek “przedsłowie” do książki dopiero co zmajdrowanej pt.: Tajna historia mojego życia. Wałęsa i… Tajemnice “Bolka”. Zza kulis MON i MSW.

 

            Opowiadanie prawdy jest największym dowcipem na świecie.

           

                                                                       George B. Shaw

            Na początku był wielki gniew. Wprawdzie z telewizora błyskało, że sytuacja jest dobra ale nie beznadziejna, bo krowy były tłuste, a wieprze zadowolone, tylko ludzie, nie wiedzieć dlaczego, świń nie utożsamiali z trzodą chlewną, a z komitetami partyjnymi i z SB 14 sierpnia 1980  r. Wałęsa stanął przed murem, który  ludzie bez powodzenia usiłowali przebić głową. Wałęsa go przeskoczył. I zaraz po tym ucichł klangor żurawi stoczniowych i rozległy się okrzyki wzywające do rewolty. W ślad za tym zabulgotało Trójmiasto. Potem zafurkotał cały Peerel. Pomyślałem, że natężonego ambicją  znanego prowodyra Lecha Wałęsę, wraz z gronem doradców, którzy wprowadzali robotników w sposób zwykły w świat niezwykły, czeka trudne zadanie. Trzeba  przekonać masy, że warto się bić. Bo może nie skończy się to tak, jak w czerwcu i październiku 1956 r., w marcu 1968 r., w grudniu 1970 r., w czerwcu 1976 r.? Wychowany na Polakach-doprzodowych myślałem, że zobaczę sukces Polaków-zwyklaków, tak  jak własne uszy bez zwierciadła. Ciekaw byłem, czy  robotnicy, wsparci inteligencją, którą można utożsamiać z dawną szlachtą, poradzą sobie lepiej. Nie wiem czy doradcy cytowali Wałęsie słowa Zygmunta Krasińskiego: Jeden tylko, jeden cud: / Z szlachtą polską polski lud, / Jak dwa chóry – jednio pienie!  Wiem, że Krzysztof Pomian pisał: “Solidarność” nie mogłaby się pojawić, osiągnąć swych celów, ani zaspokoić oczekiwań, jakie się w niej pokłada, bez udziału inteligencji.

            W powojniu połączenie “roboli” z jajogłowymi było nowością w awanturach z władzą. Do tej pory obie klasy walczyły oddzielnie. Robotnicy pięściami, intelektualiści –  rozumem. Nie chcę powielać odpowiedzi. Ktoś powiedział, że autor powinien być głupszy od swoich książek. Dlatego redaguję komunikaty. Chciałem aby dokumenty i cytaty były prawdziwe a opinie i komentarze wolne. Przypuszczałem, że doradcy będą musieli przekonać masy, jak przejść od kościoła komunizmu do kościoła kapitalistycznego. Gdyby w sierpniu 1980 r. doradcy powiedzieli ludziom prawdę, w jaki sposób zamierzają ich urządzić, nikt by za nimi nie poszedł. Musieli łgać. Można to było osiągnąć tylko w jeden sposób. Trzeba było, aby ludzie uwierzyli, że mają do czynienia z wybitnym przywódcą, z kimś na kształt Boga, który ich poprowadzi do ziemi obiecanej. Należało takiego kandydata znaleźć. I choć aspirowało wielu wybrano  Wałęsę bo, jak twierdziło pospólstwo – Wałęsa miał w sobie to coś, co umysł ludzki rozjaśnia i do klękania skłania. Działał jak hipnotyzer. Przerabiał człowieka w medium. Boskość  Wałęsy miała się dokonywać poprzez opanowanie tłumów. Tak jak boskość Castro, Kim Ir Sena, a nawet Lenina. Udało się. To doradcy, media i służby specjalne są temu winne. Wciągając do zabawy krajowe i zagraniczne ośrodki propagandowe, sprawili, iż masy myślały, że:

            Lech Wałęsa to osoba niebywale sympatyczna

            Lech Wałęsa to osoba nieprzeciętnie inteligentna

            Lech Wałęsa to osoba niezwykle utalentowana

            Lech Wałęsa to osoba niespotykanie miła

            Lech Wałęsa to osoba prawdziwie szczera

            Lech Wałęsa to osoba wyjątkowo błyskotliwa

            Lech Wałęsa to osoba bardzo przyjacielska

            Lech Wałęsa to osoba zniewalająco urodziwa

            Lech Wałęsa to osoba całkowicie bezinteresowna

            Lech Wałęsa to osoba niesłychanie dowcipna

            Lech Wałęsa to osoba nad wyraz skromna

            Lech Wałęsa to osoba dająca się lubić

            Lech Wałęsa to osoba zdolna poprowadzić do zwycięstwa.

            Żaden z tych sloganów nie był prawdziwy – z wyjątkiem ostatniego. Ale ludzie uwierzyli. Okazało, że masy wierzą nie w to, co widzą, a w to, w co chcą wierzyć. Nie wiem, jak to się stało. Czasem nie można powiedzieć prosto, o co chodzi, w ogóle nie można tego wyrazić w zdaniach mających sens logiczny. Wydawało mi się, że  Wałęsa, który przez całe życie, aż do sierpnia 1980 r., rzucał kamienie z upoważnienia, choć raz chciałby coś zrobić bez pozwolenia. I zrobił, i mówił: Nie wiem, czy jestem przywódcą, ale gdy tłum milczy, rozumiem, co chciałby powiedzieć, i sam to mówię. A z okazji trzydziestej rocznicy Sierpnia ’80  skromnie zauważył: …ja tylko walczyłem o możliwości. Wywalczyłem ją i przekazałem narodowi to zwycięstwo. Ja mogłem być jeszcze lepszy niż Castro, Kim Ir Sen czy nawet Lenin. Ja to potrafię, mogłem wodzem być. Przyznaję, III RP bez  Wałęsy byłaby tylko olbrzymią dziurą w przestrzeni, jak staw Moneta pozbawiony lilii.

            Leszek Kołakowski powiedział kiedyś, że wielki człowiek to taki, który nikogo innego nie przypomina. Wszedłem akurat do księgarni. Na półce  zobaczyłem Finnegans Wake Jamesa Joyce’a. To w sam raz dla prostego grafomana piszącego o Lechu Wałęsie – pomyślałem i zacytowałem kawałek: …toż e on jest a nikt on inny tym który w ostrachtecznosci będzie odpunchwiedzialny za hubhubpowiedziany czas ten w Edenborough.

            Telle lege! Weź i czytaj. Zrozumieliście wszystko? No to zrozumiecie i Wałęsę. On naprawdę nikogo nie przypomina. Jest niepowtarzalny.