PORTRET Z KANALIĄ; RZECZ TAKŻE O MIŁOŚCI

Jady pedalsko-pedofilskiego towarzystwa i niespełnione miłostki dopadły mnie dosyć wcześnie. Od czasu do czasu muszę o tym powspominać. Tym razem wracam do swojej książki Portret z kanalią. Świat podpułkownika J. Światły, czyli randka z nieboszczykiem. Wybaczcie, ale muszę zahaczyć o podpułkownika Światłę, pewnego Wielebnego, z którym, niestety, miałem do czynienie oraz o mojego przyjaciela Tadeusza Stecia, no i jak zawsze – o służby specjalne.

Mój ksiądz dobrodziej był solidnie pogrubionym pyknikiem o charakterystycznej opuchniętej facjacie, potrójnymi kręgami pod oczyma oraz wyzywającym spojrzeniu. Sprawiał wrażenie, że zawsze wiedział, czego chce, ale dał się lubić. Wieść gminna niosła, że był homoseksualistą i pedofilem, uczestnikiem balang wyprawianych przez niedoszłego księdza, przewodnika ze znakiem jakości Q i króla pedałów sudeckich Tadeusza Stecia. Tak ksiądz jak i Steć byli facetami o specyficznym chodzie i na milę można było poznać w nich gejów. Znajomi szeptali, że to klasyczni mizogini. W pedofilskich imprezach uczestniczyli znani intelektualiści i literaci. Jarosław Iwaszkiewicz utrwalił to w notce Dziennika (zapis z 30 marca 1960). To dość ekshibicjonistyczny zapis o miłości pedofilskiej. Mógłbym wiele na ten temat powiedzieć, bo ta i inne historie były wykorzystywane przez tajne służby… 

Ale dla mnie, miłośnika psów, ważne było i to, że  „Iwaszkiewicz wielkim pisarzem był”. Tu taki zapis pisarza (26 stycznia 1966 r.), również o miłości: Okropnie pokochałem małego Tropika. Hania pyta się, co ty widzisz w tym psie? Jak to co? Pokochał mnie i będzie kochał do końca mojego czy swojego życia, nie będzie się żenił ani rozwodził, nie będzie naciągał mnie na pieniądze, nie będzie pisał książek i szukał protekcji, nie obszczeka mnie wśród innych piesków, nie będzie miał ambicji, które przerosną jego uczucia, a najwyżej będzie się napierał kawałka serca. Czyż to nie najlepszy przyjaciel?

Przez moment znalazłem się w ekskluzywnym, ale niezbyt moralnym towarzystwie. Nie, nie przebywałem w nim długo. Nie zdążyłem się chyba zbytnio zatruć. O homoseksualistach mówiło się sporo, ale o pedofilach… raczej się nie słyszało. To pojęcie nie było modne. Ludzie mówili, że dupa to dupa. Obojętnie czy małolatki, małolata czy dorosłego. Znacznie później dowiedziałem się, że środowisko gejowskie od lat czterdziestych było rozpracowywane przez służby specjalne, m.in. przez moich znajomych, byłego, frenetycznie pospolitego oficera Informacji WP, a następnie porucznika WOP Damiana Kozaka i płk Marcelego Wieczorka, ale nie tylko. Zresztą w samej Firmie poznałem kilku nietypowych gejów na eksponowanych stanowiskach, którzy byli obojnakami.

Zawsze miałem wokół siebie kilku przyjaciół, którzy, podobnie jak ja, nie byli w najlepszym socjalistycznym gatunku. Byli tacy sobie. Niektórzy nieco trzpiotowaci. I oficerowie służb specjalnych mieli z nas pociechę. Pisząc na nas meldunki, pracowali na awanse. D. Kozak, wiedzący o mojej przyjaźni z przewodnikiem, aby mnie pocieszyć, a trochę zasmucić, z uśmiechem szerokim jak Brama Brandenburska, ale dużo, dużo później tłumaczył mi, że Steć nie lubił kobiet i od lat pięćdziesiątych wyłącznie „obracał” chłopców. Chociaż… Chociaż była taka jedna, która usiłowała go uwieść i udomowić, a on ją prosił, aby trzymała swoje ręce z dala od jego rozporka. Grupa, do której rzucił mnie klerykalizm mojej matki, nie lubiła kobiet i kombinowała z inną miłością. Mama nie domyślała się, o co Wielebnemu i jego komilitonom chodzi. Ojciec tak.

Jak kulka zaplątana w gąszczu srebrnych liści. Miałem niespełna piętnaście lat i byłem pod urokiem Ireny Kramer. Chodziliśmy razem do szkoły i związaliśmy się ze sobą tak jak można się związać w tym wieku. Po wyjeździe Irenki moje uczucia przerzuciłem na Walę Jałgejczuk. Na inne koleżanki patrzyłem jak na stado pingwinów. Ją tylko widziałem. Byłem niczym kulka zaplątana w gąszczu srebrnych liści. A ona była nasiąknięta zapachem konwalii i chryzantem. Wala była swobodną miłością, naturalną jak oddech. Od jej widoku rano zapalało się słońce, a wieczorem iskrzyły gwiazdy. Do dziś czuję smak jej głosu. Brzmiał tak jakbym w ustach miał watę cukrową.

Ta przygoda była znacznie poważniejsze niż z Ireną. To była śmieszna platoniczna miłość kochana zanadto. Czułem się ocalony przed życiem. Nie wiedziałem jeszcze, że miłość, to utrata godności. Nie ocala. Często boli. Ale wówczas byłem w siódmym niebie. Byłem uskrzydlony. Bujałem w chmurach. Wznosiłem się jak Ikar. Trwało to i trwało… Ta pierwsza miłość była jak wejście do dżungli bez maczety. Szybko zrozumiałem, że to nie romantycy wymyślili nieszczęśliwą miłość. To miłość wymyśliła romantyków. Spłoszyła mnie byle papuga.

Było tak: zauważyłem, że Wala, która do pewnego czasu mała chęć wyrżnięcia wszystkich chłopców oprócz mnie, rozgląda się, czy czasem któryś z tego rżnięcia nie ocalał. Niestety, jeden ocalał. Myślałem, że moja dziewczyna widzi we mnie coś więcej niż czubek góry lodowej, coś, co było dobrze ukryte, może nawet głębiej niż dno dna i zrozumie, że nie warto się oglądać za innymi. Więc zamiast walczyć oraz dać absztyfikantowi po pysku, zostawiłem decyzję ukochanej. Skończyło się na czarnej polewce. Świat się dla mnie skończył. Po rozstaniu z Walą czekało mnie jeszcze sporo niespodzianek. Nic istotnego z nich nie wynikało. Musiałem ułożyć sobie projekt życia zredukowanego. Na długo zapomniałem…

Zapomniałem, kim byłem. Zapomniałem, kim jestem. Zapomniałem, kim będę. Zapomniałem, że gaśnie mój świat. Zapomniałem, że zniknę. Spadłem z chmur niczym Ikar. Nie byłem nawet zerem. Zero jest cyfrą. Ja byłem kropką. Samotną. Nie byłem nawet literą. I zdawało mi się, że na moim tanim zegarku czas drożeje z sekundy na sekundę. A czas nie jest walutą miłości. A śmierci. Amen.

Najtrudniej dotrzeć do samego siebie, a zrozumieć kobietę nie jest w stanie nawet złota rybka. Nie znając pouczeń Marka Aureliusza, że nie należy gniewać się na bieg wypadków, bo ich to nic nie obchodzi, sięgnąłem po Iliadę Homera i Z sercem zgryzotą przeżartym, stroniąc od wszelkich ludzi wybrałem się nad rzekę Kamienną. Zarzuciłem wędkę. Złowiłem złotą rybkę. Za zwrócenie wolności obiecała spełnić moje życzenie. Zażądałem wszystkich ryb z Kamiennej. „Może miałbyś inne życzenie” – zaproponowała rybka. Chciałbym zrozumieć kobietę – powiedziałem. „To jednak wyłowię ci te ryby, co do jednej. Zrozumieć kobietę? To ponad moje siły”.

W chwili, gdy to piszę zrozumiałem, że ja nic o Wali nie wiedziałem. Byłem dyskretny. O nic nie pytałem. Chciałem jeno milczeć patrząc w jej oczy. Nawet nie zauważyłem, że już ją nudzę. To była niemożliwa miłość. Z przetrąconym grzbietem czołgałem się dalej. A może najlepiej byłoby zwariować? A może puścić sprawę w niepamięć? Nie potrafiłem. Aż w końcu zrozumiałem, że wszystko przemija. Znika. Nawet słowa zaklęć. Nawet dane zgromadzone na twardym dysku komputera. Jeżeli nie będą przekopiowywane co ileś tam lat – znikną. Tak jak zniknie wyżej podpisany. Ale nie przejmujcie się. Wy także znikniecie.

Kosza dostałem ze swojej winy. Z dziewczynami nigdy nie szło mi najlepiej. W tej dziedzinie nie byłem chwacki. Nie pozwalała mi na to wrodzona nieśmiałości. O ile w sporcie w każdej, nawet beznadziejnej sytuacji potrafiłem iść przebojem, a na bieżni czy w basenie potrafiłem wojować o każdą sekundę, na wspinaczce uparcie walczyłem o każdy metr ściany, którą chciałem pokonać a w żeglarstwie o stopę wody pod kilem, to w sytuacji sam na sam z dziewczyną, poza którą świata nie widziałem, baraniałem kompletnie, zamieniałem się w słup soli niczym żona Lota.

Mijały lata i pomyślałem, że pora się ożenić. Domyślałem się wprawdzie, że nie jest to atrakcyjna propozycja dla kobiet, którym małżeństwo proponowałem, ale nic na to nie mogłem poradzić. Brakowało mi pawiego ogona, którym mógłbym zaimponować. Nie będąc łowcą i łamaczem dziewczęcych serc ponosiłem porażkę za porażką. Nie, o żadnym seksie nie mogło być nawet mowy. Było to w czasach, w których dziewczyny ceniły cnotę (dziś wiem, ze nie wszystkie) a chłopcy byli kumplami (dziś wiem, że nie wszyscy), a nie kochankami.

Jak to wyrazić? Nie wiem? Słowami nie da się opowiedzieć, czym miłość jest. Uważam wysiłki tysięcy artystów usiłujących dopaść tematu miłości i małżeństwa za przedsięwzięcia spartolone. Szukanie wzorców na miłość w literaturze to przedsięwzięcie beznadziejne. Miłość można rozpoznać tylko własnym sercem. A jeżeli chodzi o małżeństwo? Cóż, uważam, że jest w tym sporo zawracania głowy. Prawdziwemu mężczyźnie wystarczy niania. Ale, jak już się zdarzy zalegalizowany związek, to także małżeństwo, podobnie jak kalectwo, należy znosić cierpliwie.

Więc gdy ksiądz dobrodziej w towarzystwie Stecia zaczął dobierać się do mnie poskarżyłem się tacie. Ojciec w mojej obecności przeprowadził męską rozmowę z kapłanem i przewodnikiem. Nie, nie dal im po pysku jak się spodziewałem. Rozmowa była spokojna. Argumentem był pistolet Mauser C96. Ot tego czasu straciłem społeczną funkcję ministranta. Zraziło mnie to do Kościoła. Mam nadzieję, że nigdy nie obraziłem i nie obrażę Pana Boga. Z Kościołem to inna sprawa. Skoro Kościół hołubi takie postaci jak mój katabas, albo inny pedofil czy abp Józef Wesołowski, to nie może unikać krytyki. Rozumiałem, że Stwórca, mając na głowie pięć miliardów ludzi (dziś – może osiem)  ma poważniejsze zmartwienia i zostawił mnie w spokoju.

Ciągle jednak miałem z Bogiem problem. Czasami dotykał mnie promień wypuszczony przez Niego i nie wiedziałem, co zrobić. Czy uda się kiedyś komuś zajrzeć w źrenicę Boga? Bez Boga się chyba nie da? Przez długie lata dźwięczały mi w oczach słowa kuzyna. Mówił: „Bóg istnieje – słowo honoru”. 

Czy wierzę? Czasem tak mi się zdaje. Jednak bardziej właściwie będzie posłużenie się tu myślą prof. Leszka Kołakowskiego: Nie będę odpowiadał na pytanie, czy wierzę w Boga, bo myślę sobie, że Pan Bóg już to wie. I dalej: Kto mówi, że Boga nie ma i jest wesoło, sobie kłamie. Więc chciałem wiedzieć, kim jest człowiek. Czytam: Trudno być dobrym człowiekiem, to Pittakos. Człowiek człowiekowi wilkiem – Plaut. Ludzie są gorsi od najokrutniejszych zwierząt – Morales.

Reklama katabasa i udany pościg za spódniczkami. Z obcowania z Wielebnym, który, jak mi się dzisiaj wydaje, był facetem swarliwym i z papierową dupą, wysnułem wniosek, że człowiek tym różni się od innych istot na ziemi, Tej Ziemi, że potrafi na dobro odpowiedzieć złem. Jednak ksiądz dobrodziej nie byłby sobą, by nie robić mi reklamy. W czasie mszy, z ambony drwiny ze mnie stroił, dworował bezkarnie, sardoniczne kawałki opowiadał. W końcu ogłosił, że jestem opętany przez złego i należy mnie egzorcyzmować. Obiecywał mamie, że za pięćset złotych załatwi egzorcystę. Ojciec nie wyraził zgody. Poczubił się tylko trochę z katabasem, który okazał się niezgorszym strachajłą (tchórzem).

Reklama kapłana przetrwała długo. Nawet jak podpisałem z wojskiem kontakt na dożywocie i na trzy lata zamknęły się za mną bramy kętrzyńskiej Oficerskiej Szkoły WOP, a na pierwszy urlop do domu przyjechałem dopiero po roku, ludzie ciągle napastowali matkę, że niedawno widziano mnie w Szklarskiej Porębie Dolnej jak deflorowałem miejscową dziewicę. Gdy te wici dotarły do mnie, odpisałem wielebnemu prosząc go, aby warcholił dalej, by częściej o mnie wspominał, a wówczas wdzięczność moja do niego granic nie będzie znała. Darmowa reklama, jaką mi robił, ogłaszając z ambony, że dla niewiast jestem mniej zawodny od innych zawodników ułatwia mi poszukiwanie kandydatek do miziania.

    A przecież życie w OS WOP nie było usłane hurysami. Życie podchorążych było wypełnione od pobudki do capstrzyku. Nie było czasu nawet myśleć, czy człowiek jest szczęśliwy, czy nie. I pewnie Rokossowskiemu o to chodziło. I choć marszałek w 1956 r. wycofał się na z góry upatrzone pozycje w Sowietach, jego metody długo jeszcze obowiązywały w szkołach oficerskich. Niewiastami zacząłem się interesować na poważnie dopiero po skończeniu podchorążówki. Chcąc odrobić stracony czas, rzuciłem się niczym najgorszy hultaj w pościg za spódniczkami. Czyhając na cnotę białek (kobiet) ścigałem je na Wybrzeżu i w Karkonoszach, w stolicy, we wsiach i w miastach, na górskich wertepach i na nadmorskich plażach.

W końcu jedną dopadłem. Usidliłem ją w Szczecinie. Miała na imię Jola. I wówczas przyśniła mi się Walentyna. We śnie widziałem jak ona odchodzi. Budzę się szczęśliwy, że nie zostałem z tą kobietą. Bo Jola to było to! Była lepsza niż Coca- Cola. Była dla mnie hożą białogłową. Była ledwie dosłyszalną muzyką na granicy dźwięku. Powiedziałem jej, że Żołnierz dziewczynie nie skłamie. I ona mi uwierzyła. A mnie wstyd były nie dotrzymać słowa. Więcej na ten temat nie napiszę. Nie chcę zapeszyć.  Jola do dziś jest moją żoną. I jest dla mnie kobietą mającą w sobie cząstkę wszechświata. Nie wiem, dlaczego pozwoliła się doścignąć. Może za wolno biegała? Może się zagapiła? A może czekała na mnie? Czy to było złe? Czy to było dobre? Jak należy określić takie doświadczenia? Myślę, że wolno tu użyć biblijnych słów: cuneta valde bona (wszystko jest bardzo dobre). Nie zmienia to faktu, że całe życie byłem samotnym królem bylejakości, lekkomyślnym wesołkiem, egzaltowanym głupkiem, a dobrze się czułem jedynie w górach i na morzu, zaś moje życie przypominało thriller z elementami komediowymi.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.