SPOWIEDŹ Z NIEPOPEŁNIONYCH GRZECHÓW. ERIKA. SZEŚĆ METRÓW UBECKIEGO BLAGIZMU

Zdarza się, że agencje wywiadowcze otrzymują rozkaz, by zlikwidować osoby uważane przez władze za stanowiące zagrożenie dla interesów narodowych. W większości przypadków takich zabójstw należy dokonywać dyskretnie, cicho i w sposób uniemożliwiający znalezienie zabójcy. Czasami dokonuje się ich tak, aby sprawić wrażenie, iż ofiara zmarła w sposób naturalny. Jednakże niektóre zabójstwa mają być ostrzeżeniem i dlatego wykonuje się je w sposób mniej utajniony.
                                                                                                                                              H. Keith Melton

 

Mój prywatny papież. Jak esbek został watykańskim spowiednikiem Jana Pawła II

 

Grudzień 1970 roku. Czterech gości bez nadzwyczajnego polotu (S. Kania, W. Jaruzelski, F. Szlachcic, E. Babiuch) robi mały przewrót. Efekt uboczny? 45 trupów i ponad tysiąc rannych. Efekt główny? Edward Gierek awansuje z prowincjonalnego kacyka na pierwszego sekretarza KC PZPR. Edward, choć wdzięczny, lojalność w partii traktował z fizjologiczną nieufnością. Postanowił więc osłabić Jaruzelskiego i jednym podpisem zabrał mu Wojska Ochrony Pogranicza (WOP), przesuwając 30 tysięcy bagnetów i tłum agentów z MON do MSW.

         I tak oto z dumnego obrońcy socjalistycznej ojczyzny stałem się psem łańcuchowym spraw wewnętrznych. Zamiast jednak nudzić się na granicy, zacząłem pisać tajny dziennik polityczny. Do wielkich tego świata miałem pecha – spotykałem ich albo za wcześnie, albo za późno. Na Gierka i Jaruzelskiego trafiłem, gdy już opadał z nich blichtr. Za to Karola Wojtyłę i Władimira Putina poznałem, zanim stało się to modne.

         Putina, wówczas jeszcze skromnego lejtnanta KGB, spotkałem pod koniec socjalizmu na bankiecie w Dreźnie. Udawał faceta od kultury, mówił po niemiecku lepiej niż Goethe, a w Galerii Drezdeńskiej, gapiąc się na Madonnę Sykstyńską, wykładał mi zasady polskiej polityki. Rzucił wtedy: „Dziwna ta wasza Polska. Papież całuje glebę, a Wałęsa klęka przed nim jak mużyk przed panem”. Wyglądał inteligentnie, ale głowy bym nie dał, że ten kurdupel z moich szkicowników weźmie kiedyś za twarz całe imperium.

         Z kolei K. Wojtyłę poznałem w połowie lat pięćdziesiątych na Mazurach. Siedzieliśmy przy ognisku nad Mamrami z grupą kajakarzy z Krakowa. Szefował im nieznajomy, na którego mówili „Wujek”. Pogadałem chwilę o książkach i komarach. Minęły dekady i nagle 16 października 1978 roku słyszę z rzymskiego balkonu: Habemus papam! I wtedy dotarło do mnie, z kim właściwie piłem tę mazurską herbatę.

ONIRIADA

Wszystko jest podszyte czymś innym,
nic nie jest tym, czym się wydaje,
gdy czysty blagizm wkracza w fazę operacyjną.
Płyną plastikowe kajaki przez rdzawą wodę Mamr,
wiosła zrobione z pożółkłych skryptów KUL-u.
Wujek na brzegu pisze na maszynie bez taśmy,
litery wybijają się bezpośrednio na ubeckiej skórze,
a każdy paradygmat boli jak uderzenie bata.
Służby milkną, bo nie ma kogo aresztować.

Szpieg z maszyną erika

 

Gdy dotarło do mnie, że mazurski „Wujek” to teraz Jan Paweł II, poczułem lekki żal do Ducha Świętego. Mógł mnie, kurczę, wtedy oświecić! Zamiast tego zrobiłem najgłupszą rzecz na świecie. Mając na karku rodzinę i świadomość, jak bezpieka potrafi „uziemić” zdrajców, postanowiłem zostać jednoosobową agencją wywiadowczą dla Watykanu. Z głębokiej konspiracji, jako motto moich tajnych meldunków, wybrałem cytat ze św. Pawła: „Nie piszemy wam nic innego, jak to, co czytacie i rozumiecie”. Początkowo stukałem te rewelacje w domu na enerdowskiej maszynie Erika, potem w redakcji „Granicy” w Warszawie.

          Konspiracja pełną gębą: niszczenie notatek, a nawet kompulsywna wymiana taśm barwiących w maszynie. Moje pierwsze raporty były tak chaotyczne, że Watykan potrzebowałby cudu, a nie Ducha Świętego, żeby coś z nich wyczytać.

         Wszystko zmieniło się w latach 80., gdy zaprzyjaźniłem się z gen. Władysławem Pożogą z MSW. Generał, z niewiadomych przyczyn, otworzył przede mną drzwi i kazał swoim oficerom mówić mi samą prawdę. Moje kwartalne raporty zyskały profesjonalny sznyt. System dystrybucji był genialny w swojej prostocie: pakowałem list, adresowałem „Ojciec Święty, Watykan” i wrzucałem do skrzynek pocztowych w losowych miastach podczas delegacji.

         Po 1990 roku wciągnąłem w ten proceder Annę Walentynowicz. Ikona „Solidarności” kręciła się już w kółku podobnych mi wariatów gospodarczych, którzy słali raporty przez zaprzyjaźnionych księży i zakonnice. Pani Anna miała świetne dojścia w Krakowie, więc zaczęła robić za mojego kuriera. Paczki szły prosto do Stanisława Dziwisza. Co więcej, Walentynowicz przyjaźniła się z Wandą Półtawską – psychiatrą, która znała psychikę papieża lepiej niż ktokolwiek (to ona osobiście doniosła mu potem o skandalu z abp. Paetzem). Wiem od Anny, że co najmniej dwa moje elaboraty trafiły na biurko Wojtyły bezpośrednio przez ręce pani profesor. Walentynowicz wpadała do mnie na Ursynów i do Michałowic.

ONIRIADA

Ludzkie dzieli się na dwie połowy:
jedną, która nie ma nic do powiedzenia,
i drugą, która nie przestaje mówić.
Watykan drży w posadach,
gdy biały dym pachnie nagle podhalańskim oscypkiem.
Kolegium kardynalskie patrzy z przerażeniem na mapę,
granice zaczynają się kurczyć przed nami,
a na środku placu świętego Piotra
wyrasta gigantyczna, drewniana ciupaga z taśmą od Eriki.

 

Różaniec od Dziwisza i asy z Wydziału XI

 

Raportów, rzecz jasna, nie podpisywałem. Wyłamałem się dopiero w czerwcu 2004 roku, kończąc opasłe Tezy do analizy działań służb specjalnych III RP. Oprócz tajnych analiz, słałem do Watykanu swoje książki – pocztą albo przez Annę Walentynowicz. W odpowiedzi kardynał Stanisław Dziwisz regularnie odsyłał mi podziękowania, papieskie błogosławieństwa, a nawet garść poświęconych krzyżyków i różaniec. Wszystkie te świętości rozdałem potem gdy leżałem w centrum onkologii na Ursynowie ludziom bardziej potrzebującym cudu niż ja. Dlatego, gdy dziś wylewa się pomyje na Dziwisza, ja złego słowa nie powiem – dla faceta, którego na oczy nie widział, był nadzwyczaj wspaniałomyślny.

         W ramach długu wdzięczności pisałem dla Anny Walentynowicz przemówienia. W 1989 roku, gdy nastała III RP, odetchnąłem. Urzekła mnie wtedy szczerość papieża, który bez owijania w bawełnę przyznał, że „byłoby śmieszne, gdyby uważał, że to on własnoręcznie obalił komunizm”. Karol Wojtyła miał zresztą unikalny, podwójny doktorat z cierpienia: najpierw z bliska oglądał Auschwitz, a potem przez ponad trzy dekady egzystował w bierutowsko-gierkowskim „socraju”.

         Mój własny mózg na starość działa jak tandetna koszula w praniu – wspomnienia o papieżu kurczą się i blakną. Ale jedno jest pewne: to był najwybitniejszy Polak w historii. Dla niego byłem gotów pić brudzia z samym Belzebubem i generałami bezpieki, byle tylko wyciągnąć z ich szaf kwity i słać je do Rzymu.

         Więc słałem. Donosiłem uprzejmie, że największe sukcesy w rozpracowywaniu „Solidarności” miał Wydział XI Departamentu I MSW. Ci sami ludzie w swoich dzisiejszych, grubych pamiętnikach płaczą do kamer, że „oni nie byli w SB, tylko w wywiadzie, a Polska była przecież jedna”.

         W jednym z raportów spróbowałem nawet tę teorię przemycić papieżowi. Chciałem w ten sposób rozgrzeszyć i rozsławić Tomasza Turowskiego – jednego z najbłyskotliwszych „nielegałów” generała Pożogi – oraz całą resztę asów, którzy nie szczędzili potu dla Kraju Pieroga i Zalewajki. Sam przecież byłem tylko dezerterem udającym fana komuny. Wierzyłem po prostu, że Jan Paweł II ma absolutny słuch do świata i tą esbecką ścieżką chciałem go zainteresować stanem kraju.

ONIRIADA

Przeżywamy epokę potwornego skretynienia,
w której nikt nic nie wie, a formy pękają.
Na białym prześcieradle rzymskiej kliniki Gemelli:
Kula toczy się w tył, wraca do lufy pistoletu.
Czas jest zepsutym zegarkiem w kieszeni munduru,
sekundy kapią jak krople ciężkiej, gęstej oliwy.
Turecki strzelec płacze, bo zapomniał własnego imienia,
a gołębie odlatują, niosąc w dziobach szyfrogramy do Moskwy.

 

Sześć metrów akt na Łubiance

 

Z naiwnością godną lepszej sprawy próbowałem wciągnąć papieża w mroczny świat stanu wojennego, „Solidarności” i zamachu Ali Agcy. Sygnalizowałem mu, jak bezpieka wykorzystuje teologię wyzwolenia i na czym polegał wielki blef Okrągłego Stołu. Nadawałem też o „niebułgarskich Bułgarach” i potężnej machinie dezinformacji.          Wiedziałem sporo – od A. Pietruszki z MSW, N. Pliski z KGB/GRU czy wreszcie od gen. Pożogi. Ułożyłem nawet morderczą drabinkę zamachu na JP II: Breżniew, Andropow, Kriuczkow, tajemniczy „niebułgarscy Bułgarzy” i dopiero na samym końcu cyngiel Agca.

         Początek 1980 roku przyniósł ponury zwiastun. Rezydent KGB Pawłow odwiedził W. Jaruzelskiego i rzucił krótko: „Wojciechu, Breżniew i Andropow chcą przejrzeć wszystko, co macie na Wojtyłę”. Generał Jaruzelski natychmiast pociągnął za sznurki w MSW i WSW. Na Łubiankę pojechało jakieś 6 metrów bieżących akt. Sowieci przetrzepali wszystko – od raportów agentów po łupy z tajnych rewizji: zdjęcia kilkumiesięcznego Karolka, fotki z komunii, świadectwa szkolne, a nawet ujęcia z Legii Akademickiej. Czułem, że to pachnie krwią.

         Wysłałem do Rzymu gęsto szyfrowany raport (dwie dekady później opisałem to w książce Strzały do papieża i narodu). Czy przez te rewelacje uziemiono mojego informatora „Marka”? Czy powinienem mieć wyrzuty sumienia? Cóż, to była czysta, wredna zdrada mojej socjalistycznej ojczyzny. Pocieszam się Różewiczem: „Módlmy się za dezerterów”.

          Przecież w Watykanie grasował już Tomasz Turowski – as wywiadu i podopieczny generałów M. Milewskiego oraz W. Pożogi. Turowski najpierw trenował na polskich klerykach, a potem wykorzystał dawną znajomość z kardynałem Wojtyłą, by wkraść się w watykańskie łaski. W 1980 roku Pożoga rzucił go do Paryża. Facet wchodził w emigracyjną opozycję jak nóż w masło: za dnia pisał artykuły dla podziemia i fotografował dom Zdzisława Najdera (szykowano porwanie szefa RWE do kraju), a nocami skrobał meldunki dla centrali w Warszawie.

ONIRIADA

Kiedy nie wie się, co należy robić,
robi się po prostu to, co robią wszyscy.
Urzędnicy państwowi śnią wspólny, lepki koszmar:
Zamiast defilady pierwszomajowej – procesja sześciu metrów akt.
Zamiast portretu Marksa – ogromna, tłusta kremówka,
która powoli zalewa gmach KC na Łubiance.
Generał próbuje zdjąć z twarzy ciemne okulary,
ale pod nimi ma tylko kolejne okulary, ciemniejsze,
aż do całkowitej, urzędowej nocy.

 

Pustelnik i empuza na Rakowieckiej

 

Dziś pan Turowski bez mrugnięcia okiem twierdzi, że władze PRL po prostu drżały o życie papieża, bo jego śmierć wywołałaby w kraju krwawą rewolucję. Według tej wersji kret z MSW biegał po Watykanie wyłącznie po to, by chronić Ojca Świętego i służyć Polsce.       Trzeba przyznać, że ten as wywiadu z Wydziału XI grał na nosie wszystkim: opozycji, watykańskim służbom, francuskiemu kontrwywiadowi i CIA. Aby uwiarygodnić swoją „nienawiść do komuny”, pisał do emigracyjnego pisma Libertas i osobiście targał dolary dla ukrywającego się Aleksandra Halla. Watykańskie rekomendacje robiły swoje, a w Rzymie na żołdzie MSW pasło się jeszcze kilku innych agentów. Choć trzeba przyznać – gdy Jan Paweł II odwiedził Bułgarię, w jego przemówieniach dziwnie pobrzmiewały echa moich raportów na temat zamachu.

         Możliwe, że papież – mimo tłumów – czuł się w Watykanie jak samotny eremita. Potwierdzają to jego intymne notatki Jestem bardzo w rękach Bożych, wydane bezwstydnie przez kardynała Dziwisza wbrew testamentowi, który nakazywał ich spalenie. Papież, erudyta, powinien był jednak wiedzieć (przynajmniej od czasów Bułhakowa), że rękopisy nie płoną.

         Ja sam przez lata bawiłem się świetnie i czułem bezpiecznie. Do czasu. W połowie pierwszej dekady III RP dostałem wezwanie na Rakowiecką. Poszedłem w poniedziałek. Biuro przepustek – ten betonowy bunkier, będący pierwszym architektonicznym dziełem generała Kiszczaka – pękało w szwach od przerażonych petentów. W okienku stała mundurowa empuza o urodzie lalki Barbie. Zabrała mój dowód i legitymację oficerską, po czym szczeknęła do słuchawki: „Piecuch już jest”.

         Po pół godzinie pojawiła się kolejna siksa – młoda gwiazda bezpieki Nowej Polski. Lepiej ubrana niż stare esbeczki, ale maniery te same. Lekko nawalona, zataczając się, wrzasnęła na cały regulator: „Piecuch! Który to?!”. Grzecznie poprosiłem o zwrot dokumentów, na co odpowiedział mi wściekły warkot, że dostanę je „w swoim czasie”.      Zaprowadzono mnie do obskurnego pokoju z jednym taboretem na środku. Klasyczna szkoła Adama Humera – kazali mi siedzieć i kruszeć. Po trzech kwadransach empuza skinęła palcem. Wszedłem do gabinetu. Ściany były gołe, a jedyną ozdobą był orzeł z dorysowaną naprędce koroną, wetknięty grubiańsko za szkło.

ONIRIADA

Księgowi w sutannach płaczą krwawymi łzami,
bo debet sięga nieba, a kredyt zaufania właśnie wygasł.
Dolary płyną szerokim, brudnym strumieniem przez Tyber.
Święty Piotr liczy banknoty na ołtarzu,
a każdy banknot ma twarz kacyka o aparycji sutenera,
który schodzi z wody jak bulgot z wanny.
Siedzę na taborecie, pod śpiew pogniecionych lebiot,
czekając na wyrok pijanego lalkarza.

 

Bulgot z wanny i wielki blef inwazji

 

Godło za szkłem było koncertowo pofajtane przez muchy. Pod ścianą straszyła szafa pancerna, a za rozklekotanym biurkiem zoczyłem faceta o aparycji sutenera z warszawskiego Pigalaka. Obok, w charakterze milczącego mebla, zasiadła znana mi już empusa – wysuszona jak lebioda, z twarzą pilnie domagającą się prasowania. Ten zabiurkowy kacyk w stopniu kapitana w nowej, wolnej Polsce robił dokładnie to samo, co w PRL-u: bawił się w śledczego.

         Kapitan zaczął przesłuchanie specyficznym bulgotem, przypominającym dźwięk wody schodzącej z wanny. Długo drapał się po łysinie, aż w końcu wysapał: „No, wasze książki są, no… wredne! Produkujecie sobie wrogów!”. Po czym założył okulary i z nabożną miną przeczytał z kartki cytat, w którym generał Pożoga bezlitośnie chłostał Jaruzelskiego i Kiszczaka. „Haniebne i wredne słowa!” – podsumował z głębokim oburzeniem ten strażnik moralności.

         „Żałuję, ale nie mam wpływu na wasze myśli, kapitanie” – odparłem chłodno. „Po każdej książce wybaczam starym wrogom, bo mam już stado nowych”.

         Facet aż fuknął: „Jestem kapitanem MSW! Proszę o szacunek!”. Wtedy przerwałem mu bezceremonialnie: „A ja pułkownikiem Straży Granicznej. A cytowane słowa to nie moja inwencja, tylko pana byłego najwyższego szefa, generała Pożogi. Słyszał pan o nim?”.

         Kapitan nagle zmiękł i przeszedł na „pan”. Bąknął coś o doniesieniach, że szkaluję „dostojników”. W jego oczach widziałem potężną walkę: z jednej strony esbecka chęć potraktowania mnie z buta, z drugiej – paraliżujący strach, czy za tym bezczelnym pułkownikiem nie stoi jakaś nowa, szychowa figura. Grupa generalskich i pułkownikowskich emerytów z PRL-u, która w III RP uwiła sobie nowe, intratne gniazdka, dostała potężnej amoku po moich książkach Pożoga. Jaruzelski tego nigdy nie powie oraz Byłem gorylem Jaruzelskiego. Ich dawne wyczyny po prostu nie nadawały się do salonów nowej rzeczywistości, a ja opisałem te urocze grupy z całą poetycką surowością.

         W profesji bezpieki zawsze wyznawałem pogląd Nietzschego: „o ile obłęd u jednostek to rzadkość, o tyle w stadzie i instytucjach to żelazna reguła”. Moje dalsze przesłuchanie przypominało klasyczny kabaret:
         – Skąd pan wziął pomysł na te książki, pułkowniku?
         – Z głowy, czyli z niczego.
         – Skąd materiały?
         – Od generała Pożogi i pana starszych kolegów, kapitanie. Wasze empusy mają tak fatalną pamięć, że zapomnieli, iż cokolwiek robili, więc nagle zaczęli mi wszystko wyśpiewywać.
         – Wiedział pan, że to tajne?
         – Wiedziałem. I nic. Skoro kwity daje mi pierwszy zastępca ministra, to nie zawracam sobie głowy takimi bzdurami.
         – Zobaczymy, jak to się skończy. My potrafimy czytać między wierszami…
         – Nie wątpię. Zawsze to potrafiliście.

         Rozmowę przerwał ryczący głośnik telefonu: „Jak idzie przesłuchanie tego skurwiela?”. Kapitan zasalutował słuchawce: „Mam trudności, szefie”. „Zajdźcie do mnie” – padło polecenie.

         No i ruszyliśmy na trzecie piętro, prosto do dawnego gabinetu Kiszczaka. Dawniej panowała tu asceza, teraz kapało tandetnym nowobogactwem. Za biurkiem siedział Palant Hipokryta, który z miejsca oskarżył mnie o szpiegostwo. Chwycił moje papiery i zaczął czytać moje tajne Tezy do analizy stopnia zagrożenia interwencją wojsk Układu Warszawskiego w 1981 roku.

         Z moich wywiedzionych z analizy punktów wynikała jedna, bolesna dla mitologii III RP prawda: Ruscy wcale na nas nie szli. Ani w Moskwie, ani w Berlinie, ani w Pradze nie było żadnego dokumentu o interwencji. Owszem, gromadzono wojska przy granicy, rozwijano szpitale polowe i rzucano sprzętem, ale to była czysta, wyreżyserowana pokazówka. Te ruchy miały charakter ostentacyjnie psychologiczny i propagandowy. W dokumentach sztabowych brakowało kluczowego elementu – planu neutralizacji Wojska Polskiego, bez czego żadna inwazja nie miała prawa się udać. Sowieci, robiąc tyle szumu, świadomie pozbawiali się elementu zaskoczenia. Całe to gromadzenie bandażów i pałek bojowych miało tylko jeden cel: zabezpieczyć i wesprzeć logistycznie naszych rodzimych jenerałów z MON i MSW, którzy sami szykowali stan wojenny.

Przeciwko teorii o bratniej inwazji przemawiały ponadto następujące fakty:

  • siły UW zgromadzone nad granicą PRL pod koniec II połowy 1981 r. były porównywalne (liczebność, uzbrojenie, zdolność wykonywania zadań przez poszczególne związki taktyczne itp) z siłami użytymi w czasie najazdu na CSRS w 1968 r. co, zważywszy wielkość terytorium, liczbę ludności, siłę armii Polski i CSRS, wydaje się być dalece niewystarczające do przeprowadzenia skutecznej interwencji;
  • zarówno w CSRS jak i w NRD nie wzmocniono ani nie rozwinięto (w stopniu pozwalającym na skuteczne przeprowadzenie operacji opanowania tak dużego państwa jak Polska) jednostek AR stacjonujących na terytoriach tych państw (co uczyniono np. w 1968 r., w czasie przygotowań do najazdu na CSRS);
  • zgromadzone nad granicą PRL wojska UW ani razu nie zajęły pełnych podstaw wyjściowych, z których można przeprowadzić skuteczną interwencję (świadczą o tym m.in. doniesienia zwiadu WOP);
  • między siłami UW (wytypowanymi do rzekomej interwencji) nie uzgodniono zasad współdziałania taktycznego, operacyjnego i strategicznego na wypadek wejścia do Polski (brak na ten podstawowy temat jakichkolwiek dokumentów);
  • w jednostkach MON oraz wojskach MSW (NJW MSW, WOP) nie przeprowadzono przygotowań wskazujących na zagrożenie interwencją, mimo, że dowódcy poszczególnych jednostek domagali się wyraźnych wskazówek, co należy robić w takiej sytuacji;
  • w meldunkach z poszczególnych brygad WOP (ze szczególnym uwzględnieniem doniesień zwiadu WOP) brak jakichkolwiek sygnałów o zagrożeniu, mimo że służby WOP miały codzienny roboczy styk ze stroną sąsiednią.

Dostępne materiały dotyczące przygotowań wybranych jednostek wojskowych ZSRR, CSRS i NRD nie uzasadniają tezy, że były to działania wystarczające do przeprowadzenia interwencji. Nie ma żadnego dokumentu służb specjalnych PRL wskazującego na istnienie zagrożenia interwencją sił UW. Zarówno oficerowie grupy „Wisła” (działającej na terytorium ZSRR) jak i ich odpowiednicy w CSRS i NRD nie sygnalizowali realnego zagrożenia interwencją. Agentura służb specjalnych ZSRR, CSRS, NRD (i innych państw UW) działająca na terenie PRL nie została przestawiona (ani nawet nie była przygotowywana) na działania w warunkach opanowania terytorium Polski przez wojska interwencyjne. Doniesienia wywiadu MSW i MON z placówek dyplomatycznych państw zachodnich akredytowanych w Polsce nie wskazywały, by w tym czasie służby tajne tych państw poważnie liczyły się z interwencją sił UW w PRL. Doniesienia wywiadu MSW i MON z terenu państw zachodnich również nie wskazywały na możliwość interwencji.

WNIOSEK: Położenie i działania sił UW nad granicą Polski pod koniec II połowy 1981 r. wykluczały groźbę bezpośredniej interwencji. Należy jednak stwierdzić, że siły te (wydzielone wojska ZSRR, CSRS i NRD) były gotowe do udzielenia pomocy materiałowej, medycznej, a nawet bezpośredniego wsparcia jednostkom MON i MSW realizującym rozkaz o wprowadzeniu stanu wojennego na terytorium PRL.

ONIRIADA

Stworzyć potwora to jeszcze nic,
sztuką jest utrzymać go przy życiu.
Śnią się nieba pełne tłocznych poczekalni,
gdzie nowi wojskowi stoją po pieczątkę interwencyjną.
Skrzydła mają zrobione z urzędowych pism Układu Warszawskiego,
a aureole mrugają jak neony w tanim barze u Morloków.
Papież podpisuje dekrety in blanco, coraz szybciej,
aż radzieckie czołgi zamieniają się w defiladę z tektury.

Sprawa zdechła, czyli kraj wiecznych palantów

 

Hipokryta skończył. Odsapnął chwilą jakby ciężar tego, co przeczytał przed chwilą zmroził mu serce, a może i niżej i zapytał:
         – Pan to napisał, pułkowniku? Zdradził pan nie tylko tajemnice wojskowe i państwowe, ale i Układu Warszawskiego. Jest pan, pułkowniku, szpiegiem.
         – Tak, ja to napisałem. Ale czy jestem szpiegiem? Ha! Mam co do tego wątpliwości – odpowiedziałem.

         Nie było sensu zaprzeczać. To był jeden z pierwszych istotnych raportów opracowanych i wysłanych do Watykanu przez pocztę. Nie mam pojęcia czy to dochodziło do Watykanu. Na pocztach działali przecież per lustratorzy w rangach chorążych. Byli rozliczani za ilość wychwyconych podejrzanych tekstów.

                   Przesłuchujący zbaraniał. Palanta Hipokrytę znałem skądinąd. Znałem go z dokumentów peerelowskich. Palant Hipokryta to ksywa. Najpierw agenta, a następnie funkcjonariusza MSW na etacie niejawnym, a teraz, patrzcie, pułkownik na etacie generalskim, władca Straży Granicznej i wielu innych komórek MSW. Jego nazwisko jest wystarczająco nędzne, by je natychmiast zapomnieć. To skrzyżowanie Morloka z Elojem z Wehikułu czasu Herberta George’a Wellsa. Palant niedawno opuścił szeregi resortu stając się ważnym celebrytą. Wkrótce nawet telecelebrytą. Od tego czasu brylował w mediach. Wydawało mu się, że był w MSW wagą superciężką, a był najwyżej kogucią.

         16 czerwca 2012 r. po raz ostatni mówił do mnie z ekranu telewizora. Rozwodził się na temat niespodziewanej śmierci swojego druha – jak przyznał – generała Petelickiego, który akurat popełnił, być może niechciane samobójstwo. Aczkolwiek niechciane samobójstwa nie są niczym nowym w służbach specjalnych. Byłem szczerze zaskoczony. Pisarz i reporter Krzysztof Kąkolewski mawiał, że jenerałowie umierają burzliwą śmiercią także w czasach pokoju. I miał, choleryk, świętą rację. Wystarczy przejechać się po nekrologach moich znajomych: Korczyński, Oliwa, Jaroszewicz, Fonkowicz, Papała, Stopiński i wreszcie świeża sprawa – Sławomir Petelicki. Akurat u tego ostatniego zaskoczenie było największe.

          Klasyczny esbek, który do czerwca 1989 roku bolszewiał z każdym dniem, po upadku komuny nagle doznał cudownego nawrócenia i był współtwórcą GROM-u. Taka siurpryza! No i skończył z dziurą w głowie. „Niechciane samobójstwo” – jak mawia się w branży.

         Tymczasem Palant Hipokryta w gabinecie Kiszczaka wisiał nade mną niczym energooszczędna żarówka Osram i sypał groźbami. Gorączkowo kombinowałem, skąd nowa bezpieka zwąchała moje watykańskie paski. Do połowy lat 90. pisałem anonimowo, nazwisko dokleiłem dopiero u progu XXI wieku. Kanał przez Annę Walentynowicz i Joannę Matusiewicz był przecież pancerny. Co prawda z Rzymu przychodziły oficjalne podziękowania, które na poczcie mógł prześwietlić jakiś niedorżnięty przez weryfikację perlustrator, ale wysyłanie książek do Watykanu w wolnym kraju to jeszcze nie szpiegostwo. Najpewniej w Rzymie wciąż dogorywał jakiś stary kret z MSW, który przechwycił moje elaboraty i podkablował centrali. Resztę doklepali analitycy na Rakowieckiej.

         Niczemu nie zaprzeczałem. Oskarżenie było celne, choć z logicznego punktu widzenia – durne. Brzydząc się tanią fabulacją, uderzyłem w wysokie „C”:
         – Czy nie sądzi pan, pułkowniku, że Jan Paweł II to ktoś więcej niż głowa państwa, które skądinąd obchodzi mnie tyle, co zeszłoroczny śnieg?
         – O! To nieładnie – oburzył się Palant. – Watykan powinien pana obchodzić. Jest pan chrześcijaninem?
         – Właśnie dlatego. Jako ochrzczony katolik traktuję papieża jako namiestnika Boga na ziemi. Przed nim nie mam tajemnic. A moje raporty? Proszę je potraktować jako spowiedź z niepopełnionych grzechów.

         Dziś mógłby to podstemplować Henry Kissingerem, twierdzącym, że Wojtyła przestawił zwrotnice XX wieku. Albo Jelena Bonner, żona Sacharowa, pisząca, że papież był czystym źródłem światła. Wtedy jednak Palantem targnął ordynarny głód wiedzy:
         – Co dokładnie było w tych raportach?
         – Tajemnica spowiedzi. Poza tym to już własność adresata. Nie moja.
         – No, to się jeszcze zobaczy! Ale ostrzegam, trzymaj się pan z daleka od polityki!

         Puszczono mnie wolno. Oficjalnie sprawa zdechła, ale do dziś byle kundel, sykofant czy zwyczajny polski kapuś obszczekuje mnie w mediach, robiąc ze mnie szpiega, generała NKWD czy krwawego funkcjonariusza Informacji Wojskowej. I choć plotki o moim rzekomym szpiegostwie czy generalskich szlifach w NKWD brzmią nadzwyczaj dumnie, na szczekające kundelki spuszczam zasłonę milczenia.

          Głupota to przecież też jakaś forma używania mózgu. Zresztą w dobie Internetu głupota stała się fascynująca – rozchodzi się błyskawicznie i u każdego wygląda identycznie. Życie z głupcami bywa jednak trudniejsze niż w klatce z dzikimi zwierzętami. In saecula saeculorum. Amen.

         Każde społeczeństwo dzieli się na złodziei, gliniarzy, okradanych i manipulowanych. Cała sztuka polega na proporcjach. Nie spisałem tego wszystkiego dla kasy, sławy czy zemsty. Pisząc o sobie, piszę o was. Choć umówmy się – jedynym opłacalnym gatunkiem literackim jest dziś list z żądaniem okupu, a jedynym testem na odwagę – cyberterroryzm w wojnie czwartej generacji. Wojnie, która co rusz zamienia się w tradycyjną rzeź za pomocą rakiet, samolotów, czołgów i armat, tłukących kobiety i dzieci na Ukrainie czy Bliskim Wschodzie. I, Bóg da, takich masakr będzie więcej. Oświetlam wam po prostu wasz własny świat.

         Na koniec zostawiam was z bajką o palantach. Gdy czasem błądzę myślami po korytarzach MSW, staje mi przed oczami czeska receptura z Vaclava Havla. Pierwszy palant przychodzi do drugiego, coś tam papla, głupkowato się szczerzy i mówi, że słyszał przez drzwi, jak drugi mówił do trzeciego, że ten słyszał przez drzwi, jak trzeci mówił pierwszemu, że drugi mówił trzeciemu… I tak w kółko, bez końca. Trzeba pilnować tyłów, żeby samemu nie wpaść w tę pętlę.

         Od czasów słynnych rajdów Antoniego Macierewicza urzędowi spece skończyli już chyba trzepać teczki moich starych kumpli i ruszyli do bratobójczej palantiady. Pierwszy ma kwity na drugiego i trzeciego. Drugi na trzeciego i pierwszego. Trzeci na pierwszego i drugiego. Gdy pierwszy donosi na trzeciego, w rzeczywistości podpieprza samego siebie.

         Gra jest przednia, zwłaszcza że nad tym wszystkim skacze Palant-Joker – wielki szef tej karuzeli. On teczek nie zbiera. On trzyma kasę i rozdziela łupy. Najgrubszy przelew dostaje ten, którego donos ocieka największą zawiścią, głupotą i fanatyzmem.

          Patrzę na Kraj Pieroga i Zalewajki jak na tę nadludzką palanciarnię i jestem absolutnie spokojny o przyszłość: rządzące nami empusy zrobią wszystko, by zło, nienawiść i czysta głupota nigdy w tym kraju nie zginęły.

         Przed 80. laty ubecy humanitarnie „zaopiekowali się” moim Ojcem i fortepianem. Zostałem sam na placu boju, bez klawiszy, ale z dumą. Pod koniec lat 70., w ramach pierwszej nauczycielskiej pensji, kupiłem akordeon, ten luksusowy syntezator Bloku Wschodniego. Teraz rozciągam miech, pompuję nostalgię i lecę na melodię „Peleryny”, prosto w nos IPN-owskich biurokratów:

Mojej teczki cennej nie chcą w IPN-ie,
Choć pachnie spychologią i dawnym systemem.
Pożółkła ze wstydu, jak kapuś w depresji,
Ofiara ubeckiej, radosnej ekspresji.
Moim dumnym łupem Instytut pomiata,
Choć goniłem z nią esbeków po trzech końcach świata!
Zwiedziłem Łubiankę, lochy i piwnice,
Gdzie urokliwe draki oświetlały świece.
Dziś z papierów drogich cała rzesza drwi,
A ja nad tą teczką wylewałem łzy…

Gram, podśpiewuję siedząc nad nieszczęsnymi szpargałami i patrzę, jak urzędnicy zamienili ludzkie dramaty w jednozdaniowe hity z archiwum. Ktoś całe życie uciekał, a system podsumował go jednym, dynamicznym słowem. Stylistyka godna mistrzów biurokracji:
         „Wyeliminowany” – brzmi jak wykluczenie z reality show, a nie strzał w potylicę.
         „Unieszkodliwiony” – jakby chodziło o cieknący kran, a nie żywego człowieka.
         „Zlikwidowany” – urzędowy klasyk, czysta księgowość śmierci.
         „Zaginął” – czyli ubecy zapomnieli wpisać adresu mogiły.

ONIRIADA

Koniec i bomba,
a kto czytał, ten trąba!
Wizja z pogranicza jawy i paraliżu na Rakowieckiej:
Szklana klatka jedzie przez plac pełen milczących teczek.
Starzec w bieli chce krzyknąć, ale usta ma zaszyte
nitką z najczystszego, watykańskiego podsłuchu.
Tłum bije brawo, myśląc, że to karuzela Macierewicza,
a nad bazyliką krąży esbecki helikopter bez pilota,
zrzucając ulotki z napisem: wyeliminowano z powodu braku akt.

Testament ukryty w zamrażalniku

 

To bilans tych, którym w tej szpiegowskiej ruletce wypadł pusty bęben. A co z herosami, którym się powiodło? O, ci to dopiero potrafili świętować sukces! Ich recepta na odreagowanie stresu operacyjnego była stała: litr czystej, papierosowy dym i rosyjska ruletka dla kurażu. Elita wywiadu czochrała sobie przerzedzone włosy lufą naładowanego naganta. Palec na cynglu, w głowie szum, a w oczach wizja świetlanej przyszłości.

         Z tych wszystkich zakurzonych teczek bije jedna, genialna prawda: przed esbeckim losem i ubeckim bałaganem nie było ucieczki. Nawet jeśli przeżyłeś kule, na koniec i tak dopadnie cię pan z IPN-u i powie, że twoja teczka jest mało atrakcyjna marketingowo.

ONIRIADA

Zaglądam w studnię. W cembrowinę. A tam z dna – ruchy, wrzaski, szmery-bajery. H. ze St. się boryka, B. z G. na udry. Hałas, że strach. Ale zaraz potem – lżejsze kalibry. Duchy idą. Niby normalne, a pokrzywione, jak od Muncha z ramy ściągnięte. Myślę sobie: niedoczekanie, na maski nie wezmę się. Wyczajam od razu. Jeden – Ś. (ten od F.), a drugi – noblista od broni, co się żegnał. Hemingway!

No to ja do Hemingwaya z rury:
– Fuj! Noblista, a w te klocki się bawił! Agent!
On na to, fuknął:
– Nie fuj, tylko obowiązek. Chcesz w papę?
Ja wiem, że on bokser. Myślę: w papę brać nie reflektuję. Zmieniam front:
– To czemuś pan w dzwonach Świerczewskiego usadził, a nie Komara? Komar bystrzejszy!
Hemingway machnął ręką:
– Komar tak się zataił, że ani widu. Dobra, lecę. Piszę. Tytuł mam: „Stary człowiek i jeszcze może”.

Ś. – klask w dłonie! I sprowadza nowego. Przedstawia: „Misza”. Wolf M. z tych od STASI, co sto razy mądrzejsi. Jak u nas P. przy K. Ten M. to as wywiadu, od Radkiewicza do Macierewicza wszystkich znał, w MSW nos wściubiał głębiej niż J.

To ja do Wolfa, krótko, dwa razy:
– Lobotomia działa zawsze? I czy STASI Janowi Pawłowi II w życiorys strzałem ingerowało?
Z lobotomią – potaknął. Z papieżem – zaczął kręcić, szyć. Że Andropow kazał, że agentura w Watykanie, osłona, propaganda…
– To Sowieci? Breżniew? Andropow? – pytam.
Wolf łbem kiwa:
– Myślę, że tak.

Nagle szum, fiolety, jakby z boku, z rzymskiego obłoku słychać westchnienie. Głos znajomy, wadowicki, ale taki zmęczony, z góry nadaje:
– O, i znowu o mnie… Służby, podsłuchy, na Watykanie rzymskie podglądactwo. Nawet po śmierci spokoju nie dadzą, wszystko w tych raportach rozpisali, każdy krok, każdy oddech…

Ja do Wolfa dalej:
– Misza! Myśl jak wyleci z czerepu, to czasem nie ma gdzie wrócić. Strach cię nie obleciał?
– Obleciał – mówi.
– I dlatego tak pyskujesz jako najemna gęba? No?
Wolf nic. Zwrot na pięcie i fruuu. Ś. za nim. A ja zostałem. I nagle znowu ten głos z góry, ale już nie na żarty, tylko z pretensją, po ludzku rozżalony:
– A ten mój Staszek… Don Stanislao… No przecież pisałem czarno na białym w testamencie: spalić! Wszystkie osobiste notatki, prywatne myśli, do ognia! A on co? Nie spalił, wydał! I teraz cała Polska czyta moje intymne zapiski do poduszki, zamiast zostawić staremu papieżowi święty spokój. O, lojalność sekretarzy…

I zostałem tak sam przy tej cembrowinie. Nawet nie zdążyłem Ś. zagadnąć, czy tam w Amerykach strach przed Wieczorkiem albo innym ogonem spać mu dawał.

Wszystko jest nicością na tym padole,
a my tylko marionetkami w rękach pijanego lalkarza.
Szafy pancerne otwierają się same z hukiem.
Wypada z nich suchy lód i zamrożone prawdy,
które po dotknięciu powietrza natychmiast parują.
Nie ma papieża, nie ma bezpieki, nie ma Piecucha.
Zostaje tylko pusty plac i wiatr, który kręci
kartkami nienapisanego nigdy aneksu do raportu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.