Rozdział KSIĄŻĘTA, AMURY I KARKONOSKIE FATAMORGANY. SUDECKIE METAMORFOZY STANISŁAWA CIOSKA

Miałem pewne podstawy, aby sądzić, że planeta, z której przybył Mały Książę, jest planetą B-612. Ta planeta była widziana raz tylko, w 1909 roku, przez tureckiego astronoma, który swoje odkrycie ogłosił na Międzynarodowym Kongresie Astronomów. Nikt jednak nie chciał mu uwierzyć, ponieważ miał bardzo dziwne ubranie. Tacy bowiem są dorośli ludzie. Na szczęście dla planety B-612 turecki dyktator kazał pod karą śmierci zmienić swojemu ludowi ubiór na europejski. Astronom ogłosił po raz wtóry swoje odkrycie w roku 1920 – i tym razem był ubrany w elegancki frak. Cały świat mu uwierzył.

                                                                                                                 Antoine de Sain-Exupery                      

 

Esprit zza grobu i magdalenkowe pasjansy
 

Dzisiaj rano mój ulubiony kanarek postanowił przenieść się do krainy wiecznych łowów. Jakby tego było mało, wieczorem jakieś pospolite mendy zaciukały młotkiem innego mojego przyjaciela, Tadeusza Stecia. O tym wybitnym karkonoskim oryginale wspominałem już w swoich książkach, pochylając się z należytą uwagą nad jego przewodnicką maestrią oraz – niemniej barwnym – homoseksualizmem.

         Ta ostatnia przypadłość wybitnie nie przypadała do gustu Stanisławowi Cioskowi, który wówczas, jako udzielny książę jeleniogórski, uzurpował sobie niezbywalne prawo do moralnej oceny wszystkiego i wszystkich. Stanisław Ciosek umarł niedawno i – jak donoszą dobrze poinformowane źródła – nadal konsekwentnie nie żyje. Toteż obaj, Steć i Ciosek, nic już na tym padole nie nabroją i nie muszą się więcej martwić o swoje ziemskie esprit.

         Uważam jednak, że z kronikarskiego obowiązku muszę o nich wspomnieć nieco szerzej. Tym bardziej że S. Ciosek cieszył się w czasach PRL-u opinią polityka wybitnie kontrowersyjnego, a w III RP dorobił się reputacji jeszcze gorszej. Nadzwyczaj oryginalną laurkę wystawił Cioskowi sam Jerzy Urban. Znali się, można powiedzieć, prawie dobrze, ale szczerze się nie znosili. Ta urocza dwójka, wzmocniona autorytetem Władysława Pożogi, stanowiła słynną trójkę muszkieterów, piszącą dla generała Jaruzelskiego projekty najbardziej karkołomnych posunięć politycznych. Szef Służby Wywiadu i Kontrwywiadu zapraszał ich cyklicznie do Magdalenki, gdzie w ciągu dwóch lat radosnej twórczości spłodzili trzy opasłe raporty zatytułowane fundamentalnie: „Jak ratować socraj”.

         Metodologia tej pracy była iście marksistowska: Pożoga dostarczał najtajniejsze materiały z kraju i ze świata, Urban ubierał to w jadowite słowa, a Ciosek – jak to zwykle on – służył tam za przysłowiowy kwiatek do kożucha. Wycyganiłem te raporty od Pożogi, zanim jeszcze zdążyły splamić biurko szefa partii i rządu, po czym z drżeniem serca przekazałem je Andrzejowi Paczkowskiemu, mojemu komilitonowi jeszcze z czasów naszych młodzieńczych, tatrzańskich wspinaczek. Profesor jednak zwlekał z publikacją. Zwlekał i zwlekał, widocznie czekając, aż sprawa nabierze odpowiedniego, dziejowego rumieńca. W końcu, gdy już było całkowicie po herbacie i socraj dokonał żywota, opublikował jeden z tych raportów w paryskich „Zeszytach Historycznych”.

         Samego Stanisława Cioska poznałem w czasach, gdy bawił się w udzielnego władcę województwa jeleniogórskiego. Miał wówczas ze mną solidny pień do rąbania. Potem, w okresie „magdalenkowym”, gdy przynajmniej raz w tygodniu Ciosek pielgrzymował do gabinetu szefa Służby Wywiadu i Kontrwywiadu, a ja bardzo często antyszambrowałem tam, studiując tajne dokumenty potrzebne do moich kolejnych książek, dostojny dygnitarz wyraźnie złagodniał. Na tyle, że podawał mi rękę bez ostentacyjnego odwracania głowy ze wstrętem.

         Wybaczcie jednak, ale muszę w tym miejscu dokonać małej dygresji. Sprawa Cioska nieodłącznie wiąże się bowiem z postacią Edwarda Gierka – niewątpliwie najwspanialszej empusy w całym peerelowskim bestiariuszu. Niegdysiejszy „władca Katangi” – jak złośliwie określano jego absolutne królestwo w województwie katowickim – po krwawej masakrze ludności na Wybrzeżu (w której ta rewolucyjna empusa miała swój, do dziś nie do końca wyjaśniony udział. E.G. knuł wówczas z F. Szlachcicem, a ułatwiał mu to W. Pożoga) wdrapał się na najwyższy fotel partyjny Kraju Pieroga i Zalewajki. Został polskim gensekiem, czyli I sekretarzem Komitetu Centralnego PZPR. Sen z oczu spędzała mu jednak paranoiczna myśl, że w którymś z siedemnastu dotychczasowych województw wyrośnie mu pod bokiem silna, konkurencyjna frakcja. Od Longina Pastusiaka dowiedział się kiedyś, że Stany Zjednoczone składają się z 49 stanów oraz Alaski. Pokombinował więc chytry Edward, że idealnie byłoby podzielić Kraj Pieroga i Zalewajki dokładnie na 49 województw, dorzucając do tego miasto wydzielone Warszawę. Jak pokombinował, tak zrobił. 22 kwietnia 1975 roku Biuro Polityczne PZPR łaskawie zaakceptowało ten genialny, dwustopniowy podział administracyjny.

 

Fiatem 125p po rubiny i Eldorado

 

28 maja Sejm, ekspresowo zmieniając Konstytucję, ostatecznie zafiksował tę genialną propozycję genseka. Już dzień później z Warszawy z kopyta wyjechał Stanisław Ciosek, dzierżąc w dłoni gierkowską nominację na Jeleniogórskiego Księcia, czyli pierwszego sekretarza KW PZPR. W tej dziejowej podróży towarzyszył mu wierny Paweł Chocholak, który od tej pory miał pełnić zaszczytną funkcję osobistego giermka Księcia. Wypisz, wymaluj: Sancho Pansa przy Don Kichocie, zwanym skądinąd Rycerzem Smętnego Oblicza. Ale Gierek wcale nie był smętny. Był radosny i pełen optymizmu niczym niedojrzała poziomka na wiosennym słońcu.

         Młodzi aparatczycy, z fasonem ekspulsowani ze stolicy na głęboką prowincję, minęli Wrocław i wjechali na autostradę dochodzącą do Nysy Łużyckiej – do której zresztą wcale nie planowali dojechać. Podczas przemierzania asfaltowych spojeń, bratających ze sobą solidne, poniemieckie betonowe płyty autostrady, monotonny szum kół Fiata 125p był co trzy sekundy brutalnie zakłócany głośnym tąpnięciem. Pędzili jednak przed siebie. Tąpnięcia powodowały wprawdzie mimowolne szczękanie zębami, ale za to potężne wyboje urozmaicały im monotonną podróż. Pokrążyli trochę po okolicy, żeby z lotu ptaka poznać swoje nowe włości. Za Bolkowem skręcili w drogę, która jeszcze przez dwa dni miała status powiatowej, zanim formalnie awansowała na szosę wojewódzką.

         Jechali południową stroną Gór Kaczawskich. Za Maciejową minęli Bóbr, zupełnie nieświadomi faktu, że spienione fale rzeki niosły ze sobą drobinki czystego złota, od wieków wypłukiwane z trzewi Gór Olbrzymich. Ujechali jeszcze kawałek i wreszcie się zatrzymali. Za szybami samochodu, przy których siedział przyszły Książę Jeleniogórski, rześki wietrzyk igrał właśnie z tysiącem liści. Słońce z trudem przedzierało się przez gęsty las, wpadając do wnętrza wozu jasnymi, roztańczonymi cętkami. Drogowskaz sucho informował: „Jelenia Góra – 8 km”. Teren wokół był malowniczo pofałdowany, a na odległym horyzoncie majestatycznie majaczyły surowe szczyty górskie.

         Cioskowi z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu najbardziej zależało na tym, żeby zobaczyć Śnieżkę. Czytał o niej sporo. Góra wznosi się dumnie na wysokość 1602 metrów, a jej urwista, północna ściana góruje nad malowniczą Doliną Łomniczki na ponad tysiąc metrów. Śnieżka to niekwestionowana królowa Gór Olbrzymich, władająca niepodzielnie nad całą Kotliną Jeleniogórską. Za niespełna dwa dni właśnie ta podniebna górka miała stać się najjaśniejszą perłą w koronie świeżo utworzonego województwa, nad którym Ciosek miał objąć absolutne władztwo.

         Stanisław Ciosek, będąc w gruncie rzeczy skromnym aparatczykiem warszawskim, nie miał ambicji, by od razu mianować się królem – tytuł księcia w zupełności zaspokajał jego skromne ego. Za 48 godzin miał oficjalnie objąć obowiązki Księcia Jeleniogórskiego. Na widok potężnego, surowego masywu górskiego zaczął gorączkowo odgrzebywać w pamięci okruchy wiadomości nabyte w szkole podstawowej. Samodzielne myślenie w takich wypadkach bywa rzeczą całkowicie niegroźną dla kariery.

         Cioskowi, mówiąc zupełnie szczerze, zdarzyło się przez te przeżyte czterdzieści sześć lat czasem coś w życiu przeczytać. Przypomniał sobie zatem, że w dużej mierze góra ta zbudowana jest z granitu pokrytego łupkami serycytowymi, które gęsto nadźgane są rubinami i złotem. Co więcej, w całym masywie sudeckim, w którym leżało jego nowe województwo, można było znaleźć jakieś 99,9 procent pierwiastków z tablicy Mendelejewa, w tym całkiem spore ilości strategicznej rudy uranowej. Wiązał z tym potężne, imperialne nadzieje, planując uczynić ze swojego województwa socjalistyczne Eldorado. Nowo upieczony Książę nie wziął jednak pod uwagę faktu, że złota w łupkach serycytowych są ilości wybitnie śladowe, a tutejsze rubiny są tak mikroskopijne, że absolutnie nie nadają się do jakiejkolwiek przemysłowej eksploatacji.

         Ciosek nie miał jeszcze pojęcia, że prawdziwego złota jest znacznie więcej w samej dolinie Bobru. Archeolodzy z Uniwersytetu Wrocławskiego ustalili przecież, że w pobliskich Płakowicach w średniowieczu funkcjonowało aż dziesięć tysięcy złotonośnych szybów, z których z powodzeniem wydobywano cenny kruszec. Wrocławscy „grzebacze” w minionych dziejach tych ziem odkopali w lasach otaczających Płakowice kilka takich zapomnianych szybów. I rzeczywiście, znaleźli tam drobne kruszynki złota, a czasem trafiały się nawet całkiem pokaźne samorodki, o czym zresztą skwapliwie donosiły niektóre dawne źródła niemieckie. Na złoto z doliny Bobru jako pierwszy zwrócił uwagę nie kto inny, jak sam król przewodników sudeckich, Tadeusz Steć. On to osobiście opracował kilka mrożących krew w żyłach legend związanych z dawnymi łowcami cennego kruszcu. W tych barwnych bajdach Stecia zbrodnia nieustannie goni zbrodnię, a trup ściele się gęsto. Ofiary tych krwawych porachunków grzebano nie tylko na oficjalnych cmentarzach, ale i w borowinie zalegającej spore połacie terenu przy Izerze, na Hali Izerskiej i w wielu innych urokliwych miejscach. Na przykład w kupie kamieni w Orlu czy w mrocznych sztolniach pod kopalnią kwarcu – tej samej, która do dziś rozkopuje malownicze Izerskie Garby. Złoto natomiast zazwyczaj składano potajemnie u stóp tajemniczych białych dam, zaludniających ruiny zamków w Bolkowie, Bolczowie, Grodźcu, Grodnie, Chojniku czy Czosze. Główną przyczyną tych wszystkich nieszczęść był niezmiennie skrzydlaty Eros oraz pospolita, ludzka żądza szybkiego wzbogacenia się.

 

Witamy w Karkonoszach! Chór miejski i ironia Ducha Gór

Nowy Książę Jeleniogórski nie zdawał sobie jeszcze sprawy, że prawdziwym, strategicznym „złotem” Sudetów jest w rzeczywistości uran, ale… jakimś szóstym, iście partyjnym zmysłem profetycznie wyczuwał, że z tym pierwiastkiem chemicznym o największej na Ziemi liczbie atomowej jest coś na rzeczy. Intuicyjnie przewidywał, że Kraj Pieroga i Zalewajki wcześniej czy później będzie zmuszony budować własne elektrownie atomowe. A wówczas to, co na razie wydawało się całkowicie nieopłacalne ze względu na monstrualne koszty przetwarzania rudy uranowej na czysty pierwiastek, biorąc pod uwagę nieuchronny postęp technologiczny, stanie się żyłą złota. Niestety, do dnia dzisiejszego – z drobnymi, tajnymi wyjątkami – uran zalegający w Sudetach pozostaje całkowicie niewykorzystany.

         Tymczasem na niebie blady księżyc rozpoczynał już nieśmiałą walkę ze złocistą kulą słońca, która dotąd pracowicie ogrzewała świat i leniwie rozpuszczała resztki śniegu na najwyższych szczytach Karkonoszy. Spóźnione, purpurowe promienie zachodzącego słońca oświetlały wyraźnie baśniowo ośnieżoną Śnieżkę. Odbijały się od lodowej skorupy i ulatywały prosto do nieba, stanowiąc nie lada atrakcję dla ptaków powracających właśnie z ciepłych krajów oraz dla śmiałych szybowników, którzy w tym rejonie znajdowali doskonałe warunki do zdobywania diamentowych odznak.

         Były prominent warszawski, a obecnie samodzielny, prowincjonalny VIP i Książę Wojewódzki, uznał w duchu, że to, co kiedyś tam przeczytał o tym regionie, ani trochę nie umywa się do tego, co właśnie zobaczył na własne oczy. Albowiem nagle, w ułamku sekundy, dostrzegł unoszącą się nad samym czubkiem Śnieżki majestatyczną, mglistą postać Ducha Gór. Choć może była to zwykła, optyczna fatamorgana, a może słynne widmo Brockenu – czyli potężny cień jego własnego odbicia na chmurze nadlatującej od strony czechosłowackiego Pecu pod Śnieżką. Dość powiedzieć, że w ślepiach tego popularnego Ducha Gór, zwanego niekiedy – acz całkowicie niesłusznie – Liczyrzepą, warszawskie VIP-y dostrzegły wyraźne, figlarne ogniki, znamionujące głęboką kpinę z ich wielkomiejskich marzeń. A był to unikalny obraz, który można zaobserwować wyłącznie w ostrych, nienaturalnych promieniach zachodzącego słońca.

         To kpiące spojrzenie Karkonosza oznaczało jedno: świeżo upieczonemu Księciu Jeleniogórskiemu i jego wiernemu giermkowi urzędowanie na chwałę Polski Ludowej nie pójdzie jak z płatka. To figlarne spojrzenie Ducha Gór stoliczna ekspozytura przewodniej partii odczytała natychmiast jako czystą złośliwość tutejszych sił przyrody, z mistycznym uporem broniących miejscowych prominentów. Ci ostatni bowiem, w momencie przybycia Cioska z giermkiem do Jeleniej Góry, zostali bezceremonialnie odsunięci na boczny tor historii.

         Mimo to w jaźni warszawiaków, mających się wkrótce przepoczwarczyć w najważniejszych jeleniogórzan, nieśmiało prześwitywała nadzieja. Co ja mówię – zalewała ich wręcz fala potężnej nadziei, że jakoś to będzie i sobie poradzą. Ta nadzieja bezczelnie podchodziła pod same okna samochodu, buchała rozgrzanym powietrzem z silnika zmęczonego wozu. Pod koniec podróży obaj mieli już tej nadziei serdecznie dosyć. Ta absolutna ufność w pomyślną przyszłość, jaka ich rzekomo czekała, wzbudzała w nich powoli zdrowy odruch wymiotny.

         Na samych rogatkach miasta wysłanników Warszawy witał już zwarty i gotowy komitet powitalny w osobach: jeszcze urzędującego I sekretarza komitetu powiatowego PZPR, powiatowego komendanta MO oraz prokuratora powiatowego. Wszyscy trzej byli na razie zaledwie powiatowi, jednak w oczach mieli już wypisany gorączkowy awans na szczebel wojewódzki. Wśród witających prężyła się dumnie delegacja Oficerskiej Szkoły Wojsk Radiotechnicznych, przedstawiciele armii, harcerze pod czujnym dowództwem harcmistrza Adama Solarza oraz rozśpiewany chór kobiet miejskich. Na widok wysiadającego z samochodu Jeleniogórskiego Księcia, zdecydowanie młodsze od Ducha Gór chórzystki z fasonem zaintonowały wielki przebój uwielbianego przez Cioska Państwowego Zespołu Pieśni i Tańca „Mazowsze”: „I choć padało, choć było ślisko, to się przywlokło to świniorzysko!”.

 

 

Szarlatan w lubańskiej kałuży, czyli jak amury Wielkiego Brata wzburzyły władzę

 

W tym samym czasie w zacisznych, ważnych dotąd gabinetach powiatowych bonzów – czyli tych pechowych aparatczyków, którzy nie mieli najmniejszych szans załapać się na intratne stołki w nowym województwie – słychać było ciche pomstowanie, zgrzytanie zębów i soczyste złorzeczenia pod adresem przyjezdnych. Rozlegały się chóralne okrzyki oburzenia, że bezduszna „Warszawka” bezczelnie mebluje nowe województwo swoimi zaufanymi liżydupkami zamiast postawić na rodzimych, sprawdzonych w bojach towarzyszy.        Warszawka przywozi w teczkach ludzi na najważniejsze stanowiska! Ludzi, którzy o specyfice tego trudnego regionu nie mają zielonego pojęcia. To dupki niekłamane! Ten pełen wściekłości krzyk, odbijając się echem od Karkonoszy i Gór Izerskich, leciał lotem błyskawicy do wszystkich właśnie likwidowanych powiatów. W ten sposób Jeleniogórski Książę i jego giermek jeszcze dobrze nie przekroczyli progu gmachu przyszłego KW PZPR, a już dorobili się solidnych wrogów, doskonale zaprawionych w niszczycielskich walkach podjazdowych.

         Ciosek w swoim czasie był modelowym przykładem peerelowskiej empusy, choć trzeba mu uczciwie oddać, że wywodził się z nieco łagodniejszego, bardziej cywilizowanego miotu aparatczyków – z grubsza takich, jakich reprezentuje dzisiejszy wicemarszałek Czarzasty. Jeżeli zapytacie mnie teraz z głupia frant, czy zaprzyjaźniłem się wówczas z Cioskiem, odpowiem bez wahania: ależ skądże znowu! To był zaledwie drobny incydent z zamierzchłej, zamglonej przeszłości. W tamtym czasie nie miałem jeszcze tak wybujałych ambicji, by bratać się z czołowymi prominentami systemu. Cha! Prawdziwe przyjaźnie przyszły dopiero później. W okresie warszawskim. Te przyjaźnie – które należy chyba ujmować w głęboki, ironiczny cudzysłów – pomagały mi przede wszystkim zdobywać bezcenne informacje, absolutnie niemożliwe do pozyskania w jakikolwiek inny sposób.

         W latach siedemdziesiątych pełniłem dumnie służbę w Łużyckiej Brygadzie WOP w Lubaniu, gdzie twardą ręką dowodził pułkownik Ryszard Bartoszewicz. Jednocześnie pełniłem zaszczytną funkcję nieetatowego korespondenta wojskowego pisma „Granica”. W wolnych chwilach, przejawiając wyraźne zadatki na utalentowanego, gminnego grafomana, pisałem różne publicystyczne michałki do „Gazety Robotniczej”, „Nowin Jeleniogórskich”, „Rocznika Jeleniogórskiego”, „Taternika” oraz wielu innych poczytnych gazet i czasopism. Pracując wytrwale na zasłużone miano klasycznego dupowłaza władzy, wszelkie teksty bezgranicznie chwalące panujący nam miłościwie rząd podpisywałem z pełną pompą: stopniem wojskowym, imieniem i nazwiskiem. Natomiast publikacje publicystyczne, w których przemycałem nagą i bolesną prawdę, sygnowałem najróżniejszymi pseudonimami. Miałem tych pseudonimów w swoim arsenale chyba z pół setki.

         Mieszkałem wtedy w Lubaniu przy ulicy Wojska Polskiego. Droga łącząca centrum miasta z naszym osiedlem miała nadzwyczaj atrakcyjną nazwę i nawierzchnię zupełnie nieprzystającą do tego, co działo się wówczas w prawdziwym Wojsku Polskim. Naszą ludową armię uważano powszechnie – zarówno na mrocznym Wschodzie, jak i na zgniłym Zachodzie – za drugą potęgę Układu Warszawskiego. Tymczasem lubańska ulica Wojska Polskiego przypominała raczej dojrzały ser szwajcarski z gigantycznymi dziurami albo poszarpaną panoramę Kordylierów. Dziura goniła tam dziurę, a co jedna, to była i większa, i głębsza. W okresie długotrwałej suszy można było jeszcze tą arterią jakoś rozpaczliwie przejść. Jednak po każdym, nawet najmniejszym deszczu droga błyskawicznie zamieniała się w malownicze, rozległe jezioro. Liczne skargi, petycje i dramatyczne monity lokatorów osiedla do miejskich władz spotykały się z tradycyjną reakcją: władze z godnością wszystko olewały.

         W tym samym czasie w wojsku – ale i w całym kraju – zapanowała szalona moda na tak zwany ruch racjonalizatorski. Naczelne hasło tego propagandowego cyrku, którego jako oficer polityczny byłem niezwykle aktywnym głosicielem, nawoływało grzmiąco: „Każda Polka i każdy Polak aktywnym racjonalizatorem!”. Pomyślałem więc sobie, że nie wypada poprzestawać na samym tylko jałowym, gębowym popieraniu partii. Pora przejść do czynu. Namówiłem sprytnego chorążego Franciszka Petkę, aby z pełnym zaangażowaniem zapozorował zapalonego wędkarza. Wręczyłem mu profesjonalną wędkę, postawiłem na skraju gigantycznego rozlewiska i kazałem z kamienną twarzą łowić ryby w tej osiedlowej kałuży. Zrobiłem mu piękne, reporterskie zdjęcie i napisałem jadowity felieton, w którym donosiłem, że w ramach czynu społecznego i ruchu racjonalizatorskiego mieszkańcy osiedla z sukcesem zarybili kałuże na ulicy Wojska Polskiego dorodnymi rodzimymi karpiami oraz sprowadzonymi prosto z bratniego ZSRR amurami.

         Spodziewając się podskórnie, że moja radosna inicjatywa publicystyczna może nie do końca przypaść do gustu lokalnym władzom, na wszelki wypadek felieton podpisałem tajemniczym pseudonimem „Ch. Arlatan”. Większość inteligentnych czytelników „Gazety Robotniczej” słusznie i bezbłędnie odczytała to jako „Szarlatan”. Lokalna władza ludowa z Cioskiem na czele te nieszczęsne karpie jakoś mi ostatecznie wybaczyła. Ale tych radzieckich amurów już, cholera, nie podarowała. Wszak był to jeden z flagowych produktów eksportowych Naszego Wielkiego Brata zza Buga! Zarybiać prowincjonalne, lubańskie kałuże importowanymi z ZSRR amurami?! Przecież to było ideologiczne bluźnierstwo znacznie gorszego kalibru niż dzisiejsza obraza uczuć religijnych, społeczności LGBT czy majestatu prezydenta USA razem wziętych. Tekst był wprawdzie podpisany pseudonimem, a ten – z definicji i w świetle prawa prasowego – powinien chronić autora przed napaściami i pod żadnym pozorem nie mógł być ujawniany. Ale to była tylko piękna, burżuazyjna teoria.

 

Nie kładź oczu między drzwi, czyli Polonez u Rogatnika Uszatego

Wściekły I sekretarz KW PZPR Stanisław Ciosek natychmiast wezwał na dywanik Czesława Węgrzyna, szefa jeleniogórskiej mutacji „Gazety Robotniczej”, który ten wywrotowy tekst lekkomyślnie zatwierdził do druku, i kategorycznie zażądał natychmiastowego ujawnienia personaliów autora. Węgrzyn – jak mi się później gęsto i ze łzami w oczach tłumaczył – w panicznej obawie o utratę swojego ciepłego stanowiska, bez mrugnięcia okiem wydał moje pełne personalia.

         No i machina ruszyła. Ciosek „wypożyczył” sobie następnie mojego dowódcę Łużyckiej Brygady WOP, pułkownika Ryszarda Bartoszewicza, będącego przy okazji radnym Wojewódzkiej Rady Narodowej, i w żołnierskich słowach zwrócił mu uwagę na kompletną niestosowność mojego skrajnie niepartyjnego zachowania. Ciosek, człowiek z natury nieporywczy i raczej łagodny, zrobił to w sposób wysoce koncyliacyjny, natomiast pułkownik Bartoszewicz rozmawiał już ze mną w cztery oczy po prawdziwie wojskowemu. Wyglądało to jak u J. Haszka: „- Więc będziesz pan czyścił te wychodki, czy nie będziesz?/ – Posłusznie melduję, że żadnych wychodków czyścić nie będę./ – A ja mówię, że będziecie, sie Einjahriger!/ Posłusznie melduję, że nie będę./ – Do stu tysięcy diabłów, sto wychodków wyczyścicie jak ja wam każę!/ – Posłusznie melduję, że nie będę czyścił ani stu, ani jednego./ I tak sowie rozmawiamy w kółeczko: >Będziesz czyścił?<, >Nie będę czyścił<. I tak te wychodki latały między nami tu i tam, jakby to były dziecięce zagadki…”

         Jaką zbawienną naukę wyciągnąłem z tej bolesnej przygody z Cioskiem? Natychmiast przypomniałem sobie genialną przestrogę Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej: „Ślimak w swojej skorupie śni / Tę radość zaszczytną: / Nie kładź oczu między drzwi, / To ci ich / Nie przytną”.

         Tymczasem pułkownika Bartoszewicza wkrótce awansowano i w nagrodę przeniesiono do Kętrzyna na komendanta Centrum Wyszkolenia WOP. Na wolne stanowisko dowódcy do naszej lubańskiej brygady przysłano z Gdańska paskudnego, chronicznie alkoholicznego typasa. Wyglądał dokładnie tak, jak wyglądała w tamtych czasach większość tego typu wybitnych dowódców liniowych: niski, gruby, wiecznie noszący brudne koszule oraz widowiskowo poplamione krawaty i spodnie. Fryzurę miał dumnie zaczesaną à la Władysław Gomułka, a przednie zęby wystające niczym u Królika Bugsa. Jego poziom intelektualny oraz rozwój duchowy oscylowały stabilnie na poziomie świeżego brokułu. Jeżeli ten człowiek posiadał w ogóle jakiekolwiek ukryte zalety, to trzeba mu oddać, że maskował je przez całe życie z rzadko spotykaną, genialną starannością. Nie chcę tutaj wymieniać jego prawdziwego nazwiska z szacunku dla ludzkich uczuć, zresztą wszyscy w brygadzie i tak nazywali go po prostu „Żwirkiem”. Więc niech tak już w historii zostanie.

         Nowo upieczony dowódca ŁB WOP błyskawicznie i za wszelką cenę usiłował się zakolegować z potężnym Cioskiem, a ja – jak na złość – po raz kolejny złamałem świeżo dane sobie przyrzeczenie o niewkładaniu oczu między drzwi. Pisząc serię historycznych tekstów o dziejach Lubania, bezczelnie przypomniałem fakt bezmyślnego wysadzenia dynamitem przez lokalne władze zabytkowego, ewangelickiego kościoła. Ciosek natychmiast uznał mój artykuł za wredną, antypaństwową postawę, głęboko uwłaczającą honorowi oficera Wojska Polskiego. Powiedział o tym prosto w oczy „Żwirkowi”, który prywatnie był wielkim przyjacielem pełniącego obowiązki zastępcy dowódcy WOP do spraw politycznych, pułkownika Czesława Żmudy – ortodoksyjnego komunisty, człowieka inteligentnego wybitnie a rebours i o wyjątkowo mendowatym sposobie postępowania.

         Sprawa mojego wywrotowego pisania mogła w każdej chwili trafić do samej stolicy, a gdyby tam w Warszawie wyszło na jaw, że za tajemniczym „Ch. Arlatanem” kryje się czynny oficer polityczny, wybuchłaby gigantyczna chryja. Widząc wyraźnie, co się święci i jak pętla zaciska mi się na gardle, spakowałem któregoś dnia „Żwirka” do samochodu i przywiozłem go prosto do gabinetu druha dyrektora Adama Solarza. Ten ostatni zdążył się już wybić w nowym województwie na zaszczytne, chyba trzecie pod względem realnego znaczenia miejsce – zaraz po Ciosku i Chocholaku.

         Harcmistrz Solarz – były dzielny żołnierz elitarniej 6 Pomorskiej Dywizji Powietrznodesantowej w Krakowie (czyli popularnych czerwonych beretów), komendant hufca ZHP, a następnie kilkusezonowy dyrektor najważniejszego w województwie Wydziału Społeczno-Administracyjnego w Jeleniej Górze – był wielkoformatowym działaczem harcerskim. A przy tym moim sudeckim komilitonem, pierońską duszą, chwatem i morowym chłopem, z którym „tańcząc na uranie” niejedną opuszczoną sztolnię pouranową osobiście spenetrowaliśmy. To ja osobiście wyrobiłem mu w środowisku ksywę „Rogatnika Uszatego” – czyli ptaka z rodziny lejkowatych, cechującego się tym, że w czasie lotu wydaje charakterystyczne, monotonne dźwięki: „tut, tii-oł”. Adam czytał mnóstwo mądrych książek i pracował właśnie nad naukową monografią Harcerskiej Służby Granicznej.

         Jednym słowem: Solarz był już pełną gębą jeleniogórskim VIP-em. Harcmistrz nie zapomniał jednak starej prawdy, że niegdyś był moim wiernym towarzyszem broni. Bez zbędnych słów otworzył swój potężny regał, wyjął zza książek oszronioną flaszkę wódki „Polonez” oraz kryształowe kieliszki. Ja skromnie wypiłem przepisowe 25 gramów, Solarz zaledwie kurtuazyjnie umoczył wargi, a„Żwirek” jednym sprawnym ruchem gardła wychłeptał całą resztę.

 

Bankiet w kasynie, tajnopisy z aspiryny i cienie przeszłości

Gdy we wspomnianym gronie zasiedliśmy do stołu, dyskusja leniwie toczyła się wokół spraw absolutnie oznaczających wielkie nic. Trzeba jednak przyznać, że o owym niczym debatowaliśmy z rzadko spotykaną, wręcz tytaniczną inteligencją. Finał był taki, że z zauważalnym trudem, acz z pełnym sukcesem logistycznym, odprowadziliśmy „Żwirka” do luksusowego środka transportu, jakim był nasz służbowy samochód. Tak czy inaczej, Stanisław Ciosek – choć intencje wobec mojej skromnej osoby żywił zapewne nienaganne – wykazał się kompletną ignorancją w kwestii psychiki niejakiego Żmudy. Ów Żmuda, w międzyczasie i ku utrapieniu wielu, z pozycji zastępcy dowódcy WOP do spraw linii jedynie słusznej polityki, katapultował się prosto na fotel szefa gabinetu samego ministra spraw wewnętrznych, generała Czesława Kiszczaka.

Pech, który wiernie asystował mi od pieluch, a w strukturach mundurowych osiągnął wręcz status permanentnego cienia, sprawił, że do Łużyckiej Brygady z gospodarską wizytą zawitali ramię w ramię: Ciosek oraz Żmuda. Cel był szczytny – powitanie delegacji bratnich pograniczników z NRD. Obowiązki pełnego godności gospodarza pełnił, a jakże, niezrównany „Żwirek”.

Oczekując na enerdowców, nasza urocza partyjno-wojskowa „trójca” postanowiła zabić czas w garnizonowym kasynie. Do stołu podawała im „Murka” – niewiasta o urodzie wręcz zjawiskowej. Na co dzień pełniła funkcję sekretarki dowódcy brygady, stanowiąc bezcenny spadek po poprzednim przełożonym. Chociaż, głowy nie dam, czy to była akurat „Murka”. Pięknych dziewcząt w Lubaniu było wówczas zatrzęsienie, niczym grzybów po obfitym deszczu.

         Wszystkie te kadrowe perły z niezwykłym wyczuciem estetyki selekcjonował osobiście pułkownik Bartoszewicz, oferując im nad wyraz atrakcyjne zatrudnienie w strukturach brygady. I proszę mnie tu nie posądzać o jakiekolwiek podszepty Erosa! Pułkownik Bartoszewicz, jako potrójnie dyplomowany intelektualista marksistowski (absolwent OS WOP, ASG i WAP), doskonale znał instrukcje. Czuł na swoich barkach potężny obowiązek dbania o nienaganny stan moralno-polityczny podwładnych i nigdy nie pozwoliłby, aby w działalności służbowej rządzili nim nadwiślańscy amorki. Był pragmatyczny aż do bólu. Przy rekrutacji dam decydowały wyłącznie najwyższe przymioty etyczne i kompozycja estetyczna. No, chyba że…

         Gdy Bartoszewicza awansowano do Kętrzyna, to całe urokliwe dziedzictwo przejął stetryczały „Żwirek”, który wobec płci pięknej ogłosił całkowite desinteressement. Nic dziwnego, że dziewczęta na samo wspomnienie Bartoszewicza roniły łzy czyste jak płyn do spryskiwaczy i z dziką rozkoszą podłożyłyby nowemu szefowi jakąś soczystą świnię.

         Podczas bankietu obsługująca ich piękność usłyszała mimochodem, jak Ciosek z troską w głosie pyta „Żwirka”, czy ten wybitnie nisko partyjny oficer nadal błąka się po Lubaniu i płodzi te swoje obrzydliwe paszkwile. Temat lotem błyskawicy podchwycił Żmuda, który pałał do mnie żądzą odwetu jeszcze od czasów awantur szklarsko-porębiańskich, ufundowanych na fali nagonki antysemickiej oraz praskiej wiosny. Żmuda poczuł krew i znów zamarzył, by wdeptać mnie w błoto. Trzeba mu oddać, że oprócz talentu do czynów wybitnie szmatławych, był oficerem na tyle rozgarniętym, iż w mig rozszyfrował ukryte dno moich dwóch skandalizujących dzieł.

Pierwszym z nich było „7 rozmów z generałem dywizji…”, w którym – pod grubą warstwą kamuflażu – usiłowałem ostrzec raczkującą „Solidarność”, że MSW prowadzi z nią wyrafinowaną grę operacyjną. Przypominało to przedwojenny Trust czy powojenną, prowokatorską kombinację „Cezary”, wzorowaną na słynnej V Komendzie WiN. Drugim grzechem był „Portret szpiega”, gdzie czarno na białym wyłożyłem gotową receptę, jak przy użyciu tak rewolucyjnego specyfiku jak zwykła aspiryna sporządzić tajnopis, który u kryptologów z MSW wywoła długotrwały ból głowy.

         Wychodząc z założenia, że najciemniej jest pod samą latarnią, uznałem, iż genialnym kamuflażem dla mojej wywrotowej działalności będzie… absolutna jawność. Dlatego w „7 rozmów…” bezczelnie sparowałem w aneksach tajne materiały dotyczące V Komendy WiN z przechwyconymi raportami z podsłuchu łączności wywiadowczej między Brukselą a centralą NSZZ „Solidarność”. Z kolei w „Portrecie szpiega”, powieści opartej na .autentycznych wyczynach potrójnego agenta (pracującego symultanicznie dla KGB, MSW oraz CIA), Bogdana Zenona Walewskiego vel „Płotki”, poddałem drobiazgowej analizie technologię jego korespondencji z centralą w Langley. Powstał podręcznik szpiegostwa stosowanego, przy którym dezyfranci z Rakowieckiej dostawali gęsiej skórki. Całe to zamieszanie i ewentualne kłopoty z gracją zwaliłem na barki generała Władysława Pożogi.

 

Jak ugotować deszyfrantów z MSW i wiersz dla Cioskowych błotek

 

W starciu ze Żmudą wyciągnąłem najcięższe działa: oficjalne, wewnętrzne recenzje moich rzekomo inkryminowanych książek. Listy pochwalne podpisali osobiście tacy tytani intelektu jak Stanisław Ciosek, Czesław Kiszczak, Jerzy Urban oraz Jan Główczyk. Panowie ci z moich literackich zawijasów nie zrozumieli absolutnie nic, więc ich oceny były wręcz entuzjastyczne. Czesław Żmuda musiał spuścić z tonu i spasować. Czy z tego powodu uronił gorzką łzę w zaciszu gabinetu? Tego historia nie odnotowała.

         A co spotkało mnie za ten nieszczęsny felieton o zarybianiu dziur drogowych w pasie działania naszej dumnej brygady? Nic, czym mógłbym się dziś chwalić na salonach, narzekać na opresyjność minionego ustroju czy ubiegać o order wojenny w IPN. Niemniej jednak książki żyły własnym, prowokującym życiem.

         Niebawem z furią zaatakowała mnie dr Alina Cała z Żydowskiego Instytutu Historycznego, wspomagana przez pewnego pułkownika z profesorskim tytułem, którego z czystej empatii do zwierząt nie porównam do kundla, by nie obrażać czworonogów. Pani doktor wzięła na warsztat dwa moje tytuły: „7 rozmów z generałem…” oraz „Kto zabił”, wysuwając pod moim adresem ciężkie oskarżenia o antysemityzm. Alinka, niczym krwiożercza pijawka przyssana do mojej żylastej łydki, zaczęła kolportować w przestrzeni publicznej (w tym na łamach Wikipedii) niestworzone banialuki, kopiując metody godne bezpieki i Wojskowej Służby Wewnętrznej z czasów generałów Teodora Kufla i Franciszka Szlachcica. No sami powiedzcie: czy dla skromnego pisarza może być większa nobilitacja, niż sytuacja, w której trzy tak potężne instytucje jak ŻIH, MON i MSW rzucają się gremialnie na jego skromne wypociny?

         Podczas gdy w kuluarach trwał ten ponury sabat Cioska, Żmudy i Żwirka, ja siedziałem cicho jak mysz pod miotłą w gabinecie metodycznym, który – nieskromnie mówiąc – sam zbudowałem od absolutnego fundamentu. Na stanie miałem dwie propagandowe Nyski. Jeździliśmy nimi po okolicznych PGR-ach i miasteczkach, z zapałem godnym lepszej sprawy wychwalając uroki socraju i werbując ludność do czynnej ochrony granic naszej socjalistycznej ojczyzny. Woziliśmy tam harcerzy, ale nikomu z nas nie postała w głowie myśl, by wzorem niektórych współczesnych stróżów prawa wywozić do lasu urokliwe niewiasty.

         Mimo tej ascetycznej wstrzemięźliwości, podstępnie oskarżono mnie o demoralizację słuchaczy oraz… propagowanie homoseksualizmu. Efekt? Kolejny klasyczny kopniak w górę. Przeniesiono mnie karnie do redakcji tygodnika „Granica” na prestiżowe stanowisko kierownika działu wojskowego. To właśnie wtedy, powtarzając sobie jak mantrę radę, by „nie kłaść oczu między drzwi”, popełniłem następujące wiekopomne dzieło liryczne: W hołdzie Cioskowym kałużom z ulicy Wojska Polskiego w Lubaniu:

         Niebo, Kochani Parafianie,
         Nie byłoby tak duże,
         Gdyby nie my…
         Cioskowe w Lubaniu kałuże.
         Słońce zapewne rady by nie dało,
         Gdyby samo, bez nas, świecić miało.
         My, kałuże, powielamy je bez końca,
         Tabliczką mnożenia wszechmocnego słońca.

         Świat, Kochani Parafianie,
         Byłby okropnie ponury,
         Gdyby nie my, Cioskowe –
         Malownicze doły i dziury.
         Gdyby, Kochani Parafianie,
         Nie te błotka lśniące,
         Chlapiące,
         Gdzie odbite są słońca setki,
         A nawet tysiące.
         I dlatego, Kochani Parafianie,
         Jesień mieni się złotem,
         I dlatego, moi drodzy,
         Otoczeni jesteśmy błotem.
         Także tym politycznym,
         No i… Cioskowym.

 

„Likwidator” na moskiewskim wygnaniu i oniryczne spotkanie w Orlu

 

Co dzisiaj, z perspektywy czasu, myślę o Stanisławie Ciosku? Dokładnie to samo, co niegdyś. Ciosek był klasycznym produktem i beneficjentem epoki rozpadu świata dwubiegunowego. Ta dziejowa cezura stała się w jego biografii momentem iście przełomowym. Po pamiętnych wyborach czerwcowych w 1989 roku przeszedł głęboką transformację mentalną. Przeżył swoistą metanoję, okazując się postacią nad wyraz pożyteczną dla raczkującej, chaotycznej III Rzeczypospolitej. Trzeba mu oddać, że w miarę swoich skromnych możliwości personalnych, próbował dobrymi uczynkami zmazać grzechy, jakie popełnił w Kraju Pieroga i Zalewajki w czasach, gdy dumnie nosił status peerelowskiego dygnitarza.

         Znany w sudeckich kurortach (i na krajowych salonach) zapalony narciarz, wytrawny polityk, niemcoznawca, a przy okazji świetny pisarz i dziennikarz, dr Julian Bartosz – mój osobisty konfrater, którego bezpieka inwigilowała z równym zapałem jak mnie – podsumował go następującymi słowy:„Stanisław Ciosek, ksywa 'Likwidator’. Został przewodniczącym Federacji Socjalistycznych Związków Młodzieży – federacja natychmiast się rozwiązała. Został ministrem do spraw związków zawodowych – ich działalność w trybie pilnym zawieszono, a potem zakazano. Objął teczkę ministra pracy i płacy – praca cudownie zniknęła, a płace zwiędły. Gdy w końcu mianowano go sekretarzem generalnym PRON, ruch ten dokonał radosnego samorozwiązania”.

         Mając na uwadze te doprawdy imponujące sukcesy destrukcyjne, premier Tadeusz Mazowiecki uznał, że idealnym miejscem dla Cioska będzie dyplomatyczne zesłanie do Moskwy. Pierwszy niekomunistyczny szef rządu zamartwiał się jedynie, że z twardymi Sowietami naszemu „Likwidatorowi” nie pójdzie tak gładko.          Tymczasem wiecznie niedoceniany Stanisław, ledwo zdążył złożyć na Kremlu listy uwierzytelniające, a potężny Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich zaczął trzeszczeć w szwach i ostatecznie runął

ONIRIADA

Poranek na Orlu wstał tak gęsty,
że mgłę można było kroić wojskowym bagnem.
Pod koniec trzeciego roku absolutnego panowania,
zjechał tam sam Jeleniogórski Książę.
U boku wierny harcmistrz, Adam Solarz, niósł w plecaku ciężar państwowej odpowiedzialności.

U wjazdu na polanę, zamiast czerwonego dywanu,
czekał Duch Gór, profesjonalnie przepoczwarzony
w bacową o operacyjnym kryptonimie „Owca”.
Wokół stały byki, które na rozkaz partii
potulnie udawały barany, choć w świecie realnym
były tylko kastratami leśniczego Malca.

Harcmistrz Solarz, z instynktem starego przewodnika, szeptał Księciu do ucha:
„To  Karkonosz! Ma moc absolutną, ale kocha nową władzę”. Lecz Książę, z iście wielkopańskim dostojeństwem, olał sudeckiego strzygę i jego zmetamorfozowane stado.
Minął barany, minął pasterza – i tak nie mieli wspólnych interesów. Ruszyli prosto na schronisko rysiów „Granicznik”.

Stopy tonęły w trawie soczystej i zielonej, bardziej zielonej niż obietnice Władysława Kosiniaka-Kamysza.
Krok w bok, wąska ścieżka, barokowy mostek na Izerze. System potrzebuje chłodzenia.
Ostro w zachód! To nie był zwykły skręt,
to był profetyczny manewr geopolityczny.
Książę zrozumie go dopiero za dwanaście lat,
gdy sam oficjalnie ucieknie w tamtą stronę świata.
Na razie świerkowe gałęzie smagają go po twarzy,
niczym skrzydła aniołów z resortowym przydziałem.

W Kraju Pieroga i Zalewajki sprawy szły ku gorszemu. Książę dwoił się i troił w prowincjonalnym królestwie, podczas gdy Warszawa rzucała mu kłody pod nogi.
A przecież pod mchem leżał uran! Moskwa rzekła: „Niet!”.
Pod Kotliną bulgotało gigantyczne jezioro termalne, gorące jak retoryka Donalda Tuska.
Mogło ogrzać województwo, zlikwidować kopciuchy, ale centrala nakazała: zapomnieć o geotermii, fedrować węgiel!

Wreszcie skała „Granicznika”.
Utrudzeni dygnitarze siadają na wilgotnym mchu,
a z gęstwiny, bez zgody komitetu wojewódzkiego,
wyłania się ryś.
„Dzień dobry” – mruknął kot z wysokości skały.
Książę, poprawnie wychowany przez aparat państwowy, odparł: „Dzień dobry. Wyglądasz nadzwyczaj efektownie”.
Biurokracja stygnie w lodzie.
 „Jestem ryś” – rzekł ryś z wrodzoną kotom dumą.
„Pobaw się ze mną, dopadł mnie smutek” – prosił Książę.
„Nie mogę, nie jestem oswojony” – syknął drapieżnik.
„A cóż to znaczy?” – dociekał zdumiony aparatczyk.
Ryś westchnął: „Widać, żeś nietutejszy. Czego tu szukasz?”.
„Szukam ludzi” – błądził myślami dygnitarz.

„Ludzie mają strzelby i polują na mnie, co jest nietaktowne. Hodują też barany. Czy ty też szukasz baranów?”.
„Skądże! Szukam przyjaciół!” – żachnął się namiestnik PZPR.
„Oswoić to stworzyć więzy” – edukował kot.
„Teraz jesteś dla mnie tylko prowincjonalnym książęciem, jednym z czterdziestu ośmiu identycznych w tym kraju. A ja dla ciebie zwykłym rysiem. Ale gdy mnie oswoisz, będziemy dla siebie jedyni na świecie”.

Książę pomyślał o Róży. „Ona mnie oswoiła, ale to nie było na Ziemi”.
„A są tam myśliwi i barany?” – spytał zaciekawiony kot.
„Nie ma”.
„Ach, nie ma światów doskonałych…” – westchnął ryś.
I podał sekret: „Dobrze widzi się tylko sercem.
Oczy są ślepe. Jesteś odpowiedzialny za to, co oswoiłeś”.
Książę mruknął pod nosem: „Oswajałem socraj przez lata… Być może niedługo będę odpowiedzialny za jego pełne rozpieprzenie”.
Wizje zamarzają na kość.
„I bez wątpienia przyjdzie mi odpowiedzieć za to,
co z owego socraju ostatecznie pozostanie” –
powtórzył Książę, jakby pisał raport dla centrali.
Gryzł się myślami, antycypował własny nekrolog.
Umrzeć – rzecz pewna. Ale co przed kurtyny opuszczeniem?
Wewnętrzny, bezpieczniacki głos szepnął mu do ucha: „Zostaniesz ambasadorem w Moskwie”.

Czymże więc podsumować ten opasły rozdział wspomnień, tę literacką operację na żywym organizmie historii?
Oddajmy głos mistrzowi Witoldowi Gombrowiczowi: „Wybaczcie, czytelnicy, nadmierną skromność, która doprowadziła do tak skromnych rezultatów. Wybaczcie też nieskromność – wysmażyłem vie romancée, upiększając i dramatyzując szarą nikłość mojego życia. Wszystko po to, by nie nudzić szerszej publiczności. Chciałem, by te rozmowy były barwne i przystępne. A jeśli ktoś mi zarzuci, że bezczelnie udaję geniusza… Cóż, nie przypuszczam, by to mogło się zdarzyć.
Ale gdyby nawet – na zarzuty zbyt głupie
inteligentny autor po prostu nie odpowiada”.
Ostatni raport trafia na dno szuflady.

 

PS

Jest to rozdział książki: „Raptularz znaleziony pod wycieraczką”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.