Dzięki swej mocy mogą kraść bezkarnie.
Precz. Nie kochajcie się. I niech każdy okrada innych.
Macie więcej złota.
Podrzynać gardła!
Każdy z napotkanych
To złodziej. (…)
Złoto, tak czy tak, zgubę wam przyniesie.
William Szekspir
Skarby dla maluczkich i bankowe fajerwerki
Skarby, skarby, skarby. Złoto Trzeciej Rzeszy, „złoty pociąg”, skarb Piastów śląskich. Skrytki pułkowników, WIN, UPA, Werwolfu… Słowem: wszystko, co rozpala wyobraźnię niedzielnych poszukiwaczy z wykrywaczami metalu za kilkaset złotych.
Jak mawiał Fryderyk Nietzsche: „Bywają prawdy, które najlepiej przyswajają sobie mierne głowy, gdyż są dla nich najodpowiedniejsze, bywają prawdy, co tylko dla miernych duchów posiadają urok i ponętę”.
Trudno o lepsze podsumowanie sudeckiej gorączki złota.
Aby mówić rozsądnie o skarbach Sudetów, należy poznać sytuację militarną pod koniec światówki. W oficjalnej historii na próżno szukać wzmianek o bitwie o Sudety. I nic dziwnego. Oficjalnie takiej bitwy nigdy nie było. To była kameralna, cicha wojna wywiadów. Prawdziwe szachy na trupach, rozegrane, gdy umilkły frontowe wystrzały.
Choć bez zdobywania Wrocławia można było zdobyć Berlin, to obszar między Odrą a Nysą Łużycką kusił czymś więcej niż strategią. Ziemie te były niezwykle zasobne w surowce mineralne i inne „atrakcje”. W 1944 roku Niemcy przenieśli tu fabryki zbrojeniowe i laboratoria pracujące nad Wunderwaffe. Wynikami tych badań interesowali się wszyscy. Niestety, są to do dziś największe tajemnice tamtych lat, po których zostały jedynie krwawe ślady.
W pierwszą wiosenną noc marca 1945 roku na dziedzińcu wrocławskiego banku pojawiło się osiem ciężarówek. Grupa żołnierzy Wehrmachtu przyprowadziła dwudziestu jeńców, a esesmani – dyrektora banku. Jeńcy wynieśli ze skarbców 14 skrzyń ze złotem (każda po 50 kilogramów), 49 pak z dziełami sztuki oraz 25 zagadkowych, lekkich pojemników.
Co w nich było? Pewnie genialne plany hitlerowskich naukowców, które miały zmienić losy wojny, a skończyły jako mityczna pożywka dla poszukiwaczy sensacji.
Po załadunku esesman wrzucił dwa granaty do sejfu z jeńcami i zatrzasnął pancerne wrota. Na odchodnym inny hitlerowiec pociągnął z automatu po plecach swoich kolegów z Wehrmachtu. Ot, niemiecka solidarność i dbałość o brak świadków.
Jeden z żołnierzy jednak przeżył. Przetrwał egzekucję, sowiecką niewolę, ale poległ w latach późniejszych, gdy po powrocie do Polski zaczął węszyć wokół dawnej sprawy. Pechowo wpadł pod ciężarówkę, której kierowcy – jaka niespodzianka! – nigdy nie odnaleziono. Seryjny samobójca tamtych lat miewał też koła.
Jako nastolatek, uczeń liceum w Szklarskiej Porębie i Jeleniej Górze, karmiony opowieściami autorytetów i sąsiadów, spisałem te rewelacje w formie powieści. Wysłałem do Gazety Robotniczej. Redaktorzy, zamiast wypłacić mi honorarium i wysłać ekipę z łopatami, po prostu mnie wyśmiali. Widocznie ich głowy były zbyt mierne na tak wielkie prawdy.
Fabryka mitów, znikające ciężarówki i strategiczne szachy
Wymyślona przeze mnie historia o znikającym w Sudetach konwoju z cennym ładunkiem, podchwycona później przez lokalne legendy o „Złotym Pociągu”, służy jako przykład, jak fikcja literackia może napędzać realne poszukiwania skarbów. Opowieść ta, osadzona w realiach końcowej fazy wojny, sugeruje próbę przerzutu mienia na południe przez Czechosłowację, co łączy się z badaniami nad rolą wywiadów zachodnich i lokalnymi tajemnicami górskich przełęczy.
Korzystając z faktu, że byłem zawodnikiem Górnika Wałbrzych, oddałem ten rękopis starszemu koledze, Aleksandrowi Kopciowi. Przeczytał, pochwalił, zachęcił do pisania. Nie wiem, co działo się z nim dalej, ale nagle Tadeusz Słowikowski z Wałbrzycha popełnił bliźniaczy tekst – z tą różnicą, że zamiast moich nieszczęsnych samochodów, zmajdrował legendę o „Złotym pociągu”.
Moje książki z lat 80. rozpaliły wyobraźnię wielu, aż na początku XXI wieku wybuchła prawdziwa gorączka złota. Czy szukacze wierzą w to, co plotą w mediach? Nie wiem. Ale dla regionu to reklama doskonała.
Wracając do moich ośmiu ciężarówek: dwudziestu trzech ludzi i bezcenny ładunek znikają jak kamfora. Czy Niemcy działali na własną rękę, czy stały za tym wywiady USA, Wielkiej Brytanii lub Francji? Wywiad sowiecki odpada – oni byli na miejscu, po Jałcie i tak wiedzieli, że prędzej czy później wezmą wszystko bez dzielenia się z nikim.
Tajemnicza kolumna jechała tylko nocą, maskując się za dnia w gęstwinie. Trzeciego dnia podróży wjechała do śródgórskiej kotliny w Sudetach Zachodnich – długiej na 15 kilometrów, szerokiej na 12. Ominęła Jelenią Górę i ruszyła na Marczyce. Stamtąd widać Śnieżkę i Karkonosze.
Dowódca miał twardy orzech do zgryzienia. Przebicie na zachód przez Nysę było bezcelowe. Pozostała droga na południe, do Amerykanów w Czechosłowacji. Pierwsza opcja: Przełęcz Karkonoska, ale droga była nieskończona i tonęła w śniegu. Tuż obok leży Kozacka Dolina i groby pomordowanych jeńców. Czyżby…? Druga opcja: Przełęcz Szklarska, oddzielająca Karkonosze od Gór Izerskich.
Czeski błąd, seryjni poszukiwacze i jeleniogórska ciężka woda
Rozważmy zatem trasę przez Przełęcz Szklarską. Śnieg co prawda leżał, ale droga była przejezdna. Niemcy bez przerwy gnali tamtędy swoje jednostki, co zresztą spłodziło kolejny uroczy mit: ponoć najkrwawsza katastrofa lawinowa w historii Polski w Białym Jarze zabiła czterech Niemców, którzy szli tam… sprawdzać skrytki ze skarbami III Rzeszy.
Oczywiście. Lawina jako strażnik depozytów Führera brzmi dumnie. Jednak dla tajnego transportu osiem ryczących ciężarówek w gęsto zaludnionym Sobieszowie, Piechowicach czy Szklarskiej Porębie byłoby równie dyskretne jak przemarsz orkiestry dętej.
Pozostawał szlak przez przełęcz Okraj. Komfortowe drogi po obu stronach Karkonoszy, gęsty las jako darmowy kamuflaż i względna bliskość Amerykanów – w końcu niedaleko wojował sam generał Patton.
Ale czeska strona milczy. Nie ma ani jednego świadka. Nawet Bohumil Hrabal nie wpadł na ten pomysł, bo jakoś trudno byłoby wpleść złote sztaby pomiędzy opowieści snute przy kuflu piwa.
Co zatem stało się ze skarbami? Dzisiejsi domorośli poszukiwacze będą kopać te góry do końca świata i o jeden dzień dłużej. I jestem absolutnie pewny, że nigdy niczego nie znajdą. Bo całe to złoto najpewniej dawno i bez zbędnych ceregieli zabrali Rosjanie, którzy kręcili się w okolicach Szklarskiej Poręby już od połowy 1944 roku.
Dla niezłomnych fantastów mam jednak trzy wersje. Pierwsza: część wrocławskiego transportu spoczywa w podziemiach zamku Grodno w Zagórzu Śląskim. Szukajcie więc, poszukiwacze! Rozkopujcie góry, spuszczajcie wodę ze sztucznych jezior – dokładnie tak, jak chciał to zrobić słynny pułkownik magister Uć z WOP-u, o czym za moment. Druga wersja: Sosnówka Górna, rejon Grabowca i Dobrego Źródła. Trzecia, najbardziej malownicza: Szwedzkie Skały. Przyroda wokół nich zapiera dech w piersiach – potężne, granitowe ostańce wznoszą się dumnie nad reglowym lasem, a w ich cieniu szumią kryształowe potoki, idealnie tłumiąc odgłosy łopat.
Żeby podkręcić atmosferę, dorzuciłem do mojej opowieści drugą akcję – tym razem w Jeleniej Górze, kilkanaście dni później. Tamtejszy bank miał co prawda sejfy tak mikre, że mogłyby służyć za przedpokój wrocławskich podziemi, ale jak mawiają – to nie kubatura się liczy, a zawartość.
W końcu u stóp Karkonoszy Niemcy upchnęli potężny przemysł chemiczny i zbrojeniowy. Istnieje uzasadnione podejrzenie, że po zbombardowaniu fabryki w Norwegii, to właśnie tutaj zaczęli pędzić swoją upragnioną ciężką wodę. Sejfy jeleniogórskie musiały więc kryć sekrety, o których wywiady mogły tylko marzyć. Zgodzicie się przecież, że tak mogło być. A jak nie było, to tym gorzej dla faktów.
Wyborowa porcelana, seryjny zgon i bawarski Brockhaus
O pośpiechu i wadze ewakuacji świadczył fakt, że wywóz materiałów z jeleniogórskich podziemi odbył się dosłownie w przededniu wmaszerowania Armii Czerwonej.
Akcję przeprowadzono w głębokiej tajemnicy, ale – na nieszczęście dla konspiratorów – na scenę wkroczył świadek: Niemiec o nader melodyjnym nazwisku Wolfgang Amadeus Ritschranz. Według protokołów przesłuchań PUB, Ritschranz, wracając z porannego spaceru pod koniec kwietnia lub na początku maja 1945 roku, struchlał na widok po zęby uzbrojonej kolumny Wehrmachtu z zasłoniętymi tablicami. Dowodzili nimi „czarni”, czyli esesmani. Oczywiście niewykluczone, że byli to po prostu przebierańcy z jednostek specjalnych.
Żołnierze sprawnie przepędzili gapiów i przystąpili do kilkugodzinnego, potężnego wysiłku. Kazali wywlec z banku sejfy o numerach 15, 16, 17, 18, 19, 20 oraz 33 i 35. Te pierwsze skrywały prawdopodobnie legendarne dobra rodu Schaffgotschów: biżuterię, miśnieńską porcelanę i złote sztaby.
Sam zresztą spoglądam na ścianę mojego pokoju. Wisi tam obraz w pięknych, stylowych ramach, rzekomo z kolekcji Schaffgotschów, który nabyłem drogą kupna za pół litra „Perły” od zaprzyjaźnionego szabrownika.
No dobrze, prawda jest nieco mniej spektakularna – płótno namalował mój przyjaciel Tadeusz Nodzyński, uczeń samego Pronaszki. Przedstawia ono chatę w Białej Dolinie, gdzie pod koniec wojny biesiadowało dwóch sowieckich szpiegów.
Co z kolei kryło się w sejfasz 33 i 35? Tego Ritschranz nie wiedział lub powiedzieć nie chciał. Zresztą od lat już nic nie powie – zmarł nagle na atak serca w 1947 roku. Co za przypadek: zgon nastąpił tuż po tym, jak zaczęli go nachodzić tajemniczy goście z Zachodu. Sam Tadeusz Steć dowiedział się od felczera wypisującego akt zgonu, że ostatnim gościem denata był Francuz o jakże rdzennie bretońskim nazwisku Błażejewski.
Najpewniej te dwa ostatnie sejfy zawierały bezcenną, choć niekompletną dokumentację naukową. Niemcy wykazali się tu iście teutońską złośliwością: na przełomie lat 1944-1945 wywieźli do Bawarii sejfy 34 i 36, dzieląc tajne plany Wunderwaffe tak, że co druga kartka została w Jeleniej Górze, a reszta pojechała w Alpy. Na dodatek całość zaszyfrowano kluczem opartym na encyklopedii Brockhausa. Bez kompletu kartek i odpowiedniego tomu, zdobywca tajnych planów mógł sobie nimi co najwyżej rozpalić w piecu.
Gdy załadowano ostatni sejf, plandeki zasznurowano, a na skrzyniach rozsiedli się strzelcy wyborowi z rkm-ami. Kolumna ruszyła z kopyta w stronę Cieplic, lecz nagle odbiła na północ, wybierając wyboiste, dziurawe drogi polne. Dlaczego dowódca wolał gubić zawieszenie i ryzykować ugrzęźnięcie w błocie, zamiast jechać wygodnym traktem przez Cieplice, Sobieszów i Piechowice?
Otaczająca te bezdroża przyroda zdawała się kpić z niemieckiego pośpiechu – młoda, soczysta zieleń dopiero co obudzonych traw i żółte łany kaczeńców w przydrożnych rowach tworzyły sielskie tło dla wstrząsanych wybojami ciężarówek, z których co chwila dobiegał głuchy brzęk rzekomej miśnieńskiej porcelany.
Gajowy z wywiadu, kopalnia sekretów i sudecki Werwolf
Przed Piechowicami kolumna gwałtownie skręciła w prawo, ku uśpionemu Górzyńcowi. Wieś ta, malowniczo wciśnięta między Wysoki a Kamieniecki Grzbiet, tonęła w gęstym mroku majowej nocy. Zapach wilgotnej ściółki i kwitnących w dolinie czeremch mieszał się z duszącym smrodem spalin osiem ciężarówek, które z wyłączonymi reflektorami pełzły ku lasowi.
Nie wszyscy jednak spali. Czuwał niejaki Helmut Botfald, pomocnik gajowego. Oficjalnie: gorliwy sługus Rzeszy. Nieoficjalnie: as radzieckiego wywiadu, przysłany w Karkonosze, aby osobiście wywąchać tajemnicę niemieckiego uranu. Chłop chłopem, ale węszył znakomicie. Botfald jako jedyny widział kolumnę niknącą w leśnej gęstwinie.
Fama głosi, że transport podzielono. Mniejsza część ruszyła Drogą Sudecką ku Kozackiej Dolinie. Większa, ta z Górzyńca, miała trzy drogi do wyboru. Pierwsza prowadziła ku Rozdrożu Izerskiemu i najwyżej położonej w Europie odkrywkowej kopalni kwarcu (Stanisław). Mało który z dzisiejszych domorosłych „eksploratorów” wie, że pod tą gigantyczną dziurą w ziemi wydrążono w latach 40. dwie potężne sztolnie. Długie na trzysta metrów, szerokie i wysokie jak hangary – idealne, by schować tam konwój, a wjazd wysadzić w powietrze.
Po wojnie wejścia zasypano rumoszem skalnym. Hej, poszukiwacze! Zamiast klikać w internet, bierzcie kilofy i rozkopujcie Izerskie Garby! Może znajdziecie trzecią sztolnię, a w niej to, co ja w latach 60. – kompletny szkielet, najpewniej niemieckiego strażnika, o którym szerzej wspominam w tym moim wiekopomnym dziele. Maskowaniem zresztą nie trzeba się było zbytnio trudzić, bo hojne, wiosenne ulewy szybko zmyły ślady, spłukując skalny gruz z wyższych partii kopalni. Aby to dziś odgrzebać, trzeba by przekopać pół pasma górskiego.
Druga opcja: Niemcy ukryli sejfy w naturalnych jaskiniach na łagodnych stokach. Bajka ładna, ale ma jeden defekt: w tamtym rejonie nie ma ani jednej dziury, do której dałoby się dojechać choćby rowerem, a co dopiero ciężarówką. Trzeba by armii ludzi do noszenia skrzyń. Czy hitlerowcy ich mieli? Owszem. Świadczy o tym masowa egzekucja jeńców budujących Drogę Sudecką, wykonana dokładnie w tym samym czasie. Czy ci nieszczęśnicy najpierw targali złoto Schaffgotschów pod górę, a potem zostali zlikwidowani jako „zbędni świadkowie”? O to należałoby spytać kaci z SS. Ale oni – jaka niespodzianka – w przededniu kapitulacji nagle rozpłynęli się w mglistych sudeckich lasach. Część uciekła do Amerykanów, by budować im demokrację, a reszta założyła lokalny, leśny fanklub pod nazwą Werwolf.
Trzecia możliwość, najwygodniejsza, to ucieczka do Czechosłowacji przez Kozacką Dolinę. W maju dolne partie doliny są już zielone i bezśnieżne. Zresztą, tuż po wojnie, przy drodze ze Szklarskiej Poręby do Harrachova, nieopodal skoczni narciarskiej, znaleziono porzuconą, wojskową ciężarówkę ze skrupulatnie zdrapanymi numerami rejestracyjnymi. Czy to był element układanki? Kto by się przejmował faktami, skoro legenda brzmi o wiele lepiej.
WOP-owskie panteony, czescy snajperzy i absolutny brak mózgu
Przy porzuconej ciężarówce nie znaleziono oczywiście żadnego świadka. Warto jednak dodać, że najbliżej tego miejsca leży „Wiciarka” – legendarne gniazdo szpiegów, gdzie przed laty zginął były pilot RAF-u, będący prawdopodobnie przewerbowanym przez Sowietów agentem francuskim. Może to właśnie z tego wozu pochodziły kluczowe dla wywiadów sejfy 33 i 35? Może ciężarówka odłączyła się od kolumny, by ukryć je w rejonie wodospadu Kamieńczyka?
Tam, zaledwie dziesięć metrów od lustra wody, wznoszą się potężne, pionowe ściany skalne z ciemnego, wilgotnego granitu, wiecznie zroszone lodowatą mgłą wodną. Huk spadającej z ponad dwuudzistu metrów kaskady idealnie tłumiłby odgłosy kucia wnęki, którą przed wiekami wyżłobiono tam w litej skale.
Kiedyś, podczas luźnej rozmowy z żołnierzami rezerwy Górskiego Batalionu WOP w Szklarskiej Porębie, usłyszałem o tej tajemniczej sztolni przy wodospadzie. Podobno sprawdzili ją wopowcy ze strażnicy Kamieńczyk pod dowództwem porucznika Zbigniewa Skoczylasa. Skoczylasowi można było wierzyć – jako deista wierzył w Boga i hołubił pewnego biskupa, ale zachował sobie też prawo oddawania czci marksistowskiemu diabłu. Skrytka faktycznie istniała. Niestety, była pusta.
A teraz z zupełnie innej beczki, choć mój dawny rękopis musiał jakimś cudem przeniknąć na czeską stronę. Jakieś sześćdziesiąt lat temu, jako sierżant podchorąży, odbywałem praktykę na strażnicy Markocice u pułkownika Ryszarda Bartoszewicza. Wracałem o trzeciej nad ranem z kontroli posterunków. Noc była tak potwornie ciemna, że nawet białe psy patrolowe wydawały się czarne. Nagle ostrzelano mnie z czeskiej strony. Strzelali wyjątkowi partacze, koncertowo fuszując robotę. Zameldowałem dowódcy, że niektórzy nasi bracia Czesi to wyjątkowe szuje.
– Szkoda, że cię nie zabili – westchnął smutno Ryszard. – Brygada miałaby przyzwoitego, pośmiertnego bohatera. Rada Państwa zrobiłaby cię podporucznikiem, a generał Jaruzelski przypiąłby ci medal na trumnie. A tak? Do dziś musimy chwalić się poległymi, którymi wstyd się chwalić. Jak kapral Hapunnik, który nie umiejąc pływać, wskoczył w pościgu do Nysy Łużyckiej i utonął, albo szeregowy Wróbel, zastrzelony w nader mętnych okolicznościach.
Słuchałem tego, myśląc o tym, że ktoś właśnie dybał na moje życie. Przypomniał mi się wtedy cytat z Nicolasa de Chamforta: „Kiedy Marlborough był w okopach z siostrzeńcem, kula strzaskała głowę ich przyjacielowi, bryzgając mózgiem na twarz młodego człowieka, który cofnął się ze zgrozą. Marlborough rzekł zimno: «Widzę, że jesteś zdziwiony?». «Tak – odparł młodzieniec – jestem zdziwiony, że człowiek, który miał tyle mózgu, narażał się dobrowolnie na tak bezcelowe niebezpieczeństwo»”.
Powiedziałem więc Bartoszewiczowi, że współczuję mu smutku, ale wolę być żywym budowniczym socjalizmu niż martwym gipsem na pomniku Ludowego Wojska Polskiego. Wieczorem pomyślałem jednak, że porucznik miał rację – umiera się raz, a umierając wcześniej, jest się po prostu trochę dłużej martwym.
Gdy lata później Bartoszewicz został szefem Centrum Szkolenia WOP w Kętrzynie, pogratulowałem mu bezlitośnie: „Rysiu, wszedłeś do Panteonu wopowskich znakomitości obok generałów Stopińskiego i Jury, pułkownika Żmudy czy pułkownika magistra Wojciecha Ucia. To oficerowie z rzadkim syndromem BAM – Absolutnym Brakiem Mózgu. Ale gdybyś kiedyś rzucił tę posadę i z dwoma wojskowymi fakultetami założył spółkę z bardzo ograniczoną odpowiedzialnością, na przykład eksportując dziewczęta do USA do Jeffreya Epsteina, handlując bronią albo wykopując pod Wałbrzychem „złoty pociąg”, pamiętaj o mnie”.
Ideologiczny przemiał, kosmiczny dyszel i wopowska astronomia
„Mogę być u ciebie choćby portierem albo skrobać Bursztynową Komnatę z bałtyckich wodorostów” – rzuciłem Bartoszewiczowi. Rysiek jednak nie odpuszczał. Do dziś z lubością wypomina mi autorstwo dwóch broszur wydanych w wiekopomnym cyklu „Bohaterowie Ludowego Wojska Polskiego”. Główny Zarząd Polityczny WP z iście rewolucyjną czujnością posłał cały kilkutysięczny nakład moich wypocin na przemiał.
– Twoje elukubracje na temat Łużyckiej Brygady WOP – grzmiał Bartoszewicz – były wysoce niepartyjne, niesłuszne i wręcz szkodliwe! Ówczesny dowódca brygady, „Żwirek”, u którego byłem szefem sztabu, zanim sam wygryzłem go z ciepłego stołka, miał rację. Wnioskował, by te bzdury starły na miazgę żarna papierni w Jeziornie. „Żwirek”, pijak bo pijak, leniwiec bo leniwiec, ale czytać potrafił. Znał instrukcję zatwierdzoną przez samego generała Wojciecha Jaruzelskiego: za robotę polityczną odpowiada dowódca, a nie jakaś tam banda politruków! Wy, politrucy, byliście tylko naganiaczami do socjalistycznego wychowania mas. Dlatego go znielubiłeś. Masz wredny charakter, co dawno ustaliła Wojskowa Służba Wewnętrzna, i mścisz się na nim w tych swoich paskudnych książkach.
– A ty miałeś dwie żony! – zripostowałem głęboko i merytorycznie. Ja też miałem żonę. Co prawda urodzoną w Berlinie, ale zaimportowaną ze Szczecina. Miałem też maleńkie dzieciątko, które raz na zawsze wyleczyło mnie z oglądania się za obcymi spódniczkami.
Gdy nocą na strażnicy Orle wychodziłem kontrolować patrole, niebo nad Karkonoszami zapierało dech w piersiach. Potężny, czarny aksamit nocy rozpościerał się nad siną, karłowatą kosodrzewiną, a gwiazdy płonęły tak jaskrawym, lodowatym blaskiem, że musiałem wręcz schylać łeb, by nie rąbnąć czołem w dyszel Wielkiego Wozu. Na pudełku po papierosach zmajdrowałem wiersz: „To kwitnie maj / Tam szumi gaj / Na Orlu drzewa się kołyszą / A na tych drzewach / Boże mój / Kropelki rosy wiszą”. Istne arcydzieło. Zastanawiałem się, czy to ja rosnę, czy wszechświat się kurczy.
Nazajutrz na Graniczniku zbudowałem prywatną „gwiazdopatrznię”. Odkryłem tam, że ciemna materia stanowi 27 procent wszechświata, a resztę wypełnia ciemna energia, która zmusza kosmos do rozszerzania się. Zupełnie jak moja plotka o „złotym pociągu”, którą sam wymyśliłem, a która spuchła do rozmiarów narodowej histerii. Pół wieku później Joanna Bator napisała: „W gwiazdopatrzni doznajemy uczucia słodko-gorzkiej melancholii wobec piękna i jego nieuchronnego przemijania (…). Mimo że niebo gwiaździste jest osobne, dalekie i samotne, patrząc na nie, doświadczamy wzniosłości”.
Martwiąc się tym uciekającym wszechświatem, skomponowałem melodię „Pożegnanie Wielkiej Niedźwiedzicy”. Brzdąkałem ją żołnierzom w ramach szkolenia politycznego i harcerzom przy ognisku. Gram ją na gitarze do dziś – zwłaszcza gdy w telewizorze jakiś patafian zaczyna wychwalać dobrodziejstwa jakiejkolwiek „dobrej zmiany”.
Zarzucają mi teraz, że w moich opowieściach jest za dużo gadaniny, hipotez i czystej fantazji. Po trzech dekadach wolnej Polski młodzi nie ogarniają, że dawniej rzeczywistość była gęstsza od fikcji. Nie porządkuję faktów, nie systematyzuję opowieści, nie trzymam się reguł gatunku. Nie stać mnie na to. Moja wiedza jest skromna. Wierzę H. G. Wellsowi, który twierdził, że współczesnego życia po prostu nie da się przedstawić w sposób bezdyskusyjny. Szczególnie w Sudetach.
Telewizyjne szwindle, hordy amatorów i umierające świerki
Ludzie, którzy nie dyskutują, są martwi. Posłuchajcie więc kolejnych opowieści, które mają jedną, przeogromną wadę: nie zostały wyssane z palca. Są boleśnie prawdziwe.
Ilekroć oglądam dzisiejsze tłumy wędrujące po Karkonoszach i Górach Izerskich, ogarnia mnie lęk. Ta turystyczna „stonka” zadeptuje szlaki, zanieczyszcza kryształowe potoki i bezlitośnie wydziera ziemi ametysty, moriony czy kryształy kwarcu. Jak pisał Paul Johnson: „Życie jest szwindlem. Jeśli chce się przeżyć, trzeba uprawiać szwindle, ostrożnie i z powodzeniem”. Wstyd przyznać, ale zanim doomed oświecenia, sam brałem udział w tym niszczycielskim procederze. Byłem wandalem jakich mało – no, może mój wychowanek, nieżyjący już Julian „Julo” Naumowicz, dorównywał mi kroku, choć obaj bledniemy przy Adamie Solarzu, który z tamtych lat kolekcjonuje już tylko wspomnienia.
Od małolata szwendałem się po sudeckich zakamarkach, w których od czasów średniowiecznych Walonów nie stanęła ludzka stopa. Znajdowałem kamienie półszlachetne, które żal było zostawić. Zamiast jednak trzymać język za zębami, skompilowałem z tego niezłą bujdę. Kumplowałem się wtedy z Przemysławem Burchardtem – alpinistą i gwiazdą telewizyjną. Zauważył u mnie minerały naszykowane dla partyjnych prominentów i zaprosił mnie do swojego programu w Warszawie.
I ja, nieszczęsny politruk, pojechałem. Wpakowałem się przed kamery i z pełną powagą opowiedziałem narodowi o bajecznych, darmowych bogactwach Sudetów. Efekt? W góry ruszyły dzikie hordy poszukiwaczy z łopatami. To prawdopodobnie wtedy „Julo” Naumowicz złapał bakcyla i zaczął zamęczać Tadeusza Stecia o mapy skrytek, które przewodnik w końcu mu ulegle wydał.
Ale moje grzechy wobec natury bledną przy prawdziwej katastrofie – smutnej pieśni o umierających świerkach. Próbowałem zainteresować tym dramatem Sylwestra Wolaka, ale on woli niedźwiedzie, więc wysłał mnie na drzewo. Konkretnie na liczący osiemset lat cis w Piechowicach.
W sudeckich lasach najszybciej umierają właśnie świerki. Najpierw przestają rodzić szyszki, potem gubią igły i usychają na pniu, stając się łatwym łupem dla karkonoskich wichrów. Wyglądają wtedy jak upiorne, odarte z kory szkielety na jakimś postapokaliptycznym cmentarzysku atomowym. Sprawcą tego pogromu są kwaśne deszcze, pędzone wiatrem z wielkich, zasilanych zasiarczonym węglem brunatnym elektrowni w Worku Żytawskim. Umarłe lasy pokrywają tysiące hektarów, mierząc swoimi poszarpanymi kikutami prosto w ołowiane niebo – jako niemy, ekologiczny wyrzut sumienia.
Przyrodnicy walczą, jak mogą, ale trudno bić się skutecznie z elektrownią o mocy dwóch tysięcy megawatów. Jeszcze trudniej walczyć z MON-em o sile stu tysięcy bagnetów oraz z MSW, dysponującym armią funkcjonariuszy, tajnych agentów i rezerwistów.
Pocieszam się, że w tej partyzantce miałem swój mały udział. Przed laty zakładałem w Ametystowym Batalionie Straż Ochrony Przyrody. Na każdej strażnicy WOP mieliśmy koło tej organizacji. Udało się zarazić tą ideą kilku całkiem łepskich oficerów. Mieliśmy solidnych sojuszników w Karkonoskim Parku Narodowym, GOPR-owcach i leśnikach. Jednym z takich łepskich facetów, którzy zamiast salutować woleli sadzić las, był ówczesny sierżant Wacław Raniszewski.
Latające świerki, papieskie faux pas i pochwała internetowych idiotów
Wacław Raniszewski. Służyliśmy razem na strażnicy Orle, gdzie Wacek był szefem strażnicy, a ja dumnym dowódcą. Potem przenieśli go pod Śnieżkę, mnie zaś Nemezis wygoniła z Sudetów i goniła po świecie. Gdy pod koniec pierwszej połowy lat osiemdziesiątych odwiedziłem dawnego podwładnego w jego nowym królestwie, powitała mnie smutna pieśń ochroniarza-społecznika.
– Stary! Przyjechał specjalny pododdział z masą materiałów wybuchowych – żalił się Wacek. – Zaczęli od podnóża gór. Ładowali trotyl pod pnie i bum! Wszystko leciało w powietrze. Byli zachwyceni, śmiali się jak dzieci. Rajcowały ich, o k…, latające drzewa! Wiesz, jak to wygląda? Pod stu- czy dwustuletniego świerka podkłada się kilka kilogramós ładunku, drzewo składa gałęzie wzdłuż pnia i leci jak rakieta prosto do nieba. Tam zatrzymuje się na mgnienie oka, jakby wahało się, czy lecieć dalej, po czym pikuje w dół i zakopuje się w świeżym leju.
Tak ci dzielni chłopcy z saperki dotarli aż do Sowiej Doliny i Kotła Łomniczki – do rezerwatu ścisłego. Tam, pośród potężnych, granitowych ścian kotła lodowcowego, nad którymi huczał sudecki wiatr, znowu grzmiały wybuchy. Szukali „złotego pociągu” i skarbów Trzeciej Rzeszy. Pod górę musieli targać sprzęt na własnych plecach, więc szybko uleciało z nich powietrze. Zostawiali za sobą połacie oskalpowanej ziemi. Gdy zwracaliśmy im uwagę, odburkiwali opryskliwie, że maą w nosie ochronę przyrody, bo wykonują rozkazy. Wyjaśniłem sierżantowi krótko: ci wandale demolują Karkonoski Park Narodowy za wiedzą i błogosławieństwem najważniejszych generałów PRL-u – Jaruzelskiego, Kiszczaka i Siwickiego.
Wtedy przypomniał mi się Ernest Hemingway i jego Za rzekę, w cień drzew: „Teraz tylko spokojnie – powiedział do siebie pułkownik. – Od tej chwili wszelkie zmartwienie, jakie możesz mieć, będą dotyczyły ciebie samego, a to jest po prostu luksus. Nie jesteś już prawdziwie potrzebny armii (…). Więc czym, u diabła, masz się martwić, chłopie”. W towarzystwie lustra zacząłem leczyć się wódką „Polonez” z otaczającej mnie pospolitości.
Na dworze wiało, furczało i gradowało. Drzewa bujały się szaleńczo jak wskazówki dozymetru w Czarnobylu. Z nieba leciały żaby, ale nie jestem Francuzem – nie skorzystałem z menu, wolę zalewajkę i pierogi. Gdy we flaszce ukazało się dno, dopadła mnie samotność – ten brud duszy. Zacząłem grasować w internecie i ogarnął mnie homerycki śmiech. Ludobójstwo Putina w Ukrainie, zamach na Darię Duginę i papież Franciszek ubolewający nad „biedną dziewczyną”, która w rzeczywistości była jadowitą propagandzistką. Gdyby Franciszek myślał, toby tak nie pomyślał. Słusznie pisał Stanisław Lem, że przed erą internetu nie wiedział, iż na świecie żyje aż tylu idiotów. Te sieciowe rewelacje skłoniły mnie wręcz do wygłoszenia wewnętrznej pochwały wojny. Niech skarby Sudetów na chwilę poczekają.
Pierwsza ćwiartka XXI wieku skradała się do mojej sadyby jak złodziej w ciemną noc. Wieszczbiarze, szeptuchy i rządowi hochsztaplerzy straszyli najpierw koronawirusem, potem małpią ospą, a spanikowani ludzie uwierzyli, że nadchodzi rychły koniec świata. Na szczęście karkonoskie granity stały niewzruszone, kpiąc z ludzkiej głupoty.
Żuczki w ojczyźnie, osmętnica i patent pułkownika Ucia na osuszenie jeziora
Nic to, że mamy szczepionki na COVID-19 i inne paskudztwa. Skoro spora grupa lekarzy, a nawet profesorów, publikuje w sieci elukubracje, że to ściema, wniosek jest prosty: można mieć tytuł naukowy, a i tak pozostać durniem. Tych ci u nas dostatek. Nie wierząc w ich krakania, starałem się szpiegować fakty, ale – broń Boże – ich nie interpretować. Niestety, mój mózg po operacji nie jest już tak gęsty jak dawniej; po godzinie wszystko z niego wyparowuje. Każdemu zjawisku przyglądam się więc dwukrotnie. Rano, aby się rozweselić, a wieczorem – by stać się markotnym i mieć pretekst do sięgnięcia po flaszkę. Trzeba wypić „wesołka” i się odsmutnić. W takiej osmętnicy ludzie łakną baśniowego nastroju, choć nie każdy się do tego przyzna. Jest, jak jest: dobrze, ale nie beznadziejnie. Ci, którzy marzą, że może być gorzej, to pesymiści. Ja jestem optymistą i uważam, że pesymiści mogą mieć rację.
Odsmutnianie zacznę od surowej anegdoty. W końskim łajnie siedzą dwa żuczki. Młody pyta: „Tato, popatrz, obok czysta woda, zielona trawa, niebieskie niebo, a my ciągle grzebiemy się w tym gównie. Dlaczego?”. Ojciec odpowiada: „Bo widzisz, synu, to wciąż jest nasza narodowa ojczyzna”. I tu kłania się Cyprian Kamil Norwid ze swoim „Ojczyzna – to wielki zbiorowy obowiązek”. Rozglądając się po skrzeczącej pospolitości, która spada na człowieka jak jesienne liście, widzę wyraźnie, że wokół jest tyle ekskrementów sprawiających radość nie tylko żuczkom, ale i politykom oraz bezprecise. Muszę to zostawić, by nie zwariować z nadmiaru szczęścia. Pocieszenia szukam u Imre Kertésza: „Żyłem jak pies przywiązany do swoich samotnych idei, który najwyżej obszczekuje księżyc. […] Jestem niepoprawnym dzieckiem dyktatur (…) Nigdy nie uważałem, że jestem niewinny”. Nie pomaga. W tej atmosferze trudno pisać o rzeczach niepospolitych. Pora wrócić do wspomnień o skarbach Sudetów oraz metanoi bezpieki.
Koledzy dogadują mi: „W wydziale politycznym mieliśmy kapitana, lubił kurwy i wódkę, węszył za skarbami”. Ów kapitan kurwolubny, historyk po Uniwersytecie Wrocławskim, wpadał do mnie pogadać o historyjkach, które rozgłaszałem w mediach, a najchętniej o pułkowniku magistrze Wojciechu Uciu. O aberracyjnych pomysłach tego oficera krążyły w Sudetach legendy. Wraz z Adamem Solarzem i Ryszardem Bartoszewiczem baliśmy się, że klechdy o płk. mgr. Uciu zaćmią sagę o Duchu Gór i samego Tadeusza Stecia. Pułkownik Uć puszył się jak paw, okraszał mowę słowami na „ę” i „ą”, a o religii miał pojęcie jak skorpion o empatii. Z powodu braku wiedzy na inne tematy nie miał nic do powiedzenia, za to rozstrzygał wszystko w sposób autorytarny. Był umysłem tak banalnie bezpłodnym, że przestała w nim rosnąć nawet głupota.
W latach 70. płk mgr Uć kręcił kuprem i szpanował, że gdy znajdzie chwilę, dobierze się do złota Trzeciej Rzeszy zachomikowanego w podziemiach w Baworowie. Rzecz tylko w tym, że podziemia zalała woda z Jeziora Leśniańskiego. Krajobraz wokół zapiera dech w piersiach – potężna, kamienna zapora spiętrzała wzburzone, ciemne fale rzeki Kwisy, a strome, zalesione zbocza odbijały się w lustrze wody, kryjąc mroczne tajemnice. Pułkownik uznał jednak, że przyroda musi ustąpić przed jego geniuszem strategicznym. Obwieścił, że musi po prostu znaleźć sposób, jak spuścić całą wodę z tego gigantycznego jeziora i osuszyć podziemia.
Nie szukał dla siebie, lecz dla Kraju Pieroga i Zalewajki, by umocnić socraj. Taki był z niego patriota. Miał też w planach odkopanie „złotego pociągu” rzekomo zasypanego między Wałbrzychem a Piechowicami, z odnogą do Książa, gdzie pod zamkiem miały znajdować się potężne podziemia z torami kolejowymi, rozjazdami i rampami przeładunkowymi.
Bozon kompetencji, krowie żołądki i puzzle pułkownika Ucia
Kapitan kurwolubny kwitował rewelacje pułkownika magistra Ucia cytatem z Jaroslava Haška: „W każdym siedzi dureń. Konfabulator, mitoman, marzyciel i dureń. Rzecz w tym, jak szybko wraca się do tego, co możliwe i prawdopodobne”. Pod zamkiem Książ podziemia oczywiście istnieją. Sam myszkowałem tam w połowie lat 60. z redaktorem Sławomirem Orłowskim, który akurat próbował podwędzić z zamkowego parku parę szczepek egzotycznych roślin. Zamek straszył wtedy ruiną, a wejście do lochów ryglowała potężna krata. Od słynnego himalaisty Andrzeja Zawady dowiedziałem się później, że żadnych torów ani pociągów tam nie ma – zainstalowała się tam po prostu stacja geofizyczna PAN i stąd to całe zabezpieczenie.
Usiłowałem to wytłumaczyć Wojciechowi Uciowi, ale ten nie chciał słuchać. Odgrażał się, że do wykopania pociągu zaprzęgnie żołnierzy z batalionów w Szklarskiej Porębie i Wałbrzychu. Biedaczysko nie wiedział, że jak pisał Jewgienij Zamiatin: stawianie pytań, na które już dawno udzielono odpowiedzi, to wyłączny przywilej mózgów działających na zasadzie krowiego żołądka.
Gdy Uć polazł po darmową siłę roboczą do dowódcy brygady w Lubaniu, pułkownika Ryszarda Bartoszewicza, ten spuścił go na drzewo. Rysiek sam mi mówił, że dał mu szeroki wybór flory – na przykład jedną z pięćdziesięciu lip okalających plac apelowy, które podwładny Ryśka, pułkownik Marian Krzyżosiak, akurat namiętnie pozbawiał gałęzi, wierząc, że od tego lepiej rosną.
Krzyżosiak, wybitny społecznik i sędzia narciarski, organizujący z Wandą Lechowiczową imprezy kulturalne, o jakich dziś można tylko pomarzyć, kochał przyrodę, ale organicznie nie znosił łowców skarbów oraz pułkownika Ucia.
Nieszczęśliwy był ten nasz Uć. Hołubili go tylko dwaj generałowie: Władysław Jura, regularny triumfator wszelkich nieoficjalnych konkursów na najgłupszego generała Wojska Polskiego, oraz Stanisław Brodziński, niespełniony poeta, którego kunszt literacki mieścił się w estetyce duetu Marks & Lenin.
Brodziński odwiedzał czasem strażnicę Orle i Granicznik, badając wzrokiem tutejsze lasy i dolinę Izery, gdzie sudeckia przyroda – majestatyczne, świerkowe regle spowite gęstą, siwą mgłą i leniwie wijące się koryto rzeki – tworzyły tło godne poezji, której generał tak bardzo nie potrafił pisać. Kto wie, może w jego poetyckim mózgu tliła się wizja odkopania złota? Świętego Graala wykluczam – generał był przysięgłym ateistą.
Kapitan kurwolubny podziwiał Ucia wyłącznie za upór w układaniu puzzli. Gdy usłyszał, że pułkownik ułożył pół tysiąca elementów w dwa lata i pęka z dumy, choć na pudełku stało jak wół: „Od 3 do 5 lat”, kapitan poradził mu lekturę Pascala. Uć zapytał przytomnie, gdzie ten Pascal mieszka, bo chętnie go odwiedzi, by pogadać o religii i przyjaźni polsko-radzieckiej. Kapitan tylko machnął ręką. Wyliczył, że wartość intelektualną Ucia opisuje ułamek, gdzie licznik to kompetencje, a mianownik – mniemanie o sobie. Licznik był mikry jak bozon Higgsa, a mianownik wielki jak Pałac Kultury. Po tej konstatacji kapitan otworzył sejf, wyciągnął flaszkę, zdeflorował ją ciosem pięści i pociągnął z gwinta, raz na zawsze kończąc dyskusje z Uciem, który – jako naczelny kapuś brygady – mnie również mocno dał się we znaki.
Ostateczne rozliczenie zniczem i oniryczny manifest grafomana
Moje podejrzenia co do roli pułkownika magistra Ucia jako naczelnego kapusia brygady ostatecznie potwierdził Ryszard Bartoszewicz. To facet, który o kulisach wopowskiego piekiełka wiedział wszystko.
Mając tę wiedzę, złożyłem pułkownikowi solenną i ostateczną deklarację: „Jeżeli na mój pogrzeb przyjdzie płk mgr Uć, to przysięgam przed Bogiem i partią – zmartwychwstanę w trumnie i bezlitośnie przypierdolę mu w łeb najcięższym zniczem, jaki znajdę na nagrobku”. To jedyny język dyplomacji, jaki ten bozon kompetencji byłby w stanie przyswoić.
ONIRIADA
Popatrzcie szukacze! Toż to też skarby
Ponad marne sekrety i pociąg ze złota
Wokół was sudeckiej przyrody barby
A w waszych głowach pospolita głupota.
Popatrzcie szukacze! Na gałęzi dzięcioł i sroka
Zamiast sztab złota z ubeckiego banku
Patrzcie szukacze! Coś na was patrzy z wysoka
Gdy kopiecie w gnoju od samego ranku.
Patrzą dumna sosna, daglezja i trzy perukowce
Które z niemieckich planów dawno się śmieją
Obłoczki po błękicie biegają jak owce
Nad waszą naiwnością i płonną nadzieją.
Patrzą Mara, pies Fabi i Królewna Śnieżka
Zza reglowych lasów spowitych we mgły
Tu za każdą daglezją coś innego mieszka
Mit, ubecka prowokacja albo sny złe i mdłe.
Za daglezją daglezja, za Fabim pies inny
Bo w moim śnie wszystko się mnoży i mieni
Te całe wasze skarby to pomysł dziecinny
Dla ludzi o umysłach zwiędłych jesieni.
Kot biega za Marą, za kotem biały Fabi w domyśle
Wokół szumi karkonoski, potężny bór
Trochę się pogubiłem, ale to przemyślę
Gdy znowu zaleje mnie wspomnień tych chmór.
Sosna ukryta w sośninie, za sroką dzięcioły
Przyroda kpi z poszukiwaczy bez końca
Dzięki temu wasz grafoman jest stale wesoły
I pisze te bzdury w blasku sudeckiego słońca.
Ale jeśli jesteście dziś nie w humorze
I wolicie trotylem rozwalać parki i lasy
Mit złotego pociągu nic wam nie pomoże
Minęły bezpowrotnie ubeckie te czasy.
Tak mi potwornie przykro, podolscy kopacze
Że wasz święty pociąg nic dla mnie nie znaczy.
Fragment Raptularza