Tym razem kawałek kolejnej książki popełnionej pod hasłem:
ISTNIENIE OSÓB NIEUWIECZNIONYCH W TECZKACH TO NIEDOPUSZCZALNY SKANDAL
(wyd.burchard edition, Warszawa 2005) Teczki, teczki, teczki
W sobotę wieczorem jakiś życzliwy człowiek uczynił wrzutkę na moje konto e-mailowe.
Otrzymałem w prezencie piękną listę, zwaną w historiografii listą Wildsteina.
Zaraz potem nadeszła druga. Rozwinięta.
W niedzielę rano zadzwoniła Owca, która mówi. To jedna z najzacniejszych,
najspokojniejszych i najinteligentniejszych, piszących, ale nigdy nie podnoszących
głosu Owiec w Kraju Pieroga i Zalewajki. Tym razem w jej głosie wyczułem wyraźne zdenerwowanie.
- Czytałeś listę Wildsteina? - usłyszałem.
- To nie jest lista Wildsteina. To jest wykaz części zasobów... - zacząłem...
- nie p...! Czy to prawda, że na liście są kapusie?
- Informacje są sprzeczne, ale nie można wykluczyć, że są.
To nie jest jednak wykaz agentów... - zacząłem swoją mantrę.
Owca przerwała mi z niespotykaną u niej brutalnością:
- Powtarzam ci, nie p...! Nie obchodzi mnie co to jest.
Ważne jest kto na tym p... paskudztwie jest. Ja jestem. To twoja wina!
- Moja? - zdziwiłem się.
- Tak. Twoja. Postąpiłeś podle i w dodatku niesprawiedliwie.
Przeleciałem w myślach ewentualne winy w stosunku do Owcy.
Nijak nie mogłem znaleźć najmniejszego punktu zaczepienia.
Wszystkie książki Owcy stoją w mojej bibliotece na honorowym miejscu.
W cytatach nigdy nie zapomniałem podać źródła. Nie ozdabiałem ich dobrym słowem.
Nie opuszczałem bez zaznaczenia żadnych fragmentów. W rozmowach nigdy nie mogłem się
dość nachwalić Owcy. Czegoż więc chce?
Owcę poznałem prawie pół wieku temu.
Będąc dowódcą strażnicy w Górach Izerskich rozmawiałem z setkami osób
mieszkających na pograniczu. Na podstawie instrukcji i innych aktów prawnych,
organizowałem tzw. współpracę z ludnością cywilną.
Nie miało to nic wspólnego z działalnością polityczną, donoszeniem na opozycję itp.
I to nie tylko dlatego, że w czasach współpracy z Owcą o opozycji nikt nie słyszał
[stara, niepodległościowa, już była wyrżnięta, nowa, demokratyczna,
jeszcze się nie narodziła].
Głównym celem współpracy było zapewnienie bezpieczeństwa na terenia działania
strażnicy jak i, co oczywiste, skuteczniejszej ochrony granicy.
Moi podwładni, wychodząc do służby, codziennie, oprócz zadań związanych
z bezpośrednią ochroną granicy, otrzymywali także polecenia kontaktów
z osobami cywilnymi. Polecenia, jak i ich wykonanie były dokładnie ewidencjonowane
w Książce Służby Granicznej.
Pamiętam, że dzięki informacjom Owcy udało nam się zatrzymać kilku groźnych przestępców,
którym grunt palił się pod nogami i chcieli się ratować ucieczką przez tzw. zielonš granicę.
Wśród zatrzymanych było m.in. dwóch zbiegłych z więzienia osobników, skazanych za morderstwa.
Byli też kontrabandziści. Skupowali od złodziei dzieła sztuki, skradzione przeważnie z kościołów,
zrabowane z bieszczadzkich cerkwi, i szmuglowali na Zachód, gdzie był zbyt na takie towary.
Owca, składając wopistom informacje o takich osobnikach, narażała się na zemstę przemytników.
Dlatego wystąpiłem o przyznanie informatorce nagrody pieniężnej. Owca pieniądze [niewielkie] dostała.
- No i co, tandeciarzu! zamilkłeś! zamurowało cię? - nacierała Owca.
- Nie wiem, co ci mam odpowiedzieć.
- Tylko to, dlaczego Koza [ksywka wopisty odpowiedzialnego za utrzymywanie kontaktu m.in.
z Owcą; pozwolę sobie przypomnieć, że starzy górale do każdego stada owiec dodawali
zazwyczaj 2-3 kozy, pełniące funkcję przewodniczek stada], która za twoją sprawą,
ciągle ze mnie coś wyciągała, nie figuruje na liście? A moje nazwisko widniej jak byk!
Dlaczego ciebie nie ma tej liście?
Nie umiałem odpowiedzieć Owcy. Podobnie jak nie potrafię znaleźć odpowiedzi na wiele
innych pytań związanych z lustracją, bezpieczeństwem państwa, zachowaniami niektórych
rodaków domagających się totalnego odtajnienia wszelkich archiwaliów.
Statystyczne wyliczanki przedstawione w tej książce to maleńki wyimek ogromnego problemu,
jaki staje przed przyszłymi lustratorami. Przypomnę, w IPN zgromadzono niespełna 81 km akt
[w tym ok. 30 km tzw. akt paszportowych]. Tymczasem w samej bezpiece, bez tzw. paszportówki,
było ponad 200 km materiałów archiwalnych. W służbach wojskowych dalsze 10 km.
Gdzie jest reszta?
Tak, pamiętam. Teki, teczki, teczuszki. Zostawmy na boku akta służb wojskowych.
Teki - Moskwa - 45 lat wywożenia dokumentacji na Wschód. Ile można przez ten czas wywieźć?
Tyle tylko, że wywózki nieznacznie jedynie uszczuplają zasoby archiwalne III RP.
Wywożono kopie bądź mikrofilmy. Rzadko oryginały. Wolno tedy uznać, iż teki nie wpłynęły
w zasadniczy sposób na stan archiwaliów III RP.
Teczki. Liczmy: od 200 km akt, znajdujących się w roku 1989 w różnych gmachach Firmy,
odejmujemy 81 km akt stanowiących zasób archiwaliów znajdujących się dziś w komórkach
podległych IPN. Brak 119 km akt.
To bardzo dużo. Przyjmując, że w teczce grubości 1 cm można zmieścić sto dokumentów
[formatu A-4 i mniejszych] wyjdzie, iż w metrze będzie ich 10 000, a w kilometrze 10 000 000.
W ten sposób dojdziemy do wniosku, że braki archiwalne to około 1 190 000 000 kart dokumentów.
Czy w ciągu roku można zniszczyć miliard sto dziewięćdziesišt milionów stron dokumentów?
Być może, przy dobrej organizacji pracy, można dokonać takich spustoszeń.
Teczuszki... W ten sposób nie dowiemy się najważniejszego. Ile dokumentów zachomikowano
w teczuszkach, które zapobiegliwi funkcjonariusze wynieśli z Firmy. Przy teczuszkach ważne
jest jeszcze jedno. Czy wyprowadzone materiały pochodziły z zasobów niszczonych czy też z tego,
co postanowiono pozostawić w archiwach.
Uważam, że znacznie szkodliwsze byłyby niespodziewane "znaleziska" materiałów,
które przeznaczono do zniszczenia. Uważam tak z dwóch powodów. Po pierwsze, takich
"znalezisk" nie można zweryfikować, skonfrontować z dokumentami IPN. I po drugie,
takie "niespodzianki" łatwo sfalsyfikować.
Trudno, sprawy, po ujawnieniu listy Wildsteina zaszły za daleko. Musimy jeść tę żabę
bez względu na koszty, które mogą rosnąć z każdym rokiem zwłoki.
Jestem przekonany, że cena pełnej, uczciwej lustracji, przeprowadzonej na podstawie
materiałów, które się zachowały, to mniej więcej połowa rocznego budżetu państwa.
Nie da się natomiast wyliczyć ile warte będą dramaty ludzi, których ten proces dotknie.
W tym procesie nie można nie brać pod uwagę faktu, że co najmniej 3/4 najważniejszych
agentów [ważnych dla bezpieczeństwa państwa] nigdy nie miała jakiejkolwiek dokumentacji
w peerelowskich służbach specjalnych, a w dokumentacji pozostałej 1/4 części superagentury,
dokonano poważnych zniszczeń i fałszerstw. To także obrazuje skale trudności w dochodzeniu do prawdy.
Czy to oznacza, iż jakakolwiek działalność lustracyjna nie ma sensu?
Ależ nic podobnego. Należy jedynie określić realne cele lustracji, ze szczególnym podkreśleniem
bezpieczeństwa państwa. Znaleźć najskuteczniejszy sposób jej przeprowadzenia oraz poprawić,
a może uchwalić nowe akty prawne. Trzeba bowiem jasno powiedzieć, że nie ma takich zniszczeń
w dokumentacji, których, przynajmniej w części, nie dałoby się odtworzyć.
Znakomitym materiałem pomocnym przy odtwarzaniu dokumentów zniszczonych mogą być,
oprócz dokumentacji finansowej, kadrowej i szkoleniowej, lekceważone przez niektórych badaczy,
wspominane już akta paszportowe. W tych pozornie bezużytecznych szpargałach, można znaleźć
bezcenne zapisy dotyczące różnych spraw operacyjnych.
W Peerelu przyjęto zasadę, że niektóre osoby mogły otrzymać paszport jedynie po uprzednim
uzyskaniu "poręczenia" danego przez jakąś ważną osobę. Poręczycielami bardzo często byli
oficerowie obiektowi bądź prowadzący poszczególnych agentów, współpracowników a nawet kandydatów
na współpracowników, których funkcjonariusz chciał w ten sposób obłaskawić. Niekiedy
poręczycielami byli przełożeni oficerów operacyjnych.
Nierzadkie były także wypadki "poręczania" przez bardzo wysokich funkcjonariusze Firmy.
Niekiedy w randze dyrektorów departamentów, dyrektorów generalnych, podsekretarzy stanu,
a nawet ministrów.
Na niektórych dokumentach paszportowych, bądź okołopaszportowych, widnieją adnotacje
samego Cz. Kiszczaka. Szef resortu wykazywał zadziwiającą łagodność w stosunku do życzeń VIP-ów.
Oto przykład. Nie udało mi się sprawdzić, czy minister po otrzymaniu listu
abp. Bronisława Dąbrowskiego podpisał się jako "poręczyciel". Raczej nie.
Dał jednak dekretację do swego zastępcy gen. W. Ciastonia, bezpośrednio na liściku hierarchy:
Nadruk: Biskup Bronisłwa Dšbrowski
Sufragan Warszawski
Sekretarz Episkopatu Polski
Asystent Zakonny
Treść odręczna: Szanowny Panie Generale! Studentka W. W...[cenzura autora]
już paszport do Wiednia otrzymała. Dziękuję! Trudności są z uzyskaniem paszportu
dla bratanka Zbigniewa Dąbrowskiego. Pan płk Skarszewski kazał mu udać się do Wojskowej
Komendy Uzupełnień przy ul. Bema 70 po pieczątkę. Niestety pieczątki tej uzyskać nie można.
Czy mogę prosić o proces interwencji aż do skutku. Rektorat ATK udzielił mu pozwolenia
na specjalizację na uniwersytecie [słowo nieczytelne]. Przepraszam.
Łączę pozdrowienia .6.VII.82. /podpis nieczytelny/. I odręczna dekretacja ministra:
Tow. Ciastoń. Sprawa załatwiona pozytywnie. 7.07 /podpis nieczytelny/.
Mam nadzieję, że nikt z supere-hiper-ultra lustratorów nie odczyta tego listu jako dowodu
agenturalnej działalności hierarchy. Taki wniosek byłby nieuprawnioną i krzywdzącą manipulacją.
Dlaczego więc przytoczyłem dokument? Bo list, nawet prywatny, ale nie do prywatnej osoby,
a do ministra spraw wewnętrznych, napisany w dodatku w apogeum stanu wojennego, to także dokument
historyczny.
Przywołałem list z archiwalnego niebytu, bo świadczy, że niezależnie od pochodzenia, spełnianej misji,
miejsca w społeczeństwie itp. różni ludzie w różny sposób podchodzili do totalitarnego reżimu.
Ten wypadek wydaje się być szczególnie przykry. Dawał bowiem do ręki Kiszczakowi,
kto wie czy nie największemu zwolennikowi rozwiązań siłowych z Kościołem i społeczeństwem,
trudny do obalenia argument.
Cz. Kiszczak mógł [i może nadal] twierdzić: cóż wy chcecie? Przecież miałem znakomite kontakty
z Kościołem. Hierarchowie jedli mi z ręki. Prosili o paszporty nie tylko dla pociotków,
ale i kręgu najbliższych znajomych. Spełniając życzenia mogłem spodziewać się rewanżu.
I minister będzie miał rację. Może podeprzeć się pisanymi dowodami. Mało kto zna drugie,
chyba prawdziwsze oblicze generała. Oblicze polegające na stałym "podkręcaniu" podwładnych
do ataków na tych wszystkich, którym marzyła się wolność, sprawiedliwość, niepodległość...
Jednym słowem, podwładni Kiszczaka mieli cišgle nękać, atakować, dokuczać, pacyfikować,
niszczyć, dezintegrować, dezinformować tych wszystkich, którym śniły się inne wartości niż generałom.
Dziś każde dziecko powinno wiedzieć, że w pierwszym szeregu walczących o humanitarne wartości
był w czasach Peerelu Kościół.
Agresywne oblicze ministra nie jest udokumentowane materialnie. Większość poleceń, rozkazów,
wydawano ustnie. Często w zawoalowanej formie. Nieliczne dokumenty pisemne zniszczonno.
Są groby pomordowanych kapłanów. Kto jednak odważy się łączyć je z nazwiskiem ministra?
Kiszczak był wprawdzie przełożonym G. Piotrowskiego oraz jego komanda, i nie tylko, ale co z tego?
Nie ma dokumentów. Nie ma rozkazów na piśmie. Nie ma dowodów kto polecał wykonywać najbrutalniejsze akcje.
Nie ma winnych. Są jedynie ofiary oraz, w przypadku spaprania roboty, nieliczni wykonawcy
z najniższych szczebli. Tych ludzi się dzisiaj patroszy najczęściej. Za to, że z różnych względów,
nierzadko koniunkturalnych, uwierzyli złotoustym generałom, Jaruzelskiemu, Kiszczakowi...
To dobra zabawa. Lustracja jest zabawna, kiedy się tylko przestać nad nią zastanawiać.
Gdy jednak ją głębiej poskrobać sprawdza się vonnegutowska maksyma, że historia jest tylko
spisem niespodzianek. Może nas jedynie przygotować na kolejną niespodziankę.
Próby jakiegokolwiek rozliczenia historycznego, moralnego obciążenia Cz. Kiszczaka
za przeszłość, kończą się niepowodzeniem. Generał rzuca na stół dokumenty.
Najdobitniej uczynił to w czasie rozmowy z Witoldem Beresiem i Jerzym Skoczylasem,
autorami książki Kiszczak mówi... prawie wszystko. W książce gęsto od listów oficjalnych...
Te półprywatne, z prośbami... Biletu abp. Dšbrowskiego nie mogę traktować jako listu prywatnego.
To jest pismo hierarchy, stojącego bardzo wysoko w strukturach Kościoła do ministra,
zajmujšcego drugą pozycję w państwie. A że dotyczy prywaty, to już zupełnie inna sprawa.
Nie napisałem tej ksišżki aby namawiać do stawiania kogokolwiek przed obliczem sprawiedliwości.
Uważam, że czym innym jest odpowiedzialność karna za przeszłość, a czymś innym rzetelne
opracowanie naszych dziejów. Nieujawnianie choćby okruchów dotyczących przeszłości, byłoby
fałszowaniem historii. Solidna lustracja wymaga bezwzględnej uczciwości w stosunku do wszystkich.
Uważam, że nie wolno niczego zamiatać pod dywan. Tym bardziej nie można tego czynić w stosunku
do wielkich ludzi Kościoła.
I ostatnie przypomnienie, w czasie niszczenia teczek, niszczyciele bardzo często zapominali
o aktach paszportowych, dokumentacji finansowej, korespondencji, skargach i zażaleniach itp.
To jest ponad 30 km akt, w których najprawdopodobniej nikt nie majstrował. Przegapiono istnienie
tych zespołów. To jest jakaś szansa uzupełnienia ubytków, odtworzenia niektórych zniszczeń.
Ale i tak lustracja lustracją, a jedno na pewno możemy sobie wybić z głowy - że dzięki lustracji
poznamy całą prawdę o naszej najnowszej historii. Możemy jednak wzbogacić naszą wiedzę
o ludzkiej podłości, głupocie, obłudzie, małości, chamstwie, konformizmie, filisterstwie,
zawiści, nienawiści, chciwości, cwaniactwie itp.
Jaki wniosek warto wyciągnąć z obecnej kampanii lustracyjnej? Że największym zagrożeniem
ludzkoci jest jej własna głupota.
Najlepiej widać to w polityce i lustracji.
A więc PAMIĘTAJ! JEŻELI NIE JESTEŚ NA LIŚCIE WILDSTEINA - TO BĘDZIESZ! Dopiszą Cię do listy życzliwi.
Uważam, że zarówno ta książka, jak i powszechna, totalna lustracja nie są nikomu potrzebne.
Są całkowicie irracjonalne, nieodpowiedzialne, bezużyteczne i nic nie usprawiedliwia ich
istnienia, poza tym, że mnie się podobają.
Jeżeli jednak interesują Was te sprawy i podjęliście trud dotarcia w IPN do swojej teczki;
jeżeli macie teczkę przed sobą i niewiele z niej rozumiecie, to ta książka jest dobrym
przewodnikiem po meandrach służb specjalnych.
Z poważaniem H. Piecuch
kwiecień 2005
marzec 2005
grudzień 2004
listopad 2004
jesień 2004
wakacje 2004
kwiecień 2004
marzec 2004
luty 2004