Przerwa

2 mar 2009

Po 40 dniach powróciłem ze szpitala do domu. Lekarze wykluczyli jednak, abym mógł pisać przez najblizsze 6-12 miesięcy.
Pozdrawiam
Henryk Piecuch

Wiadomość dla odwiedzających blog Henryka Piecuch

21 lut 2009

Witam,
W imieniu Henryka składam podziękowania dla wszystkich życzących mu powrotu do zdrowia. Do chwili obecnej nadal przebywa w szpitalu i nie jest jeszcze wiadomo jak szybko wróci tu do nas z nastepnymi wpisami. Mamy jednak ogromną nadzieję, że stanie się to wkrótce możliwe.

Dziękuję

Iwona Piecuch

13 sty 2009

Myślę, że moja zapowiedź prowadzenia blogu do maja była nazbyt optymistyczna. Zdrowie upomniało się o swoje prawa. A więc znowu szpital. Zobaczymy czym się skończy tym razem. Jeżeli znowu się uda - zacznę pisać dalej. Jeżeli nie, dziękuję za towarzystwo.
Pozdrawiam
Henryk Piecuch

Atak funkcjonariuszki ŻIH [wedle Wikipedii], J. Rostkowski

9 sty 2009

Razem z tobą dojrzewają i pęcznieją twoi wrogowie. Często nie wiesz o nich nic, nie wiesz nawet, że są, dopóki nie wypuszczą w twoją stronę (najczęściej znienacka) zatrute strzały

Ryszard Kapuściński

Od czasu do czasu, w miarę starzenia się, coraz częściej, rzucają się na mnie różne indywidua. Spadają jak sępy na rannego jelenia. Zazwyczaj lekce sobie ważę takie ataki. Gdy jednak za osobą atakującą stoi tak świetlana instytucja jak Żydowski Instytut Historyczny [ŻIH], czuję się zobligowany odpowiedzieć w sposób merytoryczny. Tak miało być i tym razem, ale nie jest, a będzie, i to już niebawem.
Oto w cenionej przeze mnie i zapewne przez kilka milionów czytelników Wikipedii głos, wedle wpisu wikipedysty, wytrawnego znawcy problemu, dała pani dr Alina Cała, pracownica ŻIH. O czym pisze p. Cała? Och, na razie przemilczę. Lepiej sami przeczytajcie, pod adresem:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Dyskusja:Henryk_Piecuch
Bo ja przeczytałem. I rwąc włosy z głowy [których deficyt dotkliwie, zwłaszcza zimą, odczuwam], jakieś dwa miesiące temu, wysłałem jednego i drugiego maila do ŻIH-u z prośbą, by pani doktor była łaskawa skontaktować się ze mną i wyjaśnić niektóre kwestie, przekłamania i insynuacje. Czekam do dziś.
I już się zabierałem do kolejnych monitów Instytutu, gdy zadzwonił Jerzy Rostkowski z pytaniem co robię? Odpowiedziałem, że oliwię tankietkę [dubeltówka z odciętą częścią lufy i kolby] i ostrzę psu zęby, bo spodziewam się gości. Jurek zapytał czy może wpaść, aby zadać mi kilka pytań? Zgodziłem się.
Rostkowski to dziwny facet. Poznałem go, gdy był reżyserem. Potem zajmował się bezpieczeństwem dzielnicy, w której mieszkał. Cały czas szukał skarbów i pamiątek z przeszłości.
Teraz pisze książki. Nie wiem czy dobre. Od kilku lat nie czytam niczego, co nie ma przynajmniej tysiąca stron. Jurek jeszcze nie doszedł do tej objętości.
Zgłosił przez domofon, że jest, a ja poinformowałem psa, żeby się nie śpieszył z wypróbowaniem ostrości kłów, bo to zapewne nie jest jeszcze ten facet, którego należy pogryźć. Rostkowski zaatakował od progu:
- Dlaczego nie odpowiadasz na ataki żihowskiej funkcjonariuszki? Dlaczego napisałeś książkę, w której rozmawiasz sam z sobą?
- Na ataki odpowiem. A książka? Ha! Najprościej byłoby odpowiedzieć, że dlatego, iż nikt przede mną takiej książki jeszcze nie napisał.
- Nieprawda, a chociażby Gombrowicz? - zaskoczył mnie oczytaniem oraz przenikliwą inteligencją.
- Zgoda, Witold Gombrowicz zrobił to, ale ogłosił je jako rozmowy Dominika de Roux. Wiem, wiem, obaj panowie pracowali nad tekstem, jednak wkład Dominika był raczej mierny, co, zważywszy klasę Gombrowicza nikogo nie powinno dziwić.
- Dlaczego wielki Gombro wybrał taką formę?
- Zamiast odpowiedzi przeczytaj, co Gombrowicz pisze o recenzentach, krytykach i innych mądralach. “Po raz pierwszy doznałem na własnej skórze krytyki literackiej, która, niestety, w znakomitym procencie jest i pozostanie oślim rykiem, notabene oślim rykiem przez megafon (prasy). Nagle najgorsza hołota intelektualno-artystyczna Warszawy - jakieś zacne ciotki kulturalne, jakieś belfry, jacyś koneserzy, jacyś mędrkowie i >strażnicy wartości<, wszystko płatne od wiersza - zaczęli mnie obkładać swoimi pośpiesznymi, powierzchownymi, łaskawymi i głupkowatymi osądami. Byłem obiektem, nie mogłem się bronić" (D. de Roux "Rozmowy z Gombrowiczem").
- Masz podobne zdanie na ten temat?
- Z zachowaniem stosownych proporcji, z ogromną pokorą i szacunkiem dla dokonań W. Gombrowicza odpowiem, że tak właśnie myślę o tzw. krytyce w Polsce, przynajmniej tej jej części, z którą miałem nieprzyjemność się zetknąć. Tak samo, albo nawet jeszcze gorzej. Oczywiście, widzę również całą masę ludzi pióra bądź nauki, kompetentnych, sprawnych i, co najważniejsze, uczciwych, których publikacje, chociażby najbardziej krytyczne przyjąłbym z radością. Niestety, te osoby przeważnie nie zajmują się takim pisaniem, jakie uprawiam.
- Może to twoja wina. Masz wyjątkowo paskudny dar ustawiania czytelników przeciwko sobie. Już w pierwszych słowach prawie każdego tekstu potrafisz zrazić do siebie ludzi. W odautorskiej dedykacji do książki "Imperium służb specjalnych" piszesz:
“Studentom ku nauce,
melancholikom ku rozrywce,
idiotom ku przestrodze.”
Po co ci to? Czytelnicy mogą się czuć urażeni.
- Och nie. Studenci naprawdę powinni się czegoś uczyć, aby z nich nie wyrósł przypadkiem kolejny Macierewicz albo inny Szczygło. To przede wszystkim dla nich w moich książkach przedstawiam setki dokumentów, do których w inny sposób nigdy by nie dotarli, chociażby dlatego, że znakomitą większość z tych materiałów już zniszczono. Choć gdzieś tam w Moskwie na Łubiance, czy w innych miejscach, być może zostały mikrofilmy, albo nawet oryginały. Tyle tylko, że nie wiadomo kiedy się do nich uda dobrać szperaczom. Zaś melancholikom, tęskniącym za Peerelem naprawdę należy się jakaś rozrywka. Ze szczerego serca podrzucam im więc opisy tortur stosowanych w Informacji Wojska Polskiego lub w bezpiece i wskazuję osobę, która moje daleko niedoskonałe opisy może wydatnie wzbogacić. Nic na to nie mogę poradzić, że jest to zazwyczaj generał Czesław Kiszczak.
- Odpowiadając na niektóre zarzuty posługujesz się czasem tandetnym chwytem kokietowania uczonych mężów. Piszesz: "Zarzucacie mi, że w >Tajnej historii Polski< nie trzymam się chronologii wydarzeń". I wazelinujesz: "Zgoda, nie trzymam się. Zrobili to lepsi ode mnie...”
- Przyznanie, że coś jest dobre, coś mi się podoba, że ktoś coś zrobił lepiej ode mnie, w żadnym wypadku nie jest wazeliniarstwem. Wręcz przeciwnie, bardzo chętnie posługuję się dorobkiem innych. Bardzo chętnie wkluczam we własne teksty cytaty z różnych dziedzin, od czystej nauki, po wybitną prozę i poezję. Nie stronię też od reportażu i publicystyki. Jednak zawsze staram się uczciwie podawać źródło i autora. Wiem bowiem dobrze, że dziennikarz może opisać jedynie to, co sam przeżył, czego doświadczył, co widział. Może też napisać tylko tyle, ile powiedzą mu inni, lub tyle, ile zdoła wydobyć z dokumentów.
- Często spotykasz się z pytaniem, skąd ty to wszystko o czym piszesz wiesz? Czasami brzmi to jak zarzut, a czasami podejrzenie o kolaborację.
- Główne źródło mojej wiedzy to dokumenty wywleczone z archiwów, najróżniejsze szpargały, zdjęcia, szkice, notatki, zapiski, kroniki, opracowania, pamiętniki, dzienniki, relacje, zeznania, nagrania magnetofonowe, nawet stare kalendarze z wpisywanymi uwagami. Przez pół wieku zbierania nagromadziło się tego sporo. Jednak podstawową pisania są rozmowy. Rozmawiam z różnymi osobami, bo z każdego można wydobyć coś dobrego. J. Stalin lubił dzieci, B. Bierut sarenki, a W. Jaruzelski wiewiórki i Adama Michnika. Starając się wiernie oddać myśli, słowa i uczynki rozmówców usiłuję pokazać pewne działania służb specjalnych, bo tym się głównie zajmuję, widziane oczami uczestników omawianych wydarzeń. Godzinami wysłuchuję najrozmaitszych wynurzeń, by w końcu wybrać jedno jedyne, być może prawdziwe zdanie, charakteryzujące daną osobę. Czasami się to nawet udaje. Nie oznacza to, że się identyfikuję z poglądami swoich rozmówców. Poza tym, przyszło mi żyć w ciekawych czasach, co nieco widziałem, w niektórych opisywanych wydarzeniach brałem nawet sam udział i to po różnych stronach.
- Czyżby??? Niedawno...
- Różne osoby zarzucają mi, że w swoich książkach posługuję się fatalną, przez nikogo nie stosowaną manierą, łączenia wywiadów, wypowiedzi, dokumentów, opisów z własnych doświadczeń, cytatów, dzienników, szkiców, a nawet, o zgrozo! Rysunków. Zgoda, robię to. Niektórzy adwersarze, zamiast polemizować z tekstami moich książek, wolą walić w autora. Uważam, że to mniej ciekawe, ale dzięki i za to bracia i siostry moje. Wybaczcie więc, że nie podejmuję polemiki z inwektywami, insynuacjami, manipulacjami, kłamstwami, zniesławieniami, oszczerstwami. Nie widzę w tym sensu, bo jakiż pożytek z kopania się z koniem? Zarzucacie mi, żem komunista. Zarzucacie mi, żem antykomunista. Zgoda, może tak to wygląda.
Zarzucacie mi tysiące innych wad, usterek, poważnych błędów nawet. Wszystkie przyjmuję z pokorą. Ale do diabła, jednego przyjąć nie mogę, że celowo fałszuję historię i oszczerczo zniesławiam kogokolwiek.
HASŁO BLOGA:
Wierząc we wszystko, co głoszą media, nie można nie być głupcem

Józef Światło, cz. II

3 sty 2009

… najciekawszą rzeczą jest ujawnianie różnic między rzeczywistością kreowaną, a prawdą o niej.

Katarzyna Kozyra

Dlaczego zająłem się podpułkownikiem Józefem Światłą?
Chyba dlatego, że lubię historyjki o - jak mawiał Tadeusz Kantor – różnych czerwonych dupkach czy pseudoartystycznych sługusach. Bo, nie mam co do tego wątpliwości, Światło był artystą. Artystą draństwa. Wybitnym sługusem możnych tego świata. Nie jest moją winą, że raz byli to Sowieci, a drugim razem Amerykanie.. Dlatego mój zapis o podpułkowniku, w odróżnieniu od uczonych dysertacji, jest bliższy śmietników z menelami niż naukowych konstatacji, od czytania których dostaję kokluszu.
Tak, szukając kandydata na złego bohatera, świadomie wybrałem Światłę. Bo tarmosił damy lepiej od Casanovy, jadł jak kierowca tira, pił niczym marynarz, klął jak szewc i nie był aniołem.
W II RP przeżył 24, w Sowietach 5, a w Peerelu 8 lat. Przed ucieczką na Zachód wyglądał jakby nie przyszło mu to łatwo. Jego sława była tak agresywna, że nawet psy bały się na niego szczekać.
Ofiary Światły mówią krótko: - Skurwysyn. Jedynie niektórzy dodają: - Wyjątkowy skurwysyn.
Z Józefem podpułkownikiem Światłą jest kłopot. Miał wykształcenie Ukończył szkołę podstawową, powtarzając jedynie, drugą, czwartą i piątą klasę. Dalej mu jakoś nie szlo. Po latach przeczytał dwa tomy Marksa. Nie wiadomo jednak czy cokolwiek z lektury zrozumiał. Wychowywał się wśród rówieśników pochodzenia żydowskiego, ale mówił po polsku bez obcego akcentu. Obejrzał dwie synagogi i już jako dziecko wiedział gdzie leży Ameryka. Znal języki, uważał, że mają duszę. Z Bogiem rozmawiał w jidysz, do kobiet zwracał się po francusku, do mężczyzn - po polsku, a do podwładnych i ulubionego konia – po rosyjsku.
Światło nie był umysłem kartezjańskim ani makiawelicznym. Był to umysł nienajgłupszego oficera służb specjalnych. Jest z nim kłopot nie tylko dlatego, że miał maniery, a nawet inteligencję nieco lepsze niż przeciętny czytelnik “Gazety Wyborczej” czy oglądacz tiwi, a dlatego, że na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych miał łatwy wstęp na salony władzy.
Podpulkownik, szewc z zawodu, cieszył się zaufaniem Stalina, który sam był jedynie synem szewca. Poznawszy tajniki szewstwa ubek “szył buty” ważnym postaciom Peerelu. Robił to na polecenie Bieruta, Bermana Radkiewicza. Jednak najważniejsze zamówienia, opiewające na “szycie butów” także dla Bieruta wykonał na inny obstalunek.
Nie był wulkanem intelektu, ale dobrze sobie radził z agentami, kobietami i politykami, a więc tym wszystkim, wokół czego kręci się świat. To wystarczyło, by Iwan Sierow zaliczył go do grona wybranych.
Wprawdzie generał Szlachcic, dobry znajomy Światły przekonywał, że superagent to prawdziwe bydlę i jaskiniowiec, który nawet ubrany we frak nadal sprawniej operował palką niż nożem i widelcem, ale nie ma pewności, czy Szlachcicowi, któremu, gdy chodzi o operowanie palką, także niczego nie brakowało, można wierzyć.
Byli współpracownicy ubeka mówią, że Światło miał nieco ponad półtora metra wzrostu i więcej niż sto kilogramów agresji. Dużo brutalności, tupetu, bezczelności i cynizmu. Cechował go absolutny brak hipokryzji. Myślę, że Światło się bał. Blisko dwadzieścia lat chodzenia na pasku najbrutalniejszego wywiadu świata nauczyło go moresu. Widział i wiedział dużo i miał prawo się bać. Bal się wielu rzeczy. Cdn.
HASŁO BLOGA:
Jedynie głupcy i naukowcy znają odpowiedź na wszystko.

J. Światło

2 sty 2009

Nigdy nie wiadomo, co ludzie mają w głowach.

Raymond Queneau

Józefowi podpułkownikowi Światle trzeba zapewnić miejsce między wielkimi łotrami naszej epoki. Muszę to zrobić zanim Andrzej Paczkowski, profesor zresztą, napisze i ogłosi kolejną książkę, w której, na podstawie strzępków materiałów archiwalnych, kongenialnie zmajdruje jego dzieje i go pobrązowi in saecula saeculorum amen.
Chcę od razu wywalić, masakrując Gombrowicza, moją nieprzyzwoitość drażniącą i w złym guście: Światło mnie wielbił, a ja jego nie wielbiłem. Trudno mi mówić o przyjaźni – w dobie, kiedyśmy się przyjaźnili, byliśmy obaj jeszcze nie urodzeni.
Pierwszy raz zjawił się u mnie…
No, cholera z nim, przeczytajcie moją książkę Józef podpułkownik Światło in flagranti i…, to się dowiecie, co w trawie byłego zastępcy płk. A. Fejgina piszczy.
Będąc absolutnie niczym we wszechświecie, którego centrum jest zawsze i wszędzie, a więc także tu i teraz, bo peryferii nie ma nigdzie, i wiedząc, że o przyszłości wiemy jedynie tyle, że nastąpi, i nic więcej, czuję równocześnie, że jedynym rzeczywistym istnieniem jest moje. Dlatego zadaję się tylko z najinteligentniejszymi, czyli sam z sobą.
Zlikwidowałem nie więcej niż 500 osób. Ale – nie będę ukrywał – nadal kombinuję jak powiększyć tę liczbę. Niestety, ostatnio prześladuje mnie pech. Po wojnie sowiecko-afgańskiej, w której udało mi się co nieco osiągnąć, następna afgańsko-amerykańska odbywa się beze mnie mimo, że Nasze Zuchy, od czasu do czasu potarmoszą tam kogoś, kto im się niebacznie pod lufę moździerza podsunie.
Także z dwu wojen amerykańsko – irackich, których, a jakże, także byłem entuzjastą, zostałem wyatestowany. Powiedziano, abym zamiast zabijania, co bardzo lubię, zajmował się raczej przeszłością.. Na początek historią filozofii.
Posłuchałem. Pierwszy wykład zacząłem tak: Pewnego poranka 2408 lat temu, o pierwszym pianiu koguta Sokrates, który miał demokrację ateńską [tak jak ja demokrację Kraju Pieroga i Zalewajki], w dupie, a na “rozkładzie” zaledwie garstkę pedałów z agory, który zadawał zbyt wiele pytań, kierując się li tylko imperatywem moralnym i nie chcąc zmieniać poglądów, wychylił duszkiem swój puchar goryczy.
Nie dano mi dokończyć wykładu filozoficznego […].
Może pociągnę ten wątek w następnych blogach. A teraz czas na dygresję.
Mimo związania się ze służbami specjalnymi – jak chce pewien krytyn, tak niskiej konduity, że jego nazwisko w tym blogu nijak paść nie może - starałem się w miarę możliwości, pozostać uczciwym człowiekiem, aby mieć pewność, że na świecie będzie o jednego drania mniej.
Ponad półwieczne obcowanie z ferajną szpiegowską nauczyło mnie jednego: jeżeli już koniecznie trzeba być agentem – to tylko własnego losu. Dlatego poszedłem w ślady swoich mistrzów i tak jak Einstein, Twain i Vonnegut porzuciłem wiarę w ludzkość. Dokonując na sobie wiwisekcji, mimowolnie szukam usprawiedliwienia dla swoich niegodziwości.
Zaklinam was tedy po vonnegutowsku – czytając ten dziennik, będący wiernym psem mej duszy, czytając tę spowiedź z mojego życia, myślcie o mnie jako o dziewczęciu, które klęcząc na skale w nocnej koszulce wypatruje w wodzie płoci, albo też tylko podziwia własne odbicie.
Jestem bowiem niczym szpak. Gwiżdżę na wszystko. Podzielam pogląd Emila Ciorana, tak, ten świat nie zasługuje na to, by poświęcać się za jakąś ideę albo wiarę.
Nie bierzcie mi tego za złe.
HASŁO.BLOGU:
Światło kocha, Światło radzi, Światło nigdy Cię nie zdradzi!

J. Siedlecka, literaci oraz bezpieczniaccy inżynierowie dusz

31 gru 2008

Różnica między Syfem, a Syzyfem jest taka, że Syfowe prace są zawsze skuteczne, a Syzyfowe nigdy

Sławomir Mrożek

Do skreślenia tych uwag skłoniła mnie kolejna książka J. Siedleckiej, poświęcona literatom. Książka, jak zwykle u tej pisarki, napisana niezwykle fachowo. Podziwiam autorkę, która przesiedziała chyba mnóstwo godzin nad szpargałami pieczołowicie gromadzonymi przez kilka departamentów MSW i nie tylko. Myślę jednak, że w tych potwornie zmasakrowanych “papirusach”, nie ma prawdy o bohaterach książki Siedleckiej. Nie ma w nich nawet prawdy bezpieczniackiej. Te smętne resztki materiałów operacyjnych, pozostałych w IPN po Biurze “C”, mogą co najwyżej stanowić tropy, po których należałoby pójść, aby dobrać się do żywego mięska niegdysiejszych inżynierów dusz. Inżynierów, których w latach 80., na wyraźne życzenie najważniejszych generałów Peerelu, mieli zastąpić inżynierowie ze służb specjalnych.
W tej sprawie co rusz podejmowano konkretne przedsięwzięcia operacyjne. Oto drobny przyczynek do tego, jak to miało wyglądać.
Druga połowa lat 80. Przeddzień sylwestra. Ponury pokój, w ponurym bloku, w ponurym zespole gmaszysk przy ulicy Rakowieckiej. Czterech pułkowników, tylko jedna półlitrówka i jeden kapitan. Trzech z pułkowników, to stare wygi bezpieki. Dziś jedynie półetatowcy. Siedzą, piją, medytują. Rzadko przekąszają. Dowodzi nimi kapitan. Pełnoetatowiec. Młody wyga bezpieki. Wywiad, a przede wszystkim kontrwywiad, nie mają dla nich tajemnic. Sterty najtajniejszych dokumentów. Mogą mieć wszystko, co zechcą. Mogą ściągać służbowo materiały z archiwów Wojewódzkich Urzędów Spraw Wewnętrznych z całego kraju.
Mogą też uzyskać prywatnie, po znajomości, każdą informację, jeżeli ją uzyskać zechcą. Piszą, przerabiają, redagują, korygują, poprawiają, nanoszą, uzupełniają, analizują. Zamiast operacyjnej prowadzą jedynie prace koncepcyjne.
Grzebią w tonach resortowej makulatury. Tysiące, setki tysięcy stron. Karty, kartki, karteluszki. Kwity, bilety, zapiski. Listy, doniesienia, meldunki. Taśmy filmowe, zdjęcia, nagrania magnetofonowe. Czasami wyroki. Czasami dokumenty o wykonaniu wyroków. Rozstrzelanie. Powieszenie. Ćwiartka kartki formatu A-4, zapis końca czyjegoś życia.
Trzy biurka, dwie szafy pancerne, kilka krzeseł. Popielniczka z aluminium z wygrawerowanymi trzema literkami - MBP. Szklanki.
Trzech pułkowników i kapitan stanowią Komisję Historyczną Departamentu II MSW. Piszą historię kontrwywiadu. Wybierają materiały do monumentalnego filmu o służbach specjalnych. Sprawa się przeciąga. Temat jest pasjonujący, materiały świetne, ale decydenci paskudni. Bezpieczniacki kwartet jest dziś ważny. Literacko dowartościowany. Obracający się w kręgu literatów. Ma na twórców znakomite materiały. Ten jest pedał, tamten jedynie pedofil. Większość to erotomani, a prawie wszyscy alkoholicy.
Tak, materiały operacyjne są znakomite. Cały kłopot w tym, że nijak się nie przekładają na scenariusz o kontrwywiadzie. Bo jak zmusić homoseksualistę, pedofila, erotomana czy alkoholika do napisania literackiego tekstu o ich służbie?
Przed laty zamówiono scenariusz. Pierwszy zaczął Andrzej Wydrzyński. Wytrzymał najdłużej. Napisał dziesięć nowelek i zrezygnował. Drugim był Gwidon Czerwiński, który nie wyszedł poza koncepcje. Trzeci, Andrzej Twerdochlib, wskórał niewiele więcej.
Film miał uświetnić czterdziestą rocznicę resortu. Nie uświetnił. Filmu nie było. Sprawę przełożono na rocznicę czterdziestą piątą. Też nie uświetnił. Filmu nie było. Przyśpieszono prace. Pięćdziesiąta rocznica była za pasem. Scenariusz pisał Julian Janczur. Zgraja pierwszoligowych reżyserów, węszących resortowy szmal, czaiła się w gotowości. Tylko czasu nie starczyło. Dawny resort szlag trafił. Bogów kina wymiótł wiatr historii.
Czwartym pułkownikiem w ponurym pokoju jestem ja, mam status gościa. Przychodzę, przynoszę butelkę, sępię za wywiadowczo - kontrwywiadowczymi historyjkami, prawdziwymi, udokumentowanymi, najlepiej jeszcze z żyjącymi świadkami. Oni są dla mnie najważniejsi. Oni sporządzali dokumenty. Wiem już, że często pisali pod przełożonych, pod większych szefów, pod największych facetów z Białego Domu. Czasami udaje mi się wydusić z nich ziarenko prawdy. Dlatego w swojej redakcji skupuję kartki na alkohol, najczęściej od podpułkownika Mariana Płowenca, wykształconego marksisty. Wyedukowanego pod kierunkiem Jacka Maziarskiego w Wojskowej Akademii Politycznej im. Feliksa Dzierżyńskiego. Kartki wymieniam na butelki. Flaszki na informacje.
Siedzimy. Pijemy. Wchodzi najbliższy pomocnik generała Pożogi. Też pułkownik. Ma futrzaną czapę w ręku. Odmawiając poczęstunku tłumaczy:
“Muszę jechać Wojciecha. Znanego pisarza, twojego przyjaciela” – dodaje spoglądając na mnie, dziwnie się przy tym uśmiechając. Uśmiech pułkownika przypomina szydło, daje do zrozumienia, iż dobrze wie, że Wojciech “zapodał” generałowi o moim niepatriotycznym zachowaniu w stosunku do M. Moczara. I zaraz, jakby nigdy nic, wyjaśnia: “Wojciech był wczoraj u szefa. Potrunkował. Prezes [ZLP] bardzo lubi generałów. Zapomniał czapki, gdy go wkładano do samochodu, aby go dostarczyć do domu . Muszę mu teraz czapkę dowieźć.
W “Historyjkach” jest ładna relacja zatytułowana “Kuszenie”. Pisarz Wojtek namawia Jana Józefa Szczepańskiego na współpracę z pewnym generałem. Łatwo poznać, że chodzi o Mieczysława Moczara. Szczepański odmawia. Namawiacz mści się słowami:“- Czy ktoś ci już powiedział - rzekł - jaki ty jesteś brzydki? Zupełny Frankenstein!”
Autor “Historyjek” dopowiada: “Nie sądzę, abym wypiękniał od tego czasu. Ale i Wojtek niewiele się zmienił. Po latach stał się równie gorącym wielbicielem innego generała”.
Wojciech. Niezły, ale chyba niespełniony pisarz. Kiedyś kolega Karola Wojtyły. Później przyjaciel generałów, z których przynajmniej jeden był seryjnym mordercą. A inni? Czekają na osąd historii. Boć przecież nie sądów. Bo nawet jak ich przed sąd zawloką, to i tak nikt im niczego poważnego nie udowodni. Boć jeden u nas jest kompetentny człowiek, prokurator, ale i on, prawdę mówiąc, idiota…
Pisarza Wojciecha osądziło życie. Ludzie mścili się na jego książkach. Rwali, palili, wrzucali do kloaki. Czy to już dowód zdziczenia obyczajów?
Pisarza Wojciecha, choć nie tylko jego, w Związku Literatów Polskich pilnował inny mój przyjaciel - Nikołaj Leonidowicz Plisko. Oficjalnie konsultant do spraw literatury polskiej Komisji Zagranicznej Związku Pisarzy Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich.
Rzecz w tym, że Plisko żadnej książki nie napisał. Specjalizował się w innej literaturze. Miał stopień podpułkownika KGB, a przedtem był w wywiadzie wojskowym [GRU]. Znał Polskę i nasze tajne sprawy. Zgodził się za niewielkie honorarium przygotować kilka materiałów dla mojego tygodnika. Miałem jedną gwiazdkę więcej niż Plisko, a to dla konsultanta znaczyło czasami więcej niż tytuł w jakichś tam organizacjach czy związkach, które trzeba pilnować. Rozmawiamy kiedyś:
Chcę zrobić wywiad z Kimem Philbym – mówię. “Nie zobaczysz się z nim - przekonuje Plisko. - To na razie niemożliwe. Ale przygotuj pytania. Ktoś z naszych przepyta Kima i przetelefonuje ci odpowiedzi”. Chcę mieć informacje o uranie z Kowar i radzieckiej bombie atomowej. Zamieszczę materiały o skarbach Trzeciej Rzeszy, archiwach Gehlena, francuskich służb specjalnych i polskich, z Oliwy, przejrzanych przez służby radzieckie. “Zrobi się. Ale nie od razu - obiecuje Plisko. Chcę rozmawiać z córką Breżniewa, Galiną. “Ona pije. Ale przygotuj pytania”.
I tak sobie rozmawialiśmy, rozmawiali. Miesiące i lata płynęły. Socjalizm też płynął. Na śmietnik historii. Z Kimem się spotkałem. Galinie zawiozłem skrzynkę szampana, nawiasem mówiąc, kupioną w ambasadzie PRL w Moskwie.
Pisarza Wojciecha konsultant ocenia bardzo wysoko: “Potrafi wypić. Ma łeb jak bak w ruskim tanku - tłumaczy z podziwem posługując się nieliteracką, a pancerną metaforą, bo Plisko zaczynał karierę w pułku czołgów. - Wojciech ma też właściwy, bardzo poprawny stosunek do Związku Radzieckiego i krytyczny do Żydów. Jest wybitnym wrogiem wrogów socjalizmu. I na dodatek, napisał jeszcze kilkanaście książek”.
I jeszcze jedna ocena Pliski, dotycząca innego pisarza. Jarosława Iwaszkiewicza: “Jarosław? Dziwny człowiek. Niby był z władzą, a nie lubił władzy. Niby popierał Związek Radziecki, a nie kochał nas. Były dobre materiały na niego. Dlatego, gdy miał dostać Nagrodę Nobla, dyskretnie storpedowano te zamiary. No nie. Oficjalnie wszystko było w porządku. To było zbyt głośne nazwisko, aby działać oficjalnie. I on do końca życia myślał, że władze są mu życzliwe, starają się o nagrodę dla niego, nic nie wiedzą o jego paskudnej robocie. Na czym polegała paskudna działalność Jarosława? Ostrzegał kolegów, że ktoś się nimi interesuje. Czyli, rozumiesz, nie był lojalny. A poza tym jest jeszcze sprawa Żydów. On ich po prostu lubił. Przyjaźnił się z Arturem Rubinsteinem. Podarował mu srebrny świecznik. Była afera”.
Ale Nobla dla Wałęsy upieprzyliście w inny sposób – staram się pociągnąć Nikołaja za to i owo? “Och Nobel dla Bolka, to zupełnie inna kombinacja. A w zasadzie dwie kombinacje. Obie zrealizowane perfekcyjnie. W pierwszej chodziło, aby Bolek Nobla nie dostał, a w drugiej wręcz przeciwnie. I udało się. Zresztą obie kombinacje to autorski pomysł twoich przyjaciół. Tak jak i ksywka Bolek. Myśmy jedynie pomagali”
Zostawmy Pliskę do następnego spotkania i wracajmy do kwartetu. Ale akurat wchodzi kolejny pułkownik. Marceli Wieczorek, ksywka – Marek. W “cywilu” zastępca komendanta Centrum Szkolenia MSW w Legionowie, w rzeczywistości specjalista od spraw funkcjonariuszy. O ile członkowie komisji mają niekiedy problemy z gryzieniem bieżących spraw, to dla Marka sprawy akurat prowadzone to bułka z masłem. Musi dostać każdy materiał, gdyż to sprawa duszy resortu. Wiem, wiem, brzmi to megalomańsko. Posądzać ten pieprzony resort o posiadanie duszy, to już naprawdę zbyteczna uprzejmość. No, niech tam.
Siedzimy. Pijemy. Przeglądamy szpargały.
“Podpadłeś” - mówi Marek.
Podpadłem - przytakuję.
“Sprawę rozpatrują wysoko”.
I co? - pytam, bo z wysokich pięter mam raczej skąpe informacje.
“Chyba ukręcą jej łeb”.
Dlaczego? - pytam, choć jest to dla mnie bardzo dobra wiadomość.
“Bo jesteś chytry. Bo dałeś maszynopis tym facetom z góry. I teraz oni, broniąc własnej dupy, muszą bronić również ciebie. Chociaż czynią to bardzo niechętnie. Chytrusek z ciebie. Oni cię cholernie nie lubią. Powiedz, zrobiłeś to celowo?”
ZAMIAST HASŁA:
W Nowym Roku wszystkiego najlepszego!!!

Cz. Kiszczak atakuje, i chyba straszy

29 gru 2008

Każdy skurwysyn, który ze mną zacznie gorzko tego pożałuje. A ja się tylko śmieję. Wszystko mi jedno, czy to będzie facet, czy baba. Nawet gdyby sam prezydent Stanów Zjednoczonych wlazł mi na odcisk, to jego też urządzę. Trzeba było widzieć, co kiedyś zrobiłem z jednym …

Kurt Vonnegut

Kiedy u progu lat 90. ośmieliłem się, wbrew poglądom lansowanym przez ówczesne elity, ogłosić kilka książek, w których starałem się nieśmiało ujawnić co nieco z tajnej kuchni peerelowskich służb specjalnych, jako pierwsza zaatakowała mnie “GW”, piórem S. Barańczaka dając malowniczy odpór oszołomowi.
Sam poeta potraktował mnie jakbym był krową, a on pijanym weterynarzem. I to było ładne. Bo być wdeptanym w błoto przez takiego tuza literackiego toć to nie to samo, co być opluwanym przez siermiężną żurnalię Kraju Pieroga i Zalewajki, m.in. z “Życia” lub “Rzepy”, często idącą na pasku służb.
Lata mijały. Poglądy się wprawdzie nie zmieniały, ale interesy tak. Jakaż radość mnie ogarnęła, gdy coraz częściej w ulubionej gazecie natykam się na doniesienia pasujące do tego, com głosił dwie dekady temu. Więc dziś, po kolejnej porcji rewelacji “GW”, pozwólcie zakrzyknąć:
Generale Kiszczak! Witaj w gronie oszołomów!
Cha! Cha! Tego się nie spodziewałem. Generał Cz. Kiszczak nawrócony!
Trąc ze zdumienia oczy, czytam w oświadczeniu generalskim: “Przekazanie prawdy o tamtym systemie oraz jego metodach jest naszym […] wspólnym obowiązkiem. Jest też jedyną możliwą dla nas obecnie formą zadośćuczynienia tym, którzy dzisiaj ponoszą konsekwencję naszych ówczesnych działań.”
No, no, myślę, chrześcijanin się w generale obudził. Późno, bo późno, ale lepiej późno niż wcale. Zgadzając się w stu procentach z ministrem, że: “W wyniku nieroztropnych działań polityków duża część agentury została ujawniona”, z zainteresowaniem kontempluję oświadczenie, poprzedzone wywiadem w “GW” [29 grudnia 2008], w którym Cz. Kiszczak stwierdza m.in. “Ale o wielu tajnych współpracownikach nadal nie wiadomo, choćby dlatego, że część agentury, tej najważniejszej, nigdzie nie była rejestrowana”.
Niby prawda, ale nie cała prawda. Pozwoli generał, że przypomnę jedynie tajną kartotekę agentury znajdującą się w Zespole Operacyjnym Departamentu III [osobiście prowadził ją płk. Z. Nawrocki, były naczelnik w Biurze “C”], która nigdy nie trafiła do Biura “C”. Może przypadkiem generał wie, co się z tą dokumentacją stało? A co się stało z duplikatami materiałów przekazywanych gen. W. Pawłowowi z KGB i gen. ”Saszy” z GRU? No więc szalenie trudno mi uwierzyć, że w MSW, acz nie tylko tam, istniała jakakolwiek agentura, po której wszelkie ślady zostały by raz na zawsze unicestwione. Tak dobrze nie jest. No, nie, myślę, że tych najważniejszych, to generał sam dobrze pamięta. W końcu tych najistotniejszych nie było aż tak dużo. I na pewno nie należał do nich Eligiusz Naszkowski – dzisiejsza sztandarowa postać do grania i manipulacji w przededniu dwudziestej rocznicy geszeftu okrągłostołowego. Geszeftu – dodaję uczciwie, aby nie było złudzeń, co o tym myślę - bardzo dla Kraju Pieroga i Zalewajki opłacalnego.
Ale czytajmy dalej oświadczenie: “Celem Decyzji [o tzw. przesuwaniu źródeł - HP] było znaczne zwiększenie konspiracji metod działania pionów zajmujących się obserwacją [”B”], ewidencją kartoteczną spraw bieżących oraz archiwalnych [“C”], techniką operacyjną [“T”], perlustracją korespondencji [“W”].” A, to już, generale, delikatnie mówiąc, całkowite mijanie się z prawdą. “Konspiracja metod” to legenda, przykrywka parszywej działalności Firmy. Służby specjalne znają tysiące sposobów konspiracji źródeł, ale żaden nie polega na “przesuwaniu źródeł”. Wykonywanie decyzji ministra z 15 stycznia 1982 r. było przydatne w grach i kombinacjach operacyjnych majdrowanych przez MSW [niekiedy na prośbę gen. Pawłowa], a także w preparowaniu materiałów potrzebnych np. przy kolejnych werbunkach, a nawet w śledztwach. I taka jest prawda o Firmie, w której obowiązywała zasada: ja oszukuję, ty oszukujesz, wygrywa lepszy.
Dziwne wydają mi się słowa generała, w których pobrzmiewa tęsknota za tym, co było, a co se ne wrati. Te słowa to: “…służby specjalne w każdym państwie są filarem, na których opiera się państwo”. W ustrojach autorytarnych, tak jest rzeczywiście. W demokracjach służby specjalne potrzebne są do sygnalizowania i ewentualnej likwidacji zagrożeń. W Peerelu zgoda, Firma była potrzebna generałom jak pijakowi latarnia, do podpierania się, nie do oświetlania.
Jak więc odczytać oświadczenie gen. Kiszczaka?
Myślę, że tak, jak powyższy cytat z Vonneguta.
HASŁO BLOGU:
Długie kierowanie służbami specjalnymi rozwija wszelkie zdolności, ale przede wszystkim głupotę.

Dziennikarze, jakiż jest sens z opisywania aniołów?

27 gru 2008

Na tym naszym bożym świecie coraz mniej oryginałów i coraz więcej wariatów.

Tadeusz Konwicki

W 1979 r. po prawie dwudziestu latach od pierwszego wyrzucenia z Warszawy wracałem do stolicy. W redakcji przyjęto mnie ciepło. Był to wyjątkowo zgrany zespół, którego nawet ja nie zdołałem zepsuć. Na tuzin dusz, trzy współpracowały z WSW, dwie z Departamentem III MSW, a jedna była współpracownikiem obu służb. I to było ładne, a nawet normalne dla niegdysiejszych sfer dziennikarskich.
Koleżanki i koledzy nie dali mi odczuć, że jestem prowincjonalnym nabytkiem z zielonego, zapyziałego garnizonu, na którego należy uważać by przypadkiem nie wpadł pod tramwaj na stołecznym bruku, a współpracownicy służb, otoczyli szczególną opieką, w czym ogromna zasługa nieżyjącego już płk. Czesława Żmudy, późniejszego szefa gabinetu ministra Kiszczaka. I to było jeszcze ładniejsze, acz nienormalne, by tak wysoka fisza poświęcała tyle troski oficerowi na tak nikczemnie niskim stanowisku jak moje.
Stanowisko kierownika działu wojskowego nie było tym, o czym marzyłem [chciałem zostać dziennikarzem sportowym], dawało mi jednak pewną szansę powrotu do innej pasji - zajęcia się służbami specjalnymi. Zacząłem uprawiać to maleńkie poletko, o którym już trochę wiedziałem, a może tak mi się jedynie wydawało.
Od zawsze, pisząc w “Granicy”, na obrzeżach publicystyki sadziłem tulipany, bratki i goździki [oczywiście czerwone] potrzebne dla umajania partyjno-państwowo-szamańskich wstępniaków, sprawozdań i relacji, a w środku raczyłem się hodowlą szarych, nędznych, sparszywiałych, zdegenerowanych konopi indyjskich, które przemycałem w książka i opowiadaniach z życia wziętych, a udających fikcję. Był to głupi pomysł, a nawet bardzo. Ale jeszcze głupszym pomysłem, na który wpadłem nieco później, było przygotowywania specjalnych raportów dla Jana Pawła II.
Początkowo ostrożnie, bo miałem przykre doświadczenia, a potem z coraz większym tupetem, coraz bezczelniej wgryzałem się w temat i w centra dowodzenia służb specjalnych MON i MSW. Okazało się, że jest to bardzo dobra metoda i interesujące zajęcie. Szybko odkryłem niepisane prawo obowiązujące w tajnych służbach - im większa tajemnica, tym jawniej i śmielej należy do niej podchodzić.
Wykorzystując częściowo znajomości z pierwszego pobytu w Warszawie [w 1963 r. byłem zcą, a następnie dcą ok. 350 osobowej grupy specjalistów wojskowych budującej w stolicy niektóre obiekty specjalne a, niejako przy okazji, z polecenia dyrektora generalnego MSW gen. W. Komara, ale wedle dyskretnego wykazu obejmującego ok. 20 nazwisk, przeprowadzaliśmy też remonty mieszkań szczególnie zasłużonym postaciom. Oto kilka person z tej listy: J. Berman, S. Radkiewicz, R. Romkowski, M. Mietkowski, J. Różański, J. Bristiger, A. Ritter-Jastrzębski; zob. również: Akcje specjalne], dotarłem do osób, które niegdyś dużo mogły i sporo wiedziały.
W poszukiwaniu tematów kierowałem się zasadą Josepha Wambaugh’a, który przekonywał: “Szukam czegoś, o czym mógłbym pisać, czekam na jakieś wydarzenie. Czekam cierpliwie, jak myśliwy, który się zasadził na dzikie kaczki; czekam aż wzbiją się w powietrze.”
Potem już było łatwiej. Jeździłem po Kraju Pieroga i Zalewajki oraz po krajach sąsiedzkich. Pisałem i ogłaszałem. Na każdą wydaną, cenzurowaną, recenzowaną, młóconą, kastrowaną książkę, z czym się świadomie godziłem, przypadała inna, sporządzana do szuflady, której nie pozwalałem dotknąć nikomu.
Nikt o pisaninie dodatkowej nie wiedział, nawet najbliższa rodzina. Dziś, najlepszym dowodem istnienia tych manuskryptów jest ich fizyczna obecność na rynku księgarskim. Przez dwadzieścia lat nic innego nie robiłem jak tylko dwa-trzy razy w roku wyciągałem szufladę i ogłaszałem kolejną cegłę. Taka praktyka daje mi sporo radości, ale jednocześnie przysparza wrogów i szalenie złości adwersarzy.
W swoich książkach nie oszczędzam nikogo. Ani siebie ani osób, które się upaprały bo, z zachowaniem całego należnego dystansu dzielącego mnie od mistrza, bardzo mi odpowiadają słowa Williama Faulknera: “Pisarz ponosi odpowiedzialność wyłącznie wobec swojej sztuki. Jeśli jest naprawdę dobrym pisarzem, będzie bezwzględnym […] W razie konieczności bez wahania obrabuje własną matkę, “Oda do urny greckiej” jest bowiem warta więcej od choćby nie wiem ilu staruszek.”
Przyznaję bez prasowania gorącym żelazkiem, nie byłem niszczony, tłamszony, sekowany, prześladowany, szantażowany, terroryzowany, zmuszany kiedykolwiek do czegokolwiek przez kogokolwiek z reżimu.
Czy byłem pieszczochem reżimu? Myślę, że również nie.
Czy robiłem dobrze? Nie wiem.
Czy za możliwość zdobywania informacji, które przecież w tamtym okresie nie były nikomu przydatne, gdyż nie mogłem ich upowszechniać, nie płaciłem zbyt wysokiej ceny pisząc to, co pisałem? Też nie wiem.
Takich i podobnych pytań mógłbym postawić setki, a na żadne nie ma dobrej odpowiedzi. Wiem o tym i dlatego z pokorą przyjmuję głosy za i przeciw. Brzydzą mnie jedynie wrzaski, piski, skamlania, ujadania i jazgoty tych osób, które cierpiąc na świadomą amnezję, atakują mnie bolszewickimi metodami, wybielając przy tym w bezczelny sposób, własne sflaczałe sumienia. Robią to jednak nadzwyczaj tandetnie.
Bo przecież dobrze znam ich życiorysy…
Wiem kto, kiedy i dlaczego radośnie wydeptywał schody do Białego Domu i do jeszcze gorszych obiektów wówczas, gdy ja na gmach KC PZPR mogłem popatrzeć jedynie z trotuaru, a i to z przeciwnej strony Alei Jerozolimskich.
Wiem kto i dlaczego został [na mgnienie oka] lub nie został internowany, choć bardzo za tym tęsknił i niezmiernie bolał, że się nie “załapał” na listę “pozorantów”.
Wiem kto i w jaki sposób skutecznie “uciekał” na Zachód, aczkolwiek wydawało się to zupełnie nieprawdopodobne.
Wiem kto i jaką weryfikację przechodził za granicą, a wyciągającym ten argument przypominam, że niejacy Z. Czechowicz i M. Zacharski et consortes też byli sprawdzani i to nie przez byle kogo. Znam pierwszą pięćsetkę żurnalistów, która wedle zapewnień kompetentnych funkcjonariuszy miała być gwarantem “właściwej” pracy prasy, radia i telewizji po ogłoszeniu stanu wojennego. Znam pierwsze pięćdziesiątki podobnych osób z 17 województw.
Wiem kiedy, dlaczego i która ważna dusza została “złowiona” oraz jak toczyły się wybrane losy najważniejszych spośród żurnalistów “łupów” służb specjalnych MSW i MON.
Współczułem niektórym, bezlitośnie, bez pytania o zdanie, przerzucanym ze Służby Bezpieczeństwa do Służby Wywiadu i Kontrwywiadu, z departamentu do departamentu i odwrotnie.
Rozumiem rozpacz niektórych, przekazanych bez pytania o zdanie w gestię KGB lub GRU. Boleję, że niektórzy z wybitnych dziennikarzy musieli współpracować z tak ordynarną firmą jak Stasi. Wierzę, że dla niektórych figurantów, werbowania były naprawdę przykrymi przeżyciami, które Firma osładzała jak mogła. A to gratyfikacjami pieniężnymi lub zmaterializowanymi suwenirami np. w postaci talonu na samochód, a to stanowiskiem w redakcji, a to posadką korespondenta zagranicznego etc.
Znam wiele innych, równie drobnych faktów…
Ale, możecie spać spokojnie.
Wiedza zdobyta przeze mnie, nie zostanie nigdy ogłoszona publicznie! Macie na to moje słowo. Nawet informacje o waszych wrednych postępkach, odnotowanych w moich dziennikach, które przed oddaniem w obce ręce [myślę o IPN, ale z zastrzeżeniem, że mogą z nich korzystać wszyscy chętni], jeszcze raz przejrzę starannie. Gdyby przypadkiem pozostały w nich jakieś fragmenty przydatne dzikim lustratorom, zostaną niezwłocznie usunięte.
Nie jest też wykluczone, że dzienniki, które, co tu dużo pisać, są wredne, a w niektórych partiach nawet bardzo wredne, zostaną sprowadzone do mojej wiejskiej samotni, ułożone na stosie w ogrodzie, polane benzyną i spalone. Przyznam, że ostatnio, obserwując, co bliźni potrafią robić z byle poszlakami, mam na to coraz większą ochotę.
Jednak z drugiej strony, łapię się na tym z przykrością, na pewno przeceniam własne możliwości. Wiedza moja na temat ludzkich łajdactw jest mizerniutka. I dlatego, z tym spokojnym spaniem, to chyba przesadzam, bo chyba nie jest aż tak dobrze.
Spać spokojnie, to chyba jednak nie możecie i nie powinniście. Zawsze się bowiem może zdarzyć, że jakiś szalony, a dociekliwy lustrator, uwierzy w swoją dziejową misję i zabierze się za wasze futra, które w tym momencie niewiele będą warte.
Żal mi was serdecznie. Cóż jednak mogę dla was zrobić oprócz zapewnienia, że materiały dotyczące waszych działań dla Firmy, ale nie tylko, naprawdę nie zostały zniszczone. Wręcz przeciwnie, zostały dobrze zabezpieczone poprzez zmikrofilmowanie.
Naprawdę nie wiem gdzie znajdują się te zasoby. Mogę się tego domyślać. Przypuszczam nawet, że wy też się tego domyślacie. A skoro tak, to i lustratorzy, wcześniej czy później dotrą tam, gdzie trzeba.
Co w takim razie, wam pozostaje? Myślę, że najrozsądniejszym wyjściem byłaby solidna, uczciwa, publiczna spowiedź…
Ale, co też to ja wypisuję! Naiwniactwo to jedynie czy już misja nawiedzonego samozwańczego kaznodziei, który naczytawszy się Danta powtarza jak pierwsza naiwna:
“Tu oczyść serce podłością zatrute,
Tu zabij w sobie wszelki strach znikomy.
Do miejsc my przyszli, gdzie czynią pokutę…”
No, wracam na swój blogerski szlak!
Kiedyś robiłem to, co robiłem, by teraz robić to, co robię. Przyznaję, dawniej, by zdobyć potrzebne informacje, byłem gotów zawrzeć pakt nawet z diabłem. Stąd sięganie po Danta. Gotów byłem podpisać cyrograf, pod warunkiem wszakże, że w takim wypadku, moje działanie nie narazi innych osób na kłopoty, czy tym bardziej, na represje.
Nie wiem czy mi się to udało w stu procentach. Jak dotąd, nikt nie zgłosił pretensji, że moja pisanina była przyczyną bólu kogokolwiek.
Zawsze jednak odrzucałem i odrzucam tak modny dziś wallenrodyzm jako dobrą dla metodę. Na takie postępowanie byłem być może zbyt tchórzliwy. Ale nie wykluczam też twierdzenia, że po prostu wallenrodyzm nie leży w moim charakterze.
Cóż, zdarza się.
Ponadto uważam, że nie każdy musi być bohaterem.
Gwoli prawdy, wyznam, nie wierzyłem, że mi się uda doczekać nowych czasów. Byłem raczej przekonany, że ktoś inny, po latach, będzie opróżniał moją szufladę i znajdzie w niej świadectwo wybranych działań, które pewni ludzie postanowili z różnych względów ukryć przed światem. Przygotowywali się do tego starannie. Mieli dużo czasu i ogromne możliwości. Cieszę się, że udało mi się popsuć niektóre zamierzenia, pokrzyżować plany unicestwienia pamięci.
Być może, będąc fragmentariuszem w ferdydurkowskim świecie, zapisując fragmenty wydarzeń. sprawiłem, że niektórych draństw, a nawet zbrodni, nie zaćmił czas i niepamięć. Nie dziwię się tedy furii z jaką na mnie nacierają osoby zainteresowane ukryciem prawdy o przeszłości.
Nie wykluczone, że atakujący mają rację. Nie wykluczone, że pod jaskrawym płaszczem wyzywającego aroganckiego antyhumanizmu, zbyt często traciłem z pola widzenia skulonego człowieka, przytłoczonego brzemieniem ubeckiej codzienności, podlegającego pokusom, omamom i iluzjom realnego socjalizmu.
Bo przecież, nie da się ukryć, Kraj Pieroga i Zalewajki w czasach peerelowskich, szczególnie po stanie wojennym, przypominał wielką izbę wytrzeźwień. Dominującym uczuciem było uczucie zniesmaczenia i obrzydzenia. A w takich warunkach człowiek zdolny jest do niesamowitego bohaterstwa, albo do wielkiego łajdactwa.
To jednak ekstremalne zachowania. Przeciętność była szara i skacowana. Dlatego daleki jestem od tego, by potępiać wszystkich i wszystko, co się wokół mnie działo przez blisko pół wieku Peerelu. Na swojej drodze naprawdę nie spotkałem aż tak wielu drani. Może miałem szczęście trafiać do takich średnio-porządnych środowisk, a może taki średnio-porządny był cały Peerel?
Może? Nie wiem tego.
Możecie mi więc zadać pytanie, dlaczego w takim razie piszę o draniach, łajdakach, zbrodniarzach nawet i ich czynach? Cóż, nie widzę potrzeby pokazywania uśrednionego dobra. To, że ktoś nie kradnie, nie zabija, nie kłamie ponad miarę itp. nie stanowi jeszcze tytułu do chwały.
A poza tym, jakiż jest sens w opisywaniu aniołów?
HASŁO BLOGU:
Ludzi przybywa, a człowieka ubywa.

Miejsce III W Europie wczoraj i dziś

24 gru 2008

Świat został nam dany jako zagadkowy i niezrozumiały, zadaniem myśli jest uczynić go, jeśli to możliwe, jeszcze bardziej zagadkowym i niezrozumiałym.
Ponieważ świat podąża ku obłędnemu stanowi rzeczy, powinniśmy przyjąć w stosunku do niego obłędny punkt widzenia.
Gracz nigdy nie powinien być większy niż sama gra. Ani teoretyk większy niż teoria, ani teoria większa niż sam świat.

Jean Baudrillard

Przyznaję, przeddzień Bożego Narodzenia nastraja mnie do dziwacznych myśli. Raz po raz łapię się na zupełnie zwariowanych pomysłach. Kombinuję jak by to było, gdybym przyszedł na świat nieco później. Jako dziesięciomiliardowy facet na ziemi. Wyobraźcie sobie 999 999 999 robaczków i nagle ja! Wypadam na świat i tym, niezawinionym przecież czynem, przewalam dziewięć, karnie stojących w jednym szeregu dziewiątek. Zmieniam tak interesujący układ na jedynkę i dziewięć zer. Czy byłbym tym jednym jedynym na tle bandy zer?
W takim momencie byłbym chyba w stanie zrozumieć pragnienia największych zbrodniarzy w historii. W takim stanie rozumiem Millerowe mniej niż zero, wysyczane pod adresem Ziobrowym. W takim…
Nie ma co, zero to potężna cyfra. Dlaczego o ludziach bezwartościowych mówimy - zero? Dlaczego dewaluujemy zero?
Potem myślę o wszechświecie. Zastanawiam się, ile tych wszechświatów jest. Niektórzy twierdzą, że jeden. Inni, że dużo. Cholera wie, kto ma rację. Ale niezależnie od cholery, w taki uroczysty dzień, warto się może zastanowić czym jest Kraj Pieroga i Zalewajki we wszechświecie?
Przecież nie pyłkiem nawet. Czym jest na ziemi? Już lepiej, bo jest trochę większą kropką. Czym jest w Europie? Całkiem dobrze. Siedzimy tu mocno, od ponad tysiąca lat, tkwiąc w tradycji judeochrześcijańskiej.
Wprawdzie w 1945 r., kilku drani, ulegając wąsatemu bandycie, wysadziło nas z tego miejsca na prawie pół wieku, ale już sobie z tym poradziliśmy. Wdarliśmy się na salony UE. Do NATO też wleźliśmy. Acz wieści zaoceaniczne szemrzą, że do NATO wleźliśmy w zasadzie za łapówkę wręczoną kilku ważniakom w USA.
Polonusi podobno zarządzili ściepkę, a kongresmeni, za a’ 2 mln USD od senatorskiego ryja, podnosili łapki w Kongresie, optując za naszym wejściem do zbrojnej elity. No i jesteśmy w elicie. Możemy bezkarnie masakrować a to Irakijczyków, a to Afgańczyków.
Podobno ktoś tam, za oceanem, dostał za fatygę wyasygnowania kilku milionów zielonych, koncesję na handel bronią, narkotykami i czymś tam jeszcze. I dodatkowo – prawo korzystania z kont w rajach podatkowych.
Podobno ten trop złapał gen. Marek Papała. I nie dość, że złapał, to jeszcze się komuś tam odgrażał, że jak wyjedzie, to zrobi użytek z tego, co wie…
Podobno uznano go za faceta śmiertelnie niebezpiecznego.
Podobno zajmował się tą sprawą także mój przyjaciel płk Marceli Wieczorek ksywka Marek, którego także uznano za śmiertelnie niebezpiecznego, bo nie dość, że wiedział, to jeszcze zaczął pisać i chciał publikować.
Obu mundurowców ewakuowano [chyba ewakuowano?] z tego świata jeszcze w ubiegłym wieku, i nadal nie żyją. Potem ewakuowano innych…
Zostawmy nieobecnych. Wróćmy do pryncypiów i naszego miejsca. Boć to jeszcze sprawa nie całkiem zamknięta. Boć to jeszcze czasem, tu i ówdzie drą dzioby, że Stara Wiedźma Europa nas nie kocha, bo jesteśmy niedomyci i zapijaczeni. Warunki stawiają. Wymyślili jakieś pojęcie Europy Środkowo Wschodniej. Gorszej. Paskudnej. Prymitywnej. Antysemickiej. Alkoholicznej. Przed którą Wiedźma musi się bronić. Oszczekiwacze jakoś zapominają, kto nas w to bagno wpakował. Jakoś nie mogą się dorozumieć, gdzie się żłopie najwięcej alkoholu na gardło. Jakoś nie widzą, gdzie się najczęściej bezcześci pamiątki żydowskie. Jakoś zapomniano kto zmajstrował Holocaust! Jakoś…
Zostawmy Wiedźmę. Zamyśliłem niegdyś wybrać się na skrajne punkty Kraju Pieroga i Zalewajki. Były to: na północy - przylądek Rozewie; na południu - szczyt Opołonek [Bieszczady]; na zachodzie - Ora koło Cedyni i na wschodzie - Bug koło Strzyżowa. Przejechałem kraj z północy na południe i ze wschodu na zachód. Następnie wziąłem mapę, linijkę i zmierzyłem odległości. Wyszło: pionowo - 649 a poziomo - 689 km. Obszar 312 683 km kw. I to jest ładne. Kraj jest prawie tak gruby jak długi. Dla damy byłyby to proporcje fatalne. Dla państwa są idealne. I metabolszewicy zaraz dorzucą, że zawdzięczamy to Stalinowi.
I, jak zwykle w wypadku manipulatorów, będzie to prawda, ale nie cała prawda. Zanurkujmy w historię a zobaczymy, że zazwyczaj rozszerzaliśmy się równoleżnikowo. Niestety, cienkowano nas również wedle tej metody. W najogólniejszym skrócie, na przestrzeni dziejów wyglądało to tak:
Maksymalna długość osi wschód - zachód wynosiła ok. 1800 km, [dzisiejsza szerokość III RP stanowi ok. 38 % maksymalnej szerokości z czasów naszej świetności]. Oś pionowa, ograniczona od północy Bałtykiem, a od południa górami, zmieniała się niewiele. Jedynie moje ulubione Tkacze przehandlowaliśmy na przełomie lat 40/50. Czechosłowakom za friko.
A powierzchnia? Tu było najweselej. Zmiany największe. Zakusy sąsiadów pazerne. Zaczęło się nieźle. Bolesław Chrobry zgromadził ćwierć mln. km kw. Łokietek [początek zjednoczenia państwa] dysponował 106 tys. km kw. Ale już Kazimierz Jagiellończyk mógł się rozpędzić wzdłuż i w szerz [razem z Litwą] mając 1.115 tys. km. kw. W końcu XVII wieku mieliśmy jeszcze 733 tys km kw. Przy Księstwie Warszawskim ścienkowano nas niemiłosiernie do 154 tys. km. kw. w 1810 r. i odchudzano nas dalej. Królestwo Polskie było szkielecikiem na 127 tys. km. kw. Ale i to się sąsiadom znudziło. Znulowano nas, wyzerowano, skasowano, wykreślono z mapy Europy.
Na tych pokreskowanych kartach papieru pojawiliśmy się z powrotem w 1918 r., by w przededniu drugiej wojny światowej mieć 390 tys. km kw. Na mocy dogaworu jałtańsko-poczdamskiego ociosano nas i, oczywiście równoleżnikowo, przesunięto na zachód.
I jest jak jest. I tylko od czasu do czasu słyszymy ze Wschodu, że nam piękne granice Wielki Językoznawca załatwił, a bracia Rosjanie zapłacili za ten prezent 600 tys. poległych, ponoć za to, aby nas wyzwolić od Niemców.
A figę prawda, szanowni towarzysze!
Przed poległymi chapeaus bas!
Ale tłumaczenie, że polegli za nasze wyzwolenie to już zwykła blaga. Przecież nie było innej dobrej drogi do Berlina jak przez Polskę!!! Więc to taka sama lipa jak tłumaczenie naszego przesunięcia na zachód dobrą wolą Stalina. Przesunięcia, w wyniku którego straciliśmy także co nieco. Tak samo jak i z tym modelowym państwem, zwanym Peerelem, bo mogła być 17 republika…
Ale niech tam. Uświadommy sobie wreszcie, że nie była to żadna dobra wola generalissimusa! Całe przemeblowanie Europy po drugiej wojnie były konsekwencja polityki wodza CCCP. To Stalin chciał maksymalnie odsunąć Zachód od Wschodu.
Stąd kordon sanitarny, tzw. demoludy, których fundamentem były PRL oraz NRD.
Stąd państwa wasalne, a nie republiki, które chcieli zmajdrować rodzimi komuniści.
Stąd nasze przesunięcie na zachód i granice na Odrze i Nysie Łużyckiej.
Stąd taki, a nie inny kształt byłej NRD.
Stąd…
Tak, to nie żadna łaska. To realizacja planu, w wyniku którego byliśmy XX – wiecznymi niewolnikami no, półniewolnikami w środku Europy.
Na szczęście, nie minęły nawet dwie ćwiartki wieku, a wszystko się jakoś względnie dobrze skończyło. Siedzimy w środku Europy, uzbrojeni jedynie w kilkanaście niewinnych fobii. Boimy się jedynie, że ci, których wykopano, aby zrobili nam miejsce, zechcą nas wykupić…
Cóż, zawsze to jakiś postęp.
HASŁO BLOGU:
Zdrowych, radosnych, uśmiechniętych Świąt Bożego Narodzenia